Jak prowadzić kartel narkotykowy

Jak prowadzić kartel narkotykowy

Handel narkotykami jest według szacunków branżą o rocznych obrotach rzędu 300 miliardów dolarów w skali światowej. Jest to wielkość nieporównywalna co prawda z generującą największe pieniądze ochroną zdrowia (ponad 24 biliony dolarów), inaczej jednak wygląda już zestawienie z np. ochroną środowiska, edukacją czy branżą medialną, mającymi wartość ocenianą w skali globu na około bilion dolarów. Podstawowym motorem handlu narkotykami jest chęć zysku, zatem wydaje się, że spojrzenie nań jak na działalność biznesową, strukturalnie analogiczną do wszystkich innych i borykającą się z podobnymi wyzwaniami, może przynieść interesujące wnioski. Takie właśnie podejście zaproponował redaktor magazynu „The Economist” Tom Wainwright w wydanej w roku 2016 książce „Narkonomia” (w wersji oryginalnej noszącej ciekawy podtytuł „Jak prowadzić kartel narkotykowy”, opuszczony z jakiegoś względu w wydaniu polskim).

Kartele jako korporacje

Materiał zebrany przez Wainwrighta dotyczy przede wszystkim studium przypadku największego na świecie rynku narkotyków – amerykańskiego, a także prowadzącego doń szlaku transportu towaru od producentów w Ameryce Południowej lub Meksyku, odgrywającego centralną rolę ze względów geograficznych jako główny szlak przerzutu. Funkcjonowanie karteli obejmuje całą paletę stosunków wzajemnych i wewnętrznych. Z jednej strony występuje bezwzględna konkurencja o zasoby terenowe, takie jak przejścia graniczne. Czyni ona np. z granicznego miasta Ciudad Juárez stolicę zbrodni, w której w wyniku wojen organizacji przestępczych współczynnik morderstw wynosił 130 osób na 100 tysięcy mieszkańców (wartość ta dla większości krajów UE oscyluje wokół 1). Z drugiej strony, kartele w sytuacji wyniszczającej i bardzo kosztownej przemocy, jak panująca w Salwadorze (w latach 90. zginęło tam z tego powodu 50 000 osób) potrafią zawierać porozumienia dotyczące podziału rynków, radykalnie ograniczające rozlew krwi. Organizacje meksykańskie z kolei przejęły od legalnego biznesu model franczyzowy, udostępniając za udział w zyskach swoją markę lokalnym drobnym organizacjom przestępczym.

Stosunki wertykalne w handlu narkotykami z kolei potrafią znacznie odbiegać od bezwzględności znanej z hollywoodzkich produkcji. Grupy przestępcze borykają się z problemami z rekrutacją kadr, które muszą być choćby minimalnie kompetentne, aby realizować z powodzeniem dostawy, a także wolne od infiltracji przez policję i podobne służby. Ogranicza to możliwość rotacji i sprawia, że tolerowanie pewnego zakresu niesolidności staje się bardziej opłacane niż zwolnienie pracownika (w domyśle z zastosowaniem szczególnych metod) i rozpoczynanie nowej procedury rekrutacji. Materiały gromadzone przez służby policyjne wskazują, że organizacje zajmujące się narkobiznesem starają się maksymalnie ograniczać stosowanie przemocy wewnętrznej, nieodwracalnie zrywającej relacje. A w sytuacji konkurencji, takiej jak występująca w Meksyku, kuszą pracowników publicznymi ogłoszeniami, obiecującymi wysokie wynagrodzenia i pakiety socjalne.

Z uwagi na specyfikę działania, kartele w większym stopniu niż firny legalne są uzależnione od pewnego poziomu poparcia w społecznościach lokalnych, umożliwiającego im ukrywanie działalności przed policją. Muszą w związku z tym inwestować w działania PRowe i próbować wykazywać się „społeczną odpowiedzialnością biznesu”. PR polega m.in. na prowadzeniu polityki informacyjnej, np. przez wywieszanie w publicznych miejscach transparentów, które przed zdjęciem trafiają do mediów. W tych reklamach outdoorowych organizacje przedstawiają siebie w pozytywnym świetle, przypisując jednocześnie najgorsze zbrodnie konkurencji. Drugą metodą jest wywieranie wpływu na media w celu osiągnięcia korzystnej selekcji informacji. Narzędziami są tu korupcja i zastraszanie, często z sankcją ostateczną.

Natomiast „odpowiedzialność społeczna” organizacji przestępczych to nagłaśniana dobroczynność i wypełnianie pustki tworzonej przez źle funkcjonujące państwo, np. dzięki udostępnianiu płatnych zabójców, wynajmowanych przez społeczności trapione przez pospolity bandytyzm leżący poza zakresem zainteresowania wielkich gangów.

Podwójnie poszkodowane kraje ubogie

Jak wspomniałem, obroty narkobiznesu są szacowane na 300 miliardów dolarów rocznie. To duża wartość, porównywalna np. z całym PKB Kolumbii. Jednak korzyści ekonomiczne wynikające z tego dla społeczeństw państw-producentów są niewielkie. Wainwright obrazowo charakteryzuje łańcuch wzrostu wartości narkotyku. Do otrzymania kilograma kokainy potrzeba 350 kilogramów liści koki. Kosztują one w Kolumbii 385 dolarów. Kilogram narkotyku ma tam cenę 800 dolarów, przekroczenie granicy Kolumbii zwiększa jego wartość do 2200 dolarów, a granicy amerykańskiej – do 14500 dolarów. Po dostarczeniu do dealera-pośrednika cena wzrasta do 19500 dolarów, dealerzy uliczni sprzedają substancję w cenie w przeliczeniu na kilogram wynoszącej 78000 dolarów, a z uwzględnieniem rozcieńczenia – nawet 120000. Jak widać, bezpośredni producenci otrzymują drobny ułamek szacunkowej kwoty obrotów, reszta pozostaje w rękach złowrogich organizacji.

Przekłada się to na jeden bardzo ważny efekt: walka z kartelami po stronie podaży jest w zasadzie całkowicie nieskuteczna. Operacje policji i wojska przeciwko plantacjom, angażujące wielkie koszty z uwagi na stosowanie coraz bardziej wyrafinowanych technik, nie przekładają się w istotny sposób na zmniejszenie dostępności surowca. Z uwagi na brak realnej koordynacji wysiłków poszczególnych krajów w przypadku np. ofensywy przeciwko plantacjom w Kolumbii produkcja przenosi się do spokojnego w tym czasie po otrąbieniu wyeliminowania upraw Peru – i vice versa). Kartele, będąc monopsonami (jedynymi odbiorcami), mogą narzucać rolnikom stałe ceny mimo niższej w danym okresie dostępności surowca. Nawet dość znaczący wzrost tych cen nie był istotny i nie stanowiłby problemu dla konsumentów z uwagi na znikomy udział w koszcie produktu końcowego.

Większego i trwałego efektu nie dają również działania na szlakach tranzytowych. Ponownie wiążą się one z kosztownym w każdym aspekcie zaangażowaniem poważnych sił. W znacznej części Meksyku spowodowało to wystąpienie faktycznego stanu wojny, porównywalnego z konfliktem zbrojnym o małej intensywności – liczbę ofiar śmiertelnych od roku 2006 do dziś szacuje się na ponad 120000. Jednak kartele działają elastycznie i w sytuacji utrudnienia funkcjonowania i wzrostu jego kosztów w jednym obszarze, ciężar działalności przenosi się w inny (znów analogia z globalnymi korporacjami). Na przykład do ubogich, mających bardzo słabe struktury państwowe krajów Ameryki Środkowej, takich jak Salwador czy Honduras i na karaibski szlak przemytniczy. Napływ nieobecnych lub słabo obecnych wcześniej organizacji dysponujących relatywnie ogromnymi pieniędzmi, korumpujących jeszcze bardziej funkcjonariuszy państwowych, pogarsza i tak zły stan spraw, niezależnie nawet od fal gwałtownej przestępczości, windujących statystyki morderstw do rzędu 100 osób na 100000 mieszkańców (należy pamiętać, że kartele środki na bieżącą działalność gromadzą również z wymuszeń). Problem dla państw ubogich, wywołany brakiem skutecznych działań po stronie popytu, pozostanie zresztą realny nawet w przypadku ewentualnego okiełznania handlu narkotykami w sytuacji okrzepnięcia struktur przestępczych i zgromadzenia przez nie niebagatelnych zasobów finansowych i w zakresie specjalistycznej wiedzy. Organizacje kryminalne bowiem potrafią zdywersyfikować działalność, przerzucając się np. na przemyt ludzi przez bariery imigracyjne, tymi samymi kanałami i z zastosowaniem tych samych narzędzi korupcyjnych, co w odniesieniu do narkotyków.

Na marginesie: w odniesieniu do Ameryki Łacińskiej można postawić pytanie, nad którym nie pochyla się Wainwright. Dla Stanów Zjednoczonych wojna z narkotykami w miejscach produkcji i na szlakach tranzytowych wiąże się z ogromnymi kosztami i budżetami służb (które przez to mają interes w jej kontynuacji), ale stanowi również narzędzie kontroli politycznej nad krajami regionu. Skoro problem jest ponadgraniczny, istnieje argument, że działania również muszą być ponadgraniczne, uzasadniający obecność amerykańskich służb prowadzących działania operacyjne czy kontrolujących udzielaną pomoc  materiałową.

Oddziaływanie nowych technologii

Większe zagrożenie dla tradycyjnego modelu działalności karteli stanowią, dość paradoksalnie, nowe technologie, wywierające też pewien wpływ cywilizujący na branżę. Wymykające się przynajmniej czasowo służbom policyjnym narzędzia w rodzaju przeglądarki Tor i platform handlowych pozostających w mrocznych obszarach Internetu, konkurują z modelem opartym o dealerów ulicznych. Może to ograniczać walki o panowanie nad terytoriami w miastach, tak jak już wcześniej ograniczenie związanych z tym przestępczości i zagrożeń spowodowały telefony komórkowe. Ułatwia też klientom pozyskiwanie używek lepszej jakości, dzięki mechanizmowi ocen, analogicznemu z istniejącym w zwykłych serwisach handlowych. W jakimś stopniu zmniejszy to zapewne najbardziej negatywne skutki zażywania narkotyków, powodowane przez używki zanieczyszczone czy wzmocnione toksycznymi substancjami.

Legalizować?

Wainwright analizując potencjalnie skuteczne sposoby walki z przestępczością związaną z narkotykami wskazuje jednoznacznie na konieczność działań po stronie popytu. Wydaje się, że eliminacja samej skłonności do zażywania substancji odurzających jest po prostu niemożliwa. Wojny z narkotykami pozostają z kolei nieskuteczne. Dane statystyczne wskazują, że aż 40% mieszkańców Stanów Zjednoczonych miało kontakt z marihuaną, zwalczaną na równi z innymi narkotykami. Eksperymenty legalizacyjne, podjęte np. w stanie Kolorado w odniesieniu do marihuany, wydają się dawać wyniki wskazujące, że jest to właściwa droga. Dekryminalizacja oznacza automatyczne pozbawienie organizacji przestępczych źródła dochodu, eliminację segmentu przestępczości, a także oczywiście wzrost dochodów budżetowych. Prowadzenie produkcji przez licencjonowane profesjonalne podmioty zapewnia konsumentom bezpieczeństwo dzięki wysokiej jakości produktom, których zażywanie daje przewidywalne skutki.

Zupełnie przeciwne efekty miała wojna z tzw. dopalaczami, legalnymi syntetycznymi substancjami odurzającymi. Zakazywanie ich ad hoc owocowało wyścigiem między producentami a władzami ze szkodą dla klientów. Ci pierwsi na prohibicję w odniesieniu do jakiejś substancji odpowiadali jej modyfikacjami stosunkowo niewielkimi z chemicznego punktu widzenia, umożliwiającymi ominięcie zakazu, jednak niekoniecznie obojętnymi dla konsumentów – oddziaływanie na organizm mogło zmieniać się radykalnie i negatywnie. Skoro popyt istnieje i prawdopodobnie będzie istniał, właściwszą drogą byłoby umożliwienie legalnej produkcji i zbytu pod warunkiem udowodnionego radykalnego ograniczenia szkodliwości ubocznej.

Oczywiście skutkom legalizacji wybranych narkotyków należy się bacznie przyglądać. Celem jest eliminacja dotychczasowych negatywnych skutków ich obecności, ale już niekoniecznie popularyzacja, która skądinąd leżałaby w interesie dążących do maksymalizacji zysków producentów, nadających produktom atrakcyjne formy, przyciągające ludzi niekoniecznie odpowiedzialnych czy potrafiących właściwie postępować z egzotyczną substancją. Władze państwowe powinny zatem postępować bez przechyłu ideologicznego w żadną stronę, kierując się czystym pragmatyzmem.

dr Jan Przybylski

Tom Wainwright, Narkonomia, Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2016.

pol_pl_Narkonomia-104_2

Czy sankcje powstrzymają Rosję?

W 2014 roku Rosja w związku z kryzysem politycznym na Ukrainie podjęła kroki, które dotychczas mieściły się poza zakresem wyobraźni politycznej odnoszącej się do Europy sensu stricto. W lutym zaanektowała zbrojnie Krym i zainicjowała oraz wsparła na różne sposoby ruchy „separatystyczne” na wschodzie Ukrainy, co doprowadziło do powołania tzw. Republik Ludowych, Donieckiej i Ługańskiej, nie licząc tworów efemerycznych. Stan kryzysu politycznego i pełzającej wojny hybrydowej trwa do dziś, zaostrzany przez wydarzenia takie jak zestrzelenie w lipcu 2014 r. przez prorosyjskich separatystów samolotu malezyjskich linii lotniczych, przewożącego głównie obywateli Holandii. W aspekcie militarnym władze w Kijowie zostały pozostawione samym sobie, otrzymując tylko relatywnie niewielkie wsparcie. Tak zwana wspólnota międzynarodowa podjęła jednak skierowane przeciwko Rosji działania polityczne oraz gospodarcze, przyjmujące postać sankcji.

Gospodarka rosyjska przed rokiem 2014

Jak wszystkie kraje powstałe na gruzach Związku Sowieckiego, Rosja doświadczyła w latach 90. XX wieku gigantycznej zapaści gospodarczej. Kumulowały się w niej skutki załamania wcześniejszego modelu ekonomicznego i negatywne zjawiska, sięgające co najmniej początków konsolidacji porewolucyjnej władzy. Należy wśród nich wymienić efekty kolektywizacji. Co prawda forsowna industrializacja zapoczątkowana za czasów Stalina, dopełniona transferem zdobyczy wojennych i technologii z Niemiec (oraz w mniejszym stopniu z opanowanej przez ZSRR części Europy), spowodowała skokowe w porównaniu z okresem przedrewolucyjnym uprzemysłowienie kraju, jednak impet nadany przez samo przejście od ekstensywnej, prymitywnej produkcji rolnej do przemysłu zaczął się wyczerpywać już u progu lat 60. XX wieku. Cała gospodarka była skrępowana przez założenia ideologiczne i obciążona w ogromnym stopniu przez kompleks pracujący na rzecz potężnej armii, którego świetność w bardzo małym stopniu przekładała się na innowacyjność sektorów komercyjnych. Te ostatnie pozostawały coraz bardziej zacofane wobec Zachodu i prozachodniej części Azji, co szczególnie uwidoczniło się w związku z elektroniczno-informatyczną rewolucją zapoczątkowaną w latach 70. Raz jeszcze okazało się, że wyłączające instytucje polityczne oraz gospodarcze nie są w stanie doprowadzić do długofalowego sukcesu gospodarczego.

