Koniec z patoklitkami

Koniec z patoklitkami

Minimalna powierzchnia lokalu użytkowego ma wynosić 25 m kw., poinformował w piątek minister rozwoju i technologii Waldemar Buda. Takie rozwiązanie ma przeciwdziałać wykorzystaniu małych lokali użytkowych jako mieszkań.

Jak informuje Portal Samorządowy, szef resortu rozwoju i technologii w piątek na konferencji informował o rozwiązaniach mających przeciwdziałać tzw. patodeweloperce. Jedno z nowych rozwiązań przewiduje, iż minimalna powierzchnia lokalu użytkowego ma wynieść 25 m kw. Ma to nie dotyczyć lokali na parterze lub pierwszym piętrze, które są dostępne bezpośrednio z zewnątrz.

Szef MRiT wyjaśnił, że proponowane rozwiązanie ma przeciwdziałać zjawisku budowy i wykorzystywaniu małych lokali użytkowych jako lokali mieszkalnych.

Kolejną z propozycji jest zwiększenie odległości między budynkami znajdującymi się na sąsiadujących działkach. Obecnie są to 4 m do granicy działki (czyli minimum 8 metrów między budynkami); po zmianie ma być to minimum 5 metrów do granicy działki, czyli 10 metrów między budynkami.

Kolejna zmiana dotyczy budowy balkonów. Po zmianie przepisów będą obowiązywały zasady dotyczące przegród między balkonami. Określona zostanie minimalna wysokość i szerokość przegrody; będą musiały one też przepuszczać odpowiednią ilość światła.

Podwyżki w Alstomie ZWUS

Podwyżki w Alstomie ZWUS

Od kwietnia wynagrodzenia pracowników firmy Alstom ZWUS w Katowicach wzrosną co najmniej o 650 zł brutto. To minimalna kwota podwyżki wynegocjowana przez związki zawodowe.

Jak informuje portal pulshr.pl, porozumienie płacowe przedstawiciele organizacji związkowych podpisali z pracodawcą 23 marca.

Część puli środków przeznaczona na wzrost wynagrodzeń zostanie rozdysponowana na podwyżki indywidualne, m.in. dla najmniej zarabiających pracowników. Ponadto część pracowników firmy otrzyma podwyżki uznaniowe, o przyznaniu których zdecydują przełożeni.

Alstom ZWUS w Katowicach produkuje systemy oraz urządzania sterowania i zabezpieczania ruchu kolejowego. Spółka zatrudnia niespełna 1000 osób.

Dochód rozporządzalny coraz wyższy?

Dochód rozporządzalny coraz wyższy?

Dochód rozporządzalny na osobę w 2022 roku w Polsce wyniósł 2249,79 zł, podał Główny Urząd Statystyczny. To o 9,1 proc. więcej niż rok wcześniej, ale jednak mniej niż wynosi wskaźnik inflacji.

Jak informuje portal 300gospodarka.pl, według danych GUS tempo wzrostu dochodu rozporządzalnego w 2022 r. przyspieszyło względem 2021 r. Rok wcześniej dochód rozporządzalny zwiększył się o 7,5 proc. w porównaniu z 2020 rokiem.

Dochód rozporządzalny stale rośnie, choć tempo tego wzrostu jest różne w poszczególnych latach. Jednak tak szybkiego wzrostu nie było co najmniej od 2008 roku. Zgodnie z definicją dochód rozporządzalny to pozyskane pieniądze np. z pracy i świadczeń, jakie gospodarstwo domowe może przeznaczyć na wydatki i oszczędności po zapłaceniu podatków i składek, np. składki zdrowotnej i ZUS.

Nie ma zmian bez naszej zgody

Nie ma zmian bez naszej zgody

Trzy reprezentatywne centrale związkowe: Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ), NSZZ „Solidarność”, Forum Związków Zawodowych (FZZ) podjęły działania na rzecz zmiany przepisów projektu tzw. rozporządzenia metanowego, którym obecnie zajmuje się Parlament Europejski.

Jak wynika z rozsyłanego w informacjach prasowych stanowiska OPZZ, jego przyjęcie będzie miało katastrofalne skutki dla polskiej gospodarki. Oznaczać będzie konieczność nagłego zamknięcia większości kopalń węgla energetycznego w Polsce. Aby do tego nie dopuścić trzy centrale związkowe skierowały do Roberty Matsoli – przewodniczącej Parlamentu Europejskiego – stanowisko, w którym domagają się uwzględniania w pracach legislacyjnych Parlamentu uwag i postulatów zgłoszonych przez związki zawodowe. Pod wspólnym stanowiskiem z dnia 23 marca 2023 r. podpisali się: przewodniczący OPZZ Piotr Ostrowski, Dorota Gardias, liderka FZZ oraz Piotr Duda, szef NSZZ „Solidarność”.

Zapisy projektu rozporządzenia o redukcji emisji metanu mogą spowodować zamknięcie większości kopalń węgla energetycznego w Polsce już w ciągu niecałych czterech lat. Byłaby to sytuacja dalece niekorzystna zarówno dla pracowników, szczególnie w kontekście sprawiedliwej transformacji, jak i dla funkcjonowania polskiego systemu energetycznego i niezależności surowcowej kraju – wskazuje Piotr Ostrowski, przewodniczący OPZZ.

Procedowane normy przewidują zakaz emisji dla kopalń podziemnych powyżej 5 ton metanu na 1000 ton wydobytego węgla już od 1 stycznia 2027 r. i zaostrzenie normy do 3 ton od 1 stycznia 2031 r. Problem w tym, że proponowane progi przekracza obecnie ponad 80% polskich kopalń, emitując między 8 a 14 ton metanu na 1000 ton wydobycia. Zakaz emisji wiąże się z karami w formie grzywny, które mają być dotkliwe na tyle, by pozbawiać zakładów korzyści ekonomicznej i zwiększać się wraz z powtarzaniem zabronionego czynu. Według przewidywań spółek górniczych kary mogłyby wynosić 1,5 – 2 mld zł rocznie, co faktycznie uniemożliwiłoby funkcjonowanie przedsiębiorstw i wymuszało likwidację kopalń wraz ze zwolnieniami pracowników już w 2027 roku. Dlatego OPZZ nie ustaje w podejmowaniu działań zapobiegawczych. Tym razem, z inicjatywy OPZZ, trzy reprezentatywne związki zwróciły się do Roberty Matsoli, przewodniczącej Parlamentu Europejskiego, w którym trwają obecnie prace nad treścią dokumentu.

Sprawa dotyczy wszystkich pracowników, dlatego trzy największe centrale związkowe postanowiły działać wspólnie i wystosować stanowisko, w którym sygnalizują przewodniczącej Matsoli problemy i niepożądane skutki, jakie dokument w obecnej formie może nieść, takie jak: masowe zwolnienia pracowników, zapaść regionów górniczych czy problemy z dostawami energii w Polsce. Przewodniczący związków zawodowych apelują w nim do szefowej PE o dostosowanie nowo tworzonego prawa do realnych możliwości adaptacyjnych polskich kopalń.

Treść stanowiska central związkowych:

Wspólne stanowisko FZZ, NSZZ „Solidarność”, OPZZ dotyczące projektu rozporządzenia w sprawie redukcji emisji metanu w sektorze energetycznym oraz zmieniającego rozporządzenie (UE) 2019/942.

Jako przedstawiciele Forum Związków Zawodowych (FZZ), Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” (NSZZ „Solidarność”), Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ) – reprezentatywnych central związkowych w Polsce pragniemy zwrócić uwagę na zagrożenia wynikające z zapisów projektu rozporządzenia w sprawie redukcji emisji metanu w sektorze energetycznym oraz zmieniającego rozporządzenie (UE) 2019/942. Wzywamy Posłanki i Posłów Parlamentu Europejskiego do wprowadzenia zmian w projekcie, w celu nadania mu kształtu społecznie i ekonomicznie akceptowalnego dla osiągnięcia neutralności klimatycznej.
W naszej ocenie wprowadzenie tzw. rozporządzenia metanowego w formie proponowanej przez Radę Unii Europejskiej będzie katastrofą dla bezpieczeństwa energetycznego Polski, a także dramatem dla setek tysięcy pracowników w naszym kraju. Proponowane normy ograniczające emisje są niemożliwe do spełnienia przez jakąkolwiek metanową kopalnię węgla w Polsce. Wejście w życie zapisów z limitami 5 a potem 3 ton metanu na 1000 ton wydobycia węgla oznaczać będzie konieczność zamknięcia większości kopalń węgla energetycznego już w 2027 roku, w ciągu niecałych czterech lat. W związku z tym zaproponowane przez Radę limity są nie do przyjęcia.

Projekt rozporządzenia wpłynie negatywnie na bezpieczeństwo energetyczne Polski. Węgiel zamiast być w najbliższych latach wydobywany na miejscu, będzie musiał zostać importowany spoza Unii Europejskiej, z krajów których limity emisji metanu nie obejmują. Zwiększy to zależność Polski, a więc i Unii Europejskiej od surowców energetycznych spoza Wspólnoty. Nie zmieni jednocześnie ogólnego poziomu emisji metanu.

Nagłe zakończenie wydobycia w Polsce wywoła jednak zapaść społecznoekonomiczną w górniczych regionach kraju. Rozporządzenie w zaproponowanym kształcie zagraża bezpośrednio i pośrednio ponad dwustu pięćdziesięciu tysiącom miejsc pracy.

Rozporządzenie zmusza do szybkich, nieplanowych likwidacji zakładów górniczych. To burzy szansę na stopniową transformację sektora energetycznego w Polsce i doprowadzi do licznych problemów społecznych oraz postawi w złym świetle cały europejski proces działań na rzecz sprawiedliwej transformacji. Sprawiedliwa transformacja nie może być oparta na rozwiązaniach przemocowych i nieakceptowanych przez społeczeństwo!

Należy pamiętać, że Polski system energetyczny opiera się na modelu, w którym 75% produkcji prądu pochodzi z węgla, w tym ponad 50% z węgla kamiennego. Podobnie z ciepłownictwem – zdecydowana większość energii cieplnej w Polsce pochodzi z węgla kamiennego. Nowe prawo spowoduje bardzo poważny problem z zapewnieniem surowca krajowej energetyce stawiając pod znakiem zapytania możliwość jej funkcjonowania w ogóle. Za kilka lat mieszkańcy Polski mogą nie mieć czym ogrzać domów, co zwiększy – i tak już wysokie – ubóstwo energetyczne.

