przez Jarosław Górski | poniedziałek 13 kwietnia 2015 | opinie
1
Rozmawiałem niedawno z pewnym Sebastianem, którego parę lat temu przygotowywałem do matury. Dziś jest pomocnikiem kucharskim, ostatnio w jednej z warszawskich restauracji, gdzie karmią niewyszukanie i niezbyt drogo, a właściciele zarabiają nie na wysokiej marży, lecz na liczbie klientów. Jadam tam czasem właśnie dlatego, że niedrogo, ale jak mówi Sebastian, z jego perspektywy to nie restauracja, lecz fabryka. Bywają dni, kiedy rozbija po pięćset sznycli, przyprawia dwieście kaczych połówek, obiera ćwierć tony cebuli, a wszystko to w pośpiechu, krzyku, nerwach, że coś natychmiast potrzebne, a jeszcze niegotowe. Pamiętam, że Sebastian już w liceum z wypiekami na twarzy opowiadał o swoim gotowaniu, o przepisach, które wymyślił lub udoskonalił. Marzył o pracy szefa kuchni, o własnej restauracji. Polskiego chyba nie lubił, ale był świetny z biologii, chemii i fizyki, uwielbiał eksperymenty i pracę z żywą materią – czego więcej potrzeba kucharzowi? Na zakończenie roku przyniósł wytrawne babeczki z masą jajeczną i koperkiem. Pycha! Już w liceum Sebastian skłaniał się ku prawicy, dziś jest niemal fanatycznym zwolennikiem Korwin-Mikkego i jest to jeden z powodów, dla których o polityce nie rozmawiamy – po co się kłócić?
Jak dotąd Sebastianowi w żadnym z zakładów nie udało się awansować na samodzielnego kucharza. Opowiadał o wojnach z kolegami-kuchcikami, z którymi rywalizował o awans. O tym, jak jedni drugim dosypywali sól do półproduktów albo chowali narzędzia, o bójkach na zapleczu, o intrygach i donosicielstwie. O tym, jak sam musiał się nauczyć szkodzić kolegom, intrygować, donosić. No i o tym, że ostatnio, nie wiedzieć czemu, pracodawcy domagają się wyższego wykształcenia od kandydatów na kucharzy.
– Panie Sebastianie – zapytałem – ale właściwie dlaczego nie poszedł pan na te studia?
Idiotyczne pytanie, które chyba nie ja pierwszy mu zadałem, a na które odpowiedź jest oczywista. Nie poszedł, bo należy akurat do tej części naszych rodaków, którzy gdy skończą szkołę, muszą na siebie zarabiać. A dziś pracuje od 14 do północy i gdy wraca do domu, może tylko położyć się do łóżka. Jego dziewczyna jest w ciąży i bez pracy, a mieszkają w kawalerce po babci, więc niedługo nawet się nie wyśpi, bo dzieciak będzie ryczał. Nie zacznie i nie skończy tych studiów, i nie zostanie szefem kuchni.
A może zostanie? Podobno jednak są tacy restauratorzy, którzy zwracają uwagę na rzeczywisty talent i umiejętności, a nie na jakieś papiery… Sebastian kilka razy podczas naszej rozmowy zmieniał ton: najpierw mówił, jak jest, a jest przecież niewesoło, ale zaraz sam siebie za to beształ, jakby gdzieś na karku siedział mu maleńki telewizyjny coach i szeptał do ucha mowy motywacyjne. A więc będzie lepiej! Trzeba tylko wziąć się w garść, wytłumaczyć sobie, że senność i zmęczenie to fanaberie, podszkolić się w intrygach i donosicielstwie, no i oczywiście wciąż próbować od nowa. Bo wszelka słabość to jego wina, a wszelkie niepowodzenie świadczy o jego nieudolności. Do wszystkiego dochodzi się pracą i tylko pracą. A zatem: więcej pracy, mniej narzekań, a w końcu się uda.
2
Jeszcze tego samego dnia, po tej rozmowie, czytałem książkę. „Niespokojni” Aliny Kietrys to dopiero co wydany zbiór sześciu szkiców biograficznych o wybitnych postaciach polskiego XX wieku. Wśród nich tekst o Jacku Kuroniu, w którym jego synowa, Joanna, wspomina początki kariery nieżyjącego już męża, sympatycznego telewizyjnego kucharza:
Maciek [Kuroń] szybko się uczył. Świetnie liczył, choć był humanistą. Kiedy został kucharzem? Gdy zaczęła się kampania prezydencka Jacka Kuronia. Wtedy przyjaciel Jacka powiedział, że syn kandydata musi mieć zawód. Niech robi to, co lubi. I zafundował Maćkowi stypendium w instytucie kulinarnym niedaleko Nowego Jorku. Po tej szkole Maciek stał się profesjonalistą. Założyliśmy firmę, robiliśmy warsztaty, programy telewizyjne. Szło jak burza (s. 217).
No cóż, nie mogę powiedzieć, żeby mnie ta opowieść zdziwiła, bo wydaje mi się, że tak właśnie jest na świecie: jednym świat wciąż stawia opór, drogę porastają im ciernie, a wiatr wieje w oczy; innym zaś „idzie jak burza”. Ale dla mnie te dwie opowieści stały się jakby metaforą polskich dziejów, nie tylko ostatniego ćwierćwiecza, ale może wieku, czy wręcz wieków. Z jednej strony Jacek Kuroń, ikona wielu środowisk polskiej lewicy, człowiek zauważający problem nierówności i wielokrotnie wzywający – także działaniem, choćby w Teremiskach – do zapobiegania mu, projektujący lepszą, bardziej sprawiedliwą Rzeczpospolitą i z lekkością wykorzystujący swoją uprzywilejowaną pozycję polityczną oraz towarzyską dla własnych i rodzinnych celów. Z drugiej strony człowiek zdolny i zmotywowany, ale stłamszony przez warunki życiowe, rynkowe oraz przez swoje pochodzenie, a jednak zwolennik rynkowej dżungli.
Można by oczywiście powiedzieć, że moja niechęć do lekkości, z jaką Maciej Kuroń zdobył swoją zawodową pozycję (a także sam zawód), jest dyktowana czystą zawiścią – tym podlejszą, że przecież bezinteresowną, bo w końcu sam w jego branży nigdy nie działałem i nie zamierzam. I co więcej, ja takich możliwości, jakie on miał, sam nie wykorzystałem pewnie wyłącznie dlatego, że ich nie miałem. Ale niech tam sobie kto mówi, co chce. Mnie idzie jednak o to, że – choć nad tym ubolewam – żyjemy w świecie, w którym zawodowy sukces, a także sama możliwość wykonywania zawodu są towarami deficytowymi i dla wszystkich ich nie starcza. Dlatego uważam, że powinny być w jakiś sposób (choć nie wiem dokładnie, jak to zrobić) dzielone po równo. I właśnie przytoczony przykład wskazuje mi najdobitniej, że nie wolno takich spraw powierzać jednostkowej etyce i poczuciu przyzwoitości jednostek (także i mojemu), które znajdując się w sytuacji wyboru między interesem własnym i najbliższych, a nawet głoszonymi przez siebie zasadami równości i sprawiedliwości, zwykle wybierają interes własny. To wydaje mi się zrozumiałe. Bliższa koszula ciału. A już zwycięzcy historycznych zmagań, arystokraci wszelkich systemów, mają szczególną skłonność do nieprzejmowania się drobiazgami – bo ważne jest przecież to, że ich myśli i cele ich działań są wzniosłe. O tych drobiazgach coś więc (co? Prawo, głos ludu?) wciąż powinno im przypominać.
Zwycięzcy w klasowych zmaganiach oprócz bardziej materialnych deficytowych dóbr, zagarniają także te symboliczne, a wśród nich moralną czystość, co nierozerwalnie wiąże się z moralnym zbrukaniem przegranych. Starszy z panów Kuroniów mógł sobie po przejęciu władzy w ojczyźnie pozwolić na luksus i moralną cnotę niezabiegania o dobra materialne, skoro, kiedy było trzeba, na podorędziu był przyjaciel fundujący stypendium dla syna. Choć oczywiście można mieć wątpliwości, czy przyjęcie przez urzędującego posła tak cennego prezentu było uprawnione – bo czym różni się przyjęcie stypendium dla syna od przyjęcia pliku banknotów na stypendium? My, którzy większość czasu spędzamy zabiegając o mamonę, bo tylko dzięki niej możemy mieć to, co inni mają na wyciągniecie ręki, my, którzy – inaczej niż dżentelmeni – nie tylko wciąż o pieniądzach rozmawiamy, ale i myślimy, którym organizują one czas, relacje międzyludzkie, wyobraźnię, nieraz wydajemy się przez to wstrętni samym sobie. Młodszy z panów Kuroniów (mam nadzieję, że czytelnik zrozumiał już, że do pana Macieja ani za jego życia, ani po jego śmierci nic więcej nie miałem, niż do innych pań i panów w jego sytuacji, a jest mi on niezbędny jako przykład), jowialny i życzliwy, mógł sobie pozwolić na swoje cnoty, bo na jego drodze do sukcesu nie stało kilkunastu kuchcików, których musiałby intrygą i donosem usunąć z drogi do łaski szefa. Sebastian już od kilku lat awanturuje się z kolegami, jest ofiarą ich prześladowań, i sam daje innym popalić. Chociaż, podobnie jak większość tamtych, nie jest z charakteru ludzkim drapieżnikiem. Takie tam panują zasady, że musi być – przepraszam, panie Sebastianie, to samo, co o panu piszę i mnie samego dotyczy – świnią, a skoro świnią musi być, to jest i słusznie za świnię uchodzi. Ale o ile wypada każdemu, kto zauważy świństwo Sebastiana, zwrócić na nie uwagę, o tyle nikomu przecież nie wypadałoby rozważać, dlaczego pan Maciej świnią nie jest. To zwycięzcy ustalają moralne zasady, a wśród nich i tę, że podłością jest pytać zwycięzcę, z jakiego punktu startował.
Mnie jednak wydaje się, że pytanie o to, w jaki sposób kto doszedł do swojej społecznej czy zawodowej pozycji jest jak najbardziej uprawnione, a wręcz wskazane. Pytanie o to, kim byli rodzice i w jaki sposób przyczynili się do sukcesu swojego dziecka (lub jego braku), należy wydobyć z mroku plotek i złośliwostek na światło dzienne publicznej debaty po to właśnie, aby rozmowa o kwestii równości i nierówności szans zaczęła dotyczyć konkretów. I aby ukonkretnić wszelki dyskurs polityczny czy etyczny, żeby było wiadomo, kto w jakich warunkach życiowych, społecznych, ekonomicznych czy kulturalnych kształtował swoje poglądy.
Wielokrotnie słyszałem już o tym, że takie stawianie sprawy czyni wielką przykrość ludziom, którzy mając wysoko postawionych rodziców, wciąż muszą się z tego tłumaczyć. I że to bardzo niesprawiedliwe, bo nawet ewidentnie samodzielnie wypracowane sukcesy idą wciąż na konto pozycji rodziców. Oczywiście, to bardzo niesprawiedliwe. Ale każdy niesprawiedliwie odpowiada za to, kim byli jego rodzice: jowialny pan Maciej w taki sposób, że tacy jak ja podle im to wypominają, a Sebastian w ten sposób, że pewnie do końca życia będzie obierać cebulę i klepać sznycle. Nie wiem, czy obaj panowie chcieliby się zamienić. Ale myślę, że dobrze byłoby, gdyby jednak czymś się wymienili: jeden może zauważyłby, że to, iż wszystko przychodzi mu tak lekko nie musi wcale świadczyć o tym, jaki jest on sam, a drugi niech by przynajmniej zauważył, że to, iż wszystko przychodzi mu tak ciężko, nie musi wcale świadczyć o tym, jaki jest on sam.
