przez redakcja | wtorek 4 lipca 2023 | aktualności
W 2027 r. kolej miejska połączy Zieloną Górę z Nową Solą, Sulechowem i Nowogrodem Bobrzańskim oraz innymi gminami. Skorzysta z niej nawet 200 tyś. osób, które do tej pory jeżdżą autobusami i samochodami.
Jak pisze portal Rynek Kolejowy, docelowo planowane są dwie linie w obrębie istniejących linii kolejowych nr 273, 358 i 370, na których zlokalizowane zostanie łącznie 27 przystanków. Inwestycję podzielono na dwa etapy. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z harmonogramem, pierwsze regularne połączenia ruszą w 2027 roku. Dwie linie Szybkiej Kolei Aglomeracyjnej Lubuskiego Trójmiasta planowane są na cały Zielonogórsko-Nowosolski Obszar Funkcjonalny. W jego obrębie znajduje się 8 gmin ulokowanych w promieniu 30 km od Zielonej Góry, zamieszkanych przez ok. 240 tys. mieszkańców. Obie linie będą przebiegały przez centralnie położoną Zieloną Górę. Z kolei stacje końcowe zlokalizowane zostaną w Sulechowie, Nowej Soli oraz Nowogrodzie Bobrzańskim.
W Sulechowie powstaną dwie nowe stacje: Sulechów Zachód oraz Sulechów Wschód. Przy istniejącym dworcu w Sulechowie powstanie kolejowo-autobusowe centrum przesiadkowe. W samej Zielonej Górze znajdzie się łącznie 8 stacji, w tym 4 nowe. W gminie Otyń powstaną dwa przystanki (Niedoradz i Konradowo). Linia nr 1 zakończy swój bieg w Nowej Soli, w której powstaną dwie kolejne stacje (Nowa Sól Północ oraz Nowa Sól Południe).
przez redakcja | poniedziałek 3 lipca 2023 | aktualności
3 czerwca na tory wróciły popularne sezonowe pociągi Muszyna-Poprad, a od lipca po wielu latach starań ruszają autobusy transgraniczne.
O autobusy zabiegała inicjatywa obywatelska Polska – Słowacja. Mowa o liniach Krynica-Bardejov i Bukowina Tatrzańska–Trstena, uruchamianych przez IDS Vychod w imieniu Kraju Preszowskiego i Koleje Małopolskie z upoważnienia marszałka Małopolski.Przeszkodą w uruchomieniu obu połączeń są unijne przepisy, wydłużające w nieskończoność proces przyznawania licencji i zezwoleń na przewozy międzynarodowe.
Pociąg do Popradu odjeżdża w każdą sobotę i niedzielę z Muszyny o godz. 10:00 i 17:56, a ze stacji Poprad do Muszyny odjeżdża o 7:29 i 15:29. Podróż trwa około 1 godziny i 40 minut. Pociąg zatrzymuje się również w Studenym potoku, Kežmarku, Spišskej Belej, Podolíncu, Starej Ľubovni i Plavču. Beliansky express uruchomiła Železničná spoločnosť Slovensko (Koleje Słowackie) we współpracy z polskim przewoźnikiem Koleje Małopolskie.
Jak pisze porteuropa.eu, linię autobusową Krynica-Bardejov-Bardejovske Kupele Linię uruchomił i w całości finansuje Kraj Preszowski, który dotuje również polski odcinek trasy (w zamian strona polska w całości finansuje inne linie, w tym ich słowacki odcinek, np. Bukowina Tatrzańska–Trstena). Linia kursuje na razie dwa razy dziennie, jest codzienna i całoroczna. Ma charakter pilotażowy, a to oznacza, że warto ją wspierać, promować i po prostu nią jeździć.
Linię Termy Chochołowskie–Sucha Hora–Trstena w całości zorganizował i sfinansował, również na polskim odcinku, Kraj Żyliński (czyli region graniczący z Małopolską od południowego-zachodu). Przewoźnikiem jest lokalny słowacki oddział Arrivy.
Autobus Bukowina Tatrzańska– Zakopane–Kościelisko–Trstena to linia autobusowa Kolei Małopolskich. Tym razem to strona polska w całości organizuje i finansuje połączenie, również na odcinku słowackim. Aktualnie finalizowane są ostatnie przygotowania, linia ma już wszystkie zezwolenia. Powinna ruszyć około 15 lipca.
przez Edouard Gaudot | niedziela 2 lipca 2023 | opinie
„Żółte kamizelki” – najbardziej znaczący ruch społeczny we Francji od roku 1968 – silnie kojarzy się z wątkiem niesprawiedliwej polityki klimatycznej w Europie. Czy ruchy ekopolityczne mogą się czegoś nauczyć od ulicznych protestujących, łącząc miłość i gniew niektórych z solidarnością dla wszystkich?
Trudność w masowej mobilizacji wokół kwestii środowiskowych utrudnia ekologii politycznej osiągnięcie sukcesu. Niepokoje wokół stanu planety, zarazem globalne i lokalne, zdają się czynić kwestię masowej mobilizacji czymś zgoła niemożliwym.
W rezultacie mamy do czynienia bądź to z wytyczającymi nowe szlaki, wysoce świadomymi obywatelkami i obywatelami, zaniepokojonymi stanem planety czy sprawiedliwością klimatyczną – bądź też lokalnymi walkami o potencjalnie burzliwym charakterze. Ekologiczne boje mogą być powiązane z konkretnym terytorium – na przykład „obszary do ochrony”, czyli obozy protestujących w drugiej dekadzie XXI wieku przeciwko lotnisku Notre-Dame-des-Landes i okupujących jego planowany teren. Kampanie przeciwko konkretnym kopalniom, budowie sztucznych zbiorników wodnych czy realizacji projektów infrastrukturalnych, podobnie jak akcje bezpośrednie w rodzaju blokowania transportów z odpadami promieniotwórczymi… Wydarzeniom z tej drugiej kategorii bardzo trudno zdobyć poparcie wykraczające poza obszar bezpośrednio dotknięty danymi zamiarami inwestycji.
Podstawowym problemem jest fakt, iż oddolne ruchy ekologiczne rzadko wykraczają poza swoje wąskie bańki. Nawet gdy ich zmagania krzyżują się z kwestiami zdrowia publicznego – na przykład w latach 90. XX wieku z tematem dioksyn i „choroby wściekłych krów” – to szerokie poparcie społeczne nie jest czymś gwarantowanym. Choć susze mogą dotykać rosnące grono ludzi, a istnienie zmian klimatycznych jest czymś uznawanym już przez większość pytanych, to ruch klimatyczny pozostaje relatywnie nieliczny.
Świadomość społeczna może, od czasu do czasu, doprowadzić do sukcesów wyborczych tej czy innej partii Zielonych czy jej udziału w rządzeniu na szczeblu lokalnym czy krajowym. Pomimo rosnącej świadomości ekologicznej w zachodnich społeczeństwach, mobilizacji grup europejskiej młodzieży, wielokrotnie powtarzanych ostrzeżeń naukowych czy namacalnych, alarmujących kryzysów środowiskowych, napięcia społeczne wciąż rzadko kiedy skupiają się wokół kwestii ekologicznych.
Osoba chcąca udowodnić przeciwną tezę może zwrócić uwagę chociażby na demonstracje przeciwko elektrowniom jądrowym w latach 70. XX wieku, mobilizacje przy okazji Czarnobyla czy Fukushimy, a także na pierwsze marsze ruchu Fridays for Future zainspirowane przez Gretę Thunberg. Warto jednak pamiętać, że historycznie rzecz biorąc ruchy ekologiczne zakorzenione były w mobilizacji określonych grup społecznych, nie były zaś same z siebie osadzone w walkach społecznych i powiązanych z nimi wyobrażeniach.
Pomimo prób zielono myślących liderów i intelektualistów priorytetom ekologii politycznej nie udaje się zestroić z istniejącymi konfliktami społecznymi. Niedawne protesty społeczne pokazują rozziew między imaginarium sprawiedliwości społecznej a zielonym projektem politycznym. W trakcie francuskich protestów przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego język używany przez związki zawodowe czy innych krytyków tego rozwiązania zapożyczony był od ruchów związkowych i ich walki o prawa pracownicze. Uzasadniane względami ekologicznymi argumenty, takie jak konieczność znalezienia nowej równowagi między pracą a czasem na odpoczynek i refleksję nad światem, potrzeba adekwatnego uznania wszystkich form pracy płatnej i niepłatnej czy kwestionowanie wartości, stojących u podstaw społeczeństwa konsumpcyjnego, przeszły właściwie bez echa.
Co gorsza – to odrzucenie zielonych propozycji jako niemożliwych do legitymizacji ograniczeń jednostkowej wolności staje się paliwem dla potężnych ruchów społecznych i politycznych. W Niderlandach BBB (Ruch Rolniczo-Obywatelski) skupił wokół siebie gniew hodowców zwierząt gospodarskich, wściekłych na rządowe plany dotyczące drastycznego ograniczenia emisji związków azotu do roku 2030. Skrajnie prawicowe partie w różnych zakątkach Europy próbują pozyskać poparcie w klasie robotniczej, wykorzystując do tego swój sprzeciw wobec powstawania stref niskich emisji w miastach, planowanych zakazów rejestracji nowych pojazdów z silnikiem spalinowym czy prób dyskretnego nakierowania zachowań konsumenckich na bardziej przyjazne dla środowiska.
Gilets jaunes – aktywizm ekologiczny?
Mimo iż z pozoru wyglądał zupełnie inaczej, jeden z największych ruchów społecznych w najnowszej historii Europy ma głęboko ekologiczne korzenie. Jego wybuch spowodowany został obniżeniem maksymalnej dopuszczalnej prędkości na wielu głównych drogach, później zaś zwiększeniem opodatkowania paliw. Francuskie „żółte kamizelki” przez 18 miesięcy swoich cotygodniowych protestów – aż do ich wygaszenia w wyniku lockdownów, spowodowanych pandemią koronawirusa – trzymały kraj na ostrzu noża. Ruch ten symbolizował sprzeczności społeczeństwa bazującego na motoryzacji indywidualnej. To mieszkający na wsi i przedmieściach – oddaleni geograficznie, kulturowo i ekonomicznie od metropolitarnych centrów władzy – mieli ponieść koszt wzrostu cen paliwa. Dla takich osób koszt pełnego baku był odpowiednikiem kosztu chleba dla niegdyś walczących z ancien régimem.
Ruch „żółtych kamizelek” był rewoltą przeciwko „społecznej ideologii motoryzacji”.
Jesienią roku 2018 pod petycją przeciwko podwyżkom cen paliwa podpisało się przeszło milion osób. Inicjatywa przedsiębiorczymi Priscilli Ludosky była jednym z wielu spontanicznie zorganizowanych protestów przeciwko rządowej decyzji o podwyżce opodatkowania paliw, która sfinansować miała zieloną transformację. Była również jedną z tych, która w najbardziej widoczny sposób pokazała ślepą uliczkę, jaką jest nasz krążący wokół samochodu styl życia, kwestionując niemożliwą do utrzymania dwulicowość polityki ekologicznej, opierającej się na obarczaniu jej kosztami wyłącznie najuboższych.