Zauważamy także, że projekt rozporządzenia jest sprzeczny z Umową Społeczną z 2021 roku podpisaną przez przedstawicieli polskiego rządu ze związkami zawodowymi, która przewiduje stopniowe wygaszanie kopalń węgla energetycznego do roku 2049. Co więcej, jest niezgodny z przyjętymi przez polski rząd dokumentami takimi jak „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” oraz „Krajowy plan na rzecz energii i klimatu na lata 2021-2030”, przewidującymi wykorzystanie krajowego węgla jako kluczowego paliwa co najmniej do czasu powstania realnych alternatyw w postaci innych stabilnych źródeł energii.

Projektowane prawo ma w przyszłości dotyczyć kopalń węgla koksowego, kluczowego w procesie produkcji stali. Kopalnie te nie są obecnie przewidziane do wygaszania, ponieważ węgiel koksowy jest na liście surowców krytycznych Unii Europejskiej, co zostało potwierdzone przez wniosek Komisji Europejskiej z 16 marca 2023. Jako że Polska jest jedynym producentem tego surowca we Wspólnocie, niezbędne jest utrzymanie wydobycia w naszym kraju jako istotnego dla niezależności surowcowej całej Unii i wypełnienia jej własnych ustaleń.

FZZ, NSZZ „Solidarność”, OPZZ wyrażają jednoznacznie negatywne stanowisko na temat projektu rozporządzenia metanowego. Procedowany projekt rozporządzenia niesie za sobą wiele poważnych zagrożeń dla całego polskiego społeczeństwa, a także dla niezależności energetycznej UE. Ignoruje jednocześnie krajowe ustalenia i realne możliwości dostosowania się sektora paliwowo-energetycznego. W związku z powyższym centrale związkowe wzywają Posłanki i Posłów Parlamentu Europejskiego o ponowne przeanalizowanie skutków proponowanej regulacji i uwzględnienie postulatów zgłaszanych przez związki zawodowe.

 

Ikea naruszyła prawo pracy

Ikea naruszyła prawo pracy

Rozwiązanie umowy z Dariuszem Kawką z IKEA Industry Lubawa „w sposób rażący naruszyło przepisy prawa pracy”, jak stwierdził sąd.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, w poniedziałek 28 listopada Dariusz Kawka, przewodniczący organizacji związkowej NSZZ „Solidarność” IKEA Industry Lubawa, został zwolniony z pracy. Wedle pracodawcy przyczynami uzasadniającymi rozwiązanie z nim umowy o pracę były „powtarzające się naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych przez związkowca”.

Dariusz Kawka jest przewodniczącym Organizacji Związkowej NSZZ „Solidarność” IKEA Industry Lubawa, delegatem Europejskiej Rady Zakładowej IKEA Industry i jednocześnie radnym Miasta Lubawa.15 listopada do Rady Miejskiej w Lubawie wpłynęło pismo z IKEA Industry Lubawa o zamiarze rozwiązania umowy o pracę z radnym Dariuszem Kawką. Trzy dni później podczas nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Lubawa wyrażono zgodę na jego zwolnienie. W ten sam dzień, 18 listopada, ponad 300 pracowników firmy IKEA pikietowało pod bramą zakładu w Lubawie, solidaryzując się ze związkowcem.

Komisja Zakładowa NSZZ ,,Solidarność” IKEA Industry Lubawa nie wyraziła zgody na rozwiązanie umowy o pracę z Dariuszem Kawką. W piśmie z 23 listopada skierowanym do pracodawcy Komisja Zakładowa wskazała, że „pracownik nie naruszył w ciężki sposób podstawowych obowiązków pracowniczych, co więcej, podane przyczyny w naszej ocenie są nieprawdziwe”.

Zamiar rozwiązania stosunku pracy z Przewodniczącym Kawką ma postać szykany ze względu na jego legalną i aktywną działalność związkową, m.in. wszczęcia bezpodstawnie nieuznawanego przez Pracodawcę sporu zbiorowego, aktywnego działania na rzecz poprawy warunków pracy i wynagradzania – czytamy w piśmie.

Dzisiaj otrzymałem wyrok nakazowy Sądu Rejonowego w Iławie II Wydział Karny o uznanie za winną osobę ze ścisłego Kierownictwa Top Menagmentu IKEA Industry Lubawa – przekazuje Dariusz Kawka, przewodniczący tamtejszej organizacji związkowej NSZZ „Solidarność”, który został zwolniony z pracy w listopadzie ubiegłego roku.

Ubywa ubogich?

Ubywa ubogich?

Według informacji, które podaje „Dziennik Gazeta Prawna”, ze statystyk Ministerstwa Finansów wynika, że przez ostatnie cztery lata zmalała liczba zeznań podatkowych, w których wykazano roczne dochody niższe niż 20 tys. zł.

W rozliczeniu za 2018 r. do urzędów skarbowych trafiło 8 mln 488 tys. deklaracji, w których roczne dochody nie przekroczyły tej kwoty. W rozliczeniu za 2021 r. takich zeznań ubyło i ich liczba spadła do 5 mln 372 tys. To pozwala wyciągnąć wniosek, że w czasie pandemii Polacy nie zbiednieli. Potwierdzać to zdaje się także malejąca liczba deklaracji o rocznych dochodach nieprzekraczających 40 tys. zł. W 2018 r. było ich 8 mln 479 tys., a w 2021 r. już 7 mln 952 tys. zł.

Ostatnia grupa, której dotyczą statystyki ministerstwa, to osoby, których roczne dochody znajdują się powyżej granicy 1 mln zł. Można tutaj zaobserwować niewielki przyrost.

Jednak zdaniem specjalistów z danych resortu finansów nie można wyciągać jednoznacznych wniosków, że Polacy się mocno bogacą.

 

Poczta czeska zwalnia

Poczta czeska zwalnia

258 pracowników Czeskiej Poczty zatrudnionych w województwie morawsko-śląskim od 1 czerwca znajdzie się na bruku. W całym kraju zwolnionych zostanie aż 2269 osób.

Jak informuje portal glos.live, z tej liczby 1388 osób stanowią pracownicy zatrudnieni w okienkach, 511 to listonosze, a 320 osób to pracownicy niższego managementu. Najwięcej zwolnień będzie dotyczyć województwa środkowoczeskiego (302), województwo morawsko-śląskie plasuje się na drugim miejscu, za nim województwo południowomorawskie (238) i Praga (236).

Zwolnienia pracowników są wynikiem zaplanowanej likwidacji urzędów pocztowych. Jak poinformowało czeskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, ich liczba zmniejszy się z 3200 do 2900. Zamykanie poszczególnych placówek ma dotyczyć głównie miast, gdzie jest ich kilka, a nawet kilkanaście.

Polacy chcą 1000 plus

Polacy chcą 1000 plus

Polacy wyraźnie powiedzieli, czego oczekują od rządzących. W sondażu Instytutu Badań Pollster aż 70 proc. badanych stwierdziło, że podniesienie 500 plus do 1000 zł pomoże PiS wygrać jesienne wybory parlamentarne.

Jak informuje Portasl Samorządowy, z sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu” wynika, że w badaniu zapytano Polaków, czy podniesienie świadczenia 500 plus do 1000 zł pomoże PiS wygrać wybory. 28 proc. ankietowanych stwierdziło, że tak; 42 proc. odpowiedziało, że raczej tak; 10 proc., że nie, a 20 proc., że raczej nie.

Na razie brak jasnych deklaracji ze strony rządu w tej sprawie, jednak politycy PiS, z którymi rozmawiał „Super Express”, przyznają, że potrzebna jest korekta programu 500 plus. Należy podnieść to świadczenie np. do 800 zł – stwierdził europoseł Ryszard Czarnecki. Z tą opinią zgodził się poseł klubu PiS Tadeusz Cymański, choć zastrzegł, że taka podwyżka wymagałaby wprowadzenia progu dochodowego.

Do Czech szybciej? I to przez Jastrzębie

Do Czech szybciej? I to przez Jastrzębie

Spółka CPK zaprezentowała 22 marca wariant inwestorski planowanej linii kolejowej dużych prędkości Katowice – Ostrawa. Plany zakładają m.in. poprowadzenie nowej linii na terenie Mikołowa wzdłuż istniejącej linii kolejowej nr 140.

Jak informuje portal wnp.pl, infrastruktura budowana przez CPK będzie zintegrowana z pozostałą siecią kolejową. Poza połączeniami premium, najszybszymi, na nowej linii mają powstać mniejsze stacje i przystanki, a także łącznice.

Jako rekomendowany eksperci CPK wskazali wariant W72, który przewiduje budowę nowych stacji kolejowych m.in. w Żorach Północnych i Mszanie, możliwość powstania terminala intermodalnego w Wodzisławiu Śląskim, dodatkowy odcinek łączący Wodzisław Śląski i centrum Jastrzębia-Zdroju oraz nowe odcinki umożliwiające szybkie połączenia m.in. Rybnika i Żor z Katowicami i resztą kraju.

Projekt CPK zapewni włączenie do sieci kolejowej 90-tysięcznego Jastrzębia-Zdroju, czyli największego dziś miasta w Polsce bez dostępu do kolei. Powstaną nowe dworce i przystanki kolejowe, np. Jastrzębie-Zdrój Centrum i Zachód. Dzięki inwestycjom CPK na Śląsku kolej obejmie swoim zasięgiem ponad 3,5 mln mieszkańców tego regionu.

Zgodnie z informacją koordynatora ds. odcinka Katowice – Ostrawa w pionie kolejowym CPK Macieja Pańczaka, wybrany wariant z przebiegiem na terenie Mikołowa wzdłuż istniejącej linii nr 140 Katowice – Rybnik zakłada najmniejszą z możliwych liczbę wyburzeń domów mieszkalnych – ok. 550.

Nie zanosi się na podatek katastralny

Nie zanosi się na podatek katastralny

Z raportu Instytutu Finansów wynika, że jeszcze długo nie doczekamy się w Polsce podatku katastralnego. Powody to m.in. brak odpowiedniej bazy nieruchomości oraz sprzeciw społeczny.

Jak informuje pulshr.pl, z opublikowanego we wtorek raportu Instytutu Finansów „Opodatkowanie nieruchomości w Polsce na tle systemów europejskich. Wybrane problemy i propozycje zmian” wynika, że od pewnego czasu, z różnym natężeniem, powraca w Polsce dyskusja na temat wprowadzenia podatku katastralnego.

Przeprowadzenie takiej reformy podatków od nieruchomości w Polsce należy obiektywnie uznać za zadanie niezmiernie złożone i trudne do zrealizowania. Kluczowe jest stworzenie jednolitej, pełnej i aktualnej bazy informacji o nieruchomościach, a także dokonanie ich wyceny – stwierdzono. Jak podkreślono, stan zaawansowania prac w zakresie ewidencji nieruchomości (w tym tworzenia informatycznej bazy danych) pozostawia wiele do życzenia.

