Niezorganizowani nie mają racji – refleksje tłumacza

Polską branżę tłumaczeń tworzy, jeżeli wierzyć danym GUS, około 60 000 podmiotów, osiągających obroty rzędu miliarda złotych. Większość tych podmiotów to jednoosobowe działalności gospodarcze. Funkcjonuje też pewna liczba tłumaczy pracujących na podstawie umów cywilno-prawnych. Lekko zaokrąglając można uznać, że zagadnienie dotyczy około 100 000 osób. Czy to dużo, czy mało, trudno jednoznacznie powiedzieć. Ale dla porównania: w górnictwie pracuje około 150 000 ludzi. Ktoś mógłby się obruszyć na niestosowność zestawienia. Oczywiście, warunki pracy w porównaniu do sztolni (bo już nie w administracji) są zupełnie odmienne, jednak wypada zauważyć, że informacja jest jednym z podstawowych towarów. Ktoś inny mógłby zauważyć, że bez tłumaczy, poza przysięgłymi, świat, w którym przecież wszyscy znają języki, mógłby się doskonale obejść. Zapewne tak, polecam jednak zapoznanie się z instrukcją obsługi skomplikowanej maszynerii, napisaną po angielsku przez Włochów, Japończyków czy Finów. Może się okazać, że czytelnik i autorzy mają cokolwiek inne wyobrażenia języka, w którym biegły jest teoretycznie niemal każdy, i chociaż słowa są jasne, nie chcą za bardzo składać się w zrozumiałą z marszu całość.

Wśród tłumaczy najwięcej jest zapewne lingwistów, dla których jest to zajęcie naturalne. Na podstawie własnych doświadczeń z branży zakładałbym jednak, że nie jest to dominacja przytłaczająca. Próg wejścia jest bowiem bardzo niski. Próbować może każdy, kto rozumie jakiś język obcy i potrafi wypowiadać się prawidłowo we własnym. W praktyce w grupie czynnych translatorów jest np. całkiem wielu naukowców, pracujących w swojej dziedzinie lub niedoszłych, jak niżej podpisany, który trafił do niej po dwóch latach poszukiwania jakiejś ścieżki życiowej wyprowadzającej z bagna, w jakie wpakował się z nieocenioną pomocą promotora pracy doktorskiej, kwitującego faktyczny brak wyników badań radosnym: „To świetnie, panie Jasiu, nie narobimy się przy interpretacji”. Działam w branży od przełomu lat 2005 i 2006, zaliczyłem pracę jako tłumacz stacjonarny, kierownik projektu i freelancer, więc mogę, jak mi się wydaje, pokusić się o postawienie pewnej diagnozy.

Właściwy wywód zacząć trzeba od pewnej polemiki z powszechnie przyjętym zastosowaniem pojęcia „umowy śmieciowe”, odnoszącym się przede wszystkim do umów o dzieło, rozciąganym jednak często na jednoosobowe działalności gospodarcze. Niestety, w tej akurat branży śmieciowe były zawsze umowy o pracę. Kiedy w 2007 r. decydowałem się na rozpoczęcie działalności czysto freelancerskiej, dla tłumacza zatrudnionego w biurze tłumaczeń w dużym mieście nieosiągalnym marzeniem była zazwyczaj pensja wynosząca 2000 złotych na rękę. Jeżeli płacono kwoty tego rzędu, to przez połączenie najniższej pensji krajowej z lipną umową o dzieło. Właściciele biur woleli rozstać się z nawet bardzo dobrym tłumaczem, niż zapłacić mu obiektywnie przecież niewysoką kwotę. Próbując łączyć freelancing z pracą kierownika projektu, zauważyłem szybko, że moje przychody z działalności pozaetatowej znacznie przekraczają to, co płaci mi pracodawca. Decyzja nie była zatem trudna.

Uogólniając nieco, pracując na podstawie umowy o dzieło można było z jednej strony przy rozsądnej wydajności i portfelu klientów zapewniającym ciągłość, z drugiej jednak bez szaleństw takich, jak praca po 16 godzin na dobę 7 dni w tygodniu, bez problemów osiągnąć dochody brutto trzy razy wyższe, niż na etacie, przekładające się z uwagi na korzystne zasady opodatkowania naturalnych w tym przypadku umów o dzieło na jeszcze lepszy stosunek kwot „na rękę”. Nie znaczy to, że właściciele biur są jakimiś bezwzględnymi wyzyskiwaczami. Ich działalność jest obarczona różnymi czynnikami ryzyka, wśród których dominują niestabilność dopływu zleceń i kursów walut. W tej sytuacji w firmie okresy gorączki przeplatają się z takimi, w których sensacją jest przelot muchy. Niemniej jednak fakt pozostaje faktem, a przemysł, jeżeli czymkolwiek się różnił od tej branży, to jeszcze niższymi zarobkami. Efekt był taki, że do biur przychodziło się poterminować, nauczyć zawodu, a następnie wyruszyć na szerokie morza własną łupinką, aby móc łowić całkiem sporo jak na krajowe warunki.

Skoro zatem jest dobrze, to o czym w ogóle mowa? Oczywiście o pieniądzach. Sytuacja jest niestety taka, że przez tych 10 z górą lat stawki nominalnie stoją w zasadzie w miejscu. Skoro inflacja w tym okresie wyniosła niemal 20% – to de facto spadają. Dużo prościej znaleźć nowego, lepiej płacącego klienta, niż wynegocjować coś z aktualnym. Niestety, branża podlega bardzo negatywnej presji cenowej, wynikającej z paru przyczyn.

Pierwszą jest drastyczna nierównowaga podmiotów. Zlecającymi dużo i stale są światowe koncerny, o obrotach rzędu nawet kilkuset miliardów rocznie. Po drugiej stronie stoją biura, których obroty wynoszą pojedyncze miliony złotych oraz tłumacze osiągający w przypadku dobrego prosperowania przychody rzędu stu kilkudziesięciu tysięcy (być może są jakieś gwiazdy, o wybitnej specjalizacji i mające znakomitych klientów, jednak i tak mowa o różnicach procentowych, nie rzędów wielkości). Wielu jednak nie prosperuje dobrze, a średnio, czyli w okolicach średniej krajowej. Po iluś latach trudno zająć się czymś zupełnie innym, a z rady „załóż firmę” już się skorzystało. Klienci jednak wywierają stałą presję na „taniość”, co siłą rzeczy odbija się na jakości. Prawidłowo prowadzony proces tłumaczenia składa się z trzech etapów: tłumaczenie właściwe, korekta merytoryczno-językowa i ostateczne wygładzenie językowe (plus procesy DTP). Angażuje to jednak trzy osoby. Kiedy bezwzględną przewagę ma tańsza oferta, zazwyczaj rezygnuje się z etapu właściwej korekty, odsyłając klientowi surówkę, sprawdzoną pod kątem pisowni, ogólnej spójności i ewentualnej obecności ewidentnych nonsensów. Klienci niestety to aprobują, świadomie nie przydzielając funduszy na korektę czy domagając się tłumaczenia za zredukowaną stawkę, bez korekty. Nazwalibyśmy takich Januszami biznesu, jednak nie chodzi o świeżo wzbogaconych hurtowników skarpetek, słabujących w zakresie kapitału kulturowego, lecz o wspomniane wysokotechnologiczne koncerny obracające wieloma miliardami dolarów.

Normą jest dzielenie projektów między wielu wykonawców, z preferencją najtańszych, co powoduje po jakimś czasie występowanie w pamięciach programów wspomagających tłumaczenie pięciu tłumaczeń danego terminu – niezgodnych z szóstym, zawartym w słownikach. Informowany o tym klient wzrusza ramionami wobec osoby odpowiedzialnej za dany rynek i instruuje „zróbcie tak, żeby było dobrze, ale więcej nie zapłacimy” (casus koncernu o obrotach przekraczających 200 miliardów dolarów).

Swoje zrobiły tu globalizacja i platformy internetowe. Jeszcze przed 10-15 laty zagraniczna firma o ustalonej renomie zwracała się do swojego polskiego odpowiednika. Rewolucja sieciowa sprawiła, że może szukać najtańszego tłumacza bezpośrednio, sondując rynek pod jednym kątem: kto zrobi to za najniższą cenę. Skutek jest taki, że wykonawcy dobrzy (biura stosujące wspomniany kompleksowy proces) są wypierani, a przynajmniej poważnie naciskani przez kiepskich, konkurujących wyłącznie ceną. Trzeba mieć oczywiście świadomość, że rynek polski jest znacznie mniejszy od francuskiego czy niemieckiego i to będzie przekładało się na stawki możliwe do osiągnięcia.

Last but not least – bardzo wiele złego zrobiły instytucje państwowe. Ogromne projekty związane z tłumaczeniem dokumentów UE czy NATO, miast być błogosławieństwem dla rynku, stały się jego przekleństwem. Powód był jeden i został już wspomniany: cena jako zasadnicze kryterium wyboru. Wśród tłumaczy krążyły, niebędące niestety legendami, opowieści o biurach, które wygrywały przetargi dotyczące dokumentów unijnych. W stanie rzeczy, w którym przyzwoita cena tłumaczenia wynosiła 30 zł brutto za stronę, a bardzo słaba – 20 złotych, docierały informacje o oferowanych przez zwycięzców stawkach rzędu 14 złotych. Biuro mogło sobie to odbić wielkością zlecenia, jednak ktoś te tłumaczenia wykonywał. Pytanie tylko: jak… Praktyka ta niestety nie odeszła w przeszłość. W zeszłym roku złożono mi propozycję udziału w projekcie dotyczącym tłumaczenia bardzo specjalistycznego tekstu, stworzonego przez kluczową instytucję ponadnarodową, zlecaną na mocy wiążących zobowiązań przez bardzo ważny organ krajowy. Stawka była o 20% niższa od zwykłej, według pożądanych standardów już niedostatecznej. Biuro przy tym twierdziło (i nie ma powodu, aby mu nie wierzyć), że samo na tym praktycznie nic nie zarabia, nie są ponadto przydzielone środki na korektę. Jedyną wartością dodaną tego zlecenia był prestiż…

Mamy zatem sytuację, w którym wszyscy się męczą. Biura narzekają. Według ankiety Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, w pełni zadowolone ze stawek są zaledwie 4% respondentów, zdecydowanie niezadowolonych mamy 22%, raczej niezadowolonych – 39%. Tłumaczenia książek zawsze były uznawane za słabo płatne, ale można bez wielkiego ryzyka założyć, że wśród przekładających inne teksty sytuacja nie będzie lepsza. Oczywiście wciąż mowa o (co najmniej) perspektywach zarobków zupełnie nieporównywalnych z polską przeciętną, jednak jest o nie coraz trudniej.

Cechą konstytutywną branży jest przy tym praktyczny brak zorganizowania. Rozmaite ciała co prawda istnieją, jednak z powodu zdecydowanej mniejszościowości mają charakter cokolwiek dekoracyjny i trudno usłyszeć ich głos. A jeżeli dobywa się on, dotyczy spraw biur tłumaczeń, jak niedawno w kwestii protestu wobec hurtowego kwestionowania przez ZUS, na wydumanych podstawach prawnych, umów o dzieło (powtórzę na wszelki wypadek, żeby nie zostać źle zrozumianym: abstrahując od np. dyskusji dotyczącej opodatkowania czy obciążenia składkami ZUS, sama forma umowy cywilno-prawnej jest w przypadku tej branży naturalna i nie krzywdzi pracobiorcy, więc akurat tu spełnia zadanie, dla którego została powołana). W tej sytuacji mamy do czynienia ze zderzeniem pojedynczego biura czy tłumacza z megakorporacją, w której pierwsza strona nie ma żadnych szans. I zamiast rynku klienta występuje jego tyrania. Powszechne zrzeszenie do jakiegoś stopnia wyrównywałoby szanse – w końcu klient nie za bardzo ma możliwość przeniesienia realizacji tych akurat zleceń do np. Laosu, bo w Polsce jest „za drogo”. W sytuacji zupełnego rozbicia tracą jednak wszyscy wykonawcy.

Być może istnieje jakieś dno, od którego branża się odbije – bo gdzieś jest granica niskiej jakości z jednej, a opłacalności nawet dla koprobiur, jak się je wdzięcznie nazywa, z drugiej. Może zadziała zasadnicze ograniczenie zakresu stosowalności umów o dzieło, a pośrednio rządowe programy, takie jak minimalne stawki godzinowe. Zasadniczy problem jednak pozostanie nierozwiązany. Presja będzie trwała, uzupełniana o nowe czynniki.

Jednym z nich są silnie promowane przez klientów tłumaczenia maszynowe. Zapewne jest to ciekawa i w jakimś zakresie perspektywiczna technika, jednak w realiach branży z uwagi na różnice strukturalne między językiem polskim a zachodnioeuropejskimi, przybiera postać: „Masz tu napisane, co mniej więcej znaczy tekst, zrób z tego prawidłową polszczyznę. Za pół ceny zwykłego tłumaczenia”. Wśród tego „mniej więcej” przeważa bezwartościowy bełkot, w którym terminy inżynieryjne są tłumaczone na spożywcze, a zamiast mocować się z chaotycznym ciągiem wyrazów, przypominającym majaczenie w malignie, lepiej i szybciej pominąć go zupełnie, tłumacząc od zera. Ale klient przecież dał nam w wianie coś, co wycenia na połowę wartości…

Zakładając realistycznie, że spontaniczne zrzeszenie pracowników branży raczej nie nastąpi (trudno tego oczekiwać, skoro więdną i znikają nawet kanały komunikacji, jakimi jeszcze niedawno były branżowe fora), można zastanawiać się nad możliwością odgórnego wypromowania go. Z uwagi na własną historię zawodową byłbym pierwszym protestującym przeciwko jakiemuś zamykaniu całej branży czy wysokim progom wejściowym na wzór tłumaczy przysięgłych, bo to zapewne spowodowałoby niesłuszne uprzywilejowanie lingwistów, którzy, pomijając wszystko inne, mogą być bardzo złymi tłumaczami technicznymi, medycznymi czy naukowymi, mając mizerne pojęcie o specyfice zagadnień. Ale już narzucenie wszystkim mającym odpowiedni wpis do KRS-u rozsądnie skalkulowanych stawek minimalnych po prostu pomogłoby wszystkim. Rzecz jasna, instytucje państwowe musiałyby zacząć rachunek sumienia i naprawę od siebie oraz oferowanych przez siebie warunków. A morał jest taki: niezrzeszeni i niezorganizowani nie mają racji i są na rynku miażdżeni bez litości.

dr Jan Przybylski

Obronność – próba wstępnej oceny nowej ekipy

Niemal półtora roku, jakie minęło od powołania rządu Beaty Szydło, to czas, po upłynięciu którego ekipę można zacząć oceniać za pracę na własny rachunek, z uwzględnieniem zastanego stanu rzeczy, jednak bez interpretowania całego bieżącego stanu spraw w jego kontekście. Dotyczy to również obronności, o którą lepsza dbałość była jednym z istotnych akcentów propozycji wyborczej PiS. Na pewno udało się zaznaczyć obecność tych spraw w świadomości publicznej – można jednak żałować, że często w związku z kwestiami dość odległymi od merytoryki.