Ruch „żółtych kamizelek” był rewoltą przeciwko „społecznej ideologii motoryzacji” – opisując sytuację za pomocą określenia stworzonego przez filozofa André Gorza w roku 1973. Podkreśla ono cenę, jaką niesie ze sobą wolność dawana przez samochód – kres lokalności, erozję więzi społecznych, pogarszanie jakości usług oraz życie w cieniu anonimowych witryn supermarketowych i kompleksów rozrywkowych. Witamy w „społeczeństwie ronda”. – Gilets jaunes byli pierwszymi, którzy ujawnili niepodważalne powiązania między nierównościami społecznymi i ekologicznymi – uważa były lider francuskich Zielonych, David Cormand, prezentując tę tezę w swej książce z 2022 roku, „Ce que nous sommes” (Czym jesteśmy). Analizy przyczyn gniewu protestujących częstokroć odnosiły się do poczucia degradacji społecznej i niepewności sytuacji życiowej, odczuwanej przez niższą klasę średnią oraz klasę robotniczą, pogarszających się więzi społecznych oraz szeroko odczuwanej utraty zaufania wobec instytucji, elit i „systemu”.
„Żółte kamizelki” były bowiem również powstaniem przeciwko bezosobowemu, dehumanizującemu systemowi. Symboliczna demokracja zaimprowizowanych zgromadzeń, odbywających się na rondach, nie umknęła uwadze obserwującym ten ruch. Poprzez odzyskanie tych brzydkich, zabetonowanych przestrzeni, służących jedynie temu, by przez nie przejeżdżać, gilets jaunes odtwarzały przestrzeń wspólnotową. Wypełniały je altankami, namiotami, dziełami sztuki i prowizorycznymi miejscami noclegu, zamieniając w obszary celebrowania demokracji bezpośredniej, spotkań, debat, przyjaźni i – jeśli wierzyć niektórym doniesieniom – również miłości.
Ci, którym nie pozwalano mówić
Osoby biorące ten ruch na poważnie rozumiały, że spowodowane przez indywidualizm niezadowolenie i poczucie alienacji nie jest czymś ograniczającym się wyłącznie do osób zamożnych i miejskiej klasy średniej. Bunt przeciwko anonimowości i polaryzacji, samotności i izolacji – „żółte kamizelki” ujawniły pragnienie wspólnoty, więzi, wspólnego celu i kultury, tworzonych poza rozsypującym się systemem. Doszło tu do odtworzenia więzi symbolicznej.
Wszystko, czego było jeszcze potrzeba, to filmu w reżyserii kronikarza robotniczych walk i społecznego uwiądu, takiego jak Ken Loach. Osoby, która nakręciliby francuską wersję „Wiatru w oczy” i pozwoliła ruchowi na wejście do średnioklasowego kanonu. Brak ten okazał się istotnym ograniczeniem w rozwoju tego spontanicznego, nieformalnego i niedoświadczonego ruchu.
Rozdarte między potrzebą posiadania liderów a odmową bycia wpisanymi w logikę politycznych żądań i stojących za nimi gadających głów, „żółte kamizelki” nie były w stanie pogodzić ze sobą sprzeczności występujących w ramach ruchu na rzecz demokracji bezpośredniej. Nagabywane przez toksyczne media, chcące narzucić im udział w systemie stworzonym na potrzeby tychże mediów oraz elit politycznych i kulturalnych, odczuły na własnej skórze brak prawdziwych „tłumaczy” – osób o funkcji zdefiniowanej przez antropologa i aktywistę, Davida Graebera. Partie polityczne (tak radykalnie lewicowe, jak i skrajnie prawicowe) deklarujące wrażliwość na potrzeby klasy pracującej, próbowały jak mogły. Ich gafy medialne, polityczna chwiejność oraz oddalenie od tej Francji, której nie za bardzo już znają, jedynie potwierdziło rozpowszechnione wśród gilets jaunes przekonanie, że od ugrupowań politycznych mogą się spodziewać co najwyżej kooptacji do systemu.
„Żółte kamizelki” były jedną z form „politycznej wielości antypolityki” – kolejnym krokiem w długim marszu osób na marginesie systemu politycznego, mówiących „sprawdzam” pozostającym u władzy samozwańczym demokratom. Bez wsparcia tłumaczy, uznanych intelektualistów czy liderów znalazły się na łasce tych w swoich szeregach, którzy poszukiwali własnych 15 minut sławy albo odpowiadały medialnemu zapotrzebowaniu na obrazy stereotypowej przemocy tłumu – nowej, zaktualizowanej wersji „niebezpiecznych klas”.
W tak zarysowanej atmosferze wzajemnego niezrozumienia zakorzeniło się oskarżenie o populizm. Rodzi się on wówczas, gdy rodzą się subalterni – osoby, którym nie daje się przywileju mówienia lub się z niego wyklucza, jak tłumaczyli filozof Étienne Balibar i feministyczna krytyczka Gayatri Chakravorty Spivak. W takim sensie „żółte kamizelki” faktycznie były „populistyczne” – stanowiły formę ekspresji zdominowanych przez dominującą kulturę, w której z góry patrzono na ich wygląd, gusta i zachowania albo, co gorsza, udawano, że lubi się ich „na odległość” i próbowano wpisać w fałszywie skonstruowaną „wielką debatę”.
Polityczne ujście dla ruchu społecznego nie jest możliwe bez wysiłku intelektualistów.
Gilets jaunes potrzebowali pośredników do stania się rzeczywistym ruchem politycznym – społecznym i ekologicznym – w sytuacji tak głębokiego „załamania demokracji”. Rzeczniczek i rzeczników, którzy mogliby uniknąć wpadnięcia w pułapki zastawiane przez system medialny i instytucjonalny. Osób potrafiących tłumaczyć gniew i rewoltę – rzeczywistość doświadczaną przez niektórych – na język zrozumiały dla wszystkich. Charakteryzująca niektóre ekscesy ruchu przemoc po części brała się z niezdolności do słuchania ze strony ludzi, którzy głosów tych słuchać powinni.
Każda rewolucja potrzebuje poetów
Jeśli jest jakiś powód, dla którego kolejna z niezliczonych chłopskich rewolt zamieniła się w Rewolucję Francuską to właśnie dlatego, że stan trzeci miał w swych szeregach pośredników – zwiastunów tego, co nadchodzi. Prawników, handlarzy, wiejskich księży, dziennikarzy. Tych, którzy głośno mówili o niezadowoleniu i nieprawidłowościach.
W sierpniu roku 1980 katolicki dziennikarz (i przyszły polski premier) Tadeusz Mazowiecki oraz żydowski historyk i dawny komunista, Bronisław Geremek, pojawili się w Gdańsku, przywożąc ze sobą list 64 intelektualistów, wspierających robotniczy strajk w Stoczni im. Lenina. Wraz z przywódca tworzącego się ruchu związkowego, Lechem Wałęsą, tworzyli zestaw będący żywym dowodem na sojusz inteligencji i klasy robotniczej. Geremek wspominał później, że gdy wraz z Mazowieckim mieli już wyjeżdżać z miasta, Wałęsa zatrzymał ich i domagał się, by mówili w imieniu strajkujących o ich konkretnych żądaniach. Ówcześni intelektualiści byli często niegdysiejszymi członkami partii komunistycznej, zdolnymi do posługiwania się językiem swoich adwersarzy. Znali jego reguły, sztuczki i pułapki. Zmagania „Solidarności” z systemem komunistycznym, których kulminacją były obrady Okrągłego Stołu w roku 1989, nigdy by się nie powiodły bez współpracy intelektualistów i ruchu społecznego.
Polityczne ujście dla ruchu społecznego nie jest możliwe bez wysiłku intelektualistów. Nie wystarczy, by przywództwo kanalizowało nadzieje i gniew osób tworzących dany ruch – to osoby tworzące ów ruch muszą być zdolne do negocjacji i porozumienia z adwersarzem. To nowe odpowiedniczki i odpowiedniki Byrona, Goethego, Lamartina, Petöfiego, Hugo, Bölla czy Sartre’a mogą dać protestującym na barykadach głos w korytarzach władzy, przenosząc go ze spontanicznych, oddolnych protestów na imprezy klasy średniej i tłumacząc język ulicy na metafory, które wypada używać „w towarzystwie”.
Oto posłańcy i tłumaczki. Osoby, które mają za zadanie nieść głos niesłyszanych i pomagać im w tym, by zostali wysłuchani. Gdy bowiem rządzi wzajemne niezrozumienie, efektem końcowym jest brak zaufania i przemoc.
Jedyna siła polityczna dysponującą narzędziami, które mogłyby pozwolić jej na zrozumienie demokratycznego, ekologicznego i społecznego podłoża opisanej rewolty – francuscy Zieloni – nie spełnili tej roli.
Populistyczne przebudzenie Europy jeszcze się nie skończyło. Jeśli formacje ekopolityczne na całym kontynencie chcą skorzystać z okazji, jaką ono tworzy – unikając zarazem zmiany na gorsze – muszą zrozumieć wygenerowane przezeń zapotrzebowanie na tłumaczenie aspiracji ludu i dawanie im politycznego ujścia. Wymagać to od nich będzie wyjścia poza centra miast i zapuszczenia nowych korzeni w społeczeństwie. Przede wszystkim oznacza nabycie zdolności do mówienia językami klas społecznych innych niż ich własna.
Edouard Gaudot
tłum. Bartłomiej Kozek
Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Annabel_P z Pixabay.
przez redakcja | niedziela 2 lipca 2023 | aktualności
NIK skontroluje wydatkowanie środków przez wszystkie samorządy w kraju.
Jak pisze Portal Samorządowy, będzie to nowatorska kontrola systemowa, która po raz pierwszy obejmie dane wszystkich polskich samorządów, czyli ponad 2800 gmin, powiatów i województw.
Najwyższa Izba Kontroli właśnie rozpoczęła kontrolę, aby sprawdzić prawidłowość finansowania zadań realizowanych przez samorządy. Zgodnie z zapowiedzią przedstawicieli Izby, kontrola ma potrwać ok. 4-5 miesięcy, a informacja o jej wynikach powinna się pojawić jeszcze jesienią tego roku. W ramach postępowania kontrolnego analizowane będą dane finansowe 2800 polskich gmin, powiatów i województw, czyli wszystkich polskich samorządów. Kontrola ma charakter systemowy, czyli dotyka problemu całościowo, angażując w kontrolę jak największą liczbę interesariuszy.
