przez Jan Przybylski | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
Jednym z zasadniczych zadań sił dążących do zapewnienia podmiotowości Polski jest prawidłowe określenie kierunków poszukiwań sojuszów zagranicznych. Można mieć liczne i uzasadnione wątpliwości co do solidarności partnerów z Unii Europejskiej, NATO czy USA z wieloma strategicznymi celami polityki polskiej. Są rzecz jasna i obszary, gdzie wspólnota interesów ma miejsce, ale potrzebujemy także węższego grona partnerów, z którymi łączy nas najwięcej.
Narzucają się tu oczywiście więzi regionalne, a szczególnie popularna koncepcja Międzymorza. Jej zwolennicy odwołują się do długiej tradycji, obejmującej z jednej strony jagiellońską politykę dynastyczną, a z drugiej rozważania nad pozycją geopolityczną Polski i najlepszymi odpowiedziami na położenie średniej wielkości kraju pomiędzy dwoma potężnymi państwami o mocarstwowych aspiracjach – Niemcami i Rosją. Wydawałoby się, że wspólnota losów w latach 1945–1989, a także później, w geopolitycznym czyśćcu lat transformacyjnych, zakończona dopiero przyjęciem krajów Środkowo-Wschodniej Europy do NATO, a następnie Unii Europejskiej, powinna stanowić zaczyn żywotnych i mocnych związków. Tymczasem rezultaty ponad dwóch dekad współpracy w Grupie Wyszehradzkiej są raczej rozczarowujące, a ostatnie poczynania Budapesztu i Bratysławy czy – w mniejszym stopniu – Pragi, coraz mocniej wskazują, że zasadniczo rozbieżne są faktyczne interesy nasze i „braci Słowian” czy też „bratanków”. W dzisiejszych warunkach węgierska droga do podmiotowości może wieść przez Moskwę, a polska – w żadnym wypadku. Stąd odmienne reakcje Madziarów np. na rosyjskie projekty w zakresie polityki energetycznej czy na kryzys ukraiński.
Kuleje także współpraca krajów Grupy Wyszehradzkiej w dziedzinie militarnej. Zasadniczym uzbrojeniem krajów, które opuściły Układ Warszawski, były identyczne wzory sowieckiego pochodzenia. Ich starzenie się czy konieczność dostosowania do wymogów NATO nakazywały podejmowanie analogicznych wysiłków w celu modernizacji czy pozyskania nowego sprzętu. Wydawałoby się, że powinno to skłaniać do podejmowania wspólnych programów wykonawczych czy zakupowych oraz do łączenia sił przemysłów poszczególnych krajów pozostających na zbliżonym poziomie technologicznym. Mówiąc krótko, do daleko posuniętej koordynacji polityk obronnych. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Współpraca w ramach Grupy Wyszehradzkiej była znikoma. O wiele bardziej spektakularne były niepowodzenia takie jak krach programu wspólnej modernizacji śmigłowców Mi-24 na początku poprzedniej dekady. Problemy napotyka również aktualny program budowy wspólnego radaru trójwspółrzędnego dla obrony powietrznej, w którym siłą rzeczy wiodącą rolę odgrywałby polski przemysł.
Nie jest również koordynowana polityka zakupowa tam, gdzie konieczne jest pozyskanie sprzętu spoza Grupy. Chociaż Polska, Czechy i Węgry równolegle poszukiwały nowych, zachodnich wielozadaniowych samolotów bojowych, każde z państw prowadziło procedury oddzielnie. W efekcie Polska kupiła F-16C/D, a Czesi i Węgrzy wypożyczyli szwedzkie JAS-39 Gripen. Perspektywy rozwoju współpracy wojskowej między krajami Grupy Wyszehradzkiej w dalszej przyszłości też nie wyglądają zachęcająco. Nie wydaje się np., aby partnerzy wyszehradzcy byli zainteresowani dołączeniem do polskich poszukiwań samolotu V generacji, który miałby zostać zakupiony w latach 20. Nie istnieje najmniejsza nawet koordynacja z nimi naszego programu modernizacji obrony przeciwlotniczej. Jedynym oficjalnie anonsowanym obszarem współdziałania są prace nad pozyskaniem bojowego wozu piechoty nowej generacji, jednak nawet w odniesieniu do tego projektu trudno być optymistą. Jeżeli zaś współpraca militarna w obrębie Grupy Wyszehradzkiej jest bardzo słaba, to nie istnieje ona niemal w ogóle w relacjach z innym filarem koncepcji Międzymorza – Rumunią oraz z traktowaną nieco bardziej marginalnie Bułgarią.
Dlaczego to nie działa? Czy może zadziałać?
Rozbieżność interesów krajów Międzymorza wynika przede wszystkim z położenia w różnych podobszarach geopolitycznych. Polska w leży w Europie Bałtyckiej, kraje zatatrzańskie – w Dunajskiej. Rozdzielające je potężne pasmo Karpat różnicowało losy, izolując w pewnym sensie od siebie nawzajem narody leżące po przeciwległych stronach. Nierzadko chroniło mieszkających po jednej stronie łańcucha przed zagrożeniami, które były fundamentalnymi po drugiej, oraz kierowało ku współpracy z różnymi ośrodkami politycznymi.
Nieprzypadkowo wspólne formacje państwowe – za czasów Piastów, Andegawenów czy Jagiellonów – były efemeryczne. Krwawe wojny toczone przez Czechów pod koniec Średniowiecza i u progu nowożytności, decydujące o ich losach i tożsamości, były dla Polaków dalekimi burzami bez szczególnego znaczenia, i vice versa. Dla Węgrów naturalniejszym oparciem okazał się bliższy, leżący w tej samej co oni przestrzeni, habsburski ośrodek polityczny. Rosja była dla Polaków ciemiężcą, a dla wielu kręgów czeskich – nadzieją. Dwie wojny światowe Polskę spustoszyły, zaś Czechom i Słowakom (a nawet, w mniejszym stopniu, Rumunom) nie przyniosły istotnych strat. Różnice geopolitycznych perspektyw nie były bez znaczenia dla niemożności zaistnienia współpracy polsko-czechosłowackiej w okresie międzywojennym. Oparty teoretycznie na mocnych fundamentach alians polsko-rumuński, w chwili próby rozpadł się jak domek z kart. Węgry natomiast znajdowały się w obozie rewizjonistycznym wobec regionalnego ładu, ustalonego w traktatach kończących Wielką Wojnę.
Mimo pozornej atrakcyjności koncepcji Międzymorza istniejące bariery geopolityczne są silniejsze niż siły przyciągające do siebie kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Czesi i Słowacy mogą mieć zasadne nadzieję, że wydarzenia mające bardzo negatywne skutki dla Polski pozostawią ich bez szwanku, zaś Węgrzy mogą wręcz liczyć na odniesienie z nich pewnych korzyści. Osłabia to więzy solidarności oraz zmniejsza skłonność do ponoszenia ryzyka na rzecz partnera, który leży po prostu w polu innych sił i toczy inną grę. W związku z tym trwały alians międzymorski jest co najmniej problematyczny.
Należy również zastanowić się, czy korzyści, które mógłby przynieść, są tak wielkie, jak głoszą ich rzecznicy. Blok Międzymorza miałby wedle nich stanowić przeciwwagę dla Niemiec oraz Rosji. Niemcy mają ponad 81 mln mieszkańców, osiągają PKB w wysokości 3,4 bln dolarów, a na zbrojenia wydają ok. 48 mld. Te statystyki, zdające sprawę z orientacyjnej siły państwa, dla Rosji wynoszą odpowiednio 144 mln, 2 bln i ok. 90 mld. Dla Polski – 38,5 mln mieszkańców, PKB wysokości 488 mld dolarów, a wydatki zbrojeniowe – ponad 9,2 mld dolarów. Czesi mają 10,5 mln ludzi, PKB wynoszący 196 mld dolarów i wydatki na obronność niewiele przekraczające 2 mld dolarów. Słowacy – 5,4 mln, 92 mld i niecały miliard. Węgrzy – poniżej 10 mln, 127 mld i 1,2 mld. Ograniczając się do kierunku południowego i należących do NATO oraz UE państw dawnego Układu Warszawskiego, które z racji wspólnoty historii w ciągu ostatnich 70 lat oraz najsilniejszych więzi formalnych powinny być w największym stopniu predestynowane do współpracy w ramach bloku politycznego, należałoby uwzględnić jeszcze Rumunów – odpowiednio niecałe 20 mln, 169 mld i 2,5 mld, a także Bułgarów – 7,2 mln, 51 mld i 838 mln. Zatem potencjał państw międzymorskich daje dość imponującą liczbę ludności, ale już połączone potencjały gospodarcze stanowią zaledwie nieco ponad połowę rosyjskiego i ⅓ niemieckiego. Zupełnie kiepsko jest zaś pod względem militarnym: wszyscy partnerzy razem wzięci wydają niewiele ponad ¾ tego, co sama Polska. Wydatki na zbrojenia całego, bardzo rozległego geograficznie bloku, wynoszą raptem ⅓ niemieckich i mniej niż 1⁄5 rosyjskich.
Sedno problemu nie tkwi jednak w liczbach. Alians musi bowiem być spajany siecią wzajemnych powiązań gospodarczych, inwestycji, wspólnych przedsięwzięć. Do roli głównego ośrodka i inicjatora predestynowana jest Polska. Tymczasem pozostaje ona, w stopniu nie mniejszym niż inne kraje, a pod pewnymi względami nawet w większym, krajem gospodarczo niezbyt wydolnym, o neokolonialnej strukturze, którego „renacjonalizacja” (w sensie zespołu działań na rzecz autonomicznego rozwoju krajowej gospodarki, niekoniecznie państwowych form własności), np. odbudowa przemysłu i sektora kapitałowego, nie jest nawet na początku drogi – taki cel dopiero czeka na polityczną artykulację. Walka o odzyskanie podmiotowości gospodarczej samej Polski byłaby zapewne tak długa i trudna, że trudno określić horyzont czasowy, w jakim mogłaby ona przedstawić sąsiadom atrakcyjne oferty i uzyskać zdolność walki o wpływy z gigantycznymi globalnymi koncernami. Nie inaczej rzecz ma się w branży zbrojeniowej. Wszystkie kraje potencjalnego sojuszu są przede wszystkim konsumentami technologii. O sukcesie można tu mówić, gdy znaczący zakup, np. wielozadaniowych samolotów bojowych czy systemów obrony przeciwlotniczej, zostanie efektywnie skonsumowany przez krajowy przemysł, dzięki czemu choć część wydanych środków nie wypływa za granicę. Skonstruowanie własnymi siłami „międzymorskiego” samolotu, czołgu czy systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu pozostaje poza zakresem naszych możliwości.
Istotne znaczenie ma tu również nieduży potencjał militarny bliższych i dalszych południowych sąsiadów Polski, wynikający z niewielkich wydatków. Pozyskanie po jednej eskadrze nowych myśliwców to wszystko, na co stać Czechów i Węgrów. Dla Rumunów zakup eskadry zmodernizowanych wiekowych F-16A/B był dużym wysiłkiem. Bułgarzy, mimo planów formułowanych od niemal dekady, nie byli jak dotąd w stanie zdobyć się nawet na to. Żaden z tych krajów nie przeprowadził kompleksowej modernizacji sprzętu pancernego, jaka stała się udziałem Wojska Polskiego, żaden nie planuje też podobnych do polskich inwestycji w nowoczesną obronę przeciwlotniczą. Nawet abstrahując od kluczowego przecież problemu „państw teoretycznych” czy braku zgody elit co do istotności racji stanu jako takiej, projekt Międzymorza przypomina żartobliwe tłumaczenie na czeski wezwania z „Manifestu komunistycznego”: Gołodupki hop do kupki.
Alternatywą dla koncepcji Międzymorza jest obszar Europy Bałtyckiej, obejmujący obok państw leżących na wybrzeżu rzeczonego morza również Białoruś i Ukrainę.
Nieco historii
Rola wojen szwedzkich w skierowaniu Polski na tory wiodące ku jej upadkowi jest nie do przecenienia. Nieco uważniejsze spojrzenie na ten okres pokazuje jednak, że, jak wskazywał Paweł Jasienica, wynikały one raczej z nieszczęśliwych splotów okoliczności niż z naturalnej, geopolitycznie uzasadnionej wrogości. Polska rywalizowała ze Szwecją o ziemie, które de facto były dla niej mało istotne. Oba państwa były zarazem zagrożone przez wzmacniającą się Moskwę. Oba miały w istocie zbieżne interesy w krajach niemieckich, wreszcie dla obu fatalną okolicznością okazał się wzrost potęgi Prus. Nieprzypadkowo karta w rywalizacji regionalnej zaczęła odwracać się na niekorzyść Szwecji w XVIII w., gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów stała się państwem fantomowym. Wkrótce zaś po tym, kiedy państwo polskie definitywnie upadło, na początku wieku XIX Szwedzi utracili status mocarstwa. Nie byli w stanie oprzeć się ekspansji Rosji i Prus samodzielnie – z przyczyn ekonomicznych i demograficznych – a po rozbiorach Polski nie było już w regionie wystarczająco mocnych kandydatów na sojuszników.
Od tego czasu datuje się era formalnej neutralności Szwecji i trzymania się przez nią na uboczu wielkich konfliktów. Neutralność ta w żadnym razie nie oznaczała jednak bezbronności. Szwecja, która nigdy nie przekroczyła progu 10 mln obywateli, nie mogła myśleć o powrocie do minionej chwały i zbudowaniu sił zbrojnych porównywalnych z potęgami grającymi w skali globalnej, ale zawsze miały one potencjał, którego nie można było lekceważyć. Dochodziły do tego niebagatelne zaplecze przemysłowe, oparte o posiadane złoża surowców, a także wysoki po rewolucji przemysłowej poziom ogólnego rozwoju i zamożności. Istotne było także dogodne położenie, dzięki przestrzeni morskiej oddalającej od tras, po których toczyły się walce historii, a po I wojnie światowej także istnienie niezależnej Finlandii, spełniającej rolę bufora od wschodu. Zabezpieczało to Szwedów przed przykrościami ze strony sąsiadów, wyjątkowo agresywnych w XX w. Pozwalało zarazem na prowadzenie względnie aktywnej polityki zagranicznej w dziedzinie bezpieczeństwa, której przejawem było np. istotne wsparcie dla Finów wojujących w latach 1939–1944 z ZSRR. Warto wspomnieć także o istotnej roli Szwecji jako dostawcy uzbrojenia oraz technologii wojskowych dla II Rzeczypospolitej.
Zimna Wojna przyniosła kontynuację tradycyjnego szwedzkiego podejścia do spraw międzynarodowych. Neutralny i pozostający poza wielkimi sojuszami wojskowymi (chociaż NATO gwarantowało bezpieczeństwo Szwecji) Sztokholm utrzymywał w związku z sowieckim zagrożeniem (narastającym ze względu na znaczny wpływ uzyskany przez Moskwę na Finlandię) liczące się w regionie siły zbrojne. Prowadził jednocześnie politykę bardzo dużej samodzielności w zakresie produkcji uzbrojenia. Najbardziej znanym jej symbolem jest seria odrzutowych myśliwców firmy Saab, reprezentowana przez tak słynne maszyny, jak J 29 Tunnan, J 35 Draken, J 37 Viggen, a ostatnio JAS 39 Gripen. Ale Szwedzi budowali i budują również okręty, w tym zaawansowane i wysoko oceniane przez specjalistów jednostki podwodne, większość asortymentu uzbrojenia wojsk lądowych czy rakiety przeciwokrętowe. Przez ćwierć wieku prowadzili poważny program nuklearny, który jednak z uwagi na opozycję wewnętrzną i naciski USA nie doprowadził do uzyskania własnej broni jądrowej.
