F-35 nad Fort Trump

F-35 nad Fort Trump

Czerwcowa wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie przyniosła deklaracje gospodarzy dotyczące zwiększenia ich obecności wojskowej w Polsce. Ponieważ projekt zasadzający się na dążeniu do osiągnięcia istotnego amerykańskiego zaangażowania na tej niwie, który z biegiem czasu zyskał miano „Fort Trump”, jest jednym ze sztandarowych przedsięwzięć obecnego obozu rządzącego w dziedzinie polityki zagranicznej, warto przeanalizować osiągnięte efekty i ocenić je w szerszym kontekście.

Podpisana przez prezydentów Dudę i Trumpa deklaracja, która z biegiem czasu ma przyoblec się w ciało formalnej umowy dwustronnej, zakłada zwiększenie o 1000 osób stanu żołnierzy amerykańskiego personelu wojskowego w Polsce, którego liczebność wynosi obecnie w ramach rotujących pododdziałów 4500 ludzi. Planowane jest utworzenie amerykańskiego wysuniętego dowództwa dywizyjnego, centrum szkolenie bojowego, wykonującej działania wywiadowcze, zwiadowcze oraz rozpoznawcze eskadry bezzałogowych statków powietrznych klasy operacyjnej MQ-9 (informacje przez nie uzyskiwane mają być udostępniane stronie polskiej), załadunkowo-rozładunkowej bazy lotniczej, grupy wsparcia dla teatru działań, zdolności amerykańskich sił specjalnych w zakresie wspierania operacji powietrznych lądowych i morskich oraz infrastruktury obsługującej brygadową grupę bojową, brygadę lotniczą oraz batalion wsparcia logistycznego. Siły te uzupełnią jednostki stacjonujące już w Polsce na zasadzie rotacyjnej. Są to pancerna brygadowa grupa bojowa (de facto ciężka brygada pancerna), transportowo-bojowa brygada lotnicza, stanowiący rdzeń Wysuniętej Wzmocnionej Obecności NATO batalion zmechanizowany, pododdziały lotnicze wyposażone, w zależności od aktualnej konfiguracji, w samoloty myśliwskie, szturmowe lub transportowe, a od końca przyszłego roku planowana od dawna baza antyrakietowa w Redzikowie.

Polskie oczekiwania związane z „Fort Trump” dotyczyły stałej obecności co najmniej dywizji. Nie zostały one co do zasady spełnione. Amerykańska dywizja składa się według aktualnej struktury z dowództwa, dwóch brygad pancernych, artylerii szczebla dywizyjnego, brygady lotnictwa bojowego oraz oddziałów logistycznych. Liczy około 15 000 żołnierzy w zgranych ze sobą jednostkach. Chociaż politycy obozu rządowego mówią o przyszłej obecności „rdzenia dywizji”, jego charakter pozostaje potencjalny, rotujące oddziały wchodzące w skład różnych związków taktycznych mogą rzecz jasna w razie potrzeby współpracować ze sobą ad hoc, jednak trudno oczekiwać od nich efektywności porównywalnej ze zintegrowaną wielką jednostką.

Strona rządowa przedstawia uzgodnienia jako sukces polityczny. Konsens w kwestii dobroczynnego charakteru amerykańskiej obecności wojskowej jest powszechny. W istocie sprawa wydaje się jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zagadnieniem najbardziej bezpośrednim są warunki lokalizacji amerykańskich jednostek. Polska zobowiązała się stworzyć, a później utrzymywać na własny koszt infrastrukturę, z której będą korzystały siły amerykańskie, a także zapewnić bliżej jeszcze nieokreślone dodatkowe wsparcie wykraczające poza obowiązujący w NATO standard działań państwa-gospodarza. Trudno obecnie oszacować koszty – przy relatywnie niewielkim zwiększeniu amerykańskiej obecności powinny one być mniejsze niż dwa miliardy dolarów deklarowane przez polityków obozu rządowego w ubiegłym roku przy okazji rozważań nad „Fort Trump”. Jakaś część wydatków będzie też najprawdopodobniej dotyczyła infrastruktury ogólnego użytku, w szczególności transportowej. Niemniej jednak przy ofensywnej polityce wydatkowej rządu potrzebne pieniądze będą musiały zostać uzyskane kosztem ograniczeń w innych dziedzinach – istnieją obawy, że ofiarą padną i tak niedofinansowane krajowe siły zbrojne. Obawy budzi również publiczne rozważanie przez polityków amerykańskich, w tym samego prezydenta Trumpa, koncepcji domagania się od państw-gospodarzy opłat za stacjonowanie amerykańskich wojsk jako czynnika odciążającego lokalne armie.

Jeszcze ważniejsze wydają się kwestie ogólnopolityczne i strategiczne. Politykę zagraniczną rządu PiS można po czterech latach bez przesady podsumować jako bezalternatywnie proamerykańską. Symbolem tego stanu rzeczy może być kuriozalna konferencja bliskowschodnia zorganizowana w Warszawie w lutym na amerykańskie polecenie bez szczególnej dbałości choćby o pozory, sfinansowana przez nasz kraj, dotycząca zagadnień znajdujących się w istocie poza polską sferą możliwości wywierania wpływu, która dała asumpt do skandali dyplomatycznych powodowanych przez traktujących gospodarzy jak lokai polityków amerykańskich i premiera Izraela. Bon mot dotyczący wyjątkowych zdolności polskiej dyplomacji, objawiających się wejściem w sytuację jednoczesnego zadrażnienia stosunków z Iranem i Izraelem, był niestety trafny. W takim stanie rzeczy pozycja negocjacyjna Warszawy wobec Waszyngtonu jest niezwykle słaba, gorsza nawet niż wynikałoby z porównania potencjałów obu krajów. Polscy politycy są petentami, od których druga strona może zasadnie oczekiwać spełnienia dowolnych warunków. W związku z tym na relacjach polsko-amerykańskich cieniem kładzie się również kwestia roszczeń dotyczących bezspadkowego mienia po żydowskich obywatelach Polski, którzy stracili życie w latach 1939–45. Chociaż zagadnienie to nie zostało, wbrew pogłoskom, póki co powiązane z rozszerzeniem amerykańskiej obecności wojskowej, nie można wykluczyć tego w przyszłości. Trudno przewidzieć ostateczne skutki osławionej ustawy 447, jednak traktowanie jej jako aktu zupełnie pozbawionego znaczenia byłoby bardzo lekkomyślne. Możliwe, że skutki te zależą od polskiej postawy. Dopraszanie się o amerykańskie wojska zachęca do stawiania rozmaitych warunków, również w tym zakresie, w zależności od aktualnych interesów wewnętrznych i zewnętrznych tamtejszej administracji.

Czy skórka jest warta wyprawki? Wydarzenia dekady rozpoczętej wojną gruzińsko-rosyjską wykazują jasno, że wszelkie pacyfistyczne nadzieje opierały się na iluzjach i niedorzecznościach. Rosji nie sposób nie traktować jako realnego zagrożenia, jeżeli nie bezpośredniego, to potencjalnego, w dłuższej perspektywie. Można liczyć, że kraj ten nie stanie się na powrót matecznikiem groźnej, morderczej ideologii, jednak w realnej perspektywie będzie on najprawdopodobniej podążał koleinami podobnymi, jak państwo carów. Siła wojskowa będzie znacznie przeważała nad ekonomiczną czy kulturową, a polityka zagraniczna będzie kompensować deficyty dużą aktywnością, niestroniącą w razie potrzeby od agresji. Obszar Europy Środkowej pozostanie natomiast dla Moskwy jedną ze stref gier z innymi mocarstwami. Należy się zatem liczyć z różnymi rodzajami oddziaływania militarnego. Ponieważ wieloaspektowa i być może realnie nieprzezwyciężalna w wyobrażalnym czasie półperyferyjność nie pozwala Polsce osiągnąć potencjału, w tym wojskowego, zabezpieczającego asertywność, konieczne jest poleganie na sojuszach. Ponieważ armie europejskich członków NATO bardzo ucierpiały w wyniku cięć po zakończeniu Zimnej Wojny i zmian struktury wydatkowej, w ramach aliansu realną wiarygodnością wojskową zdolną do kontrowania zagrożenia ze strony Rosji dysponują tylko Stany Zjednoczone. Przykładem niech będą wojska pancerne. Rosjanie mają w linii oraz w jednostkach możliwych do rozwinięcia w ciągu około 4 miesięcy 4500 nowoczesnych czołgów. Europejskie kraje NATO, bez uwzględnienia Polski i skoncentrowanych na innym teatrze Grecji, Włoch oraz Turcji (której status jako członka sojuszu pozostaje niepewny) mają ich ledwie 1000. Amerykański potencjał to z kolei 3500 przewyższających wyraźnie rosyjskie pojazdów w linii i rezerwie wysokiej gotowości.

