Jak co roku kłótnia o minimalną

Jak co roku kłótnia o minimalną

Rząd zaproponował podwyżki pensji minimalnej i stawki godzinowej na 2024 rok. Jest jak zawsze – pracodawcy uznają, że proponowane kwoty są stanowczo za wysokie, a związkowcy, że za niskie.

Jak informuje portal pulshr.pl, we wtorek 13 czerwca podczas posiedzenia Rady Ministrów padły propozycje nowych stawek płacy minimalnej. Od stycznia 2024 r. ma ona wynosić 4242 zł brutto, a od lipca przyszłego roku 4300 brutto zł. Podwyżka w ramach roku 2024 jest zatem symboliczna, ale rok do roku już nie – obecnie (od lipca 2023 r.) pensja minimalna wyniesie 3600 zł brutto. Mówimy więc o podwyżce o prawie 750 zł.

Z kolei minimalna stawka godzinowa od 1 stycznia 2024 r. ma wynieść 27,70 zł brutto, a od 1 lipca – 28,10 zł brutto.

Zgodnie z przepisami co rok Rada Ministrów do 15 czerwca przedstawia Radzie Dialogu Społecznego (RDS) propozycję wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę i minimalnej stawki godzinowej.

Image

Inne kwoty płacy minimalnej proponują związkowcy. Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych (OPZZ) podkreśla, że podczas ustalania przyszłorocznej podwyżki płacy minimalnej trzeba pamiętać o wysokiej inflacji oraz o prognozach wzrostu cen na kolejny rok: Przeciętna wysokość minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2024 r. nie powinna być niższa niż 4420 zł. Wzrost minimalnego wynagrodzenia za pracę powinien wynosić od 1 stycznia 2024 r. co najmniej 4300 zł, a od 1 lipca 2024 r. nie mniej niż 4540 zł – mówi w rozmowie z PulsHR.pl dyrektor wydziału polityki gospodarczej OPZZ, Norbert Kusiak.

„Sukcesja”, czyli „Which Side Are You On?”

„Sukcesja”, czyli „Which Side Are You On?”

Latorośle Logana Roya to nie są miłe urwisy. Podobnie zresztą jak ich papa. Serial „Sukcesja” pokazuje nam prawie wyłącznie postaci karykaturalne, zdegenerowane, cyniczne i po prostu złe. Tam nie ma kogo lubić. Takie przedstawienia klasy bogaczy w ostatnich latach często mogliśmy oglądać, chociażby w „House of Cards” czy w filmie „Nie patrz w górę”. Trochę się przyzwyczajamy do tego wodospadu pomyj, chamstwa, wulgarności odzianej w ciuchy warte więcej niż domy, w których mieszkamy. Trochę lubimy podglądać świat, do którego nigdy nie będziemy mieć wstępu. Ale mam wrażenie, że to nie wyczerpuje możliwych interpretacji fenomenalnego sukcesu „Sukcesji”. Co jest takiego w tym skarbcu starego Sknerusa McKwacza, że lgniemy do tego i wciągamy odcinki, niczym Kendall Roy kreski w toalecie?

Mnie do oglądania burzliwych perypetii dzieci walczących o schedę po starzejącym się patriarsze rodu skłaniały głównie gniew i niezgoda. Mogłam też z pozycji moralnej wyższości popatrzeć na ten cały złoty chlew. Miałam wrażenie, że oglądam osoby, które nie są pełnowymiarowymi ludźmi, ale funkcją posiadanych przez siebie pieniędzy. Trochę tak jak gdyby to miliardy posiadały ich, a nie na odwrót.

Serial pokazuje rzeczywistość medialnych potentatów trochę jak wielką matrioszkę. Jedno w drugim. Rodzina Royów kieruje jedną z największych firm mediowych świata. Firmą, która, jak dowiadujemy się z fabuły, nie tylko dąży jedynie do maksymalizacji zysku, ale i nie cofnie się przed niczym, by forsować interesy polityczne swoich właścicieli. Negowanie kryzysu klimatycznego, rozgrywanie wyborów, podsycanie nienawiści na tle rasowym, to jej codzienne praktyki. Poziom niżej mamy spektakl, jaki odgrywają przed sobą nawzajem członkowie rodziny Royów i ich świta przyboczna. Ich życie wygląda jak nieustanne przedstawienie, a oni sami wydają się czasem już bardzo zmęczeni odgrywaniem swojej roli, jednak coś każe im trwać na scenie.

Warto wspomnieć książkę Guya Deborda „Społeczeństwo spektaklu”. Jego zdaniem wszyscy, chętnie lub mniej, uczestniczymy w tym schyłkowo-kapitalistycznym performansie, bo taki właśnie jest charakter panującego systemu. „Spektakl jawi się jako niedostępna i niepodważalna faktyczność. Jego przesłanie brzmi: »co się ukazuje, jest dobre; a co jest dobre, ukazuje się«. Domaga się biernej akceptacji i, w gruncie rzeczy, poprzez swój monopolistyczny i wykluczający wszelką dyskusję sposób ukazywania się – już ją sobie zapewnił” – zauważa Debord i trudno nie przyznać mu racji.

Co mam na myśli? To, że wszystko, co uważamy za trwalsze niż ze spiżu, niezniszczalne i groźne, ma nam się takie wydawać. Mamy być onieśmieleni. Mamy się bać. Tych drapaczy chmur, tych chmurnych managerów z teczkami pełnymi ważnych dokumentów, i tak dalej. Mimo że wystarczy zajrzeć pod polerowaną na wysoki połysk powierzchnię, by zobaczyć, że jest to zbudowane z kartonu i gówna. Jak stwierdza sam Logan Roy: „Nie ma żadnych zasad!”. On to wie i dlatego jest tam, gdzie jest.

Jednak nie tylko my się boimy. Oni też. Kto wie, czy nie bardziej. W jednym z odcinków w drugim sezonie, syn Logana, Kendall zwalnia ponad 400 osób, uprzednio kradnąc ich pomysły. Robi to, bo stary dowiedział się, że ci pracownicy chcą założyć związek zawodowy i to go naprawdę wystraszyło. Na tyle, by od razu napuścić tam Kendalla i kazać mu wyrzucić wszystkich. Wolał stracić całą spółkę, niż mieć w swoim koncernie związki. Pandemia pokazała też, już nie w fikcyjnym świecie serialu, ale w rzeczywistości, jaka panika ogarnia rynki i inwestorów, gdy ludzie odmawiają pracy. Nagle okazało się, że bez, jak to mówią, „nisko wykwalifikowanych zawodów” cały teatrzyk przestaje działać, oni spadają z rowerka i rozwalają sobie ryj. Czyżby wartość pochodziła jednak z pracy, a nie z cudownych, niemal magicznych umiejętności bankierów z Wall Street? Szok i niedowierzanie.

W serialu widać też bardzo wyraźnie, po co miliarderom tak naprawdę są ich – oczywiście ciężko, uczciwie i samodzielnie zarobione – pieniądze. Otóż wszelkie atrybuty luksusu są tam obecne. Helikoptery i odrzutowce kursują jak szalone. Drogie apartamenty, drogie knajpy, zegarki, samochody. Ale oni na te rzeczy, o których marzy większość ludzi wyobrażając sobie bogactwo, nie zwracają w zasadzie żadnej uwagi. Nie ma stereotypowego „pławienia się w luksusie”. Kasa służy im do czegoś innego, czegoś, co wywołuje więcej emocji, niż jazda najszybszym ferrari czy start rakiety w kosmos. Oni swoich pieniędzy używają po to, aby mieć władzę. Aby kupować ludzi, ich lojalność. Aby ich łamać, przekupywać, załatwiać, rozgrywać na wszelkie sposoby. Słowem: aby uprawiać politykę. Całkiem niewykluczone, że taka, podobna do dzieci Logana, banda typów o mentalności dręczycieli owadów z przedszkolnego komanda, ma większą polityczną władzę i większy wpływ na to, jak wygląda nasze życie, niż wybierana klasa polityczna. I w przeciwieństwie do wybieralnych władz, nie mamy na ich pozostawanie na tronach żadnego wpływu.

„Which Side Are You On?” to z kolei absolutna klasyka lewicowej twórczości muzycznej. Pieśń mówiąca o strajkach górniczych w USA w latach 30. została użyta w jednym odcinku serialu. Sądzę, że cała produkcja jest zaproszeniem do wybrania strony. Oni już stoją po swojej. Jednomyślnie i zgodnie. Podczas gdy my często słuchamy baśni z mchu i paproci, że Bill Gates w garażu i że coś tam, że trzeba tylko chcieć i wstawać o 5 rano i pić wodę z cytryną, czy cokolwiek można wyczytać w tekstach na biznes.com.pl pt. „10 nawyków ludzi sukcesu”. To zupełnie oczywiste, że statystycznie randomowy człowiek ma większą szansę na to, że spadnie mu na głowę meteoryt, niż na to, że załapie się do grona Kaczek skaczących z trampoliny do basenu pełnego złotych monet.

Warren Buffett – postać, która była inspiracją dla twórców serialu, to jeden z najbogatszych i – co za tym idzie – najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Ten miliarder zasłynął wieloma mądrościami, które służą młodym adeptom sztuki poganiania niewolników na galerach Open Space’ów pod każdą szerokością geograficzną. Powiedział też w przypływie szczerości pewne słowa, których chyba żaden z grona jego kumpli nigdy by się nie odważył publicznie wypowiedzieć. „Walka klas to fakt. I to my, bogaci, ją wygrywamy”. I właśnie o walce klasowej jest ten serial. I to klasowy gniew sprawia, że tak dobrze się go ogląda.

Natalia Bała

Obniżka albo sankcje

Obniżka albo sankcje

Francuscy producenci żywności niechętnie obniżali ceny, mimo spadku kosztów produkcji. Teraz będą musieli.

Jak informuje portal Obserwator Gospodarczy, minister finansów Bruno Le Maire zakomunikował, że 75 firm spożywczych wytwarzających 80% żywności od przyszłego miesiąca będzie oferować niższe ceny. A jeżeli nie? Wówczas spotkają ich surowe sankcje.

Początkowo rząd groził firmom, że nałoży podatek nadzwyczajny, jeśli te nie obniżą swoich cen w związku ze spadkiem kosztów produkcji. Ostatecznie doszło do porozumienia w tej sprawie. Minister finansów Bruno Le Maire zapewnia, że ceny żywności spadną już od lipca, a jeżeli nie, to zostaną nałożone odpowiednie kary.

Ponadto Le Maire powiedział, że ceny detaliczne towarów będą musiały spaść proporcjonalnie do cen hurtowych, a to wszystko będzie monitorowane przez rząd. Jeżeli cena oleju rzepakowego spadła w hurcie o 10%, to cena w detalu również powinna spaść w okolicach 10%.

Dotychczas padło niewiele publicznych głosów ze strony producentów żywności. Unilever, który jest producentem majonezu Hellman’s i zupy Knorr, potwierdził, że trwają działania na linii rząd-producenci, a sama firma jest otwarta na dialog i zaimplementowanie działań wspierających siłę nabywczą Francuzów. Inne firmy nabrały wody w usta.

Rekordowe ceny żywności obniżyły siłę nabywczą konsumentów, co doprowadziło do tąpnięcia konsumpcji artykułów spożywczych. Konsumpcja żywności spadła w kwietniu do 15,4 mld EUR. To najniższy poziom co najmniej od stycznia 2009 r.