3
Sebastian – znów przepraszam, panie Sebastianie – jest korwinistą, a ja się zastanawiam, czy nie jest przypadkiem socjalistą. Bo to właśnie Korwin-Mikke umie coś, co kiedyś potrafili socjaliści: opisać zjawisko, którego i Sebastian, i większość z nas doświadcza zmysłowo: w tym świecie toczy się bezwzględna wojna. Jeśli chcemy coś mieć, choćby to były najprostsze rzeczy, bez których życie jest niemożliwe: w miarę porządna praca, pieniądze pozwalające przeżyć bez poniżenia, mieszkanie, w którym nie leje się na głowę i w którym można się wyspać po pracy mimo ryczącego niemowlaka, musimy to komuś wyrwać albo kogoś przechytrzyć, bo tego jest po prostu za mało dla wszystkich. Musimy być silni, bo tylko silni przetrwają, musimy być bezwzględni, bo każda refleksja nad dobrem innego jest działaniem na własną szkodę. Tak jest świat urządzony (a nie jest?), że silny i wielki nawet nie zauważa, jak słabego i małego wdeptuje w ziemię. Świat to jest wojna, płacz, łzy i mozół (a nie jest?), ale kto wygra – będzie miał wszystko. Na tym polega elementarna sprawiedliwość.
Natomiast dzisiejsza młoda polska lewica ze swoim etycznym przesłaniem całą tę sytuację zakłamuje. Ponieważ duża – i prominentna – część naszych socjalnie nastawionych idealistów nie odczuwa takiego oporu materii, może sobie rozważać o projektach etycznych, eksperymentować z ograniczaniem potrzeb materialnych, nową moralnością erotyczną i zastępowaniem pieniędzy wymianą usług. Może też na wzór lewicowych świętych sprzed stulecia i sprzed ćwierćwiecza widzieć swoje style życia jako zaczyn etycznej przemiany całego kraju. Tyle że i Sebastianowi, i mnie, nic po etycznej przemianie, i myślę, że także nic po niej innym ludziom, którzy żyją na wojnie, gdzie jeśli chcą coś mieć, to muszą to komuś wyrwać. Nie ma sensu mówić do ludzi żyjących w dżungli językiem etycznej powinności i przemiany. Potrzebny jest tu raczej ów język elementarnej sprawiedliwości: jeśli nie chcemy, żeby wszystko przychodziło nam z takim trudem, musimy to komuś wyrwać. A różnica między nami a korwinistami niechaj polega na tym, że my nie chcemy wyrywać ochłapów innym kuchcikom, ale razem z nimi tym, którym wszystko przychodzi zbyt lekko, nawet jeśli wśród nich są ikony czy dobroczyńcy lewicowych środowisk, których idee są ze wszech miar słuszne, ale którzy właśnie mają na własność coś, bez czego trudno nam żyć. I wolimy rzeczywiste zdobycze, takie jak stabilna godna praca i płaca, pewny dach nad głową, dostęp do lekarza i porządnej szkoły, od wyobrażania sobie siebie w roli milionerów. Do tego wystarczy nam tej podłej etyki, którą mamy, etyki ludzi, którzy nie z własnej woli bywają świniami, a którą to etykę wytworzyły warunki, w jakich żyjemy. A nowa etyka niech się wytworzy w nowych warunkach, jakie sobie wywalczymy.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 16 lutego 2015 | opinie
Nie warto zazwyczaj zajmować się tym, co w telewizyjnym czy radiowym programie chlapnie jakiś celebryta albo tym, co napisze na swoim facebookowym profilu. Ale tym razem, wyjątkowo, dwa takie chlapnięcia chciałbym uwiecznić. Pierwszy, przy okazji rolniczych protestów i zapowiedzi gwiaździstego marszu na Warszawę, odezwał się najwybitniejszy polski twórca żenujących komedii, Andrzej Saramonowicz, a jego głos błyskawicznie i z entuzjazmem ponieśli po odmętach cyberprzestrzeni liczni warszawiacy.
Kocham Warszawę, która jest moim rodzinnym miastem. Nie życzę sobie, żeby moje miasto było najeżdżane przez górników, którzy palą opony i wybijają okna. Nie życzę sobie, żeby było najeżdżane przez traktory i rolników, którzy moim zdaniem, są najbardziej uprzywilejowaną grupą społeczną – dodała w audycji radia Tok FM Jolanta Pieńkowska. Zdaniem tej popularnej telewizyjnej prezenterki, żony miliardera Leszka Czarneckiego, kolekcjonerki luksusowych torebek (wśród których jest i egzemplarz szytej na zamówienie Hermes Birkin za 47 tys. zł), to rolnicy są w naszym kraju najbardziej uprzywilejowaną grupą społeczną. Bo mają KRUS i dotacje unijne. Sympatyczna pani Jolanta nie będzie mogła na stare lata żyć z krusowskiej emerytury, więc trudno się dziwić, że uprzywilejowana pozycja rolników ją drażni. Nosicielka torebki Hermes Birkin musi być też prawdziwą estetką, więc nie dziwi jej protest przeciwko najeżdżaniu rodzinnego miasta przez traktory, które tak brutalnie kojarzą się z polem i gnojem, że powinny wstydliwie przemieszczać się po polnych i gminnych drogach, a nie wjeżdżać do miasta, które pani Pieńkowska kocha.
Oczywiście nie interesuje mnie tutaj osobiste zdanie scenarzysty żenujących komedii ani prezenterki głupawych programów telewizyjnych. Warto natomiast pochylić się nad nimi jako egzemplifikacjami sposobu myślenia polskiego filistra, którego umysłowość i sposób widzenia świata sublimuje w takie dzieła, jak komedie Saramonowicza i poranne programy Jolanty Pieńkowskiej, i który w tych właśnie wytworach kultury audiowizualnej odnajduje bliską sobie wizję świata. A jest to wizja, w której świat pracy, podstawowych ludzkich potrzeb materialnych i godnościowych albo nie istnieje, albo jest obśmiany. Wpis Saramonowicza jest w sumie podobny do jego komedii: względną podmiotowość mają w nich postaci o wysokim statusie materialnym, przy czym nie wiadomo zwykle, w jaki sposób uzyskanym. Nieistotne są tu problemy i aspiracje człowieka dającej się zdefiniować pracy, nieistotna jest społeczna doniosłość jego trudu. Na bohaterów z tej sfery światło rzuca się w taki sposób, by podkreślić wszystko to, co daje się łatwo wyszydzić. Na przykład język – nota bene stylizacje gwarowe wpisu Saramonowicza, owo „trza” i „zajunć”, mają za podstawę raczej chłopski język utrwalony w dziewiętnastowiecznej literaturze niż to, jak dziś rzeczywiście mówi się na wsi, ale przecież reżyser nie musi mieć żadnej wiedzy o niczym, jego wypowiedzi artystyczne i publicystyczne rodzą się ze stereotypu a nie z wiedzy i wyłącznie utrwalanie stereotypu mają na względzie. Albo wygląd kojarzący się właśnie z pogardzaną pracą czy nieodzowny traktor, który także kojarzy się z gnojem i brudem ziemi. Rolnicze traktory w wizji Saramonowicza przemocą wnoszą ów gnój i brud na czyste warszawskie ulice, tak jak swego czasu w koszmarach inteligenckich filistrów tabuny chamów nanosiły zabłoconymi buciskami gnój do salonów.
Ach, gdyby można było Saramonowiczowi i Pieńkowskiej zarzucić hipokryzję. Uznać, że są cyniczni, że tylko udają, że nie rozumieją, iż dorobili się wysokiej pozycji społecznej i materialnej dzięki temu właśnie, że ktoś w brudzie i gnoju coś materialnego stworzył, wyprodukował albo chociaż wyrwał ziemi. Ależ skąd. Oni naprawdę szczerze myślą, że rolnicy, górnicy, przemysłowi robotnicy, ktokolwiek zresztą, kto w swoim zajęciu musi się ubrudzić, spocić bądź zmęczyć, są nie tylko wstrętni, są – zwłaszcza występując zbiorowo i domagając się poszanowania swoich interesów – groźnym i wyłącznie destrukcyjnym żywiołem, do którego należy przemawiać tonem wyższości i językiem wulgarnego chama. Elementem życia społecznego, który należy powstrzymać przy pomocy policyjnej pały, i którego broń Boże nie można dopuścić do głosu. Pieńkowskie i Saramonowicze tego świata są naprawdę święcie przekonani, że ci, którzy im się właśnie z brudem i potem pracy kojarzą, są po prostu przeżytkiem dawnego czasu. A co gorsza, samym swoim istnieniem przypominają oni tym, którzy tyle wysiłku wkładają w to, aby o tym nie pamiętać, że świat jest także brudny, składa się również z kurzu i gnoju, że są w nim także elementy nieładne.
Saramonowicze nie są hipokrytami: oni rzeczywiście myślą, że gdy się zamknie i obroni policyjną pałą całe miasta przed wstępem tych, którzy nieładnie wyglądają i przypominają o czymś tak niemiłym, jak ich wysiłek i związane z nim życiowe problemy, to ludziom będzie się żyło lepiej, przyjemniej, sympatyczniej. Ludziom, czyli takim jak oni, tym z tych zamkniętych miast czy choćby tylko zamkniętych osiedli. Samoświadomość i inteligencja Pieńkowskich pozwala im naprawdę, bez żadnej hipokryzji być przekonanymi, że uprzywilejowanie grup społecznych polega na tym, że przy pomocy różnych świadczeń chroni się je od nędzy i zapewnia ciągłość ich produkcji. I co najgorsze: oni rzeczywiście myślą, że ci brudzący i pocący się przy robocie, jeżdżący traktorami i wykonujący podobne podłe czynności, są po prostu niepotrzebni, i niepotrzebne jest to, co oni zdołają naprodukować. Filister wierzy, że dotacje do górnictwa czy rolnictwa to finansowanie skansenu, anachronicznych stylów życia czy nierentownych miejsc pracy i zupełnie nie jest w stanie zrozumieć, że produkcja i posiadanie własnych zasobów surowców energetycznych czy własnej żywności to dla kraju rzecz bardzo istotna. Bo Saramonowicz i tak może jeść ziemniaki z Cypru (jakie to szczęście, że cypryjscy rolnicy nie mają interesu, aby przyjeżdżać do Warszawy, bo chyba z samej Australii musielibyśmy te ziemniaki sprowadzać), a Pieńkowska, jak powiedziała w jednym z wywiadów, i tak niemal nic w Polsce nie kupuje. Miejscem, w którym uwielbiam robić zakupy – cytuje Pieńkowską „Fakt” – jest Nowy Jork. Potrafię pojechać tam na kilka dni tylko po to. Tam mam poczucie, że mogę sobie bezkarnie wybrzydzać.
Saramonowiczom i Pieńkowskim wydaje się, że jest możliwy taki kraj, w którym nie będzie rolników, górników, robotników, wszystkich tych – jak to widzą ze swojej ukochanej Warszawy – brudasów zamieszkujących różne prowincjonalne dziury, śmierdzących piwem, szczających po parkach i generalnie psujących atmosferę fajnego miasta, jakim jest stolica. Bo przecież sprawa jest jasna – skoro Pieńkowska ma furę pieniędzy, a Saramonowicz furkę, to świadczy to jednoznacznie, że ich praca jest na rynku potrzebna, a praca tych na ciągnikach czy tych w kopalniach, z trudnością wiążących koniec z końcem – jest niepotrzebna, czyli niepotrzebni są też ci na ciągnikach. Niech więc szlag trafi rolników i ich polskie ziemniaki, a czemu nie i górników z ich węglem, przemysł z jego (tandetną) produkcją, niech szlag trafi nawet sklepy, których personel nie potrafi dać pani Pieńkowskiej poczucia, że może bezkarnie wybrzydzać. To jest właśnie oryginalny polski pomysł na modernizację, od ćwierćwiecza konsekwentnie wcielany w życie. Skoro pewne grupy społeczne, których tożsamość wyznacza ich podłe zajęcie, wydają się nieładne i niemiłe, skoro domagają się czegoś, czego Saramonowicze nie rozumieją i nie chcą rozumieć, to należy te grupy zlikwidować, a co najmniej odseparować od miłych państwa policyjnym kordonem. Od razu zrobi się milej, ładniej i nowocześniej.