Rosja, która przejęła większość postsowieckiej masy upadłościowej, była zatem strukturalnie obciążona od zarania samodzielnego już bytu państwowego. Między rokiem 1992 a 1998 PKB kraju per capita spadło według szacunków MFW o ponad 20% (inne szacunki mówią o nawet niemal 30%). Potem sytuacja ekonomiczna zaczęła się poprawiać, na co wpływ miało kilka czynników. Po pierwsze, wystąpiły naturalne długookresowe procesy adaptacyjne i siłą rzeczy ustał systemowy rabunek, przekładający się na powstawanie znikąd wielomiliardowych fortun oligarchów. Po drugie – epoka Putina przyniosła, dzięki konsolidacji władzy, pewne unormowanie sytuacji wewnętrznej, ograniczające rozbuchaną przestępczość i stwarzające korzystniejsze warunki prowadzenia działalności (wskaźnik morderstw spadł między 2002 a 2011 r. o ponad 60%). Po trzecie i najważniejsze, z końcem lat 90. rozpoczęła się bezprecedensowa hossa na rynku ropy naftowej. Cena nominalna tego surowca wzrosła w ciągu dekady ponad dwunastokrotnie, aby po załamaniu związanym z kryzysem lat 2008-09 ustabilizować się jeszcze na kilka lat na poziomie dziewięciokrotnie wyższym niż w 1998 r. Skutkiem tych wszystkich czynników był ponad dwukrotny wzrost rosyjskiego PKB per capita w latach 2000-2010, a lata do 2014 r. przyniosły kontynuację tego pozytywnego trendu.

Mimo to Rosja roku 2014 pozostawała krajem o wskaźnikach makroekonomicznych na poziomie sytuującym się pomiędzy krajami przyjętymi do UE w 2004 r. a tymi, które dołączyły do wspólnoty w 2007 r. Jej PKB per capita w jednostkach przeliczeniowych ledwie przekraczało 50% tej wartości dla głównych krajów „starej” Unii. Słabością strukturalną pozostawało uzależnienie gospodarki od surowców naturalnych. Sam sektor ropy naftowej i gazu odpowiadał za 16% PKB i 70% wartości eksportu, a także za ponad połowę federalnych rezerw budżetowych. Najbardziej znaczącym rosyjskim sektorem wytwórczym w skali świata pozostaje przemysł zbrojeniowy, na bazie sukcesów którego rozpoczęto starania mające na celu powrót do gry w roli dostawcy samolotów pasażerskich.

Warto zwrócić uwagę na strukturę rosyjskiego handlu zagranicznego. W okresie bezpośrednio poprzedzającym kryzys ukraiński głównym partnerem handlowym Rosji pozostawała Unia Europejska (41,9% importu i 52,9% eksportu). Drugie pod względem ważności Chiny odpowiadały już tylko za 16,3% importu i 6,8% eksportu. Stany Zjednoczone są dla Rosjan partnerem raczej drugorzędnym, na którego przypada około 5% wymiany handlowej.

Reakcje na kryzys ukraiński

Zasadniczym instrumentem retorsji wobec Rosji w związku z agresją na Ukrainę były ograniczenia polityczne i gospodarcze. Były one różne w zależności od strony. W 2014 r. Unia Europejska wprowadziła w odniesieniu do Krymu i Sewastopola zakaz importu towarów, ograniczenia handlowo-inwestycyjne w przypadku niektórych sektorów gospodarki oraz projektów infrastrukturalnych, zakaz świadczenia usług turystycznych w zagarniętym rejonie oraz częściowy zakaz eksportu towarów i technologii. W odniesieniu do samej Rosji sankcje objęły ograniczenie dostępu do pierwotnych i wtórnych rynków kapitałowych UE dla banków i firm powiązanych ze strukturami państwowymi, zakaz eksportu i importu broni, eksportu produktów mogących mieć zastosowanie cywilne i wojskowe, a także ograniczenie dostępu do strategicznych technologii i usług związanych z wydobyciem i produkcją ropy naftowej. Ponadto władze UE zwróciły się do Europejskiego Banku Inwestycyjnego oraz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju o zawieszenie finansowania nowych operacji w Rosji. Sankcje były przedłużane na kolejne okresy, zgodnie z obecnymi ustaleniami mają obowiązywać do 31 stycznia roku 2018 r.

Sankcje nałożone przez administrację amerykańską w 2014 r. są podobne co do zakresu. Zakładają ograniczenie dostępu do kapitału dla sześciu rosyjskich banków państwowych, związanych z nimi podmiotów oraz korporacji obronnej Rostech, a także zamrożenie aktywów rosyjskich firm z sektora obronnego wraz z zakazem współpracy z nimi. Istotne znacznie ma zakres wymierzony w rosyjski sektor naftowy. Obejmuje on ponownie ograniczenia dostępu do kapitału i zakaz dostarczania technologii, usług oraz towarów wspomagających realizację projektów eksploatacji złóż szelfowych w Arktyce, głębinowych, łupkowych i morskich. Co ważne, sankcje amerykańskie zostały latem 2017 r. rozszerzone, aczkolwiek z możliwością poniechania rozszerzenia z uwagi na interes Stanów Zjednoczonych, jeżeli zostanie on uzasadniony przez Biały Dom. Istniejące ograniczenia rozciągnięto na sektory metalowy i wydobywczy, skrócono okresy kredytowania rosyjskich podmiotów finansowych i firm. Prezydent Stanów Zjednoczonych uzyskał też prawo wprowadzenia sankcji skierowanych przeciwko budowie przez Rosję rurociągów eksportowych – może uderzyć nimi we wszystkie podmioty inwestujące w tego rodzaju projekty o równowartości 1 miliona dolarów jednorazowo lub 5 milionów dolarów w ciągu roku. Kolejną ewentualnością może być wprowadzenie zakazu nabywania rosyjskich obligacji skarbowych. Własne sankcje wprowadziły również m.in. Kanada i Japonia, a także, co oczywiste, Ukraina.

Sytuacja gospodarki rosyjskiej po 2014 r.

Z kryzysem krymskim i wprowadzaniem sankcji zbiegł się bardzo niekorzystny dla rosyjskiej gospodarki i budżetu gwałtowny spadek cen ropy naftowej. Wzrost produkcji tego surowca z łupków w Stanach Zjednoczonych, zwiększenie wydobycia przez – mającą diametralnie różne od rosyjskich cele polityczne w konflikcie syryjskim – Arabię Saudyjską, ale także przez Irak, Libię i Iran, a i pewien spadek popytu – wszystko to spowodowało zniżkę cen surowca na rynkach światowych. Spadły one z poziomu rzędu 100 dolarów za baryłkę w połowie 2014 r. do ok. 50 dolarów obecnie (z minimum wynoszącym niecałe 30 dolarów na początku 2016 r.). Zjawisko to nie jest efektem oficjalnych sankcji wobec Rosji, jednak z uwagi na rolę, jaką odegrały w nim Stany Zjednoczone i saudyjska monarchia, trudno nie dopatrywać się tu elementu wojny handlowej z Moskwą i podkopywania jej pozycji. Należy przy tym zauważyć, że koszt produkcji ropy w Rosji jest wyższy niż w np. krajach Zatoki Perskiej. Według szacunków z 2014 r. w przypadku złóż lądowych wynosił on 18 dolarów za baryłkę, a w przypadku arktycznych – aż 120 dolarów, podczas gdy wyprodukowanie najtańszej pod tym względem ropy saudyjskiej kosztowało zaledwie 3 dolary. Ze spadkiem cen ropy skorelowany był znaczący spadek notowań rubla wobec głównych walut. W połowie 2014 r. za euro trzeba było zapłacić około 45 rubli, obecnie – niemal 70 (ponad 88 na początku 2016 r.), natomiast dolar zdrożał z ok. 35 do 55 rubli (maksymalny kurs również na początku 2016 r. – 78). W związku z tym efekt oficjalnych sankcji jest trudny do jednoznacznego oszacowania.

Wymiernym skutkiem koniunkcji wszystkich zjawisk jest przynajmniej czasowe pogorszenie się wskaźnika wzrostu gospodarczego w Rosji. Według danych Banku Światowego w 2014 r. wyniósł on 0,7% PKB, 2015 r. i 2016 r. przyniosły spadki, odpowiednio o 3,7 i 0,6% (jednak już w 2017 r. PKB Rosji ma wzrosnąć o 1,5%). Ocenia się, że zasadniczymi problemami dla rosyjskiej gospodarki są spadek cen ropy naftowej i niewydolność obowiązującego modelu zarządzania oraz zaległości strukturalne. Sankcje wyraźnie utrudniają ich rozwiązanie. Ograniczenia o charakterze finansowym utrudniają rosyjskim podmiotom pozyskiwanie kapitału zagranicznego, np. refinansowanie pożyczek, pogarszając kondycję finansową i możliwość realizacji programów inwestycyjnych. Nastąpił znaczący odpływ kapitału – 151 miliardów dolarów w 2014 r., 56,9 miliarda w 2015 r.; wpływ samych sankcji od połowy 2014 r. do połowy 2015 r. oceniany jest na 72 miliardy. Kolejnym efektem jest spadek bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W 2015 r. wyniósł aż 92% w stosunku rocznym, aczkolwiek występuje tu kumulacja różnych zjawisk, takich jak wcześniejsze spowolnienie gospodarcze w Rosji i sceptycyzm inwestorów wobec wschodzących rynków.

Rosyjski budżet został obciążony kosztami strategicznego wsparcia firm, którym trudno pozyskiwać środki na rynkach kapitałowych. Państwo wraz z Bankiem Centralnym podejmuje kroki w celu utrzymania płynności finansowej banków i pomaga należącym do siebie przedsiębiorstwom, działającym w trudniejszych warunkach, a wartość pomocy publicznej w 2015 r. wyniosła 2,4% PKB. Pomoc dla firm była konieczna z uwagi na załamanie kursu rubla, które, chociaż pozornie kompensowało na płaszczyźnie wewnętrznej spadek cen ropy, jednak radykalnie zwiększało koszty obsługi zadłużenia, denominowanego w walutach zagranicznych. Natomiast niski udział towarów wysoko przetworzonych w eksporcie uniemożliwił skorzystanie w większym zakresie z potencjalnego wzrostu konkurencyjności na rynkach zagranicznych. Z uwagi na znaczenie sektora naftowo-gazowego dla gospodarki kraju, należy podkreślić wpływ ograniczeń na możliwość pozyskania przez niego kapitału zagranicznego, oddziałujący tak na bieżące wyniki, jak i na realizację projektów infrastrukturalnych. Koncerny takie, jak Rosnieft, Novatek czy ŁUKoil, musiały w 2015 r. i w kolejnych latach ograniczyć budżety przeznaczone na inwestycje o nawet 10-30% w stosunku do lat poprzednich. Przy realizacji strategicznego projektu produkcji skroplonego gazu ziemnego, Jamał-LNG, wystąpiły problemy z zapewnieniem finansowania i wynikające z nich opóźnienia.

W całej gospodarce pojawił się negatywny klimat inwestycyjny i wzrosła niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji. Ekspercka Grupa Ekonomiczna, doradzająca Ministerstwu Finansów Rosji, ocenia skumulowane koszty spadku ceny ropy i sankcji w latach 2014-2017 na 600 miliardów dolarów, przy czym same sankcje mają odpowiadać za 170 miliardów – przy nominalnej wartości PKB Rosji wynoszącej w 2016 r. 1,28 biliona dolarów. Spadek tempa rozwoju gospodarczego, znów wynikający z kumulacji czynników, jest oceniany na 2,1% PKB rocznie. Trudno ocenić obecnie efekty długofalowe sankcji. Mogą one z uwagi na pewien zakres izolacji gospodarczej Rosji utrudnić jej wyjście ze stagnacji ekonomicznej oraz utrudnić na dłuższą metę rozwój technologiczny sektora naftowego, a z uwagi na rozszerzenie palety sankcji amerykańskich – nie tylko jego.

Słaba bariera i nieszczelne sito

Sankcje ekonomiczne, jak wskazano powyżej, przynajmniej do pewnego stopnia pogorszyły kondycję rosyjskiej gospodarki. Jednak ich znaczenie krótkoterminowe, a przez to wpływ na zahamowanie agresywnych poczynań, pozostaje ograniczone. Handel ropą jako taki oraz sektor rafineryjny nie doznały bezpośrednich szkód, kontynuowane były inwestycje w modernizację zakładów przetwórczych. Szybka reakcja państwa (kosztem deficytu budżetowego) pomogła firmom dotkniętym problemami powrócić do równowagi, dzięki czemu nie wystąpiły istotne koszty społeczne, poza spadkiem siły nabywczej w odniesieniu do produktów importowanych. Pewne znaczenie może mieć wywołana niskim kursem rubla migracja za granicę wykwalifikowanych specjalistów – rosyjska prasa donosi np. o wywołującym problemy kadrowe wyjeździe setek doświadczonych pilotów cywilnych do krajów azjatyckich, w szczególności do Chin, Indii i Wietnamu, gdzie pracodawcy mogą obecnie zaoferować znacznie bardziej atrakcyjne stawki.

W pewnym zakresie amortyzację efektów zachodnich sankcji dla gospodarki rosyjskiej jako całości ułatwiły inwestycje chińskie czy indyjskie. Jednocześnie kapitał zachodnioeuropejski nie zaprzestał finansowania istotnych projektów infrastrukturalnych, np. bałtyckiego gazociągu Nord Stream 2 czy wspomnianego projektu Jamał-LNG, który znalazł inwestorów z Niemiec i Szwecji. Tu znaczenie może mieć dopiero ewentualne wprowadzanie w życie zaostrzonych sankcji amerykańskich. W odniesieniu do nich należy jednak odnotować niechęć czynników z Unii Europejskiej, vide krytykujące inicjującą cały proces decyzję Senatu Stanów Zjednoczonych oświadczenie kanclerza Austrii i wicekanclerza oraz ministra spraw zagranicznych Niemiec, wsparte następnie co do zasady przez Angelę Merkel. Rosjanie ponadto są w stanie obchodzić poszczególne sankcje sektorowe. Dowodem jest choćby skandal dotyczący wysłania na Krym, z przeznaczeniem dla strategicznie ważnej elektrociepłowni, turbin gazowych firmy Siemens. Formalnie były one przeznaczone dla zakładu na Półwyspie Tamańskim, jednak analitycy ukraińscy długo przed faktyczną dostawą ostrzegali, że faktycznym miejscem docelowym będzie właśnie Krym. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy niewiedza niemieckiego kontrahenta w tym zakresie była prawdziwa czy markowana.