Przegląd wypada rozpocząć od sztandarowego projektu bieżącej ekipy, stanowiącego najbardziej radykalne i w praktyce jedyne naprawdę znaczące odejście od wcześniej prowadzonej polityki zbrojeniowej, czyli od Wojsk Obrony Terytorialnej. Ich znaczenie w ostatnich dniach podkreślono powołaniem specjalnego wiceministra odpowiedzialnego przede wszystkim za ten zakres. Zamierzenia na bieżący rok obejmują powołanie kolejnych trzech wojewódzkich brygad OT, które dołączą do trzech utworzonych w ubiegłym roku. Powołanie dowództw wojewódzkich stanowi wstęp do formowania rzeczywistych jednostek bojowych – podstawowym szczeblem taktycznym WOT będą powiatowe kompanie. Zabezpieczenie potrzeb tworzonych oddziałów, które mają zwiększyć do 2019 r. liczebność armii o połowę, wiąże się z koniecznością dokonania dość sporych zakupów. Takowe są czynione. Dla OT będzie przeznaczona część z ponad 86000 zamówionych w ciągu minionego roku karabinków automatycznych Beryl (które mają uzupełnić najnowsze MSBSy i broń wyborowa) i 1700 pocisków rakietowych bardzo krótkiego zasięgu Piorun. Zamówiono również umundurowanie, środki łączności oraz obserwacji i lekkie moździerze, a przewiduje się zakup środków przeciwpancernych, bezpilotowych statków powietrznych i pojazdów transportowych.

Energia, z jaką formowany jest nowy rodzaj wojsk, nie eliminuje jednak żadnej z wątpliwości wiążących się z nimi od samego początku. Obok nieuniknionej konkurencji o środki budżetowe z wojskami regularnymi, najważniejszą jest realna skuteczność lekkiej piechoty – mającej dysponować tylko symboliczną liczbą pojazdów opancerzonych – w potencjalnej konfrontacji z armią rosyjską. Ta ostatnia, dzięki poważnym inwestycjom epoki Putina, nabrała bardzo zrównoważonego charakteru, co uczyniło z niej groźnego przeciwnika, pozbawionego większości wcześniejszych słabości. Odznacza się ona bowiem jednocześnie dużą liczebnością i siłą ognia na każdym szczeblu, w znacznej mierze dzięki przemyślanym modernizacjom potężnych zasobów uzbrojenia postsowieckiego, uzupełnianego przez nowsze wzory, do których dołączyło nowoczesne wyposażenie w zakresach rozpoznania, dowodzenia, łączności i walki elektronicznej oraz poprawa jakości czynnika ludzkiego. Ten ostatni element jest efektem z jednej strony profesjonalizacji, wspomaganej radykalnym wzrostem płac kadry, a z drugiej – zmiany charakteru poboru przez uszczelnienie systemu, zapewnienie wyraźnie lepszych warunków bytowych i znaczące ograniczenie patologicznych zjawisk, takich jak niesławna „fala”. Dzięki temu armia rosyjska pozyskuje najlepszych poborowych, zamiast, jak to bywało wcześniej, najgorszych. Wszystko to każe sceptycznie podchodzić do możliwości, jakie w ewentualnym starciu z Rosją mają nasze ubogo wyposażone, szkolone w ograniczonym wymiarze czasowym jednostki, które być może byłyby realną pomocą w walce z przeciwnikiem słabo zorganizowanym, o przestarzałym wyposażeniu i niskim morale.

Modernizacja techniczna wojska ma być realizowana w oparciu o zaktualizowany plan opracowany jeszcze przez ekipę ministra Siemioniaka. Tu postawiono zdecydowanie na kontynuację. Niestety nie tylko zamierzeń, ale i postępującego odwlekania ich realizacji, rozmywającej się w negocjacjach, dialogach i anulowaniu poszczególnych zadań tylko po to, aby powróciły niedługo w bardzo podobnej formie, opóźnionej jednak o kilka lat. Jest to co prawda nieuchronne w sytuacji zmniejszenia planowanych do 2022 r. wydatków o niemal 25 proc., w celu przykrojenia ich do realnych możliwości budżetowych.

Bezwzględnie najważniejszym programem pozostaje nieodmiennie modernizacja systemu obrony przeciwlotniczej kraju. W tym przypadku trudno mówić o optymizmie. Dotychczasowe środki walki, jeżeli nie zostały jeszcze wycofane, są – poza bronią o zakresie bardzo krótkim – przestarzałe wyraźnie (zestawy Osa) lub niemal absurdalnie (pozostałe). Tymczasem w kwestii systemów przeciwlotniczych średniego zasięgu i przeciwrakietowych, MON pozostaje, mimo ogłaszanych przełomów i rozstrzygnięć, na etapie rozmów z dwoma podmiotami, tj. teoretycznie preferowanym Raytheonem, oferującym wersję rozwojową systemów Patriot, i konsorcjum MEADS. Oczywiste jest, że dostawy pierwszych systemów, nawet w konfiguracji odbiegającej od docelowej, nie nastąpią, jak planowano i ogłaszano jeszcze niedawno, w roku 2018. W sytuacji trudności w spełnieniu (samych w sobie jak najbardziej słusznych, ale niemożliwych do zrealizowania z powodu wzorów „z półki” wymagań MON), a także chęci pozyskania perspektywicznych, jednak dopiero dopracowywanych nowości, takich jak system dowodzenia IBCS, otwarte pozostaje pytanie, jak duże będzie faktyczne opóźnienie (ostrożne szacunki mówią o 2019 r.) i jaka będzie dojrzałość otrzymanego rozwiązania, jego interoperacyjność i podatność na przyszłe modernizacje. Co gorsza, nie podejmuje się zdecydowanych działań w celu modernizacji zakresu zasięgu bliskiego. W przypadku teoretycznie nieobciążonego aż tak wygórowanymi wymaganiami programu „Narew” pierwotnie zakładano dostawę do 2022 r. dziewięciu spośród zakładanych jedenastu baterii, tymczasem według obecnych zamierzeń mają one ruszyć dopiero w 2021 r.

Modernizacja lotnictwa, wychodząca poza realizowane obecnie programy, odnośnie do których decyzje podjęto wcześniej (samoloty szkolenia zaawansowanego „Bielki”, zakupy uzbrojenia, takiego jak pociski JASSM/JASSM-ER, AMRAAM i Sidewineer czy bomby), stanowi przykład gonitwy koncepcji trudnej do ogarnięcia dla obserwatora. Teoretycznie sytuacja jest jasna: siły powietrzne dysponują trzema eskadrami F-16, dwiema MiGów-29 i jedną Su-22, a Plan Modernizacji Technicznej nie przewiduje żadnych zakupów do 2022 r., i takie też stanowisko prezentował MON jeszcze niedawno. Poprzednia ekipa ogłosiła, że w latach 20. zamierza zakupić 64 wielozadaniowe samoloty bojowe V generacji. Z uwagi na odległość w czasie trudno było te zamierzenia traktować jako coś więcej niż niezobowiązującą deklarację. Tymczasem, najprawdopodobniej w związku z opóźnieniami programów zakupów systemów OPL i śmigłowców wielozadaniowych, na początku stycznia pojawiła się potwierdzona przez wiceministra Kownackiego informacja o rozważaniach dotyczących rychłego zakupu aż 96 używanych F-16 (najpewniej A/B). Ewentualnie o zastosowaniu innego rozwiązania, które umożliwiłoby wycofanie przestarzałych i problematycznych w eksploatacji MiGów i Su oraz być może zwiększenie stanu liczebnego Sił Powietrznych. Kolejne dwa miesiące nie przyniosły wyjaśnienia sytuacji, można zatem napisać tyle, że nabycie celem modernizacji samolotów wyprodukowanych we wczesnych latach 80. byłoby ciekawym, godnym rozważenia pomysłem, ale przed 15 laty, jako przedsięwzięcie równolegle do zakupu nowych F-16. Obecnie mija się to z celem – stare maszyny są kosztowne w eksploatacji, a racjonalna ekonomicznie modernizacja nie pozwoli przekształcić ich w środek walki zdolny do konfrontacji z Rosją. Ona bowiem wprowadziła do uzbrojenia nowe modele maszyn, co prawda wywodzące się z Su-27 z przełomu lat 70./80. ubiegłego wieku, ale bardzo poważnie  zmodernizowane, a także, co gorsza, poczyniła znaczne postępy w dziedzinie walki radioelektronicznej. Według nieoficjalnych informacji, uzbrojenie tureckiego lotnictwa było nieskuteczne wobec Su-34 i 35, a przedstawiciele jednostek zajmujących się tą dziedziną zgłaszają bardzo niepokojący przyrost obserwowanych możliwości Rosjan w tym zakresie. W tej sytuacji, jeżeli SP miałyby szukać sukcesorów MiGów i Su do pozyskania w nadchodzących latach, najskromniejszym akceptowalnym rozwiązaniem wydaje się być zakup F-16 w najnowszym wariancie, określanym jako V, przy czym z uwagi na prawdopodobne wygaszenie produkcji w ciągu najbliższego roku, góra kilku lat, decyzję należałoby podjąć szybko. Ewentualnie można dokonać modernizacji do tego standardu posiadanych samolotów i zamontowanie pochodzącego z nich wyposażenia w nabytych samolotach używanych, ale będących w rozsądnym stanie technicznym, tj. należących do wersji C/D, wyprodukowanych już w latach 90.

W odniesieniu do słynnego zakupu programu śmigłowców wielozadaniowych, sytuacja wydaje się (znów trudno nadążyć za deklaracjami i pomysłami, w szczególności samego szefa MON) wyglądać tak, że realizacja nastąpi później, w okrojonej formie, z rozbiciem na kilka platform. Co prawda może to umożliwić lepsze dostosowanie do potrzeb poszczególnych użytkowników, ale trudno będzie mówić o jakichkolwiek zyskach gospodarczych czy choćby usprawnieniu serwisowania, które w przypadku zakładów w Świdniku wygląda źle. Resort wyraża wolę kontynuowania programu zakupu śmigłowców szturmowych. Wygląda na to, że nie porwano się na przemyślenie ich użyteczności w możliwej do nabycia liczbie, jak i całych wojsk aeromobilnych w sytuacji siły wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej armii rosyjskiej. Opóźnia się wprowadzenie do uzbrojenia bezpilotowych statków powietrznych mających możliwości większe od czysto taktycznych. Mowa jest obecnie o dostawach dopiero od roku 2020. W 2016 r. nie zostały nawet uruchomione postępowania w tym zakresie.

Wojska lądowe były dotychczas, dzięki procesom modernizacyjnym prowadzonym od początku XXI wieku, najlepiej, obok lotnictwa, prezentującą się częścią Wojska Polskiego. Upływ czasu ujawnia jednak kolejne wymogi, z których jedne są przynajmniej w pewnym stopniu spełniane, drugie zaś nie. Na pierwszej szali należy położyć modernizację artylerii lufowej, dzięki rozpoczętym lub bliskim rozpoczęcia zakupom armatohaubic Krab, wreszcie na spełniającym wymogi wojska podwoziu, i moździerzy samobieżnych Rak wraz z towarzyszącymi systemami, nawet jeżeli trzeba będzie poczekać jeszcze na ich pełną kompletację czy nowoczesną amunicję. Wdrożono także zakupione od Niemiec czołgi Leopard 2A5 i zainicjowano modernizację dotychczas posiadanych pojazdów w wersji 2A4 (na jej palącą konieczność wskazują tureckie doświadczenia z użyciem tych wozów w Syrii).

Na drugiej jednak szali musi znaleźć się modernizacja parku pojazdów bojowych piechoty, a tu nie jest dobrze. Opóźniają się nawet dostawy wozów Rosomak w wersji z wieżą bezzałogową w końcu zintegrowaną z przeciwpancernymi pociskami kierowanymi Spike (dotychczas Rosomaki nie mają praktycznie żadnych zdolności samodzielnej walki z czołgami). Co gorsza, jedynym bojowym wozem piechoty o trakcji gąsienicowej pozostaje zupełnie już przestarzały BWP-1, a realność opracowania jego pełnowartościowego następcy w programie „Borsuk” (zakładane dostawy od 2021 r.) jest niewiadomą. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z typowanym na następcę czołgów PT-91 i T-72 pojazdem, który ma stać się owocem programu Gepard. Wcześniejsze, skrojone pod przemysł wymagania zakładały opracowanie dość lekkiego wozu, zunifikowanego z cięższą wersją platformy bojowego wozu piechoty. Tymczasem prezentacja przez Rosję przedseryjnych egzemplarzy nowego czołgu T-14 Armata przydała jeszcze większej wagi wątpliwościom odnośnie do sensu budowy wozu lekkiego. Wymagania są w trybie tajnym przeformułowywane, ale wydaje się, że nabycie pojazdu będącego czymś innym, niż pełnowartościowym czołgiem, będzie trudne do uzasadnienia. Tymczasem opracowanie takowego wydaje się być zadaniem zdecydowanie przekraczającym samodzielne możliwości polskiego przemysłu, w szczególności do roku 2022, kiedy miałyby rozpocząć się dostawy. Modernizacja zagranicznej broni pancernej (w tym i rosyjskiej) przez wprowadzanie systemów aktywnej ochrony pojazdów nakazuje też zastanowić się nad przyszłą bronią przeciwpancerną – pocisk Spike, acz zadowalający na dziś, przestaje być bronią perspektywiczną. Oczywiście nie mniej ważne niż środki „twarde” jest wspomaganie działania jednostek przez informatyczne systemy zarządzania walką różnych szczebli. Tu system batalionowy zanotuje co najmniej roczne opóźnienie wobec planów.

Na biegunie przeciwległym do Wojsk Lądowych i Sił Powietrznych znajduje się Marynarka Wojenna, której najwartościowszymi jednostkami pozostają lądowe wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych. Fregaty, pojedyncza korweta i okręty podwodne starzeją się coraz bardziej – wśród tych ostatnich średnia wieku dochodzi do 50 lat – a następców nie widać. Opóźnia się nawet oddanie do służby pomnika nieudanego przedsięwzięcia modernizacyjnego, zdegradowanej do roli patrolowca niedoszłej korwety „Ślązak” (wcześniej „Gawron”), która w postaci z okrojonym uzbrojeniem i wyposażeniem miała zostać przekazana MW w zeszłym roku. Niestety, nie doszło do tego z uwagi na problemy z wykonaniem niezbędnych prac. Według obecnych planów wcielenie jednostki ma nastąpić w 2018 r., czyli 17 lat po rozpoczęciu prac. Problemy wystąpiły również podczas finalnej fazy działań konstrukcyjnych przy prototypowym niszczycielu min projektu „Kormoran II”, tu jednak opóźnienie ma wynieść „zaledwie” pół roku.