Skoro bowiem nie ma związku między społeczną i finansową pozycją miłych państwa, a tym, że ktoś w naszym kraju jeździ traktorem czy pracuje w sklepie, to dlaczego nie miałby być możliwy kraj, którego bogactwo wypracowują twórcy żenujących komedii i głupawych programów telewizyjnych? Ci, którzy „patrząc – widzą wszystko oddzielnie” i inaczej widzieć nie potrafią. Tak właśnie myśli duża część naszych elit oraz tych, którzy do tych elit aspirują. Widzący zawsze wszystko oddzielnie mentalni Saramonowicze, którzy mocą swojego społecznego statusu urządzają nam Polskę: kraj bez przemysłu, bez rolnictwa, bez górnictwa, a wkrótce pewnie także kraj bez nauczycieli i bez kogokolwiek, czyim uprzywilejowaniem oburzy się dumna nosicielka drogiej torebki. Kraj, który ziemniaki i wszystko inne, czego potrzebuje, kupuje na Cyprze czy w Nowym Jorku, ale ma za to znakomite osiągnięcia w produkcji żenujących komedii i głupawych programów telewizyjnych.
I może jeszcze, przy okazji, pozwolę sobie zwrócić się do warszawskich ruchów miejskich, którym, jako warszawski mieszczanin, szczerze kibicuję. Może warto byłoby w większym stopniu uwzględniać w projektach dobrej Warszawy to, że jest ona nie tylko, jak by chcieli różni mentalni Saramonowicze, miastem należącym do jego mieszkańców, ale także – a w pewnych momentach nawet przede wszystkim – stolicą kraju, czerpiącą z tego statusu niezaprzeczalne korzyści (i dla siebie jako miasta, i dla swoich mieszkańców), a więc i mającym z tego powodu pewne zobowiązania? Może warto wziąć pod uwagę choćby to, że w mieście od czasu do czasu zjawiają się i będą zjawiać wydarzenia przyciągające tłumy – czy to protesty i demonstracje, czy to koncerty lub zawody sportowe – i postulować powstanie dużej liczby miejskich szaletów? Mentalnym Saramonowiczom może wydawać się, że rolnicy chodzą „szczać po parkach”, bo wynika to z ich dzikości, złośliwości i nienawiści do tych, którym się lepiej powiodło, ale my chyba rozumiemy, że wśród setek, wśród tysięcy ludzi, którzy daleko mają do domu, może się czasem trafić ktoś taki, komu bardzo chce się siusiu?
przez Jarosław Górski | wtorek 13 stycznia 2015 | opinie
Nie tak dawno temu w tygodniku „Przegląd” można było przeczytać ciekawy wywiad z profesorem Karolem Modzelewskim. Wybitny działacz antykomunistycznej opozycji i uczony przedstawił w nim między innymi swoją obawę, że rosnące w naszym kraju rozwarstwienie dochodów oraz społeczna degradacja części Polaków mogą doprowadzić do wygranej w wyborach Prawa i Sprawiedliwości:
PiS jest dla sfrustrowanych, to wspólnota emocji negatywnych. W oczach ludzi przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość negatywna polega na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się powiodło. Na zasadzie: my im damy popalić! Wszyscy, którym się nie powiodło, noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. Oni wiedzą, że PiS im nie zapewni poprawy warunków życia. Ale da im tę satysfakcje, że pogoni sukinsynów, którzy po naszych plecach doszli do tego, co mają. PiS jest partią rewanżu socjalnego, ale nie polityki socjalnej – mówi profesor Modzelewski. I zaraz, w odpowiedzi na dyskusyjną, ale nieskontrowaną opinię prowadzącego rozmowę redaktora Roberta Walenciaka, jakoby mądrość lewicy zawsze polegała na tym, że poprzez progresywne podatki i politykę wyrównywania szans łagodziła negatywne emocje, dodaje: Ale frustracja jest nie dlatego, że są nierówności dochodowe, płacowe, tylko dlatego, że znaczna część ludzi poczuła się zdegradowana społecznie i materialnie. Przede wszystkim przez utratę pewności jutra i przez utratę szans na awans swoich dzieci. To jest fakt! Tu nie ma co kręcić! To jeden z najczarniejszych elementów naszego bilansu. Nasz bilans po roku 1989 ma jasne strony: demokrację, wolność. Ma jednak też strony ciemne: pozostawienie za burtą, nie wiem, jednej trzeciej, jednej czwartej, trudno to policzyć, ale znacznej części obywateli. I ta znaczna część będzie głosować na takich jak PiS. Nie ma w tym nic dziwnego. Wzmacnia to syndrom zawiedzionego zaufania. Przekonanie, że nas oszukano.
Nie wiem, czy zgadzam się ze stricte politycznym rozpoznaniem profesora. Choć podzielam pogląd, że PiS stanowi wspólnotę emocji negatywnych, to jednak myślę, że nie wyłącznie negatywnych, a co więcej nie wydaje mi się, by odróżniało to PiS od innych partii, choćby PO. Wiem jednak na pewno, że stanowczo nie zgadzam się ze społecznym rozpoznaniem Modzelewskiego. Nie jest ani tak, że ludzie przegrani, których transformacja pozostawiła za burtą, głosują gremialnie na PiS, ani tym bardziej, że wszyscy – jak twierdzi profesor – noszą w sercu zamysł, żeby dać tym drugim popalić. A już z całą pewnością nie wszyscy przegrani chcą dać popalić architektom i beneficjentom polskiej transformacji.
Wśród polskich inteligentów żywe jest przekonanie, że wśród tych, którym powiodło się w życiu gorzej, silna jest potrzeba odegrania się na tych, którym powiodło się lepiej. Podobnie bardzo silna jest wśród nich obawa przed jakąś nadchodzącą erupcją tych negatywnych emocji. Wcześniej niż Modzelewski dał temu wyraz profesor Marcin Król, mówiąc w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” nawet o wieszaniu na latarniach. Widmo Jakuba Szeli wciąż powraca i wciąż wyzwala w wielu wizję tego, który stoi niżej w społecznej hierarchii jako wściekłego frustrata, który wyczekuje tylko okazji, żeby zza pazuchy wyciągnąć siekierę.
Legenda o przegranych – zawistnikach i frustratach kierujących się najniższymi motywacjami – dobrze służy trwałości systemu. I to niezależnie od tego, czy wyciągnie się z niej takie wnioski, że trzeba przegranych mocno trzymać za mordę, takie, że należy polityką podatkową i wyrównywaniem szans łagodzić ich negatywne emocje, czy też, co najczęstsze, że należy jednocześnie łagodzić emocje i trzymać za mordę. Legenda ta pozwala głoszącym ją wyalienować własne zawiści i frustracje poprzez przypisanie ich tym stojącym niżej. Jest także bardzo konstruktywna z punktu widzenia stabilności systemu wolnorynkowego. Jako przykład posłużyć może pewien mój znajomy, który jeszcze nigdy nie został ani zelżony, ani obrabowany na ulicy przez zawistnych frustratów, jeszcze nigdy jego mieszkanie nie zostało okradzione przez przegranego złodzieja, ale za to kilkakrotnie stracił istotne sumy inwestowane w różne tzw. produkty finansowe w legalnych bankach o marmurowych i kolumniastych siedzibach, będących własnością eleganckich panów posługujących się nienaganną polszczyzną i/lub angielszczyzną. I ów znajomy mój gotów jest zarzynać się w robocie, by wydać dodatkowe setki tysięcy złotych na mieszkanie w środku strzeżonego osiedla, dodatkowe tysiące złotych miesięcznie na czesne i dowożenie córki do prywatnej szkoły, w której nie grozi jej zetkniecie się z późnymi wnukami Jakuba Szeli. A na wszelką sugestię o tym, że strzec się należy raczej panów w garniturach, reaguje oskarżeniami o bolszewizm.
Myślę, że nie byłoby źle, gdyby przepowiednie wskazujące na niebezpieczeństwo krwawej erupcji nienawiści ze strony tych, którym się nie powiodło, uzupełnić o drugą stronę medalu. Istotna część tych, których transformacja pozostawiła za burtą, nie głosuje na PiS ani na żadną inną partię, i to wcale nie dlatego, że uważa, iż także PiS-owi należałoby dać popalić. Po prostu nie interesuje ich polityka, ale wcale nie dlatego, że uważają, iż polityka to bagno, którego nie da się osuszyć, ale dlatego właśnie, że traktują swój własny byt ekonomiczny jako coś zupełnie zewnętrznego i odrębnego wobec rzeczywistości społeczno-politycznej, coś, na co żaden polityk wpływu nie ma i mieć nie może.
Zdarza mi się, i to wcale nierzadko, rozmawiać z ludźmi, przez których walec Balcerowicza przejechał bez zatrzymywania się, a którzy żadnych pretensji w kierunku tych, którym się powiodło, nie zgłaszają. Wręcz przeciwnie, odczuwają potrzebę przyjęcia wobec każdego, komu powodzi się lepiej niż im – łącznie ze znanymi im ludźmi sukcesu z wirtualnego świata: politykami wszelkich ugrupowań, biznesmenami, celebrytami – postawy uniżonej życzliwości, i to nie tylko na pokaz. Wszelkie złe emocje wynikające z własnego podłego statusu skłonni są zaś kierować wyłącznie ku sobie i swoim najbliższym.
Czy to społeczna katastrofa, której ulegli, wprawiła ich w stan jakiegoś stuporu? A może po prostu głębiej niż inni uwewnętrznili kapitalistyczną legendę mówiącą o tym, że jeśli komuś źle się w życiu dzieje, to jest sam sobie winien, i nie chcą dalej drążyć tematu? Myślę, że odpowiedź jest prostsza: brak zainteresowania polityką czy odgrywaniem się na kimkolwiek, wynika z racjonalności ludzkiego działania, która jest tym większa (a nie mniejsza, jak chętnie by to widzieli oświeceni!), im cięższe są warunki życia. Skoro zdobycie zasobów najprostszych – jedzenia, mieszkania, ubrania – wymaga wydatkowania ogromnej energii, to oszczędza się tę energię na wszystkim innym, a zwłaszcza na takich działaniach, które nie przynoszą dającego się doświadczyć rezultatu. Z doświadczenia uniwersyteckich profesorów, działaczy opozycyjnych czy publicystów wynika jasno, że polityka działa. Bo przecież tylekroć brali udział w jakichś politycznych zmaganiach (choćby zmierzających do wyboru uczelnianego rektora czy dyrektora instytutu), i nawet jeśli nie zawsze w nich zwyciężali, to jednak jakiś wpływ na rzeczywistość mieli. Z doświadczenia wielu – może większości? – obywateli naszego kraju wynika tymczasem, że karty są już rozdane i wszystkie społeczne miejsca są zawsze dane z góry: wychowawca klasy szkolnej, kierownik w pracy, właściciel mieszkania, dzielnicowy, a im wyżej, tym bardziej: minister, prezydent, premier… Podejmowanie jakichkolwiek prób zmiany tego stanu rzeczy jest nieracjonalne, a tym bardziej nieracjonalne jest kierowanie zawiści czy agresji w kierunku tych, którzy mocą zrządzenia losu zajmują wyższe społeczne stanowiska, a więc tych, którym się udało.
Ktokolwiek odniesie u nas sukces – głosi obiegowa prawda – może spodziewać się od rodaków nie podziwu, lecz nienawiści. Ale to nie jest cała prawda. Ktokolwiek odniesie sukces, jest znacznie mniej narażony na przejawy społecznej nienawiści niż ten przegrany. W mojej dzielnicy, takiej przeplatanej, bo żyją tu ludzie z dziada pradziada „przegrani”, ale pośród ich rozwalających się kamienic wyrastają plomby zamieszkałe przez ludzi, którym jakoś tam w życiu się udało, łatwo jest rozpoznać, choćby po ubraniu, jednych i drugich. Ci „wygrani” chodzą zwykle po ulicach śmiało i pewnie, tymczasem wielu „przegranych” ma wyrobiony nawyk uważnego rozglądania się wokół siebie. Koledzy przecież wiedzą, że w miarę bezpiecznie można dać po mordzie komuś, kto przecież na policję nie pójdzie, a nawet jak pójdzie, to usłyszy, że skoro dostał po mordzie, skoro skrojono mu telefon czy buty, to widocznie sam się prosił. A gdyby jakiś „człowiek – nawet umiarkowanego – sukcesu” poszedł na policję – mogłoby być naprawdę niedobrze. Oczywiście, zaraz mi tu jakiś mój kolega opowie, jak to został napadnięty przez „przegranych” za inteligencikowaty wygląd, i jak to go na całe życie straumatyzowało, i będzie miał rację. Ja tylko wspominam, że napady na „przegranych” nie powodują żadnej traumy, bo są czymś powszednim, oczywistym i spodziewanym.
