przez redakcja | czwartek 7 maja 2026 | aktualności
Wielki niemiecki koncern zwalnia grupowo w swoim polskim oddziale.
Zwolnienia grupowe zapowiedział polski oddział Ringier Axel Springer Polska (RASP). Koncern zamierza zwolnić 12% ogółu osób zatrudnionych w jego polskiej strukturze. Obejmuje ona m.in. Onet, Fakt, Business Insider Polska, Forbes, Medonet, Newsweek, Noizz, Plejadę i Przegląd Sportowy.
Firma motywuje swoją decyzję sytuacją rynkową i zmianami technologicznymi, w tym sztuczną inteligencją. Zwolnienia grupowe mają potrwać do końca czerwca.
Poprzednie zwolnienia grupowe koncern przeprowadził w Polsce w roku 2022. Objęły one wtedy 160 osób. Teraz zwolnienia mają objąć 12% załogi, co oznacza około 140 zatrudnionych.
przez redakcja | środa 6 maja 2026 | aktualności
20-lecie ustawy o radach pracowników.
19 maja 2026 r. Sali Kolumnowej Sejmu RP odbędzie się VI Ogólnopolskie Forum Rad Pracowników – jedno z najważniejszych wydarzeń poświęconych roli pracowników w firmach. „Nowy Obywatel” objął wydarzenie patronatem medialnym.
Wydarzenie organizowane przez Obywatelski Akcelerator Innowacji we współpracy z Instytutem Spraw Obywatelskich i ESG PRO ma w tym roku wyjątkowy, jubileuszowy charakter – mija dokładnie 20 lat od uchwalenia ustawy o informowaniu pracowników i przeprowadzaniu z nimi konsultacji, potocznie nazywanej ustawa o radach pracowników (7 kwietnia 2006 r.).
Już ponad 100 osób zgłosiło swój udział. Liczba miejsc jest ograniczona – decyduje kolejność zgłoszeń. Udział jest bezpłatny. Zachęcamy do szybkiej rejestracji:
https://app.evenea.pl/event/vi-forum-rad/
– „20 lat temu Sejm dał pracownikom narzędzie do realnego wpływu na swoje miejsce pracy. Dziś pytamy: czy z tego narzędzia korzystamy? Forum ma pokazać praktyczne przykłady, jak rady pracowników mogą stać się prawdziwym partnerem dla pracodawcy, a nie tylko formalnością ustawową” – mówi Rafał Górski, prezes zarządu Instytutu Spraw Obywatelskich. – „Podczas Forum dowiesz się m.in.: jak rozmawiać z pracodawcą, żeby być traktowanym poważnie, jak powołać radę pracowników w swojej firmie oraz jakie rozwiązania naprawdę sprawdzają się w innych organizacjach” – dodaje.
„Chcemy pokazać, jak w praktyce pracownicy mogą realnie wzmacniać przewagę konkurencyjną swoich firm. Chcemy zachęcać pracowników i pracodawców do zakładania Rad Pracowników 2.0” – zauważa Mariusz Ławnik, ekspert ds. rad pracowników z Obywatelskiego Akceleratora Innowacji.
Program Forum – dużo praktyki
10:15–10:45
Otwarcie Forum – 20 lat ustawy
Rafał Górski, Prezes Zarządu, Instytut Spraw Obywatelskich
10:45–11:00
Przywitanie
Włodzimierz Czarzasty*, Marszałek Sejmu RP
Joanna Wicha, Posłanka KP Lewicy
11:00–12:30
Panel I: Rada pracowników 2.0 – prawdziwy partner w rozwoju firmy
Jak budować silną pozycję rady jako partnera dla zarządu? Jaką rolę może odgrywać rada w strategii firmy i budowaniu przewagi konkurencyjnej?
Uczestnicy:
– Karolina Woźniczko, Dyrektor, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej
– Janusz Trupinda, Dyrektor, Muzeum Zamkowe w Malborku
– Aleksandra Nowacka-Leverton, Wiceprezes, De Gruyter Brill
– Witold Buraczyński, Ekspert, ESG PRO
13:30–15:00
Panel II: Skuteczna rada pracowników w praktyce
Doświadczenia członków rad pracowników z całej Polski – co działa, a co nie sprawdza się w codziennej pracy rady.
Członkowie rad pracowników m.in. z:
– Lincoln Electric Bester
– Muzeum Zamkowego w Malborku
– ArcelorMittal SSC
oraz Roman Rostek, Centrum Wspierania Rad Pracowników
W programie także:
– dwie sesje pytań i odpowiedzi z udziałem publiczności
– możliwość wymiany doświadczeń z praktykami
– networking z osobami zainteresowanymi tematem rad pracowników
Dla kogo jest to wydarzenie?
– Członków rad pracowników
– Osób, które chcą założyć radę w swojej firmie
– Przedstawicieli zarządów i działów HR
– Wszystkich zainteresowanych realnym dialogiem pracownik – pracodawca
– „W Forum weźmie udział blisko 200 osób z całej Polski. Będzie to doskonała okazja do wymiany doświadczeń, networkingu i zdobycia konkretnych narzędzi. Jeśli chcesz mieć większy wpływ na to, co dzieje się w Twojej pracy – to dobry moment, żeby zrobić pierwszy krok” – zachęca Mariusz Ławnik.
Każdy uczestnik Forum otrzyma bezpłatnie publikację „Bezrobocie technologiczne. Fakty i mity”, w której eksperci przyglądają się realnym zagrożeniom automatyzacji, AI i zarządzania algorytmicznego oraz szukają odpowiedzi na pytanie, jak przygotować pracowników i organizacje na nadchodzące zmiany technologiczne. W publikacji znajdują się m.in. wywiady z prof. Małgorzatą Jacyno z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Andrzejem Zybertowiczem, doradcą Prezydenta RP oraz dr Henryką Bochniarz z Konfederacji Lewiatan.
Udział jest bezpłatny. Rejestracja: https://app.evenea.pl/event/vi-forum-rad/
– „Boisz się zgłaszać uwagi lub pomysły w firmie? W Polsce wielu pracowników milczy – boją się reakcji kierownika. Jest na to rozwiązanie. W firmach od 50 osób możesz powołać radę pracowników. Dzięki niej masz prawo zgłaszać uwagi, pomysły i innowacje bezpośrednio do zarządu, pomijając swojego przełożonego. To daje ci anonimowość i poczucie bezpieczeństwa – twój głos może w końcu dotrzeć tam, gdzie naprawdę się liczy. Rada pracowników to prosty, legalny sposób na realny wpływ na firmę. Nie musisz już milczeć” – mówi Rafał Górski.
– „Szanowni Państwo z Zarządów – jeśli szukacie realnego źródła przewagi konkurencyjnej, nieocenionych danych operacyjnych z pierwszej linii i sposobu na znaczące obniżenie rotacji oraz marnotrawstwa – przyjdźcie na Forum. Rada Pracowników w modelu 2.0 może stać się Waszym wewnętrznym Task Force, który dostarcza konkretny, mierzalny zwrot z inwestycji i pomaga budować firmę, w której pracownicy realnie czują się partnerami” – dodaje Mariusz Ławnik.
Organizatorzy:
Obywatelski Akcelerator Innowacji
ESG PRO
Instytut Spraw Obywatelskich
Patronat medialny objęli dotychczas:
PAP, HR Polska, Tygodnik Spraw Obywatelskich, Marka Pracodawcy, ESG trends, Kompas ESG, Nowy Obywatel.
przez Michał Rydlewski | środa 6 maja 2026 | opinie
Niedawno Krytyka Polityczna opublikowała tekst Przemysława Witkowskiego pt. „Alkohol, abstynencja i zastępy Wojowników Maryi”. Jego lektura zajmuje zaledwie kilka minut czytania, prawdopodobnie tyle, ile trwało jego napisanie. Czasami, jeśli ma się przemyślane zagadnienie, można napisać tekst szybko i mądrze. To nie jest ten przypadek. Tekst jest szkodliwy, ujawniając coś więcej niż tylko poznawcze deficyty autora w kwestii choroby alkoholowej. Gdyby ktoś napisał tak np. o depresji, a nawet użył jakiegoś medycznego określenia jako metafory (np. autyzmu) czy też posłużył się w tej kwestii ironią, „lewica” kipiałaby z oburzenia, że nie odniesiono się do najnowszych badań, że autorowi brak profesjonalnej wiedzy i czy w ogóle zdaje on sobie sprawę ze swojego czynu, bo przecież „osobiste poglądy też mogą szkodzić”, szczególnie wypowiadane w rozpoznawalnym miejscu. W tym przypadku, jako że autor jest „swój”, oburzenia nie ma. Podwójne standardy to drugie imię „lewicy”.
Czegóż w tym tekście nie ma! Historia polskiego pijaństwa, ludowa historia Polski, cytaty z księgi Anonimowych Alkoholików, Bóg, gwiazdy muzyki, toksyczna męskość, Kościół katolicki jako sekta – wszystko to jedynie dotknięte, wymieszane i wstrząśnięte. Swoją drogą niewiele w tym tekście współczucia dla chłopstwa rozpijanego przez panów. Niewiele także współczucia wobec ich uzależnionych potomków, którzy różnią się tym jedynie, co jest kluczowym problemem dla autora tekstu, że kiedyś pili i klepali pacierze, a dzisiaj nie piją i klepią pacierze. Jednym słowem: zawsze byli zbyt rozmodleni i nawet gdy wytrzeźwieją, to jeszcze bardziej się radykalizują w wierze. W Polsce bez zmian – sugeruje autor. Na „lewicy” także.
Autor wychodzi od stwierdzenia, że tylko 15% uzależnionych ma dostęp do profesjonalnego leczenia, a pozostali mogą liczyć „co najwyżej” na Anonimowych Alkoholików i Kościół katolicki. Zdaniem autora, w obu organizacjach „w pakiecie z niepiciem idzie pomoc nadprzyrodzona”. Jak pisze Witkowski: „Już ruch AA przesiąknięty jest paraduchowością, jako że rzucenie alkoholu łączy z zaufaniem sile wyższej. Mówi o tym wyraźnie drugi krok programu («Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek»), trzeci («Podjęliśmy decyzję, aby powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, tak jak Go rozumieliśmy»), czwarty («Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów»), piąty («Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów»), a także szósty, siódmy i jedenasty”.
Pomijając nazywanie tego paraduchowością (jak widać, to, co dla autora nie jest zgodne z jego światopoglądem, musi zostać zaklasyfikowane jako nieprawdziwe i urągające racjonalnym zdolnościom), należy zauważyć, a jest to fakt jasny dla każdego, kto przeczytał jakiekolwiek materiały dla anonimowych alkoholików, że w cytowanych fragmentach nie chodzi wyłącznie o Boga w jego chrześcijańskiej wersji, ale o siłę wyższą, taką, jak „my ją rozumiemy” – dla każdego może być to lub kto inny. Autor nie wykonał nawet najprostszej pracy badawczej, sprawdzającej, co w ogóle znaczą cytowane słowa: przeczytał „Bóg” i wszystko już stało się jasne. Gdyby przeczytał księgę Anonimowych Alkoholików, choćby rozdział „My, agnostycy”, wiedziałby, że owszem, duchowość pomaga, ale nie jest to z definicji ten Bóg, o któremu jemu chodzi. Wynika to z faktu, że alkoholikami są ludzie różnych wyznań, ale także agnostycy i niewierzący, a wspólnota ta nie wyklucia nikogo ze względu na wyznanie, lecz kieruje przesłanie do jednostki, która posiada lub nie posiada wiary i/lub Boga przez siebie definiowanego jako siłę wyższą. Wystarczy choćby poczytać „Jest rozwiązanie. Historie osobiste polskich AA”, żeby dostrzec, jak bardzo indywidualnie podchodzą do tej siły wyższej, nawet gdy są wierzący.
Po pierwsze chodzi o to, żeby skupić się na chorobie, a raczej na chorym człowieku, a nie dodatkowo antagonizować ludzi, którzy są chorzy, a mają być dla siebie wsparciem. Po drugie wiara może pomagać, ale nikt niewierzącego nie wyrzuci z AA. Nie każdy, kto chodzi na spotkania AA, automatycznie się nawraca. Czasami tak, czasami nie.
Słowem, teza, na której autor opiera swoje wywody, jest dużo bardziej problematyczna, a wręcz błędna. Literatura AA – co ważne, oparta na osobistych doświadczeniach ludzi – to nie jest ani dyskurs psychoterapeutyczny ani dyskurs religijny. Wskazuje ona jedynie, że duchowość, jakkolwiek pojmowana, jest potrzebna, albowiem alkoholik musi zmienić styl życia (w sensie socjologicznym), musi zmienić siebie jako człowieka – musi się rozwijać. Nie wiedzieć czemu jakoś tak jest, co smuci bardzo Witkowskiego, że więcej daje tym ludziom odwołanie się do Biblii niż „Kapitału” Marksa. Moim zdaniem „Dwanaście kroków, dwanaście tradycji” nie zawiera żadnej indoktrynacji, ewentualnie zachętę do wiary jako czegoś, co może pomóc zmienić życie – z pewnością nie ma tam sekciarstwa i przewodników-dewotów.
W jednym zgoda, jest to zachęta do refleksji raczej nad konkretną wiarą, chrześcijańską. Bo niby do jakiej innej mieliby się oni w Polsce odnosić? Do islamu, gdzie alkohol jest haram? Do buddyzmu? Problem powstał na obszarze kultury zachodniej, więc i do kodów kultury zachodniej się odwołuje. Co w tym złego? Pamiętajmy też, że wspomniany przez Witkowskiego program dwunastu kroków powstał w 1939 roku i jest dziełem swojego czasu i miejsca. Nie oznacza to jednak czegoś złego, chyba że po prostu, jak Witkowski, ktoś jest z zasady przeciwny religii – nawet jeśli bardzo ona pomaga. Program ten jest stosowany do dzisiaj, bo działa, ale jak widać to nie zdrowienie tych ludzi jest kluczowe, lecz to, że się nawracają (i zapewne nie głosują na „lewicę”).
Warto się także zastanowić nad treścią doktryny chrześcijaństwa, która być może lepiej niż inne religie lub ateizm pomaga walczyć ze swoimi słabościami, rozpoznać zło wyrządzane innym i sobie, ofiarować siebie innym cierpiącym, uznać swoją słabość, daje poczucie bycia kochanym pomimo swojej grzeszności. Po prostu w kod chrześcijaństwa wpisane jest coś więcej, łącznie z tym, że wiara daje ludziom wiele siły i wsparcia, którego tak potrzebują. Kiedy opuszczają nas ludzie, a alkoholicy niszczą swoje otoczenie, zostaje Ten, który nie odchodzi.
Nie ma jednak żadnego przymusu stawania się wierzącym. Wszak osoby niewierzące kierują się raczej w stronę psychologii, samorozwoju etc., i nie jest to oceniane, szczególnie, że formuła AA sprzeciwia się wartościowaniu. Wszyscy, których znam z kręgu moich bliższych i dalszych znajomych, nie czuli się indoktrynowani w kręgu AA, a w większości są niewierzący – spora część z nich tej siły wyższej upatruje w Naturze, z którą na różne sposoby starają się zintegrować. Rozmowy z nimi pokazały mi, że odwołują się do siły wyższej, proszą o pomoc, o siłę, ale nie chodzą do kościoła. Czasami się nawracają, ale nie spotkałem dewotów, gdyż, jak sami mówią, choroba okazuje się dla nich darem, bo dzięki temu lepiej rozumieją siebie i innych ludzi, są bardziej tolerancyjni i wyrozumiali, potrafią rozmawiać o emocjach, komunikować się z bliskimi. Stają się lepszymi ludźmi i też nierzadko oceniają ich tak bliscy. Oczywiście, że są katolickie miejsca wspierające osoby w nałogu, więc jeśli jesteś wierzący, to idziesz tam. Znam jednak osoby wierzące, które wolą „zwykłe” AA.
„Cóż bowiem może być bezpieczniejsze dla nowo narodzonego abstynenta niż rozwój duchowy pod okiem kapłana i istot świetlistych, w kontakcie z podobnymi sobie kolegami?” – pisze autor. Ta drwina, analogicznie jak jego wywody o „koneserach małpek”, źle świadczy o autorze, bo dotyczy chorych ludzi, którzy mierzą się ze śmiertelną chorobą, czego chyba autor nie rozumie, albo traktuje tych chorych jako nie-swoich, a w związku z tym los „biednych ludzi” go nie obchodzi, gdyż ważniejsze niż ich zdrowie jest ich „nie taki” światopogląd.
We wspomnianym rozwoju duchowym jako podstawie wychodzenia z nałogu ma czasami miejsce gorliwość neofity, terapeutyzowanie innych, nadmierna chęć pomocy wszystkim innym alkoholikom, co niekiedy irytuje otoczenie – ale lepsze to niż śmierć. Po prostu. „Bóg wjeżdża tam na pełnej i wielu klientom owych placówek zastępuje procenty”. Nie zawsze, a nawet gdyby, to bardzo dobrze. Jeśli im to pomaga w zdrowieniu, to dlaczego nie? Alkohol musi zostać czymś zastąpiony, bo wyjście z czynnego uzależnienia jest zmianą stylu życia, a nie tylko zachowaniem abstynencji, która pojawia się w tytule tekstu (abstynencja to nie leczenie się). Jeszcze precyzyjniej: to styl życia wymuszający używanie alkoholu powinien być zastąpiony nowym stylem życia, czyli takim, w którym alkohol nie jest potrzebny.
I dalej: „Panowie zaś w wieku średnim, rozbiwszy rodziny, umęczywszy wszystkich wokół swoim pijaństwem i, dajmy na to, zbankrutowawszy, odkrywają nagle, że odkąd przestali pić, mają niespodziewanie dużo wolnego”. Z tego względu, twierdzi autor, muszą działać, ale wspólnotowo, bo już nie mają starych znajomych, gdyż zerwali z nimi kontakty, bo prawdopodobnie pili. Terapia mówi tyle: unikaj wyzwalaczy, jeśli możesz nie przebywaj z pijącymi, ogranicz kontakty z tymi, którzy nie są w stanie pobyć z tobą na trzeźwo. Zapewne jednych kolegów stracisz, ale zyskasz innych, choćby właśnie na spotkaniach AA. Relacje tam nawiązywane są bardzo głębokie, gdyż ludzie odsłaniają samych siebie, dzielą się własnymi doświadczeniami, opowiadają swoje historie życia i trzeźwienia. Szybko wyczuwa się fałsz i nieszczerość – nie ma tam miejsca na narcyzm i aktorstwo. Jedni alkoholicy się w tym odnajdują, inni nie, ale generalnie terapeuci zachęcają do spotkań AA, bo to jedna z form pomocy – inni pijący stają się lustrem mojego picia. Możesz także spotkać ludzi w innym miejscu, szczególnie tam, gdzie wspólnota jest silna, daje poczucie sensu. „Swoje dokłada kryzys celów, sensów i dawnej pozycji mężczyzny. A odium «frajerstwa» zdejmuje z nowo nawróconych militarne rekwizytorium fantastyczne, mające dodatkowo przywrócić panom «należne» locum dla ich testosteronu w społeczeństwie”. Tak, często wracają do sportu, szukają nowych doświadczeń, adrenaliny, nierzadko przypominając sobie czas sprzed uzależnienia się. Co w tym złego? Generalnie wiadomo: toksyczna męskość. Powinni robić to, co powie im ktoś z Krytyki Politycznej.
„Lewica”, szczególnie ta inteligencka, uwielbia myśleć, że jeśli ktoś nie podziela jej światopoglądu, to jest poddany przemocy symbolicznej czy zniewalającej sile dominującego dyskursu, choć ta sama „lewica” twierdzi jednocześnie, że siła oddziaływania Kościoła katolickiego słabnie. Czynią tym samym z dorosłych ludzi osoby absolutnie zewnątrzsterowne, nie pojmujące indoktrynacji, ulegające wpływom, nie znające swoich granic – czyli dokładnie tego wszystkiego, z czym uczą walczyć terapia i spotkania AA. Rzecz jasna prawdziwie wolni są tylko ludzie „lewicy”. Dla „lewicy” wszyscy, którzy ich nie popierają, są zmanipulowani, są jak dzieci we mgle, co jest nie tylko zamykaniem oczu na rzeczywistość, lecz także podszyte głębokim nierozumieniem (chorego) człowieka. Co macie w zamian? Indywidualizm i konsumpcja? Sekta walki z „faszyzmem”? Co macie do zaproponowania cierpiącym ludziom w sferze nie tylko materii, ale i ducha? W jednym i w drugim przypadku macie po prostu niewiele.
Co gorsza, autor sugeruje, że uzależnieni, owi „koneserzy małpek”, robili to świadomie i z premedytacją – ot po prostu chcieli rozwalić życie swoje i innych ludzi. To tylko pokazuje, że Witkowski nie ma pojęcia, o czym mówi. Mówi o chorobie, w której jednostka nie kontroluje swoich zachowań, w której alkohol przejmuje nad nią kontrolę, i wobec której jest bezsilna. Oczywiście, że chorzy ludzie wyrządzają wielkie szkody i krzywdy, ale sami są także ofiarami własnej choroby. Oni sami – na tym polega sens AA i terapii – nie są w stanie wyrwać się z tej choroby samodzielnie, potrzebują innych ludzi, a czasami siły wyższej. Spotyka to i osoby zwykłe, i „gwiazdy”, bo w tej demokratycznej chorobie każdy jest równy w swojej słabości. Dla Witkowskiego to dobrze, że ktoś wytrzeźwiał, ale źle, że się nawrócił, czyli popadł w dewocję. A może te gwiazdy, jak choćby Muniek z T. Love, dojrzały? Być może dostrzegły coś więcej, czego nie widzi Witkowski, który z wyżyn rzekomej wszechwiedzy poucza wszystkich innych.
Fakt, że nierzadko chodzi o Boga chrześcijańskiego oraz instytucję Kościoła katolickiego przecież wcale nie musi być czymś złym. Obwinianie Kościoła jest wręcz kuriozalne, biorąc pod uwagę pomoc ludziom wykluczonym i chorym, o których tak dużo mówi „lewica”, łącznie z Krytyką Polityczną, ale na mówieniu głównie się kończy, bo noclegownie dla bezdomnych prowadzą kontynuatorzy misji Brata Alberta, a nie Przemysław Witkowski z kolegami. Może warto posłuchać podobno czytanego przez „lewicę” Antonio Gramsciego i zrobić marsz przez instytucje dla tych łatwych do zmanipulowania alkoholików? Zaproponujecie swoje ateistyczno-lewicowe kluby AA im. Karola Marksa – zobaczymy, jak wam pójdzie.