Podatki od nieruchomości są bardzo niepopularne wśród podatników. Od lat brakuje woli politycznej wprowadzenia reformy opodatkowania nieruchomości. A powodzenie takiej reformy zależy w istotnej mierze od jej zrozumienia przez podatników – zaznaczono w opracowaniu Instytutu Finansów.

Zdaniem autorów raportu wprowadzenie podatku od wartości nieruchomości wymaga przygotowania podatników do nowej formuły (rzetelnie przygotowane i przeprowadzone akcje edukacyjne i promocyjne; publiczne debaty, w których zwraca się uwagę na jej zalety i wady; informacje, w jaki sposób wpłynie ona na obciążenia podatkowe).

 

Cztery dni pracy mają sens

Cztery dni pracy mają sens

Badanie brytyjskie wykazało, że czterodniowy tydzień pracy poprawia samopoczucie i utrzymuje wydajność.

Jak informuje portal Nauka w Polsce, Skrócenie czasu pracy o 20 proc. w skali tygodnia bez utraty wynagrodzenia doprowadziło do znacznego spadku poziomu stresu pracowników, redukcji liczby dni spędzonych na zwolnieniu chorobowym, zwiększenia lojalności pracowników wobec pracodawcy oraz wyraźnie poprawiło równowagę między życiem zawodowym a prywatnym osób w wieku roboczym. Nie wpłynęło natomiast na pogorzenie wydajności – wynika z nowych badań prowadzonych w Wielkiej Brytanii.

Autorami największego do tej pory badania skutków czterodniowego tygodnia roboczego są naukowcy z University of Cambridge i z Boston College w USA. Ich badanie objęło 61 organizacji i firm w Wielkiej Brytanii, zatrudniających w sumie około 2900 osób. Zdecydowały się one na 20-procentową redukcję godzin pracy dla wszystkich zatrudnionych w nich osób. Nie wiązało się to ze spadkiem płac. Eksperyment trwał sześć miesięcy, począwszy od czerwca 2022 r.

Wyniki pokazały, że skrócenie tygodnia roboczego znacząco obniżyło wskaźniki stresu i chorób wśród tzw. siły roboczej. 71 proc. pracowników po zmianie zgłosiło, że odczuwa mniejsze wypalenie zawodowe, a 39 proc., że jest mniej zestresowanych w porównaniu do poprzedniej sytuacji.

Naukowcy odnotowali także 65-procentową redukcję dni chorobowych, a o 57 proc. spadła liczba pracowników rezygnujących z pracy na rzecz innej firmy. Jednocześnie przychody objętych badaniem firm nie spadły. Przeciwnie – po pół roku nawet nieznacznie się zwiększyły (średnio o 1,4 proc.).

Naukowcy ankietowali pracowników przez cały czas trwania eksperymentu, aby na bieżąco śledzić skutki dodatkowego dnia wolnego na jakość ich życia. Zgłaszane poziomy lęku i zmęczenia zmniejszyły się wyraźnie, podczas gdy zdrowie psychiczne i fizyczne poprawiło się.

Wielu respondentów stwierdziło także, że w nowej sytuacji łatwiej jest im zrównoważyć pracę z zobowiązaniami rodzinnymi i społecznymi. 60 proc. pracowników stwierdziło, że może teraz efektywniej opiekować się dziećmi i innymi członkami rodziny, a 62 proc. – że łatwiej im angażować się w życie społeczne.

 

Chcesz socjalu? Nie głosuj na lewicę!

Chcesz socjalu? Nie głosuj na lewicę!

Tuż przed wyborami parlamentarnymi lewicowa publicystyka nabiera rozpędu. Pojawiają się szczegółowe analizy wymierzone w maluczkich nierozumiejących dziejowych konieczności, szumne deklaracje o wielkich koalicjach, a nawet groźby skierowane pod adresem rządzącej prawicy. W oczy rzuca się jednak to, że w tych wywodach, co tylko pozornie jest paradoksalne, brakuje troski o los klasy ludowej i pracowników po ewentualnym dojściu do władzy liberałów oraz dokooptowaniu sobie przez nich lewicy jako koalicjanta.

Czy nadejdzie lewicowo-liberalny „dzień sznura”?

Tomasz Kozak, deklarujący się jako marksista, z zawodu adiunkt na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, na łamach „Krytyki Politycznej” popełnił tekst „Zdelegalizować PiS? Jak powinny wyglądać powyborcze rozliczenia”. Zachęca w nim lewicę do przelicytowania liberałów w bezwzględności i do jeszcze mocniejszego niż oni postulują rozliczenia „pisowców”. Elektorat opozycji „chce krwi”, więc powinien tę czerwoną krew dostać, najlepiej od czerwonej lewicy – buńczucznie pisze Kozak. Wspólna lista opozycji, czyli sojuszu neoliberałów z lewicą, to dla marksisty oczywista oczywistość, dlatego idzie on dalej. Domaga się zemsty, „przygotowania list pupili pisowskich”, „procesowego ich przeczołgiwania” oraz „publicznego napiętnowania”. Ale na tym nie kończy. Pragnie uruchomienia środków policyjno-prokuratorskich, by uzyskać większość w Sejmie, zamykania posłów PiS w więzieniu i pozbawiania ich immunitetów. Pod płaszczykiem inteligenckiej nowomowy i erudycyjnego języka Kozak zawarł pogardę dla demokracji, praw człowieka, praworządności oraz wielu innych wartości, jakich przestrzeganie deklaruje opozycja. Napisał jeden z bardziej obrzydliwych i paskudnych wywodów w historii lewicowej oraz opozycyjnej publicystyki.

Ale czy jest się czego bać? Absolutnie. Kozakowi, podobnie jak głośnemu przed kilkoma laty kieleckiemu libertarianinowi Kelthuzowi, zamarzył się „dzień sznura”, z tą jednak różnicą, że pierwszemu lewicowy, a drugiemu libertariańsko-prawicowy. W przypadku Kelthuza marzenia skończyły się na upokarzającym wyroku z tytułu „znieważenia w swoich piosenkach osób ze względu na ich kolor skóry, wyznawaną religię oraz przekonania polityczne”, przy okazji obnażając finansową niedolę „przedsiębiorczego” liberała. Natomiast represyjne marzenia lewicowego adiunkta raczej się nie wydostaną poza publicystyczne wykwity trzeciego sortu. Choćby dlatego, że samorządowe układy są znacznie trwalsze niż rządowe, a tam, by chronić profity, dochodzi niekiedy do bardzo egzotycznych sojuszy. Gdyby na szczeblu centralnym poszczególne partie represjonowały się nawzajem po przetasowaniach na szczytach władzy, wiele intratnych interesów natrafiłoby na przeszkody. Żeby jednak to wiedzieć, należałoby czasem wychylić głowę z uniwersyteckich murów.

Oczywiście, jak przystało na prawdziwego marksistę, Kozak ani nie razu nie zająknął się o tym, jak dojście neoliberałów i lewicy kulturowej wpłynie na sytuację pracowników i klasy ludowej. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby mieć świadomość, że ta może się znacznie pogorszyć. Tu jakoś brakowało mu werwy i socjalistycznego radykalizmu. Taki „marksizm” nie potrzebuje nawet ataków ze strony prawicy, tym bardziej że są one zazwyczaj karykaturalne, by zostać uznanym za co najwyżej dziwaczną fanaberię zblazowanego intelektualisty.

Młodzi socjaliści starzeją się brzydko

Oczywiście wywody Kozaka można traktować jako pewne egzotyczne ekstremum, które nie jest warte wysnuwania wniosków dotyczących całej lewicy. Ale po lewej stronie na porządku dziennym jest narracja, w której los grup najgorzej sytuowanych ekonomicznie znajduje się na dalszym miejscu. Oczywiście pozory są zachowane: „lewicowy program” istnieje, postulaty na profilu partii Razem są (choć tych ekonomicznych jest jakby mniej niż kilka lat temu), Zandberg i Konieczny czasami napomkną o pracownikach najemnych i potrzebie mnożenia programów socjalnych, a także rozliczą PiS z tego, że jest „zbyt mało” prospołeczny. Ale to tylko zasłona dymna, a prawdziwe zamiary są widoczne w wypowiedziach dwóch lewicowych polityków dotyczących przyszłych układanek koalicyjnych. Całkiem niedawno Zandberg ostro zareagował na wulgarnego tweeta liberała Tomasza Lisa, który „Kałownią” nazwał Szymona Hołownię za rzekome niszczenie jedności liberalnej opozycji. Zandberg przekonywał, że to takie wypowiedzi dziennikarza „rozbijają jedność na centroprawicy”. Czy jest to ślad wskazujący na przygotowywanie swojej pozycji w negocjacjach koalicyjnych? Nie ma tu przypadku. W podobnym tonie wypowiadał się w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM Maciej Konieczny, inny parlamentarzysta z Razem. Szczytem jego asertywności wobec liberałów było to, że deklaratywnie wykluczał przygotowanie jednej listy opozycji, lecz zarazem często używał sformułowań typu „nasze listy wyborcze” czy „nasz koalicyjny rząd”. W zasadzie przyznał, że koalicja z PO jest prawdopodobna, czego nie można powiedzieć o koalicji lewicy z PiS w razie przegranej bloków opozycyjnych.

Na wszystko to patrzę z rozbawieniem jako były członek socjalistycznej młodzieżowej organizacji, w której działali także obecni liderzy Razem. Nie sposób się bowiem nie uśmiechnąć, gdy się zestawia wspomniane wypowiedzi z tym, co głosiły młodsze wersje obecnych lewicowych posłów. Obaj byli wręcz socjalistycznymi hunwejbinami, którzy w organizacji rozliczali „prawicowe frakcje”. Rugali (bo nie była to zwykła kulturalna krytyka) też obecnych na wspólnych spotkaniach sędziwych działaczy PPS czy młodych aktywistów OPZZ za choćby ciut przychylne słowa wobec SLD, wówczas „neoliberalnego wroga”, krytykowanego mocniej niż piętnowana była cała prawica. Nie pomyślałbym wówczas, że za pewien czas nie tylko będą w świetnej komitywie z liberałami z SLD, bo to już się dzieje od wielu lat, ale również o Tusku i PO mówić zaczną jako o naturalnym koalicjancie. I to ustami Macieja Koniecznego, swego czasu jednego z najbardziej zajadłych antyliberałów w organizacji Młodzi Socjaliści. Trudno o bardziej dobitny i groteskowy przykład przemiany nadgorliwego ideowca w cynika.