Po roku 1989 świadomość zagrożenia utrzymywały powtarzające się incydenty z rosyjskimi okrętami podwodnymi, penetrującymi szwedzkie wody terytorialne. Jednak smuta u jedynego niebezpiecznego sąsiada, wyjście spod jego wpływów Finlandii, a wreszcie przystąpienie do Unii Europejskiej odbiły się na szwedzkich wydatkach obronnych. Stopniowo spadały one z 2,6 proc. PKB w roku 1990 do 1,2 proc. w 2008. Mimo drastycznych redukcji liczebności ogólnej – z 850 tys. żołnierzy przewidywanych na czas „W” w 1988 r. do 54 tys. wedle planów z roku ubiegłego – prowadzona była jednak ciągła modernizacja armii. Kontynuowano najważniejsze programy, takie jak myśliwiec Gripen czy korweta „Visby” (co prawda w okrojonej formie), a ponadto zakupiono od Niemców 280 nowych i używanych czołgów Leopard 2. Aż do 2010 r. utrzymywano też powszechny pobór.
Dzień dzisiejszy
Szwecja roku 2015 jest nadal krajem pozostającym poza wielkimi blokami wojskowymi. Całość jej armii to 15,7 tys. żołnierzy, podoficerów i oficerów służby czynnej, 11,7 tys. utrzymywanych w bieżącej rezerwie, 5,7 tys. pracowników cywilnych wojska oraz 22 tys. żołnierzy obrony terytorialnej. Wojska lądowe utrzymują dwie brygady, jedną ciężką i jedną zmotoryzowaną, wyposażonych łącznie w 45 czołgów pozostających na stopie czynnej, po 160 bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych oraz 24 haubice samobieżne; obronę przeciwlotniczą zapewniają 2 bataliony wyposażone w rakiety bliskiego zasięgu. Siły te wspiera wspomniana obrona terytorialna, podzielona na 40 batalionów. Chociaż takie ilości sprzętu wydają się znikome, należy pamiętać o jego znacznych zasobach utrzymywanych w rezerwie – znajduje się w niej np. większość szwedzkich Leopardów 2A5, nieco nowocześniejszych od pojazdów pozyskiwanych obecnie przez Wojsko Polskie.
Głównym komponentem sił powietrznych są 4 dywizjony wyposażone łącznie w 80 wielozadaniowych samolotów bojowych JAS 39C/D Gripen, wspierane przez 2 samoloty wczesnego ostrzegania S200D i 2 maszyny rozpoznania radioelektronicznego S102B. W rezerwach znajduje się ok. 50 samolotów Gripen w wersji A/B, starszej, ale i tak znacznie przewyższającej maszyny MiG-29 i Su-22, na utrzymywanie których w aktywnej służbie jeszcze przez ponad dekadę będzie skazane, jeżeli nic się nie zmieni, lotnictwo polskie. Zasadniczą siłę Królewskiej Marynarki Wojennej stanowią okręty podwodne. Obecnie w służbie pozostają 4, wszystkie względnie nowe i nowoczesne. Na powierzchni towarzyszy im 7 korwet, w tym 5 należących do odznaczającego się obniżoną wykrywalnością, w dużej mierze awangardowego typu „Visby”, oraz pewna liczba mniejszych jednostek.
Generalnie siły te należy ocenić jako znaczące w skali europejskiej. Każda strona planująca działania w obszarze Bałtyku będzie musiała brać je pod uwagę. Siły zbrojne Szwecji są pod względem ogólnego potencjału porównywalne z polskimi – choć wojska lądowe Skandynawów są znacznie mniej liczne, to już ich lotnictwu wypada przyznać pewną przewagę, m.in. dzięki posiadaniu maszyn wczesnego ostrzegania. Podobnie jest z marynarką wojenną. Możliwości bojowe Szwecji zwiększa dopracowywana teoretycznie i praktycznie od dłuższego czasu sieciocentryczność, utrudniająca porażenie całej struktury obronnej i ułatwiająca odtwarzanie jej gotowości. Za piętę achillesową uznać należy natomiast zasadniczą słabość obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu oraz zupełny brak przeciwrakietowej.
Szwecja posiada też znaczącą samowystarczalność w produkcji uzbrojenia. Procesy konsolidacyjne sprawiły, że zasadniczym producentem stał się koncern Saab Group. Sztandarowym jego produktem jest myśliwiec Gripen. Poza tym koncern wytwarza m.in. wysokiej klasy radary naziemne, morskie i montowane na samolotach, pociski rakietowe różnego rodzaju – przeciwokrętowe, przeciwlotnicze oraz współprodukowane z EADS lotnicze manewrujące – a także bardzo zaawansowane kompleksowe systemy dowodzenia, kontroli i łączności, symulatory etc. Nieco mniej znaczący dla całokształtu obronności kraju sektor produkcji uzbrojenia wojsk lądowych został sprzedany podmiotom zagranicznym. Z kolei nabycie przez niemiecki koncern HDW (który następnie stał się częścią jeszcze potężniejszego ThyssenKrupp) stoczni Kockums, będącej „nadwornym” dostawcą szwedzkiej marynarki wojennej, w ostatnich miesiącach doprowadziło do rozwoju wypadków w pouczającym kierunku. Przejęcie nastąpiło w 1999 r., z uwagi na kłopoty finansowe wywołane cięciami w wydatkach obronnych Szwecji i innych państw skandynawskich, które doprowadziły do zamrożenia realizacji planów budowy okrętu podwodnego „Viking” (miał zasilić również floty Danii i Norwegii) oraz spadku wartości programu korwety „Visby”. Niemieckiego właściciela zaczęto w Szwecji oskarżać, że przejęcie miało wrogi charakter i jego celem jest doprowadzenie do zniknięcia konkurencji dla zakładów w Niemczech. Koncern Saab złożył w związku z tym ofertę odkupienia ThyssenKrupp Marine Systems AB (tak obecnie nazywa się Kockums) i podjął działania w tym kierunku, w czym wspierany był przez władze, wywierające presję na niemieckich właścicieli. Zabiegi zakończyły się pełnym sukcesem Szwedów: ThyssenKrupp za symboliczną kwotę 340 mln koron szwedzkich sprzedał stocznię Saabowi.
Czego boją się Szwedzi
Zgodnie z obowiązującym planem obrony szwedzkie siły zbrojne mają za zadanie bronić terytorium całego kraju i zapewniać jego integralność. Jako potencjalne zagrożenia szwedzcy analitycy wymieniają ataki mające na celu neutralizację kluczowych obszarów strategicznych: Sztokholmu, infrastruktury rozpoznania dalekiego, systemu portów na południowym wybrzeżu, obszaru południowo-centralnego, w którym mogłaby potencjalnie być rozwijana pomoc sojusznicza lub, w przypadku kryzysu w obszarze Arktyki, północy Szwecji. Pod uwagę brane są scenariusze o różnym stopniu eskalacji.
Jednoznacznie określonym przeciwnikiem jest Rosja, którą szwedzkie czynniki polityczne za zagrożenie uznawały zawsze, a za dzwonek alarmowy, przerywający postzimnowojenną drzemkę, uznano wojnę w Gruzji w roku 2008, wieszczącą powrót użycia siły na dużą skalę w stosunkach europejskich. Wydarzenia, takie jak rajd w okolice granic kraju pod koniec marca 2013 r. rosyjskich bombowców, ćwiczących atak na cele w rejonie Sztokholmu, czy obserwacja przez odpowiednie służby intensyfikacji rosyjskiej działalności agenturalnej utwierdzały Szwedów w poczuciu zagrożenia.
Jednocześnie krytycznie ocenia się tam obecnie własne możliwości obronne. Prowadzone w ostatnich latach analizy zdolności operacyjnych armii w kontekście przewidywanych działań wroga wskazywały jednoznacznie, że zmniejszenie finansowania i związane z nim drastyczne redukcje liczebne wojsk operacyjnych i obrony terytorialnej, wynikające z całkowitego uzawodowienia tych pierwszych rozmontowanie systemu uzupełnień, oraz braki sprzętowe każą sceptycznie spoglądać na zdolności do obrony. Pokłosiem tych rozważań był m.in. wywiad, jakiego jeszcze w lutym 2013 r. udzielił wicepremier Jan Arne Björklund. Postulował m.in. zwiększenie wydatków na obronność, podniesienie liczebności wojsk operacyjnych do 30 tys. żołnierzy w czasie pokoju, rozbudowę systemu rezerw i zakup systemów przeciwlotniczych/przeciwrakietowych Patriot w celu rozmieszczenia ich na Gotlandii.
Jeżeli Gruzja była sygnałem alarmowym, sprawę Krymu potraktowano w Sztokholmie jako dzwon na trwogę. Ciąg deklaracji i konkretnych działań układa się tu w spójną całość. Na początku marca 2014 r. ówczesna minister obrony Karin Enström zdecydowała o opóźnieniu o dwa miesiące publikacji raportu o bezpieczeństwie kraju w celu uwzględnienia w nim zmiany sytuacji strategicznej. Niedługo później Riksrevisionen, parlamentarny organ audytu nadzorujący pracę rządu, zalecił przeznaczenie w ciągu najbliższych 10 lat dodatkowych funduszy, stanowiących równowartość 5–8 mld dolarów, na zakupy nowego sprzętu dla wojska oraz poddał krytyce przebieg profesjonalizacji sił zbrojnych. Ministerstwo obrony zadeklarowało natomiast zwiększenie z 60 do 70 sztuk zamówienia na myśliwce Gripen E nowej generacji, o istotnie zwiększonych możliwościach bojowych. Rozważa się również wyposażenie ich w pociski manewrujące dalekiego zasięgu, szacowanego na ponad 500 km. Podkreśla się także konieczność przyspieszenia zakupu nowej generacji zestawów przeciwlotniczych/przeciwrakietowych średniego zasięgu.
Wszystkie te działania zyskały aprobatę komisji ds. obrony szwedzkiego parlamentu. Zaleciła ona ponadto m.in. istotne wzmocnienie obrony terytorialnej, rozbudowę sił stacjonujących na Gotlandii, zwiększenie liczby operacyjnych okrętów podwodnych do pięciu, pozyskanie nowego typu rakiet przeciwokrętowych oraz skierowanie uwagi na zagadnienie bezpieczeństwa cybernetycznego. W aspekcie finansowym zalecono zwiększenie rocznych wydatków na obronność o ok. 13 proc. – już w bieżącym roku resort obrony otrzyma dodatkowo równowartość niemal 100 mln dolarów. Co ważne, wszystkie te działania podejmowane są w atmosferze ponadpartyjnej zgody. Socjaldemokraci, do września 2014 r. pozostający w opozycji, postulowali wręcz większą hojność na rzecz obronności niż ówczesna koalicja rządząca, a przejąwszy stery, bynajmniej nie zmienili zdania.
Strategiczne poszukiwania
Szwedzka polityka obronna nie jest oczywiście realizowana w próżni. Kraj ten nie jest w stanie odgrywać roli mocarstwa, przede wszystkim z uwagi na ograniczoną populację. Szwedzi są tego w pełni świadomi i starają się oprzeć bezpieczeństwo o szerszy układ międzynarodowy. Roli takiej nie może, poza określonymi aspektami, spełniać Unia Europejska. Bardzo ważne znaczenie strategiczne mają natomiast relacje z NATO – obecne scenariusze obrony opracowywane w Sztokholmie zakładają współdziałanie z Sojuszem Północnoatlantyckim.
Pojawiają się tu jednak po obu stronach zasadnicze problemy. Szwecja członkiem paktu nie jest, a zmiana tego stanu rzeczy i odstąpienie od dwuwiekowej tradycji neutralności wymagałyby swoistej rewolucji mentalnej. Dopóki tak się nie stanie, ograniczone są zarówno możliwości NATO, jak i jego chęci. Ograniczenia w pierwszej sferze wynikają z niekompatybilności infrastruktury Szwecji z sojuszem – od braku baz po odmienne standardy w zakresie łączności, wymiany danych czy identyfikacji „swój-obcy”. Sfera druga jest prostą pochodną stanu formalno-prawnego: skoro Szwecja nie partycypuje w sojuszniczej solidarności, to pozostając poza strukturami paktu nie może liczyć na jej stosowanie wobec siebie mimo współpracy militarnej, polegającej np. na włączeniu pod koniec 2013 r. eskadry myśliwców Gripen i niszczyciela min do NATO Response Force. Oficjalne komunikaty w tym zakresie, płynące z najwyższych szczebli NATO czy ze Stanów Zjednoczonych, są jednoznaczne. Można je zapewne interpretować jako element nacisku na Sztokholm i przewidywać, że w razie faktycznej wojny Szwecja uzyskałaby pomoc, jednak trudno je zupełnie zignorować.
Kwestia przystąpienia do NATO jest obecnie przedmiotem debaty publicznej. Klasa polityczna do ubiegłorocznych wyborów wydawała skłaniać się ku takiemu rozwiązaniu, np. przez ostatnią deklarację solidarności i gotowości przyjścia z pomocą, w tym wojskową, w przypadku zaatakowania któregoś z krajów UE lub Norwegii. Jednak większość opinii publicznej zachowuje wciąż rezerwę, a nowy rząd złożony z socjaldemokratów i Zielonych zawiesił działania mające prowadzić do akcesji do NATO.
Drugą istotną sferę poszukiwań wyznaczają tradycyjne dla polityki szwedzkiej kierunki skandynawski oraz bałtycki. Nawiązują one tak do historii dawniejszej, obejmującej tworzenie wspólnych organizmów państwowych i historyczne strefy wpływów, jak i nowszej, np. planowanej po II wojnie światowej skandynawskiej unii obronnej czy też użytkowania do lat 90. przez Danię oraz Finlandię myśliwców Draken. Szwedzi są bardzo aktywni w zakresie formułowania regionalnych inicjatyw na rzecz bezpieczeństwa. Doprowadzili do powołania w 2009 r. organizacji NORDEFCO (Nordic Defence Cooperation), grupującej obok nich Danię, Norwegię, Finlandię i Islandię. Stawia sobie ona za cel współpracę w zakresach rozwoju strategicznego, możliwości obronnych, zasobów ludzkich i edukacji, szkoleń oraz prowadzenia operacji. Udało jej się osiągnąć pewne efekty w zakresie organizacji wspólnych ćwiczeń czy zakupów sprzętu wojskowego w ramach organizacji. Natomiast z dość chłodnym przyjęciem partnerów spotkały się sformułowane przez Sztokholm na początku 2013 r. wezwania do głębszej integracji, polegającej na stworzeniu ram prawnych dla wspólnej polityki zakupowej, systemu serwisowania, wzajemnego udostępniania zapasów oraz powołania wspólnych jednostek szybkiego reagowania wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Dla Danii i Norwegii mogłoby to oznaczać komplikacje wynikające z nakładania się zobowiązań wobec NORDEFCO i NATO. Finowie, chociaż wyrazili zainteresowanie, obecnie, już w obliczu kryzysu krymskiego, ogłosili ustami szefa parlamentarnej komisji obrony, że efekty kooperacji pozostają dość ograniczone, a docelową drogą powinno być jednak członkostwo w NATO, mającym znacznie większy potencjał niż inicjatywy skandynawskie. Ostatnie miesiące przyniosły jednak wzmożenie szwedzko-fińskiej współpracy m.in. w zakresie obrony powietrznej.