Witkowski pod pretekstem poruszania poważnego tematu wylewa frustracje dotyczące Kościoła i toksycznych mężczyzn, ale robi w ten sposób krzywdę osobom chorym, gdyż narzuca swój standard wychodzenia z tej strasznej choroby. Kim jest, żeby to czynić? Czy naprawdę ze sposobów radzenia sobie z chorobą należy czynić temat polityczny, gdy jakiś sposób jest nie w smak Witkowskiemu? Czy naprawdę ważniejsze jest to, że niepijący Rycerze Marii Panny nie zagłosują na „lewicę”? Nie pojmuję tej bezwzględności, bo to naprawdę nie służy ludziom chorym i chcącym się leczyć. Czasami jest coś ważniejszego: życie, które alkohol może odebrać.
W grupach AA ludzie uczą się chować do kieszeni swoje ego. Bardzo by się to przydało „lewicy”, bo coś mi się wydaje, że ich kluby AA pod wezwaniem przenajświętszej Krytyki Politycznej byłby formatowaniem ludzie w takim zakresie, że Kościół mógłby tylko o tym pomarzyć.
Witkowski w zakończeniu swojego tekstu pisze: „Jak spadek znaczenia Kościoła katolickiego i laicyzacja Polaków nie przynosi wzrostu liczby światłych wolnomyślicieli, tak abstynencja alkoholowa dla wielu nie oznacza wolności od życia w fantazji. Zamiast upowszechniania się ateizmu mamy więc rozwój nowej duchowości, często mocno eklektycznej (rozciągającej się od ufologii po grupy ewangelikalne). A zamiast wolnych od nałogu, samodzielnych dorosłych, mamy coraz więcej umundurowanych krzyżowców wiary. I tak to się będzie kręcić, dopóki nie znajdą się większe pieniądze na profesjonalną terapię – czyli, znając Polskę, nieprędko”.
Po pierwsze autor błędnie zakłada, że istnieje bycie wolnym od nałogu. Uzależnionym jest się do końca życia. Możesz być niepijącym, ale nadal jesteś chory i na pewno nie wolny, gdyż nie możesz i/lub nie powinieneś robić wielu rzeczy. Alkoholikiem jest się do końca życia, nie można być wolnym od tej choroby.
Po drugie, Witkowski błędnie zakłada, że profesjonalna terapia sprawi, iż ludzie nie będą pić, a jednocześnie tym, co im pomoże, będzie coś innego niż jakkolwiek pojęta siła wyższa, także Bóg. Otóż terapia nie definiuje tego, co ma pomóc. To ty sam musisz to określić – może być to Bóg, może być coś innego. Zdaniem niektórych terapeutów można wprowadzić nawet rozróżnienie na siłę większą oraz siłę wyższą. Tą pierwszą mogą być lekarz, terapeuta, psycholog, grupa AA, grupa wsparcia, czyli ogólnie ludzie, którzy mają większe doświadczenie w pokonywaniu choroby i mogą coś podpowiedzieć. Drugą zaś może być Bóg, ale dla wielu będzie to np. natura, czy bardziej ogólnie – system wartości. Dla jednych będzie to połączone z religią, a dla innych nie.
W takim ujęciu tekst Witkowskiego niepotrzebnie i nieprawdziwie straszy religijną indoktrynacją osoby chcące trzeźwieć. Niewiedza autora, czy też po prostu absolutne zideologizowanie, po prostu szkodzi.
Dlaczego pije więcej mężczyzn niż kobiet? Może to jakiś społeczny problem, nad którym warto byłoby się pochylić i głębiej go przeanalizować niż fantazjować o chłopach pańszczyźnianych? „Lewicy” ten problem nie obchodzi, bo problemy mężczyzn to – jak zwykle, koniec końców – faszyzm. Lewica jest przecież kobietą.
Tekst Witkowskiego pokazuje, że autor nie tylko nie ma wrażliwości społecznej, że brak mu choćby zalążka postawy badawczej, ale jest jeszcze głębszym wpychaniem mężczyzn w to, co krytykuje. Witkowski pisze, o czym już wspominałem, że tylko piętnaście procent uzależnionych ma dostęp do profesjonalnego leczenia, a reszta, wiadomo, jest skazana na religijną i paraduchową szarlatanerię i fantazję. Otóż głosując za obecną koalicją rządzącą przykłada się rękę do zdemontowania państwowej ochrony zdrowia, a konsekwencje dotkną wcześniej czy później także uzależnionych, „skazując” zapewne sporą część z nich na AA i Kościół katolicki. Nie wiem, jak liczne są zastępy rycerzy Maryi, ale jeśli Witkowski ma rację, to będzie ich coraz więcej. Dzięki niemu samemu i jemu podobnym. Kto na „lewicy” mieczem wojuje, ten od miecza zginie.
dr hab. Michał Rydlewski
Od redakcji: Warto przeczytać nasze inne teksty o tym, kim jest Witkowski. Sprawcą pijackich awantur urządzanych lokatorom „lewicowego” landlorda, autorem zmyśleń w tekstach, osobnikiem mocno umoczonym w odpłatną współpracę ze środowiskami skrajnie prorosyjskimi, autorem pseudonaukowych bredni wyśmiewanych przez fachowców itp.:
Dziwne oblicza antyfaszyzmu
Czerwone onuce i antyfaszyzm w interesie Kremla
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Leczenie narkomanii from Pixabay
przez redakcja | wtorek 5 maja 2026 | aktualności
NielsenIQ, największy gracz w sektorze badań rynku, od początku roku przeprowadza liczne zwolnienia w warszawskim oddziale firmy.
Mimo że do likwidacji wyznaczono ponad 100 stanowisk, pracodawca omija obowiązki wynikające z ustawy o zwolnieniach grupowych, prowadząc zwolnienia w rozłożonych na dwa lata, niewielkich transzach. Cały proces został przez zarząd spółki okraszony nazwą „tranzycja”.
Informacja o restrukturyzacji została przekazana pracownikom dwóch pionów operacyjnych z Warszawy. Jednak z informacji otrzymanych przez związek zawodowy OZZ „Inicjatywa Pracownicza” od zatrudnionych osób wynika, że z pracą żegnają się również inne, niewymieniane w oficjalnej komunikacji wewnętrznej mniejsze zespoły oraz indywidualni pracownicy z nawet kilkunastoletnim stażem.
– „Komunikacja zarządu w sprawie zwolnień jest zdawkowa. Zarząd nie używa do tego celu poczty elektronicznej, a umawia pracowników na stacjonarne i nierejestrowane w żaden sposób sesje pytań i odpowiedzi, mimo że wszyscy pracujemy w trybie hybrydowym lub całkowicie zdalnym” – mówi Jan Złotnicki, członek związku zawodowego OZZ „Inicjatywa Pracownicza”.
– „Co więcej, najwyraźniej ze względu na nadmierne zainteresowanie sprawą przez samych pracowników i zadawanie przez nich niewygodnych pytań, zarząd zrezygnował z prowadzenia nawet tego rodzaju komunikacji i nabrał wody w usta. Obecnie pracownicy są informowani o szczegółach wyłącznie przez bezpośrednich przełożonych, również zresztą objętych procedurą zwolnień. Efektem są, zdaniem zgłaszających się do nas pracowników, przekazywanie niespójnych, niepełnych lub spóźnionych informacji i niepewność u wystarczająco już poruszonych pracowników” – relacjonuje związkowiec.
Firma otwarcie przyznaje przed pracownikami, że przyczyną redukcji zatrudnienia w Polsce jest przenoszenie stanowisk na dużo tańszy rynek w Indiach. Co więcej, pozostający na tę chwilę na stanowiskach polscy pracownicy zostali zobowiązani do przeszkolenia swoich indyjskich następców ze wszystkich wykonywanych do tej pory procedur.
Według informacji związkowców, szkolenia te są umawiane bez żadnych konsultacji z mającymi je prowadzić pracownikami, bez poszanowania okresów świątecznych w Polsce i bez zapewnienia odchodzącym pracownikom jakiegokolwiek przygotowania czy materiałów szkoleniowych. Zarząd oczekuje, że osoby, które nigdy nie aplikowały na stanowiska szkoleniowe, mają z dnia na dzień przeobrazić się ze specjalistów w dziedzinie analizy danych w nauczycieli z językiem obcym. Wszystko to w standardowych godzinach pracy i bez najmniejszego nawet ograniczenia dotychczasowych, regularnych obowiązków.
Sytuacja w firmie jest tym bardziej niepokojąca, że pracodawca od co najmniej roku zaprzestał stosowania się do ustawowego obowiązku konsultowania zwolnień pracowników ze związkami, pomimo potwierdzenia takiego wymogu podczas kontroli Państwowej Inspekcji Pracy. Według informacji przedstawicieli OZZ „IP” w przeciągu ostatniego półtora roku pracodawca ani razu nie powiadomił związku o zamiarze rozwiązania umowy z pracownikiem, ani nie umożliwił przeprowadzenia wymaganej przez prawo konsultacji zwolnień.
Przedruk (ze skrótami) za: https://ozzip.pl/
przez redakcja | wtorek 5 maja 2026 | aktualności
Niemal 200 osób straci pracę w wyniku likwidacji zakładu.
Jak informuje portal Tysol.pl, nowy właściciel zakładu Eisberg w Legnicy podjął decyzję o likwidacji tego podmiotu. W efekcie pracę ma stracić cała załoga, niemal 200 osób. Zakład działał od roku 1992 i był dużym producentem sałatek. Jego kontrahentami byli m.in. McDonald’s, Biedronka i Lidl.
Pół roku temu zakład kupiła firma Green Factory. Teraz nagle ogłosiła ona zamiar likwidacji przedsiębiorstwa. Tłumaczy tę decyzję rzekomo wysokimi kosztami modernizacji. Wedle szefostwa firmy wielkich nakładów wymaga dostosowanie zakładu do wymagań przeciwpożarowych. Wcześniej ta sama firma obiecywała inwestycje i rozwój.
przez redakcja | wtorek 5 maja 2026 | aktualności
Przez trzy dni związkowcy będą protestować pod siedzibą wielkiej sieci dyskontów.
Jak informuje Portal Spożywczy, OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu zapowiada trzydniowy protest pod główną siedzibą sieci handlowej Dino. To kolejny etap sporu z szefostwem firmy i odpowiedź na jego lekceważące zachowania.
Od kilku miesięcy trwa spór w dużej i największej kapitałowo polskiej sieci handlowej Dino. W sklepach tej sieci zaczął działać związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu, który działa już m.in. w sieciach Kaufland, Rossmann, Biedronka i tam upomina się o poprawę sytuacji pracowników. Teraz przyszedł czas na Dino.
Po powstaniu struktur związkowych w tej sieci okazało się, że nie ma w niej Zakładowego Funduszu Świadczeń Pracowniczych, na czym firma oszczędza wiele milionów złotych. Szefostwo Dino nie zgadza się także na podwyżki płac, zwiększenie obsady sklepów i poprawę warunków zatrudnienia. W okresie zimowym nie zapewniano nawet odpowiedniego ogrzewania sklepów, co zostało udokumentowane i ukarane przez instytucje kontrolne. Państwowa Inspekcja Pracy udokumentowała 1300 naruszeń prawa w Dino.
Związkowcy wszczęli spór zbiorowy z zarządem sieci. Ich postulaty są całkowicie odrzucane. Dotychczas firma na serio nie wzięła udziału w negocjacjach. Po kolejnych miesiącach lekceważenia protestów związkowych w sieci odbył się 25 kwietnia strajk ostrzegawczy. Dwa dni później szefostwo firmy całkowicie zlekceważyło polskie prawo i nie stawiło się na spotkaniu negocjacyjnym z mediatorem wyznaczonym przez ministerstwo pracy.
Związkowcy zapowiedzieli kolejne kroki. Trwają przygotowania do strajku generalnego w sklepach sieci. Wcześniej, w dniach 25-27 maja będą trwały protesty pod główną siedzibą firmy w Krotoszynie.
przez Bartosz Oszczepalski | niedziela 26 kwietnia 2026 | opinie
To nie jest tak, że wywodząca się z klasy średniej lewica zawsze gardzi „ludem” i nie chce mieć z nim nic wspólnego. Czasem próbuje się nad nim pochylać, ale i wtedy bolą ją od tego plecy i dostaje czkawki, bo okazuje się, że klasy ludowej wcale nie rozumie i nawet nie próbuje tego zrobić na serio. Niezwykle celną satyrą uderzył w to zjawisko serial „Klątwa” (The Curse), który dwa lata temu miał premierę w serwisie SkyShowtime.
Produkcja, która odbiła się szerokim echem i zebrała świetne recenzje, jest nietypowa z wielu powodów. I chodzi tu nie tylko o wszechobecną dziwaczność, „cringe” czy mnogość sytuacji zabarwionych niezręcznym humorem. Przytłaczająca większość amerykańskich filmów i seriali ostrze satyry wymierza w prawicę (np. „The Boys”, „Opowieść podręcznej”), a „Klątwa” to jeden wielki młot na progresywistów z klasy średniej i wyznawaną przez nich poprawność polityczną. Co ciekawe, nie tę dotyczącą różnego rodzaju mniejszości, lecz związaną z jej kłopotliwymi relacjami z „ludem”. Wszystkie te elementy serialu, którego twórcami są Benny Safdie i grający jedną z głównych ról Nathan Fielder, nawzajem się uzupełniają. Naprawdę warto wejść na chwilę do tego dziwacznego świata – tym bardziej, że produkcja liczy zaledwie 10 odcinków, a odwzajemnia się dużą ilością humoru i analizy socjologiczno-politycznej lepszej niż w dziesiątkach poważnych tekstów publicystycznych.
Ekologią i pańską szlachetnością w lud
Bohaterami „The Curse” jest małżeństwo (Asher i Whitney), które realizuje projekt budowy pasywnych domów ekologicznych w dzielnicy (głównie) latynoskiej biedoty, a wszystko to jest pokazane w ramach tandetnego reality show. Ona wywodzi się z bogatej klasy społecznej i za pieniądze rodziców-wyzyskiwaczy – też działających w branży mieszkaniowej, lecz na odcinku zdecydowanie mniej szlachetnym i niestwarzającym pozorów – jednocześnie odcinając się od ich „piętna”, próbuje wcielić w życie piękną utopijną wizję, gdzie zamożniejszy zamieszka obok biedniejszego i wszyscy złączą się w jedną idylliczną wspólnotę ideałów zrównoważonego rozwoju.
Oczywiście to nie może się udać, ponieważ jest to typowy przykład gentryfikacji, która wypiera biedotę z osiedli zaludnianych przez klasę średnią. Poza tym utopia boleśnie potyka się o realia, przy okazji unaoczniając hipokryzję małżeństwa, które próbuje pochylać się nad ludem, jednak w ogóle go nie rozumie, co prowadzi do wielu niezręcznych sytuacji. Mąż za swoje porażki poniesione w trakcie pracy nad tym projektem obwinia haitańską dziewczynkę, która miałaby na niego rzucić klątwę. Oskarżą ją też o szpiegowanie. Według niego „klątwa” odpowiada też za to, że jego związek Whitney przechodzi kryzys. Natomiast napływowa klasa średnia podchodzi nieufnie do tutejszych, uważając ich za złodziei. Żona udaje, że rozumie obecną tam również społeczność indiańską, jednak jej próby są tak pozerskie, że wzbudza tym jedynie śmiech i politowanie u samych zainteresowanych. Kupuje też sobie przychylność lokalnej artystki wywodzącej się z tej społeczności, ale ta wyczuwa jej nieszczerość, jednocześnie nie rezygnując ze współpracy. W jednym z odcinków dochodzi do kradzieży w sklepie, co wywołuje skrajne reakcje bohaterów. Asher i Whitney, zamiast standardowo zareagować, w specyficzny sposób (często nieporadny lub dający się wykorzystać) podchodzą do sprawców, co wpisuje się w satyryczny obraz ich prób bycia „dobrymi ludźmi” i działania w ramach zrównoważonego rozwoju.
Sygnalizowanie ideologicznej cnoty
W zamian za gentryfikację, a może wręcz w ramach dodatkowego bonusu do ekologicznych domów, małżeństwo obiecuje nowe miejsca pracy, ale nic z tego nie wychodzi. Ponadto nowi lokatorzy wcale nie są przychylnie nastawieni do idei ekologicznych domów, a objawia się to między innymi wyrzucaniem kuchenek indukcyjnych i instalowaniem gazowych, co para interpretuje jako niewdzięczność. Przy czym Asher w tej relacji jest jedynie dodatkiem do partnerki Whitney (w tej roli świetna Emma Stone), która gotowa jest go zdominować i upodlić dla realizacji „równościowej” i przy okazji nieco feministycznej utopii.
Cała ta gra pozorów trwa i zarazem maski obłudy coraz częściej zaczynają spadać. Czasem przybiera to wręcz postać makabrycznie groteskową. Nad całym przedsięwzięciem czuwa bowiem producent, który gotów jest sztucznie podkręcać fabułę reality show – np. każąc kobiecie chorej na raka wlewać sobie wodę do oczu, by uzyskać efekt płaczu – aby zaciekawić masowego widza. Ktoś w końcu musi zadbać o to, żeby ten tak naprawdę komercyjny projekt choć trochę się zwrócił. Przecież Whitney robi to tylko dla idei, a poza tym o pieniądze martwić się nie musi, skoro dostała je od rodziców-wyzyskiwaczy, którymi skrycie gardzi i zarazem próbuje wykorzystać ich pieniądze. Oni zresztą też dość chłodno przyjmują idealistyczne zapędy córki.
Prawdziwą perełką „Klątwy” jest specyficzna forma ukazania tego, że te dwa światy nie mogą się dogadać. Małżeństwo wciąż popełnia te same błędy w relacjach z lokalną społecznością, więc nad serialem ciągle unosi się duch niebywałego wręcz „cringe’u”. Ta niestosowność nieraz wzbudza w widzach zażenowanie, a nawet poczucie wstydu za zachowania pary, która nie sili się na zrozumienie realnych potrzeb lokalnej społeczności, a pragnie tylko pieścić swoje „aktywistyczne” ego. Przesłanie jest proste i oczywiste: najedzony nie zrozumie głodnego, choćby ten pierwszy miał usta pełne frazesów o tolerancji i walce z dyskryminacją, a już szczególnie wtedy, gdy zależy mu na sygnalizowaniu ideowej cnoty, a nie na ofiarach drapieżnego kapitalizmu. Nawet rodzice-wyzyskiwacze wydają się postaciami o wiele bardziej konsekwentnymi i spójnymi, przy całej ich upiorności. Co najlepsze, para głównych bohaterów do samego końca wydaje się nie domyślać, w czym jest problem i dlaczego tkwi on w nich samych. Otwarcie zwalić winy na beneficjentów projektu też nie mogą, więc zdecydowanie łatwiej jest na tytułową klątwę.
Na polskiej lewicy też ciąży „klątwa”
Zjawisko opisane w „Klątwie” ma wymiar globalny. Podczas oglądania serialu ciągle miałem déjà vu. Od lat obserwuję ciążącą na polskiej lewicy „klątwę” wzajemnego niezrozumienia się z klasą ludową. Dziwnym trafem lewica w godzinie próby zawsze stanie po stronie wyzyskującej liberalnej oligarchii, wejdzie z nimi w lokalną lub ogólnopolską koalicję, w drugiej turze zagłosuje „mimo wszystko” na Trzaskowskiego, „krytycznie” poprze rząd Tuska czy dołączy do Giertycha w ramach sojuszu antypisowskiego, choć najwięcej prospołecznych postulatów po 1989 roku zrealizowała Zjednoczona Prawica. Dziwne, prawda? Tajemnicze niczym klątwa. Przecież ma świetny socjaldemokratyczny program gospodarczy i mnóstwo szlachetnych postulatów. Ale zawsze jej tak jakoś nie wychodzi. Zawsze związki z liberalnymi „rodzicami” okazują się silniejsze niż poczucie chęci pomocy realnej klasie ludowej – jak u głównej bohaterki serialu.
I wtedy organizuje się debaty o tym, dlaczego lewica nie może odzyskać robotników. Albo zwala winę na jakąś klątwę – np. „hegemonię prawicy” – lub protekcjonalnie na „fake newsy”, które miałyby omotać nieświadomych swych interesów przedstawicieli klasy ludowej, o czym niedawno pisał Michał Rydlewski w artykule „Lewica z pół-Tuska. Jak reprezentować niezamożnych samemu będąc zamożnym?”. I właśnie w tytule tego tekstu zawiera się sedno niezrozumienia lewicy z klasą ludową. Nie jest to klątwa, tylko to, że wywodzi się ona z wyższej klasy średniej, często klasy menedżerów, a z klasą ludową dzieli ją niemal wszystko – od statusu materialnego po nawyki kulturowe, zainteresowania czy język komunikacji. Wywodzi się po prostu z zupełnie innego świata, ma odmienne polityczne i klasowe priorytety, dlatego instynktownie klasa ludowa wyczuwa fałsz, gdy okazjonalnie progresywna klasa średnia (lewica) próbuje się jej przypodobać. A zatem tak naprawdę klasa ludowa dobrze rozpoznaje swoje klasowe interesy.
Tak było między innymi, gdy partia Razem próbowała przypodobać się elektoratowi PiS w kampanii wyborczej w 2025 roku, powołując się na dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego i Beaty Szydło, a także przekonując, że nie ma sensu skupiać się na szufladkach ideologicznych i wyborca patriotyczny śmiało może na nich oddać głos. Kilka miesięcy później w obronie dobrego samopoczucia aktywu partyjnego i czystości ideologicznej wyrzucono z tej samej partii posłankę Matysiak za „prawicowo-pisowskie odchylenia”. Oczywiście te oskarżenia to były i są urojenia, ale Paulina Matysiak rzeczywiście posiada rzadką na lewicy umiejętność komunikowania się z wyborcami prawicy. Jednak mimo szumnych kampanijnych deklaracji pozbyto się jej bez żalu. Od kampanii „razemki” co prawda zaliczają okazjonalne zwyżki sondażowe, ale dzięki głosom wyborców wielkomiejskich i zamożniejszych, którzy w drugiej turze wyborów woleli poprzeć Trzaskowskiego niż kandydata populistycznej prawicy.
Sztandarowym przykładem owego niezrozumienia i znanego z serialu klasowego „cringe’u” jest zachowanie senatorki Magdaleny Biejat, wywodzącej się z partii Razem, a obecnie reprezentującej rządową Nową Lewicę. W teorii głosi ona słuszne postulaty, które na pewno pomogłyby zmniejszyć w Polsce wszelkie nierówności, a czasami nawet skrytykuje liberałów. A potem, ze względu na usytuowanie klasowe i silne związki z liberalnymi rodzicami, przyzna się do posyłania dzieci do prywatnych placówek edukacyjnych, stwierdzi, że trzynaste i czternaste emerytury to tylko ochłapy lub powie, że „skokowe” podwyższanie płacy minimalnej nie jest pożądane. I pewnie dopiero wtedy jest szczera – z jej perspektywy, byłej pracownicy stołecznych NGO-sów, tłumaczki, a potem posłanki i wicemarszałek Senatu, te pieniądze to jedynie ochłap, o który nie warto zabiegać. Zawsze można zastąpić to sygnalizowaniem cnoty poprzez słuszne postulaty głoszone w kampanii wyborczej czy zachwalanie tuskowego faktycznego ochłapu jako wielkiej socjalnej zmiany.