Koncepcja kontroli systemowej pozwoli na „bezstronną i obiektywną ocenę stanu finansów polskich samorządów.” Ze względu na tajemnicę kontrolerską prezentacja jej idei przez NIK miała charakter ogólny. Jednak ustalenia kontroli w samorządach przeprowadzonych przez NIK w ostatnim czasie wskazują na „wysokie ryzyko nieprawidłowego realizowania zadań w związku z brakiem dostatecznych środków finansowych”.
przez redakcja | piątek 30 czerwca 2023 | aktualności
Badania Uniwersytetu w Leeds wykazały, że samochody elektryczne niszczą nawierzchnię dróg dwukrotnie bardziej niż te z silnikami spalinowymi. Są od nich po prostu cięższe.
Jak informuje portal rmf24.pl, przeciętny samochód elektryczny obciąża drogi 2,24 razy bardziej niż jego odpowiednik z silnikiem benzynowym i 1,95 razy bardziej niż z silnikiem diesla, przy czym w przypadku pojazdów elektrycznych ważących ponad 2000 kg zużycie jest większe o 2,32 raza.
Jak wyjaśnia „Daily Telegraph”, według analizy przeprowadzonej przez badaczy z Uniwersytetu w Leeds samochody elektryczne są średnio o 312 kg cięższe niż ich analogiczne wersje z silnikami spalinowymi, co wynika z masy ich akumulatorów.
Tymczasem według szeroko stosowanej przez inżynierów i konstruktorów dróg formuły obliczeniowej, dwukrotne zwiększenie nacisku na oś pojazdu powoduje 16-krotnie większe uszkodzenie nawierzchni. Im większa masa, tym większe prawdopodobieństwo powstawania małych pęknięć w asfalcie, które, jeśli nie zostaną naprawione, rozszerzają się i ostatecznie przekształcają w dziury.
Do podobnych wniosków doszli badacze z Uniwersytetu w Edynburgu, którzy twierdzą, że upowszechnienie się elektrycznych ciężarówek może zwiększyć uszkodzenia dróg w Szkocji o prawie jedną trzecią. Główny autor badania John Low oszacował, że gdyby wszystkie autobusy i ciężarówki stały się elektryczne, utrzymanie dróg mogłoby kosztować szkocki rząd i samorządy dodatkowe 164 miliony funtów.
Nie zaszkodzi to specjalnie autostradom, które są budowane pod ciężarówki, ale zniszczy drogi miejskie i wiejskie.
przez redakcja | czwartek 29 czerwca 2023 | aktualności
Od września w Łodzi rozpocznie działalność Branżowe Centrum Umiejętności o profilu włókienniczym. Szkolić się będą uczniowie szkół średnich, studenci i pracownicy branży tekstylnej z całego kraju.
Jak informuje Portal Samorządowy, w 2030 r. w Polsce będziemy potrzebować ok. 30 tys. włókienników. Centrum wprowadzi na rynek pracy specjalistów. Pozyskane na jego utworzenie 13 mln zł umożliwią modernizację i doposażenie pomieszczeń Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego w Łodzi i przygotowanie kompleksowych szkoleń oraz kursów, podnoszących kwalifikacje przyszłych specjalistów.
Nowa instytucja powstanie w Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego przy ul. Żeromskiego 115. To szkoła założona ponad 100 lat temu z inicjatywy łódzkich fabrykantów, którzy w swoich zakładach potrzebowali wyspecjalizowanych fachowców. Włókiennicza tradycja ma być kontynuowana w Branżowym Centrum Umiejętności. To ogromny budynek.
Program nauczania zostanie skrojony na miarę potrzeb nowoczesnego przemysłu tekstylnego, a BCU wykształci najbardziej poszukiwanych na rynku pracowników. Branża zmienia się bardzo szybko, a zapotrzebowanie na produkty rodzimych firm rośnie.
Powstanie centrum umożliwią środki pozyskane przez miasto w partnerstwie z Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego w Łodzi oraz Stowarzyszeniem Włókienników – 11 mln zł z programu Ministerstwa Edukacji i Nauki.
Ponad 9 mln zł zostanie przeznaczonych na modernizację jednego z budynków Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego. Inwestycja obejmuje m.in. położenie nowego dachu, wymianę stolarki okiennej i uzupełnienie ubytków w elewacji. Obiekt zostanie przystosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. W budynku powstaną pracownie i laboratoria, wyposażone w nowoczesny sprzęt i maszyny, przy których uczyć się będą przyszli włókiennicy.
przez redakcja | środa 28 czerwca 2023 | aktualności
Cztery razy w roku pracownik może wziąć urlop na żądanie. Pracodawca nie ma prawa dociekać jego przyczyny.
Podstawą prawną określającą możliwość urlopu na żądanie jest Kodeks pracy, a dokładniej zawarty w nim przepis art. 167(2): „Pracodawca jest obowiązany udzielić na żądanie pracownika i w terminie przez niego wskazanym nie więcej niż 4 dni urlopu w każdym roku kalendarzowym. Pracownik zgłasza żądanie udzielenia urlopu najpóźniej w dniu rozpoczęcia urlopu”.
Dodatkowo w kolejnym przepisie wyjaśniono, że łączny wymiar urlopu wykorzystanego przez pracownika na zasadach i w trybie określonym w artykule wyżej przytoczonym nie może przekroczyć w roku kalendarzowym 4 dni, niezależnie od liczby pracodawców, z którymi pracownik pozostaje w danym roku w kolejnych stosunkach pracy. Dni urlopu na żądanie przysługują zatem każdemu w takim samym wymiarze.
O zamiarze wykorzystania urlopu trzeba poinformować najpóźniej w jego dniu przed rozpoczęciem się godzin pracy – ale nie jest dookreślona forma, w jakiej to zrobimy. Może to być mail, sms lub telefon. Nie musimy podawać przyczyny wzięcia urlopu, a pracodawca nie może o nią pytać.
przez redakcja | środa 28 czerwca 2023 | opinie
Kryptonit to nieistniejący w rzeczywistości materiał, który pojawia się głównie w opowieściach o Supermanie. W najbardziej znanej formie jest to zielony wytwór mający formę kryształu. Pochodzi z rodzinnej planety Supermana, Kryptonu. Emituje rzadkie, trujące promieniowanie, które może osłabić, a nawet zabić Kryptończyków. Spada na Ziemię jako meteoryt.
Pierwsze tego rodzaju badanie przeprowadzone przez Jacobin, YouGov i Center for Working-Class Politics wykazało, że gospodarczy populizm może pomóc postępowcom zdobyć więcej wyborców z klasy robotniczej.
Co żywo udowodniła niedawna porażka postępowej kandydatki na burmistrza Filadelfii, Helen Gym, kandydaci progresywni – podobnie jak ogólnie Demokraci – nadal siłują się z pozyskaniem wyborców z klasy robotniczej. Postępowcy prawie nigdy nie wysuwają nosa poza ciemnoniebieskie dystrykty, gdzie zazwyczaj odnoszą zwycięstwa w okręgach wyborczych zdominowanych przez klasę średnią. Poza godnymi uwagi wyjątkami z ostatniego okresu, takimi jak John Fetterman w 2022 r., często nie udaje im się skutecznie konkurować na obszarach o dużej liczebności wyborców z klasy robotniczej.
Jednak od 2020 roku przynajmniej niektórzy kandydaci progresywni zaczęli dostrzegać skalę problemu i poświęcać więcej uwagi zwykłym kwestiom gospodarczym, które – jak mają nadzieję – odbiją się echem wśród wyborców z klasy robotniczej i ponownie zaangażują ruch robotniczy.
Centrum Polityki Klasy Robotniczej (CWCP) postrzega swoją pracę jako część tego większego projektu. Naszym celem jest zapewnienie badań, które pomogą postępowcom zwiększyć swoją atrakcyjność wśród wyborców z klasy robotniczej, w nadziei na osiągnięcie naszych wspólnych celów politycznych.
W listopadzie 2021 r., wraz z Jacobinem i YouGovem, CWCP opublikowało wyniki naszego pierwszego oryginalnego eksperymentu ankietowego, którego celem było lepsze zrozumienie, jakie rodzaje postępowych kandydatów, przesłania i polityki są najbardziej skuteczne w przemawianiu do wyborców z klasy robotniczej. [W „Nowym Obywatelu” opublikowaliśmy wówczas polskie tłumaczenie streszczenia tych badań: https://obywatel3.macmas.pl/2021/11/17/solidarnosc-zdroworozsadkowa-jak-stworzyc-lewice-pracownicza/]
Badanie wykazało między innymi, że wyborcy bez dyplomów wyższych uczelni są mocno zainteresowani kandydatami, którzy koncentrują się na sprawach codziennych, używają ekonomicznego, populistycznego języka i promują śmiały, progresywny program polityczny. Nasze ustalenia sugerują, że wyborców z klasy robotniczej, których kandydaci progresywni stracili na rzecz Donalda Trumpa, można odzyskać, podążając za modelem ustanowionym przez populistyczne kampanie Berniego Sandersa, Johna Fettermana, Matta Cartwrighta, Marie Gluesenkamp Pérez i innych.
Jednak nasze wstępne badanie pozostawiło wiele pytań bez odpowiedzi, a także postawiło wiele nowych. Które elementy ekonomicznego populizmu mają największe znaczenie dla przekonania wyborców z klasy robotniczej? Czy kandydaci ekonomicznych populistów nadal okażą się skuteczni w obliczu komunikatów opozycji, a także przeciwko republikańskim kandydatom, też sięgającym po populizm? Jak preferencje wyborców różnią się w różnych klasach i w obrębie samej klasy robotniczej? Czy populistyczne komunikaty ekonomiczne mogą zdobyć poparcie wyborców z klasy robotniczej ponad podziałami partyjnymi?
Aby odpowiedzieć na te pytania, stworzyliśmy nowy eksperyment ankietowy, w którym przedstawiliśmy siedem par hipotetycznych kandydatów reprezentatywnej grupie 1650 wyborców. Oceniliśmy szeroką gamę typów kandydatów (w sumie 23 100 różnych profili kandydatów), aby lepiej zrozumieć, którzy kandydaci osiągają najlepsze wyniki ogólnie i wśród różnych grup wyborców.
Naszym celem było sprawdzenie, które elementy ekonomicznego populizmu są najskuteczniejsze w przekonywaniu wyborców z klasy robotniczej, jak zmieniają się efekty ekonomicznego populizmu w obliczu komunikatów opozycji i jak efekty te różnią się zarówno w różnych klasach, jak i w obrębie klasy robotniczej.
Ogólnie rzecz biorąc, stwierdzamy, że kandydaci progresywni mogą zdobyć poparcie wyborców z klasy robotniczej, jeśli prowadzą kampanie, które dają wrażenie wiarygodnego zaangażowania w obronę interesów ludzi pracy. Oznacza to wystawianie większej liczby kandydatów z klasy robotniczej, prowadzenie kampanii ukierunkowanych na miejsca pracy i podejmowanie walki z elitami politycznymi i gospodarczymi w interesie pracujących Amerykanów.
Kluczowe wnioski z naszych badań ankietowych, przedstawione pokrótce poniżej i omówione bardziej szczegółowo w pełnym raporcie i w podsumowaniu, mogą stanowić podstawę przyszłych postępowych kampanii.