Ci najbardziej przegrani, proszący czasem, żeby wpuścić ich do śmietnika, żeby mogli wybrać sobie trochę makulatury i butelek, właściwie cały czas chodzą poobijani, z podbitymi oczami i połamanymi nosami. Bo to właśnie na nich skupia się sprawiedliwość negatywna innych przegranych, pozostawionych przez transformację za burtą, sprawiedliwość polegająca na tym, żeby dobrać się do skóry tym, którym się nie powiodło tak samo jak im, albo jeszcze bardziej. Na zasadzie: my im damy popalić! Wielu spośród tych, którym się nie powiodło, nosi w sercu zamysł, żeby dać popalić nie – jak twierdzi profesor Modzelewski – tym, którym się powiodło, ale tym, którym nie powiodło się równie lub jeszcze bardziej niż im.
Zresztą ci, którym się powiodło, również kierują swoje negatywne emocje raczej w dół lub w bok niż w górę, nawet wtedy, gdy w ten sposób sami przykładają się do swojej degradacji. Po części wynika to z ludzkiej natury, po części zostało wypracowane mozolną i dobrze zorganizowaną pracą architektów naszej transformacji, którzy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że im więcej będzie przegranych, im większą będą ci przegrani budzili niechęć, tym lepiej będą kanalizowali frustrację i złe emocje, i tym bezpieczniejszy będzie system. W myśl tej logiki należy więc doprowadzić do tego, aby wszelkie grupy nienależące do elity znalazły się wśród przegranych i zaczęły także ogniskować wściekłość innych przegranych.
Spójrzmy choćby na to, jak sprawnie media głównego nurtu, a także rządy – nieważne, PiS-owskie, PO-wskie czy SLD-owskie – od początków transformacji organizują akcje przenoszenia społecznej frustracji i zawiści w kierunku grup zawodowych co prawda finansowo nie zawsze docenianych, ale cieszących się społecznym prestiżem, dużym poczuciem własnej godności, społecznej doniosłości wykonywanej pracy i społecznego zakorzenienia, a więc opierających się procesom prowadzącym do degradacji i poniżenia: nauczycieli, górników, rolników, lekarzy, pielęgniarek, kolejarzy. Grupy te mają kanalizować zawiść nie tylko tych przegranych, którzy mają mniej pieniędzy od ich przedstawicieli. Jak słusznie zauważył profesor Modzelewski, poczucie bycia przegranym i płynąca zeń frustracja niekoniecznie dotyczyć musi ludzi bezwzględnie biednych. Często udziela się także tym, którzy stracili pewność i poczucie trwałości swojego finansowego i społecznego statusu (choć, jak dopowiem, finansowo mogą sobie radzić całkiem nieźle). Przegranym w tym sensie będzie więc drobny przedsiębiorca jeżdżący dobrym samochodem, ale wciąż drżący o to, czy kolejne zamówienia pozwolą mu pospłacać kredyty. Będzie nim naukowiec bez etatu, co roku modlący się o łaskę grantodawców. Samozatrudniony menedżer średniego szczebla czy inżynier na kontrakcie.
Mechanizmy nagonki są wypróbowane i stare jak świat. Kiedyś z tego, że ponoć jakiś czarny zgwałcił białą kobietę robiono informację, że czarni gwałcą białe kobiety, a z tego, że ponoć Żyd zabił chrześcijańskie dziecko – informację, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci. Dziś w naszym kraju z faktu, że znaleziono gdzieś nauczycielkę zarabiającą 5 tysięcy złotych (brutto, netto, co za różnica?), inny nauczyciel molestował uczennicę, pensum dydaktyczne w szkołach wynosiło kiedyś 18 godzin, a dzieci nic nie umieją, robi się informację, że nauczyciele dostają 5 tysięcy złotych za 18 godzin molestowania uczniów, których niczego nie uczą. Analogicznie – rolnicy oczywiście śpią i samo im rośnie, a jak nie śpią, to stoją z piwem pod sklepem, czego dowodzi reportaż wzbogacony o zdjęcie przedstawiające rolnika stojącego z piwem pod sklepem. Górnicy cieszą się zaś nadzwyczajnymi przywilejami, bo dostają deputat węglowy, czternastkę i piwo na barbórkę.
Dzięki wynalazkowi internetowego komentarza możemy zaobserwować, że tego typu szczucie trafia zarówno do tych przegranych, którzy znajdują się w gorszej sytuacji finansowej niż jego obiekty („Nauczyciel ma 5000 za 72 godziny w miesiącu, a jeszcze wakacje, ferie itp., czyli ma jakąś stówę za godzinę, podczas której siedzi sobie jak panisko i pije kawkę, a ja mam za godzinę w barze 7 złotych na rękę na czarno i jeszcze nie wolno mi usiąść!”), jak i tych, którzy są w sytuacji dużo lepszej („Ja do mojego stanowiska analityka w banku doszedłem naprawdę ciężką pracą, a nikt mi deputatu węglowego nigdy nie płacił jak tym brudasom i mogą mnie wywalić na zbity pysk z dnia na dzień!”).
Oczywiście organizatorom akcji udaje się przekonać publiczność, że ich zła sytuacja wynika z tego, że obiektom nagonki zbyt dobrze się powodzi. Kelnerka z baru uwierzy więc, że podjeżdżający nowym SUV-em właściciel płaci jej na czarno 7 złotych, bo nauczyciele zarabiają krocie, a analityk bankowy, kiedy go w ramach optymalizacji w końcu wywalą na zbity pysk, uwierzy, że to przez górnicze przywileje. Ważnym celem takich zabiegów jest także wyzwolenie zupełnie bezinteresownej zawiści i domagania się przez publiczność, żeby broń Boże nikt od nas nie miał lepiej. Nikt poza ścisłymi elitami, których uprzywilejowana pozycja jest aż onieśmielająca, i które chroni silne, wciąż przez media głównego nurtu wzmacniane piętnowanie zawiści (proszę zobaczyć, że piętnuje się zawiść wyłącznie wobec tych wielkich – nigdy wobec tych podobnych do nas).
Znaczna część Polaków to przegrani, bo stracili jedną szczególnie ważną rzecz: poczucie pewności tego, kim są, umiejętność określenia samego siebie, wskazania przed samym sobą i przed innymi, jaki sens ma ich życie. Dlatego świetnie zarabiający analityk bankowy, który wie, że dziś może tym analitykiem być, a jutro nie, zazdrości nauczycielom, górnikom (którymi jednocześnie gardzi jako biedakami), ich wolnego czasu, białych bluzek i kwiatów na Dzień Nauczyciela, knefli, pióropuszy i orkiestry dętej na Barbórkę. Skoro on sam nie może zawsze i wszędzie odpowiedzieć sobie na pytanie „kim jestem?”, skoro nie może dogadać się z czyhającym na jego stanowisko kolegą, aby ugrać coś więcej u szefa, chciałby, żeby innych też tej pewności i siły pozbawiono.
Dość łatwo jest kontrolować zawiść ludzi, których poczucie tożsamości jest zachwiane, którzy nie wiedzą do końca, kim są, jak mają o sobie myśleć i przedstawiać siebie innym. Już dziś ten mechanizm działa. Jesteś prywatnym przedsiębiorcą, junior sales-managerem, posłem, publicystą, naukowcem (takich pewnych swojego profesorskiego statusu uczonych jak prof. prof. Modzelewski i Król będzie coraz mniej), ale twój status może się zmienić w każdej chwili, wielokrotnie się już zresztą zmieniał. Właściwie więc bywasz kimś tam, teraz może szczęśliwie kimś tam jesteś, ale skoro nie wiesz, kim będziesz jutro, to właściwie nie wiesz o sobie niczego. To bardzo niesprawiedliwe, że ty się tak bardzo starasz, a kto inny jest kimś, i wie, kim jest: nauczycielem, górnikiem, urzędnikiem na poczcie, kolejarzem, rolnikiem, lekarzem, związkowcem, matką, ojcem, dziadkiem. Dopóki on jest kimś, ty będziesz czuł się jeszcze bardziej nikim. A nawet jeśli ty i tak zawsze będziesz nikim, domagaj się tego, aby i ten inny był nikim, jest w końcu taki sam jak ty albo jeszcze gorszy. Oczywiście, że gorszy, jego poczucie tożsamości pochodzi przecież z innej epoki, takiej, w której każdy miał jakieś poczucie tożsamości. A przecież to ty jesteś z tej epoki, epoki modernizacji, to ty jesteś zmodernizowany i twój brak tożsamości jest twojej osobistej modernizacji dowodem. Dlaczego więc tamci mają mieć coś więcej od ciebie? To niesprawiedliwe, niech mają mniej! Skoro już mają mniej, niech im będzie odebrane to, co mają, nawet jeśli tobie, który masz więcej, nic od tego nie zostanie dodane. Prekariusze, przegrani i zwycięzcy będący jednocześnie przegranymi, domagają się i będą się domagać Programu Powszechnej Prekaryzacji i zdaje się, że pod tym względem będą stanowić realną społeczną siłę: ich głos zostanie usłyszany, a postulaty spełnione.
Bo to nie przegrani są istotną siłą mogącą w jakiś sposób zagrozić społecznemu i gospodarczemu porządkowi. Są nią silne i zorganizowane grupy społeczne, wypowiadające swoje rzeczywiste albo wyobrażone interesy. A skoro udało się wmówić ludziom, że każdy przejaw siły i organizacji jest oburzający, będą oni bronić zastanego porządku nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy działa on na ich niekorzyść. Niech się profesor Król nie martwi. Przegrani nie powieszą go na latarni. Powieszą swoich sąsiadów.
przez Jarosław Górski | piątek 14 listopada 2014 | Jesień 2014
Pod koniec 2011 r. doszło do nagłośnienia w mediach konfliktu między polskimi wydawcami książkowymi i fonograficznymi a siecią dystrybucyjną Empik. Wydawcy zarzucali sieci (a także innym wielkim dystrybutorom detalicznym), że z premedytacją przeciąga terminy spłat należności, odmawia zaległych wypłat, a pozyskane w ten sposób środki wykorzystuje jako nieoprocentowany kredyt na coraz to nowe inwestycje i ekspansję.
Na rynku książki i mediów odraczanie płatności nawet o kilka miesięcy od dostawy jest normalną praktyką, ponieważ oferowany tu towar nie sprzedaje się szybko. Jednak Empik nie dotrzymywał nawet tak wydłużanych terminów płatności. Wielu wydawców, którzy przecież aby wydać książki czy płyty musieli zainwestować spore środki, a także – od początku 2011 r. – zapłacić podatek VAT, stanęło na progu bankructwa, a przynajmniej w obliczu konieczności bardzo znaczących cięć we własnych wydatkach.
Konflikt nabrzmiewał już od lat, jednak nigdy wcześniej nie został tak wyraźnie upubliczniony. Wydawało się, że wydawcy po raz pierwszy stworzyli solidarny front przeciwko bardzo silnemu dystrybutorowi, który opanował ponad 20 proc. detalicznego rynku książki. Z wydawcami solidaryzowali się autorzy, którzy przez opóźnienia w płatnościach sami otrzymywali honoraria z ogromnym poślizgiem. Czytelnicy i osoby związane z branżą wydawniczą rozpoczęli akcję społeczną „Nie karm książkowego potwora”, która informowała publiczność o praktykach wielkich dystrybutorów książek – nie tylko Empiku, lecz także sieci hurtowo-detalicznej Matras, hipermarketów i salonów prasowych. Zachęcano do zakupów z ominięciem dystrybutorów wykorzystujących oligopolistyczną pozycję do wyzyskiwania partnerów, a więc w małych księgarniach tradycyjnych i internetowych oraz w internetowych księgarniach wydawnictw. W 2012 r. akcja „Nie karm książkowego potwora” wygasła.
Nie znaczy to jednak, że problem zniknął. Empik prowadzi politykę dogadywania się z pojedynczymi wydawcami, wiedząc, że wciąż rosnący dystrybutor, rozprowadzający znaczną część ich produkcji z ominięciem hurtowników, jest na wagę złota, a inne firmy z branży są dla nich konkurentami. Wydawcy zaś po raz kolejny zacisnęli zęby i wprowadzili u siebie rozwiązania, o których mowa będzie niżej, pomagające przetrwać na rynku na warunkach narzucanych przez dystrybutorów. Sytuacja na polskim rynku książki jest coraz gorsza, od kilku lat stale zmniejszają się średnie nakłady, a także liczba sprzedanych egzemplarzy książek, choć wciąż rośnie liczba wydawanych tytułów. W roku 2012 (z którego dostępne są ostatnie dane) wartość sprzedaży nowości po cenach wydawców wyniosła 2,67 miliarda złotych, rok wcześniej 2,71 mld złotych, dwa lata wcześniej 2,94 mld zł. W roku 2012 liczba tytułów, które trafiły do dystrybucji, wzrosła o ponad 10 proc. w stosunku do roku poprzedniego.