Zdaniem niektórych urzędników i ekonomistów producenci żywności we Francji wykorzystują wysoką inflację do podbijania marż. Dlatego też, mimo spadku kosztów produkcji (energii i surowców rolnych), nie obniżają cen i wzbogacają się kosztem konsumenta. Francja to jeden z pierwszych krajów, który wymusza na firmach obniżenie cen i przeniesienie niższych kosztów na gospodarstwa domowe.

Warto odnotować, że decydenci Europejskiego Banku Centralnego coraz częściej dyskutują o marżach jako jednej z przyczyn inflacji. Zauważają, że choć ceny surowców spadły do poziomu sprzed wojny, to ceny żywności nie reagują. Brak elastyczności może sugerować, że wysokie marże mogą ograniczać tempo dezinflacji w Europie.

Nie zamknięciu Turowa

Nie zamknięciu Turowa

Zamknięcie kopali Turów skaże na biedę Polaków i polskie przedsiębiorstwa – mówi szef NSZZ „Solidarności” w KWB Turów Wojciech Ilnicki.

Jak pisze portal pulshr.pl, Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wstrzymał wykonanie decyzji środowiskowej dotyczącej koncesji na wydobycie węgla dla kopalni w Turowie po 2026 r. Skargę na decyzję środowiskową złożyły jesienią 2022 r. m.in. Fundacja Frank Bold, Greenpeace oraz Stowarzyszenie Ekologiczne EKO-UNIA.

Przewodniczący NSZZ „Solidarności” w KWB Turów Wojciech Ilnicki skrytykował w rozmowie z PAP postanowienie WSA w Warszawie. Dodał, że na tym postanowieniu najwięcej stracą Polacy i polscy przedsiębiorcy: Turów jest producentem 8 proc. najtańszej energii w Polsce; jest zabezpieczeniem również dla OZE, ponieważ jesteśmy stabilną energią konwencjonalną i zabezpieczamy energetykę odnawialną.

Dodał, że decyzja o zamknięciu kopalni, oprócz skazania na śmierć głodową około 60 tys. ludzi, skazuje na biedę Polaków i polskie przedsiębiorstwa.

Ilnicki podkreślił, że dla pracowników kopalni Turów bardzo ważne jest zapewnienie polskiego rządu o tym, że kopalnia nie zostanie zamknięta. We wtorek spółka PGE w oświadczeniu podkreśliła, że WSA w Warszawie  z rażącym naruszeniem przepisów prawa wstrzymał wykonanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach wydanej przez GDOŚ we wrześniu 2022 r. Decyzję środowiskową zaskarżyli „zieloni działacze” z Niemiec i Czech.

Budżetówka dostanie swoje

Budżetówka dostanie swoje

„Solidarność” podpisze w środę w Hucie Stalowa Wola porozumienie z rządem w sprawie podwyżek dla sfery budżetowej.

Jak informuje Portal Samorządowy, porozumienie podpiszą w środę w Hucie Stalowa Wola przewodniczący NSZZ „Solidarność” Piotr Duda, premier Mateusz Morawiecki i prezes PiS Jarosław Kaczyński. Jeszcze w tym roku będą środki, które zostaną przeznaczone na podwyżki w budżetówce – zapewnił rzecznik związku zawodowego. Z informacji, które pojawiają się w mediach, wynika, że może być to podwyżka rzędu 8 proc.

Porozumienie zakłada też dodatkowe pieniądze dla oświaty. Mają do niej trafić w tym roku. Kolejna rzecz to są ekstra pieniądze dla pracowników domów pomocy społecznej. (…) Tu będzie dotacja z rezerwy celowej po kilkaset złotych dla każdego pracownika DPS-u miesięcznie, ze spłatą od kwietnia – dodał rzecznik. Ocenił, że będzie to bardzo istotny wzrost wynagrodzeń dla tej grupy, która jest bardzo pokrzywdzona.

Porozumienie ma dotyczyć także ochrony przed zwalnianiem liderów związkowych z pracy.

Górnicy i hutnicy o wspólną sprawę

Górnicy i hutnicy o wspólną sprawę

Górnicy z Wolnego Związku Zawodowego Sierpień 80 przyłączą się do demonstracji, organizowanej przez hutnicze związki zawodowe 23 czerwca przed Ministerstwem Klimatu i Środowiska.

Według informacji portalu wnp.pl, już dziś zwały Polskiej Grupy Górniczej są zapełnione w 60 procentach. Kopalnie rybnickie (Chwałowice, Jankowice, Marcel, Rydułtowy) za chwilę staną przed groźbą wstrzymania produkcji ze względu na pełne zwały. Podobnie sytuacja wygląda w innych kopalniach PGG. Jeśli węgiel z Węglokoksu trafi na rynek energetyczny, kopalnie będą musiały ograniczać produkcję, wstrzymywać wydobycie, ogłaszać przestoje.

Konieczna jest interwencja państwa. Konieczna jest obiecana pomoc rządu. Ministerstwo Klimatu musi się wywiązać ze swych zobowiązań, podpisując stosowną umowę z Węglokoksem. To na polecenie tego ministerstwa do Polski sprowadzono miliony ton węgla, który obecnie zalega na zwałach. Przy okazji ratowania rynku odbiorców indywidualnych całkowicie rozregulowano rynek węgla energetycznego. Konieczne są decyzje i działania – apeluje Sierpień 80.

Tymczasem Ministerstwo Klimatu zapowiada, że także w tym roku ściągnie do Polski kolejne miliony ton węgla. Większość tego węgla to bezużyteczne błoto, z którym będzie sobie musiała poradzić polska energetyka, wypierając węgiel z polskich kopalń. Aby zabezpieczyć potrzeby rynku odbiorców indywidualnych, trzeba będzie sprowadzić do Polski 24 do 30 milionów ton niesortu. Większość z tego węgla zasypie energetykę. To najgorsze z możliwych rozwiązań – zaznacza w oświadczeniu Sierpień 80. I wskazuje na to, jakie działania należy podjąć.

Górnicy domagają się natychmiastowych działań:

1. Podpisania stosownej umowy z Węglokoksem, zapewniając obiecaną pomoc Państwa na tym rynku.

2. Stworzenia przez ARM strategicznych rezerw węgla m.in. w oparciu o przejęty od Węglokoksu węgiel.

3. Realne rozpoczęcie procesów inwestycyjnych zwiększających produkcję rodzimego węgla (Bolesław Śmiały, Piast-Ziemowit, Sośnica, Ruda – chodzi o kopalnie Polskiej Grupy Górniczej).

4. Inwestycje w zwiększenie produkcji na rynku odbiorców indywidualnych, m.in w paczkowalnie w kopalniach Staszic-Wujek, Mysłowice-Wesoła.

5. Przywrócenie możliwości zakupu węgla przez odbiorców indywidualnych bezpośrednio na kopalni.

6. Odblokowanie inwestycji w odkrywkę Złoczew dla elektrowni Bełchatów.

7. Podjęcie decyzji o rewitalizacji bloków energetycznych, tzw. dwusetek, bez których polski system energetyczny nie wytworzy odpowiedniej ilości energii.

8. Zracjonalizowanie importu węgla, ograniczenie go niezbędnej ilości na rynek odbiorców indywidualnych. Zaprzestanie zakupów na skalę, która powoduje perturbacje dla polskich kopalń.

Te i inne kwestie powinny być omówione podczas rozmów ze stroną społeczną, na które czekamy od bardzo dawna. Skoro nie ma rozmów, będą protesty. Kolejny z nich 23 czerwca przed Ministerstwem Klimatu i Środowiska – zapowiadają związkowcy.

Od wzrostu do post-wzrostu: krótka historia idei

Od wzrostu do post-wzrostu: krótka historia idei

Koncepcja wzrostu gospodarczego jako uregulowanego, trwałego i samowystarczalnego procesu nie wytrzymuje krytycznej analizy. Nawet w okresie określanym dzisiaj jako „wspaniałe trzydziestolecie” – przypadającym na lata od zakończenia drugiej wojny światowej do kryzysu paliwowego w roku 1974 – wzrost gospodarczy dokonywał się niemal wyłącznie w krajach uprzemysłowionych i dotyczył mniejszości populacji globu. Zasadzał się na bezrozumnym marnotrawstwie i bezlitosnym plądrowaniu zasobów naturalnych (bynajmniej przecież nie nieskończonych), dostępie do tanich paliw kopalnych, zabójczych technologiach i generowaniu globalnych nierówności i braku równowagi, które szybko miały okazać się niemożliwe zarówno do zniesienia, jak i do utrzymania.

Gdy okazało się jasne, że ograniczenia natury geofizycznej mogą położyć tamę wzrostowi gospodarek, sformułowano po raz pierwszy koncepcję wzrostu zrównoważonego. Wydany w 1987 raport Brundtland pt. „Our Common Future” [pol. „Nasza wspólna przyszłość”] wzywał do zmiany modelu wzrostu na jego „czystą” formę, opartą na ekologicznej odpowiedzialności, rozwoju i sprawiedliwości społecznej. Propozycja ta miała fundamentalne znaczenie dla konferencji „Szczyt Ziemi” w Rio de Janeiro w 1992. Mimo to, ze względu na istną eksplozję nierówności społecznych, jak również fakt, że przekroczyliśmy granice ekologicznej wytrzymałości naszej planety, projekt zrównoważonego wzrostu postrzega się dzisiaj raczej jako ciekawostkę historyczną.

Wraz z postępami ekonomicznej i finansowej globalizacji, coraz większą popularność zyskuje teza, że rozwój światowy dokona się dzięki umiędzynarodowieniu rynków. Czyli dzięki procesowi, który w praktyce oznacza dla wielu krajów konieczność zaciągania gigantycznych długów i dużych wydatków budżetowych na ich obsługę. W naturalny sposób prowadzi to do wywoływania sztucznego, wymuszonego wzrostu jako źródła środków na spłatę zadłużenia. Nie chodzi już zatem bynajmniej o zachowanie równowagi między trzema filarami zrównoważonego rozwoju – wzrostem, sprawiedliwością społeczną i ekologią – ale tylko o wiarę w to, że o dobro społeczeństw i naszej planety zatroszczy się rynek i rządzące nim automatyczne procesy gospodarcze.

Z czasem koncepcję zrównoważonego rozwoju wyparła idea „zielonej gospodarki” bądź „zielonego rozwoju”. Ich istotę stanowi dążenie do racjonalnej regulacji zużycia surowców naturalnych oraz włączenia przyrody w wielki cykl produkcji i wyceny rynkowej.

Nie to jednak dokonuje się obecnie na świecie. W przypadku „starych” krajów uprzemysłowionych, naczelny bodziec wzrostu gospodarczego stanowi popyt w krajach rozwijających się, które – trzeba przyznać – przeżyły na początku XXI wieku wzrost o skali iście astronomicznej. Przyjąwszy ten sam model rozwoju, jak kraje nad-rozwinięte, tj. oparty na nieustannym i niekontrolowanym przyśpieszaniu produkcji – obecnie boleśnie przekonują się one, co naprawdę znaczy wyrażenie „granice wzrostu”. Paradygmatyczne znacznie ma przypadek Brazylii: po okresie niesamowitego rozwoju ekonomicznego i daleko idących reform socjalnych, które stały się dzięki niemu możliwe, nastąpił okres niespodziewanej stagnacji i kraj pogrążył się w politycznym kryzysie. Po raz kolejny niekontrolowany wzrost wytworzył zapotrzebowanie na… jeszcze większy wzrost, bo tylko dzięki niemu udałoby się ulżyć nieco frustracjom i rozczarowaniu spowodowanym niewypełnieniem obietnic ekstremalnie trudnych bądź wprost niemożliwych do zrealizowania.