Niektóre z naszych kluczowych wniosków:
Startowanie w wyborach z hasłami związanymi z kwestiami pracy, w tym promującymi federalną gwarancję zatrudnienia (federal job guarantee – zapewniłaby pracę z przyzwoitym wynagrodzeniem wszystkim obywatelom powyżej 18. roku życia, którzy by jej szukali) może pomóc postępowym kandydatom. W zasadzie wszystkie grupy wyborców preferują kandydatów, którzy poruszają temat pracy. Co ciekawe, pozytywne opinie respondentów na temat kandydatów popierających federalną gwarancję zatrudnienia były spójne wśród wyborców Demokratów, kandydatów niezależnych, a nawet u Republikanów. Kandydaci, którzy popierali gwarancję zatrudnienia, byli również popularni wśród czarnych respondentów, wyborców wahających się, wyborców o niskiej skłonności do pójścia na wybory, respondentów bez dyplomu ukończenia studiów wyższych i respondentów z terenów wiejskich. Spośród trzydziestu sześciu różnych kombinacji retoryki kandydatów i stanowisk politycznych, które przeanalizowaliśmy, najpopularniejszą kombinacją były ekonomiczna retoryka populistyczna i gwarancja zatrudnienia.
Populistyczna retoryka „my kontra oni” przemawia do wyborców z klasy robotniczej niezależnie od ich przynależności partyjnej. Demokraci z klasy robotniczej, niezależni, republikanie, kobiety i respondenci z obszarów wiejskich preferują kandydatów posługujących się populistycznym językiem: to znaczy sloganami, które wymieniają elity gospodarcze lub polityczne jako główną przyczynę problemów kraju i wzywają pracujących Amerykanów do przeciwstawienia się im.
Wystawienie większej liczby nieelitarnych kandydatów z klasy robotniczej może pomóc postępowcom przyciągnąć więcej wyborców z tejże klasy. Wystawiani przez Demokratów kandydaci o zawodach robotniczych i profesjach opiekuńczych są bardziej popularni niż kandydaci profesjonalni i/lub z klasy wyższej, szczególnie wśród demokratów i republikanów z klasy robotniczej. Nieelitarni kandydaci z klasy robotniczej są również pozytywnie postrzegani przez kobiety, Latynosów, niezależnych politycznie, respondentów z miast i wsi, wyborców o niskiej skłonności do głosowania, respondentów bez wyższego wykształcenia i wyborców wahających się.
Kandydaci, którzy używają populistycznego przekazu klasowego są szczególnie popularni wśród robotników, a tych Demokraci muszą wygrać w wielu „fioletowych” stanach. Robotnicy fizyczni, grupa, która udzieliła Trumpowi większościowego poparcia w 2020 r., faworyzują kandydatów populistów ekonomicznych silniej niż jakakolwiek inna grupa zawodowa. Wyborcy o niskiej skłonności do głosowania również wyraźnie preferują tych kandydatów.
Przekazy prawicowej opozycji nie podważają skuteczności kampanii skoncentrowanych na zatrudnieniu, ekonomicznego populistycznego języka ani atrakcyjności kandydatów nieelitarnych z klasy robotniczej. W rzeczywistości nasze badanie sugeruje, że kandydaci kierujący się progresywną polityką zatrudnienia mogą być wręcz bardziej skuteczni w obliczu komunikatów prawicowej opozycji.
Wiejscy wyborcy z całego spektrum politycznego popierają kluczowe elementy lewicowego populizmu. Podczas gdy wiejscy Demokraci i niezależni popierają kandydatki pracujące w sektorze opieki, a wiejscy republikanie popierają kandydatów-drobnych przedsiębiorców, to wszyscy oni podzielają niechęć do kandydatów z wyższych sfer. Wolą tych ubiegających się o gwarancję zatrudnienia i przychylnie reagują na populistyczne przesłanie.
Kwestie klasowe. Wyborcy z klasy robotniczej reagują odmiennie niż inni wyborcy na kandydatów, przesłanie i politykę Demokratów. Zgodnie z interesami swojej grupy zawodowej, respondenci z klasy robotniczej z całego spektrum politycznego szczególnie silnie preferują kandydatów spoza elity i jednocześnie z klasy robotniczej; menedżerowie i specjaliści tak na to nie patrzą. Respondenci z klasy robotniczej uważają również język populizmu gospodarczego i federalną gwarancję zatrudnienia za bardziej atrakcyjne niż inne przesłanie i politykę; respondenci spoza klasy robotniczej nie.
Te preferencje klasowe utrzymują się w grupach rasowych i etnicznych: na przykład czarni respondenci z klasy robotniczej entuzjastycznie opowiadają się za ekonomiczną, populistyczną retoryką, podczas gdy czarni menedżerowie i profesjonaliści są jej przeciwni. Biali respondenci z klasy robotniczej zdecydowanie faworyzują kandydatów spoza elity; ich odpowiedniki z klasy średniej i wyższej nie.
Postępowcy kandydujący z list Demokratów powinni rozważyć zdystansowanie się od establishmentu Partii Demokratycznej. Bez względu na klasę, płeć czy rasę stwierdziliśmy, że respondenci faworyzują kandydatów tych Demokratów, którzy pociągają do odpowiedzialności Partię Demokratyczną za kiepską sytuację Amerykanów z klasy robotniczej.
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Powyższy tekst ukazał się na stronie internetowej magazynu „Jacobin” w czerwcu 2023. Cały raport można przeczytać tutaj: https://images.jacobinmag.com/wp-content/uploads/2023/06/08125102/TrumpsKryptonite_Final_June2023.pdf
Zdjęcie w nagłówku tekstu: djedj z Pixabay.
przez redakcja | wtorek 27 czerwca 2023 | aktualności
Rząd przyjął projekt ustawy podnoszącej świadczenie 500 plus do wysokości 800 zł miesięcznie.
Jak pisze Portal Samorządowy, projekt nowelizacji ustawy o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci, który przyjęła Rada Ministrów, zakłada podwyższenie świadczenia 500 plus do wysokości 800 zł miesięcznie.
Wypłata świadczenia wychowawczego w nowej wysokości ma nastąpić do 29 lutego 2024 r. z wyrównaniem od 1 stycznia 2024 r. Zmiana wysokości świadczenia nastąpi z urzędu. Nie trzeba składać dodatkowego wniosku o podniesienie świadczenia czy o „nowe” świadczenie, bo automatycznie nastąpi kontynuacja, jeśli nasze dziecko nie skończyło 18 lat.
Koszt podniesienia świadczenia to 24 mld zł. Jest to wkalkulowane w nową ustawę budżetową.

przez redakcja | poniedziałek 26 czerwca 2023 | aktualności
Linia kolejowa łącząca Racibórz z Racławicami Śląskimi będzie zrewitalizowana w ramach programu Kolej Plus. Nic nią nie jeździ już od 2000 roku.
Jak informuje portal wnp.pl, linia kolejowa Racibórz – Racławice Śląskie została zamknięta w 2000 roku. Od tego czasu mieszkańcy z terenu powiatu głubczyckiego, jako jedyni w województwie opolskim, zostali pozbawieni dostępu do komunikacji kolejowej.
26 czerwca, z udziałem Andrzeja Bittela, wiceministra infrastruktury, pełnomocnika rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu komunikacyjnemu, w opolskim urzędzie wojewódzkim podpisano umowę o finansowaniu inwestycji, której efektem będzie rewitalizacja szlaku kolejowego Racibórz-Racławice Śląskie w ramach Rządowego Programu Uzupełniania Lokalnej i Regionalnej Infrastruktury Kolejowej Kolej Plus do 2029 r.
Jak informuje PKP, dzięki rewitalizacji linii kolejowych blisko 40 tys. mieszkańców z czterech gmin zyska połączenie z Opolem. Czas podróży z Głubczyc do Opola wyniesie ok. 130 minut, a z Głubczyc do Raciborza – ok. 36 min. W ramach projektu o szacowanej wartości 535 mln zł netto zrewitalizowane zostaną linie o długości 54 km między Raciborzem a Racławicami Śląskimi. Trasa zostanie zelektryfikowana; pociągi osiągną prędkość do 120 km/h.
Mieszkańcy południowej części woj. opolskiego zyskają lepszy dostęp do kolei dzięki budowie lub odbudowie stacji i przystanków: Ściborzyce Małe, Głubczyce Las, Gadzowice, Głubczyce, Bernacice, Baborów, Tłustomosty, Pietrowice Wielkie, Cyprzanów, Samborowice, Wojnowice, Racibórz Studzienna. Wszystkie obiekty będą wyposażone w wiaty, ławki, oświetlenie, a perony zostaną przystosowane do obsługi osób o organicznych możliwościach poruszania się.
Program Kolej plus zaplanowano do realizacji do 2029 r. Będący pod egidą Ministerstwa Infrastruktury program jest wart ok. 13,3 mld zł, w tym 11,2 mld zł stanowią środki budżetu państwa i ok. 2 mld zł – środki jednostek samorządu terytorialnego.
przez redakcja | niedziela 25 czerwca 2023 | aktualności
Pracownicy lokalu sieci McDonald’s z Poznania założyli związek zawodowy. Część z nich została już zwolniona z pracy.
Jak informuje poznańskie wydanie portalu wyborcza.pl, w lokalu amerykańskiej sieci fast food w centrum handlowym przy dworcu PKP pracownicy zorganizowali się, żeby poprawić warunki swojej pracy. Lokal działa na zasadzie franczyzy.
Związek to komisja „Solidarności” i powstał, Aby poprawić warunki pracy wszystkich zatrudnionych osób. W ciągu dnia pracownicy mają jedną 30-minutową przerwę: 15 min jest płatne, a 15 minut nie. Osoby, które założyły związek, chciały, aby cała przerwa była płatna. Domagały się też, żeby stawka godzinowa była wyższa. W restauracji na starcie dostaje się 21 zł za godzinę. Pracownikom chodziło o złotówkę więcej. Problemy były także z kierownikiem, z którym współpraca źle się układała zdaniem założycieli związku.
Franczyzowy lokal nie przedłużył trzymiesięcznych umów na okres próbny m.in. osobom, które należały do związku. Sieć twierdzi, że to przypadek. Sieć działa w Polsce od lat i zatrudnia obecnie około 31 tys. pracowników. Na założenie związku zawodowego zdecydowali się tylko ci z małego punktu w Poznaniu.
przez redakcja | piątek 23 czerwca 2023 | aktualności
Strajkują wałbrzyscy kurierzy Glovo.
Jak informuje portal walbrzych24.pl, 22 czerwca rozpoczęli w Wałbrzychu strajk kurierzy firmy Glovo. Postanowili odmówić świadczenia usługi dostarczania jedzenia. Są wściekli z powodu niskich stawek, które obniżono im już podczas pandemii.
Kurierzy na początku mieli świetne stawki, wszystko było ok. Niestety, od pandemii zaczęły się problemy. Nasze wynagrodzenie bazuje na początkowej opłacie, czyli 2.7 zł plus opłaty za kilometry 0.9 zł i mnożniku 1.35. Poprzednie stawki były 2.7 zł., 1.2 zł i mnożnik 1.65. Niestety, w trakcie pandemii to się zmieniło na naszą niekorzyść – informuje jeden z kurierów.
