przez redakcja | niedziela 21 maja 2023 | aktualności
Zasiłek dla bezrobotnych będzie wyższy od 1 czerwca 2023 roku.
Jak informuje portal biznes.interia.pl, od czerwca zasiłek dla bezrobotnych zostanie zrewaloryzowany i wyniesie:
1491,90 zł brutto (1 170,79 zł na rękę) – w pierwszych 90 dniach posiadania prawa do zasiłku
1171,60 zł brutto (946 zł na rękę) – podczas kolejnych dni posiadania prawa do zasiłku.
Zasiłek będzie przez 365 dni przysługiwał bezrobotnym:
a) mieszkającym w okresie pobierania zasiłku na obszarze powiatu, jeśli na konkretnym obszarze w dniu 30 czerwca roku poprzedzającego dzień nabycia prawa do zasiłku stopa bezrobocia przekraczała 150% średniej stopy bezrobocia,
b) w wieku powyżej 50 lat i posiadających przynajmniej 20-letni okres uprawniający do zasiłku,
c) zajmujących się wychowywaniem jednego dziecka w wieku do 15 lat.
Zasiłek dla bezrobotnych w 2023 roku może też przysługiwać nie przez 365, a przez 180 dni. W takim przypadku świadczenie otrzymają osoby bezrobotne zamieszkałe w trakcie okresu pobierania zasiłku na terenie powiatu w momencie, gdy na tym obszarze w dniu 30 czerwca roku poprzedzającego nabycie prawa do zasiłku stopa bezrobocia nie przekraczała 150%.
Świadczenie jest wypłacane osobom bezrobotnym, dla których nie ma propozycji odpowiedniej pracy, przygotowania zawodowego dla dorosłych, szkoleń, prac interwencyjnych, robót publicznych, czy stażu. Trzeba też zarejestrować się w urzędzie pracy jako osoba bezrobotna.
Prawo do pobierania zasiłku dla bezrobotnych mają osoby, które w trakcie 18 miesięcy poprzedzających dzień zarejestrowania w UP jako niezatrudnione, miały pracę przez co najmniej 365 dni oraz otrzymywały płacę na poziomie minimalnego wynagrodzenia. Warto wiedzieć, że podczas wyliczania tego okresu nie bierze się pod uwagę urlopów bezpłatnych, trwających dłużej niż 30 dni.
przez redakcja | piątek 19 maja 2023 | aktualności
Blisko 900 razy inspektorzy nadzoru górniczego zatrzymywali w ubiegłym roku w kopalniach nieprawidłowo prowadzone roboty lub niesprawne maszyny i urządzenia.
Jak informuje pulshr.pl, zgodnie z przepisami nadzór górniczy może w całości lub w części wstrzymać prowadzone roboty lub pracę maszyn i urządzeń, jeżeli uzna, że doszło do naruszenia zasad bezpiecznej pracy. Jak poinformował WUG w dorocznym sprawozdaniu z działalności nadzoru górniczego, w 2022 r. do wstrzymania robót w całości lub w części lub zatrzymania pracy urządzeń doszło w sumie 896 razy (rok wcześniej 990), z czego 678 w kopalniach węgla kamiennego (rok wcześniej 777), 68 w innych podziemnych zakładach górniczych (rok wcześniej 81), 148 razy w kopalniach odkrywkowych (rok wcześniej 125) i dwa razy w kopalniach otworowych (rok wcześniej 7).
Największą liczbę zatrzymań w kopalniach węgla kamiennego było spowodowanych nieprawidłowym stanem urządzeń energomechanicznych, których zatrzymano 393 (rok wcześniej 567), w tym 257 urządzeń mechanicznych i 136 urządzeń elektrycznych. 99 razy wstrzymywano w kopalniach węgla roboty przy drążeniu chodników, a 94 razy przy eksploatacji ścian wydobywczych.
W ubiegłym roku organy nadzoru górniczego skierowały do sądów rejonowych 149 wniosków o ukaranie sprawców wykroczeń. Inspektorzy okręgowych urzędów górniczych mogą karać osoby winne nieprawidłowości w kopalniach, nakładając kary pieniężne oraz stosując sankcje przewidziane w Prawie geologicznym i górniczym.
W 2022 r. w polskim przemyśle wydobywczym zginęło 37 górników (ciała siedmiu z nich wciąż pozostają pod ziemią i są oni formalnie uznani za zaginionych), w tym 29 w górnictwie węgla kamiennego. Ciężkich obrażeń doznało 12 górników – wszyscy w kopalniach węgla. Ogółem w górnictwie doszło w minionym roku do 2085 rozmaitych wypadków, w tym 1819 w kopalniach węgla kamiennego.
przez redakcja | czwartek 18 maja 2023 | aktualności
53 proc. nauczycieli odczuwa negatywne emocje w pracy, 35 proc. stres, a ok. 37 proc. nie widzi w niej sensu, mimo że ponad 92 proc. angażuje się w tę pracę.
Jak pisze Portal Samorządowy, pierwszy w Polsce raport na temat dobrostanu zawodowego nauczycieli, a więc subiektywnego poczucia zadowolenia z funkcjonowania w pracy, nie napawa optymizmem. Wynika z niego, że nauczyciele chcą pracować w zawodzie, chcą się angażować, ale niekorzystny poziom wymagań, z którymi na co dzień muszą sobie radzić, skutkuje negatywnymi konsekwencjami w postaci zmęczenia, chronicznego stresu czy objawów wypalenia zawodowego.
Wyniki badań przeprowadzonych przez firmę Librus oraz dr. Mateusza Paligę z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Śląskiego wśród ponad 7106 nauczycieli i nauczycielek, nie pozostawiają co do tego złudzeń:
52,68 proc. z nich czuje negatywne emocje w pracy (bardzo silnie, silnie, raczej silnie i umiarkowanie),
42,33 proc. sygnalizuje problem z odczuwaną skutecznością w zakresie motywowania uczniów i dopasowania programu nauczania,
36,88 proc. często czuje wyczerpanie jako objaw wypalenia zawodowego, natomiast kolejne 12,61 proc. zawsze,
35,39 proc. bardzo często i dość często odczuwa stres w pracy, czasem czuje go kolejne 35,6 proc.,
29,83 proc. ocenia bardzo wysoko i wysoko poczucie braku sensu w pracy.
Analiza danych pokazała przy tym, że wszystkie elementy dobrostanu są negatywnie związane ze złym samopoczuciem.
Nauczyciele bardzo mocno angażują się też w swoją pracę – i to zarówno na poziomie zaangażowania fizycznego (96,25 proc., w tym aż ponad 74,61 proc. ocenia je jako bardzo wysokie), poznawczego (prawie 93,83 proc., gdzie 27,55 proc. ocenia to zaangażowanie jako wysokie, a 66,28 proc. jako bardzo wysokie), jak i emocjonalnego (66,22 proc., przy czym 40,42 proc. ocenia je jako wysokie, a 25,8 proc. jako bardzo wysokie).
W grupie zbadanych nauczycieli pozytywne odczucia przeważają, gdy chodzi o sens pracy wynikający z własnych doświadczeń. Jako bardzo wysoki odczuwa go 22 proc. badanych, a wysoki 41,78 proc., podczas gdy większego sensu w nauczaniu nie widzi niecałe 15 proc.
przez redakcja | środa 17 maja 2023 | aktualności
Premier zapowiada potężny program inwestycji w hale sportowe.
Jak informuje Portal Samorządowy, podczas konferencji prasowej premier Morawiecki zapowiedział budowę tysiąca nowych hal sportowych na terenie całego kraju. Część lokalizacji jest już znana, a w przypadku innych trwają rozmowy z samorządami.
Bardzo mocno inwestujemy w sport. Spotkałam się z kibicami Chorzowa, Rakowa, z decydentami tych klubów. Zadeklarowałem wsparcie dla polskich klubów, po to, aby one osiągały jak najlepsze sukcesy – powiedział Morawiecki.
przez Remigiusz Okraska | środa 17 maja 2023 | opinie
Można powiedzieć, że Polska ma szczęście. Prawie nie mamy bowiem lewicy prorosyjskiej. Z pewnym wyjątkiem.
Napaść Rosji na Ukrainę ukazała bezmiar głupoty lewicy w krajach Zachodu. W tym jej znanych postaci. Zaczęło się tam jeszcze większe niż dotychczas wybielanie Rosji, neokolonialne wywody o jakoby naturalnej rosyjskiej „strefie wpływów” w Ukrainie, o „imperializmie” NATO i „sprowokowaniu” Rosji przez tenże sojusz, i tak dalej, i temu podobne. W Polsce takich postaw jest znacznie mniej. Z przyczyn oczywistych – my tutaj nie tylko wiemy od dawna, czym jest i do czego jest zdolna Rosja, ale i widzimy z bliska, co się dzieje w pobliżu.
W Polsce prawie nie mamy zatem fenomenu, który na Zachodzie zwany jest tankies. Czyli prorosyjskiej lewicy. Czyli lewicowego odłamu tego, co w Polsce szyderczo nazywamy się onucami. Piszę „prawie”, gdyż trochę mamy. Dzisiaj będzie o właściwie jedynym zauważalnym środowisku tego typu – prorosyjskim, antyukraińskim, propagującym takie poglądy już od ładnych kilku lat, na długo przed obecną wojną, choć uruchomionym, co za przypadek, po poprzedniej napaści Rosji na Ukrainę.
Będzie zatem mowa o portalu Strajk.eu, utworzonym w październiku 2014. Zasługuje on na uwagę nie tylko ze względu na to, co opiszę dokładnie poniżej, czyli zaawansowaną prorosyjskość. Chodzi także o to, że jest to właściwie jedyne w Polsce środowisko prorosyjskiej lewicy „nowoczesnej”. Pozostałe środowiska lewicowo-prorosyjskie są/były dalekie od tego, co obecnie uważa się za główny nurt lewicy. Rekrutowały się głównie z niszowych środowisk postkomunistycznych, z lewicy narodowej (a nierzadko moczarowskiej), z różnych grupek narodowych, które do orientacji prorosyjskiej dołożyły poglądy socjalne itp. Wszystkie one były dalekie od współczesnej lewicowości. Portal Strajk jest właściwie jedynym bardziej zauważalnym środowiskiem w Polsce, które łączy tematykę socjalną, prorosyjskość oraz wątki feministyczne, zainteresowanie prawami mniejszości seksualnych itp. To są właśnie nasi tankies, gdyż, tak jak na Zachodzie, dokonują syntezy prorosyjskości z, mówiąc symbolicznie, paradami równości czy antyrasizmem, nie zaś, jak robią to inne opcje krajowej mikrolewicy prorosyjskiej, z wzdychaniem za akcją Hiacynt i marcem ‘68.
Warto przyjrzeć się temu fenomenowi dokładnie, na przestrzeni lat, pod kątem poglądów, uwikłań i personaliów.
Wielki Spisek na Majdanie
Najpierw kilka szczególnie pysznych cytatów, żeby wprowadzić w ten specyficzny klimat. Dotyczą one wydarzeń na kijowskim Majdanie podczas protestów trwających od jesieni 2013.
20 listopada 2017 mogliśmy na portalu Strajk przeczytać, że na Majdanie protestujący zostali ostrzelani przez swoich, a za wszystkim stali Amerykanie. „15 listopada włoska Canale 5 […] nadała reportaż Giana Micalessina o masakrze na kijowskim Majdanie z 20 lutego 2014 r. […] Włoski dziennikarz dowodzi, że masakry, w której zginęło 80 osób, dokonano z rozkazu szefów opozycji, w porozumieniu z Amerykanami. […] Jak wiadomo, oficjalna wersja władz ukraińskich mówi, że do manifestantów i policjantów strzelali owego fatalnego dnia niezidentyfikowani »ludzie Janukowycza«. Zdaniem Micalessina to tzw. fake news. […] Dziennikarz pracował długo nad tematem. W Skopje, stolicy Macedonii, znalazł dwóch Gruzinów, w innym »kraju Europy wschodniej« dotarł do trzeciego. Twierdzi, że to właśnie oni 20 lutego 2014 r. strzelali do tłumu i policjantów z okien hotelu Ukraina. Rozmówcy Micalessina opowiadają, że około 15 lutego, w majdanowym namiocie Gruzinów pojawił się Mamulaszwili wraz z »instruktorem amerykańskim«, oficerem 101 dywizji powietrzno-desantowej USA Brianem Christopherem Boyengerem, który odtąd wydawał im rozkazy. Boyanger walczył później w Donbasie po stronie rządu ukraińskiego, był członkiem Legionu Gruzińskiego. 18 lutego Gruzini poznali Serhija Paszynskiego, późniejszego przewodniczącego ukraińskiego parlamentu. To on kazał tego dnia przepuścić zatrzymany przez oburzonych manifestantów samochód z automatyczną bronią snajperską. Następnie przenieśli się do hotelu Ukraina, gdzie spotkali innych byłych wojskowych, Litwinów, którzy również strzelali do tłumu z okien 20 lutego. […] Między grupami snajperów strzelających z okien hotelu Ukraina, w którym stacjonowali też szefowie opozycji, krążyły – wydając rozkazy – trzy osoby: Mamulaszwili, Boyenger i Parasiuk. Snajperzy mieli strzelać do obu grup: manifestantów i Berkutu, by »wywołać chaos«, co się udało. Podczas gdy z górnych pięter strzelano, na dole hotelu zajmowano się rannymi. Po kilku godzinach, zgodnie z rozkazami strzelający porzucili broń i po prostu uciekli. Było to łatwe, z powodu ogólnego zamieszania”.
Tego typu opowieści portal serwował już wcześniej. 15 października 2015 pisał: „Jeden z angielskich dziennikarzy, Gabriel Gatehouse, zwraca w filmie uwagę, że ogień prowadzony jest z okna hotelu Ukraina. Ustalono, że to okna pokoju 1132, który wówczas był wynajmowany przez Igora Jankiwa, działacza partii Swoboda, poza działalnością polityczną zajmujący się strzelectwem sportowym. Sąsiednie pokoje zajmowali wspomniani działacze Swobody”.
23 czerwca 2016 Małgorzata Kulbaczewska-Figat cytowała, bez większego komentowania, opowieści jednego z bohaterów swojego reportażu z Ukrainy: „Oligarchowie umieją bronić swojego, na różne sposoby. Zaaranżowanie przewrotu? A czemu nie? Chodzi o sterowane »instytucje pozarządowe«, opłacenie liderów, zagwarantowanie odpowiedniego przekazu w mediach i w internecie? Wyposażenie Prawego Sektora i innych agresywnych organizacji, w tym zwykłych faszystów? Tak, ale nie tylko, mówi Dmitrij. Majdan kilka razy już zaczynał się rozchodzić, ludzie tracili wiarę w zwycięstwo. I co wtedy? Właśnie wtedy działo się coś dramatycznego. Ludzie znowu czuli gniew. Zostawali, chcieli walczyć dalej. […] o przebiegu wydarzeń wokół Majdanu nie wiemy. Kto tak naprawdę podejmował decyzje w krytycznych dniach? Czy ktoś nie podsunął Janukowyczowi katastrofalnych rozwiązań? Czy nie mieliśmy do czynienia z przerażającą prowokacją?”. W innej części tego tekstu czytamy: „Właśnie na drzewa na Instytuckiej radzi mi zwrócić uwagę Maksim Szpaczenko, dziennikarz i obrońca praw człowieka. To one, opowiada, najlepiej świadczą o tym, że z Majdanem było coś stanowczo nie tak. Młode drzewa na Instytuckiej pojawiły się akurat tam, bo krótko po tym, gdy Janukowycz uciekł i stało się oczywiste, że władzę przejmuje nowa ekipa, wycięto wszystkie starsze, które nosiły ślady kul z trzech najkrwawszych dni, od 18 do 20 lutego 2014 r. Dlaczego nowym rządzącym tak na tym zależało? Czy nie dlatego, że na podstawie śladów kul można byłoby ustalić ich bieg, wskazać miejsce oddania strzałów, a potem dojść do tego, skąd właściwie strzelano? Kto właściwie strzelał? Kto sprawił, że w trzy dni i noce padło więcej ofiar, niż przez poprzednie trzy miesiące protestów? Tak naprawdę nikt tego nie badał i nie rozstrzygnął. Wygląda na to, że nowa władza miała coś poważnego do ukrycia, a wersja wydarzeń, którą opowiedziała światu, była naciągana”.
Tak się wygina obrońca Putina
Było o Ukrainie? To teraz będzie o Putinie. 10 sierpnia 2019 Jarosław Pietrzak tak pisał na portalu Strajk w tekście „Reductio ad Putinum”: „[…] żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. […], to Jelcyn, nie Putin, wytoczył czołgi na Dumę, to Jelcyn, nie Putin, utrzymał się u władzy na drugą kadencję, dzięki gmeraniu obcego (amerykańskiego) rządu i jego agencji w rosyjskich wyborach. […] W Rosji Putina opozycyjna czy zbuntowana kultura jest marginalizowana, odcinana od publicznych funduszy, ale książki są bez problemu wydawane, filmy i muzyka i tak powstają (wielki rynek w narodowym języku pomaga) i tylko nieliczni artyści (jak Pussy Riot) spotykają się z realnymi, pokazowymi represjami”.
Komuś jeszcze mało? To cytujmy dalej tekst Pietrzaka: „Jednym z głównych wątków zachodniego dyskursu demonizującego Putina są zabójstwa krytycznych dziennikarzy, jakoby na zlecenie samego władcy Kremla. Cohen zwraca uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, dokładnie tyle samo dziennikarzy, po 41, zostało zamordowanych pod rządami Jelcyna (tylko dwie kadencje), co przez cztery kadencje rządów Putina. Nawet to stanowiłoby więc jakąś poprawę w stosunku do epoki przed Putinem, przy założeniu, że odpowiedzialność Putina za wszystkie przypisywane mu zabójstwa dziennikarzy byłaby pewna. Po drugie bowiem te zarzuty opierają się jednak na spekulacjach i na założeniu, że to jest przecież »oczywiste«. Samo to, że dziennikarz ginie pod rządami tego czy innego prezydenta, nie wystarczy za dowód, że to na jego zlecenie. Cały świat traktuje przypadek Anny Politkowskiej, jakby odpowiedzialność Putina za jej śmierć była pewnikiem, jakby ktoś ją udowodnił – tymczasem jej koledzy z redakcji utrzymują, że była to raczej robota czeczeńska. Ważne miejsce w książce Tony’ego Wooda zajmuje krytyka mitów dotyczących rosyjskiej polityki międzynarodowej pod rządami Putina. Wood nie wierzy, że Putin wkroczył do gabinetów Kremla z wielkim strategicznym planem odbudowy Rosji jako imperium, którego macki rozejdą się po całej planecie, i od tamtego czasu wizję tę przebiegle i konsekwentnie realizuje (aż obsadził swoją marionetkę w Białym Domu, jak chce najbardziej niedorzeczna wersja tej fantazji). Upadek ZSRR pociągnął za sobą dobrowolną demilitaryzację Rosji, którą trudno porównać z czymkolwiek w nowożytnej historii. Rosja we wczesnym stadium neoliberalnej transformacji zredukowała swoje wydatki zbrojeniowe o 95%. Ambicją rosyjskiej klasy politycznej – w tym samego Jelcyna – było, aby Rosja, jeśli tylko zrzuci pancerz i wypluje zęby, a potem wykaże się jako wzorowy uczeń globalnych instytucji neoliberalizmu, została przyjęta w szeregi „wolnego świata”. Marzeniem było zbliżenie i integracja z Zachodem, nie wyłączając NATO. Prozachodni paradygmat Kremla wcale się nie zmienił wraz z przejęciem władzy przez Putina. Przez pierwsze dwie kadencje Putin poruszał się po świecie, spoglądając przez takie same okulary. Dopiero u władzy do Putina i jego administracji zaczęło powoli docierać, że rosyjska miłość do Zachodu jest uczuciem nieodwzajemnionym. Że rozszerzenie NATO o byłe państwa Bloku Wschodniego (w tym trzy byłe republiki radzieckie), wbrew obietnicom dawanym przez Billa Clintona Gorbaczowowi, że nic takiego nie nastąpi, było obliczone jako posunięcie skierowane przeciwko Rosji. Że pragnieniem Zachodu, wcielonego m.in. w NATO i Unię Europejską, jest pogłębianie marginalizacji Rosji, dystansu od niej, jej osłabianie, jej osaczanie przez podsuwanie coraz bliżej jej granic oddziałów US Army, aż po instalowanie u władzy neonazistów tuż pod rosyjskimi granicami, w kraju, którego ogromna część populacji czuje się kulturowo powiązana z Rosją (Ukraina). […] Trzeba sobie zadawać pytanie, czy Zachód pozostawił Putinowi jakiś większy wybór. […] Na całym Zachodzie złowieszcze spojrzenie Putina ma przyciągać uwagę zaniepokojonych demontażem demokracji społeczeństw, by zapomniały patrzeć tam, gdzie ten montaż naprawdę się odbywa. […] Tak, Rosję Putina charakteryzuje daleko posunięty autorytaryzm, ale trudno byłoby wykazać, że dramatycznie większy niż dwadzieścia lat temu. We Francji, Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii wykazać coś takiego byłoby natomiast całkiem łatwo. […] Fiksacja na punkcie Putina jako demona, który jakoby chce pogrzebać nasze wolności, ma za zadanie odwracanie naszej uwagi od tego, kto je nam (już, szybko i sprawnie) odbiera naprawdę. Fiksacja na punkcie Putina jako tego, który jakoby zagraża światowemu pokojowi, ma za zadanie odwracać naszą uwagę od tego, kto naprawdę dwoi się i troi, żeby doprowadzić do kolejnej wielkiej wojny (Amerykanie i ich najbliżsi sojusznicy)”.
Nie trzeba tego, jak sądzę, komentować.