Poza obszarem ściśle skandynawskim Szwedzi pozostają aktywni na południowym wybrzeżu Bałtyku. Tamtejsi analitycy wskazują na konieczność objęcia siecią porozumień państw bałtyckich. Z Estonią porozumienie analogiczne do konstytuującego NORDEFCO podpisano już na początku roku 2011. W październiku 2014 r. podjęta została decyzja o otwarciu projektów NORDEFCO dla Litwy, Łotwy i Estonii. Pojawiały się również doniesienia o intensywnym sondowaniu stanowiska Warszawy w odniesieniu do współpracy obronnej.
Warto się przyjrzeć potencjałom militarnym pozostałych krajów NORDEFCO (poza pozbawioną armii Islandią) i państw bałtyckich. Dania, Finlandia i Norwegia dysponują siłami zbrojnymi porównywalnymi w każdym z przypadków ze Szwecją. Wszystkie trzy kraje utrzymują przynajmniej formalnie powszechny pobór, prowadzą też modernizację sił zbrojnych. Specjalnością Duńczyków jest flota nawodna przy dość silnym lotnictwie, Norwegów – lotnictwo (kraj ten nabędzie w najbliższych latach znaczącą liczbę samolotów F-35, bo aż 52 sztuki) przy dość silnej flocie. W obu tych krajach relatywnie słabsze pozostają wojska lądowe. Finowie z kolei dysponują silnymi komponentem lądowym oraz lotnictwem z marynarką wojenną o charakterze pomocniczym. Podjęli też kroki w celu wyposażenia sił zbrojnych w środki rażenia o zasięgu operacyjnym. Litwa, Łotwa i Estonia są z kolei znacznie słabsze, posiadając wojska zdolne w istocie jedynie do symbolicznego oporu i wojny partyzanckiej. Ograniczone zasoby ekonomiczne uniemożliwiają (nawet po realizacji zapowiadanych znaczących podwyżek wydatków na obronność) każdemu z tych krajów w pojedynkę zakup np. wielozadaniowych samolotów bojowych w ilościach mających sens z uwagi na koszty infrastruktury i obsługi oraz znaczenie operacyjne. Zasadniczą zmianę mogłyby przynieść zakupy wspólne, dokonywane albo przez te trzy państwa razem, albo wespół z Polską, Szwecją czy Finlandią.
Wnioski dla Polski
W zakresie polityki obronnej na konkretne przejawy współpracy można wskazać już teraz: Marynarka Wojenna używa szwedzkich rakiet oraz radarów na okrętach, oferta A26 wraz z pakietem przemysłowym została zgłoszona do konkursu na nowy okręt podwodny, wojska lądowe z sukcesem wykorzystują fińskiego pochodzenia kołowy transporter opancerzony Rosomak, a podstawowym czołgiem wszystkich krajów skandynawskich oraz Polski w perspektywie kolejnych dekad pozostaje Leopard 2. Być może, gdyby nie braki postkomunistycznej kadry w zakresie przyszłościowego myślenia oraz wielka smuta w polskiej obronności w latach 90., te związki byłyby jeszcze bliższe i bardziej dla nas korzystne – Szwedzi już wtedy formułowali bowiem propozycje współpracy przemysłowej, które rozbijały się o mur niemożności.
Oczywiście kierunek bałtycki nie może (i niewiele wskazuje, żeby coś mogło zmienić w tym zakresie w przewidywalnej przyszłości) stanowić alternatywy dla gwarancji strategicznych najwyższego rzędu, choćby przez wzgląd na brak środków odstraszania nuklearnego. Może jednak stanowić ich bardzo cenne uzupełnienie, szczególnie na płaszczyźnie polityki bieżącej, regionalnej, nieocierającej się o globalną konfrontację. Szwecja liczy 9,8 mln obywateli, jej PKB wynosi 526 mld dolarów, wydaje na obronność 6,5 mld dolarów. Dla Finlandii te wartości wynoszą odpowiednio 5,5 mln, 267 mld i 3,3 mld, dla Norwegii – 5,2 mln, 501 mld i 7,2 mld, natomiast dla Danii – 5,7 mln, 314 mld i 4,5 mld. Połączone potencjały gospodarcze Polski i krajów skandynawskich są więc wyższe od rosyjskiego, natomiast siła demograficzna naszego kraju kompensuje jeden z zasadniczych braków narodów nordyckich.
W świetle powyższych obserwacji wydaje się, że nurty polityczne, którym leży na sercu podmiotowość i suwerenność Polski, powinny wyjść poza popularną optykę, która konserwatystom każe widzieć w Szwecji (czy szerzej – Skandynawii) wyłącznie nową Sodomę i Gomorę, natomiast lewicy postrzegać ją przede wszystkim jako socjalne państwo dobrobytu. Oczywiście, bardzo wiele aspektów szwedzkiej polityki wewnętrznej może budzić daleko idący sceptycyzm tych pierwszych. Jednak państwo to uparcie nie chce zawalić się pod własnym ciężarem, system gospodarczy natomiast wydaje się wykazywać znaczną elastyczność, umożliwiającą dzięki kolejnym seriom reform zachowanie wysokiej wydolności. Lewicowcy powinni z kolei widzieć, że szwedzcy socjaldemokraci są w dzisiejszym świecie dość osobliwą formacją – antypacyfistyczną, bardzo poważnie traktującą zagadnienia obronności. Trzeba odwołać się w tym miejscu do Carla Schmitta i jego rozróżnienia na wroga i sojusznika, stanowiącego istotę polityki. Tak jak wróg nie musi być etycznie wstrętny, tak nie ma konieczności, aby sojusznik był pod tym względem dla wszystkich pociągający. Tym, co dzieli i łączy, są twarde interesy i polityka jako język ich artykulacji. Dlatego właśnie należałoby aktywnie poszukiwać możliwości współpracy strategicznej z krajami skandynawskimi, która w razie sukcesu mogłaby, przy zupełnie naturalnym włączeniu Litwy, Łotwy i Estonii, w jakiejś perspektywie i przy pomyślnej koniunkturze zostać rozszerzona również o Białoruś i Ukrainę w celu integracji wszystkich krajów Europy Bałtyckiej dążących do niezależności od ościennych potęg.
Tureckie postscriptum
Spośród istniejących do dziś krajów tym, który najwięcej obok Polski i Szwecji stracił na wielowiekowej ekspansji Rosji, jest niewątpliwie Turcja. Utraciwszy przeciwników na północy, Moskwa mogła skierować swe siły na Bałkany, co doprowadziło zaś poprzez kolejne wojny do wyjścia Imperium Osmańskiego z Europy. Rachunki krzywd i świadomość zagrożenia ze wschodu są zatem wspólne. Dzisiejsza Turcja jest krajem potężnym ludnościowo (ponad 78 mln obywateli), coraz silniejszym ekonomicznie (przy dynamicznym wzroście PKB dobija do wartości 800 mld dolarów) i dysponującym – dzięki znacznym wydatkom, wynoszącym około 20 mld dolarów rocznie – bardzo silną armią, liczącą ponad 620 tys. żołnierzy. Dysponuje ok. 500 nowoczesnymi czołgami (wśród których są znów Leopardy 2), uzupełnianymi przez ponad 3 tys. starszych. Główną siłę lotnictwa stanowi zaś 236 F-16C/D. Adekwatny jest również komponent morski – kraj prowadzi obecnie analogiczny do polskiego program modernizacji obrony przeciwlotniczej, dążąc do zakupu jak najnowocześniejszych systemów średniego zasięgu.
Co bardzo ważne, kraj ten od dawna rozwija, umiejętnie korzystając ze współpracy międzynarodowej, potencjał w dziedzinie przemysłu zbrojeniowego. Przykładowo wszystkie tureckie F-16 zostały zmontowane w lokalnych zakładach (które ponadto eksportowały gotowe maszyny), zaś w bieżącym roku do produkcji powinien wejść opracowany wespół z partnerem południowokoreańskim czołg Altay, odpowiadający standardem nowoczesnym konstrukcjom zachodnim. Firmy znad Bosforu przedstawiają natomiast tak zaawansowane wzory uzbrojenia, jak pociski manewrujące modelu SOM, który ma osiągnąć docelowo zasięg aż 2,5 tys. km. A plany są jeszcze ambitniejsze: w 2014 r. Turcja wybrała jako partnera, z którym firma TAI będzie rozwijała nowy myśliwiec, szwedzki koncern Saab.
W polityce regionalnej Turcja jest protektorką Azerbejdżanu, skonfliktowanego z Armenią wspieraną przez Rosję. Do 2008 r. silnie wspierała Gruzję Micheila Saakaszwilego, choć w trakcie samej wojny zachowała daleko idącą wstrzemięźliwość. W trakcie kryzysu krymskiego tureckie czynniki oficjalne akcentowały potrzebę zachowania integralności terytorialnej Ukrainy. Otwarcie agresywne poczynania Rosji są tam postrzegane jako ewidentne zagrożenie. Z drugiej strony jednak Turcja ma własne, neoosmańskie interesy na Bliskim Wschodzie, otwierające pole różnego rodzaju targów z Rosją, np. w kwestii syryjskiej. Również stanowisko Ankary w odniesieniu do kwestii tranzytu surowców nie zawsze jest zbieżne z interesem np. Ukrainy czy Polski. Wydaje się jednak, że Turcja powinna być otwarta na wszelkie scenariusze ewentualnościowe, odnoszące się do zabezpieczenia przed rozwojem niebezpieczeństwa z kierunku wschodniego, ponadto w oczywisty sposób jest wartościowym partnerem w dziedzinie współpracy militarnej i przemysłowej. Pożądane byłoby zatem uzupełnienie postulowanej intensywnej bałtyckiej współpracy regionalnej o jak najściślejsze kontakty z potężnym partnerem z południa – utworzenie „półksiężyca” Sztokholm – Warszawa – Ankara.
przez Jan Przybylski | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
Jesienno-zimowy spadek temperatury konfliktu na wschodzie Ukrainy daje okazję do spojrzenia z pewnego dystansu na naszą sytuację strategiczną oraz wyzwania stojące przed polską obronnością. Warto zwrócić przy tym uwagę, że mimo nieraz zaskakujących zwrotów akcji, stan rzeczy, jaki wyłania się z wydarzeń ostatniego roku, trudno nazwać całkiem „nowym”. Zmiany, jakie zaszły, wisiały bowiem w powietrzu przynajmniej od roku 2008. Wojna w Gruzji wykazała, że Rosja nie będzie cofała się przed bardzo zdecydowanymi działaniami w krajach „bliskiej zagranicy”, a jej armia ma już w znacznej mierze za sobą okres postsowieckiej smuty. Programy modernizacji rosyjskich sił zbrojnych zaczęły przechodzić ze sfery propagandy w rzeczywistość odczuwalną w jednostkach.
Sytuacja w samej Ukrainie wydaje się w pewnych granicach stabilna. Zmiana statusu Krymu, oderwanego od reszty kraju, leży w przewidywalnym horyzoncie czasowym zupełnie poza zakresem możliwości Kijowa. Sierpniowa klęska sił rządowych, dążących do zduszenia separatystów w obwodach ługańskim i donieckim, uczyniła jawną interwencję Moskwy zbędną z punktu widzenia Kremla. Do podtrzymania bytu tamtejszych organizmów parapaństwowych wystarczyło wsparcie oczywiste, ale mimo wszystko dające się kamuflować, a pauza operacyjna pozwoli na ich wzmocnienie, które przy stosunkowo niewielkim – z uwagi na poniesione straty i problemy finansowe – potencjale Kijowa zapewne okaże się dostateczne. Ewentualne znaczące rozszerzenie skali działań bojowych wojsk ukraińskich mogłoby zaś spowodować wrzenie w pozostałej części Ukrainy, spowodowane bardzo poważnym kryzysem społeczno-gospodarczym.
Potencjalne scenariusze dla Polski
Sytuacja Polski w aspekcie bezpieczeństwa pozostaje klarowna: jedynym potencjalnym zagrożeniem militarnym w przewidywalnym horyzoncie czasowym jest dla nas Rosja. Znajduje to wyraz w przyjętej w październiku 2014 r. przez rząd Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, ukryty co prawda wśród politycznie poprawnej nowomowy, oraz ostatnich zapowiedziach zmiany pokojowej dyslokacji Wojska Polskiego przez przesunięcie większych sił w kierunku wschodnim. Kwestią otwartą pozostają jednak możliwe formy materializacji tego zagrożenia. Dotychczas wydawało się, że istnieją dwa potencjalne scenariusze konfliktu zbrojnego. Pierwszy to pełnoskalowa wojna, będąca elementem realizacji szerszego zamierzenia strategicznego i angażująca siłą rzeczy całe NATO – w przypadku braku adekwatnej reakcji na działania mające na celu zajęcie terytoriów państw członkowskich sojusz straciłby rację bytu; ewentualne działania prowadzące do zdrady według scenariusza monachijskiego byłyby widoczne ze znacznym wyprzedzeniem, umożliwiając manewr polityczny krajom, które miałyby paść jej ofiarami. Drugi scenariusz to – oparta na schematach znanych z Jugosławii z roku 1999 czy Gruzji z 2008 – wojna z założenia ograniczona, krótkotrwała, mająca skłonić Polskę do uległości w jakiejś konkretnej sprawie czy też doprowadzić do wyłączenia jej z rozgrywki strategicznej.
Wydarzenia ukraińskie zdają się sugerować z kolei trzecią możliwość: zaangażowanie Polski w konflikt nieprzekraczający progu otwartej wojny. Jedną z dróg wiodących do takiego stanu rzeczy mógłby być ostry kryzys lub rozpad państwa ukraińskiego, wymagający podjęcia działań interwencyjnych w celu zabezpieczenia granic Polski czy też ustabilizowania sytuacji zapobiegającego masowemu exodusowi uchodźców. Scenariusz „dziwnej wojny” grozi także państwom bałtyckim, będącym członkami NATO i UE. Szczególnie dotyczy to Łotwy i Estonii, gdzie występuje nierozwiązywalny i stanowiący potencjalne ognisko zapalne problem licznej mniejszości rosyjskiej (ponad 25 proc. mieszkańców obu krajów), który może stać się podłożem zbrojnych tendencji separatystycznych. Radykałowie, stanowiący póki co niszę w ramach rosyjskich społeczności w państwach bałtyckich, otwarcie głoszą tezy o analogii ich sytuacji do tej występującej na Krymie. Natomiast działania Moskwy, takie jak niedawne porwanie przez rosyjskie służby oficera estońskiego kontrwywiadu, mogą budzić podejrzenia o chęci zaognienia sytuacji, a docelowo – zapalenia zielonego światła dla rebelii. Polska może stanąć w obliczu konieczności podjęcia działań stanowiących realizację postanowień traktatowych – czyli wsparcia zbrojnego sojuszników – ponieważ potencjały militarne państw bałtyckich pozostają niewielkie mimo podjętych ostatnio w Łotwie i Estonii działań mających na celu utworzenie jednostek zmechanizowanych poprzez zakupy pojazdów pancernych wycofanych przez, odpowiednio, Wielką Brytanię i Holandię.