Jak informują kurierzy, „teraz pracujemy w sumie za darmo”.
– Ludzie są źli, bo muszą z tych pieniędzy zapłacić za paliwo, eksploatację samochodu, a gdzie jeszcze żyć? Wszyscy stoimy, liczymy na to, że ktoś z nami porozmawia. Powiadomiona została firma Glovo, jednak nasz opiekun miasta twierdzi, że są to za duże zarobki – informuje wałbrzyski kurier.
To nie pierwszy strajk pracowników Glovo, w 2021 roku strajkowali kurierzy w Gdańsku.
Strajk potrwa do niedzieli.
przez redakcja | czwartek 22 czerwca 2023 | aktualności
Związkowcy z OPZZ Konfederacji Pracy chcą wyrównania wieku emerytalnego w dół – by mężczyźni mogli przechodzić na emeryturę w wieku 60 lat.
Jak informuje portal pulshr.pl, związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy chce wyrównania wieku emerytalnego w dół. W tym celu ma zamiar złożyć wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności art. 24. (1) Ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Konstytucją. Rozpoczął zbiórkę, która pomoże sfinansować wniosek.
Podstawowym przyczynkiem do tych działań jest wieloletnia obserwacja rynku pracy. Tego, w jaki sposób kobiety „wypadają” z tego rynku na skutek rozwiązań emerytalnych różnicujących wiek przejścia na emeryturę pomiędzy kobietami a mężczyznami. Równość płci na poziomie pracowniczym – jak i każdym innym – jest dla nas niezmiernie istotna. Doszliśmy więc do wniosku, że utrzymywanie różnicy w wieku emerytalnym między płciami jest niesprawiedliwe i dyskryminujące. Zrównanie wieku emerytalnego byłoby ważnym krokiem w kierunku promowania równości i sprawiedliwości społecznej – mówi Michał Lewandowski, przewodniczący zarządu krajowego OPZZ Konfederacji Pracy.
Zdaniem OPZZ Konfederacji Pracy, równość wieku emerytalnego między płciami przyczyni się do zmniejszenia nierówności zawodowych i płacowych. Związkowcy podkreślają również, że dzięki zrównaniu wieku emerytalnego więcej mężczyzn dożyje emerytury. Z danych GUS-u z 2021 r. wynika, że średnio 72,8 proc. mężczyzn dożywa wieku emerytalnego, który wynosi 65 lat. Oznacza to, że statystyczne więcej niż 25 proc. nigdy nie doczeka przejścia na emeryturę.
przez redakcja | środa 21 czerwca 2023 | aktualności
Polacy powyżej 50. roku życia są niezadowoleni głównie z wysokości pensji, braku możliwości awansu i braku możliwości rozwoju.
Jak informuje pulshr.pl, Z badania „SHARE: 50+ w Europie” wynika, że tylko 15 proc. osób 50 plus w Polsce jest zadowolonych z pracy, a ponad 50 proc. jest zniechęcona. 74 proc. respondentów twierdzi, że nie ma szans na awans, a niecałe 40 proc. widzi możliwość rozwoju i zdobywania umiejętności.
Emeryci u nas nie pracują. W Polsce w 2022 roku zatrudnionych było 8,9 proc. osób w grupie wiekowej 65-74 lata.
40 proc. pracowników w sektorze edukacji, opieki, służby zdrowia i pomocy społecznej jest powyżej 50. roku życia. Zauważalna jest także nadwyżka kobiet. Jedna trzecia tych pracowników w przeciągu najwyżej 10 lat osiągnie wiek emerytalny. Ta sama sytuacja jest w wielu działach administracji publicznej. Ale starsi pracownicy odchodzą tak szybko, jak tylko mogą także z męczących i niskopłatnych prac fizycznych.
Eksperci chcą „przełamywać wizerunek osób 50+ za pomocą kampanii społecznych”, ale nic nie przełamie zmęczenia.
przez redakcja | wtorek 20 czerwca 2023 | aktualności
Badania pokazują, że Polacy nawet na wakacjach nie rozstają się ze służbowym smartfonem czy laptopem.
Według informacji portalu pulshr.pl, 92,7 proc. Polaków korzysta z internetu w telefonie, używając go głównie do przeglądania stron, odbierania i wysyłania maili oraz używania portali społecznościowych i komunikatorów. Z ostatniego raportu „Digital 2022. We Are Social” wynika też, że przeciętny Polak spędza w internecie średnio 6 godz. i 42 min dziennie, co daje prawie 45 godz. tygodniowo. 69 proc. Polaków na urlopie sprawdza służbową pocztę, 63 proc. odbiera służbowy telefon, a co 10. nawet podczas wakacji wykonuje standardowe obowiązki zawodowe.
Tylko 1 proc. badanych zadeklarował, że w trakcie urlopu pozostaje offline i nie skorzysta z telefonu ani laptopa.
– Kiedy bierzemy ze sobą laptopa, a w dzisiejszych czasach nawet w prywatnym telefonie mamy podłączonego służbowego maila, to każde piknięcie powoduje w nas poczucie lęku i automatycznie sprawdzamy, co to za mail, i chcemy na niego odpowiadać – mówi Kinga Rucka, psycholożka.
Jak podkreśla, takie niehigieniczne korzystanie z technologii powoduje jednak, że mózg nie jest w stanie efektywnie odpoczywać. Przez to dużo gorzej radzi sobie z przebodźcowaniem i stresem, co w konsekwencji może prowadzić nawet do wypalenia zawodowego, zaburzeń psychicznych oraz fizycznych dolegliwości na tym tle.
przez redakcja | poniedziałek 19 czerwca 2023 | aktualności
Powrócą smartfony z wymiennymi bateriami. To decyzja Unii Europejskiej.
Jak informuje portal chip.pl, UE już od jakiegoś czasu skupia się na ekologicznych kwestiach produkcji elektroniki, wprowadzając coraz to nowe prawa, które z jednej strony mają ułatwić życie konsumentom, a z drugiej zmniejszyć ilość elektrośmieci. Tak samo jest z nowymi przepisami. W ubiegłym roku Unia Europejska wzięła się za ładowarki, a właściwie za porty ładowania w smartfonach (i innych urządzeniach elektronicznych). Port wtyczki ma być ujednolicony.
Na ujednoliconym porcie ładowania się jednak nie skończyło. Z wprowadzanych przez Unię przepisów warto wspomnieć chociażby o obowiązku zapewnienia dłuższego wsparcia oraz części zamiennych dla urządzeń elektronicznych, w tym właśnie smartfonów. Teraz z kolei UE poszła o krok dalej, o czym zresztą wspominano już od wielu miesięcy. 587 głosami za, 9 przeciw i 20 wstrzymującymi się posłowie Parlamentu Europejskiego zatwierdzili porozumienie zawarte z Radą w sprawie zmiany przepisów dotyczących baterii i odpadów.
Producenci będą zmuszeni do wielu zmian, takich jak dokładniejsze określenie, które części baterii nadają się do recyklingu i jaki jest ich ślad węglowy. Nie ma co jednak ukrywać, że najistotniejsza jest tutaj konieczność projektowania baterii w urządzeniach tak, aby konsumenci mogli je łatwo wyjmować i wymieniać. To właśnie te zapisy najmocniej uderzą w producentów, bo będą wymagały od nich przeprojektowania przyszłych urządzeń.
Ustawa wejdzie w życie za 3,5 roku, czyli na początku 2027 roku. Zmiany nie będą więc wprowadzone z dnia na dzień. Na smartfony z wymiennymi bateriami jeszcze trochę poczekamy. Nowe unijne prawo będzie mocno podważane przez producentów smartfonów. Apple, Samsung i inne firmy będą walczyć o zmianę albo wprowadzenie jakiegoś kompromisu, bo niezastosowanie się do przepisów będzie wiązało się nawet z zakazem sprzedaży w Europie.
przez Łukasz Misiuna | niedziela 18 czerwca 2023 | opinie
Koniec sprawy bezprawnego usunięcia działek na Łyścu z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego
Od kwietnia 2019 roku trwały rządowe próby usunięcia z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego 1,35 ha z zabytkową, pobenedyktyńską zabudową po to, aby przekazać je zakonowi Oblatów. Do dziś w tej sprawie kolejni ministrowie środowiska naruszali polskie prawo ochrony przyrody i manipulowali nim tak, aby usankcjonować nieuzasadnione przejęcie własności Skarbu Państwa przez zakon. Aż sfinalizowali bezprawną procedurę zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego.
Geneza problemu
14 stycznia 2022 roku premier Morawiecki został zaproszony przez Stowarzyszenie MOST na happening „Świętej Pamięci Natura”, który 18 stycznia 2022 roku odbył się pod Kancelarią Premiera w Warszawie. Happening miał być manifestacją niezgody na tocząca się procedurę. Przedmiotem sprzeciwu społeczników, aktywistów, przyrodników i naukowców był projekt rozporządzenia RD 162 przygotowanego przez ministra Michała Wosia.
Projekt zakładał usunięcie z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego działek na Łyścu o powierzchni 1,35 ha oraz włączenia w granice Parku izolowanej enklawy leśnej oddalonej od Parku o kilkanaście kilometrów o powierzchni ponad 62 ha pod wsią Grzegorzowice. Projekt ministra Wosia miał być fortelem, dzięki któremu zostaną ominięte zapisy ustawy o ochronie przyrody. Ustawa jednoznacznie wskazuje, że teren parku narodowego może być usunięty z jego granic wyłącznie w przypadku wykazania równoczesnej, bezpowrotnej utraty jego wartości przyrodniczych i kulturowych. Ministerstwo klimatu i środowiska od czasów ministra Henryka Kowalczyka (2019 rok) twierdzi, że fragment wierzchowiny na Łyścu w ŚPN utracił bezpowrotnie swoje wartości przyrodnicze. Jednocześnie ministerstwo uważa, że teren nie utracił swoich wartości kulturowych. Na tym sprawa powinna się zakończyć bo nie zostały spełnione ustawowe przesłanki pozwalające na wyłączenie z granic ŚPN niewielkiej enklawy z zabytkową zabudową.
Jako ciekawostkę dodam, że minister Kowalczyk w 2019 roku, pytany przez Stowarzyszenie MOST o przyczyny i osoby odpowiedzialne za rzekomą utratę wartości, odpowiedział w piśmie, że odpowiedzialni są zaborcy austriaccy. Podobnie kuriozalnej odpowiedzi udzieliła Stowarzyszeniu Sekretarz Stanu w ministerstwie klimatu i środowiska Małgorzata Golińska, która w swoim piśmie stwierdziła, że pojęcie wartości nie jest nigdzie sprecyzowane i że ministerstwo samo oceni, jakie wartości reprezentują działki na Łyścu.