Niektórzy tłumaczą ten stan bardzo słabym i wciąż pogarszającym się poziomem czytelnictwa w naszym kraju1. Obwiniane są – słusznie – takie zjawiska jak przemiany cywilizacyjne i dominacja kultury audiowizualnej, zmiany wzorców spędzania wolnego czasu, nietrafione reformy szkolnictwa, brak mody na czytanie. Być może warto jednak – uznając zasadność tych rozpoznań – zobaczyć problem także z odmiennej perspektywy. Zapytajmy zatem: jak na czytelnictwo – a co za tym idzie także na wyobraźnię, sposób myślenia oraz intelektualne kompetencje naszych rodaków – wpływa sytuacja na rynku książki? Przyjrzyjmy się jej.
Duży połyka małego
Wielkim dystrybutorom zależy na tym, aby klient wchodzący do stacjonarnego salonu sprzedaży lub logujący się na stronie internetowej sklepu wirtualnego miał wrażenie bogactwa i ciągłego poszerzania ich oferty. Wywierają więc na duże wydawnictwa (a z takimi chcą przede wszystkim robić interesy) presję, aby dostarczały wciąż nowe tytuły. Półki salonów zapełniają się bardzo szybko, szybko też ekspozycja musi się zmieniać. W salonie książka jest fizycznie obecna przez najwyżej trzy miesiące, później musi ustąpić miejsca nowym tytułom. Oczywiście nie dotyczy to pozycji, które zdobyły status bestsellera – one są na półkach tak długo, jak długo dobrze się sprzedają.
W Empiku czy Matrasie można zamówić także książkę nieobecną już na półce, która zostanie dostarczona do salonu po kilku dniach lub wysłana na adres domowy klienta. Może być ona obecna w ofercie sieci jeszcze przez kilka lat od wydania, tak długo, jak długo egzemplarze posiada wydawca. Dla sieci sprzedawanie książek, które nie zajmują sklepowych półek, a ściągane są bezpośrednio z magazynów, jest bardzo opłacalne, jednak jest to margines sprzedaży. Klienci kupują przeważnie to, co znajdą na regałach. Mimo bardzo dynamicznego rozwoju księgarni internetowych, sprzedaż z półek jest w naszym kraju nadal większa od sprzedaży internetowej i wysyłkowej. Dynamikę udziału procentowego poszczególnych kanałów dystrybucji w sprzedaży detalicznej książek ilustruje tabela:
|
1998
|
2004
|
2008
|
2012
|
|
Księgarnie indywidualne
|
45
|
24
|
17
|
12
|
|
Sieci księgarskie
|
5
|
12
|
19
|
26
|
|
Domy Książki
|
9
|
6
|
4
|
2
|
|
Hipermarkety
|
5
|
8
|
12
|
16
|
|
Kioski i saloniki prasowe
|
5
|
6
|
7
|
6
|
|
Akwizycja
|
9
|
9
|
3
|
3
|
|
Internet
|
0
|
5
|
13
|
25
|
|
Kluby i wysyłka
|
24
|
29
|
25
|
10
|
Tabela pokazuje sprzedaż książki papierowej. Sprzedaż książki elektronicznej, mimo że od kilku lat również szybko w Polsce rośnie, stanowi obecnie kilka procent wartości całego rynku książki (ok. 2 proc. w 2012 r.).
Duże wydawnictwa, które chcą być obecne w ofercie wielkich dystrybutorów, również muszą sprawiać wrażenie, że oferują bogaty wybór. Zatem obok spodziewanych bestsellerów, które mają szanse na przyniesienie dużego zysku – drukowanych w dużych nakładach, staranniejszych edytorsko, reklamowanych w mediach i na billboardach – dostarczają wiele tytułów niemających większej szansy na odniesienie rynkowego sukcesu. Jest to najczęściej literatura pozbawiona poważnego reklamowego wsparcia, wydawana w małych nakładach. Po kilku tygodniach sprzedaży stacjonarnej, 2–3 latach obecności w elektronicznych katalogach i księgarniach, będzie w końcu wyprzedawana, przynosząc niewielki zysk lub częściej – niewielką stratę. Miejsce na półkach salonów jest cenne i zarezerwowane dla szybko zmieniających się absolutnych nowości oraz sprzedażowych hitów.
Klient poszukujący ambitnej literatury wydanej nieco dawniej niż w ostatnim miesiącu może mieć wrażenie, że półki Empików i Matrasów wypełnione są literacką produkcją wątpliwej jakości, a coraz bardziej pozbawione tego, co wartościowe. Jest w tym sporo racji. Empik ostatnimi laty ogranicza swoją stacjonarną ofertę. Ponadto pozycje wartościowe łatwo przegapić, bo literatura, także współczesna, aby zyskać należne sobie uznanie, musi się nieco „uleżeć”, mieć czas na dotarcie do znawców, krytyków oraz czytelników-koneserów, którzy po przeczytaniu będą ją polecać znajomym.
Oczywiście w przypadku kiedy książka, która już spadła z półek salonów, dostanie głośną nagrodę literacką lub w jakikolwiek inny sposób zyska rozgłos (np. autor będzie uczestnikiem głośnego skandalu), wtedy wróci do stacjonarnej sprzedaży, a pracownicy sieci i hurtowni będą domagać się od wydawnictwa błyskawicznych dodruków. Tak było np. z powieścią „Pióropusz” Mariana Pilota – autora przecież uznanego, z olbrzymim dorobkiem literackim. Powieść, znakomicie recenzowana, przez niemal rok obecności na rynku osiągnęła średnią jak na nasze warunki sprzedaż – ok. 3000 egzemplarzy – i w sklepach wielkich sieci była już niedostępna. Jednak gdy w 2011 r. została laureatką najbardziej prestiżowej w Polsce nagrody „Nike”, po kilku dniach niezbędnych na dodruk pojawiła się w najbardziej eksponowanych miejscach salonów sprzedaży.
Jeszcze szybciej niż w sieciach księgarskich zmienia się oferta w hipermarketach i dyskontach. Ponieważ rzadko odwiedza je klient nastawiony specjalnie na kupno książki, a częściej taki, który kupuje ją przy okazji innych zakupów, sprzedaje się tam najchętniej albo książki szczególnie głośnych autorów, albo szczególnie tanie. Sieci hipermarketów współpracują z hurtowniami książek, które wyszukują i układają ofertę, domagając się od wydawców największych rabatów, jako że i cena detaliczna będzie tam niższa niż gdzie indziej. Ostatnio częsta jest praktyka drukowania dla dyskontów specjalnych nakładów bestsellerów, których cena okładkowa jest dużo, nawet ponad dwukrotnie, niższa niż w księgarniach. Dla wydawców współpraca z sieciami hipermarketów stanowi konieczność ze względu na ogromną skalę ich działalności. Jednak obarczona jest sporym ryzykiem, gdyż w takich miejscach egzemplarze książek najczęściej ulegają uszkodzeniom i najszybciej są usuwane z półek, by zrobić miejsce dla nowej oferty. Co gorsza, nie trafiają później do sprzedaży internetowej, ale są zwracane wydawcy lub przeceniane znacznie poniżej pierwotnej ceny zbytu.
Błyskawiczna rotacja na półkach, pozorne bogactwo asortymentu, a także oferowane przez wielkie sieci ogromne upusty i częste przeceny książek właściwie eliminują z rynku indywidualne księgarnie. One ze względu na swoją skalę nie mogą liczyć nawet na taką marżę, jaką w salonie dostaje często klient w ramach promocyjnego upustu. W mieście, w którym pojawi się Empik, Matras lub od niedawna Świat Książki, dni małej księgarni są policzone. Jest to duża strata dla czytelników, którzy poszukują oferty ambitniejszej, przede wszystkim znikają bowiem księgarnie nastawione na takiego czytelnika: literackie, naukowe, uniwersyteckie itp. W małych księgarniach, także „ogólnych”, zazwyczaj książka dostępna jest na półkach dłużej. Księgarze są także skłonni lepiej ją eksponować bez dodatkowych opłat oraz zachęcać do jej zakupu. Lepiej poznają też upodobania czytelnicze swoich klientów (dzięki relacjom osobistym, a nie tylko z raportów sprzedaży) i mogą bardziej elastycznie dostosowywać do nich ofertę – choć właśnie przez to ich oferta sprawia wrażenie dużo uboższej.
Nieduże księgarnie i mniejsi, sprofilowani sprzedawcy internetowi stanowią też szansę dla niewielkich ambitnych wydawnictw, które ze względu na małą skalę działalności nie mają możliwości umieszczenia swoich książek na półkach wielkich sieci czy na głównych stronach ich sklepów internetowych. Ktokolwiek kupował kiedyś książki w salonie sieciowym, a tym bardziej w hipermarkecie, wie, że ich pracownicy mogą co najwyżej wskazać czytelnikowi właściwy dział albo książki z listy najlepiej się sprzedających, jednak nie pomogą mu w dokonaniu szczegółowego wyboru.
Ceny – niższe być nie mogą
Średnia cena egzemplarza książki w Polsce w detalu wynosiła w 2012 r. 38,7 zł przy cenie zbytu (wydawnictwa) 23,1 zł, czyli ok. 60 proc. ceny okładkowej. Towarzyszy jej przekonanie, że książki w Polsce są za drogie i wciąż drożeją. W istocie jednak od końca lat 90. ich ceny rosną mniej więcej równo ze wskaźnikiem inflacji, z widocznym wahnięciem w górę w latach 2010–2011, kiedy to obłożone zostały 5-procentową stawką VAT.
Książki są przy tym dobrem kupowanym po zaspokojeniu bardziej podstawowych potrzeb. Zatem wrażenie czytelnika, że kiedyś było go stać na kupno większej liczby egzemplarzy może wynikać po prostu stąd, że dawniej po dokonaniu podstawowych opłat i niezbędnych zakupach, zostawało mu więcej środków, które mógł przeznaczyć na konsumpcję kulturalną (w tym książki). Dziś, w porównaniu z latami 90., wydatki gospodarstw domowych na kulturę i komunikację zawierają także więcej wydatków konkurujących z zakupami w księgarni, takich jak opłaty za telefon komórkowy, Internet i telewizję kablową, a także na częstą wymianę sprzętu elektronicznego. Jak wynika z badań Głównego Urzędu Statystycznego, w roku 2011 największe kwoty wśród wydatków na kulturę gospodarstwa domowe przeznaczyły na telewizję kablową (przeciętnie 138,96 zł na osobę rocznie, czyli 34,3 proc. wszystkich wydatków na kulturę), a na zakup książek (nie licząc podręczników i innych książek do nauki) oraz na bilety instytucji kulturalnych (kino, teatr, muzea itp.) łącznie tylko 19,32 zł (4,8 proc. wydatków na kulturę)2.
Cenę książek w naszym kraju podnoszą bardzo małe – jak na liczbę ludności – nakłady poszczególnych tytułów. W roku 2012 średni nakład książki wynosił w Polsce: w gatunku beletrystyka 2680 egzemplarzy; książka dziecięca – 3495 egzemplarzy; książka szkolna – 9673 egzemplarzy; książka naukowa i fachowa – 2097 egzemplarzy. Oczywiście w średniej mieszczą się i wielkie hity (ostatnio największym był sadomasochistyczny thriller erotyczny E. L. James „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, sprzedany tylko w roku 2012 w 300 tys. egzemplarzy), i liczne książki w nakładzie 200–300 egzemplarzy, które wymagają zewnętrznego dotowania albo przynoszą straty. Jednak dystrybutor zarabia na każdym sprzedanym egzemplarzu, unikając przy tym umieszczania na półkach książek, które mogą się nie sprzedać.