Czary goryczy dopełnia transfer wyjątkowo radykalnej neoliberałki i fanki Balcerowicza Klaudii Jachiry do Partii Zieloni. Oczywiście Zieloni już od dłuższego czasu unikają związków z lewicą, a ich parlamentarzyści są w klubie KO. Jednak kiedyś było inaczej: kierownictwo ugrupowania nie bało się szermować antyneoliberalnymi hasłami, które wraz z agendą ekologiczną i liberalizmem światopoglądowym teoretycznie sytuowało ich po lewej stronie. Kiedyś mówiło się: z wierzchu zielony, a w środku czerwony. Teraz powinno się mówić: z wierzchu zielony, a w środku neoliberalny.

Lewicowi stratedzy z bożej łaski

Nie sposób zatem uwierzyć w to, że los pracowników najemnych czy osób z najniższych szczebli drabiny klasowej spędza sen z powiek kierownictwu Razem i że martwią się tym, co się stanie z grupami wykluczonymi ekonomicznie, gdy jednak Tuska nie będzie się dało przekonać do socjalnych pomysłów. To cecha wspólna również przyszywanych strategów, którzy z pozycji eksperckich przekonują, że dzięki pójściu za rączkę z neoliberałami razemowcy przynajmniej mają szansę na udział we władzy i realizację postulatów, a byliby jej pozbawieni, gdyby „szlachetnie zostali w niszy jak Śpiewak czy Ikonowicz”. Oczywiście nie wspominają, że lewica w Polsce sama zasłużyła na taką sytuację, stawiając na liberalny gospodarczo elektorat klasy średniej (znacznie bardziej prorynkowy od elektoratu PiS, a w niektórych obszarach nawet od wyborców PO) i sprowadzając własną rolę do pozycji kwiatka na liberalnym kożuchu. A gdy już było wiadome, że na fioletowych sztandarach daleko się nie zajedzie, zamiast budować struktury od podstaw postawiła na szybkie kariery u boku liberałów. To nie „dziejowe konieczności” zaprowadziły was tam, gdzie jesteście. Wy sami to zrobiliście. Oczywiście teoria o tym, że „lepszy rydz niż nic” już nie działa, gdy w tych kręgach ostro krytykuje się nielicznych lewicujących publicystów, którzy doceniają niektóre działania PiS z pozycji prosocjalnych.

Na koniec i ja się pobawię w domorosłego stratega, choć upierać się będę, że moje wnioski są oparte na zdecydowanie mniej wątłych przesłankach. Lewica nie przejmuje się sytuacją pracowników i klasy ludowej, szykując się do sprawowania władzy wraz z neoliberałami. Uzależniła się od fochów liberalnego gospodarczo elektoratu i salonów. Zatem zwyczajna arytmetyka krzyczy: „Chcesz socjalu? Pragniesz propracowniczych zmian? Nie głosuj na lewicę!”. Tym bardziej, że – w przeciwieństwie do publicystów i działaczy lewicowych – według sondażu przeprowadzonego na zlecenie Wirtualnej Polski aż 49 procent przepytywanych Polaków obawia się tego, że powrót PO do władzy wiązać się będzie z ograniczeniem programów socjalnych, a także z podwyższeniem wieku emerytalnego. Co więcej: Polacy głosujący na podstawie poglądów i oczekiwań socjalnych doskonale wiedzą, że lewica chce ułatwić neoliberałom powrót na szczyty władzy. I dlatego ta część wyborców nie odda głosu na lewicę. Byt, jak zawsze, określa świadomość, a porady domorosłych strategów są ludziom zbędne. Ciekawe, co by o tym wszystkim powiedział Marks, gdyby żył?

Bartosz Oszczepalski

Grafika w nagłówku tekstu: Phil59 from Pixabay.

Będą mieszkania. Ale mało.

Będą mieszkania. Ale mało.

Wsparcie w wysokości 174,5 mln zł trafi do 25 samorządów. Kwota przyczyni się do powstania 825 mieszkań komunalnych. m.in w zaadaptowanych pustostanach.

Jak informuje Portal Samorządowy, 25 samorządów zakwalifikowało się do uzyskania dofinansowania. Łącznie do tych samorządów trafi 174,5 mln zł. Kwota przyczyni się do powstania 514 mieszkań komunalnych oraz do generalnego remontu i adaptacji 311 pustostanów.

Wsparcie otrzymają: Chorzów, Ciechanowiec, Gdańsk, Goleniów, Głogów, Jawornik Polski, Katowice, Kępno, Kielce, Lębork, Łaziska Górne, Łuków, Mikołów, Nowa Sarzyna, Olkusz, Olsztyn, Serock, Sopot, Świnoujście, Tychy, Wałbrzych, Warszawa. Ponadto wsparcie dostaną Sanockie Przedsiębiorstwo Gospodarki Mieszkaniowej, Zakład Gospodarki Lokalowej w Zamościu oraz Zarząd Komunalnych Zasobów Lokalowych w Poznaniu.

W ramach programu budownictwa socjalnego i komunalnego gminy, powiaty, spółki gminne i organizacje pozarządowe mogą ubiegać się o bezzwrotne wsparcie w wysokości do 80 proc. kosztów inwestycji (budowę, remont, przebudowę, zmianę sposobu użytkowania budynku), w ramach której powstaną lub zostaną zmodernizowane lokale mieszkalne zwiększające mieszkaniowy zasób gminy, mieszkania chronione, noclegownie i schroniska dla osób bezdomnych. W trakcie realizacji inwestycji wsparcie może być zwiększone o 20 proc.

Celem programu jest zwiększenie liczby lokali mieszkalnych przeznaczonych dla osób o niskich i przeciętnych dochodach oraz zagrożonych wykluczeniem społecznym. Program finansowany jest ze środków Funduszu Dopłat i jest obsługiwany przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Fundusz Dopłat zasilany jest rezerwą celową budżetu państwa.

Najmłodsi bez internetu

Najmłodsi bez internetu

Francuskie Zgromadzenie Narodowe przegłosowało nowe prawo o ustanowieniu cyfrowej dojrzałości i przeciwdziałaniu nienawiści w internecie. Według nowych przepisów dzieci poniżej 13. roku życia nie będą mogły założyć konta na popularnych platformach.

Jak informuje portal wirtualnemedia.pl, Francja przeforsowała prawo na mocy którego będzie mogła wymagać od platform cyfrowych rozwiązań, które narzucą minimalny wiek rejestracji użytkowników. Pomysłodawca ustawy, centrowy deputowany Laurent Marcangeli, uzasadnia to koniecznością ochrony dzieci przed negatywnymi skutkami korzystania z sieci społecznościowych. „Chcemy spróbować uregulować świat, który nie ma zasad” – powiedział deputowany.

Zgodnie z regulacją  założenie konta w serwisie społecznościowym przez nastolatki od 13. do 15. roku życia wymagałoby formalnego zezwolenia rodziców lub opiekunów. Platformy powinny następnie sprawdzić, czy wiek podany przy rejestracji jest prawdziwy. Do tego ma służyć certyfikowane przez francuski organ regulacyjny ds. komunikacji audiowizualnej Arcom narzędzie weryfikacyjne. W przypadku złamania przepisów gigantom cyfrowym grożą grzywny nieprzekraczające 1 proc. ich rocznych obrotów.

Francja szykuje także nowe prawo, które w większym stopniu ma chronić prywatność dzieci i walczyć ze zjawiskiem „sharentingu” – umieszczania zdjęć najmłodszych w social mediach bez ich woli. Nowe przepisy zdaniem ustawodawców mają również ochraniać dzieci przed cyberprzmocą (w tym seksualną) oraz nadużyciami w świecie cyfrowym i realnym. Według różnych badań, wizerunek przeciętnego dziecka we Francji jest udostępniany w sieci 1300 razy przed ukończeniem 13. roku życia. 91 procent rodziców i opiekunów wrzuciło zdjęcie dziecka do sieci, zanim ukończyło ono pięć lat.

 

 

Walka o polskie górnictwo

Walka o polskie górnictwo

Związek Sierpień’80 zorganizował w środę w części śląskich kopalń masówki poświęcone skutkom proponowanego unijnego rozporządzenia w sprawie emisji metanu.

Jak informuje serwis wnp.pl, Dyskutowane obecnie w Parlamencie Europejskim regulacje wprowadzają od 2027 roku normę 5 ton metanu na 1000 ton wydobytego węgla innego niż koksowy, a od roku 2031 – 3 tony gazu na 1000 ton węgla, w tym koksowego. Polskie kopalnie emitują więcej – średnio od 8 do 14 ton metanu na 1000 ton wydobytego węgla, zostałyby więc obłożone wysokimi karami za przekroczenie norm. W Polskiej Grupie Górniczej byłoby to ok. 1,5 mld zł rocznie.

Unia Europejska za wszelką cenę chce zniszczyć polskie kopalnie. Tym razem chodzi o dyrektywę metanową. Jej wejście w życie oznacza likwidację niemal wszystkich polskich kopalń – napisano w stanowisku, przedstawianym podczas porannych masówek w kopalniach.

W Europie tylko Polska wydobywa węgiel kamienny, i tylko w Polsce stanowi on podstawę bezpieczeństwa energetycznego. Dyrektywa unijna niszczy podstawy naszego funkcjonowania. W świecie wydobywa się około 8,5 mld ton węgla i nasze 54 miliony nie mają żadnego znaczenia dla klimatu. Jednocześnie do Unii będzie można sprowadzać węgiel wydobywany na świecie bez żadnych ograniczeń i norm środowiskowych – czytamy w stanowisku związku.

Na 24 marca związkowcy zapowiedzieli manifestację przed przedstawicielstwem Komisji Europejskiej w Warszawie.

Słowacki zwrot akcji

Słowacki zwrot akcji

Nad Słowacją krążyło widmo dużych cięć połączeń. W grę wchodziła powtórka sprzed 20 lat, kiedy likwidacje dotknęły jedną piątą sieci. Uznano jednak, że problemy rozwiąże zwiększenie liczby pociągów.

1 stycznia 2023 r. minęło 30 lat od podziału Czechosłowacji na dwa państwa. W każdym koła historii – przynajmniej jeśli chodzi o kolej – potoczyły się inaczej. O ile w Czechach nigdy nie doszło do masowych likwidacji połączeń, o tyle w Słowacji – w dziesiątą rocznicę powstania kraju – zapadła decyzja o wycofaniu pociągów z jednej piątej sieci kolejowej.

Cięcie po słowacku

Na początku 2003 r. ogłoszono, że z dniem 2 lutego zlikwidowane zostaną przewozy pasażerskie na 689 km linii. Domagając się odwołania tej decyzji, 29 stycznia 2003 r. kolejarze zorganizowali strajk ostrzegawczy i na sześć godzin zatrzymali ruch pociągów na terenie całej Słowacji. Jako że nic to nie dało, 31 stycznia 2003 r. rozpoczął się strajk bezterminowy. Jak wspomina Jozef Gulík w portalu Vlaky.net, był to największy strajk w historii niepodległej Słowacji. W ekspresowo wydanym orzeczeniu sąd w Bratysławie nakazał jego przerwanie – 4 lutego 2003 r. pociągi znowu zaczęły kursować, ale już nie na 24 liniach, które Železničná Spoločnosť przewidziała do likwidacji.