Przypomnę, że teren, o którym mówię, jest Pomnikiem Historii ustawionym przez Prezydenta Polski, zabytkiem kultury, fragmentem parku narodowego i częścią obszaru Natura 2000. Pierwszy rezerwat przyrody utworzono tu w 1924 roku, a park narodowy powołano w 1950. Wartości przyrodnicze i kulturowe poświadczone zostały przez pokolenia naukowców i badaczy przyrodników, historyków i archeologów.
Zastanawiąjące też może się wydać, skąd taka determinacja rządu, aby za wszelką cenę, w tym za cenę prawa, pozbyć się rzekomo pozbawionego wartości terenu i skąd taka determinacja zakonu Oblatów, żeby uruchomić aparat państwa w celu przejęcia tej wyjątkowej ruiny?
Morawiecki nie wie, co podpisuje?
Jak wspomniałem, premier Mateusz Morawiecki został zaproszony na wyjątkowe wydarzenie, które zgromadziło kilkaset osób i przeszło jedną z głównych ulic stolicy pod Kancelarię Premiera. Wcześniej premier był przez Stowarzyszenie MOST informowany o problemie w 2020 roku. Zwieńczeniem całej sprawy miał być podpis premiera pod bezprawnym projektem rozporządzenia. Premier posiadał wiedzę o tym, że Rada Naukowa ŚPN, Państwowa Rada Ochrony Przyrody, Polska Akademia Nauk oraz dziesiątki tysięcy Polek i Polaków (petycje, w tym złożona do ministra klimatu i środowiska Anny Moskwy) negatywnie oceniają projekt rozporządzenia i wskazują na jego niezgodność z prawem i faktami (raport z inwentaryzacji przyrodniczej działek zlecony przez Stowarzyszenie MOST wykazał wysokie wartości przyrodnicze i kulturowe działek – premier otrzymał ten raport). Mimo to w dniu happenigu, czyli 18 stycznia 2022 roku, Morawiecki podpisał projekt rozporządzenia. Pociągnęło to za sobą skutki w postaci kolejnego naruszenia prawa, czyli wyłączenia 1,35 ha terenu z granic ŚPN oraz kolejne skutki prawne i ekonomiczne, o czym poniżej.
Na wniosek złożony za pośrednictwem kancelarii prawnej przez Stowarzyszenie MOST w omawianej sprawie, Najwyższa Izba Kontroli podjęła działania. Na raport NIK trzeba było czekać rok. 30 września 2022 roku NIK ogłosił swój raport, w którym stwierdza, że rządowe prace legislacyjne nad projektem rozporządzenia są „nieuprawnione” i wzywa premiera do przywrócenia stanu zgodnego z prawem. NIK wskazuje, że proces legislacyjny związany z projektem rozporządzenia przebiegał z naruszeniem prawa, między innymi zorganizowane przez ministra Wosia konsultacje społeczne były niezgodne z prawem oraz nie istnieją przesłanki pozwalające stwierdzić, że teren utracił swoje wartości. NIK wezwał premiera Morawieckiego do nowelizacji rozporządzenia w taki sposób, aby 1,35 ha na Łyścu nadal było częścią Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jednocześnie NIK nie nakazał usunięcia z granic ŚPN enklawy ponad 62 ha pod Grzegorzowicami.
Do dziś premier Morawiecki nie zastosował się do wskazań NIK. Stowarzyszenie MOST zwróciło się z następującymi pytaniami do Kancelarii Premiera, nawiązując do raportu NIK: „wskazania terminu lub ram czasowych przywrócenia nieruchomości o nr ewid. 2039/1, 2039/2 oraz 2039/3 obręb Nowa Słupia o łącznej powierzchni 1,35 ha w granice Świętokrzyskiego Parku Narodowego; przedstawienia zasad postępowania w ww. sprawie”. Odpowiedź przyszła z datą 8 marca 2023. W piśmie (znak: CIR. WAP. 1510. 13. 2023 podpis nieczytelny) czytamy: „[…] do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie wpłynęły dokumenty w przedmiotowej sprawie, do rozpatrzenia przez Stały Komitet Rady Ministrów czy przez Radę Ministrów”. W tym samym piśmie jest też następująca informacja: „[…] kwestie poruszone we wniosku [Stowarzyszenia MOST] dotyczą spraw, w których właściwym organem jest Minister Klimatu i Środowiska. Aby uzyskać wnioskowane informacje sugeruję zwrócić się bezpośrednio do ww. resortu”.
W związku z taką odpowiedzią, reprezentując Stowarzyszenie MOST, zwróciłem się bezpośrednio do minister Anny Moskwy z dokładnie tymi samymi pytaniami co do premiera Morawieckiego.
W odpowiedzi Ministerstwa Klimatu i Środowiska w piśmie z 26. 05. 2023 (znak: DIŚ-IV.0190.159.2023.MS 2638352.10164623.8146716, podpisane przez Macieja Muchę Dyrektora Departamentu Instrumentów Środowiskowych Ministerstwo Klimatu i Środowiska, czytamy: „[…] informuję, że załatwienie przedmiotowej sprawy nie nastąpi w terminie, o którym mowa w art. 13 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (Dz.U. z 2022 r. poz. 902 ze zm.). Ze względu na szczególnie skomplikowany charakter sprawy, na podstawie art. 13 ust. 2 wyżej cytowanej ustawy, termin udzielenia odpowiedzi zostaje przedłużony do dnia 12 czerwca 2023 r.”.
Wcześniej (12.05.2023) zwróciłem się w imieniu Stowarzyszenia MOST z wnioskiem do Najwyższej Izby Kontroli. Zapytałem NIK: „W związku z opublikowaniem przez Najwyższą Izbę kontroli Delegatura w Kielcach dnia 30.09.2022 dokumentu pod nazwą »Informacja o wynikach kontroli Przebieg procesu legislacyjnego dotyczącego projektu rozporządzenia w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego oraz sprawowanie nadzoru nad jego działalnością« zwracamy się z wnioskiem o udzielenie informacji czy Najwyższa Izba Kontroli przekazała wspomniany wyżej raport Prezesowi Rady Ministrów Mateuszowi Morawieckiemu? Jeśli tak, to kiedy i w jakiej formie oraz czy Kancelaria Premiera lub inny organ potwierdził otrzymanie dokumentu i czy odniósł się do niego w jakikolwiek sposób?”. NIK w swoim piśmie (datowanym na 22. 05. 2023 znak: LKI. 014.5.2023) informuje, że premier Morawiecki otrzymał raport drogą elektroniczną i tradycyjną. NIK twierdzi zatem, że informował premiera o sprawie zanim ten podpisał projekt rozporządzenia RD 162. W piśmie tym czytamy też: „[…] Prezes NIK wniósł o ponowne rozważenie wszystkich argumentów dotyczących wyłączenia ww. terenu z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego […]”. Premier nie skorzystał z sugestii NIK.
Natomiast 29.05.2023 z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przyszło do Stowarzyszenia MOST pismo z odpowiedzią na pytania, czy Morawiecki otrzymał z NIK raport w omawianej sprawie. W odpowiedzi przesłanej e-mailowo czytamy: „[…] w odpowiedzi na załączony wniosek informuję, że Prezes Najwyższej Izby Kontroli przesłał pocztą tradycyjną pismo wraz z załącznikiem: Informacja o wynikach kontroli NIK pn. Przebieg procesu legislacyjnego dotyczącego projektu rozporządzenia w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego oraz sprawowanie nadzoru nad jego działalnością. Pismo datowane jest na 4 sierpnia 2022 r., wpływ do KPRM 29 sierpnia 2022 r.” (podpisano: Agnieszka Kowalska, radca Centrum Informacyjnego Rządu). Dalej w piśmie czytamy, że ani Ministerstwo Klimatu i Środowiska, ani Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie będą podejmować działań związanych z nowelizacją rozporządzenia w kierunku przywrócenia prawa w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Decyzję uzasadnia się tym, że teren bezpowrotnie utracił swoje wartości przyrodnicze i podlega wieloletnim wpływom antropogenicznym.
7.06.2023 do Stowarzyszenia MOST wpłynęło kolejne pismo z Ministerstwa Klimatu i Środowiska (znak: DIŚ-IV.0190.159.2023.MS 2638352.10244682.8209800 podpisane przez Macieja Muchę, Dyrektora Departamentu Instrumentów Środowiskowych Ministerstwa Klimatu i Środowiska) z następującą informacją: „[…] informuję, że nie są prowadzone prace zmierzające do zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Tym samym nie jest możliwe udzielenie żądanych informacji, tj. wskazanie terminu lub ram czasowych przywrócenia nieruchomości o nr ewid. 2039/1, 2039/2 oraz 2039/3 obręb Nowa Słupia o łącznej powierzchni 1,35 ha w granice Świętokrzyskiego Parku Narodowego oraz przedstawienie zasad postępowania w ww. sprawie”.
Co to wszystko oznacza? Przede wszystkim w jednym można się zgodzić z Ministerstwem Klimatu i Środowiska: sprawa ma wyjątkowy i złożony charakter. Ale tylko wtedy jeśli się przyjmie, że za wszelką cenę, naruszając kolejne procedury, brnie się w bezprawną procedurę. W zasadzie jest imponujące, z jaką determinacją politycy, głównie z Suwerennej Polski Zbigniewa Ziobry, którzy wzięli całą polską przyrodę w swoje ręce, angażują kolejne państwowe instytucje tylko po to, żeby uznany przez siebie za pozbawiony wartości, malutki fragment własności Skarbu Państwa o bezcennym znaczeniu dla historii Polski, przekazać Oblatom. Bo to Oblaci rozpoczęli cały ten proces niefortunnych, skandalicznych i bezprawnych procesów, uważając, że ziemia ta należy im się i jest „dziejową sprawiedliwością oddanie” im działek na Łyścu. Przypomnę, że w 1819 roku na mocy bulli papieskiej klasztor na Łyścu został skasowany i sprzedany Królestwu Polskiemu. Przez kolejne dziesiątki lat aż do 2019 roku nikt nie kwestionował tego, że to własność państwa polskiego i że ma szczególną wartość jako unikalne dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe.
W każdym razie Mateusz Morawiecki, mając wiedzę o tym, jaką wartość ma ten teren, jaki jest jego status prawny, znając opinię najważniejszych instytucji zajmujących się ochroną przyrody, znając opinię Polek i Polaków oraz mając w ręku raport NIK, uznał, że zamknie oczy i skoczy za ziobrystami w precedensową, mającą znaczenie dla całego systemu ochrony przyrody w Polsce aferę, z której nie będzie mu się łatwo wydostać.