Onuce jawne i mniej jawne
Zanim zaprezentuję państwu dalsze smakowite cytaty z tego rezerwuaru, powiedzmy nieco o kadrach. To wszystko nie pisze się przecież samo, nie zamawia samo, nie promuje samo, nie wynagradza samo itp.
Kadry portalu Strajk.eu można podzielić na trzy grupy. Pierwsza działa jawnie, wręcz z dumą i zadowoleniem, nie kryje się z sympatiami do Rosji i z niechęcią do okcydentalistycznej orientacji Ukrainy. Drugą są tacy, którzy w ostatnim czasie chyba nieco zwątpili, albo po prostu pomyśleli, że mają przed sobą jeszcze kawał życia i niekoniecznie warto być kojarzonym z tego rodzaju wywodami. A trzecia grupa to tacy, którzy starannie tuszują swoje niedawne uwikłanie w takie klimaty.
Redaktorem naczelnym i założycielem portalu jest Maciej Wiśniowski. Oraz, jak twierdzi, jego sponsorem przy pomocą środków ze swojej działalności gospodarczej. Pojawiały się opinie i podejrzenia, że wokół portalu są rosyjskie pieniądze, ale nikt tego jasno nie wykazał. Wiśniowski doktoryzował się w Moskwie, spędził w Rosji kawałek życia, miał żonę Rosjankę, a sympatie wobec tego kraju deklaruje wprost. Publikował m.in. w „Głosie Rosji”, później w powstałym na jego bazie (nie)sławnym portalu Sputnik News itp. W swojej autoprezentacji na portalu Strajk przedstawia się wprost m.in. jako rusofil. W początkach 2021 został przez opozycyjne Echo Moskwy oskarżony, że wchodzi w skład grupy osób, którą stworzył pułkownik Służby Wywiadu Zagranicznego Rosji Jewgienij Umierienkow. Wytoczył redakcji proces w rosyjskim sądzie, twierdząc, że nikt go nie werbował i nie opłacał, a Rosję popiera i lubi bezinteresownie. Sprawa jest zatem jasna, zero ściemy.
Inną znaną postacią z tego grona jest Agnieszka Wołk-Łaniewska. Pierwsza szefowa portalu, przez długie lata związana z mediami postkomunistycznymi, regularna autorka kremlowskiego portalu Sputnik. Również ona nie kryje się z takimi poglądami od lat, a media opisywały ją już niemal dekadę temu jako osobę ze środowiska prorosyjskiego w Polsce. Obecnie pisuje m.in. do tygodnika „Przegląd”, który od lat prezentuje sporo wyrozumiałości wobec Rosji.
Teraz pora na drugą grupę. W ciągu ostatniego roku stopka redakcyjna portalu Strajk mocno się przerzedziła. Zniknęła np. Małgorzata Kulbaczewska-Figat – przez lata bardzo aktywna autorka. Przygotowała dla portalu wiele materiałów dotyczących Ukrainy. Zrobiło się o niej głośniej latem 2020 roku, gdy wzięła udział w rosyjskiej „konferencji naukowej”, której uczestnicy przyjęli stanowisko mówiące, że ZSRR nie ponosi odpowiedzialności za… mord w Katyniu. Co prawda odcięła się od tego stanowiska, ale sam udział w takim spędzie mówi wiele o powiązaniach. Obecnie jest „koordynatorką” portalu „Na argumenty”, na którym tematyka ukraińska i rosyjska w zasadzie nie występuje.
Inną osobą, która przez bardzo długi czas była związana z portalem, jest Piotr Nowak. Zanim rozpoczął aktywność w Strajku, miał na koncie np. współpracę z prorosyjską skrajną prawicą. Po napaści Rosji na Ukrainę w roku 2014, środowiska prorosyjskiej skrajnej prawicy w Polsce zorganizowały „manifestację antywojenną” pod… ambasadą Ukrainy w Warszawie. Tak, to nie pomyłka, Ukrainy – nie pod ambasadą Rosji. Oprócz działaczy Falangi, ludzi związanych z Xportalem czy Mateusza Piskorskiego, pojawił się tam także Nowak i wygłosił przemówienie. Później przez długie lata i jeszcze po obecnej napaści Rosji na Ukrainę był członkiem redakcji portalu Strajk i nie przeszkadzały mu treści tam publikowane – te już cytowane oraz te obficie cytowane poniżej.

Dziś jako autora można go znaleźć np. w… „Rzeczpospolitej”. Bynajmniej nie zaprzestał zupełnie związków z portalem Strajk. Prawie rok po napaści na Ukrainę, 30 stycznia 2023, Nowak gawędził z szefem portalu Wiśniowskim:

Oprócz pojedynczych personaliów warto wspomnieć jeszcze o kilku „grupowych” inicjatywach ludzi z tego środowiska. Na przykład o tym, że powiązana z władzami kremlowskimi agencja informacyjna NewsFront, mająca na celu wspieranie prorosyjskich nastrojów w innych krajach, chętnie przedrukowywała treści ze Strajku, co opisał portal Frontstory. Ten sam portal w sierpniu 2021 opublikował polskie tłumaczenie materiału z vsquare.org, wskazującego związki twórców Strajk z aktywnością Rosji w Afryce w tamtejszych wyborach, mającą zabezpieczać interesy Kremla. W wyjeździe wzięli udział Wiśniowski, Kulbaczewska-Figat i Bojan Stanisławski, a w tle całej inicjatywy silne były wedle portalu wpływy Mateusza Piskorskiego. Sam Piskorski cieszył się zainteresowaniem redaktorów Strajku już wcześniej, podczas odsiadki za domniemaną działalność szpiegowską. Portal zamieszczał detaliczne relacje (23 kwietnia 2018, 18 lipca 2018), z rozpraw Piskorskiego oraz pisał, że „Lider Zmiany określany jest niekiedy mianem pierwszego więźnia politycznego rządów PiS”.
Jeszcze ciekawszym „wydarzeniem wyjazdowym” ludzi z tego kręgu była wizyta Wołk-Łaniewskiej i Kulbaczewskiej-Figat we wrześniu 2021 u Marii Zacharowej, dziś okrytej niesławą rzeczniczki prasowej rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Redaktorkom Strajku towarzyszył Paweł Dybicz z wspomnianego tygodnika „Przegląd”:


Onuce wstydliwie skrywane
Najciekawszym, bo dzisiaj mało znanym w tej roli przypadkiem długotrwałego współpracownika portalu Strajk jest Przemysław Witkowski. „Tropiciel faszyzmu”, moralizator, specjalista od rozliczania i pouczania, człowiek, gdy trzeba, doskonałej pamięci sięgającej wielu lat wstecz, a od pewnego czasu próbujący się legendować jako osoba o poglądach krytycznych wobec Rosji putinowskiej, a nawet rozliczający innych z rzekomych sympatii prorosyjskich. Tylko o swoich uwikłaniach tego typu akurat „zapomniał”. Odkąd zaczął karierę w mediach liberalnego mainstreamu, gdzie robi za „eksperta od ekstremizmów”, niedawne uwikłanie w portal prorosyjski mogłoby mu przecież zaszkodzić.
O Witkowskim napisałem tekst w roku 2021. Opisałem tam w wykonaniu tej postaci zmyślenia w artykułach, pseudonaukowe i przestarzałe brednie w książce wykazane mu przez fachowców ds. danej tematyki, pijacką awanturę urządzoną lokatorom mieszkania wynajmowanego innym oraz oczernianie ofiar zajścia, wulgarne i prymitywne wypowiedzi publiczne, współpracę ze środowiskiem paranoicznie „antysyjonistycznym” (takim, które krytykę polityki Izraela zastąpiło zupełnie szurskimi teoriami na ten temat) itp.
A także domniemaną przemoc seksualną i niestosowne zachowania wobec kobiet. W tej ostatniej kwestii szybko pojawiły się nowe informacje. Po opublikowaniu mojego tekstu, na jednej z facebookowych lewicowych grup dyskusyjnych zareagowała pewna kobieta ze środowiska liberalno-lewicowego, wówczas partnerka jednej ze znanych postaci z kręgów „Krytyki Politycznej”. Była ona oburzona opisaniem tego wątku przeze mnie, ale przyznała, że zna sprawę i domniemaną ofiarę, tj. swoją koleżankę i że to sprawa „prawdopodobnie ciężka”. W tej samej kwestii skontaktowała się ze mną pisemnie znana feministka, również związana z podobnymi środowiskami lewicowo-postępowymi, m.in. współpracownica „Krytyki Politycznej”. Także ona potwierdziła, że zna sprawę i przed kilkoma laty czytała relację domniemanej ofiary zachowań Witkowskiego. Z jej relacji wynika wprost, że chodzi o poważne zachowania i zarzuty, w dodatku niejednokrotne. Opis autorstwa domniemanej ofiary określiła ona słowem „przerażający”. Do tematu prawdopodobnie wrócimy, choć istnieją przesłanki, by sądzić, że jest to sprawa raczej dla stosownych instytucji publicznych.
Opublikowanie mojego tekstu niewiele zmieniło w poczynaniach Witkowskiego. Nadal jest on współpracownikiem „Krytyki Politycznej”, która publikuje jego teksty mimo krążących właśnie w okolicach tego środowiska informacji o nagannych zachowaniach Witkowskiego wobec kobiet. Zintensyfikował on także współpracę z tygodnikiem „Polityka”, który najwyraźniej nie widzi niczego niewłaściwego w takim zestawie poczynań swojego autora. Swoją drogą także i przy okazji współpracy z tym pismem Witkowski okazał się być sobą w całej okazałości. Gdy na stronie internetowej „Polityki” opublikował tekst o skrajnej prawicy na Dolnym Śląsku, na Twitterze jego znajomy dziennikarz, Jacek Harłukowicz, długo związany z wrocławską „Gazetą Wyborczą”, napisał rozżalony, że to właściwie nic więcej niż tylko przepisanie informacji z cyklu jego tekstów na podobny temat, publikowanych przez lata, a tekst Witkowskiego nie zawiera wzmianki o źródłach informacji. Pod tekstem Witkowskiego dopiero po tej reakcji pojawiła się dodana adnotacja o czerpaniu z tekstów Harłukowicza, ale czujni internauci uchwycili moment, gdy niczego takiego pod nim nie odnotowano. Cóż, typowe zagranie Witkowskiego, które to już tego typu:



Witkowski pojawia się także w Onecie czy Superexpressie. A także na łamach pisma „Herito”, wydawanego przez publiczną instytucję Międzynarodowe Centrum Kultury z siedzibą w Krakowie. Publikuje tam np. materiały o Romach, choć jego zupełną ignorancję w tym temacie obnażyły, w sposób kompromitujący Witkowskiego, dwie fachowe badaczki podczas tej debaty: https://www.youtube.com/watch?v=1yv55uff6M0&t=2958s
Witkowski jest nadal zatrudniony przez warszawską prywatną uczelnię Collegium Civitas. Pełni także wedle swojej autoprezentacji funkcję „Senior Research Director” w organizacji Instytut Bezpieczeństwa Społecznego – zajmującej się przeciwdziałaniem ekstremizmowi politycznemu, finansowanej m.in. z grantów europejskich, informującej o swojej współpracy z ABW, CBŚ, Komendą Główną Policji itp. Niedawno organizacja o nazwie Akcja Demokracja ogłosiła, że wydaje broszurkę Witkowskiego w ramach projektu realizowanego „dzięki dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy finansowanego przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię w ramach Funduszy EOG”. Nawiasem mówiąc, Witkowski chętnie zarzuca swoim oponentom politycznym działanie „za pieniądze” i „dla pieniędzy”. Jest to nader zabawne w przypadku kogoś, kto pozuje na ideowca, ale dużą część, jeśli nie całość swojej aktywności „antyfaszystowskiej” realizuje odpłatnie w podmiotach i inicjatywach hojnie finansowanych i posiadających spore zasoby materialne.
Ciekawe, czy współpracownicy i sponsorzy wspomnianych podmiotów posiadają wiedzę o niedawnych uwikłaniach Witkowskiego. Na przykład właśnie o jego intensywnej, niedawnej i długiej współpracy z portalem Strajk. Tym samym, na którym publikowano wywody, że do protestujących na Majdanie strzelali ich sojusznicy i że Putin jest oceniany zbyt surowo oraz sporo podobnych opowiastek, które znajdziecie poniżej.
Witkowski rozpoczął współpracę z portalem Strajk najpóźniej latem 2015. Trwała ona jeszcze w II połowie roku 2018. Witkowski był tam m.in. autorem tekstów w rubryce „Komentarz dnia”. W tym czasie ukazywało się na tym portalu mnóstwo tekstów zajadle prorosyjskich i antyukraińskich. Jeszcze w grudniu 2019, raptem trzy lata temu, Witkowski wziął udział w jednej z cyklu rozmów prowadzonych dla portalu Strajk przez wspomnianą Kulbaczewską-Figat – jedną z autorek najczęściej piszących na tym portalu o Ukrainie w duchu bliskim temu, co serwuje Kreml w swojej propagandzie; to także ona, przypomnę, wzięła udział w konferencji, gdzie podważano rosyjskie sprawstwo mordu w Katyniu oraz w spotkaniu z rzeczniczką rosyjskiego MSZ.

Witkowski robił to wszystko niedawno oraz długo po rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2014. Robił to, mimo iż orientacja tego portalu była jasna i wyrażana dziesiątkami tekstów, publikowanych w tym czasie, gdy Witkowski regularnie z nim współpracował. Robił to także mimo faktu, iż przed przekazem portalu Strajk i jego rolą we wspieraniu rosyjskiej propagandy ostrzegano publicznie, w tym w środowisku bliskim Witkowskiemu. Robiły tak np. ex-współpracownice tego portalu Marcelina Zawisza i Justyna Samolińska z partii Razem, gdy zdecydowały się z niego odejść. Pisali o tym ostrzegawczo Tomasz Piątek i Igor Isajew – obaj to znajomi Witkowskiego.
Należy zatem zapytać: ile forsy zarobił Witkowski za długą współpracę z portalem zajadle prorosyjskim? I kto mu tę kasę wypłacał i z czego? Z kieszeni faceta jawnie przedstawiającego się jako „rusofil”?
Witkowski nie porzucił całkowicie kręgu portalu Strajk nawet jeszcze później. Na początku roku 2022 biesiadował ze wspomnianym Piotrem Nowakiem, który w 2014 brał udział w prorosyjskiej demonstracji wraz ze skrajną prawicą, a z portalem Strajk był związany przez lata, niemal od początków jego istnienia i jeszcze po kolejnej napaści Rosji na Ukrainę w roku 2022:

Nowak zresztą do dzisiaj pisze na Facebooku o Witkowskim per „mój przyjaciel”. Nic dziwnego, podczas kilku lat współpracy w prorosyjskim portalu można się zaprzyjaźnić.
Wewnętrzna wyszukiwarka portalu Strajk, która w 2021 po wpisaniu imienia i nazwiska poszukiwanej postaci pokazywała liczne teksty Witkowskiego, dzisiaj pokazuje tylko nieliczne teksty o nim lub z jego wypowiedziami jako „zewnętrznego eksperta”. Stare autorskie teksty Witkowskiego nadal są na portalu, ale dopiero gdy znamy ich tytuły i wpiszemy je w wyszukiwarkę zamiast imienia i nazwiska autora, pojawiają się takie wskazania. Tyle że oczywiście mało kto z poszukujących informacji na temat Witkowskiego będzie znał tytuły jego tekstów sprzed kilku lat. Nie dowie się zatem, że Witkowski był aktywnym współpracownikiem portalu i publikował tamże liczne teksty autorskie. Również szczegółowy biogram Witkowskiego w Wikipedii nie wspomina ani słowem o współpracy z portalem Strajk, choć wymienia takie miejsca, w których Witkowski publikował rzadziej, dawniej i przez krótszy okres.
Warto wspomnieć o sprawie, której nie opisałem w artykule o Witkowskim, a która nabiera dodatkowej wymowy w kontekście jego zaawansowanej współpracy z portalem Strajk. Gdy latem 2020 roku trwały w Białorusi protesty przeciwko reżimowi Łukaszenki, został w tym kraju zatrzymany przez służby reżimu m.in. polski dziennikarz Witold Dobrowolski, znany np. z relacjonowania oporu stawianego w Donbasie przez Ukraińców po pierwszej z rosyjskich napaści. Gdy losy uwięzionego nie były znane, a jego samego mogły spotkać w tamtej sytuacji i w takim kraju nawet najgorsze rzeczy, Witkowski postanowił zadenuncjować Dobrowolskiego, wypisując w internecie (m.in. na Twitterze w komentarzach pod tweetem znanego polityka) o związkach Dobrowolskiego ze skrajną prawicą. Na podłość i potencjalnie fatalne skutki takiego donosu w takiej sytuacji zwróciła uwagę dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” Monika Andruszewska, wskazując, jak poważne niebezpieczeństwa mogło to oznaczać dla aresztowanego: https://www.facebook.com/monikandruszewska/posts/3312401715473114
Witkowski, jak na osobę próbującą się dzisiaj przedstawiać jako krytyk obecnych rosyjskich porządków, ma na koncie sporo tego rodzaju „przypadków”. Przypadkowo przez kilka lat publikował na zajadle prorosyjskim i antyukraińskim portalu po pierwszej napaści na Ukrainę, przypadkowo gaworzył na jego kanale youtubowym zaledwie trzy lata temu, przypadkowo przyjaźni się z długotrwałym członkiem jego redakcji i uczestnikiem pajacowań „antywojennych” pod ambasadą kraju napadniętego, a także przypadkowo donosi, kim jest osoba siedząca w areszcie Łukaszenki. Same przypadki. Wszystkie w wykonaniu osoby, która chętnie i publicznie rozlicza innych z dowolnych spraw, łącznie z takimi kwestiami, jak np. pisanie doktoratu u „niewłaściwej” osoby lub opieka naukowa nad „niewłaściwym” doktorantem. Co innego zaawansowana współpraca z prorosyjskim portalem i prawdopodobne figurowanie na liście płac u rusofila.
Kolejny taki przypadek to współpraca Witkowskiego z osobnikiem o nazwisku Jakub Woroncow. To postać marginalna, znana głównie z niszowych blogów, trollowania w internecie, kolportowania plotek i zwykłych zmyśleń, mitomańskich i łatwych do obnażenia wywodów o swojej aktywności społecznej itp. Przedstawia się jako „researcher” czy „doktorant Uniwersytetu SWPS”, a od pewnego czasu, podobnie jak Witkowski, pozuje na krytyka Rosji. On z kolei, zapewne także przypadkowo, ma tymczasem na koncie długotrwałą współpracę z tygodnikiem „Przegląd”. Woroncow publikuje tam co najmniej od lata 2017, a jego najświeższy tekst dla tego czasopisma to koniec lutego 2023, niemal rok po napaści Rosji na Ukrainę. Tymczasem „Przegląd” to jedno z nielicznych w Polsce większych pism o orientacji odległej od krytyki Rosji. Stanowi ono nietypowy miks klimatów postkomunistycznych, lewicujących, demokratyczno-liberalnych oraz konserwatywno-endeckiego „realizmu”, w tym w aspekcie sporej wyrozumiałości wobec Rosji.
Na łamach „Przeglądu” wielokrotnie, w tym po napaści Rosji na Ukrainę w 2014, pojawiała się krytyka rzekomej „rusofobii” w Polsce. „Przesycona emocjami opowieść o zbrodni katyńskiej pozostaje kamieniem węgielnym rusofobii”; „Ślepa rusofobia ma w Rzeczypospolitej długie i uparte tradycje”, „Rusofobia to (wielki) biznes robiony na Polakach. Ktoś dużo zainwestował w naszą rusofobię – to zapewne bardzo opłacalna inwestycja” – to wybrane przykłady spośród licznych takich wywodów. W 2017 z okładki bił po oczach tytuł „Polska chora na Rosję”. W tym samym roku okładkowy temat brzmiał „Nacjonalizm i kult zbrodniarzy. Czego chce Ukraina?”. Takich treści było więcej: Ukraina to nacjonalizm, kult OUN i UPA, wszystko niemal żywcem wyjęte z wywodów polskich narodowców. I z rosyjskich opowieści o „nazistach” w Kijowie: „Zapłonęły ogniska Majdanu, rozległy się szowinistyczne okrzyki. Zaczęło się szaleństwo”. Do tego opowieści, że Ukraina wali się i sypie oraz wyjeżdżają z niej ludzie – państwo upadłe, znowu niemal jak z wywodów kremlowskich. Na tych łamach „ostrzegano” także, iż „Odzyskanie przez Ukrainę – z pomocą Zachodu – wszystkich obszarów utraconych na rzecz Rosji i separatystów od 2014 r. oznacza długą wojnę i cierpienia”. I dodawano, że „To Zachód, a nie Putin odpowiada za kryzys ukraiński”.