Sankcje nie sprawiły też w najmniejszym stopniu problemów rosyjskiemu handlowi bronią, gdyż kraje je stosujące nie są nią po prostu zainteresowane. Z kolei procesy trwające od 2011 r. na Bliskim Wschodzie spowodowały otwarcie dla Rosjan rynków, na których z przyczyn politycznych dotychczas prosperowali słabo, przede wszystkim egipskiego, ale w perspektywie być może również tureckiego i jordańskiego. Modernizacja rosyjskich sił zbrojnych w dużej mierze dokonała się dzięki wykorzystaniu hossy na rynku naftowym, i nawet ewentualne opóźnienie czy ograniczenie z przyczyn budżetowych wdrożenia najbardziej perspektywicznych programów, takich jak nowy myśliwiec wielozadaniowy ­Su-57 czy czołg T-14 Armata, nie będzie miało istotnego wpływu na zdolność bojową rosyjskiej armii w ciągu najbliższych kilku lat. Anulowany w następstwie wydarzeń krymskich kontrakt na zakup we Francji okrętów desantowych typu „Mistral” miał w istocie znaczenie o wiele mniejsze, niż powszechnie przypisywane. Paradoksalnie większy wpływ miały tu sankcje ukraińskie, które prawdopodobnie uniemożliwią np. ukończenie dla WMF co najmniej dwu fregat i opóźnią ukończenie kilku kolejnych, co jest spowodowane embargiem na dostawę turbin. Z kolei newralgiczne dla modernizacji rosyjskiej broni pancernej dostawy francuskiej konstrukcji kamer termowizyjnych, skokowo zwiększających możliwości bojowe czołgów, nie zostały przerwane wskutek sankcji, aczkolwiek nie jest do końca jasne, czy producent skorzystał z wyłączenia z ich zakresu umów wcześniej zawartych, czy też technologia wytwarzania urządzeń została efektywnie przekazana Rosjanom. Jeżeli ostatecznie potwierdzą się informacje o redukcji rosyjskich wydatków obronnych, które mają według założeń budżetowych na kolejne lata wyraźnie spaść (z 1,021 biliona rubli w 2017 do 943,6 miliarda w 2018, 860,6 miliarda w 2019 i 869,1 miliarda w 2020), będzie to można interpretować jako dość spektakularny efekt uderzenia przez oponentów Moskwy w ceny ropy naftowej.

Ogólnie rzecz biorąc, i odwołując się do sławnej frazy, sankcje są dla Rosji póki co raczej katarem niż gruźlicą, która skłoniłaby ją do rachunku sumienia. Skuteczniejsze retorsje musiałyby utrudniać przede wszystkim bezpośrednio rosyjski handel surowcami, co mogłoby owocować pogłębieniem problemów budżetowych Moskwy. Takie działania są jednak trudne z wielu powodów. Po pierwsze – gospodarki krajów Unii Europejskiej nawet w przypadku wystąpienia woli politycznej musiałyby mieć czas na przestawienie się na alternatywne kierunki dostaw (na marginesie można też zadać pytanie, czy kierowanie dodatkowych mas pieniędzy do Arabii Saudyjskiej lub Kataru, z kręgami polityczno-ideologicznymi mającymi bardzo niesympatyczne ambicje, nie byłoby przypadkiem wpadaniem z deszczu pod rynnę). Po drugie – wielkim odbiorcą rosyjskich surowców są Chiny, które na pewno nie przyłączą się do żadnych sankcji, a zwiększenie uzależnienia od siebie Moskwy powitają bardzo przychylnie, wszak powtórzenie wolty z początku lat 2000, tj. proamerykańskiego zwrotu Rosji, stanowi czarny sen chińskich elit. Po trzecie wreszcie – trzeba pamiętać, że z perspektywy Waszyngtonu i stolic zachodnioeuropejskich Ukraina jest tylko jednym z elementów globalnej układanki, co pozostawia Rosji znaczną możliwość manewru. Dla Stanów Zjednoczonych ważne jest rosyjskie stanowisko w sprawach Korei Północnej, Bliskiego Wschodu oraz ponownie, po zarzuceniu przez administrację prezydenta Trumpa obamowskiego odprężenia na tym kierunku, Iranu. Europa ma problem przede wszystkim z Bliskim Wschodem. Na tym tle szeroko zakrojoną i bardzo skuteczną interwencję Rosji w Syrii należy traktować jako nakierowaną, obok celów bezpośrednich, na wyprowadzenie Moskwy z pewnej izolacji, w jaką wpadła wskutek agresywnych działań przeciwko Ukrainie. I wydaje się, że odniosła ona zamierzony skutek. Rosjanie odzyskali pozycję protagonistów bliskowschodniego teatru politycznego, z którymi muszą liczyć się i układać zachodni partnerzy.

Prawdopodobnie najbardziej dotkliwa dla Rosji byłaby stymulacja przez Zachód, dzięki obustronnie korzystnej polityce, w tym gospodarczej, budowy silnego, zwartego i zamożnego państwa ukraińskiego, które mogłoby skutecznie przeciwstawiać się zakusom potężnego sąsiada i mieć orientację prozachodnią opartą na korzyściach, nie nadziejach. To jednak wydaje się mało realne, tak z uwagi na jakość elit ukraińskich, jak i kadr, które trafiają tam z zagranicy, w tym i z Polski. A przede wszystkim z uwagi na nasze własne, często gorzkie, doświadczenia z okresu po 1989.

Meandry modernizacji technicznej Wojska Polskiego

Meandry modernizacji technicznej Wojska Polskiego

Do nierzadko porywających programów, prezentacji i deklaracji w odniesieniu do modernizacji polskiej armii zdążyliśmy się już przyzwyczaić – rozpoczęły się wszak niedługo po objęciu Ministerstwa Obrony Narodowej przez Tomasza Siemioniaka. Antoni Macierewicz wniósł w tym zakresie swój bardzo wyrazisty i niebagatelny wkład. Niestety, upływający nieubłaganie czas wymusza na kierownictwie resortu przechodzenie do pewnych konkretów – które jednak, jak się okazuje, nie zawsze dorastają do niezwykle wysokiego poziomu retoryki. Chociaż sfera deklaratywna ma się bardzo dobrze, obejmując np. obietnice zwiększenia do roku 2030 wydatków na obronność do poziomu 2,5% PKB, warto przyjrzeć się realizacji w sferze wspomnianych konkretów, skupiając się na poszczególnych, najważniejszych obszarach.

Finansowe fundamenty modernizacji

Projekt budżetu MON na rok 2018 zakłada przeznaczenie na potrzeby resortu kwoty 41,1 miliarda złotych, tj. 2% PKB. Przeprowadzona w bieżącym roku nowelizacja ustawy o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finansowaniu Sił Zbrojnych RP spowodowała wzrost preliminowanej kwoty o 2,378 miliarda złotych wobec wersji sprzed zmian. W teorii byłaby ona o 10,2% wyższa niż wydatki zaplanowane na rok 2017. Należy jednak zwrócić uwagę, że projekt obejmuje również wydatki na program modernizacji Policji, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej i Biura Ochrony Rządu, wynoszące 395,7 miliona złotych, na Lotnicze Pogotowie Ratunkowe (39,6 mln złotych) oraz przede wszystkim finansowanie zakupu samolotów VIP, które według pierwotnych założeń miało się odbywać spoza budżetu MON, jednak zgodnie z obecnymi planami resort ma przeznaczyć na ten cel 809,2 miliona złotych.

Wszystkie te wydatki, włącznie z samolotami VIP, są same w sobie uzasadnione, jednak uwzględnienie ich sprawia, że deklarowane wzrosty nakładów stają się znacznie mniej imponujące. Po odliczeniu wspomnianych kwot faktyczna wysokość wydatków na obronność będzie wynosiła 1,94% PKB. W szczególności samoloty VIP skonsumują zasadniczą część wzrostu środków przeznaczonych na realizację Planu Modernizacji Technicznej, który w stosunku do roku 2017 miałby wynieść 1,227 miliarda złotych, dając kwotę 10,425 miliarda, w tym 6,695 miliarda w ramach strategicznego programu wieloletniego. Co prawda w kolejnych latach wydatki na maszyny VIP będą spadać do poziomu 300-400 milionów złotych rocznie, a środki przewidziane na program wieloletni mają rosnąć (do 8,856 miliarda złotych w 2019 i 11,043 miliarda w 2020), należy jednak zauważyć, że wydatki związane z finansowaniem zawartych już umów pozostają pewne, natomiast wzrosty finansowania zawsze mogą paść ofiarą braków budżetowych czy kalkulacji politycznej. W porównaniu z planami na rok 2017 środki na program wieloletni w roku 2018 wręcz spadną, o 366 milionów złotych – odrębną sprawą jest oczywiście faktyczna realizacja tych wydatków, związana z odwlekaniem realizacji konkretnych zadań modernizacyjnych.

Kluczowa obrona przeciwlotnicza – czyli nadal czeski film

Zgodnie z aktualnie obowiązującą wykładnią, Polska zamierza w ramach programu „Wisła” zakupić systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe średniego zasięgu Patriot, których dostawcą będzie koncern Raytheon. W mocy pozostaje zatem decyzja podjęta w roku 2015 jeszcze przez poprzednie kierownictwo resortu. Zgodnie z memorandum intencji, zawartym 6 lipca bieżącego roku przez MON i Departament Obrony Stanów Zjednoczonych, w razie osiągnięcia ostatecznego porozumienia zakup miałby zostać podzielony na dwie fazy. W pierwszej Polska miałaby otrzymać dwie baterie systemu w istniejącej wersji Patriot 3+ (PDB-8) z dotychczasowymi radarami sektorowymi, ale już nowym, sieciocentrycznym systemem dowodzenia IBCS. Dostawy zostałyby zrealizowane w roku 2022, a wstępną gotowość bojową systemy osiągnęłyby w 2023. Druga faza objęłaby 6 baterii, już w wymaganej przez Polskę docelowej konfiguracji z nowym radiolokatorami dookólnymi, „niskokosztowym” pociskiem przeciwlotniczym SkyCeptor opartym na izraelskim (choć opracowanym z pomocą amerykańską) Stunnerze oraz integracją z polskimi radarami wstępnego wykrywania celów.

cover_1469779709

Pierwszym problemem jest ogromne opóźnienie dostaw wobec pierwotnych planów, które zakładały pozyskanie pierwszych systemów już w roku 2018. A należy przypomnieć, że stan polskiej obrony przeciwlotniczej, kluczowej dla odparcia ewentualnego uderzenia wroga wychodzącego poza poziom pełzającej wojny hybrydowej, jest opłakany i pogarsza się z upływem czasu. Chociaż PRL nie istnieje już 28 rok, poza zakresem bardzo krótkiego zasięgu (rzędu 5 km) nie dokonano dotychczas żadnej przełomowej inwestycji, która przyniosłaby zasadniczą zmianę jakościową wobec stanu odziedziczonego po poprzednim ustroju, dość kiepskiego już w latach 80. z uwagi na brak środków na zakup nowych systemów sowieckich, takich jak S-300 czy Buk. Prowadzone krajowymi siłami modernizacje zestawów z lat 60.–70. na pewno były potrzebne i przydatne, nie były jednak w stanie zmienić ogólnej przestarzałości chociażby z uwagi na zerowe zdolności przemysłu w zakresie produkcji pocisków rakietowych zasięgu od krótkiego wzwyż. Obecnie zatem OPL można uznać za istniejącą w zakresie zasięgu bardzo krótkiego, słabą w zakresie krótkiego oraz najwyżej symboliczną lub w ogóle niewystępującą w dalszych. Ponieważ nic nie wskazuje, że do roku 2022 cokolwiek się zmieni, przy braku wsparcia sojuszniczego lotnictwo ewentualnego nieprzyjaciela będzie miało do tego czasu ogromną swobodę operacyjną nad Polską, którą posiadane F-16, jeżeli przetrwają przy mizernej obronie przeciwlotniczej pierwsze uderzenie, będą w stanie zakłócić tylko w niewielkim stopniu.

Zasadniczy problem z systemem Patriot polega na nieprzystawalności obecnie istniejącej wersji do polskich wymagań. Zostały one sformułowane merytorycznie słusznie – perspektywiczny system obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej winien odznaczać się sieciocentryczną, otwartą konfiguracją czy mieć dookólne radary, zapewniające znacznie większą elastyczność operacyjną. Sęk jednak w tym, że Patriot, na którego się zdecydowano, w istniejącej wersji ich nie spełnia, a traktowany przez MON jako warunek sine qua non zakupu system dowodzenia IBCS znajduje się na relatywnie wczesnym etapie drogi rozwojowej i jest daleki od dojrzałości technicznej oraz przydatności operacyjnej. Nawet rok 2022 nie musi wcale przynieść jego wersji zdatnej do faktycznej eksploatacji. Rozbudowana, daleko odbiegająca od seryjnej, konfiguracja przekłada się na koszty – bardzo wiele wskazuje, że zamknięcie się kosztów programu „Wisła” w oczekiwanej przez MON kwocie 30 miliardów złotych będzie nierealne. A przecież jednym z kluczowych zarzutów obecnej ekipy wobec poprzedniej było ogłoszenie, że tamta negocjowała zakup o wartości aż 47 miliardów złotych…

Kolejną kwestią są korzyści dla krajowej gospodarski, związane z udziałem w produkcji systemów i transferem technologii. Oczekiwania i deklaracje były ogromne – minister Macierewicz twierdził, że w Polsce powstanie co najmniej połowa wartości systemów, i to nie licząc pocisku „niskokosztowego”. Oczekiwano uzyskania znaczących kompetencji w zakresie wytwarzania nowoczesnych, wręcz awangardowych pocisków przeciwlotniczych zasięgu do średniego oraz pozyskania technologii produkcji radarów opartych na azotku galu, będącym najnowszym krzykiem techniki, stanowiącym radykalny postęp wobec starszych rozwiązań wykorzystujących arsenek galu. Co więcej, zdolności pozyskane w ramach „Wisły” miały umożliwić opracowanie już de facto polskimi siłami systemu piętra niższego, tj. zasięgu krótkiego (pierwotnie 25 km, po modyfikacji wymagań 40 km), określanego kryptonimem „Narew”.