W społeczeństwach zorientowanych na wzrost, jego ustanie oznacza długie okresy gospodarczej recesji, nędzę, intensyfikację działań o charakterze produktywistycznym bądź ekstraktywistycznych, a także kryzys ustroju demokratycznego. A jednak, postęp społeczny, dobrobyt i dobre życie są możliwe bez wzrostu gospodarczego; więcej nawet – wymagają one społecznego zwrotu w kierunku idei post-wzrostu (degrowth).

Początki dyskusji na temat wzrostu

Publiczna debata na temat wzrostu gospodarczego rozpoczęła się w późnych latach 60. i wczesnych 70. Jedna z najostrzejszych krytyk idei nieograniczonego wzrostu została sformułowana w 1972 roku w raporcie Klubu Rzymskiego pt. „Granice wzrostu” (Meadows, 1972). Raport ten podważył fundamentalne dla społeczeństwa przemysłowego założenia, wskazując na biofizyczne ograniczenia egzystencjalne Ziemi oraz wykładniczego wzrostu liczby populacji. W jego zakończeniu autorzy proponowali osiągnięcie wzrostu zerowego. Ze względów metodologicznych i politycznych, raport ten stał się przedmiotem gorącej debaty pośród naukowców i komentatorów tak z prawicy, jak i lewicy, a także z Trzeciego Świata. Szczególnie ci ostatni krytykowali go jako swego rodzaju podstęp krajów rozwiniętych, mający na celu utrwalenie istniejących nierówności i, co za tym idzie, ich monopolu surowcowego, albo też jako próbę powrotu do maltuzjanizmu.

Tym niemniej, raport ten przypominał po prostu, że wzrost zależy niezmiennie od wykorzystywania nieodnawialnych surowców. Po dwóch jego aktualizacjach – w roku 1992 i 2004 – Dennis Meadows napisał w 2012, czterdzieści lat po wydaniu pierwszej wersji, że spowolnienie funkcjonowania obecnego systemu do poziomu wzrostu zerowego nie jest już możliwe, jako iż ślady ekologiczny, jaki ono zostawia, przekroczył granice względnej kontroli. Dlatego też, według niego, obecnie konieczność stanowi odwrócenie procesu wzrostu.

Mniej więcej w tym samym czasie, rumuński ekonomista Nicholas Georgescu-Roegen udowodnił, że termodynamika i prawa rządzące światem istot żywych odgrywają fundamentalną rolę także w funkcjonowaniu gospodarki i społeczeństwa (Georgescu-Roegen, 1971 i 2006). Nieskończony wzrost jest niebezpieczny ze względu na nieodwracalność procesu przemiany materii w energię. Gospodarka to system istniejący w atmosferze: jest ona w istocie biogospodarką. Nawet biorąc pod uwagę recykling, najbardziej zaawansowana technologia nie zdoła nigdy wyeliminować entropicznego elementu procesu pozyskiwania i przetwarzania surowców, jako iż społeczeństwa współczesne zużywają gigantyczne ilości zanieczyszczającej środowisko i nieodnawialnej energii.

Bioekonomia Georgescu-Roegena zakłada dostosowanie sposobu funkcjonowania gospodarki do biofizycznych ograniczeń Ziemi oraz sprawiedliwą dystrybucję zasobów. Implikuje zatem daleko idące zmiany obecnie istniejących systemów gospodarczych oraz wartości, na których się opierają. Najbardziej znany uczeń tego wybitnego badacza, Herman Daly, bronił koncepcji gospodarki stanu stacjonarnego. Georgescu-Roegen jednakże ją odrzucił, argumentując, że gospodarka musi wrócić do stanu, w jakim znajdowała się, zanim przekroczyła granice wyznaczane przez biowydajność naszej planety (Daly, 1997).

Innym źródłem inspiracji dla idei post-wzrostu była krytyka rozwoju sformułowana w dziele „Westernization of the world” przez Serge’a Latouche’a (2006). Była ona inspirowana dziełami Ivana Illicha oraz André Gorza i Corneliusa Castoriadisa. Latouche krytykował społeczeństwa uprzemysłowione, w centrum swojego życia stawiające maszyny oraz ulegające konsumpcjonizmowi i jego uwodzicielskiej propagandzie.

Debata odżyła na nowo w poprzedniej dekadzie ze względu na skutki globalizacji oraz stałe przybliżanie się ekologicznej katastrofy. Wbrew zapowiedziom, zamiast bogactwa, dobrobytu i pokoju, globalizm i idea nieskończonego wzrostu przyniosły nam koszmar: nieusuwalne i zwiększające się ciągle nędzę i nierówność, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, zmiany klimatyczne, zanik bioróżnorodności, zmniejszenie poczucia zadowolenia z życia i coraz częstsze występowanie katastrof naturalnych i przemysłowych. Ideologia wzrostu zaczyna załamywać się pod ciężarem różnych nieszczęść, które sprawiają, że obiecywany przez nią dobrobyt wydaje się coraz bardziej odległy, za to globalna klęska – coraz bliższa.

Termin degrowth jest ze swojej natury prowokacyjny, a wręcz bluźnierczy. To chwytliwy termin, mający niepokoić ludzkie sumienia zdominowane przez kult wzrostu dla samego wzrostu – czy też, innymi słowy, żądzę zysku dla samego zysku.

Jedną z jego wad stanowi fakt, że często rozumie się go zbyt wąsko, jako ledwie „wzrost ujemny”, co może, w konsekwencji, skutkować zaciemnieniem najistotniejszych zagadnień cywilizacyjnych, jakie się z nim wiążą. Dlatego też niektórzy krytycy ideologii wzrostu preferują właśnie termin post-wzrost, antywzrost, a-growth, bez-wzrost, czy też, jak to ujął Ivan Illich, „zerwanie z nałogiem rozwoju”.

Post-wzrost w istocie nie stanowi przeciwieństwa wzrostu, nie jest wzrostem ujemnym, ba! – nie jest nawet terminem ekonomicznym, choć odwołuje się do badań z tej dziedziny i z nich właśnie się wziął. Oznacza on:

• Redukcję konsumpcji zasobów naturalnych i energii stosownie do biofizycznych ograniczeń i odnawialności ekosystemów. Wiąże się to z koniecznością zatrzymania produktywistycznego cyklu wytwarzania i konsumpcji;

• Stworzenie nowej wizji społecznej i politycznej, przeciwstawnej w stosunku do tej, na której opiera się ideologia wzrostu i rozwoju;

• Budowę pluralistycznego i różnorodnego ruchu społecznego, w którym odmienne prądy myślowe, doświadczenia i strategie budowy niezależnych i oszczędnych społeczeństw mogłyby się wzajemnie przenikać i wzbogacać. Post-wzrost to nie alternatywa, ale matryca alternatyw.

• Znalezienie różnorodnych sposobów przekroczenia granic ideologii wzrostu i zerwania z nieumiarkowaniem;

• Zorganizowanie ruchu politycznego, który byłby w stanie zadawać pytanie fundamentalne z punktu widzenia demokracji: „Jak możemy współistnieć z przyrodą”, zamiast: „Jak możemy się dalej rozwijać?”.

Post-wzrost i droga odejścia od ekonomii wzrostu

To, co ekonomia nazywa wzrostem, to po prostu ilościowe zwiększanie produkcji, wyrażane za pomocą wskaźnika produktu krajowego brutto (PKB). Innymi słowy, wzrost to proces pozwalający na coraz większą konsumpcję i akumulację kapitału. Choć jego intensywność zmieniała się w zależności od czasu i położenia geograficznego, możemy powiedzieć, że dokonuje się on przez całą historię kapitalizmu. Wzrost może być wolny, tak jak miało to miejsce w XIX wieku, czy w przypadku starych społeczeństw uprzemysłowionych w latach 80. „Wspaniałe trzydziestolecie” często podaje się jako model dynamicznego i zrównoważonego wzrostu, mającego jakoby kluczowe znaczenie dla postępu społecznego. Tymczasem okres ten to bynajmniej nie żaden model, ale raczej wyjątek od reguły rządzącej historią kapitalizmu. Rozwój „wspaniałego trzydziestolecia” był możliwy wyłącznie dzięki dostępowi do tanich zasobów naturalnych globalnego Południa, intensywnej eksploatacji środowiska oraz masowej de-kwalifikacji i racjonalizacji pracy. Aby poradzić sobie z konkurencją w postaci bloku komunistycznego oraz uprzedzić protesty – przyznano społeczeństwu pewne nowe prawa socjalne i ekonomiczne.

Globalny wzrost zależy nie tylko od pracy i kapitału; potrzebuje także energii i bogactw naturalnych. Bogactwa te są skończone i nie da się ich zastąpić kapitałem technicznym, wbrew temu, co mówią nam różne modele opracowywane przez neoklasycznych ekonomistów. Z tego względu kapitalistyczny cykl produkcji i konsumpcji zależy niezmiennie od wywłaszczenia i ekonomicznego wyzysku ogółu populacji, jak i również niszczenia tych form życia, które wymykają się mechanizmom wyceny rynkowej. Od lat 80. gospodarcza i finansowa globalizacja przyśpieszyła proces utowarowienia zasobów naturalnych i żywych organizmów, a także eksploatacji rzeczonych zasobów. Tym niemniej, gospodarka kapitalistyczna może rozwijać się wyłącznie na drodze eskalacji procesu nieodwracalnego niszczenia zastanych struktur społecznych i przyrodniczych, a także koncentracji bogactwa w rękach nielicznej mniejszości.

Z tego właśnie względu degrowth to nie to samo, co ledwie wzrost ujemny czy stagnacja gospodarki: nie chodzi o wywołanie negatywnych fluktuacji rynku czy permanentnej recesji. Post-wzrost stanowi wybór polityczny, polegający na metodycznej i dobrowolnej redukcji poziomu zużycia energii i bogactw naturalnych, na zredefiniowaniu naszych potrzeb i świadomym zwróceniu się w kierunku „oszczędnego dobrobytu”.

Według orędowników zielonego kapitalizmu, negatywny wpływ człowieka na środowisko można zmniejszyć na drodze zastosowania nowych technologii, zwiększających wydajność procesów technicznych i gospodarczych. Tak długo jednak, jak długo nie odważymy się zakwestionować samych zasad wzrostu i permanentnej akumulacji, pozytywny wpływ zwiększonej wydajności zostanie w całości zneutralizowany przez permanentne przyśpieszanie procesu produkcji. W przeszłości wszelkie potencjalne korzyści ekologiczne, jakie mogły przynieść nam wynalazki zwiększające wydajność energetyczną np. samochodów, zostały błyskawicznie „wyzerowane” przez znaczące zwiększenie średniej mocy silników i ogólnej ilości wytwarzanych maszyn. Ten „efekt odbicia”, opisywany już przez dziewiętnastowiecznego ekonomistę Williama Jevonsa, stanowi powód, dla którego „zielonego wzrostu” nie można uważać za realistyczną propozycję zaradzenia problemom wynikającym z faktu skończonej ilości zasobów; to po prostu kolejny sposób na powtórkę procesu wzrostu gospodarczego i akumulacji kapitału.