W przypadku planowanych następców eksploatowanych okrętów wojennych sytuacja nie wygląda dobrze. Postępowanie dotyczące tzw. okrętów obrony wybrzeża „Miecznik” (w praktyce po zmianie wymagań dużych korwet/małych fregat) oraz okrętów patrolowych z funkcją zwalczania min „Czapla” zostało w związku ze zmianami własnościowymi w przemyśle stoczniowym anulowane i ma zostać wznowione w bieżącym roku. Obecny harmonogram zakłada oddanie do służby jednostek pierwszego typu w latach 2022–24, drugiego – w latach 2024–2026. Opóźnienie wobec pierwotnych planów, sformułowanych w 2013 r., wynosi już 5 lat. Nie rozstrzygnięto również postępowania w sprawie budowy okrętów podwodnych, które obecnie mają zacząć wchodzić do służby najwcześniej w roku 2024 (z opóźnieniem wynoszącym 4 lata). Fatalna sytuacja sprzętowa MW skłania do formułowania koncepcji tymczasowego przejęcia używanych jednostek nieco mniej wiekowych i/lub nowocześniejszych, niż posiadane, np. wycofanych australijskich fregat typu „Adelaide”, należących do tego samego typu, co eksploatowane obecnie w Polsce jednostki pozyskane niegdyś od Stanów Zjednoczonych, jednak głęboko zmodernizowanych. Pomysły te nie wydają się jednak trafiać na podatny grunt w resorcie. Wypada jeszcze wspomnieć o swoistym kuriozum, jakim jest wzbogacenie planu modernizacji MW o budowę serii małych okrętów rakietowych w latach 2027–30. Tymczasem klasa ta na całym świecie zanika z uwagi na niemożliwość zapewnienia skutecznej obrony przeciwlotniczej, małą dzielność morską i brak uniwersalności jednostek. Można mniemać, że chęć budowy takich okrętów wynika z zupełnie mechanicznej chęci zastąpienia jednostek typu „Orkan”.

Deklarowany przez kolejne kierownictwa resortu cel to lokowanie jak największej części zamówień w krajowym przemyśle zbrojeniowym. Zamówienia złożone w 2016 r. są niewątpliwe w jakiejś mierze realizacją tej obietnicy. Sama umowa na zakup modułów ogniowych Regina (których efektorami są haubicoarmaty Krab) ma wartość niemal 4,7 miliarda złotych. Aczkolwiek trzeba będzie odliczyć importowane elementy podwozi koreańskiej konstrukcji, których zastosowanie stało się konieczne w wyniku moralnego i technicznego zestarzenia się nośnika krajowego, w połączeniu z problemami jakościowymi. Dla radomskiej Fabryki Broni zamówienia na łączną kwotę niemal pół miliarda złotych stanowią mannę z nieba. Przy odpowiedniej polityce zarządu może to pozwolić na podjęcie starań w celu stania się światowym graczem, który nie jest zależny wyłącznie od rodzimego wojska. W przypadku innych producentów sytuacja będzie uzależniona od pomyślnego podpisania umów i wywalczenia istotnego udziału w realizacji programów. Podpisywane są wprawdzie, np. przy okazji programu „Wisła”, liczne porozumienia przemysłowe, należy jednak pamiętać, że do czasu rozstrzygnięcie postępowań mają one charakter wyłącznie deklaratywny. Przejęcie przez Polską Grupę Zbrojną dawnej Stoczni Szczecińskiej oraz Stoczni Marynarki Wojennej (formalnie w stanie upadłości i likwidacji) da być może okazję do przeprowadzenia sanacji państwowej części tego sektora – jak wspomniano wcześniej, dotychczas realizacja programów przebiegała źle i nie dawała powodów do optymizmu na przyszłość.

Z drugiej jednak strony, realizacja niektórych istotnych przedsięwzięć wyłącznie krajowymi siłami wygląda na porywanie się z motyką na słońce, szczególnie w sytuacji problemów w realizacji zadań o znacznie mniejszym zakresie, takich jak bezzałogowa wieża do bojowych wozów piechoty. Dotyczy to w szczególności programu, który powinien efektywnie doprowadzić do powstania nowego czołgu. Tu narzucającą się z uwagi na ogrom zadań formą jest współpraca międzynarodowa, a obiecujące deklaracje o ewentualnym dołączeniu do kooperacji niemiecko-francuskiej czy, być może, rozszerzenia współdziałania z potężnym koncernem Rheinmetall, nie wydają się mieć póki co ciągu dalszego. Rozwiał się także w praktyce miraż wyszehradzkiej współpracy przy bojowym wozie piechoty, intencje partnerów okazały się nie do pogodzenia. Nie udało się zrealizować również koncepcji współpracy z Norwegią przy budowie okrętów podwodnych, która miała w zamierzeniach zapewnić znaczne korzyści polskiemu przemysłowi – Norwegowie nie zamierzali czekać do greckich Kalend na naszych decydentów i samodzielnie dokonali zakupu. Do niepowodzeń należy zaliczyć też efekty programu śmigłowcowego – zarzucono jak się wydaje pomysł repolonizacji zakładów produkcyjnych sprzedanych podmiotom zagranicznym, co w praktyce wyklucza konsumpcję przemysłową przyszłej modernizacji lotnictwa.

Na zakończenie przeglądu warto wspomnieć o budzących emocje sprawach kadrowych, zahaczających o politykę. Do dymisji podało się w ostatnim okresie wielu wysokiej rangi oficerów, w tym Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych generał Mirosław Różański oraz szef Inspektoratu Uzbrojenia generał Adam Duda. Niewątpliwie ma to związek z problematycznymi koncepcjami kierownictwa MON. Jednym z obszarów są wspomniane wyżej kwestie zakupowe, takie jak osławiony przetarg śmigłowcowy, którego wynik anulowało nowe kierownictwo. Drugim jest samo funkcjonowanie wojska. Obok zagadnienia Wojsk Obrony Terytorialnej, spór dotyczy choćby decyzji resortu o przeniesieniu elementów 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej do podwarszawskiej Wesołej, kwestionowane z uwagi na zasadność operacyjną. Zaplecze jednostek, kluczowe dla odtwarzania gotowości bojowej jednej z najwartościowszych jednostek, znajdzie się tam w obszarze znacznie intensywniejszego potencjalnego oddziaływania przeciwnika, a nawet może znaleźć się na terenie zaskakującego wtargnięcia. Odchodzenie kluczowych dla wojska osób musi budzić niepokój, nawet jeżeli dotychczasowe ich dokonania budziły kontrowersje (jak w przypadku Inspektoratu Uzbrojenia). Ważne, aby wypełnianie wakatów dokonywało się według klucza kompetencyjnego, a nie politycznego czy też związanego z bezkrytyczną akceptacją wątpliwych nieraz decyzji kierownictwa politycznego.

Jan Przybylski

Smok a sprawa polska

Dokonana w 2015 roku zmiana obozu rządzącego sprawiła, że ponownie wypłynęło pytanie o rolę Chin w polskiej polityce. Wiązało się to z kilkoma spektakularnymi wydarzeniami. Wizyta prezydenta Dudy w Państwie Środka w listopadzie 2015 roku, planowana przede wszystkim jako udział w pracach polsko-chińskiego forum gospodarczego oraz grupy współpracy Chiny-Europa Środkowo-Wschodnia, określanej jako 16+1, przekształciła się dynamicznie w spotkanie na najwyższym szczeblu, a jego konsekwencją była czerwcowa podróż do Polski Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpinga. Na fali daleko idących oficjalnych deklaracji o współpracy pojawiły się na forum publicznym rozważania dotyczące potencjalnie strategicznego charakteru relacji z Chinami. Mogłyby one umożliwić Polsce gospodarczą i polityczną kapitalizację rozwoju dalekowschodniego giganta, a znaczną rolę odgrywałby tu projekt Nowego Jedwabnego Szlaku.

Oczekuje się jednak konkretów, a nie deklaracji, takich jak np. porozumienie o współpracy podpisane w 2011 roku przez prezydenta Komorowskiego, które mimo „strategicznego” charakteru pozostało pustą literą. Jedna z przesłanek wskazujących na to, że kierunek chiński może zostać tym razem potraktowany poważniej, to skomplikowana sytuacja obecnego obozu rządzącego, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej, a także wynikające z działań wewnętrznych napięcia w relacjach z Unią Europejską, poszczególnymi jej krajami oraz ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie z zasadniczych przyczyn brak możliwości reorientacji na Rosję, jaka stała się udziałem Węgier Viktora Orbána. Nowy Jedwabny Szlak bywa postrzegany jako szansa realizacji idée fixe „alternatywnej” polskiej polityki zagranicznej: koncepcji Międzymorza. Nie brak też jednak głosów tonujących rozbuchane nadzieje i wskazujących na ogromną nierównowagę stron takiego partnerstwa.

Kolejną niezwykle istotną kwestią staje się potencjalny globalny konflikt na linii Stany Zjednoczone – Chiny, którego narastanie z uwagi na wyrównywanie potencjału współzawodników może doprowadzić wręcz do wojny światowej, i to w nieodległej perspektywie. A jak uczy doświadczenie, wojna światowa jest dla Polski sytuacją bardzo niekomfortową. Nawet jeżeli, jak w przypadku tej z lat 1914–1918, jej skutki strategiczne są w ostatecznym rozrachunku korzystne, kraj leżący na jednej z jej głównych osi płaci ogromne koszty. W tym kontekście narzuca się kwestia Rosji, jej ambicji realizowanych w ostatnich latach oraz skomplikowanych relacji w trójkącie Pekin – Moskwa – Waszyngton, których element z uwagi na fatum geopolityki stanowi Polska.

Relacje z Chinami – rys historyczny

W czasach dawniejszych Chiny, chociaż były centrum cywilizacyjnym i wytwórczym ówczesnego świata, z uwagi na odległość raczej pośrednio oddziaływały na sytuację w Europie Środkowej leżącej poza strategicznymi szlakami handlowymi. Wystarczy wspomnieć czasy imperium mongolskiego i jego rozpad, związany m.in. z zaangażowaniem się chana Kubilaja w utwierdzenie się w Państwie Środka, co spowodowało, że Europa przestała być zagrożona najazdami z Azji. Z kolei jednoznaczna przewaga Chin na Dalekim Wschodzie jeszcze w XVIII wieku sprawiła, że ekspansja terytorialna Rosji w kierunku wschodnim przebiegała bez współzawodnictwa z Pekinem. Upadek państwowości polskiej pod koniec XVIII wieku spowodował, że nasz kraj nie był w żadnej mierze aktorem na scenie „wieku upokorzeń” Chin, ograniczonego umownie latami 1842–1949, co skądinąd może stanowić pewien kapitał na przyszłość. Relacje odrodzonej Rzeczypospolitej zajętej własnymi problemami z Chinami przeżywającymi jeden z największych w historii kryzysów były siłą rzeczy rachityczne. Zmiana przyszła po znalezieniu się obu krajów w obozie komunistycznym po II wojnie światowej i po chińskiej wojnie domowej. Mimo pewnych wspólnych przedsięwzięć, takich jak spółki joint-venture w rodzaju towarzystwa okrętowego Chipolbrok, stosunki te nie były jednak szczególnie bogate w konkrety, m.in. z powodu podległości politycznej Warszawy względem „stolicy światowego proletariatu”, szczególnie do 1956 roku. Pewnym wyjątkiem było tu zajęcie przez premiera Zhou Enlaia negatywnego stanowiska wobec ewentualnej sowieckiej interwencji wojskowej w październiku 1956 roku. Nie pozostało ono bez wpływu na bieg wypadków. Potencjał rozwoju relacji, jaki prawdopodobnie istniał między PRL Władysława Gomułki mającą pewne ambicje pod względem niezależności a ChRL, nie został wyzyskany z uwagi na rozbieżności w dziedzinie polityki zagranicznej. Takie chińskie działania, jak parcie do konfliktu z Indiami, były przez Warszawę oceniane negatywnie. Bardzo istotne znaczenie miał rozbrat między maoistowskimi Chinami a Związkiem Sowieckim, który nastąpił w 1962 roku i spowodował, że Warszawa znalazła się w obozie coraz mocniej skonfliktowanym z Pekinem, co zostało przypieczętowane odwołaniem chińskiego ambasadora z Polski w 1967 roku. Rozpoczęta na początku lat 70. normalizacja stosunków nie spowodowała szczególnej rewolucji. Rozwój stosunków politycznych, a zwłaszcza gospodarczych, nastąpił w latach 80., kiedy to dla ekipy Jaruzelskiego Chiny stanowiły jedno z okien na świat, umożliwiając dzięki dostępowi do deficytowych w kraju dóbr konsumpcyjnych złagodzenie sankcji nałożonych przez Zachód po wprowadzeniu stanu wojennego, a z drugiej – dość chłonny rynek dla polskich produktów przemysłowych (w tym samochodów i maszyn górniczych).

Rok 1989 przyniósł symboliczny zbieg okoliczności: w Polsce 4 czerwca był dniem zwycięstwa opozycji w częściowo wolnych wyborach, w Chinach – krwawego stłumienia demonstracji studentów na placu Tian’anmen. Wizerunek Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce w kolejnej dekadzie był bardzo zły. Kraj ten powszechnie postrzegano jako komunistyczną skamielinę, a uwagę opinii publicznej przyciągały, z pewnym zróżnicowaniem intensywności w zależności od orientacji światopoglądowej, brutalność polityki w Tybecie i niedemokratyczny charakter systemu politycznego, brak swobody działania kościołów chrześcijańskich i rygorystyczna polityka ograniczania przyrostu naturalnego. Co symptomatyczne, ze schematu tego wyłamywał się z jednej strony obóz postkomunistyczny, nawiązujący do powrotu do ciepłych relacji z lat 80., a z drugiej – kręgi Janusza Korwin-Mikkego, zwracające uwagę na oszałamiające wskaźniki wzrostu gospodarczego i aprobujące rządy bardzo twardej ręki w polityce wewnętrznej. Mimo przywrócenia w 1994 roku wizyt na najwyższym szczeblu państwowym relacje polityczne pozostawały w przeważającej mierze ornamentalne, czego nie zmieniały kolejne szumne komunikaty, oświadczenia czy porozumienia. Jednocześnie w kolejnej dekadzie zmieniał się obraz Chin – nie dawało się nie dostrzegać imponującego rozwoju gospodarczego tego kraju, znaczonego powstawaniem supernowoczesnych metropolii czy napływu wysokiej jakości współczesnej kultury chińskiej. Skutek odnosiły podejmowane przez Chińczyków działania PR-owe, a także doświadczenia z życia codziennego, takie jak wszechobecność towarów z Państwa Środka, wśród których tania masówka uzupełniana była przez produkty wysokiej jakości.

