przez redakcja | piątek 15 marca 2024 | aktualności
Neoliberałowie przejęli władzę w Poczcie Polskiej. Mimo niedoborów pracowników, zwłaszcza listonoszy, planują zwolnić 5 tysięcy zatrudnionych.
„Rzeczpospolita” dotarła do planów restrukturyzacji państwowego operatora. Czekają ją wkrótce potężne redukcje etatów. Pracę ma stracić co najmniej 5 tys. osób. Poczta Polska to jeden z największych pracodawców w kraju. Zatrudnia ponad 60 tys. osób.
Zaplanowana restrukturyzacja państwowej spółki ma przyczynić się do zmniejszenia deficytu. Cięcie etatów ma odbyć się w sposób „naturalny”. Oznacza to m.in. nieprzedłużanie kończących się umów czy nieprzyjmowanie nowych pracowników na miejsce odchodzących na emeryturę. Z rozmów ze związkowcami wynika, że skala zwolnień może sięgnąć 5 tysięcy, a nawet więcej. Dzieje się tak mimo faktu, że Poczta ma niedobory kadrowe. Skutkuje to pogorszeniem jakości usług: długimi kolejkami w urzędach pocztowych, wolnym tempem doręczeń itp. Obsady kadrowe placówek są za małe, a listonoszom zwiększa się rejony, które mają obsługiwać.
Od 15 lutego 2024 funkcję prezesa Poczty Polskiej tymczasowo pełni Sebastian Mikosz, były prezes LOT-u i były wiceprezydent Pracodawców RP.
przez redakcja | piątek 15 marca 2024 | aktualności
14 marca miały wejść w życie przepisy dotyczące konfiskaty pojazdów pijanym kierowcom. Ministerstwo Sprawiedliwości jednak zmieniło zdanie.
Nowe przepisy zostały przygotowane przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. Zakładały one, że utrata auta będzie obligatoryjna, gdy kierowca będzie miał co najmniej 1,5 promila lub 0,75 mg/dm sześciennych w wydychanym powietrzu. Również dla kierowców, którzy zostaną złapani na jeździe w stanie nietrzeźwości po raz drugi w ciągu dwóch lat, konfiskata pojazdu miała być bezwarunkowa. Samochód mieli tracić także ci, którzy spowodują wypadek i zarazem będą mieli powyżej 1 promila.
Jak informuje portal brd24.pl, jeszcze dwa miesiące temu resort sprawiedliwości, pytany o tę sprawę, zapewniał, że nie storpeduje ustawy. Dzień przed wejściem w życie tego prawa nastąpił jednak nagły zwrot w resorcie ministra Adama Bodnara. Wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha poinformował, że ministerstwo pracuje nad nowelizacją przepisów przyjętych przez rząd Zjednoczonej Prawicy. Zmieni je tak, że konfiskata samochodów pijanym kierowcom będzie możliwa, ale nie obowiązkowa. To zawsze sędzia będzie decydował, czy odebrać pojazd za przestępstwo na drodze.
„W projekcie przygotowywanym przez obecne kierownictwo resortu proponujemy rezygnację z przepisu o obligatoryjnym przepadku pojazdu mechanicznego prowadzonego przez sprawcę, na rzecz jego fakultatywności” – poinformował Radio Zet resort sprawiedliwości. Co to oznacza w praktyce? Nietrudno zgadnąć: bogaci i wpływowi unikną konfiskaty samochodów.
przez redakcja | czwartek 14 marca 2024 | aktualności
W związku z brakiem porozumienia w sprawie podwyżki wynagrodzeń „Solidarność” w Dan Cake Polonia weszła z pracodawcą w spór zbiorowy.
Jak informuje portal tysol.pl, związkowcy domagają się wzrostu płacy zasadniczej pracowników z wyrównaniem od 1 stycznia 2024 r. oraz dodatkowej gratyfikacji urlopowej. Rokowania nie doprowadziły do porozumienia. Podpisano protokół rozbieżności. Spór jest na etapie mediacji. Nie wyklucza to podjęcia przez pracowników strajku.
Związkowcy wskazują, że Spółka generuje zyski, a mimo to wielu pracowników ma bardzo niskie wynagrodzenia zasadnicze. Pracodawca stawia dodatkowe warunki, bez których nie chce dokonać podwyżki. Dla związkowców są one nieakceptowalne.
przez redakcja | czwartek 14 marca 2024 | aktualności
O świadczenie na opiekę nad dzieckiem będzie trudniej niż powszechnie sądzono.
Jak pisze portal salon24.pl, Donald Tusk podczas przedwyborczych spotkań z wyborcami zaprezentował pomysł na nowe świadczenie 1500 zł miesięcznie dla każdej kobiety, która po urlopie macierzyńskim chciałaby wrócić do pracy. To tzw. babciowe z przeznaczeniem na opłacenie opieki nad dzieckiem. Świadczenie miałoby przysługiwać do czasu, kiedy dziecko może pójść do przedszkola, a więc gdy ukończy trzeci rok życia.
„Babciowe” ma wejść w życie już w trzecim kwartale tego roku. Termin najprawdopodobniej zostanie dotrzymany, ale do otrzymania świadczenia będzie trzeba spełnić kilka warunków. Przede wszystkim matka ma podjąć pracę na etat. Poza tym świadczeniobiorcy podpiszą umowę z członkiem rodziny, który ma opiekować się dzieckiem: zlecenie lub o dzieło.
Pierwotny plan ustawy zakładał przeznaczenie 1500 złotych na żłobek, opiekunkę lub wynagrodzenie dla krewnych opiekujących się maluchami, gdy ich rodzice przebywają w pracy. Reguła w projekcie ustawy zostanie zmieniona: środki będzie można uzyskać tylko w tym ostatnim przypadku, po zawarciu umowy z krewnymi. Oznacza to, że z „babciowego” nie będzie można opłacić żłobka i opiekunki do dziecka.
przez redakcja | wtorek 12 marca 2024 | aktualności
Ministerstwo Finansów podjęło decyzję o nieprzedłużeniu zerowej stawki VAT na podstawowe artykuły spożywcze.
Zmniejszenie stawki VAT na podstawowe produkty spożywcze do 0% weszło w życie 1 lutego 2022 roku. Wcześniej te produkty były opodatkowane 5-procentową stawką. Zerowy VAT dotyczył podstawowych artykułów żywnościowych, takich jak owoce, warzywa, mięso, produkty mleczne oraz produkty zbożowe.
Obniżka VAT do 0% pierwotnie miała obowiązywać do końca 2023 roku. Rząd Mateusza Morawieckiego pod koniec sprawowania władzy zadecydował o przedłużeniu tej ulgi podatkowej o co najmniej dodatkowe trzy miesiące. Nowy rząd zdecydował, że nie będzie dalszego przedłużenia obniżki, co oznacza, że zakończy się ona 31 marca 2024 roku.
Decyzję o niewprowadzaniu kolejnego przedłużenia Ministerstwo Finansów uzasadniło najnowszymi danymi o inflacji oraz prognozami dotyczącymi cen podstawowych produktów spożywczych. Ekonomiści BNP Paribas Bank Polska napisali, że decyzja resortu wpłynie na wzrost cen artykułów spożywczych i „przesunie roczną inflację CPK o około 1 pkt. proc. w górę, z około 2,5 proc. w marcu do 3,5 proc. w kwietniu” – czytamy w ich wpisie.
przez redakcja | wtorek 12 marca 2024 | aktualności
Zatrudnieni w warszawskich muzeach i orkiestrach żądają podwyżek płac.
Pracownice i pracownicy warszawskich instytucji kultury występują z żądaniami do pracodawców. Zrobili tak zatrudnieni m.in. w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, Sinfonia Varsovia, Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Są to osoby zrzeszone w Ogólnopolskim Związku Zawodowym Inicjatywa Pracownicza, w Związku Zawodowym Polskich Artystów Muzyków Orkiestrowych, Związku Zawodowym Muzyków Orkiestrowych Grupy Dętej Orkiestry Sinfonia Varsovia oraz Związku Zawodowym Muzyków Sinfonii Varsovii.
Postulaty we wszystkich instytucjach są takie same: podwyższenie wynagrodzenia zasadniczego wszystkich pracowników i pracownic o 20 proc. od 1 kwietnia 2024 r. (z wyrównaniem od 1 stycznia 2024 r.) oraz coroczna waloryzacja wynagrodzeń co najmniej o wskaźnik inflacji. Niespełnienie postulatów w terminie do 5 kwietnia będzie oznaczało rozpoczęcie sporu zbiorowego z pracodawcami.
Na spór zbiorowy zdecydowali się związkowcy instytucji, nad którymi nadzór sprawuje Biuro Kultury miasta Warszawy. Mimo przedwyborczej obietnicy 20-procentowych podwyżek dla budżetówki, którą złożył Donald Tusk, lider Platformy Obywatelskiej, czyli partii posiadającej większość w Radzie Miasta Warszawy – dotychczas nie zapowiedziano w nich wzrostu płac. Dzieje się tak, choć informacje o podwyżce otrzymały już te instytucje kultury, dla których organizatorem jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pracownicy podlegli samorządowi warszawskiemu uznają to za niesprawiedliwe i dyskryminujące.
Związkowcy Inicjatywy Pracowniczej postulują, aby w rokowaniach i mediacjach wzięli udział także osoby reprezentujące Biuro Kultury miasta Warszawy. Organizacje związkowe ustaliły wspólny termin rozpoczęcia strajku: 22 kwietnia 2024 roku. Dojdzie do niego, jeśli rokowania i mediacje nie przyniosą rezultatów oczekiwanych przez pracowników.
przez redakcja | poniedziałek 11 marca 2024 | aktualności
Odsunięciem w czasie nie wiadomo o ile oraz całkowitym brakiem konkretów zakończyła się próba podwyższenia stałego zasiłku dla osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów.
Jak informuje Dziennik Gazeta Prawna, obywatelski projekt nowelizacji ustawy o rencie socjalnej przewiduje podwyżkę świadczenia z obecnego poziomu 1218 zł netto do równowartości minimalnego wynagrodzenia za pracę. Spotkanie w tej sprawie nie przyniosło jednak żadnych rezultatów.
5 marca odbyły się obrady parlamentarnej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny z udziałem przedstawicieli osób z niepełnosprawnościami i ich opiekunów. Osoby z niepełnosprawnościami i ich opiekunowie podkreślali, że są w trudnej sytuacji i domagają się od państwa systemowego wsparcia. Chcą szybkiego przyjęcia ustawy podwyższającej świadczenie do poziomu minimalnego wynagrodzenia za pracę.