Tymczasem wrzesień przyniósł stanowiącą kubeł zimnej wody deklarację Raytheona. Zgodnie z nią przekazanie algorytmów, kodów źródłowych, głowicy samonaprowadzającej i wieloimpulsowych silników rakietowych SkyCeptora będzie niemożliwe, po części z uwagi na wymogi traktatowe, ale w zasadniczej mierze z powodu weta amerykańskiej administracji. Analogicznie niedobrze miała wyglądać sprawa technologii azotku galu. W tej sytuacji można przewidywać, że zapowiadane korzyści gospodarcze i przede wszystkim rozwój krajowej bazy wytwórczej okażą się mrzonkami, a cała gra będzie sprowadzała się do żonglowania współczynnikami przeliczeniowymi przez Amerykanów, którzy po realizacji pierwszego etapu programu zapewnią sobie dyktat w kwestii warunków współpracy, finansowych i wszelkich innych. Stronie polskiej natomiast pozostanie robienie dobrej miny do złej gry i ogłaszanie wymyślonych sukcesów.

Co prawda dość dobrze już znane nastawienie obecnego kierownictwa MON, a w szczególności samego jego szefa, absolutnie nie pozwalają wykluczać zgody na takie rozwiązanie, to jednak dla porządku warto wspomnieć o informacjach na temat rozważania alternatyw. Chociaż minister zachowuje urzędowy optymizm, wyraża nadzieje na rychłe porozumienie z Raytheonem, a nawet twierdzi, że przyjęcie tymczasowej konfiguracji jeszcze bez IBCS pozwoli zrealizować pierwsze dostawy już w roku 2020 lub nawet 2019, pojawiają się jednak przecieki, że wciąż w grze pozostaje amerykańsko-europejskie konsorcjum MEADS. Oferuje ono system alternatywny wobec Patriota, chociaż dzielący z nim pociski PAC-3 MSE – produkowane jednak przez lidera MEADS, koncern Lockheed Martin. Tu transfer technologii miałby być pozbawiony przeszkód dzięki możliwości skorzystania z pośrednictwa podmiotów europejskich. W dziedzinie techniki radarowej rolę taką miałby pełnić włoski koncern Leonardo. Technikę rakietową miałoby natomiast zapewnić powiązane z Leonardo konsorcjum MBDA, oferujące brytyjsko-włoską rodzinę pocisków CAMM. Pociski CAMM/CAMM-ER zostały niedawno wskazane jako potencjalna baza „Narwi” przez samego Antoniego Macierewicza, co może nie oznaczać zupełnie niczego, jednak nie musi. Według przecieków została zaoferowana bardzo daleko idąca polonizacja i przekazanie technologii rodziny CAMM, a w obecnej sytuacji nie można wykluczyć nawet opartej na MEADS „Narwi”, strzelającej obok CAMMów również… pociskami PAC-3 MSE i faktycznego odłożenia „Wisły” ad Kalendas Graecas. MON twierdzi, że w puli przyszłorocznych wydatków zarezerwował na „Wisłę” 200 milionów złotych. Ostatnie dni przyniosły informację o określeniu w dokumentach przedłożonych Kongresowi Stanów Zjednoczonych przez Defence Security Cooperation Agency maksymalnej wartości zamówienia dotyczącego pierwszego etapu programu „Wisła”, opartego o rozwiązania Raytheona i system IBCS. Z pakietem współpracy przemysłowej miałaby ona wynieść aż 10,5 miliarda dolarów. Należy pamiętać, że zapewne wyraźnie przewyższa ona kwotę faktycznej potencjalnej transakcji, jednak nawet zastosowanie przybliżonych współczynników korygujących wyraźnie wskazuje, że zamknięcie realizacji całego programu w określonych przez MON granicach staje się w praktyce zupełnie nierealne.

W całej sprawie warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Jak twierdzą eksperci, całość niezwykle skomplikowanego przedsięwzięcia, na którego poziom trudności składają się kwestie takie, jak konieczność analizy uwarunkowań prawnych poszczególnych krajów oraz traktatów międzynarodowych, zagadnienia stricte techniczne oraz przebijanie się przez wielopoziomowy lobbing biznesowy oraz polityczny – jest realizowana bez powołania centralnego biura do spraw programu, w którym koncentrowałaby się całość informacji i zasobów specjalistycznych, wspartych ekspertami spoza MON-u. Za błąd ten odpowiada ekipa ministra Siemioniaka, nie został on jednak naprawiony przez obecną, choć poświęciła (a właściwie straciła) nie mniej niż pół roku na wydobycie wiedzy rozproszonej między jednostkami ministerstwa. Last but not least, przeciwnikami zarabiających 3600 złotych brutto miesięcznie polskich specjalistów są w negocjacjach ludzie zarabiający tyle w ciągu dnia, jeżeli nie wręcz godziny… To wszystko pogłębia skalę trudności i utrudnia osiągnięcie długofalowo i w szerokim zakresie korzystnego wyniku.

Artyleria rakietowa – dla krajowej gospodarki póki co pompowanie powietrza do kół

Na początku lipca bieżącego roku ogłoszono, że negocjacje w ramach programu Homar w sprawie zakupu systemów artylerii rakietowej, zapewniających Wojskom Lądowym odbudowę utraconych zdolności rażenia celów w odległości 70–300 km, będą prowadzone z koncernem Lockheed Martin, proponującym  system HIMARS z pociskami GMLRS i ATACMS. Oferta amerykańska została przedłożona nad izraelską (koncerny IMI/IAI).

Program ten został zainicjowany jeszcze w ubiegłej dekadzie, notował kolejne opóźnienia. Zgodnie z deklaracjami z czasów urzędowania ministra Siemioniaka systemy miały trafić do linii jeszcze w bieżącym roku, co oczywiście nie nastąpiło. Obranie kierunku ku finalnej decyzji należy zatem uznać za wartość samą w sobie. Jak się jednak okazuje, nie ma róży bez kolców. Chociaż również i w tym przypadku wiele mówiono o offsecie oraz transferze technologii, informacje z ostatnich dni wskazują wyraźnie, że pierwsza transza, obejmująca 56 wyrzutni (3×18 dla trzech dywizjonów i dwie szkolne) zostanie dostarczona ze Stanów Zjednoczonych jako gotowe produkty, w których amerykańskie będą nawet nośniki (samochody ciężarowe). Ma to pozwolić na realizację pierwszych dostaw w roku 2019.

Z punktu widzenia wojska rozwiązanie takie jest na pewno korzystne, gwarantując szybkie i terminowe wprowadzenia zestawów do uzbrojenia, jednak nie sposób nie zadać pytania o korzyści dla gospodarki krajowej, a także o wcześniejsze deklaracje. Póki co MON składa kolejne, zapowiadając trzykrotne zwiększenie skali zamówienia, do rzędu 160 wyrzutni, które miałyby być już spolonizowane i powiązane z systemem IBCS, co zwiększyłoby zdolności odpierania uderzeń rakietowych nieprzyjaciela przez niszczenie jego środków ogniowych. Plany dotyczące dalszych dostaw miałyby być realizowane po roku 2022. Jako słowa wygląda to bardzo ładnie, ale niestety zrealizowane zostać może, jednak wcale nie musi. W najgorszym razie krajowy przemysł może obejść się zupełnie smakiem.

Marynarka Wojenna – płoną koncepcje i okręty

O fatalnym stanie polskiej floty napisano już wszystko, i to niejednokrotnie. Podstawowe okręty nawodne i podwodne są stare i przestarzałe. W tej drugiej kategorii zmierzamy do kategorii muzealnej, bo wszystkie ex-norweskie jednostki typu „Kobben” liczą już sobie co najmniej 50 lat. Co gorsza, ledwie 31-letni osesek „Orzeł” doznał we wrześniu pożaru i poważnych uszkodzeń, które co najmniej na pewien czas wyeliminują go ze służby.

Następcy według dawnych założeń powinni być w służbie już w roku 2020, co jednak jest zupełnie nierealne. W odróżnieniu od opisanych wyżej programów, procesy decyzyjne nie zostały jeszcze zakończone, nadal w grze pozostają oferty francuska, niemiecka i szwedzka. Pewne sygnały wydają się wskazywać, że preferencję mogłaby mieć ta pierwsza – a kontrakt miałby mieć również znaczenie polityczne i w założeniu pomóc wnieść pewne odprężenie do fatalnych ostatnio relacji polsko-francuskich. W każdym razie, mimo zapowiedzi podjęcia decyzji jeszcze w tym roku, perspektywa wcielenia jednostek coraz bardziej się oddala. Wydaje się, że i skorygowana data wejścia do służby pierwszej, co miałoby stać się w roku 2024, będzie pobożnym życzeniem. Chociaż okręty podwodne są podawane w wątpliwym sosie strategicznym, którego podstawę stanowią pociski manewrujące, wydaje się, że ich zamówienie jest przesądzone.

Gorsza sytuacja dotyczy floty nawodnej, której trzon bojowy tworzą obecnie dwie dobiegające powoli czterdziestki, bardzo przestarzałe, niezupełnie sprawne i posiadające szczątkowe uzbrojenie ex-amerykańskie fregaty. MON oficjalnie zawiesił postępowanie w sprawie pozyskania mających zastąpić te jednostki dużych korwet/małych fregat typu „Miecznik” oraz uzupełniających je patrolowców typu „Czapla”. Co gorsza, flota poczeka co najmniej do przełomu lat 2018/19 na ukończenie okrętu patrolowego „Ślązak”, jedynego plonu sławnego programu „Gawron”. Trudno powiedzieć, czy przy obecnych tendencjach podstawowy komponent nawodny MW po prostu przestanie istnieć w momencie śmierci technicznej posiadanych fregat, zostaną pozyskane okręty używane (wciąż nie podjęto żadnej decyzji w sprawie ewentualnego nabycia od Australii fregat typu „Adelaide”), czy może jego namiastką pozostanie ewentualnie dozbrojony do poziomu korwety „Ślązak”. Notabene problemy z realizacją programu „Gawron”, których finałem jest spodziewane niemal dwuletnie opóźnienie ukończenia jedynego okrętu w zubożonej wersji, każą żywić najwyższe obawy w odniesieniu do przebiegu budowy okrętów podwodnych z udziałem krajowych podmiotów decyzyjnych i wykonawczych.

Jakiekolwiek decyzje lepsze niż żadne

Podsumowując, z punktu widzenia Sił Zbrojnych na pewno lepsze są dowolne decyzje, niezależnie od ich oceny merytorycznej czy skutków gospodarczych, niż niekończące się dialogi i zwroty akcji. W kluczowych dziedzinach, takich jak obrona przeciwlotnicza, ta swoista systemowa prokrastynacja już dawno zaczęła mieć wymiar potencjalnie graniczący z kryminalnym – w razie niespodziewanego wybuchu konfliktu kolejnym decydentom trudno byłoby wytłumaczyć się z faktycznego pozostawienia kraju bez obrony. Tym bardziej że nie podjęto działań mających na celu wypełnienie wytworzonej luki np. przez zakup systemów z drugiej ręki. W jakimś sensie prawdopodobnie możemy podziękować Rumunom, którzy podjęli działania mające na celu modernizację swojej armii przez wprowadzenie do niej zestawów Patriot (teoretycznie w wersji istniejącej, znacznie uboższej niż żądana przez Polskę, bez offsetu, jednak praktyka może wykazać, że faktycznie uzyskane systemy będą takie same) oraz HIMARS, z perspektywą zamknięcia całości procesów w ciągu kilku lat, bez tracenia czasu na bezowocne procedowanie.

Czym innym jednak są efekty dla przemysłu i choćby segmentowego rozwoju technologicznego kraju. Tu szumne deklaracje mogą okazać się bardzo boleśnie rozbieżne z rzeczywistością, a same programy być powtórkami z zakupu F-16, potwierdzając szydercze powiedzenie o Polaku głupim po szkodzie i przed szkodą. Byłoby zaiste fatalnie, gdyby organizm państwowy wykazał się brakiem zdolności nauki na własnych błędach mimo kilkunastu lat, jakie można było przeznaczyć na spokojne analizy i wypracowanie procedur ułatwiających uniknięcie błędów. Są co prawda pewne nadzieje, że nie skończy się tak źle, jednak budowanie na nich może niestety łacno okazać się wznoszeniem zamków na piasku.

dr Jan Przybylski

Turcja: od kemalizmu – dokąd?

Jeżeli wierzyć Wyspiańskiemu, już na początku XX wieku na wiejskim weselu można było usłyszeć pytania polityczne, a nawet geopolityczne. Epoka popkultury również przynosi zabawne koincydencje – emisja niezwykle popularnego w Europie Południowej i Środkowo-Wschodniej serialu „Wspaniałe stulecie”, przedstawiającego baśniową wizję złotej epoki państwa osmańskiego, zbiegła się z przekształceniem Turcji z pewnej stałej w polityce międzynarodowej, jaką była od wielu dekad, w wielkie pytanie, być może najważniejsze poza basenem Pacyfiku.

Chociaż Polska teoretycznie jest oddzielona od strefy bezpośredniego oddziaływania Ankary wieloma państwami, nie można nie zauważyć, że z uwagi na kryzys Unii Europejskiej, niepewny status NATO i obecności amerykańskiej w Europie, drogi transportu surowców, kwestię migracyjną i wreszcie – rolę Rosji w całej tej sprawie, Turcja ma potencjał wywierania bardzo bezpośredniego wpływu również na naszą sytuację.

Antecedencje

Dzieje Imperium Osmańskiego są w Polsce dość dobrze znana. Przyczyną jest mocne splecenie historii obu państw, które z perspektywy czasu wypada ocenić jako raczej fatalne: wyczerpujące politycznie i militarnie z powodu nieustannego konfliktu oraz kierujące (wraz z mitem sarmackim) wyobraźnię ku Orientowi i jeszcze bardziej oddalające trajektorię rozwoju od Zachodu.

Obydwa państwa, które pojawiły się w życiu politycznym Europy w podobnym czasie, równocześnie przeżyły ogromny rozkwit terytorialny, równolegle też podupadały. Rzeczpospolitą upadek kosztował całkowite zniknięcie, Turcję – utratę kolejnych posiadłości. Od imperium rozciągającego się w okresie największego zasięgu równoleżnikowo od Algierii po Morze Kaspijskie, a południkowo od południowej Ukrainy po Somalię, zaczęły wskutek rywalizacji z Rosją – która zastąpiła Rzeczpospolitą jako główny współzawodnik na wschodzie – i Anglią oraz Francją na zachodzie i południu odpadać kolejne prowincje czy kraje zależne. W chwili wybuchu I wojny światowej „chory człowiek Europy” był już całkowicie wypchnięty z Afryki i niemal całkowicie z Europy, pozostawały mu wyłącznie terytoria w Azji Mniejszej i posiadłości arabskie. Wynikało to z niezdolności archaicznej struktury cywilizacyjnej i państwowej do efektywnego współzawodnictwa. Potrafiła ona bowiem absorbować tylko niewielką część zdobyczy pochodzących z przodującego Zachodu. Kluczowe znaczenie miała również bardzo słaba oferta dla mozaiki narodów i religii tworzących imperium. Część elit co prawda miała dostęp do bajecznych nieraz karier w Stambule, dla wielu podbitych społeczności, w szczególności nieislamskich, osmańskie panowanie oznaczało jednak niewiele więcej niż ucisk, w miarę słabnięcia centrum coraz mniej znośny.