Obecne stosunki gospodarcze charakteryzują się znaczną nierównowagą na niekorzyść Polski. Import około dziesięciokrotnie przewyższa eksport, a o ile ten pierwszy wynosi powyżej 10 proc. całości polskich obrotów na tym polu, drugi to ledwie 1 proc. Chiny są drugim co do ważności eksporterem do naszego kraju, który z kolei na ich rynku w zasadzie się nie liczy. Obok oczywistej dysproporcji między wielkością gospodarek, znaczenie ma tu wynikła z transformacji ustrojowej dezindustrializacja i „umontownienie” Polski, a także niska innowacyjność krajowej gospodarki oraz dominacja kapitału zagranicznego, który zazwyczaj prowadzi w Chinach własne interesy. Znajduje to odzwierciedlenie również na rynku inwestycji – o ile Chińczykom zdarza się nabywać polskie firmy (vide przejęcie cywilnej części Huty Stalowa Wola przez grupę Guangxi LiuGong Machinery), o tyle rachityczny kapitał krajowy nie ma warunków do ekspansji na zasadzie wzajemności, ograniczanej oczywiście różnicą skali, określaną przez niemal 25-krotnie mniejszy nominalny PKB naszego kraju.

Chiny, USA i Pacyfik

Wspomniany powyżej „wiek upokorzeń” oznaczał stopniowy upadek znaczenia państwa chińskiego. W połowie XIX wieku wciąż było gigantem liczącym ponad 412 milionów obywateli (dla porównania: Europa Zachodnia miała ich 166 milionów, Stany Zjednoczone – niecałe 24 miliony) i największą potęgą gospodarczą świata, odpowiadając pod tym względem całej Europie Zachodniej i niemal sześciokrotnie dystansując pod względem wielkości gospodarki Stany Zjednoczone. Jednak dobrowolna izolacja od płynących z zewnątrz prądów i określone cechy cywilizacyjne sprawiły, że Państwo Środka znalazło się w swoistej drzemce. Zostało z niej przebudzone w bardzo nieprzyjemny sposób, gdy okazało się, że nie jest na żadnym polu w stanie skutecznie stawić czoła dynamicznym krajom Zachodu, napędzanym przez niesłychany rozwój nauk ścisłych i rewolucję przemysłową, co przekładało się na skokowy wzrost umiejętności pokonywania odległości oraz poprawę sztuki wojennej. Przewaga techniczna Europejczyków, wyraźna już podczas pierwszej wojny opiumowej, podczas której Brytyjczycy zastosowali parowe okręty i karabiny kapiszonowe, rosła radykalnie wraz z pojawieniem się okrętów żelaznych, szybkostrzelnej broni strzeleckiej i artylerii.

Chiny pozostawały pod kluczowymi względami na poziomie porównywalnym z Europą czasów wojny trzydziestoletniej. Do naporu Europejczyków, w szczególności Brytyjczyków i Francuzów, szybko dołączyły Rosja, Stany Zjednoczone, a pod koniec XIX wieku stary lokalny wróg – zmodernizowana według zachodnich wzorów Japonia. Bezradne, trapione regresem politycznym Chiny, przegrywające mimo usiłowań modernizacyjnych kolejne wojny, traciły kraje znajdujące się wcześniej w orbicie wpływów oraz terytoria własne. Stawały się przedmiotem bezwzględnej eksploatacji o charakterze kolonialnym. Czasem największego upadku były lata 20. i 30. XX wieku, znaczone tragiczną w skutkach inwazją japońską oraz słabością rządu usiłującego pełnić rolę centralną, a faktycznie sprawującego kontrolę tylko nad niektórymi terytoriami, podczas gdy innymi władali warlordowie czy komunistyczni rebelianci.

Odwrócenie koniunktury przyniósł koniec II wojny światowej. Oznaczał on przede wszystkim pokonanie najbardziej dokuczliwej Japonii i upadek znaczenia europejskich mocarstw stricte kolonialnych, który rychło przełożył się na utratę niemal wszystkich posiadłości w Azji Południowo-Wschodniej. Wojna domowa między Kuomintangiem a komunistami Mao Zedonga toczyła się o kontrolę nad całością kraju. Chiny roku 1949 były jednak niewiele liczebniejsze niż 100 lat wcześniej (544 miliony mieszkańców, dla porównania – Stany Zjednoczone liczyły już 150 milionów), a przede wszystkim znajdowały się w stanie upadku gospodarczego. Gospodarka chińska z 1950 roku była sześciokrotnie mniejsza od amerykańskiej.

Okres władzy Mao Zedonga należy oceniać na dwóch płaszczyznach. Jedna to ogólna nieefektywność przyjętego systemu gospodarczego, rozliczne szalone, prowadzące do tragicznych skutków rozwiązania, niszczące znaczną część zgromadzonych przez tysiąclecia zasobów kulturalnych, które składają się na „wielki skok naprzód”, a przede wszystkim niezliczone zbrodnie władzy i ogrom cierpień społeczeństwa. Drugą stanowią: centralizacja polityczna i dokonująca się mimo wszystko w pewnym zakresie modernizacja, czerpiąca z istniejących zdobyczy cywilizacyjnych, wyznaczana przez uprzemysłowienie, rozwój edukacji i opieki zdrowotnej. W aspekcie geostrategicznym oznaczała ona stworzenie pierwszej od stu lat faktycznie efektywnej armii, do której przez pewien czas trafiały najnowocześniejsze wzory sowieckiego sprzętu. Wzrost potęgi Chin został przypieczętowany wejściem w 1964 roku w posiadanie broni nuklearnej.

Moment ten, poprzedzony wspomnianym zerwaniem politycznym z ZSRR, można uznać za cezurę znaczącą odzyskanie przez Chiny statusu samodzielnego aktora w geopolitycznym teatrze. Kraj był skonfliktowany zarówno z USA, jak i z ZSRR. Te pierwsze, po pokonaniu Japonii, wojnie koreańskiej i wycofaniu się z Azji dawnych mocarstw europejskich, stały się dominującym graczem na Pacyfiku i w Azji, wspierającym rząd tajwański roszczący sobie prawa do władzy nad całością terytorium Chin oraz powstrzymującym siły komunistyczne w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Z kolei z Sowietami w 1969 roku Chiny stoczyły lokalną wojnę o sporne terytoria graniczne.

Dość szybko okazało się jednak, że autarkia jest nie do utrzymania. Zdecydowanie niewystarczające były zasoby gospodarcze i militarne. Polityka „wielkiego skoku” okazała się opierać na mrzonkach. Braku infrastruktury, wiedzy i kwalifikacji kadr technicznych oraz siły roboczej nie udało się żadną miarą wyeliminować nakazami osiągania globalnych rezultatów, które w istocie prowadziły do dewastacji istniejących zasobów. Drugi aspekt jest ściśle związany z poprzednim – o ile transfer gotowych sowieckich rozwiązań i technologii pozwalał na uruchomienie i utrzymanie produkcji, o tyle już w obliczu słabości nauki i przemysłu ich efektywny rozwój stawał się bardzo poważnym wyzwaniem, nie mówiąc nawet o innowacyjnych opracowaniach samodzielnych. W efekcie potencjał chiński, stosunkowo poważny na przełomie lat 50. i 60., w wyniku starzenia się rozwiązań obniżał się na tle rywali w zastraszającym tempie, a szydercze określenie „Górna Wolta z rakietami” znacznie bardziej pasowało do ChRL niż do Związku Sowieckiego.

Rozwiązaniem dylematu okazało się dla kierownictwa chińskiego postawienie na kartę zachodnią. Okoliczności sprzyjały takiemu biegowi spraw. Zasadniczym rywalem Zachodu pozostawał Związek Sowiecki, dotrzymujący mu kroku w dziedzinie zbrojeń. Na Półwyspie Indochińskim Stany Zjednoczone toczyły wojnę ze – sponsorowanymi przez Moskwę i Pekin – Wietnamem Północnym i ruchami partyzanckimi, a odniesienie rozstrzygającego zwycięstwa stawało się coraz bardziej wątpliwe. W tej sytuacji narzucało się wykorzystanie widocznego konfliktu między komunistycznymi mocarstwami i ocieplenie stosunków z relatywnie słabymi Chinami (mimo wzrostu ludności do 862 milionów w 1972 roku ich gospodarka pozostawała niemal pięciokrotnie mniejsza niż 210-milionowych wtedy Stanów Zjednoczonych). Taki też ruch wykonano. W 1972 roku Richard Nixon odwiedził Pekin, by spotkać się z Mao Zedongiem, co otworzyło drogę do tzw. normalizacji stosunków wzajemnych. Pierwszymi beneficjentami tej polityki byli chiński przemysł zbrojeniowy i armia. Od wczesnych lat 70. z Europy Zachodniej, a później również ze Stanów Zjednoczonych i Izraela, zaczął napływać wąski strumień wyselekcjonowanych systemów i technologii. Z jednej strony pozwalały one Chińczykom pod względem technicznym przekroczyć próg przełomu lat 50. i 60., z drugiej jednak nie wzmacniały ich nadmiernie militarnie.

Zasadniczym przełomem w dziedzinie gospodarczej stało się rozpoczęte w 1978 roku stopniowe, kontrolowane urynkowienie gospodarki (połączone z dekolektywizacją własności rolnej) i otwarcie na inwestycje zagraniczne. Dzięki nadążaniu za rozwojem turbokapitalizmu i wykorzystaniu jego zasady maksymalnej redukcji kosztów (w tym przenoszenia produkcji do krajów o najtańszej sile roboczej) ruch ten rozpoczął przekształcanie Chin w „fabrykę świata”. Zaowocowało to 2,2-krotnym wzrostem PKB Chin do 1989 roku, przy zwiększeniu liczby ludności tylko o 17%. Jednocześnie gospodarka Stanów Zjednoczonych w tym samym roku była już większa od chińskiej tylko 2,8 razy. Wydarzenia na placu Tian’anmen jasno wskazywały, że kierownictwo chińskie nie zamierza dopuścić do ograniczenia swojej władzy politycznej na podobieństwo bankrutujących systemów bloku sowieckiego. Z kolei władzę gospodarczą utrzymywało przez wymuszanie na kapitale zagranicznym tworzenia przedsiębiorstw typu joint-venture.

Ochłodzenie stosunków z Zachodem i sankcje w wielu dziedzinach, w połączeniu z powolną poprawą stosunków ze Związkiem Sowieckim w latach 80., stworzyły nową sytuację, w której Chiny stały się głównym rywalem Stanów Zjednoczonych. Kwestionowały szerzone przez Amerykę, również jako instrument globalnej kontroli, ideały liberalno-demokratyczne oraz powoli zmierzały ku rywalizacji strategicznej. Czemu powoli? Miało to dwie zasadnicze przyczyny. Jedna to strategiczne zalecenie Deng Xiaopinga, które podsumowuje nakaz „nie podnoście głów”. Zgodnie z nimi politykę Chin miały znamionować cierpliwość, zbieranie sił i wyczekiwanie na stosowny moment oraz unikanie prowokowania innych głównych aktorów globalnego teatru. Drugi powód to ograniczone siły wojskowe. Dla rywalizacji na Pacyfiku kluczowe znacznie mają lotnictwo i marynarka wojenna, a na przełomie lat 80. i 90. ich stan nie mógł napawać Chińczyków optymizmem. Amerykanie wprowadzali wtedy pierwsze samoloty stealth, tymczasem podstawowym myśliwcem chińskim była licencyjna wersja MiGa-19 z połowy lat 50. Podobnie archaicznie wyglądało lotnictwo uderzeniowe. W nieco lepszej sytuacji była marynarka wojenna, ale i tu jednostki bazujące na sowieckich rozwiązaniach z lat 50. miały być dopiero uzupełnione przez nowsze, wyposażone w sporej mierze w systemy zachodnie. Chińskie siły zbrojne nie był wtedy w stanie stworzyć zagrożenia konwencjonalnego nawet dla 20-milionowego Tajwanu. Militarne znaczenie Chin opierało się wciąż na orężu nuklearnym, które choć dość mało zaawansowane technicznie i nieliczne w stosunku do arsenałów amerykańskich i sowieckich, stanowiło uzasadnienie mocarstwowego statusu kraju.

Przekroczenie „za wysokich progów” w dziedzinie techniki wojskowej umożliwiła Chinom szeroko zakrojona współpraca z Rosją oraz krajami postsowieckimi, możliwa dzięki normalizacji stosunków, a szczególnie pilna z uwagi na nałożone po 1989 roku sankcje, które zatrzymały dopływ nowszych systemów ze Stanów Zjednoczonych i zachodniej Europy. Zakupy, a następnie podjęcie licencyjnej produkcji systemów rosyjskich, uzupełnione ogromnymi możliwościami korzystania z potencjału intelektualnego obszaru postsowieckiego, a także legalnym i nielegalnym pozyskiwaniem rozwiązań zachodnich, spowodowały radykalną zmianę oblicza chińskich sił zbrojnych. Skokowej modernizacji uległy wszystkie ich gałęzie. Znaczną część wyposażenia lotnictwa stanowią myśliwce Su-27/30 oraz ich chińskie pochodne i wspomniany J-10. Łączna liczba samolotów bojowych chińskiego lotnictwa i marynarki wojennej wynosi około 2200 sztuk, co czyni z Chin drugą pod względem liczebnym potęgę światową. Oznacza to, że kraj posiada około 2/3 stanów amerykańskich, choć lotnictwo USA pozostaje średnio o co najmniej generację bardziej zaawansowane, gdyż dysponuje niezwykle zaawansowanymi systemami uzbrojenia, rozpoznania i dowodzenia, wciąż niedostępnymi dla Chin. Niemniej najnowocześniejsze, liczone w setki maszyny chińskie, są już w stanie podjąć walkę z wersjami konstrukcji wywodzących się z lat 70., stanowiącymi wciąż większość stanów lotnictwa amerykańskiego. To zasadniczy postęp w porównaniu z sytuacją sprzed ćwierćwiecza, gdy takie starcie przypominałoby dla strony amerykańskiej polowanie na kaczki. Podobnie rzecz ma się z flotą Chin. Około 60 niszczycieli oraz fregat nowej generacji wybudowanych od lat 90. lub zakupionych w Rosji, wspieranych przez 40 odpowiadających im pokoleniowo konwencjonalnych oraz 10 nuklearnych okrętów podwodnych, ustępuje co prawda nowoczesnością jednostkom US Navy, wyposażonym w najbardziej zaawansowane na świecie systemy. Stanowią jednak znaczną siłę, której Stany Zjednoczone żadną miarą nie mogą lekceważyć. Istotną zmianą, kluczowym krokiem floty chińskiej na drodze do możliwości pokazania siły na oceanach i dalekich lądach, było wcielenie w 2012 roku przez chińską marynarkę wojenną do służby pierwszego lotniskowca „Liaoning”. Budowana jeszcze za czasów sowieckich jednostka, przejęta przez Ukrainę i odkupiona przez Chiny, oficjalnie w celu przekształcenia w pływający hotel i kasyno, została wykończona do pełnienia funkcji szkolno-bojowych, a na podstawie uzyskanej wiedzy i doświadczeń Chiny budują dwie kolejne.