Kolejnym przykładem przenikania się rzeczywistości z serialową fabułą jest uwikłanie się lewicy we wspieranie „zielonej transformacji ekologicznej”, która przez polskich i europejskich eurokratów została wypaczona w duchu neoliberalnym. Obiecano ludziom nowe „zielone” miejsca pracy w zamian za włączenie się do „ratowania klimatu” i powstrzymanie się od nieekologicznych nawyków (np. niejeżdżenia starymi dieslami), a póki co dostają oni tylko wyższe rachunki i ubytek miejsc pracy na skutek restrykcyjnych regulacji uderzających w przemysł. Na pocieszenie mogą zjeść wołowinę sprowadzaną przez eurokratów z Argentyny w ramach umowy Mercosur. To jest dopiero działanie ekologiczne i niegenerujące śladu węglowego! W serialu także zamiast nowych miejsc pracy mieszkańcy osiedla otrzymali utopijną i niepraktyczną wizję ekologicznych domów połączoną z zestawem ekologicznie zabarwionych pouczeń dotyczących konsumpcji.
Pierwszym krokiem ku uzdrowieniu lewicy byłoby zatem uświadomienie sobie, że to nie „klątwa” czy „fake-newsy” oddalają ją od klasy ludowej. Długoletnia obserwacja każe mi powątpiewać, że kiedykolwiek tak się stanie.
Bartosz Oszczepalski
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan z Pixabay.
przez redakcja | piątek 24 kwietnia 2026 | aktualności
Po likwidacji produkcji w dużym zakładzie teraz upada jego kontrahent.
Jak informuje radio PiK, upadłość ogłosiła firma Elektrorem z Janikowa koło Inowrocławia. Pracę straci w niej 51 osób. Przedsiębiorstwo zajmowało się automatyką przemysłową i elektryką. Działało od roku 1993.
Upadłość firmy to pokłosie wcześniejszych problemów jej głównego zleceniodawcy. W ubiegłym roku w Janikowie nastąpiło wygaszenie produkcji w dużym zakładzie Qemetica, zatrudniającym kilkaset osób. Zakład produkcji wyrobów sodowych został postawiony w stan hibernacji – zatrzymano pracę, zwolniono niemal całą załogę, ale obiekty i urządzenia zachowano w postaci gotowej do wznowienia produkcji. Qemetica zaprzestała produkcji po wielokrotnych bezskutecznych apelach do rządu o ochronę polskiego rynku przed tanim importem z krajów, które, mimo nałożonych sankcji, wykorzystują surowce i półprodukty z Rosji.
Po wygaszeniu produkcji w Qemetice okazało się, że Elektrorem stracił podstawy funkcjonowania – zakład sodowy był głównym zleceniodawcą dla tej firmy, zajmującej się remontem i konserwacji urządzeń elektrycznych, silników, linii przesyłowych itp.
przez redakcja | piątek 24 kwietnia 2026 | aktualności
Fabryka mebli znowu przeprowadzi zwolnienia grupowe.
Fabryka Zorka w Jeleniej Górze znowu przeprowadzi zwolnienia grupowe. To kolejna redukcja zatrudnienia w firmie w tym roku.
W styczniu Zorka przeprowadziła zwolnienia grupowe, które objęły 132 osoby. Zakład produkujący meble motywował to spadkiem popytu, a dokładnie biorąc redukcją zamówień od głównego kontrahenta, jakim od dekad jest koncern Ikea. Jeszcze nie umilkły echa tamtych zwolnień, a firma ogłosiła kolejne.
Tym razem do urzędu pracy Zorka zgłosiła zwolnienia grupowe dotyczące aż 233 pracowników. Firma straciła znaczną część zamówień z Ikei, a jej przychody zmalały w ciągu roku o 43%. Skutkiem tego są masowe zwolnienia pracowników, firma zamierza także zlikwidować jeden ze swoich oddziałów i skoncentrować produkcję w jednym obiekcie.
Jak informuje portal drewno.pl, w ciągu roku zatrudnienie w większych firmach meblarskich (powyżej 10 pracowników) zmalało o ponad 3000 osób.
przez redakcja | piątek 24 kwietnia 2026 | aktualności
Niemal 100 osób straciło pracę z powodu likwidacji zakładu.
Jak informuje portal WP Finanse, upadła spółka Grant z Ostrowca Świętokrzyskiego. Zakład powstał w roku 2000 i zajmował się wytwarzaniem ciężkich konstrukcji stalowych oraz maszyn i urządzeń przemysłowych. W czasach świetności cała spółka zatrudniała kilkaset osób, a jej kontrahentami były m.in. Huta Celsa w Ostrowcu, KGHM, Arcelor Mittal, Jastrzębska Spółka Węglowa.
Pracę w likwidowanej firmie straciły 92 osoby. Nie otrzymały one pensji za luty. Zaległości wobec pracowników wynoszą 1,6 mln złotych, a wobec ZUS-u i urzędu skarbowego wynoszą one 12 milionów.
przez redakcja | czwartek 23 kwietnia 2026 | nasze rozmowy
Amazon to zakład, w którym tempo pracy wyznacza granice bezpieczeństwa pracownika. Ustanowione normy są niemożliwe do spełnienia, wymagają zbyt dużego wysiłku fizycznego. W mediach możemy przeczytać doniesienia o śmiertelnych przypadkach przepracowania i relacje Społecznych Inspektorów Pracy, którym Amazon utrudniał ustalenie przyczyn zgonu. Mimo to nie widzimy żadnych realnych konsekwencji – w Polsce odpowiednio bogata korporacja może stworzyć własne „państwo w państwie”.
Modele działania w Amazonie nie są kompatybilne z polskim prawem, co potwierdziła kontrola Państwowej Inspekcji Pracy (PIP). Ponadto stwierdzono, że ryzyko zawodowe – związane z różnymi stanowiskami pracy – jest nieoszacowane, a procedury po wypadkach przy pracy są notorycznie utrudniane.
W doświadczeniach związkowców i związkowczyń widać główne osie sporu. O tym, jak wygląda działalność związków zawodowych w zachodniej korporacji-gigancie, rozmawiam z działaczkami i działaczkami zrzeszonymi w OPZZ Konfederacja Pracy w Amazon.
Weronika Dąbrowicz: Śmierć pracownika w Sosnowcu to nie jest w Amazonie odosobniony przypadek. Wygląda to tak, jakby zarówno pracodawca jak i instytucje państwowe nie zwracali uwagi na to, co dzieje się w magazynach zachodniego giganta, nawet w przypadku śmierci w czasie wykonywania pracy. Jak teraz wygląda zaangażowanie polityków w sprawę?
OPZZ Konfederacja Pracy Amazon: Po śmierci pracownika w Sosnowcu media i politycy oczywiście zainteresowali się warunkami pracy w Amazonie, jak to zwykle dzieje się przy okazji takich tragedii. Część naszych działaczy – będąca w tamtym czasie członkami OZZ Inicjatywa Pracownicza – brała udział w rozmowach z marszałkiem Czarzastym, który ułatwił nam wywalczenie kontroli Państwowej Inspekcji Pracy po śmierci pracownika sosnowieckiego magazynu. Co ważne dążyliśmy również do przeprowadzenia kontroli wydatków energetycznych. To proces określenia ilości energii, jaką organizm zużywa do wykonywania danych czynności, w naszym przypadku w trakcie wykonywania pracy w magazynach Amazona. Ostatnia taka kontrola w Sosnowcu odbyła się w 2018 roku, a nam zależało, aby zrobiono to teraz w całym kraju.
Do czego dążycie?
Ponad połowa prac wykonywanych przez pracowników Amazon nie ma policzonych wydatków energetycznych, czyli nie wiadomo, ile tak naprawdę pracownik zużywa energii (spala kalorii) w ciągu dniówki. Łącznie podczas kontroli zidentyfikowano 371 procesów, z czego pomiary wydatku energetycznego wykonano jedynie dla 162. Z przeprowadzonych ocen ryzyka zawodowego wynikało, że nadmierne obciążenie przy ręcznych pracach transportowych może występować na każdym dziale, jednak ustalenia te nie zostały przełożone na rzetelne i kompletne pomiary.
Pomiar wydatku energetycznego w Amazonie przeprowadzano głównie dla pracy przy komputerze, a nie ciężkich prac fizycznych. Na stanowiskach, gdzie dokonano oceny wydatku energetycznego, przeprowadzono to niepoprawnie. W magazynie Amazon KTW 5 w Gorzyczkach nie wykonano żadnych pomiarów wydatków energetycznych. PIP potraktowała pracę opisaną teoretycznie jak faktyczną pracę na stanowiskach. W wielu przypadkach pchanie i ciągnięcie wózków według dokumentacji Amazona nie wiąże się z wysiłkiem pracownika. Tym czynnościom został przypisany zerowy wydatek energetyczny.
Firma Feuer, wykonująca dla Amazon pomiary, przyjęła dzienny przebieg pracy niezgodny z rzeczywistością – w teorii odprawy pracownicze miały trwać łącznie pół godziny w ciągu dnia, kiedy to pracownik nie pracował, a w praktyce trwają one maksymalnie 5 minut. A to ma wpływ na wyniki pomiarów.
Niezależnie od jakości pomiarów, PIP przeprowadziła ostatnio kontrolę w magazynach Amazona. Jakie były tego efekty?
PIP nakazała przede wszystkim ponowną ocenę ryzyka zawodowego. Wskazano konieczność ustalenia procesów wymagających oceny wydatku energetycznego z uwzględnieniem warunków środowiska pracy. Kluczowym elementem są tutaj normy, czyli tempo pracy narzucane przez Amazon. Ich zmiana ma bezpośredni wpływ na pracowników. Im szybciej pracujesz, tym więcej kalorii zużywasz. To oznacza, że każda zmiana norm powinna automatycznie skutkować przeprowadzeniem nowej oceny wydatku energetycznego.
Czyli tempo pracy ma realny wpływ na bezpieczeństwo w pracy?
Zdecydowanie tak. Jeśli normy są podnoszone, to ocena ryzyka powinna być aktualizowana, bo pracownicy są narażeni na przeciążenia i problemy zdrowotne.
Czy PIP w inny sposób odnosi się do kwestii bezpieczeństwa i higieny pracy (BHP)?
Ustalono, że służba BHP działa niezgodnie z przepisami polskiego prawa. Zarząd Amazon Polska nie ma realnej władzy nad tym, co robi służba BHP w jej magazynach, bo podlegają zagranicznym strukturom firmy. PIP nakazała zmianę zgodną z przepisami prawa polskiego. BHP w Amazonie to „państwo w państwie” – podlega osobom, które nawet nie są pracownikami polskiej spółki.
Czy to częsty problem w międzynarodowych firmach?
Tak, ale tutaj skala i konsekwencje są szczególnie poważne. W magazynach Amazon Gliwice KTW3 oraz Gorzyczki KTW5 dochodziło do sytuacji, w których nie uznawano wypadków przy pracy. Uzasadniono to rzekomym brakiem urazu, mimo że uraz faktycznie wystąpił. Uznanie takiego zdarzenia ma kluczowe znaczenie dla możliwości skorzystania z praw przysługujących przy wypadku przy pracy.
Obecnie w PIP trwa analiza prawna w celu zawiadomienia prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 218 Kodeksu Karnego wobec jednego z managerów BHP. Kontrola doprowadziła również do nałożenia indywidualnych mandatów na część managerów z magazynu KTW1.
Myślę o wszystkich ryzykach i problemach w zakładach pracy takich jak Amazon. Magazyny są rozsiane po całej Polsce, pracowników jest dużo, co sprawia, że organizowanie się w strukturach związkowych jest trudne. Jak sobie z tym radzicie? Jak wygląda Wasza codzienna praca?
Dla nas priorytetem jest dostępność dla pracowników, a nie kampanie związkowe. Model naszej codziennej pracy – opierającej się na budowaniu relacji z resztą pracowników – kosztuje nas sporo wysiłku, ale wierzymy w to, że właśnie w taki sposób jesteśmy w stanie zbudować trwałe struktury i być realnym wsparciem dla innych osób zatrudnionych przez Amazon. Ważnym aspektem są dyżury związkowe odbywające się w całej Polsce – dla nas stanowią one nieodłączną część codziennej pracy organizacyjnej. Jesteśmy dla pracowników dostępni w kantynie, pomagamy im w rozwiązywaniu codziennych problemów. Widzimy, że nasze zaangażowanie skutkuje większym zaufaniem. Jesteśmy dla pracowników i reagujemy na ich problemy.
Przy takiej liczbie pracowników, taka strategia brzmi jak drugi etat. Jak radzicie sobie z ilością ludzi, którzy mogą potencjalnie potrzebować waszego wsparcia?
Nie jest tak, że po jakieś godzinie nie ma z nami kontaktu. Jest numer telefonu związkowego, e-mail, media społecznościowe. I rzeczywiście, oprócz kontaktu na żywo ludzie piszą do nas i dzwonią. Chcemy być blisko ludzi, ale rzeczywiście sprawia to, że często bywamy przeciążeni sprawami związkowymi. Zdarzają się telefony w środku nocy, próby kontaktu nad ranem w sprawie drobnostek. Nie ukrywamy wtedy irytacji, ale mamy świadomość, że dla pracownika problem, który my przerabialiśmy w naszym związku wielokrotnie, może wiązać się z ogromnym stresem. Musimy stawiać granice, ale są one bardzo płynne.
Doceniamy wiadomości, które opisują sytuację, możemy wtedy przez pryzmat naszego doświadczenia ocenić, na ile pilna jest dana sprawa. Jeśli coś może poczekać, informujemy o tym osobę, która się do nas zgłasza. Dajemy znać, kiedy się skontaktujemy, uspokajamy. Sytuacje gardłowe mają oczywiście inny priorytet. Nasza działalność opiera się tu na wzajemnym zaufaniu i dotychczasowym doświadczeniu grupy.
Wasze obecne działania są kontynuacją walk, ale formalnie jesteście nowym związkiem. Od czego zaczęliście działania po zawiązaniu się struktury?
Jako nowa struktura w pierwszej kolejności zwróciliśmy się o potrzebną dokumentację, regulaminy, procedury, zasady funkcjonowania zakładu, wewnętrzne polityki. Bez dostępu do informacji trudno mówić o realnej kontroli pracowniczej. Amazon tworzy sztuczne bariery proceduralne, które utrudniają nam dostęp do danych i dokumentów. Trzeba wyszarpywać informacje. Konsekwentnie domagamy się przejrzystości, bo uważamy, że pracownicy mają prawo wiedzieć, na jakich zasadach funkcjonuje miejsce, w którym spędzają znaczną część swojego życia. Myśląc o tym w perspektywie codziennej pracy związkowej, regulaminy i polityki związane z przestrzenią czy korzystaniem z danych stanowisk realnie wpływają na zatrudnienie. W tych dokumentach można znaleźć mnóstwo potencjalnych powodów, za które można zwolnić pracownika. Jesteśmy pod stałym nadzorem, więc jeśli chcielibyśmy mieć pewność, że nie zostaniemy zwolnieni, musielibyśmy nigdy nie popełniać błędów. Nie da się jednak tego zrobić, bo Amazon jest w stanie sprawdzić każdy nasz ruch, a jeśli przełożeni będą chcieli, to wyliczą co do sekundy nasze przerwy w pracy.
Stały nadzór pracownika to ogromne pole do nadużyć w miejscu pracy. Jak to u was wygląda?
W tej kwestii w Amazonie jest dokładnie tak, jak to się słyszy w mediach. Algorytmy profilują, kto ma zostać w pracy, a kto ma być usunięty na podstawie swojej wydajności. Jako związek w obliczu zwolnień słyszymy, że to przecież algorytm pokazuje wyniki pracownika. To rozprasza odpowiedzialność za decyzje kadrowe, bo przecież manager jest w tym momencie wykonawcą tego, co zleca mu maszyna. Nie ma tu miejsca na ludzkie podejście do sprawy. Nie wiemy, co algorytm bierze pod uwagę oceniając pracownika.
Co dla Amazona jest wystarczającą wydajnością?
Normy w Amazonie są kosmiczne, bardzo ciężko je spełnić. Amazon monitoruje każdy ruch pracownika. Pierwsze zalogowanie, przejście przez bramkę, każdy skan. Zaczynając pracę w Amazonie jest to ogromne zaskoczenie, że przełożony może do ciebie podejść i zacząć cię wypytywać o 6 minut, w trakcie których nie zarejestrował skanów. „Gdzie byłaś, co robiłaś?” – pytają. Potrafią zwracać na to uwagę co do sekundy. Jesteśmy dehumanizowani. Doprowadza to do takich absurdów, że pracownik nie może wyjść do toalety, bo zostanie zrugany. Gdy coś mu się zepsuje, to system rejestruje to jako bezczynność w pracy. Gdy pójdzie wynieść śmieci, to ktoś zaraz przyjdzie pytać, czemu nie pracuje. Te minuty, sekundy, drobnostki są sumowane i nagle można powiedzieć, że pracownik nie wykonywał pracy przez godzinę lub dwie, bo za wolno skanował. Nie da się robić ciągle jak maszyna. My to znamy od lat i te normy mogą być coraz wyższe, ale już teraz jesteśmy wyciskani jak cytryny. To są już limity, których nie da się przeskoczyć, dlatego tak ważne dla nas są pomiary wydatków energetycznych.
Wychodzi na to, że pracujecie próbując spełnić niemożliwe wymagania Amazona.
Tak, to sytuacja bardzo nieludzka. Manager podchodzi do pracownika i na podstawie algorytmów mówi, że ten musi się poprawić, ale on nie ma się jak poprawić, bo już sumiennie pracuje. Wszyscy pracujemy ponad własne siły. Gdy pracownik jest w grupie najmniej wydajnych osób, to grozi mu zwolnienie. Algorytm wylicza czas, kiedy nie zarejestrowano skanowania i pracy. W Amazon skanowanie jest utożsamianie z pracą w ogóle. I tak zwalniają pracowników.
Przy tak ogromnej kontroli, wypadki przy pracy powinny być łatwe do przeanalizowania, ale Amazon utrudnia dostęp do istotnych informacji. Jakie praktyki ma Amazon wobec kontroli wypadków przy pracy?
Amazon robi co może, aby zwiększać swoje zyski. Zwiększenie liczby uznanych wypadków oznacza wzrost składki ZUS, który może być nieopłacalny. Często przełożeni namawiają pracownika do niezgłaszania wypadku. W momencie interwencji związków zawodowych Społeczni Inspektorzy Pracy (SIP) mają utrudniony dostęp do informacji i kontaktu z poszkodowanym. Widać różnicę w tym, jak wysyłamy jakąś skargę, notkę z wypadku. Jeśli opisujemy sprawę ogólnie, to reakcje kadr są łagodniejsze niż przy opisywaniu szczegółów. Konkrety – kto komu zgłosił wypadek i jak manager zareagował – nie są na korzyść Amazona. Gdy chcemy dostać dostęp do nagrań z monitoringu, to mówi się nam, że oni już je dokładnie sprawdzili i nie ma tam nic istotnego. W drugą stronę, kiedy Amazon chce pozbyć się pracownika to słynne hasło „bezpieczeństwo jest naszym priorytetem” wchodzi w życie. Wynajduje się na kamerach drobne błędy pracowników, jak nietrzymanie się poręczy – i to staje się powodem zwolnienia. Wiele takich błędów jest popełniane przez wygórowane normy i tempo pracy. Amazon jest w stanie zbierać haki. Ma dużo możliwości, aby zwolnić niewygodnych pracowników. A widać to po tym, że nie w każdym magazynie te konsekwencje są egzekwowane. Pamiętajmy też, że to potężny kapitał i korporację stać na zapłacenie kar za łamanie przepisów.
Czy przy skali użycia algorytmicznych systemów zarządzania, pracodawca konsultuje z wami wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych w magazynach?
Amazon nie konsultuje tego, czego nie musi konsultować, a to, co musi konsultować, robi w taki sposób, aby dać nam jak najmniejszy dostęp do informacji. Mamy fragmentaryczną wiedzę o tym, jak działają algorytmy oceny, nie mają jej też managerowie i przełożeni. Przy zwolnieniu odwołanie się od decyzji podjętej na podstawie wyników podanych przez maszynę odbywa się na drodze sądowej. Wtedy Amazon jest bardziej przyciśnięty i uchyla rąbka tajemnicy. Zdobycie istotnych informacji jest ogromnym wyzwaniem. Musimy uczyć Amazona tego, że nasza organizacja związkowa jest niezależnym organem, którego praca opiera się na tego typu informacjach. Systemy algorytmiczne powinny być przejrzyste i dostępne do wglądu dla związków zawodowych.
Czy nowe technologie są dla was zagrożeniem czy ułatwieniem?
Jawnym zagrożeniem. Amazon oficjalnie wpisał do swojej strategii, że chce zwiększyć udział sztucznej inteligencji i różnych zautomatyzowanych procedur w magazynach, a to oznacza zmniejszanie wakatów i masowe zwolnienia. W USA Amazon jest drugim największym pracodawcą, więc to właśnie tam ta decyzja będzie najmocniej rzutować na społeczeństwo. Zobaczymy, czy będą bunty społeczne w związku z tym. Polacy to na pewno tańszy pracownik niż Niemcy czy Czesi, dla Amazona nasz kraj jest świetnym miejscem do zatrudniania ludzi. Mamy niskie pensje i wysokie normy, ta gonitwa za wynikami jest u nas bardzo silna. To sprawia, że problem zwolnień może dotknąć nas później.
Jakie są wasze postulaty? O co przede wszystkim walczycie?
O szeroko rozumianą poprawę warunków pracy. Wiąże się z tym ostatnia kontrola Głównego Inspektoratu Pracy w Amazon, która odbyła się dzięki bezpośredniemu zaangażowaniu naszych działaczy i działaczek związkowych. Ta kontrola – nie boimy się użyć tego stwierdzenia – wywróciła stolik do góry nogami.
Chcemy jasnych zasad przechodzenia z agencji pracy tymczasowej na zatrudnienie bezpośrednio przez Amazona. Obecnie zewnętrzny pracownik po 18 miesiącach pracy nie ma przedłużanej umowy i żegna się z robotą. Jeśli chodzi o normy, duże nadzieje pokładamy w pomiarach wydatków energetycznych. Muszą być one wykonane dokładnie i za pomocą odpowiedniego sprzętu, więc stale monitorujemy postępy Amazona w tym zakresie. Chcemy być rozliczani jak pracownicy z Niemiec, mieć wyższe pensje i niższe normy. Co się tyczy kwestii nowych technologii, oczekujemy zmian wewnątrz firmy i reakcji klasy politycznej. Chcemy mówić o standardach bezpieczeństwa i higieny pracy, o konsultowaniu zmian organizacyjnych z pracownikami, o regulacjach dotyczących stosowania sztucznej inteligencji w miejscu pracy.