Należy jednak uwzględnić uwarunkowania strategiczne, w jakich działają Stany Zjednoczone. Ich zasadniczym przeciwnikiem pozostają i pozostaną potężniejące Chiny, poza tym USA są zaangażowane w różnych rejonach świata. W związku z tym na europejskim teatrze działań Amerykanie będą w najbliższej perspektywie dysponowali łącznie… 230 czołgami. Brygada operująca w Polsce to około 100 pojazdów. Stany Zjednoczone należy zatem z perspektywy polskiej traktować jako kraj w granicach woli działania wiarygodny w zakresie strategicznego odstraszania nuklearnego, jednak poniżej niego sytuacja pozostaje niepewna, z koniecznością uwzględnienia wielu zmiennych. Najważniejszą pozostaje kluczowy dla amerykańskiej geostrategii problem możliwości analogicznego do ruchu Richarda Nixona wobec Chin resetu z traktowaną jako przeciwnik drugorzędny Moskwą, rozbijającego alians chińsko-rosyjski.

W perspektywie takich gier nawet „Fort Trump” z marzeń polityków polskich pozostaje trzeciorzędnym szczegółem. Każdą bazę można bowiem zwinąć, a wydarzenia w Syrii wskazały na możliwość funkcjonowania strategicznej neutralności pomiędzy mocarstwami. Obecni tam zbrojnie Rosjanie, będący wszak prorektorami rządu al-Asada, nie reagują na skierowane przeciwko niemu działania Amerykanów wspomaganych przez europejskie kraje NATO czy Izraela, o których są z wyprzedzeniem informowani, a ich plany zakładają w skrupulatny sposób nierażenie oddziałów i instalacji rosyjskich. Nawet jeśli odrzucić taki scenariusz jako wydumany, można mocno wątpić w realność amerykańskiego wsparcia w sytuacji konfliktu nieosiągającego poziomu otwartej wojny. Podsumowując: w przypadku pełnoskalowej wojny z Rosją amerykańska obecność w Polsce będzie przekładała się na symboliczne możliwości. W razie konfliktu może nie zapewniać wsparcia. W każdym wypadku pozostaje funkcją globalnej polityki, nie świętym Graalem zapewniającym Polsce bezpieczeństwo. Wydaje się zatem, że nie warto ponosić dla jej zapewnienia nadmiernych kosztów finansowych i politycznych.

Równolegle do rozmów o amerykańskiej obecności wojskowej biegną sprawy modernizacji Wojska Polskiego. Warunkuje je ten sam układ sił w dziedzinie polityki zagranicznej, co przekłada się na dominację podmiotów amerykańskich. Bieżący rok przyniósł podpisanie umowy dotyczącej dostawy pierwszego dywizjonu artylerii rakietowej w programie Homar, informację o przesunięciu na co najmniej przyszły rok sygnowania zawarcia porozumienia dotyczącego II fazy programu obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej „Wisła” oraz wystosowanie do strony amerykańskiej zapytania ofertowego w sprawie zakupu 32 wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji F-35A. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z bardzo wątpliwym finałem realizowanego od początku wieku przedsięwzięcia, które miało dać Wojsku Polskiemu system o maksymalnym zasięgu rażenia celów przekraczającym 150 km, według pierwotnych założeń krajowej produkcji, z zastosowaniem rozwiązań licencyjnych. Skończyło się na zakupie amerykańskiego systemu HIMARS „z półki”, bez żadnych elementów polskich, o bardzo ograniczonej kompatybilności z krajowymi systemami łączności i dowodzenia, bez zabezpieczenia nawet serwisu. Jest to z jednej strony efekt fatalnej organizacji prac badawczo-rozwojowych, braku konsekwencji w zakresie finansowania czy wręcz świadomości takiej konieczności, a także mających mętne cele i wątpliwe efekty permanentnych reorganizacji przemysłu zbrojeniowego, z drugiej natomiast ogromnych wpływów w sferach rządowych działających na rzecz podmiotów amerykańskich lobbystów, w szczególności koncernu Lockheed Martin. Zmarnowano leżącą w zasięgu możliwości szansę na skokowe zwiększenie kompetencji krajowego przemysłu, zyskując uzbrojenie co prawda sprawdzone, jednak przeciętnie już nowoczesne, którego koszty eksploatacji z uwagi na zagraniczny serwis będą nieuchronnie bardzo duże, a możliwości użycia bojowego zależne od amerykańskiej decyzji politycznej.

W odniesieniu do programu „Wisła” istnieją realne obawy, że z uwagi na kwestie finansowe oraz dotyczące rozbieżności między formułowanymi przez Polskę oczekiwaniami w zakresie koprodukcji a chęcią Amerykanów do udostępnienia rozwiązań, realizacja dostawy sześciu (z ośmiu planowanych w ramach całego programu) baterii zostanie co najmniej opóźniona, a wypadający w roku 2026 koniec bieżącego Planu Modernizacji Technicznej, w ramach którego systemy miały zostać wprowadzone na uzbrojenie, w najlepszym razie pokryje się z rozpoczęciem dostaw. Nie można też wykluczyć, że odwleczenie następuje faktycznie ad Kalendas Graecas, a zdolności zostaną uzupełnione w ramach innego programu – albo wcale.

Zakup nowych wielozadaniowych samolotów bojowych stał się natomiast koniecznością wskutek gwałtownej utraty zdolności operacyjnych przez flotę MiGów-29. Maszyny te, od początku służby w polskich barwach w roku 1989, były realnie mało nowoczesne z uwagi na dość niewielkie możliwości wczesnej wersji, na eksport dodatkowo zubożonej. Były też z powodu deficytów perspektywicznego myślenia permanentnie przeceniane i traktowane jako konstrukcja mająca przed sobą długą przyszłość, sięgającą nawet lat 30. Tymczasem ich głęboka modernizacja, zwiększająca skokowo potencjał, była niewykonalna politycznie z uwagi na konieczność zapewnienia udziału strony rosyjskiej, a dostawy części zabezpieczających bieżące funkcjonowanie stanowiły zawsze problem. Technikom sił powietrznych, którzy zapewniali przez 28 lat funkcjonowanie tych samolotów bez strat, należą się najwyższe słowa uznania, jednak wskutek postępującego zużycia prowizorka przestała wystarczać. Od 2017 rozbiły się już trzy MiGi, a prawdopodobnie to dopiero smutny początek.