Niektóre części Słowacji zostały bardzo mocno dotknięte ograniczeniami. W krainie Gemer pociągi przestały kursować na liniach Dobšiná – Rožňava, Slavošovce – Plešivec i Muráň – Revúca – Plešivec, stanowiących dopływy z gemerskich dolin do głównej linii Koszyce – Zwoleń. Leżący z dala od największych miast Gemer to rejon dotknięty największą stopą bezrobocia – obecnie sięga ona tu 20%. Cięcia wcale jednak nie ominęły też lepiej rozwiniętej zachodniej części Słowacji. Choćby regionu nitrzańskiego, w którym przestały funkcjonować właściwie wszystkie linie lokalne.

Zamknięto nie tylko krótkie lokalki, czyli ślepe linie biegnące od głównych ciągów do położonych na uboczu miasteczek, ale także kilka odcinków, które łącząc stacje węzłowe, zapewniały spójność sieci połączeń. Pociągi wycofano też z kilku ośrodków powiatowych oraz miast ze światowej listy dziedzictwa UNESCO: Bańskiej Szczawnicy i Lewoczy. Wszystko to działo się, gdy premierem był działacz chrześcijańskiej demokracji Mikuláš Dzurinda, który przed rozpoczęciem kariery politycznej pracował w żylińskim Instytucie Badawczym Transportu oraz bratysławskiej dyrekcji czechosłowackich kolei ČSD.

Z likwidacjami nie pogodziły się społeczności lokalne i władze samorządowe. Niezadowolenie było na tyle duże, że w czerwcu 2003 r. Železničná Spoločnosť przywróciła ruch na dziewięciu z 24 linii. Połączenia odzyskały stolice powiatów Zlaté Moravce i Bánovce nad Bebravou. Pociągi znowu pojawiły się między innymi na 19-kilometrowej linii łączącej kilkutysięczne miasteczka Neded, Vlčany, Žihárec, Tešedíkovo i Diakovce ze stacją Šaľa na magistrali Bratysława – Budapeszt. O ile jednak przed zawieszeniem przewozów w relacji Neded – Šaľa kursowało siedem połączeń dziennie, o tyle po reaktywacji już zaledwie trzy i to tylko w dni robocze. Następnie liczbę połączeń zmniejszono do dwóch, potem do jednego, by w 2010 r. ponownie zlikwidować ruch.

Komunizm na kolei

Po cięciach wyniki słowackiej kolei mocno się pogorszyły. W 2002 r., przed wielką likwidacją połączeń, pasażerowie odbyli pociągami 59,4 mln podróży, a w 2003 r. już tylko 51,3 mln. Następnie w latach 2006-2014 ani razu nie udało się przekroczyć poziomu 50 mln podróży rocznie. Odbicie nastąpiło dopiero w 2015 r. – podróżni odbyli wówczas 60,6 mln przejazdów pociągami. Przede wszystkim był to efekt jednego ze sztandarowych posunięć partii Smer-Sociálna Demokracia, która sprawowała rządy w latach 2012-2020.

Od listopada 2014 r. podróże pociągami stały się bezpłatne dla dzieci, młodzieży, studentów, emerytów, rencistów oraz osób otrzymujących zasiłki. Wszyscy oni muszą pobierać darmowe bilety, za które kolej otrzymuje refundację z budżetu państwa. Gdy został wprowadzony rządowy program „Pociągiem za darmo”, na okładce opiniotwórczego czasopisma „Týždeň” pojawił się ówczesny premier Robert Fico w mundurze kolejarza z czasów socjalistycznej Czechosłowacji. Tygodnik opublikował artykuł pod tytułem „Komunizm na kolei”. Prognozowano w nim, że koszty kolei wzrosną, bo będzie musiała ona uruchomić więcej połączeń, aby zdołać przewieźć tłumy „socjalnych” pasażerów, którzy w dodatku odstraszą podróżnych płacących za bilety.

Komercyjni przewoźnicy alarmowali, że pasażerowie, mając możliwość darmowej jazdy dotowanymi pociągami, nawet nie będą rozważali podróży za pieniądze. – „Nasz biznesplan został całkowicie zniszczony” – mówił Radim Jančura, właściciel prywatnego przewoźnika RegioJet. Ta czeska firma wciąż jednak działa na słowackich torach: jej żółte składy jeżdżą na trasach Żylina – Bratysława – Brno – Praga oraz Koszyce – Żylina – Ostrawa – Praga. Na drugiej z tras jeżdżą również komercyjne pociągi Leo Express.

Przez pierwszych pięć lat funkcjonowania programu „Pociągiem za darmo” liczba podróży koleją skokowo rosła, by w 2019 r. osiągnąć 81,4 mln – z czego darmowych było 36% przejazdów. Przed epidemią COVID-19 każdy z 5,4 mln mieszkańców Słowacji statystycznie odbywał 15 podróży koleją rocznie (dla porównania polski wynik za 2019 r. to dziewięć podróży na mieszkańca).

W Słowacji epidemia, zresztą tak jak w innych krajach, doprowadziła do tąpnięcia na kolei: w 2020 r. pasażerowie odbyli 49,6 mln podróży, a w 2021 r. jeszcze mniej, bo 46,3 mln. Železničná Spoločnosť podała już swój wynik za 2022 r.: 67,1 mln podróży, a więc wciąż wyraźnie mniej niż przed nastaniem koronawirusa.

Co gorsze, coraz więcej wskazywało na to, że zanim słowacka kolej na dobre zdoła wyjechać z kryzysu epidemicznego, wjedzie w jeszcze poważniejsze problemy.

Kryzys kolejowy, kryzys polityczny

Słowacji w oczy zajrzała wizja powtórki sytuacji sprzed 20 lat. Wicepremier i minister finansów Igor Matovič wiosną 2022 r. oznajmił, że zmuszony jest dokonać cięć wydatków na połączenia kolejowe.

– „Miałoby to niewyobrażalne skutki. Cały świat idzie przecież w przeciwnym kierunku i inwestuje w koleje” – apelował do kolegi z rządu minister transportu Andrej Doležal.

– „Jeśli ministerstwa transportu i finansów nie znajdą sposobu na pokrycie kosztów zamówionych przewozów, scenariusz dużych cięć będzie realny” – powiedział w dzienniku „Pravda” Tomáš Kováč, rzecznik prasowy spółki Železničná Spoločnosť. A jej prezes Roman Koreň oznajmił na antenie Radia Slovensko, że z każdej trasy może wypaść co trzecie, co czwarte połączenie. – „W grze są też warianty, że niektóre linie zamkniemy całkowicie”.

W całej sytuacji nie pomagały konflikty, w których pogrążyła się szeroka koalicja rządząca Słowacją od 2020 r. Istniała obawa, że Igor Matovič z ugrupowania OĽANO (Zwyczajni Ludzie i Niezależne Osobowości) i Andrej Doležal, reprezentujący partię Sme Rodina (Jesteśmy Rodziną), będą coraz bardziej skupiać się na sporach politycznych i połączenia kolejowe staną się tego ofiarą.

Mimo nasilającego się kryzysu – który, wiadomo już, wiosną 2023 r. skończy się przedterminowymi wyborami – udało się uzgodnić wysokość dofinansowania dla spółki Železničná Spoločnosť. W 2023 r. otrzyma dotację w wysokości 439 mln euro, czyli na podobnym poziomie jak w 2022 r., skorygowanym o inflację. Resort finansów jednocześnie zażądał jednak od państwowego przewoźnika zwiększenia efektywności oraz zoptymalizowania oferty przewozowej. Takie oczekiwania – zwłaszcza gdy padają z ust finansistów i to akurat 20 lat po pamiętnym 2003 r. – mogą mrozić krew w żyłach jako ładnie opakowana zapowiedź cięć.

Co więcej, minister finansów zdecydował, że jego resort włączy się w prace nad rozkładem jazdy. Zlecił to pracownikom Wydziału Jakości za Pieniądze, który ma za zadanie sprawdzać, czy finansowane przez podatników usługi publiczne świadczone są na odpowiednim poziomie. Pracownicy tego wydziału w dokumencie podsumowującym ich kolejowy audyt orzekli: „Rozwiązaniem nie może być likwidowanie połączeń, lecz zwiększanie ich liczby”.

Walka o minuty

„Wzmocnienie połączeń regionalnych oraz przyspieszenie pociągów dalekobieżnych stworzy silną zachętę dla podróżujących, aby przesiedli się do pociągów” – pisali analitycy Ministerstwa Finansów, wskazując problemy wymagające rozwiązania: „Przykładem jest zmodernizowana wielkim kosztem linia Bratysława – Żylina, którą jedzie się 30 min. dłużej niż równoległą autostradą”.

Magistrala z Bratysławy przez Trnawę, Trenczyn do Żyliny, łącząc stolice czterech regionów zachodniej Słowacji, cechuje się największą w całym kraju liczbą pasażerów. Jest to przy tym jedyny słowacki ciąg, na którym pociągi mogą rozpędzić się do 160 km/h. Linią kursują również pociągi łączące dwa największe miasta kraju: Bratysławę z Koszycami. I to od tej relacji postanowiono zacząć przyspieszanie kolei.

Železničná Spoločnosť chwali się, że od grudnia 2022 r. jeden z pociągów InterCity pokonuje relację Koszyce – Bratysława w rekordowym czasie 4 godz. 31 min. Na całej 443-kilometrowej trasie pociąg ma tylko trzy postoje (w Kysaku, Popradzie, Żylinie) i bez zatrzymania przemyka nawet przez dwie regionalne stolice: Trenczyn i Trnawę. Łączące Bratysławę z Koszycami pociągi InterCity to jedyne komercyjne połączenia, jakie uruchamia Železničná Spoločnosť – nie są one objęte dotacjami i nie przysługują w nich bezpłatne podróże.

Połączenia dotowane też przyspieszyły: pociągi pospieszne „Tatran” relacji Koszyce – Bratysława przekształcono w ekspresy. Ich czas jazdy skrócił się z 5 godz. 50 min. do 5 godz. 26 min., jednak kosztem zatrzymań na stacjach Trenčianska Teplá, Nové Mesto nad Váhom, Piešťany i Leopoldov. Spotkało się to ze sprzeciwem mieszkańców i lokalnych władz – petycję domagającą się przywrócenia postojów podpisało 7,5 tys. osób. Železničná Spoločnosť podkreśla jednak, że zwiększyła na tej trasie częstotliwość obsługujących mniejsze miasta regionalnych ekspresów REX, a łączna liczba bezpośrednich połączeń z Trenczyna do Bratysławy wzrosła z 25 do 31. Przewoźnik nie zostawił złudzeń: w ruchu dalekobieżnym kluczowe jest teraz skracanie czasów jazdy.