Zielone technologie obudziły w niektórych również nadzieję na „rozłączenie” procesów wzrostu gospodarki i poziomu emisji gazów cieplarnianych. Mówi się nam, że dzięki wydajności energetycznej, jaką umożliwia rozwój gospodarczy, poziom owej emisji zacznie samoczynnie spadać. Te przewidywania nie biorą jednak pod uwagę możliwości zwiększenia poziomu produkcji, które to – znów – zneutralizuje wszelkie korzyści, jakie mógłby nam przynieść postęp w dziedzinach wydajności i produktywności. Wzrost nadal pozostaje problemem.

To samo można powiedzieć o tak zwanym wzroście niematerialnym, wzroście w dziedzinie usług, charakterystycznym dla gospodarki opartej na wiedzy. Oczekiwać nadejścia niematerialnej ekonomii wzrostu to ignorować fakt, że większa część usług opiera się na jakiejś materialnej podstawie. Oprogramowanie może, istotnie, być wykonane z „szarej materii”, ale dyski twarde czy chipy komputerowe wykonuje się już z konkretnych materiałów, zużywając przy tym także znaczne ilości energii i wody.

Na koniec należy zauważyć, że dynamiczny, przyśpieszony wzrost, jaki miał miejsce w krajach uprzemysłowionych podczas „wspaniałego trzydziestolecia”, był możliwy wyłącznie dzięki dostępowi do tanich bogactw naturalnych krajów kolonialnych, zdominowanych przez światową Północ. W krajach Południa, niekiedy istotnie przeżywających dziś okres szybkiego rozwoju, wzrost wyhamuje znacznie szybciej, niż w tzw. krajach rozwiniętych: zderzą się one z faktem gigantycznego zapotrzebowania na surowce i będę zmuszone zacząć pozyskiwać je z własnych złóż. Alternatywą będzie pozyskanie ich ze złóż w innych krajach, czyli (po prostu) wojna.

Na polu ekonomii, dzięki ludziom takim jak Herman Daly (1997) i Tim Jackson (2011), a także wielu innym, rozwijają się obecnie nowe teorie makroekonomiczne, których celem jest stworzenie modelu dobrobytu bez wzrostu. Tym niemniej, należy tutaj dodać, że post-wzrost jako koncepcja opiera się również na bezkompromisowej krytyce ekonomizmu – dlatego też nie można wyobrazić go sobie bez odpowiedniego typu społeczeństwa.

Post-wzrost i droga odejścia od modelu społeczeństwa opartego na wzroście

Koncepcja wzrostu nie ma natury wyłącznie ekonomicznej. To całościowa wizja społeczna, czyniąca „postęp” historycznym standardem oceny życia zbiorowego. W kapitalizmie normę ową stanowi wzrost gospodarczy, wyrażany za pomocą wskaźnika PKB. W ten oto sposób wzrost staje się celem politycznym, „obowiązkową” cnotą obywatelską, jedyną drogą do osiągnięcia sprawiedliwości społecznej i budowy demokracji. Ideologia ta postrzega społeczeństwo jako luźny zbiór pracowników i konsumentów, pozbawiony jakiegokolwiek wymiaru politycznego. Konflikty społeczne sprowadza się do napięć powstałych wobec problemu dystrybucji bogactwa, niezależnie od tego, jaka byłaby owego bogactwa natura i w jaki sposób by je wytworzono.

Neoliberalizm przyśpieszył ten proces na poziomie globalnym. Neoliberalną politykę lat 80. można rozumieć jako reakcję na spowolnienie wzrostu w krajach uprzemysłowionych, które nastąpiło dekadę wcześniej. Wolny handel i narastająca finisjalizacja korporacji stanowiły główną siłę napędową rozpaczliwych prób poszukiwania nowych bodźców wzrostu.

W tradycji socjaldemokratycznej (wszystkich odcieni) wzrost gospodarczy uważa się za konieczny warunek sprawiedliwości społecznej. Chodzi o to, aby tort stawał się coraz większy i, w związku z tym, wszyscy dostali po większym kawałku, bez przejmowania się tym, według jakiego przepisu i z jakich składników go zrobiono. A jednak kwestii sprawiedliwości społecznej nie da się zredukować wyłącznie do redystrybucji owoców wzrostu. Rolę fundamentalną odgrywa w niej rozpoznanie równej godności wszystkich ludzi, a zatem także i ochrona warunków materialnych gwarantujących uszanowanie tej godności. To właśnie złudne mniemanie, jakoby wolny handel i konkurencja mogły doprowadzić do ponownego okresu wzrostu gospodarczego, pchnęło w latach 80. wielu socjaldemokratycznych polityków do zwrotu w kierunku rozwiązań neoliberalnych.

Z tego właśnie powodu degrowth nie jest projektem ekonomicznym: jego urzeczywistnienie wymaga przemiany całego społeczeństwa, w tym jego symboli i wartości. Kwestionuje on zachodni standard postępu i praktykę narzucania go całemu światu. Post-wzrost opiera się na pomyśle przywrócenia lokalnego charakteru działań gospodarczych i społecznych, redystrybucji bogactwa, odzyskaniu prawdziwego sensu pracy, przyjaznych dla środowiska „miękkich” technologiach, ogólnie pojętym zmniejszeniu tempa życia i ponownym upodmiotowieniu społeczności organicznych.

Degrowth to praktyczny wyraz kilku prądów myślowych: krytyki rynkowości i globalizacji; nadmiaru; technologii i techno-nauki; antropocentryzmu i instrumentalistycznej racjonalności; koncepcji homo economicus i utylitaryzmu.

Najlepiej urzeczywistniają ideę post-wzrostu ruchy społeczne działające przeciwko permanentnemu zwiększaniu tempa życia, ekonomicznej i finansowej globalizacji, masowemu wydobyciu bogactw naturalnych, owczemu pędowi w energetyce, reklamie i konsumpcjonizmowi, jak również wszelkiej niesprawiedliwości społecznej i ekologicznej.

Post-wzrost a ideologia rozwoju

Wiara w powszechny wzrost gospodarczy chwieje się już na światowym Południu. Przez długi czas, krytyka wiary we wzrost i postęp stanowiła wyłączną własność społeczeństw zachodnich i pierwsze wyrazy jej zaczęły pojawiać się na długo przed powojennym boomem w pracach W. Benjamina, H. Arendt, G. Andersa, J. Thellula i przedstawiciel szkoły frankfurckiej (by wskazać tu ledwie kilkoro autorów). Obecnie pojawia się ona także wśród społeczeństw południowych, wciąż uważanych za pilnie potrzebujących „rozwoju”. Z tego też względu krytyków ideologii wzrostu, szczególnie lewicowych, przedstawia się nieraz jako potwory odmawiające krajom globalnego Południa człowieczeństwa. Takie podejście sprowadza się do tezy, że wzrost stanowi konieczność natury i jedyne narzędzie wyzwolenia się z nieludzkich warunków bytowania. Dehumanizacja społeczeństw Zachodu przynajmniej częściowo odsłania fałsz tej koncepcji.

Wezwanie do przejścia od wzrostu do post-wzrostu stanie się na globalnym Południu zrozumiałe i sensowne dopiero wtedy, gdy procesowi temu, zapoczątkowanemu w krajach zachodnich, zacznie towarzyszyć szeroko zakrojona redystrybucja bogactwa, która pozwoliłaby ludziom dostrzec przynajmniej zarys przyszłości, dla której warto pracować. Wyłącznie w takim wypadku maksyma Gandhiego: „Żyj skromnie, aby inni również mogli żyć”, nabierze pełnego znaczenia.

Dla społeczeństw Południa post-wzrost stanowi wciąż perspektywę wątpliwą. Ich życie nie jest jeszcze w pełni oparte na wzroście gospodarczym, ich wpływ na środowisko jest niewielki, a podstawowe potrzeby ogółu populacji pozostają niezaspokojone. Tym niemniej, koncepcję post-wzrostu można również interpretować jako wezwanie do tego, aby nie wchodzić na ścieżkę zależności od wzrostu, aby uwolnić się od ekonomicznej i kulturalnej dominacji Północy i odzyskać w porę poczucie samokontroli i umiarkowania, często już obecne w rodzimych tradycjach południowych krajów.

Post-wzrost i ruchy społeczne

Ideologia wzrostu była opracowywana kilka wieków i jej dekonstrukcja z konieczności również zabierze dużo czasu. Będzie ona wymagać rozwinięcia praktyki i społecznej i dokonywania wyborów politycznych, które pozwoliłyby nam zarówno sprostać najważniejszym wyzwaniom naszego czasu, jak i położyć podwaliny nowego sposobu życia i współistnienia na naszej planecie.

W skład matrycy post-wzrostu wchodzi wiele różnych prądów myślowych i społecznych, nawet jeśli nie identyfikują się one w pełni z tym projektem, na przykład ruchy zajmujące się relacjami Północy i Południa i niebezpiecznej eksploatacji zasobów; ruchy rolnicze odrzucające produktywizm i promujące „chłopski” model gospodarki rolnej; ruchy działające na rzecz umorzenia długów, które zmuszają kraje uboższe do eksportu gigantycznych ilości surowców naturalnych kosztem ekosystemu; inicjatywy na rzecz rekultywacji gruntów czy powszechnego dostępu do wody; ruchy na rzecz sprawiedliwości ekologicznej; sprzeciwiające się realizacji niepotrzebnych projektów wielkoskalowych (budowie megatam, lotnisk, autostrad, linii szybkich kolei, olbrzymich centrów handlowych); promujące ideę decentralizacji źródeł energii i tzw. Transition Towns, inicjatywy typu Slow Food, Slow Science, Slow Cities, promocja technologii „skromnych” zamiast zaawansowanych, deglobalizacja, promocja lokalnej żywności i, ogólnie mówiąc, wszelkie ruchy o charakterze pro-lokalnym.

Te inicjatywy oporu ze swoimi unikalnymi doświadczeniami już przecierają szlak ku innemu, lepszemu światu. Rozpoczynają one proces oddolnej zmiany, bez którego nie da się wyobrazić żadnej transformacji społecznej czy politycznej. Czy to wystarczy? Gdzie znajdziemy siłę do szerzej zakrojonych działań? Łatwo jest zrozumieć i uznać konieczność przemiany naszej wizji społecznej – trudno natomiast sporządzić praktyczny plan budowy społeczeństwa post-wzrostu. Problem ten zmusza do zadania sobie ważnych pytań. Post-wzrost czego, gdzie i kiedy? Jakiego rodzaju reformy, jak różnorodne i na jakąś skalę? Jak wyobrażamy sobie solidarność i sprawiedliwość społeczną bez wzrostu gospodarczego? Jaki będą etapy urzeczywistniania naszej wizji? Jakie kroki powinniśmy podjąć? Jak możemy przeprowadzić rekonwersję przemysłową?

Alternatywa dla wzrostu i produktywizmu musi być kompleksowa i dotykać wszystkich poziomów życia: indywidualnego, lokalnego, państwowego i światowego.

Dokonanie przełomu na globalnej Północy będzie miało znaczenie kluczowe, i to z kilku przyczyn:

• Kapitalizm i produktywizm to systemy stworzone właśnie tam, podobnie zresztą jak produktywistyczny socjalizm.

• Ten model życia zbiorowego został potem „wyeksportowany” na Południe i znalazł tam wielu zwolenników.