W cenie zbytu egzemplarza, wynoszącej ok. 40–60 proc. ceny okładkowej, mieszczą się także koszty przerzucane na wydawców przez – uprzywilejowanych na rynku – hurtowników i wielkich dystrybutorów. Są to m.in. koszty marketingu, promocji i reklamy tytułu. To wydawnictwo płaci za powierzchnię reklamową, bezpłatne egzemplarze recenzenckie (nawet po kilkaset egzemplarzy jednego tytułu, co przy niewielkich jednostkowych nakładach jest sporym obciążeniem) oraz za przywileje sprzedażowe u dystrybutorów, takie jak obecność książki na półkach salonów przez czas dłuższy niż kilka tygodni, eksponowanie tytułu nie grzbietem, ale okładką do klienta, umieszczenie tytułu na stojaku z nowościami, eksponowanie okładki i informacji o książce w gazetce sieci handlowej, na stronie głównej księgarni internetowej, a czasem także (sic!) na liście najlepiej sprzedających się tytułów. Dodatkowo coraz częściej dystrybutorzy przerzucają na wydawców koszty logistyki i magazynowania książek – na półce salonu trzyma się tylko niewielki zapas danego tytułu, a kiedy się kończy, wydawca lub hurtownik musi natychmiast dowieźć następne egzemplarze, nierzadko omijając nawet magazyny sieci. Podobnie dzieje się w przypadku sprzedaży internetowej – sprzedawca nie ma oferowanych tytułów w swoich magazynach, lecz po otrzymaniu zamówienia przekazuje je do wydawcy lub hurtownika, który musi dostarczyć egzemplarz.
Naturalnie to wydawnictwo ponosi również całkowite koszty słabej sprzedaży swoich tytułów, a także egzemplarzy zniszczonych u dystrybutorów (choćby przez klientów przeglądających książki). Wydawnictwa są ponadto zmuszane przez wielkie sieci dystrybucyjne do partycypowania w kosztach często urządzanych promocji, przecen i wyprzedaży.
Szczególnie istotnym kosztem, który musi być wkalkulowany w cenę zbytu egzemplarza książki, jest długie oczekiwanie na zapłatę za dostarczone egzemplarze. W ten sposób powstaje samonakręcający się mechanizm wyzysku, bo wydawcy „fundują” sieciom dystrybucyjnym darmowy kredyt na ekspansję, wyeliminowanie księgarni mniejszych, przyjaźniejszych wydawcom i dalsze wzmocnienie pozycji, dzięki której z kolei dystrybutorzy mogą tym skuteczniej narzucać im swoje warunki.
Wyzyskiwani wyzyskują
Wydawcy próbują rekompensować sobie wzrost kosztów przez podnoszenie cen zbytu, jednak tu ogranicza ich konkurencja oraz niska zdolność nabywcza polskich czytelników.
Starają się więc ciąć koszty – także metodą starą jak świat: przenoszeniem wyzysku niżej, na tych, których pozycja jest jeszcze słabsza. A więc na autorów, własnych pracowników i współpracowników.
Autorzy zapewniający wydawnictwom książki sprzedające się w wielkich nakładach są w tej sytuacji na wagę złota. Mogą oni w związku z tym liczyć na wysokie zaliczki (rzędu kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy złotych) oraz na bardzo wysokie honorarium, nieznacznie przekraczające 20 proc. ceny zbytu, czyli ok. 10 proc. ceny okładkowej książki. Jednak na zarobek w miarę adekwatny do umiejętności i wysiłku niezbędnego dla stworzenia książki nie mogą liczyć nawet autorzy o ustalonej pozycji na rynku, których książki sprzedają się w przyzwoitych nakładach. Dużych rozmiarów powieść, która sprzeda się w nakładzie 10 000 egzemplarzy (a więc jak na polskie warunki znakomitym) w cenie księgarnianej 40 zł, przyniesie autorowi wraz z zaliczką ok. 20–30 tys. zł brutto, zwykle do podziału z agentem literackim, biorącym 10–20 proc. honorarium. Autor „zapełniacza półek” o cenie okładkowej 30 zł, którego dzieło sprzeda się w nakładzie 2000 egzemplarzy, dostanie łącznie 2–3 tys. zł w ciągu dwóch-trzech lat.
Jednak coraz więcej wydawnictw fabrykujących niskiej jakości, sformatowaną i schematyczną literaturę popularną w małych nakładach, pozyskuje autorów, którzy za swoje pierwsze książki nie domagają się zaliczki (lub dostają symboliczną, kilkaset złotych) i godzą się na honoraria rzędu 3–5 proc. ceny okładkowej. Pojawia się także coraz więcej firm wydawniczych proponujących różne warianty finansowania wydania, marketingu i dystrybucji książki przez autora. I chętnych na takie usługi nie brakuje. Wydawane w ten sposób produkty mają z reguły bardzo niską jakość literacką i fatalną edytorską, jednak można je sprzedawać taniej. Inaczej niż dawniej, kiedy autor wydający dzieło własnym nakładem odbierał paki książek z drukarni, a później upraszał księgarzy i znajomych o kupienie kilku egzemplarzy – trafiają na rynek i przez kilka tygodni obecne są na półkach sieci lub księgarni, z którymi współpracuje wydawca. Im więcej jest chętnych na dostarczenie materiału literackiego za darmo lub nawet na dopłacenie do jego wydania, tym słabsza staje się w rozmowach z wydawcami pozycja pisarzy, dla których honorarium jest kwestią istotną, nawet gdy twórczość tych drugich wyraźnie przewyższa jakością to, co dostarczają pierwsi. Zapewne proces ten będzie postępował, gdy zwiększy się w naszym kraju sprzedaż książki elektronicznej i rozwiną się internetowe platformy self-publishingowe pozwalające każdemu zaoferować swoją twórczość z ominięciem wydawcy (a więc również, w dużym stopniu, edytorskiej obróbki), wyłącznie za pośrednictwem i przy zarobku dystrybutora detalicznego.
Autorzy próbujący na swojej pracy zarobić spotykają się także z bardzo długim zwlekaniem przez wydawnictwa z rozliczaniem sprzedaży – często, choć nie wyłącznie, wynika to z winy dystrybutorów nie płacących w terminie wydawcom oraz ze specyfiki rynku, kłopotów z rozliczaniem zwrotów itp. Nierzadkie jest zatajanie prawdziwych jej wyników, choć tu sprzymierzeńcem autorów stał się podatek VAT na książki, dzięki któremu wydawnictwo musi rejestrować faktyczną sprzedaż. Zdarza się wulgarny szantaż („jeśli będziesz się zbyt natarczywie domagał honorariów, to nie wydamy, nie będziemy reklamować, nie zgłosimy do nagrody twojej następnej książki”) lub inne wytwory nowoczesnego „zarządzania zasobami ludzkimi” („tylko prezes może podpisać przelew, a prezesa nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie”).
Wydawnictwa chętnie przerzucają na autorów część kosztów marketingowych. Wywierają presję na darmowe prowadzenie blogów i stron internetowych, zabieganie o obecność w mediach, utrzymywanie kontaktów z recenzentami i coraz liczniejszymi blogerami literackimi. Autorzy sami piszą notki informacyjne na okładki (tzw. blurby) i ulotki informacyjne, czasem organizują sobie spotkania promocyjne. Nakłania się ich, aby bez wynagrodzenia, dla celów marketingowych, brali udział w programach telewizyjnych czy radiowych, pisywali artykuły publicystyczne do prasy (w zamian za ukazanie się informacji o ich książce). Wielu jest oczywiście autorów, dla których obecność w mediach jest atrakcją samą w sobie i to oni są stawiani za nieodparty przykład tym, którzy uważają, że także pozaliteracka praca pisarza oraz dostarczanie mediom atrakcyjnych treści powinny być wynagradzane. Czasami rozgłośnie radiowe, które zobowiązane są do płacenia przyzwoitych honorariów autorom czytanych na antenie utworów literackich, zgłaszają się do wydawców z propozycją nie do odrzucenia: będą emitować czytaną powieść czy opowiadania ich autora pod warunkiem, że ten dobrowolnie zrezygnuje z wynagrodzenia. Wielu autorów, także uznanych i jak na polskie warunki poczytnych, godzi się na to.
Literatura tworzona przez rynek
Taki stan rzeczy ma istotne konsekwencje dla samej jakości produkcji literackiej. Wydawnictwa, przerzucając koszty promocji na autorów, faworyzują tych, którzy w taki czy inny sposób są sobie w stanie taką promocję zapewnić, czyli m.in. celebrytów oraz osoby pracujące w mediach lub ze względów towarzyskich mające do nich dostęp. Jakość artystyczna, a nawet potencjał rynkowy utworu stają się kwestiami drugorzędnymi. Coraz rzadsze są przypadki, kiedy wydawca gotów jest ponieść koszty reklamy i promocji książki autora o mniej znanym nazwisku lub dzięki kontaktom w mediach i środowisku literackim wypromować książkę, którą sam uważa za znakomitą (casus „Wojny polsko-ruskiej…” Masłowskiej sprzed kilkunastu lat).
Unikanie przez wydawców ryzyka finansowego powoduje niechęć do eksperymentowania i wydawniczej kreatywności, a więc także do dzieł nieoczywistych gatunkowo czy z przesłaniem idącym w poprzek obiegowym opiniom. Najchętniej przyjmowane są przez wydawnictwa maszynopisy dobrze wpisujące się w gotowe formaty literackie, takie jak kryminał, romans czy tzw. chick lit (lekka fabuła obyczajowa dla młodych kobiet, często z wyraźnym elementem pornograficznym), erotyka, różne gatunki fantastyki, reportaż podróżniczy, biografie, sensacje historyczne i polityczne itd. Wydawcy zdają sobie sprawę, że kupujący książki w sieciach i hipermarketach masowy czytelnik ma sprecyzowane oczekiwania: nie lubi być zaskakiwany, chce być dobrze poinformowany o zawartości książki przez okładkę, odpowiedni dział na półce salonu sprzedaży, ewentualnie przekartkowanie i przeczytanie przypadkowego fragmentu.
Jakość przechodzi w ilość
Potrzeba jak najściślejszego wpasowania utworu w format powoduje, że redaktorskie ingerencje w oddany przez autora tekst bywają bardzo poważne. Redaktor zamawiający, zwany też w niektórych wydawnictwach – chyba słusznie – menedżerem produktu lub menedżerem projektu, ocenia utwór pod kątem jego potencjału rynkowego i domaga się od autora wprowadzenia zmian i poprawek koniecznych z tego punktu widzenia. Żąda się często zmian bardzo głębokich, dotyczących przebiegu fabuły, konstrukcji bohaterów, tonacji i przesłania utworu. Często zresztą redaktorzy pracujący dla wydawcy sami dokonują takich ingerencji, które na zasadzie propozycji nie do odrzucenia przedstawiają później autorowi do akceptacji. Oczywiście wydawcom najbardziej opłaca się publikacja takich dzieł, które nie wymagają dużego nakładu pracy. Dlatego najchętniej współpracują z autorami, którzy sami domyślają się, jaka zawartość maszynopisu jest oczekiwana.
Konieczność szybkiego dostarczania dystrybutorom kolejnych nowości powoduje, że jakość bardzo szybko zamienia się w ilość. W cenie są więc autorzy, którzy piszą szybko i zgodnie ze schematem gatunku. Coraz częściej są nimi absolwenci bardzo ostatnio rozpowszechnionych szkółek i kursów kreatywnego (sic!) pisania, uczących sprawnego wpasowywania się w podstawowe rynkowe formaty.
Pisarzom tworzącym literaturę popularną, którzy odnieśli pewien (niekoniecznie oszałamiający) rynkowy sukces, proponuje się bezpieczne pod względem finansowym szybkie jego dyskontowanie kolejnymi utworami jak najbardziej przypominającymi poprzednie, zamiast ryzykownej eksploracji nowych tematów i form. Stąd kontynuacje fabuł w seriach czy popularne książki o historycznych sensacjach, kontynuujące motyw, który się sprawdził (skoro dobrze sprzedał się „Seks w starożytnym Rzymie”, to ten sam autor pisze później „Słynne nierządnice Renesansu”, „Sekretne życie średniowiecznych mnichów” itp.). Regułą jest, że kolejne książki w takich seriach są przez pośpiech napisane mniej starannie od poprzednich, widać w nich brak pomysłu, polotu, niekonsekwencje fabuły czy błędy w dokumentacji. Często bywa też tak, że kolejne książki z takiej serii mają niższe nakłady. Jednak trafiony pomysł eksploatuje się tak długo, jak długo sprzedaje się on we w miarę dobrej ilości. Później mówi się, że „format się wyczerpał”, co często oznacza tyle, że czytelnik się do niego zniechęcił.