O skierowanie ustawy pod głosowanie sejmowe zaapelowała posłanka PiS Urszula Rusecka. Jej wniosek został odrzucony. Z kolei Iwona Hartwich, posłanka Koalicji Obywatelskiej, wywodząca się ze środowisk opiekunów osób z niepełnosprawnościami, zaapelowała o jak najszybsze konkrety ustawodawcze. Podkreślała, że w kwestii podwyższenia świadczenia panuje zaawansowana zgoda – są za tym wszystkie ugrupowania parlamentarne oprócz Konfederacji.
Wiceminister finansów Jurand Drop szacuje wysokość rocznych wydatków z budżetu na taki cel na ok. 20 miliardów złotych. Jego zdaniem nie będzie możliwe przeznaczenie takiej kwoty, ze względu na konieczność zwiększonych wydatków na obronność.
przez Małgorzata Greszta | niedziela 10 marca 2024 | opinie
Kultura i sztuka wybierają to, co ważkie. Wypluwają to, co nie do przełknięcia. Chłoną uczucia tłumu. Niosą rewolucje. Ostrzegają przed katastrofą. W nich jak w lustrach przeglądają się czasy. Historia zobrazowana przez Marco Bellocchio w filmie „Pięści w kieszeni”, jest w swojej symbolice rewolucyjnym manifestem przeciw konserwatyzmowi. W interpretacji dosłownej jest to film zajmujący się problemami społecznymi i psychologicznymi pewnej rodziny z klasy uprzywilejowanej. Jest opowieścią o jej upadku.
Niewidoma matka i jej czworo dzieci mieszkają w malowniczej górskiej posiadłości. Chorzy uznani za przeszkodę zostają wyeliminowani przez zdrowych. Patologiczne zachowania: kazirodztwo, brato- i matkobójstwo, to obraz przemocy, która rodzi się z konfliktu między wyobrażeniami i pragnieniami a zastaną rzeczywistością. Bunt, ale również przemoc – choć niekoniecznie w aż tak skrajnych formach – to stałe elementy przemian. Przemoc lub walka. Te dwa terminy funkcjonują w bliskości znaczeniowej, natomiast można walczyć z przemocą, można też przemocą – z ostateczności i desperacji – walczyć o uwolnienie się.
Film może być zapowiedzią roku 1968 lub wyrazem nihilizmu wywołanego wyobcowaniem, niemocą, daremnością. Znaczące, że powstał w latach włoskiego cudu gospodarczego. Pasolini, reżyser wcześniejszego nurtu – neorealizmu, wyrażał swoją krytykę wobec tego okresu, nazywając konsumpcjonizm drugim faszyzmem. Widział w nim totalitaryzm.
„Pięści w kieszeni” nie są krytyką. Są skoncentrowanym i potwornym wybuchem frustracji wywołanej wykluczeniem z grona beneficjentów coraz szybciej rosnącego PKB, wywołanej pozbawieniem możliwości podążania za swoimi żądzami. Alessandro chce żyć w mieście, „marzyć i spełniać się”, jak mówi jego siostra Giulia. Nie widzi jednak żadnego celu w swoim życiu, miota się. Dostrzega natomiast jaskrawo przeszkody. Przeszkody stojące mu na drodze nie wiadomo do czego.
Émile Durkheim wprowadził do socjologii pojęcie anomii. Wykorzenienie, rozpad więzi ze społecznością, niezdolność do osiągnięcia sukcesu zawodowego, stworzenia relacji przy jednoczesnym uczuciu nienasycenia. Użył on terminu „choroba nieskończoności”, ponieważ bezgraniczne pragnienie nigdy nie może zostać zaspokojone, a jednocześnie stopniowo narasta i staje się bardziej intensywne i wyniszczające. „Pięści w kieszeni” są o anomii.
Bunt
Jednym z wielu destrukcyjnych skutków kapitalizmu jest stwarzanie warunków właśnie do rozwoju anomii. Występuje ona najpowszechniej w strukturach społecznych ulokowanych na samym dole. Niedostatek i tak sam w sobie jest źródłem nienasycenia. Spotęgowane przez iluzję dostępnych możliwości, rośnie ono ponad skalę. Ten proces stanowi pożywkę dla uprzywilejowanych, tych, dla których możliwości są rzeczywiste. Choroba nienasycenia, doprowadzająca do dewiacji, uzasadnia pogardę wobec jednostek, które się jej poddały oraz potwierdza złudzenie elitarności i nieprzeciętność tych odpornych na nią. Zabezpieczeniem przed uwikłaniem w anomię są oczywiście zasoby ekonomiczne i społeczne.
Film Bellocchio miał premierę w 1965 roku. To czas rozkwitu włoskiej gospodarki – il miracolo economico italiano. Dwa lata wcześniej Vitorio de Sicca nakręcił „Il boom”, film będący krytyką konsumpcjonizmu wywołanego wzrostem gospodarczym. Główny bohater – Giovanni, sprzedaje własną rogówkę, aby utrzymać wysoki status. To wręcz nachalna metafora zaślepienia przez żądzę posiadania, nienasycenie.
Każdy uniwersalny system aksjologiczny uznaje chciwość za negatywną i szkodliwą. Natomiast gospodarka neoliberalna pielęgnuje ją. Zamierzonym celem jest napędzanie konsumpcji i wprowadzanie społeczeństwa w trans pomnażania kapitału. Systemowa chciwość uruchamia atmosferę walki i wrogości. Jest to clou zarówno omawianego terminu socjologicznego, jak i filmu. Alessandro z chciwości zabija, eliminuje przeszkody. Z jednej strony widać chęć przejęcia majątku, ale drugą bardzo istotną kwestią jest obciążenie obowiązkiem opieki. Giulia mówi, że jej brat po prostu „wokół siebie musi mieć ludzi, którzy sami sobie radzą, nie potrzebują pomocy i nie są chorzy”.
Dezintegracja pomiędzy iluzorycznymi, nakreślonymi przez kapitalizm możliwościami a trudną rzeczywistością prowadzi do głębokiego kryzysu. Pojawiają się bunt, agresja, autodestrukcja.
Możliwości deklarowane przez gospodarkę są jednak fatamorganą. Kapitalizm swoimi obietnicami roztacza wokół spragnionych wizję intersubiektywną. To nie halucynacja, to miraż, opisany i funkcjonujący w świecie rzeczywistym. Powszechna i fałszywa imaginacja wzmacniająca nienasycenie. Nienasycenie prowadzące nierzadko do obłędu, wzniecające zło.
Możliwość
Po zabójstwie matki Giulia i Allesandro dyskutują na temat przyszłości. Dochodzą do wniosku, że „to szczególna okazja i każdy powinien z niej skorzystać”. Giulia siedząca obok katafalku, na którym spoczywa martwa matka, mówi o tym, jak się czuje: jest podekscytowana. Niewidoma rodzicielka stanowiła przeszkodę w dążeniu do niezdefiniowanych celów. Rodzeństwo zyskuje wolność, której w ich przekonaniu byli pozbawieni. Jednak nikt z nich nie ma pomysłu, co dalej z nią zrobić. W kolejnych scenach rodzeństwo dewastuje dom. Wyrzucają przez okna meble, a następnie palą ich szczątki w ogrodzie.
Między innymi troszczenie się jest przeszkodą i odbiera możliwość – prawdziwą lub iluzoryczną. Możliwość bogactwa, możliwość przeżycia niezwykłego życia. Opieka jest przerwą w karierze zawodowej, jest zatrzymaniem, pauzą. Pojawia się wstyd związany z przerwą od pracy. Norma kulturowa hierarchizuje odpowiednio opiekę, spychając ją na sam dół. Wedle wartości zachodnich najważniejsze są utrzymywanie statusu na odpowiednio wysokim poziomie oraz praca. Zdecydowanie mniej ważne są satysfakcja z życia czy dobre relacje.
Kapitalizm zapewnia o istnieniu życia prostego i przyjemnego. Jednocześnie ekonomiczny dyktat nakazuje jednostce funkcjonowanie w sposób autodestrukcyjny, marginalizując, a nawet usuwając podstawy życia, takie jak emocjonalność, troska i opieka, wspólnotowość, odpoczynek, przestrzeń na rozpacz i żałobę. Unikanie opieki często nie wynika z trudności materialnych ani z konieczności pracy „aby przetrwać”. Opieka – również nad dziećmi, pozbawiona jest etosu, który przynależy właściwie wyłącznie pracy zarobkowej. Praca bywa wymówką, dobrym uzasadnieniem dla dezercji, stwarza iluzję ucieczki przed śmiercią i chorobą. Tak jakby pracując od świtu do zmierzchu można było uniknąć tego wszystkiego, co w życiu jest trudne, jest nieszczęściem, cierpieniem. Jakby można było się wykupić. Poświęcenie wyłącznie pracy nie gwarantuje jednak dobrego życia. A w zasadzie całkowicie odbiera szanse na takie życie.
Bohaterowie filmu są przekonani o bezwartościowości trudu opieki. Chcą tego, co wszyscy, jednak czują, że nie mogą dostać tego. Podejmują więc ekstremalne decyzje, które i tak nie zbliżają ich do celu, ponieważ możliwość była iluzoryczna.
Nieszczęścia, choroba i śmierć są opowieścią o życiu w najbardziej skondensowanej i wzniosłej formie. Obecność umierających, ich towarzystwo, niejako chwilowo uśmierca, a obecność chorych zaraża chorobą. Tak jak przestaje pracować organizm chorego, stopniowo wyłączając się, tak samo zwalnia życie we wszystkich swoich aspektach. W końcu pozostaje jedynie przestrzeń na śmierć. Nie bez powodu w wierzeniach ludowych wytworzyła się mitologia wciągania do grobu. Powstało wiele rytuałów, które mają uchronić przed zabraniem w zaświaty. Gdy trwają opieka, pielęgnacja, zanika sfera zawodowa, towarzyska, a nawet rodzinna troszczącego się. Śmierć i choroba wypełniają w dominującym stopniu przestrzeń życia. Tak samo jest z opieką rodzicielską – każdy dzień jest podporządkowany istocie potrzebującej troski. Im więcej jej potrzeba, tym bardziej wpływa to na rytm i organizację życia.