Nie da się wreszcie zupełnie wykluczyć takiego rozwoju wypadków, w którym działania o charakterze „nieregularnym” wystąpiłyby na terenie samej Polski. Scenariusz taki, w założeniu prowadzący do destabilizacji wewnętrznej, mógłby z perspektywy Kremla stanowić bezpieczniejszą i „bardziej kulturalną” alternatywę dla ograniczonej wojny. O ile trudno wyobrazić sobie oparcie go o pretekst mniejszościowy, o tyle nie jest niewyobrażalne pojawienie się w naszym kraju tendencji politycznej, choćby i najbardziej eklektycznej, zrzeszającej środowiska od tradycjonalistów katolickich po komunistów, stanowiącej zaplecze dla „zielonych ludzików”. Do prowokacji na terenach przygranicznych nie byłby zresztą potrzebny żaden szczególny pretekst.
Stan armii i bieżące plany zakupowe
Diagnozę stanu polskiej obronności w kontekście historycznym przedstawiłem w tekście „Armia i nowy początek historii”, opublikowanym w numerze 2/2011 „Nowego Obywatela”. Trzy lata, które upłynęły od jego publikacji, nie przyniosły niestety zasadniczych zmian naszej sytuacji. W ramach znowelizowanego planu modernizacji, tym razem obejmującego lata 2013–22, kontynuowane są procedury pozyskiwania nowego sprzętu na potrzeby poszczególnych rodzajów wojsk. W odniesieniu do innych nastąpiło określenie harmonogramów i planowanych do pozyskania ilości systemów. Jednak realne postępy nastąpiły tylko w bardzo ograniczonym zakresie.
Najważniejszymi wydarzeniami dla Wojsk Lądowych, których trzon stanowią 11 Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej, 12 Szczecińska Dywizja Zmechanizowana i 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana, były w ostatnim czasie: podjęcie decyzji o zakupie 105 czołgów Leopard 2A5 i 14 Leopard 2A4, które uzupełnią posiadany już arsenał 128 pojazdów drugiej z wymienionych wersji, a także rozszerzenie umowy na dostawy kołowych transporterów opancerzonych Rosomak o 307 egzemplarzy (dotychczas dostarczono ich 690 w różnych wersjach). Wspomniany plan przewiduje również modernizację posiadanych czołgów Leopard 2A4, dostosowującą je do realiów współczesnego pola walki m.in. poprzez wzmocnienie opancerzenia i montaż nowoczesnych urządzeń obserwacyjno-celowniczych. Niestety jednak przewlekła procedura przetargowa sprawia, że nie da się zrealizować planów zakładających zakończenie modernizacji w latach 2015–2018. Pozostałe posiadane czołgi, 233 sztuki PT-91 i ponad 500 T-72 (z konstrukcji których wywodzą się te pierwsze), zostały niejako „odpuszczone” przez wojsko. Nie zamawia ono dla nich nawet nowoczesnej amunicji, co wyklucza efektywne zastosowanie tych pojazdów w konflikcie, w którym przeciwnik będzie dysponował własną bronią pancerną. Zastępstwem dla tych wozów miałoby być 300 pojazdów zakupionych w ramach programu Gepard, bazujących na Uniwersalnej Modułowej Platformie Gąsienicowej – tej samej, co przyszły bojowy wóz piechoty, który ma zostać pozyskany w liczbie, według zamierzeń, nie mniejszej niż 500 sztuk. Jednak założenia tego programu, wedle których miałby to być pojazd lekki (35 ton), co nie może nie odbić się na pancerzu zasadniczym, są kontrowersyjne, a jego finansowanie niepewne. Wojsko chciałoby, aby prototyp pojazdu powstał w roku 2016 i wtedy dopiero będzie można ten projekt wiążąco ocenić. Bojowy wóz piechoty powstały na wspomnianej platformie, być może opracowany wespół z innymi państwami Grupy Wyszehradzkiej (obecnie trwa konkurs, który ma doprowadzić do wyłonienia odpowiedniego projektu), zastąpiłby zupełnie przestarzałe BWP-1, których uzbrojenie i opancerzenie nie spełnia już żadnych wymogów pola walki, a niestety stanowią one zasadnicze uzbrojenie gąsienicowych batalionów zmechanizowanych.
Kluczowy dla Wojsk Lądowych program modernizacji artylerii napotyka niestety na problemy związane z produkcją ważnego komponentu dział samobieżnych – nośnika wieży. Okazało się, że odpowiedzialne za podwozie zakłady Bumar-Łabędy utraciły wskutek braku zamówień znaczną część zdolności konstrukcyjno-wykonawczych, co zaowocowało niespełnieniem wymagań – testy ogniowe okazały się wręcz kompromitujące, ponieważ blachy nośnika pękały. W połączeniu z likwidacją produkujących silniki zakładów PZL-Wola stworzyło to konieczność poszukiwania alternatywnego podwozia, które według ostatnich informacji będzie wytwarzane przez integratora całości systemu, zakłady HSW, na licencji południowokoreańskiej.
Powinno to otworzyć drogę do realizacji zamierzeń zakładających wystawienie do roku 2025 pięciu dywizjonów Krabów (120 dział), uzupełnionych przez działa tego samego kalibru 155 mm Kryl na podwoziu kołowym (na razie zakładane jest wystawienie jednego dywizjonu, liczącego 24 pojazdy). Obecnie jednak nasza artyleria lufowa oparta jest w całości na wzorach pochodzących z czasów Układu Warszawskiego (Dana i 2S1), mocno już przestarzałych, odznaczających się m.in. zupełnie niezadowalającą donośnością. Ten niekorzystny stan rzeczy poprawia tylko artyleria rakietowa, dysponująca nowoczesnymi zestawami WR-40 Langusta, i wyposażenie jednostek w wysokiej klasy rodzime radary artyleryjskie Liwiec. Zwiększające zdolność rażenia WL na szczeblu operacyjnym (zasięg powinien sięgać 300 km), zestawy wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe powinny zacząć trafiać do jednostek w ramach programu Homar w roku 2017. Realizacja programów modernizacji artylerii, prowadząca do znacznego zwiększenia jej donośności oraz precyzji rażenia, pozwoli uzyskać skuteczny oręż do rażenia kolumn zmechanizowanych przeciwnika przed dotarciem na pole walk, obiektów takich jak przyfrontowe stanowiska dowodzenia, lotniska/lądowiska czy infrastruktura transportowa. Co istotne, przyczyni się w znaczącym stopniu do zmniejszenia zagrożenia ze strony Obwodu Kalinigradzkiego. Jego całość znajdzie się w zasięgu rażenia, co będzie miało zasadnicze znaczenie dla ograniczenia swobody korzystania w położonych w nim lotnisk, baz marynarki wojennej czy też działania, wykorzystywanych silnie przez rosyjską propagandę jako straszak, systemów rakietowych ziemia-ziemia typu Iskander.
Lotnictwo Wojsk Lądowych w dalszym ciągu operuje na starych i zużytych śmigłowcach pochodzenia sowieckiego – szturmowych Mi-24 oraz wielozadaniowych Mi-8/17, uzupełnionych flotą rodzimych maszyn W-3 Sokół oraz SW-4. Pierwsze mają zostać zastąpione przez maszyny, których nabycie planowane jest w ramach programu Kruk, a ich liczbę szacuje się wstępnie na 32, ale może to nastąpić dopiero po roku 2020. Procedura przetargowa, która ma wyłonić następcę drugich (48 maszyn dla WL) w chwili pisania tekstu trwa, a wybór maszyny (S-70 Black Hawk, EC725 Caracal lub AW149) powinien nastąpić na początku roku 2015. W roku 2015 powinno również rozpocząć się finansowanie i dostawy zestawów bezzałogowych statków powietrznych różnych klas – mini, mini pionowego startu, krótkiego zasięgu, pionowego startu krótkiego zasięgu, średniego zasięgu i klasy operacyjnej (MALE) – których łączna liczba ma sięgnąć niemal 100, prowadząc do znaczącego rozwoju zdolności WP w zakresie rozpoznania i świadomości sytuacyjnej. Zdolności te pozwoli wykorzystać zbudowany z zastosowaniem najnowszych technologii Zintegrowany System Dowodzenia i Kierowania Środkami Walki – przyszły mózg i rdzeń kręgowy armii, którego elementy mają zacząć napływać do odpowiednich jednostek od roku 2015.
Przedstawienie stanu armii należy uzupełnić – w szczególności w odniesieniu do Wojsk Lądowych i Wojsk Specjalnych – o uzbrojenie i wyposażenie osobiste żołnierzy (w tym sprzęt łączności) oraz obronę przeciwpancerną. W tych obszarach sytuację wypada ocenić jako ogólnie dobrą (w przypadku Wojsk Specjalnych – bardzo dobrą). Misje zagraniczne pozwoliły na sprawdzenie w warunkach bojowych i dopracowanie broni strzeleckiej oraz broni ciężkiej piechoty, a istniejące braki, np. w zakresie efektywnego indywidualnego uzbrojenia przeciwpancernego, można w razie konieczności dość szybko uzupełnić. Pozyskanie nowych granatników przeciwpancernych dla Wojsk Lądowych zostało zapowiedziane w ostatnich dniach października 2014 r. Zadowalający stan obrony przeciwpancernej uzyskano dzięki wprowadzeniu do uzbrojenia pocisków Spike, których dostawy powinny być kontynuowane od roku 2015. Satysfakcjonujące dzięki ciągłym zakupom jest również wyposażenie wojska w zakresie transportu samochodowego.
Jaskrawym przeciwieństwem dość dobrego stanu wojsk lądowych są obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Jest to nadal pięta achillesowa polskiej obronności, a jej zapaść w ciągu ostatnich kilku lat pogłębiła się. Obrona przeciwrakietowa nie istnieje, a przeciwlotnicza średniego zasięgu jest iluzoryczna – stanowią ją wyłącznie przestarzałe i niezdatne do stawienia czoła aktualnym zagrożeniom zestawy S-200 Wega, które według obecnych planów pozostaną w służbie do roku 2019. Nieco lepszy poziom reprezentują – mało nowoczesne mimo modernizacji – zestawy krótkiego zasięgu Sił Powietrznych (Newa SC) oraz Wojsk Lądowych (Kub i Osa), które jednak, poza Osami, w ciągu kilku najbliższych lat będą wymagały wycofania. Zasadniczym pozytywem jest wszczęcie programu modernizacji OPL, który ma w założeniach doprowadzić do całkowitej wymiany w ciągu nadchodzącej dekady jej sprzętu i stworzenia realnych zdolności obrony przeciwrakietowej. W zakresie obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu i przeciwrakietowej realizowany jest program „Wisła”, który ma doprowadzić do zakupu systemów zdolnych do rażenia celów powietrznych w odległości do 100 km oraz rakiet balistycznych krótkiego zasięgu (do 1000 km). Bieżące plany zakładają pozyskanie od roku 2018 ośmiu baterii (powinno to przekładać się na ok. 400 pocisków), z zakończeniem dostaw poza horyzontem bieżącego ogólnego planu modernizacji, tj. po roku 2022. Ocena ofert doprowadziła do wyłonienia dwóch finalistów konkursu: amerykańskiego koncernu Raytheon (zestaw Patriot) i konsorcjum Eurosam (firmy Thales i MBDA-France, zestaw SAMP/T). Należy zaznaczyć, że wymagania stawiane przez MON będą mogły spełnić dopiero opracowywane wersje tych systemów, a ostatnio pojawiły się niepokojące sygnały o możliwości przesunięcia dostaw nawet względem tych odległych terminów (do 2022 r. tylko 2 baterie zamiast 6; informacje te zostały co prawda zdementowane przez ministra obrony narodowej, który dopuścił jednak harmonogram 4+4 baterie). Zestawy Newa i Kub mają zostać zastąpione przez systemy zakupione w ramach programu Narew (wyłonienie dostawcy w 2016, dostawa do 2022 r. 9 baterii). W realizacji obu wspomnianych programów, zgodnie z deklaracjami MON, maksymalny możliwy udział ma mieć polski przemysł zbrojeniowy. Lepszy obraz prezentują tylko obrona przeciwlotnicza bardzo krótkiego zasięgu (oparta na nowoczesnych krajowych zestawach Grom – w przyszłości Piorun – i ich samobieżnej wersji Poprad, oraz artylerii lufowej) oraz, last but not least, radiolokacja i systemy dowodzenia/łączności, które dzięki dotychczasowym oraz planowanym dostawom nowoczesnego sprzętu będą zdolne do wykorzystania możliwości nowych systemów rakietowych.
Podstawową siłę lotnictwa polskiego stanowi 48 wielozadaniowych samolotów bojowych F-16C/D Block 52+ (4 eskadry). Te wciąż nowoczesne maszyny uzupełnia 31 myśliwców MiG-29, których część poddawana jest płytkiej modernizacji. Kolejny typ samolotu pamiętający czasy PRL, szturmowo-bombowy Su-22M4, miał według obowiązujących jeszcze niedawno zamierzeń zniknąć z linii w ciągu najbliższych dwóch lat. Zarzucenie planów zakupu samolotów szkolno-bojowych (LIFT) lub kolejnej eskadry F-16 spowodowało jednak podjęcie wiosną 2014 postanowienia o przedłużeniu eksploatacji 18 spośród 32 posiadanych „Suchojów” o 10 lat, co pozwoli utrzymać jedną eskadrę lotnictwa taktycznego, która w innej sytuacji musiałaby zostać rozwiązana. O ile decyzję tę należy pochwalić ze względów politycznych, albowiem będzie stanowiła dla wojska argument w rozmowach z decydentami na temat zakupu w przyszłości nowych samolotów, a ponadto pozwoli uniknąć propagandowych oskarżeń o „wyścig zbrojeń”, o tyle z punktu widzenia wojskowego te ponad 30-letnie maszyny, które nigdy nie były głębiej modernizowane i nie planuje się tego w przyszłości, są niemal bezwartościowe. Niewiele lepiej w istocie ma się sprawa z MiGami-29 – dobremu płatowcowi nie towarzyszy ani wartościowe wyposażenie awioniczne, ani uzbrojenie, przez co ich przydatność w boju jest bardzo wątpliwa. Ponadto utrzymanie tych samolotów w eksploatacji może okazać się problematyczne, ponieważ w aspekcie dostaw części eksploatacyjnych Polskie Siły Powietrzne są całkowicie uzależnione od Rosji. Realizacja ich jest często nieterminowa, narzucane koszty np. silników – horrendalne, a zaostrzenie sytuacji politycznej może sprawy jeszcze pogorszyć. Doprowadzenie do wycofania MiGów byłoby zresztą dla Rosji niekorzystne, skoro może ona czerpać całkiem znaczne korzyści finansowe z utrzymywania nieefektywnego sprzętu w linii u potencjalnego przeciwnika.