W tym momencie polskie władze nie biorą odpowiedzialności za to, co dzieje się w takich miejscach pracy jak Amazon. Zachęcają zachodni kapitał do lokowania magazynów w naszym kraju poprzez różne ulgi. Polscy politycy nie egzekwują praw pracowniczych wobec ogromnych korporacji. My robimy za małe pieniądze, a owoce naszej pracy są transferowane za granicę – do kieszeni Jeffa Bezosa i innych akcjonariuszy. I z tymi oszczędnościami generowanymi kosztem naszego zdrowia trzeba skończyć.
Dziękuję za rozmowę.
Kwiecień 2026 r.
Weronika Dąbrowicz
Komisja Krajowa przy OZZ Inicjatywa Pracownicza
Łódzkie Stowarzyszenie Lokatorów
przez redakcja | środa 22 kwietnia 2026 | aktualności
Duży koncern zwalnia pracowników w kolejnym ze swoich zakładów.
Jak informuje Portal Spożywczy, dużą redukcję zatrudnienia przeprowadzi koncern Ikea w swoim zakładzie produkcyjnym w Wielbarku. Niedawno informowaliśmy o tym, że z zakładu Ikei w Goleniowie zostanie zwolnionych około 160 osób. Teraz jeszcze gorsze wieści nadeszły z Wielbarka.
W tamtejszym zakładzie Ikea Industry pracę ma stracić 240 osób. To duży odsetek całej załogi, wynoszącej 1500 pracowników. Rozpoczęto już procedurę zwolnień grupowych, które potrwają do końca kwietnia. Oprócz zwolnień zlikwidowana zostanie w większości działów zakładu trzecia zmiana. Takie decyzje to skutek malejącej skali popytu na produkty firmy.
przez redakcja | środa 22 kwietnia 2026 | aktualności
Znacznie przybyło firm planujących redukcję zatrudnienia.
Jak informuje Business Insider na podstawie raportu „Barometr Rynku Pracy 2026”, opracowanego przez Gi Group Holding na podstawie badań wśród pracodawców, przeprowadzonych przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW, rośnie skala niekorzystnych tendencji na rynku pracy.
W najbliższym kwartale tylko niespełna 14% przedsiębiorstw w Polsce planuje zwiększenie zatrudnienia. Rok temu w tym samym okresie było ich niemal 17% ogółu. Odsetek firm planujących wkrótce zwolnienia wynosi obecnie niemal 10% – jest to dwukrotny wzrost wobec sytuacji rok temu.
Zwiększanie zatrudnienia deklarują przede wszystkim firmy średnie i duże – wśród nich to odpowiednio 14 i 16% wszystkich przedsiębiorstw. Rok temu analogiczne wskaźniki wynosiły wśród nich jednak 20 i 19%. Aż ponad 16% ogółu ankietowanych deklarujących nowe rekrutacje wskazywało, że będą poszukiwały nowych kadr zarządzających, a nie „zwykłych” pracowników.
przez redakcja | poniedziałek 20 kwietnia 2026 | aktualności
Zwolnienia grupowe w polskim zakładzie wielkiego koncernu.
Jak informuje portal Tysol.pl, duże zwolnienia w jednym ze swoich polskich zakładów przeprowadzi koncern Ikea.
Pracę stracą osoby zatrudnione w zakładzie Ikea Industry w Goleniowie. Zakład wytwarza meble sosnowe z serii Hemnes i Idanas: szafy, komody, biurka, łóżka, regały itp. Jest jednym z największych zakładów w mieście.
Zwolnienia grupowe zostały już zgłoszone do urzędu pracy. Zatrudnienie ma stracić około 160 osób – zarówno pracownicy produkcyjni, jak i osoby ze stanowisk biurowo-administracyjnych. To bardzo duża redukcja zatrudnienia, bo cała załoga zakładu liczy dzisiaj około 570 osób.
przez Jakub Wojtakajtis | niedziela 19 kwietnia 2026 | opinie
Zachód, z tym swoim kapitalizmem i indywidualizmem, jest opowieścią o nieustannym wyścigu. Tak, wymyśliliśmy czcionkę drukarską, silnik spalinowy i światłowód – bo każdy z tych wynalazków pomógł nam robić rzeczy szybciej. Ale takich rzeczy przecież nigdy dość.
Zatem nic dziwnego w tym, że nadzieje związane z AI, a konkretnie z dużymi modelami językowymi, takimi jak ChatGPT, Gemini lub Claude, są o tym, że będziemy jeszcze szybciej tworzyć, programować i analizować. Tylko że wcale nie jest takie pewne, czy to będzie oznaczało, że nasz rozwój cywilizacyjny przyspieszy. Przeczucie mówi mi, że może być zupełnie odwrotnie.
Historia rewolucji paradygmatów
Nasz model rozwoju opiera się nie tylko na wymyślaniu zupełnie nowego, lecz także na porzucaniu tego, co zbudowaliśmy wcześniej. Zwykle poprzednie rozwiązania uznajemy za zbyt wolne, zbyt ciężkie, zbyt mało wydajne albo po prostu nieprawdziwe. Zamiast je integrować, odruchowo je unieważniamy i pozbywamy się ich. Mając w rękach nowe, odrzucamy stare. Ale nic w tym złego, bo ten mechanizm tak ma właśnie działać.
Pierwszy opisał to Thomas Kuhn w „Strukturze rewolucji naukowych”. Zauważył on, że nauka nie rozwija się liniowo, lecz skokowo – przez rewolucyjne zmiany paradygmatów. Paradygmat, czyli nowy sposób widzenia i rozumienia świata, nie dokłada się spokojnie obok starego, lecz go zupełnie wypiera.
Spójrzmy na przykłady. Słowo Kościoła o tym, jak działa świat, ustąpiło nauce. Geocentryzm ustąpił heliocentryzmowi. Fizyka Newtona ustąpiła teorii względności Einsteina. Nie dlatego, że świat nagle zaczął działać inaczej, ale dlatego, że stare ramy przestały mieścić nowy opis rzeczywistości.
Podobny mechanizm popychający świat do przodu działa także poza nauką. W polityce cykl zmian paradygmatów ma ten sam rytm. Nowa władza często nie tyle poprawia dorobek poprzedników, ile próbuje go wymazać, aby zrobić miejsce dla własnej wizji. W ten sposób kapitalizm wyparł feudalizm, a sowiecki komunizm wyparł carskie samodzierżawie.
Na rynku działa to tak samo. Stare, w obliczu nowego, szybko staje się synonimem zbędnego balastu. Choćby pieniądz: kiedyś kruszcowy, później drukowany, ale z parytetem do złota, a ostatecznie ten dzisiejszy papierowy – ale i tak dzisiaj głównie widoczny w aplikacji. Złoto można oczywiście ciągle kupić. Ale z zapłaceniem nim w sklepie może być problem.
Przełom powstaje z myśli i języka
Mechanizm przełomu jest zwykle ten sam. Stary porządek najpierw zaczyna się dławić własnymi ograniczeniami, aż w końcu blokuje energię, którą sam wcześniej uwolnił. Wtedy pojawia się nowa myśl, nowy język oraz nowe sposób i obietnica. Od teraz będzie sprawniej, szybciej, nowocześniej.
Rozwój nie polega więc wyłącznie na akumulacji wiedzy i dokładaniu kolejnych zapisanych kartek na stos. Polega on na tym, że ktoś dostrzega błąd lub jakiś brak w samych podstawach. I ma odwagę opisać ten sam świat inaczej i od nowa w innym języku. Co zawsze ostatecznie wywraca stolik.
Model językowy jest maszyną konsensusu
I właśnie tutaj zaczyna się problem z AI i z dużymi modelami językowymi. Bo jeśli rozwój cywilizacyjny wymaga czasem zerwania z obowiązującym sposobem mówienia i myślenia, to modele językowe są narzędziami, które z definicji premiują to, co już zostało społecznie i językowo utrwalone. Są maszynami historycznego konsensusu.
Model językowy to nie buntownik, odkrywca czy heretyk. Nie zaczyna od zakwestionowania reguł gry. Zaczyna od ogromnego wolumenu tego, co ludzie wcześniej napisali i powiedzieli, a następnie oblicza: jakie słowo, jaki zwrot i jaka konstrukcja mają największe prawdopodobieństwo pojawić się dalej. Nie szuka więc przede wszystkim tego, co prawdziwe, lecz tego, co najbardziej przewidywalne w obrębie zastanego języka.
To właśnie dlatego model językowy tak dobrze radzi sobie z porządkowaniem, streszczaniem, uśrednianiem i rekombinowaniem. Ale z tego samego powodu jego naturalną skłonnością jest wracanie do środka ciężkości epoki. Nie tworzy nowego, ale raczej stabilizuje to, co już zostało rozpoznane, nazwane i zapisane. A przecież wielkie zmiany bardzo często zaczynały się właśnie od anomalii – od myśli, która brzmiała dziwnie, była niezgrabna, mało prawdopodobna i początkowo wręcz śmieszna. Że na przykład ta Ziemia to może jednak wokół tego Słońca…
To nie znaczy, że model językowy niczego nowego nie wygeneruje. Potrafi łączyć odległe elementy i czasami zaskoczyć. Problem leży gdzie indziej. Gdy takie narzędzie staje się masowe, tanie i wszechobecne, zaczyna kształtować styl, rytm i horyzont myślenia całych instytucji. Firm, mediów, szkół. Później administracji, marketingu, a w końcu także twórców. I wtedy ryzyko polega nie na tym, że AI nagle zakaże nowości, tylko że zaczniemy systemowo nagradzać to, co gładkie, bezpieczne, poprawne i natychmiast użyteczne.
Nowe pokolenie tworzy nowy świat
Źródło autentycznie nowego biło dotąd zwykle gdzie indziej. W świeżym spojrzeniu wszystkich kolejnych pokoleń. To młodzi, jeszcze nie do końca oswojeni z językiem starego świata, mieli odwagę widzieć rzeczy inaczej i nazywać je po swojemu. Każdy większy przełom w kulturze, nauce czy polityce zaczynał się od buntu wobec sformułowań, które się zużyły.
Tymczasem model językowy działa jak strażnik statystycznej poprawności. Podsuwając gotowe frazy, gotowe struktury i gotowe sposoby argumentacji, może sprawić, że nowe pokolenie zacznie mówić coraz bardziej cudzym głosem. Nie dlatego, że zostanie do tego zmuszone, lecz dlatego, że będzie to wygodne, szybkie i nagradzane. A wtedy tracimy nie tylko oryginalność stylu. Tracimy narzędzie, dzięki któremu w ogóle można rozbić skostniałe struktury myślenia.
W poprzednich epokach istniał jeszcze jeden brutalny bezpiecznik: biologia. Ludzie, którzy zbudowali stary świat i nie potrafili już wyjść poza jego ramy, w końcu odchodzili, robiąc miejsce nowym ideom. Max Planck, ojciec fizyki kwantowej, ujął to bezlitośnie, mówiąc, że nauka rozwija się od pogrzebu do pogrzebu. Nowa prawda nie triumfuje dlatego, że przekonuje wszystkich przeciwników, lecz dlatego, że ci przeciwnicy w końcu wymierają, a ich miejsce zajmują ci, którzy od początku dorastają w innym paradygmacie.
Model językowy nie podlega temu rytmowi. Nie starzeje się, nie przechodzi na emeryturę, nie ustępuje miejsca. Jest jak wieczny szkolny prymus, który nigdy nie opuszcza klasy i zawsze zna poprawną odpowiedź według reguł obowiązujących do tej pory. W nieskończoność replikuje raz wyuczone wzorce, utrwalając je jako standard. A jeśli coraz większa część naszej komunikacji, edukacji i pracy intelektualnej zostanie przefiltrowana przez taki mechanizm, to możemy zatrzymać nie technologię, lecz zdolność do twórczej destrukcji.
Świadoma praktyka
Jest oczywiście pewną ironią, że zupełnie świadomie zdecydowałem, że ten tekst będzie współredagowany przez model językowy. Ale to wcale nie unieważnia mojej tezy. Przeciwnie – pozwala lepiej zobaczyć, gdzie naprawdę przebiega granica.
Dobrą praktyką jest traktowanie modelu językowego nie jako autora, lecz jako redaktora i sparingpartnera. Najpierw trzeba więc samemu nazwać własną myśl, tezę albo intuicję, a dopiero potem oddać ją do wygładzenia, skrócenia lub sprawdzenia pod kątem spójności logiki. Kluczowe pytanie nie brzmi: „czy to dobrze brzmi?”, ale: „czy to jeszcze jest moje?”.
Jeśli człowiek nie pilnuje tej granicy, model językowy bardzo łatwo zaczyna podsuwać nie tylko lepsze zdania, lecz także gotowy sposób widzenia świata. Taka praca wymaga więc pewnej ostrości myślenia: zdolności, by odróżnić własne rozpoznanie od statystycznie wygenerowanej poprawności. Innymi słowy, najlepiej używać modelu językowego tam, gdzie pomaga dopracować myśl, a nie tam, gdzie miałby ją zastąpić.
Szybciej, czyli wolniej
I tu pojawia się paradoks. AI sprzedaje się dziś jako narzędzie bezprecedensowego przyspieszenia. Kod, raport, strategia, grafika, plan działania – wszystko ma powstawać szybciej, taniej i na większą skalę. Na poziomie operacyjnym to zapewne w dużej mierze prawda. Tyle że cywilizacje nie rozwijają się wyłącznie dzięki temu, że szybciej produkują odpowiedzi. Rozwijają się także dzięki temu, że od czasu do czasu ktoś zadaje pytanie tak dziwne, że psuje całą dotychczasową maszynę rozumienia świata.
I właśnie tego może nam zacząć brakować. Wynaleźliśmy narzędzie, które pomaga biec szybciej, ale jednocześnie może osłabić naszą zdolność do wywracania stolika. Będzie coraz lepiej wspierało produkcję tego, co przewidywalne, zoptymalizowane i formalnie poprawne, a coraz słabiej będzie sprzyjało temu, co ryzykowne, nieporadne i naprawdę nowe. Innymi słowy: możemy przyspieszyć w wykonywaniu zadań, a zarazem zwolnić jako cywilizacja zdolna do wymyślania nowych paradygmatów.
Ten cyfrowy nauczyciel nie musi nas uciszać przemocą. Wystarczy, że będzie stale podpowiadał, jak mówić bardziej poprawnie, bardziej efektywnie i bardziej podobnie do wszystkiego, co już zostało uznane za sensowne. Wtedy nasze najbardziej odkrywcze myśli będą wydawały się zbyt mało prawdopodobne, a nowe słowa – zbyt niepraktyczne. I tak historia ciągłego szukania nowego może skończyć się nie spektakularną katastrofą, lecz znacznie ciszej – wiecznym i niepodważalnym statusem quo.
Może więc prawdziwe pytanie nie brzmi, czy AI przyspieszy nasz rozwój, czy go spowolni. Może ważniejsze jest to, czy zostawi nam przestrzeń na błąd, anomalię, herezję i własny, nieoptymalny język. Bo bez tego nie będzie żadnego nowego paradygmatu. Będzie tylko nieustanne wygładzanie uśrednionych przemyśleń z wczoraj.
Post Scriptum
Ten tekst miał się skończyć na poprzednim akapicie. Ale przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl i dopisałem to, co poniżej:
„A w ogóle to przecież kapitalizm żyje z monetyzacji takich przełomów. Ciągle potrzebuje nowych produktów, nowych rynków, nowych potrzeb i nowych języków, które da się przekuć we wzrost. Pytanie brzmi więc nie tylko, czy AI przyspieszy pracę, ale też co się stanie, jeśli osłabi zdolność do kreowania rzeczy naprawdę nowych. Co, jeśli dostaniemy więcej efektywności, ale mniej nowych rewolucyjnych rozwiązań? Co, jeśli system, który przez dwieście lat żywił się odkrywaniem nowych światów, zacznie coraz sprawniej sprzedawać jedynie kolejne warianty starego? No właśnie nie wiadomo”.
Kiedy do gotowego tekstu dokleiłem ten nowy, ostatni akapit, model językowy zareagował tak:
„Problem w tym, że ten akapit otwiera zupełnie nowy wątek w miejscu, gdzie tekst powinien się już kończyć. Poprzednie zakończenie było zamknięte i eleganckie – ostatnie zdanie to świetna puenta. Ten nowy fragment ją rozbija i zostawia czytelnika z otwartymi pytaniami zamiast z poczuciem zakończenia. Jeśli chcesz zachować ten wątek, lepiej go wpleść wcześniej. Ocena tekstu: 8/10 – dobry pomysł, złe miejsce”.
Na co odpowiedziałem:
„Oho, oho, coś mi to pasuje do mojej hipotezy”.
Na co model odparł tak:
„Rozumiem ironię – to jest tekst krytykujący mnie jako maszynę konsensusu, a właśnie zasugerowałem bezpieczniejsze, bardziej poprawne zakończenie zamiast ryzykownego nowego wątku. Klasyczny przykład nagradzania tego, co gładkie i zamknięte, kosztem tego, co otwiera nową przestrzeń myślenia.
Kuba, weź zostaw ten akapit”.
No i zostawiłem.
Jakub Wojtakajtis
Grafika w nagłówku tekstu: Alexa from Pixabay
przez redakcja | sobota 18 kwietnia 2026 | aktualności
Półtora setki osób straci pracę.
Jak informuje portal gp24.pl, duże zwolnienia przeprowadzi firma Markos działająca w Głobinie koło Słupska. Przedstawiciele firmy twierdzą, że przyczyną zwolnień jest „trudna sytuacja finansowa firmy wynikająca z niewystarczających przychodów”.
Firma Markos wytwarza komponenty dla przemysłu ciężkiego, energetycznego, morskiego i rekreacyjnego. Produkuje głównie materiały kompozytowe wzmacniane włóknem szklanym. Działa od 30 lat. Przed dwoma laty większość udziałów w firmie nabyła Grupa Axopar z Finlandii.
Szefostwo firmy zgłosiło już zwolnienia grupowe do urzędu pracy w Słupsku. Zatrudnienie ma stracić aż 150 osób na 800 pracujących w zakładzie. Zwolnione mają zostać głównie osoby wykonujące prace administracyjne i specjalistyczne, w tym m.in. pracowników działów zaopatrzenia, zarządzania, płac, marketingu i logistyki, inżynierowie, technicy i księgowi.
Działająca w zakładzie „Solidarność” stara się o zmniejszenie skali planowanych zwolnień oraz o zapewnienie zwalnianym lepszych warunków odejścia z pracy niż wynosi minimum wymagane polskim prawem.
przez redakcja | czwartek 16 kwietnia 2026 | aktualności
Konstrukcja podatku od sprzedaży detalicznej napędza zastępowanie etatów franczyzą. Skutek: niższe płace, mniej miejsc pracy, miliardowa luka w finansach publicznych.
Podatek od sprzedaży detalicznej (PSD), wprowadzony w 2021 r., obciąża sieci handlowe osiągające ponad 17 mln zł przychodu miesięcznie. Sklepy działające w modelu franczyzowym są z niego wyłączone – niezależnie od tego, jak ściśle są powiązane z siecią. Ta luka stworzyła systemową zachętę do zastępowania umów o pracę umowami franczyzowymi. Łączny koszt fiskalny tego mechanizmu Instytut Finansów Publicznych szacuje nawet na ok. 7,5 mld zł rocznie – wynika z raportu opublikowanego przez IFP we współpracy ze Stowarzyszeniem Ajentów i Franczyzobiorców (SAiF) oraz Krajowym Sekretariatem Banków, Ubezpieczeń i Handlu NSZZ „Solidarność”.
Kluczowe liczby:
● ok. 7,5 mld zł – szacowana roczna luka fiskalna (górna granica)
● minus 9 940 etatów – spadek zatrudnienia w handlu detalicznym po wprowadzeniu PSD
● minus 543 zł – spadek przeciętnego wynagrodzenia brutto w handlu (miesięcznie)
● +18 416 – wzrost liczby mikropodmiotów prowadzących 1–2 sklepy
● 859 zł/mies. – korzyść fiskalna sieci z zastąpienia jednego etatu umową franczyzową (10 310 zł rocznie; w 2026 r. wzrośnie do 985 zł)
Jak działa mechanizm: Sieć integrująca sklepy w jednej spółce płaci PSD. Sieć, która „rozparceluje” te same sklepy między niezależnych franczyzobiorców – nie płaci. Reszta wyników ekonomicznych jest taka sama: te same marki, dostawy, system informatyczny, polityka cenowa, itd. Różnica tkwi wyłącznie w konstrukcji prawnej.
Komisja Europejska wskazywała problem już w 2017 r. Najnowszy raport IFP po raz pierwszy mierzy konkretne skutki tej luki dla rynku pracy i budżetu państwa. – „Nie jesteśmy przeciwko franczyzie. Sami jesteśmy franczyzobiorcami. Dlatego nie możemy akceptować, że państwo udaje, że nie widzi, jak ryzyko biznesowe jest przerzucane na ludzi na dole drabiny, którzy nie mają siły negocjacyjnej. W ten sposób unika się podatków, które płacą uczciwe sklepy. Te pieniądze powinny trafić do budżetu państwa. 7,5 miliarda złotych rocznie. Tyle dziś brakuje w szpitalach, szkołach i na drogach, bo prawo pozwala sieciom handlowym omijać podatek, do którego płacenia zobowiązany jest każdy konkurent który nie jest franczyzą. Ale to nie spór o franczyzę. Raczej o to, czy jesteśmy cywilizowanym krajem, gdzie wszyscy grają według tych samych reguł i nie ma podmiotów ponad prawem” – mówi Agnieszka Nowak, Prezeska Stowarzyszenia Ajentów i Franczyzobiorców.
Autorzy raportu zaznaczają, że dziś nie jest możliwe precyzyjne oddzielenie tej części luki, która wynika z optymalizacji podatkowej, od organicznego rozwoju franczyzy – bo żaden urząd nie zbiera danych pozwalających to ustalić. Dlatego pierwszym krokiem naprawczym powinno być rozszerzenie obowiązków sprawozdawczych sieci franczyzowych wobec organów podatkowych i statystycznych. Drugim – uporządkowanie, przy pomocy ustawy, statusu prawnego franczyzy w prawie cywilnym i pracy.
Raport został przygotowany przez:
Instytut Finansów Publicznych (IFP) Działający na rzecz pożytku publicznego ośrodek analityczny. Reprezentuje interes społeczeństwa i obywateli oraz aktywnie uczestniczy w debacie publicznej. Jest niezależną i apartyjną organizacją pozarządową, która stawia sobie za główne cele m.in. monitoring stanu finansów publicznych, fact-checking i przeciwdziałanie populizmowi w życiu publicznym oraz wspieranie demokracji, praworządności i społeczeństwa obywatelskiego.
Stowarzyszenie Ajentów i Franczyzobiorców (SAiF) powstało w 2020 roku w celu zapewnienia wsparcia i pomocy osobom poszkodowanym przez sieci franczyzowe, przede wszystkim działające w handlu. Członkinie i członkowie Stowarzyszenia reprezentują liczną grupę osób, które brutalnie zderzyły się z funkcjonowaniem tego modelu biznesowego.