W zastanej rzeczywistości pracownik, obywatel, mieszkaniec zachodniego kapitalistycznego świata w wieku produkcyjnym, mają bardzo ograniczoną możliwość opiekowania, troszczenia się. Rozpoczynając od ustawodawstwa, wsparcia socjalnego, poprzez normy kulturowe – tę decyzję podjęło państwo i rynek. Odbieranie prawa do przeżywania śmierci, choroby i opieki jest odczłowieczającą, krzywdzącą manipulacją kapitalizmu. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy to celowe, czy jedynie skutek uboczny stosowanych modeli ekonometrycznych.
Opieka – gdy się zdarza, jest ukrywana w samotności i milczeniu, aby nie rozpraszała innych wytwórców kapitału. Podświadomie wywołuje wstyd u opiekuna i wstręt u gapiów. Izolacja jest więc naturalną konsekwencją. W przeszłości widok umierających był powszedni. Zaletą pożegnań umarłych w domu było oswajanie śmierci. Umieranie nie było tabuizowane. Było tak samo obecne w rozmowach jak narodziny. Widok ciała zmarłego nie był niczym szczególnym nawet dla dzieci. Na pożegnaniach zmarłych gromadziły się całe wsie, przed chatą umieszczano czarne chorągwie, modlitwy trwały kilka nocy, były to tzw. puste noce. Gdyby – tak jak przed laty, opieka i śmierć były doświadczeniem wspólnotowym, przypomniane zostałyby ich powtarzalność, stałość, naturalność, intymność i wartość. Wartość, której próbuje się ich całkowicie pozbawić.
Wygnanie
Wprowadzanie reform socjalnych nie wynika z wysokiego poziomu empatii bytu, jakim jest gospodarka. Wynika z przewidzianych wymiernych i niewymiernych korzyści, jakie za sobą niesie. System ekonomiczny sam w sobie – bez ingerencji ludzkiej, jest zorientowany na wskaźniki zysków i strat. Jest pozbawiony szacunku i zrozumienia dla nieregularnej emocjonalności tych, którym ma służyć. Głównym powodem finansowania instytucji pomocowych jest przywrócenie rynkowi osób zdolnych do pomnażania kapitału. Czy postulat systemowej opieki geriatrycznej jest socjalistyczny czy kapitalistyczny? Jest dwojaki. Porządek legislacyjny stanowiący o opiece rodzinnej skonstruowany jest tak, aby opieka bliskich przegrywała z opieką systemową lub usługami prywatnymi. Kultura pomnażania zysków również zdecydowanie uznaje wyższość pracy zarobkowej nad troską o rodzinę, tej pierwszej nadając status cnoty, opiekę zaś kojarzy ze wstydem ubóstwa i bezczynności. Z jednej strony istnieje więc rozwiązanie problemu, ale nie istnieje możliwość wyboru. Istnieje współczynnik czasu i kosztów.
Domy opieki, które stwarzają iluzję godnych miejsc do umierania, są często zsyłką, skazaniem na banicję, wykluczeniem z grona rodziny. Pisarz i aktywista socjalistyczny – Ivar Lo-Johansson, w latach 50. XX wieku udokumentował warunki życia w domach opieki w Szwecji. Obserwacje doprowadziły go do działania na rzecz organizacji pomocy seniorom tak, aby mogli oni pozostać i umrzeć we własnych domach, we własnych łóżkach. Aktywność pisarza miała wpływ na kierunek polityki społecznej i hierarchię wartości. Zwiększyła się wrażliwość i dbałość o godność człowieka, integralność, emocjonalność, psychikę.
Wstręt do starości można pokonać, można nawet okazać serdeczność, ale nie da się obcemu okazać czułości za pieniądze. Starzy w domach opieki są porzuconymi pariasami, są jak hinduskie wdowy żebrzące na ulicach. Błagają o ratunek nie od nędzy, ale od samotności i separacji od rodziny i społeczeństwa. Niemalże całkowitą odpowiedzialność za to ponosi system.
Umieszczanie starszych w domach opieki nie powinno być normą, lecz ostatecznością. Tymczasem biznes opiekuńczy rozwija się prężnie. Obroty spółki Oprea, która posiada swoje ośrodki w całej Europie, wynosiły w 2021 roku 1,11 mld euro. Średni miesięczny koszt pobytu pensjonariusza to 10 000 euro, przy minimalnych wynagrodzeniach dla personelu i przerażająco niskich kwotach dziennych przeznaczanych na utrzymanie rezydentów, stanowiących nawet zaledwie 4 euro na osobę. Wszystko to wykazało śledztwo prowadzone przez francuskiego dziennikarza Victora Castaneta. Jego reportaż „Les Fossoyeurs” (Grabarze) wymusił debatę publiczną oraz reakcje francuskiego rządu. Na podstawie wywiadów ujawniono, że wskutek zaniedbań mogło dochodzić nawet do śmierci rezydentów. Wobec Orpei prowadzone są postępowania karne dotyczące również defraudacji funduszy, fałszerstw i łamania prawa pracy.
Ęttestupa
Analizując dzieje można dojść do wniosku, że wraz z postępem ekonomicznym powinna rozszerzać się troska o najstarszych. W zamożnych kulturach, w czasach dobrobytu starsi otrzymywali troskliwą opiekę, natomiast w cyklach nędzy i niedoborów niejednokrotnie poświęcano ich. Gerontocyd występował w wielu kulturach. Nie wiadomo, czy historia z „Ballady o Narayamie” rzeczywiście się kiedykolwiek wydarzyła, tak samo niepewny jest obraz starców z Chłodka, ukazany w „Przedwiośniu”. Istnieją jednak dowody na to, że starsi do dziś są zabijani w ubogich regionach Indii. Praktyka ta nosi nazwę thalaikoothal. Można spotkać się również z senicydem w historii Inuitów, starożytnych Herulów, Serbów (lapot), Rzymian, Scytów. W Singapurze funkcjonowały umieralnie dla chińskich imigrantów. Pensjonariuszami domów śmierci przy Sago Lane były przede wszystkim kobiety Samsui. Na piętrach mieściły się gęsto rozstawione łóżka, a na parterach funkcjonowały domy pogrzebowe. Domy istniały aż do 1948 roku – zazębia się to z gwałtownym wzrostem gospodarczym Singapuru.
Ęttestupa to szwedzkie słowo określające kilka stromych klifów. Mit głosi, że w prehistorycznych czasach nordyckich starsi członkowie społeczności rzucali się w przepaść w imię wyższego dobra podczas klęsk głodu lub kryzysów. Allesandro z filmu Bellocchio zepchnął niewidomą matkę ze stromego zbocza. Żył w czasach dobrobytu, pochodził z rodziny obszarników.
Kontrastem dla tych potwornych praktyk jest fakt, że już kodeks Hammurabiego zabezpieczał prawnie seniorów. Pierwsze studium dotyczące gerontologii powstało zaś w 1499 roku. Autorem był Gabirele Zerbi, profesor uniwersytetu bolońskiego. Wedle źródeł, starcy w średniowieczu polegali przede wszystkim na rodzinach. Ci, którzy pozostawali samotni, niekiedy jednoczyli się. Solidaryzowały się ze sobą wdowy, których status społeczny po śmierci męża drastycznie spadał. Znaleźć można zapiski o grupie wdów z Sardynii, która wyjechała razem do Barcelony, gdzie prowadziły wspólnie dom i wspierały się. Istniały tam również inne domy kobiece.
***
Kiedy normalizacja rzeczywistości i kultury należała do grup religijnych, narzucony przez kościół obowiązek opieki nad rodzicami bezpośrednio wiązał się z przyjętą wiarą. Wraz z sekularyzacją Europy normy społeczne coraz częściej ustanawia rynek. Nieprzydatne ekonomicznie jednostki są usuwane poza nawias. Również po to, aby nie przeszkadzały osobom czynnym zawodowo w pomnażaniu kapitału. Wobec tych faktów szczególnie ważne w kontekście badań nad starzeniem i pojawiającymi się konfliktami etycznymi są ekonomia moralna, ekonomia instytucjonalna i tzw. srebrna ekonomia.
Pojawia się natomiast pytanie, jak dalece rynek może organizować nam życie. Czy są to kwestie, nad którymi ekonomiści powinni się zastanawiać, czy raczej powinni podporządkować i dostosować się do tego, co do powiedzenia mają etycy, gerontolodzy, psycholodzy, specjaliści ds. polityki społecznej. Takie koncepcje jak silver economy częściowo zasługują na uznanie, natomiast najważniejszą rzeczą, jakiej potrzebują chorzy i umierający, jest zwrócenie im bliskich, którzy są zakładnikami kapitalistycznego terroru. Stać nas na to.
Przed anomią chroni solidarność społeczna, która jest przeciwnym biegunem egoizmu i indywidualizmu rozwijanych przez kapitalizm i konsumpcję. Wspólne domy, w których mieszkały wdowy, są dzisiejszym cohousingiem senioralnym. Wyrażają ideę kooperatyzmu i solidaryzmu, ale czy to wystarczające rozwiązanie? Na poziomie jednostki zjawisko ukazane w filmie Bellocchio nie stanie się powszechnym, ale istnieje poważne zagrożenie przemocą systemową wymierzoną w starszych i chorych.
Małgorzata Greszta
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Şahin Sezer Dinçer z Pixabay
przez redakcja | niedziela 10 marca 2024 | aktualności
Projekt zmiany Prawa pocztowego przewiduje ponad 2 miliardy dla Poczty Polskiej.
Jak pisze serwis biznes.interia.pl, projekt przewiduje podniesienie maksymalnego limitu wydatków budżetu państwa na finansowanie kosztu netto obowiązku świadczenia usług powszechnych przez wyznaczonego operatora pocztowego z 593 do 750 mln zł w 2024 r., i z 651 do 1,302 mld zł w 2025 r. Łącznie daje to ponad 2 mld zł.
Zeszłoroczna strata Poczty Polskiej sięgnęła prawie 800 mln zł. Spółka balansuje na granicy możliwości wykonywania usług. Zarobki 80 proc. pracowników są na poziomie pensji minimalnej, a 80 proc. placówek jest „nierentownych”. Projekt zakłada wprowadzenie do ustawy Prawo Pocztowe mechanizmu wstępnej płatności na poczet finansowania kosztu netto obowiązku świadczenia pocztowych usług powszechnych.