Wskazanie na F-35A trudno podważać od strony merytorycznej. Jest to jedyny dostępny w pełni funkcjonalny samolot V generacji, z uwagi na cechy stealth i rozbudowane zintegrowane pole informacyjne znacznie przewyższający maszyny generacji IV (jak europejskie Typhoon, Rafale i Gripen) czy III zmodernizowanej do standardu IV (jak F-16V czy F-18E/F). Można zatem uznać, że procedura przetargowa byłaby w istocie stratą czasu. Nie trzeba martwić się o korzyści przemysłowe – kolejne rządy zadbały o zanik krajowego przemysłu, który mógłby np. aspirować do zastąpienia firm tureckich w procesie produkcji F-35, co jednak wiązałoby się z trudnymi, czasochłonnymi rozmowami. Offset można załatwić w sposób w ogromnej przewadze pozorny, co przećwiczono już przy kontrakcie na F-16. Polska szczęśliwie nie produkuje uzbrojenia lotniczego, nie ma zatem problemu dostępu do kodów źródłowych samolotu w celu jego integracji, z kolei bezalternatywne stawianie na Waszyngton pozwoli nie martwić się niekontrolowanymi przez posiadacza transmisjami pakietów danych do producenta, na które zwracali uwagę choćby Norwegowie. Przy odrobinie uśmiechu Fortuny mamy zatem szanse być bardzo szczęśliwymi użytkownikami F-35.

dr Jan Przybylski

Fotografia w nagłówku tekstu: MSgt John Nimmo Sr., za Wikipedia.

Migawka z globalnej szachownicy

Migawka z globalnej szachownicy

Upłynął kolejny rok dzielący świat od przewidywanej przez korporację RAND na połowę przyszłej dekady wojny o globalną hegemonię między Stanami Zjednoczonymi a aspirującymi Chinami. Z całą pewnością można powiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze – wojna nie wybuchła. Po drugie – Chiny utrzymują światowy prymat pod względem PKB w jednostkach przeliczeniowych (najwyższą wartość nominalną mają Stany Zjednoczone). Wzrost gospodarczy ChRL odrobinę zwalnia, są to jednak różnice rzędu dziesiątych części procenta, wynosząc tak czy inaczej co najmniej 6,5%. Imponuje również rozwój chińskiego potencjału militarnego. W roku 2018 zwodowano tam aż sześć niszczycieli, w tym trzy bardzo dużego i silnie uzbrojonego typu 055; dla porównania – w Stanach Zjednoczonych zwodowano dwa niszczyciele. W budowie znajdują się trzy chińskie lotniskowce, które dołączą do jednego eksperymentalno-szkolnego i pierwszego będącego jednostką stricte bojową, który wejdzie do służby w bieżącym roku. Z drugiej strony, Amerykanie nie zasypiają gruszek w popiele – zatwierdzony na rok 2019 wydatki na zbrojenia wyniosą rekordowe 716 miliardów dolarów. Jawne i niejawne wydatki Chin są szacowane na „jedynie” nieco ponad 200 miliardów dolarów.

W dziedzinie stosunków między mocarstwami miniony rok był bogaty w wydarzenia. W połowie czerwca amerykańska administracja rozpoczęła proces nakładania karnych ceł na produkty importowane z Chin, motywując podejmowane decyzje dążeniem do zmniejszenia własnego deficytu handlowego w stosunkach bilateralnych, który w roku 2017 wyniósł 375 miliardów dolarów. Nałożone w czerwcu cła objęły import o wartości 50 miliardów dolarów, we wrześniu – 200 miliardów. Chiny z kolei nałożyły cła odwetowe na import ze Stanów Zjednoczonych o wartości 60 miliardów dolarów. Stan ten jest zasadnie określany wojną handlową, jednak na początku grudnia na jej froncie nastał przynajmniej czasowy rozejm. Strony zgodziły się na zawieszenie w związku z prowadzonymi negocjacjami zapowiadanej na pierwszy dzień roku 2019 aż 2,5-krotnej podwyżki pierwotnie nałożonych stawek o 90 dni.

W ramach ustępstw Chiny zgodziły się na zakup w USA znaczącej ilości produktów rolnych, w tym niesprowadzanego stamtąd od 17 lat ryżu. Wydaje się jednak, że większe szanse spełnienia ma scenariusz zaostrzania się konfrontacji. Wskazywać na to może choćby zimnowojenne w duchu, pełne bardzo ostrych i kategorycznych ocen polityki Chin przemówienie wiceprezydenta Mike’a Pence’a, wygłoszone na początku października.

Rywalizacja między mocarstwami ma wpływ również na inne kraje. W minionym roku większą inicjatywę wykazywały Stany Zjednoczone – najbardziej spektakularnym jej przejawem było spotkanie Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem. Przyniosło ono porozumienie dające pewne nadzieje na uspokojenie Korei Północnej przez jej denuklearyzację, utrudniające Chinom domniemane wykorzystywanie „szalonego” sąsiada do testowania polityki Amerykanów i ich sojuszników, pozwalające skoncentrować się tym ostatnim na rywalizacji z Pekinem. W tej dziedzinie pewnym symbolem staje się zapowiadany powrót Japonii do klubu posiadaczy lotniskowców, który opuściła po roku 1945. Mimo poprawnych politycznie nazw dwie jednostki typu „Izumo” będą przenosić samoloty F-35B.

Kluczowym elementem globalnej układanki wydaje się jednak być Rosja. Obecnie pozostaje w aliansie z Chinami, który jednak nie jest oparty ani na zaufaniu (Pekin pamięta szokującą woltę Moskwy po 11 września 2001, która spowodowała wpuszczenie oddziałów amerykańskich do zdominowanej przez Rosję Azji Środkowej, tuż przy miękkim podbrzuszu Chin), ani na równowadze relacji, które są zdominowane przez bezapelacyjną przewagę ekonomiczną Chińczyków i wyczerpywanie się możliwości Rosji jako strategicznego dostawcy technologii militarnych. Grudzień przyniósł ważny głos Pata Buchanana, stwierdzającego wprost, że Stany Zjednoczone nie są w stanie rywalizować jednocześnie z dwoma wielkimi przeciwnikami, oraz że zasadniczym wrogiem jest Pekin i wzywającego do powtórzenia wobec Moskwy manewru dokonanego przez Richarda Nixona w latach 70. Zapowiedzią skracania frontów może być ogłoszenie przez prezydenta Trumpa wbrew współpracownikom wycofania wojsk amerykańskich z Syrii (co prawda wydłużonego wobec pierwotnych zamiarów) i widoczne dążenie do poprawy stosunków z Turcją, od 2015 co najmniej problematycznym aliantem.

Chińska aktywność zagraniczna była mniej spektakularna. Jak się wydaje, sztandarowy dla przezwyciężenia morskiej dominacji Stanów Zjednoczonych projekt Nowego Jedwabnego Szlaku napotyka znaczące opory. W Malezji zablokowane zostały wielkie chińskie projekty infrastrukturalne, problemy występują w Mjanmie i Pakistanie. Wiążą się one z hegemonicznym, niekorzystnym dla gospodarek mniejszych partnerów modelem stosunków ekonomicznych forsowanych przez Pekin. Nie widać również atrakcyjnej chińskiej oferty dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Wydaje się, że opracowanie takowej przez Chiny, przyzwyczajone raczej do charakteru relacji sprawdzającego się w ubogich krajach Afryki czy Ameryki Południowej, będzie musiało wiązać się z czasochłonnymi zmianami mentalnymi. Utrudniona będzie również ekspansja gospodarcza Chin w Europie Zachodniej – w grudniu rząd Niemiec zmienił rozporządzenie do ustawy o stosunkach gospodarczych z zagranicą, w sposób zwiększający możliwość wetowania przejęć niemieckich firm przez inwestorów spoza UE. Prawo to jest nieoficjalnie określane jednoznacznie jako „Lex China”.

Znaczące zmiany zachodzą za to w polityce wewnętrznej Chin. Xi Jinping faktycznie zdemontował wprowadzony jeszcze przez Deng Xiaopinga system władzy rozproszonej między kilka ośrodków – sekretarza generalnego KPCh będącego jednocześnie Przewodniczącym ChRL, premiera i Biuro Polityczne. Xi autoryzując masowe kampanie przeciwko urzędnikom szczebli od niskiego po najwyższy, oparte na zarzutach korupcyjnych, wyeliminował konkurencję i doprowadził do powstania własnej personalnej władzy, niespotykanej od czasów Mao. Obok partii kontroluje jako przewodniczący Centralnej Komisji Wojskowej armię, a jako szef rozlicznych grup roboczych zajmujących się wszystkimi kluczowymi sprawami – całość polityki państwa. W ubiegłym roku przeforsował zniesienie konstytucyjnego limitu liczby kadencji szefa partii i państwa, co daje mu władzę de facto nieograniczoną czasowo przez względy inne niż biologiczne.