Warto zastanowić się, a może i kiedyś zbadać, czy niecierpliwy, niemający silnych czytelniczych nawyków ani potrzeb polski czytelnik, zniechęcony do kolejnego autora czy formatu porzuca tylko „winnych”, czy też przenosi swoje zniechęcenie na czytanie w ogóle. Z jednej strony bowiem wydawcy i dystrybutorzy, proponując formaty, odpowiadają na oczekiwania czytelnika, który chce otrzymać możliwie łatwo przyswajalny i bezpieczny poznawczo produkt. Z drugiej jednak, kształtują w ten sposób kompetencje czytelnicze odbiorców, co ma tym silniejsze oddziaływanie, im bardziej szkoła i instytucje edukacji publicznej z tego zadania rezygnują. Czytelnikom przyzwyczajonym do łatwego, sformatowanego przekazu będzie się bardzo trudno przekonać do literatury ambitniejszej, nie tylko formalnie bardziej skomplikowanej, ale też niosącej bardziej złożone i niejednoznaczne przesłania. Każde odejście od formatowych schematów będzie przez nich odbierane jako irytujące, niedopuszczalne. Jednocześnie fani poszczególnych formatów prędzej czy później odczuwają znudzenie, dlatego że wciąż mają do czynienia z utworami bardzo do siebie podobnymi. A ponieważ czytanie i książki kojarzą się im właśnie z formatem, są oni skłonni porzucać nie tylko nużący format, ale i czytanie w ogóle, co w świecie proponującym mnóstwo atrakcyjnych form spędzania wolnego czasu nie jest kłopotliwe.
Podobny proces inflacji jakościowej może zresztą dotyczyć także literatury cieszącej się opinią ambitniejszej. W ciągu ostatnich kilkunastu lat wysoką markę wyrobił sobie polski reportaż literacki, a książki polskich autorów tego gatunku uzyskują przyzwoite nakłady. Ostatnio jednak i u reportażystów daje się zauważyć symptomy presji na nowości. Obszerny reportaż literacki jest gatunkiem wymagającym od autora sporych nakładów finansowych (koszty podróży, researchu itp.), czasu i całkowitego oddania się pracy (trudno pisać reportaż podróżniczy w wolnym czasie po powrocie z biura). Niełatwo więc dostarczać co rok pełnowartościową nowość. Coraz więcej pojawia się w związku z tym zbiorków tekstów reporterów, w których nazwisko autora i szata graficzna serii sugerują, że będą to klasyczne reportaże literackie. Tymczasem bywa, że kilka krótkich reportaży obudowuje się tu np. obszernymi fragmentami dziennika, luźnymi zapiskami, tekstami felietonowymi. Autorzy zgadzają się na takie manipulacje, ponieważ obawiają się, że czytelnik, zasypywany błyskawicznie wciąż nowymi propozycjami, bardzo szybko zapomni ich nazwiska. Pytanie tylko, czy zapomni także o zawodzie, jakiego doznał przez autora obniżającego z premedytacją jakość swoich produktów.
Przyczyny i skutki cięcia kosztów
Ograniczanie początkowych nakładów, za którym idzie także zmniejszanie zależnych od sprzedaży (realnej – a nie spodziewanej) honorariów autorskich, jest jednym ze sposobów cięcia kosztów. Książka wymaga jednak zarazem poniesienia pewnych kosztów stałych. Trzeba zamówić okładkę, ewentualne ilustracje, tekst musi być przetłumaczony (w przypadku przekładu), zredagowany, poddany korekcie, złożony. Koszty stałe powodują, że przy zmniejszaniu się nakładu znacząco rośnie koszt jednego egzemplarza. Wydawcy starają się więc go zmniejszyć, co powoduje z kolei, że książki mają coraz niższą jakość językową i edytorską.
Obniża się również jakość graficzna książek. Wydawnictwa oferują grafikom coraz niższe honoraria, wymagając od nich zarazem nie tyle ciekawych artystycznie projektów okładek i szaty graficznej książek, co po prostu krzykliwego przekazu reklamowego, skierowanego do najmniej wymagającego czytelnika. Skoro książka o małym nakładzie nie może liczyć na wsparcie reklamowe wydawcy, musi zachęcić klienta salonu sprzedaży lub internautę wyrazistym obrazkiem i liternictwem okładki. Wiele okładek tworzonych jest dzięki komputerowym generatorom, wykorzystującym dostępne w internetowych bazach fotografie, ilustracje i wzory liter. Zdarza się wcale nierzadko, że ta sama fotografia wykorzystywana jest na okładkach kilku książek, które nie reprezentują nawet podobnego gatunku. Bardzo częste jest podpatrywanie i adaptowanie przy niewielkich przeróbkach rozwiązań graficznych zagranicznych wydawnictw. Okładki, mimo swojej pozornej atrakcyjności, są do siebie podobne, monotonne, brzydkie, rzadko nawiązują do zawartości książek, a częściej po prostu informują o tym, jaki gatunek książka reprezentuje. Przyczyniają się do kształtowania złego gustu u jednych czytelników, innych zniechęcają.
Bardzo widoczne są także oszczędności wydawnictw na redakcji i korekcie tekstu. Coraz więcej wydawnictw, i to nie tylko tych z najniższej półki, korzysta z zewnętrznych usług redaktorów językowych i korektorów, oferuje coraz niższe stawki za arkusz lub zleca korektę praktykantom w ramach bezpłatnych stażów. Niektórzy wydawcy całkiem rezygnują z korekty złożonego już tekstu i, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia, zlecają tej samej osobie redakcję i korektę. Wydawnictwa oferujące publikację książek ze współfinansowaniem autora bardzo często po prostu nie wywiązują się ze swoich zobowiązań w zakresie prac redakcyjnych. Szczególnie niebezpiecznym dla polskiego czytelnictwa zjawiskiem jest oszczędzanie na pracy profesjonalnych tłumaczy i zatrudnianie za grosze osób jako tako znających język oryginału, lecz bez literackiej sprawności w języku własnym. Profesjonalny, doświadczony tłumacz bierze – w zależności od stopnia trudności tekstu, rzadkości języka itp. – 600–1200 zł za arkusz przekładu. Wiele wydawnictw zatrudnia tymczasem amatorów za 200–400 zł lub zgoła „za doświadczenie”. Sam spotkałem się już z propozycją redakcyjnego (za niewysoką stawkę) opracowania przekładu dokonanego przez… tłumacza elektronicznego. Wszystko to powoduje, że coraz gorszy jest także poziom językowy większości publikacji, a książki pisane fatalnym, urągającym wymogom składni i poprawności, językiem, pełne błędów ortograficznych i interpunkcyjnych, zniechęcają do czytania także tych czytelników, których wydawcy i dystrybutorzy traktują jako mało wymagających i niewartych większych starań.
Światełka w tunelu
Negatywnym, również dla poziomu i jakości polskiego czytelnictwa, skutkom zdominowania detalicznej dystrybucji książek przez wielkie sieci i hipermarkety próbują się przeciwstawiać instytucje jednoczące wydawców. Polska Izba Książki rozpoczęła prace nad projektem ustawy o jednolitej cenie nowości wydawniczych. Gdyby Sejm taką ustawę przyjął, wszystkie bez wyjątku podmioty handlu detalicznego (tradycyjne i internetowe) byłyby zmuszone sprzedawać każdą książkę przez rok od jej ukazania się na rynku w tej samej cenie końcowej. A więc wielcy detaliści sieciowi, hipermarkety i dyskonty, a także ogromne księgarnie internetowe (jak wchodzący niedługo na nasz rynek gigant Amazon) nie mogłyby dłużej wykorzystywać swojej skali do eliminowania mniejszych dystrybutorów poprzez zabójcze dla nich upusty oraz wymuszanie na wydawnictwach coraz większych rabatów finansujących te upusty. Paradoksalnie więc zmuszenie wielkich sieci do sprzedawania książek po cenie okładkowej może się przyczynić do obniżenia średniej ceny książki. Podobne ustawy obowiązują z powodzeniem od trzydziestu lat we Francji (tzw. prawo Langa, od nazwiska słynnego ministra kultury, który w pierwszej połowie lat 80. przeforsował tę ustawę, wśród wielu innych rozwiązań chroniących rodzimą kulturę przed destrukcyjnym wpływem korporacyjnej komercjalizacji) i w Niemczech. Nietrudno się domyślić, że próby wprowadzenia tego rozwiązania spotykają się jednak z protestami w imię „prawa do niskich cen”, wolności przedsiębiorczości czy haseł w stylu „książka to taki sam towar jak każdy inny”.
Wsparciem dla autorów oraz w pewnej mierze także wydawców może stać się przygotowywane już w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego tzw. Public Lending Right. Prawo to gwarantuje twórcom książki (nie tylko autorom, ale także tłumaczom, ilustratorom, autorom fotografii) i wydawcom honorarium za wypożyczenia ich dzieł w bibliotekach publicznych. Jest to rozwiązanie korzystne nie tylko dlatego, że autorzy i wydawnictwa dodatkowo zarobią (co w pewnym stopniu zrekompensuje im straty wynikające z darmowego udostępniania ich twórczości), ale także dlatego, że do kondycji finansowej autora lub wydawnictwa będą mogli dołożyć drobną cząstkę również bibliotekarze-pasjonaci polecający książkę swoim czytelnikom. Wdrożenia tego rozwiązania wymagają od nas przepisy unijne, zostanie więc ono wprowadzone niezależnie od głosów protestu.
Można by zastanowić się nad preferencjami podatkowymi, prawnymi czy dotyczącymi np. opłat za wynajem lokali dla takich podmiotów rynku książki (od agencji autorskich przez wydawnictwa po księgarnie), które zdecydowałyby się na działalność w formule „non profit”. Czyli takich, które nie miałyby prawa wyprowadzać zysków na zewnątrz, miałyby obowiązek inwestowania ich w dalszą statutową działalność, która w tym przypadku mogłaby zostać przez ustawodawcę poszerzona o działania na rzecz potrzeb kulturalnych klientów, promocji książki i czytelnictwa. Byłoby to tym prostsze, że wielu mniejszych wydawców i księgarzy-entuzjastów już teraz działa na podobnej zasadzie, choć oczywiście z pewnością spotkałoby się to z protestami sieci księgarskich i dużych wydawców.
Warto byłoby też, aby stowarzyszenia twórców i pracowników książki (działające dziś w swoich zawodowych sprawach bardzo rachitycznie) przypomniały sobie postulaty Stefana Żeromskiego sprzed stu lat i zaczęły domagać się gwarantowanych przez prawo państwowe minimalnych tantiem autorskich, zależnych od okładkowej ceny książki (według Żeromskiego zapobiegające wulgarnemu wyzyskowi pisarzy minimalne tantiemy miały wynosić ⅓ lub ¼ ceny księgarskiej – dziś o takich kwotach nie można nawet marzyć!)3. Oczywiście spotka się to z wielkimi protestami już nie tylko samych wydawców i dystrybutorów, ale i tych autorów, którzy swoje istnienie na rynku zawdzięczają wyłącznie książkowej nadprodukcji i gotowości do darmowego czy niskopłatnego udostępniania swojej twórczości. Niezbędne wydaje się także działanie innych twórców książki na rzecz wprowadzenia minimalnych stawek za przekłady, redakcję, korektę, skład itp.
Sądzę, że warto myśleć o kolejnych, nawet bardzo radykalnych rozwiązaniach regulujących rynek książki. Straty poniesione wskutek jego nieokiełznanej działalności przez kulturę i czytelnictwo polskie można by w ten sposób – jeśli nie nadrobić, to przynajmniej zapobiec kolejnym.
Wszelkie dane dotyczące rynku książki podano za: Ł. Gołębiewski, P. Waszczyk, Rynek książki w Polsce 2013. Warszawa 2013, tomy: Wydawnictwa i Dystrybucja.