W grudniu 2025 roku zakończy się okres 10-letniej wyłączności Poczty Polskiej na świadczenie usług. Przestanie wtedy być operatorem wewnętrznym. Ponownie przystąpi do konkursu i będzie musiała spełnić bardzo ścisłe wymagania, jeśli chodzi o flotę, centra logistyczne, centra dystrybucji. Obecnie operator nie otrzymuje rekompensaty ze strony państwa za zlecone ze strony państwa usługi, zwłaszcza te „nierentowne”. Takie dopłaty są dla operatorów wewnętrznych czymś naturalnym w innych krajach Unii Europejskiej.
przez redakcja | piątek 8 marca 2024 | klasyka, opinie
Rozwój wielkiego przemysłu w końcu XVIII wieku zapoczątkował w świecie nową gospodarkę, tzw. kapitalistyczną. Wynaleziono wówczas maszynę parową, która ludziom ułatwiła pracę. Kto miał kapitał, budował fabryki, kupował maszyny, ustawiał je w dużych halach i najmował ludzi do pracy. Starał się naturalnie o jak najtańszych robotników, a że nie wszyscy musieli być wykwalifikowanymi rzemieślnikami, bo przy maszynach jest dużo zajęć łatwych, mechanicznych, więc proponował zarobek kobietom, a nawet dzieciom, naturalnie o wiele mniej płacąc, niż mężczyznom.
Wielki przemysł zawsze wyzyskiwał pracę kobiet: dając im mamy zarobek, odrywał je od domu, nie troszcząc się o to, jak wychowają dzieci.
Obecnie w czasie kryzysu kobiety cierpią straszliwie. Można powiedzieć, że są one na dnie tego piekła, co się nazywa życiem proletariackim. Postaramy się wykazać, dlaczego tak jest.
Kryzys odbija się na kobiecie w różny sposób. Przede wszystkim zarobki spadają. Stawki kobiece są minimalne, zwłaszcza, gdy się odliczy świętówki. Nieraz zarobek tygodniowy kobiety nie przekracza 10 zł i za to trzeba wyżywić bezrobotnego męża i dzieci. Mąż nie dostaje roboty, bo praca żony jest tańsza. Niestety bowiem w okresie dobrej koniunktury nie przeprowadzono zasady „za równą pracę równa płaca” i kobieta jest faktycznie konkurentką mężczyzny: płacą jej o jedną trzecią, a czasem o połowę mniej.
W rodzinach, gdzie ani mąż, ani żona nie mają stałej pracy, kobieta szuka jakiegokolwiek przygodnego zajęcia – posługi, prania, szycia. Wskutek nadmiaru chętnych i te zarobki spadły bardzo znacznie. Posługaczkę można w Warszawie dostać za 10 zł miesięcznie i obiad, albo i bez obiadu, a praczkę za 3 złote dziennie, gdy dawniej płacono 7 zł. Jeszcze gorszy wyzysk jest w pracy chałupniczej. Szycie bielizny dla wojska przechodzi przez łańcuch pośredników i przynosi kobietom grosze. Roboty siatkowe, szydełkowe i inne tak są opłacane, że firanki ręczne konkurują w cenie z fabrycznymi. Dobrze, jeśli całodzienna praca chałupnicza daje złotówkę, bo czasem nie przynosi ona kilkunastu groszy (guziki ręczne, siatki, roboty szydełkowe).
W rodzinach bezrobotnych, korzystających z pomocy rozmaitych komitetów, troska o tę pomoc ciąży głównie na kobiecie. Ona musi dać jeść rodzinie, więc ona to przede wszystkim biega i „stara się” i to „staranie” organizuje. Ale i w rodzinach mających stały dochód troski kobiet są ogromne: trzeba przystosować nędzne zarobki do wielkich stosunkowo potrzeb. Pieniądze wystarczają najczęściej zaledwie na życie. Na mieszkanie, ubranie, szkołę dla dzieci, nieuniknione tramwaje w dużych miastach, nie mówiąc już o przyjemnościach, gazetach, książkach – nie ma pieniędzy. Trzeba by umiejętnie ułożyć budżet i trzymać się go bezwzględnie. Tego kobiety najczęściej nie umieją. Po prostu więc skąpią sobie wszystkiego, aby najwięcej zostało dla dzieci.
Warunki lokalowe proletariatu są straszliwym utrudnieniem życia kobiety. Jak utrzymać czystość i ład, jak zastosować się do najkonieczniejszych wskazań higieny w takiej ciasnocie, jaka panuje nie tylko w barakach, ale we wszystkich mieszkaniach robotniczych? Prawdziwymi bohaterkami są te, które mimo wszystko utrzymują mieszkania w porządku. Dzieje się to kosztem nadludzkiej pracy i zdrowia, bo mężczyźni, nawet gdy są bezrobotnymi, nie pomagają w pracy domowej, „babskiej”.
Pomimo to, że w obecnej dobie kryzysu kobieta musi pracować zarobkowo, nie ma ona pomocy w wychowaniu dzieci. Żłobki fabryczne są nieliczne, a przy tym nieraz bardzo daleko od miejsca zamieszkania robotnicy. Inspektorki fabryczne nie stawiają żądań tworzenia nowych żłobków, bo fabrykanci zasłaniają się kryzysem, a rządy, oparte o klasy posiadające, bronią nie kobiet pracujących, lecz fabrykantów. Przedszkoli, a nawet szkół jest za mało i coraz więcej dzieci nie ma gdzie się uczyć. W tym roku 1936/37 dla przeszło miliona dzieci w Polsce nie ma miejsca w szkołach. Łobuzują się i uczą jedne od drugich wszystkiego złego. Wzrasta liczba małoletnich przestępców, a nieszczęśliwe matki zaradzić temu nie mogą i nie umieją.
Rozpaczliwe jest położenie kobiet na wsi. Zawsze były przepracowane: całe gospodarstwo domowe, ogród, inwentarz, dojenie krów, spoczywa na ich barkach. Rodzenie, karmienie i wychowywanie dzieci, a do tego wszystkiego praca ciężka w polu. Ale dawniej ta nadludzka praca dawała chociaż utrzymanie. Dziś daje ziemniaki, trochę chleba i głód na przednówku. Mleko, masło, drób – to produkty, które wieśniaczka niesie do miasta, ale nie daje ich własnym dzieciom, a tym bardziej dorosłym członkom rodziny. A pieniądze ze sprzedaży idą przede wszystkim na podatki. Ileż się matka musi nakłopotać, by dzieci jako tako okryć i obuć. Leżą nagie w łóżkach gałganami przykryte.
Co się musi dziać w sercu matki, gdy na nie patrzy! A jaka rozpacz ją ogarnia, gdy się przekonywa, że znów zaszła w ciążę i musi urodzić nowego nędzarza!
Wszystko w domu na głowie kobiety i żadnych możności zaradzenia biedzie, bo na wsi nie działają organizacje pomocy właśnie w tych codziennych troskach. A przecież ludność wiejska to 22 miliony mężczyzn i kobiet, to główna siła robocza całego państwa.
Klasy rządzące rozumieją znaczenie świadomości ludności wiejskiej, starają się, żeby dzieci chłopskie uczyły się jak najmniej, szkoły na wsiach są najoszczędniej zorganizowane i najmniej uczą. Brak wszelkich nowoczesnych urządzeń, jak wodociągi, kanalizacja, gaz, elektryczność.
Brak oświaty i najniższy poziom warunków życiowych ciąży jak przekleństwo na życiu kobiet, sprawia, że uginają się one pod brzemieniem pracy i przedwcześnie niszczą swe siły fizyczne.
Są jeszcze i inne nieszczęścia, które gnębią kobiety.
Na rynku pracy ma kobieta trudności, jakich nie zna mężczyzna. Nie tylko bowiem praca kobiety jest do sprzedania w ustroju kapitalistycznym, ale i jej ciało. O ile jest młoda i ładna, zjawiają się panowie, którzy gotowi są płacić za jej wdzięki. Odrzuca nikczemne propozycje, ale czy zawsze może to zrobić? Majstrowie w fabrykach, szefowie w biurach wyrzucają na bruk kobiety, które nie są powolne ich żądaniom i odwrotnie dają awanse i wyższe stawki swoim kochankom. Lęk przed bezrobociem jest tak silny, że uczciwe żony robotników ulegają niekiedy nawet z wiedzą i zgodą mężów. Jest to już najwyższy stopień poniżenia i niewolnictwa kobiety w ustroju kapitalistycznym, rujnujący moralność całego społeczeństwa. Jakaż w ogóle może być moralność w tych potwornych warunkach, w których dziś żyjemy? Nie ma moralności bez pracy, która pozwala człowiekowi zarobić na najkonieczniejsze potrzeby, stworzyć rodzinę, wychować dzieci. Dziś takiej pracy pewnej i stałej nie ma ani w mieście, ani na wsi dla ogółu mieszkańców. Bezrobocie jest nie tylko klęską materialną, ale i moralną. Pomoc bezrobotnym dawana jest jak jałmużna. Poniża ona godność ludzką, przyzwyczaja do żebractwa, do życia z dnia na dzień. Mężczyźni, którzy dawniej uważali za swój obowiązek i punkt honoru utrzymać rodzinę, zostawiając kobiecie pracę domową, dziś z całym spokojem godzą się na to, że jako bezrobotni żyją z pracy i starań kobiet – żon, matek, sióstr i kochanek. Odrzucają oni pracę dla siebie nieodpowiednią, źle płatną, a kobiety chwytają każdą sposobność, aby tylko głód rodziny zaspokoić. Większe poczucie odpowiedzialności, właściwe kobietom dlatego, że jako matki bliżej są związane z dziećmi, sprawia, że biorą one na swe plecy cały ciężar. Jak wobec tego wygląda życie rodzinne? Często zamienia się ono w piekło, od którego mężczyzna ucieka, zostawiając żonę i dzieci na pastwę losu. Zdarza się jednak, że pijak biciem wymusza od żony jej zarobki i wydaje na wódkę, którą stara mu się uprzystępnić i podsunąć państwowy monopol spirytusowy. Prawo w dzisiejszym ustroju burżuazyjnym nie broni proletariuszki kobiety, często nawet zwraca się przeciw niej, a zawsze jest jakieś dalekie i niedostępne. Małżeństwo czyni z niej niewolnicę, macierzyństwo często spada na nią jak ciężar nie do podźwignięcia.
Dr Budzińska Tylicka w odczycie „Krzywda matki i dziecka” omawia szeroko sprawę świadomego macierzyństwa, więc się nad tym nie zatrzymuję, przechodzę natomiast do sprawy małżeństwa.