W aspekcie gospodarczym Chiny do dziś kroczą ścieżką nieprzerwanego rozwoju, którego nie zakłócił w istotnym stopniu nawet kryzys gospodarczy lat 2008–2009. Według szacunków dotyczących 2016 roku przewaga Stanów Zjednoczonych pod względem PKB stopniała do 63%. Następuje przy tym zauważalna zmiana charakteru chińskiej gospodarki. O ile jeszcze przed dekadą marki chińskie praktycznie nie były znane w świecie, o tyle dziś Lenovo, Huwaei czy ZTE są poważnymi graczami. Dokonują się również spektakularne przejęcia przedsiębiorstw zagranicznych – obok nabycia przez Lenovo działu komputerów osobistych IBM można wymienić zakup przez holding Geely firmy Volvo Cars. Obecna polityka gospodarcza zakłada z jednej strony promowanie innowacyjności (np. w zakresie technologii ekologicznych), a z drugiej – zminimalizowanie uzależnienia gospodarki od eksportu przez pobudzanie stosunkowo niewielkiej dotychczas konsumpcji wewnętrznej. Ma temu służyć rozbudowa słabego do tej pory sektora usług, a także rozwój systemów emerytalnych i opieki zdrowotnej. Celem jest utrzymanie wysokiej stopy wzrostu dzięki wykorzystaniu ogromnych rezerw wewnętrznych. Imponująca globalna wartość PKB Chin rozkłada się na ogromną populację, przez co wartość per capita pozostaje względnie niska – w 2015 roku wynosiła 8141 dolarów, przy 56 084 dolarach w Stanach Zjednoczonych (dla porównania – Polska osiąga wskaźnik 12 142 dolarów). Powodzenie tych zamiarów, wraz z luzowaniem restrykcyjnej dotychczas polityki demograficznej (obowiązujące od 1980 roku ustawowe ograniczenie do jednego dziecka na rodzinę zostanie w 2017 roku zastąpione ograniczeniem do dwojga) będzie miało jeden skutek: w ciągu kilkunastu najbliższych lat Chiny staną się pierwszą gospodarką świata, a później wysforują się na pozycję wyraźnego lidera. Zgodnie z szacunkami na rok 2050 ich gospodarka będzie wtedy o połowę większa od amerykańskiej.

Wzrost potęgi na wszystkich polach spowodował przewartościowania w chińskiej polityce. O ile w latach 90. i w kolejnym dziesięcioleciu władze ściśle przestrzegały zasady „niepodnoszenia głów”, ograniczając się do biernego oporu względem amerykańskiego unilateralizmu i nie popierając żadnej interwencji amerykańskiej na świecie, ale też nie ingerując, o tyle początek bieżącej dekady przyniósł zmianę. Jest ona związana z widocznym kryzysem systemu finansowego opartego na dominacji amerykańskiego modelu bankowości i dolarze jako głównej światowej walucie rozliczeniowej – oraz z wyczerpywaniem się sił Stanów Zjednoczonych w wojnach ekspedycyjnych. Nowa generacja polityków, reprezentowana przez Xi Jinpinga i premiera Li Keqianga, sformułowała nowe hasła: „chińskiego marzenia” i „wielkiego renesansu narodu chińskiego”. Zasada bierności i kumulowania sił została explicite odrzucona na rzecz aktywności w polityce zagranicznej. Jako długoterminowy cel tych strategii jawi się odzyskanie przez kraj statusu supermocarstwa, jaki miał on do XIX w.

Wspomniane hasła nie są czczymi deklaracjami. Od początku wieku obserwujemy zdecydowany wzrost aktywności Chin w skali globalnej. Stały się kluczowym graczem w Afryce, gdzie kupują niezbędne dla gospodarki surowce i inwestują w projekty infrastrukturalne i przemysł, udzielają rządom korzystnych pożyczek i rozdzielają pomoc finansową. Działają w Ameryce Południowej, znów kupując surowce (są obecnie największym partnerem handlowym m.in. Brazylii i Wenezueli), ale też przymierzając się do infrastruktury, czego przykładem może być projekt Kanału Nikaraguańskiego, którego rzeczywisty status i perspektywy są jednak wciąż niejasne. Są obecne oczywiście również na bliższych obszarach: w zaprzyjaźnionym niemal od zarania państwowego bytu Pakistanie budują potężny port przeładunkowy w Gwadarze. Kluczowym rejonem jest jednak samo Morze Południowochińskie, na którym od początku bieżącej dekady Chiny często zachowują się prowokacyjnie, wysyłając silne zespoły floty w pobliże Japonii, z którą prowadzą spór o Wyspy Senkaku. Pozostają w aktywnym konflikcie o Wyspy Paracelskie z Wietnamem, Malezją i Filipinami.

Działaniom o charakterze lokalnym towarzyszą inicjatywy mające par excellence wymiar globalny. W połowie 2015 roku utworzono Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), zrzeszający ponad 50 krajów z całego świata, w tym Polskę. To alternatywa wobec Banku Światowego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – z decydującym głosem Pekinu. Juan staje się walutą światową, Chińczycy naciskają na używanie go w rozliczeniach w kontaktach z partnerami handlowymi. Wreszcie w 2013 roku Xi Jinping przedstawił koncepcję Nowego Jedwabnego Szlaku, czyli sieci korytarzy transportowych (kolejowych, drogowych, przesyłowych) oraz połączeń politycznych i gospodarczych – w tym tworzonych przez ekspansję chińskich instytucji finansowych – między Chinami a Europą, przez które odbywałby się transfer obrotów między tymi obszarami; w 2013 roku wyniosły one 559 miliardów dolarów. Szlak morski miałby przebiegać z Chin przez cieśninę Malakka, Sri Lankę, Ocean Indyjski, Róg Afryki i Kanał Sueski do Morza Śródziemnego. Szlak lądowy wiódłby z Chin przez Kazachstan do Europy. Z Kazachstanu możliwych jest kilka alternatywnych tras: przez Rosję, Białoruś/Ukrainę i Polskę do Niemiec, przez Uzbekistan i/lub Turkmenistan, Iran i Turcję lub Gruzję do Bułgarii bądź na Słowację.

Rosnąca potęga Chin sama w sobie stanowi zagrożenie dla obecnego globalnego hegemona, tym większe w sytuacji jego osłabienia. Stanowi kolejną odsłonę konfliktu mocarstw morskiego i lądowego. Trwa on od skomunikowania świata u zarania ery nowożytnej. Stawką jest dominacja na świecie. Konflikt obejmuje obszary militarny, gospodarczy i polityczny. Jest w sporej mierze niezależny od intencji stron, ponieważ następuje na mocy praw geopolityki i działania politycznej grawitacji. Wzrost jednego z aktorów porywa go z impetem i wywołuje reakcję innych uczestników dramatu.

Polityka amerykańska w dość wyraźny sposób ewoluowała w kwestii chińskiej. Na początku lat 90. nie postrzegano Chin jako zagrożenia, czego widomym znakiem była likwidacja baz na Filipinach. Dekada ta przebiegła pod znakiem nieuznawania czynnika chińskiego w polityce za strategiczne zagrożenie, mimo wyraźnego wsparcia dla Tajwanu podczas kryzysu w latach 1995–1996, który zresztą unaocznił ówczesną bezwzględną supremacją militarną Stanów Zjednoczonych. Koniec lat 90. znamionowało wyraźne odprężenie w relacjach. Zmieniło się to z nastaniem ery George’a W. Busha, kiedy to Chiny zostały uznane za „strategicznego konkurenta” – wcześniej były „strategicznym partnerem”. Za jedną z zasadniczych przyczyn „wojny z terrorem” uznaje się (mające ostrze antychińskie) dążenie Stanów Zjednoczonych do przejęcia kontroli nad leżącymi w regionie Zatoki Perskiej złożami ropy naftowej. Odsłona tej wojny na odcinku afgańskim umożliwiła Amerykanom ustanowienie (za zgodą Rosji) czasowej, jak się okazało, obecności wojskowej w Kirgistanie i w Uzbekistanie. Nastąpiły też dalsze dostawy broni dla Tajwanu. Są one barometrem skomplikowanych relacji amerykańsko-chińsko-tajwańskich: w okresach ochłodzenia stosunków z Pekinem Waszyngton jest wyraźnie bardziej chętny do zawierania umów i ich realizacji, choć nakłada się na to dalekie od pełnego zaufanie do Tajwańczyków, wśród których bój toczą tendencje niezawisłościowe i prochińskie. Rok 2011 przyniósł – w obliczu kryzysu gospodarczego i coraz wyraźniej rosnącej potęgi Chin – oficjalne ogłoszenie przewartościowania amerykańskiej strategii przez zwrot na Pacyfik i przesunięcie na ten obszar zasadniczej uwagi Waszyngtonu oraz większości sił zbrojnych. Ogólnie rzecz biorąc, zadanie amerykańskiej strategii polega na utrzymaniu kontroli nad łańcuchem ograniczającym swobodę wyjścia Chin na oceany, rozciągającym się od Japonii przez Tajwan i Filipiny po Indonezję, oraz nad szlakami komunikacyjnymi na obu wielkich oceanach.

Wspomniany zwrot konweniuje z obawami przed zdominowaniem przez chińską potęgę, dzielonymi przez wszystkie praktycznie kraje szeroko rozumianego regionu. Powtarza się tu scenariusz opisywany przez Raymonda Arona w odniesieniu do Niemiec wilhelmińskich, których rosnąca potęga po zjednoczeniu groziła, z uwagi na potencjał ludnościowy i dynamizm rozwoju, gospodarczym zdominowaniem wszystkich lokalnych aktorów. Chiny stanowią takie zagrożenie dla Japonii – potężnej, lecz pogrążonej w stagnacji gospodarczej, niezwykle słabych militarnie Filipin, tradycyjnie wrogiego im Wietnamu. Budzą niepokój także innej rosnącej potęgi – Indii, z którymi dzielą sporną górską granicę. Wspierają ich tradycyjnego wroga, Pakistan, i dążą do obecności wojskowej oraz politycznej na Oceanie Indyjskim – obok wspomnianego Gwadaru chodzi o obecność i wpływy w Myanmarze, na Sri Lance, a także w Somalii, gdzie od 2009 roku stale operują zespoły okrętów chińskiej marynarki wojennej. Oczywistym przykładem jest Tajwan, którego reintegracja stanowi zasadniczy cel polityki chińskiej.

Taki stan rzeczy prowadzi do zauważalnego ocieplenia stosunków poszczególnych krajów ze Stanami Zjednoczonymi, postrzeganymi jako przeciwwaga dla lokalnego giganta. W ostatnich latach wskutek zgodnych inicjatyw obu stron nastąpiła całkowita normalizacja stosunków amerykańsko-wietnamskich, ukoronowana niedawnym zniesieniem embarga na dostawy broni. Filipiny dążą z amerykańską pomocą do pewnego zwiększenia potencjału obronnego, planowane jest także otwarcie pięciu nowych baz w tym kraju. Zdecydowanemu zacieśnieniu uległy relacje amerykańsko-indyjskie. Stany Zjednoczone stają się coraz ważniejszym dostawcą uzbrojenia dla Indii, wypierając z tego rynku Rosję, choć wcześniej były na nim praktycznie nieobecne. Rozwija się współpraca z Japonią, np. w dziedzinie obrony przeciwrakietowej, którą należy postrzegać jako mającą również tło antychińskie – arsenał nuklearny tego kraju jest znacznie mniej liczny niż amerykański i rosyjski (wynosi, według różnych szacunków, 5–10% każdego z nich, co czyni jego dezaktywację przez tarcze antyrakietowe znacznie bardziej prawdopodobną). Tajwan uzyskuje zgody na dostawę kolejnych transzy uzbrojenia.

Chiny a Rosja

Bardzo ważnym elementem tła relacji chińsko-amerykańskich jest Rosja. Jak wspomniano wcześniej, normalizacja stosunków sowiecko-chińskich postępowała powoli w latach 80. ubiegłego stulecia, czego ukoronowaniem była wizyta Michaiła Gorbaczowa w Pekinie w 1989 roku W jej następstwie w 1991 roku podpisano umowę graniczną, regulującą większość spornych kwestii, usuwającą groźbę konfliktu i pozwalającą obu stronom na zasadnicze zmniejszenie ogromnej dotychczas militaryzacji granicy. Ocieplenie to, dotyczące – po rozpadzie Związku Sowieckiego – Rosji, umożliwiło dzięki transferom sprzętu i technologii w postaci produkcji licencyjnej skokowy rozwój chińskiego potencjału militarnego. Było zbawienne również dla rosyjskiego przemysłu obronnego, który w sytuacji braku zamówień, wynikającego z zapaści gospodarczej, utrzymywał się głównie dzięki sprzedaży do Chin i Indii. Po początkowym uśpieniu relacji politycznych, w 1994 roku rozpoczęła się trwająca do dziś epoka sojuszy i partnerstw o różnym natężeniu (pierwotnie było to partnerstwo „konstruktywne”, później „strategiczne”).

Ogólnie rzecz biorąc, w aspekcie politycznym dla Rosji Chiny stanowią kartę przetargową w relacjach z Zachodem, a w szczególności ze Stanami Zjednoczonymi – w okresach ochłodzenia Kreml zwraca się ku wschodniemu sąsiadowi, odwraca przy „resetach”. „Strategiczne partnerstwo”, zainicjowane w 1996 roku, stanowiło reakcję na otwarcie drogi państw Europy Środkowo-Wschodniej do NATO wbrew sprzeciwom Rosji. Rok 2001 przyniósł próbę ocieplenia stosunków Moskwy z Waszyngtonem pod hasłem „wojny z terrorem”, co zaowocowało szokującą dla Chin obecnością wojsk amerykańskich w Azji Środkowej, wskutek czego uznały one Rosjan za partnera obrotowego, niegodnego rzeczywistego zaufania. Ponowne zbliżenie chińsko-rosyjskie nastąpiło w 2005 roku z uwagi na brak efektów poprzedniego zwrotu. Rosja nie uzyskała od Stanów Zjednoczonych oczekiwanej carte blanche na obszarze postsowieckim, nastąpiły wręcz „kolorowe rewolucje”; sama z kolei nie wsparła Amerykanów na Bliskim Wschodzie.

W kolejnych latach Rosja, a w szczególności jej daleki wschód, stawała się w coraz większym stopniu zapleczem surowcowym Chin, które finansowały infrastrukturę przesyłową. Pekin dysponuje dzięki temu lądowymi drogami dostaw strategicznych surowców, Rosja ma w relacjach z Zachodem alternatywę polityczną oraz gospodarczą. Pozwala jej to na wzrost poczucia znaczenia oraz na snucie wizji imperialnych, a w perspektywie – grę na sprzecznościach między ośrodkami rywalizującymi o globalną władzę. W rzeczywistości jednak stosunki te są obciążone zasadniczą nierównowagą. Gospodarka chińska jest dziewięciokrotnie większa od rosyjskiej, struktura wymiany handlowej przypomina schemat kolonialny: do Chin wędrują surowce i materiały nieprzetworzone, do Rosji – towary przemysłowe i żywność. Powoli wyczerpuje się atrakcyjność Rosji nawet jako dostawcy technologii wojskowych. Mimo zachowania przez Rosjan pewnych kluczowych atutów, jak niedopuszczenie do przekazania licencji na produkcję silników do samolotów wojskowych, Chińczycy dopracowują się powoli własnych rozwiązań. Zapewne wersje ich zaprezentowanych niedawno samolotów bojowych będą już napędzane jednostkami co najmniej własnej produkcji.