• To właśnie stanowi prymarne źródło iluzji, wedle której nieograniczony przyrost bogactwa jest koniecznym warunkiem szczęścia i sprawiedliwości.

• W krajach Północy naruszenie równowagi ekosystemów uderza przede wszystkim w najbiedniejszych (dotykając sfer takich jak żywność, zdrowie, mieszkanie i wypoczynek), a ekonomiczna i finansowa globalizacja niszczy miejsca pracy, siłę do niej oraz dziką przyrodę.

Na Południu różne ruchy oporu wobec dominującej ideologii, ugruntowanych w konkretnym doświadczeniu życia, działają na rzecz zredefiniowania relacji między społeczeństwem i środowiskiem, rzucając w ten sposób wyzwanie neoliberalizmowi i produktywizmowi. Ruchy te mają generalnie naturę bardzo trwałą i łączą się ściśle z tym, co Juan Martínez Alier nazywa „ekologią ubogich” (Martinez Alier, 2002). Skutecznie pomagają one uciszyć obłudne moralizowanie, według którego troska o środowisko naturalne to luksus społeczeństw bogatych, a właściwie ich najbogatszego jednego procenta, w związku z czym krajów Południa zwyczajnie na nią „nie stać”.

Refleksji nad życiem społecznym nie można zostawić w ręku oświeconej elity, złożonej ze „znamienitych” jednostek i ekspertów. Zdajemy sobie sprawę, że takie posunięcie przyniosłoby ze sobą wyłącznie nowe formy totalitaryzmu. Nasze przemyślenia nie mogą nigdy tracić kontaktu z solidną podstawą konkretnych relacji i doświadczenia.

Wnioski

Idea post-wzrostu rzuca wyzwanie zarówno kapitalizmowi, jak i socjalizmowi, tak prawicy, jak i lewicy. Sprzeciwia się ona wszelkiej filozofii cywilizacyjnej opartej na założeniu, że wolność osiąga się na drodze brutalnego wyrwania się z porządku natury i zdominowania jej, i która gotowa jest poświęcić indywidualną swobodę i samostanowienie zbiorowości na ołtarzu nieograniczonej produkcji i konsumpcji materialnego bogactwa. Kapitalizm przynosi ze sobą coraz to nowe nieszczęścia, takie jak wywłaszczenie i nędzę, podporządkowanie energii żywej pracy sztywnym regułom kapitalistycznego rynku i zamianę przyrody w pospolity towar. System ten, oparty na dążności do ustanowienia racjonalnej kontroli nad światem, ludzkością i środowiskiem, zaczyna rozpadać się na naszych oczach.

Degrowth – czy też właśnie (bo to lepsze określenia) post-wzrost lub „zerwanie z nałogiem rozwoju” – to idea pozwalająca opracować przynajmniej roboczy plan działania w kierunku urzeczywistnienia pragnień tych wszystkich, którzy walczą o prawa Matki Ziemi, o deglobalizację i, w szerszym sensie, o prawdziwie demokratyczną organizację życia społecznego.

Powyższy tekst stanowi adaptację rozdziału z antologii „Systemic Alternatives”, wydanej wspólnie przez Fundación Solón, Attac France i Focus on the Global South. Ukazał się na portalu https://www.localfutures.org/ Przeł. Maciej Sobiech za zgodą wydawcy.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Dinh Khoi Nguyen from Pixabay.

Bibliografia:
Castoriadis, C. (1998). The Imaginary Institution of Society. Cambridge, MA, USA: MIT Press.
Daly H. (1997). Beyond Growth: e Economics of Sustainable Development. Boston, MA, USA: Beacon Press.
Daly H. (1972). Toward a Steady-State Economy. San Francisco, CA, USA: Freeman.
Georgescu-Roegen N. (1971). The Entropy Law and the Economic Process. Cambridge, MA, USA: Harvard University Press.
Georgescu-Roegen N. (2006). Demain la décroissance : entropie-écologie-économie. Paris, France: Favre. Versión original 1979.
Jackson T. (2011). Prosperity without Growth. Theconomics for a Finite Planet. London, England: Earthscan.
Latouche S. (1986). Faut-il refuser le développement. Paris, France: PUF.
Latouche S. (1989). L’occidentalisation du monde. Thessai sur la signi cation, la portée et les limites de l’uniformisation planétaire, Paris, France: La Découverte.
Latouche S. (2006). Le pari de la décroissance. Paris, France: Fayard.
Meadows D. (1972). Limits to Growth. New York, NY, USA: Universe books.

Powrót pociągów

Powrót pociągów

Linia kolejowa z Ostrołęki do Chorzel została zamknięta w 2001 r. 11 czerwca wrócą na nią pociągi.

Jak pisze Portal Samorządowy, Linia kolejowa z Ostrołęki do Chorzel ma 60 km długości. Zanim została ona zamknięta, pociągi pasażerskie pokonywały tę trasę w 100 minut, jechały tam ze średnią prędkością 35 km/h.

Dzięki modernizacji linia została dostosowana do prędkości 120 km/h dla pociągów pasażerskich i 80 km/h dla pociągów towarowych. Teraz skład pasażerski pokona tę trasę w 45 minut, czyli w dwa razy krótszym czasie nie przedtem. Będzie to wyglądać zupełnie inaczej, bo linia została gruntownie zmodernizowana – kosztem 347 mln zł (dużą część tych kosztów pokryły środki unijne).

Pierwsze pociągi pojadą tędy ponownie 11 czerwca. Na całej trasie będą cztery stacje (Ostrołęka, Grabów, Jastrząbka i Chorzele) oraz pięć przebudowanych przystanków kolejowych: Nowa Wieś Kościelna, Zabiele Wielkie, Parciaki, Olszewka, Raszujka.

Na całej trasie wybudowano nowe tory, 24 obiekty inżynieryjne, w tym 14 przepustów, 4 przejścia dla małych zwierząt i 6 mostów, w tym nowy 245-metrowy most nad Narwią, który został dostosowany także do ruchu pieszych (obok torów wykonano chodnik). Częścią inwestycji była też budowa nowego lokalnego centrum sterowania w Ostrołęce, w którym zamontowano komputerowe urządzenia sterujące ruchem kolejowym. Prace objęły również 33 przejazdy kolejowo-drogowe. Wszystkie przystanki zostały dostosowane do potrzeb osób o ograniczonej możliwości poruszania się. Zamontowane zostało oświetlenie, oznakowanie, wiaty, ławki i gabloty informacyjne. W sąsiedztwie przystanków zamontowano stojaki na rowery.

Ireneusz Merchel, prezes PKP PLK, wskazuje, że linia Ostrołęka – Chorzele to jedna z dwóch inwestycji na Mazowszu, której efektem jest powrót pociągów na dawno nieużywane linie. Druga to linia z Sokołowa Podlaskiego do Ostrowi Mazowieckiej.

Bilety kolejowe będą w kioskach?

Bilety kolejowe będą w kioskach?

PKP Intercity planuje rozszerzyć sieć sprzedaży stacjonarnej biletów o kioski, hotele, sklepy spożywcze i stacje benzynowe.

Jak informuje Portal Samorządowy, sukces polityki ujednoliconych warunków handlowych skłonił PKP Intercity do rozszerzenia sieci sprzedaży o punkty stacjonarne. Mając na uwadze komfort pasażerów, którzy z różnych powodów nie decydują się na zdalny zakup biletów, w najbliższym czasie przewoźnik planuje wprowadzić swoje usługi do kiosków, hoteli, sklepów spożywczych oraz na stacje benzynowe.

Scania zamyka fabrykę w Słupsku

Scania zamyka fabrykę w Słupsku

Słupska fabryka nadwozi autobusów koncernu Scania zostanie zamknięta w 2024 r. Na lodzie zostanie prawie 900 pracowników.

Jak informuje portal salon24.pl, koncern Scania zdecydował o stopniowym wygaszaniu części produkcji i zamknięciu fabryki nadwozi autobusów w Słupsku.

Aktualnie w zakładzie Scania Production Słupsk S.A. pracuje 1047 osób, z czego 847 w zakładzie produkcji nadwozi autobusów w Słupsku, a także 200 osób w zakładzie produkcji podwozi typu K w Kobylnicy koło Słupska. Decyzja o zamknięciu produkcji obejmuje słupski zakład.

Na torach ma być bezpieczniej

Na torach ma być bezpieczniej

Powraca centralny egzamin na maszynistę. Urząd Transportu Kolejowego przejął egzaminowanie przyszłych maszynistów, a odebrał rozproszone uprawnienia egzaminacyjne placówkom, które ich kształciły.

Jak informuje wnp.pl, scentralizowanie egzaminowania kandydatów do prowadzenia pociągów to efekt pogorszenia się bezpieczeństwa na kolei, które w Urzędzie Transportu Kolejowego zdiagnozowano 7-8 lat temu. Uwagę przykuło szczególnie to, że za 40 proc. tzw. zdarzeń kolejowych (np. niezatrzymanie się przed semaforem) odpowiadają nowi maszyniści, ze stażem nie dłuższym niż pięć lat. Winną za ten stan obarczono dotychczasowy system szkolenia i to, że egzaminy przeprowadzały te same placówki, które przygotowywały maszynistów (jest ich w kraju około 40). Odpowiedzią na to zjawisko było odebranie im możliwości egzaminowania i przekazanie tego obowiązku w ręce prezesa Urzędu Transportu Kolejowego.

Po złagodzeniu kryteriów zdrowotnych dotyczących wzroku i słuchu jest więcej chętnych do zawodu, tym bardziej, że jest on stosunkowo dobrze płatny.

Szkolenie maszynistów odbywa się dwustopniowo. Pierwszy stopień to licencja maszynisty zdobywana po kilkumiesięcznym szkoleniu. Nie uprawnia ona do prowadzenia pociągu. Można to robić dopiero po uzyskaniu świadectwa maszynisty. W tym przypadku szkolenie trwa 6-18 miesięcy, odbywa się u przewoźnika, a jego zwieńczeniem jest egzamin w Centrum Egzaminowania i Monitorowania Maszynistów w Warszawie.

Egzamin na licencję maszynisty trwa 200 minut i składa się ze 100 pytań. Podzielony jest na osiem części tematycznych. Do zdania potrzebne jest uzyskanie minimum 75 ze 100 możliwych punktów, jednak w poszczególnych częściach trzeba poprawnie odpowiedzieć na minimum połowę pytań. Wyjątkiem jest część poświęcona sygnalizacji stosowanej w transporcie kolejowym – tu nawet jeden błąd oznacza ocenę negatywną z całego egzaminu.

Pierwsze egzaminy na licencję maszynisty w CEMM już się odbyły. Podeszły do nich 143 osoby, a zdało 73 proc.

Jestem przekonany, że państwowy egzamin przeprowadzany w jednolitym standardzie będzie gwarantował wysoki poziom wiedzy i umiejętności osób wchodzących do zawodu – stwierdził Ignacy Góra, prezes Urzędu Transportu Kolejowego.

Niemcy wyłączyli elektrownie jądrowe i muszą kupować prąd

Niemcy wyłączyli elektrownie jądrowe i muszą kupować prąd

Po wyłączeniu w połowie kwietnia 2023 r. ostatnich działających elektrowni jądrowych, Niemcy z eksportera stały się importerem energii elektrycznej.