Walka toczy się niemal o każdą minutę. Kursujące ze Zwolenia do Koszyc pociągi pospieszne „Gemeran” skróciły swój czas przejazdu z 3 godz. 25 min. do 3 godz. 18 min. – w tym celu jeden z postojów pośrednich przeniesiono ze stacji Fiľakovo na przystanek Fiľakovo Zastávka, dzięki czemu przez to 10-tysięczne miasto można przejechać łącznicą skracającą trasę o 3 km.

Regionalna efektywność

W Słowacji rząd odpowiada nie tylko za ruch dalekobieżny, ale również za pociągi regionalne (samorządy ośmiu słowackich regionów odpowiedzialne są natomiast za połączenia autobusowe).

Wzmocnienie kolei regionalnych, na czego potrzebę wskazywał dokument Ministerstwa Finansów, widać na trasie łączącej stolice dwóch regionów wschodniej Słowacji. Z Preszowa do Koszyc pociągi zaczęły przez cały dzień kursować dwa razy na godzinę – od 4:19 do 22:19 ruszają składy zatrzymujące się wszędzie po drodze, a 42 min. po pełnej godzinie odjeżdżają nowo uruchomione regionalne ekspresy REX z jednym postojem pośrednim w Kysaku.

Na liniach, na których dotąd jeszcze nie funkcjonował cykliczny rozkład jazdy, uporządkowano godziny kursowania. Z Popradu pociągi na Zamagurze Spiskie zaczęły wyruszać od 4:46 do 22:46 – co dwie godziny do Starej Lubowli i co godzinę do położonego bliżej Kieżmarku.

Takt godzinny przez większość dnia zaczął też funkcjonować na wijącej się doliną rzeki Hnilec linii Nálepkovo – Gelnica – Margecany. Liczbę par połączeń zwiększono z 14 do 16, ale tak, aby nie generować zapotrzebowania na dodatkowy tabor. Skrócono więc postoje na mijance i stacjach końcowych, zrezygnowano z zatrzymań na leśnych przystankach Švedlár Zastávka i Gelnica Zastávka, a także ustalono postoje na żądanie na trzech przystankach.

Na linii biegnącej z położonego u stóp Białych Karpat miasteczka Horné Srnie do węzłowej stacji Trenčianska Teplá liczbę pociągów zwiększono z 11 do 13, zapewniając równomierne odjazdy od 4:45 do 19:45 – co godzinę w szczycie rano i po południu, a w międzyszczycie co dwie godziny. Zniknęła więc czterogodzinna luka w ruchu przed południem.

Już podczas audytu oferty przewozowej w 2022 r. pracownicy resortu finansów zwracali uwagę na to, że „jedną z głównych przyczyn rosnących kosztów jest nieefektywny rozkład jazdy”, przekładający się na „problem słabego wykorzystania taboru i personelu”.

Na linii Levice – Štúrovo z sześciu par połączeń zrobiło się dziewięć, co pozwoliło wyeliminować sześciogodzinny przestój w środku dnia. Na części linii pojawiły się dodatkowe połączenia wieczorem. Z Żyliny ostatni pociąg do Rajca odjeżdżał już przed 19:00, a wraz ze zmianą rozkładu jazdy dodano pociągi o 20:49 i 22:49 (jeden z nich to pociąg przesunięty z mało atrakcyjnej 3:50). Nowe wieczorne połączenia pojawiły się też między innymi na trasach Lučenec – Poltár – Utekáč i Humenné – Vranov nad Topľou – Prešov.

Zwiększenie efektywności w niektórych przypadkach odbywało się za wszelką cenę. Widać to w leżącym przy trójstyku granic Słowacji, Czech i Polski regionie Kysuce, na lokalnej linii Čadca – Makov. Od grudnia 2022 r. w połowie tej trasy, na stacji Turzovka, podróżni muszą przesiadać się z jednego składu do drugiego. Zdecydowano się na takie rozwiązanie, bo na odcinku Čadca – Turzovka potoki pasażerskie są znacznie większe niż na dalszym odcinku Turzovka – Makov. Słabiej wykorzystywany odcinek zaczął być obsługiwany krótszym składem.

Także efektywnością uzasadniono decyzję o ograniczeniu ruchu do weekendów, ferii i wakacji na odcinkach Tisovec – Brezno, Studený Potok – Tatranská Lomnica, a także Hronská Dúbrava – Banská Štiavnica (z którego pociągi wycofano w czasie cięcia w 2003 r., ale wkrótce potem przywrócono). Resort finansów zaznacza, że wzdłuż powyższych linii jeżdżą autobusy, a Železničná Spoločnosť dodaje, że gros podróżujących tymi trasami stanowią turyści. Burmistrz Bańskiej Szczawnicy Nadežda Babiaková z partii Smer skarżyła się portalowi Aktuality: – „Miasto jest nie tylko dla turystów, ale też dla ludzi, którzy tu żyją i muszą dojechać do pracy. Dużo mówi się o ekologii, a likwidacja pociągów w dni powszednie spowoduje, że jeszcze więcej ludzi będzie poruszać się samochodami”.

Železničná Spoločnosť podkreśla, że na całej sieci praca eksploatacyjna – czyli łączny dystans pokonywany przez wszystkie pociągi – wyniesie w 2023 r. 38,8 mln km, a zatem o 5% więcej niż 2022 r. oraz o 11% więcej niż w 2019 r.

Jak przewidują analitycy Ministerstwa Finansów, „zwiększenie liczby połączeń przyciągnie więcej pasażerów i spowoduje wzrost przychodów”. Ma to otworzyć drogę do dalszej rozbudowy oferty przewozowej w kolejnych latach, a przy tym do utrzymania dotacji na tym samym poziomie.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 2/123 marzec-kwiecień 2023; http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Pociąg na dworcu w słowackim mieście Martin, fot. Magdalena Okraska

Działacz związkowy przywrócony do pracy

Działacz związkowy przywrócony do pracy

Przywrócono do pracy zwolnionego z SM Łapy działacza związkowego.

Jak informuje portal tysol.pl, Sąd Okręgowy w Białymstoku wydał wyrok przywracający Emila Rzęsickiego do pracy w Spółdzielni Mleczarskiej Łapy oraz zasądził na jego rzecz odszkodowanie.

Cieszymy się , że tak się stało. Wierzyliśmy po kilku rozprawach , że prawda zwycięży a pracodawca , który złamał przepisy prawa pracy, poniesie konsekwencję swoich działań. Byliśmy jako Krajowa Sekcja oraz Krajowy Sekretariat cały czas w kontakcie z Emilem. Zwyciężyła prawda, zwyciężyła Solidarność. Będziemy oczywiście dalej patrzeć na ręce Prezesowi i Zarządowi po powrocie Emila do pracy – komentuje wyrok przewodniczący Krajowego Sekretariatu Przemysłu Spożywczego NSZZ „Solidarność” Zbigniew Sikorski.

Emil Rzęsicki został zwolniony dyscyplinarnie z pracy 12 kwietnia 2022 roku po trzynastu latach pracy w SM Łapy. Pracodawca uznał go za „aspołecznego” i kontestującego polecenia przełożonych.

Niemcy zastrajkują

Niemcy zastrajkują

W Niemczech strajkują pracownicy lotnisk, ale to dopiero początek. Na 27 marca zaplanowany jest paraliż wszelkich środków komunikacji w kraju.

Jak pisze pulshr.pl, w Hamburgu i Hanowerze strajk ostrzegawczy na lotniskach rozpoczął się już w niedzielę wieczorem. Według danych lotniska w Hamburgu w poniedziałek odwołane zostały wszystkie 123 planowe starty i co najmniej 50 ze 121 lądowań. Możliwe będą jedynie loty ratunkowe.

Strajki ostrzegawcze na lotniskach mają być zapowiedzią większych strajków sektora transportowego. Związki zawodowe prowadzą aktualnie negocjacje z Deutsche Bahn i 50 innymi przedsiębiorstwami kolejowymi w sprawie nowych układów zbiorowych.

Związki zawodowe zapowiadają na 27 marca całkowite sparaliżowanie transportu w kraju: tego dnia nie będą kursować pociągi lokalne i dalekobieżne oraz autobusy, staną też lotniska. Według informacji dziennika „Bild am Sonntag” strajk ten może uderzyć nawet w autostrady. Przyczyną strajków są żądania płacowe.

Pasażerów dużo, pasażerów mało

Pasażerów dużo, pasażerów mało

342,2 mln – tyle podróży polską koleją zrealizowali pasażerowie w 2022 r. Część przewoźników w ubiegłym roku osiągnęła rekordowe wyniki. Wśród nich jest spółka PKP Intercity, z którą podróżni odbyli 59 mln przejazdów.

W analizie podsumowującej 2022 r. Urząd Transportu Kolejowego podkreśla, że udało się odbudować przewozy do poziomu sprzed epidemii koronawirusa (335,9 mln podróży w 2019 r.). Urząd wskazuje na takie czynniki jak zniesienie obostrzeń sanitarnych czy wzrost cen paliw, który skłonił jeżdżących samochodami do przesiadki na kolej. Na wielkość przewozów wpłynęła również rosyjska agresja na Ukrainę: „Kolej obsługiwała dużą grupę uchodźców uciekających przed wojną” – czytamy w analizie UTK. Spółka PKP Intercity podaje, że w jej zeszłorocznym wyniku zawiera się 2,4 mln bezpłatnych przejazdów, które uchodźcom z Ukrainy przysługiwały do końca czerwca 2022 r. Jak wynika z danych Polskiego Funduszu Rozwoju, pod koniec 2022 r. przebywało w Polsce 950 tys. Ukraińców, którzy opuścili swój kraj po 24 lutego 2022 r. Większa liczba osób mieszkających w Polsce przekłada się na większą liczbę osób podróżujących pociągami.