Po kilkunastu latach istnienia niepodległej Polski nie mamy jeszcze jednolitego prawa małżeńskiego, tylko pozostałe po dawnych zaborcach, w każdej prowincji inne. Na Wileńszczyźnie są tylko śluby kościelne, w byłym Królestwie istnieje nadto cywilny akt złączenia, za który trzeba płacić osobno, w poznańskim, zgodnie z prawem niemieckim, istnieją śluby cywilne, to znaczy ślub musi być zapisany przede wszystkim w urzędzie cywilnym i jest prawny, choćby potem młoda para nie poszła do kościoła i tam nie zawarła związku kościelnego. Ślub cywilny daje możność rozwiedzenia się, jeśli małżeństwo okaże się nieszczęśliwe. Tymczasem w kościele katolickim rozwodu nie ma, bo małżeństwo uważane jest za sakrament. Mimo to, jak o tym wszyscy wiemy, za grube pieniądze można w Rzymie dostać rozwód. Nazywa się to unieważnieniem małżeństwa i jest bardzo trudne do uzyskania. Czego jednak kapitaliści nie dostają za pieniądze! W konsystorzu, czyli w sądzie, w którym księża przeprowadzają „unieważnienia małżeństwa”, można postawić świadków krzywoprzysiężnych i sztuczkami adwokackimi dowieść, że nie było właściwego małżeństwa nawet tam, gdzie są dzieci. Jeśli kto nie ma tych tysięcy, których na to potrzeba, może zmienić wyznanie na ewangelickie lub prawosławne, w tych kościołach bowiem rozwód jest możliwy, więc taniej kosztuje. Cóż jednak mają robić biedni? Jeśli już zupełnie wytrzymać z sobą nie mogą, po prostu się rozchodzą. Często mężczyzna rzuca żonę z dziećmi i zamieszkuje bez ślubu z młodą dziewczyną, która mu się podoba. Żona jest tu bezbronna, bo wyprawowanie alimentów jest trudne i długie, kobieta nie wie, jak się wziąć do tego, jak zrobić, żeby to mało kosztowało. Gdyby były śluby cywilne i rozwody, to przy rozwodzie musiałoby się ustalać, ile mąż ma płacić na dzieci.
Jeśli znów ona nie może wytrzymać z mężem pijakiem lub nicponiem, który jej odbiera grosz ciężko zapracowany, bije ją i krzywdzi dzieci, to bardzo jej trudno uzyskać separację i odczepić się od niegodziwca. Separację bowiem przeprowadzają księża w konsystorzu, a oni zawsze umieją kobiecie radzić tylko jedno: pokorę i pogodzenie się z wolą bożą.
Tak więc, jak powiedzieliśmy, prawo nie broni kobiety, jest dalekie i niedostępne. Bliska jest tylko krzywda i niedola. Są oczywiście szczęśliwe małżeństwa, ale prawo jest na ludzi złych, bo dobrzy sobie i bez niego poradzą. Rozmaitość praw w Polsce – w każdym dawnym zaborze inne, w każdym wyznaniu inne – pozwala co prawda radzić sobie przy pomocy różnych kruczków, ale szkodzi moralności i unieszczęśliwia ludzi, zwłaszcza jeśli nie mają pieniędzy.
Tak więc na każdym kroku, w każdej sprawie ludzie biedni upośledzeni są w ustroju kapitalistycznym. Korzystanie z wynalazków, na które zdobył się umysł ludzki w technice, w wygodach życia codziennego, w organizacji pracy, w urządzeniu domu – wszystko to jest dla bogatych. Kobiety klas posiadających mają gaz, elektryczność, wodociągi i zlewy, waterklozety i wanny, maszynki do mięsa, do jarzyn, wyżymaczki i maszyny do prania, odkurzacze elektryczne i wiele innych ułatwień w gospodarstwie domowym. Robotnica ma najczęściej tylko swoje spracowane ręce. Bogate matki mogą dzieci wychować zdrowo w słońcu i powietrzu, dać im naukę i opiekę najlepszych wychowawców. Biedne robotnice zamykają dzieci w domu na klucz, idąc do pracy i bardzo się muszą nabiedzić, żeby je gdzie wcisnąć do przedszkola, a nawet do szkoły, choć się ona nazywa powszechną. A gdy dziecko proletariackie skończy lat 14, wyrzucają je z owej powszechnej szkoły, choćby jej nie skończyło i kończy się nauka. Szkoła średnia i uniwersytet to specjały nie dla niego. Wyjątkowo zdolne, pilne, wytrwałe i energiczne dzieci chłopów i robotników tam się dostawały w pierwszych latach Polski niepodległej. Kto się dostanie po tzw. reformie szkolnej rządów sanacyjnych? Osiemnaście tysięcy nauczycieli nie ma pracy, a dla miliona dzieci nie ma szkół w Polsce. Aby się uczyć nawet w szkole zawodowej, trzeba mieć pieniądze. Wiedza jest dla bogatych w ustroju kapitalistycznym.
Ale i prawo i moralność są dla bogatych. Kobiety zamożne rozwodzą się, zastrzegają sobie wszelkie prawa – pensje dla siebie, o ile nie wyjdą drugi raz za mąż, alimenty dla dzieci. Biedna robotnica, rzucona przez męża, szuka rozpaczliwie zarobku na chleb dla głodnych dzieci, a nie znalazłszy pracy, idzie na tak zwaną lekką, a naprawdę jakże ciężką i wstrętną drogę prostytucji. Prawo się nią zainteresuje, gdy okradnie gościa, zarazi się syfilisem lub podrzuci dziecko, któremu nie ma co dać jeść. Kobiety proletariuszki mało korzystają z prawa, a droga cnoty jest dla nich wąską i śliską ścieżyną, z której mężczyzna, zwłaszcza należący do wyższej klasy społecznej, często jej zwierzchnik lub chlebodawca ściąga je bez skrupułów i wyrzutów sumienia, bez naruszenia prawa, bez narażenia się na zarzut niemoralności.
Ciężkie jest położenie i smutny los kobiet pracujących w ustroju kapitalistycznym. Niestety przeważnie nie uświadamiają sobie całej swej krzywdy i nie myślą wcale z nią walczyć. Dużo tu winna jest czuła opieka księży, którzy wmawiają kobietom, że winny być pokorne, posłuszne, ciche i pracowite bez zastrzeżeń. Takie nauki są bardzo wygodne dla klas panujących, bo biedacy się nie buntują. Ale dla uciśnionych, dla chłopek, dla służących i dla robotnic, wyzyskiwanych przez pracodawców takie pokorne znoszenie krzyża – to utrzymywanie go na całe wieki, na całe pokolenia. Trzeba walczyć ze złem, zamiast mu się poddawać.
W drugiej połowie XIX wieku rozwinął się wielki ruch wyzwoleńczy o równouprawnienie kobiet, zwłaszcza w Anglii. Kobiety toczyły zacięte boje o swoje prawa polityczne, o prawo uczęszczania do szkół średnich i uniwersytetów. W walkach tych brały udział przeważnie kobiety klas średnich. Z poświęceniem znosiły prześladowania policji i kary więzienia.
Opinia publiczna wypowiadała się przeciwko tym pionierkom, ośmieszając je przez prasę, gdzie umieszczano głupie dowcipy i fotografie nieodpowiednie.
A jednak siła oporu nie malała, przeciwnie: rosły zastępy walczących we wszystkich krajach. Powstawały organizacje międzynarodowe do walki z przesądami i upośledzeniem kobiet we wszystkich dziedzinach życia publicznego, politycznego i rodzinnego.
Ruch emancypacyjny kobiecy z wyjątkiem Anglii nie objął szerokich mas kobiet proletariatu. Ale równocześnie zaczęło się organizowanie proletariuszek w partiach socjalistycznych, dążących również do poprawy doli kobiet.
Socjaliści wiedzą, że przeciwieństwa klasowe istnieją między kobietami, jak między mężczyznami. W decydujących chwilach walki, kiedy stan posiadania może być narażony, kobiety klas posiadających stają z mężczyznami tych klas do wspólnej walki przeciw proletariatowi.
W epokowej książce „Kobieta i socjalizm” August Bcbel, wódz socjalizmu niemieckiego, położył podwaliny pod nowy światopogląd: określił stanowisko socjalizmu do tak zasadniczego zagadnienia, jak rola kobiety w życiu społecznym, gospodarczym, wykazał krzywdę kobiet od zarania dziejów poprzez wieki średnie, aż do czasów współczesnych, upośledzenie przez wszystkie religie.
Chociaż 60 lat upłynęło od napisania tej książki, jeszcze wiele spraw, dotyczących stanowiska kobiet, czeka na rozwiązanie. Bo dopiero w ustroju socjalistycznym cały ogrom krzywdy przytłaczającej kobiety może zniknąć.
Socjalizm bowiem organizuje życie na zupełnie innych podstawach, niż świat kapitalistyczny.
Interes świata pracy jest pierwszym przykazaniem, gdy obecnie interes małej grupy posiadaczy zajmuje naczelne miejsce, bo rządy kapitalistyczne opierają się właśnie na tej małej grupce.
Toteż wszystkie usiłowania dążące do obalenia dzisiejszego ustroju, powinny znaleźć najgorętsze poparcie przede wszystkim u kobiet, tych milionów pokrzywdzonych, upokorzonych, odpowiedzialnych jednak za los swoich dzieci.
Drzwi do nowego ustroju jeszcze zamknięte. Jednak siła kapitalizmu bankrutującego słabnie, a wspólny wysiłek całego świata pracy, zarówno kobiet, jak i mężczyzn przyśpieszy zwycięstwo socjalizmu. Zrzucić z ludzkości zmorę załamującego się ustroju, opartego na najciemniejszych siłach faszyzmu – to zadanie, które wykonać musimy.
W tym nowym ustroju kobiety znajdą sprawiedliwość, a więc ochronę pomoc i radość życia dla siebie i swoich dzieci, oraz zupełne równouprawnienie z mężczyznami nie tylko w prawach politycznych (to już mamy), ale nadto w pracy i w rodzinie.
Dziś już socjalistki żądają:
Za równą pracę równej płacy i jednakowego dostępu do stanowisk kierowniczych i odpowiedzialnych, zależnie od zdolności i kwalifikacji, a bez względu na płeć.
Rzeczywistej ochrony kobiet i opieki nad matką i dzieckiem w miastach i po wsiach oraz poradni świadomego macierzyństwa.
Żłobków, przedszkoli, szkół i świetlic w dostatecznej ilości dla wszystkich dzieci miast i wsi.