Krajowy Sekretariat Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność” (KSBHiU) – branżowa jednostka organizacyjna NSZZ „Solidarność” — jeden z krajowych sekretariatów branżowych, który skupia zakładowe organizacje związkowe działające w sektorach: bankowości, handlu detalicznego i hurtowego oraz ubezpieczeń. Jego rola to reprezentowanie i koordynowanie działań związkowych w tych sektorach na poziomie ogólnopolskim: negocjacje branżowe, legislacja, uczestnictwo w dialogu społecznym. Zrzesza organizacje zakładowe m.in. w Biedronce, Carrefour, Kaufland, Amazon, Castoramie, Makro, Dino, Pepco i Stokrotce.
Cały raport można pobrać tutaj: https://drive.google.com/file/d/1lhNy5BCsc1zccioooQ3vQu12lxX1HKgK/view?usp=share_link
przez Roman Adler | środa 15 kwietnia 2026 | opinie
Od neokolonialnego drenażu energii, przez dług zagraniczny, po biurokratyczne „prace bez sensu” w metropoliach tzw. kapitalistycznego centrum i zbiurokratyzowanych segmentach społeczeństw tzw. peryferii – współczesny model pracy to mechanizm dyscyplinowania, a nie dobrobytu. James Suzman w swojej analizie „Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas” z 2020 r. (wydanie polskie 2021) obala mit o postępie mierzonym znojem i sugeruje drogę powrotną do ekonomii wystarczalności. Sprawiedliwość społeczna zaczyna się tam, gdzie kończy się przymus nieustannego wydatkowania energii w pracy na rzecz cudzego zysku.
Gdy w 2022 r. na łamach kwartalnika „Informator Ochrony Pracy” publikowałem wywiad redakcyjny z Adrianem Zandbergiem, w którym lider partii „Razem” wyartykułował polityczny projekt skracania czasu pracy, dodałem post scriptum zatytułowane „Wydajność przy skracaniu czasu pracy a wydatek energetyczny”. Zwróciłem tam uwagę, że skracanie czasu pracy w polskich warunkach musi brać pod uwagę zagrożenia powodowane wzrostem wydatku energetycznego, a w konsekwencji – zagrożenia zdrowia zawodowego, w tym możliwość wypadków przy pracy. Napisałem wówczas: „Wzór na pracę lub siłę pozwala obliczyć wysiłek dopuszczalny dla pracownika. Jednostką pracy i energii jest 1 dżul (J), czyli praca wykonana przez siłę o wartości 1 N (Newtona) przy przesunięciu punktu przyłożenia siły o 1 m w kierunku równoległym do kierunku działania siły, opisana wzorem: 1 J = 1 N•m. 1N oznacza siłę z jaką trze¬ba działać na ciało o masie 1 kg, aby nadać mu przyspieszenie równe 1 m/s², co zostało opisane wzorem 1N=1kg •m/s². Czas odgrywa więc zasadniczą rolę w wykonywanej pracy, a jest odwrotnie proporcjonalny do siły, co może oznaczać, że im krótszy czas pracy, tym większy wysiłek niezbędny do jej wykonania. Wysiłek = siła ludzka lub maszynowa. Ergo – czas pracy można skracać, gdy odpowiednią część wysiłku człowieka zastąpiły maszyny. Wydaje się, że przed skróceniem czasu pracy należałoby dokonać zagregowanych wyliczeń zastępowalności wysiłku ludzkiego maszynowym w warunkach gospodarki polskiej i odpowiednio do wyniku określić skalę oraz sposób skracania: dzienny, tygodniowy, czy w roku, czyli – urlopowy”.
Pisząc te słowa nie znałem opracowania Jamesa Suzmana. Po jego przeczytaniu tamtą korespondencyjną wymianę myśli z A. Zandbergiem widzę w znacznie szerszym kontekście.
James Suzman, czerpiąc z antropologii, fizyki i biologii ewolucyjnej, rzuca wyzwanie fundamentom współczesnej cywilizacji. Jego teza jest radykalna: praca w swojej obecnej formie nie jest naturalnym stanem człowieka, lecz historyczną anomalią zapoczątkowaną przez błąd rolnictwa. U podstaw teorii Suzmana leży definicja pracy jako celowego wydatkowania energii niezbędnego do walki z entropią. Dla organizmów żywych praca jest biologiczną koniecznością podtrzymania struktury życia. Jednak przez 95% historii naszego gatunku praca ta była ograniczona do minimum. Na podstawie własnych badań terenowych w Namibii Suzman wykazał, że wspólnoty łowców-zbieraczy, takie jak znani mu osobiście afrykańscy Ju/’hoansi, a z badań innych antropologów tanzański lud Hadza czy Aborygeni australijscy, zaspokajały swoje potrzeby (ok. 2100 kcal dziennie) w ciągu zaledwie 12–19 godzin tygodniowo. W ten sposób funkcjonowało tzw. pierwotne społeczeństwo dobrobytu. Była to gospodarka natychmiastowego zwrotu: nasi przodkowie żyli w „wiecznym teraz”. Głód oznaczał natychmiastowe działanie, a jego zaspokojenie – koniec pracy jako wydatku energetycznego. Pozostały czas poświęcano na mniej lub bardziej skomplikowane formy życia we wspólnocie: zabawy, żarty z członków społeczności, pierwotną sztukę czy realizowanie potrzeby jako matki wynalazku, wreszcie różne zachowania ceremonialne oraz tworzenie, rozwijanie i podtrzymywanie wyobraźni mitycznej. Dowodzi to, że najwyższe formy kultury rozkwitały właśnie w czasie wolnym od walki o przetrwanie.
„Wielkim Zwrotem” było wywędrowanie łowców-zbieraczy poza pierwotny „raj” Afryki do bardziej umiarkowanych stref klimatycznych, gdzie zimy powodowały zamieranie wegetacji i migracje zwierząt. Różnorakie próby dostosowania się do tych nowych warunków geograficzno-klimatycznych (zainteresowanych tym, jak ludzie eksperymentowali zanim ustabilizował się nowy system gospodarowania odsyłam do wydanego po polsku w 2022 r. dzieła Davida Graebera i Davida Wengrowa „Narodziny wszystkiego. Nowa historia ludzkości”) zakończyły się przejściem od zbieractwa do pierwotnego rolnictwa około 10 tysięcy lat temu, czyli produkcji żywności przez uprawę roślin i hodowlę zwierząt jako zmagazynowanej energii. W ten sposób część ludzi wpadła według Suzmana w pułapkę rolnictwa i „Odroczony Zwrot”.
W jego analizie przejście to okazało się najbardziej dramatyczną cezurą w historii ludzkiej psychiki. Neolityczna rewolucja rolnicza uwięziła większość ludzkości w „kieracie” w nieustannej pracy poprzez trzy mechanizmy. Po pierwsze: instytucjonalizację lęku, gdyż rolnik, w odróżnieniu od zbieracza-łowcy, nieustająco martwi się o przyszłość (susze, szkodniki, nieurodzaj itp.), co zrodziło obsesję gromadzenia zapasów i lęk przed „pustym spichlerzem”, który dziś – przy wszelkich zmianach technologicznych i postępującym podziale pracy – przejawia się w kompulsywnym pomnażaniu cyfr na kontach, jako ekwiwalentów pracy niezbędnej do pozyskiwania energii. Po drugie – nastąpiła moralizacja trudu, bo we wspólnotach rolniczych nieprzepracowane lato oznaczało śmierć zimą. W ten sposób „leniuchowanie” – czas bez pracy, stało się grzechem lenistwa, a praca miarą wartości moralnej i godności człowieka w społeczeństwie. Wreszcie – po trzecie – nastąpiła utrata autonomii jednostek w ramach wspólnoty: rolnictwo poprzez postępujący podział pracy i ról we wspólnocie stopniowo doprowadziło do utrwalenia sztywnych hierarchii funkcji społecznych, powiązanych z własnością ziemi i rutyną nawyków, których rewolucja przemysłowa była jedynie technologiczną kontynuacją.
W swoich analizach Suzman argumentuje, że współczesny pracownik jest mentalnie uwięziony w psychice wczesnego rolnika. Szczególnie dotyczy to tzw. pracowników biurowych. Mimo że nasze magazyny pękają w szwach, nadal działamy w trybie zapobiegania głodowi. W ten sposób współczesność to kultura niedoboru w świecie obfitości. Podkreśla to paradoks technologii i „Prace bez sensu” (bullshit jobs): zamiast skracać czas pracy (zgodnie z koncepcjami ruchów rewolucji socjalnej czy przewidywaniami Keynesa), system towarowo-pieniężny tworzy zbędne zawody biurokratyczne, aby utrzymać zatrudnienie i moralny rygor zajmowania się czymś zarobkowym. Nawet nowe technologie domowe nie przynoszą nam ulgi, bo podnosimy standardy zachowań towarzyskich (np. wykwintne jedzenie, ubranie czy choćby prasowanie jako sygnał statusu), zamieniając zaoszczędzony czas w kolejne godziny domowego trudu, czyli pracy reprodukcyjnej wydatkującej naszą energię. Nawet emerytura to ostateczny przejaw gospodarki odroczonego zwrotu: to iluzja, że dekady wydatkowania energii przez pracę odłożoną na zapas zapewnią nam w zamian obietnicę odpoczynku na starość. W świecie bez „umiejętności bycia” ze sobą, z innymi ludźmi przez nierobocze kontakty – kończy się to często szokiem egzystencjalnym po zakończeniu tzw. wieku produkcyjnego.
W szerszej perspektywie Suzmana globalny system opiera się na „eksporcie zatrudnienia”, czyli wydatku energetycznego poprzez pracę. W bogatych metropoliach kapitalistycznego centrum dyskutuje się o 15-godzinnym tygodniu pracy, a nawet eksperymentuje z różnymi formami skracania czasu pracy, podczas gdy społeczeństwa krajów peryferyjnych systemu globalizacji gospodarczej w warunkach neoliberalnego turbokapitalizmu są zmuszane przez długi zagraniczne i ekspansję ponadnarodowych korporacji do morderczej pracy na eksport jako tania siła robocza. Spłata długów działa w ten sposób jak nowoczesny podatek od głodu, wymuszając niszczenie lokalnych ekosystemów i wyzysk energii biologicznej ludności państw neokolonialnie podporządkowanych.
Z tej perspektywy Suzman wyprowadza o tyle radykalny, co utopijny wniosek, że przyszłość to automatyzacja i Nowy Paradygmat. Konstatuje trafnie, że znajdujemy się w momencie przełomowym. Zauważa przy tym, że automatyzacja – robotyzacja pracy fizycznej i biurowej przez cyfryzację wykorzystującą sztuczną inteligencję – to nie tylko problem techniczny, ale przede wszystkim kryzys tożsamościowy całych społeczeństw. Bowiem gdy maszyny przejmą ludzką pracę, tradycyjne poczucie godności z „ciężkiego trudu” straci rację bytu. Następuje koniec kultu produktywności. Suzman widzi w tym szansę na powrót do odnowionego modelu życia w sposób zbliżony do łowców-zbieraczy, czyli wiary w obfitość zamiast sztucznie kreowanego niedoboru. Aby tak się stało, musi według niego nastąpić redefinicja sukcesu społeczeństw i zastąpienie jego miary w postaci PKB. Autor postuluje odrzucenie PKB jako wskaźnika, który nagradza marnotrawstwo energii niezbędnej do autonomicznego życia jednostek w społeczeństwach na rzecz wskaźników dobrostanu i ilości czasu wolnego. Czynnikami inicjującymi przekształcanie nawyków ludzkich liczących 10 tysięcy lat mają być w jego koncepcji edukacja i Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Kluczowa ma być reforma edukacji, czyli przejście od szkolenia uczniów na przydatnych systemowi pracowników ku nauce autonomicznego „bycia”, twórczości i zabawy w społeczeństwach. Suzman uważa, że musimy na nowo nauczyć się żyć dla samych siebie, a nie dla rynku.
W świetle lektury książki „Praca. Historia tego jak spędzamy swój czas” przypomniany na wstępie postulat Zandberga dotyczący skrócenia tygodnia pracy do 35 godzin trafia w sam środek antropologicznej diagnozy Jamesa Suzmana. Wprawdzie lider partii Razem słusznie definiuje nowoczesną pracę jako projekt polityczny, a nie dopust boży, dążąc do systemowego odzyskania „czasu na oddech”. Jednak, jak zauważyłem w moim post scriptum do tamtej rozmowy, sama redukcja godzin to dopiero połowa sukcesu – bez rygorystycznego nadzoru nad intensywnością zadań zmiana ta może stać się nową pułapką ludzkości. W świetle teorii Suzmana o pracy jako celowym wydatkowaniu energii, skrócenie czasu trwania pracy zmianowej przy jednoczesnym „dokręcaniu śruby” przez pracodawców doprowadzi do niebezpiecznego zagęszczenia wydatku energetycznego. Jeśli biologia pracownika zostanie zmuszona do spalenia tej samej dawki glikogenu w krótszym czasie, staniemy w obliczu drastycznego wzrostu zmęczenia kumulatywnego. W neokolonialnych warunkach polskich, gdzie kultura „wyrabiania normy” jest wciąż silna, taka intensyfikacja bezpośrednio przekłada się na wyższe ryzyko wypadkowe i degradację zdrowia zawodowego zatrudnionych. Skrócenie czasu pracy, o którym pisze Suzman, musi być zatem procesem odciążenia organizmu, a nie polityczno-technologicznym trikiem mającym na celu wyciśnięcie z nas jeszcze większej porcji energii w skondensowanej formie. Technologia (automatyzacja, robotyzacja i AI) powinna obniżać jednostkowy wydatek energii człowieka. Jeśli będzie służyć jedynie do „dokręcania śruby” pracującym, doprowadzi do patologicznej intensyfikacji wydatku energetycznego, w której pracownik jako ludzki zasób kapitałowy nadal pozostanie „biologicznym zabezpieczeniem” systemu nastawionego na nieustający wzrost.
Dlatego Suzman namawia do powiedzenia „dość”. W kontekście polskiego BHP oznacza to uznanie, że istnieje biologiczny limit wydolności, którego przekroczenie w imię wyśrubowanych norm jest nie tylko błędem ekonomicznym, ale i wykroczeniem przeciwko prawu do życia w zdrowiu. Grozi to zmęczeniem kumulatywnym spełniającym funkcje „podatku od wzrostu”. To stan, w którym organizm nie nadąża z usuwaniem produktów przemiany materii z powodu zbyt gęstego grafiku zadań. Suzman widzi w tym spuściznę lęku rolnika przed głodem, a w społeczeństwach takich jak polskie – neokolonialnie podporządkowanych w ponadnarodowym systemie globalnego podziału pracy i wyzysku – realną przyczynę zagrożeń wypadkami przy lub w drodze do/z pracy, która w statystykach bhpowskich często ukrywa się pod enigmatycznym „błędem lub czynnikiem ludzkim”.
Roman Adler
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Pixabay
przez redakcja | wtorek 14 kwietnia 2026 | aktualności
Kolejna odsłona konfliktu spółki pracowniczej i związkowców z liberalnymi władzami miasta.
Prezentujemy stanowisko przedstawicieli związkowców i pracowników MPK Kielce skierowane do prezydent tego miasta. Stanowi ono kolejny etap sporu pracowników z liberalnymi władzami miasta.
Kielce, dn. 13.04.2026 r.
Sz.P. Agata Wojda
Prezydent Miasta Kielce
Stanowisko Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacji w Kielcach dotyczące politycznych działań miasta wymierzonych w MPK Kielce
Szanowna Pani Prezydent,
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach stanowczo nie zgadza się z treścią udzielonej odpowiedzi z dnia 11 lutego 2026 r. Protestujemy również przeciwko niepoważnemu traktowaniu spółki pracowniczej. Nie do zaakceptowania jest to, w jaki sposób traktowani jesteśmy jako udziałowcy i pracownicy. Wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec sposobu prowadzenia dialogu z MPK, o którym tak szeroko mówiono podczas grudniowej sesji Rady Miasta. Już przebieg zapowiadanego spotkania – pierwotnie planowanego tuż po świętach, a ostatecznie zwołanego na 5 lutego 2026 r. – pokazał, że mieliśmy do czynienia raczej z politycznym scenariuszem niż realną wolą rozmowy. W trakcie tego spotkania nie tylko nie umożliwiono przedstawicielom spółki odniesienia się do spornych kwestii, jak również nie podjęto żadnej próby wypracowania porozumienia. Co więcej, padły tam zdumiewające stwierdzenia, że wypowiedzi przedstawicieli miasta i instytucji mu podległych z grudniowej sesji nie miały charakteru pytań, lecz „bezdyskusyjnych stwierdzeń”. W związku z tym rodzi się zasadnicze pytanie: jaki był cel publicznego formułowania – w obecności pracowników MPK i mediów – zarzutów wobec spółki w formie pytań, skoro nie przewidywano możliwości udzielenia na nie odpowiedzi? Dlaczego, stroniąc od konstruktywnej rozmowy, jednocześnie wcześniej tak wiele mówiono o potrzebie dialogu, a nawet wskazywano na konieczność zmian przepisów, które rzekomo uniemożliwiały udzielenie nam odpowiedzi podczas grudniowej sesji Rady Miasta – czy zmiany te w ogóle zostały podjęte? Nie znajduje zatem żadnego uzasadnienia fakt, że zapewniano pracowników o możliwości szczegółowego odniesienia się do zarzutów podczas spotkania, skoro w praktyce taka możliwość nie została dana. Taka postawa budzi nasze głębokie rozczarowanie, a sposób potraktowania przedstawicieli spółki odbieramy jako lekceważący i upokarzający.
Z całą stanowczością podtrzymujemy nasze stanowisko, że od wielu lat wobec spółki pracowniczej prowadzone są działania jednoznacznie wskazujące na to, że mają one charakter polityczny, dyskredytujący, ukierunkowany na jej osłabienie oraz zdestabilizowanie finansów spółki. Nie do przyjęcia dla nas jest także stwierdzenie, że wszyscy przewoźnicy realizujący usługi na terenie Kielc są traktowani w sposób równy, gdyż podejmowane przez władze miasta działania – a przede wszystkim przez ZTM – przeczą tej tezie. Dziesiątki skarg, które kierowane są przez zdezorientowanych pasażerów do służb MPK zamiast do operatora z Lublina, są odnotowane w naszej dokumentacji i były przekazywane do ZTM, nie znalazły odzwierciedlenia w wykazie kar. Dotyczy to licznych przypadków świadczących o niesprawności taboru, w tym wielu sytuacji związanych z niedziałającymi tablicami kierunkowymi, obowiązkowym ubiorem kierowców itd. ZTM na przykład uchyla się od odpowiedzi na pytanie, czy zabezpieczono nagrania z dnia wskazanego w skardze pasażera, który zwrócił uwagę na to, że widział tego samego kierowcę prowadzącego ten sam pojazd zarówno o godz. 5:00 rano, jak i o godz. 20:00 wieczorem, co mogłoby świadczyć o łamaniu przepisów o czasie pracy kierowców. Jako związkowcy jesteśmy zszokowani tym, że organizator transportu nie reaguje na tego typu doniesienia.
Niepokojące jest również to, że mimo obowiązków wynikających z umowy, ZTM nie wykazuje zainteresowania stanem technicznym autobusów — a nawet tym, czy faktycznie wciąż znajdują się one w eksploatacji. Przykładem jest pojazd o numerze bocznym 1219, który od lat nie wykonuje przewozów, nie ma go na zajezdni, a mimo to miasto ponosi koszty jego ubezpieczenia i nie potrafi dokładnie wskazać, gdzie ten autobus się znajduje. Sytuacja ta budzi poważne wątpliwości i trudno ją określić inaczej niż jako kuriozalną. Co więcej, bez reakcji pozostają także inne przypadki naruszeń — wynikające nie tylko z zapisów umowy, ale i przepisów ruchu drogowego. Dotyczy to między innymi wielotygodniowego parkowania pojazdów w zatokach autobusowych zamiast na terenie bazy, co miało na celu ograniczenie kosztów dojazdowych. ZTM nie dość, że nie podjął żadnych działań w tej sprawie – mimo wielokrotnych zgłoszeń – i akceptował takie praktyki przez wiele tygodni, wraz z innymi służbami miejskimi, tj. Straż Miejska, to jeszcze gdy sytuacja zaczęła się stawać niebezpieczna, podjął kuriozalną decyzję o zgodzie na parkowanie tych autobusów na dworcu po skończeniu porannego szczytu, mimo że żadna linia nie ma tam ani swojego końca, ani początku. Ten oraz wiele innych przypadków świadczą o ewidentnym faworyzowaniu konkurencji, gdyż takie praktyki pozwalały przewoźnikowi na ograniczanie kosztów dojazdowych, które w obecnie realizowanym kontrakcie ponosi przewoźnik. A biorąc pod uwagę, że konkurencyjny operator dysponuje bazą zlokalizowaną na obrzeżach miasta — co z jednej strony obniża koszty dzierżawy terenu, lecz z drugiej generuje wyższe koszty dojazdów — można zasadnie przypuszczać, że to właśnie ten czynnik wpłynął na zmianę przez ZTM zasad związanych z kosztami dojazdowymi w przetargu na obsługę linii autobusami elektrycznymi. W efekcie, znaczne koszty dojazdowe będą teraz pokrywane ze środków publicznych, a więc de facto przez kieleckich podatników.
Równym traktowaniem wszystkich podmiotów obsługujących linie komunikacyjne w Kielcach nie jest także proceder przerzucania linii z tańszego kontraktu inwestycyjnego realizowanego przez MPK do kontaktu droższego obsługiwanego przez firmę BP Tour Regio – i to jeszcze gorszym taborem. Działania te do chwili obecnej są przykrywane polityczną narracją, że MPK nie przystąpiło do przetargu – w ten oto sposób zrzuca się winę na przewoźnika, jednocześnie go niszcząc. Wystarczy powiedzieć, że 2025 był kolejnym rokiem, w którym za sprawą decyzji ZTM Kielce operator BP Tour Regio na znacznie droższym kontrakcie przekroczył limit wozokilometrów w dwóch zadaniach na trzy realizowane (a w jednym znacząco). Należy też podkreślić, że był to kolejny, już siódmy rok z rzędu, gdzie MPK Kielce na kontrakcie inwestycyjnym nie osiągnęło nawet limitu wozokilometrów, nie mówiąc już o wykorzystaniu milionowej rezerwy. Są to ewidentne działania polityczne, na których traci kielecki podatnik – bazując na powyższych faktach mamy prawo sądzić, że przez takie praktyki (zabieranie setek tysięcy kilometrów z kontraktu inwestycyjnego) celowo blokowany jest rozwój rodzimej spółki MPK. Nie do zaakceptowania pozostaje również fakt, że ZTM przedłużył na kolejne miesiące – na wszystkie trzy zadania – kontrakt z lubelskim podmiotem. Stało się to mimo trwających od trzech lat protestów MPK oraz złożonej skargi w tej sprawie, którą – co należy przypomnieć – Rada Miasta uznała za zasadną, a także pomimo tego, że firma ta realizuje usługi za znacznie wyższą kwotę. Szczególnie istotne jest to, że tą decyzję podjęto w sytuacji, gdy MPK dysponowało rezerwami przekraczającymi milion wozokilometrów, co dodatkowo podważa zasadność takiego rozstrzygnięcia. Nie ma żadnego ekonomicznego uzasadnienia takich działań – podane fakty bezwzględnie wskazują na ich dywersyjny charakter wobec przedsiębiorstwa, które realizuje usługi na rzecz mieszkańców Kielc od 75 lat, jak i miasta ponoszącego z tego tytułu nieuzasadnione bardzo duże wydatki. To tylko pokazuje skalę marnotrawstwa środków publicznych. Jesteśmy przekonani, że powinna Pani na to zareagować, zwłaszcza że w odpowiedzi na nasze pismo wskazuje Pani, że jest „odpowiedzialna za racjonalne wykorzystanie środków publicznych”.