Pozbawiony wartości Skarb Państwa
Na skutek decyzji Morawieckiego o usankcjonowaniu bezprawia na Łyścu ruszyła machina mająca na celu przekazanie w jakiś sposób działek Oblatom. Po usunięciu 1,35 ha na Łyścu z granic ŚPN teren ten wszedł w zarząd Starosty Kieleckiego Mirosława Gębskiego z PiS, nadal pozostając własnością Skarbu Państwa. Oblatom przysługuje możliwość zakupu tych działek z bonifikatą 99%. Czyli mogą je zakupić za 1% realnej wartości. Jaka jest zatem wartość działek na Łyścu? Jeszcze w 2021 roku Stowarzyszenie MOST wystąpiło do dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego o udostępnienie informacji na temat wartości terenu przeznaczonego do usunięcia z ŚPN. Według uzyskanego operatu wartość dwóch z trzech działek (około 1 ha) miała wynosić 5 mln 447 tysięcy złotych. Tymczasem starosta kielecki wszystkie trzy działki (1,35 ha) wycenia obecnie na 3 mln 268 tysięcy złotych. Zastanawiająca jest ta różnica ponad 2 milionów złotych, szczególnie w czasach, gdy ceny nieruchomości rosną, nie maleją. Oba operaty oczekują na weryfikację przez niezależnych specjalistów.
Dość nieoczekiwanie wydarzyły się dwie rzeczy: Rodzimy Kościół Polski zwrócił się do starosty kieleckiego o dopuszczenie do przetargu z możliwością zakupu działek na Łyścu na takich prawach jak Oblaci. W tym celu Rodzimowiercy i Stowarzyszenie MOST wspólnie ogłosili zbiórkę publiczną, chcąc zgromadzić środki w wysokości 1% z tych ponad 3 milionów złotych, które Gębski wskazał jako wartość nieruchomości. Gdyby udało się wykupić ziemię na Łyścu, Rodzimowiercy i Stowarzyszenie MOST ogłosili, że będą czynić starania, żeby działki ponownie włączyć w granice ŚPN. Jednocześnie Stowarzyszenie MOST już drugi raz zwróciło się do Mirosława Gębskiego z pismem i apelem o to, aby zrezygnował ze sprzedaży tego terenu i zachował go jako własność Skarbu Państwa.
Drugą rzeczą, która wydarzyła się nieco wcześniej, było wystąpienie dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego z żądaniem zapłaty 3,5 mln złotych przez starostę w związku z jego decyzją o sprzedaży działek Oblatom. W artykule Angeliny Kosiek z kieleckiej „Gazety Wyborczej”, który opisuje sprawę od jej początku, czytamy: „22 listopada 2022 r. ŚPN wystąpił z wezwaniem przedsądowym, które opiewało na 3 545 386,28 zł. Kwota żądana jest tytułem zwrotu nakładów poniesionych przez Świętokrzyski Park Narodowy na nieruchomości gruntowe zabudowane, oznaczone jako działki nr 2039/2 i 2039/3 położone w Nowej Słupi, w okresie, w którym znajdowały się w zarządzie oraz użytkowaniu wieczystym Parku. […] ŚPN zaznaczył, że kwota powinna wpłynąć na wskazane konto w ciągu 14 dni od otrzymania wezwania. Reklewski tak komentował swoje roszczenia: »Niezapłacenie ww. kwoty w terminie wskazanym skutkować będzie skierowaniem sprawy przez Świętokrzyski Park Narodowy z siedzibą w Bodzentynie na drogę postępowania sądowego, co narazi Skarb Państwa na dodatkowe, zbędne koszty tego postępowania«” (Gazeta Wyborcza Kielce, 22.02.2023). Ostatecznie dyrektor ŚPN domaga się kwoty 2 889 743,34 zł.
Starosta Gębski odmówił Oblatom możliwości zakupu działek na Łyścu za 1% ich wartości. Oto jego uzasadnienie, ciekawe z punktu widzenia dyskusji na temat wartości tego terenu: „W niniejszym przypadku należało w szczególności uwzględnić unikatowy charakter nieruchomości, o sprzedaż której wnioskowano. Należy mieć bowiem na uwadze, że pobenedyktyński zespół klasztorny na Świętym Krzyżu, w skład którego wchodzą wnioskowane do sprzedaży nieruchomości, posiada szczególną wartość i znaczenie dla polskiego dziedzictwa kulturowego”. Słowa te znalazły się w piśmie skierowanym do Rodzimowierców i zapewne do Oblatów.
Można spekulować, czy starosta wystraszył się odpowiedzialności karnej i zarzutów niegospodarności, czy też zdecydowały jakieś zakulisowe naciski. Tak czy inaczej Gębski wzbudził w środowisku kieleckich polityków PiS i Suwerennej Polski zdumienie i pojawiły się pogłoski o konsekwencjach politycznych, jakie mają go spotkać. Gębski, ogłaszając odmowę możliwości sprzedaży działek Oblatom wyjechał na parę tygodni ze wzgledów zdrowotnych, nie było go w pracy. Co nie przeszkodziło mu zaskoczyć wszystkich ponownie. Będąc na zwolnieniu lekarskim w sanatorium, Gębski ogłosił na stronach starostwa powiatowego w Kielcach, że… wydzierżawi Oblatom 1,35 ha na Łyścu na 50 lat za kwotę 73 000 zł rocznie, czyli około 6000 zł miesięcznie.
Z ostrożnych obliczeń wynika, że powierzchnia użytkowa w budynkach na Łyścu to jakieś 2000 m kw., więc nawet gdyby czynsz przeliczać tylko na część „mieszkalną”, wychodzi około 3 zł za m kw. miesięcznie. Dzierżawa mieszkań o powierzchni ok. 40 m kw w proporcjonalnej cenie to 120 zł za miesiąc. Suwerenna Polska i PiS wdrożyli zatem na Łyścu program „Mieszkanie plus”. Tyle że wyłącznie dla Oblatów i finansując go własnością Skarbu Państwa, czyli nas wszystkich. Twierdząc jednocześnie, że teren ten bezpowrotnie utracił swoje wartości.
W związku z całym zamieszaniem i poszukiwaniem sposobu na to, aby przekonać opinię publiczną, że zrobiono wszystko, co się dało, starosta kielecki Mirosław Gębski zwrócił się do ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego, aby ten przejął działki na Łyścu z zabytkową zabudową i stworzył tam państwową instytucję kultury. Gliński odmówił, tłumacząc, że ministerstwo ma ograniczenia finansowe i nie jest w stanie udźwignąć takiego wydatku. Jeszcze w 2021 roku jako Stowarzyszenie MOST pisałem do ministra Glińskiego w sprawie prób bezprawnego usunięcia z granic ŚPN trzech działek o powierzchni 1,35 ha na Łyścu. Wówczas minister Gliński odpowiedział, że nie jest organem właściwym do zajmowania się tą sprawą.
Kolejny raz okazało się, że ta pozbawiona wartości ziemia jednak trochę kosztuje, a jedynym podmiotem, który w Polsce stać na jej utrzymanie, są Oblaci. Ci sami, którzy ustami swojego superiora Mariana Puchały ogłaszali, że żyją w biedzie i nie stać ich na remont nieruchomości na Łyścu.
Ostatecznie na początku czerwca 2023 starosta kielecki Mirosław Gębski podpisał umowę 50-letniej dzierżawy działek na Świętym Krzyżu na rzecz Domu Zakonnego Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej.
Koniec
Zajmując się tą sprawą przez ponad 4 lata zderzyłem się z cynicznym i wyrachowanym postępowaniem ludzi pozbawionych skrupułów. Przeszedłem całą procedurę legislacyjną wraz ze sporą częścią członków polskiego rządu. Napisałem kilkadziesiąt pism, współtworzyłem interpelacje poselskie, brałem udział w posiedzeniach sejmowych komisji, współorganizowałem manifestacje, pisałem listy otwarte, apele, petycje, byłem ze sprawą w Komisji Europejskiej i składałem wniosek do Najwyższej Izby Kontroli, wysyłałem list do papieża Franciszka, napisałem kilkanaście artykułów, brałem udział w konferencjach prasowych, występowałem w mediach, prowadziłem badania naukowe, współorganizowałem konferencję naukową, byłem na spotkaniu z Puchałą i Reklewskim na Łyścu, skąd mam ciekawy materiał czekający na lepsze czasy. Występowałem w wielu rolach, nieraz będąc stroną w sprawie. Byłem też oskarżony o naruszenie prawa przez dyrektora Reklewskiego. Współpracowałem z setkami wspaniałych ludzi, naukowcami, działaczami, prawnikami, dziennikarzami, politykami opozycji (poza Konfederacją i PSL, bo nie podjęli sprawy). Mnóstwo pracy i bezmiar doświadczeń.
Trudno jednak spierać się z Polakiem Katolikiem (jak sam o sobie napisał w piśmie do mnie) Mariuszem Goskiem z Suwerennej Polski, który w oficjalnym piśmie twierdzi, że nie musi się nikomu tłumaczyć ze swoich spotkań z Oblatami w czasie pracy w sprawie ich lobbingu na rzecz złamania prawa. Trudno polemizować z ministrem Michałem Wosiem, który ogłasza konsultacje społeczne niezgodnie z prawem albo wydaje zgodę na 2 lata badań naukowych na Łyścu, a po 2 miesiącach ogłasza projekt rozporządzenia, nie czekając na wyniki badań, bo i tak go nie interesuje prawda o wartościach terenu na Łyścu.
Wskutek polityczno-kościelnego lobbingu kilku osób, Świętokrzyski Park Narodowy został pozbawiony swojego serca, symbolu, części wierzchowiny na Łyścu z zabytkową, pobenedyktyńską zabudową. To jedno z najcenniejszych kulturowo i przyrodniczo miejsc w Polsce, teren o znaczeniu europejskim. Nie utraciło żadnych swoich wartości, co zostało potwierdzone badaniami naukowymi i opiniami najważniejszych instytucji państwowych. Ten teren nigdy nie należał do Oblatów i dlatego nie mógł być im „oddany” i nie jest to żadna „dziejowa sprawiedliwość”, jak chce tego Marian Puchała, superior zakonu Oblatów.
Cała ta sprawa to przykład zmasowanej, systemowej instytucjonalnej przemocy zastosowanej przez kilka osób, które wykorzystały aparat państwa do tego, żeby uzyskać jakieś mizerne efekty polityczne i być może ekonomiczne. Oczywiście wygranym są Oblaci. Teraz już mogą na Łyścu organizować zloty motocyklistów na 5000 maszyn czy pielgrzymki na 120 000 osób, albo zawody na najgłośniejszy wydech tuningowanego auta. To są zdarzenia, które miały miejsce na Łyścu lub miały mieć miejsce, ale udało się je powstrzymać. Teraz Muzeum Przyrodnicze ŚPN, zlokalizowane w jednym z budynków, który tak chcieli Oblaci (dawne carskie, niemieckie i radzieckie więzienie, zabytek kultury) zniknie z Łyśca. W budynku znajdzie się hotel prowadzony przez Oblatów.