Wielka Wojna była kolejnym dowodem nieefektywności państwa osmańskiego. Mimo prób reform wewnętrznych i modernizacji, których wyrazem była rewolucja młodoturecka z 1908 roku, było ono zdolne prowadzić walkę tylko dzięki znaczącemu wsparciu niemieckiemu w postaci materiału wojennego i przede wszystkim wyszkolonego personelu. Znalazło się jednak po przegranej stronie. Szczęściem w nieszczęściu, zapobiegającym stoczeniu się Turcji do poziomu małego peryferyjnego kraiku pozbawionego istotnego znaczenia, było załamanie się, w wyniku tej samej wojny, Rosji, aspirującej do panowania nad niegdysiejszym Konstantynopolem, Bosforem i Dardanelami. Sytuacja Turcji po przegranej koalicji, której stanowiła część, była jednak mimo tego niezwykle ciężka. Rządzona przez Eleutheriosa Venizelosa i wspierana przez mocarstwa zachodnie ekspansywna Grecja zgłaszała w duchu Megali Idea bardzo daleko idące roszczenia do terenów położonych nad cieśninami i dalej w Azji Mniejszej. Traktat zawarty przez sułtanat w sierpniu 1920 roku w Sèvres nie szedł tak daleko, jednak w praktyce jego realizacja oznaczałaby przekształcenie Turcji w ograniczony terytorialnie protektorat mocarstw. Mimo wszystko Grecja, której cele wykraczały daleko poza granice traktatowe, okazała się zbyt słaba, aby wygrać wojnę, a potęgi zachodnie, zmęczone właśnie zakończonym konfliktem światowym, poczęły prowadzić własne niespójne polityki. Turcji udało się ograniczyć straty. Traktat w Lozannie z 1923 roku potwierdzał odłączenie posiadłości arabskich, ale także władzę (choć z przeważnie formalnymi, jak się okazało papierowymi, ograniczeniami) Turcji nad cieśninami i suwerenność wewnętrzną. Warte odnotowania jest, że Turcja w trakcie wojny z Grecją otrzymała po raz pierwszy od kilkuset lat (wyjąwszy epizod wsparcia przeciw zbuntowanemu włodarzowi Egiptu, Muhammadowi Alemu, z 1833 roku) wyraźne wsparcie od formy państwowości rosyjskiej, jaką była Rosja Sowiecka.

Niekorzystny wynik I wojny światowej, podsumowujący ciąg porażek, spowodował również zmianę formy państwowości tureckiej. Odpadnięcie zdobyczy terytorialnych w połączeniu z czystkami etnicznymi (masakra Ormian, powojenna wymiana ludności z Grecją) podmyło fundamenty wieloetnicznego imperium, które z konieczności musiało opierać się na patriotyzmie państwowym, wzmacnianym w odniesieniu do muzułmanów używaniem przez sułtana tytułu kalifa. Z wojny jednak wyłoniło się państwo, które naginając rzeczywistość poprzez pominięcie kwestii kurdyjskiej, można było uznawać za praktycznie monoetniczne. W tym stanie rzeczy wybitny dowódca wojskowy i premier niepodległościowego rządu republikańskiego Mustafa Kemal Pasza, którego wydarzenia wyniosły na pozycję faktycznego władcy Turcji, zainicjował radykalną transformację kraju, kontynuując część idei ruchu młodotureckiego, do którego należał. Zniesiono ostatecznie sułtanat, na piedestał wyniesiono stłumioną w imperium osmańskim tureckość, interpretowaną w duchu nacjonalistycznym, a wręcz palingenetycznym, skoro uznano, że sam język wymaga oczyszczenia z obcych wpływów i wprowadzenia nowego alfabetu. Państwo zostało gruntownie zsekularyzowane, wprowadzono laickie sądownictwo oraz szkolnictwo, wyeliminowano elementy obyczajowości takie jak np. wielożeństwo. Republikański ustrój opierał się w praktyce na osobistej władzy Mustafy Kemala, bazującej na podporządkowanej mu armii, był też de facto monopartyjny. W gospodarce Turcja podążała swoistą trzecią drogą, w znacznej mierze wzorując się na polityce sowieckiej okresu przedstalinowskiego: stosowała odgórną industrializację i interwencjonizm państwowy, jednak bez likwidacji prywatnej własności. W polityce zagranicznej z kolei zasadą dominującą stał się praktyczny izolacjonizm. Turcja blisko współpracowała z Niemcami i Związkiem Sowieckim, pozostawała w dobrych stosunkach z Polską (zezwalając na funkcjonowanie na swoim terytorium ruchu prometejskiego i kupując polskie uzbrojenie), utrzymując jednak co do zasady neutralność i nie angażując się w sojusze międzynarodowe, z wyjątkiem krótkotrwałego epizodu Ententy Bałkańskiej skierowanej przeciwko włoskiej ekspansji.

Przez większość II wojny światowej Turcji udawało się lawirować między walczącymi blokami, handlując z oboma i czerpiąc korzyści w postaci m.in. dostaw sprzętu wojskowego. Pewien zakres współpracy z Osią (zezwolenie na ruch jednostek wojskowych przez cieśniny, życzliwe podejście do animowanego przez Niemcy anstysowieckiego ruchu narodów kaukaskich i turańskich) nie przekroczył jednak progu wysokiego zaangażowania i Turcy mogli, kiedy stało się to polityczną koniecznością, bez strat przystąpić do obozu alianckiego, zrywając w sierpniu 1944 roku stosunki z III Rzeszą, a w lutym 1945 roku wypowiadając jej wojnę (acz było to posunięcie wyłącznie formalne). Wejście zasadniczej części Bałkanów w orbitę wpływów sowieckich, wraz z odnowieniem na konferencji poczdamskiej tradycyjnych postulatów polityki rosyjskiej w postaci żądania osadzenia w Dardanelach eksterytorialnej bazy marynarki wojennej ZSRS oraz dodatkowych pretensji terytorialnych spowodowało jednak, że atatürkowski izolacjonizm stał się niemożliwy do utrzymania. W zaistniałym stanie rzeczy władze Turcji postawiły na przejście do obozu prozachodniego, czego wyrazem stał się udział w wojnie koreańskiej po stronie sił ONZ i przystąpienie w 1952 roku do NATO. Równolegle dokonano otwarcia systemu politycznego przez wprowadzenie w 1946 roku realnej wielopartyjności.

Kolejne lata oznaczały ugruntowanie prozachodniej orientacji Turcji w polityce zagranicznej, w wewnętrznej natomiast – dominację kemalizmu, którego strażnikami były armia i siły bezpieczeństwa. Funkcja strażników okazała się niezbędna z uwagi na – z jednej strony – nieuchronną powierzchowność reform dokonywanych metodami inżynierii społecznej, którym trudno było zapuścić korzenie poza warstwą instytucjonalną, a z drugiej – wspomniane otwarcie systemu politycznego, wskutek którego partie polityczne uzyskały realne znaczenie. Już pierwszy zamach stanu z 1960 roku miał, obok sporu o kierunki polityki zagranicznej oraz gospodarczej, podłoże kulturowe – obalono rząd Partii Demokratycznej, przychylniejszej wobec obecności w życiu politycznym praktyk wywodzących się z islamu. Ostrze kolejnego, który nastąpił w 1971 roku, było skierowane m.in. przeciw otwarcie odrzucającej kemalizm islamskiej Partii Nowego Porządku, wyrosłej z ruchu Millî Görüş (Narodowa Wizja), postulującej również rozluźnienie więzi z Zachodem i powrót do neoosmańskiej wizji Turcji jako lidera świata islamskiego. Zabezpieczenie świeckiej republiki było podnoszone również jako jeden z motywów puczu z 1980 roku. Represje nie spowodowały jednak uwiądu ruchów kontynuujących wizje Millî Görüş, wyrażających idee odrzucane co prawda przez zokcydentalizowane, wielkomiejskie elity wojskowe, urzędnicze i kulturalne, ale podzielane przez masy ludności prowincjonalnej.

Doprowadziło to w 1996 roku do objęcia rządów przez Necmettina Erbakana, lidera Partii Dobrobytu (wcześniej przewodził on delegalizowanym po kolei ugrupowaniom islamskim i antyzachodnim). Polityka jego gabinetu reprezentowała opisane wcześniej tendencje. Na płaszczyźnie wewnętrznej dążyła do osłabienia laickiego modelu państwa, na zewnętrznej zmierzała do nawiązania na antyzachodniej podstawie bliskich stosunków z państwami (Iran, Libia) i organizacjami (Hamas, Bractwo Muzułmańskie) świata islamskiego – mimo zaniechania ze względów wewnątrzpolitycznych dalej idących planów, obejmujących m.in. osłabienie więzi z NATO, zerwanie faktycznego aliansu z Izraelem i wypowiedzenie umowy celnej z UE. Również ten rząd został rychło, bo już w 1997 roku, zmuszony do ustąpienia z powodu presji wojska, a kolejna partia Erbakana została zdelegalizowana.

Wspominane interwencje wojska sprawiały, że mimo wszystkich meandrów wewnętrznych Turcja pozostawała krajem wyraźne laickim, w którym polityczny islam pozostawał nurtem podskórnym, natomiast w polityce zagranicznej interwencje te gwarantowały prozachodniość. Turcja przez lata Zimnej Wojny pozostawała, mimo konfliktu z Grecją na tle kwestii cypryjskiej, pewnym elementem NATO, rozbudowując armię do wysokich stanów liczebnych i niezłego poziomu jakościowego dzięki szeroko zakrojonej pomocy militarnej sojuszników. Ankara konsekwentnie wspierała amerykańską politykę na Bliskim Wschodzie, unikając jednak bezpośredniego zaangażowania militarnego w prowadzone operacje, pozostawała też, jak nadmieniono wyżej, w nieformalnym sojuszu z Izraelem. W 1987 roku złożyła wniosek o członkostwo w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej. Perspektywy w tym zakresie były jednak od samego początku niejasne z wielu względów. Jednym z nich była odmienność Turcji pod względem kulturowym – zarówno w aspekcie najbardziej oczywistym, wynikającym z innego tła religijnego, jak i politycznym. System formalnie demokratyczny, jednak z często uruchamianym wojskowym bezpiecznikiem, zdecydowanie nie pasował do standardów europejskich. Turcja była też bardzo uboga. Jej PKB per capita w 1987 roku był trzykrotnie niższy od średniej „starej” europejskiej dwunastki i niemal dwukrotnie niższy niż grecki czy hiszpański. Ustępował nawet analogicznym wskaźnikom Polski i Bułgarii. Dochodził do tego konflikt z Kurdami, których uśpiona jeszcze w latach 20. świadomość narodowa obudziła się, co zaowocowało dążeniami do emancypacji i działaniami zbrojnymi o skali i poziomie brutalności znacznie przekraczającymi to, co Europa znała nawet z Irlandii Północnej czy kraju Basków. Wskutek tego wszystkiego rozmowy akcesyjne były bardzo powolne i niekonkluzywne.

Skąd wziął się Erdoğan

Lata 90. nie były dla Turcji okresem korzystnym. Znaczyły je kryzysy finansowe, powtarzające się w latach 1994, 1999 i 2001 (każdy z nich skutkował spadkami PKB rzędu 5%), wzrost bezrobocia, spadek realnych płac, galopująca inflacja wynosząca w tej dekadzie średnio 78%. Wewnętrzna sytuacja polityczna była niestabilna, klasa polityczna coraz bardziej traciła wiarygodność, a kemalistowska ideologia państwowa stawała się archaicznym zbiorem sloganów bez realnej treści. Otwierało to drogę do władzy siłom obiecującym zmianę. Przedterminowe wybory w 2002 roku wygrała (uzyskując 34% głosów, ale dzięki kształtowi ordynacji wyborczej aż 66% miejsc w parlamencie) utworzona rok wcześniej Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) pod przywództwem Recepa Tayyipa Erdoğana. Formacja ta stanowiła kolejną po zdelegalizowanej Partii Cnoty kontynuację Partii Dobrobytu, której prominentnym działaczem był Erdoğan (z jej ramienia sprawował funkcję burmistrza Stambułu). Hasła, z jakimi szła do władzy nowa AKP, były umiarkowane – złagodzono retorykę islamską, wygaszono antyzachodnią, deklarowano dążenie do członkostwa w UE (w istocie w 2005 roku rozpoczęto formalne rokowania akcesyjne). Lata rządów partii Erdoğana oznaczały dla Turcji stabilny i znaczący wzrost gospodarczy. PKB kraju między 2002 a 2012 roku wzrosło o 62% (dla porównania między 1992 a 2002 – o 32%), poprawiła się jakość usług publicznych, wzrosła zamożność społeczeństwa. Czynniki te sumarycznie składały się na niewątpliwy skok cywilizacyjny.

Nie powinno zatem dziwić, że partia wygrywała z przewagą kolejne wybory w latach 2007 i 2011, za każdym razem uzyskując większość bezwzględną. Jednocześnie przeobrażała kraj, demontując wojskowe zabezpieczenie kemalizmu, w czym wydatnie pomogły negocjacje z UE i dostosowywanie prawa do norm tej organizacji. W rezultacie w 2012 roku ustanowiono cywilną kontrolę nad armią i usunięto z jej regulaminu wewnętrznego obowiązek ochrony zdefiniowanej przez konstytucję republiki, stanowiący formalny tytuł do podejmowania opisanych powyżej ingerencji w politykę. Równolegle rządy AKP przywracały stopniowo islamowi pozycję w sferze publicznej, jakiej pozbawił go kemalizm. Urząd kontroli religii Diyanet przekształcono w środek jej promocji finansowanej przez państwo – z budżetem przekraczającym półtora razy lub dwukrotnie środki przyznawane MSW czy Ministerstwu Zdrowia. Nastąpił dynamiczny rozwój szkolnictwa religijnego. Podjęto także kroki symboliczne – zniesienie ograniczeń dotyczących noszenia chust przez kobiety w instytucjach państwowych, przywracanie funkcji meczetów dawnym kościołom bizantyjskim przekształconym w muzea.