W bieżącym planie modernizacji WP nie są przewidywane w najbliższych latach zakupy nowych samolotów bojowych. Kryzys ukraiński nie przyniósł w tym aspekcie żadnych zmian. Z decyzją o zakupie pocisków manewrujących AGM-158A JASSM (zasięg 370 km, na razie 40 sztuk), stanowiącą element programu budowy potencjału odstraszania (bardziej prozaicznie – uderzeń na ważne cele w głębi terytorium przeciwnika), określanego propagandowo jako „Polskie Kły”, będzie wiązała się potrzebna już modernizacja ich nosicieli – samolotów F-16 – o nowe wyposażenie oraz oprogramowanie. MON ogłosił zamiar wejścia w posiadanie nowych maszyn wielozadaniowych po roku 2020 (do 2030). Polska miałaby według tego planu kupić aż 64 samoloty V generacji. Z uwagi na przewidywane koszty realizacja programu w takiej skali wydaje się jednak mało prawdopodobna – cenę takiej maszyny z uzbrojeniem oraz minimalnym zapasem części zamiennych należy szacować na przynajmniej 150 milionów dolarów. Przy niskiej wartości bojowej MiGów i Suchojów posiadane F-16 w razie konfliktu byłyby nadmiernie obciążone obowiązkami. Słabość naziemnej obrony przeciwlotniczej sprawia, że ich zdolności w tym zakresie zyskują nieproporcjonalnie wielkie znaczenie, poza tym spoczywałyby na nich zadania związane z wykonywaniem uderzeń na cele naziemne na większą głębokość. Do skutecznej realizacji całej tej gamy obowiązków posiadana liczba maszyn jest zdecydowanie zbyt mała (a zakup pocisków JASSM spowoduje dojście do nich jeszcze roli nosiciela uzbrojenia „strategicznego”) – nieprzypadkowo analizy prowadzone na początku wieku określały pożądaną liczbę nowoczesnych wielozadaniowych samolotów bojowych na co najmniej 160 sztuk. Późniejsze korekty, spowodowane uwzględnieniem ograniczeń finansowych, spowodowały tu redukcję do 96–112 maszyn, jednak cały czas w domyśle chodzi o samoloty nowoczesne. Widać jasno, że skoro o nowoczesności będzie można mówić tylko w przypadku 48 z 97 samolotów, lotnictwo cierpi na potężny niedobór, który bez zmiany planów utrzyma się przez najbliższą dekadę, a i później jego uzupełnienie będzie prawdopodobnie wymagało wyasygnowania specjalnych środków finansowych.
Niewątpliwym pozytywem ostatnich lat historii Polskich Sił Powietrznych jest podjęcie w końcu decyzji o zakupie nowych samolotów szkolenia zaawansowanego – 8 maszyn M-346 z opcją na 4 kolejne. Pozwoli to na utrzymanie i rozwój krajowego systemu szkolnictwa lotniczego. Również zaspokojenie potrzeb w zakresie transportu lotniczego należy oceniać jako zadowalające.
Ostatnie miejsce tak w prezentacji, jak i w bieżącej hierarchii rodzajów sił zbrojnych, objawiającej się dotychczasowym dostępem do środków na realizację programów modernizacyjnych, zajmuje Marynarka Wojenna. Obejmuje ona dwie dobiegające 35. roku życia pozyskane od Stanów Zjednoczonych fregaty typu „Oliver Hazard Perry”, mocno zużyte i przede wszystkim mające symboliczną efektywność z powodu złego stanu systemów pokładowych i przestarzałości/braku uzbrojenia. Znajdujący się w gorszym stanie ORP „Gen. K. Pułaski” przejdzie w latach 2015–16 kosmetyczny remont, który powinien spowodować odzyskanie podstawowych zdolności w zakresie świadomości sytuacyjnej, ale nie przyniesie żadnej poprawy w zakresie uzbrojenia. Mamy także trzy niezłe małe okręty rakietowe projektu 660, jeden duży okręt podwodny typu 877 i cztery małe, dobiegające 50. roku eksploatacji, ex-norweskie okręty podwodne typu „Kobben”. „Kobbeny” zostaną wycofane ze służby w latach 2014–2017, młodziutki przy nich, ledwie 30-letni „Orzeł”, ma po remontach posłużyć podwodnikom do roku 2022. MON prowadzi obecnie kilka znajdujących się w fazie wstępnej programów rewitalizacji Marynarki Wojennej. Najważniejszy, noszący kryptonim „Orka”, zakłada zakup do roku 2023 trzech nowoczesnych okrętów podwodnych. Duże emocje budzi ewentualność uzbrojenia ich w pociski manewrujące do zwalczania celów lądowych (potencjalnie o zasięgu rzędu 800–1000 km, a nawet większym), które miałyby stanowić jeden z elementów „Polskich Kłów”. Trzon przyszłych sił nawodnych stanowić mają 3 okręty obrony wybrzeża – w istocie, według ujawnionych założeń, chodzi o uniwersalne duże korwety, ze wszechstronnym zestawem uzbrojenia rakietowo-artyleryjskiego, umożliwiającego zwalczanie celów nawodnych, podwodnych, powietrznych i lądowych. Ich pozyskanie planowane jest w latach 2017–2019 w ramach programu Miecznik. Do tego mają dojść trzy okręty patrolowe z funkcją zwalczania min (program Czapla, planowane wejście do służby w latach 2020–2022) oraz okręt patrolowy „Ślązak”, stanowiący pokłosie nieudanego programu budowy korwet typu „Gawron” (gotowy kadłub jedynej jednostki, z radykalnie w stosunku do zamierzeń zredukowanym zestawem uzbrojenia), który powinien wejść do służby w roku 2016. Z lądu potencjał MW uzupełnia Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy wyposażony w pociski NSM o zasięgu rzędu 200 km, przeznaczone zasadniczo do rażenia celów nawodnych, zdatne jednak również do zwalczania stacjonarnych obiektów lądowych, przez co stanowią pewne zagrożenie dla instalacji w Obwodzie Kalinigradzkim. Plany zakładają rychłe sformowanie drugiego takiego dywizjonu. Brygada Lotnictwa MW, dysponująca dotychczas śmigłowcami i lekkimi samolotami patrolowymi Bryza, ma zostać uzupełnione o trzy średnie samoloty patrolowe, zdolne do zwalczania okrętów podwodnych i być może również nawodnych.
Stan większości obszarów naszej obronności należałoby określić jako zły, zaś terminy jego zmiany poprzez zakupy nowego wyposażenia są dość odległe. Szczególną trwogę budzi to w przypadku regularnej obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej, absolutnie kluczowej zarówno w scenariuszu wojny pełnoskalowej, jak i ograniczonej. To na tej gałęzi sił zbrojnych spoczywa bowiem zadanie ochrony kluczowych obiektów strategicznych – lotnisk, baz wojskowych, elementów infrastruktury, centrów politycznych – w razie ataku z powietrza, który niechybnie będzie pierwszym i najważniejszym działaniem przeciwnika. Na podstawie doświadczeń płynących z dotychczasowych konfliktów zbrojnych można zakładać, że odparcie uderzenia powietrznego doprowadzi do załamania planów operacyjnych przeciwnika, a przypadku wojny „ograniczonej”, w której jest ono zasadniczym sposobem oddziaływania na zaatakowanego, do całkowitego fiaska agresji. Zadania tego nie będzie w stanie spełnić relatywnie niewielkie i niezbyt mocne sprzętowo lotnictwo, które samo potrzebuje ochrony lotnisk, w szczególności przed uderzeniami rakietowymi. Przy możliwej ewolucji sytuacji w regionie może okazać się, że zastrzyk sprzętu planowany na okolice roku 2020 będzie przysłowiową musztardą po obiedzie, na podobieństwo zamówionych w 1939 r. nowoczesnych francuskich i angielskich samolotów myśliwskich, które zaczęto ekspediować drogą morską na początku września…
Sytuacji tej można zaradzić albo poprzez doprowadzenie do rozmieszczenia na terytorium Polski sojuszniczych środków przeciwlotniczych (co może być dość problematyczne z uwagi na prawdopodobny brak woli politycznej ich dysponentów, poza ewentualnością wojny pełnoskalowej, a kolektywne systemy NATO są w powijakach), albo dzięki zakupowi czy wypożyczeniu przynajmniej względnie nowoczesnych systemów do czasu wejścia do służby rozwiązań docelowych. Z tym drugim rozwiązaniem wiążą się jednak dwa problemy: obciążenie dla budżetu (które jednak wobec niepewnej sytuacji politycznej prawdopodobnie warto ponieść) oraz zakłócenie procedury przetargowej – jedyną bowiem realną opcją byłoby sięgnięcie po amerykański system Patriot PAC-2 z zasobów Stanów Zjednoczonych lub innych dotychczasowych użytkowników, co stawiałoby USA w uprzywilejowanej pozycji jako dostawcę systemów perspektywicznych. Rozstrzygnięcie przetargu tę niedogodność wyeliminuje, jednak według dostępnych informacji opcja wzmocnienia OPL w okresie przejściowym nie jest rozważana.
Drugim istotnym problemem w odniesieniu do wspomnianych scenariuszy jest słabość lotnictwa bojowego, opartego na przestarzałych MiGach-29 i Su-22. Staje się ona tym bardziej dotkliwa, że minął czas, w którym zakupione F-16 zapewniały przewagę techniczną nad lotnictwem rosyjskim. Wchodzenie do służby dość licznych nowych maszyn – Su-35S, Su-30SM, Su-34 oraz modernizacja starszych powoduje co najmniej zniwelowanie tej przewagi. Obecne plany rozwoju tego segmentu naszej obronności zdają się opierać na wątpliwym założeniu, że do roku 2020 (a właściwie 2025, biorąc pod uwagę czas uzyskiwania gotowości bojowej) nic się nie w regionie nie wydarzy i będzie można spokojnie czekać na zapowiadane samoloty. Wydaje się, że leżącym w zasięgu ręki rozwiązaniem byłoby jak najszybsze zastąpienie wspomnianych maszyn przez równoważną im liczbę starszych F-16C/D, które mogłyby – nawet przy braku głębszej modernizacji – z powodzeniem realizować odpowiednie zadania, zachowując akceptowalne parametry jeszcze przez dekadę. Pozostając przy lotnictwie, warto wspomnieć o braku pocisków do zwalczania nieprzyjacielskich stacji radiolokacyjnych – skoro kupujemy „agresywne” pociski JASSM, wypadałoby zwiększyć zdolności w zakresie przełamywania obrony przeciwlotniczej. Brakuje także, dysponujących dalekiego zasięgu radarami i rozbudowanym wyposażeniem komunikacyjnym, maszyn wczesnego ostrzegania i dowodzenia, które pozwoliłyby relatywnie niewielkim kosztem na znaczne zwiększenie efektywności posiadanych eskadr (w jakiejś mierze można tu liczyć na zasoby NATO, jednak oparcie się na własnych nie leży poza zasięgiem naszych możliwości).
W odniesieniu do wojsk lądowych dolegliwość dzisiejszych braków, poza przestarzałością artylerii (rozwiązanie jest tu jednak, jako się rzekło, w drodze), jest nieco mniejsza. Można krytykować niezbyt zrozumiałą politykę modernizacyjną w kwestii czołgów Leopard – wersję 2A5 uznaje się za spełniającą wszelkie wymogi współczesnego i przyszłego (w perspektywie dekady) pola walki, co w odniesieniu do pojazdu reprezentującego poziom technologiczny końca lat 90. stanowi jednak spore nadużycie. Większość innych problemów, takich jak wspomniany brak nowoczesnej amunicji do starszych modeli czołgów (a i w przypadku Leopardów nie jest pod tym względem różowo) można rozwiązać w perspektywie kilku miesięcy, składając odpowiednie zamówienia u dostawców.
Stan Marynarki Wojennej trudno byłoby poprawić środkami tymczasowymi, które byłyby adekwatne i nie stanowiły marnowania funduszy. Można jednak uznać, że zagrożenie od strony morza nie jest obecnie – mimo modernizacji rosyjskiej Floty Bałtyckiej – kluczowe dla bezpieczeństwa naszego kraju. Zadania patrolowe w sytuacji innej niż otwarta wojna czy związane z ochroną strefy ekonomicznej jest w stanie wykonywać skutecznie Marynarka Wojenna, a stworzenie Nabrzeżnego Dywizjonu Rakietowego ogranicza swobodę działania potencjalnego przeciwnika na Bałtyku.
Nieco odmiennie przedstawia się sytuacja w odniesieniu do nadmienionej na wstępie ewentualności udziału Polski w lokalnych konfliktach o skali zbliżonej do tego, co obserwowaliśmy w ostatnich miesiącach we wschodniej Ukrainie. W przypadku tego typu scenariusza braki w dziedzinie obrony przeciwlotniczej czy lotnictwa nie byłyby kwestią kluczowego znaczenia (zakładając oczywiście, że nie nastąpiłaby eskalacja). Przydatne mogłyby się natomiast okazać doświadczenia nabyte w Afganistanie i Iraku – tak w odniesieniu do taktyki stosowanej w tego rodzaju konfliktach, jak i w technicznych środkach ograniczania strat własnego personelu. Wydaje się, że Wojsko Polskie jest do takiego scenariusza nieźle przygotowane i byłoby w stanie się w nim sprawdzić, również, jak wspomniano tu wcześniej, dzięki dopracowanemu uzbrojeniu i wyposażeniu osobistemu żołnierzy. Brak nowoczesnych hełmów, opancerzenia osobistego czy indywidualnych systemów noktowizyjnych był bardzo dotkliwy dla ukraińskich sił rządowych na początku operacji skierowanych przeciw separatystom. W razie potrzeby możliwe byłoby ponadto zapewne szybkie sięgnięcie do oferowanych nieodpłatnie sojusznikom zasobów amerykańskich pojazdów minoodpornych, których pewna liczba zostanie notabene w najbliższym czasie pozyskana w ramach programu Excess Defense Articles.
Kluczowe strategiczne znaczenie ma również sam model armii. Od procesu profesjonalizacji armii czynnej nie ma, jak się wydaje, odwrotu w dającej się przewidzieć perspektywie. Zwolennicy powrotu do masowej armii poborowej często abstrahują od kwestii finansowania, właściwie rozumianych realiów pola walki, w których liczne, ale słabiej wyszkolone i wyposażone siły zbrojne w warunkach bezwzględnej dominacji techniki sprawdzają się słabo, czy wreszcie od czynników socjokulturowych, warunkujących niechęć do przymusowej służby wojskowej i jej często skuteczne unikanie przez wielu poborowych, w szczególności tych wyżej wykwalifikowanych, którzy byliby dla armii najbardziej przydatni. Jednak kwestia przygotowania sił rezerwowych, dostępnych jako uzupełnienie armii zawodowej w razie wojny, zyskała na znaczeniu. Problem ten mógłby stać się szczególnie dotkliwy w przypadku długotrwałego konfliktu asymetrycznego, wiążącego się z koniecznością „luzowania” jednostek zmęczonych monotonną i trudną służbą oraz uzupełniania może niewielkich, ale nieuniknionych i stałych strat. Na braki w tych zakresach wskazują choćby analitycy szwedzcy, badający stan armii swojego kraju po przeprowadzeniu uzawodowienia.
W Polsce teoretycznie takim rezerwuarem miały być Narodowe Siły Rezerwy, liczące 20 tys. ochotników, jednak czwarty rok funkcjonowania tej formacji wskazuje na zasadnicze niedomagania pierwotnej koncepcji. Przeszkolono co prawda kilkadziesiąt tysięcy ochotników, ale liczebność NSR nie przekracza wciąż 10 tys., a wielu chętnych traktuje służbę w nich jako przystanek w drodze do armii. Słuszne wydają się zatem postulaty reformy NSR idące w kierunku jej terytorializacji i włączenia licznych pozarządowych terytorialnych organizacji paramilitarnych do systemu rezerw. Rozsądnie zdefiniowana (jako cenne uzupełnienie, ale w żadnym razie alternatywa dla armii regularnej), relatywnie liczna Obrona Terytorialna jest właściwym punktem docelowym, musi jednakowoż występować przełożenie na finansowanie i adekwatne rozwiązania organizacyjno-prawne, takie jak zabezpieczenie statusu zawodowego osób służących w tego rodzaju formacjach. Konieczne byłoby też, jak się wydaje, uwzględnienie nie tylko partyzanckiego, ale i policyjno-patrolowego charakteru działania oraz zapewnienie odpowiedniego wyposażenia, takiego jak wspomniane pojazdy minoodporne.