Warto też przypomnieć, że gdy oba kontrakty realizowało MPK, dochodziło do przesuwania linii z droższego kontraktu inwestycyjnego do tańszego i niewymagającego nakładów. Tę praktykę stosowano nawet w okresie pandemii – tłumacząc się brakiem środków – kiedy kontrakt inwestycyjny został dodatkowo znacząco ograniczony, a spółka mimo to była zobowiązana do spłaty rat leasingowych. Co więcej, na MPK wówczas nakładano kary, podczas gdy innym z powodu trwającej pandemii je umarzano – tak jak wtedy, gdy operatorowi z Lublina ZTM „darował” prawie 1,5 milionową karę za nieterminowe przystąpienie do realizacji kontraktu (w październiku 2023) – i jeszcze do realizowanego kontraktu w ramach procedury przetargowej dokładano kolejne miliony złotych. Trudno uznać tego typu działania za przejaw równego traktowania podmiotów. Takie postępowanie jest niespotykane w całym kraju – w żadnym innym mieście, gdzie usługi realizował ten operator, jako podmiot zewnętrzny, nie mógł on liczyć na takie przywileje i faworyzowanie, na skutek którego tracili lokalni przewoźnicy.
Równie skandaliczna była kolejna sytuacja, która miała miejsce w okresie globalnej pandemii. Wówczas władze miasta – powołując się na względy finansowe – odmówiły przekierowania kilkunastu brygad kończących i rozpoczynających kursy na ul. Puscha, gdzie nie było dostępu do wody i toalet (co ciekawe, miasto podjęło tą decyzję tłumacząc się względami sanitarnymi) na oddalony o zaledwie kilometr i wyposażony w pomieszczenia socjalne mini dworzec, który został wybudowany właśnie w tym celu. Decyzja ta uderzyła bezpośrednio w pracowników spółki, a pośrednio także w mieszkańców, na rzecz których świadczone są usługi transportowe. Sprawa wywołała ogromne emocje – nie tylko wśród załogi, ale również w całym kraju, stając się symbolem sposobu, w jaki władze Kielce potraktowały własnych mieszkańców i pracowników w czasie dużego zagrożenia epidemicznego.
My, związkowcy, będący również w większości udziałowcami, pragniemy zaznaczyć, że zawsze zależało nam i nadal zależy na tym, aby przedstawiciel miasta zasiadał w radzie nadzorczej MPK Kielce. Z tego co nam wiadomo, na spotkaniu w dn. 5 lutego 2026 r. osoba reprezentująca większościowego udziałowca zadeklarowała, że zrobi wszystko, aby przekonać wymaganą większość z 450 udziałowców spółki pracowniczej do podjęcia decyzji o ponownym powołaniu przedstawiciela miasta do rady nadzorczej. Jednocześnie pragniemy podkreślić, że przedstawiciel miasta zasiadał w radzie nadzorczej MPK nieprzerwanie od zawarcia umowy aż do 2024 roku, kiedy po powołaniu na stanowisko wiceprezydenta zrezygnował z tej funkcji – odbyło się to w sytuacji, gdy miasto już wcześniej nie respektowało podpisanego porozumienia postrajkowego oraz zapisów zawartej umowy kupna-sprzedaży. Warto też przypomnieć, że publiczne wypowiedzi przedstawiciela miasta w radzie nadzorczej wygłaszane na sesjach Rady Miasta (co wzbudziło nawet zdziwienie niektórych radnych), m.in. o niepewnej przyszłości MPK związanej z nieprzystąpieniem do przetargu i możliwej przegranej w przetargu w kolejnych latach nie tylko stały w sprzeczności z przepisami zawartymi w Kodeksie Spółek Handlowych, ale też godziły w wizerunek spółki. Ponadto jako członek rady nadzorczej znał on rzeczywiste przyczyny nieprzystąpienia do przetargu przez MPK. Nadmienić należy, że przedstawiciel miasta sam zobowiązał się do zorganizowania spotkania właścicielskiego między mniejszościowym a większościowym udziałowcem dotyczącego tej właśnie sprawy (przerzucania linii między kontraktami), które ostatecznie się nie odbyło, a było kluczowe w toczącym się postępowaniu przetargowym, w którym MPK nie wzięło udziału. Również wówczas miasto nie wyciągnęło żadnych wniosków z pisma z dn. 20 stycznia 2023 r. kierowanego do ZTM Kielce, które dotyczyło przerzucania linii z kontraktu na kontrakt – i to w trakcie odbywającego się wówczas przetargu. Zlekceważono także pismo zarządu spółki do Prezydenta Kielc, które wpłynęło do urzędu w dn. 12.06.2023 r.
Dodatkowo podkreślamy, że istotny wpływ na decyzję udziałowców miało stanowisko przedstawicieli miasta oraz członka rady nadzorczej, którzy podczas walnego zgromadzenia w dniu 27 sierpnia 2021 r. poparli — jednogłośnie przyjęty — wniosek o przeprowadzenie audytu w spółce przez nowy zarząd, by następnie go zablokować i nie powiadomić większościowego udziałowca o wysłaniu na urlop pracownika obejmującego funkcję prezesa zarządu. Ten pracownik, podczas sprawowania w/w funkcji, nie tylko blokował przeprowadzenie audytu, ale również kontynuował działania poprzedniego zarządu, które w istotny sposób były szkodliwe dla finansów spółki. W szczególności należy wskazać na kontynuowanie procesu zawarcia umowy na zakup autobusów gazowych, a także nieterminowe regulowanie płatności za paliwo — mimo posiadania środków finansowych. Działania te naraziły spółkę na dodatkowe, bardzo znaczące straty finansowe.
Z kolei na przełomie grudnia 2021 r. i stycznia 2022 r. podejmowano działania, które w paraliżowały i destabilizowały pracę rady nadzorczej. Rada ta była wówczas w trakcie podejmowania decyzji o rozliczeniach zarządu z jego działalności za ostatnie miesiące, w tym z braku realizacji uchwały z dnia 27 sierpnia 2021 r. dotyczącej przeprowadzenia audytu. W celu niedopuszczenia do rozliczenia zarządu podjęto plan o charakterze politycznym. Ich elementem była zorganizowana 4 stycznia 2022 r., w godzinach późnowieczornych i poza siedzibą spółki, telekonferencja, na którą zaproszono wybrane osoby ze środowiska medialnego, w tym przedstawicieli portali politycznych, tj. jak Dariusz Gacek prowadzący profil „Scyzoryk się otwiera…”. W trakcie tego wydarzenia prowadzono działania godzące w dobre imię zasiadających z ramienia spółki pracowniczej członków rady nadzorczej i nakręcano na nich „hejt”. Próbowano podważyć ich wiarygodność, po to by nielegalnie usunąć z zajmowanych stanowisk i przy okazji wprowadzano opinię publiczną w błąd. Następnie podejmowane były różnego rodzaju działania uniemożliwiające odwołanie przez radę nadzorczą zarządu spółki, zaś podczas Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Udziałowców zwołanego w dniu 20 stycznia 2022 r. przedstawiciel miasta zgłosił, a potem – poprzez głosowanie – doprowadził do powołania na funkcję przewodniczącego osobę, która nie spełniała wymogów zawartych w umowie spółki, a więc została bezprawnie powołana do pełnienia tej funkcji. W dalszej kolejności, przy biernej postawie przedstawiciela miasta jako mniejszościowego udziałowca, osoba ta, pełniąc stanowisko przewodniczącego, bezprawnie wykluczyła z udziału w głosowaniach przedstawiciela większościowego udziałowca. Działanie to – pomimo zgłaszanych protestów – zostało podtrzymane, a przedstawiciel miasta kontynuował udział w zgromadzeniu, co spowodowało opuszczenie zebrania przez zdecydowaną większość udziałowców .
Do dziś, mimo upływu czterech lat od tych wydarzeń i zgłoszenia tej sprawy przez kolejny zarząd spółki do prokuratury, nie wyjaśniła ona szeregu kluczowych kwestii, które ich dotyczyły. Prokuratura nie ustaliła organizatora telekonferencji, jej rzeczywistego celu ani nawet miejsca jej przeprowadzenia. Nie wyjaśniono również, dlaczego wydarzenie odbyło się poza siedzibą spółki, z jakich powodów było kilkakrotnie przesuwane i dlaczego odbyło się w nietypowych godzinach późnowieczornych. Wątpliwości budzi także sposób dystrybucji zaproszeń — kierowanych nie do redakcji, lecz do wybranych osób związanych z mediami — oraz dobór uczestników, obejmujący przedstawicieli mediów uznawanych za sprzyjające miastu i ZTM. Niejasne pozostają również motywy udziału niektórych uczestników, tj. Dariusz Gacek, oraz ich późniejszej aktywności medialnej, wymierzonej w członków rady nadzorczej opowiadających się za przeprowadzeniem audytu. Nie wyjaśniono również tego, jaki był udział w tych wydarzeniach ZTM-u oraz powiązań tej instytucji z hejterskimi portalami („Scyzoryk się otwiera…” i „Kielecka Platforma Komunikacyjna”), które wówczas namawiały, a wręcz sugerowały, że w MPK powinno dojść do strajku. Nie wyjaśniono także, dlaczego wtedy ZTM, mimo pandemii i ferii zimowych, wzorem innych lat nie ograniczył z tego tytułu żadnej linii w tym czasie, co naraziło miasto na dodatkowe straty finansowe. Działania te, polegające na namawianiu do strajku, miały doprowadzić do chaosu wewnętrznego w spółce, a w konsekwencji do nałożenia na nią ogromnych kar lub nawet doprowadzić do zerwania umowy oraz finalnie upadłości spółki. Należy również podkreślić, że nawet po tamtych wydarzeniach Dariusz Gacek wciąż hejtował osoby sprawujące wysokie funkcje w spółce pracowniczej oraz dezinformował opinię publiczną – i wciąż to robi.
Posiadana dokumentacja w spółce świadczy jednoznacznie o tym, że były to działania skoordynowane i polityczne, które miały zdestabilizować sytuację w firmie. Tym bardziej wątpliwości budzi fakt, że przez cztery lata prokuratura nie wyjaśniła okoliczności tych wydarzeń, a przez blisko dwa lata nie podejmowano żadnych czynności w tej sprawie, a kierowane przez zarząd dwa pisma z prośbą o wyjaśnienia pozostawały bez odpowiedzi. Co więcej, informacje o prowadzonym postępowaniu zostały przekazane osobie, której dotyczyło zawiadomienie, a następnie osoba ta podjęła działania prawne przeciwko spółce i jej przedstawicielu . Sytuacja ta rodzi poważne pytania dotyczące prawidłowości przebiegu postępowania oraz standardów jego prowadzenia.
Szokujące jest dla nas również to, że znów na jednym z politycznych portali, który za pomocą manipulacji i hejtu aktywnie wspiera władze miasta i ZTM oraz powiela nieprawdziwe informacje o spółce, a nawet podejmował próby wpływania na decyzje wewnętrzne w firmie, między innymi dotyczące obsad personalnych, ukazał się kolejny propagandowy i kłamliwy artykuł sugerujący, jakoby powodem braku zgody na powołanie przedstawiciela miasta do rady nadzorczej były rzekome nadużycia finansowe w spółce. Zadziwiające i jednocześnie skandaliczne jest to, że tego typu insynuacje usłyszeliśmy również na odbytym w lutym spotkaniu, w którym brali udział przedstawiciele miasta, ZTM oraz radni. W związku z powyższym, pragniemy stanowczo zaprotestować przeciwko takim insynuacjom. Nie ma naszej zgody na narrację opartą o ewidentne kłamstwa, które uderzają w dobre imię spółki, mają na celu wyłącznie jej zdyskredytowanie, odwrócenie uwagi od wykorzystywania środków publicznych, po to by zaszkodzić funkcjonowaniu przedsiębiorstwa, gdzie pracuje prawie 600 osób.
Podkreślamy, że mimo politycznych blokad stosowanych przez miasto to właśnie dzięki determinacji załogi – udziałowców, związkowców i pracowników – doprowadzono w spółce do audytu, przez co ukrócono i wyeliminowano wiele nieprawidłowości, za które spółka poniosła ogromne straty finansowe, dlatego domagamy się zaprzestania powielania tych obrzydliwych insynuacji i pomówień.
Zapewniając, że nie mamy nic do ukrycia, jednocześnie mówiąc dość tej ohydnej politycznej nagonce, wnosimy do Pani Prezydent oraz do wszystkich kieleckich radnych o powołanie specjalnego zespołu złożonego z przedstawicieli wszystkich klubów w Radzie Miasta, który przeprowadzi kompleksową finansową kontrolę zarówno w MPK, jak i ZTM. Takiego zadania mogłaby się szybko i sprawnie podjąć powołana do tego celu Komisja Rewizyjna Rady Miasta. Z uwagi na to, że MPK jest spółką z prywatnym kapitałem większościowym, której zasięg nie obejmuje takiej kontroli, w razie potrzeby my – związkowcy – będący jednocześnie udziałowcami spółki, zwrócimy się do zarządu MPK, aby tej komisji udostępnić pełną dokumentację.
Zakres kontroli – naszym zdaniem – powinien objąć kilka zagadnień, w tym obrotów finansowych obydwu spółek (MPK i KASP), jak również działań poprzednich zarządów – zwłaszcza w okresie od 2019 roku do chwili obecnej – oraz działań miasta i ZTM wobec spółki. W szczególności powinna ona uwzględniać kwestie związane z:
1. Obrotem paliwem – tj. nieterminowym płaceniem faktur za paliwo, aż do końca 2021 r. przez poprzednie zarządy, mimo posiadanych środków finansowych, co naraziło spółkę na milionowe straty.
2. Celowością zakupu drogich w eksploatacji autobusów gazowych przy jednoczesnym niezadbaniu o to, żeby w odpowiednim czasie na terenie bazy znalazły się stanowiska do tankowania pojazdów CNG.
3. Trwającym od wielu lat przenoszeniem przez ZTM linii pomiędzy kontraktami, co negatywnie wpływa na finanse spółki, destabilizuje kontrakt inwestycyjny, a dodatkowo obciąża budżet miasta. Nabiera to szczególnego znaczenia w obecnej sytuacji. Po blisko trzech latach od odebrania MPK trzech linii (13, 23, 24), obsługiwanych siedmioma autobusami, i przekazania ich do realizacji w ramach znacznie droższego kontraktu przez firmę z Lublina, co kosztowało miasto kilka milionów złotych, obecnie, ZTM, w ramach obowiązującej umowy z MPK, przekazuje część linii dotychczas obsługiwanych przez tego przewoźnika z powrotem do MPK. Powstaje zatem pytanie: co zmieniło się od 2023 roku, że rozwiązania uznawane wówczas za niemożliwe dziś okazują się realne? Dlaczego jednocześnie przekazywane są inne linie niż te, których parametry były podstawą kalkulacji w przetargu z 2017 roku (13, 24), a zamiast nich oddawane są linie o wyraźnie gorszych parametrach ekonomicznych (koszty, dochody), które miały kluczowe znaczenie przy ustalaniu stawki w przetargu na obsługę linii unijnych (102, 104, 107)? Dlaczego MPK ma obsługiwać te linie za stawkę 8,80 złotych za wozokilometr, skoro firma BP Tour Regio robi to od prawie trzech lat za prawie 11 złotych za wozokilometr ? Czy na tym ma polegać równe traktowanie podmiotów wykonujących te same zadania?
4. Innymi działaniami ZTM, w tym prowadzonymi postępowaniami przetargowymi – zarówno z 2023 roku (w kontekście pism Zarządu MPK z 20.01.2023 r. i 12.06.2023 r.), jak i z 2025 roku dotyczącym 24 autobusów elektrycznych – które budzą poważne wątpliwości. Dotyczy to między innymi wliczenia kilometrów dojazdowych do kosztów ponoszonych przez miasto, budowy nowej zajezdni oraz pominięcia faktu, że autobusy nie będą mogły być na niej parkowane. Wyjaśnienia wymaga także przeciągające się od miesięcy działanie ZTM w sprawie zabezpieczenia nagrania z kamery, o które wnioskował zarząd MPK. Nagranie to mogłoby wyjaśnić istotną kwestię zgłoszoną przez pasażera, która dotyczy czasu pracy kierowcy.
5. Wyegzekwowaniem od ZTM-u takich samych zasad przekazana autobusów należących do miasta od firmy BP Tour Regio, jakie w przeszłości były zastosowane przez ZTM wobec MPK.
6. Zaniedbaniami poprzednich zarządów w zakresie dopuszczenia do przedawnienia należności wobec spółki w wysokości 80 tysięcy euro za wykonaną usługę.
7. Wieloma innymi działaniami mającymi wpływ na sytuację finansową spółki i miasta, w tym udziałowi przedstawicieli miasta w wydarzeniach na przełomie grudnia 2021 i stycznia 2022, których przebieg ewidentnie wskazuje na to, że miały one charakter zorganizowanej politycznej prowokacji mającej doprowadzić do finansowej destabilizacji spółki, a tym samym do jej upadłości.
Proponowane przez nas rozwiązanie doprowadzi do wyjaśnienia, kto w tym, wywołanym sztucznie sporze ma rację, jak również uspokoi udziałowców i pracowników spółki, co w konsekwencji przełoży się na polepszenie współpracy i wyeliminuje wzajemne pretensje. Jednocześnie informujemy, że mając na względzie obecną sytuację w zakładzie oraz nastroje panujące wśród pracowników spowodowane obawami o utratę miejsc pracy – zwłaszcza że załoga już raz uratowała spółkę z kryzysu w 2007 roku wywołanego podobnymi działaniami władz samorządowych z lat 1999–2007 – a także w obliczu kolejnej próby jej destabilizacji na przełomie 2021 i 2022 roku, Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach, działając w imieniu całej załogi MPK, domaga się stanowczo:
• Bezwzględnego przestrzegania podpisanego w 2007 roku porozumienia ze spółką, w tym w szczególności punktu dotyczącego prowadzenia dialogu, właściwego wykorzystania środków unijnych jako wsparcia dla przedsiębiorstwa oraz respektowania opartej na tym porozumieniu umowy kupna sprzedaży. My jako sygnatariusze porozumienia, wypełniliśmy i wypełniamy je w 100 procentach, dlatego mamy prawo domagać się od miasta tego samego.
• Zaprzestania naliczania kar wobec spółki z tytułu przekroczenia średniego wieku taboru (8 lat). Obecna sytuacja jest bowiem bezpośrednim skutkiem działań polegających na systemowym osłabianiu kontraktu inwestycyjnego, w tym politycznym – i niezgodnym z zawartą umową – przenoszeniu linii pomiędzy kontraktami. Doprowadziło to do wyłączenia z ruchu części pojazdów, a w konsekwencji do ich skasowania oraz zastąpienia pięciu autobusów typu MIG innym taborem. Na sytuację spółki istotny wpływ miały i mają również czynniki niezależne, takie jak wybuch pandemii COVID-19, który skutkował znacznym ograniczeniem liczby wozokilometrów przez miasto, a także obecnie wdrażane regulacje Unii Europejskiej związane z tzw. „zielonym ładem” w transporcie publicznym oraz podwyżki cen paliw spowodowanych wojną na Bliskim Wschodzie.
• Natychmiastowego wstrzymania decyzji o budowie nowej bazy – przynajmniej do czasu wypracowania optymalnego rozwiązania, mając na względzie podpisane porozumienie, jak również to, że przez najbliższych 6 lat nie będą mogły parkować na tej bazie 24 autobusy elektryczne zakupione ze środków, które według założeń powinny trafić do MPK, co będzie generowało dodatkowe koszty dla miasta. Nie godzimy się na to, żeby wykorzystywać środki publiczne do szkodzenia spółce, w której miasto ma udziały. MPK Kielce to firma dobrze zarządzana, konkurencyjna i prowadząca szeroko zakrojone inwestycje, ale nawet my nie jesteśmy w stanie konkurować z unijnymi środkami publicznymi, które według porozumienia podpisanego ze spółką w 2007 roku miały ją wspierać, a nie jej szkodzić.
• Podjęcia stosownych działań zmierzających do tego, że środki z KPO zostaną skierowane do spółki MPK Kielce, a więc zgodnie z ich przeznaczeniem do podmiotu, który w wyniku wybuchu pandemii poniósł znaczące straty – i dodatkowo jako jedyny przewoźnik realizował w 100% zadania przewozowe w mieście.
• Zaprzestania działań dyskredytujących i osłabiających finansowo spółkę, zarzucania nam tego, że chcemy respektować zapisy umowy, a także wreszcie traktowania nas na zasadach partnerskich i umożliwienia nam uczestniczenia w prowadzonych debatach dotyczących przedsiębiorstwa.
• Bezwzględnego wyjaśnienia udziału miasta w blokowaniu audytu, co spowodowało wielomilionowe straty finansowe dla spółki.
• Natychmiastowego odkupienia udziałów MPK od spółki pracowniczej KASP i wzięcia za nią całkowitej odpowiedzialności, jeżeli miasto nie zamierza respektować porozumień i umów podpisanych z załogą MPK. Polityka nie może doprowadzić do upadku przedsiębiorstwa z 75-letnimi tradycjami oraz zniszczyć dorobek, który załoga własnym wysiłkiem i wyrzeczeniami wypracowuje od niemal 20 lat.
• Wyjaśnienia przyczyn nieograniczania kursów w kieleckim transporcie publicznym w styczniu 2022 roku, choć w analogicznym okresie, we wcześniejszych i późniejszych latach, nigdy miasto nie decydowało się na taki krok.
• Wyjaśnienia powiązań hejterskiego portalu Kielecka Platforma Komunikacyjna z Zarządem Transportu Miejskiego w Kielcach, dostrzegalnych coraz częściej zarówno przez pracowników spółki, jak i zniesmaczonych tym Kielczan.