Wzrost liczby pasażerów względem 2019 r. odnotowały też Koleje Małopolskie, Koleje Dolnośląskie, Koleje Wielkopolskie, PKP Szybka Kolej Miejska w Trójmieście oraz Łódzka Kolej Aglomeracyjna – wszystkie te spółki w 2022 r. uzyskały najlepsze wyniki od swojego powstania. To rezultat między innymi rozbudowy sieci połączeń. Koleje Dolnośląskie, które od 2019 do 2022 r. poprawiły swój wynik z 14,1 mln do 16 mln zrealizowanych podróży, przez ten czas uruchomiły połączenia do Lubina, Bielawy oraz na trasach Wrocław – Sobótka – Świdnica i Wrocław – Dobrzykowice – Jelcz-Laskowice. Od 2019 r. Koleje Wielkopolskie na trasach Poznań – Leszno – Rawicz i Poznań – Piła przejęły obsługę większości połączeń od Polregio. Z kolei ŁKA przejęła połączenia na trasach z Łodzi do Tomaszowa Mazowieckiego i Radomska. W takich sytuacjach spółki samorządowe zyskują nowych pasażerów, ale jednocześnie traci ich Polregio. Ten ogólnokrajowy przewoźnik od 2019 do 2022 r. zanotował spadek liczby zrealizowanych podróży z 88,9 mln do 87,2 mln. Spółka ta – z którą do 2012 r. pasażerowie odbywali co najmniej 100 mln podróży rocznie – nadal jednak jest przewoźnikiem wożącym najwięcej pasażerów.

Drugie miejsce zajmują Koleje Mazowieckie, których pociągami pasażerowie w 2022 r. odbyli 59,1 mln podróży. – Obecne wyniki przewozowe są najlepszym dowodem na to, że rozwój spółki przynosi wymierne efekty – mówi prezes Robert Stępień, choć akurat ten przewoźnik nie tylko nie pobił swojego rekordu (63,2 mln podróży w 2015 r.), ale też nie osiągnął lepszego wyniku niż przed epidemią (62,1 mln podróży w 2019 r.). Nie udało się to również stołecznej Szybkiej Kolei Miejskiej i Warszawskiej Kolei Dojazdowej, których wyniki są o prawie jedną czwartą gorsze niż przed epidemią. W 2022 r. pasażerowie odbyli pociągami SKM 17,8 mln przejazdów (w 2019 r. 22 mln), a pociągami WKD 6,7 mln przejazdów (w 2019 r. 8,8 mln).

Jednym z czynników ograniczających zaufanie pasażerów do kolei na Mazowszu jest przebudowa stacji Warszawa Zachodnia, co wywołuje zmiany godzin kursowania i tras pociągów, a także powtarzające się nieprzewidziane zakłócenia w ruchu. Na nienajlepsze wyniki spółek z województwa mazowieckiego wpłynęła także praca zdalna, która upowszechniła się podczas epidemii. O ile w skali całego kraju, według danych Głównego Urzędu Statystycznego za wrzesień 2022 r., zdalnie swoje obowiązki wykonywało tylko 3,4% pracowników, o tyle w aglomeracji warszawskiej z domu pracowało 10,2% zatrudnionych.

Ministerstwo Infrastruktury szczyci się tym, że 342,2 mln podróży stanowi najlepszy wynik w XXI wieku: – „Rekordowe wyniki w 2022 r. to rezultat konsekwentnie realizowanej przez nas polityki transportowej: inwestycji na liniach kolejowych, modernizacji i zakupu taboru, ale także rozwoju nowych kanałów sprzedaży biletów” – oznajmił minister Andrzej Adamczyk. Przewozy wciąż są mniejsze niż w 2000 r., kiedy sejm uchwalił ustawę o restrukturyzacji PKP, która zakończyła funkcjonowanie kolei w ramach jednego przedsiębiorstwa. W 2000 r. – choć przełom XX i XXI wieku był okresem masowych cięć połączeń i dramatycznego niedoinwestowania kolei – pasażerowie odbyli pociągami 360,7 mln podróży. Wyzwaniem na 2023 r. jest więc pobicie wyniku sprzed ponad dwóch dekad.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 2/123 marzec-kwiecień 2023; http://www.zbs.net.pl

W gęstniejącej mgle

W gęstniejącej mgle

Wbrew obawom niektórych obserwatorów, rocznica rozpoczęcia „specjalnej operacji wojskowej” nie przyniosła żadnych spektakularnych wydarzeń. Władimir Putin wygłosił długie, nudne i pełne pustosłowia przemówienie. Natomiast na froncie ugrzęzłym w wojnie pozycyjnej był to dzień jak co dzień. Urodziny wojny zdecydowanie przyćmiła wcześniejsza o trzy dni wizyta prezydenta USA w Kijowie. Sam Kijów wydaje się szczęśliwie być bardzo daleko poza zasięgiem rosyjskich rąk. Obecnie wciąż nie są one w stanie uchwycić Bachmutu, broniącego się wciąż twardo mimo trudnej od wielu tygodni sytuacji wojsk ukraińskich stawiających dość niewielkimi siłami opór agresorowi nieliczącemu się z ofiarami. Jednak karnawałowy nastrój sprzed roku, wywołany widowiskowym blamażem rosyjskiej próby ofensywy na wielką skalę obszarową, jest wspomnieniem praktycznie tak samo odległym, jak groza pierwszych dni, gdy wydawało się, że Ukraina nie przetrwa. Pytań o przyszłość jest wiele, odpowiedzi pozostają w najlepszym wypadku enigmatyczne.

Koncert nietrafionych rachub

Rekonstruowane ex post plany, z którymi Rosja wyruszała 24 lutego 2022 na wojnę, zakończyły się kompletną katastrofą. Ukraina miała okazać się państwem-wydmuszką, które rozpadnie się po niezbyt mocnym uderzeniu wskutek ciągu zdrad zakończonego przewrotem. Miałoby to pozwolić Moskwie na zabór wyselekcjonowanych terenów na wschodzie, z pozostawieniem na pozostałym obszarze zdominowanego przez siebie buforowego państwa resztkowego. W związku z tym do początkowej ofensywy, które miała w istocie być tylko „specjalną operacją”, nie pełnoskalową wojną, wyznaczono siły spore w kontekście takiego charakteru przewidywanych działań, liczące około 200 000 żołnierzy. Zapewniały one teoretycznie bezpieczną przewagę nad rozwiniętymi w „godzinie zero” wojskami ukraińskimi w liczbie nieprzekraczającej 150 000. Siłom rosyjskim przy tym wyznaczono przy tym bardzo ambitne zadania, obejmujące zdobycie samego Kijowa. Jednak zamierzenia te zbudowano na kardynalnym błędzie, którym było niedocenienie przeciwnika.

Ukraińskie państwo faktycznie zatrzeszczało, a ocenione przez źródła ukraińskie jako zdrada poddanie pierwszych linii obrony pozwoliło z jednej strony działającym z Białorusi wojskom rosyjskim podejść pod sam Kijów, a z drugiej wyjść z Krymu aż pod Mariupol i Mikołajów, ze zdobyciem po drodze Chersonia. Jednak to był koniec rosyjskich sukcesów strategicznych. W Kijowie nie nastąpił pucz, armia ukraińska jako całość nie rozpadła się, wręcz przeciwnie – podjęła walkę. W tych warunkach błyskotliwy pierwotny rosyjski koncept zmienił się w parodię.

Siły okazały się być o wiele za małe jak na obszar, na które je rzucono. I tak słaba logistyka była ofiarnie i skutecznie paraliżowana przez Ukraińców. Ci korzystali z przewagi wyszkolenia zapewnionej przez wcześniejszą współpracę z krajami NATO i doświadczenia z wojny zapoczątkowanej w 2014 oraz z bezwzględnej przewagi świadomości sytuacyjnej wynikającej z dostępu do danych zachodniego rozpoznania. Co najmniej równie ważne było podjęcie rzuconej rękawicy przez ukraińskie społeczeństwo, które w krytycznych momentach organizowało się oddolnie i zaciągało do wojska. Choć dalece nie wszystko było idyllą, pozwoliło to w ciągu dwóch tygodni rozwinąć armię do poziomu 250 000 żołnierzy, po miesiącu do 350 000, po kwartale – do pół miliona. Umożliwiło to w praktyce wyrównanie stosunku sił z całością wojsk rosyjskich uruchomionych dla zabezpieczenia operacji (oprócz 200 000 rzuconych do działań liczyły one jeszcze dwa razy tyle zaplecza).

W tej sytuacji zaczął mścić się improwizowany charakter rosyjskiej armii skierowanej przeciwko Ukrainie. Stanowiła ona jako całość słabo zgrany i źle dowodzony konglomerat rozmaitych jednostek, od elity po Szwejków. Ukraińcy praktycznie wszędzie dominowali taktycznie, poza frontem południowym szybko uzyskali przewagę operacyjną. Skutecznie obroniono Charków i Mikołajów. Na froncie północnym Rosjanie już 30 marca 2022 rozpoczęli rejteradę z okupowanych obszarów w obwodach kijowskim, czernihowskim i sumskim. 5 kwietnia odeszli od Mikołajowa. Miesiąc później wycofali się spod Charkowa, w którego rejonie wojska ukraińskie osiągnęły przedwojenną granicę. Oznaczało to pełny krach wojny jako pierwotnego kompleksowego zamierzenia strategicznego dążącego do uzyskania przez Moskwę kontroli nad Ukrainą. Oznaczało także przegraną projektu rozciągnięcia na nią „ruskiego miru”. Ten definitywnie zginął pod Kijowem i w zbiorowych mogiłach w Buczy.

Niestety, nie zmaterializowały się również formułowane na Zachodzie nadzieje, że widowiskowe porażki spowodują tąpnięcie w samej Rosji. Ani wojsko, ani oligarchowie nie odsunęli Władimira Putina mimo klęski wojennego projektu oraz sankcji. Straty i rozpoczęta 21 września mobilizacja nie poruszyły też społeczeństwa. Rosja przegrała dynamiczną fazę wojny, czego ukoronowaniem było przeprowadzenie na początku września przez Ukrainę kontrofensywy w obwodzie charkowskim, prowadzącej do odbicia Bałaklii, Kupiańska i Iziumu, a w październiku i listopadzie odzyskanie Chersonia, leżącego według Rosjan od 30 września, kiedy to Putin podpisał dekret zatwierdzający „referenda” dotyczące przyłączenia terenów okupowanych, w Rosji. Przeszła do jej fazy uporczywej, na wyczerpanie. Wyrazem tego jest prowadzone w pierwszowojennym stylu parcie w obwodach donieckim i ługańskim. W ten sposób pod koniec czerwca Rosjanie zdobyli Siewierodonieck, a obecnie walczą o Bachmut. W maju po trzech miesiącach oblężenia musiał skapitulować Mariupol.

Jednocześnie, chociaż sprawna ukraińska naziemna obrona przeciwlotnicza uniemożliwiła rosyjskiemu lotnictwu skuteczne działanie w głębi kraju, od samego początku wojny agresor prowadzi uderzenia rakietowe na całą Ukrainę. W sytuacji rosyjskich porażek przybrały one charakter terrorystycznych ataków na infrastrukturę.