W dziedzinie wizji polityki zagranicznej następowało dowartościowywanie osmańskiej imperialnej przeszłości i związków z Bliskim Wschodem. Kierownictwo AKP sięgnęło po koncepcje opracowane przez profesora stosunków międzynarodowych Ahmeta Davutoğlu, wyniesionego później do najwyższych stanowisk państwowych (w 2009 roku – minister spraw zagranicznych, w 2014 roku – premier). Głosił on zmierzch dominacji Stanów Zjednoczonych i cywilizacji zachodniej, perspektywiczne wyniesienie do adekwatnej roli starych, tradycyjnych mocarstw (w tym Turcji), konieczność rozluźnienia przez Ankarę związków z Zachodem oraz porzucenia mentalności określanej jako „peryferyjna”. Celem miał być status globalnego mocarstwa, uzyskany m.in. dzięki pogłębieniu współpracy w szczególności, choć nie tylko, z krajami bliskowschodnimi i państwami pozostałej części świata islamskiego (vide działania na forum Organizacji Współpracy Islamskiej, której sekretarzem został Ekmeleddin İhsanoğlu) oraz unikaniu uzależnienia od któregokolwiek z koryfeuszy światowej polityki, jakie dotychczas występowało w relacjach Turcji z USA i UE (miałyby one zostać zrewidowane i przekształcone w kierunku uzyskania przez Ankarę podmiotowości). Wyraźnym znakiem nowego podejścia było zajęcie zdecydowanie negatywnego stanowiska wobec działań Izraela podczas konfliktu w strefie Gazy na przełomie lat 2008/2009, co wraz z późniejszymi wydarzeniami doprowadziło do praktycznego zamrożenia kwitnących wcześniej relacji, obejmujących m.in. bliską współpracę militarną. Z drugiej strony, Turcja z sukcesem pełniła rolę mediatora w negocjacjach dotyczących programu nuklearnego prowadzonych z Iranem przez wspólnotę międzynarodową. Jednocześnie Ankara budowała dobre relacje z Rosją i Chinami.

Należy jednocześnie zauważyć, że proislamskość AKP i samego Erdoğana nie stawia ich w jednym rzędzie np. z saudyjskimi wahabitami czy innymi fundamentalistami, dążącymi do budowy teokratycznych państw opartych na prawie szariackim. Formacja rządząca Turcją nie zdradza zamiarów obalania republiki i ustanowienia prymatu islamu, traktując państwo jako wartość podstawową. Występują tu też jeszcze bardziej fundamentalne różnice: istnieją przesłanki wskazujące, że Erdoğan jest zwolennikiem sufizmu, a ten mistyczny nurt pozostaje w wyraźnym konflikcie z formalistycznym podejściem reprezentowanym przez religijnych integrystów z Półwyspu Arabskiego. Na pewno przedstawicielem sufizmu jest Fethullah Gülen, obecnie wróg publiczny numer jeden w Turcji, który jednak aż do 2013 roku był kluczowym sojusznikiem Erdoğana w walce z kemalistowskim „głębokim państwem”. Również dziedzictwo Atatürka nie zostało przez AKP całkowicie odrzucone – przekształcenie Turcji w duchu nacjonalistycznym jest trwałe i determinuje również tożsamość tej formacji oraz jej metapolityczne zaplecze, podobnie jak dążenia modernizacyjne. Efektem jest syntetyczna ideologia państwowa, łącząca wątki osmańskie oraz islamskie z tymi wywodzącymi się z kemalizmu i określana jako nowoturecka.

Podsumowując temat, należy zauważyć, że istotna korekta szeroko rozumianej polityki tureckiej była swoistą koniecznością, można nawet stwierdzić, że „dziejową”. Z polskiego punktu widzenia trudno dziwić się buntowi wobec peryferyjności i niedostatków podmiotowości. Nie dziwią również nawiązania do mocarstwowej przeszłości kraju, skazanej na swego rodzaju banicję w wyniku kemalistowskiej rewolucji. Nie sposób raczej oburzać się na przywrócenie znaczenia elementom tradycyjnej kultury, która w odróżnieniu od odgórnego laickiego projektu pozostała żywa w sercach zasadniczej większości mieszkańców kraju. Czynnikiem ważącym były również katastrofalne skutki polityki amerykańskich „zbrojnych misjonarzy” na Bliskim Wschodzie, każące powątpiewać w obliczalność polityki supermocarstwa, nawet z punktu widzenia sprzymierzonych państw regionu, które w razie czego nie mogły zabrać wojsk i zostawić problemu samemu sobie. Musiały mierzyć się z jego konsekwencjami na miejscu.

Między arabską wiosną a próbą puczu

Rozpoczęcie pod koniec 2010 roku tzw. arabskiej wiosny przyniosło wzrost intensywności zaangażowania Turcji na Bliskim Wschodzie. Władze w Ankarze uznały sytuację za sprzyjającą rozwojowi wpływów w regionie oraz osiągnięciu zamierzonej roli lidera dzięki podważeniu pozycji dotychczasowych prozachodnich autorytarnych reżimów. Z tego względu przyjęły rolę rzecznika dążącego do zwiększenia swobód społeczeństw, wspierając jednocześnie uznawane za najbliższe ideowo Bractwo Muzułmańskie. Zaangażowały się również w konflikt syryjski, najpierw próbując przekonać Baszara al-Asada do reform wewnętrznych, a następnie, po wybuchu wojny domowej, przystępując do wspierania syryjskiej opozycji politycznej i zbrojnej, czasowo nieco ograniczonego od połowy 2012 roku z uwagi na obawy przed eskalacją konfrontacji. Jednak przebieg wydarzeń był daleki od żywionych oczekiwań. Obok fiaska zamierzeń strategicznych, wśród których najważniejszym było doprowadzenie do obalenia al-Asada m.in. przez skłonienie do interwencji przeciwko niemu Stanów Zjednoczonych, poważnym problemem dla Turków stało się faktyczne wybicie się na samodzielność syryjskich Kurdów, wśród których dominującą siłą polityczną jest partia PYD, pokrewna ideowo i powiązana ze starym wrogiem Ankary, PKK.

Na płaszczyźnie wewnętrznej rok 2013 przyniósł usztywnienie systemu politycznego, co stanowiło jakościową zmianę wobec wcześniejszej polityki AKP, polegającej na faktycznej demokratyzacji i liberalizacji. Wiązało się to z dwoma wydarzeniami. Wiosną i latem miały miejsce brutalnie stłumione masowe protesty, interpretowane jako wyraz niezadowolenia liberalnych kręgów społeczeństwa z przesuwania się punktu ciężkości polityki krajowej w kierunku konserwatywnym i z faktycznego oddalania się od standardów zachodnich, a także z zaangażowania Turcji w konflikt syryjski. Jesień i zima przyniosły kulminację tlącego się już od kilku lat konfliktu z ruchem Gülena, przejawiającą się próbą wyeliminowania jego wpływów przez czystki w instytucjach państwowych, aresztowania dziennikarzy itp. Efektem było przejście Erdoğana do autokracji. W sierpniu 2014 roku wygrał on wybory prezydenckie i zaczął sprawować urząd w sposób zdecydowanie wykraczający poza porządek konstytucyjny, przewidujący jego ceremonialny charakter. Władza prezydenta oparła się na systemie personalnych lojalności, na cywilnych służbach specjalnych MIT, a w skali społecznej – na zdecydowanym i brutalnym tłumieniu protestów, ograniczaniu swobody informacyjnej i wpływaniu na media oraz zwalczaniu przeciwników politycznych za pomocą aparatu państwowego. Sformułowano zamiar przekształcenia systemu politycznego Turcji w formalnie prezydencki.

Jednocześnie zahamowaniu uległ proces integracji z UE. Z jednej strony wiązało się to z blokowaniem go przez Cypr, Niemcy i Francję, z drugiej jednak zaczął się uwidaczniać wyraźny sceptycyzm władz w Ankarze wobec Unii jako organizacji narzucającej i kontrolującej standardy wewnętrzne. W związku z tym w wypowiedziach i działaniach Erdoğana i jego zaplecza pojawiły się wyraźne wątki eurosceptyczne. Obok ostrych polemik z unijnymi ocenami zachodzących w Turcji procesów nastąpiło m.in. zaangażowanie się w sprzeczne z zamierzeniami UE, a sprzyjające Rosji przedsięwzięcia w dziedzinie przesyłu gazu (projekt TANAP, rokowania z Rosjanami na temat gazociągu alternatywnego dla South Stream). Ogólnie biorąc, można sformułować wniosek, że obóz AKP, a w szczególności Erdoğan potraktowali faktyczną demokratyzację i dostosowanie do standardów UE instrumentalnie, jako narzędzia zdemontowania wpływu kemalistów z wojska i służb specjalnych na politykę, odrzucając je bez żalu po osiągnięciu celu.

W latach 2013 i 2014 dalszą komplikację sytuacji w Syrii spowodowało pojawienie się na scenie wojny domowej tak zwanego Państwa Islamskiego, wspieranego przez sponsorów z Półwyspu Arabskiego i obejmującego zakresem działania również Irak. Szybko zdominowało ono dotychczasową antyasadowską opozycję, a wydarzenia wykazały, że jedynymi realnymi zaporami stojącymi na jego drodze są armia rządowa i Kurdowie. Działania Daesz zintensyfikowały ucieczkę ludności z terenów walk, która przełożyła się później na powszechnie znany kryzys migracyjny. Turcja oficjalnie zajęła wobec tej organizacji pozycję wyczekującą, ambiwalentną, stroniąc od bezpośredniej konfrontacji i ostrożnie reagując na występujące incydenty. Była jednak oskarżana przez czynniki kurdyjskie o jej faktyczne wspieranie. Na tym tle doszło do ponownego zaostrzenia stosunków z Kurdami. Mieszkający w Turcji przedstawiciele tego narodu ostro przeciwstawiali się blokowaniu przez Ankarę – przerywanemu co prawda okresami taktycznej współpracy – wsparcia dla walczącego z Daeszem kantonu Rożawa. Dochodziło do licznych starć z siłami bezpieczeństwa. PKK odpowiadała akcjami terrorystycznymi, które dały władzom pretekst do zorganizowania „kampanii antyterrorystycznej”, obejmującej m.in. naloty na pozycje partyzantki tej formacji w północnym Iraku. Zniweczyło to możliwości otwarte przez rozpoczęcie w marcu 2013 negocjacji pokojowych.

W 2015 roku w Turcji odbyły się dwukrotnie wybory parlamentarne. Czerwcowe przyniosły AKP po raz pierwszy od 2002 roku utratę bezwzględnej większości, partia zdobyła zaledwie 258 z 550 miejsc, a spory sukces odniosła reprezentująca Kurdów i lewicę partia HDP. Klincz parlamentarny spowodował rozpisanie kolejnych wyborów, które odbyły się 1 listopada, a AKP odzyskała w rezultacie zdolność samodzielnych rządów dzięki korzystnemu tym razem wynikowi, zapewnionemu przez umiejętne rozegranie kryzysu wewnętrznego oraz mobilizację elektoratu w wyniku stymulacji nastrojów nacjonalistycznych, w szczególności antykur- dyjskich. Znaczenie miało ograniczenie możliwości głosowania, spowodowane sytuacją w regionach zamieszkałych przez Kurdów, które przełożyło się na słabszy wynik HDP. Jednak sytuacja w Syrii z punktu widzenia Ankary uległa dalszemu pogorszeniu. Jesień 2015 roku przyniosła wsparcie al-Asada przez pozostającą dotychczas na uboczu Rosję w postaci bezpośredniej interwencji wojskowej, jakościowo zmieniającej sytuację na polu walki. Oddalający się dotychczas cel polityki tureckiej stał się tym samym zupełnie nierealny. Spowodowało to podjęcie przez Ankarę próby konfrontacji z Rosją, rozbijającej spowodowane poczuciem zagrożenia ze strony Daeszu lokalne porozumienie tej ostatniej z Zachodem. 24 listopada tureckie lotnictwo zestrzeliło operujący na granicy przestrzeni powietrznych Syrii i Turcji rosyjski bombowiec taktyczny Su-24M. Moskwa odpowiedziała sankcjami ekonomicznymi i wizowymi, Zachód natomiast nie okazał wsparcia, na które obliczone były tureckie działania. Spowodowało to czasową intensyfikację przez Turcję współpracy z Arabią Saudyjską, traktowaną jako przeciwwaga dla działań Rosji i Iranu (wspierającego od samego początku konfliktu al-Asada) w regionie. Armia turecka podejmowała też samodzielne działania zbrojne przeciwko siłom kurdyjskim na północy Syrii. W zakresie ponadregionalnym na początku 2016 roku nastąpiła intensyfikacja kontaktów z Ukrainą.

Ostatecznie jednak władze Turcji postawiły na zasadniczą reorientację kierunków polityki regionalnej i być może nie tylko. Brak wsparcia konfrontacyjnych wobec Rosji działań tureckich przez Zachód i, jak się wydaje, sceptyczna ocena możliwości przeciwstawienia się jej na płaszczyźnie militarnej (nieoficjalne informacje wskazują, że tureckie lotnictwo kilkakrotnie atakowało operujące w Syrii nowoczesne rosyjskie samoloty Su-34 i Su-35, jednak ich systemy przeciwdziałania skutecznie zakłócały naprowadzanie wystrzelonych rakiet) doprowadziły pod koniec czerwca 2016 roku do „resetu” w relacjach z Rosją, zainicjowanego przez pojednawcze gesty Ankary. W samej Turcji jednak w nocy z 15 na 16 lipca nastąpiła próba zamachu stanu, motywowana przez jego inicjatorów tradycyjnie – obroną demokracji, konstytucji i świeckiego charakteru państwa. Wojsko zostało wcześniej poddane cywilnej kontroli, w ramach masowych procesów sądowych w latach 2008–2013 skazano kilkuset oficerów, w tym najwyższego szczebla (np. szefa sztabu w latach 2008–2010, gen. İlkera Başbu) na długoletnie wyroki, z dożywociem włącznie, za udział w rzekomej konspiracji antyrządowej. Mimo to wojsko nadal stawiało pewien opór dążeniom AKP i Erdoğana, np. blokując dostęp do szkół i uczelni wojskowych absolwentom religijnych liceów imam-hatip. Wpływ władz na kadry armii oceniano jako niewielki, okazało się jednak, że siły zbrojne utraciły ostatecznie spójność i pucz został stłumiony po walkach trwających zaledwie jedną noc. Symptomatyczne było jednoznaczne wsparcie Erdoğana przez Rosjan, według nieoficjalnych informacji nie tylko deklaratywne, ale i operacyjne – zakłócenia radioelektroniczne miały paraliżować łączność spiskowców, a nawet uniemożliwić przechwycenie przez ich samoloty maszyny, którą podróżował prezydent Turcji.