Ramy funkcjonowania armii tworzy oczywiście finansowanie. Teoretycznie polskie wskaźniki w tym zakresie są na tle europejskiej mizerii dobre, jednak wynika to po części z faktu, że WP wychodzi z głębokiej zapaści, trwającej od początku lat 80. Ponadto w ciągu ostatnich lat mieliśmy w armii do czynienia z kreatywną księgowością – w planie budżetu MON zapisywano środki w wysokości spełniającej wymogi ustawowe, jednak z mniej czy bardziej ukrytym założeniem, że część z nich nie zostanie wykorzystana. W latach 2008–2013 wojsko straciło w ten sposób 10 mld zł, czyli kwotę odpowiadającą mniej więcej trzem eskadrom nowych F-16 lub spełnieniu 50 proc. wymagań w zakresie obrony przeciwlotniczej. Trudno w tej sytuacji pozytywnie oceniać powagę postulatów zwiększenia wydatków na obronność z poziomu 1,95 proc. PKB do 2 proc. Zresztą nawet w odniesieniu do ogłaszanych zapowiedzi modernizacyjnych taka kwota mogłaby okazać się za mała – szczególnie, jak wspomniałem, wątpliwa wydaje się realność zakupu 64 wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji.
Sytuacja międzynarodowa i sojusze
Bieżącą koniunkturę międzynarodową trudno uważać za korzystną dla Polski. Z jednej strony mamy Rosję, prowadzącą zdecydowaną, a zarazem umiejętną politykę i wychodzącą z postsowieckiej smuty militarnej. Ogłoszone właśnie rosyjskie plany na rok 2015 zakładają wzrost wydatków na obronność z obecnych 3,4 proc. do 4,2 proc. PKB (w latach późniejszych ma nastąpić stabilizacja na poziomie 3,6–3,7 proc.). Oznacza to, że Rosja, przy ponad 7-krotnie większej armii niż Polska (wliczając u nas NSR), wydaje na jednego żołnierza o 10 proc. więcej. Oczywiście można zadawać pytania dotyczące marnotrawienia części tych środków, jednak w przeciwieństwie do ubiegłej dekady trudno zbywać rosyjskie programy modernizacyjne jako zapowiedzi bez pokrycia. Mimo różnych problemów czy opóźnień nowoczesny sprzęt faktycznie napływa do rosyjskich jednostek. Z drugiej strony mamy Stany Zjednoczone realizujące pivot to Pacific (zwrot ku Pacyfikowi) z uwagi na kluczowe dla interesów amerykańskich zagrożenie ze strony coraz potężniejszych Chin. Mamy też gnuśne europejskie kraje NATO, tnące wydatki na obronność, zwykle do poziomu ok. 1–1,5 proc. PKB. Dopiero wydarzenia roku 2014 spowodowały wyhamowane czy odwrócenie tego ostatniego trendu w niektórych krajach, np. w Holandii czy Norwegii. Kluczowy europejski sojusznik z NATO, Niemcy, ogłasza wszem i wobec swą niemoc – według alarmistycznych doniesień sprawnych miałoby być zaledwie 9 ze 109 posiadanych przez ten kraj myśliwców Eurofighter Typhoon (bardziej ostrożne i, jak się wydaje, realistyczne szacunki mówią o sprawności na poziomie 40 proc.). Informacje te można oceniać jako odbicie rzeczywistych problemów trapiących niedofinansowaną Bundeswehrę, ale również jako tworzenie alibi dla powstrzymania się od wypełnienia zobowiązań przewidzianych przez artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego. W związku z tym trudno się dziwić, że propozycja polskich władz sprzed paru miesięcy, dotycząca rozmieszczenia w naszym kraju dwóch brygad ciężkich NATO spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem, a szpica NATO, której powstanie ogłoszono na szczycie w Newport, wiązać się będzie z jedynie symboliczną obecnością sojuszniczych jednostek, podobnie jak miało to miejsce w przypadku amerykańskich F-16 stacjonujących w Łasku.
Rozważania o polskich zdolnościach obronnych oczywiście nie mogą abstrahować – nawet przy świadomości tych trudności – od NATO. Biorąc pod uwagę brak własnego potencjału w tym zakresie – a także brak wyobrażalnej perspektywy jego stworzenia – nasz kraj nie dysponuje żadnym alternatywnym nuklearnym gwarantem bezpieczeństwa. Nie można również żadną miarą lekceważyć trudnego do zniesienia uzależnienia od kolektywnych systemów rozpoznania (w tym satelitarnego i radioelektronicznego) czy obrony, w szczególności przeciwrakietowej. Wydaje się jednak, że obok rozwoju samodzielnego potencjału, należy tam, gdzie to możliwe, poszukiwać alternatywnych związków regionalnych. Zakorzeniony w polskim myśleniu o polityce zagranicznej szlak wyszehradzki jawi się tu jako bardzo mało perspektywiczny. Węgry, Czechy i Słowacja są militarnie bardzo mało znaczącymi partnerami, współpraca z nimi w dziedzinie wspólnego opracowywania i pozyskiwania uzbrojenia to pasmo porażek, a przede wszystkim problematyczna jest wspólnota na poziomie interesów geopolitycznych. W odniesieniu do kryzysu ukraińskiego kraje te zajęły stanowisko odmienne od polskiego, sytuując się w unijnym obozie prorosyjskim – szczególnie widoczne było to w przypadku Węgier. Dzieje się tak z uwagi na determinanty przestrzenne – o ile Polska leży w Europie bałtyckiej, o tyle tamte kraje w dunajskiej, zatem mają odmienne priorytety, obawy i możliwości realizacji interesów.
Historycznie rzecz biorąc, na naturalnej, wyraźnej granicy wyznaczanej przez pasmo Karpat urywały się trwałe, owocne związki polityczne. W obu obszarach orientowano się na odmienne ośrodki polityczne i zawierano inne sojusze, wydarzenia dziejące się w jednej strefie miały zazwyczaj ograniczony wpływ na drugą, który jeżeli występował, był zapośredniczony przez dźwignie rywalizacji o wymiarze globalnym. Wspólnota losów (niepełna zresztą, vide porównanie dziejów Polski i Czech) występowała tylko przy apokaliptycznych wydarzeniach, takich jak rewolucja bolszewicka i jej promieniowanie za granicę czy II wojna światowa. Oczywiście członkostwo Polski i jej południowych sąsiadów w tych samych organizacjach tworzy pewne pole interesów wspólnych, jednak różnice zaangażowań w poszczególne wektory polityki wspólnotowej czy zdań na temat zagrożeń należy przyjąć jako stan naturalny.
W związku z tym należy bardzo poważnie wziąć pod uwagę strategiczne partnerstwo z innymi krajami bałtyckimi, szczególnie ze Szwecją, która potraktowała wydarzenia zapoczątkowane oderwaniem Krymu od Ukrainy jako memento, a w związku z uzasadnionymi obawami przed zagrożeniem płynącym ze wschodu podjęła działania mające na celu zmniejszenie deficytów bezpieczeństwa przez wzrost wydatków na obronność (przewidywany w ciągu najbliższych lat jego poziom wzrostu wynosi 13 proc.). W obliczu nie do końca zadowalających wyników wcześniejszej współpracy czysto skandynawskiej, którą ograniczała np. przynależność do NATO Danii i Norwegii oraz rezerwa przejawiana przez Finlandię, Sztokholm dąży także do zacieśnienia związków z Sojuszem. Szwecja jest przy tym – mimo oczywistych ograniczeń wynikających choćby z niewielkiej populacji – krajem dość silnym militarnie, którego obecny potencjał porównywalny jest z polskim, oraz potencjalnie wartościowym partnerem jako dostawca uzbrojenia czy w zakresie współpracy przemysłowej (jak dotąd ten potencjał jest realizowany w niewielkim tylko stopniu). Podobna wspólnota interesów, determinowana przez definicję sytuacji i podstawowych zagrożeń bezpieczeństwa, łączy Polskę z Norwegią i Finlandią. Z nimi również możliwa jest np. wspólna realizacja dużych programów zakupowych – np. Finlandia będzie poszukiwała konstrukcji, która w latach 20. zastąpi obecnie eksploatowane myśliwce wielozadaniowe F/A-18C/D Hornet. Kierunek ten jest niestety jak dotąd politycznie bardzo słabo eksploatowany.
Podobnie ma się sprawa z relacjami z Turcją, również obawiającą się posunięć rosyjskich, silną wojskowo, dynamicznie rozwijającą przemysł. Dysponuje ona wieloma interesującymi technologiami, takimi jak projektowane pociski manewrujące pozbawione politycznej problematyczności, o jaką należy podejrzewać wzory amerykańskie. Na podstawie wiedzy na temat doświadczeń innych krajów z zakupami systemów rażenia dalszego zasięgu z tego kraju można bowiem domniemywać, że Stany Zjednoczone również i w naszym przypadku zastrzegą sobie daleko idącą kontrolę nad użyciem sprzedawanej broni tego rodzaju. Półksiężyc Sztokholm-Warszawa-Ankara należy uznać za bardzo pożądany układ, kompensujący wiele z niedostatków NATO, którego stan nie wykazuje dziś symptomów poprawy.
Podsumowanie
Rekapitulując, należy stwierdzić, że rok 2014 przyniósł, zapowiadający się od 2008, chyba definitywny koniec postpolitycznego, wygodnego ciepełka w Europie Środkowej i nadziei, że jutro będzie mniej więcej tak samo jak dziś. Nie ma sensu snucie apokaliptycznych scenariuszy, ale należy gotować się na to, co parę lat temu leżało w sferze niewyobrażalnego. Stan polskiej obronności nie jest na szczęście fatalny, ale wiele pozostało jeszcze do zrobienia. Przede wszystkim wypada zadać pytanie, czy obronnościowe perspektywy planistyczne kreślone przez naszych decydentów w tym zakresie nie są nadmiernie odległe czasowo, przez co przy niewykluczonym złym rozwoju wypadków nie pozostaną w sferze, która będzie przedmiotem smutnych rozważań „co by było gdyby”…
przez Jan Przybylski | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Wojna to, według klasycznej definicji, akt przemocy mający na celu zmuszenie przeciwnika do spełnienia naszej woli. Polska leży w nieprzyjemnym otoczeniu geostrategicznym. Nie znajduje się jednak w stanie realnego konfliktu z sąsiadami, który czyniłby prawdopodobnym bój o życie, podobny do tego z roku 1920 czy 1939. Nie można mimo to całkiem wykluczyć poważnego starcia się woli Polski z wolą któregoś z mocarstw ościennych (ze wskazaniem na wschodnie), skutkującego wzrostem napięcia.
Wynika z tego konieczność utrzymywania armii, która będzie miała poważną zdolność obrony własnego terytorium. Zdolność do działań ekspedycyjnych, wynikających ze zobowiązań sojuszniczych, acz istotna, winna mieć charakter uzupełniający.
Co było na końcu historii…
Polska wychodziła z epoki realnego socjalizmu z wojskiem uważanym obecnie za potężne. W roku 1990 armia liczyła, już po niemałej redukcji ilościowej, ponad 260 tys. żołnierzy, posiadała czołgi w kosmicznej dziś liczbie 2830, 352 samoloty bojowe i mnóstwo innego sprzętu. Głębsza analiza rozwiewa jednak ten mit.
Ludowe Wojsko Polskie było chronicznie niedoinwestowane, wysokie stany liczebne utrzymywano za cenę potężnego udziału przestarzałego sprzętu. Pamiętające II wojnę światową czołgi T-34/85, które poważną wartość bojową utraciły jeszcze w latach 50., były utrzymywane w dywizjach do 1985 r. W linii w 1990 r. nie było ani jednego pojazdu zdolnego nawiązać równorzędną walkę z niemieckim Leopardem 2 czy sowieckim T-80U. Podobnie było w innych formacjach.
W lata 90. Wojsko Polskie wkraczało pod hasłem „Armia mniejsza, ale nowocześniejsza”. Faktycznie, jej liczebność pomału spadała, aby osiągnąć na koniec dekady niecałe 187 tys. osób. Jednak nowoczesność ograniczała się w praktyce do wycofania najbardziej przestarzałego sprzętu. Mimo od pewnego momentu nie najgorszej sytuacji ekonomicznej, nie dokonywano żadnych zasadniczych modernizacji. Wyjątki to wprowadzenie do linii czołgów PT-91 i pozyskanie drogą barteru 10 ex-czeskich MiG-ów-29. Świat tymczasem uciekał coraz szybciej.
Żywsze wiatry zaczęły wiać dopiero po roku 2000, gdy po ustawowym zagwarantowaniu wydatków MON w wysokości 1,95% PKB, przystąpiono do kilku poważnych programów modernizacyjnych. Część z nich udało się doprowadzić do finału, np. kluczowy dla obronności zakup nowych wielozadaniowych samolotów bojowych, pozyskanie nowych kołowych transporterów opancerzonych oraz przeciwpancernych pocisków kierowanych. Jednocześnie rosły kwoty faktycznie wydawane na obronność – z 1,22% PKB w najgorszych latach 2001-2002 do 1,45% w 2007 r.
Cały czas trwały redukcje liczebne, przy zwiększającym się udziale żołnierzy zawodowych. W ostatnim roku poboru wynosił on już 62%, przy stanie nieco przekraczającym 129 tys. (w roku 1990 – zaledwie 35%). Rozformowywano przy tym kolejne jednostki, likwidowano garnizony. Bardzo istotną cezurą był rok 2008, gdy podjęto decyzję o profesjonalizacji armii.
Niestety, w owym roku „kryzysowo” zablokowano 3 mld zł, a w roku kolejnym faktyczne niedofinansowanie MON w stosunku do założeń ustawowych wzrosło do aż 5,2 mld zł, chociaż „kreatywna księgowość” miała wykazać kwotę 2 mld. Jednocześnie czynione są zakusy na wspomniane gwarancje ustawowe.
Co możemy mieć?
Limity polskiego potencjału militarnego określa Traktat o Konwencjonalnych Siłach Zbrojnych w Europie (CFE). Są one następujące: 234 tys. żołnierzy, 460 samolotów bojowych, 130 śmigłowców bojowych, 1730 czołgów, 2150 bojowych wozów opancerzonych, 1610 dział kalibru powyżej 100 mm.
Wojsko posiadające takie ilości nowoczesnego sprzętu byłoby europejskim mocarstwem konwencjonalnym. Wartości te zostały bowiem określone jeszcze w epoce armii masowych, gdy np. w Polsce królowały działa pamiętające generalissimusa Stalina. Od 1990 r. w zasadzie we wszystkich europejskich siłach zbrojnych zaszły gigantyczne redukcje ilościowe, np. Niemcy z dozwolonych 4166 czołgów mają obecnie około… 400. Można więc ze spokojem orzec, że stan prawny w zakresie umów międzynarodowych jest całkowicie zadowalający.