Straty

Rosyjska porażka z pierwszej fazy wojny oraz pierwszowojenny styl prowadzenia działań przełożyły się na ogromne straty. Według ocen przywoływanego już we wcześniejszych tekstach zespołu analitycznego Oryx sięgnęły one do dziś w formie bezpowrotnej m.in. ponad 1630 czołgów, ponad 2000 bojowych wozów piechoty, niemal 70 samolotów bojowych i takiej samej liczby śmigłowców. Do tych wskaźników należy dodać „ciemną liczbę” szacowaną na około 30%. Oznacza to, że Rosja w ciągu roku straciła około połowy liczby czołgów, które miała w linii na początku 2022. Zmusiło to Moskwę do sięgnięcia do głębokich rezerw, których symbolem stały się rzucone na front latem czołgi T-62, a ostatnio jeszcze bardziej archaiczne transportery opancerzone BTR-50. Ironią losu jest to, że te przestarzałe systemy zachowały się w składnicach mobilizacyjnych w lepszym stanie niż nowsze T-72 czy BMP-1 i 2, ponieważ nie było już chętnych na ich podzespoły, które z nowszych wzorów ochoczo szabrowano.

Ukraińskie straty w sprzęcie są również znaczące, jednak w podstawowych kategoriach mniej więcej 3–4-krotnie mniejsze niż rosyjskie. Przy tym o ile Rosja musi uciekać się do staroci, o tyle Ukraina otrzymuje jak dotąd od wspierających ją aliantów zachodnich sprzęt jakości porównywalnej do posiadanego przed wojną (czołgi T-72 czy PT-91), a nawet istotnie lepszy (armatohaubice Krab czy czołgi Leopard 2, w szczególności zapowiadane wersje A5/A6).

Znacznie trudniejsze do oszacowania są straty w ludziach. Według ocen, które należy traktować z najwyższą ostrożnością, w przypadku Rosji suma strat mogła sięgnąć 200–250 000 ludzi, z czego 50–75 000 zabitych i wziętych do niewoli. W przypadku Ukrainy chodzi o mniej więcej połowę tej pierwszej liczby. Z prawdopodobnie znacznie mniejszym (o 50%?) udziałem zabitych, z uwagi na sprawniejsze działanie służb medycznych.

Straty stricte frontowe to jednak tylko część zagadnienia. Szacuje się, że z terenów Ukrainy nieokupowanych przez Rosję przemieściło się za granicę nawet 5 milionów osób. Wiele z nich będzie zapewne stratą do pewnego stopnia bezpowrotną – już nie wrócą, chociaż zapewne nie zerwą więzi, w tym ekonomicznych, z ojczyzną. W aspekcie społecznym trzeba jednocześnie uznać, że inwazja stanowiła dla Ukraińców drugą, utrwalającą dawkę szczepionki na „ruski mir” – pierwsza została podana w 2014. Ta strata jest dla Rosji wprost kosmiczna. Według wszelkiego prawdopodobieństwa straciła możliwość wywierania na Ukraińców wpływu w inny sposób niż brutalne zniewolenie ich i wymordowanie stawiających opór, czyli już bynajmniej nie nielicznych elit. Całkowicie rozbieżny z intencjami konsolidacyjny czy w pewnym sensie narodotwórczy aspekt prymitywnych działań Rosjan, niezdolnych do pokojowej ekspansji gospodarczej i oddziaływania za pomocą soft power, trzeba uznać za czynnik, który dopiero się objawił, a jego pełne efekty będą manifestowały się przez dekady.

Bezpośredniej rekompensaty nie znajdują natomiast straty gospodarcze ponoszone przez Ukrainę wskutek okupacji i ataków na infrastrukturę. Przed słusznym odwetem za te ostatnie Rosję zabezpiecza niestety status mocarstwa nuklearnego. Z tego względu Ukraina nie dostaje od Zachodu stosownych środków, a podejmowane działania, takie jak uderzenia na miejsca stacjonowania bombowców strategicznych, mają charakter incydentalny i punktowy, chociaż według doniesień wymuszają na Rosjanach także rozwinięcie obrony głębi terytorium, choćby na wszelki wypadek.

Straty gospodarcze Rosji są równie niełatwe do oszacowania jak ludzkie. Moskwa, mimo objęcia sankcjami przez Zachód, znajduje chętnych na swoje surowce, tudzież pomagających jej omijać ograniczenia eksportowe. Z drugiej kończąca się właśnie łagodna zima wyśmiała domniemane rachuby na wzięcie Europy mrozem wskutek ograniczenia dostaw gazu i ropy. Ceny gazu ziemnego są dziś ponad trzykrotnie niższe niż w szczytowym momencie spekulacyjnej paniki po wybuchu wojny, pozostając na poziomie z przełomu lat 2020 i 2021. Ropa naftowa we wspomnianym szczycie kosztowała około 60% więcej niż dziś, a trzeba pamiętać, że Rosjanie muszą swoim klientom, Chinom i Indiom, oferować znaczący upust. Rosyjski bank centralny manipulacjami walutowymi zdołał opanować kurs rubla, jednak długotrwałość stosowania takich środków pozostaje ograniczona.

Całościowo, powstrzymując się od przewidywania, kiedy i w jakim stopniu gospodarka Rosji miałaby się zawalić, trzeba jednak uznać, że została zmuszona do ogromnego wysiłku. Który jednak, w przeciwieństwie do lat 1941–45, nie doprowadzi do „odkucia się” grabieżą na wielką skalę i dostępem do nowych technologii. Jeżeli nawet Rosjanie nie stracą nabytków i wezmą Bachmut czy później jeszcze jakieś pomniejsze ośrodki, znajdą tam tylko leje po bombach i ruiny…

Bezwzględną i oczywistą stratą Rosji jest natomiast wyciek na Zachód morza wiedzy o jej technologiach wojskowych, dzięki zdobytemu sprzętowi wszelkich kategorii, ogromnej liczbie danych z rozpoznania, obserwacji procedur w działaniu. Można uznać, że rosyjski kompleks wojskowo-przemysłowy na dekady pozostanie otwartą księgą.

Otoczenie międzynarodowe

Można uznać za pewnik, że niedocenienie reakcji Zachodu na inwazję stanowiło grzech pierworodny rosyjskich rachub. Moskwa pomyliła się wprost kosmicznie. Zdeterminowanym Stanom Zjednoczonym udało się zbudować prężną koalicję wspierającą Ukrainę. Do Wielkiej Brytanii, Polski i krajów bałtyckich uczestniczących w niej realnie już długo przed wojną udało się dociągnąć za uszy nawet Niemcy. W Europie Zachodniej jedyne wyjątki stanowią i tak relatywnie niewiele znaczące Węgry, Austria i Szwajcaria. Do NATO zmierzają mimo turecko-węgierskiej obstrukcji Finlandia i Szwecja. Okrakiem na barykadzie siedzi nawet tradycyjny sojusznik Rosji, czyli Serbia. Niestety, taką samą pozycję wybrała Turcja, paląca Panu Bogu i diabłu świeczki dość podobnej wielkości.

Rosja z kolei może liczyć na wsparcie Chin, które ma jednak tradycyjnie janusowe oblicze. Wątpliwe, aby Pekin zdecydował się na przekroczenie granicy w postaci bezpośrednich dostaw uzbrojenia. W tym aspekcie Rosjanie stali się klientami Iranu i najprawdopodobniej Korei Północnej. Chiny jednak jednocześnie zdobywają wpływy w Azji Środkowej, gdzie prezydent Tokajew mimo obrony swojej pozycji przez Rosję jeszcze przed agresją na Ukrainę, ostentacyjnie dystansuje się od Moskwy, grając na Zachód, ale głównego protektora szukając w Pekinie. Podobnie jeśli chodzi o wektor chiński zachowuje się Alaksandr Łukaszenka, mimo wspólnictwa w agresji przez udostępnianie terytorium za wszelką cenę usiłujący, jak się wydaje, wymigać się od bezpośredniego udziału w niej wojsk białoruskich.

Za sporą porażkę dyplomacji Zachodu można uznać w sporej mierze sprzyjające Rosji stanowisko Indii. Delhi oczywiście nie robi tego bezinteresownie i korzysta na przymusowej sytuacji Moskwy, ale np. dostawy komponentów stamtąd mają przyczyniać się niebagatelnie do odtwarzania rosyjskiego potencjału. Z drugiej strony Zachodowi udało się zorganizować szeroką akwizycję na rzecz Ukrainy postsowieckiego sprzętu w krajach arabskich, Afryce, a prawdopodobnie do źródeł dołączy na szerszą skalę Pakistan.

Co dalej?

Tu pojawia się tytułowa mgła. Nie wiadomo, czy rosyjski nacisk pod Bachmutem i w innych obszarach Doniecka i Ługańska to już spodziewana ofensywa, czy tylko preludium do niej. Nie wiadomo, czy istnieją perspektywy skokowego zwiększenia potencjału wojsk ukraińskich dzięki dostawom z Zachodu. Wyskrobywanie kolejnych kompanii czy batalionów Leopardów 2, Challengerów czy Abramsów nie wydaje się rokować dobrze w aspekcie wojny na wyczerpanie, a tym bardziej ewentualnej kontrofensywy. Z T-62 spotkają się niedługo ich przewidywani przeciwnicy z czasów Zimnej Wojny – Leopardy 1. Aby skutecznie grać w „zbijanego”, zachowując jednocześnie korzystny stosunek strat w ludziach, Ukraina powinna dostawać szerszy strumień wsparcia z Zachodu, np. produkowane gdzieś na bieżąco czołgi (mogłyby to być Opłoty czy PT-91 przetłumaczone na zachodnie technologie). W celu umożliwienia przejścia do ofensywy strumień powinien przekształcić się w rzekę.

Oczywiście dotychczasowe wsparcie Zachodu jest bezcenne. Bez niego Ukraina przy całej ofiarności wojska i społeczeństwa upadłaby w kilka tygodni. Ale żeby możliwe było odepchnięcie Rosji choć do linii sprzed 24 lutego 2022, potrzebne byłoby nowe otwarcie, obejmujące takie elementy, jak nowoczesne wielozadaniowe samoloty bojowe, które mimo rozlicznych spekulacji czy warunkowych zapowiedzi nie chcą się wciąż zmaterializować.

Według innych spekulacji Zachód ma dawać Ukrainie czas na osiągnięcie sukcesów militarnych do końca bieżącego roku, po czym miałoby nastąpić zamrożenie wojny w jakiejś formie. Jednak warunkiem takich sukcesów będzie wspomniana rzeka wsparcia, która musi się objawić. Albo musiałby nastąpić kolaps gospodarczy czy społeczny w Rosji. Z drugiej strony nie wydaje się, żeby najbardziej optymistyczne rachuby Moskwy sięgały daleko poza Bachmut. Wiosna siłą rzeczy część dotychczasowej mgły rozwieje, oby odsłaniając optymistyczny obraz…

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Dmitry Bukhantsov from Pixabay.