Jak informuje portal wnp.pl, niemiecka gospodarka, po wyłączeniu w połowie kwietnia ostatnich działających elektrowni jądrowych, w okresie 16.04-15.05.2023 r. z eksportera stała się importerem energii elektrycznej. Import netto w tym okresie wyniósł 2,2 TWh, podczas gdy rok wcześniej eksport netto był na poziomie 0,7 TWh, a miesiąc wcześniej eksport netto wyniósł 1,2 TWh.

Najwięcej energii w ostatnim miesiącu Niemcy importowały z Francji (0,9 TWh), Danii (0,7 TWh) i Austrii (0,5 TWh). Większość energii elektrycznej we Francji wytwarzana jest w elektrowniach jądrowych. PIE zwraca uwagę, że wyłączenie ostatnich elektrowni jądrowych krytykowała zarówno opinia publiczna (65 proc. ankietowanych w kwietniu 2023 r. było za wydłużeniem ich działania), jak i rząd Bawarii, w której znajdował się reaktor Isar 2.

Przed wyłączeniem ostatnich reaktorów przestrzegali także naukowcy z uniwersytetu Colombia. Ich zdaniem koszt wyłączenia reaktorów jądrowych szacowany jest na 3-8 mld euro rocznie.

Decyzję o odejściu Niemiec od energetyki jądrowej podjęła w 2011 r. ówczesna kanclerz Angela Merkel. Stało się to po awarii w elektrowni jądrowej Fukushima w Japonii.

Praca, harówka, wyzysk

Spędzamy w pracy co najmniej osiem godzin dziennie. Przez kilkadziesiąt lat. Niewiele jest spraw mających tak duży i długi wpływ na nasze życie. Ale czy towarzyszy temu równie wiele namysłu?

Trzeba powiedzieć, że jest lepiej niż było. Przez pierwsze dwie dekady III RP albo nie było o tym mowy wcale, albo była mowa głupia: nieczuła, bezrefleksyjna, indywidualistyczna. I w przedziwny sposób łącząca ślepy kult pracy z zupełnym lekceważeniem tych, którzy ją wykonują. Należało zasuwać i nie narzekać. W harówce upatrywać jedynego źródła poprawy swojego losu. „Dorabiać się” za pomocą dłuższej i cięższej pracy, czyli kosztem m.in. zdrowia, życia rodzinnego czy towarzyskiego.

Jednocześnie lekceważeniem lub wręcz potępieniem zbywano każdą wątpliwość i każde pytanie dotyczące warunków, sensu, efektów i korzyści z pracy. Populistą, oszołomem i demagogiem był każdy, kto wskazywał na łamanie praw pracowniczych. Ten, kto pytał o sens harówki za naprawdę marne grosze; a trudno się czegokolwiek dorobić, gdy dostajesz 4 złote za godzinę. Kto zauważał ogromne jednostkowe i społeczne skutki pracy długiej, ciężkiej, źle zorganizowanej. Kto miał czelność przypomnieć, że na wielbionym u nas Zachodzie znacznie silniejsze i większe są związki zawodowe, a prawo pracy jest o wiele bardziej surowo egzekwowane. Komentowano to obelgami, drwinami, „zdroworozsądkowymi” wywodami, że bez pracy nie ma kołaczy i że ktoś gdzieś podobno narobił się, ale zarobił, więc każdy może tak samo.

Dzisiaj już mówi się o prawach pracowniczych. Krytykuje „kulturę zapierdolu”. Podkreśla znaczenie równowagi w życiu – tego, że jest czas pracy, ale i czas odpoczynku. Rehabilituje związki zawodowe i ich społeczne znaczenie. Wskazuje, że produktywność i rozwój wcale nie muszą być osiągane długą i bezsensowną aktywnością. Wyśmiewa stachanowskie wezwania ze strony przedstawicieli biznesu czy domorosłych mentorów ze środowisk akademickich i medialnych. Którym zresztą realna praca myli się zazwyczaj z własną aktywnością w zaganianiu innych do pracy lub z pouczaniem całego świata w mediach społecznościowych.

Część tych zjawisk ma oczywiście podtekst polityczny. Po wygranej PiS nagle obrodziło wrażliwcami społecznymi tam, gdzie kiedyś dominował przekaz balcerowiczowski. Ale nie zmienia to faktu, że obecna moda jest lepsza od dawnej apoteozy wyzysku i harówki. I że modnisiom trudno będzie po zmianie władzy wrócić do balcerowiczyzmu – staną się wizerunkowymi zakładnikami tego, co głoszą obecnie.

My jesteśmy po stronie pracowników od początku edycji tego pisma, wiele lat zanim stało się to modne. I wracamy dzisiaj całościowo do tematyki pracy, bo wciąż wiele jest do zrobienia i polepszenia, niezależnie od tego, kto rządzi. Wiedzą o tym związkowcy, inspektorzy pracy, naukowcy, prospołeczni dziennikarze, a także – i przede wszystkim – sami pracownicy. Wszyscy oni spotykają się w obecnym numerze „Nowego Obywatela”. Alarmują, krytykują, wskazują problemy. Dzielą się refleksjami – o tym, co jest jednym z najważniejszych aspektów naszego życia. O co najmniej ośmiu godzinach dziennie i kilkudziesięciu latach naszej aktywności.

Bez dobrej pracy i zarazem bez dbałości o dobro pracowników nie będzie dobrej Polski. Z tym przekonaniem zapraszam do lektury.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Nikt nie chce strzelnic

Nikt nie chce strzelnic

Pierwsze czytanie ustawy, która ma umożliwić uczelniom budowę własnych strzelnic i przeeprowadzanie szkoleń strzeleckich dla studentów, poruszyło opinię publiczną i polityków. Strzelnic nie chcą nawet sami zainteresowani, czyli uczelnie.

Jak pisze Portal Samorządowy, pierwsze czytanie poselskiego projektu ustawy o inwestycjach w zakresie budowy strzelnic oraz innych inwestycjach kształtujących postawy patriotyczne i wychowanie w poczuciu odpowiedzialności za państwo polskie, który ma być realizowany  przez publiczne uczelnie, wzbudziło ogromne poruszenie. Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego negatywnie zaopiniowała projekt.

Zgodnie z deklaracjami wnioskodawców, celem specustawy jest uproszczenie procesu inwestycyjnego, który pozwoli uczelniom na wybudowanie własnych strzelnic. Wszystko wskazuje jednak na to, że uczelnie tym rozwiązaniem nie są zainteresowane.

Rząd realizuje obecnie inny projekt związany ze strzelnicami, a dotyczący strzelnicy w każdym powiecie. W ramach programu samorządy wybudowały do stycznia 48 strzelnic – 3 klasyczne, 43 wirtualne i 2 pneumatyczne. Pod koniec stycznia minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak informował, że w 2022 roku MON podpisał 104 umowy: 95 na strzelnice wirtualne i 9 na strzelnice pneumatyczne. Łącznie resort przeznaczył na te zamówienia prawie 20 mln zł.

Laptopy dla uczniów i nauczycieli

Laptopy dla uczniów i nauczycieli

Sejm uchwalił ustawę o wsparciu kompetencji cyfrowych uczniów i nauczycieli. Celem ustawy jest wyposażenie uczniów klas IV publicznych i niepublicznych szkół podstawowych w laptopy oraz nauczycieli w bony na zakup laptopa.

Jak informuje Portal Samorządowy, laptop przekazany uczniowi będzie stanowił własność jego rodziców. Przekazanie będzie następować na podstawie umowy zawartej przez organ prowadzący szkołę lub placówkę z rodzicem ucznia. Laptopy otrzymane w ramach ustawy nie będą mogły być zbyte przez okres pięciu lat.

Zgodnie z ustawą, co roku – począwszy od roku szkolnego 2023/2024 – kolejne roczniki uczniów klas IV szkół podstawowych publicznych i niepublicznych otrzymają bezpłatnie laptopy. Dotyczy to także uczniów publicznych i niepublicznych szkół artystycznych realizujących kształcenie ogólne, uczących się w klasach odpowiadających klasie IV szkoły podstawowej.

Zakupu laptopów będzie dokonywał centralnie co roku urząd obsługujący ministra właściwego do spraw informatyzacji, na podstawie danych liczby uczniów w danym roczniku przekazanych przez ministra do spraw oświaty i wychowania. Następnie laptopy będą trafiały do organów prowadzących szkoły, które będą przekazywały sprzęt rodzicom uczniów klas IV szkół podstawowych do 30 września. W 2023 r. przekazanie laptopów ma nastąpić najpóźniej do 31 grudnia.

W ustawie zapisano też, że nauczyciele otrzymają bon o wartości 2500 zł z przeznaczeniem na zakup laptopa lub laptopa przeglądarkowego. Chodzi – jak zapisano w ustawie – o nauczycieli, wychowawców i innych pracowników pedagogicznych pozostających w stosunku pracy na dzień 4 września 2023 r. w publicznych i niepublicznych szkołach podstawowych i ponadpodstawowych. W projekcie ustawy w pierwotnym jego zapisie bony miały przysługiwać tylko nauczycielom publicznych szkół podstawowych. Sejmowa komisja edukacji zmieniła na wniosek resortu cyfryzacji ten zapis, wprowadzając możliwość przekazaniu bonu również innym nauczycielom.

Nowe świadczenie dla osób z niepełnosprawnością?

Nowe świadczenie dla osób z niepełnosprawnością?

Posłowie zajmą się projektem ustawy wprowadzającym nowe świadczenie dla osób z niepełnosprawnościami. Jego kwota sięgać ma od prawie 800 zł do ponad 3,1 tys. zł brutto miesięcznie.

Według informacji Portalu Samorządowego, na rozpoczynającym się 24 maja trzydniowym posiedzeniu Sejm zajmie się między innymi rządowym projektem ustawy wprowadzającej do systemu prawnego nowy rodzaj świadczenia – świadczenie wspierające.

Projektowana ustawa określa warunki nabywania prawa do świadczenia mającego na celu wsparcie osób z niepełnosprawnościami – tych, które mają największe trudności w samodzielnym funkcjonowaniu – oraz zasady przyznawania i wypłacania tego świadczenia.

Świadczenie wspierające, w odróżnieniu od innych świadczeń opiekuńczych przeznaczonych dla opiekunów, będzie świadczeniem kierowanym bezpośrednio do osoby z niepełnosprawnościami. Uprawnionymi do świadczenia będą osoby legitymujące się odpowiednim orzeczeniem potwierdzającym niepełnosprawność oraz decyzją ustalającą odpowiedni poziom potrzeby wsparcia. Do świadczenia wspierającego będą uprawnieni obywatele polscy oraz cudzoziemcy, którym na podstawie przepisów Unii Europejskiej oraz umów międzynarodowych zostały przyznane analogiczne do posiadanych przez obywateli polskich prawa w zakresie świadczeń społecznych.

Kwota otrzymywanego świadczenia wspierającego będzie powiązana z wysokością renty socjalnej, której aktualna wysokość w roku 2023 po waloryzacji wynosi 1588,44 zł miesięcznie brutto. W zależności od punktacji otrzymać można będzie miesięcznie dwukrotność renty socjalnej, kwotę jej równą lub 50 proc. tej kwoty.

Przewiduje się, że świadczenie wspierające będzie wprowadzane w trzech etapach. W pierwszym roku obowiązywania ustawy, czyli w 2024 r. – świadczenie wspierające będzie dostępne dla osób niepełnosprawnych z najwyższym ustalonym poziomem potrzeb wsparcia (około 50 tys. osób).