Budownictwa domów z tanimi nowoczesnymi mieszkaniami dla ludzi pracy, urządzonymi tak, aby ułatwić i uprościć kobietom gospodarstwo domowe.
Jednolitego w całej Polsce prawa małżeńskiego, opartego na nowoczesnej nauce i dostosowanego do dzisiejszych warunków życia. Tanich ślubów cywilnych i rozwodów z tym, że kto chce, będzie obok cywilnego brał ślub kościelny.
Zrównania w prawach dzieci ślubnych z nieślubnymi.
Surowego prawa karzącego stręczenie i namawianie do prostytucji, zwłaszcza jeśli mężczyzna jest zwierzchnikiem kobiety.
Nowej ustawy prohibicyjnej, ograniczającej sprzedaż napojów alkoholowych, którą teraz forsuje państwowy monopol spirytusowy.
Władysława Weychert-Szymanowska
Powyższy tekst Władysławy Weychert-Szymanowskiej pierwotnie ukazał się w zbiorowej broszurze „Czy kobieta ma być wyzwoloną czy niewolnicą?”, wydanie II poszerzone, nakładem Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Warszawa 1937. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez redakcja | piątek 8 marca 2024 | aktualności
Nigdy wcześniej w naszym kraju nie mieliśmy tylu pracowników.
Według najnowszych danych Eurostatu liczba osób zatrudnionych w Polsce wyniosła ponad 17,4 mln. Jak informuje pulshr.pl, najnowsze dane opublikowane przez Eurostat, czyli Europejski Urząd Statystyczny, mówią, że jeszcze nigdy w naszym kraju nie pracowało tak wiele osób. Pod koniec ubiegłego roku padł rekord. To o niemal 0,5 mln więcej niż rok wcześniej.
Od ponad roku wskaźnik zatrudnienia w naszym kraju szedł w górę. W trzecim kwartale 2023 wyniósł 16 836 mln. Na koniec roku było to już 16 913 mln. W pierwszych trzech miesiącach 2024 roku przekroczyliśmy granicę 17 mln zatrudnionych – było ich dokładnie 17 mln 28 tys.
„Procentowa dynamika wzrostu poziomów zatrudnienia względem czwartego kwartału 2019 roku w Polsce była niemal dwa razy szybsza niż wynik dla całej Unii Europejskiej. A gdy porównamy go z Niemcami, to zatrudnienie u naszych zachodnich sąsiadów przez cztery lata wzrosło o 1,4 proc., a w Polsce o 6,5 proc.” – powiedział portalowi pulshr.pl zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego Andrzej Kubisiak.
Najszybciej rośnie liczba pracujących kobiet, choć wskaźnik ich zatrudnienia pozostaje nadal na znacznie niższym poziomie w porównaniu do mężczyzn.
Na wyniku zaważyło włączenie do badania i uznanie za rezydentów osób z Ukrainy, które już drugi rok przebywają w Polsce i tu pracują. Dane pokazane przez Eurostat obejmują wszystkich pracujących na terenie Polski, bez względu na narodowość i formę zatrudnienia.
przez Remigiusz Okraska | środa 6 marca 2024 | opinie
W roku 1984 wybuchła w Wielkiej Brytanii swoista wojna domowa. 9 marca br. minęło 20 lat od momentu zakończenia wielkiego strajku górników, którego porażka oznaczała początek końca brytyjskiego przemysłu węglowego, górniczych społeczności oraz ich tradycyjnej kultury robotniczej.
Złote lata
Tuż po zakończeniu II wojny światowej lewicowy rząd brytyjski upaństwowił sektor górniczy ze względu na jego znaczenie dla kraju. Państwo przejęło wszystkie większe kopalnie i część zakładów kooperujących z górnictwem. Do końca lat 50. stale zwiększano wydobycie i zatrudnienie w tej branży. Wówczas zaznaczyła się tendencja spadkowa zapotrzebowania na węgiel. Nowe, bardziej wydajne technologie spalania, wzrost znaczenia ropy naftowej i gazu ziemnego w energetyce – sprawiły, że górnictwo zaczęło mieć kłopoty finansowe. Nie udawało się sprzedać całego urobku, a realia rynku ograniczały wysokość cen węgla.
Wymusiło to zmiany, które przebiegały dość spokojnie w latach 60. Likwidowano kopalnie najbardziej nierentowne, o niewielkich złożach i trudnych warunkach geologicznych. Główny ciężar reformy przypadł na rządy laburzystów, którzy doprowadzili do zamknięcia ponad połowy kopalń i podobnej skali redukcji zatrudnienia (o ponad 300 tys. osób). Zwalnianym pracownikom starano się zapewnić inną pracę, wielu odeszło na przedwczesne emerytury, a ogólna sytuacja gospodarcza pozwoliła górnikom na stosunkowo „miękkie lądowanie”. Rządy konserwatywne i laburzystowskie kierowały się ideałami państwa opiekuńczego, ale panował także konsens w ocenie górnictwa: przerostów zatrudnienia, zbyt dużych inwestycji, nowych trendów w energetyce itp.
Wpływ na przebieg zmian miała również potęga związków zawodowych. W 1945 r. utworzono National Union of Mineworkers (NUM) – Krajowy Związek Górników. Pod koniec lat 70. zrzeszał prawie 200 tys. osób, co stanowiło niemal 90% załóg kopalń. Do tego dochodziło Krajowe Zrzeszenie Sztygarów, liczące w tym okresie ok. 15 tys. osób. Sektor energetyczny w ponad 50% bazował na węglu z państwowych kopalń głębinowych, więc dłuższy strajk górników oznaczał poważne kłopoty dla całej gospodarki.
Obrazu dopełniało dość korzystne dla związków zawodowych ustawodawstwo w Wielkiej Brytanii: gwarancje niemożności pociągnięcia związków do odpowiedzialności finansowej za straty spowodowane strajkami; powszechny zwyczaj mówiący, że jeśli większość pracowników chce strajku, to wszyscy pozostali muszą przerwać pracę. Potęgę NUM ograniczała jednak tradycja „dogadywania się” z centralnym zarządem kopalń oraz własny statut – np. strajk można było podjąć, gdy w referendum uzyskał poparcie 2/3 związkowców.
Nadciąga apokalipsa
Na początku lat 70. do władzy doszła Partia Konserwatywna, po raz pierwszy z tak liczną reprezentacją wolnorynkowych radykałów. Premierem został Edward Heath, niechętny państwowemu interwencjonizmowi, a funkcję ministra edukacji objęła Margaret Thatcher. Szybko okazało się, że rynkowe reformy nie przyniosły ożywienia gospodarczego, rosła inflacja. Pod wpływem strajków różnych grup zawodowych, Heath powrócił do modelu bardziej prospołecznego. Tzw. kryzys naftowy spowodował gwałtowny wzrost cen ropy. Polepszyło to kondycję górnictwa (wzrosło zapotrzebowanie na węgiel) i pogorszyło ogólne nastroje w kraju.
Pewni swojej siły, związkowcy z NUM postanowili przeciwdziałać i tak nieśmiałej polityce reformowania górnictwa. W 1974 r. ich strajk doprowadził do obalenia rządu Heatha. Partia Pracy, zawdzięczająca górnikom powrót do władzy, prowadziła politykę korzystną dla tego sektora. Choć proces zamykania kopalń i redukcji zatrudnienia trwał, to jego tempo było niewielkie, a kolejny kryzys naftowy polepszył koniunkturę na węgiel i kondycję całej branży. Była to jednak cisza przed burzą.
W 1979 r. wybory wygrali torysi, a premierem została Margaret Thatcher. „Żelazna Dama” nie tylko popierała wolny rynek i uważała, że związki zawodowe są szkodliwe dla rozwoju gospodarki. Od czasu obalenia rządu Heatha przez górniczy strajk, szczególną, wręcz karykaturalną niechęcią darzyła związkowców z tego sektora.
Przymiarki
Ustawy z pierwszych lat rządów Thatcher nałożyły na związki wysoką odpowiedzialność finansową za narażenie innych na straty materialne podczas strajków. Zakazano także strajków solidarnościowych, czyli dotyczących poparcia dla postulatów pracowników innych zakładów. Zakazy objęły często stosowaną metodę pikietowania zakładów, mającą na celu niedopuszczenie do nich łamistrajków i dostaw zaopatrzenia. Nie można już było legalnie pikietować poza własnym miejscem zatrudnienia, a w nim liczebność pikiet ograniczono do… 6 osób.
Po pierwszym, a zwłaszcza drugim szoku naftowym, pod koniec lat 70. Wielka Brytania położyła nacisk na eksploatację ropy i gazu na Morzu Północnym – od początku lat 80. zauważalnie wzrósł ich udział w bilansie energetycznym kraju. Nastąpił rozwój energetyki atomowej, potaniał węgiel z importu, a koniec kryzysu naftowego oznaczał tańszą ropę. W porównaniu z sytuacją sprzed dekady, udział rodzimego węgla w bilansie energetycznym zmalał o kilkanaście procent. Pogorszeniu uległa sytuacja finansowa górnictwa – antyinflacyjna polityka „Żelaznej Damy” doprowadziła do wzrostu wysokości odsetek od kredytów, więc inwestycje w górnictwie obciążono dodatkowymi kosztami.
Gdy w 1981 r. rząd postanowił zlikwidować 50 kopalń i zwolnić z nich ok. 25 tys. osób, strajk rozpoczęło 50 tys. górników. Zapasy węgla były znikome, zarząd kopalń prowadził własną politykę, niezależną od rządu. Thatcher szybko musiała odwołać swoje zamiary.
Żarty się skończyły
Przez niemal 30 powojennych lat panował wokół górnictwa pewien konsensus i obie strony były gotowe na kompromisy. Torysi pod wodzą Thatcher wypowiedzieli jednak ten niepisany układ.
W 1982 r. na czele NUM stanął Arthur Scargill, wcześniej przywódca związku w zagłębiu Yorkshire. Był on przedstawicielem radykalnego skrzydła NUM – pochodził z górniczej rodziny o tradycjach komunistycznych, w młodości działał w Lidze Młodzieży Komunistycznej. Był radykalny jeśli chodzi o poglądy – konsekwentnie popierał jak najdalej posuniętą nacjonalizację przemysłu – ale także w kwestii działań: gloryfikował pikietowanie kopalń, strajki solidarnościowe, nie krył sympatii wobec „robotniczej przemocy”.