To wszystko bynajmniej nie ustało po napaści Rosji na Ukrainę w 2022 roku. Od tamtej pory mogliśmy w artykułach z „Przeglądu” przeczytać np. „Po co Zachód od 2014 r. przeciągał Ukrainę na swoją stronę, narażając ją na odwet Rosji, skoro teraz zostawia Ukraińców samych?”, „W Ukrainie toczy się wojna amerykańsko-rosyjska, tyle że strona amerykańska walczy ukraińskimi rękami”. W tekście o Włoszech i niechęci części tamtejszego społeczeństwa do wspierania Ukrainy można było przeczytać, że lider Ligi Północnej, Matteo Salvini – ten sam, który w Polsce paradował w koszulce z Putinem już po obecnej napaści na Ukrainę – „stał się zdeklarowanym pacyfistą […] i opowiada się za wstrzymaniem dostaw broni dla Ukrainy”. Tak, jasne, „stał się pacyfistą”… Przedrukowywano tam fragmenty wręcz modelowo ukazującego perspektywę amerykańskich tankies tekstu Katriny van den Heuvel. Albo fragmenty tekstu Anatola Lievena, którego „myśl” została streszczona m.in. w wywodach, że wsparcie obrony Ukrainy przed napaścią rosyjską to dla Amerykanów proxy war (wojna zastępcza) z Rosją i że „Ów kompromisowy pokój oznaczać musi, niestety, pogodzenie się Ukraińców z utratą Krymu, prawdopodobnie Donbasu, a być może jeszcze jakichś terytoriów, oraz zaakceptowanie statusu neutralności”. Plus zwyczajowe „ale z drugiej strony” spod znaku wywodów, że Rosja robi źle, ale Zachód i USA rzecz jasna także. Tak twierdzi na łamach „Przeglądu” Samuel Moyn: „Śmiertelne żniwo działań USA zostawia działania Rosji w Ukrainie o wiele długości w tyle. Mówimy o dziesięciokrotnie większej – co najmniej – liczbie ofiar. […] Wyglądało na to, że świat jest jednobiegunowy, a wam zaoferowano rolę wasali USA. I liderzy Europy Wschodniej na to się zgodzili. […] najkorzystniejsze wydaje się więc przekazanie wschodniej Ukrainy pod kontrolę międzynarodową w celu zorganizowania jakiegoś referendum na temat demokratycznej i suwerennej przyszłości tych terenów. Razem z tym powinny iść gwarancje bezpieczeństwa dla Putina, które nie powielą błędów, jakie sprowokowały go do agresji w przeszłości. Zamiast bezmyślnie dozbrajać Ukrainę i przedłużać wojnę, powinniśmy rozpocząć proces pokojowy”. I tak dalej, i tak często na podobną nutę.
Woroncow, kolega Witkowskiego, podobno też antyputinowski, nie zauważył tego wszystkiego przez lata swojej współpracy z tym tygodnikiem. Podobnie zresztą jak i sam Witkowski, który do „Przeglądu” pisywał co najmniej w latach 2018-2020, a jeden z jego tekstów z tego tygodnika przedrukował kremlowski portal Sputnik News. Ba, Woroncow był współredaktorem jednej z książek wydanych przez związaną z „Przeglądem” Fundację Oratio Recta. Drugim współredaktorem był Paweł Dybicz. Tak, ten już wspomniany – ten sam, który jesienią 2021 spotkał się z Zacharową, rzeczniczką MSZ Rosji.
Wszystko to dzieje się oczywiście przypadkiem. Same przypadki. Niedawne, liczne, długo trwające, u dorosłych ludzi podobno dawno ukształtowanych ideowo i politycznie, podobno antyrosyjskich, podobno wyczulonych na rosyjskie wpływy, u „researcherów”, świetnie poinformowanych, chętnie rozliczających i pohukujących na innych. Nawiasem mówiąc, jedynym poważniejszym medium poza marginalnymi lub spolegliwymi wobec Rosji miejscami, gdzie Woroncow publikuje częściej, jest portal OKO Press – to budzi zdziwienie tym bardziej, że podmiot ten poświęca sporo uwagi uwikłaniom prorosyjskim w polskiej debacie.
A teraz wróćmy do treści z portalu Strajk i popatrzmy, co serwowano tam przez lata i co jeszcze niedawno nie przeszkadzało dzisiejszym współpracownikom liberalnego mainstreamu. Będę głównie cytował, bo nie trzeba zbyt wiele komentować, same treści z portalu są wystarczająco wymowne. Pisownię zachowałem oryginalną.
Antyukraińskość na pełnej
Wystarczyło, że Ukraińcy wybrali orientację prozachodnią, aby okazało się, iż jest to kraj, wedle twórców portalu Strajk, po prostu potworny.
15 maja 2015 pisano: „Petro Poroszenko zatwierdził specjalnym dekretem nowy skład powołanej przez niego w ubiegłym roku Rady Reform. Na jej czele stanął Michaił Saakaszwili – były prezydent Gruzji, znany z obłędnej rusofobii […] Nowe władze Ukrainy składają się w olbrzymiej mierze z naznaczonych – po pospiesznej zmianie przepisów – przedstawicieli jankeskich, gruzińskich i nadbałtyckich oligarchicznych koterii, dla których wspólnym mianownikiem jest bezrefleksyjne prozachodnie lokajstwo”.
12 sierpnia 2015: „W różnych mediach pojawiły się w związku z tym komentarze celebrytów, których objął ogłoszony zakaz. Jednym z nich jest reżyser i muzyk Emir Kusturica, któremu nie wolno teraz koncertować na Ukrainie. […] – To jakaś katastrofa. Nie wiem co mam powiedzieć. To jest jakaś upadła moralnie i pomylona władza. I cała ta narracja. Antyfaszystów nazywa się faszystami, a faszystów demokratami. Obłęd i tyle – podsumował rozgoryczony Kusturica”. Oczywiście „zapomniał” dodać, że zakaz otrzymał ze względu na swoje prorosyjskie gadki i krytykowanie prozachodniej orientacji Ukrainy.
A może dla odmiany wywiad z portalu z 24 lipca 2015? „Ludzie zaczęli, bez krzty opamiętania, wrzeszczeć obłędne faszystowskie slogany – zaczęli to robić także ci liberalni liderzy majdanu. Większość nie widziała nawet, co tak naprawdę krzyczy i do jakiej tradycji się odwołuje. […] To było od samego początku pod dyrygenturą faszystowskich bojówkarzy, którym liberalni liderzy dali urosnąć do rangi – tak jak powiedziałam – bohaterów; tych którzy ponieśli największe ofiary. […] Janukowycz zaczął być przestawiany jako krwawy dyktator, liberałowie byli bezradni i w zasadzie robili już tylko za masówkę dla skrajnej prawicy, bezmyślnie reprodukując ich wrzaski i pomagając im, swoim autorytetem, tworzyć nowy porządek ideologiczny na Majdanie. […] Majdan, ze względu na to, że wyniósł faszystów do rangi bohaterów i ofiar, legitymizował się niejako pogłębiając, z dnia na dzień, z godziny na godzinę, prawicowy, nacjonalistyczny, groźny dyskurs. […] Nowe ukraińskie społeczeństwo jest bardzo nacjonalistyczne, a jego mitem założycielskim jest walka z Rosją i marzenie o unitarnym, jednolitym kulturowo państwie ukraińskim. Atmosfera jest bardzo gęsta i bardzo prawicowa”.
W tym samym wywiadzie czytamy alternatywną wersję historii, w której właściwie to Ukraina… napadła na Donbas: „ludność Donbasu była bardzo apatyczna i zdepolityzowana. Według przeprowadzonych rok temu sondaży, żądano raczej umiarkowanych zmian. Nie było mowy o żadnym podziale Ukrainy czy przyłączeniu się do Rosji. Jednak władze w Kijowie ruszyły na wojnę przeciw tym ludziom. Po pierwszych bombardowaniach i ostrzałach rakietowych szybko się to zmieniło. To zresztą normalna reakcja, gdy ktoś wbiega ci do domu z bronią i zabija męża, żonę, matkę czy dziecko – ludność natychmiast jednoczy się wokół jakichś liderów, nawet tych samozwańczych, a tu sytuacja szczególnie sprzyjała separatystom”.
Realia kremlowskiej okupacji wschodu Ukrainy opisywano tak, jak gdyby była to wojna domowa bez wsparcia Rosji, a nawet napaść ze strony…Ukrainy. 3 lutego 2017 pisano: „W Radzie Bezpieczeństwa (gdzie Ukraina od niedawna jest niestałym członkiem) trwała awantura o to, kto jest winien rozpoczęciu walk. Delegat Ukrainy, Wołodymyr Jelczynko, zaprezentował zdjęcia domów mieszkalnych ostrzelanych przez separatystów. Mieszkańcy byli zmuszeni do ich opuszczenia, a mróz oscyluje koło 20 stopni, mówił Ukrainiec. Nie pokazał niestety fotografii dzielnic mieszkalnych Doniecka, ostrzelanych rakietami i artylerią ukraińską. Temperatura w Doniecku nie odbiega od temperatury w Awidijiwce, w której zresztą znajdują się zakazane przez porozumienia mińskie ukraińskie czołgi, stojące obok samochodów misji OBWE”.
Notorycznie powraca znana śpiewka o nazistach, identyczna jak wywody Putina po kolejnej napaści na Ukrainę. Nazistach, co więcej, aprobowanych ponoć przez UE. Na przykład 21 lutego 2016: „przyjaciele Kijowa od Waszyngtonu po Brukselę aż tak wiele nie chcieli. […] Nowa elita miała jedynie dopilnować, by jej fasadowe instytucje wyglądały możliwie ładnie i by nie wyzierały zza nich paskudne gęby oligarchów. W tym punkcie Europa była zresztą gotowa pójść na znaczące ustępstwo. Zgodzono się, by w tej rodzącej się »modelowej demokracji« działały nie tylko partie nawiązujące wprost do najgorszych tradycji ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, ale i zwyczajni neonaziści. […] Może tylko nad skrajną prawicą będzie coraz trudniej zapanować. A może w ogóle nie trzeba będzie tego robić? Europa, która wierzyła, że oligarcha będzie walczył z oligarchią, może za kilka lat zgodzić się na ukraińskiego premiera-faszystę. Byle twierdził, że jest orientacji prozachodniej”.
21 listopada 2020 rzekomy spisek faszystów był jeszcze potężniejszy i groźniejszy, przy wsparciu, rzecz jasna, Zachodu: „9 listopada 1938 naziści rozpoczęli masowe pogromy Żydów w różnych miastach Niemiec. Zaczęło się od rozbitych okien, a zakończyło II wojną światową i 65 milionami zgonów we wszystkich krajach Europy. Czy na Ukrainie grozi nam powtórka? […] Przypadki przestępstw motywowanych nienawiścią do innego języka, narodowości i poglądów politycznych na Ukrainie są teraz bardzo liczne. We wszystkich tych przypadkach przestępstw organy ścigania działają wyjątkowo pasywnie. […] Jednocześnie USA i UE chętnie finansują reformy ukraińskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, jakby nie widząc, że bezpośrednio wspiera ono skrajnie prawicowych bojówkarzy”.
Takie zagrywki spod znaku prób uwikłania Ukrainy w kiepskie skojarzenia były na porządku dziennym. 11 października 2021 portal serwował opowieść: „7 października 2021 r. minęła 80. rocznica zbrodni w Babim Jarze. W kijowskim wąwozie według różnych źródeł zamordowano ok. 200 tysięcy osób, w tym do 150 tys. radzieckich Żydów. W obliczu narastającej na Ukrainie fali skrajnego nacjonalizmu i związanego z nim antysemityzmu, huczne obchody tej tragicznej rocznicy są co najmniej politycznym dysonansem. Zełeński i współczesna Ukraina uprawiając kult Bandery i jego zwolenników, chcąc się wpisać jednocześnie w nurt pamięci o Holocauście, stawiają się w politycznym i logicznym rozkroku. Oczywiście przyczyny tego stanu są znane: to wszystko chęć obłaskawienia określonych środowisk na Zachodzie. […] Sprawców przypadków zniszczenia żydowskich pomników na Ukrainie się nie wykrywa i nie karze. A kult Bandery i jego popleczników jako czystych i cnotliwych bojowników o niepodległość, mających w głowach europejskie wartości i będących zwolennikami demokracji oraz wolności obywatelskich, nie wytrzymuje krytyki”.
3 czerwca 2021 Wiśniowski stwierdzał: „Ukraiński parlament znowu zrobił wszystko, by Ukraina była kojarzona z państwem łaskawym wobec nazizmu”. 20 maja 2015 pisano: „Nowe władze Ukrainy oskarżane są często o pro-faszystowskie inklinacje. Polskie i zachodnie media próbują kamuflować to zjawisko, ale Poroszenko, Jaceniuk i jego ministrowie traktują manifestowanie swojego przywiązania do tych patologicznych idei jako punkt honoru”.
Zachód nie tylko ponoć toleruje i finansuje „nazistów”. On także, wedle portalu Strajk, de facto rządzi Ukrainą. 28 lipca 2020 pisano tamże: „Po siłowym przejęciu władzy i obsadzeniu swoimi zwolennikami struktur siłowych i wykonawczych ukraińskie społeczeństwo utraciło jakąkolwiek możliwość kontrolowania polityki swojego państwa i procesu demokratycznych wyborów. Jest dokładnie na odwrót: obecnie to ono jest kontrolowane przez zachodnie ambasady i centra analityczne, tzw. kuratorów, a także przez organizacje pozarządowe utrzymujące się z grantów zachodnich fundacji, czyli w praktyce agentów wpływu, chroniących ich interesy. Jednocześnie ani ambasady, ani fundacje nie wstydzą się publicznie dyktować swoje warunki jakoby niezależnemu państwu ukraińskiemu”.
Wedle portalu, Zachód zamierzał też robić inne straszne rzeczy. 6 lipca 2016 alarmowano: „27 czerwca we Lwowie rozpoczęły się ćwiczenia wojskowe z udziałem żołnierzy ukraińskich i wojsk NATO z 13 państw, podczas których trenowano m.in. pacyfikowanie zamieszek. Ukraiński politolog Ołeh Hawicz ujawnił na Facebooku fotografie, na których żołnierze najprawdopodobniej ćwiczą rozpędzanie demonstrantów. Skomentował również, że najwyraźniej dla Zachodu tłumienie protestów obywatelskich przestało być »zbrodnią« i »łamaniem demokracji«, jak podczas Majdanu, a stało się normalną praktyką godną wręcz wspierania”. „Najprawdopodobniej”, „najwyraźniej”, tylko nic takiego się nie stało – ot, stara stalinowska szkoła sugestii.
Niewiele wcześniej pisano: „Berkut, demoniczna figura z czasu Majdanu, zniknął z kijowskich ulic, ale Gwardia Narodowa z rozpędzaniem »niewłaściwych« demonstracji radzi sobie tak samo dobrze. […] Nie zniknął problem więźniów politycznych i niehumanitarnych warunków w więzieniach. Zniknęło co najwyżej zainteresowanie nimi ze strony Unii Europejskiej”.
10 sierpnia 2016, na portalu tak uczulonym na zachodnie wpływy, zupełnie bezkrytycznie serwowano natomiast opowieści kremlowskich spec-służb: „Rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa dopiero dzisiaj poinformowała o próbie przeniknięcia na terytorium Krymu podjętej przez dywersyjno-terrorystyczne grupy ze strony Ukrainy. […] Celami ataków miały stać się kluczowe obiekty infrastruktury i zapewniania warunków bytu na Krymie – wynika z komunikatu na oficjalnej strofie FSB. Akty terroru miały przyczynić się do destabilizacji sytuacji polityczno-społecznej na półwyspie podczas przygotowywania i przeprowadzania wyborów”.
30 sierpnia 2016 od pryncypialnej redakcji dostało się także ukraińskiemu (co innego rosyjski) „militaryzmowi”: „prezydent Petro Poroszenko postanowił pochwalić się armią. Z okazji rocznicy zorganizował huczną paradę wojskową w stylu Antoniego Macierewicza z udziałem wspólnej ukraińsko-polsko-litewskiej jednostki wojskowej, która ma mężnie bronić wolną Ukrainę od zakusów rosyjskiego imperializmu. Antyrosyjska retoryka wsparta wojenno-patriotyczną frazeologią dominowała w rocznicowych wystąpieniach ukraińskiego prezydenta. […] W świątecznej antyrosyjskiej atmosferze prezydent Andrzej Duda zapewne czuł się jak w domu. […] Przybywając do Kijowa na rocznicowe uroczystości jako jedyny tak wysokiej rangi przedstawiciel innego państwa Andrzej Duda wyświadczył swemu ukraińskiemu odpowiednikowi tzw. niedźwiedzią przysługę. Gdyby nie przyjechał, wówczas Poroszenko mógłby tłumaczyć, że całe te obchody miały charakter wewnętrzny mający poświadczyć spójność i patriotyzm ukraińskiego narodu bez udziału czynnika zewnętrznego. Dzięki obecności Dudy cała ta argumentacja traci jakikolwiek sens. Obecność jednego tylko prezydenta przy nieobecności pozostałych, nawet tych werbalnie wspierających władzę w Kijowie, wykazała izolację Ukrainy na arenie międzynarodowej – i tym samym izolację Polski, która nie zauważyła, że wszyscy Ukrainę olewają. […] ukraińskiej stronie obojętna jest pisowska retoryka, ważne jest natomiast poparcie Polski dla północnoatlantyckich ciągotek Kijowa i tworzenie wspólnego frontu antyrosyjskiego – coraz bardziej archaicznego w Europie dla której ważniejsza jest Rosja jako partner gospodarczy i w coraz większym stopniu także polityczny od chaotycznej i szowinistycznej Ukrainy i podobnej, bezrefleksyjnie popierającej ją Polski”.
Autorka, która wkrótce będzie obradować z rosyjskimi „naukowcami” negującymi odpowiedzialność ZSRR za zbrodnię katyńską, ubolewała 16 lutego 2017 nad ukraińską polityką historyczną: „Równie marnie skończyło Muzeum Partyzanckiej Chwały. W parku, który ciągle jeszcze nosi imię partyzantów, został jeszcze kamień z Tatr sławiący współpracę antyfaszystów ukraińskich, słowackich i polskich. Nie wiadomo, co z nim będzie, bo po ponownym otwarciu nieczynnego aktualnie muzeum nie będzie już harmonizował z nim tematycznie. Placówka, jak czytam na kartce, ma być poświęcona »okupacji Kijowa«. Jeśli, jak wnoszę, o okupację niemiecką chodzi, to proszę bardzo, tylko dlaczego kosztem partyzantów? Pewnie gdyby walczyli pod innym sztandarem, miejsce by się dla nich znalazło… Stoi jeszcze pomnik Nieznanego Żołnierza, właśnie po stronie radzieckiej walczącego, ale czy za jakiś czas jego też jakiś patriota nie postanowi wyrzucić? Stoi monumentalna Matka Ojczyzna, ale tu akurat o przeróbkę będzie łatwo. Patronka wszystkich wspólnie walczących z nazizmem narodów ZSRR stanie się Matką Ukrainą, od wieków uciskaną, nigdy nie uwikłaną w żaden paskudny socjalizm”. Wszystko pięknie, poza informacją, że Ukraina w ramach ZSRR znalazła się nie ze względu na swój swobodny wybór, lecz podbój i okupację. A zaledwie kilka lat przed „wspólną walką z nazizmem”, kremlowskie władze zafundowały Ukrainie ludobójstwo głodem.
Wywiad z rosyjskim politologiem z 6 lutego 2017 to z kolei opowieść o zasadniczo pokojowo nastawionej Rosji, której jedynie nie należy „drażnić”: „pojawił się nowy zewnętrzny silny gracz, który najpierw odciął Krym, a potem poparł wschód Ukrainy. […] Oczywiście, kiedy w krytycznej chwili trzeba podjąć ryzyko i aktywnie działać, to Rosja potrafi to robić i to tak, że wszyscy wpadają w osłupienie. Ale ogólnie tej wojowniczej tendencji [w Rosji] […] nie ma”.
Wiemy już zatem, że Rosja nie jest wojownicza. A mimo to jacyś szaleńcy niepotrzebnie się jej obawiają. 14 czerwca 2016 portal pisał: „Odkąd rozpoczęły się ćwiczenia Anakonda-16, a Polska zdołała wyprosić możliwość bycia gospodarzem szczytu NATO, w sektorze obronności zapanowało istne szaleństwo. Wszyscy chcą wzmacniać flanki przed ewentualnym atakiem Rosjan”. W istocie, dwa lata po pierwszej napaści na Ukrainę takie obawy nie miały sensu…
Co innego sama Ukraina i Zachód. Oni, nie to co Rosja, są agresywni. Już 6 czerwca 2015 portal pisał: „Ukraina – jest prawna zgoda na okupację kraju przez obce wojska. […] Władze w Kijowie ustanowiły prawną możliwość nieograniczonego stacjonowania obcych wojsk na terytorium Ukrainy. Ewentualna okupacja przez US Army byłaby legalna. Skrajnie prawicowy, lokajski, euroatlantycki obłęd nowych władz Ukrainy nie ustaje. Piątego maja parlament w Kijowie przyjął nowelizację kilku aktów prawnych umożliwiający swobodne rozlokowanie żołnierzy obcych sił zbrojnych na terytorium kraju. […] Minister spraw zagranicznych Rosji, Sergiej Ławrow, powiedział, że nie obawia się żadnych zmian legislacyjnych na Ukrainie, zwłaszcza w tym zakresie. – Jestem przekonany, że w Unii Europejskiej nie ma szaleńców, którzy zechcą wysłać tam swoje wojsko – skomentował na konferencji prasowej w Moskwie. Co do UE – zapewne ma rację, co jednak zrobią Stany Zjednoczone?”.
Rosja wedle Strajku jest wciąż zagrożona. „Wizyta amerykańskiego dygnitarza świadczy o tym, że Stany Zjednoczone nie zrezygnowały z prób osaczania Rosji. Spotkanie z prezydentem Łukaszenką to kolejny przejaw ofensywy amerykańskiej dyplomacji w krajach byłego ZSRR. Pompeo był już w Kijowie, będzie w Kazachstanie i Uzbekistanie. Wizyta na Białorusi jest dla USA ważna także dlatego, że pod koniec zeszłego roku, wbrew powszechnym oczekiwaniom, nie doszło do skutku podpisanie dokumentu o ostatecznej integracji Białorusi i Rosji w jedno państwo. […] Objazdowa wizyta Mike’a Pompeo w krajach byłego ZSRR dowodzi, że USA nie zrezygnowały z pomysłu otoczenia Rosji wianuszkiem krajów uzależnionych od USA; na początku więzami ekonomicznymi, a później zapewne wojskowymi”.