W razie długofalowego powodzenia chińskiego projektu modernizacyjnego Rosji grozi ostateczna wasalizacja. Niemniej, z racji własnego imperializmu i skonfliktowania z Zachodem po kryzysie ukraińskim, jest skazana na Chiny, zatem relacje te powinny być w perspektywie najbliższych lat stabilne. Jednak po stronie Moskwy istnieje potencjał kolejnych wolt. Zachód pozostaje dla Rosji najważniejszym politycznym oraz gospodarczym punktem odniesienia. Realizacja programu Nowego Jedwabnego Szlaku spowoduje ugruntowanie w krajach tego obszaru wpływów gospodarczych Chin, którym Rosja nie jest w stanie wiele przeciwstawić, ponieważ preferuje projekty przede wszystkim polityczne, takie jak, poniekąd wbrew nazwie, Euroazjatycka Unia Gospodarcza.

Powrót do Polski

Nasz kraj sam w sobie jest w globalnej grze pionkiem. Leży jednak w obszarze zderzania się bloków geopolitycznych. Zaostrzanie się rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami z Rosją w tle w oczywisty sposób zwiększa zagrożenia, chociaż niesie też szanse.

Największa z nich wiąże się z projektem lądowej części Nowego Jedwabnego Szlaku, mającego zmniejszyć zależność chińskiego handlu od tras morskich kontrolowanych przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników. Przez Polskę prowadzi najłatwiejsza do realizacji trasa, wykorzystująca istniejące już połączenia. Związana z tym projektem chińska koncepcja dla Europy Środkowej, określona przez grupę 16+1, pokrywa się z historycznymi polskimi wizjami Międzymorza, bo obejmuje kraje wyszehradzkie, bałtyckie i bałkańskie. Wsparcie przez Chiny nadałoby Międzymorzu substancjonalności pozwalającej w razie powodzenia projektu na uzyskanie przez region podmiotowości politycznej, którą należałoby zasadniczo wzmocnić więziami w ramach Europy Bałtyckiej oraz z krajami skandynawskimi i Ukrainą.

Na tej drodze piętrzą się jednak z polskiego punktu widzenia liczne trudności. Zasadniczą jest dysproporcja potencjałów między wszystkimi krajami razem wziętymi a Chinami, a także słabość każdego z nich z osobna, w tym samej Polski. Ich gospodarki są w dużej mierze montowniane, oparte na taniej sile roboczej. Są zapleczami krajów UE i Stanów Zjednoczonych, pozbawionymi marek atrakcyjnych dla rynku Państwa Środka. Choć można mieć pewne nadzieje na ponadnormatywną życzliwość w związku z brakiem udziału Polski i innych krajów regionu w „wieku hańby”, chińskie zaangażowanie na pewno nie oznacza przyniesienia nam książęcego diademu i kontenerów pełnych dóbr. Konieczna będzie twarda walka o interesy, o korzystny dla nas przebieg procesów gospodarczych, tak aby nie oznaczały one kolejnej kolonizacji i wpadnięcia z deszczu pod rynnę. Pojedynkiem Dawida z Goliatem będzie zapewne przekonywanie Pekinu przez Warszawę do takiego ukierunkowania projektów w regionie, aby uwzględniały w jak największym stopniu lokalne interesy, w tym nasze. Problemem będzie oczywiście organizacja stosunków w regionie w taki sposób, by występował jako jedna całość, z największym krajem jako liderem, a nie jako konkurent rywalizujący na własną rękę o cudze względy. Oczywiście należy brać pod uwagę scenariusz również takiej konkurencji i prób maksymalnego wyzyskania własnych atutów. W każdym razie konieczne są skuteczne działania na rzecz siły, konkurencyjności i podmiotowości gospodarczej jako warunków sine qua non pojawienia się jakichkolwiek korzyści.

Istnieją oczywiście związane z czynnikiem chińskim kluczowe zagrożenia i szanse, niezależne od koncepcji Międzymorza. Możliwość oparcia się na Chinach z jednej strony ułatwia Rosji prowadzenie w regionie imperialnej, rewizjonistycznej polityki, z drugiej jednak otwiera krajom naszego regionu możliwość szukania w potężnym Pekinie moderatora ograniczającego rosyjskie zapędy. To ważne szczególnie z uwagi na koncentrację Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku i zmniejszenie możliwości skutecznego działania w Europie Środkowej w razie konfliktów, które prawdopodobnie z upływem czasu będą się pogłębiać. Z drugiej strony, zmiana stosunku sił na niekorzyść Stanów Zjednoczonych będzie zapewne zwiększała ich skłonność do obłaskawiania Rosji, także w regionie. Chwilowo takiego zagrożenia nie widać, jednak trzeba pamiętać o wcześniejszych zwrotach i „resetach” politycznych. Warto również wspomnieć o wyrażonej ostatnio przez Zbigniewa Brzezińskiego opinii na temat końca ery globalnej dominacji i konieczności pokojowego podzielenia się z Chinami oraz Rosją władzą nad światem w celu zachowania przez Waszyngton pozycji seniora nowej Wielkiej Trójki. Może to wskazywać na istnienie w amerykańskiej elicie władzy rozbieżnych opinii, które z kolei mogą przekładać się na wahania wpływów opcji konfrontacyjnej i ugodowej oraz rzutować na sytuację globalną, w szczególności potencjalnie dotkliwie na pograniczach. Wiele wskazuje na to, że ofiarą takich wahań stała się w 2008 roku Gruzja, zachęcona do asertywnej polityki wobec Rosji, a następnie pozbawiona wsparcia w związku z nadchodzącym przesunięciem na szczytach władzy.

Narzuca się wniosek, że Polska jest skazana na prowadzenie wirtuozerskiej polityki, balansującej między Waszyngtonem a Pekinem. W żadnym razie nie można dopuścić do bezalternatywności. W tym kontekście szczególnie niepokojące wydaje się mianowanie wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialnym za politykę amerykańską i azjatycką byłego pracownika amerykańskich instytucji państwowych, związanego z tym krajem całym przebiegiem kariery. Nominacja ta została, w niezwykły dla ich zwyczajowo aksamitnej dyplomacji, skrytykowana jawnie przez chińskie czynniki oficjalne. W aspekcie jakości polityki zagranicznej nie sposób nie wspomnieć o prowadzącym ją ministrze, którego temperament publicystyczny jest odwrotnie proporcjonalny do osiągnięć. Podobne obawy budzi radykalnie proamerykański zwrot w polityce zamówieniowej Ministerstwa Obrony Narodowej, wykonany w niewiarygodnym wprost stylu, psującym w fatalny sposób stosunki z kluczowym krajem Unii Europejskiej. W sytuacji braku konkretów można obawiać się, że zdecydowane zaangażowanie na kierunku chińskim w 2015 roku stanowiło rodzaj zasłony dymnej dla rzeczywistego zamiaru prowadzenia polityki nawet nie proamerykańskiej, a bezpośrednio amerykańskiej. Oczywiście każda polityka jest podatna na korekty, niemniej wolty czy, co gorsza, pozorowanie zaangażowania na strategicznym kierunku, aby odstąpić od niego dla jakichś minimalnych czy wręcz pozornych korzyści, takich jak rozmieszczenie w kraju symbolicznych sił sojuszniczych, grozi postrzeganiem nas jako partnera zupełnie niepoważnego i niewartego uwagi w przyszłości.

dr Jan Przybylski

Autor w znaczącej mierze jest dłużnikiem dr. Jacka Bartosiaka i dr. Michała Lubiny, z których ustaleń obficie korzystał, a do prac „Pacyfik i Eurazja. O wojnie” oraz „Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny 1991–2014” odsyła Czytelników zainteresowanych pogłębionym ujęciem tematu.

 

Kogo obawiać się bardziej: Trumpa czy Greya?

Kandydatura Donalda Trumpa, jego wypowiedzi w trakcie kampanii prezydenckiej oraz ostateczne zwycięstwo (wciąż in spe, pamiętajmy o specyfice amerykańskiego systemu wyborczego) wywoływały w Polsce bardzo mieszane uczucia. Stopień ich pomieszania był i jest w sporej mierze zależny od pozycji na scenie politycznej. O ile dla centrum i lewicy Trump pozostaje postacią raczej jednoznacznie negatywną, o tyle główny nurt prawicy niepokoi się dwuznacznymi deklaracjami przyszłego prezydenta w sprawach polityki zagranicznej oraz powiązaniami personalnymi samego Trumpa i jego środowiska. Pokłada jednak jednocześnie pewne nadzieje w zapowiadanym odejściu od liberalno-lewicowych pryncypiów w sferze światopoglądowej oraz widocznym konflikcie elekta z większością środowisk opiniotwórczych, postrzeganym przez prawicę jako zbliżony do sytuacji, w jakiej znajduje się nieprzerwanie polski obóz władzy. Ten drugi obszar pozostaje oczywiście istotny: nie sposób nie zauważyć, że podmiotem bieżącej polityki jest konkretna Polska z konkretnymi władzami, a ich sukcesy i porażki, wiążące się również ze stosunkami na poziomie soft, przekładają się na bieżącą i przyszłą sytuację całego kraju i społeczeństwa.

Istotniejszy jednak pozostaje poziom hard. Oczywisty niepokój budzi tu polemizowanie przez Donalda Trumpa z postanowieniami artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, pojawiające się w wypowiedziach ogólne tendencje izolacjonistyczne oraz pozytywne oceny prezydentów Putina i Erdogana. O ile powiązania samego Trumpa z kapitałem rosyjskim trudno uznać za dostatecznie udowodnione, o tyle przyszły doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, generał Michael T. Flynn, na pewno bywał gościem Władimira Putina i komentatorem rosyjskiej telewizji, a jego przyszły zastępca K. T. MacFarland głosił, że rosyjskiemu przywódcy należałoby przyznać Nagrodę Nobla. Z drugiej strony, na szefa Departamentu Obrony został wyznaczony generał James Mattis, zwolennik znaczącej roli NATO i zaangażowania w Europie, krytyk polityki resetu i ostatnich ekspansywnych działań Rosji. Ponadto w ekipie Trumpa można znaleźć kilku znaczących przedstawicieli obozu neokonserwatywnego, takich jak John Bolton i James Woolsey, wskazywanych jako potencjalni kandydaci do objęcia wysokich stanowisk. Wydaje się zatem, że próby wyciągania daleko idących wniosków z personaliów pozostają na obecnym etapie wróżeniem z fusów (oraz kampanijnych deklaracji), a uczciwość intelektualna nakazuje pamiętać, że obraz środowiska Trumpa pozostaje niejednorodny i nie należy entuzjazmować się Mattisem zapominając o Flynnie – ale i vice versa.

W kwestii kampanijnych deklaracji trzeba w jednym Trumpowi przyznać rację: Europa wydaje na obronność zdecydowanie za mało. Tyle że adresatami tych uwag nie powinny być akurat kraje bałtyckie, które zaczęły na swoją miarę intensywnie zbroić się w następstwie kryzysu krymskiego, znacznie zwiększając wydatki na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jednak stałe cięcia, dokonywane w budżetach obronnych krajów starej UE nieprzerwanie od końca Zimnej Wojny, które zaczęto w jakiejś mierze korygować dopiero teraz, spowodowały militarne skarlenie tej organizacji i odbiły się bardzo negatywnie na unijnych programach zbrojeniowych. Przykładem niech będzie budowa wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji: służą one od początku XXI wieku w Stanach Zjednoczonych, prototypy latają w Rosji i Chinach, programy budowy, samodzielnie lub w kooperacji, prowadzą Japonia, Korea Południowa i Indie. Europa, z wyjątkiem krajów uczestniczących w budowie F-35, pozostaje na poziomie generacji IV. Trzy programy zostały z uwagi na cięcia znacznie ograniczone i opóźnione w stosunku do zamierzeń, a zbudowania następcy najbliżej wydaje się być… Szwecja, dysponująca przecież najmniejszymi możliwościami. Ponadto brak sojuszniczego programu pomocy sprzętowej, analogicznego do stosowanego niegdyś w stosunku do Grecji i Turcji, przyczynił się do powstania swoistej próżni militarnej na południowej flance NATO. Słabe gospodarki Rumunii, Bułgarii i Chorwacji nie były w stanie zapewnić odpowiedniego finansowania obronności, co obecnie, w obliczu politycznej wolty erdoganowskiej Turcji, staje się sporym problemem.

Wracając do generaliów, należy oczekiwać, że zasadniczym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, zarówno obiektywnie, jak i subiektywnie, pozostanie nieustanny wzrost potęgi Chin. Wymusi on kontynuowanie polityki zwrotu ku Pacyfikowi i przenoszenie tam punktu ciężkości potęgi wojskowej USA. Administracja Obamy pozostawi następcy niejako na odchodne problem Filipin i prezydenta Dutertego, którego działania mogą zagrozić odtworzeniu baz amerykańskich w tym kraju, zaś jego deklaracje dotyczące przesunięcia punktu ciężkości polityki zagranicznej ze stosunków z Waszyngtonem na Moskwę i Pekin muszą budzić konsternację, a w perspektywie skłaniać do jakichś działań. Wydaje się, że całokształt polityki Stanów Zjednoczonych nie będzie zależał od nastawienia samego prezydenta, lecz stanowił, jak dotychczas, wyraz rozumienia narodowego interesu przez kręgi wojskowe, gospodarcze oraz służby specjalne. Warto przytoczyć anegdotę dotyczącą prezydenta Obamy, który zamierzał wycofać wojska z Afganistanu. Ostatecznie musiał jednak dokonać wyboru między dwiema koncepcjami będącymi emanacją poglądów wspomnianych kręgów: wysłać więcej wojsk czy wysłać jeszcze więcej wojsk. Czyni to gwałtowne przesunięcia mało prawdopodobnymi, a nawet jeżeli wystąpią, nie będą wyrazem widzimisię, lecz przewartościowań w obrębie amerykańskich elit.