Wybór Scargilla nie był przypadkowy. Kopalnie likwidowano stopniowo, lecz proces ten trwał tak długo, że nie sposób było go całkiem zneutralizować, a jego skutki były widoczne gołym okiem. Konfrontacyjna postawa Thatcher dodatkowo zaburzyła poczucie pewności, w każdej chwili można było spodziewać się utraty pracy. Pogorszyła się także sytuacja ekonomiczna górników – w efekcie polityki „Żelaznej Damy” najbardziej stracili robotnicy przemysłowi, których realne płace malały lub rosły znacznie wolniej niż innych grup zawodowych. Kumulacja gniewu i frustracji zaowocowała wyborem Scargilla, a związek zyskał lidera, który wprost nienawidził ówczesnej polityki gospodarczej torysów.
O jedną kopalnię za daleko
Thatcher wyciągnęła wnioski z porażki w pierwszym starciu. Dbała o duże zapasy węgla w kluczowych branżach i przedsiębiorstwach. Dokonała także zmiany szefa zarządu kopalń – został nim Ian MacGregor, znany z tego, że w USA skutecznie złamał strajk hutników. Cały czas prowadzono politykę likwidacji kopalń i zwalniania górników, fiaskiem kończyły się negocjacje ws. podwyżek płac w tym sektorze. „Reformatorzy” byli jednak roztropni, dokonując zamykania kopalń pojedynczo, w różnych okręgach węglowych. Choć Scargill zdawał sobie sprawę z prawdziwych zamiarów rządu, nie potrafił przekonać związkowców do strajku generalnego. Kolejne referenda pokazały, że zwolennicy protestu byli w mniejszości – niespełna 40% członków związku chciało strajkować.
Na początku 1984 r. zarząd kopalń postanowił zamknąć kopalnię w Cortonwood w Yorkshire. Związkowcy zarzucali pomysłodawcom, że jest to decyzja nieuzasadniona. Najpierw w tej, a później w okolicznych kopalniach wybuchł strajk. Identyczna sytuacja była w Szkocji. Takiej okazji nie mógł przepuścić Scargill, który potraktował te strajki jako pretekst do akcji ogólnokrajowej – w jego ocenie, im szybciej udałoby się doprowadzić do upadku rządu torysów, tym lepiej dla górnictwa i całej gospodarki brytyjskiej.
Nie będąc pewnym wyniku referendum ws. strajku, wraz z współpracownikami z zarządu NUM podjęli kontrowersyjną decyzję o przystąpieniu do akcji protestacyjnej na mocy uchwały. Nagięli w ten sposób statut związku, co wzbudziło nieufność wielu jego członków (dało też Thatcher argument o nielegalnym charakterze strajku). Do swej najważniejszej bitwy związek przystąpił podzielony, rozdarty we władzach krajowych i regionalnych oraz na poziomie kopalń. Do strajku nie przyłączyło się zagłębie Nottinghamshire – rentowne, największe pod względem wydobycia i kluczowe dla zaopatrzenia strategicznych odbiorców węgla. Niemniej jednak strajk górników stał się faktem. Od wiosny do jesieni brało w nim udział ok. 145 tys. osób, a pracowało ok. 40 tys. Wydobycie wstrzymano w 130 kopalniach, wielkość urobku spadła o 75%.
Węgiel i krew
Przeciwko górnikom rzucono znaczne siły policyjne. Usiłowały one rozpędzać pikiety przed kopalniami. Aresztowania uczestników pikiet objęły setki osób. Media ujawniły liczne przypadki bestialskiego znęcania się nad zatrzymanymi. W kilku górniczych miejscowościach doszło do zdarzeń, które należy określić mianem pogromów – zmasowane siły policyjne odcięły je od świata i bez powodu atakowały kogo popadnie.
Szczególnie silne ataki przypuszczono w Nottinghamshire, gdzie strajkujący z innych zagłębi próbowali zablokować miejscowym drogę do pracy, aby zwiększyć „siłę rażenia” protestu. Wysłano tam kilka tysięcy policjantów, m.in. zaprawionych w walkach z agresywnymi kibicami sportowymi i zamieszkami w Irlandii Północnej. Na wielką skalę przeprowadzono policyjne blokady dróg wiodących do Nottinghamshire, zatrzymujące górników jadących na pikiety.
Podczas blokady koksowni w Orgreave doszło w maju i czerwcu 1984 r. do prawdziwej wojny z udziałem, wedle różnych szacunków, od kilkunastu do ponad 30 tys. górników i kilkunastu tysięcy policjantów z doborowych oddziałów. Policja używała agresywnych psów, armatek wodnych, gazu łzawiącego, transporterów opancerzonych, helikopterów i broni palnej. Górnicy odpowiedzieli płonącymi barykadami, stalowymi linkami rozciąganymi na drodze szarżującej konnej policji, koktajlami Mołotowa itp.
Do zwalczania strajku użyto wyspecjalizowanej komórki Scotland Yardu i brytyjskich służb specjalnych (MI5). W wielu miejscach spotkań strajkujących założono podsłuchy. Scargillowi i kilku innym liderom przydarzyły się zagadkowe wypadki (m.in. samochodowe), które trudno interpretować inaczej niż jako próbę zastraszenia, jeśli nie chęć pozbawienia ich życia.
Łącznie podczas strajku aresztowano ok. 12 tys. górników. Około 5 tys. z nich stanęło przed sądem, większość została skazana, z czego ponad 200 osób otrzymało wyroki powyżej jednego roku pozbawienia wolności. Około tysiąca górników zostało w czasie strajku wyrzuconych z pracy pod różnymi pretekstami.
Marchewka i kij
Przede wszystkim dążono jednak do pogłębienia podziałów wśród strajkujących. Na wstępie rząd zaproponował bardzo wysokie odprawy górnikom, którzy dobrowolnie odejdą z pracy. W trakcie strajku każdy brytyjski górnik otrzymał imienny list od prezesa zarządu kopalń, w którym był namawiany do wywarcia presji na liderach związku w celu przerwania strajku. Osoby, które nie przystąpiły do strajku, oprócz pensji otrzymywały dodatkowe gratyfikacje z funduszu zorganizowanego przez Davida Harta – milionera o poglądach skrajnie liberalnych. Wraz z innymi ludźmi biznesu, inspirował i finansowo nagradzał on postawy łamistrajkowe – rzekomo oddolne wystąpienia górników wzywających kolegów do powrotu do pracy. Każda taka inicjatywa była skrzętnie nagłaśniana przez wielkie media jako przykład tego, że „zwykli górnicy chcą pracować, ale nie pozwalają im związkowi wichrzyciele”. Obóz Thatcher był w tej nagonce wspierany przez znanego magnata medialnego Roberta Maxwella, właściciela m.in. poczytnego brukowca „Daily Mirror”.
Górnicy nie otrzymywali wypłat podczas strajku (także ich liderzy nie pobierali związkowych pensji), lecz jedynie niewielki, ustawowy zasiłek. Najbardziej potrzebującym zasiłki wypłacał także NUM, prowadzono publiczne zbiórki na rzecz strajkujących górników, organizowano imprezy sportowe i kulturalne, z których zysk przeznaczano na ten cel. Ale łączne dochody górników z tych źródeł wynosiły 15-30% normalnej pensji. Gdy strajk nie odniósł szybkiego sukcesu, od lata 1984 r. zaczęły się kruszyć szeregi bojowych górników – bieda wygnała ich do pracy. Jesienią, wyczuwając nastroje, zarząd kopalń zaoferował różne premie tym, którzy wrócą do pracy do połowy listopada – z oferty skorzystało ponad 10 tys. górników i był to początek końca strajku. Fali powrotów do pracy nie dało się już powstrzymać, szczególnie wzmogła się ona po skromnych i biednych świętach Bożego Narodzenia.
Presja rządowa skierowana była nie tylko wobec strajkujących. Jednym z czynników mogących przesądzić o sukcesie protestu było wsparcie górników przez inne branże: hutnictwo, kolej, transport samochodowy i dokerów. Gdyby te grupy zawodowe dołączyły do strajku, Thatcher nie opanowałaby chaosu. Strajk transportowców i kolejarzy uniemożliwiłby przewożenie węgla z niestrajkujących kopalń, strajk dokerów – rozładunek węgla z importu, a strajk hutników pogłębiłby zawirowania gospodarcze. Hutników jednak przestraszono widmem upadku branży, która przeżywała dekoniunkturę, kolejarzy przekupiono podwyżkami, dokerzy przez krótki okres strajkowali, ale szybko pod wpływem gróźb i obietnic wrócili do pracy – ogólną tendencją było werbalne popieranie strajku przez liderów innych branż, lecz „doły” związkowe nie chciały strajkować. Gwoździem do trumny było udaremnienie przez rząd strajku członków Krajowego Zrzeszenia Sztygarów jesienią 1984 r. Ustawodawstwo zakazywało pracy górników bez nadzoru – gdyby sztygarzy przyłączyli się do strajku, musiałyby stanąć wszystkie kopalnie.
Umiejętne stosowanie zasady „dziel i rządź” złamało robotniczą solidarność. Gdy Scargill zwrócił się o pomoc do Kongresu Związków Zawodowych (głównego zrzeszenia związkowców różnych branż) – apelował o strajki solidarnościowe i wsparcie finansowe – nie wyszło z tego nic poza obietnicami.
Skok na kasę
NUM, związek dość zamożny, w wyniku długiego strajku popadł w tarapaty. Duże wydatki wiązały się z prowadzoną działalnością strajkową, m.in. finansowaniem wyjazdów na pikiety. Dodatkowo ekipa Thatcher stworzyła wyrafinowany plan uderzenia w ten czuły punkt związku.
Nowe ustawodawstwo związkowe po raz pierwszy wprowadzono w życie. Do sądów trafiły pozwy przeciwko NUM, dotyczące utrudniania pracy i strat finansowych. Już pierwszy wyrok w takiej sprawie, wytoczonej regionalnemu oddziałowi związku, opiewał na 50 tys. funtów, po nim przyszły kolejne, w tym maksymalna kara dla centrali związku – 200 tys. (w momencie wybuchu strajku NUM miał ok. 10 milionów funtów). Do tego doszedł inspirowany przez wspomnianego Harta pozew łamistrajków żądających uniemożliwienia kierownictwu NUM dysponowania majątkiem związku w sytuacji, gdy strajk podjęto bez referendum.