O organizację zamachu stanu władze oskarżyły ruch Gülena, co jest samo w sobie dość jednoznacznym absurdem z uwagi na jego wcześniejszy udział w demontażu politycznego znaczenia armii. Pośrednio zarzut ten był skierowany przeciwko Stanom Zjednoczonym, na terenie których rezyduje Gülen, mający mocne powiązania z tamtejszym establishmentem politycznym, w szczególności Partią Demokratyczną. Wydaje się jednak, że to środowiska wierne kemalizmowi dostrzegły, że wobec ciągłego umacniania władzy Erdoğana ich czas może się definitywnie kończyć i podjęły ostatnią próbę kontrakcji. Jak się okazało – zupełnie nieudaną, być może wskutek wymuszonego okolicznościami przedwczesnego podjęcia działań, i zapewne stanowiącą ostatni akcent ich znaczenia w polityce tureckiej. Pucz dał władzom pretekst do szeroko zakrojonych represji i czystek w instytucjach. Do początku listopada aresztowano 34 tysiące osób (w tym 15 tysięcy wojskowych). Usunięto ze stanowisk 30% generałów i admirałów, 105 tysięcy funkcjonariuszy służby cywilnej, 3,6 tysiąca sędziów i prokuratorów, 6 tysięcy pracowników naukowych, 20 tysięcy nauczycieli. Zamknięto 2 tysiące placówek edukacyjnych i 186 gazet, stacji telewizyjnych, portali internetowych oraz innych mediów, aresztowano 142 dziennikarzy. Oznacza to przebudowę państwa przez rewolucję kadrową – „oczyszczone” stanowiska zajmują zwolennicy AKP oraz dokooptowani przedstawiciele starych elit republikańskich, godzący się na współpracę z nowym porządkiem. Przykład mogą stanowić przywracani do służby oficerowie wydaleni z niej w latach 2008–2013 czy awansowani na wyższe stopnie przedstawiciele antyzachodniego, prorosyjskiego skrzydła kemalizmu wyznający ideologię eurazjatyzmu i wypierający w ramach nowej polityki kadrowej wojskowych prozachodnich.

Na prorosyjskim kursie

Pierwszą wizytę po próbie zamachu stanu Recep Erdoğan odbył w sierpniu 2016 roku w Rosji, gdzie spotkał się z Władimirem Putinem, w październiku Putin zrewanżował się rewizytą. Tłem ocieplenia są wcześniejsze stosunki, budowane od pierwszych lat XXI wieku. Uprzednio były one oparte głównie na relacjach ekonomicznych, szczególnie w sektorze paliwowym – Turcja stała się drugim po Niemczech importerem rosyjskiego gazu ziemnego, polegającym w 60% na tym kierunku dostaw. Miały one jednak również przełożenie strategiczne. Turcy, choć przed konfliktem w 2008 roku, jak się wydawało, wyraźnie sprzyjali Gruzji, dostarczając jej m.in. znaczne ilości uzbrojenia, w trakcie konfliktu powstrzymywali się od wsparcia. Nie zareagowali również w znaczący sposób na aneksję Krymu i wzniecenie rebelii na wschodzie Ukrainy, nie przyłączając się nawet do zachodnich sankcji. W obecnej sytuacji Ankara jest partnerem wyraźnie słabszym: jej cele w Syrii nie zostały zrealizowane, dominującym graczem okazała się Rosja, z którą ułożenie się może dać Turkom możliwość osiągnięcia choćby ograniczonych zysków, nawet w sytuacji utrzymania władzy przez al-Asada. Polityka wewnętrzna, zaostrzona przez represje po puczu, powoduje pogłębienie problemów w relacjach Turcji z UE. Stany Zjednoczone z kolei konsekwentnie wspierają syryjskich Kurdów, co jest sprzeczne z tureckimi interesami. Rezerwa wobec Zachodu zbliża zatem oba państwa. Relacje z Rosją zapewniają Turcji przynajmniej w pewnej mierze strategiczną alternatywę czy choćby możliwość manewru wobec Stanów Zjednoczonych i UE. Z kolei Rosji pozwalają ograniczać możliwości działania w strategicznie ważnym regionie i osłabiać dotychczasowe tradycyjne sojusze. Zagadnieniem o charakterze granicznym jest potencjalne zakwestionowanie tureckiej obecności w NATO. Ważnym aspektem są również kwestie polityki energetycznej (gazociągi, budowa elektrowni atomowej w Akkuyu).

Korzystając z ocieplenia relacji z Rosją, Turcy rozpoczęli pod koniec sierpnia 2016 roku bezpośrednią, ograniczoną interwencję lądową w Syrii, mającą na celu jednocześnie odrzucenie Daeszu od granic Turcji i niedopuszczenie do połączenia terytoriów kontrolowanych przez Kurdów z PYD. Jednak działania te przyniosły niepowodzenie podczas walk z Państwem Islamskim o strategicznie ważne miasto Al-Bab. Można je interpretować jako objaw spadku efektywności armii tureckiej i jej osłabienia przez czystki personalne. Przejawem współpracy z Rosją (trwającej mimo zabójstwa 19 grudnia jej ambasadora w Ankarze, dokonanego przez policjanta powiązanego z ruchem Gülena) było opracowanie wspólnego planu zawieszenia broni w Syrii, ogłoszonego w ostatnich dniach grudnia i zaakceptowanego przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Stanowił on wyraz dążenia przez Rosję, bezpośrednio współdziałający z nią Iran oraz Turcję do decydowania o przyszłych sprawach kraju spustoszonego przez wojnę domową.

Najważniejszym wydarzeniem w polityce tureckiej ostatnich miesięcy było wygranie przez obóz rządzący referendum dotyczącego zmian w konstytucji, stanowiących w istocie formalizację rzeczywistego stanu rzeczy i przełożenie na język prawny pozycji zajętej przez Erdoğana mocą charyzmy. Po ich wejściu w życie, planowanym na czas po wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2019 roku, kraj stanie się republiką prezydencką. Szef państwa zostanie szefem władzy wykonawczej, zlikwidowany zostanie urząd premiera, ograniczeniu ulegną władza i autonomia parlamentu, prezydent nie będzie zmuszony przez przepisy do nawet formalnej bezpartyjności. Będzie to stanowiło przypieczętowanie przemian rozpoczętych przez AKP i po zdominowaniu armii zapewni Erdoğanowi pozycję porównywalną z Atatürkiem, choć z dia- metralnie odmiennymi założeniami ideowymi.

Dokąd podąży Turcja?

Opisane zmiany w polityce tureckiej sumują się w nową jakość w odniesieniu do pozycji tego kraju w kontekście międzynarodowym. Turcja przestała być obliczalnym i pewnym przyczółkiem świata zachodniego w strategicznym punkcie u zbiegu Europy i Azji. Zmierza do redefinicji własnego znaczenia. Jednak sama konsolidacja władzy i wola narodowa (pojęcie z systemu myślowego Ahmeta Davutoğlu) nie wystarczą. Kluczowe znaczenie mają czynniki obiektywne. Wejście na drogę usiłowania osiągnięcia statusu mocarstwowego umożliwił Ankarze skok ekonomiczny dokonany za rządów AKP, nasuwa się zatem pytanie o perspektywy. Nie brak pesymistycznych prognoz, wieszczących Turcji kryzys. Ostatnie lata przyniosły jej w istocie osłabienie wzrostu gospodarczego – z 6,1% w 2015 do 2,5% w 2016 roku i prognozowanej wartości 3,0% w roku bieżącym. Lira turecka straciła w 2016 roku 20% wartości wobec dolara. Gospodarka ogranicza też możliwości reorientacji politycznej – Rosja jest w stanie co prawda eksportować wiele do Turcji, ale z uwagi na trudności wewnętrzne nie jest dla niej perspektywicznym rynkiem zbytu, tu dominują państwa UE.

Kolejną kwestią są zależności militarne. Uzbrojenie tureckiej armii jest od końca lat 40. ubiegłego wieku oparte na sprzęcie konstrukcji zachodniej, z czasem w coraz większym stopniu produkowanym na licencjach (w Turcji wytwarzano w ten sposób nawet myśliwce F-16). Mimo rozwoju własnego zaplecza przemysłowego kraj jest bardzo daleki od samodzielności, musi nabywać kluczowe technologie za granicą, a takie projekty, jak budowa własnego wielozadaniowego samolotu bojowego, sprawiają wrażenie motywowanego propagandowo nadmiaru ambicji wobec realnych możliwości i, z uwagi na uzależnienie od gotowości partnerów zagranicznych do udostępnienia zasadniczych rozwiązań, są podatne na rażenie przez sankcje. Turcja podejmuje od lat 90. działania mające na celu dywersyfikację kierunków dostaw w tym strategicznym zakresie. Najpierw nawiązano współpracę z Chinami i Pakistanem, dotyczącą przede wszystkim wrażliwych politycznie rozwiązań, takich jak technologie rakietowe. Mimo podjętej w 2013 roku decyzji niepowodzeniem zakończyła się próba zakupu chińskiego systemu przeciwlotniczego średniego zasięgu i przeciwrakietowego HQ-9, być może od początku traktowana jako forma presji na Zachód, mającej na celu uzyskanie od niego korzystniejszych rozwiązań. Ostatnie tygodnie przyniosły informacje o zaawansowanych rozmowach z Rosją na temat zakupu systemu tego samego rodzaju S-400 oraz deklaracje, że Turcja zamierza przejść do porządku dziennego nad ewentualną niemożnością integracji go z systemami NATO. Szeroka reorientacja armii na innych dostawców jest w świecie wymagającym daleko idącej kompatybilności komunikacyjnej oraz informatycznej kwestią wielu lat od decyzji politycznej do osiągnięcia gotowości bojowej przez systemy. W razie konfliktu politycznego może spowodować drastyczny spadek możliwości armii wskutek restrykcji dotyczących dostaw, które w odniesieniu do Turcji stały się już w pewnym zakresie faktem w związku z ostatnimi napięciami politycznymi. W tym kontekście probierzem relacji Ankary z Waszyngtonem będą losy kontraktu na myśliwce F-35, mające być przyszłością tureckiego lotnictwa. Jeżeli te, dostępne wyłącznie dla zaufanych sojuszników, maszyny najnowszej generacji (nie mogą ich otrzymać nawet blisko współpracujące ze Stanami Zjednoczonymi kraje arabskie) trafią zgodnie z założeniami do Turcji w 2019 roku, będzie to oznaczało wypracowanie modus vivendi zabezpieczającego interesy amerykańskie. Brak dostawy będzie z kolei przejawem głębokiego kryzysu w stosunkach wzajemnych. Na razie administracja Donalda Trumpa kontynuuje zdecydowanie politykę wsparcia Kurdów syryjskich, sprzeczną z tureckimi interesami, ewentualny zakup rosyjskich S-400 również nie będzie na pewno mile widziany w Waszyngtonie.

Relacje z Unią Europejską są zdeterminowane przez kryzys migracyjny. Turcja jest oskarżana o wykorzystywanie tej kwestii jako czynnika nacisku na UE. Tolerowanie, a nawet wspieranie działań Daeszu niewątpliwie przyczyniło się do fali uchodźców. Inne oskarżenie dotyczy wykorzystania wymuszonych przez wojnę ruchów ludności do osiągania korzystnych dla Turcji zmian składu etnicznego terytoriów syryjskich, np. wypierania Kurdów przez Turkmenów czy osadzanych tam Ujgurów emigrujących z Chin, gdzie ich antyrządowa rebelia jest wspierana przez Ankarę w ramach koncepcji pantureckiej. W ostatnich miesiącach w związku z wyraźnym sprzeciwem krajów UE, w których zamieszkuje liczna społeczność turecka, wobec przedreferendalnej agitacji za proponowanymi zmianami konstytucyjnymi prowadzonej przez rząd Turcji, doszło do ostrego kryzysu w relacjach z Holandią i wzrostu napięcia w stosunkach z Niemcami. Warto zauważyć, że mniejszości tureckie mogą stanowić element oddziaływania na sytuację wewnętrzną w poszczególnych krajach. W odróżnieniu od mało udolnych działań ekstremalnych środowisk islamskich integrystów, inspirowanych i wspieranych z Półwyspu Arabskiego, taktyka turecka wygląda na bardzo inteligentną. Agenci wpływu Ankary unikają odstręczającego radykalizmu, co pozwala im infiltrować środowiska lewicowe i tworzyć platformy polityczne mające możliwości koalicyjne. Przykładem pierwszego podejścia może być sprawa Mehmeta Kaplana, ministra mieszkalnictwa i urbanistyki z ramienia Partii Zielonych w rządzie szwedzkim, który został zmuszony do dymisji po ujawnieniu powiązań z członkami organizacji Szare Wilki i ruchu Millî Görüş (według mediów, Kaplan miał związki również bezpośrednio z kręgami Erdoğana). Drugie podejście reprezentować może założona w 2015 roku partia Denk, która w marcowych wyborach zdobyła trzy mandaty w holenderskim parlamencie. Jej program w odniesieniu do polityki wewnętrznej jest lewicowy, równościowy i proekologiczny, co nie przeszkadza formacji popierać w zawoalowanej formie zamierzeń Erdoğana.

W ostatnich miesiącach zaognieniu uległ mający długą historię spór turecko-grecki. Grecy odnotowują liczne naruszenia przestrzeni powietrznej i wód terytorialnych przez samoloty lub okręty tureckie. W odniesieniu do regionu Bałkanów ewentualne osłabienie więzi Turcji z NATO stanowi szczególny problem. Poza Grecją tamtejsze kraje – Bułgaria, Rumunia, Serbia i inne państwa pojugłosławiańskie – dysponują bardzo słabymi i w przeważającej mierze niedoinwestowanymi oraz zaniedbanymi siłami zbrojnymi, wskutek czego większa część Bałkanów stanowi rodzaj próżni militarnej. Podjęte w ostatnich latach działania, takie jak zakup nowych samolotów bojowych przez Turcję, Bułgarię i Serbię, mają siłą rzeczy ograniczony zakres i niewielkie znaczenie strategiczne. Przy wątpliwej sytuacji ekonomicznej Grecji, kurs Turcji na oddalenie od Zachodu grozi zasadniczym osłabieniem południowej flanki NATO, a pośrednio też UE.

Dla samej Turcji niezwykle istotnym zagadnieniem pozostaje kwestia kurdyjska. Społeczność ta liczy ponad 15 milionów, co stanowi niemal 20% mieszkańców kraju. Wyraźnie wyższe wskaźniki rozrodczości w regionach zamieszkałych przez Kurdów wskazują, że ich udział będzie w kolejnych latach wzrastał. Wachlarz możliwości stojących przed Ankarą jest szeroki: od kontynuacji polityki represyjnej, która może skończyć się długookresowo rozpadem kraju, po niezwykle śmiałe rozwiązania, jak federacja turecko-kurdyjska, obejmująca również zamieszkane przez Kurdów tereny Iraku i Syrii. Wydaje się, że z uwagi na samodzielność Kurdystanu irackiego i raczej pewne utrwalenie nieformalnej niezawisłości kurdyjskiej części Turcji najmniej perspektywiczna jest polityka konfrontacyjna. Pytanie tylko, czy jakąś alternatywę będzie w stanie zaproponować państwo będące autorskim pomysłem Recepa Tayyipa Erdoğana, czy konieczny będzie w tym celu kolejny przewrót w polityce tureckiej, w której, jak pokazują ostatnie dekady, w stosunkowo krótkim okresie może zmienić się niezwykle wiele.

dr Jan Przybylski

Autor obficie korzystał z opracowań Ośrodka Studiów Wschodnich, w szczególności analiz autorstwa Szymona Ananicza i Marka Matusiaka.