Polityka ta jest określana jako problematyczna wewnętrznie – dla ogromnego aparatu biurokratycznego marchewkę zastąpił kij i strach przez czystkami. W stosunkach zewnętrznych jest ambiwalentna. W warunkach globalnej konfrontacji jednolite, skoncentrowane przywództwo może być atutem. Może jednak też zmniejszać elastyczność reagowania i zdolność absorpcji zderzeń poniżej progu eskalacji konfliktu – skoro jeden włada wszystkim i za wszystko odpowiada, może być ze względów wizerunkowych bardziej nieustępliwy.

Do sprawdzenia sensu przepowiedni o nowej wojnie światowej pozostało jeszcze około sześciu lat. Do tego czasu prorocy będą ją głosić niezmordowanie – wszak na tej melodii budują swoją obecność w przestrzeni publicznej, a nawet spektakularne kariery. Wyjaśnienie sytuacji spowoduje sformułowanie funkcjonujących rzekomo jako żelazne konieczności ciągów przyczynowo-skutkowych, prowadzących „nieuchronnie” do takiego a nie innego wyniku. Zdarzenia wychodzące poza ciągi będą pomijane jako nieistotne dla ostatecznego rezultatu, interpretowane jako wybiegi czy inicjatywy z góry skazane na niepowodzenie. Kwestie znormalizowane przez głównych graczy i traktowane co do zasady jako neutralne i niekoniecznie stanowiące kluczowe zagrożenie zostaną z kolei zabsolutyzowane i uznane za najważniejsze przyczyny. Taka nauka wynika ze znakomitej książki „Lunatycy. Jak Europa poszła na wojnę w roku 1914” Christophera Clarka, opisującej drogę do wojny, która jest przyjmowana jako jeden z modeli starcia amerykańsko-chińskiego. Nie ma podstaw, aby przyjąć, że za kilka lat narracje będą inne – w zależności od biegu wypadków w narracjach jako nieistotne będą traktowane albo zaostrzenia, albo odprężenia.

A sprawa polska? Niestety, dyplomacja naszego kraju wydaje się być najdalsza od zdolności osiągania zysków dzięki umiejętnemu balansowaniu między głównymi graczami, względnie handlowi wymiennemu związanemu z postawieniem na któregoś z nich. Z jednej strony polityka zagraniczna Polski wpada w ogromne turbulencje w związku ze sprawami najwyżej trzeciorzędnymi. Z drugiej – stosunki ze Stanami Zjednoczonymi są zdominowane przez czczy serwilizm, wydatnie wspomagany przez lobbystów ulokowanych w krajowych ośrodkach władzy. W tej sytuacji bardzo trudno o korzyści, a niezwykle łatwo o niebezpieczeństwa.

dr Jan Przybylski

Jan Przybylski: Czy mogło być inaczej?

Jan Przybylski: Czy mogło być inaczej?

Każdego roku późnym latem powracają rozważania dotyczące września 1939 i pytanie „czy mogło być inaczej”. U niektórych powoduje to odruch alergiczny, jednak w istocie zadawanie tego pytania nie jest bezsensowne. Jeżeli przyjmiemy, że historia nie jest procesem rządzonym przez rygorystyczny determinizm, faktycznie wykluczający wolność czynnika ludzkiego, i decyzje kształtują historię, historie niebyłe stanowią rewers tej rzeczywistej. A jeżeli uwarunkowania geopolityczne i stosunki sił są stałymi wywierającymi bardzo znaczący wpływ na losy narodów, minione lekcje trzeba przerabiać. Szczególnie takie, w przypadku których wynikiem końcowym była katastrofa państwa i narodu.

Jeden z nurtów alternatywnych analiz dotyczących roku 1939 opiera się na przemyśleniach poświęconych rozkładowi wysiłków państwa w latach poprzedzających wojnę, w szczególności w aspekcie środków finansowych. Wychodząc od ubóstwa i niedofinansowania Wojska Polskiego w godzinie próby, autorzy próbują wskazać obszary, w których inwestycje okazały się niepotrzebne, względnie przeznaczone na nie środki można było spożytkować ze znacznie większą korzyścią dla zdolności obronnych armii i państwa. Chłopcy do bicia bywają różni. Mogą być nimi marynarka wojenna (która w istocie okazała się bezużyteczna w starciu z Niemcami, a zasadnicza jej część musiała uchodzić do Wielkiej Brytanii – zapomina się jednak, że ten rodzaj broni był kalibrowany pod kątem starcia ze Związkiem Sowieckim, w przypadku którego jego perspektywy byłoby znacznie lepsze) lub legendarny bombowiec PZL.37 Łoś (ten, chociaż stanowił drzwi, przez które polski przemysł lotniczy miał przejść do kolejnego etapu nowoczesności, sam w sobie krytykę znosi już wyraźnie gorzej). Jednak aspirujące do większej fundamentalności krytyki przedwrześniowego stanu rzeczy biorą za cel Centralny Okręg Przemysłowy. Rzekomo przeznaczone na jego stworzenie środki można było spożytkować o wiele bardziej efektywnie. Niektórzy autorzy przeliczają wydatki na COP wprost np. na dywizje pancerne, twierdząc, że zamiast budować przemysł można było wystawić 6 takich dywizji.

Budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, w odniesieniu do której decyzje podjęto w roku 1936, a inwestycje poczęto realizować w 1937, w istocie pochłonęła ok. 2,4 miliarda złotych. COP faktycznie nie zdążył zaprocentować do roku 1939. Osiemnastu lat bardzo powolnego rozwoju gospodarczego kraju, na co dodatkowo nałożył się ogólnoświatowy kryzys, nie dało się nadrobić w trzy. Przy cenie bombowca Łoś, wynoszącej z silnikami niecałe 500 000 złotych, albo czołgu 7TP (250 000) w istocie można próbować rozważać, czy inna alokacja środków nie byłaby właściwsza. Gdybyśmy mieli 10 000 czołgów…. Sęk jednak w tym, że takie rozważania są zupełnie oderwane od realiów. Czołgi czy samoloty nie biorą się bowiem z supermarketów. Trzeba je wyprodukować samemu lub kupić od państwa prowadzącego taką produkcję.

W aspekcie zakupów krajowych sytuacja w roku 1935 była tragiczna. Ziemie polskie zostały straszliwie zniszczony wskutek przetoczenia się frontu Wielkiej Wojny, rabunkowej okupacji, a następnie jeszcze dodatkowo wojen ze Związkiem Sowieckim oraz z efemerycznymi formami państwowości ukraińskiej. Szacuje się, że straty w budynkach murowanych wyniosły 40% stanu przedwojennego, w drewnianych – 75%. Zniszczono lub uszkodzono 45% mostów kolejowych i 50% drogowych, w podobnym stopniu sieć drogową oraz kolejową. Straty przemysłu były globalnie względnie niewielkie z uwagi na jego wybitną rachityczność. Wynikała ona z fatalnego nałożenia się specyficznej, opartej na ekstensywnym rolnictwie drogi rozwojowej polskiej gospodarki, czego korzenie sięgały późnego średniowiecza, oraz celowej polityki zaborców, dla których zajęte ziemie polskie były albo peryferiami, albo obszarem permanentnego wrzenia, w każdym razie ostatnimi, gdzie należało lokować inwestycje. Oparta na liberalnych założeniach polityka gospodarcza pierwszych lat niepodległości nie była w stanie spowodować wyraźnej poprawy. Kapitał polski pozostawał w postaci zalążkowej, obcy był albo problematyczny politycznie (niemiecki na Śląsku), albo nie kwapił się do inwestowania w słabym, nowym kraju.

Przewrót polityczny z roku 1926 zmienił relatywnie niewiele. Rozbudowano co prawda wreszcie port w Gdyni i zbudowano magistralę węglową ze Śląska do tego portu, jednak nie nastąpił skokowy rozwój przemysłu. Z jednej strony wynikało to z niedostatecznej bazy i braku popytu wewnętrznego – mściło się poniechanie szerokiej reformy rolnej. Z drugiej – winę za to ponosił faktyczny architekt nowej formy państwa, Józef Piłsudski. Starzał się on bardzo źle, nie śledził światowych trendów rozwojowych w wojskowości ani tym bardziej w gospodarce, którą zresztą nigdy się poważnie nie interesował. W efekcie nie był w stanie ani samodzielnie inicjować działań rozwojowych, ani wspierać swoim autorytetem trafnie zidentyfikowanych sensownych koncepcji nawet ze swojego obozu politycznego. A przecież Stefan Starzyński pod koniec lat 20. proponował rozwiązania keynesistowskie avant la lettre. W efekcie program sanacji ugrzązł w marazmie dojutrkowości i równowagi resortowych rozgrywek bez ogólnego planu.

Piłsudski pozostawił po sobie dramatyczny stan przemysłu w każdym aspekcie, a w dotyczącym możliwości odtwarzania przewidywanych bieżących strat wojennych było zupełnie tragicznie. Wynosiły one w przypadku większości kategorii sprzętu wojskowego od kilku do dwudziestu procent. Już po miesiącu czy dwu prowadzenia intensywniejszych działań Polska roku 1935 stanęłaby w obliczu głębokich kryzysów sprzętowych, które miałyby tendencję pogłębiania się do postaci przepaści. A doświadczenia lat 1919-1920 nakazywały przy tym jak najgłębszy sceptycyzm w odniesieniu do uzyskiwania zaopatrzenia od przewidywanych sojuszników z Zachodu – gdyby nie determinacja francuskiej elity politycznej, która mimo ogromu strat poniesionych w Wielkiej Wojnie zachowała żelazną wolę, armia polska nie miałaby czym walczyć o granice.

Sam Piłsudski nie chciał już liczyć na Francję, której ewolucję mentalno-polityczną, spowodowaną ogromnym zmęczeniem społeczeństwa Wielką Wojną, oceniał zapewne słusznie, jednak za jego czasów nie zrobiono zbyt wiele, aby móc odciąć się od konieczności poszukiwania zewnętrznego wsparcia. Co prawda zasadniczą część zamówień zbrojeniowych ulokowano w kraju, zbudowano stosunkowo prężne zakłady lotnicze PZL, jednak strukturalnym wąskim gardłem pozostawały niewielkim możliwości produkcyjne, będące pochodną niskiego uprzemysłowienia kraju. Następcom marszałka można postawić wiele uzasadnionych zarzutów, jednak stan armii, rozwój gospodarki i zdolności przemysłu diagnozowali bardzo trzeźwo. Stąd decyzja o rozwoju COP-u, który miał stanowić swoiste obejście wcześniejszego zastoju, umożliwiające oparcie przynajmniej armii na w miarę sensownych krajowych fundamentach.

Napięcie w Europie zaczęło wszak w II połowie lat 30. w sposób zauważalny rosnąć z powodu zerwania przez Niemcy traktatowych okowów i rozpoczęcia przez nie gwałtownych zbrojeń. Dla każdego trzeźwego analityka oczywiste musiało być jedno: po latach powojennych oszczędności na wielkie zakupy ruszą wszystkie wielkie armie. I w istocie tak się stało. Delegacje polskich wojskowych odwiedzające Francję w II połowie lat 30. w poszukiwaniu czołgów odpowiadających krajowej doktrynie ich użycia (przemysł krajowy był w stanie dać jedynie bardzo słabo opancerzone 7TP, które w tę doktrynę nijak się nie wpisywały), bezbłędnie wytypowały jako kandydata do zakupu model Somua S-35, który całościowo można określić jako najlepszy pojazd tego okresu. Gospodarze jednak zdecydowanie odmawiali rozmów na temat jego sprzedaży, dając bezwzględny priorytet zaspokojeniu – z niewielkiej produkcji – potrzeb własnej armii. Oferowali jedynie modele Renault D2 i R-35 (a i te w niewielkich liczbach), równie słusznie oceniane przez Polaków jako przestarzałe i/lub wadliwe konstrukcyjnie. Gdy w gorącej atmosferze roku 1939 zwrócono się do Wielkiej Brytanii o dostarczenie najpotrzebniejszych samolotów myśliwskich, sojusznik zgodził się dostarczyć tylko 14 maszyn Hurricane. Najlepszą swoją maszynę tej kategorii, jedyną na świecie dorównującą Messerschmittowi Bf 109E, tj. Spitfire’a, zaoferował w… jednym egzemplarzu. Priorytet miało przezbrojenie RAF. Samoloty akurat mieli na sprzedaż Amerykanie – tyle że, w przeciwieństwie do sojuszników, nie dawali żadnych kredytów, żądali żywej gotówki, a porównywalnego z Hurricanem Curtissa P-36 wyceniali niemal dwa razy wyżej. Wiedzieli, że na zakupach są też Francuzi, biorący całe produkcje na pniu…

Wizja globalnego supermarketu, w którym można było zaopatrywać w nowoczesny sprzęt całe dywizje, jest zatem zupełnie dziecinna. Nic takiego realnie nie istniało. Dla państwa wielkości Polski, dysponującego stosownie dużą armią, nie istniała alternatywa wobec lokowania zakupów we własnym przemyśle. Podjęte inwestycje spowodowały znaczące zwiększenie opisanej powyżej zdolności uzupełniania przewidywanych strat. W roku 1939 wzrosły one w porównaniu z 1935 dwu-pięciokrotnie, do poziomów rzędu 30-70% (zwykle około 50%). Nadal za mało, jednak postęp był wyraźny. Inną, zupełnie zasadniczą, sprawą pozostaje dostosowanie uprawianej polityki i jej ambicji do posiadanego potencjału.

Rozważając aspekty stricte militarne nie wolno rzecz jasna zapominać o ogólnorozwojowym charakterze COP. Z rozbudową zakładów powiązane były rozległe inwestycje w infrastrukturę energetyczną, komunikacyjną i łącznościową. Budowano również osiedla robotnicze. Zapotrzebowanie na fachowców musiałoby spowodować również rozwój szkolnictwa. Dla bardzo zacofanych cywilizacyjne rejonów województw kieleckiego, krakowskiego, lubelskiego i lwowskiego inwestycje w COP były drogą do nadrobienia wielowiekowych zapóźnień.

Podsumowując – o wytykanym sanacji przez niektórych rzekomo straszliwym etatyzmie można powiedzieć jedno: jego w istocie straszliwą cechą był o wiele za mały zakres, zbyt późne rozpoczęcie rozwijania na szerszą skalę, a także brak wpisania w kompleksową koncepcję rozwojową – po raz kolejny powracają strategiczne zaniechania w zakresie reformy rolnej, z powodu których uboga wieś była duszona niesprawiedliwie rozłożonymi podatkami i nie mogła stanowić odpowiedniego rynku zbytu.

dr Jan Przybylski

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Eksportowa marność polskiej zbrojeniówki

Według opublikowanego w bieżącym roku raportu Stockholm International Peace Research Institute (SIPRI) największym światowym eksporterem uzbrojenia są Stany Zjednoczone, odpowiadając za 34% światowej wartości sprzedaży w latach 2013-2017. Drugie miejsce zajmuje Rosja (22%), trzecie Francja (6,7%), kolejne są Niemcy (5,8%), Chiny (5,7%) i Wielka Brytania (4,8%). Polska w tym rankingu zajmuje dopiero 29. miejsce, a przypada na nią niecałe 0,13% sprzedaży w tym okresie. Przełożenie specyficznej metodologii SIPRI na bezwzględne wartości transakcji nie jest łatwe. Posiłkując się innymi danymi można jednak wskazać, że w roku 2016 wartości amerykańskiego eksportu uzbrojenia wyniosła 33,6 miliarda dolarów, natomiast eksportu polskiego ok. 400 milionów (382,9 miliona euro).

Handel bronią można uznawać za problematyczny moralnie, a nierzadko również politycznie. Jednak nie sposób nie zauważyć pozytywnego wpływu eksportu na kondycję przemysłu zbrojeniowego eksportera, ułatwiającą mu spełnienie wymogów również własnych sił zbrojnych. Sprzedaż za granicę pozwala uzyskać zwrot kosztów prac badawczo-rozwojowych i zmniejszyć cenę jednostkową wytwarzanych wzorów. Przekłada się też oczywiście bezpośrednio na miejsca pracy, w tym te najcenniejsze, związane z zaawansowanymi technologiami.

W roku 2017 wartość polskiego eksportu wzrosła do nieco ponad 470 milionów euro. Porównanie ze Stanami Zjednoczonymi można zasadnie uznać za nieadekwatne z uwagi na niewspółmierność potencjałów politycznych, naukowych i przemysłowych obu krajów. Odnośnikiem może być więc np. Bułgaria, kraj o podobnej historii po roku 1945, a znacznie mniejszy i wyraźnie uboższy. Tymczasem bułgarski eksport uzbrojenia w roku 2017 przekroczył 1,2 miliarda euro, natomiast polski przekroczył nieco 470 milionów. W dodatku o ile Bułgarzy eksportują wyłącznie produkty rodzimego przemysłu, o tyle w Polsce największym eksporterem (około połowy wartości całego eksportu uzbrojenia) pozostaje sektor lotniczy, należący w całości do podmiotów zagranicznych. Liczone są wyłącznie podzespoły wytworzone w kraju i wartość montażu, nie np. całe śmigłowce S-70i z należących do koncernu Lockheed Martin zakładów PZL Mielec, w przypadku których, jak chwalą się, 80% elementów powstaje w Polsce, jednak największą wartość ma ta pozostała część, która jest sprowadzana.

Dlaczego tak to wygląda? Powiada się często, że Polska nie ma siły politycznej, że rząd nie wspiera eksportu. A czy Bułgaria takową siłę ma? Informacje, które dochodzą na temat tamtejszych rządów, wskazują nie na jakieś wybitne kompetencje, lecz na klasyczny postkomunistyczny nieporządek, słabość państwa, wątpliwe powiązania polityków, siłę układów mafijnych.

Kwestią istotną jest pewna specjalizacja. Bułgaria eksportuje sprzęt o genezie sowieckiej – moździerze, granatniki, rakiety przeciwpancerne, amunicję itp. Jest on nieszczególnie zaawansowany (chociaż z ciekawymi autorskimi modyfikacjami), tani i przeznaczony dla niewymagających odbiorców, w szczególności z Bliskiego Wschodu. Największymi odbiorcami są Irak i Arabia Saudyjska, sporo kupują też Stany Zjednoczone dla wspieranych przez siebie formacji zbrojnych.

Natomiast Polska pozostaje na poziomie średnim, stanowiącym jej przekleństwo. Nie wytwarzamy już tanich postsowieckich wzorów, których świetność dawno minęła, jednak w aspekcie własnych zaawansowanych opracowań jest, ogólnie rzecz biorąc, przeciętnie, i to ujmując eufemistycznie. Powstają u nas przeważnie produkty licencyjne, dobre dla Wojska Polskiego, w odniesieniu do których jednak dysponentami praw własności intelektualnej itp. pozostają na mocy zawartych umów podmioty zagraniczne z krajów wallersteinowskiego Centrum, będące również dostawcami najważniejszych elementów. Przykładami są sztandarowa dla krajowego przemysłu rodzina pojazdów Rosomak, powstająca na licencji fińskiej, z podzespołami konstrukcji szwedzkiej, włoskiej czy amerykańskiej, haubicoarmata Krab czyli skonstruowana przez Brytyjczyków wieża z działem postawiona na południowokoreańskim podwoziu, napędzanym niemieckim silnikiem, albo pocisk przeciwpancerny Spike wytwarzany na izraelskiej licencji, z kluczowym udziałem komponentów pochodzących od licencjodawcy.

Krajowe produkty spotkamy w obszarach radiolokacji, łączności, elektroniczno-informatycznych systemów wspomagających działania bojowe, ostatnio pojawiły się też proste drony. Swoistą „perłą w koronie” pozostaje przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy Grom/Piorun, który jednak stanowi też egzemplifikację problemu: pozostaje daleką pochodną sowieckiej „Igły”, z importowanym materiałem pędnym dla pocisku. W ubiegłej dekadzie Polska utraciła póki co definitywnie zdolność uzasadnionej ekonomicznie produkcji czołgów – spowodowała ją likwidacja wytwarzających silniki zakładów PZL-Wola. Wskutek tego realizacja kontraktu podobnego do sprzedaży pojazdów PT-91M do Malezji nie miałaby już racji bytu z uwagi na konieczność udziału podzespołów importowanych, praktycznie uniemożliwiającą uzyskanie opłacalności.

Swój wkład w niską wartość krajowego eksportu ma indolencja menedżerów. Opisywane są przypadki braku odpowiedzi zakładów na zapytania potencjalnych importerów. Były wiceminister Bartosz Kownacki poinformował o takiej sytuacji w odniesieniu do zainteresowania Arabii Saudyjskiej radarami z zakładów PIT-Radwar. Na pewno fatalna jest karuzela strukturalno-personalna związana ze zmianami politycznymi, trwająca od 2005. Z drugiej jednak należy zachować jak najdalej idący sceptycyzm wobec pojawiających się apoteoz starych postkomunistycznych fachowców. Gdzie byli ci fachowcy w latach 90., co sprzedawali? Przeważnie oczekiwali na zamówienia krajowe, nie udało im się osiągnąć niczego naprawdę konkretnego nawet na doskonale znanym rynku indyjskim. Nie potrafili wzbudzić zainteresowania klientów nowymi ciekawymi – realnymi, nie obliczonymi na mamienie krajowych decydentów makietami czy prezentacjami – opracowaniami ani nawet skapitalizować istniejących (takich jak mający, jak się wydaje, niemały potencjał, nieograniczający się do jednego tylko kontraktu eksportowego, czołg PT-91). Zatem ciągłość indolencji jest pewną stałą. Na pewno lata 90. z uwagi na tragicznie niskie zakupy ze strony Wojska Polskiego były niezwykle trudne, jednak właśnie to powinno stymulować zainteresowanie rynkiem eksportowym, który pomógł przetrwać znajdującym się w swoim czasie w jeszcze gorszej sytuacji zakładom rosyjskim czy białoruskim.

Genezy niewielkiej konkurencyjności polskiego przemysłu zbrojeniowego należy szukać w historii sprzed roku 1989. Krajowa zbrojeniówka jest – poza firmami prywatnymi, z którą największą jest WB Electronics – materialną spadkobierczynią PRL-owskiej, okrojoną o firmy, które zostały sprzedane kapitałowi zagranicznemu lub zlikwidowane. Po roku 1945 przemysł zbrojeniowy znacznie rozbudowano względem stanu przedwojennego, jednak tylko do lat 60. stał on na relatywnie przyzwoitym poziomie światowym. Również on został dotknięty wyczerpaniem się impulsu modernizacyjnego związanego z forsowną industrializacją i utknięciem w problemach strukturalnych. Lata 60. przyniosły również fiasko kilku dość ambitnych krajowych programów rozwojowych, szczególnie w dziedzinie lotnictwa, a także ograniczenie dostępu do nowoczesnej technologii sowieckiej. Hegemon zaczął zachowywać dla siebie najambitniejsze opracowania, udostępniając satelitom tylko mniej nowoczesne i zubożone. Nie mogła tego zrównoważyć bardzo słaba współpraca horyzontalna między pozostałymi krajami obozu, a ze zrozumiałych względów dostęp do potencjału intelektualnego Zachodu był nad wyraz ograniczony. Stąd lata 70. przyniosły zbrojeniówce wyraźną stagnację i utratę dystansu do światowej czołówki, jeszcze bardziej pogłębioną przez kryzys gospodarczy lat 80.

Braki te zostały w bardzo małym stopniu nadrobione po roku 1989, mimo otwarcia drzwi tak na Zachód, jak i na wschód. Polska nie nawiązała w omawianym zakresie znaczącej współpracy z ośrodkami zachodnim, nie weszła do wspólnych przedsięwzięć, nie skorzystała też z możliwości dostępu do znaczącego potencjału postsowieckiego, który pozostał w szczególności na Ukrainie. Pewien progres przyniosła dopiero pierwsza dekada XXI w., jednak z efektem opisanym powyżej, którego dominantą jest niska samodzielność intelektualna.

Czy istnieją jakieś drogi wyjścia z opisanego stanu? Oczywiście nie ma sensu naśladować Bułgarii i cofać się do pozycji producenta tanich, mało zaawansowanych wyrobów. Przy niewysokim krajowym potencjale naukowym i badawczo-rozwojowym jedyną drogą jest modernizacja zbrojeniówki przez absorpcję rozwiązań pochodzących od liderów przy okazji programów modernizacyjnych Wojska Polskiego. Taką szansą może być w szczególności odbudowa obrony przeciwlotniczej w postaci programów „Wisła” i „Narew”. Należy dążyć do maksymalnego transferu technologii do kraju, co oczywiście nie będzie łatwe z uwagi na obronę pozycji przez partnerów, w szczególności chyba najtrudniejszego pod tym względem, czyli Stany Zjednoczone, wybranych jako dostawca systemów średniego zasięgu w ramach „Wisły”. Znacznie większe możliwości może nieść anonsowana współpraca z europejską zbrojeniówką przy „Narwi”.

Z drugiej strony potencjał należy rozwijać kładąc nacisk na wybrane, najbardziej perspektywiczne sektory, bez chwytania zbyt wielu srok za ogon. Bardzo wątpliwe wydają się zapowiedzi dotyczące udziału w budowie okrętów podwodnych (program „Orka”). Polska nie posiadała nigdy kompetencji w tym zakresie, krajowe potrzeby są niewielkie, rynek światowy – bardzo nasycony, szanse zaistnienia nawet jako kooperant wydają się znikome. Każdy transfer technologii siłą rzeczy podraża kontrakt, trzeba przeto unikać rozbijania szczupłych środków. Zwiększenie samodzielności intelektualnej i poziomu produktów przy znaczącej poprawie w aspekcie organizacyjnym jest warunkiem sine qua non poprawy konkurencyjności na arenie światowej. Bez tego będziemy przegrywać w tej dyscyplinie nawet z państwami znacznie uboższymi.

dr Jan Przybylski

O trwałości oligopoli – przypadek rynku samolotów pasażerskich

Jedną z najistotniejszych zalet klasycznie pojmowanego kapitalizmu jest niewątpliwie konkurencja. Ma ona oczywiście, jak niemal wszystko, także swoje janusowe oblicze. Wiąże się z przerzucaniem redukcji kosztów na najsłabszych uczestników systemu, jednak ogólnie rzecz biorąc dążenie, aby wytworzyć produkt zapewniający korzystniejszy stosunek jakości do ceny stymuluje innowacyjność, sprawniejsze zarządzanie i zapobiega obrośnięciu wytwórców w piórka. Tymczasem nowoczesna globalna gospodarka często zmierza w kierunku oligopoli, zdominowanych przez bardzo nielicznych producentów, tak potężnych, że możliwość pojawienia się konkurencji jest w istocie zupełnie iluzoryczna. Nawet samo niepopadnięcie branż w pełny monopol nie wynika z procesów „naturalnych”, będąc wynikiem działań motywowanych politycznie. Jednym z najjaskrawszych przykładów takiego stanu rzeczy pozostaje sektor produkcji samolotów pasażerskich.

Cywilne lotnictwo pasażerskie zaczęło raczkować jeszcze przed I wojną światową, biorąc początek od rejsów sterowców. Dojrzałość techniczną, umożliwiającą myślenie o przewozach wykraczających poza poziom symboliczny, samoloty osiągnęły dopiero po zakończeniu tego konfliktu, podczas którego regularnie używano już całkiem dużych samolotów bombowych. Szybki postęp techniczny, którego kamieniem milowym było wdrożenie we wczesnych latach 30. konstrukcji całkowicie metalowych w dopracowanym aerodynamicznie układzie dolnopłata, przekładał się na rozwój w tej dziedzinie, która jednak pozostawała w dziedzinie przewozów marginesem, dostępnym wyłącznie dla bardzo bogatych, a przy tym odważnych. Już wtedy zarysowywała się wiodąca rola firm amerykańskich, takich jak Douglas czy Lockheed, jednak nad własną konstrukcją pasażerską pracowała nawet przedwrześniowa Polska (był to PZL-44 Wicher), a tym bardziej liczyli się producenci z krajów będących liderami postępu technicznego, takich jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja.

Kolejne przełomy i przetasowania przyniosła epoka po II wojnie światowej. Liderami największej rewolucji, polegającej na wdrożeniu w lotnictwie pasażerskim napędu odrzutowego, byli Brytyjczycy. Peleton opuściły siłą rzeczy państwa przegrane, wyniszczone i poddane różnorakim restrykcjom, odrodziły się jednak przemysły francuski i holenderski. Jako faktycznie niezależny producent samolotów pasażerskich zaistniał Związek Sowiecki, wcześniej opierający się w przeważającej mierze na konstrukcjach licencyjnych, znacznie doskonalszych i dojrzalszych niż rodzime. W Stanach Zjednoczonych u zarania epoki odrzutowej konkurowały Douglas, Convair oraz Boeing. Ten ostatni, choć przed wojną pozostawał w cieniu Douglasa i Lockheeda, wzrósł niezmiernie dzięki ogromnym wojennym i powojennym zamówieniom na bombowce. Prowadził też najodważniejszą politykę, symbolizowaną przełomowym modelem 707, do którego później dołączyły 727, 737 i legendarny Jumbo Jet 747, więc w efekcie zaczął wyraźnie wysuwać się na czoło i dystansować konkurentów. Jako pierwszy zakończył działalność w tym segmencie Convair, którego modele mimo wysokiego poziomu technicznego nie były w stanie przebić się na rynku. Chociaż udział przewozów powietrznych w ogólnej puli zwiększał się, nadal pozostawały one dostępne wyłącznie dla zamożnych albo gotowych na wyrzeczenia. Szczególnie dotyczyło to motywowanej politycznie demonstracji możliwości przemysłu europejskiego, brytyjsko-francuskiego naddźwiękowego samolotu Concorde.

Zmianę zaczęły przynosić dopiero lata 70., kiedy pojawiły się maszyny transoceaniczne odznaczające się bardzo niskimi kosztami w przeliczeniu na pojedynczego pasażera, określane jako szerokokadłubowe. Pierwszym był wspomniany Boeing 747, do którego dołączyły McDonnell Douglas DC-10 i L-1011, produkcji Lockheeda, dotychczas skoncentrowanego bardziej na samolotach wojskowych. Ten ostatni okazał się jednak kolejnym projektem, którego doskonałości technicznej nie towarzyszyła siła rynkowego przebicia i oznaczał koniec obecności firmy w branży pasażerskiej. „Demokratyzacji” przewozów towarzyszyła groźba bezwzględnej dominacji producentów amerykańskich – kroku nie byli w stanie dotrzymać im najsilniejsi dotychczas spośród reszty świata Brytyjczycy. Francuzi, holenderski Fokker czy producenci kanadyjscy ograniczali się do maszyn regionalnych.