Udało się jednak kilka rzeczy uzyskać, choć nie to było moim celem. Jakie? Po pierwsze sprawę udało się nagłośnić i zdemaskować i nie ma już możliwości, żeby o niej zapomnieć i do niej nie wrócić, gdy będzie możliwość. Po drugie udało mi się poczuć, że jednak jest środowisko, duże grono wspaniałych ludzi, którzy chcą się angażować w tak trudne i niejasne sprawy. To było bezcenne doświadczenie, na którym można budować. Po trzecie ŚPN utracił… tylko 1,35 ha, a pierwotnie ministerstwo chciało usunąć z granic Parku ponad 5 ha. To sukces. Po czwarte w granice ŚPN włączono ponad 62 ha lasu pod Grzegorzowicami. Co do sensowności włączenia tego akurat kompleksu leśnego i okoliczności włączenia można jedynie wyrazić smutek. Jednak w czasach, kiedy ministerstwo klimatu i środowiska jest w rękach ludzi traktujących przyrodę jako zasób a nie wartość, więc nie powstają nowe parki narodowe – można to uznać za dużą sprawę i korzystać z tej okoliczności w dyskusjach z ministerstwem. Po piąte Oblaci, podpisując umowę dzierżawy, stracili możliwość przejęcia tej ziemi przez zasiedzenie. Dotąd bowiem przebywali w klasztorze pobenedyktyńskim, który jest własnością Skarbu Państwa, bez żadnej umowy ani innego aktu prawnego. Teraz już nie. Teraz ich obecność została usankcjonowana i to rodzi określone skutki. Po szóste Oblaci nie stali się właścicielami 1,35 ha na Łyścu.
Jest jeszcze jedna sprawa, którą podnosiłem od początku. Pisałem, że sprawa Łyśca nie jest sprawą 1,35 ha w jakimś zapomnianym zakątku Polski. Próbowałem dotrzeć z przekazem, że jeśli pozwolimy na tego rodzaju precedens związany z naruszeniem prawa, to prędzej czy później zostanie on wykorzystany wobec innych obszarów chronionych w Polsce. Moje obawy znalazły uzasadnienie w nowym projekcie ustawy o parkach narodowych. Ministerstwo Klimatu i Środowiska, nauczone przykładem Łyśca, wykreśliło tak często przywoływany przeze mnie zapis o tym, że dany obszar można usunąć z granic parku narodowego, gdy bezpowrotnie utraci on wartości przyrodnicze i kulturowe. Ten mały spójnik „i”, który, wydawało się, można pominąć albo nie zwrócić na niego uwagi, ma w obecnej ustawie kluczowe znaczenie i jest wielkim strażnikiem spójności prawa, spójności wartości przyrodniczych i kulturowych, których nie wolno rozrywać i który jest strażnikiem logiki, a nawet pewnego rodzaju mądrości, którą posiadali dawni ustawodawcy. A która dziś została tak strasznie i bezpowrotnie utracona.
Ministrowie nigdy nie wykazali, że działki na Łyścu utraciły jakieś wartości. Głos naukowców, przyrodników, społeczeństwa, instytucji, licznych organizacji pozarządowych (między innymi Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, PTOP Salamandra, Klub Przyrodników, Fota 4 Climate) nigdy nie został uwzględniony, a konsultacje społeczne były prowadzone w sposób niezgodny z prawem. Ministrowie, premier, wojewoda świętokrzyski, starosta kielecki forsowali bezprawny dokument albo nadużywając swoich kompetencji, albo ich nie dopełniając. W sprawie finansów doszło prawdopodobnie do kilku przypadków niegospodarności i narażania Skarbu Państwa na nieuzasadnione straty.
Czy powołując się na najmniejszy ze spójników można walczyć z bezprawiem, chciwością i arogancją? Tak.
Łukasz Misiuna
PS. Opisywaną przeze mnie sprawę jako pierwszy podjął redaktor Grzegorz Walczak z kieleckiej Gazety Wyborczej. Wiele informacji, które podaję w powyższym tekście pochodzi z artykułów pana Grzegorza Walczaka.
Autor relacjonował całą sprawę na naszych łamach od początku, czyli od czerwca 2019 roku. Teksty te można znaleźć tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/author/lukasz-misiuna/
przez redakcja | niedziela 18 czerwca 2023 | aktualności
PESA wyprodukowała pierwszą w Europie lokomotywę wodorową. Teraz pracuje nad elektrycznymi pociągami pasażerskimi z podwójnym źródłem zasilania – elektrycznym i wodorowym. Mają one służyć kolejom regionalnym oraz lokalnym.
Jak informuje Portal Samorządowy, lokomotywa wodorowa Pesy, największego polskiego producenta taboru szynowego, jest już po zakończeniu testów i jako pierwsza lokomotywa tego typu na świecie została dopuszczona do eksploatacji. Firma jest więc już gotowa do jej seryjnej produkcji.
Teraz bydgoski producent pracuje nad projektem elektrycznych pociągów pasażerskich z podwójnym źródłem zasilania – z trakcji elektrycznej i ogniw wodorowych, które idealnie nadawałyby się do zastąpienia pociągów z napędem spalinowym, jeżdżących po lokalnych i regionalnych, niezelektryfikowanych liniach kolejowych. Na dodatek niezelektryfikowanych tras będzie przybywać – wraz z trwającym już w całym kraju przywracaniem ruchu kolejowego na wielu zamkniętych w ostatnich 2-3 dekadach lokalnych i regionalnych liniach.
Pociągi pasażerskie z napędem wodorowym już jeżdżą w niektórych krajach europejskich, np. we Włoszech. Polski Fundusz Rozwoju, do którego należy bydgoski producent pociągów i tramwajów, firma Pesa, chciałby, żeby takie pociągi pojawiłyby się też na polskich torach.
Proponowane przez PESA rozwiązanie pozwalające na zasilanie pociągu pasażerskiego napędem elektrycznym (poprzez pantograf) na odcinkach zelektryfikowanych i z ogniw wodorowych na liniach nie zelektryfikowanych już dziś na wielu lokalnych trasach może być porównywalne cenowo do kosztów przejazdu pociągami spalinowymi.
przez redakcja | sobota 17 czerwca 2023 | aktualności
Decyzją Sejmu faktyczna ochrona związkowych liderów wejdzie w życie.
Posłowie przegłosowali zmiany w Kodeksie postępowania cywilnego, które mają uniemożliwić szybkie zwolnienie osób szczególnie chronionych. Chodzi m.in. o:
kobiety w ciąży,
rodziców na urlopach macierzyńskich, rodzicielskich, ojcowskich, wychowawczych,
pracowników w wieku przedemerytalnym,
szefów związków zawodowych,
członków rad pracowników,
społecznych inspektorów pracy.
Jak informuje Business Insider, obecnie, jeśli pracodawca naruszy przepisy ochronne i zwolni taką osobą, to — mimo ewidentnego złamania prawa — umowa o pracę się rozwiąże, a pracownik może jedynie domagać się przywrócenia do pracy lub odszkodowania. Postępowania, w szczególności w większych miastach, trwają nawet kilka lat, więc szczególnie chroniona osoba może w praktyce nagle pozostać bez źródeł utrzymania. Po wyroku firma będzie jej zwracać pieniądze za cały czas pozostawania bez pracy (a nie jedynie za maksymalnie trzy miesiące, jak innym zwalnianym osobom), ale i tak obecne regulacje powodują, że ochrona przed zwolnieniem w praktyce jest nieskuteczna. Szczególnie, jeśli pracodawca chce się pozbyć niewygodnego pracownika, np. działacza związkowego, licząc na to, że nawet jeśli sąd przywróci go do pracy po kilku latach, to i tak jego decyzja odstraszy innych pracowników/działaczy, a związkowi trudniej będzie funkcjonować.
Uchwalona wczoraj przez Sejm ustawa zakłada, że jeśli taki szczególnie chroniony pracownik zostanie zwolniony i zaskarży decyzję pracodawcy do sądu, to ten ostatni będzie mógł nakazać firmie dalsze zatrudnienie pracownika aż do momentu prawomocnego zakończenia postępowania. Podstawą udzielenia takiego zabezpieczenia będzie jedynie uprawdopodobnienie istnienia roszczenia (czyli to, że zwolnienie było bezprawne). Dzięki takiemu rozwiązaniu w okresie trwania postępowania przed sądem (często przez kilka lat) pracownik nadal będzie mógł pracować i zarobkować.
przez redakcja | środa 14 czerwca 2023 | aktualności
Od kilkunastu lat kursy na ratownika wodnego odbywają się wyłącznie na basenach. Osoba, która ratuje tonących w morzu, mogła nawet nigdy w nim nie pływać – a na pewno nie profesjonalnie.
Jak pisze serwis wnp.pl, w 2012 rząd zdecydował się na złagodzenie przepisów umożliwiających dostęp do zawodu ratownika wodnego. Idea była szczytna. Było nią załatanie braków kadrowych w tym zawodzie. Jednak, jak wskazują profesjonalni ratownicy, zmiana przyniosła również negatywne konsekwencje, czyli obniżenie umiejętności ratowników wodnych. A to przekłada się wprost na poziom naszego bezpieczeństwa.
Tylko w czerwcu 2023 r. w naszym kraju utonęło już ponad 20 osób. Jednego dnia – w Boże Ciało – pod wodą zginęło sześć osób. Od początku kwietnia do końca maja ponad 50. A początek sezonu dopiero przed nami. Zazwyczaj miejskie kąpieliska otwierają się wraz z początkiem wakacji. By działały, ich właściciele muszą zapewnić obsadę ratowników wodnych. I tu pojawia się problem, a nawet dwa. Po pierwsze, nie ma zbyt wielu chętnych do pracy. Po drugie – wprowadzona kilkanaście lat temu zmiana przepisów spowodowała, że wymagania stawiane ratownikom wodnym zostały zredukowane do minimum.
Otwarcie ratownictwa wodnego miało na celu zmniejszenie luki kadrowej, jaka od lat panowała w zawodzie. Jednak efekty tego działania nie są do końca takie, jak oczekiwano. Kiedyś, by zostać pełnoprawnym ratownikiem wodnym, trzeba było przejść czterostopniowe szkolenie; co ważniejsze, odbywało się ono na wodach otwartych. Tymczasem obecnie szkolenie ratownicze zostało sprowadzone wyłącznie do pływania na basenie. Ratownicy, którzy dziś pilnują bezpieczeństwa nad morzem, jeziorami czy nad kąpieliskami otwartymi, mogli nigdy w życiu nie pływać w takich miejscach.
Zmiana przepisów pozwoliła również szkolić ratowników innym organizacjom niż WOPR. W efekcie powstało wiele prywatnych firm, które, zamiast na zapewnienie bezpieczeństwa osobom kąpiącym się, nastawione są wyłącznie na zysk. Oferowane przez nich szkolenia skracane są do minimum, ale ukończenie ich daje uprawnienia do pracy w zawodzie ratownika wodnego.
Szkolenie na basenie odbywa się w bardzo komfortowych warunkach, w ciepłej wodzie, czystym i równym dnie. To zupełnie coś innego niż wskoczenie do zamulonej wody jeziora i nurkowanie kilka metrów, by wyciągnąć kogoś na brzeg i udzielić mu pierwszej pomocy – mówi zastępca prezesa bieszczadzkiego WOPR-u Maciej Jurczak.