Który rodzaj wojska jest najważniejszy? Przy ograniczonych środkach budżetowych nie da się uciec przed takimi rozważaniami. 1,95% PKB przeznaczone na obronność to wbrew pozorom niewiele, szczególnie że na zakupy sprzętu przeznaczane jest ok. 20% budżetu ministerstwa – drugie tyle stanowi „garb emerytalny”. Kluczowe programy muszą być realizowane ze środków specjalnych: tylko tak mógł dokonać się zakup F-16, jedynie w ten sposób może się udać zrewitalizować Marynarkę Wojenną itp. Specjaliści, konfrontując przewidywane środki budżetowe z potrzebami modernizacyjnymi na lata 2009-2018, orzekli, że niedobór wyniesie, bagatela, 150 mld zł.
Skoro kołdra jest tak krótka, trzeba położyć nacisk na któryś z rodzajów broni. Na podstawie analizy konfliktów w Serbii, Gruzji, a także Iraku, jestem przekonany, że są nimi lotnictwo i obrona przeciwlotnicza. Siły powietrzne mogą realizować najszerszy zakres zadań: ten sam F-16 o godzinie 6.00 może przechwytywać rosyjskie samoloty nad Krakowem, o 14.00 niszczyć infrastrukturę transportową pod Smoleńskiem, a o 20.00 dokonać dekompozycji kolumn pancernych pod Suwałkami. Warunkiem opanowania terytorium jest osiągnięcie panowania powietrznego nad nim – bez tego nie ma co marzyć o działaniach wojsk lądowych, łatwych do wykrycia przez powietrzne systemy rozpoznawcze, skrajnie uzależnionych od wrażliwego na zniszczenie zaplecza logistycznego i zaopatrzeniowego.
Obrona przeciwlotnicza z kolei utrudnia nieprzyjacielskim siłom powietrznym osiągnięcie panowania nad Polską, może również utrudnić wykonywanie zadań przez pociski rakietowe krótkiego i średniego zasięgu.
Jaki model armii?
W dyskusjach na ten temat ściera się kilka zasadniczych stanowisk. Istnieją zwolennicy armii zawodowej, wojska mieszanego, określanego w uproszczeniu jako poborowe, wreszcie głosiciele masowej, taniej armii terytorialnej.
W mojej opinii, w wyobrażalnym horyzoncie czasowym długi konflikt pełnoskalowy jest mało prawdopodobny, więc problem ten nie jest faktycznie decydujący. Możliwe zadania jest w stanie wypełnić zarówno sensownie zorganizowana, finansowana i uzbrojona armia profesjonalna, jak i takież wojsko poborowe. Gdyby jednak konflikt tego rodzaju miał zaistnieć, rezerwiści niewiele pomogą. Przegrana bitwa graniczna wymusi rychłą kapitulację z uwagi na sprzyjające ruchom wojsk ukształtowanie powierzchni naszego kraju i jego stosunkowo niedużą przecież wielkość, pozwalającą nieprzyjacielskiemu lotnictwu na osiągnięcie celów na całym obszarze.
Kilka słów należy się problemowi obrony terytorialnej i armii partyzanckiej. Dobrze pojęta obrona terytorialna może stanowić bardzo wartościowe uzupełnienie armii „ciężkiej”, operującej skomplikowanym i drogim sprzętem. Miejmy jednak w pamięci wojnę o Kosowo. Nieźle uzbrojeni, doświadczeni i bitni Serbowie mogli na lądzie sprawić wojskom NATO pewne problemy. Jednak na bombardowania prowadzone za pomocą broni precyzyjnej z wysokości 5 km marną odpowiedź stanowi nawet 5 mln mężczyzn z kałasznikowami i kilkoma tysiącami Stingerów. Niestety, wojsko musi mieć kosztujące po niemal 100 mln dolarów za sztukę myśliwce, czołgi po kilka milionów itp.
Ponadto z „armią partyzancką” wiąże się mniej czy bardziej explicite wyrażone założenie, że konflikt będzie się odbywał w głębi naszego terytorium. Tymczasem kolejnej fali destrukcji infrastruktury i kultury materialnej oraz rzezi obywateli, ze szczególnym uwzględnieniem elit – Polska nie przeżyje. Wojna jest przedłużeniem polityki, więc zadaniem tej drugiej jest niedopuszczenie do jej toczenia w skrajnie niekorzystnych warunkach, przy pewności porażki. Niestety, może się to wiązać z koncesjami czy zmianami sojuszy wbrew woli i sentymentom, jeżeli jednak ma to być ceną biologicznego i historycznego przetrwania, to warto ją zapłacić.
Co mamy?
Polska dysponuje obecnie armią zawodową, liczącą ok. 100 tys. żołnierzy. Ma ona być wspierana przez tworzone obecnie 20-tysięczne Narodowe Siły Rezerwy. Omówmy pokrótce główne rodzaje broni.
Lotnictwo odebrało właśnie dostawę 48 sztuk F-16C/D Block 52+, które wspierają 32 MiG-i-29 i wycofywane Su-22. F-16, wbrew bzdurnemu stygmatowi „gratów z lat 70.”, stanowią sprzęt w pełni wartościowy. Są wręcz jednymi z maszyn tej klasy odznaczających się największymi możliwościami. Gorzej z MiG-ami-29 – obecnie to samoloty bardzo przestarzałe, o niewielkim potencjale w zakresie walki powietrze-powietrze, dość dużym w walce manewrowej, ale prawie żadnym w dziedzinie powietrze-ziemia, operujące w dodatku ze starym uzbrojeniem o wątpliwej jakości. Modernizacja ich jest możliwa technicznie, ale trudna politycznie, gdyż producentem jest Rosja. Maszyny te miały zniknąć z linii po roku 2018, lecz prawdopodobnie zostaną poddane pewnej modernizacji, która jednak nie zwiększy znacząco ich możliwości.
Liczące ponad ćwierć wieku Su-22 miało czekać w najbliższych latach złomowisko albo sprzedaż za granicę. Wydawało się, że to najlepsze, co z nimi można w tej chwili zrobić – stosowny moment na ich modernizację został przespany w latach 90. Tymczasem najnowsze pogłoski sugerują, że również część tych maszyn ma zostać unowocześniona. Ogólnie biorąc jednak stan lotnictwa, dzięki wprowadzeniu do służby F-16 i osiągnięciu przez nie wstępnej gotowości bojowej, można określić jako w miarę przyzwoity. Obraz zaciemnia przestarzałość systemu szkolenia oraz coroczne problemy z przydziałami paliwa, utrudniające utrzymanie właściwej gotowości bojowej i osiągnięcie wymaganych nalotów przez załogę.
Wojska Obrony Przeciwlotniczej Sił Powietrznych dysponują w zakresie dalekiego zasięgu 12 wyrzutniami rakiet S-200 Wega (250 km). Za zasięg średni odpowiada 18 zestawów 2K11 Krug (55 km), za krótki – 60 wyrzutni S-125 Newa SC (25 km). Wojska Obrony Przeciwlotniczej Wojsk Lądowych mają 80 wyrzutni rakiet 2K12 Kub (24 km) i 64 zestawy 9K33 Osa (10,5 km). Uzupełnienie systemu obrony przeciwlotniczej stanowią przenośne zestawy rakietowe Grom i Strzała-2M oraz działa plot kalibrów 57 i 23 mm. Zasadniczy problem polega na tym, że wszystkie wymienione typy wyrzutni, sprzęt sowiecki o korzeniach sięgających lat 60., a nawet 50., będą musiały zostać niedługo wycofane (np. Krugi mają zniknąć już w przyszłym roku; jedynie Osy posłużą nieco dłużej, do 2021 r.). Sytuację pogarsza fakt zestarzenia się środków bojowych – pocisków rakietowych.
Jedynym obok F-16 optymistycznym, niezwykle przy tym ważnym akcentem, jest dobry stan sieci radarowej. Bazuje ona na spełniających wszelkie wymogi stacjach tak polskich (rodzimej produkcji), jak i rozlokowanych na terenie kraju NATO-wskich. Cieszy również istnienie nowoczesnych zautomatyzowanych systemów dowodzenia i kierowania oraz łączności i wymiany danych. Jako całość, obrona przeciwlotnicza wygląda jednak bardzo źle, a jako newralgiczny rodzaj broni stanowi najsłabsze ogniwo polskiego systemu obronnego.
Zasadnicza siła Wojsk Lądowych to 900 czołgów, wśród których realną wartość bojową posiada 128 Leopardów 2A4 oraz 232 PT-91, choć należy pamiętać, że liczba sprawnych maszyn jest mniejsza. Pozostałe T-72M1/M1Z są już bardzo przestarzałe i bez modernizacji mogłyby spełniać jedynie zadania pomocnicze. Jednak nawet oba wartościowe typy uzbrojenia wymagają zasadniczego zwiększenia potencjału bojowego, które w przypadku Leopardów pozwoliłoby uzyskać pojazdy całkowicie spełniające współczesne wymagania pola walki. Problem w tym, że modernizacja tych pojazdów nie jest na razie planowana, a w dodatku nie została do nich nawet zakupiona nowoczesna amunicja przeciwpancerna. Potencjał modernizacyjny PT-91, polskiej pochodnej T-72, jest niestety zdecydowanie mniejszy i pojazdy te, jeśli Wojska Lądowe myślą poważnie o utrzymaniu w linii 400 wartościowych czołgów, zgrupowanych w czterech brygadach pancernych, będą musiały rychło zostać zastąpione nowym typem.
Pojazdy te wspiera 1597 wozów bojowych, z których 300 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak (zamówionych zostało 890) to sprzęt bardzo nowoczesny. Kilkaset gąsienicowych BWP-1 stanowi już jednak niestety jeżdżący złom, z zupełnie nieefektywnym uzbrojeniem i słabym opancerzeniem.
Orszak bogini wojny, artylerii, tworzy 106 armatohaubic samobieżnych 152 mm wz.77 Dana, 524 samobieżne haubice 122 mm 2S1 Goździk, 24 z 36 zamówionych nowoczesnych wyrzutni rakietowych 122 mm WR-40 Langusta, a także 194 stare wyrzutnie BM-21 (które jednak można modernizować) i 30 nieco nowszych RM-70. Stan artylerii lufowej jest bardzo zły, relatywnie nowe Dany strzelają przestarzałą amunicją o donośności ledwie 18,5 km, podczas gdy normą dla nowoczesnych dział NATO-wskiego kalibru 155 mm jest 30-40 km – takie parametry ma armatohaubica Krab, której dostaw wojsko nie może się jednak doczekać. Działa 2S1 są przestarzałe i całkowicie nieperspektywiczne.
Dzięki zakupowi PPK Spike nie najgorzej wygląda zagadnienie obrony przeciwpancernej, chociaż w różnych konfiguracjach pokutują jeszcze całkowicie przestarzałe sowieckie zestawy Malutka.
Spośród 143 śmigłowców Lotnictwa Wojsk Lądowych, w ciągu najbliższych lat zajdzie konieczność znalezienia następców dla 32 szturmowych Mi-24, których próba modernizacji nie powiodła się, a także dla 33 wielozadaniowych Mi-8/17.
Ogólny stan wojsk lądowych, tak liczebny, jak i sprzętowy, jest w miarę zadowalający i pozwala myśleć o efektywnym działaniu. Programy modernizacyjne są realizowane w dość szerokim zakresie, braki i luki wydają się być dość łatwe do usunięcia. Warto przy tym zwrócić uwagę na sprawę kluczową, choć nieraz umykającą uwadze. Chodzi o systemy bezpiecznej i szybkiej łączności teleinformatycznej, wspomagania dowodzenia, zobrazowania i zarządzania polem walki (tzw. C4ISR), a także odpowiednie procedury, stanowiące układ nerwowy armii. W tym zakresie szczęśliwie zrobiono bardzo dużo, wdrażając nowe radiolinie, aparatownie, oprogramowanie sterujące komunikacją oraz inne wyposażenie. Armia polska konsekwentnie dąży do stworzenia w pełni zintegrowanego systemu C4ISR, wdrożyła NATO-wskie procedury operacyjne, co radykalnie zwiększyło jej możliwości bojowe. Dlatego już na obecnym etapie, mimo pewnych braków w zakresie środków wykrywania, w razie ewentualnego konfliktu nie powinna rozsypać się na podobieństwo armii Gruzji w 2008 r.
Najsmutniejszy obraz przedstawia chronicznie niedofinansowana Marynarka Wojenna. W jej skład wchodzą m.in. 2 ex-amerykańskie fregaty typu OHP, 2 korwety rakietowe typu 1241, 3 małe okręty rakietowe projektu 660, 1 duży okręt podwodny typu 877 i 4 małe, ex-norweskie okręty podwodne typu Kobben. Niestety, fregaty są bardzo zużyte, mają niesprawne radary i systemy walki, a także są praktycznie pozbawione uzbrojenia. Korwety typu 1241 są zupełnie przestarzałe, okręty typu Kobben powinny być wycofywane już od 2008 r. (ostatni w 2012). Jedynak typu 877, „Orzeł” ma mimo doskonałego stanu kadłuba nieefektywne już systemy walki oraz uzbrojenie. Jedynym jasnym punktem są jednostki typu 660, przenoszące nowoczesne pociski rakietowe RBS-15. Mająca stanowić przyszłość korweta „Gawron” (pierwszy okręt z serii liczącej według założeń 7 jednostek) po 9 latach od rozpoczęcia budowy jest jedynie kadłubem, bez uzbrojenia i wyposażenia, a nawet realnych szans pozyskania ich w sensownym czasie, z uwagi na brak pieniędzy.
Utrata znaczenia przez MW spowoduje zmniejszenie zdolności odpornej wobec działań desantowych, zwiększy wrażliwość na blokady morskie, a w razie wojny uniemożliwi dowóz zaopatrzenia drogą morską. A także ułatwi uderzenia z morza na obiekty znajdujące się na terenie kraju – przy czym nie chodzi tylko o wybrzeże, ale też, przy zasięgach powszechnie dostępnych pocisków rakietowych, wynoszących 200 i więcej kilometrów, jego głębię.
Co mieć powinniśmy
Analizy dotyczące pożądanej liczebności lotnictwa wykazują stopniowy spadek oczekiwań. Na początku ubiegłej dekady eksperci głosili, że Siły Powietrzne RP powinny mieć 160, a nawet 192 wielozadaniowe samoloty bojowe. Obecnie za optimum uznaje się liczbę 96-112 maszyn w 16-samolotowych eskadrach.
Niestety, mimo zgłaszanego jeszcze przed dwoma laty przez dowództwo lotnictwa zapotrzebowania na 32 nowe wielozadaniowe samoloty bojowe, w celu wypełnienia luki po wycofywanych Su-22, w programie na lata 2009-2018 nie przewidziano na ten cel żadnych środków. Substytutem nowych samolotów bojowych będzie do tego czasu 16 maszyn LIFT, szkolno-bojowych z możliwością przenoszenia zaawansowanego uzbrojenia – oczywiście jeżeli zostaną kupione.