Oczywiście takie przewartościowania są możliwe. Warto przywołać w tym miejscu opublikowany przez Zbigniewa Brzezińskiego w dwumiesięczniku „The American Interest” artykuł „Toward a Global Realignment”, w którym autor stwierdza, że koszty unilateralizmu przerastają możliwości Stanów Zjednoczonych. Postuluje zawarcie globalnego kompromisu z Chinami oraz Rosją w celu stworzenia architektury wspólnego zarządzania światem. Ewentualne zmiany będą miały oczywiście ogromny wpływ na sytuację Polski, niemniej, powtórzmy, osoba Donalda Trumpa nie wydaje się bynajmniej dla ich zajścia pierwszoplanowa. Kreatorzy naszej polityki zagranicznej muszą jednak bezwzględnie pamiętać o możliwej chwiejności polityki amerykańskiej, rywalizacji między wyrażającymi różne stanowiska w najważniejszych sprawach frakcjami w elicie władzy – i zachowywać szczególną ostrożność.

W kontekście tego ostatniego warto przeanalizować niedawną dymisję Roberta Greya, piastującego od końca września 2016 r. stanowisko podsekretarza stanu odpowiedzialnego za dyplomację ekonomiczną oraz politykę amerykańską i azjatycką, dziedziny par excellence kluczowe. Nieoficjalnym powodem, potwierdzonym tak przez wiarygodne źródła, jak i przez zupełnie niewiarygodne tłumaczenia ministra Waszczykowskiego, było zatajenie przezeń wcześniejszej współpracy z amerykańskimi służbami specjalnymi (jeżeli nie wręcz bycia ich kadrowym pracownikiem). Sytuacja ta wydaje się być w dwójnasób trudna do pojęcia. Po pierwsze, nawet pobieżna znajomość przebiegu kariery Roberta Greya nasuwała podejrzenie występowania związków dyskwalifikujących na takim – i jakimkolwiek innym w polskich władzach – stanowisku. Trudno zatem uwierzyć, że nie przeprowadzono odpowiedniej lustracji. Po drugie – odkrycie współpracownika lub pracownika zagranicznych służb w resorcie powinno wstrząsnąć ich kierownictwem, doprowadzając do dymisji co najmniej samego ministra Waszczykowskiego. W obecnej sytuacji można mieć uzasadnione podejrzenie, że polska dyplomacja będzie traktowana z dużym przymrużeniem oka i straciła dla istotnych zagranicznych partnerów (tak przyjaznych, jak i nieprzyjaznych) wiarygodność na długi czas. A nie da się uciec od konstatacji, że przy położeniu Polski wymagana jest w tej dziedzinie najwyższa sprawność. Dobrzy dyplomaci mogą wszak walnie przyczynić się do ograniczenia zagrożeń. Natomiast źli lub realizujący obce interesy – doprowadzić do katastrofy lub uniemożliwić jej uniknięcie. Wydaje się zatem, że bardziej niż ewentualnych problemów, które może nieść ze sobą prezydentura Donalda Trumpa, powinniśmy bać się dziwacznych porządków panujących na własnym podwórku.

Przemysł lotniczy: „polski” czy polski? Przetarg śmigłowcowy jako studium przypadku

Niedawne rozstrzygnięcie przetargu na zakup śmigłowców dla Wojsk Lądowych, Polskich Sił Powietrznych i Marynarki Wojennej, którego realizacja pochłonie prawdopodobnie ponad 10 miliardów złotych, wzbudziło żywe dyskusje na temat produkcji statków powietrznych w Polsce.

Jednym z zasadniczych argumentów oferentów, którzy konkurs przegrali, było właśnie ulokowanie produkcji w kraju. Przed zwycięzcą, firmą Airbus Helicopters, dopiero stoi zadanie stworzenia infrastruktury, w której prowadzony będzie zresztą jedynie montaż Caracali. Istotnie, AgustaWestland prowadzi w swoich zakładach PZL-Świdnik S.A. produkcję śmigłowców W-3 i SW-4 oraz kadłubów AW139, a oferta złożona w przetargu obejmowała przeniesienie produkcji AW149, natomiast Sikorsky Aircraft Corporation (SAC) produkuje w zakładach w Mielcu, również stanowiących jego własność, kadłuby i belki ogonowe S-70i oraz prowadzi ich końcowy montaż. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach – otóż największy udział w wartości śmigłowca mają silniki, przekładnie oraz awionika. Kadłub, choć mieści to wszystko w sobie, jest elementem relatywnie najprostszym do wykonania i najtańszym. Żaden z „polskich producentów” nie mówi o przeniesieniu produkcji tych najwartościowszych elementów do Polski – w przypadku silników pochodzących od zewnętrznych dostawców byłoby to zresztą bardzo utrudnione. Dlatego różnice ulegają znacznemu spłyceniu, trzeba bowiem pamiętać, że oferta Airbusa obejmowała uruchomienie w kraju (w Dęblinie) również linii montażowej silników Makila 2 firmy Turbomeca, napędzających Caracala. Istnieją co prawda w Polsce zakłady produkujące silniki – WSK PZL-Rzeszów S.A., należące do koncernu-matki SAC, jednak produkowane są w nich wyłącznie te silniki i elementy, które zakład miał w ofercie zanim został sprzedany inwestorowi zagranicznemu w roku 2002. Jak widać, w każdym zatem przypadku pojęcie „produkcji w Polsce” jest stosowane nieco na wyrost, albowiem obejmuje wytworzenie jedynie części końcowego wyrobu. Zlokalizowany w naszym kraju skromny przemysł lotniczy jest podzielony między kilku zagranicznych właścicieli, wskutek czego utrudniona jest sensowna „konsumpcja kontraktów” z szeroko rozumianą korzyścią dla Polski.

Krótka historia przemysłu lotniczego po 1945 r.

Przyczyny zarysowanego wyżej stanu rzeczy leżą w formie, jaką przemysł lotniczy przybrał po roku 1945 oraz w polityce przemysłowej po roku 1989, a właściwie w jej braku. Zakłady były w większości odtwarzane na bazie szczątków infrastruktury II Rzeczpospolitej, które przetrwały wojnę. Tylko zakład w Świdniku został stworzony od podstaw w czasach PRL-u. Rozwój początkowo był dość dynamiczny. Na sowieckiej licencji produkowano myśliwce MiG-15 i 17 oraz ich zmodyfikowane warianty, dość liczne samoloty lekkie. Pod kierunkiem Tadeusza Sołtyka skonstruowano pierwszy polski samolot odrzutowy, TS-11 Iskra, który niedawno przekroczył półwiecze eksploatacji. Świdnik zajął się produkcją śmigłowców na licencji Mila. Jeszcze na przełomie lat 50. i 60. plany były ambitne – zespół Sołtyka przymierzał się do konstrukcji naddźwiękowego samolotu szkolno-bojowego TS-16 Grot, który, gdyby doszło do realizacji, byłby sporym osiągnięciem. Rozmyślano też nad projektami średnich samolotów transportowych i odrzutowych samolotów dyspozycyjnych.

Niestety, już rok 1963 przyniósł podcięcie skrzydeł tych inicjatyw, wynikające z kilku przyczyn, m.in. brakło poparcia dla rozwoju niezależnego potencjału konstrukcyjnego ze strony władz, niechętne było także stanowisko towarzyszy radzieckich. Projekty anulowano, zespoły konstrukcyjne rozwiązano, a przemysł miał skupić się na licencyjnej produkcji maszyn konstrukcji sowieckiej. W związku z tym, że w ramach obozu socjalistycznego PRL przypadła obsługa przede wszystkim lotnictwa rolniczego, były to maszyny proste, jak śmigłowiec Mi-2, albo wręcz zupełnie prymitywne, jak samolot An-2. Wcześniejszy dorobek również został zmarnowany – według wspomnień profesora Sołtyka rozwojem Iskry byli zainteresowani Hindusi (którzy kupili serię tych maszyn), kupować chcieli Syryjczycy, ale przemysł… nie był chętny do sprzedaży. Odwilż przyszła dopiero w drugiej połowie lat 70., gdy podjęto prace nad samolotem szkolno-bojowym I-22 Iryda, a Świdnik, konsultując się z biurem Mila i sowieckimi planowanymi głównymi odbiorami, przystąpił do prac nad śmigłowcem W-3 Sokół. Powstało też kilka krajowych samolotów rolniczych.

Wszelkie prace znakomicie utrudnił krach gospodarki w latach 80. oraz sankcje wprowadzone w odpowiedzi na stan wojenny. Trzeba pamiętać, że i wcześniej nie było łatwo – krajowi inżynierowie mieli ze zrozumiałych względów bardzo ograniczony dostęp do myśli technicznej Zachodu. Stosunek Sowietów do dzielenia się technologiami dobrze obrazuje natomiast historia z drugiej połowy lat 70. Oto dowódca sowieckiej floty, admirał Siergiej Gorszkow, powróciwszy z manewrów na Bałtyku najwyraźniej w stanie wstrząsu psychicznego, spowodowanego dojmującą zapyziałością polskiej Marynarki Wojennej, polecił opracowanie dla niej eksportowej wersji niszczycieli typu „Sowriemiennyj”, które zaczęły wchodzić do uzbrojenia WMF [Wojenno-Morskoj Fłot, czyli marynarka ZSRR – dop. red. NO] w roku 1980. Pracom przyświecało motto sformułowane przez szefa działu projektowania dużych okrętów nawodnych: „Niczego nowoczesnego tym potencjalnym dezerterom nie udostępniać”. W efekcie proponowany Polsce wariant jednostki był wyposażony w systemy z pierwszej połowy lat 60., więc wypada cieszyć się, że zakupu nie dokonano. Nie istniała też współpraca i wymiana myśli między mniejszymi krajami RWPG. Skutek był taki, że szeroko otwarte gdzie indziej drzwi trzeba było przy raczej rachitycznej posturze krajowej myśli technicznej mozolnie wyważać.

W nowej rzeczywistości

W roku 1989 pojawiło się kilka osobnych podmiotów. W Mielcu produkowano, obok maszyn rolniczych, niewielkiego transportowego licencyjnego Ana-28, maszynę na pewno użyteczną, ale znów bardzo prostą, tanią, dającą producentowi niewielką marżę. Dopracowywano w bólach Irydę, która będąc mniej zaawansowanym (przede wszystkim z uwagi na jednoprzepływowe silniki) odpowiednikiem francusko-niemieckiego Alpha Jeta z połowy lat 70., zdążyła się już poważnie zestarzeć. Okęcie, obok drobnicy takiej jak Wilga, dopracowywało szkolno-treningowego turbośmigłowego Orlika. Świdnik zdążył wdrożyć do produkcji Sokoła, próbował szczęścia ze zmodyfikowanym Mi-2, oferowanym pod nazwą Kania, a w planach był lekki śmigłowiec SW-4. W Rzeszowie (ze wsparciem mniejszych zakładów w Kaliszu) produkowano lub planowano produkcję silników i elementów napędu dla wszystkich wymienionych maszyn poza SW-4.

Zakłady te, jak zostało powiedziane, były osobnymi firmami. To, co w księżycowy sposób mogło działać w księżycowej ekonomii realnego socjalizmu, w której istniała integrująca wszystko (wraz ze współpracą z Instytutem Lotnictwa i MON-owskim Instytutem Technicznych Wojsk Lotniczych) czapa w postaci zjednoczenia branżowego, okazało się przepisem na katastrofę w realiach rynkowych. Zakłady te były, w porównaniu z zagranicznymi, planktonem uzależnionym od jednego czy dwóch niezbyt zaawansowanych produktów, które w dodatku w związku z przemianami politycznymi i gospodarczymi straciły głównego odbiorcę, jakim dla Ana-28 i Sokoła miał być Związek Sowiecki. Przy mizernych zasobach, stojąc w obliczu konieczności kontynuowania kosztownych prac rozwojowych nad dokończeniem i wdrożeniem opracowywanych konstrukcji, były w większości w tragicznej sytuacji finansowej.

Sprawę pogarszał brak realnej polityki przemysłowej nakierowanej na utrzymanie krajowego potencjału, wskutek czego zakłady były postrzegane nie jako szansa, ale jako obciążenie. Nie podjęto najbardziej oczywistego ruchu w postaci konsolidacji zasobów i utworzenia jednej firmy. Mielec praktycznie upadł w związku z krachem programu „Iryda”. Konstrukcja ta była już zwietrzała, ale mimo wszystko miała potencjał, żeby zostać niezłym samolotem, w szczególności w kontekście zupełnej przestarzałości Iskry (notabene jedyni zagraniczni użytkownicy tej ostatniej, Hindusi, byli zainteresowani również Irydą). Niestety, fatalna współpraca na linii wojsko-przemysł, przy nieżyczliwości polityków wobec tego ostatniego (tu szczególnie „zasłużyli się” przedstawiciele Unii Wolności – Janusz Onyszkiewicz i Alicja Kornasiewicz) doprowadziła do smutnego końca. Drobna strużka zakupów Orlika była zaledwie kroplówką podtrzymującą nędzną wegetację Okęcia. Kilka projektów powstałych w latach 90., takich jak PZL-230 z Okęcia czy „konkurencyjna” wobec niego, opracowana w Instytucie Lotnictwa Kobra 2000, trudno z perspektywy czasu traktować poważnie z uwagi na chwiejność koncepcji, oderwanie od rzeczywistych potrzeb polskiego lotnictwa, słabość zakładów i brak perspektyw finansowania. Podobnie było z lansowanym przez chwilę przez Mielec pomysłem na „okcydentalizację” odkupionych składów producenta myśliwców MiG-29 (które miałyby nazywać się PZL M-2000). Stosunkowo najlepiej radził sobie Świdnik dzięki niedużym, ale mimo wszystko w miarę znaczącym sprzedażom Sokoła. Fabryka w Rzeszowie dzieliła losy sióstr wytwarzających płatowce.