Nie boimy się atomu

Nie boimy się atomu

Stosunek Polaków do energii atomowej zmienił się po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę.

Jak informuje portal wnp.pl, obecnie 57 proc. respondentów uważa, że nowoczesne technologie jądrowe są bezpieczne. Wynika to z badań przeprowadzonych na zlecenie Orlenu.

Prezes Orlenu Daniel Obajtek podczas konferencji prasowej stwierdził, że rozwój małych modułowych reaktorów atomowych (SMR – Small Modular Reactors) jest uzależniony od poparcia społecznego dla tego projektu, stąd powstała potrzeba przeprowadzenia konsultacji społecznych. Z perspektywy Orlenu SMR-y jako zaawansowane technologicznie elektrownie są najbardziej optymalne. Jednocześnie spółka nie ma planów wchodzenia w projekty na bazie dużego atomu.

IBRiS na zlecenie Orlenu przeprowadził ankietę dotyczącą małych elektrowni atomowych w Polsce. Ankieta dotyczyła stosunku Polaków do budowy SMR-ów w sąsiedztwie miejsc ich zamieszkania. Badanie zostało przeprowadzone na grupie 2 tys. osób zamieszkujących w okolicach planowanych lokalizacji SMR-ów.

Według badania 57 proc. Polaków uważa, że współczesne SMR-y oparte o zachodnie technologie są bezpieczne. Przeciwnego zdania jest jedynie 19 proc. ankietowanych. Największe poparcie dla budowy SMR-ów było wśród ankietowanych mieszkańców Krakowa, z których 58 proc. chciałoby mieć reaktor w obrębie własnego województwa, a 51 proc. w ramach swojej miejscowości lub gminy. Przeciwnego zdania było odpowiednio 13 i 19 proc. ankietowanych z Krakowa. Poparcie poniżej 50 proc. kształtowało się w takich miejscowościach jak Włocławek czy Dąbrowa Górnicza.

Jednocześnie, w przypadku połączeniem pytania o bezpieczeństwo SMR-ów z niższymi kosztami energii, mieszkańcy Włocławka i Dąbrowy Górniczej ocenili pozytywnie projekt budowy małej elektrowni atomowej w okolicy tych miast.

W ramach planowanego projektu do tej pory zostało zaproponowanych 7 wstępnych lokalizacji dla SMR-ów: w pobliżu Ostrołęki, Włocławka, Stawów Monowskich koło Oświęcimia, Dąbrowy Górniczej, Nowej Huty, Specjalnej Strefy Ekonomicznej Tarnobrzeg – Stalowa Wola oraz okolic Warszawy. Do końca roku ma zostać przedstawione kolejne 13 lokalizacji.

Przy szparagach u Niemca nie jest lekko

Przy szparagach u Niemca nie jest lekko

W Niemczech trwa sezon na zbieranie szparagów, a raport znanej organizacji Oxfam naświetla bardzo trudną sytuację pracowników, w znacznej mierze pochodzących z Polski.

Jak informuje portal Business Insider, wynagrodzenia są systematycznie obniżane, wielu pracowników ma do czynienia z mało przejrzystym systemem wypłat. Niektórzy zgłaszają, że mają przy zbiorach wręcz niemożliwe do zrealizowania cele – piszą autorzy badania.

Problemem są też bardzo wysokie czynsze dla pracowników sezonowych. Oxfam podaje, że zdarzyło się, iż za miejsce w baraku bez kuchni zażądano od pracowników czynszu w wysokości 40 euro za m kw. Tymczasem taki czynsz nawet w bardzo drogim Monachium wynosi średnio 23 euro.

Warunki w jednym z zakładów w Brandenburgii przy granicy z Polską Oxfam określił jako „skandaliczne”.  Kwatery przypominały baraki, a w pokojach rosła pleśń – czytamy.

Szacuje się, że największą siłę roboczą przy zbieraniu szparagów stanowią w Niemczech mieszkańcy Wschodniej i Środkowej Europy, przede wszystkim Polacy oraz Rumuni.

Żeby prąd nie zdrożał

Żeby prąd nie zdrożał

W ciągu najbliższych dwóch lat państwo wyda ok. 100 mld zł na ograniczenie podwyżek cen energii, czyli gazu i prądu, dla gospodarstw domowych, ale także niektórych instytucji.

Jak pisze Portal Samorządowy, do 2025 r. na ten cel przeznaczymy 100 mld zł. W bieżącym roku Grupa PGE przekaże 10 mld zł na działania osłonowe.

Z symulacji resortu Aktywów Państwowych wynika, że w przypadku uwolnienia cen energii rodzina dwa plus dwa zapłaciłaby w 2023 r. 3,7 tys. zł za prąd. Przy zamrożeniu ceny rachunek ma wynieść 1800 zł. Z kolei emeryt przy utrzymaniu cen zapłaciłby za energię elektryczną w 2023 r. ok. 1700 zł, a dzięki zamrożeniu zapłaci 770 zł. Młoda para przy szacunkowym rocznym zużyciu 1600 kWh wcześniej zapłaciłaby 2459,2 zł, a dzięki wprowadzonym zmianom zapłaci 1121,6 zł.

Oszczędności mają odczuć także samorządy. Ministerstwo podało przykład gminy Pniewy. Dzięki zamrożeniu cen w 2023 roku gmina zapłaci za energię elektryczną około 616,8 tys. zł netto, co daje około 58 proc. oszczędności.

Z rozwiązania skorzysta wiele punktów poboru, w tym: szkoły podstawowe, budynki GOPS, budynki żłobków, urzędy miasta, stacje uzdatniania wody, biblioteki, boiska oraz oświetlenie uliczne.

Nie tędy droga

Nie tędy droga

Media wciąż donoszą o protestach przeciwko szprychom kolejowym do Centralnego Portu Komunikacyjnego. Sprzeciw wobec budowy dróg ekspresowych i autostrad przebija się znacznie słabiej

„Kolej rozjeżdża mi trzy domy: mój, mamy i babci”, „Tory przetną gminę na pół”, „CPK chce zniszczyć zielone płuca Śląska” – takie tytuły regularnie pojawiają się w mediach, które regularnie informują, że w różnych częściach Polski trwają protesty przeciwko przecięciu miejscowości przez linie kolejowe do Centralnego Portu Komunikacyjnego. Sprzeciw wobec budowy autostrad i dróg ekspresowych prasa podchwytuje niechętnie. Można odnieść wrażenie, że drogi szybkiego ruchu wszędzie przyjmowane są z pełnym entuzjazmem.

Autostradowy trójkąt bermudzki

Daleka od entuzjazmu była atmosfera na spotkaniu konsultacyjnym, zorganizowanym 2 marca 2023 r. przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad w Wiskitkach. Przez tę podżyrardowską gminę ze wschodu na zachód biegnie autostrada A2, a teraz z południa na północ przeciąć ma ją trasa A50, czyli Obwodnica Aglomeracji Warszawskiej. Sprzeciwiało się temu kilkuset mieszkańców obecnych na spotkaniu. Na zakończenie trwającej ponad cztery godziny dyskusji nad wariantami przebiegu burmistrz Wiskitek Rafał Mitura oznajmił: „Żadna z wersji nie jest dla nas do zaakceptowania”.

Na kolejne dni zaplanowane były debaty dotyczące przebiegu trasy A50 w leżących na południe od Warszawy gminach Puszcza Mariańska, Radziejowice, Mszczonów, Żabia Wola, Tarczyn, Grójec i Pniewy, lecz GDDKiA nazajutrz po burzliwej dyskusji w Wiskitkach ogłosiła: „Zawieszamy spotkania w sprawie Obwodnicy Aglomeracji Warszawskiej”. Wcale jednak nie uspokoiło to społeczności lokalnych. 8 marca 2023 r. mieszkańcy podgrójeckich miejscowości – w proteście przeciw planom budowy autostrady A50 i wstrzymaniu konsultacji – zablokowali Rondo Solidarności Wiejskiej w Grójcu.

Koncepcja budowy dużego ringu wokół aglomeracji warszawskiej budzi sprzeciw także na wschód od stolicy – między innymi w Wiązownie, gdzie powstała organizacja Nie Tędy Droga, której członkowie zwracają uwagę, że na terenie gminy wybudowano już drogę ekspresową S17, autostradę A2 i Południową Obwodnicę Warszawę. A50 ma być więc czwartą drogą szybkiego ruchu przechodzącą przez gminę Wiązowna, co przekształci ją – jak podkreślają aktywiści – w autostradowy trójkąt bermudzki.

Reprezentanci społeczności lokalnych zwracają uwagę, że Obwodnica Aglomeracji Warszawskiej będzie dublować inne drogi, a jej przekrój (sześć pasów) nie znajduje uzasadnienia w obecnym natężeniu ruchu. – „Jest ona nielogiczna i nieekonomiczna” – mówiła przedstawicielka inicjatywy „Nie dla projektów CPK w całej Polsce” Barbara Czerniawska na posiedzeniu parlamentarnego zespołu ds. przeskalowanych inwestycji publicznych i przymusowych wywłaszczeń.

Zespół stworzony przez posłów Koalicji Obywatelskiej skupia się na krytyce Centralnego Portu Komunikacyjnego i przedsięwzięć z nim związanych. A jako że jedną z funkcji autostrady A50 ma być zapewnienie dojazdu do mega-lotniska, to opozycyjni posłowie chętnie się nią zajmują. Jednak otwierając posiedzenie, którego trasa była głównym tematem, wiceprzewodniczący zespołu Maciej Lasek zastrzegł: – „My nie jesteśmy oczywiście przeciwko rozwiązaniom drogowym”.

I rzeczywiście, planowana autostradowa obwodnica stolicy to jedyne przedsięwzięcie drogowe, któremu przyglądają się posłowie z zespołu. A przecież protesty przeciw drogom szybkiego ruchu mają miejsce w całej Polsce.

Kogo trafi autostrada

Na południe od Krakowa z akceptacją mieszkańców i władz gmin nie spotkał się żaden z sześciu zaproponowanych przez GDDKiA korytarzy planowanej drogi S7, która między Krakowem i Myślenicami ma przejąć funkcję dwujezdniowej drogi krajowej 7. W obliczu tak zmasowanego sprzeciwu dyrekcja na kilka miesięcy zawiesiła prace planistyczne, oznajmiając, iż oczekuje na wskazanie przez samorządy wariantu akceptowanego przez społeczności lokalne. Taka propozycja jednak nie powstała, bo żadna z gmin nie chciała się zgodzić na wytyczenie trasy przez swój teren.

Na południu aglomeracji wrocławskiej duże kontrowersje wywołuje koncepcja nowego przebiegu autostrady A4. W ramach planów jej rozbudowy z czterech do sześciu pasów rozważany jest wariant alternatywny w postaci odsunięcia trasy od Wrocławia i poprowadzenia jej nowym śladem przez gminy Żórawina, Kobierzyce, Sobótka i Mietków. Ich mieszkańcy nie chcą do tego dopuścić, gdyż znaleźliby się na wyspie między nową a starą autostradą. – „Nie widzę żadnego uzasadnienia, aby w odległości 2 km od obecnej autostrady budować coś nowego” – mówił wójt Mietkowa Adam Kozarowicz.