Przypisy:
1. Badania czytelnictwa prowadzone przez Bibliotekę Narodową i ukazują systematyczny spadek:
|
Rok badania
|
Nieczytający
|
Czytający 1–6 książek
|
Czytający 7 i więcej książek
|
|
2002
2004
2006
2008
2010
2012
|
44,4
41,8
50,3
62,2
56,0
60,8
|
32,1
32,9
31,7
24,8
31,1
26,5
|
22,2
24,4
17,2
10,6
11,6
11,1
|
Przy czym kategoria „czytający” oznacza tu osobę, która książkę chociażby przekartkowała (i przeczytała 3 stronice), a książka to także album, publikacja fachowa, książka kucharska czy podręcznik. Źródło: http://www.bn.org.pl/aktualnosci/501-czytelnictwo-polakow-w-2012-r.-%E2%80%93-wyniki-badan.html
2. http://stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/KTS_wydatki_kultura_2011.pdf
3. Stefan Żeromski, Projekt Akademii Literatury Polskiej, w: tegoż, Pisma literackie i krytyczne, Warszawa 1963, s. 63.
przez Jarosław Górski | środa 12 listopada 2014 | opinie
Otwarte dwa tygodnie temu Muzeum Historii Żydów Polskich przyjęło nazwę Polin. Jest to nawiązanie do legendy, według której żydowscy uciekinierzy z krajów nienawistnej wobec nich Europy odnajdywali spokój i odpoczynek w tolerancyjnej Polsce. Sama jej nazwa była dla nich dobrą wróżbą, przywodząc na myśl hebrajskie po lin – „tu odpocznij”. Również tytuł jednej z ekspozycji, Paradisus Iudaeorum, czyli „żydowski raj”, zaczerpnięty, nota bene, z XVI-wiecznego anonimowego antyżydowskiego pamfletu, mimo że można się w nim dopatrzeć ironii, wzmacnia przekaz, jaki tkwi w nazwie największej instytucji zajmującej się upamiętnianiem dziejów polskich Żydów. Przekaz sugerujący, że dawna Rzeczpospolita chętnie i bezinteresownie przyjmowała uciekinierów z Europy ogarniętej antyżydowskimi prześladowaniami, stworzyła Żydom znakomite warunki do rozwoju ich kultury, a Polacy dzięki swej przyrodzonej tolerancji żyli z przybyszami w zgodzie i harmonii.
Opowieść o Polsce jako kraju, który udziela schronienia prześladowanym w świecie i obłożonym powszechną anatemą obcym – z powodów albo czysto etycznych (polska przyrodzona gościnność, tolerancja, współczucie), albo sentymentalnych (ponoć już Kazimierz Wielki w ramionach Esterki rozczulił się nad jej rodakami wypędzanymi z innych europejskich krajów) – jest dla nas krzepiąca i okazuje się wciąż bardzo żywotna. Sądzę zresztą, że paradoksalnie zyskuje ona na żywotności, gdy pojawiają się kolejne publikacje przypominające o polskim antysemityzmie, polskich postawach wobec zagłady Żydów czy wręcz o polskiej współodpowiedzialności za Zagładę. Atrakcyjność tej opowieści jest tak wielka, że powtarzają ją i wzmacniają nawet – a może i zwłaszcza – te środowiska, które głoszą potrzebę postrzegania historii bez sentymentów i złudzeń, jako gry interesów.
Mogłoby się zdawać, że legenda „żydowskiego raju” musi posiadać sentymentalny lub humanitarny element. W czasie, w którym Rzeczpospolita miała być żydowskim rajem (czyli, według tak zatytułowanej ekspozycji muzealnej, w latach 1569-1648),Żydzi faktycznie przybywali do Rzeczypospolitej szerokim strumieniem, osadzani byli w kolejnych miastach i miasteczkach oraz zaopatrywani w kolejne przywileje. W istocie jednak nie działo się to ani z humanitarnych, ani z sentymentalnych względów. Stali się oni elementem rozgrywki polskiej, litewskiej i ruskiej magnaterii z rodzimym mieszczaństwem, dochodzącym u schyłku średniowiecza – podobnie zresztą jak w krajach zachodnich – do znacznej zamożności i w związku z tym domagającym się także przywilejów politycznych.
Żydzi sprowadzani byli do Polski przede wszystkim po to, by w prowadzeniu interesów magnaterii i ziemiaństwa zastąpić chrześcijańskich pośredników. Akceptacja ich religijnej i kulturowej odmienności nie wymagała od nadających im przywileje patronów ani tolerancji, ani humanitaryzmu, bo Żydzi byli do Polski sprowadzani nie mimo odmienności, lecz ze względu na nią. I także nie mimo, lecz ze względu na istniejącą w całym chrześcijańskim świecie nienawiść do „zabójców Jezusa”, i ze względu na klątwę, którą według wciąż powtarzanego chrześcijańskiego przekazu, sami na siebie nałożyli pod oknem Poncjusza Piłata. Nowa klasa obsługująca szlacheckie interesy miała być właśnie powszechnie znienawidzona, obca, ale także świadoma własnej obcości, czyhającej na nią zewsząd nieufności i nienawiści. W swoim „raju” Żydzi otrzymali pewną kulturalną i religijną autonomię, przyzwolenie na odmienność oraz warunki do rozwoju swojej kultury. To, co Żydzi mogli postrzegać jako zdobycz, gwarantowało jednak zarazem szlacheckim patronom żydowską niezdolność do emancypacji i samodzielności, niemożność wchodzenia w jakiekolwiek alianse z klasami niższymi, a nawet – gdyby zaszła taka potrzeba – łatwe przejęcie kontroli nad żydowskimi kapitałami. Wciąż rozbudzana na nowo nienawiść do Żydów, wzmocniona dodatkowo przez zrozumiałą zawiść niższych klas, pozwalała nieprzywykłej do samodzielnego oszczędzania szlachcie trzymać w szachu dysponentów jej majątków.
Wszystko to razem sprawiało, że Żydzi nie mogli żyć bez magnackiej i szlacheckiej protekcji (będącej jednocześnie opresją), którą postrzegali jako dobrodziejstwo. Żydzi, zastępujący w Polsce klasę mieszczańską, protokapitalistyczną, inaczej niż mieszczanie zachodni, nie mieli zdolności wchodzenia w taktyczne sojusze z klasami najniższymi, nawet wtedy, gdy mieli z nimi wspólne interesy. Nie dążyli – tak jak zachodnie klasy średnie – do własnej emancypacji i w końcu supremacji, możliwej dzięki obracaniu kapitałami i innowacyjności, zadowalając się w miarę wygodną pozycją kasty względnie uprzywilejowanej i względnie upośledzonej zarazem. Mieli przy tym poczucie ciągłej niezbędności zbrojnej szlacheckiej ochrony przed masami, które postrzegali jako ze swej istoty złe, nienawistne, nieobliczalne i irracjonalne. Jakie mechanizmy stały często za tymi antagonizmami, pokazuje dobrze przykład przytaczany przez Heinricha Graetza w jego „Historii Żydów”: żydowscy zarządcy ukraińskich latyfundiów pobierali podatki na rzecz magnatów, także od chrzcin i ślubów; przechowywali więc klucze od cerkwi, które wydawali duchownym dopiero po uiszczeniu danin. Z chłopskiej perspektywy wyglądało to tak, że Żydzi z chciwości i nienawiści do prawdziwej wiary przeszkadzają chrześcijanom w przyjmowaniu sakramentów. Jedynym przejawem ludowej emancypacji, jaki Żydzi znali z doświadczenia i potrafili sobie wyobrazić, był pogrom, powstanie kozackie lub chłopska ruchawka i dlatego utrzymywanie chłopów w stanie upokorzenia i podległości mogli postrzegać jako służące obronie elementarnego porządku.
Takiemu postrzeganiu mas przez Żydów towarzyszył polski szlachecki filosemityzm – protekcjonalny i sentymentalny, oparty z jednej strony na przekonaniu o wielkim dobrodziejstwie uczynionym Żydom (lubimy tych, którzy nam coś zawdzięczają) właśnie przez humanitarne i tolerancyjne przyzwolenie na ich przebywanie w Rzeczypospolitej i zachowanie własnej odmienności, przez ciągłą ich ochronę przed nienawistną chłopską masą (konsekwentnie z kolei szczutą na Żydów i utrzymywaną w przekonaniu o tym, że to ci ostatni są przyczyną wszelkich jej cierpień), a z drugiej na oczekiwaniu lojalności i wdzięczności za protekcję. Zresztą Żydzi wcale nie musieli być ostatecznym przedmiotem szlacheckiego protekcjonalnego filosemityzmu – także i w tym wymiarze pełnili oni poniekąd funkcję mediatora w relacjach szlachecko-chłopskich. Życzliwy, tolerancyjny (a więc pełen cierpliwości), wyrozumiały stosunek do tak wyrazistego Innego miał odróżniać istotę oświeconą i szlachetną od ciemnej i podłej, zawistnej, niezdolnej do życzliwości i wyrozumiałości – i w ten sposób stawał się kolejnym uzasadnieniem szlacheckiej pogardy.
Dziś, jak sądzę, legenda Polin, miejsca odpoczynku wiecznych tułaczy oraz żydowskiego raju, odbija się Polakom czkawką. Bywa bowiem nadzwyczaj chętnie wykorzystywana do negowania wszelkich polskich win wobec Żydów, wykazywania żydowskiej niewdzięczności i perfidii. Nie wiem, czy kierownictwo MHŻP wzięło pod uwagę to, że przed internautą poszukującym informacji o ekspozycji i wpisującym w wyszukiwarkę słowo „Polin” otworzy się nieprzebrane bogactwo antysemickich treści.
Oczywiście legenda żydowskiego raju ożywia nie tylko polski antysemityzm, ale i filosemityzm, jednak ten drugi miewa w Polsce, pewnie jeszcze od sarmackich czasów, swoją pokrętną logikę. Właśnie dziś, kiedy ukazuje się coraz więcej wiarygodnych źródeł i opracowań dotyczących polskiego przedwojennego antysemityzmu, postaw przyjmowanych podczas okupacji oraz udziału Polaków w mordowaniu Żydów w trakcie i po wojnie, w wielu inteligenckich środowiskach dają się zauważyć dość dwuznaczne reakcje. Kolejne świadectwa i opracowania mówiące o zbrodniach dokonanych przez Polaków na Żydach witane są już nie z przerażeniem, nie ze – zrozumiałą poniekąd – potrzebą negacji, ale niemal z entuzjazmem. Mówi się o takich wypadkach z wyczuwalną satysfakcją, jednocześnie łatwo wskazując winnych: albo polskich chłopów, albo małomiasteczkowe społeczności, albo wielkomiejską lumperię – w każdym razie jakąś ciemną masę, ogłupiałą od kościelnej propagandy lub chciwą żydowskich pierścionków i mebli.
To radosne wskazywanie winnych pozwala entuzjastom dość łatwo, i właśnie w bardzo polski sposób, z jednej strony szlachetnie przyznać się do „narodowej przewiny”, ale z drugiej pozostać zupełnie czystym i niewinnym. Przecież przyznajemy się, że zbrodni dokonaliśmy my, Polacy, ale przecież nie my – subtelni inteligenci, nie my – kosmopolityczne wolne duchy, tylko tamci: ciemni i chciwi, nienawistni z samej swojej istoty – fundamentalnie inni niż my. My – to ci, którzy zaprosili Żydów do Polin; zawsze chcieliśmy tworzyć takie czy inne Polin, miejsce odpoczynku dla prześladowanych i ziemską emanację naszej szlachetności. To tylko tamci – jak to zwykle bywa, gdy się im na to pozwoli – pokazali, kim są naprawdę, okazała się cała ich podłość. W tych ekspiacjach z dudniącym biciem się w piersi tamtych, ponownie Żydzi, a właściwie ich prochy, spełniają funkcję pożytecznej karty przetargowej w rozgrywce z „tamtymi”.
Nie, nie chcę tu powiedzieć, że nie powinniśmy bić się w piersi. Bijmy się w piersi wszyscy, ale skoro nie potrafimy wspólnie, to każdy w swoje własne. Bijmy się w piersi pamiętając o tym, że polski udział w zagładzie Żydów jest w pewnej, dość istotnej części efektem tych samych procesów, które zapewniły polskim oświeconym elitom, tak chętnie dziś pokazującym palcem winnego, uprzywilejowaną pozycję, z której – w większym stopniu niż tamci z zagrabionych przed laty żydowskich pierzyn – korzystają i dziś.