Jednocześnie prosimy o poważne potraktowanie naszego pisma. Ma ono oparcie wyłącznie w faktach znajdujących się w posiadanych w spółce dokumentach i jest kierowane w trosce o przyszłość 600-osobowej załogi oraz dobro przedsiębiorstwa, które w tym roku będzie obchodzić 75-lecie działalności. A zważywszy na brak reakcji władz miasta na nasze postulaty zawarte w piśmie z dn. 03.04.2024 r., informujemy, że w przypadku niespełnienia naszych obecnych postulatów, tym razem Związek podejmie stosowne działania w celu obrony spółki, a tym samym 600 miejsc pracy.
Z poważaniem,
Zarząd Związku Zawodowego Pracowników Transportu Publicznego w Kielcach
przez redakcja | poniedziałek 13 kwietnia 2026 | aktualności
Niemal co trzeci polski pracownik ma pracę bardzo utrudniającą wykonanie badań profilaktycznych.
Jak informuje portal Puls HR, najnowsze badania firmy enel-med wskazują na bardzo niekorzystną tendencję. Wedle nich aż 27 proc. polskich pracowników wskazało, że warunki wykonywanej pracy bardzo utrudniają im korzystanie z badań profilaktycznych.
Raport enel-med wykazał, że 89% ankietowanych wie, że wczesne wykrycie nowotworu daje wysokie szanse wyleczenia. Natomiast profilaktyczne badania onkologiczne wykonuje regularnie tylko 21% z nich, a 27% nie wykonuje ich nigdy. Wśród głównych przyczyn utrudniających wykonywanie badań Polacy wskazali rodzaj i sposób wykonywanej pracy zawodowej. 77% ankietowanych zadeklarowało, że wykonywałoby badania, gdyby mogło to zrobić w ramach pracy zawodowej, bez potrąceń pensji czy utraty części urlopu.
Portal Puls HR cytuje Jacka Rozwadowskiego, prezesa enel-med: „Jeżeli 77 proc. Polaków mówi dziś wprost, że wykonałoby badania, gdyby pracodawca dał im na to czas w godzinach pracy, to znaczy, że problemem nie jest brak świadomości, ale brak realnych warunków do działania”.
przez redakcja | poniedziałek 13 kwietnia 2026 | aktualności
Związkowcy poinformowali, że z powodu postawy zarządu sieci dyskontów podjęto decyzję o strajku ostrzegawczym.
Związkowcy z OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu poinformowali, że podjęto decyzję o przeprowadzeniu strajku ostrzegawczego w sieci dyskontów Dino. To skutek długotrwałego lekceważenia przez zarząd firmy postulatów związkowców.
Związkowcy napisali, że zarząd Dino Polska z prezesem na czele się boi i nie przychodzi na mediacje w trwającym sporze zbiorowym. Wysyła osoby niedecyzyjne, a główną rolę odgrywa kancelaria, która eskaluje konflikt zamiast budować dialog i która ma „doświadczenie” we wspieraniu bezprawnych działaniach w wielu firmach.
Strajk ostrzegawczy odbędzie się 25 kwietnia 2026 r. i będzie polegał na całkowitym powstrzymaniu się od pracy w godzinach 12-14. Związkowcy apelują do zarządu Dino o odwagę i osobiste stawienie się przed pracownikami na mediacjach.
27 kwietnia odbędzie się kolejne spotkanie mediacyjne w Warszawie, w Centrum Dialogu Społecznego „Dialog”, podległym Ministerstwu Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Związkowcy oczekują, że tym razem do rozmów przystąpią osoby decyzyjne, a nie pełnomocnicy prawni. Związkowcy twierdzą, że nie jest tajemnicą, że kancelaria Paruch, z której usług zaczęło korzystać Dino, jest znana z doradzania pracodawcom działań sprzecznych z przepisami prawa. Ta sama kancelaria uczestniczyła w sporach m.in. w Kauflandzie oraz Jeremiasie. W obu przypadkach zamiast rozwiązywać konflikty – eskalowała je, prowadząc do licznych sporów sądowych.
OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu przypomina również o realnych problemach w spółce. W sezonie zimowym pracownicy byli zmuszeni do pracy w skandalicznych warunkach – w niskich temperaturach. Po zawiadomieniu w grudniu do Głównego Inspektora Pracy rozpoczęły się kontrole. Do tej pory wydano już ponad 1000 decyzji, nie tylko w zakresie temperatur w miejscu pracy. Kontrole nadal trwają i mają charakter rozwojowy. Do tego dochodzi sprawa bezprawnego zwolnienia Katarzyny Kiwerskiej, która wielokrotnie informowała przełożonych o naruszeniach przepisów BHP. Brak reakcji ze strony pracodawcy zmusił ją do działania. Niedługo później została zwolniona – bez wymaganych konsultacji i z naruszeniem przepisów prawa pracy. Od listopada 2025 roku w spółce dochodzi do systemowego naruszania przepisów Kodeksu pracy. Nie funkcjonują prawidłowo podstawowe mechanizmy ochrony pracowników – w tym procedura antymobbingowa, która powinna być obowiązkowa. Pracownicy są przeciążani do granic możliwości, przy niskich wynagrodzeniach i brakach kadrowych. Dodatkowo związkowcy wskazują na nieprawidłowe wykorzystywanie monitoringu, który nie służy ochronie mienia, lecz nadmiernej kontroli i eksploatowaniu pracowników.
przez Michał Rydlewski | niedziela 12 kwietnia 2026 | opinie
Z kilku powodów książkę Geoffroya de Lagasnerie „We trzech. Dążenie, by wyjść poza. Pochwała przyjaźni” przeczytaliśmy z dużym zainteresowaniem.
Po pierwsze, interesują nas różne kultury oraz wytwarzane przez nie odmienne formy podmiotowości: ich specyfika, zakres wolności w tworzeniu siebie, stosunek do wzorców, za pomocą których się to czyni. Wspomniana książka wpisuje się w ten obszar idealnie, gdyż dotyczy nowej formy podmiotowości opartej na przyjaźni. Jest ona w tym projekcie podstawową więzią społeczną – to na niej ma być oparte nowe społeczeństwo składające się z takich mikrowspólnot.
To projekt podmiotowości wpisujący się w ponowoczesny typ kultury, oparty na indywidualizmie, emancypacji oraz refleksyjności względem budowania związków międzyludzkich. Odrzuca on dotychczasowy model tradycji oraz rodziny jako najgorszy z możliwych, gdyż opresyjny i przemocowy, skutkujący zahamowaniem wzrostu twórczych mocy podmiotu.
Po drugie, ów projekt podmiotowości jest mocno związany z lewicową polityką tożsamości jako filarem „nowej lewicy” czy „lewicy kulturowej”, skupiającej się na jednostce i jej szczęściu, a nie na problemach walki klas w kapitalizmie. To przykład tego, jak lewica porzuciła dawne ideały, gdyż opowiedziała się po jednej ze stron tejże walki – tych, którzy wyzyskują. Lewica usłużnie produkuje światopoglądowe uzasadnienia owego wyzysku: zawsze istniejące zagrożenie faszyzmem. Co więcej, pokochała ona logikę towarową oraz liberalizm światopoglądowy, które stały się źródłem wolności, skutkującym pochwałą ucieczki z zawsze „nie takiej” rodziny, tradycji, religii, narodu, słowem z wszystkiego, co do tej pory było jeszcze w miarę stałe i trwale określało jednostkę. Od teraz to ona będzie siebie określała i sama będzie budowała swój świat tak, jak chce, czyli – jak w przypadku omawianego projektu – twórczo odda się utopijno-szaleńczemu porywowi w stronę nowej społecznej emancypacji, w której przyjaźń jawi się jako jedyny sensowy, gdyż nieopresyjny czynnik tworzenia więzi.
W tym ujęciu książka ma wysokie aspiracje, gdyż w zamyśle autora ma być „podręcznikiem życia antyinstytucjonalnego”, „manifestem politycznym”, w którym upomina się on o lepszy świat „innego życia”. Owe życie jawi się tutaj jako wolne, nieskrępowane, spontaniczne, oparte na bezinteresownej przyjaźni i trosce, swoistej polityce miłości, przeciwstawianej polityce, w tym władzy państwa oraz kulturze, której gorset należy rozsznurować, gdyż krępuje Ja. Tytułowe „wyjście poza” to właśnie wyjście „poza normy kulturowe”, czyli poza zawsze opresyjną i miałką tradycję krępującą witalno-dziecięcą radość przyjaźni i intelektualno-artystycznej twórczości. Przypomnij sobie, podpowiada autor, jakie piękne było twoje życie, gdy nawiązywałeś przyjaźnie w czasie dzieciństwa i młodości, a które musiałeś zerwać ze względu na związek czy, co gorsza, z powodu małżeństwa, rodziny i dzieci. Czy nie wolałbyś żyć jak wtedy? Co nas krępuje? – pyta retorycznie i natychmiast odpowiada: rodzina! To ona jest głównym wrogiem de Lagasnerie i dlatego trzeba ją odrzucić, ponieważ to skompromitowany konstrukt przeszłości. Faktycznie, jeśli uznać karykaturalny obraz rodziny przedstawiony przez autora za prawdziwy, to raczej nikt nie chciałby żyć w takiej rodzinie. Karykatura to główny motor retoryczny lewicowych humanistów – nie tylko francuskich, jak de Lagasnerie. Ujawnia ona ich podskórną, a tym przypadku już jawnie wypowiadaną, familiofobię oraz dzieciofobię, by użyć medykalizującego dyskursu lewicy wobec niej samej.
Wyjaśniając trzeci powód naszego zainteresowania omawianą publikacją, warto zauważyć, że książka francuskiego autora wpisuje się modny nurt, błędnie zresztą rozumianej, autoetnografii. Jej obiektem zainteresowania jest sam autor, a dokładniej mówiąc: związek „dzieła i życia”, czyli opis konstruowania swojej tożsamości jako autora. Autora specyficznego, gdyż „nowo-lewicowego”, „zmuszonego” w imię swojej autentyczności do porzucenia klasy ludowej, z której się wywodzi. Klasowa zdrada jest koniecznością, gdyż klasa ta jawi się w portretach „nowej lewicy” jako ucieleśnienie wszelkich fobii, w tym szczególnie homofobii. Z tego względu można ją upokarzać i nią pogardzać, jak czynił to Didier Eribon w swoich własnych książkach.
Fobia ta naprowadza na kolejny, czwarty już powód naszego zainteresowania niedawno opublikowaną książką. Jej autor jest partnerem życiowym Didiera Eribona, autora „Powrotu do Reims” oraz „Życia, starości i śmierci kobiety z ludu”. Szczególnie pierwsza z tych książek była żywo dyskutowana w świecie uniwersyteckim, stając się pretekstem do szeregu osobistych wyznań oraz uzasadnień wyborów życiowych, w tym oczywiście do zerwania kontaktów z „nie tak” głosującymi rodzicami, do pokazu nienawiści wobec klasy swojego pochodzenia oraz do ogromnej ulgi i radości z powodu porzucenia tego piekła na ziemi. Mało kto z uniwersyteckiej „lewicy” dostrzegł przyznanie się Eribona do całkowitej porażki lewicowości w zderzeniu z klasą ludową, którą lewica porzuciła, wręcz estetycznie uzasadniając wybór nowej strategii progresywnej. To nie tylko polityczne i estetyczne, ale także moralne uzasadnienie porzucenia zarówno klasy, jak i własnych rodziców (jak najbardziej dosłowne), którzy, w przeciwieństwie do Eribona, potrafili przekraczać granice klas – w tym sensie byli bardziej niż on inkluzywni, gdyż miłość do dziecka przekraczała granice klas i ich homofobii. Autor „Powrotu do Reims” przestał kochać tych, którzy nie byli tacy, jakimi pragnął, żeby byli – wszystko, w tym koniec miłości, w imię autentycznego Ja, ale także wyboru innych ludzi, bardziej pasujących, tworzących i podtrzymujących istnienie mojego świata (z tego względu Eribon jest na pogrzebie intelektualnego mistrza – Bourdieu, ale już nie na pogrzebie własnej matki).
Lewicowo-uniwersytecki zachwyt nad Eribonem utrudnił dostrzeżenie tego, że całe jego misterno-intelektualne uzasadnienie, socjologiczno-autobiograficzna konstrukcja narracyjna wcale nie pokazują go w tak dobrym świetle, jak on sam siebie widzi. Wynika z niej, że to właśnie on nie potrafił kochać Innego, czyli swoich klasowo obcych (już) mu rodziców. Zamiast miłości pojawia się odraza, czyli podstawowy stosunek emocjonalny „nowej lewicy” do klasy ludowej. Ludzie ci, jak matka Eribona, „kobieta z ludu”, nie zasługuje na jego czułość i opiekę na starość, a nawet na obecność syna na pogrzebie.
Biorąc „We trzech” do ręki ciekawiło nas, czy młodszy o prawie trzydzieści lat partner lewicowej gwiazdy dostrzegł, poprzez wykorzystanie jakże wysublimowanej krytycznej świadomości czytelniczej, ten niejednoznaczny obraz przedstawiany przez Eribona. Czy uważna lektura poszukująca niejednoznacznych tropów pozwoli zdekonstruować jednoznaczny w swojej wymowie obraz autorstwa Eribona: zły lud – dobry Didier.
De Lagasnerie nie okazał się jednak mistrzem podejrzeń, co tak „dobrze” mu wychodzi w stosunku do innych autorów, którym wytyka nie tylko brak świadomości pewnych problemów (gdy te są jego problemami), ale także intelektualne tchórzostwo, jak choćby wtedy, gdy ktoś taki, jak ich mistrz, Pierre Bourdieu, nie pisze zgodnie z oczekiwaniami de Lagasnerie’a i Eribona. Bourdieu, jak się okazuje, był intelektualnie potrzebny na pewnym etapie, ale niekoniecznie byłby pożądanym partnerem tytułowej trójki. Ową trójkę tworzą już wspomniani oraz Édouard Louis, autor „Końca z Eddym”, swoistej powtórki z „Powrotu do Reims” Eribona.
Dlaczego podejrzenia są kierowane tak jednokierunkowo? Skąd bierze się takie nastawienie autora? Nasza teza jest następująca: autor został poddany opresji i przemocy nowej formy więzi międzyludzkiej, jaką opisuje, czyli przyjaźni. Gdy Geoffroy de Lagasnerie – podobnie jak jego partner Didier – pisze, to jest szczery wobec czytelnika, ale tym samym niefortunnie dla siebie zdradza coś więcej. W tym przypadku to, że ten jakoby bezopresyjny sposób życia, czyli relacja przyjacielska, wytwarzająca podmiot przyjacielski, jest w rzeczywistości nową formą opresji, której on co najwyżej nie traktuje jako opresji. Wszak wiadomo, że opresję uwewnętrzniają i zinternalizują tylko ludzie spoza świata „nowej lewicy”, szczególnie zaś ci, którzy nie przeczytali socjologicznych pism Pierre’a Bourdieu. Słowem, książka de Lagasnerie jest najlepszym dowodem na rzecz dokładnie odwrotnej tezy niż ta, którą lansuje. Strategia poznawcza, którą realizuje autor „We trzech” jest bardzo podobna do tej realizowanej przez Eribona. Refleksyjność ich obu jest ograniczona jakimś defektem rozwojowym, wynikającym z rozmiarów ego. W tym sensie jego uczeń-partner powiela, podobnie jak najmłodszy z trójki – Louis, strategię poznawczą oraz styl pisania, a zatem określone normy. Jest to zastąpienie jednych norm innymi, a nie wyjście poza same normy.
Być może zatem życie po opuszczeniu klasy ludowej, z jej opresją rodziny i dzieci oraz prawa, nie jest tak nieopresyjne, jak się wydaje autorowi książki. Czy oto nie jesteśmy świadkami tworzenia nowej podmiotowości jako kopii? Podmiotowości jako odbitki? Nowej formy ksero-kultury? Czyżby własne ego skutecznie zagłuszyło wydźwięk pism Bourdieu? Czy naprawdę można „wyjść poza” i uniknąć wszelkich form normatywnej przemocy? Może jedynie zamieniamy jedne formy na inne?
Kwestię przemocy, a dokładniej mówiąc przemocy społecznej w postaci norm nakazujących zakładać rodzinę czy posiadać dzieci, które to normy są dodatkowo wspierane przez państwo, chcielibyśmy uczynić najważniejszą dla naszej refleksji nad książką de Lagasnerie. Jest tak nie tylko dlatego, że rodzina to największy wróg francuskiego autora, gdyż ponoć wytwarza uległą podmiotowość rodzinną, ale wychodząc od tej kwestii można pokazać szereg kłopotów z opozycją, której choć deklaratywnie się autor wyzbywa, to bardzo wyraźnie ją buduje.
To właśnie z tej opozycji, rodzina versus przyjaźń, wynika budowany przez autora utopijny obraz „filozofii egzystencji”, który dodatkowo ujawnia milczące tło, które jest neoliberalnie formowanym projektem życiowym. Słowem, „nowa lewica” przyjęła kapitalistyczne utowarowienie podmiotowości, gdyż ta strategia zaoferowała jej emancypację, której „lewica” nie potrafi pomyśleć inaczej niż poprzez kapitalizm (tak, Dawid Kujawa ma rację!). Autor „We trzech” dodaje do tej nowej formy podmiotowości także twórczość, gdyż trzej przyjaciele są intelektualistami, a przyjaźń ma służyć ich rozwojowi osobistemu. Co warto odnotować już teraz, autor wyklucza relacje nic nie wnoszące do rozwoju Ja.
Mówiąc najkrócej: dokonamy rozbioru wybranych części tej książki w celu pokazania, jak problematyczny, a nawet niebezpieczny, nie mówiąc już o tym, że zakłamany, jest projekt „podmiotowości przyjacielskiej” i wytwarzanej w ten sposób utopii nowej formy wspólnotowości.
Z punktu widzenia krytyki „nowej lewicy” znamienny jest fakt, że autor ani słowa nie poświęca ekonomicznym zależnościom w „relacji przyjacielskiej”. Dziwi to szczególnie że w momencie poznania dziewiętnastoletni, „trzeci” przyjaciel, był studentem wywodzącym się z klasy ludowej, z której bohatersko, za sprawą Eribona, się wyrwał – „Koniec z Eddym” to mityczna, w sensie antropologicznym, opowieść o podróży bohatera przełożona na awans klasowy i odnalezienie siebie. Styl życia trójki to światowe podróże, konferencje, hotele, restauracje, kawiarnie, wystawy, czyli wszystko to, co musi sporo kosztować – zasadnie byłoby zatem zapytać, czy Eribon za niego płacił.
Kwestia pieniędzy pojawia się w książce w zasadzie raz, czyli wtedy, gdy autor pisze o kosztach finansowych posiadania dzieci. To jeden z argumentów na rzecz ich nieposiadania. Dzieci ponadto utrudniają relacje przyjacielskie (rodzice nie mają czasu) i są nieekologiczne, w odróżnieniu – rzecz jasna – od ciągłego przemieszczania się po całym świecie, w tym samolotami, trójki gejów.
Ilość i jakość podobnych przykładów sprowokowała nas do ukazania nie tylko merytorycznych wątpliwości, w gruncie rzeczy filozoficznie podstawowych, wokół autorskiej koncepcji społeczeństwa bez przemocy, ale także do wskazania na jego społeczno-polityczne absurdy. Ponadto, im bowiem autor bardziej jest szczery, jest sobą, tym szybciej wspina się, po śladach Eribona, na szczyty hipokryzji i zakłamania oraz absolutnej słabości intelektualnej, której nie ustrzegł się nawet pod czujnym okiem swojego wiernego czytelnika-partnera. W takim ujęciu fragment „We trzech” o wzajemnym recenzowaniu swoich tekstów, ich głębokiej krytycznej lekturze, staje się w tym kontekście potwierdzeniem, że ich wysublimowane filozoficzne umysły nie dostrzegają słabości własnych wywodów, bo wszyscy mówią to samo, gdyż są tacy sami. Foucaultowskie „Sobąpisanie” okazuje się „Eribono-pisaniem”, nowoplemienny totem bierze górę.
Nie tylko o brak krytycznego dystansu idzie: to wynik całego projektu podmiotowego lansowanego przez autora, który z dorosłego człowieka czyni dziecko. Tym sposobem inicjuje się proces infantylizacji oraz, co bardzo ważne, odintelektualizowania poznania i wynikającego z niego projektu politycznego. W tym sensie oni nie potrzebują dzieci, bo się nimi stają, o czym dobitnie świadczy fragment książki, gdy – niczym dzieci – składają sobie uroczystą przysięgę, że zawsze dochowają sobie wierności i nigdy siebie nie zdradzą.
W czym się z autorem nie zgadzamy? Gdzie widzimy jego błędy? Co uznajemy za hipokryzję?
De Lagasnerie przyjmuje, zresztą deklaruje to wprost, deterministyczne ujęcie społeczeństwa, akceptuje jego totalność, zniewalającą przemoc w (wy)tworzeniu podmiotu. Dotyczy to rzecz jasna dotychczasowej kultury, bo nowa, projektowana przez niego, „wychodząca poza”, ma nie być taką. Autor już na pierwszych stronach książki stwierdza, że jego projekt ma charakter rewolucyjny i jako taki musi stanowić krytykę porządku rodzinnego reprodukującego ideologię konserwatywną i stabilizującego przeróżne, w tym również instytucjonalne, formy represji.
Pomijając skomplikowaną kwestię determinizmu społecznego, roli przemocy społecznej oraz sposobów konstruowania podmiotowości, należy zauważyć, iż uznając za iluzję wyobrażenie niedeterministycznej koncepcji Ja, autor popada w sprzeczność, gdyż uważa, że może ten determinizm odrzucić i znaleźć nową przestrzeń „poza”, opartą na przyjaźni, a nie na represji. Przyjaźń nie opresjonuje. Kłopot w tym, że jego pisanie, będące przecież odzwierciedleniem tożsamości, jest takie samo jak dwóch pozostałych przyjaciół – jest zatem przez tę przyjaźń zdeterminowany. Fakt, że determinuje go inna wspólnota i że odczuwa ją jako lepszą, nie oznacza, że ten determinizm nie istnieje.
Zdaniem autora „kultywowanie przyjaźni jako sposobu życia stanowi egzystencjalną praktykę, która jak wszystkie utopijne zamierzenia skierowana tu ku temu, co na zewnątrz – poza normatywnymi formami życia społecznego”. Mamy tutaj wyjaśnienie podtytułu książki: dążenie, by wyjść poza. Pojawia się pytanie, czy w ogóle taki projekt jest możliwy. Czy – jak pragnie autor – da się w ogóle wyjść poza normatywne formy życia społecznego? Czy przyjaźń jest wyłączona z tego normatywnego porządku? Chyba nie, skoro sam autor nakreśla pewnego rodzaju ramy, które definiują, czyli określają, czym jest tak pomyślana przyjaźń i sprawiają, że jest ona w ogóle możliwa jako odmienna forma relacji. De Lagasnerie wielokrotnie opisuje, w jaki sposób przyjaźń konstytuuje się dzięki określonym praktykom, ale przecież to właśnie owe praktyki normują sposób postępowania każdego z wierzchołków przyjacielskiego trójkąta. Autor zdaje się tego nie dostrzegać, skoro pisze, że przyjaźń jest jedynym sposobem, jakim dysponujemy, aby wyjść poza ustalone ramy i „zdystansować się od mechanizmów rządzących egzystencją (zwłaszcza mechanizmów rodzinnych i małżeńskich) i od fabrykowanych przez nie dominujących etosów. […] Kultura przyjaźni funkcjonuje jako siła opozycyjna wobec mechanizmów wtłaczania w określone ramy i rolę i pozwala pozostawać na zewnątrz utrwalonych form egzystencji”.