Gdyby owo zapotrzebowanie miało zostać zrealizowane w obecnej sytuacji, najpewniej zostałyby zamówione kolejne F-16C/D. Po roku 2018 będą to zapewne F-35, albo… używane F-16. Słowo komentarza do samych liczb: w sytuacji redukcji przez Niemcy docelowego zamówienia na myśliwce Eurofighter Typhoon do zaledwie 137 egzemplarzy, Siły Powietrzne liczące np. 192 nowoczesne WSB miałyby status europejskiej potęgi. Jednak nawet 112 samolotów stanowiłoby znaczący potencjał, biorąc pod uwagę fakt, że siły powietrzne najbardziej prawdopodobnego przeciwnika, Rosji, w ciągu nadchodzącej dekady otrzymają zaledwie 48 Su-35, najwyżej kilkanaście-klikadziesiąt Su-34, prawdopodobnie pierwsze myśliwce nowej generacji PAK FA.
W ciągu minionych dwóch dekad Rosjanie nie kupowali niemal żadnych samolotów, nie modernizowali ich też w znaczącym zakresie. Sprawia to, że teoretycznie bardzo liczne floty Su-27, MiG-ów-29 i Su-24 będą musiały niedługo trafić na złom, a docelowy realny stan Wojenno-Wozdusznych Sił Rosji będzie wynosił prawdopodobnie ok. 350-400 maszyn, które będą musiały zajmować się obroną całego gigantycznego terytorium, a w razie wojny z Polską działać w strefie rażenia obrony przeciwlotniczej kraju.
Należy zatem powrócić do środków zwiększających świadomość sytuacyjną. W tym zakresie powinny pojawić się – umożliwiające uzyskanie przewagi informacyjnej i ułatwiające dowodzenie – samoloty wczesnego ostrzegania, choćby z popularnym radarem Erieye, w liczbie kilku sztuk. Niestety brak takich planów, mimo pewnych przymiarek. Częściowo rekompensuje to działanie na rzecz Polski NATO-wskich AWACS-ów E-3A. Praktyczny brak rozpoznawczych bezzałogowych środków latających ma zostać uzupełniony przez zakup do 2018 r. 14 systemów średniego (250 km) i bliskiego (100 km) zasięgu – dobre i to.
Bardzo przydatne systemy lotniczej obserwacji powierzchni ziemi i obiektów ruchomych klasy JSTARS niestety nie pojawią się w naszych siłach zbrojnych. Co gorsza, rząd w ub. roku wycofał się z NATO-wskiego projektu Alliance Ground Surveillance, mającego zapewnić sojuszowi skokowy wzrost świadomości sytuacyjnej dzięki wielkiej rozbudowie systemu obserwacji obiektów naziemnych z powietrza. Warte pozyskania są zbiornikowce powietrzne – nasza armia zabiega o dwie takie maszyny.
W dziedzinie obrony przeciwlotniczej wiadomo tyle, że zmiany są konieczne. Symulacja z roku 2008 zakładała, że do sprostania zagrożeniom niezbędne będą:
- Brygada Rakietowa Obrony Powietrznej z 6 dywizjonami rakietowymi – bateria rakiet bliskiego zasięgu (25 km) + bateria artyleryjsko-rakietowa, złożona z przenośnych zestawów rakietowych i zestawów artyleryjsko-rakietowych. Przeznaczona do obrony baz powietrznych.
- Brygada Rakietowa z 6 dywizjonami rakietowymi – bateria rakiet średniego zasięgu (100 km), bateria rakiet bliskiego zasięgu, bateria artyleryjsko-rakietowa. Do obrony kluczowych obiektów.
- 61. Pułk Rakietowy OP z 2 dywizjonami rakiet średniego zasięgu po 3 baterie każdy.
- 78. Pułk Rakietowy OP z 2 dywizjonami rakietowymi dalekiego zasięgu – bateria rakiet dalekiego zasięgu, bateria rakiet bliskiego zasięgu, bateria artyleryjsko-rakietowa.
Dywizjony dalekiego zasięgu zostałyby zapewne wyposażone w pociski rakietowe klasy THAAD i zapewniałyby obronę przed pociskami balistycznymi.
Niestety, powyższy model został uznany za nierealny ze względów ekonomicznych. Na obecną chwilę wiadomo tylko, że zaspokojenie potrzeb nawet po korekcie kosztować będzie 12-20 mld zł, podczas gdy w programie 2009-2018 zarezerwowano raptem 2,5 mld.
Wojska lądowe powinny przeprowadzić modernizację Leopardów, zastąpić PT-91 innym pojazdem, nowym lub używanym, wprowadzić na miejsce BWP-1 nowy gąsienicowy bojowy wóz piechoty (np. na bazie nowej platformy z Bumaru) i kontynuować zakup Rosomaków. Niestety, w programie 9-letnim pewne jest jedynie ostatnie zadanie, prace nad BWP prawdopodobnie zostaną sformalizowane jako 15. program operacyjny planu, nad nowym czołgiem mogą być prowadzone jedynie prace koncepcyjne. Konieczne jest zdecydowane zwiększenie donośności środków rażenia działających na rzecz wielkich jednostek i na szczeblu operacyjnym. Szczęśliwie program zakłada pozyskanie wieloprowadnicowych wyrzutni dalekiego zasięgu (300 km) w ramach programu Homar i w końcu zakup Krabów (deklarowano przynajmniej 48 sztuk), a także armatohaubic samobieżnych na podwoziu kołowym Kryl. Oba te wzory mają już strzelać inteligentną amunicją o donośności zwiększonej do 60-70 km (dodatkowo uzasadnia to konieczność posiadania systemów obserwacji powierzchni ziemi, których jednak, jak wspomniałem, nie będzie). Zarezerwowano również dość znaczne środki na zakup nowych śmigłowców.
Najbardziej zawikłana jest sytuacja Marynarki Wojennej. W miarę realne plany ministerstwa zakładają zaledwie dokończenie do 2017 r. jednej korwety (przy takim tempie budowy jej koszt może być niestety niemal porównywalny z wielkim niszczycielem) i przynajmniej rozpoczęcie procedury pozyskania jednego okrętu podwodnego. Plany ministerialne de facto spowodują utrwalenie degradacji MW. Moim zdaniem należałoby w ogóle zrezygnować z dokańczania „Gawrona”, nabyć 2-3 fregaty o wyporności rzędu 5000 ton (np. francuskie FREMM), kilka korwet mniejszych niż „Gawron”, a także 3 nowe średnie okręty podwodne (wyposażone w napęd niezależny od powietrza i pociski rakietowe przystosowane do rażenia celów lądowych) i jednostki pomocnicze. Pozwoliłoby to na uzyskanie pewnej elastyczności i przyzwoitej siły bojowej.
W tym miejscu należy powrócić do kwestii profesjonalizacji armii. Wspomnieliśmy już o trudnych uwarunkowaniach finansowych. Ocenia się, że w przypadku faktycznej profesjonalizacji, wiążącej się ze znacznym wzrostem kosztów osobowych (wojsko musi konkurować na rynku pracy), przy zachowaniu poprzedniego poziomu wydatków liczebność armii musi zostać zmniejszona przynajmniej o połowę w celu uzyskania odpowiedniej efektywności bojowej. Żołnierz profesjonalny ma być przecież intensywniej szkolony, dysponować nowocześniejszym sprzętem. Tymczasem w Polsce nadal nie ma pieniędzy nawet na… odpowiednią ilość paliwa i amunicji.
Pojawiają się ponadto opinie kwestionujące sam sposób wykonywania reformy na szczeblu podstawowym i zaangażowanie kandydatów do służby zawodowej. Bardzo możliwe, że Polska uzyskała nie armię faktycznie profesjonalną, a tylko – uzawodowioną, dziedziczącą wady armii zawodowej (koszty, brak uzupełniania rezerw ludzkich) i poborowej (gorsze wyszkolenie, uzbrojenie i efektywność). Jedną z dróg wyjścia z tej sytuacji byłoby zwiększenie wydatków na obronność do poziomu nawet 3% PKB, umożliwiające sprawne funkcjonowanie armii 100-tysięcznej. Przy braku realności politycznej tego rozwiązania, pozostaje drugie, bardzo kontrowersyjne: kolejna redukcja, do zaledwie 60-70 tys. ludzi. Utrudni ona zapewne wypełnienie wielu zadań (wystawienie jednostek ekspedycyjnych, pomoc w sytuacjach kryzysowych), jednak otrzymamy wówczas wojsko faktycznie dobrze wyposażone i wyszkolone, profesjonalne w pełnym tego słowa znaczeniu.
Przemysł obronny
Na uwagę zasługuje również problematyka krajowego zaplecza przemysłowego wojskowości, stanowiącego istotny – aczkolwiek teoretycznie niekonieczny, bo istnieją przecież kraje importujące niemal wszystko – element potencjału obronnego. Może ono być również stymulatorem rozwoju gospodarczego, inkubatorem nowych technologii (w przypadku Polski jednym z nielicznych), wreszcie – pełni poważne funkcje społeczne.
Podobnie jak w przypadku wojska, obecna sytuacja przemysłu została w dużej mierze określona przez historię. W czasach PRL produkował on szeroki asortyment uzbrojenia, jednak również tu opowieści o bajecznym rzekomo potencjale nie mają pokrycia w faktach. Zdecydowana większość wzorów była produkowana na licencjach sowieckich; co prawda umowy pozwalały na dostosowanie do lokalnych możliwości wytwórczych, tzw. polonizację, jednak rygorystycznie ograniczały możliwość prowadzenia prac rozwojowych. Licencje dotyczyły oczywiście zwykle wzorów zubożonych w stosunku do tego, co produkował dla siebie Związek Radziecki. Produkcja była spora, eksport poza Układ Warszawski niemały, jednak kierowano go do odbiorców niezbyt wymagających, w dodatku bez osadzenia w rachunku ekonomicznym.
Sowieci zezwalali na samodzielny rozwój sprzętu, którego produkcją sami nie byli zainteresowani, stąd np. samolot szkolno-treningowy TS-11 Iskra. Cóż z tego, skoro uzyskany tu potencjał bywał zaprzepaszczany, jak w przypadku lotnictwa właśnie i kasacji ambitnego programu naddźwiękowego samolotu szkolno-bojowego TS-16 Grot. Efekt był taki, że schedę po PRL-u stanowiły zakłady produkujące sprzęt niezbyt nowoczesny, w dodatku w fatalny sposób rozproszone organizacyjnie. Przykładem niech będą niezależne PZL Mielec (samoloty szkolno-bojowe i lekkie transportowe), PZL Okęcie (samoloty rolnicze, sportowe, szkolne), WSK Świdnik (śmigłowce), dwa mniejsze PZL-e silnikowe, a ponadto niezależne Wojskowe Zakłady Lotnicze, wykonujące bieżącą obsługę i remonty maszyn wojskowych.
W tej sytuacji utrzymanie się wielu z tych podmiotów na rynku po zmianie sytuacji ekonomiczno-politycznej stało się niepodobieństwem. Kolejne resorty gospodarki nie pomagały (co więcej, prominentne postaci dążyły do likwidacyjnej wyprzedaży całej zbrojeniówki), a MON, szczególnie w epoce Janusza Onyszkiewicza, bywał wręcz wrogi. Nie było zamówień ani promocji produktów na rynkach zagranicznych, tymczasem w normalnych krajach jest to praktyka absolutnie oczywista, a warunkiem kontraktu na zakup uzbrojenia jest zaangażowanie wysokich oficjeli z kraju oferenta.
Szczęśliwie, spora część podmiotów przetrwała fatalną dekadę. Po roku 2000 ruszyły procesy konsolidacyjne, m.in. utworzono Grupę Bumar, stanowiącą narodowy koncern obronny. Udało się też uzyskać kilka kontraktów eksportowych, m.in. na czołgi PT-91 dla Malezji, pojazdy WZT-3 dla Indii. Wraz z zakupami MON-u pozwoliło to na dotrwanie zbrojeniówki do dziś.
Obecnie oferta jest nadal dość bogata. Przedsiębiorstwa Grupy Bumar mogą produkować czołgi, pracują obecnie intensywnie nad wielozadaniową platformą gąsienicową Anders, która może przekształcić się w polski BWP, wytwarzają dobrej klasy radary obserwacji przestrzeni powietrznej średniego zasięgu, czołgowe systemy kierowania ogniem itd. Część militarna Huty Stalowa Wola oferuje haubicę samobieżną Krab oraz inne systemy artyleryjskie. Siemianowickie WZM produkują na fińskiej licencji KTO Rosomak. Coraz bogatsza jest oferta nowoczesnej broni strzeleckiej – trwają prace nad systemem broni indywidualnej MSBS, Polska jest samowystarczalna w zakresie produkcji broni wyborowej i dużej części zespołowego uzbrojenia piechoty.
Bardzo korzystny jest fakt pojawienia się mocnych podmiotów prywatnych, jak firmy WB Electronics (systemy informatyczne i łącznościowe) czy Teldat (sieciocentryczne systemy wspomagania dowodzenia i zarządzania polem walki). Polskie przedsiębiorstwa pracują również nad bardzo perspektywicznymi rozwiązaniami stricte bojowymi, jak bumarowski system żołnierza przyszłości Ułan 21, próbują też włączyć się w grę o modernizację polskiej OPL jako podwykonawcy. Sytuacja teoretycznie jest niezła, jednak przemysł jest bardzo wrażliwy na wahania finansowania przez MON czy opóźnienia płatności. Niestety, uzyskiwanie kolejnych kontraktów eksportowych idzie dość opieszale, z uwagi na brak wsparcia rodzimego przemysłu przez rząd.
Niekompetencja, zła wola polityczna czy szybka wyprzedaż w celu łatania luk budżetowych mogą polską zbrojeniówkę szybko zniszczyć. Nie istnieje już narodowy przemysł lotniczy – spośród wspomnianych zakładów, PZL Mielec zostały przez podejrzanych menedżerów doprowadzone do faktycznego bankructwa, a po restrukturyzacji wegetowały kilka lat, aby w kontrowersyjnych okolicznościach stać się nabytkiem amerykańskiej UTC. PZL-Rzeszów zostały również w kontrowersyjny sposób sprzedane w ramach rozliczeń offsetowych firmie Pratt & Whitney (stanowiącej część UTC). PZL Okęcie niejako na siłę „wciśnięto” grupie EADS w ramach rozliczenia za samoloty transportowe C-295. I wreszcie – przynoszące zyski zakłady PZL-Świdnik sprzedano w 2010 r. koncernowi AgustaWestland. Pozostałość po polskim przemyśle lotniczym to obecnie WZL-e i malutkie zakłady inż. Margańskiego. Nie trzeba dodawać, że pracująca na potrzeby MON Stocznia Marynarki Wojennej jest w takiej samej kondycji, jak jej patronka.
Si vis pacem para bellum
Stan wyposażenia Wojska Polskiego jest, poza kilkoma jaśniejszymi obszarami, niezbyt dobry, a potrzeby – gigantyczne. Ich zaspokojenie będzie miało kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa kraju, przy czym newralgiczna jest tu kwestia obrony przeciwlotniczej. Firmowane przez obecny obóz rządzący programy na nadchodzące lata nie niosą rozwiązania problemów, mogą wręcz doprowadzić do faktycznego zaniku niektórych rodzajów sił zbrojnych. Profesjonalizacja armii jest prowadzona w bardzo wątpliwy sposób.
Niestety, sanacja sił zbrojnych, jako kosztowna, jest podatna na ataki populistów najgorszego rodzaju. Nie pasuje też do postpolityki, czyli kierowania się wyłącznie słupkami sondaży. Obecnie na pewno nie gotujemy się do wojny – czy zatem zemści się ona za to niespodziewanym nadejściem?