Na portalu Strajk znajdziemy też klimaty podobne do wywodów polskich narodowców, którzy po pierwszej napaści Rosji na Ukrainę bardzo uwrażliwili się na nacjonalizm. Ukraiński, rzecz jasna. 8 stycznia 2017 redaktor naczelny portalu pisał: „najwięcej emocji budzi, przynajmniej w Polsce, problem ukraińskiego nacjonalizmu. W ciągu dwóch lat od wydarzeń na Majdanie stał się on nie tylko omawianym szeroko zjawiskiem polityczno-społecznym na Ukrainie, ale też, przede wszystkim, poręcznym politycznym narzędziem. […] Nie ma tu miejsca na rozkładanie na części pierwsze istoty ukraińskiego nacjonalizmu, niebezpiecznie często ocierającego się o nieco tylko uwspółcześnioną wersję faszyzmu. […] Majdan był tylko końcowym akcentem odbudowywania wielkopaństwowej idei przez określone kręgi polityczne, które jednak nie mogłyby działać z tak wielkim rozmachem, gdyby nie zastanawiająca bierność wszystkich po kolei władz Ukrainy od czasu odzyskania przez nią niepodległości w 1991 roku. […] mniej lub bardziej jawnie nurt miłośników tradycji OUN i UPA toczył się dość żwawo. […] nie tylko na Ukrainie, ale też i w Polsce liczące się polityczne siły udawały gorączkowo, że problem ten albo w ogóle nie zachodzi, albo jest zaledwie marginalny. Polskie elity grzeszyły tym bardziej, że akurat nasz kraj ukraiński demon dotknął w historii szczególnie krwawo i okrutnie”.
Wcześniej, 3 grudnia 2016, ten sam autor pisał: „To rosyjskie zagrożenie i potrzeba jednoczenia się przeciw wrogowi miało służyć za usprawiedliwienie dla oficjalnego milczenia o wołyńskiej tragedii, omawianej co najwyżej w wąskich gronach historyków-specjalistów. Liczono na to, że zapomnienie o tragedii ludobójstwa stanie się trwałe. Przyniosło efekt odwrotny: rósł sprzeciw wobec nieprawdziwego opowiadania historii, a nacjonaliści mogli dzięki temu ubierać się w szaty jedynych obrońców prawdy historycznej (którą też interpretowali po swojemu) i zdobywać jeśli nie nowych zwolenników, to choćby sympatyków swoich organizacji, biorących »w obronę« skrzywdzonych przez zapomnienie i bagatelizowanie”.
15 października 2017 portal donosił: „W całym kraju prezentowano wystawy przypominające działalność UPA – czy raczej pokazujące, co z krwawej i złożonej historii nacjonalistycznej partyzantki obecne władze chciałyby uczynić podstawą zbiorowej pamięci obywateli Ukrainy. […] Nie ma żadnej gwarancji, że jeśli sytuacja w Kijowie nie poprawi się znacząco, na co się nie zanosi, agresja symboliczna nie przerodzi się w zupełnie realną. Pod czarno-czerwonymi sztandarami, które powiewały wczoraj na ulicach ukraińskich miast, i tym samym wybrzmiewającym wczoraj hasłem »Chwała narodowi – śmierć wrogom!«”.
Redaktor naczelny Wiśniowski dodawał 31 lipca 2017 w stylu Grzegorza Brauna: „A co Jarosław Kaczyński robił na Majdanie 1 grudnia 2013 roku? Czy zaprosił go rząd Wiktora Janukowycza, wciąż jeszcze wtedy sprawujący władzę? Nie, Jarosław Kaczyński przyjechał popierać demonstrantów na Majdanie i zachęcać do obalenia rządu. […] Kończył przemówienie okrzykami upowskiej proweniencji »Sława Ukrainie, herojam sława« stojąc obok lidera skrajnie nacjonalistycznej partii Swoboda”.
Na portalu oddawano głos prorosyjskim separatystom z terenów okupowanych i propagowano ich wizje. 18 lipca 2017: „Głowa […] Donieckiej Republiki Ludowej, Aleksander Zacharczenko, ogłosił dzisiaj, że w celu zakończenia wojny w Donbasie konieczne jest powstanie nowego państwa pod nazwą Małorosja. […] – Aby zatrzymać wojnę domową, dokonaliśmy przeglądu sytuacji i doszliśmy do wniosku, że Ukraina jest państwem nieistniejącym (upadłym). Kijowski reżim nie jest w stanie odżegnać się od wojny domowej – stwierdził Zacharczenko. […] My, przedstawiciele byłej Ukrainy ogłaszamy o powstaniu nowego państwa, które jest następcą Ukrainy. Ustaliliśmy, że nowe państwo będzie nazywać się Małorosja, ponieważ nazwa Ukraina zdyskredytowało się. Stolica Małorosji ustanawiamy miasto Donieck – czytamy w karcie powstania Małorosji”.
Z kolei w reportażu Kulbaczewskiej-Figat możemy poznać bez kontrowania „wizję, którą przedstawił mi Władimir. Rozpad Ukrainy. Koniec. Wyczerpanie potencjału państwa, które w 1991 r. powstało z nieprzystających części o różnej historii i niewiele zrobiło, żeby je do siebie zbliżyć. Wschód i część południa – do Rosji. Zachód – może do Polski. Bukowina – do Rumunii. Zakarpacie – chętnie wezmą Węgrzy. Zostaje kilka obwodów centralnych, dawne Prawobrzeże, polsko-rosyjska kość niezgody. To nie jest całkowita fantazja, mówił Władimir. Opowiadał, że gdy jeszcze pracował w administracji publicznej, w ministerstwie spraw wewnętrznych, rozważali scenariusze upadku ukraińskiego państwa i tego, co należałoby robić, żeby się przed zagrożeniami bronić. Wyszło im, że aby przestało istnieć, potrzebna jest sekwencja wewnętrznych i zewnętrznych konfliktów. Dokładnie takich, jakie wstrząsają tym krajem od 2013 r. Czy władza się broni? Raczej potęguje chaos i nie rozwiązuje żadnych problemów. […] Oligarchowie wyjdą na swoje. Fakt, jeśli Ukraina przestanie istnieć, to oni nie będą już mieli czym trząść. Ale do ich majątków nikt się nie dobierze. Co ukradli, to ich, w najgorszym razie wyjadą na »zasłużoną emeryturę«. A zwykli ludzie? Może nawet lepiej na podziale by wyszli? Ludzie już rozumieją, że Majdan niewiele zmienił. […] A trzeciego Majdanu nie będzie, podsumowuje mój rozmówca. Każdy z Majdanów był zorganizowany, przedstawiał jakieś postulaty, jedne na serio, inne bardziej na pokaz, ale jednak. Nieważne, na ile protestujący wiedzieli, o co naprawdę chodzi i kto pociąga za sznurki – ktoś całą rzecz planował, nawet jeśli nie zawsze utrzymał kontrolę nad sytuacją. Oligarchowie, którzy dawali pieniądze na scenę czy zbrojenie Prawego Sektora mieli konkretny pomysł, do czego cała rzecz ma doprowadzić”.
O Ukrainie po jej prozachodnim zwrocie nie ma na portalu właściwie niczego dobrego. W wywiadzie z ukraińskim politologiem, orędownikiem „federalizacji” kraju, czytamy 24 grudnia 2017: „Ukraina przez 26 lat swego istnienia, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich trzech lat, udowodniła, że nie zdała egzaminu i że jest państwem upadłym. Nie chodzi tylko o to, że nie kontroluje całości swojego terytorium, lecz o to, że nawet te ziemie, nad którymi ma kontrolę, w istocie są pod władzą półwojskowych, militarystycznych ugrupowań, które robią, co im się żywnie podoba za zgodą centralnych władz lub często zgoła bez niej. […] Ukraina nie jest państwem demokratycznym. Jest państwem totalitarnym, gdzie nie można mieć innych poglądów niż oficjalne. […] Przyszłość Ukrainy określana jest z zewnątrz. Przede wszystkim z Waszyngtonu i tam jak na razie wszyscy są z Ukrainy zadowoleni, bo realizuje podstawowe zadanie – przyczynia problemów Rosji i jednocześnie Europie”.
Dobrze radził sobie natomiast, rzecz jasna, Viktor Orbán, twardy gość, sprawny polityk, troskliwy obrońca Węgrów na Zakarpaciu, robiący dobre interesy surowcowe z Putinem dla korzyści swojego narodu. Co innego gdy o Ukraińców chcieli dbać ukraińscy politycy, wtedy to zły nacjonalizm. Pisano zatem: „Tymczasem w Budapeszcie 27 września ogłoszono podpisanie 15-letniego kontraktu na dostawy gazu z Rosji. […] Surowiec będzie dostarczany przez Serbię (nitka Tureckiego Potoku) i dodatkowo przez Austrię […] Niezwykle nerwowo zareagowali Ukraińcy. Wezwano ambasadora węgierskiego w Kijowie do siedziby rządu. Groźne pomruki i narzekania słychać było z ul. Bankowej, siedziby Prezydenta Ukrainy. Zapowiedziano wobec Budapesztu »stosowne retorsje«. Uważa się bowiem, iż ten kontrakt uderza bezpośrednio w Kijów. Rzecz w tym, że Moskwa zmniejszy dotychczasowe dostawy gazu na Węgry i na Bałkany przez terytorium Ukrainy […]. Za tranzyt Ukraińcy liczą sobie dużo więcej, niż Gazprom płaci za dostawy innymi drogami. […] W tle jest jeszcze sprawa węgiersko-ukraińska: Węgry od lat apelowały w różny sposób, aby Kijów zrezygnował (wobec licznej mniejszości węgierskiej mieszkającej na Zakarpaciu) z agresywnej i permanentnie realizowanej polityki ukrainizacji. Kijów pozostał głuchy na te apele, uderzając w Węgrów tymi samymi ustawami, które wyrzucały z przestrzeni publicznej język rosyjski. Rząd Orbana nie znalazł powodów, by iść Ukrainie na rękę, zwłaszcza, że zapewnienie krajowi dostaw gazu to sprawa dość podstawowa”.
I tak dalej, i tak w kółko. Zamęczyłbym państwa jeszcze kolejnymi i kolejnymi cytatami w podobnym tonie. Bez trudu można to sprawdzić samemu, odwiedzając portal i w jego wyszukiwarce wpisując „Ukraina”. Więc jeszcze tylko garść tytułów innych przykładowych tekstów: „Ukraińskie państwo broni zbrodniarza z UPA. TVP też się nie popisała”, „Prokurator generalny Ukrainy za dalszą wojną w Donbasie”, „Ukraina: prezydent Poroszenko był chłopcem na posyłki Amerykanów”, „Ukraina nie będzie świętować pokonania nazistów”, „Ukraina: straszne sceny protestów przeciwko powracającym z Chin”, „Mike Pompeo objeżdża włości: Białoruś, Ukraina, Kazachstan, Uzbekistan”, „Ukraina zamyka szkoły z braku opału i kupuje nową broń”, „Deputowani ukraińskiej Rady Najwyższej chcą oficjalnie świętować rocznicę sojuszu z Hitlerem”, „Ukraina – jeden z najnieszczęśliwszych krajów świata. Badania nie kłamią”, „Ukraina ingerowała w amerykańskie wybory?”, „Ukraina: zatrzymania i represje za świętowanie Dnia Zwycięstwa”, „Ukraina pluje Polsce w twarz. 2017 rokiem UPA na Wołyniu”, „Ukraina – manifestacje z okazji urodzin Bandery” (z tekstu dowiemy się, że zgromadziły oszałamiająca liczbę… tysiąca osób), „Gazprom boi się, że Ukraina będzie podbierać gaz z rurociągu”…
Oprócz tego teksty prorosyjskie. Opowiadające w kremlowskim duchu o interesach separatystycznego prorosyjskiego Naddniestrza. Powtarzające narrację Orbana w sprawie mniejszości węgierskiej w Ukrainie. Oraz „antyimperializm” w tej wersji, w której niewiele i bardzo spolegliwie mówi się o imperializmie rosyjskim. Niemal identyczne z narracją Konfederacji i okolic częste alarmowanie na temat „banderyzmu”. I tak dalej.
Czasami pojawiają się materiały o Ukrainie o socjalno-lewicowej wymowie, ale wiele ma postać po prostu szczucia na wszystko, co w Ukrainie związane z opcją prozachodnią i „pomajdanową”. A Rosja? Tu jest znacznie bardziej wyrozumiale. Czasami elita władzy popełnia jakiś błąd. Czasami coś o braku praw mniejszości seksualnych. Czasami jakiś strajk. Czasami coś o szwankującej ekologii. Ale w zupełnie innym natężeniu tekstów, emocji, potępień i krytyk. Choć to jedno z większych państw świata. Marnie wypadające we wskaźnikach obrazujących zamożność, rozwój społeczny, nierówności itd. Kraj całych regionów i obszarów ubóstwa. Wielkich kontrastów między Moskwą i kilkoma bogatymi miastami a całą resztą. Autorytaryzmu i daleko posuniętej monowładzy. Napaści motywowanych rasistowsko-etnicznie. Trzymania pod butem całych nacji. Mocno ograniczonych swobód obywatelskich czy medialnych. I nie trzeba do posiadania wiedzy o tym „amerykańskiej propagandy”. Mówią o tym od lat, mniej lub bardziej swobodnie, czasami już spoza granic kraju, osoby i środowiska lewicowe, anarchistyczne, kontrkulturowe, mniejszościowe itp. Naszych rusofilów to niezbyt boli. Zapewne zasób wrażliwości wyczerpał im się w Ukrainie.
Przed drugą wojną
Co gorsza, Ukraina cały czas ponoć dążyła do nowej wojny. A gdy nawet nie dążyła, to robili to za nią inni. Kto? Rzecz jasna „faszyści” i „proamerykańskie lobby”. 29 grudnia 2019 pisano: „Do końca rozwiązania sytuacji na wschodzie Ukrainy wciąż daleko, ale dzisiejsza wymiana jest sygnałem, że proces pokojowy nie jest bez szans na realizację, choć obserwatorzy twierdzą, że są one niewielkie. Przede wszystkim dlatego, że ekipa prezydenta Zełenskiego, który realizuje obietnicę daną podczas kampanii wyborczej doprowadzenia do pokoju na Donbasie, ma przeciwko sobie silną opozycję, w tym skrajnie prawicowych bojówkarzy i polityków. Ci ostatni nie zawahają się użyć wszelkich środków, by proces pokojowy zerwać. Nie można też nie doceniać proamerykańskiego lobby na Ukrainie, które pilnuje amerykańskich interesów. Te zaś wciąż polegają na osłabianiu Rosji, a więc i na podtrzymywaniu konfliktu, kosztem zwykłych ludzi”.
Wiśniowski pisał 13 września 2019 o wojskowej pomocy Ukrainie: „Amerykańskie decyzje wskazują, że pokój na Ukrainie w najmniejszym stopniu zależy od samych Ukraińców”. 2 kwietnia 2021 ten sam autor dodawał: „Ukraina: krok po kroku do zbrojnego konfliktu. USA wyraziły chęć udziału”. 4 marca 2021 pisano: „Wobec faktu, że w praktyce porozumienia mińskie są martwe, zaś sytuacja na linii frontu staje się coraz bardziej napięta, uzasadnione są obawy, że w dającej przewidzieć się przeszłości możliwy jest pełnoobjawowy konflikt zbrojny między DRL a Ukrainą, wobec którego Rosja nie będzie mogła pozostać obojętna”.
30 stycznia 2022 Wiśniowski stwierdzał: „NATO jest gotowe walczyć z Rosją do ostatniego ukraińskiego żołnierza […] można sobie łatwo wyobrazić scenariusz, w którym Zachód popycha do wojny Ukrainę, potem wysyła jej uzbrojenie i słowa otuchy, ale poza tym pozwala, by na wojnie ginęli tylko ukraińscy żołnierze. A wszystko to w celu realizacji swoich interesów w przepychankach z Rosją”.
15 lutego 2022, czyli 9 dni przed napaścią na Ukrainę, redaktor naczelny Strajku wyśmiewał opinie polityków krajów Zachodu i oficjeli NATO, że Rosja może planować napaść: „Ministerstwo Obrony Rosji oficjalnie ogłosiło, że wojska Południowego Okręgu Wojskowego, po zakończeniu ćwiczeń wracają do miejsc stałej dyslokacji w Kraju Stawropolskim. Ćwiczenia wspomnianych jednostek miały miejsce na przyłączonym w 2014 roku do Rosji Krymie, niedaleko od granicy z Ukrainą. Podobne komunikaty dotyczące wojsk rosyjskich, biorących udział we wspólnych rosyjsko-białoruskich manewrach na terenie Białorusi, przy granicy z Ukrainą, ogłosił rzecznik prasowy Igor Konaszenkow. Pokazano wideo z załadunku wojskowej techniki na wagony. To są te formacje, które w ciągu ostatnich tygodni zasiały strach na Ukrainie, w Europie i na świecie. Wniosek jest jeden: Rosja wycofuje się od ukraińskich granic”. Pod adresem polityków przewidujących napaść na Ukrainę, dodawał, w swoim przekonaniu zapewne błyskotliwie: „Proszę, niech ktoś da temu światu pigułkę”. Pigułka na otrzeźwienie przydałaby się jemu samemu już zaledwie nieco ponad tydzień później.
Prawie wszystko po staremu
W momencie rosyjskiej napaści na Ukrainę na portalu zapanowała konsternacja. Kilka pierwszych tekstów ubolewało ogólnikowo nad zaistniałym scenariuszem. Były też wywody o solidarności z ukraińskimi „zwykłymi ludźmi”, a nawet sucha informacja, że w Rosji trochę osób protestowało przeciwko wojnie. Odważnie. No może niezbyt, ale na tle dotychczasowych wywodów owszem.
Szybko wrócono do normy. Piotr Nowak, przyjaciel antyfaszysty Witkowskiego, tak się przejął faktem, że na głowy i domy Ukraińców spadają bomby, że aż skrupulatnie analizował rzekome korzyści, jakie odniesie z tego… PiS. 10 marca 2022 pisał: „Z nieba spadła ta wojna premierowi Morawieckiemu. Wiecie dlaczego? Zaraz wam opowiem. Ale najpierw wprowadźmy się w odpowiedni nastrój. […] Społeczeństwo jest przerażone i zachwycone sobą zarazem. Wojna i niespotykany nigdy wcześniej festiwal empatii dają Polakom solidnego kopa, jak po wódzie i lekach. […] Smutne jest to, że tak właśnie może się stać. Prawica już teraz wywinęła się spod topora pikujących sondaży, stosując retorykę zgody i jedności społecznej w obliczu zewnętrznego zagrożenia. Pobrzmiewają już nuty militarne, jak również kult żołnierza, armii i bezpieczeństwa. Władza będzie mogła oskarżyć o próbę destabilizacji i putinowskiej agentury każdego, co ośmieli jej się sprzeciwić. I z całą pewnością będzie z tego narzędzia korzystać”.
Redaktor Wiśniowski dodawał oskarżycielsko pod adresem… Polski: „Rosja oznajmiła, że zamierza wyznaczać swoje strefy wpływów dokładnie tak, jak do tej pory czynili to inni najwięksi gracze. Pokazuje, że jest imperium, którego nie można nie uwzględniać w globalnej rozgrywce. Nie chcieli, żeby dosiadła się do stolika? Sama sobie bierze krzesło, nie pytając nikogo o zgodę, łamie zasady, bo uznała, że może. USA też dostaną to, czego chciały od początku: odepchnięcie Rosji poza nawias łacińskiego świata. […] I jeszcze: osłabiona, rozczłonkowana Ukraina przestanie być dla Polski konkurencją, której w milczeniu się obawiali – w rolnictwie, przemyśle wydobywczym, maszynowym, stoczniowym. […] Dziś warto też zadać sobie pytanie: czy tu, w Polsce, nasi politycy, czy my zrobiliśmy wszystko, żeby tej wojny nie było? Nie. Od lat do niej popychaliśmy. Kretyńską i agresywną narracją w polityce wschodniej, odmową kontaktów i rozmów, poniżaniem każdej ze stron, nieznośną i niczym nieuzasadnioną wyniosłością wraz przekonaniem swojej pańskiej wyjątkowości. Kiedy już było jasne, że wojna czai się na progu, nikogo nie było, kto zaproponował pośrednictwo w organizacji rozmów, spotkań, zmniejszenia napięcia. To nie my do końca próbowaliśmy dyplomacji. Przeciwnie, produkowano setki patriotycznych bzdetów, militaryzowano społeczna przestrzeń. Zadowoleni?”.
Kilkanaście dni po napaści Rosji na Ukrainę, gdy najezdniczy sołdaci mordowali, gwałcili i niszczyli, Wiśniowski zajmował się ważną tematyką: „Ukraina ma wygraną w kieszeni: Adam Słomka z kumplami spieszy na pomoc”.
30 marca 2022, w trakcie wojenno-napastniczej hekatomby w Ukrainie, ukazał się na portalu tekst detalicznie wyliczający, ile Polska wydaje na zbrojenia, a konkluzja brzmiała: „Gdybym miał wskazać najdokładniejszą metaforę polskiego militaryzmu, to byłoby to uzależnienie od alkoholu czy narkotyków. Polska nie jest na tym etapie nałogu, w którym diler proponuje młodemu marihuaniście darmową próbkę speeda czy kokainy. Polska ćpa amerykańską broń na potęgę i aby zaspokoić głód, wyniesie do lombardu srebra domowe, biżuterię żony czy rozpruje dziecku świnkę skarbonkę”.