Cały ten projekt ma deklaratywnie charakter wybitnie emancypacyjny, a nawet rewolucyjny, ponieważ chodzi o to, żeby rozsadzić dotychczasowe tradycyjne ramy relacji społecznych, a na ich miejsce ustanowić nowe. Pojawia się pytanie o rzeczywiste intencje tego projektu, bo przecież nie chodzi o deklarowaną chęć przezwyciężenia rutyny, monotonii i społecznych stereotypów, które często charakteryzują różnego rodzaju relacje. De Lagasnerie tworzy karykaturę z życia rodzinnego, pisząc, że okalecza ono poprzez monotonię i nudę, zamykając ludzi w świecie stereotypowych ról.
Retoryka autora jest tyleż prosta, ile chwytliwa, a jej celem jest zbudowanie takiego modelu relacji rodzinnych, który będzie się łatwo poddawał krytyce z pozycji przyjętego modelu emancypacyjnego. Z tego względu nie pojawia się pytanie, dlaczego relacje społeczne, głównie rodzinne, z istoty swojej zawsze mają być (i czy koniecznie być muszą) stereotypowe, zastępowalne i monotonne. Pytanie o to, czy przyjaźń nie jest również zagrożona monotonią i rutynizacją nie pojawia się prawie wcale. A przecież w istocie przyjaźni nie ma czegoś takiego, co z góry wykluczałoby możliwość monotonii. Każda bliska i doniosła relacja międzyludzka, jak choćby małżeństwo, rodzicielstwo, przyjaźń, wymaga wysiłku, troski oraz ciągłego odnawiania swojej własnej żywotności. Zamiast pytań mamy nieustanne budowanie szeregu opozycji, które pozwalają na proste, wręcz prostackie wartościowanie – w ten sposób retoryka zastępuje rzetelną argumentację.
Autor, kreśląc różnice między rodziną a przyjaźnią, zwraca uwagę, że więzi rodzinne i małżeńskie „[…] wpisują się w mechanizmy społeczne, które je umacniają (wspólne mieszkanie kontrakt małżeński, środowisko zawodowe czy bliskość przestrzenna związana z sąsiedztwem), cechują się względną stabilnością”. W porównaniu z tymi relacjami, przyjaźń jest krucha, jest „formą życia czysto egzystencjalistyczną: sprowadza się do praktyk, które je tworzą i odtwarzają każdego dnia na nowo”. Pomijając oczywisty, choć konsekwentnie pomijany przez autora fakt, że relacja małżeńska, jeśli ma być trwała i żywa, to musi być również odnawiana przez różnego rodzaju praktyki, to autor uparcie nie zadaje sobie pytania, dlaczego właśnie silne więzi małżeńskie i rodzinne są dodatkowo umacniane i stabilizowane przez różnego rodzaju mechanizmy prawne i instytucje państwa.
Warto zwrócić uwagę na następującą kwestię: to, że forma życia rodzinnego oraz odmienne od niej inne sposoby życia (partnerstwo, konkubinat, przyjaźń etc.) są równie uprawnione nie oznacza wcale, że są równie preferowane. Państwo ze względu na swoje cele i strukturę społeczno-polityczną może tolerować, a nawet prawnie upodmiotowić różne formy relacji społecznych, ale może jednocześnie preferować te, które są istotne z punktu widzenia żywotności państwa i jego celów. Oczywiście dla autora taki punkt widzenia byłby zapewne przejawem faszystowskich zapędów władzy politycznej. Widać jednak bardzo wyraźnie, że autor całkowicie pomija kwestie społecznego znaczenia rodziny i pozostaje kompletnie nieczuły na polityczny wymiar relacji rodzinnych. Dla niego rodzina to jedynie familizm, czyli jakaś forma ideologii, która jeśli ma cokolwiek wspólnego z bytem państwa, to właśnie rola, jaką odgrywa w procesie jego opresyjności. W tym kontekście znaczący jest fragment książki, gdzie przywołany zostaje przykład konferencji i jakże niestosownych prób organizatorów podporządkowania czasowej struktury obrad obowiązkom rodzinnym uczestników, czym sam autor czuje się dyskryminowany.
Weźmy inny przykład: „Nasza przyjaźń zawsze funkcjonowała jako oczywista przestrzeń wsparcia w trudnościach i bolączkach, sfera wzajemnej opieki i pomocy”. I co jest takiego rewelacyjnego i nadzwyczajnego w tym opisie? Czy małżeństwo, lub szerzej, rodzina, nie funkcjonują w oparciu o ten sam mechanizm wsparcia i jedności w życiowych trudnościach? A może jest tak, że z powodu swoich osobistych doświadczeń rodzinnych autor nie jest w stanie dostrzec w rodzinie analogicznego mechanizmu? Wówczas jednak mamy do czynienia jedynie z projekcją własnych uprzedzeń i idiosynkrazji, która bardziej mogłaby zainteresować psychologa niż stanowić uzasadnione wezwanie do przebudowania relacji społecznych w imię coraz większej emancypacji.
Emancypacyjny charakter polityki egzystencji doskonale widać we fragmencie, w którym autor pisze, że społecznie nietypowy charakter przyjaźni „jest zakorzeniony w fundamentalny sposób w tym, że polega na zerwaniu z tradycyjną organizacją życia oraz cyklu życia, a w tym kontekście, rzecz jasna, także z porządkiem rodzinnym”. Nieco komiczne, że autor chwile później wspomina o wspólnym świętowaniu Bożego Narodzenia. Nawet tam jednak świętowanie ma charakter emancypacyjny, ponieważ nie odbywa się w gronie rodzinnym, a decyzja o tym była dla niektórych z nich zdarzeniem w życiu przełomowym. Na tej samej stronie autor podejmuje kwestię rezygnacji ze spędzania świąt Bożego Narodzenia w gronie rodzinnym. Pyta, czy aby stało się to możliwe, nie wystarczyłoby po prostu o tym zadecydować. Zastanawia się przy tym, co sprawia, że dla niektórych taka decyzja jest trudna. Oczywiście każdy, kto czytał „Powrót do Reims” Eribona doskonale wie, co trzeba zrobić, aby decyzja taka była możliwa i dlaczego dla niektórych może ona być trudna. Jej warunkiem jest bowiem decyzja o wykorzenieniu i faktycznym zerwaniu rodzinnych więzi krwi. Autor pisze o zdeterminowaniu przez jakąś formę dominującego familizmu, z powodu którego osoba cierpi. Nie dostrzega jednak, że wbrew temu, co napisał, sens wspólnego świętowania w gronie rodzinnym nie wyczerpuje się w dynamice mechanizmów społecznych. Co więcej, fakt, że panowie spędzają święta Bożego Narodzenia w swoim gronie, jasno obrazuje, w jaki sposób akt desakralizacji ponownie sakralizuje nową rzeczywistość.
De Lagasnerie dokonuje także krytyki idei towarzyskości, która w relacji przyjacielskiej musi zostać wykluczona. W takim razie jednak przyjaźń jest formą wyłączającą, w jakiś sposób aspołeczną. Towarzyskość jest wartościowana negatywnie, ponieważ podtrzymuje społeczne więzi, które autor postrzega jako pozorne i konserwatywne. Towarzyskość jest warunkiem i podtrzymuje familizm. Pytanie, jak do tej krytyki towarzyskości ma się idea rzekomej otwartości, o której wcześniej pisze. Okazuje się, że nasza otwartość dokonuje się poprzez selekcję i wykluczenie. Autor zresztą wprost pisze, że „z punktu widzenia kształtowania polityki egzystencji uczynienie z przyjaźni stylu życia prowadzi nieuchronnie do przyswojenia skłonności, emocji, intensywnych odczuć każących nam się oddalić od nic niewnoszących relacji towarzyskich”. Model ten zatem powiela dokładnie ten sam schemat pod szyldem „nasizmu”: wolność, otwartość – tak, ale tylko dla naszych, czyli twórczo użytecznych, rozwijających nasze Ja.
Ponadto, w krytyce towarzyskości pobrzmiewa zupełnie niezauważalne dla niego echo kulturowego narcyzmu, który opisał Richard Sennett w „Upadku człowieka publicznego”. Idea przyjaźni jako regulatora zachowań społecznych wyklucza człowieka towarzyskiego, którego socjolog przeciwstawia narcyzowi. Co więcej, towarzyskość nie tylko umożliwiała bycie z innymi ludźmi, ale wcale nie musiała być postrzegana jako nieautentyczna – staje się tak dopiero wtedy, gdy kultura/sfera publiczna jest traktowana jako opresyjna wobec podmiotu, a nie jego sprzymierzeniec w wyrażaniu emocji oraz pomocnik w przeżywaniu choćby sytuacji trudnych egzystencjalnie.
Są też fragmenty książki, które uważamy wręcz za kuriozalne, jak na przykład ten: „Ile dzieł nigdy nie ujrzało światła dziennego, bo zamiast pracować, szliśmy na plac zabaw, organizowaliśmy przyjęcie urodzinowe albo nudziliśmy się podczas rodzinnych obiadów. Ile dzieł abortowano, ponieważ urodziły się dzieci”. Z tego fragmentu wynika, że lepiej będzie abortować dzieci, aby mogły narodzić się wiekopomne dzieła. Do tego naszym zdaniem prowadzi przyswojenie lewicowo-posthumanistycznej retoryki, w której wszystko, ludzie i rzeczy, są ustawione na tej samej płaszczyźnie, co koniec końców prowadzi do uprzedmiotowienia ludzi przy jednoczesnym upodmiotowieniu rzeczy.
Książka de Lagasnerie hołduje wszystkiemu temu, co jest zagrożeniem dla trwania naszej kultury. Ta propozycja ma postać anarcho-libertariańską. Książka pokazuje, mimo pięknie brzmiącej obietnicy, wszelkie patologie kultury skrajnie liberalnej, gdzie tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest skutek w postaci cywilizacyjnego samobójstwa, gdyż jedynym, co liczy się dla „nowej lewicy”, jest troska – koniec końców – o samego siebie.
W trakcie lektury pracy de Lagasnerie towarzyszyło nam przekonanie, że jest ona owocem syndromu Piotrusia Pana, będącego wyrazem niedojrzałej kultury. Autor nie chce dorosnąć i dlatego buntuje się przeciwko etapowości życia ludzkiego. Żali się, że pewne relacje są czasowe, że człowiek dorasta i przechodzi z jednego etapu do drugiego. Widzi w tym potęgę społecznego determinizmu, „mechanizmy egzystencjalnego wywłaszczania”, „wykradzenie egzystencji”. Słowem nie wspomina o dorastaniu, inicjacji, dojrzewaniu, budowaniu głębszych relacji, które przecież nie muszą się kończyć wraz z zawarciem małżeństwa, choć oczywiście w jego ramach mogą się także realizować. Z tego to względu pragnie przeciwstawić biegowi wydarzeń politykę egzystencji, która uczyni możliwymi utopijne dążenie do innego życia i umożliwi wynalezienie „nierepresyjnych sposobów życia”.
Ale co właściwie oznacza ta „nierepresyjność”? Tego autor nie pisze, ale zdaje się, że chodzi głównie o wolność od zobowiązań, co daje się wyczytać w całej jego książce. „Projekt cywilizacji wolnościowej” oznaczałby „wolność od”. Autor jednak nie potrafi zaproponować żadnej koncepcji wolności pozytywnej, poza jakimiś ogólnikami lub sloganami mówiącymi o autonomii, swobodzie, radości, kreatywności, otwartości.
„We trzech” Geoffroy’a de Lagasnerie znakomicie pokazuje, jak własne klasowo-tożsamościowe idiosynkrazje, lęki, fobie, traumy, stają się zalążkiem projektu nowej kultury, będącej odzwierciedleniem jego wyobrażeń, której są raczej odczuwane niż analizowane. W rodzącej się kulturze rolą „nowej lewicy” jest zagwarantowanie jak największej swobody indywidualnej „wolnym duchom” przy jednoczesnym delegowaniu na państwo zabezpieczenia ich interesu i wszelkich form komfortu – wtedy rzecz jasna państwo jest dobre. To po pierwsze. Po drugie, inną rolą jest kulturowa (i nie tylko) opresja wobec ludzi stawiających na rodzinę i dzieci, gdyż jest to przejaw ideologii konserwatyzmu. Konserwatyzmu, dodajmy, prawdziwego lub domniemanego, lecz dla Piotrusia Pana nie ma to znaczenia, gdyż dziecko bierze swoje wyobrażenia o rzeczywistości za rzeczywistość. Oto przepis na porażkę lewicy: uznać, że rodzenie dzieci to konserwatyzm, a rodzina to źródło cierpień. Zachwyt nad tą jakoby „przewspaniałą książką”, wypowiadany od „Krytyki Politycznej” po „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Powszechny”, uważamy za nieuzasadniony.
dr hab. Michał Rydlewski, dr Tomasz Siwiec
Grafika w nagłówku tekstu: Rosy / Bad Homburg / Germany from Pixabay
przez redakcja | sobota 11 kwietnia 2026 | aktualności
Związkowcy z „Solidarności” protestują przeciwko kolejnym niekorzystnym planom władz spółki.
Jak informuje portal Tysol.pl, Prezydium Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej alarmuje o działaniach zarządu spółki. Związkowcy twierdzą, że prowadzone działania zmierzają do przekazania zewnętrznej firmie jednej z głównych i przyszłościowych struktur – segmentu tzw. KEP (Kurier, Ekspres, Paczka).
Związkowcy z „Solidarności” napisali w swoim stanowisku: „Z dostępnych informacji wynika, że rozważany model współpracy oznacza faktyczne wyprowadzenie kluczowego obszaru działalności operacyjnej poza struktury Spółki i uzależnienie go od bezpośredniego konkurenta. Oddanie segmentu KEP oznacza rezygnację z jednego z ostatnich obszarów realnego wzrostu i konkurencyjności. To nie jest optymalizacja, lecz trwałe osłabienie pozycji rynkowej i przekazanie relacji z klientem podmiotowi zewnętrznemu”.
W swoim piśmie dodają: „Sprowadzenie Poczty Polskiej do roli pośrednika logistycznego oznacza utratę samodzielności operacyjnej i kontroli nad kluczowym segmentem działalności. W praktyce jest to rezygnacja z budowanego przez dekady potencjału infrastrukturalnego i kompetencyjnego. Jako operator wyznaczony Poczta Polska pełni funkcję elementu infrastruktury krytycznej. Uzależnienie kluczowego segmentu logistycznego od podmiotu prywatnego oznacza utratę kontroli nad istotną częścią obrotu pocztowego. Proces przygotowania tego typu decyzji odbywa się bez rzetelnej informacji i bez rzeczywistych konsultacji ze stroną społeczną, co narusza podstawowe standardy zarządzania spółką o szczególnym znaczeniu publicznym”.
Związkowcy z „Solidarności” domagają się natychmiastowego wstrzymania działań dotyczących przekazania segmentu KEP podmiotowi zewnętrznemu. Żądają także przedstawienia pełnej analizy ekonomicznej i strategicznej takich pomysłów, wraz z analizą dotyczącą stanu zatrudnienia i wyników finansowych po planowanych zmianach.
przez redakcja | czwartek 9 kwietnia 2026 | aktualności
Styczeń 2026 roku przejdzie do historii PKP Intercity jako miesiąc wstydu – prawie połowa pociągów przyjeżdżała z opóźnieniem, pasażerowie godzinami tkwili na peronach, a pojedyncze składy spóźniały się nawet ponad kilkaset minut. Mimo to Ministerstwo Infrastruktury odmówiło ujawnienia, ile kar nałożyło na przewoźnika korzystającego z pieniędzy publicznych, zasłaniając się tajemnicą przedsiębiorstwa. Poseł Michał Moskal (PiS), który złożył interpelację w tej sprawie, nie kryje oburzenia.
W styczniu 2026 r. punktualność PKP Intercity przy przyjazdach wyniosła zaledwie 53,4% – niemal co drugi pociąg dalekobieżny w Polsce przyjeżdżał z opóźnieniem. Rok wcześniej, w analogicznym miesiącu, wskaźnik ten wynosił 74,4%, a średnia dla ostatnich lat oscylowała w okolicach 80–90%. Oznacza to spadek o ponad 20 punktów procentowych rok do roku i najgorszy wynik od wielu lat. Punktualność przy odjazdach spadła z 89,3% do 78,0%, co w praktyce oznacza masowe rozminięcie się rozkładu jazdy z rzeczywistością.
Paraliż kolei nie był chwilowym incydentem. Już na początku miesiąca podróżni w całym kraju mierzyli się z odwołaniami kursów i opóźnieniami sięgającymi kilkuset minut. Kulminacja nastąpiła 25–26 stycznia, gdy oblodzona sieć trakcyjna i awarie urządzeń doprowadziły do wstrzymania ruchu na kluczowych odcinkach w zachodniej Polsce, w tym między Poznaniem a Wrocławiem, Szczecinem i Frankfurtem nad Odrą. Pojedyncze pociągi – jak „Przemyślanin” czy „Podhalanin” – przyjeżdżały z opóźnieniem przekraczającym 200 minut, a w ciągu jednej doby odwołano setki połączeń. Oblodzona sieć trakcyjna, zamarzające rozjazdy i problemy z taborem złożyły się na miesiąc chaosu, którego konsekwencje ponieśli wyłącznie pasażerowie.
W tym samym czasie PKP Intercity korzysta z rekordowego poziomu finansowania ze środków publicznych. Spółka realizuje umowę o świadczenie usług publicznych (PSC – Public Service Contract) zawartą na lata 2021–2030, której łączna wartość sięga blisko 30 mld zł. Tylko w 2026 roku przewidziano dla niej rekompensatę w wysokości około 2,76 mld zł z budżetu państwa. Obywatele płacą więc miliardy za usługę, która w styczniu została wykonana na poziomie punktualności zbliżonym do rzutu monetą.
Na początku marca poseł Michał Moskal złożył interpelację, w której zadał Ministrowi Infrastruktury dziesięć szczegółowych pytań. Dotyczyły one m.in. łącznej kwoty kar umownych naliczonych PKP Intercity za styczeń 2026 r., zestawienia kategorii naruszeń (opóźnienia, odwołania, przepełnienia, brak asysty dla osób z niepełnosprawnościami), szczegółowych danych jakościowych, planowanych dodatkowych sankcji oraz zamiaru publikowania cyklicznych raportów z wykonania umowy PSC.
Odpowiedź – podpisana 3 kwietnia przez Podsekretarza Stanu Piotra Malepszaka – okazała się w dużej części odmową ujawnienia informacji. Na pytanie o łączną kwotę kar za styczeń 2026 r. Ministerstwo stwierdziło jedynie, że kary „zostaną naliczone zgodnie z warunkami umowy PSC” oraz że według wstępnych szacunków „łączna kwota kar będzie znacznie wyższa niż za styczeń 2025 r.”. Nie podano żadnej konkretnej wartości, nie wskazano statusu zapłaty ani etapu dochodzenia roszczeń wobec przewoźnika. Komunikat powstał przy tym ponad dwa miesiące po zakończeniu miesiąca, którego dotyczy pytanie.
Jeszcze dalej idzie odpowiedź na pytania o szczegółowe zestawienia kar i danych jakościowych. W odniesieniu do tabelarycznego wykazu kar według rodzajów naruszeń – od opóźnień na wyjeździe i przybyciu, przez odwołania z komunikacją zastępczą i bez niej, po przepełnienia i brak asysty dla osób z niepełnosprawnościami – Ministerstwo poinformowało, że treść sprawozdań jest objęta tajemnicą przedsiębiorstwa PKP Intercity S.A. i nie zostanie upubliczniona. Tą samą formułą zasłonięto pięć kolejnych pytań, w których poseł prosił m.in. o szczegółowe dane dotyczące liczby odwołanych pociągów, struktury opóźnień czy skarg pasażerów. Siedem z dziesięciu pytań znalazło się nie doczekało odpowiedzi z powodu tajemnicy przedsiębiorstwa.
Równie krytycznie należy ocenić odpowiedzi na pytania o działania naprawcze. Minister Infrastruktury zapytany, czy dramatyczne wyniki jakościowe za styczeń uzasadniają dodatkowe sankcje – takie jak zaostrzenie progów jakościowych czy inne środki dyscyplinujące – minister uznał, że „sankcje w postaci kar umownych są wystarczające”, argumentując to ich spodziewanie wysoką wartością. Wskazał również, że część opóźnień wynika z przyczyn leżących po stronie zarządcy infrastruktury, a nie samego przewoźnika, ale nie podał żadnych danych liczbowych, które pozwoliłyby ocenić skalę tej różnicy.
Ministerstwo jednoznacznie odmówiło także wprowadzenia jawności danych o wykonaniu umowy PSC dla opinii publicznej. Na pytanie o publikowanie cyklicznych raportów zawierających pełne dane dotyczące punktualności, liczby odwołanych pociągów, wyników kontroli jakości oraz naliczonych kar odpowiedziało, że nie planuje się ich udostępniania, ponieważ miałoby to naruszać tajemnicę przedsiębiorstwa PKP Intercity.
Wreszcie, zapytane o zamiar przeglądu i rewizji umowy PSC – tak, aby lepiej rozróżnić odpowiedzialność pomiędzy PKP Intercity a zarządcami infrastruktury, wprowadzić progresywne kary za długotrwałe i powtarzające się naruszenia oraz powiązać poziom rekompensaty z realnie osiąganymi parametrami jakości – Ministerstwo zapowiedziało jedynie, że możliwość zaostrzenia systemu kar będzie analizowana w kontekście nowych umów zawieranych po 2030 r. Zaś podpunkt dotyczący samego rozdziału odpowiedzialności pomiędzy przewoźnika a zarządcę infrastruktury w ogóle nie doczekał się merytorycznej odpowiedzi.
— „To jest obraz państwa, w którym pasażer ma czekać na mrozie, podatnik ma płacić miliardy, a minister ma chować kompromitujące dane do szuflady pod pretekstem tajemnicy przedsiębiorstwa. Dopóki rząd nie pokaże pełnych danych o karach i nie powiąże rekompensaty z realną jakością usług, PKP Intercity będzie traktować rozkład jazdy jak luźną sugestię, a nie zobowiązanie wobec obywateli” — podsumowuje poseł Michał Moskal.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski