Znikają owoce i warzywa

Znikają owoce i warzywa

W Wielkiej Brytanii w supermarketach wprowadzono limit trzech pomidorów na klienta. W Holandii można kupić maksymalnie dwie papryki.

Jak informuje portal wnp.pl, w Europie bardzo wzrosły ceny owoców i warzyw, ale przede wszystkim pojawił się ich niedobór, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Na problem kosztów zwraca również uwagę hiszpański dziennik „El Mundo”. Warzywa są bowiem w Hiszpanii uprawiane w szklarniach zasilanych gazem. Na północy natomiast, według statystyk Szwedzkiego Urzędu Statystycznego, tylko w ciągu ostatnich dwóch miesięcy ceny porów wzrosły o 37 proc. W Czechach ceny hurtowe warzyw importowanych wzrosły w pierwszych tygodniach 2023 r. o kilkadziesiąt procent.

Cztery brytyjskie sieci supermarketów wprowadziły ograniczenia w sprzedaży niektórych owoców i warzyw. W sieci Asda jedna osoba mogła kupić maksymalnie po trzy sztuki pomidorów, ogórków, papryki, sałaty, brokułów, kalafiora oraz trzy opakowania malin, zaś w Morrisons restrykcje dotyczyły ogórków, pomidorów, sałaty i papryki – po dwie sztuki na klienta. Na podobny krok zdecydowały się Aldi i Tesco – w obu ograniczono sprzedaż pomidorów, ogórków i papryki do trzech sztuk na osobę.

Jak wskazują eksperci, niedobory na Wyspach są głównie wynikiem ekstremalnych zjawisk pogodowych – wyjątkowo niskich temperatur w południowej Hiszpanii i powodzi w Maroku, skąd produkty są przeważnie importowane – co wypłynęło na zbiory, a także wysokie ceny energii, które spowodowały ograniczenie produkcji w szklarniach.

W Szwecji media donosiły, że w br. po raz pierwszy doszło do sytuacji, że w miejscowościach przygranicznych to Szwedzi kupowali warzywa w Norwegii, a nie odwrotnie, jak ma to zwykle miejsce, z uwagi na wyższe ceny norweskiej żywności.

Według statystyk Szwedzkiego Urzędu Statystycznego tylko w ciągu ostatnich dwóch miesięcy ceny porów wzrosły o 37 proc., ogórków o 14 proc., a pomidorów oraz marchwi o 11 proc. Eksperci przekonują, że jest to spowodowane pogodą na południu Europy oraz w Maroku, skąd do zimnej Skandynawii sprowadzane są warzywa oraz owoce, a dodatkowo część szwedzkich producentów ograniczyła uprawy szklarniowe z uwagi na wysokie ceny energii.

Rosnące koszty energii zmusiły holenderskich hodowców pomidorów, którzy uprawiają rośliny pod lampami, do wyłączenia ponad 90 proc. z nich tej zimy.Na Węgrzech wzrost cen owoców i warzyw w ostatnim czasie związany jest z najwyższą od prawie 30 lat inflacją. W lutym wskaźnik inflacji wyniósł 25,4 proc., przy czym ceny żywności w porównaniu z lutym 2022 r. wzrosły o 43,3 proc. Szacuje się, że z powodu cen Węgrzy jedzą 10-15 proc. mniej owoców i warzyw niż w ubiegłym roku.

W Słowacji zaczyna brakować cebuli. Rolnicy sądzą, że „kryzys cebulowy”, połączony z wyższymi cenami, potrwa do nowych zbiorów. Ceny na cebule wzrosły rok do roku o 20 proc. Według słowackiej Izby Rolno-Spożywczej (SPPK) niedobór warzyw, w tym cebuli, wynika z napięć geopolitycznych i niekorzystnej pogody związanej z powodziami w Pakistanie, przymrozkami w Azji Środkowej i suszą w Afryce Północnej. Rekordowo wysokie ceny na Słowacji notowane w przypadku papryki. Niektóre gatunki kosztują 7 euro za kilogram (33 złotych).

W Hiszpanii rolnicy patrolują w nocy pola w obawie przed złodziejami warzyw.

Będzie łatwiej zrobić referendum lokalne

Będzie łatwiej zrobić referendum lokalne

Sejm przyjął w czwartek nowelizację ustawy o referendum lokalnym. Zakłada ona m.in. obniżenie progu frekwencyjnego z 30 na 15 procent oraz zmniejsza o połowę liczbę obywateli niezbędnych do zainicjowania referendum.

Jak pisze portal samorządowy, projekt nowelizacji ustawy o referendum lokalnym autorstwa posłów Kukiz’15 został złożony w Sejmie – wraz z podpisami posłów PiS – 29 października 2021 r.

W czwartek nowelizacja została uchwalona przez Sejm. Za przyjęciem noweli zagłosowało 232 posłów, 189 było przeciw, 29 wstrzymało się od głosu.

Nowela zmienia zasady organizowania i przeprowadzania referendum lokalnego. Zakłada m.in. obniżenie progu ważności referendum z 30 na 15 proc. uprawnionych do głosowania. W przypadku referendum o odwołanie władz wykonawczych pochodzących z wyborów bezpośrednich np. prezydenta miasta lub burmistrza, byłoby ono ważne, jeśli liczba wyborców, którzy wzięli w nim udział, stanowiła przynajmniej 3/5 liczby głosów oddanych w wyborach na odwoływany organ.

Nowelizacja rozszerza katalog spraw, które mogą być przedmiotem referendum lokalnego: dodano sprawy dotyczące społecznych, gospodarczych lub kulturowych więzi łączących wspólnotę samorządową.

Ponadto wprowadzono regułę, zgodnie z którą referendum będzie można przeprowadzać dwa razy w czasie trwania kadencji. Zgodnie z jedną z przyjętych poprawek, referendum można przeprowadzać po raz pierwszy – nie wcześniej niż na 18 miesięcy i nie później niż na 24 miesiące od początku kadencji tego organu; po raz drugi – nie wcześniej niż na 12 miesięcy i nie później niż na 6 miesięcy przed upływem kadencji tego organu.Ograniczenie to nie będzie miało zastosowania do referendum ws. odwołania organu stanowiącego jednostki samorządu terytorialnego oraz ws. odwołania wójta, burmistrza lub prezydenta miasta.

Nowela zmniejsza o połowę liczbę obywateli niezbędnych do zainicjowania referendum. W przypadku gmin i powiatów będzie to 5 proc., a nie 10 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców; w przypadku województw – 2,5 proc. a nie 5 proc.

Nowe przepisy gwarantują inicjatorom referendum 6 miesięcznego terminu – a nie jak dotychczas 60 dni – na zebranie podpisów mieszkańców popierających referendum.

Polak nie strajkuje

Polak nie strajkuje

Polska jest na szarym końcu państw pod względem liczby strajków.

Jak informuje pulshr.pl, z danych European Trade Union Institute wynika, że w latach 2020-2021 Polacy nie pracowali z powodu strajku średnio 0,4 dnia. Dla porównania we Francji, która zdecydowanie wiedzie w Europie prym pod względem strajkowych zrywów, było to 79,1 dni.

Oto dane dotyczące strajków w Polsce:

2022 rok – 29 strajków, w których uczestniczyło 3,8 tys. pracowników, tj. 37,4 proc. zatrudnionych w jednostkach, w których wystąpiły strajki;
2021 rok – 7 strajków, w których uczestniczyło 1,4 tys. pracowników, tj. 32 proc. zatrudnionych w jednostkach, w których wystąpiły strajki;
2020 rok – 27 strajków, w których uczestniczyło 13,2 tys. pracowników, tj. 24,9 proc. zatrudnionych w jednostkach, w których wystąpiły strajki;
2019 rok – 9835 strajków, w których uczestniczyło 228,2 tys. pracowników, tj. 57,2 proc. zatrudnionych w jednostkach, w których wystąpiły strajki;
2018 rok – 7 strajków, w których uczestniczyło 2 tys. pracowników, tj. 22,4 proc. zatrudnionych w jednostkach, w których wystąpiły strajki;
2017 rok – 1556 strajków, w których uczestniczyło 29,7 tys. pracowników, tj. 34,8 proc. zatrudnionych w jednostkach, w których wystąpiły strajki;

Jak wyjaśnia prof. Adam Mrozowicki z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego, na to, że Polacy niechętnie sięgają po tę metodę poprawy warunków pracy, wpływa bardzo wiele czynników. Pierwszym – i jednym z istotniejszych – jest prawo, które skutecznie utrudnia zorganizowanie strajków.

Zorganizowanie referendum strajkowego w niektórych zakładach, szczególnie tych większych, jest po prostu nie do zrobienia. Kiedy w firmie pracuje kilkanaście tysięcy pracowników, a połowa z nich musi uczestniczyć w referendum, żeby mogło zostać ono uznane, to jest to bardzo trudne do wykonania. Wręcz nierealne. Tym bardziej, że pracodawcy ze swojej strony nie ułatwiają tego procesu.

W Polsce mamy bardzo niski poziom uzwiązkowienia. Aktualnie wynosi on 11- 12 proc. wśród pracowników najemnych. Jednak w sektorze prywatnym i wśród MŚP (małych i średnich firm) poziom uzwiązkowienia wynosi 2-3 proc. Wtedy siła negocjacyjna pracowników jest tak mała, że nie mają szans, żeby skutecznie przeprowadzić strajk. Nie zachęca do strajkowania również fakt, że pracownicy, którzy zdecydują się na ten krok, nie dostają wynagrodzenia za czas strajku. Związki zawodowe w Polsce, nawet te największe, nie mają na tyle dużego funduszu strajkowego, by zapewnić strajkującym finansowe wsparcie.

Nie ma fachowców

Nie ma fachowców

Pierwsze Branżowe Centra Umiejętności powstaną w marcu 2023. Jest ponad 1,4 mld zł na utworzenie w Polsce 120 placówek i ani jednego chętnego, by prowadzić szkoły kształcące w branżach drzewno-meblarskiej, handlowej i pomocy społecznej.

Jak informuje Portal Samorządowy, z zapowiedzi Ministerstwa Edukacji i Nauki wynika, że pierwsze branżowe centra umiejętności (BCU) powstaną w 2023 roku. Ma ich być przynajmniej 20. W kolejnym roku ma powstać następne 100.

BCU to pomysł ministerstwa na wzmocnienie reformy kształcenia zawodowego wdrażanej przez resort edukacji od 2019 roku. Centra mają być tworzone w partnerstwie podmiotów branżowych oraz organów prowadzących szkoły. Dlatego do udziału w konkursie na utworzenie i wsparcie BCU ministerstwo zaprosiło m.in. organizacje branżowe, izby gospodarcze, stowarzyszenia zawodowe i samorządy zawodowe zrzeszające osoby wykonujące dany zawód.

Wpłynęło 90 wniosków, które obecnie podlegają ocenie formalnej. Największym zainteresowaniem cieszyły się branże: budowlana, elektroenergetyczna i rolno-hodowlana – informuje Adrianna Całus, rzeczniczka Ministerstwa Edukacji i Nauki.

O utworzenie w mieście dwóch branżowych centrów umiejętności stara się między innymi Radom.

Branżowe centra umiejętności miały koncentrować się na branżach kluczowych dla rozwoju przemysłu w danym regionie, w tym m.in. automatyka, robotyka, mechatronika, przemysł motoryzacyjny, przemysł lotniczy, energetyka odnawialna, transport, spedycja i logistyka czy przetwórstwo spożywcze.

Największym zainteresowaniem cieszyły się branże: budowlana, elektroenergetyczna, rolno-hodowlana. W całej Polsce nie znalazł się jednak nikt chętny do rozwijania placówek w branżach: drzewno-meblarska, handlowa, pomoc społeczna.

Decyzję o tym, gdzie powstaną branżowe centra umiejętności, ministerstwo oficjalnie ogłosić ma 31 marca. W całej Polsce powstać ma w sumie 120 ośrodków w partnerstwie podmiotów branżowych oraz organów prowadzących szkoły kształcące w zawodach i centra kształcenia zawodowego. Cała inwestycja kosztować ma ponad 1,4 mld złotych.

Sto dni na wynajęcie

Sto dni na wynajęcie

Rząd Portugalii ogłosił, że zgodnie z projektem nowej ustawy dotyczącej mieszkalnictwa, zobowiąże właścicieli niezamieszkanych domów do ich wynajęcia lub upoważnienia administracji samorządowej do znalezienia lokatorów.

Jak informuje serwis wnp.pl, zgodnie z projektem rządu Costy właściciel pustego domu otrzyma list z gminy, w którym zostanie poinformowany o propozycji samorządu terytorialnego co do wynajmu pustostanu. Na odpowiedź władzom gminnym obywatel będzie mieć 10 dni.

W sytuacji zignorowania przez obywatela pisma lub braku odpowiedzi, gmina będzie mogła po kolejnych 90 dniach uruchomić procedurę poszukiwania lokatorów do pustego domu i zmusić jego właściciela do wynajmu.

Gabinet Costy twierdzi, że nowelizacja prawa pomoże pozwolić uporać się z kryzysem mieszkaniowym oraz doprowadzić do obniżenia cen mieszkań i ich wynajmu.

Rząd Portugalii zamierza też zakończyć rozwijany od 2012 r. program przyznawania tzw. złotych wiz, uprawniających do stałego pobytu osoby spoza Strefy Schengen. Napływ bogatych przedsiębiorców z zagranicy podwyższył ceny nieruchomości.

Według szacunków prezydenta Portugalii Marcelo Rebelo de Sousy, w kraju tym jest aktualnie ponad 1 mln pustych domów.

Pracownicy MOPS wygrali

Pracownicy MOPS wygrali

Zakończył się strajk pracowników pomocy społecznej w Legnicy. Pracownicy MOPS i DPS otrzymają w sumie 800 zł podwyżki.

Jak donosi portal pulshr.pl, pracownicy legnickiego MOPS i DPS otrzymają w sumie 800 zł podwyżki. 400 zł od 1 stycznia 2023, kolejne 200 zł od lipca. Od stycznia 2024 roku otrzymają kolejne 200 zł.

Udało się osiągnąć kompromis i liczę na dalszą współpracę, jeżeli chodzi o kształtowanie poziomu wynagrodzeń pracowników pomocy społecznej w Legnicy. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie można na ten temat rozmawiać i rozwiązywać problemy na etapie początkowym, i że wspólnie będziemy mogli kształtować politykę płacową. Bardzo dziękuję za współpracę przy tworzeniu tego porozumienia – mówi Aneta Mazur, szefowa komisji zakładowej NSZZ „Solidarność” w MOPS.

Jak powstrzymać sztuczną inteligencję przed zniszczeniem dziennikarstwa

Jak powstrzymać sztuczną inteligencję przed zniszczeniem dziennikarstwa

Wydaje się, że oto nagle wiele strasznych ostrzeżeń dotyczących sztucznej inteligencji zamienia się w rzeczywistość. Wcześniejsze generacje automatyzacji uderzały w ogromną liczbę miejsc pracy w amerykańskim sektorze produkcyjnym i usługowym. Natomiast teraz sztuczna inteligencja przychodzi po „twórców” – pracowników umysłowych, którzy zawsze wyobrażali sobie, że są chronieni od takich banalnych zagrożeń. Żadna branża nie jest obecnie bardziej bezpośrednio zagrożona niż dziennikarstwo. Istnieje jednak sposób, aby wyprzedzić to zagrożenie już teraz, zanim algorytmy zjedzą nas wszystkich żywcem.

ChatGPT, program OpenAI, który jest w stanie wypluć spójne (jeśli już nie poetyckie) teksty, został publicznie udostępniony niedawno. Ale już teraz firmy medialne spieszą się z eksperymentowaniem ze sposobami wykorzystania programu i podobnych technologii, aby zastąpić ludzi dotychczas widniejących na ich listach płac. Buzzfeed zauważył, że niskie ceny ich akcji wzrosły po tym, jak ogłosili, że użyją ChataGPT do pisania quizów i list. „Men’s Journal” używa sztucznej inteligencji do wypluwania artykułów, które są przepisanymi ponownie starymi materiałami z archiwów. A CNET po cichu używał sztucznej inteligencji do pisania artykułów przez miesiące, zanim pod koniec stycznia powiedział, że „wstrzyma” operację, po tym, jak stwierdzono, że wiele tych tekstów zawiera błędy lub jest plagiatami.

Można śmiało powiedzieć, że to wszystko to dopiero początek. Obecnie dostępna sztuczna inteligencja może pisać (gówniane) historie, rysować ilustracje, a nawet replikować twój głos, aby czytać głośno tekst. Google ma w tym roku wprowadzić 20 oddzielnych produktów AI. Algorytmy szybko stają się coraz bardziej wyrafinowane. Każdy, kto zajmuje się twórczą pracą z tekstem – zarówno dziennikarze, pisarze, artyści, jak i reporterzy radiowi – konkuruje teraz z komputerem, który może stworzyć symulakrum naszej pracy za mniej niż kosztujemy firmę, która płaci nam za takie zadania. Zagrożenie dla wielu tysięcy miejsc pracy istnieje i ma potencjalnie charakter egzystencjalny.

Czy to pilna kwestia pracownicza? Z pewnością. Ale pracownicy mediów i ich związki zawodowe mogą walczyć nie tylko za pomocą pikiet i protestów. Podstawowe założenie („nowa technologia dziesiątkuje cały istniejący przemysł z zapierającą dech w piersiach szybkością”) jest znajome. Zdarzyło się to sprzedawcom zapałek, operatorom telegrafów i pracownikom taśm montażowych, i nie ma nic dziwnego w potencjalnej możliwości, że przydarzy się dziennikarzom – z wyjątkiem naszego zdrowego poczucia własnej wartości. Kiedy te historie są przekazywane jako powszechna mądrość, zwykle przedstawia się je jako lekcje, jak nie pozostawać w tyle za szybko zmieniającym się współczesnym światem; widmo przysłowiowego woźnicy to znana przestroga w kulturze amerykańskiej. Wyraźny brak sympatii dla pozostawionych samym sobie robotników leży w naturze tych kapitalistycznych zasad. Przecież obsługujący konne powozy powinni byli zostać mechanikami samochodowymi! A zwolnieni dziennikarze powinni nauczyć się kodować! I tak dalej, i tak dalej.

W branży dziennikarskiej mamy w USA niewielką przewagę nad innymi branżami. Mamy silne i wszechobecne związki zawodowe oraz powszechnie akceptowany kodeks etyczny, który określa, jak daleko można przesunąć standardy, zanim coś przestanie się liczyć jako dziennikarstwo. To są podstawowe narzędzia, którymi dysponujemy w naszej zbliżającej się walce z AI. Zamiast udawać, że możemy powstrzymać falę zmian technologicznych, argumentując, że byłoby to dla nas złe, musimy skupić się na bardziej istotnym fakcie, że może to być apokaliptyczne dla samego dziennikarstwa.

Należy zauważyć, że nie ma uzgodnionych ani dobrze ugruntowanych zasad dotyczących sztucznej inteligencji i etyki dziennikarskiej. Ta technologia po prostu nie istnieje wystarczająco długo, aby wprowadzić te zasady. Lepiej się z tym pospieszmy, albo gwarantujemy sobie, że wiele złych rzeczy zostanie zrobionych przy braku standardów branżowych. Pozwólcie, że zasugeruję jedną podstawową zasadę na początek: dziennikarstwo jest wytworem ludzkiego umysłu. Jeśli coś nie pochodzi z ludzkiego umysłu, nie jest dziennikarstwem. Nie dlatego, że sztuczna inteligencja nie może wypluć przekonującej repliki rzeczy, ale dlatego, że dziennikarstwo – w przeciwieństwie do sztuki czy rozrywki – wymaga odpowiedzialności, aby było uzasadnione.

Serwisy informacyjne nie tylko publikują artykuły. Mogą również, jeśli to konieczne, dokładnie wyjaśnić, jak powstała dana historia i dlaczego tak się stało. Dlaczego jest to news? Jakie ma źródła? Jakie możemy wyciągnąć z niego wnioski? W jaki sposób upewniliśmy się, że sprzeczne punkty widzenia zostały przedstawione rzetelnie? W jaki sposób ustaliliśmy, że nagłówek, wstęp, anegdoty i cytaty w historii były odpowiedni dobrane, by stworzyć jak najbardziej rzetelną, najdokładniejszą i wciągającą historię? Czy pominęliśmy coś, co mogłoby być sprzeczne z naszą tezą? Czy historia jest niewłaściwie przedstawiona? To nie są tylko kwestie estetyczne. Są to pytania, na które serwisy informacyjne muszą być w stanie odpowiedzieć, abyśmy wszyscy zgodzili się, że ich dziennikarstwo jest uzasadnione i etyczne. Przyjmuje się za pewnik, że prawdziwi dziennikarze mogą odpowiedzieć na te pytania i uzasadnić swoje odpowiedzi w przypadku sporu. Jedną wspólną cechą wszystkich tych fundamentalnych pytań jest to, że nie można na nie spójnie odpowiedzieć, jeśli odwołamy się do sztucznej inteligencji.

Tak, AI potraf wypluć zdanie w odpowiedzi na dowolne z tych pytań. Ale czy to oznacza rzeczywistą przejrzystość? Kiedy mówisz programowi AI, aby napisał historię, czy możesz definitywnie sprawdzić, że coś pominął? Czy możesz dokładnie opisać proces, który wykorzystał do wyciągnięcia wniosków? Czy możesz ostatecznie ręczyć za fakt, że sztuczna inteligencja była rzetelna i dokładna oraz że jej praca nie jest wadliwym produktem jakiejkolwiek liczby ukrytych uprzedzeń? Nie, nie możesz. Tak naprawdę nie wiesz, jak sztuczna inteligencja zrobiła to, co zrobiła. Nie znasz procesu, którego użyła do wytworzenia efektu swojej pracy. Nie możesz też dokładnie opisać ani ocenić tego procesu. Jest bardzo prawdopodobne, że wiele mediów pospieszy się, by wykorzystać sztuczną inteligencję do produkcji tanich treści, a następnie zlecić redaktorowi przejrzenie ich przed publikacją i wykorzysta takie ludzki wgląd jako uzasadnienia dla publikacji. Ale ten proces jest iluzją – redaktor-człowiek nie wie i nigdy nie może wiedzieć, w jaki sposób sztuczna inteligencja stworzyła daną historię. Technologia jest w rzeczywistości czarną skrzynką. A to czyni ją śmiertelnie wadliwą w naszej konkretnej dziedzinie.

Dziennikarze-ludzie też mają wady. Ale jesteśmy odpowiedzialni. To jest różnica. Instytucje dziennikarskie żyją z wiarygodności, a ta wiarygodność wynika bezpośrednio z odpowiedzialności, która towarzyszy każdej historii. Gdy historie zawierają błędy lub uprzedzenia, pomijają pewne rzeczy, przeinaczają lub naginają prawdę, można je wiarygodnie zakwestionować, a wiarygodne instytucje są zobowiązane do wykazania, w jaki sposób i dlaczego historia jest taka, jaka jest, i są zobowiązane do przyznania tego i poprawienia wszelkich błędów w swoich procesach raportowania, pisania i publikowania. Jeśli tego nie robią, tracą wiarygodność. Kiedy to tracą, tracą wszystko. Ten proces odpowiedzialności jest podstawą dziennikarstwa. Bez tego możesz „coś robić”, ale nie zajmujesz się dziennikarstwem.

Nie musicie mnie przekonywać, że media często są leniwe, głupie, gonią za sensacją lub są pełne nieświadomych przedzałożeń wprost z Ivy League [grupa amerykańskich elitarnych uczelni wyższych], wygłaszając zdumiewająco ignoranckie wypowiedzi na temat świata. Właśnie dlatego w ciągu ostatniego stulecia powstał cały nurt etyki dziennikarskiej, którego głównym celem jest sprawienie, by branża była odpowiedzialna, a tym samym wiarygodna. Odpowiedzialność wymaga obecności ludzkiego umysłu, który może odpowiedzieć na wszystkie wspomniane pytania. Ponieważ sztuczna inteligencja nigdy nie może być naprawdę odpowiedzialna za swoją pracę, jej rezultat nie jest dziennikarstwem. Z tego powodu publikowanie takich prac jest nieetyczne. Jako branża musimy wspólnie zgodzić się na standardy, które zapewniają, że żaden serwis informacyjny nie publikuje treści wyprodukowanych bezpośrednio przez sztuczną inteligencję. Technologia może być narzędziem pomagającym ludziom w zbieraniu wiadomości, ale nigdy nie powinna zastępować ludzi w redakcji.

Wkraczamy w erę mediów, które będą zapełniane bagnami pełnymi filmów, nagrań audio, zdjęć i tekstów całkowicie generowanych komputerowo i mających na celu wprowadzanie ludzi w błąd. Opinia publiczna będzie miała bardzo, bardzo duże trudności z odróżnieniem tego, co prawdziwe, od tego, co fałszywe. Ważniejsze niż kiedykolwiek jest to, aby wiarygodne serwisy informacyjne istniały – i aby pozostały wiarygodne. Żeby to zrobić, musimy sprzeciwić się sztucznej inteligencji, która przejmuje pracę dziennikarzy. Musimy zjednoczyć się wokół idei, że coś takiego nie jest etyczne. Jeśli tego nie zrobimy, możesz założyć się, że firmy będą działały tak szybko, jak to możliwe, aby zaoszczędzić dolary – i przy okazji całkowicie zniszczyć dziennikarstwo.

Hamilton Nolan

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w serwisie internetowym inthesetimes.com w lutym 2023. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay.

Hamilton Nolan jest zatrudniony w redakcji amerykańskiego lewicowego pisma „In These Times”. Ostatnią dekadę spędził na pisaniu o pracy i polityce dla „Gawker”, „Splinter”, „The Guardian” i innych.

Co z bezpieczeństwem energetycznym Polski?

Co z bezpieczeństwem energetycznym Polski?

Procedowane przez Parlament Europejski tzw. rozporządzenie metanowe wywołuje duży niepokój w branży górniczej.

Jak informuje OPZZ, wprowadzenie dokumentu w obecnym kształcie będzie niosło negatywne skutki dla całego systemu energetycznego Polski, a co zatem idzie, dotknie wszystkich mieszkańców naszego kraju. OPZZ pilnie podjęło w tej sprawie interwencje w Ministerstwie Aktywów Państwowych oraz Ministerstwie Klimatu i Środowiska.

Masowe zwolnienia pracowników kopalń i branż pokrewnych, bezrobocie w regionach górniczych, ale także blackouty, ubóstwo energetyczne i ogromny problem z zapewnieniem dostaw prądu w kraju – to możliwe scenariusze wprowadzenia planowanych limitów emisji metanu dla kopalń węgla kamiennego w Unii Europejskiej. I to już na początku 2027 roku, za nieco ponad trzy i pół roku. Limity, które przewiduje dokument, są praktycznie nieosiągalne przez większość kopalń węgla energetycznego w Polsce. Jednak cztery lata później mają zostać zaostrzone i objąć kolejne zakłady, a w przyszłości także te wydobywające węgiel koksowy.

Obowiązująca Umowa Społeczna z roku 2021 przewiduje plan stopniowego zamykania kopalń węgla energetycznego do roku 2049. Urzeczywistnienie zakazów emisji metanu ujęte w projekcie rozporządzenia oznaczałoby konieczność płacenia ogromnych, dotkliwych kar przez długi czas lub zamknięć już w latach 2026 i 2030. To o wiele szybciej niż zakładają jakiekolwiek realne plany. Oznaczałoby to dla Polski konieczność importu bardzo dużych ilości węgla z zagranicy, gdyż system energetyczny nie przekształci się w tak krótkim czasie.

OPZZ zwróciło się z apelem o interwencję do wicepremiera Jacka Sasina, Ministra Aktywów Państwowych oraz Anny Moskwy, szefowej Ministerstwa Klimatu i Środowiska która umożliwi wzięcie pod uwagę realnych uwarunkowań technicznych i społecznych: W ocenie OPZZ, Parlament Europejski powinien ponownie przeanalizować skutki proponowanej regulacji i w toku dalszych prac uwzględnić uwagi zgłaszane przez związki zawodowe. Ostateczna wersja rozporządzenia winna zapewniać realne i możliwe do udźwignięcia przez sektor paliwowo-energetyczny limity emisji oraz odpowiednie okresy przejściowe wystarczające do należytego przygotowania infrastruktury w kopalniach i stacjach odmetanowania. Pozostawienie projektu rozporządzenia w obecnym brzmieniu zniweczy zamiar sprawiedliwej transformacji, narazi Polskę na szybkie zamknięcie większości kopalń węgla oraz skutkować będzie załamaniem systemu energetycznego kraju. W konsekwencji spowoduje kryzys społeczno-gospodarczy wielu regionów Polski, w tym wzrost bezrobocia.

Nie ma porozumienia w Legnicy

Nie ma porozumienia w Legnicy

Nie doszło do podpisania porozumienia między władzami Legnicy a strajkującymi pracownikami Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Żłobki miejskie nadal będą nieczynne.

Jak informuje portal legnica.naszemiasto.pl, kilka godzin trwały negocjacje w legnickim Urzędzie Miasta, niestety nie doszło do porozumienia. 1 marca media informowały, że jest wstępne porozumienie z miastem, jednak okazało się to złudne.

Strajk pracowników DPS i MOPS w Legnicy rozpoczął się w ubiegły poniedziałek, 27 lutego 2023 r. Tego dnia zamknięto miejskie żłobki, przestały być wypłacane świadczenia społeczne, a DPS, dom samotnej matki czy schronisko dla bezdomnych zaczęły działać w ograniczonym zakresie.

Nie zakończył się jednak strajk pracowników legnickich MOPS i DPS. Wczoraj, po wielu godzinach negocjacji, nie został podpisany dokument kończący protest. Strony nie porozumiały się w sprawie jego szczegółowych zapisów. Radni w środę jednomyślnie zagłosowali za poprawkami w budżecie, aby rozwiązać największy kryzys w Legnicy.
Był wypracowany kompromis, były wypracowane pewne sprawy załatwiające temat. W porozumieniu uszczegóławia się rzeczy, które zostały tam zawarte i tu wystąpił problem – informuje Aneta Mazur, przewodnicząca „Solidarność” w legnickim MOPS.

Występują rozbieżności stron i strajk będzie kontynuowany. Nie udało się podpisać porozumienia. Poprawki redakcyjne, o których mówiliśmy, nazwałabym raczej niedopracowaniem szczegółów i niezrozumieniem tematu – mówi Aneta Mazur.

Są, a nie ma

Są, a nie ma

Na 380 powiatów aż w 43 nie zatrzymują się pociągi pasażerskie, a są też takie powiaty i miasta na prawach powiatu, gdzie nie ma ani jednej kolejowej stacji pasażerskiej.

Urząd Transportu Kolejowego opublikował raport „Wskaźnik wymiany pasażerskiej w powiatach”, oparty na danych za 2021 r. Pokazuje on, w których powiatach najwięcej osób korzysta z kolei pasażerskiej, a w których najmniej. Prymusem pod tym względem jest woj. pomorskie, a fatalnie wypadają województwa wschodnie.

Jak informuje Portal Samorządowy, wskaźnik wymiany pasażerskiej, którym posługuje się Urząd Transportu Kolejowego (UTK) w swych porównaniach, pokazuje, ile rocznie osób wsiada lub wysiada z pociągu pasażerskiego w danym powiecie – w przeliczeniu na jednego mieszkańca tego powiatu. Aż w 43 powiatach pociągi pasażerskie w ogóle się nie zatrzymują, więc wskaźnik pasażerski wynosi tam 0.

Są też takie powiaty i miasta na prawach powiatu, gdzie nie ma ani jednej kolejowej stacji pasażerskiej: Jastrzębie-Zdrój, Siemianowice Śląskie, Łomża, Piekary Śląskie, powiat myślenicki (Małopolska) oraz dwa powiaty w woj. warmińsko-mazurskim: węgorzewski i gołdapski.

Odnajdziemy na mapie również jednak sporo rozległych powiatów, które mają tylko jedną taką stację: m.in. powiat lidzbarski, braniewski, olecki na Warmii i Mazurach czy powiat buski w Świętokrzyskiem.

Jak to wygląda w poszczególnych województwach? Na Dolnym Śląsku numerem jeden jest Wrocław (34,1), drugą lokatę w zestawieniu zajmuje powiat trzebnicki (28,5), a trzecią – wołowski (23,1). Na ostatnim miejscu jest jeden z najbogatszych dolnośląskich powiatów: polkowicki (0,5).

W Kujawsko-Pomorskiem najlepsze wyniki zanotowały Bydgoszcz i Toruń (po 12,3), a najgorsze – powiat rypiński (0,02) i radziejowski (0,1). Takie zbliżone do zera wyniki wskazują, że w tych powiatach pociągi pasażerskie zatrzymują się bardzo rzadko lub wcale.Dramatycznie jest na Podkarpaciu, gdzie najlepszy wynik zanotował Przemyśl (16,3) i Rzeszów (14,5), ale w wielu powiatach tego województwa jest bez porównania gorzej. Oto kilka przykładów: powiat leski (0,01), krośnieński (0,3), sanocki (0,4), Krosno (0,7) i Tarnobrzeg (1,5).

Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w Podlaskiem, gdzie najlepszy wynik to zaledwie 6,2 (Białystok), a wszystkie pozostałe powiaty nie przekraczają 5.0 (np. w Suwałkach to 2,0, w powiecie suwalskim – 0,01, a w Łomży – 0,0).

Fatalnie jest też w woj. warmińsko-mazurskim, gdzie w sześciu powiatach w ogóle nie zatrzymują się pociągi pasażerskie (gołdapski, lidzbarski, mrągowski, węgorzewski, braniewski i olecki). Najlepiej w tym regionie wypadł Olsztyn (15,6).

Dania likwiduje święto, bo się zbroi

Dania likwiduje święto, bo się zbroi

Na wniosek rządu duński parlament przegłosował ustawę o zniesieniu święta państwowego, wypadającego tradycyjnie w czwarty piątek po Wielkanocy.

Jak informuje portal wnp.pl, dyskusje na temat konieczności zniesienia jednego święta państwowego w roku w celu pozyskania środków na zwiększenie wydatków na armię duńską trwały od kilku miesięcy. Sprawa dotyczyła Store Bodegad, czyli Wielkiego Dnia Modlitwy, który był ustanowiony świętem od 1686 roku.

W związku z agresją wojsk rosyjskich na Ukrainę Dania zobowiązała się do wzrostu nakładów na armię do 2 procent PKB. Jednak nie zamierza w tym celu zwiększać deficytu budżetowego, ograniczać wydatków społecznych ani zwiększać podatków.

Dlatego jedyną szansą jest zwiększenie „produktywności” gospodarki przez zlikwidowanie jednego dnia wolnego od pracy. – Uważamy, że jest to całkowicie niesprawiedliwe, ponieważ usunięcie święta jest karą dla pracowników, podczas gdy pracodawcy czerpać będą z tego korzyści – napisała w oświadczeniu Konfederacja Duńskich Związków Zawodowych.

Zorganizowano nawet akcje protestacyjne na niespotykaną skalę. W Kopenhadze przeciwko likwidacji dnia wolnego demonstrowało prawie 50 tysięcy obywateli. Na niewiele to się zdało, bowiem rząd podtrzymał swoje stanowisko i skierował do parlamentu projekt ustawy w tej sprawie.

Pracownicy socjalni strajkują

Pracownicy socjalni strajkują

W poniedziałek 27 lutego rozpoczął się strajk pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i Domu Pomocy Społecznej w Legnicy.

Blisko 300 pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i Domu Pomocy Społecznej w Legnicy przyszło pod Urząd Miasta zamanifestować swoje niezadowolenie z niskich płac. W większości zarabiamy płacę minimalną – powiedziała Aneta Mazur przewodnicząca Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w MOPS. Protestujący weszli na sesje Rady Miejskiej Legnicy, a wspierały ich mamy z dziećmi. Żłobki miejskie od wczoraj są nieczynne.

Jak informują portale Tysol i legnica.naszemiasto.pl, pracy na swoich stanowiskach nie podjęło prawie sto procent pracowników MOPS i DPS. Wszystkie instytucje zostały oflagowane i oklejone informacjami, że trwa strajk. Związkowcy z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i Domu Pomocy Społecznej w Legnicy sięgnęli po ostateczne środki po fiasku mediacji i braku porozumienia z pracodawcami w walce o podwyżki płac.

3 listopada 2022 roku odbył się strajk ostrzegawczy, w którym według informacji Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” wzięło udział prawie 100 procent załogi z obu placówek. Według list z poszczególnych placówek, na które wpisywały się osoby biorące udział w strajku, w MOPS strajkowało 239 osób na obecnych w pracy 260 pracowników, natomiast w DPS strajkowało 47 osób na 48 osób obecnych w pracy. Nawet ten wyraźny sygnał determinacji pracowników, którzy w większości otrzymują wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej, nie pomógł im wywalczyć choćby części postulatów, a te są niezmienne od miesięcy.

W dniach od 18 do 27 stycznia odbywało się referendum strajkowe i pracownicy zdecydowali o podjęciu strajku. Niezmiennie domagają się podwyżki (wyrównania) w wysokości 1,2 tys. zł brutto od stycznia 2022 r. i kolejnych 400 zł od stycznia roku 2023.

Robią prąd na blokach

Robią prąd na blokach

Rząd rozszerzył dotacje na montaż paneli fotowoltaicznych o budynki wielorodzinne. Pierwsze efekty już są. Do tej pory złożono 205 wniosków na ponad 12 mln zł.

Jak informuje portal Business Insider, od lutego można składać wnioski o dofinansowanie montażu m.in. instalacji fotowoltaicznych w budynkach wielorodzinnych. Można otrzymać wsparcie w wysokości 50 proc. kosztów. Górny limit przyznawanego wsparcia nie został określony.

Jak podaje Ministerstwo Rozwoju i Technologii, w ramach uruchomionego na początku lutego naboru wniosków o dofinansowanie m.in. fotowoltaiki w budynkach wielorodzinnych wpłynęło już 205 wniosków na łączną kwotę 12,6 mln zł.

Tak duże zainteresowanie programem pokazuje, że trafił on idealnie w potrzeby mieszkańców dużych miast. Teraz także mieszkańcy bloków i kamienic mają możliwość finansowania inwestycji służących produkcji czystej energii – wskazał minister rozwoju i technologii Waldemar Buda. Dodał, że w ten sposób chronimy środowisko oraz stan budżetów gospodarstw domowych.

Grant OZE zakłada wsparcie w wysokości 50 proc. kosztów (bez podatku VAT) zakupu, montażu, budowy lub modernizacji instalacji OZE w budynku wielorodzinnym, przy czym górny limit przyznawanego wsparcia nie jest określony.

Dorothy Day: Dystrybucjonizm żyje (1956)

Dorothy Day: Dystrybucjonizm żyje (1956)

Sam fakt, że co i rusz znajduje się ktoś ogłaszający „śmierć” programu dystrybucjonistycznego, jest wystarczającym dowodem na to, że ten program nie umarł. Rok temu ogłosił ją na łamach „Commonweal” John Stanbley [1]. Kilka miesięcy temu to samo zrobił jeden z autorów „Social Justice”, wydawanej przez Central Verein [2]. A jednak, dystrybucjonizm żyje i będzie żyć, bo jako system odpowiada potrzebom i wymaganiom ludzkiej natury.

Piszemy o przyszłych społecznościach rolniczych, ponieważ uważamy je za swego rodzaju ideał formy społecznej, ku stworzeniu której powinniśmy zmierzać i której stworzenie powinniśmy planować – i będziemy nadal o nich pisać. Podobnie jak będziemy pisać o tych społecznościach rolniczych, które już istnieją i stanowią realną egzystencjalną alternatywę dla współczesnego człowieka. Wierzymy bowiem, że własność można przywrócić, a państwo niewolnicze – powstrzymać.

W ciągu kilku poprzednich miesięcy miała miejsce interesująca wymiana: pewna grupa rolników radzieckich przyjechała do nas, a analogiczna grupa naszych rolników odwiedziła ZSRR. Gazety piszą o niej ciekawe rzeczy. Na przykład pewien amerykański gospodarz wspomina, jak odwiedził kołchoz, w którym zatrudnionych było 5000 rolników – i to mimo iż praca na nim była w pełni zmechanizowana. Kołchoz to gospodarstwo kolektywne, ale niezależnie od tego rodzina każdego zatrudnionego w nim rolnika otrzymuje także w prywatne użytkowanie działkę ziemi, dużą na akr czy dwa. Otóż gospodarz ten twierdzi, że na tych maleństwach rosyjscy rolnicy byli w stanie hodować kury, świnie, a nawet krowy, a do tego uprawiać taką ilość warzyw, że trzeba powiedzieć, iż to wyłącznie dzięki ich wysiłkom rzeczony kołchoz potrafił sprostać zapotrzebowaniom rynku. Radzieckie miasta miałyby problem się wyżywić – gdyby nie wspaniała praca drobnych rolników na ich małych działkach.

Z drugiej strony należy zauważyć, że wielkoskalowe rolnictwo kolektywne, jakie istnieje zarówno w ZSRR, jak i tu, w Stanach Zjednoczonych, bardzo dobrze sprawdza się, jeżeli chodzi o produkcję pszenicy, lnu i bawełny, owoców i innych tego typu roślin, które uprawiać muszą duże zespoły pracowników na dużych przestrzeniach. Taka forma gospodarowania mogłaby zatem zostać w dystrybucjonizmie zachowana.

Tutaj w USA zbiorami zajmują się imigranci zarobkowi, a właściwie miliony imigrantów zarobkowych – źle odżywionych, źle ubranych, mieszkających w strasznych warunkach. To niewątpliwie ogromny problem naszej gospodarki. W Rosji, wydaje się, sytuacja rolników jest stabilniejsza. Wobec tak ogromnej liczby pracowników zaangażowanych w proces produkcji rolnej, można mniemać, że zbiorów zwyczajnie nie da się już przyśpieszyć, choć trzeba dodać, że z konieczności tak zasiew, jak i zbiory oznaczają pracę od rana do późnego wieczora, wyrównywaną potem przez większą ilość odpoczynku w zimie.

W gospodarstwach, które odwiedzałam podczas moich podróży po kraju, mówiono mi, że dla indywidualnego rolnika zima jest czasem równie trudnym, jak lato, ponieważ zwierzęta trzeba karmić częściej (ze względu na brak możliwości korzystania z pastwisk), a pracę wykonywać w trudnych warunkach – w zimnie, w mroku, przy mniejszej liczbie rąk do pomocy.

Gubernator Harriman [3] określił niedawno nędzę mianem problemu narodowego, co mówiąc miał zapewne przed oczami obraz dramatycznej sytuacji imigrantów, Meksykanów, Portorykańczyków i czarnoskórych, zamieszkujących slumsy naszych miast i wsi. Liderzy związków zawodowych mówią o zagłębiach bezrobocia. Wszędzie, gdzie przemysł zbankrutował albo przeniósł się w inne miejsce, otacza się powszechną czcią agentów nieruchomości, którzy wykupują opustoszałe fabryki i wynajmują je pod inny typ produkcji. Mimo całego dobrobytu, widmo bezrobocia wciąż krąży nad nami.

W gospodarstwie wszakże, jak powtarzał zawsze Peter Maurin, nie ma bezrobocia. Jest za to jedzenie, odzież, schronienie, opał i praca. Dowodem na to fakt, że przez 23 lata istnienia Katolickiego Ruchu Robotniczego (Catholic Worker Movement), mimo nędzy i powstających okresowo zagłębi bezrobocia, dołączył do nas raptem jeden rolnik – John Fillinger, który podczas strajku w 1936 pracował jako marynarz, a widząc, jak bardzo potrzebujemy rąk do pomocy, zdecydował się z nami zostać. Jak to mówią: „W każdym marynarzu drzemie gospodarz”.

W serii The New World Chesterton, wydawanej przez Sheed & Ward, w tomie „Tremendous Trifles” znajdujemy esej zatytułowany „The Dickensian” [4]. Nasi czytelnicy pamiętają zapewne, że ten wielki pisarz, Gilbert Keith Chesterton, był wielkim zwolennikiem dystrybucjonizmu, a jego dwie książki: „Co jest złe w świecie” oraz „Normalność w zarysie”, stanowią lekturę obowiązkową dla każdego chcącego zapoznać się z tą myślą, podobnie jak dzieło „Słońce sprawiedliwości” napisane przez Haralda Robbinsa [5], jego przyjaciela.

W eseju tym Chesterton spotyka na statku wycieczkowym płynącym leniwie po zatoce Yarmouth pewnego nieznajomego. Nieznajomy ów biada nad końcem „starych, dobrych czasów”, przejawiającym się między innymi w tym, że na dziobach okrętów nie umieszcza się już galionów, i poszukuje w Yarmouth śladów rzeczywistości opisanej w książkach Karola Dickensa. Po południu panowie odwiedzają kościół i widzą w nim witraż, „płonący kolorami całej owej fascynującej heraldyki, jaką spotykamy w najbardziej płomiennych i ekstatycznych dziełach chrześcijańskiej sztuki”, z obecnym na nim wizerunkiem anioła zmartwychwstania. Niewiele myśląc, Chesterton chwyta nieznajomego za frak i wybiega z nim na zewnątrz, jak mówi, aby wypić piwo imbirowe, kupić kilka pocztówek, posłuchać ulicznych muzykantów grających na harmonii i pojeździć na ośle. Kiedy zaś spostponowany entuzjasta Dickensowskiej prozy dochodzi do wniosku, że jego towarzysz najzwyczajniej w świecie zwariował, autor „Tremendous Trifles” wyjaśnia: „Są tacy pisarze, którym ludzkość zawdzięcza bardzo wiele, ale których talent ma naturę tak niepozorną, tak retrospektywną wręcz, że dobrze jest połączyć go mentalnie z kilkoma dziwnymi miejscami, rozsnuć wokół niego kilka przelotnych skojarzeń”. Dalej zaś dodaje, że gdyby Dickens żył obecnie, to nie zajmowałby się przeszłością, ale starał brać świat takim, jakim jest. Dlatego też właśnie to on, Chesterton, okazał się w całej historii prawdziwym Dickensistą – bo umiał cieszyć się chwilą, a to jest właśnie początek drogi ku prawdziwemu duchowi Dickensa.

Tak samo rzeczy się mają z dystrybucjonizmem. On również musi być ciągle pisany na nowo, na nowo rozpatrywany, oceniany i formułowany, z mądrością i jasnością prawdziwie godną Chestertona – wielkiego twórcy, który, mocą swych błyskotliwych paradoksów, pozwala widzieć nasze życie i nasze problemy w świetle Wiary i który również dziś może przyjść nam z niesłychaną pomocą w naszych wysiłkach zmierzających do stworzenia syntezy tego, co w życiu najważniejsze: kultu, kultury i kultywacji.

Mimo kolosalnej groźby ery atomowej, w której przyszło nam żyć, wciąż możemy uprawiać własne ogródki, choćby były tak małe, jak pudełko po butach, z pomocą łaski zaś możemy także zrzucić starego człowieka i przyoblec się w Chrystusa, nauczyć się żyć bez owych wszystkich błyskotek, jakimi wabi nas państwo ziemskie i stworzyć prawdziwą społeczność rolniczą, Sioło, „państwo” Boże, w którym mieszka sprawiedliwość.

Dorothy Day

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst Dorothy Day pierwotnie ukazał się w pismie „The Catholic Worker”, lipiec-sierpień 1956, 4.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Hans from Pixabay.

Przypisy:

1. Bliżej nieznany dziennikarz, zapewne proweniencji katolickiej, bo „Commonweal” był i jest katolicką gazetą.

2. German Roman Catholic Central Verein of North America – organizacja skupiająca rzymskich katolików pochodzenia niemieckiego, założona w 1855 w USA (aktywna do dziś).

3. William Averell Harriman (1891–1986) – amerykański polityk i dyplomata, członek Partii Demokratycznej. Postać bardzo zasłużona dla reform socjalnych i pokojowych.

4. Harold Robbins (1888–1945) – angielski działacz i pisarz dystrybucjonistyczny z Birmingham, autor wielu książek i artykułów, w tym dość kontrowersyjnej biografii Chestertona „The Last of the Realists”.

5. Po polsku moglibyśmy powiedzieć: „Dickensista”.

Amazon nadal blokuje związkowców

Amazon nadal blokuje związkowców

Zarząd Amazona próbuje zakazać pracownikom udziału w referendum strajkowym.

Jak informuje związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza, w zeszłym roku organizacja weszła w spór zbiorowy z pracodawcą. Spór jest odpowiedzią na decyzję spółki o podniesieniu pracownikom płac o 1,5 zł/h. Wywołało to oburzenie wśród załogi boleśnie odczuwającej skutki inflacji, a z drugiej strony zdającej sobie sprawę z wciąż rosnących zysków jednej z najbogatszych korporacji na świecie. W wyniku braku porozumienia, pod koniec roku rozpoczęto referendum strajkowe.

W grudniu 2022 r. Amazon odmówił naszej organizacji związkowej przeprowadzenie głosowania w magazynach POZ1 (Poznań) i WRO5 (Okmiany). Niedawno odmówiono nam także możliwości przeprowadzenia referendum w LCJ4 w Łodzi. 30 stycznia Amazon ponownie ogłosił zakaz prowadzenia referendum w magazynie WRO5 w Okmianach – donosi OZZIP. Otrzymaliśmy pismo od Amazon, w którym firma kolejny raz odmawia nam prawa do przeprowadzenia zgodnego z prawem referendum, tym razem w POZ2 – „Zgodnie z przekazaną już Państwu komunikacją, pracodawca nie wyraża zgody na przeprowadzenie kolejnych akcji referendalnych, w tym objętych wnioskiem z dnia 20.02.2023 r.”.

Polskie prawo nie przewiduje zakazu referendum w toku sporu zbiorowego. Takie działanie jest niezgodne z prawem. Amazon zastrasza w ten sposób pracowników, wpływając na wyniki głosowania umożliwiającego strajk oraz utrudnia prowadzenie działalności związkowej. Jest to pierwsza tego typu sytuacja w historii funkcjonowania OZZ Inicjatywa Pracownicza.

Polskie prawo strajkowe jest jednym z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Osiągnięcie 50% progu frekwencji w głosowaniu (warto zaznaczyć, że nie ma takiego wymogu w innych referendach, czy wyborach dla jakichkolwiek władz) w dużych zakładach jest niezwykle trudne, przez co polscy pracownicy praktycznie nie strajkują. Mała ilość strajków przyczynia się do utrzymania ciężkich warunków pracy i niskich płac w Polsce. Utrudnianie zbierania głosów i kontaktu z pracownikami organizacji związkowej, która i bez tego stoi przed ogromnym wyzwaniem logistycznym, powinno być surowo karane.

Dworzec w Augustowie wraca w ręce PKP

Dworzec w Augustowie wraca w ręce PKP

W 2013 r. obiekt został zakupiony przez podmiot komercyjny, a w 2017 r. odkupiła go gmina miejska Augustów. Teraz miasto i PKP podpisały list intencyjny w sprawie powrotu zabytkowego budynku dworca w ręce kolei.

Jak informuje portal samorządowy, Polskie Koleje Państwowe ponownie będą zarządcą dworca kolejowego w Augustowie. 25 lutego przedstawiciele Polskich Kolei Państwowych i urzędu miejskiego w Augustowie podpisali list intencyjny dotyczący nieodpłatnego przekazania augustowskiego dworca w ręce PKP, a następnie włączenie go do kolejnego planowanego na najbliższe lata programu inwestycyjnego.

Budynek dworca w Augustowie powstał ok. 1899 r. w ramach budowy Zaniemeńskiej Kolei Żelaznej, łączącej wówczas Grodno, Augustów, Suwałki i Olitę z Oranami. Obecnie jest on wpisany do rejestru zabytków, a jego niewielka część udostępniona jest podróżnym jako poczekalnia. W 2013 r. obiekt został zakupiony przez podmiot komercyjny, a w 2017 r. odkupiła go gmina miasto Augustów. W 2022 r. burmistrz Augustowa zaproponował PKP nieodpłatne nabycie dworca i włączenie go do zasobów spółki.

Obecnie Polskie Koleje Państwowe realizują największy w swojej historii program przebudowy dworców, w ramach którego w całym kraju zmodernizowanych i wybudowanych od podstaw zostanie łącznie prawie 200 obiektów. W województwie podlaskim aktualnie realizowanym programem inwestycyjnym objętych jest 14 dworów. Modernizacja części z nich już się zakończyła.

Pasażerowie korzystają z kompleksowo zmodernizowanych dworców: Białystok, Kuźnica Białostocka, Jabłoń Kościelna, Siemiatycze i Szepietowo. PKP oddały do użytku także wybudowane od postaw nowoczesne dworce systemowe. Powstały one na stacjach: Bielsk Podlaski, Czeremcha, Wasilków, Racibory. Niedawno rozpoczęły się prace budowlane związane z rewitalizacją dworca w Czyżewie.

Pomóż nam przetrwać: przekaż 1,5% podatku na Nowego Obywatela

Pomóż nam przetrwać: przekaż 1,5% podatku na Nowego Obywatela

Jak co roku prosimy Was o przekazanie podatku na fundusz wydawniczy „Nowego Obywatela”. Nie kosztuje Was to ani jednej dodatkowej złotówki, a od efektu zbiórki zależy w dużej mierze to, czy nasze pismo przetrwa.

Nie mamy bogatych sponsorów. Nasze pismo jest ubogie i wciąż walczy o przetrwanie. Tworzymy nasze pismo w spartańskich warunkach – możemy tylko pomarzyć o budżetach, jakimi dysponują inne czasopisma, w tym większość niewielkich periodyków społeczno-politycznych.

Prosimy o Wasze wsparcie! Od tego roku można przekazać wybranym podmiotom aż 1,5% swojego podatku. Wystarczy w PIT wpisać wydawcę pisma – Stowarzyszenie Obywatele Obywatelom oraz nasz numer KRS: 0000 248 901. Możecie skorzystać także z rozliczenia Waszych PIT-ów przez urzędy skarbowe. Żeby w tym modelu przekazać nam 1%, trzeba zalogować się w Portalu Podatkowym i skorygować swój PIT o nasz numer KRS.

Co dostajecie w zamian? Pismo tworzone przez ideowców, nie dla pieniędzy – robimy swoje już ponad 22 lata, bez słomianych zapałów. Pismo konsekwentnie stojące po stronie słabszych grup społecznych. Pismo rzetelne – w każdym numerze publikujemy dobrze przygotowane analizy fachowców oraz obszerne i pogłębione wywiady. Pismo, które wyprzedza epokę – jako pierwsi lub jedni z pierwszych w Polsce pisaliśmy o tematyce dzisiaj głośnej i modnej, m.in. o ekologii, zapaści prowincji, szkodliwości neoliberalizmu, konieczności rozwiniętej polityki socjalnej, upadku i konieczności odbudowy transportu zbiorowego, reprywatyzacji, deglomeracji i wielu innych tematach. Pomóż nam nie upaść!

Liczymy na Wasze wsparcie! Dziękujemy!

Na drogach bezpieczniej

Na drogach bezpieczniej

Komisja Europejska zaprezentowała wstępne dane dotyczące bezpieczeństwa drogowego w UE. Widać niebywały awans Polski, która do tej pory była jednym z trzech najniebezpieczniejszych krajów.

Jak informuje serwis brd24.pl, w 2022 r. znaleźliśmy się już w środku zestawienia Europy. W wypadkach drogowych ginie u nas na drogach mniej osób niż we Włoszech, Belgii czy na Węgrzech.

Do 2019 r., czyli miarodajnych czasów przed pandemią, zestawienia liczby osób umierających w wypadkach drogowych w Europie zawsze były dla nas przykrymi tabelami. Polska była bowiem krajem, w którym ginęło w zderzeniach na drogach prawie 80 osób na milion mieszkańców. Gorzej od nas było jedynie w Bułgarii czy Rumunii.

To już jednak przeszłość. Jak wynika z opublikowanych właśnie przez Komisję Europejską wstępnych danych o wypadkach drogowych, w ubiegłym roku Polska awansowała do środka europejskiej stawki. W 2022 r. średnio w UE ginęło bowiem 46 osób na milion mieszkańców, a w naszym kraju ten wskaźnik wyniósł 51.

W ubiegłym roku na polskich drogach zginęło o 14 proc. mniej ludzi niż w roku 2021 – objętym jeszcze pewnymi zaburzeniami mobilności wynikającymi z pandemii.

Polski skok widać najlepiej, gdy porówna się zmianę do średniej z lat 2017-2019, czyli sprzed pandemii. W takim porównaniu widać, że w 2022 r. na polskich drogach życie straciło aż o 33 proc. mniej osób. Tak znakomity wynik zanotowały jeszcze tylko dwa kraje – Litwa (-35 proc.) oraz Islandia (-33 proc.).

W porównaniu do średniej z lat sprzed pandemii, zaczęło ginąć na przejściach dla pieszych o ok. 30 proc. mniej osób. Prawo nakazuje dziś kierowcom ustępować pieszym nie tylko znajdującym się już na przejściu, ale też dopiero na nie wchodzącym, czyli takim – według prawników i wstępnych wyroków sądów – którzy wyrażają zamiar wejścia na pasy.

Po drugie po 30 latach wreszcie urealniono grzywny za wykroczenia i przestępstwa drogowe. Za najgroźniejsze wykroczenia, zagrażające życiu i zdrowiu, kierowcom grożą dziś kary liczone w tysiącach złotych. Bardzo mocno na zapędy piratów drogowych podziałało też podniesienie kary wymierzanej w punktach karnych, co powoduje, że za groźne zachowania łatwo dziś w Polsce stracić prawo jazdy. W dodatku czas przedawnienia punktów karnych rozciągnięto z roku do dwóch lat i to liczonych od momentu zapłacenia mandatu. W życie weszła też tzw. recydywa – czyli podwójne kary za niektóre wykroczenia, których kierowcy ponownie dopuszczają się w ciągu 2 lat od popełnienia pierwszego.

Najpierw zwolnienia, potem likwidacja

Najpierw zwolnienia, potem likwidacja

Stellantis zapowiada grupowe zwolnienia w fabryce w Bielsku-Białej. Wszystko wskazuje na to, że FCA Powertrain Poland w Bielsku-Białej, która zajmuje się produkcją silników, zostanie zlikwidowana po 2025 roku.

Jak pisze portal moto.rp.pl, obecna sytuacja to efekt zmian, które dotyczą całego przemysłu motoryzacyjnego w Europie. Powstały w 2021 roku francusko-włosko-amerykański koncern motoryzacyjny Stellantis przestawi do 2030 roku produkcję na napędy hybrydowe i w pełni elektryczne, a do tego zawęża liczbę platform w ramach całej grupy, co prowadzi bezpośrednio do zamykania linii produkcyjnych, całych fabryk, i do masowych zwolnień.

W Stellantis FCA Powertrain Poland w Bielsku-Białej pierwszych 300 pracowników otrzyma wkrótce wypowiedzenia. Powodem jest wygaszanie i reorganizacja produkcji na głównie linii produkcyjnej, gdzie wytwarzany był silnik benzynowy pojemności 1,3 l (GSE). Koniec czeka również diesla o pojemności 1,3 l (SDE), który przez wchodzącą w życie normę Euro 7 będzie produkowany tylko do 2025 r. Część pracowników z Bielska otrzyma możliwość przejścia do fabryki Stellantisa w Tychach lub w Gliwicach, gdzie budowane są m.in. Fiaty 500 i Jeepy Avenger. – Ten dzień zapisze się jako czarna karta w wieloletniej bogatej historii zakładu w Bielsku-Białej – skomentowały związki zawodowe fabryki.

Plastik zalewa szpitale

Plastik zalewa szpitale

Jedno łóżko szpitalne każdego dnia generuje około 3 kg plastikowych śmieci. Co zrobić?

Jak informuje Portal Samorządowy, aby uczynić szpitale bardziej zielonymi opracowywana jest technologia wytwarzania „roślinnych” polimerów. Posłużą one do produkcji biodegradowalnych opakowań medycznych wyrobów jednorazowego użytku.

GREEN-MAP to europejski projekt badawczy, którego celem jest opracowanie tzw. zielonych polimerów, a poprzez to stworzenie odpowiednich warunków dla gospodarki o obiegu zamkniętym w branży wyrobów medycznych jednorazowego użytku. Projekt jest realizowany ze środków UE przez konsorcjum koordynowane przez Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny w Szczecinie (ZUT). Poza nim w skład konsorcjum wchodzą: Uniwersytet Boloński z Włoch, Centrum Materiałów Polimerowych i Węglowych PAN w Zabrzu, Uniwersytet Techniczno-Ekonomiczny w Budapeszcie (Węgry), firmy z Włoch, Niemiec, Holandii i Polski oraz jeden partner naukowy z USA.

To, że polska placówka jest koordynatorem tak dużego, międzynarodowego projektu, nie zdarza się często – podkreśla w rozmowie z PAP główna koordynatorka GREEN-MAP, prof. Mirosława El Fray z Katedry Inżynierii Polimerów i Biomateriałów Wydziału Technologii i Inżynierii Chemicznej ZUT.

Chcąc, aby szpitale stały się choć trochę bardziej przyjazne dla planety, postanowiliśmy opracować dedykowane dla branży medycznej materiały, które będą ulegać biodegradacji. Obecnie opakowania wyrobów medycznych są wytwarzane z polimerów, głównie poliolefin, czyli pochodnych ropy naftowej. My chcemy opracować takie polimery, które wytwarza się z surowców odnawialnych, czyli roślin. Dzięki nim będziemy w stanie zaproponować branży medycznej opakowania jednorazowe, które trafiając do śmieci komunalnych lub na kompost, będą ulegać biodegradacji – opowiada prof. El Fray.

Dodaje, że poprzez działanie wody, światła i mikroorganizmów, takie zielone polimery rozkładają się szybko i łatwo, czego nie można powiedzieć o polimerach ropopochodnych. – My jako chemicy gwarantujemy, że materiały te ulegną całkowitej degradacji w ciągu 3-6 miesięcy – podkreśla.

Szczególnie w czasie pandemii widoczne stało się to, że problem jednorazowych wyrobów medycznych i ich opakowań jest olbrzymi. – To odpady, z którymi nic nie da się zrobić – mówi autorka projektu.

Na jedno łóżko pacjenta każdego dnia przypadają nawet trzy kilogramy plastiku! Wliczają się w to opakowania od strzykawek, fartuchów, szpatułek itp. Takie odpady nie są skażone, nie oddaje się ich więc do specjalistycznej utylizacji, czyli spalania. Są to po prostu śmieci, które trafią na wysypisko.