Co może polityka?

Każda poważna dyskusja o dzisiejszej Polsce, wychodząca poza bieżączkę polityczną czy najbardziej ortodoksyjną propagandę Wspaniałego Ćwierćwiecza 1989-2014, dość nieuchronnie prowadzi do wniosków, że sytuacja jest średnia. Mamy gospodarkę o niewysokim jak na Europę PKB, tkwiącą w pułapce średniego dochodu, płacącą rentę kolonialną, mało innowacyjną. A przy tym wszystkim kiepskie perspektywy demograficzne. Powstaje pytanie, jakie są możliwości zmiany tego stanu rzeczy przez bieżące działania polityczne i na ile strategie w rodzaju tej ogłoszonej przez wicepremiera Morawieckiego są propagandowymi zbiorami pobożnych życzeń, a na ile jednak jakimiś szansami.

Myślenie kategoriami długiego trwania, wielkich formacji historyczno-gospodarczych, określonych przez kształtujące się w ciągu stuleci habitusy determinant rozwoju lub jego braku może prowadzić do pewnej lekceważenia niewiary w skutki działań doraźnych. Na drugiej szali można położyć chętnie przywoływane przykłady potężnych awansów cywilizacyjnych, jakich doznały w XX wieku Korea Południowa, Tajwan, a także, last but not least, nieco później Chiny kontynentalne. Nierzadko pada jednak argument o możliwej nieadekwatności takich porównań z uwagi na odmienne kręgi cywilizacyjne i moment historyczny. Warto być może zatem poszukać sytuacji w historii Polski, w których szanse modernizacyjne zostały przegapione czy zaprzepaszczone z uwagi na nietrafione decyzje polityczne w kluczowych momentach.

Przedrozbiorowa historia Polski wydaje się nie obfitować z potencjalne punkty zwrotne. Ukształtowany ostatecznie, niesprzyjający innowacji, model gospodarki folwarcznej był mocno zakorzeniony w czynnikach obiektywnych. Był ceną płaconą za zaskakującą odporność populacji ziem polskich (czy szerzej, zachodniosłowiańskich) na zarazy, dziesiątkujące w późnym Średniowieczu ludność Europy Zachodniej, ale nie oszczędzające też terenów obecnej Rosji. Znikome straty ludnościowe ułatwiły osiągnięcie przez państwo polsko-litewskie potęgi politycznej, jednak dostępność rąk do pracy sprawiła, że była ona tania i nie istniały impulsy do poszukiwania pozarolniczych źródeł dochodu czy sposobów zrekompensowania braku ludzi efektywniejszymi metodami gospodarowania lub wynalazkami technicznymi. Doskonała opłacalność produkcji rolnej w wiekach XV i XVI odbierała sens inwestowaniu w wytwórstwo protoprzemysłowe, to po prostu się nie kalkulowało. Korzystała na tym w istocie całość ludności, jednak później pozbawieni siły politycznej kmiecie mieli zapłacić za to obróceniem w faktycznych niewolników. Podobnie dobrodziejstwem inwentarza, wynikającym ze specyficznego, odmiennego od zachodniego modelu feudalizmu, było dysfunkcyjne spełnianie roli zachodniego stanu trzeciego przez liczną szlachtę, która szybko od rycerstwa przeszła do roli faktycznych przedsiębiorców, nadużywających przywilejów wynikających z pozycji politycznej i pozbawionych konkurencji (przez co mogli stanowić prefigurację dzisiejszych „Januszów biznesu”), oraz Żydów, których formacja intelektualna nie zmieniła się wiele od Średniowiecza i miała bardzo mało punktów stycznych z tym, co działo się na zachodzie Europy.

W tej sytuacji znaczące oddalenie się trajektorii rozwojowej Rzeczypospolitej od dominującej w wyznaczającej trendy części kontynentu – było w zasadzie nieuniknione. Pewną zmianę mogło zapewne przynieść powodzenie wysiłków mających na celu wzmocnienie roli monarchy i centralizację władzy – silna stała armia królewska stymulowała wszędzie powstawanie zakładów zbrojeniowych pracujących na jej rzecz, które w Rzeczypospolitej nie zaistniały. Byłaby to zmiana istotna, jednak raczej punktowa i nie wpływająca szczególnie na model gospodarczy panujący w kraju. Poruszanie się po bocznym torze, acz niekorzystne, samo w sobie nie było jednak tragedią. Wszak Rosja we wcale nie lepszych warunkach stała się dzięki wielkości terytorialnej i ludnościowej potęgą – a tych parametrów nie brakowało i Rzeczypospolitej, niezależnie od pogłębiającego się zacofania cywilizacyjnego. Klucz do losów kraju leżał w sferze czystej polityki. Radykalna całościowa modernizacja była co do istoty praktycznie niemożliwa choćby przez samą trudność konceptualizacji (choć silna władza centralna mogłaby na zasadzie imitacji wdrażać ją efektywnie na pewnych odcinkach), ale też nie stanowiła warunku sine qua non utrzymania państwowości.

Rozbiory i XIX wiek przyniosły zasadniczą zmianę. Po pierwsze dawny model polityczno-społeczno-gospodarczy zbankrutował w sposób wyraźny jako jedna z przyczyn katastrofy państwa. Po drugie rozpoczęła się rewolucja przemysłowa. W nieoptymalnych warunkach politycznej „Rzeczypospolitej jeden i pół”, która wyłoniła się z zawieruchy wojen napoleońskiej, pojawiła się właściwa odpowiedź na problem. Przybrała ona postać polityki interwencjonistycznej, stymulującej odgórnie rozwój, a prowadzono ją z inicjatywy księcia Druckiego-Lubeckiego. Chociaż z uwagi na ograniczający rynek wewnętrzny brak uwłaszczenia chłopów również środowisko społeczno-gospodarcze nie było optymalne, efekty osiągnięte do roku 1830 były bardzo obiecujące. Rozwijały się przemysły górniczy i włókienniczy, poprawie ulegała infrastruktura. Szacowane wskaźniki gospodarcze Królestwa Polskiego były porównywalne z ówczesną Szwecją. Niestety, represje po przegranym Powstaniu Listopadowym uniemożliwiły kontynuację tej polityki, a wprowadzenie barier handlowych na wywóz towarów do Rosji w znacznej mierze zniweczyło jej osiągnięte dotychczas efekty. Co gorsza, likwidacji uległa niedawno założona warszawska politechniczna Szkoła Przygotowawcza, co bardzo utrudniło przygotowywanie kadr inżynierskich – nauka wiązała się z koniecznością wyjazdu do Rosji lub emigracji. XIX-wieczne powstania miały oczywiście szereg przyczyn, niemniej jednak za każdym razem ich rozpoczęcie stanowiło pewną decyzję polityczną, mającą alternatywy i trudno uznawać je za bezwzględne konieczności. Za każdym razem były fatalnie nietrafione czasowo – gdyby któreś wybuchło w czasie wojny krymskiej, miałoby znacznie większe widoki na korzystny wynik. O ile bilans powstań w sferze świadomości narodowej jest kwestią dyskusyjną, w której można sensownie (choć bez możliwości ostatecznego rozstrzygnięcia) formułować różne stanowiska, o tyle w odniesieniu do poziomu cywilizacyjnego większości ziem, które złożyły się na odrodzoną Polskę, wydaje się być jednoznacznie zły. Szansa modernizacyjna przepadła.

Polska, odzyskawszy niepodległość w 1918, była gospodarczą peryferią, w której kumulowały się zapóźnienia wynikające z bocznotorowego rozwoju przed rozbiorami oraz bardzo ograniczonego uczestnictwa w modernizacji będącej plonem rewolucji przemysłowej. Sytuację pogarszały bardzo poważne zniszczenia wojenne. Przywołana wcześniej Szwecja, nienależąca przecież do przodującego gospodarczo centralnego obszaru Europy Zachodniej, zdążyła w ciągu 100 lat uzyskać dwukrotną przewagę w aspekcie rozwoju wyrażonego jako PKB per capita (a do wybuchu II wojny światowej wzrosła ona do dwuipółkrotności). Rozwój przemysłu i infrastruktury w II RP przebiegał niezwykle opornie, mimo inwestycji podejmowanych przez państwo. Ubogi rynek wewnętrzny nie zapewniał tym usiłowaniom przyjaznego środowiska, a obciążenia fiskalne wsi, z których czerpano środki na inwestycje, jeszcze pogarszały sprawę. Kraj bardzo źle zniósł Wielki Kryzys – PKB per capita spadał nieprzerwanie do 1933, osiągając w tym roku 75% wartości z 1929.

Wieś w ogromnej mierze pozostawała na poziomie życia znanym z XIX wieku, była też bardzo przeludniona. A to ona, skupiając w 1931 roku 73% mieszkańców kraju, stanowiła klucz do powodzenia modernizacji. Ogólne ubóstwo było uwarunkowane przez strukturę własnościową: 1% przeważnie ziemiańskich gospodarstw wielkoobszarowych (powyżej 50 ha) zajmowało w 1921 roku 48% gruntów. Progu produkcji towarowej, wynoszącego 5 hektarów, nie przekraczały 62% gospodarstw, a 1/3 chłopów była bezrolna. Reforma rolna była koniecznością. Niestety, przyjęto zupełnie niesatysfakcjonujące rozwiązania „kropelkowe”. Pakt lanckoroński przewidywał parcelację ledwie 200 000 hektarów rocznie, a ułożenie się formacji sanacyjnej z ziemiaństwem w Dzikowie i Nieświeżu spowodowało, że nawet te założenia nie były realizowane i w efekcie w 1938 r. średnia powierzchnia gospodarstwa rolnego spadła w porównaniu z 1921 z 5,7 ha do 5 ha, natomiast liczba niesamowystarczalnych gospodarczo minifundiów wzrosła do 64,5%.

Efektywna, napędzająca modernizację kraju reforma musiałaby być radykalna, być może nawet realnie wywłaszczeniowa. Zapewne nad ziemiańską Arkadią zniszczoną przez narodowych bolszewików roniłoby się dziś łzy, ale byłby to potężny impuls, dzięki któremu rozwój przemysłu albo dokonywałby się w miarę samoistnie, albo, prowadzony przez państwo, nie wisiałby w próżni. A przy okazji zapewne częściowo rozbroiłoby to fatalną sytuację narodowościową – tutejszy, otrzymawszy od polskiego państwa ziemię, dwa razy zastanowiłby się, czy czuje się Ukraińcem, o którym prawią młodzi agitatorzy, czy może jednak Polakiem, do czego zachęca władza, dysponująca obok kija także marchwią. To też była decyzja. Mógł Ziuk postawić jednego pasjansa mniej, mógł Pan Roman wróciwszy z Wersalu przeczytać bardzo ciekawą książkę, „Myśli nowoczesnego Polaka”, i pójść w kierunku modernizacyjno-populistycznym, a nie uprawiać konserwatyzm potrzebny zacofanej Polsce jak dziura w moście.

Dzięki dokonanym u siebie reformom i reformom własnościowym zaczęły Polskę wyprzedać podobnie postfeudalne nędze, jakimi były kraje bałtyckie (dokonywane przez krajowych obserwatorów porównania wsi litewskiej i polskiej wypadały dla tej drugiej bardzo niekorzystnie) oraz Finlandia. Warto przyjrzeć się przez chwilę przykładowi tej ostatniej. Dokonane w latach 20. kompleksowe reformy rolne przyczyniły się w sposób decydujący do szybkiego wzrostu gospodarczego – PKB per capita wzrósł między 1929 a 1920 o niemal połowę. Wielki Kryzys odbił się również na gospodarce tego kraju, jednak do 1933 roku omawiany wskaźnik wrócił do poziomu z 1929 r., aby do chwili wybuchu wojny wzrosnąć o kolejną jedną trzecią. Reformy przyczyniły się też do scalenia politycznego kraju, podzielonego przez wojnę domową między białymi a czerwonymi. W 1939 społeczeństwo fińskie przeciwstawiło się konsekwentnie i jednomyślnie sowieckiej inwazji, a propaganda najeźdźców nie znajdowała praktycznie żadnego posłuchu. Jednocześnie przemiany nie spowodowały alienacji społecznej dotychczasowych właścicieli ziemskich – szwedzkiej szlachty. Można zatem zakładać, że i Polska mogła na podobnym programie bardzo skorzystać. Siła gospodarcza przełożyłaby się na wojskową, zwiększającą poważnie szanse przetrwania w niezwykle trudnym otoczeniu, oraz na polityczną.

Ostatnią dotychczasową niewykorzystaną szansą modernizacyjna jawią się być czasy pogomułkowskie, kiedy w sumie całkiem sensowne gierkowskie inwestycje, równoległe do dokonywanych w Korei Południowej i idące w podobnych kierunkach, zamiast nadać impet, rozmyły się z powodu braku możliwego przecież urynkowienia gospodarki, zwiększającego popyt i rozwiązującego nierozwiązywalne przy centralistycznym dogmatyzmie problemy typu brak sznurka do snopowiązałek. Pewna szansa występowała jeszcze za czasów generała Jaruzelskiego. Wystarczyło, imitując drogę chińską, zamiast wolności politycznej zwiększyć zakres swobody gospodarczej. Tych parę lat do i tak nieuniknionego upadku systemu dałoby czas temu, co stworzono w poprzedniej dekadzie na okrzepnięcie zamiast gnicia oraz na wejście do otwartej konkurencji światowej na o wiele lepszych warunkach (vide Czechy czy Słowenia).

Nie ma powodu przypuszczać, że drzwi na klatkę schodową są już nieodwołalnie zamknięte i jesteśmy skazani na snucie się po obecnie zajmowanym piętrze. Polska ma, jak by nie patrzeć, kapitał w postaci sporej wielkości populacji. Najpierw, po zebraniu przez władzę centralną do kupy barbarzyńców, pozwolił on sam w sobie wystrzelić z państwem, które było w stanie oprzeć się w konfrontacji dawnym kolegom w barbarzyństwie, którzy jakieś 700 lat wcześniej zaczęli korzystać z dobrodziejstw. Nie udało się to mniej licznym barbarzyńskim pobratymcom z zachodu, tym ze wschodu sami zaczęliśmy wchodzić w szkodę. Ten sam kapitał pozwolił po ogarnięciu się i ubraniu butów zamiast łapci zacząć grać o wysokie stawki. Od XVII wieku pozostaje niestety niewykorzystany, ale istnieje. Dlatego np. ewentualny rozpad Wielkich Współprac i powrót protekcjonizmów nie jest dla nas wyłącznie zagrożeniem, ale może być też szansą – byle wstrzelić się z decyzjami…

dr Jan Przybylski