W tekście opublikowanym nieco ponad dwa tygodnie po rosyjskiej napaści, czytaliśmy, że to, rzecz jasna, wina Zachodu: „Momentem przełomowym był oczywiście 2014 rok. Kiedy z jednej strony Putin chciał zrobić restart, powiedzieć »dawajcie, zaczynamy od początku«, uwolnił Chodorkowskiego i wykonał gesty, które miały zademonstrować jego otwartość. A Zachód w odpowiedzi zrobił przewrót w Kijowie”. W tym samym materiale mowa o antyrosyjskich nastrojach w różnych krajach po zbrodniczej napaści na Ukrainę: „Wojna to zawsze wybuch szowinizmu i nacjonalizmu. Kraje, które do tej pory pozycjonowały się jako wzorce demokracji i tolerancyjności, w czasie wojny zrzucają maski i zaczyna się ksenofobia, nienawiść […] To idzie według znanych klisz: dehumanizowanie przeciwnika, heroizacja walczących po właściwej stronie. W tej sytuacji fala antyrosyjskich działań jest zauważalna: rosyjskich studentów zwalniają z uczelni. […] W mediach społecznościowych też jest strasznie”. Tak, gdy Rosjanie bombardowali, mordowali i gwałcili, mogło im się zrobić przykro, gdyż w różnych krajach ktoś powiedział o nich brzydko. Albo nawet napisał w internecie.
1 marca 2022 na portalu ubolewano: „Do żenującego aktu wandalizmu doszło w Parku Kościuszki w Katowicach. Nieustaleni dotąd sprawcy oblali czerwoną farbą nagrobki żołnierzy radzieckich, a na głównym pomniku wypisali hasło sugerujące, że miał być to gest poparcia dla Ukrainy”. 20 marca 2022 Wiśniowski stanął w obronie pokrewnego sobie ideowo pracownika Uniwersytetu Warszawskiego, który napisał, że „Maksymalne straty ludności wśród ludności cywilnej są w politycznym interesie banderowskiej ekipy Zełenskiego i NATO”. Po tym, jak słowa te spotkały się z potępieniem ze strony innego pracownika UW, sugerującego, że takie wywody powinny być napiętnowane, Wiśniowski stwierdził: „W Polsce nie jest już tylko duszno. W ogóle nie da się oddychać”.
I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Chyba tylko szybko kurcząca się stopka redakcyjna sprawiła, że materiałów na portalu jest coraz mniej, a sporą część bieżącej oferty portalu Strajk stanowią obecnie youtubowe pogawędki Wiśniowskiego ze Stanisławskim: a to z pretensjami pod adresem polskiej lewicy, że nie jest „antywojenna”, a to o „polskiej propagandzie wojennej”, która jest „toporna”, a to o „celach Zachodu” w wojnie na Ukrainie. Tylko jakoś nie o ofiarach rosyjskiej napaści, masowych zniszczeniach, uchodźcach wojennych, tysiącach ludzkich tragedii itp. Bo to już nie są uchodźcy z łukaszenkowskiej granicy, a zniszczenia nie są skutkiem „amerykańskiego imperializmu”, więc krytyczno-analityczna drobiazgowość i lewicowa empatia rozwiały się. Jak mgła nad Wołgą.
***
Czy takie wywody powinny mieć w Polsce miejsce? Cóż, demokracja i wolność słowa powinny być dla wszystkich. Tym się przecież różnimy od Rosji czy Białorusi. Ale warto to wszystko udokumentować, przypomnieć, zestawić personalia. W tym te, które dzisiaj udają, że w takim towarzystwie nigdy ich nie było. I te, które „zwalczają faszyzm”, tylko ten kremlowski jakoś im nie przeszkadzał, gdy redaktor-rusofil robił im przelewy za teksty publikowane tuż obok wyżej cytowanych plugawych bredni.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: WikiImages from Pixabay.
przez redakcja | wtorek 16 maja 2023 | aktualności
Od północy do 5.30 – w takich godzinach ma obowiązywać tzw. nocna prohibicja w Krakowie. Będzie dotyczyła wszystkich dzielnic, nie tylko centrum.
Jak informuje Portal Samorządowy, prawdopodobnie od 1 lipca 2023 r. na terenie miasta wprowadzona zostanie tzw. nocna prohibicja. To drugie tego rodzaju podejście w Krakowie. Skarga na podobną uchwałę podjętą w 2018 r. (dotycząca tylko Starego Miasta) wciąż czeka na rozpatrzenie przez sąd administracyjny.
Z badań ankietowanych wynika, że zwolenników wprowadzenia nocnej prohibicji w Krakowie jest więcej niż przeciwników.
Już w 2018 r. krakowska rada miasta podjęła uchwałę w sprawie ograniczenia nocnej sprzedaży alkoholu, jednak tylko na terenie dzielnicy Stare Miasto. Jej wykonanie zostało jednak wstrzymane przez Wojewódzki Sąd Administracyjny. Po kasacji złożonej przez miasto, Naczelny Sąd Administracyjny przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia przez sąd I instancji. Stało się to w sierpniu 2022 r. Do tej pory sprawy nie rozstrzygnięto.
Jak podaje Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, do 2020 r. 162 gminy (na 24 77 gmin w skali kraju) postanowiły skorzystać z możliwości ograniczenia w godzinach nocnej sprzedaży napojów alkoholowych przeznaczonych do spożycia poza miejscem sprzedaży.
przez redakcja | poniedziałek 15 maja 2023 | aktualności
80 proc. badanych nie odbyło nigdy służby wojskowej, 78 proc. nigdy nie odbyło przeszkolenia wojskowego. Szkolenie z samoobrony powszechnej w sytuacji kryzysowej odbyło 14 proc. badanych.
Jak wynika z opublikowanego w kwietniu badania CBOS, bezpośrednim efektem odejścia od powszechnych powołań do pełnienia zasadniczej służby wojskowej i uzawodowienia armii jest fakt, że ponad cztery piąte respondentów, którzy zadeklarowali, że odbywali przeszkolenie wojskowe lub służbę wojskową, to osoby w wieku 45+.
CBOS przedstawił wyniki przeprowadzonego w kwietniu sondażu, w którym respondenci zostali zapytani o kwestie związane z obronnością i bezpieczeństwem narodowym. Jedno z pytań dotyczyło służby wojskowej: badani zostali zapytani, czy kiedykolwiek odbyli służbę wojskową lub odbyli przeszkolenie wojskowe.
Niecała 1/5 Polaków odbyła służbę wojskową, a 21. proc miało przeszkolenie wojskowe
Odbycie służby wojskowej zadeklarowało 19 proc. badanych, doświadczenia takiego nie ma natomiast 80 proc., 1 proc. natomiast odmówiło odpowiedzi. Z kolei 21 proc. badanych zadeklarowało, że odbyło kiedyś przeszkolenie wojskowe. 78 proc. nie było nigdy na żadnym szkoleniu.
Odsetek osób, które odbyły służbę lub szkolenie wojskowe, spadał w latach 1999-2022. Kolejne odsetki w poszczególnych latach wyniosły: 39 proc. badanych w 1999 r., 34 proc. w 2007 r., 32 proc. w 2008 r., 29 proc. w 2009 r., 25 proc. w 2014 r. i 24 proc. w 2022 r. Z kolei w ciągu ostatniego roku odsetek ten wzrósł i obecnym badaniu wyniósł 26 proc. badanych.
ytania dotyczyły również chęci ewentualnego wzięcia udziału w tego typu szkoleniach. 36 proc. zadeklarowało, że „zdecydowanie” nie chciałoby wziąć udziału w takim szkoleniu, 32 proc. zaś, że „raczej” nie chciałoby wziąć udziału. „Raczej” chciałoby wziąć udział 19 proc. ankietowanych, a „zdecydowanie” – 9 proc. badanych. 3 proc. udzieliło odpowiedzi „trudno powiedzieć”, jeden procent zaś odmówił odpowiedzi na tak postawione pytanie.
„Wśród osób, które dotąd nie brały udziału w takich szkoleniach lub ćwiczeniach zainteresowanie udziałem w nich jest minimalnie mniejsze niż w roku 2014 i w roku 2022 (w porównaniu z majem ubiegłego roku spadek z 31 proc. do 27 proc.)” – wskazuje CBOS.
przez Ferdi De Ville | niedziela 14 maja 2023 | opinie
Unia Europejska starała się – na próżno – ukształtować globalną gospodarkę na swój obraz i podobieństwo. Obecnie zwraca się w stronę polityki przemysłowej, mając na celu asertywną ochronę swego modelu ekonomicznego przed decyzjami politycznymi innych graczy. Nowa unijna polityka w tym zakresie może przyspieszyć zieloną i cyfrową transformację, czyniąc ją bardziej demokratyczną i sprawiedliwą. Aby jednak osiągnąć te cele potrzebne będzie europejskie (a nie krajowe) finansowanie, skupienie się na zwiększeniu poziomów inwestycji – a nie na zyskach już istniejących firm – a także przejrzyste, warunkowe i inkluzywne podejście do tematu.
Zespół Międzynarodowego Funduszu Walutowego określił ten trend „powrotem polityki, której imienia nie wolno wymawiać”. Przez ostatnie cztery dekady polityka przemysłowa – parasolowe określenie, pod którym kryją się narzędzia, za pomocą których rządy starają się stymulować priorytetowe ich zdaniem kierunki działalności gospodarczej na swoim terytorium – cieszyła się wśród zachodnich komentatorów i decydentów kiepską opinią. Kojarzona była z marnowaniem pieniędzy podatników przez polityków czy to poprzez daremne próby ratowania nieefektywnych firm w schyłkowych branżach, czy to z powodu stawiania na niewłaściwe konie w wyścigu w nowych sektorach. Po kryzysie gospodarczym lat 70. XX wieku i neoliberalnej rewolucji w myśleniu o gospodarce politykom doradzono zatem rozgoszczenie się na tylnym siedzeniu i pozwolenie siłom rynkowym na spontaniczne odkrycie przewag konkurencyjnych ich krajów w procesie kreatywnej destrukcji. Niemal wszyscy – niezależnie od umiejscowienia na politycznym spektrum – zdecydowali się posłuchać tej rady.
Nigdzie indziej porada ta nie została zrealizowana z większym przekonaniem niż w ramach Unii Europejskiej. Unijna logika, oparta na ideologicznych założeniach neoliberalizmu oraz przekonaniu o fiasku polityk wdrażanych w latach 70., stoi w kontrze do polityki przemysłowej. Wspólny rynek – fundament integracji europejskiej – uznaje się za niekompatybilny z narodowymi politykami przemysłowymi, jako że tworzyć one mają nierówne pole gry dla firm z różnych państw członkowskich. Aby zapewnić w jego obrębie wolną i uczciwą konkurencję Komisja Europejska postawiona została (właściwie od samego początku integracji) w roli odpowiedzialnej za politykę konkurencyjności. Po kryzysie lat 70. z werwą korzystała z tych kompetencji, przyjmując ostry kurs wobec pomocy publicznej na poziomie krajowym. Wprowadzenie unijnych funduszy finansujących przemysł – w obliczu niewielkiego rozmiaru budżetu UE – nie było dostateczną rekompensatą.
Dziś tymczasem polityka przemysłowa dokonuje nieoczekiwanego powrotu w Unii Europejskiej. W trakcie jednego ze swoich wystąpień szefowa KE, Ursula von der Leyen, zaapelowała o „wspólną europejską politykę przemysłową ze wspólnym, europejskim finansowaniem”. W lutym roku 2023 ogłosiła Plan przemysłowy Zielonego Ładu, zakładający poluzowanie reguł pomocy publicznej dla zielonego przemysłu.
Do rehabilitacji polityki przemysłowej na poziomie unijnym przyczyniają się trzy trendy: intensyfikacja jej wykorzystywania przez inne państwa, zwiększenie poziomu ambicji klimatycznych UE (wymagających znaczącej skali dodatkowych inwestycji – w przeciwnym wypadku europejskie firmy mogą stawać się niekonkurencyjne) oraz rosnące napięcia geopolityczne i związana z nimi zmiana myślenia o związkach między bezpieczeństwem a współzależnościami gospodarczymi. Niedawne wydarzenia, włącznie z kryzysem energetycznym towarzyszącym rosyjskiej agresji na Ukrainę, podkreśliły pilny charakter odpowiedzi na te wyzwania.
Eksportowa porażka unijnego modelu
Przez jakiś czas Unia Europejska wierzyła, że światowa gospodarka będzie coraz bardziej przypominać jej wspólny rynek – wolną i sprawiedliwą przestrzeń, niezakłóconą przez pomoc publiczną czy inne formy zachowań zaburzających konkurencję. Zawierane w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO) porozumienia pozwalają poszczególnym państwom na odpowiadanie na wyzwania związane z dumpingiem i importem produktów subsydiowanych przez inne kraje. Kiedy kraje takie jak Chiny czy Rosja dołączyły do WTO (odpowiednio w roku 2001 i 2011) Unia Europejska żywiła nadzieję, że ich członkostwo rychło przemieni je w liberalne gospodarki rynkowe. Tak się jednak nie stało. Zbiór reguł, wpisanych w ramy WTO w okresie „końca historii” wczesnych lat 90. XX wieku, uważany jest dziś za niewystarczający do opanowania zakłócającego rynek zachowania państw takich jak Chiny czy Rosja. Ich reforma – w obliczu różnorodności państw uczestniczących w organizacji oraz wymogu podejmowania ich poprzez konsensus – okazała się niemożliwa.
Od momentu porażki procesu ratyfikacji Protokołu z Kioto przez Stany Zjednoczone w roku 1997 Unia Europejska postawiła sobie za cel bycie globalną liderką walki ze zmianami klimatu. Filarem jej polityki klimatycznej był wprowadzony w roku 2005 system handlu emisjami (ETS). W roku 2020 Unia zdecydowała się na zwiększenie swoich ambicji poprzez Europejski Zielony Ład, który rok później przełożony został na zestaw propozycji prawnych, zebranych pod hasłem „Fit for 55”. Za pomocą tego pakietu UE pragnie stać się pierwszą dużą neutralną klimatycznie gospodarką do połowy wieku. Postawiła sobie cel pośredni w postaci ograniczenia emisji gazów cieplarnianych netto o co najmniej 55% do roku 2030.
Wzmocnienie unijnych ambicji doprowadziło do istotnego wzrostu ceny uprawnień do emisji w ramach systemu ETS – od mniej niż 10 euro za tonę dwutlenku węgla do początku roku 2018 aż do około 85 euro w grudniu roku 2022. Fakt ten zwiększył poziom niepokoju, związany z ryzykiem „wycieku emisji” – sytuacji, w której energochłonne firmy zdecydowałyby się na przeniesienie swej produkcji z UE do państw trzecich, w których nie byłyby zobligowane do płacenia za uprawnienia do emisji czy podatku węglowego. Efektem byłoby podważenie wysiłku na rzecz redukcji globalnych poziomów emisji gazów cieplarnianych, a także deindustrializacja Unii Europejskiej.
Niegdyś dominujący w Unii sposób myślenia zachwiał się również z powodu serii wydarzeń gospodarczych i geopolitycznych, takich jak pandemia COVID-19, chińsko-amerykańska wojna handlowa oraz rosyjska inwazja na Ukrainę. Koronawirus i jego skutki ekonomiczne wzmocniły pytania o ryzyka dla bezpieczeństwa, wynikłe z nadmiernej zależności od ograniczonego grona dostawców sprzętu kluczowego dla zdrowia publicznego. Wojna handlowa między Waszyngtonem a Pekinem kazała zastanowić się nad uzależnieniem Europy od surowców krytycznych z Chin czy półprzewodników z Tajwanu – i to w sytuacji narastających napięć między wyspą a Chinami kontynentalnymi. Ponowne przemyślenie relacji między gospodarką a bezpieczeństwem przybrało na wadze wraz z rosyjską inwazją na Ukrainę oraz potraktowaniem zależności Europy od gazu ziemnego w charakterze broni, której użycie przyczyniło się do wzrostu cen energii. Ten bardziej geopolityczny sposób myślenia wskazuje, że istotne znaczenie ma to, co produkujesz i skąd sprowadzasz surowce. Politycy dużo mniej chętnie chcą zostawić decyzje w tych kwestiach wyłącznie w rękach rynku.
Ochrona wzorca
Każde z tych wydarzeń z osobna doprowadziłoby do poważnego zakwestionowania istniejących w obrębie Unii paradygmatów i polityk ekonomicznych. Ich skumulowany wpływ można określić mianem sporego trzęsienia ziemi. Europejskie (energochłonne) firmy przemysłowe mierzyć się muszą z nierównym polem gry pod kątem subsydiów, ambicji polityk klimatycznych czy cen energii. Subsydia w państwach trzecich – szczególnie tych, które uznawane są za systemowych rywali – nie są już jedynie niedogodnością dla handlu, ale również wyzwaniem dla klimatu i bezpieczeństwa. Nie ziściła się unijna nadzieja, że rosnące więzi handlowe oraz rozwiązywanie problemów poprzez kolejne szczyty (istotne elementy procesu integracyjnego samej Unii Europejskiej) zmienią inne kraje w liberalne gospodarki rynkowe, ambitnych opiekunów planety oraz odpowiedzialnych graczy na arenie międzynarodowej. W samej Unii słyszymy komentarze, że tak zarysowany dotychczasowy sposób myślenia dotknięty był grzechem naiwności.
UE – ponosząc porażkę w kształtowaniu świata na swój obraz i podobieństwo – zdecydowała się niedawno na wzmocnienie szeregu narzędzi polityki handlowej, mających na celu ochronę przez posunięciami państw trzecich. Regulacje dotyczące zagranicznych subsydiów czy zamówień międzynarodowych powinny ochronić unijny rynek przed wspieranymi finansowo ofertami publicznymi czy inwestycjami, a także poprawić dostęp europejskich firm do rynku zamówień w innych krajach. CBAM – mechanizm dostosowania cen na granicach Unii, wyrównujący koszt emisji między produktami importowanymi a wytworzonymi wewnątrz UE – powinien pomóc ochronić spójność unijnej polityki klimatycznej, a także konkurencyjność europejskiego przemysłu. Ramy określone przez mechanizm analizowania inwestycji zagranicznych czy narzędzia przeciwdziałające wymuszeniom ekonomicznym ze strony państw trzecich, muszą chronić bezpieczeństwo oraz autonomię strategiczną UE przed nieakceptowalną ingerencją z zewnątrz.
Zmiany w modelu europejskim
W siłę wewnątrz Unii rosną głosy zauważające, że dla ochrony jej posunięć przed działaniami (lub ich brakiem) państw trzecich w zakresie polityk przemysłowych, zrównoważonego rozwoju czy geopolityki nie wystarczy jedynie wzmacnianie defensywnego aspektu narzędzi handlowych. Uważają one, że EU sama powinna dążyć do stworzenia silniejszej polityki przemysłowej, służącej przyspieszeniu zielonej i cyfrowej transformacji oraz wzmacnianiu swej autonomii strategicznej. Choć nowe, wprowadzone jednostronnie mechanizmy ochronne pomagają bronić spójność unijnych polityk oraz wyrównywać pole gry, charakteryzują się również szeregiem słabości.
Podczas gdy udaje się im – pomimo zróżnicowania w politykach realizowanych przez UE i państwa trzecie – przywracać równą konkurencję na unijnym rynku, to nie gwarantują one analogicznej równości na rynkach eksportowych poza jego granicami. Ich rola z roku na rok rośnie, jako że ich wzrost gospodarczy jest większy niż ten wewnątrz Unii Europejskiej. Wspomniane jednostronne mechanizmy są dodatkowo trudne do wdrożenia, wymagając od władz unijnych instytucji zbierania i weryfikacji olbrzymich ilości danych od producentów z państw trzecich, związanych chociażby z poziomami emisji dwutlenku węgla, poniesionymi przez nich kosztami emisji, geolokalizowaniem pozyskanego drewna czy soi, dbaniem o stan zagranicznych lasów czy poziomem i charakterem otrzymywanych subsydiów. Warunkowe przyznawanie wsparcia finansowego jest – w porównaniu do opisanego mechanizmu – czymś znacznie prostszym w zarządzaniu. Mechanizmy ochrony handlu są też ze swej natury reaktywne – próbują przywrócić równowagę w konkurowaniu w odpowiedzi na działanie podjęte przez państwo trzecie. Może być tak, że zostaną one wdrożone już wówczas, kiedy szkoda została wyrządzona.
W efekcie Unia Europejska zaczęła odkurzać swą politykę przemysłową. Komisja Europejska aktywnie promuje obecnie mechanizm IPCEI – istotnych projektów o paneuropejskim znaczeniu. Europejskie reguły konkurencji pozwalają państwom członkowskim – pod pewnymi warunkami – na subsydiowanie unijnych firm (i innych podmiotów) w celu podjęcia wspólnych, wielkoskalowych projektów o szczególnych korzyściach dla całej Unii, które w wypadku braku finansowania nie zostałyby zrealizowane. Te „Important Projects of Common European Interest” ruszyły już w dziedzinach takich jak mikroelektronika, baterie, wodór czy chmury obliczeniowe, pozwalając na połączenie wartych miliardy euro prywatnych i publicznych strumieni finansowych w celu wypromowania europejskiego przywództwa.
Jeszcze bardziej śmiałą inicjatywą z dziedziny polityki przemysłowej jest Europejski Akt o Chipach, zaproponowany przez KE w lutym 2022 roku. Stanowił on bezpośrednią odpowiedź na globalny niedobór półprzewodników, który narodził się na progu pandemii koronawirusa. Zależność Unii Europejskiej od niewielkiej liczby producentów z Azji Wschodniej została uznana za geopolityczne miękkie podbrzusze – szczególnie w kontekście rosnących napięć wokół Tajwanu. Akt ten ma na celu m.in. zmobilizować przeszło 43 miliardy euro środków publicznych i prywatnych w celu wzmocnienia unijnych zdolności wytwórczych na różnych etapach półprzewodnikowych łańcuchów dostaw – włączając w to ich projektowanie oraz wytwarzanie.