Oddzielony Żelazną Kurtyną przemysł sowiecki stanowił odrębny świat, egzystujący poza pojedynczymi przypadkami, jak liczona w sztukach sprzedaż na Zachód Jaka-40, poza konkurencją. Zresztą mimo opracowania licznych udanych konstrukcji przez biura Iljuszyna, Tupolewa i Jakowlewa (w Polsce kojarzą się one jak najgorzej, jednak poza charakterystycznym dla realnego socjalizmu brakoróbstwem nie ustępowały one zbytnio produktom firm zachodnich, które również ulegały przecież katastrofom) i on zaczynał dostawać, tak jak cała gospodarka ZSRS, ciężkiej zadyszki. Pierwszy tamtejszy samolot szerokokadłubowy, Ił-86, wszedł do eksploatacji równo dekadę po amerykańskich odpowiednikach i nie dorównywał im pod względem komfortu oraz ekonomiki eksploatacji, przez co nie zdobył zupełnie żadnej pozycji rynkowej poza krajem producenta. Zapóźnione technologicznie o dekady Chiny ograniczały się do nienadających się zupełnie do wdrożenia konstrukcji eksperymentalnych i kupowały samoloty zachodnie.

Wspomniana bezwzględna dominacja Amerykanów nie stała się faktem tylko dzięki powołaniu na przełomie lat 60. i 70., z inicjatywy rządów Francji, RFN oraz Wielkiej Brytanii, przezwyciężającej krajowe partykularyzmy oraz imposybilizm, konsorcjum Airbus, które z biegiem czasu stało się instytucją paneuropejską. Zdołało ono wystawić do konkurencyjnej batalii bardzo udany model szerokokadłubowy A300. Zdobył on szerokie uznanie na całym świecie, w tym w Stanach Zjednoczonych, pozwolił konsorcjum okrzepnąć, a następnie opracować kolejne modele, rywalizujące w całym spektrum segmentu rynku średnich i dużych maszyn pasażerskich.

W Stanach Zjednoczonych równocześnie słabł McDonnell Douglas. Sprzedaż firmy uniemożliwiała opracowanie całkowicie nowych konstrukcji, które mogłyby skutecznie rywalizować z Boeingami i Airbusami. W rezultacie musiała ona ograniczać się do głębokich modernizacji produktów z przełomu lat 60. i 70. Problemy z zadowalającym dopracowaniem nowego-starego modelu MD-11, owocujące niezadowoleniem pasażerów i linii lotniczych, były gwoździem do jej trumny. W roku 1997 została ona przejęta przez Boeinga, który nieco wcześniej stał się na pewien czas również właścicielem firmy de Havilland Canada, produkującej samoloty komunikacji regionalnej. W latach 90. zakończył działalność niszowy Fokker, a przemysł postsowiecki znalazł się w stanie odpowiadającym całej gospodarce tego obszaru, czyli w najlepszym razie przetrwalnikowym. Linie lotnicze Rosji i innych krajów zaczęły kupować samoloty amerykańskie i zachodnioeuropejskie.

W świecie, w którym latanie na wielkie odległości stało się bardzo przystępne i zyskało status bezwzględnie dominującego sposobu masowego przemieszczania, zaistniał duopol Boeinga i Airbusa. Czyli producentów o bardzo zbliżonym ciężarze gatunkowym, zarzucających sobie nawzajem korzystanie z mniej czy bardziej ukrytej pomocy rządów. Poziom specjalizacji, koszty opracowania i przede wszystkim wprowadzenia na rynek (co musiałoby obejmować stworzenie zaplecza obsługowo-serwisowego) nowych produktów i waga gigantycznego doświadczenia, bez którego ich stworzenie byłoby porównywalne z chodzeniem po polu minowym, powodowały, że z pozycji rynkowych nikt nawet nie myślał o bezpośrednim rzuceniu im rękawicy. Konkurencja w pewnym zakresie wyłoniła się z segmentu samolotów regionalnych, w którym potentaci poza epizodami nie działali. Najważniejszymi graczami w tym segmencie stały się z upływem czasu założony przez państwo pod koniec lat 60. (acz sprywatyzowany w 90.) brazylijski Embraer oraz kanadyjski Bombardier, lotnicza część konsorcjum, powstała na bazie wcześniejszych firm de Havilland Canada oraz Canadair. Firmy te w miarę rozwoju budowały coraz większe samoloty, które w ostatnich latach osiągnęły rozmiary i zdolności przewozowe na poziomie najmniejszych maszyn oferowanych przez Boeinga oraz Airbusa. Wydawałoby się, że konkurencja mimo wszystko będzie działać, jednak…

Ostatnie miesiące przyniosły informacje, zgodnie z którymi tak wcale nie jest. Bombardier z wielką trudnością dźwiga koszty opracowania samolotów serii CS, co zresztą doprowadziło do konfliktu rządu Kanady z Boeingiem na tle pomocy publicznej. Ratunkiem dla firmy ma stać się nawiązanie współpracy z Airbusem. Praktycznie równolegle Boeing ogłosił plany fuzji z Embraerem, co w praktyce, z uwagi na nierównowagę wielkości, oznacza jego przejęcie. Duopol pozostanie zatem najpewniej póki co niezagrożony z Zachodu. Przyczyny pokazuje wielkość obu koncernów – w roku 2016 Boeing osiągnął przychody w wysokości 94,6 miliarda dolarów przy zysku wynoszącym 4,9 miliarda, Airbus natomiast 70,8 miliarda i 2,4 miliarda. Dla porównania wartości te wynosiły dla Embraera 5,8 miliarda i 247 milionów (dane za rok 2017), dla Bombardiera 11,2 miliarda i 133 miliony (dane za 2015).

Wynosząca rząd wielkości różnica skali pozwala liderom rynku prowadzić bardzo agresywną politykę cenową, daje im znacznie silniejszą pozycję w rokowaniach z konsorcjami leasingowymi oraz liniami lotniczymi, czyni znacznie mniej wrażliwymi na wahania rynku. Pozwala także przetrwać choroby wieku dziecięcego produktów opóźnionych nieuchronnie z uwagi na ogromny poziom skomplikowania – chociaż samoloty teoretycznie wyglądają dość podobnie, jak te z lat 70. i osiągają podobne prędkości czy zasięgi; vide początkowe problemy z Boeingiem 787 Dreamliner. W obecnej sytuacji wydaje się, że jedyną konkurencją dla duopolu będą częściowo działające na własną rękę, a częściowo kooperujące przemysły Chin i Rosji, chociaż póki co operują one bardzo wycinkowo, tworzą dopiero ofertę i de facto daleko im nawet do Embraera oraz Bombardiera…

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wydają się zatem wskazywać, że ukształtowany przed ponad 20 laty duopol Boeinga i Airbusa będzie trwał jeszcze długo. Nie ma praktycznie żadnych szans na to, aby konkurencja wykiełkowała w wyniku aktu przedsiębiorczości – bariery wejścia są zbyt wysokie, a najlepsze warunki skorzystania z rewolucji technicznych inne niż wynalazek teleportacji będą mieli potentaci, dysponujący ogromnym zapleczem i możliwościami, pozostający w bliskich stosunkach z rządami. Sytuację może zmienić dopiero za kilkanaście lat producent chiński, działający w oparciu o ogromny rynek i zapewne preferencje, od przyznania których tamtejsze władze nie będą się zapewne szczególnie uchylać. Niekoniecznie będzie to jednak oznaczało zmianę struktury globalnego układu – uwzględniając występujące dotychczas trendy można sobie wyobrazić, że wypchnięcie z lukratywnego rynku chińskiego każe koncernom amerykańskiemu i europejskiemu połączyć wysiłki poprzez fuzję…

dr Jan Przybylski