W XXI wiek nasz przemysł lotniczy wszedł w stanie fatalnym, bez cienia koncepcji na rewitalizację. Okęcie zostało w latach 2001–2002 dosłownie wciśnięte koncernowi EADS (obecnie Airbus Group) przy okazji zakupu samolotów transportowych CASA C-295M. W tym samym czasie koncern UTC przejął rzeszowską wytwórnię silników. Z zakupem F-16 nie wiązały się żadne realne korzyści dla resztek przemysłu. Najlepszym offsetem byłaby licencyjna produkcja maszyn, ewentualnie montaż z produkcją części podzespołów, to jednak wymagałoby twardej postawy negocjacyjnej i miałoby sens ekonomiczny zapewne dopiero przy większej skali zakupu. Ponadto wymagałoby sanacji i odtworzenia potencjału Mielca, znajdującego się w stanie śmierci klinicznej po wdaniu się jeszcze w latach 90. w drenujące ze środków interesy z aferalnym kapitałem. Szumne zapowiedzi dotyczące doprowadzenia do sprzedaży w ramach offsetu setek Skytrucków i rolniczych Dromaderów rozwiały się jak sen złoty, bo Amerykanie policzyli sobie dzięki odpowiednim mnożnikom, że wykonanie zobowiązań będzie kosztowne. W rezultacie Mielec powędrował w roku 2007 do obecnego właściciela, przy czym tajemnicą poliszynela było, że jest to inwestycja obliczona na, uznawany za zupełnie pewny, zakup Black Hawków przez Wojsko Polskie. Wreszcie w 2010 koncern AgustaWestland przejął zakłady w Świdniku, co oznaczało praktyczny koniec polskiej własności w przemyśle lotniczym – ostały się wyłącznie remontowo-modernizacyjne wojskowe WZL-e i mała firma Edwarda Margańskiego. O chorym charakterze prywatyzacji sektora świadczą obecne, stojące na pograniczu szantażu, naciski na władze w związku z będącym nie po myśli koncernów-matek (czy może bardziej macoch) wyborem dokonanym w konkursie. A wcześniej dla wojska zmiana właścicieli oznaczała skokowy wzrost cen podzespołów i kosztów obsługi serwisowej. Rzeczywistość postkolonialna w pełnej krasie…

Czy mogło być inaczej? Pytanie jest niełatwe. Na pewno niezbędnym krokiem byłaby wspomniana konsolidacja branży i utworzenie jednej większej firmy. Byłaby ona partnerem tak dla władz, jak i dla podmiotów zagranicznych, zarówno pod względem konkurencji, jak i współpracy. Jednak, jak powiadają, od samego mieszania herbata nie staje się słodsza. Konieczne byłoby lokowanie odpowiednich zamówień przez Siły Zbrojne (tu duże znaczenie miałoby dokończenie „Irydy” mimo wszystkich przeciwności), a także efektywna promocja eksportu, której zawsze brakowało. Dalej – twarde negocjacje w sprawie przenoszenia produkcji do nas przy zakupach sprzętu za granicą. Wracając do konkursu na samolot wielozadaniowy z początku XXI wieku – gdyby jako warunek sine qua non wyznaczyć realne korzyści dla krajowego przemysłu, być może zamiast na niekoniecznie chętnych do dzielenia się technologią Amerykanów lepiej byłoby postawić na Francuzów, poszukujących aż do bieżącego roku pierwszego klienta eksportowego na swojego Rafale. Na początku XX wieku oferowali oni bardzo daleko idącą współpracę przemysłową Korei Południowej. Oczywiście wymagałoby to innego sformułowania warunków przetargu i wyasygnowania większych środków finansowych, których jednak znaczna część pozostałaby w kraju. Naturalne byłoby również poszukiwanie zagranicznego partnera celem udziału w produkcji maszyn transportowych i/lub komunikacyjnych.

To jednak jest już historią niebyłą, a – jak słusznie zauważył sir Francis Drake – okazja raz stracona jest stracona na zawsze. Obecnie polski przemysł lotniczy jest w rękach właścicieli zagranicznych, a przyszłość, przynajmniej zakładów w Mielcu, może być niepewna. Odrzucenie oferowanego Black Hawka sprawiło, że straciły one w praktyce rację bytu dla właściciela, który zresztą zmienił się w związku z nabyciem Sikorsky Aircraft przez koncern Lockheed Martin.

Szanse reaktywacji

Czy odtworzenie polskiego (pod względem własnościowym) przemysłu lotniczego byłoby celowe i realne? W horyzoncie dekady czeka Polskę zakup kolejnych wielozadaniowych samolotów bojowych, których liczbę MON określił na aż 64. Nasuwa się pytanie, czy ta idąca w dziesiątki miliardów złotych (koszt jednego samolotu można szacować na 400–500 milionów) inwestycja da wymierne korzyści polskiej gospodarce, czy może znów będziemy konsumować głównie współczynniki offsetowe. Niestety, bez ulokowania w kraju ważnej części produkcji trudno liczyć na korzystne rozwiązania, które mogłyby być stymulatorami krajowego sektora wysokich technologii, szansą dla uczelni technicznych itp.

Oczywiście przystępowanie do samodzielnej konstrukcji takiej maszyny byłoby w sytuacji ograniczonych możliwości finansowych i przemysłowych klasycznym przykładem porywania się z motyką na słońce. Należy zatem rozważyć potencjał współpracy międzynarodowej. Zarysowuje się prawdopodobnie kolejna szansa, być może ostatnia w dającej się przewidzieć przyszłości. Oto bowiem w Szwecji realizowany jest program Flygsystem 2020, który ma doprowadzić do powstania w roku 2020 samolotu V generacji, następcy myśliwca Gripen. Szwedzi, zdając sobie niechybnie sprawę z ograniczonych możliwości nabywczych własnych sił powietrznych, poszukują aktywnie partnerów zagranicznych, współpraca z którymi mogłaby zmniejszyć koszty realizacji projektu, przekładające się też później bezpośrednio na cenę zakupu maszyn. Przed dwoma laty nawiązana została np. współpraca między firmą Saab a tureckimi zakładami TAI, mająca doprowadzić do powstania pierwszego w historii rodzimego otomańskiego myśliwca, noszącego oznaczenie TFX. Jednak już to autarkijne deklaracje Turków, już to poszukiwanie przez nich innych partnerów każą powątpiewać w jej dalsze perspektywy.

W tej sytuacji można przypuszczać, że wystosowanie przez Polskę propozycji partycypacji w szwedzkim programie, poparte konkretnymi zobowiązaniami finansowymi i planami zakupowymi, byłoby mile widziane i otworzyło perspektywy rewitalizacji krajowego przemysłu lotniczego. W obecnej chwili Polska mogłaby zaoferować udział w pracach swojej bazy naukowej oraz części zbrojeniówki wnoszącej wkład w przedmiotowej dziedzinie (można tu brać pod uwagę np. zajmujący się m.in. techniką radiolokacyjną ośrodek PIT-RADWAR S.A). Jednocześnie ewentualne wycofanie się zagranicznego inwestora z Mielca mogłoby stworzyć okazję do polubownego odkupienia zakładów przez kapitał krajowy (zapewne po prostu państwo), co oddałoby do dyspozycji już gotową infrastrukturę produkcyjną, w którą można by następnie poczynić inwestycje ukierunkowane na realizację programu.

Szwecja nie jest jednak jedynym potencjalnym partnerem w regionie. Innym narzucającym się kierunkiem jest Ukraina. Kraj ten odziedziczył po Związku Sowieckim czołowe w kilku dziedzinach zakłady, wytwarzające produkty o rząd bardziej zaawansowane niż te, które przypadały w udziale przemysłowi PRL-u. W dziedzinie lotnictwa należy tu wymienić transportowce Antonowa i silniki do śmigłowców, samolotów transportowych, szkolno-treningowych oraz – przynajmniej w fazie prac rozwojowych – bojowych, pochodzące z biura konstrukcyjnego Iwczenko-Progress oraz zakładów Motor Sicz. Antonow, obok produkcji maszyn jeszcze z czasów sowieckich, opracował w latach 90. i później gamę nowych samolotów, obejmującą turbośmigłowy pasażerski An-140, rodzinę pasażerskich odrzutowców komunikacji regionalnej/transportowców budowaną wokół Ana-148 oraz ciężki samolot transportowy An-70. Maszyny te były i nadal są konstruowane w warunkach ograniczonych finansów, przy niepewnym, podatnym na wahania polityczne (a obecnie już niebyłym) łożeniu środków przez Rosjan. Zatem stabilny strategiczny partner, ułatwiający drogę na rynki europejskie (i, szerzej, „zachodnie”, w sensie uniwersum ekonomicznego, nie kierunku geograficznego), który w przeciwieństwie do wielkich koncernów amerykańskich czy zachodnioeuropejskich nie stwarzałby zagrożenia wydrenowaniem słabszej strony z technologii i działań mających na celu likwidację konkurencji, mógłby coś ugrać. Antonow zresztą oferował swoje maszyny An-32 wraz z ulokowaniem montażu w Mielcu we wspomnianym wyżej przetargu na maszyny transportowe, który wygrała CASA. Obecnie zarówno Antonow, jak i zakłady Motor Sicz zupełnie otwarcie poszukują możliwości współpracy z Polską. Ukraińskie lotnictwo wojskowe z kolei od upadku Związku Sowieckiego nie pozyskało ani jednego nowego samolotu bojowego i stanie za kilka lat przed koniecznością zapoczątkowania wymiany swojego parku maszyn, w pierwszym rzędzie myśliwców wielozadaniowych (notabene Ukraińcy zerkają tutaj w stronę… Turków).

Mamy zatem zupełnie niepowtarzalną zbieżność potrzeb Szwecji, Polski i Ukrainy, kluczowych krajów Europy bałtyckiej. Wykorzystanie jej mogłoby mieć daleko idące konsekwencje w dziedzinie współpracy na niwach militarnej, gospodarczej i politycznej, niewykorzystanie natomiast byłoby kolejnym zmarnowaniem potencjału regionu. Wolno przypuszczać, posuwając się nieco dalej w rozważaniu możliwości przemysłowych, że ukraiński potencjał w dziedzinie produkcji lotniczej do zastosowań podwójnych, wojskowo-cywilnych i stricte cywilnych stanowiłby bardzo pożądane zrównoważenie oferty postulowanego bałtyckiego partnerstwa przemysłowego. Mogłoby ono przejść dzięki temu z poziomu współpracy zadaniowej do formy ponadnarodowego koncernu, mogącego zdobywać różnych klientów dzięki szerokiej gamie produktów, podobnego do zachodnioeuropejskiej Airbus Group (do niedawna EADS). Oczywiście trzeba pamiętać cały czas, że rynek produkcji lotniczej nie jest łatwy, konkurencja jest bardzo mocna, jednak łatwo nie jest w żadnej dziedzinie. Wszak o lokowanie zakładów korzystających z taniej siły roboczej trzeba też starać się bardzo, dopieszczając na wszelkie sposoby inwestorów, do tego stopnia, że czasem trudno rozpoznać, która strona faktycznie inwestuje…

Warto wspomnieć o jeszcze jednej, tym razem niematerialnej korzyści z inwestycji w tę spektakularną dziedzinę. Oto samoloty będące wytworem współpracy, w której Polska brałaby aktywny udział, byłyby pożywką dla dobrze pojmowanej dumy narodowej, stanowiąc namacalny dowód, że orzeł rzeczywiście coś może – i nie jest to groteska z czekolady i waty słownej. Można odwołać się do wydarzenia z kwietnia bieżącego roku: oto prototyp samolotu An-178 został z wielką pompą przewieziony ulicami Kijowa, jako symbol potencjału, podnoszący na duchu społeczeństwo boleśnie doświadczone wojną. Było to niewątpliwie przedsięwzięcie dobrze przemyślane z PR-owego punktu widzenia. W Polsce brak tego rodzaju inspiracji czy symboli integrujących, podnoszących zbiorową samoocenę, jest bardzo widoczny, na co wskazują choćby szaleństwa na punkcie sukcesów reprezentantów kraju w nawet niszowych sportach.

Pozalotnicze postscriptum ukraińskie

Ukraina to nie tylko lotnictwo. Sztandarowym, obok Antonowa, przedstawicielem tamtejszego przemysłu zbrojeniowego jest charkowski kompleks pancerny, składający się z zakładów produkcyjnych im. Małyszewa oraz biura projektowego im. Morozowa. W Związku Sowieckim był wiodącym podmiotem w dziedzinie projektowania i produkcji czołgów. Obecnie jego najważniejszymi produktami są czołg Opłot-M, dorównujący większością parametrów najnowocześniejszym konstrukcjom zachodnim, oraz rodzina wysokiej klasy silników wysokoprężnych.

Również tu można dopatrywać się niewykorzystanej szansy polskiej zbrojeniówki – Opłot wywodzi się z T-80, czołgu znacznie bardziej zaawansowanego od produkowanego przez Polskę T-72, jednak wciąż o wiele bliższego mu technologicznie niż konstrukcje zachodnie. Ewentualna współpraca mogłaby uczynić zbędnym pozyskiwanie Leopardów 2, bo potężny przemysł niemiecki jest bardzo trudnym partnerem jeżeli chodzi o podział prac przy obsłudze i modernizacji, a pozycja strony polskiej – dość słaba. O brak silników z kolei rozbiła się w głównej mierze kwestia polskich podwozi do haubicoarmaty Krab – na S-12, będące pochodnymi starego sowieckiego W-46, nie było już klientów ani krajowych, ani zagranicznych, więc ich produkcję zatrzymano i zlikwidowano zakład, tracąc krajowy potencjał w tym zakresie. Gdyby zamiast PT-91, którego wojsko, jako nieperspektywicznego, po prostu już słusznie nie chciało, oferowany i kupowany był „spolonizowany” Opłot, problem ten prawdopodobnie by nie wystąpił. Niestety, znów mamy do czynienia z korzyścią, którą można było uzyskać, a nie zrobiono tego.

Na szczęście nie wszystkie możliwości związane ze współpracą z partnerami ukraińskimi pozostały niewykorzystane. W drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia nawiązał kooperację z tamtejszą firmą Microtek w zakresie systemów obrony aktywnej pojazdów pancernych, która stała się jednym ze źródeł proponowanego obecnie przez polski przemysł rozwiązania noszącego nazwę ZASOP. Zakłady MESKO we współpracy z firmą Progress opracowują amunicję precyzyjną kalibru 155 mm z przeznaczeniem dla haubicoarmat Krab i Kryl. Te same zakłady budują, korzystając ze wsparcia konstrukcji ukraińskiej firmy Łucz, kierowany pocisk przeciwpancerny Pirat, który w perspektywie ma uzupełnić Spike’i. Wszystkie te przedsięwzięcia są dowodami, że jednak można.

Podsumowanie

Wydaje się, że warunkiem sine qua non efektywnej współpracy przemysłowej z partnerami zagranicznymi jest istnienie żywotnych, stanowiących własność krajową zakładów, realizujących spójną politykę modernizacyjną, na którą przeznaczone są adekwatne środki finansowe. Potrzeby Polski, Szwecji i Ukrainy odnośnie do obronności będą w perspektywie nadchodzących dekad znaczące i w wielu aspektach podobne. Być może ewentualne powodzenie programu budowy nowych okrętów wojennych spowoduje, że Polska będzie w stanie przedstawić wschodniemu sąsiadowi sensowną ofertę techniczną i przemysłową, kiedy ten zacznie odbudowywać flotę (jedną z istotnych opcji jest tu współpraca ze Szwecją przy budowie okrętów podwodnych nowej generacji, oferowana nam przez Sztokholm). Również wspólne potrzeby dotyczące nowego wyposażenia lotnictwa mogą przynajmniej potencjalnie stanowić podstawę wyciągnięcia polskiego przemysłu lotniczego z opisanego w pierwszej części tekstu smutnego położenia, a przy okazji także być źródłem nieocenionych zysków politycznych.

Wiele szans już stracono, jednak wysiłki mające na celu reindustrializację kraju mogłyby uwzględniać również i tę dziedzinę oraz możliwości z nią związane – także te odnoszące się do współpracy z partnerami z Europy bałtyckiej. Skoro geopolityka sama podpowiada korzystne rozwiązania, grzechem byłoby z nich nie korzystać. A jak wielokrotnie dowiodła historia, jest ona boginią surową, która za występki przeciwko sobie karze bez taryfy ulgowej.