Wpływ amerykańskiego prawodawstwa
Wezwania do bardziej asertywnej unijnej polityki przemysłowej przybrały na sile, gdy Stany Zjednoczone zdecydowały się na przyjęcie w sierpniu 2022 roku Inflation Reduction Act (IRA). Ustawa ta służyć ma osiągnięciu szeregu celów – jej głównym elementem jest plan inwestycji energetyczno-klimatycznych na poziomie 369 miliardów dolarów. Podczas gdy Unia z początku przyjęła ów plan z zadowoleniem jako najbardziej ambitną amerykańską inicjatywę klimatyczną w historii, z czasem zaczęła wyrażać wątpliwości co do tego, iż otrzymanie sporej części subsydiów za zielone technologie wymaga spełnienia wymogów odpowiedniego poziomu udziału lokalnych komponentów. IRA gwarantuje na przykład tysiące dolarów dla konsumentów w USA, którzy zdecydują się na kupno samochodu elektrycznego – tyle że warunkiem ma być to, że samochód i jego bateria są wyprodukowane w przeważającej części w USA lub w krajach, z którymi mają one porozumienie handlowe. Na chwilę obecną wykluczałoby to pojazdy elektryczne wytworzone w UE, stawiając wyprodukowane w Unii auta na gorszej pozycji na amerykańskim rynku.
IRA – w połączeniu ze znacznie wyższymi w porównaniu do USA cenami energii w Europie – może skończyć się skuszeniem firm do relokacji lub realizacji nowych inwestycji w Stanach Zjednoczonych, a nie w Unii Europejskiej. Unia zwróciła się zatem do Stanów z prośbą o przemyślenie zapisów dotyczących wymaganego udziału rodzimych komponentów, albo chociaż o rozszerzenie zapisów tak, by uwzględniały również te pochodzące z UE. Zasugerowała również możliwość wejścia w spór handlowy albo wdrożenia działań odwetowych na wypadek, gdyby jej sugestie nie zostały uwzględnione. Odpowiedź ta grzeszy jednak naiwnością, nieszczególnie zauważając kontekst stojącej za ustawą ekonomii politycznej. Bez dostatecznych gwarancji co do tego, że bardziej ambitna polityka klimatyczna przyczyni się do rozwoju miejsc pracy właśnie w USA, IRA nie przeszłaby przez Kongres.
Jako że znaczące zmiany w wymogach dotyczących udziału krajowych komponentów wydają się coraz mniej prawdopodobne, część europejskich decydentów zaczęła nawoływać do tego, by UE stworzyła swój odpowiednik amerykańskiej ustawy. Francuski prezydent Emmanuel Macron szybko zaproponował skopiowanie IRA poprzez realizację hasła „kupuj europejskie”. Francuski komisarz Thierry Breton nazwał wprowadzone przez USA prawo (któremu towarzyszyła legislacja, dotycząca promowania zakupu amerykańskich towarów, rozwijania rynku półprzewodników czy przemysłu obronnego) „przykładem determinacji i śmiałości”, nawołując przy tym do bardziej asertywnej unijnej polityki przemysłowej. W połowie września minionego roku szefowa Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, w przemówieniu o stanie Unii Europejskiej wydawała się wspierać ten kierunek, odwołując się do nowej koncepcji Europejskiego Funduszu na rzecz Suwerenności. Choć w Europie daje się zauważyć konsensus co do tego, że polityka przemysłowa jest niezbędna dla uniknięcia deinsutrializacji Unii, daje się słyszeć różne opinie co do tego, jak dokładnie powinna ona wyglądać.
Ścieżka narodowa – czy europejska?
Niektórzy nawołują do dalszych zmian w unijnych regułach dotyczących pomocy publicznej – tak, by państwa członkowskie mogły łatwiej subsydiować sektory stawiające na zieloną i cyfrową transformację. W odpowiedzi na pandemię oraz rosyjską inwazję na Ukrainę Komisja przyjęła szeroko zakrojone, tymczasowe wyjątki w kontrolowaniu pomocy publicznej. Niektórzy w KE – włącznie z zajmującą się tematyką konkurencji Margrethe Vestager – nawołują do jeszcze szerszych, długofalowych „tymczasowych ram czasów kryzysu i transformacji”, które uprościłyby pomoc publiczną dla technologii energetyki odnawialnej oraz inwestycji w moce produkcyjne, wobec których istnieje ryzyko ich przeniesienia poza Europę.
Ryzykiem obrania takiego kursu byłaby z kolei fragmentacja wspólnego rynku. Niektóre państwa członkowskie mają głębsze kieszenie, do których mogłyby sięgnąć w celu przekazania zielonych subsydiów firmom. Większe oraz dysponujące szerszym zakresem swobody fiskalnej kraje mogą udzielać pomoc publiczną łatwiej niż mniejsze i te, borykające się z wyższymi poziomami zadłużenia. Od czasu, gdy po rosyjskiej agresji na Ukrainę weszły w życiu wyjątki dla kontroli pomocy publicznej w UE aż 53% spośród 672 miliardów euro zaakceptowanej pomocy w ramach Unii zostało udzielonych przez Niemcy, a kolejne 24% – przez Francję.
Jeśli głównym narzędziem unijnej polityki przemysłowej stanie się rozluźnianie zasad pomocy publicznej, wówczas rosnąć będzie zagrożenie nierównego pola gry w ramach wspólnego rynku, które sprzyjać będzie państwom o większych zasobach i przestrzeni fiskalnej. Lepszym rozwiązaniem byłoby subsydiowanie zielonego przemysłu na szczeblu unijnym – tak, aby wszystkie państwa członkowskie mogły cieszyć się korzyściami z ich wypłacania. Europejski fundusz polityki przemysłowej może czerpać inspiracje z przełomowego unijnego funduszu odbudowy, będącego odpowiedzią na sytuację po pandemii koronawirusa. Może również wspierać działania na rzecz minimalizacji ryzyk związanych z bezrobociem, realizowane poprzez awaryjny instrument finansowy SURE. Jeśli rozluźnienie reguł pomocy publicznej zostanie przyjęte przed zgodą co do kształtu nowego unijnego finansowania polityki przemysłowej, wówczas istnieć będzie ryzyko, że większe państwa członkowskie stracą zainteresowanie tego typu wspólnym projektem.
Szanse i zagrożenia
Nowa europejska polityka przemysłowa może nieść za sobą szereg szans. Może przyczynić się do zwiększenia poziomów kontroli społecznej nad zieloną i cyfrową transformacją. Prowadząc w czytelny sposób do tworzenia nowych miejsc pracy w zielonych sektorach gospodarki łatwiej jej będzie wzbudzić pozytywne skojarzenia z tymi zmianami – milsze niż obecne dyskusje o rosnących cenach, malejącym popycie czy znikającym zatrudnieniu. Podejście skupiające się na metaforycznej „marchewce” może wygenerować większe poparcie społeczne na rzecz zielonej transformacji niż to, które opiera się bardziej na „kijach”. Instytucje publiczne mogą uzależnić uzyskanie pomocy publicznej od przestrzegania najwyższych standardów praw pracowniczych i socjalnych (jak w przypadku amerykańskiego IRA), promując w ten sposób sprawiedliwy charakter zmian.
Nie należy przy tym zapominać, że to nowe europejskie podejście do tematu niesie ze sobą również ryzyka, których należałoby uniknąć lub przynajmniej zminimalizować je. Nie jest nim jednak scenariusz, przed którym niektórzy przestrzegają – globalny wyścig na subsydia między głównymi potęgami gospodarczymi. Na świecie obserwujemy olbrzymią lukę inwestycyjną między obecnymi poziomami finansowania a tymi, które są niezbędne do realizacji celu neutralności klimatycznej do roku 2050. Wyścig na zielone subsydia byłby wręcz czymś mile widzianym – oczywiście pod warunkiem, że faktycznie skutkowałby redukcjami emisji gazów cieplarnianych. Oznacza to, że subsydia te powinny być nakierowane na dodatkowe, a nie już zaplanowane inwestycje. Współpraca międzynarodowa (jak w wypadku UE i USA) nad wdrażanymi politykami przemysłowymi może pomóc w tym, by wzajemnie się uzupełniały i nie przyczyniały do nieefektywnej, marnującej zasoby nadprodukcji. Uwzględnienie kwestii globalnej sprawiedliwości wymaga od Unii (i innych dużych graczy) zapewnienia, że wprowadzane subsydia nie będą szkodzić krajom rozwijającym się – lub też, jeśli takie szkody zajdą, to zostaną one zrekompensowane. Polityka przemysłowa ma zwiększać ilość zielonych i cyfrowych produktów i usług, a nie jedynie zyski już istniejących graczy rynkowych. Jej ukształtowanie na fundamencie dotychczas funkcjonującej struktury gospodarki nie przyniesie nam automatycznie pożądanych rezultatów.
Powrót polityki przemysłowej – warunki sukcesu
Europejska polityka przemysłowa wróciła do gry. Jej powrót stanowi odpowiedź na posunięcia innych graczy, wyzwanie klimatyczne oraz bardziej geopolityczne spojrzenie na integrację ekonomiczną. Wojna w Ukrainie, kryzys energetyczny czy przyjęcie Inflation Reduction Act w Stanach Zjednoczonych dodały temu trendowi wiatru w żagle. Choć polityka przemysłowa ma potencjał do demokratyzacji oraz przyspieszenia zielonej i cyfrowej transformacji, zapewniając przy tym jej sprawiedliwy charakter, to jednak korzyści z jej wdrażania nie są niczym gwarantowanym. Aby zapewnić udany powrót polityki przemysłowej powinna być ona finansowana na szczeblu unijnym, a nie krajowym, skupiać się na nowych (a nie już realizowanych) inwestycjach, a także zapewniać przejrzyste, warunkowe i inkluzywne przyznawanie środków – takie, które nie będzie jedynie wzmacniać pozycję już dziś dominujących na rynku firm.
Ferdi De Ville
Tłum. Bartłomiej Kozek
Materiał Instytutu Studiów Międzynarodowych i Europejskich Uniwersytetu w Gandawie opublikowany został na witrynie magazynu Green European Journal. Dziękujemy za zgodę na przedruk.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Nico Franz from Pixabay.
przez redakcja | niedziela 14 maja 2023 | aktualności
Hiszpania sięga po nowe narzędzia i wydaje kolejne miliardy euro, by poprawić dostępność mieszkań.
Jak informuje portal biznes.interia.pl, Hiszpania wprowadzi gwarancje wkładu własnego, ale mocno stawia też na tani najem i mieszkania o niskim czynszu, w tym komunalne. Chce zwiększyć ich udział w rynku z 3 do 20 proc. W ostatnim czasie zdecydowała o uruchomieniu trzech dużych programów. Tamtejszy rząd próbuje pomóc młodym ludziom kupić pierwsze mieszkanie dając możliwość gwarantowania brakującego wkładu własnego.
Co czwarty Hiszpan między 30. a 34. rokiem życia wciąż mieszka ze rodzicami – wynika z danych Narodowego Instytutu Statystyki (INE). W młodszych grupach ten odsetek jest dużo wyższy i jednym z najwyższych w Europie. Dla zdecydowanej większości (82,8 proc.) koszty mieszkania są jednym z głównych problemów życiowych (badania przeprowadzone przez dziennik „El Pais”).
Z tego powodu gabinet premiera Pedro Sancheza (PSOE) zdecydował we wtorek o uruchomieniu nowej linii kredytowej pomocy publicznej. Będą z niej udzielane gwarancje 20 proc. wartości mieszkania kupowanego na kredyt, czyli wymagany przez banki wkład własny. W przypadku mieszkań energooszczędnych będzie to mogło być nawet 25 proc. Na ten program rząd przeznaczy 2,5 miliarda euro. O wsparcie mogą ubiegać się Hiszpanie, którzy nie ukończyli 35. roku życia. Roczny dochód ubiegającego się o pomoc nie może przekroczyć 37 800 euro na osobę. Jeśli wnioskujący o dopłatę mają na utrzymaniu dzieci, nie obowiązuje ich limit wiekowy, jednak pozostaje granica dotycząca wysokości zarobków. Pożyczka musi zostać sfinalizowana przed 31 grudnia 2025 r., ale nie jest wykluczone, że w zależności od zapotrzebowania i sytuacji gospodarczej, termin zostanie przedłużony o dwa lata. Na spłatę rządowej pomocy młodzi będą mieli 10 lat.
Hiszpańska Rada Ministrów dała też zielone światło na budowę i remonty 43 tysięcy tanich mieszkań na wynajem (głównie chodzi o mieszkania komunalne). Na budowę i remonty mieszkań rząd przeznaczy 4 miliardy euro. Jak poinformowano pieniądze pochodzić będą z europejskich funduszy. Tamtejszy rząd zapowiedział też uruchomienie programu, w ramach którego ma być wprowadzone na rynek 50 tys. mieszkań o niskim czynszu. Wszystkie pochodzić będą z Sareb – banku zarządzającego aktywami wysokiego ryzyka, m.in. nieruchomościami, które po kryzysie finansowym 2008 roku straciły właścicieli. Łącznie daje to 93 tys. mieszkań, które mają być oferowane w ramach taniego najmu.
Premier Sanchez zapowiedział też, że chce znacznie zwiększyć liczbę i udział mieszkań komunalnych w całkowitym zasobie mieszkaniowym do 20 proc. Teraz jest to zaledwie 3 proc., znacznie poniżej średniej w UE, która wynosi 9 proc.
przez redakcja | piątek 12 maja 2023 | aktualności
Pracownicy wcale nie pragną owocowych czwartków, kart sportowych ani specjalnego ubezpieczenia zdrowotnego. Na liście pożądanych benefitów królują podwyżki, premie oraz czterodniowy tydzień pracy.
Jak informuje portal wnp.pl, odejście pracowników do benefitów jest pochodną warunków społeczno-gospodarczych. W pandemii prym wiodły pakiety opieki medycznej, aktualnie na skutek inflacji pracownicy, gdyby mogli poprosić pracodawcę o cokolwiek, wybraliby podwyżkę lub premię. Na trzecim miejscu najbardziej pożądanych benefitów pojawia się 4-dniowy tydzień pracy, z którego chętnie skorzysta co trzeci pracownik – wynika z „Barometru Polskiego Rynku Pracy” Personnel Service.
Na kolejnych miejscach są dodatki, które obniżają koszty życia. Dofinansowanie dojazdów do pracy to oczekiwanie 29 proc. osób, a 25 proc. liczy na darmowe wyżywienie w pracy. Co czwarta osoba zadowoliłaby się dodatkowymi dniami wolnymi.
Z „Barometru Polskiego Rynku Pracy” Personnel Service wynika, że benefity pozapłacowe otrzymuje 30 proc. pracowników. Najczęściej są to bony i rabaty (52 proc.), prywatna opieka medyczna (45 proc.), paczki na święta (44 proc.) oraz imprezy integracyjne (41 proc.). To jednak nie odpowiada wprost na oczekiwania pracowników.
Gdyby pracownicy mogli poprosić swojego pracodawcę o cokolwiek to najchętniej zwróciliby się o podwyżkę wynagrodzenia (73 proc.) albo premię finansową (63 proc.). Na trzecim miejscu najbardziej oczekiwanych benefitów znajduje się czterodniowy tydzień pracy. Na liście pożądanych benefitów znajduje się jeszcze praca zdalna przez 2-3 dni w tygodniu, wskazywana przez 17 proc. osób.
przez redakcja | czwartek 11 maja 2023 | aktualności
Na należących do Huty Pokój terenach w Rudzie Śląskiej Węglokoks chce postawić całkowicie nowy zakład z własną stalownią.
Jak informuje portal wnp.pl, są dwa możliwe projekty inwestycji. Jeden z nich polega na realizacji inwestycji modernizujących lub rozwijających moce produkcyjne w spółkach hutniczych. Drugi to program budowy stalowni w grupie kapitałowej Węglokoks.
Chcemy postawić kompletną hutę opartą o piec lub piece elektryczne – to zależy od tego, jakie będziemy mieć planowane moce produkcyjne, a także walcownię, najprawdopodobniej wyrobów płaskich. Wciąż jesteśmy na etapie przeprowadzania analiz i koncepcji. Rozważamy różne warianty co do wielkości mocy produkcyjnych, jak i asortymentu, który będziemy produkować – powiedział Marek Akciński, wiceprezes Węglokoksu.
W ubiegłym roku grupa poinformowała, że budowana stalownia ma mieć moce na poziomie 1 mln ton stali rocznie, a wartość wszystkich planowanych w grupie inwestycji ma sięgnąć 5 mld złotych.
Ważnym elementem strategii rozwoju Węglokoksu są inwestycje w spółki hutnicze, które grupa już ma w swoim portfolio.
– Mamy 4 spółki hutnicze. W dwóch będzie to modernizacja dotychczasowych linii produkcyjnych przy zachowaniu podobnego asortymentu. W jednej postawimy nową linię produkcyjną, ale także asortymentowo zbieżną z tym, co huta produkuje obecnie. W czwartej postawimy linię, która będzie wytwarzała całkowicie nowe wyroby – powiedział Marek Akciński.
przez redakcja | środa 10 maja 2023 | aktualności
Z danych ZUS wynika, że większość Polaków decyduje się na przejście na emeryturę w ciągu pierwszego roku od uzyskania uprawnień.
Jesteśmy zmęczeni pracą. Jak informuuje portal pulshr.pl, średni wiek mężczyzny, któremu ZUS przyznał świadczenie, wynosi 65,2 roku. W przypadku kobiet średni wiek to 60,6 roku. W 2022 r. ZUS przyznał emeryturę 70,3 proc. uprawnionym w dniu, w którym osiągnęli wiek emerytalny.
Kolejne 18,6 proc. uprawnionych otrzymało emeryturę w ciągu 1-11 miesięcy po ukończeniu odpowiednio 60. lub 65. roku życia.
Z danych ZUS wynika też, że przeciętna przyznana w 2022 roku emerytura, zarówno na starych, jak i nowych zasadach, wyniosła 3136 zł brutto. Średnią zawyżają jednak mężczyźni. Kobiety otrzymują przeciętnie tylko 2521 zł brutto.
Polacy mają świadomość, że emerytury mogą nie być wystarczające. Z najnowszego „Barometru Polskiego Rynku Pracy” Personnel Service wynika, że aż 77 proc. osób obawia się, iż ich emerytura będzie niska. Częściej takie wątpliwości mają kobiety – 82 proc. do 72 proc. mężczyzn.
55 proc. osób przyznaje, że będzie zmuszona do pracy dłużej niż przewiduje to wiek emerytalny. To o 5 pkt proc. więcej niż rok temu. Dla 38 proc. największą motywacją do pracowania dłużej jest znaczący wzrost przyszłej emerytury za dodatkowe lata pracy. Szczególnie jest to istotne dla kobiet – 43 proc. do 34 proc. mężczyzn.
przez redakcja | wtorek 9 maja 2023 | aktualności
Właściciel budynku komunalnego powinien zapewnić lokatorom takie warunki mieszkaniowe, które nie będą zagrażały ich życiu lub zdrowiu. Jednak na 20 skontrolowanych przez NIK gmin jedynie połowa prowadziła prace służące poprawie stanu mieszkań o niskim standardzie, i to tylko nielicznych.
Jak informuje Najwyższa Izba Kontroli na swojej stronie internetowej, mieszkania substandardowe to według Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) takie, w których standard życia jest bardzo niski ze względu na fatalny stan techniczny takiego mieszkania, braki w instalacjach wodno-kanalizacyjnych lub przeludnienie. Mieszkanie w takich warunkach jest zaliczane wg Europejskiej Typologii Bezdomności i Wykluczenia Mieszkaniowego ETHOS, do tzw. ukrytej bezdomności.
Dobra wiadomość jest taka, że w Polsce systematycznie ubywa tego rodzaju mieszkań, co pokazują spisy powszechne.
W 2002 r. mieszkań substandardowych było 1,8 mln (ok. 15% ogółu),
mieszkało w nich 6,48 mln osób (ok. 17% społeczeństwa). W 2011 r.: mieszkań substandardowych było 1,3 mln (ok. 11% ogółu), mieszkało w nich 5,36 osób (ok. 14% społeczeństwa). Jak do tej pory GUS nie opublikował pełnych wyników Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań z 2021 r., ale wstępne dane wskazują na kolejną poprawę.
W 2021 r. 94,8% mieszkań było wyposażonych w łazienkę (wzrost o ok. 19% w porównaniu z 2011 r.) oraz toaletę spłukiwaną bieżącą wodą (wzrost o ok. 16% w porównaniu z 2011r.).
To nie zmienia jednak faktu, że zarówno liczba, jak i eksploatacja mieszkań o niskim standardzie nadal stanowią jeden z najważniejszych problemów mieszkaniowych w Polsce. W Narodowym Programie Mieszkaniowym z 2016 r. założono, że do 2030 roku liczba osób mieszkających w takich mieszkaniach powinna spaść do 3,3 mln, czyli zmniejszyć się o 2 mln.
Osiągnięcie tego stanu wymaga przede wszystkim znacznych nakładów finansowych, które na ogół przekraczają możliwości gmin. Kontrola pokazała jednak, że i one mają wiele do zrobienia. Przede wszystkim w sprawie budynków z mieszkaniami o niskim standardzie powinny prowadzić politykę mieszkaniową długofalowo i racjonalnie w oparciu o rzetelnie przeprowadzane kontrole okresowe. Tymczasem wymagane przepisami roczne i pięcioletnie kontrole wszystkich takich budynków i w pełnym zakresie wykonywały w badanym okresie tylko trzy gminy. Dwie nie przeprowadzały żadnych kontroli stanu technicznego budynków.
Nie mając pełnej wiedzy o rzeczywistych potrzebach, większość skontrolowanych samorządów nie mogła ani właściwie zaplanować kolejnych remontów, ani odpowiednich środków. Ponad połowa nie sporządzała żadnych zestawień czy wykazów, w których ujętoby prace i naprawy wynikające z kontroli, a w efekcie nie zrealizowała znacznej części wynikających z nich zaleceń, ale także decyzji organów nadzoru budowlanego czy zadań ujętych w kluczowych wieloletnich programach gospodarowania zasobem mieszkaniowym. Pięć gmin w ogóle takich planów remontowych nie miało.