Jak zwraca uwagę inżynier drogownictwa Daniel Radomski, w rejonie dużych miast projekty drogowe zwykle spotykają się ze znacznie większym sprzeciwem niż na słabiej zurbanizowanych obszarach. – „Na terenach wiejskich łatwiej o wytrasowanie inwestycji z dala od skupisk ludzkich, a ewentualne wyburzenia to z reguły do kilku siedlisk na odcinek o długości 10 km. Liczba domostw w zasięgu oddziaływania drogi też będzie relatywnie mała. Przy większych miastach możemy mieć mniej wyburzeń, bo zazwyczaj mamy lepszy poziom planowania przestrzennego. Ale większa gęstość zabudowy to znacznie więcej mieszkańców w sąsiedztwie inwestycji, a także większe prawdopodobieństwo, że inwestycja trafi w kogoś z wiedzą, jak walczyć z inwestycją”.

Kość niezgody

Bitwę udało się wygrać mieszkańcom okolic Białegostoku, którzy zatrzymali prestiżową dla rządu inwestycję, czyli drogę ekspresową S19, mającą dowodzić, że PiS dba o rozwój infrastruktury we wschodniej Polsce. W listopadzie 2022 r. Naczelny Sąd Administracyjny prawomocnym orzeczeniem uchylił decyzję środowiskową dla drogi S19 na odcinku Choroszcz – Ploski i obwodnicy Białegostoku. Podstawą decyzji sądu była za mała liczba alternatywnych wariantów przebiegu drogi w raporcie o oddziaływaniu na środowisko, na co skarżyli się aktywiści Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Juchnowieckiej i Stowarzyszenia Zielona Osada. Podnosili oni głównie kwestie ekologiczne, takie jak siedliska orlika krzykliwego, ale kością niezgody był wybór przez GDDKiA wariantu przecinającego liczącą 250 mieszkańców wieś Skrybicze.

– „Było wiele przypadków uchylenia decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach przez sądy administracyjne, ale zazwyczaj działo się to przed wejściem w fazę projektową” – mówi Daniel Radomski. – „GDDKiA od czasów Rospudy raczej unika podpisywania kontraktów, gdy decyzja jest przedmiotem postępowania odwoławczego w Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska lub w sądach administracyjnych”.

Tym razem umowy na zaprojektowanie i budowę nowego układu drogowego w rejonie Białegostoku zawarto z firmami Budimex, Aldesa i Mota-Engil, gdy jeszcze toczyło się postępowanie odwoławcze. Przez swój zapał GDDKiA musiała zerwać kontrakty oraz od nowa zacząć procedurę środowiskową.

Możliwość działania

GDDKiA standardowo zakłada, że czas od złożenia wniosku o decyzję środowiskową do jej wydania to 16 miesięcy, ale jak wskazuje Daniel Radomski, zdarza się, że ze względu na odwołania i sprawy sądowe trwa to dużo dłużej: „Najdłuższe postępowanie to najprawdopodobniej Wschodnia Obwodnica Warszawy, gdzie pierwszy wniosek o decyzję złożono w 2005 r., a realizacja inwestycji – o ile będzie miała miejsce – skończy się na pewno po 2030 r.”.

Koncepcja Wschodniej Obwodnicy Warszawy – czyli przedłużenie wbiegającej z Lublina drogi ekspresowej S17 do wylotu S8 na Białystok – jest blokowana przez mieszkańców stołecznej dzielnicy Wesoła, którzy skutecznie wykorzystują procedurę środowiskową. Na początku marca 2023 r. Naczelny Sąd Administracyjny nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy, co – jak oznajmiła GDDKiA – „oznacza dla nas dalsze miesiące oczekiwania na kolejny wyrok, a co za tym idzie, brak możliwości działania w zakresie realizacji inwestycji”.

Coraz częściej mówi się, że Wschodnia Obwodnica Warszawy wcale nie powstanie. Zwłaszcza w obliczu planów wybudowania zaledwie kilkanaście kilometrów dalej na wschód równoległej Obwodnicy Aglomeracji Warszawskiej, która jednak również wzbudza kontrowersje w gminach, które mają zostać nią przecięte. Na przykład władze gminy Klembów alarmują, że „planowany korytarz drogi biegnie przez istniejące osiedla na terenie gminy i tereny przeznaczone do zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej. Spowoduje to konieczność przesiedlenia mieszkańców. Proponowany szlak trasy spowoduje podzielenie gminy na dwie części, co sprawi olbrzymie utrudnienia dla mieszkańców w dostępie do obiektów użyteczności publicznej, a w konsekwencji uniemożliwi zrównoważony rozwój gminy. Bezpowrotnie ulegnie degradacji środowisko naturalne”.

Potwór, który nigdy nie zasypia

W kwietniu 2023 r. GDDKiA zakończyła prace nad raportem o oddziaływania na środowisko planowanej drogi ekspresowej S16 Mrągowo – Ełk, która ma biec na estakadach ponad mazurskimi jeziorami.

„To nie jest droga dla Mazur, to droga przez Mazury” – czytamy na stronie internetowej inicjatywy społecznej „Ratujmy Mazury”. – „Dla mieszkańców Mazur będzie trudno dostępna, wyłącznie przez węzły, a więc nieprzydatna. Nie o taką drogę zabiegają lokalne samorządy. S16 to cios w ekonomię Mazur. To pozbawienie środków do życia mieszkańców wielu miejscowości położonych w jej sąsiedztwie. Ekspresówka nie przyciągnie nowych turystów, tylko ich odstraszy”.

Mieszkańcy Krainy Wielkich Jezior Mazurskich w petycji do ministrów klimatu i środowiska oraz infrastruktury domagają się odstąpienia od prac nad trasą S16, apelując o modernizację i remonty istniejących dróg, by były bezpieczniejsze i wygodniejsze.

Województwa warmińsko-mazurskie i kujawsko-pomorskie połączyć ma nowy odcinek drogi ekspresowej S5. Trasa S5 – która biegnie z Wrocławia przez Poznań i Bydgoszcz do węzła z autostradą A1 w Nowych Marzach koło Grudziądza – ma zostać wydłużona do Ostródy i połączyć się z drogą S7 Warszawa – Trójmiasto. Wraz z postępami w planowaniu przebiegu trasy S5 rosną związane z nią emocje. Wójtowie gmin powiatu grudziądzkiego kierują do GDDKiA na razie stonowane apele o odsunięcie drogi od miejscowości, a mieszkańcy organizują się w stowarzyszenia, aby sformalizować sprzeciw wobec przecięcia swoich małych ojczyzn.

Na południu Polski droga S5 ma zostać wydłużona z Wrocławia do węzła z drogą S3 w Bolkowie. Największy sprzeciw plany te wywołują w leżącej pod Świdnicą gminie Marcinowice. – „Chcecie puścić pod naszymi domami potwora, który nigdy nie zasypia, który będzie cały czas hałasował, charczał i buczał, pluł spalinami i zanieczyszczeniami cały okrągły rok, bez wytchnienia, o każdej porze dnia i nocy” – mówiła mieszkanka wsi Gruszów podczas relacjonowanego przez portal Swidnica24.pl spotkania z GDDKiA.

Tak, ale gdzie indziej

– „Protestujący przeciw budowie dróg ekspresowych są w wymiarze medialno-narracyjnym tematem czysto lokalnym” – powiedział w internetowej audycji Międzymiastowo pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała. – „Ponieważ wszystkie inwestycje kolejowe są obrandowane CPK, protesty przeciwko linii kolejowej w gminie X i protesty w gminie Y na drugim końcu Polski narracyjnie nie są postrzegane jako tematy lokalne, lecz jako wspólny protest przeciwko CPK. W związku z czym jest pewna masa krytyczna protestu w wymiarze czysto medialno-narracyjnym, która jest większa niż w przypadku protestów przeciwko drogom”.

Niezgoda na budowę dróg szybkiego ruchu, choć występuje w różnych częściach Polski, to – inaczej niż w przypadku szprych kolejowych do CPK – nie przekształca się w ponadregionalne koalicje protestujących społeczności.

W województwie świętokrzyskim przeciw planom GDDKiA protestują mieszkańcy wsi Zajeziorze, która ma zostać przecięta drogą ekspresową S74, mającą połączyć województwa łódzkie, świętokrzyskie i podkarpackie. – „Wyburzone zostaną domy, skup i nasz jedyny sklep we wsi” – mówił „Echu Dnia” sołtys Zajeziorza Andrzej Skrzypczyński.

W lutym 2023 r. radni gminy Samborzec jednogłośnie przyjęli uchwałę, w której alarmują, że plany budowy drogi S74 „zakładają konieczność wyburzenia wielu domów, zabudowań gospodarczych, a także budynków użyteczności publicznej”. W uchwale tej – przesłanej do resortu infrastruktury i GDDKiA – radni podkreślają, że „budowa drogi ekspresowej biegnącej przez teren powiatu sandomierskiego jest ogromną szansą na rozwój”, ale jednocześnie zaznaczyli: „Żądamy dokonania korekty przebiegu drogi ekspresowej tak, by omijała obszar gminy Samborzec”, proponując wytyczenie trasy przez sąsiednie gminy Koprzywnica i Łoniów. To typowy przejaw syndromu NIMBY (Not In My Back Yard), czyli „Nie w moim ogródku”.

„Nimbysta to osoba, która uznaje potrzebę realizacji określonej inwestycji, ale nie zgadza się na jej lokalizację w pobliżu swojego miejsca zamieszkania” – wyjaśniają dr Maria Bednarek-Szczepańska i dr Karolina Dmochowska-Dudek w książce „Syndrom NIMBY na obszarach wiejskich w Polsce”. Jak wykazały badania wśród protestujących społeczności, „ankietowani przeciwnicy w 65% deklarowali, że planowana inwestycja, przeciwko której protestują, jest potrzebna, ale powinna powstać gdzie indziej”.

W publikacji wskazany jest ekstremalny przykład syndromu NIMBY z Lublewa Gdańskiego, przez który wytyczona została ekspresowa Obwodnica Metropolii Trójmiejskiej, mająca zdublować ekspresową Obwodnicę Trójmiasta. Mieszkańcy, zamiast wspólnie walczyć o wyprowadzenie trasy poza ich miejscowość, podzielili się na dwa obozy forsujące odmienne warianty przebiegu przez Lublewo Gdańskie i skupiali się na tym, aby trasę przesunąć od swoich domów ku domom sąsiadów. Ostatecznie ekspresówka przetnie wieś na pół, a w jej centrum powstanie węzeł, na którym z obwodnicy będzie się zjeżdżać na drogę wojewódzką 221 Gdańsk – Kościerzyna.

Co charakterystyczne, w przypadku szprych CPK rzadko kiedy występuje syndrom NIMBY – protestujące społeczności nie podkreślają, że ogólnie popierają rozwój kolei. – „Kolej dużych prędkości wszędzie spotyka silny opór społeczny, także tam gdzie nie będzie generowała wielu wyburzeń. Ludzie nie chcą kolei, z której i tak nie będą mieli jak skorzystać, bo najbliższa stacja będzie mocna oddalona” – stwierdza Daniel Radomski.

Nieco inaczej tłumaczy to Marcin Horała: „Polacy przyzwyczaili się do sytuacji, w której brakuje dostępu do kolei, nie ma połączeń autobusowych. Nie ma nic oprócz samochodów” – stwierdził pełnomocnik rządu w audycji Międzymiastowo. – „Inwestycje kolejowe odpowiadają więc na potrzeby, których ludzie nie czują”.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 3/124 maj-czerwiec 2023; http://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu pochodzi z facebookowego profilu https://www.facebook.com/ratujmymazury/