Jak pokazała kontrola przeprowadzona przez NIK, 30% budynków wymagało natomiast kompleksowych i kapitalnych remontów lub wymiany poszczególnych elementów. W przypadku 42 obiektów poziom ich zużycia był na tyle wysoki, że eksploatacja mogła stwarzać zagrożenie. W 17 budynkach, czyli w blisko co piątym poddanym oględzinom, kontrolerzy Izby stwierdzili bezpośrednie niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia albo powstania znacznej szkody. Przykładem może być jedna z nieruchomości w Koszalinie. Kurek głównego dopływu gazu umieszczono tam przy wejściu głównym, w skrzynce niezabezpieczonej przed wpływami atmosferycznymi, uszkodzeniami mechanicznymi i dostępem osób niepowołanych. W jednej z łazienek lokatorzy zainstalowali elektryczne urządzenia do podgrzewania wody, łącząc je prowizorycznie z instalacją elektryczną budynku, bez właściwej izolacji i zabezpieczenia przed uszkodzeniami czy kontaktem z wodą.
Fatalny stan gminnych budynków z mieszkaniami o niskim standardzie wynikał nie tylko z ich wieku. 2/3 nie miało centralnego ogrzewania co powodowało nadmierną wilgoć, a w konsekwencji zagrzybienie ścian.
We wszystkich gminach NIK zleciała także straży pożarnej przeprowadzenie kontroli ok. 100 budynków – od dwóch w gminie Lesko do 10 w Rudzie Śląskiej. Tylko w trzech gminach nie stwierdzono nieprawidłowości, w pozostałych niemal we wszystkich skontrolowanych obiektach. Najczęstsze dotyczyły braku wyłącznika prądu, umieszczania materiałów łatwopalnych na drogach ewakuacyjnych, a także używania niesprawnych instalacji elektrycznych, odgromowych lub bez wymaganych przeglądów.
przez redakcja | poniedziałek 8 maja 2023 | aktualności
Założenie po stadionie Skry w Warszawie miało być zielonym kompleksem sportowo-parkowym dla wszystkich mieszkańców. Zostało zabetonowane. Mieszkańcy mówią „dość”.
Jaka informuje portal architekturaibiznes.pl, kiedy w 2018 r. rozstrzygnięto konkurs na zagospodarowanie zespołu Skry, władze miasta przedstawiały wizję pogrążonego w zieleni zespołu sportowo-parkowego, kierowanego do wszystkich mieszkańców. Pięć lat później z tych planów nie zostało wiele — zamiast zieleni i wody będzie hala sportowa i zaplecze dla profesjonalnych sportowców. Te założenia budzą protesty i zarzuty o betonowanie parku.
Stadion Skry miasto odzyskało po wieloletniej batalii sądowej. W 2021 r. udało się ostatecznie zakończyć sprawę, a ratusz rozpoczął uprzątanie zaniedbanego terenu. Część uporządkowanego obszaru otwarto, pojawiły się zapowiedzi modernizacji stadionu, negocjacji z projektantami i systematycznego przywracania do użytkowania części obiektu i udostępniania ich wszystkim mieszkańcom, w tym klubom sportowym.
Konkurs architektoniczno-urbanistyczny na koncepcję modernizacji kompleksu sportowego rozstrzygnięto już w październiku 2018 r. Przed projektantami postawiono zadanie zaprojektowania stadionu treningowego z zapleczem, strefy rekreacyjno-sportowej łączącej park Pole Mokotowskie ze Skrą oraz ogólne zagospodarowanie całej nieruchomości przygotowujące ją do bezpiecznego i zgodnego z przeznaczeniem korzystania oraz do dalszych prac inwestycyjnych. W drugim etapie zakładano budowę drugiego stadionu.
Najlepsza okazała się praca zespołu Aleksandra Wadasa. Atutem pracy były atrakcyjne rozwiązania krajobrazowe, osie kompozycyjne, wykreowanie zbiornika wodnego i zachowanie zieleni. Projekt spotkał się z dobrym odbiorem nie tylko wśród specjalistów, ale też mieszkańców i mieszkanek Warszawy. Pięć lat po ogłoszeniu wyników konkursu okazuje się, że przyjęta i promowana przez władze Warszawy wizja nie będzie realizowana.
Zmodernizowany zostanie za to stadion lekkoatletyczny na 25 tysięcy miejsc na trybunach. Obok powstanie boisko do rugby, strefa rzutów młotem i zaplecze treningowe. Nowością i jednocześnie budzącą największe kontrowersje częścią inwestycji jest planowana hala widowiskowo-sportowa na 6 tysięcy miejsc.
Obawy mają osoby zaangażowane w działalność stowarzyszeń, które wystosowały do Rafała Trzaskowskiego petycję w tej sprawie: Wyrażamy stanowczy sprzeciw wobec planów budowy hali sportowej na 6-7 tysięcy widzów na terenie Skry w pobliżu ul. Ondraszka. […] Stanowczo domagamy się przedstawienia koncepcji zagospodarowania terenu Skry, która będzie odpowiadała nie tylko potrzebom sportu zawodowego, ale w dużym stopniu także potrzebom zwykłych mieszkańców Warszawy, związanych z amatorską rekreacją i aktywnym wypoczynkiem, oraz będzie scalała Skrę z Polem Mokotowskim […] — fragment petycji.
Do tego autorzy petycji dodają kontrowersje związane z finansowaniem hali sportowej, którą ratusz zamierza udostępnić Legii Warszawa na potrzeby rozgrywek i organizacji koncertów. Zauważają, że jest to finansowanie z miejskiego budżetu infrastruktury dla prywatnego podmiotu. Hala ma być 1,5 razy większa od największej warszawskiej hali tego typu — Torwaru.
przez redakcja | niedziela 7 maja 2023 | klasyka, opinie
Pojawił się niedawno w Anglii pewien szczególny rodzaj książek i artykułów, które zupełnie prawdziwie i poważnie nazwać można najgłupszymi ze wszystkich, jakie tylko kiedykolwiek ludzkość z siebie wydała. To dzieła naraz bardziej szalone niż najbardziej szalone romanse rycerskie i nudniejsze niż najnudniejsze traktaty religijne. Co więcej, romanse rycerskie przynajmniej naprawdę mówiły o rycerzach; traktaty religijne o religii. Te produkty pióra, o których mówię zaś, są o niczym; bo o czymś, co nazywa się dzisiaj Sukcesem. Na każdym straganie z książkami, w każdym magazynie, można znaleźć tysiące porad na temat tego, jak odnieść sukces. To książki o sukcesie we wszystkich dziedzinach; pisane przez ludzi, którzy nie potrafią nawet z sukcesem napisać książki.
Zacznijmy od tego, że – rzecz jasna – nie ma czegoś takiego jak sukces. Albo, jak kto woli, nie ma niczego, co nie byłoby sukcesem. Sukces czegokolwiek oznacza po prostu tyle, że istnieje; sukces milionera polega na byciu milionerem, a osła na byciu osłem. Każdy żywy człowiek odniósł sukces w tym sensie przynajmniej, że żyje; dowolny trup – mógł z sukcesem popełnić samobójstwo. Niemniej, pomijając już błędy logiczne i filozoficzne kryjące się za tym rozumieniem owego pojęcia, możemy przyjąć, jak rzeczeni pisarze, że „sukces” oznacza po prostu zdobycie pieniędzy i pozycji w świecie. Otóż twórcy nasi twierdzą, że dzięki nim szary człowiek nauczy się odnosić sukcesy w swoim zawodzie, względnie w spekulacjach, którymi się akurat zajmuje – to znaczy: jeśli jest budowlańcem, będzie odnosił sukcesy jako budowlaniec; a jeśli maklerem – jako makler. Twierdzą, że dzięki ich radom właściciel warzywniaka zacznie ścigać się zawodowo na jachtach; dziesiątej kategorii dziennikarzyna zostanie parem; a niemiecki Żyd – Anglosasem. To jasna i konkretna propozycja biznesowa, i naprawdę sądzę, że ci, którzy te książki kupują (a są tacy), mają pełne prawo – na pewno moralne – domagać się zwrotu pieniędzy. Nikt nie ośmieliłby się wydać książki o elektryczności, która nie mówiłaby nic o elektryczności; nikt nie opublikował artykułu z dziedziny botaniki, którego autor nie wiedziałby, czy rośliny rosną korzeniami w dół, czy w górę. A jednak, świat współczesny pełen jest książek na temat sukcesu, w których nie znajdzie się choćby zrębu względnie racjonalnej idei i praktycznie ani krzty względnie zrozumiałej wypowiedzi.
Zupełną oczywistością jest, że w każdym względnie przyzwoitym zawodzie (na przykład murarstwo czy pisanie książek) sukces odnieść można tylko na dwa sposoby. Po pierwsze, robiąc świetną robotę, po drugie – oszukując. Obydwa są zbyt proste, by trzeba było o nich pisać. Jeśli konkuruje się o medale w skoku wzwyż, wówczas albo trzeba skoczyć wyżej niż wszyscy, albo w jakiś sposób wmówić wszystkim, że tak się zrobiło. Jeśli chce się wygrywać w wista, trzeba grać dobrze w wista – albo znaczyć karty. Pewnie znajdzie się ktoś, kto chciałby poczytać książkę o skakaniu; nawet o grze w wista; a nawet o tym, jak oszukiwać w wista. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał czytać książek na temat sukcesu. I na pewno nie takich, których setki, o ile nie tysiące porozrzucane są obecnie po naszym rynku księgarskim. Można lubić skoki wzwyż i można lubić karty, ale na pewno nikt nigdy nie lubił, nie lubi i nie polubi nieskładnych zdań uświadamiających mu, że skakanie to skakanie, albo że w grach wygrywają zwycięzcy.
Gdyby ci twórcy, na przykład, postanowili wypowiedzieć się na temat tego, jak odnieść sukces w skakaniu, brzmiałoby to mniej więcej tak: „Skoczek musi mieć jasny cel. Musi pragnąć skoczyć wyżej, niż wszyscy inni skoczkowie. Musi pozbyć się całkowicie miałkich sentymentów, współczucia i litości (uwaga! bo jakże łatwo zarazić się dzisiaj nimi od angielskich patriotów czy przeciwników drugiej wojny burskiej) i za wszelką cenę dać z siebie wszystko. Pamiętać musi, że konkurencja w skokach jest szczególnie ostra i bezwzględna, i że, jak to doskonale wykazał wielki Karol Darwin, SŁABI ODPADAJĄ”. Brzmiałoby to, powiadam, mniej więcej tak, i na pewno najlepszy efekt przyniosło, gdyby czytać to ściszonym głosem (i czyniąc dramatyczne pauzy) bardzo młodemu człowiekowi, który właśnie miałby wykonać skok wzwyż.
Albo załóżmy, że w trakcie swych intelektualnych wędrówek nasz filozof sukcesu zająłby się drugim z wymienionych przez nas przykładów, graniem w karty. Prawdopodobnie, pełnym śmiałości głosem zacząłby obwieszczać: „Jeśli gra się w karty, jak ognia unikać trzeba częstego ostatnio błędu (powszechnego zwłaszcza wśród zniewieściałych humanitarystów i ideologów wolnego handlu), polegającego na tym, że pozwalamy przeciwnikowi wygrać. Nie, nie, nie – trzeba zacisnąć pięści i zęby, i walczyć aż do zwycięstwa. Epoka idealizmu i przesądów dobiegła końca. Żyjemy w czasach nauki i zdrowego rozsądku, nauka zaś niezbicie udowodniła, że w każdej grze, w którą gra się we dwójkę, JEŚLI JEDNA STRONA PRZEGRA, DRUGA WYGRA”. Nie da się ukryć, fascynujące; wyznam wszakże (z pewnym wstydem), że gdybym sam chciał pograć w karty, prędzej już zaopatrzyłbym się w małą książeczkę wyjaśniającą zasady gry. Jeśli nie chodzi o reguły, chodzi wyłącznie o talent lub o nieuczciwość; i zasadniczo chciałbym wykazać się albo jednym, albo drugim, a czym faktycznie mógłbym – to już nie mnie rozstrzygać.
Przeglądając popularne magazyny angielskie, raz po raz natrafia się na przedziwnych i zabawnych ludzi. Na przykład czytałem niedawno taki ciekawy artykuł – „Instynkt bogactwa”, okraszony na pierwszej stronie wielkim portretem Lorda Rotszylda. Otóż na mój rozum, w kwestii bogacenia się istnieją tylko metody uczciwe lub nieuczciwe; a jedyny „instynkt”, który przychodzi mi w związku z nią do głowy, to ten, który stara, prymitywna teologia chrześcijańska określała mianem „chciwości”. To wszakże ledwie dygresja. Teraz chciałbym zacytować tutaj kilka fragmentów odnośnego dzieła, stanowiących doskonały przykład typowego poradnika „człowieka sukcesu”. Takie są praktyczne; i nie pozostawiają żadnych wątpliwości, co powinniśmy zacząć teraz robić – „Nazwisko »Vanderbilt« [1] stało się synonimem bogactwa, którego zdobycie umożliwia nam obecny system. »Cornelius«, pierwszy z rodziny, był również pierwszym wielkim magnatem handlowym Ameryki. Zaczynał jako syn ubogiego rolnika; skończył jako najbogatszy człowiek swoich czasów”.
„Miał instynkt bogacenia się. Umiał korzystać z okazji, robić dobry użytek z możliwości, jakie otworzyło przed człowiekiem zastosowanie w transporcie morskim silnika parowego, i narodziny transportu kolejowego w bogatych, acz nierozwiniętych jeszcze Stanach Zjednoczonych, dzięki czemu zgromadził kolosalną fortunę”.
„Oczywiście, nie możemy pójść za przykładem tego monarchy transportu dosłownie krok w krok. Okazje, które mu się nadarzyły, nam się już nie nadarzają. Okoliczności się zmieniły. Ale mimo to, możemy, stosownie do warunków naszego czasu, stosować te same co on metody; możemy korzystać z tych okazji, które się przed nami otworzą, i dać sobie przynajmniej szansę na zbicie fortuny”.
Podobnie osobliwe sformułowania pozwalają nam przynajmniej bezbłędnie zorientować się, co tkwi u podstaw wszystkich tego typu książek i artykułów. Nie chodzi o biznes; nawet nie o pospolity cynizm. Chodzi o mistycyzm; straszliwy i wstrętny mistycyzm mamony. Autor tych akapitów nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie Vanderbilt doszedł do swoich pieniędzy, albo jak ktoś inny mógłby do nich dojść. Istotnie, kończy swój wywód jakimś niejasnym zarysem planu; który nie ma jednak nic wspólnego z Vanderbiltem. Jedyne, czego ten autor pragnął, to popłaszczyć się trochę przed misterium milionera. Bo jeśli naprawdę coś czcimy, kochamy to nie za jasność, ale właśnie za tajemniczość. Radujemy się faktem, że nasz bóg jest niewidzialny. Tak też, na przykład, gdy młody chłopak zakocha się w jakiejś dziewczynie, szczególnie podoba mu się w niej to, że jest nieracjonalna. Lub też pobożny poeta, pisząc na cześć Stwórcy, szczególną przyjemność czerpie z wersów takich jak „Jakże tajemnie Bóg ziemię przebiega” [2]. Otóż autor przywoływanego tu artykułu najprawdopodobniej nigdy nie miał nic do czynienia z żadnym bogiem, ani (co wnoszę z ekstremalnej niepraktyczności jego przemyśleń) nigdy naprawdę nie zakochał się w kobiecie. Niemniej, do swego osobistego bożka – Vanderbilta – odnosi się w sposób nie mniej mistyczny. Odczuwa przedziwną rozkosz z faktu, że wielkie bóstwo coś przed nim ukrywa. I dusza jego wpada w swego rodzaju zachwycenie szarlatana, ekstazę fałszywych proroków, mogąc udawać, że oto uchyla przed masami rąbka tej tajemnicy, o której sam nie ma pojęcia.
Mówiąc o instynkcie bogactwa, ten sam autor zauważa:
„W dawniejszych epokach doskonale zdawano sobie sprawę z jego istnienia. Starożytni Grecy uwiecznili ów instynkt w opowieści o królu Midasie, w wizji »złotego dotyku«. Oto człowiek, który zamienia w złoto wszystko, czego dotknie. Jego życie to jeden wielki marsz ku fortunie. Ze wszystkiego, na co w życiu natrafił, wyprowadzał natychmiast ów szlachetny kruszec. »Głupia legenda«, śmiali się mędrkowie czasów wiktoriańskich. »Prawda«, mówimy dzisiaj. Bo przecież widzimy takich ludzi na własne oczy. Wszyscy znamy, osobiście lub tylko ze słyszenia, tych, którzy zamieniają w złoto wszystko, czego się tylko dotkną. Sukces podąża za nimi krok w krok. Ich droga wiedzie w górę, w górę, na sam szczyt. Nie znają, nie mogą znać, smaku porażki”.
No cóż, Midas niestety mógł poznać smak porażki; i poznał smak porażki. Jego droga nie wiodła w górę, w górę, na sam szczyt. Umarł z głodu, ponieważ ilekroć dotykał herbatników czy kanapki z szynką, zamieniały się w złoto. I to jest właśnie morał tej historii, choć autor nasz zmuszony był go dyskretnie przemilczeć, publikując swe dzieło tak blisko portretu Lorda Rotszylda. Stare bajki ludzkości stanowią, istotnie, źródło niezgłębionej mądrości – i nie wolno ich cenzurować w hołdzie dla pana Vanderbilta. Nie wolno przedstawiać króla Midasa jako człowieka sukcesu; z tego prostego powodu, że to człowiek, który poniósł porażkę, i to niezmiernie dotkliwą. Oprócz tego wyrosły mu ośle uszy. I, jak wszystkie znaczniejsze persony, bardzo starał się to ukryć. Jego fryzjer (o ile pamiętam), proszony był o zachowanie w tej sprawie najwyższej dyskrecji; i jegomość ten, zamiast stać się energicznym biznesmenem ze szkoły sukcesu i zacząć szantażować króla Midasa, poszedł za miasto i rozpowiedział o tym skandalu trzcinom wodnym, które miały w związku z tym chwilę dobrej zabawy. Powiada się, że szeptały o tym ze śmiechem, gdy wiatr je kołysał. Spoglądam z nabożnym szacunkiem na portret Lorda Rotszylda; z nabożnym szacunkiem czytam o wyczynach pana Vanderbilta. Wiem, że nie wszystko, czego się tknę, zamienia się w złoto; ale też nigdy nie chciałem, żeby tak było, bo oprócz złota lubię na świecie kilka innych rzeczy, takich jak młoda trawa czy dobre wino. Wiem, że ci ludzie naprawdę, w pewnym sensie, odnieśli sukces; że udało im się kogoś pokonać; że są królami, których wcześniej świat nie widział; że kreują rynki, i potrafią utopić w morzu całe kontynenty. A jednak zawsze miałem wrażenie, że przy całej swej pompie cały czas usiłują ukryć coś przed światem, jakiś mały, wstydliwy fakt z prywatnego życia, który ich męczy – i czasem wydaje mi się, że słyszę niesione wiatrem śmiech i szepty trzcin.
Tak czy inaczej, miejmy nadzieję że przynajmniej absurdalne książki na temat „sukcesu” przykryje kiedyś sprawiedliwie kurz pogardy i zapomnienia. Bo uczą one nie sukcesu, lecz snobizmu; stanowią swego rodzaju mroczną poezję światowości. Purytanie bez końca piętnują książki, które „rozpłomieniają żądze”; cóż powiemy o tych, które rozpłomieniają gorsze namiętności chciwości i pychy? Sto lat temu mieliśmy ideał sumiennego ucznia; małym chłopcom mówiło się, że jeśli będą dość ciężko pracować, wszyscy zostaną burmistrzami. Było to głupstwo, ale męskie głupstwo, i to niepozbawione ziarenka prawdy moralnej. W naszym społeczeństwie oszczędność nie pomoże ubogim się wzbogacić, ale na pewno może pomóc im nabrać szacunku do siebie. Dobrze wykonana praca nie zrobi z nikogo bogatego człowieka, ale być może chociaż dobrego pracownika. Moralność „sumiennego ucznia” była niska i trochę prymitywna, fakt – była wszakże przynajmniej moralnością. A co powiemy o ewangelii, którą przekazują teraz światu współcześni „sumienni uczniowie”; otwarcie głoszący nam już nie nową moralność – lecz niemoralność?
Gilbert Keith Chesterton
Przeł. Maciej Sobiech
Powyższy tekst pochodzi ze zbioru „All Things Considered”, 1908. Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.
Przypisy:
1. Cornelius Vanderbilt (1794-1877) – amerykański potentat transportu morskiego i kolejowego, a także założyciel rodu.
2. Aluzja do słynnego wiersza angielskiego poety Williama Cowpera (1731-1800) pt. „God moves in a mysterious way”.
przez redakcja | niedziela 7 maja 2023 | aktualności
Liczba ofiar śmiertelnych wypadków na drogach w Polsce sukcesywnie spada. W 2015 roku wynosiła około 3000, w zeszłym roku było to 1896, a więc udało się obniżyć tę tragiczną statystykę o ponad 1/3.
Jak informuje Portal Samorządowy, liczba hospitalizacji z powodu wypadków drogowych spadła z 40 tys. do 25 tys. Ministerstwo Infrastruktury wskazuje, że stało się tak między innymi dzięki wybudowaniu tysięcy rond i przejść dla pieszych, nierzadko ze spowalniaczami czy światłami.
Ministerstwo w lutym poinformowało, że w ramach Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg w latach 2019-2022 r. na budowę, przebudowę lub remont 18 tys. km dróg samorządowych przeznaczono prawie 13 mld zł. Wsparcie z tego programu jest wydawane na inwestycje na drogach powiatowych i gminnych, zadania zwiększające bezpieczeństwo pieszych, budowę obwodnic w ciągach dróg samorządowych, a także na drogi o charakterze obronnym.
przez redakcja | czwartek 4 maja 2023 | aktualności
Nie jest planowane podnoszenie opłaty za torby foliowe wydawane klientom w sklepach, ani jej rozszerzenie na torby z papieru – poinformował resort klimatu i środowiska.
Jak informuje Portal Samorządowy, przepisy foliówkowe obowiązują w Polsce od ponad pięciu lat. Od początku 2018 r. zaczęła obowiązywać nowela ustawy o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi. Wprowadziła opłatę recyklingową za wydawaną przy kasie jednorazową torbę plastikową.
W ustawie określono maksymalną opłatę za foliówkę na 1 zł, choć w rozporządzeniu ustalono ją ostatecznie na 20 groszy (plus VAT). Wówczas ustalono, że tzw. opłatą foliówkową objęte będą torby o grubości od 15 do 50 mikrometrów. Jednak z powodu obchodzenia tych przepisów zdecydowano się objąć opłatą wszystkie torby wydawane w sklepach (od 1 września 2019 r.), poza tzw. zrywkami, czyli jednorazowymi torebkami służącymi np. do pakowania owoców czy też mięsa.
Jak wynika z przekazanych przez resort informacji, wpływy z tzw. opłaty foliówkowej wyniosły dotychczas łącznie ponad 684 mln zł, czyli znacznie mniej niż wcześniej szacowano. Mimo to i tak założono, iż z roku na rok wpływy z opłaty będą coraz niższe. Po faktycznych wpływach widać, że nastąpiło drastyczne zmniejszenie zużycia toreb na zakupy. W związku z powyższym od 2020 r. coroczne szacunki znajdują się w okolicy 175 mln zł – wskazał resort.
Przed wprowadzeniem regulacji roczne zużycie toreb na zakupy z tworzywa sztucznego (wszystkich grubości) na mieszkańca zostało oszacowano na ok. 300 sztuk, czyli zużywaliśmy niemal jedną nową siatkę dziennie.
Od 1 września 2019 r. obowiązek pobierania opłaty recyklingowej dotyczył także toreb grubszych od lekkich. W tym roku zużycie lekkich oraz pozostałych (powyżej 50 mikrometrów) toreb na zakupy z tworzywa sztucznego, które zostały objęte opłatą recyklingową, zostało sprawozdane na poziomie odpowiednio 8,75 oraz 16,44 sztuki na mieszkańca. W odniesieniu do zużycia toreb pozostałych na poziomie 16,44 sztuki na mieszkańca należy mieć na uwadze, że jest to zużycie roczne, a opłata recyklingowa na te torby zaczęła obowiązywać dopiero 1 września 2019 r. W związku z powyższym należy przyjąć, że założony cel redukcji zużycia toreb na zakupy z tworzywa sztucznego został osiągnięty i nie jest wymagana interwencja w tym zakresie – przekazał resort.
przez redakcja | wtorek 2 maja 2023 | aktualności
Pracownicy Allegro założyli związek zawodowy. Chcą upublicznienia widełek płacowych i inflacyjnego wyrównania wynagrodzeń.
Jak informuje portal epoznan.pl, Allegro od początku istnienia ma swoją główną siedzibę w Poznaniu i obecnie zatrudnia około 3000 pracowników. Od środy część z nich jest zrzeszona w Związku Zawodowym Pracowników Allegro Komisji OZZ Inicjatywa Pracownicza. – Reprezentujemy osoby ze wszystkich spółek i działów Grupy Allegro. Łącząc różne perspektywy, zebraliśmy pierwsze postulaty i przedstawiliśmy je zarządowi – wyjaśniają założyciele związku.
Związkowcy chcą, aby głos pracowników był uwzględniany przy podejmowaniu decyzji dotyczących spraw pracowniczych. Po drugie, chcą przejrzystej siatki płac i warunków zatrudnienia, dlatego domagają się m.in. upublicznienia widełek płacowych dla wszystkich stanowisk w grupie. Piszą też o inflacyjnym wyrównaniu wynagrodzeń. Dodatkowo chcą m.in. zmiany systemu ocen pracowniczych, uzdrowienia procedury rozwiązywania sytuacji spornych oraz zmiany priorytetów w działach Human Resources.
przez Roman Adler | środa 26 kwietnia 2023 | opinie
Co roku w ostatnim tygodniu kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Bezpieczeństwa i Ochrony Zdrowia w Pracy oraz Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych. Warto przypomnieć, jak doszło do ustanowienia tych Dni.
Historia upamiętniania
W 1996 r. Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) podczas obchodów w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku doprowadziła 28 kwietnia do zapalenia świec i zniczy ku czci pracowników poszkodowanych w wypadkach przy pracy. W ten sposób doszło do umiędzynarodowienia Dnia Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych, który po raz pierwszy obchodzono w Kanadzie w 1989 r.
Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) została utworzona 7 grudnia 1949 r. w wyniku rozłamu w ramach Światowej Federacji Związków Zawodowych (WFTU), gdy na początku zimnej wojny znaczna liczba niekomunistycznych narodowych federacji związków zawodowych (w tym amerykańska AFL-CIO, brytyjska TUC, francuska FO, włoska CISL i hiszpański UGT) odłączyła się, zarzucając prorosyjskim stalinowskim komunistom dominację w centralnych instytucjach WFTU. W rezultacie, podczas konferencji w Londynie, w której uczestniczyli przedstawiciele prawie 48 milionów członków z 53 krajów federacje te utworzyły konkurencyjną ICFTU. Od lat pięćdziesiątych ICFTU aktywnie rekrutowała nowych członków w krajach rozwijających się najpierw w Azji, a później w Afryce.
Centralnym punktem działalności ICFTU była walka w obronie praw pracowniczych m.in. poprzez lobbowanie za ratyfikacją tak zwanych podstawowych standardów pracy – ośmiu kluczowych konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy. Dotyczyły one wolności zrzeszania się, zniesienia pracy dzieci i pracy przymusowej oraz eliminacji dyskryminacji w miejscu pracy. W swojej konstytucji Konfederacja zobowiązała się do „obrony wolności człowieka, promowania równości szans dla wszystkich ludzi, dążenia do wyeliminowania na całym świecie wszelkich form dyskryminacji lub podporządkowania ze względu na rasę, religię, płeć lub pochodzenie, przeciwstawiania się i zwalczania totalitaryzmów i agresji w każdej formie”. Konstytucja ta wymieniała aż siedemnaście celów, dlatego jej przeciwnicy argumentowali, że od samego początku były niemożliwe do osiągnięcia – zwłaszcza przy niewielkiej kadrze i budżecie. Przykładowo statut ICFTU nakazywał „prowadzenie programu edukacji związkowej i robotniczej” oraz udzielanie „pomocy dotkniętym skutkami klęsk żywiołowych i przemysłowych”.
Po upadku rządów postalinowskich partii tzw. komunistycznych w Związku Radzieckim i państwach Europy Wschodniej liczba członków Federacji gwałtownie wzrosła z 87 milionów w 1988 r. do 100 milionów w 1992 r. Stało się to po tym, gdy federacje związków zawodowych z krajów byłego bloku sowieckiego przystąpiły do ICFTU, co poważnie wzmocniło możliwość realizacji celów Konfederacji.
ICFTU publikowała coroczne raporty, w których dokumentowała naruszenia popełniane przez rządy, przemysłowców oraz siły wojskowe i policyjne wobec pracowników i związków zawodowych. Na przykład opublikowany 7 czerwca 2006 r. raport za rok 2005 donosił, że „115 związkowców zostało zamordowanych za obronę praw pracowniczych w 2005 r., podczas gdy ponad 1600 zostało poddanych brutalnym atakom, a około 9000 aresztowano… Prawie 10 000 pracowników zostało zwolnionych za przynależność do związków zawodowych, a prawie 1700 zatrzymano”. Był to ostatni raport przed zjednoczeniem światowego ruchu związkowego.
Do umiędzynarodowienia wydarzenia jakie miało miejsce w siedzibie ONZ w 1996 r., przyczyniła się amerykańska centrala związkowa AFL-CIO, która ogłosiła 28 kwietnia „Dniem Pamięci Pracowników”. Celem było uczczenie tysięcy ludzi, którzy każdego roku ginęli i ranili się w pracy. Amerykańska federacja związków zawodowych przyjęła dzień 28 kwietnia jako rocznicę wejścia w życie w USA Ustawy o bezpieczeństwie i higienie pracy z 1970 r., którą prezydent Richard Nixon podpisał 29 grudnia 1970 r., oraz ustanowienia na jej mocy przez Kongres USA 28 kwietnia 1971 r. rządowej Agencji Bezpieczeństwa i Higieny Pracy. W latach sześćdziesiątych ekspansja gospodarcza doprowadziła do wzrostu wskaźników obrażeń w miejscach pracy. Spowodowana tym walka związków zawodowych o poprawę warunków pracy, o równouprawnienie w pracy Amerykanów afrykańskiego pochodzenia, a także napięcia społeczne wywołane skutkami dla pracowników wojny w Wietnamie, wywołała presję polityczną, która skłoniła Kongres do ustanowienia wspomnianych aktów.
Nowa agencja obejmowała wiele z tego, czym pierwotnie zajmowało się Biuro Standardów Pracy. Amerykańska OSHA to duża agencja regulacyjna Departamentu Pracy Stanów Zjednoczonych. Pierwotnie posiadała federalne uprawnienia wizytacyjne do kontrolowania i badania miejsc pracy. Jej misją jest „zapewnienie bezpiecznych i zdrowych warunków pracy dla pracujących mężczyzn i kobiet poprzez ustalanie i egzekwowanie standardów oraz zapewnianie szkoleń, pomocy, edukacji i pomocy”. W 1972 r. rozpoczął działalność Instytut Szkoleniowy OSHA, który szkoli personel BHP z sektora rządowego i prywatnego. W swojej historii OSHA prowadziła szereg szkoleń, programów uznawania systemów BHP w firmach, udzielała pomocy w zapewnianiu zgodności miejsc pracy z obowiązującymi standardami. W 1978 r. Agencja rozpoczęła program grantowy, obecnie nazywany Susan Harwood Training Grant Program, mający na celu szkolenie pracowników i pracodawców w kwestii zmniejszania zagrożeń w miejscu pracy.
Praktyka wykazała, że inspekcje bezpieczeństwa OSHA w miejscu pracy zmniejszają wskaźniki obrażeń, a przede wszystkim koszty obrażeń bez negatywnego wpływu na zatrudnienie, sprzedaż, ratingi kredytowe lub przetrwanie firm. OSHA zapoczątkowała w 1982 r. Programy Ochrony Dobrowolnej, które umożliwiają pracodawcom ubieganie się, jako „wzorcowe miejsca pracy”, o uzyskanie specjalnego oznaczenia, jeśli spełniają określone wymagania. Agencja jest odpowiedzialna za egzekwowanie różnych ustaw i przepisów dotyczących sygnalistów.
Zanim jednak AFL-CIO rozpropagowała „Dzień Pamięci Pracowników”, największy związek zawodowy w Kanadzie, reprezentujący około 700 000 pracowników służby zdrowia, edukacji, samorządów, bibliotek, uniwersytetów, usług socjalnych, użyteczności publicznej, transportu, służb ratunkowych i linii lotniczych, Kanadyjski Związek Pracowników Publicznych ustanowił w 1984 r. dzień żałoby. Rok później (1985) Kanadyjski Kongres Pracy, czyli krajowa centrala związków zawodowych, w której zrzeszona jest większość kanadyjskich związków zawodowych, oficjalnie ustanowił 28 kwietnia Narodowym Dniem Żałoby po pracownikach zabitych i rannych w pracy. 28 kwietnia 1987 r. w stolicy Kanady, Ottawie, w Vincent Massey Park Kongres poświęcił Pomnik Narodowego Dnia Żałoby. Parlament Kanady uchwalił w 1991 r. Ustawę o narodowym dniu żałoby po osobach zabitych lub rannych w miejscu pracy i ustanowił 28 kwietnia oficjalnym dniem żałoby pracowniczej.
Od 1996 r. na całym świecie corocznie organizowane były uroczystości zarówno ogólnopaństwowe, jak też regionalne i lokalne na poziomie poszczególnych przedsiębiorstw, stowarzyszeń i związków zawodowych. Na mocy uchwały Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej od 2003 r. Dzień ten jest obchodzony w Polsce.
Dzień Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych był „obserwowany” przez Międzynarodową Organizację Pracy od 2001 r. W 2003 r. MOP, jako agencja afiliowana Organizacji Narodów Zjednoczonych, we współpracy ze Światową Organizacją Zdrowia (WHO) oraz Światową Konfederacją Pracy (WCL) proklamowały 28 kwietnia Światowym Dniem Bezpieczeństwa i Ochrony Zdrowia w Pracy. Jego obchody mają zwracać uwagę na stałe i kompleksowe działania w celu poprawy warunków bezpieczeństwa osób pracujących.
W 1920 r. w Hadze powstała natomiast Międzynarodowa Federacja Chrześcijańskich Związków Zawodowych (IFCTU) jako ponadnarodowa centrala związków zawodowych stowarzyszonych partiami chrześcijańsko-demokratycznymi Europy. Pierwotnie obsługując środowiska rzymskokatolickie IFCTU została utworzona jako alternatywa dla świeckich związków zawodowych w ówczesnej Europie i opierała swoją działalność o przekaz encyklik Rerum novarum papieża Leona XIII z 1891 r., a później Quadragesimo anno papieża Piusa XI z 1931 r. Pierwsze statuty Federacji głosiły zamiar walki nie tylko o prawa pracownicze, ale także o wartości takie jak godność ludzka, demokracja i międzynarodowa solidarność.
Gdy we wrześniu 1945 r. powstała Światowa Federacja Związków Zawodowych (WFTU), wykorzystując tą sytuację zaprosiła IFCTU do przyłączenia się. Jednak delegaci na kongres głosowali za odrzuceniem zaproszenia, argumentując, że globalna jedność WFTU jest „zbyt sztuczna”. ICFTU „wolała pozostać niezależna”, szczególnie w celu krytykowania zarówno kapitalistycznych, jak i komunistycznych nadużyć. Związki członkowskie ICFTU były przeciwne przynależności do organizacji niechrześcijańskiej.
Pod koniec lat pięćdziesiątych związki wchodzące w skład IFCTU coraz częściej działały w Azji i Afryce wśród pracowników muzułmańskich i buddyjskich. W 1959 r. Federacja zwołała seminarium w Sajgonie, żeby określić możliwości punktów wspólnych między religiami świata w kwestiach zachowań społecznych. W 1968 r. podczas kongresu delegaci przegłosowali jej przekształcenie organizacji w Światową Konfederację Pracy (WCL). Przyjęta Deklaracja, zrywając ze ściśle chrześcijańską ideologią, stwierdzała, że odtąd Konfederacja będzie się kierować „albo koncepcją duchową opartą na przekonaniu, że człowiek i wszechświat są stworzone przez Boga, albo innymi koncepcjami, które prowadzą razem z nią do wspólnego wysiłku budowania wspólnoty ludzkiej zjednoczonej
w wolności, godności, sprawiedliwości i braterstwie”. W miarę jak globalizacja w latach 80. i 90. XX w. pod wpływem praktyki i ideologii neoliberalizmu stawała się coraz większym zagrożeniem dla członkostwa w związkach zawodowych, WCL zwiększyła wysiłki w celu przeprowadzenia podobnego globalnego zjednoczenia ruchu związkowego. Podczas kongresu w 1993 r. delegaci próbowali wytyczyć konkretną strategię reagowania na ataki ponadnarodowego biznesu wymierzone w zorganizowaną siłę roboczą na całym świecie. W tym okresie WCL uzyskała status doradczy w ramach Międzynarodowej Organizacji Pracy i dołączyła do Międzynarodowej Rady Światowego Forum Społecznego.
Na kongresie założycielskim w dniach 1-3 listopada 2006 r. w Wiedniu doszło do zjednoczenia socjalizującej MKWZZ (ICFTU) z wywodzącą się z nurtu chrześcijańskiego Światową Konfederacją Pracy (WCL). W ten sposób powstała Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych (International Trade Union Confederation, ITUC). Podmiot ten stanowi największe światowe zrzeszenie związków zawodowych. Organizuje i koordynuje obchody Międzynarodowego Dnia Pamięci Ofiar Wypadków przy Pracy i Chorób Zawodowych – jako święta ruchu związkowego.
Polskie realia
Jednym z najbardziej widocznych społecznie skutków nieprzestrzegania przepisów i zasad bezpiecznej pracy są wypadki przy pracy. Z prezentacji Pawła Grabowskiego, zastępcy Okręgowego Inspektora Pracy w Gdańsku, wynika, że w 2021 r. w wypadkach przy pracy poszkodowanych zostało 68 777 osób, w tym było 347 wypadków ciężkich, a 218 osób straciło życie. Na skutek pracy zdalnej podczas pandemii, dane te były znacznie niższe niż w poprzednich latach. Przykładowo w 2019 r. zgłoszono 83 205 osób poszkodowanych w wypadkach przy pracy, o 1,3% mniej niż w 2018 r. Według Grabowskiego średni „koszt wypadku przy pracy w Polsce to 40 tys. zł, jeżeli przemnożymy to przez 68 tys. to uzyskujemy 2 mld 720 mln złotych – tyle w przybliżeniu kosztowały Polaków wypadki przy pracy w zeszłym roku”.
Są to jednak tylko koszty ponoszone przez właścicieli przedsiębiorstw zatrudniających pracowników: koszty zakłóceń produkcji oraz napraw w związku ze stosowaniem technologii i wyposażenia technicznego. Natomiast na koszty społeczne wypadków przy pracy składają się, oprócz kosztów ponoszonych przez przedsiębiorstwo, także koszty ponoszone przez poszkodowanego i jego rodzinę oraz koszty ponoszone przez społeczeństwo. Jak wynika z definicji kosztów wypadków przy pracy w „Encyklopedii Zarządzania” koszty „bezpośrednie, które ponosi pracodawca w związku z wypadkiem (leczenie i odszkodowania) stanowią tylko 20% łącznych kosztów. Pozostałe 80% stanowią koszty pośrednie (nie objęte ubezpieczeniem i nie rejestrowane przez instytucje ubezpieczeniowe)”.
Dlatego społeczne koszty wypadków przy pracy w latach 2018-2021 należałoby obliczyć dodając do wskazanych przez Grabowskiego ok. 3 mld zł, które stanowią ok. 20% kosztów – pozostałe 80%. W sumie daje to rocznie ok. 15 mld zł. Można powiedzieć, że takie są wymierne społeczne koszty.
Pozostają jeszcze niewymierne koszty, do których zaliczyłbym naruszanie przepisów o czasie pracy i właściwym odpoczynku, a w efekcie – naliczaniu wynagrodzenia oraz innych świadczeń ze stosunku pracy, w tym wynagrodzenia urlopowego, chorobowego, dodatków za pracę w porze nocnej czy w godzinach nadliczbowych. Czy kwestie wypoczynku pracowniczego, w tym urlopów, pracy nocnej albo w godzinach nadliczbowych nie wpływają na bezpieczeństwo w miejscu pracy? Czy presja na podniesienie wieku emerytalnego, czyli wydłużenie całkowitego czasu aktywności zawodowej pracowników – nie są obciążone kolejnymi zagrożeniami bezpieczeństwa dla pracowników? A w konsekwencji – wymiernymi kosztami oraz społecznymi kosztami wypadków przy pracy lub chorób zawodowych?
Warto z okazji kwietniowych Dni Bezpieczeństwa i Pamięci inicjować dyskusje na temat naszego systemu ochrony ludzi w środowisku pracy.
Roman Adler
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Peggy und Marco Lachmann-Anke from Pixabay.
przez redakcja | środa 26 kwietnia 2023 | aktualności
Pierwsza gminna farma fotowoltaiczna została właśnie otwarta w Żółkowie (gm. Żerków). Zasili najbardziej energochłonne obiekty – np. szkoły, przedszkola, stację uzdatniania wody i oczyszczalnię ścieków.
Jak informuje Portal Samorządowy, gmina Żerków w woj. wielkopolskim wzbogaciła się o naziemną farmę fotowoltaiczną wraz z niezbędną infrastrukturą. W środę uroczyście otwarto pionierską w skali kraju inwestycję. Spółdzielnia energetyczna to rodzaj inicjatywy lokalnej społeczności, zakładający wspólne inwestowanie w odnawialne źródła, które będą wytwarzać energię na potrzeby tej społeczności i w ten sposób uniezależniać ją od sieci.
Farma powstała dzięki dofinansowaniu z Rządowego Funduszu Polski Ład – Program Inwestycji Strategicznych. Kwota, jaka trafiła na ten cel, to 3,8 mln zł. Łączny koszt wyniósł niewiele ponad 4,5 mln zł.
Celem instalacji jest redukcja wydatków na energię elektryczną. Farma fotowoltaiczna zasili najbardziej energochłonne obiekty – np. szkoły, przedszkola, stacje uzdatniania wody i oczyszczalnie ścieków. Zdaniem gospodarza gminy dodatkowymi zaletami inwestycji są ochrona środowiska i bezpieczeństwo energetyczne.
Jesteśmy pierwszą gminą w Polsce, która powołała spółdzielnię energetyczną mającą źródło o tak dużej mocy. Projekt przyniesie wymierne korzyści mieszkańcom gminy – powiedział podczas uroczystości burmistrz gminy Żerków Michał Surma. W ramach spółdzielni będzie można nie tylko zasilać podmioty będące na utrzymaniu gminy, ale także sprzedawać energię elektryczną z zyskiem, co będzie dużym wsparciem dla budżetu gminy.