NUM nie zamierzał płacić, ale Thatcher wynajęła znaną firmę Price Waterhouse (obecnie PricewaterhouseCoopers). Przy współpracy wywiadu brytyjskiego szybko dowiedziała się ona, gdzie są pieniądze związku – także wtedy, gdy przezornie zostały przelane na konta fasadowych instytucji i zaufanych osób prywatnych. Zabiegi prawne zablokowały większości funduszy NUM lub znacznie utrudniły obracanie nimi, ściągnięto też wszystkie grzywny nałożone przez sądy oraz 800 tys. funtów jako zapłatę za usługi Price Waterhouse. Odblokowanie funduszy związku nastąpiło dopiero w 1986 r.
Samobójcze bramki
O porażce strajku zadecydowały także błędy związkowców. Fatalny był moment rozpoczęcia akcji – wczesna wiosna, kiedy maleje zapotrzebowanie na węgiel. Gdyby strajk wybuchł w okresie wzmożonego popytu na ten surowiec, szanse na wygraną byłyby znacznie większe, także dlatego, że nazbyt wielkich ilości węgla nie dało się gromadzić ze względów technicznych. Tymczasem małe zużycie, zapasy i utrzymanie części wydobycia sprawiły, że gospodarka przetrwała ten okres, a przeciąganie się strajku wyniszczyło NUM finansowo, znacznie zubożyło górników i podkopało ich morale.
Choć górnicy cieszyli się tradycyjnie sympatią znacznej części społeczeństwa, to Thatcher wykreowała ich obraz jako darmozjadów, którzy wymuszają swoisty haracz na rządzie. Pogorszyła się także kondycja mniej zamożnych grup zawodowych, które porzuciły solidarystyczną postawę i zaczęły traktować górników jak konkurentów. Społeczeństwo nie odwróciło się od górników – w całym kraju miały miejsce setki inicjatyw na rzecz ich poparcia, zebrano duże kwoty na pomoc strajkującym, liczni ludzie kultury wyrażali publicznie poparcie dla celów strajku –jednak inne grupy zawodowe nie przyłączały się do strajku, a rząd mimo wszystko cieszył się sporym zaufaniem.
Choć powszechnie potępiano przemoc policji, to również „bojowa” postawa górników napotkała na krytykę. Latem i jesienią 1984 r., kiedy frustracja strajkujących zaczęła gwałtownie rosnąć, w kilku miejscach kraju miały miejsce brutalne samosądy – doszło do ciężkich pobić i demolowania mieszkań górników, którzy wyłamywali się z grupowej solidarności i nie chcieli strajkować. W listopadzie stała się tragedia – przypadkowo zabito taksówkarza wiozącego łamistrajka do pracy.
Gdy związek zaczął mieć kłopoty finansowe, liderzy NUM zaczęli rozpaczliwie poszukiwać wsparcia. Pomoc zaoferował Związek Radziecki (formalnie tamtejsze związki zawodowe) – ostatecznie jednak obiecane pieniądze nie trafiły do strajkujących górników. Uniemożliwiła to postawa brytyjskich służb specjalnych oraz rosnące wpływy Michaiła Gorbaczowa, który był przeciwny ingerencji w sprawy brytyjskie. Jednak całą sprawę wykorzystano do przedstawienia w mediach liderów NUM jako agentów, którzy prowadzą strajk na zlecenie ZSRR, żeby zdestabilizować sytuację wewnętrzną. Podobnie było z Libią, która pozostawała wówczas w konflikcie dyplomatycznym z Wielką Brytanią. Pieniądze z tego kraju nigdy nie trafiły do strajkujących górników, za to sprawę wykorzystano do zmasowanych ataków na Scargilla – istnieją poważne przesłanki, że całość była prowokacją brytyjskich służb specjalnych, na którą dali się złapać liderzy NUM.
Równia pochyła
Pod koniec lutego 1985 r. przekroczono symboliczną barierę – do pracy wróciła ponad połowa górników. 9 marca uznaje się za datę zakończenia strajku – NUM nie osiągnął nic, a jego straty były dotkliwe. Był to jednak tylko wstęp do zniszczenia brytyjskiego górnictwa.
Klęska górników w 1985 r. oznaczała przetrącenie kręgosłupa tej grupie zawodowej. Już w czerwcu 1985 r. nastąpił rozłam w NUM i powstał Związek Demokratycznych Górników. Choć był znacznie mniejszy, to rozbicie ruchu związkowego uniemożliwiło skuteczną obronę praw pracowniczych. Likwidacja kopalń w następnych latach nie napotkała na silny opór, podejmowane próby strajków kończyły się porażkami.
W 1983 r. działało 170 kopalń z ponad 190 tys. górników – w roku 1990 (koniec rządów Thatcher) były już tylko 73 kopalnie i 65 tys. górników. Wydobycie węgla zmalało jednak tylko o ok. 15%, głównie w efekcie zamykania kopalń o niższej wydajności, wymuszania na górnikach coraz cięższej pracy oraz wskutek stosowania nowoczesnych maszyn (bardzo drogich, co sprawiło, że wzrost wydajności nie przełożył się na znaczną poprawę rentowności kopalń). Później było jeszcze gorzej. Recesja na początku lat 90. i liberalizacja rynku surowców energetycznych (węgiel i ropa kupowane na rynku światowym były tańsze niż rodzimy węgiel) skłoniły kolejny rząd torysów do dalszego „reformowania” górnictwa. Zamykano kopalnie (całkowicie likwidując niektóre zagłębia węglowe) i zwalniano górników. W 1994 r. było już tylko 16 państwowych kopalń głębinowych, zatrudniających 8 tys. górników. Wydobycie węgla spadło w stosunku do poziomu z roku 1983 o niemal 70%.
Rok później górnictwo sprywatyzowano. 14 kopalń kupiła firma RJB Mining. Spółka ta osiągała dodatnie wyniki finansowe, co nie było trudne, bo ocalałe z pogromu kopalnie były najlepsze i wzmocnione państwowym programem inwestycyjnym z początku lat 90. Ale i RJB nie patyczkował się z kopalniami – firma zamknęła kilka swoich zakładów, podobnie było z kilkoma innymi prywatnymi kopalniami. Dziś w całej Wielkiej Brytanii funkcjonuje 10 kopalń (większość należy do firmy UK Coal), pracuje w nich tylko 9 tys. górników.
Czyż nie dobija się górników?
Na przestrzeni kilkunastu lat zlikwidowano w jednym sektorze 180 tys. miejsc pracy, co oznacza, że średnio cztery razy tyle osób – górnicy i ich rodziny – zostało pozbawionych głównego źródła dochodów. Wbrew propagandzie zwolenników Thatcher, nie powstało wiele nowych miejsc pracy – w każdym razie nie w dawnych górniczych społecznościach, gdzie do dziś bezrobocie sięga 20-30%. Około 90 tys. byłych górników nie znalazło żadnej stałej pracy, a większość nowych posad jest znacznie gorzej płatnych niż w kopalniach. W dawnych górniczych osadach o kilkadziesiąt procent wzrósł poziom przestępczości, wiele z nich przypomina strefę wojenną. Panuje tam nie tylko bieda – znacznym problemem jest nawet… analfabetyzm. Zniszczono także coś więcej niż etaty przy wydobyciu węgla – stabilizację społeczną, kilkudziesięcioletnią tradycję i styl życia górniczych osad, a także wiarę tysięcy ludzi w to, że rząd służy dobru obywateli.
To wszystko nabiera dodatkowego znaczenia, gdy wiemy, że całkiem liczne były przypadki zamykania rentownych kopalń. Że fałszowano raporty i analizy, byle tylko wykazać konieczność likwidacji. Że Thatcher odmawiała dopłat do górnictwa, uzasadniając to zasadami wolnego rynku, lecz hojnie wspierała z budżetu energetykę atomową i przemysł wydobywczy ropy naftowej i gazu. Na pewno częściowe reformy górnictwa były potrzebne, ale wielu ekspertów twierdzi, że przy rozsądnej polityce gospodarczej można było to robić wolniej i bez konieczności likwidacji niemal całej branży. Znaczna część kopalń miałaby do dzisiaj rację bytu – mogły być rentowne lub obciążać budżet nie bardziej niż koszty bezrobocia, biedy i dewastacji górniczych społeczności.
Rynek i konserwatyzm, ruiny i zgliszcza
„Żelazna Dama” jest symbolem promowania wolnego rynku i obrony wartości konserwatywnych. Rzeczywistość przeczy temu obrazowi. Przenikliwie opisał to dawny apologeta i współpracownik Thatcher, brytyjski filozof polityki John Gray, który widząc skutki neoliberalnych pomysłów stał się radykalnym krytykiem takiej ideologii.
W tekście „Dziwna śmierć Anglii torysów” ukazał on destruktywny wymiar polityki Thatcher z punktu widzenia tych wartości, które rzekomo wyznawała i promowała. O ekonomicznych skutkach jej polityki napisał tak: „/…/ destruktywna polityka deregulacji rynku pracy, która w latach osiemdziesiątych rozbijała ruch związkowy, w latach dziewięćdziesiątych zaczęła niszczyć tkankę klas średnich wykonujących wolne zawody”. Z kolei następstwa kulturowe ofensywy thatcheryzmu ocenił następująco: „Jednym z najważniejszych skutków zastosowanej w Wielkiej Brytanii po 1979 roku radykalnej strategii wolnorynkowej był demontaż tych koalicji interesów ekonomicznych i grup społecznych, które były rękojmią istnienia konserwatyzmu przedthatcherowskiego. /…/ Średnioterminowym skutkiem neoliberalnej polityki konserwatystów w Wielkiej Brytanii jest erozja etosu w takich instytucjach jak służba państwowa i służba zdrowia, które poddano reformie zgodnej z receptami myślenia kontraktowego i menedżerskiego. Jakby było mało tej dewastacji znaczącego obszaru brytyjskiego dziedzictwa instytucji obywatelskich, owo neoliberalne dążenie do wtłoczenia życia społecznego w prymitywne ramy modelu wymiany rynkowej przyspieszyło delegitymizację takich instytucji jak monarchia i Kościół. /…/ Anglia torysów – owa bogata sieć wzajemnie powiązanych interesów, więzi szacunku społecznego i odziedziczonych instytucji, sieć, którą zdolność polityczna torysów skutecznie chroniła i odtwarzała poprzez umiejętną jej adaptację do instytucji demokratycznych Wielkiej Brytanii – ta Anglia torysów jest dziś praktycznie martwa”.
Jakaś okrutna ironia historii – ale także nauka na przyszłość – tkwi w tym, że liderka Partii Konserwatywnej zniszczyła konserwatywny styl życia, a w imię doraźnej poprawy wskaźników ekonomicznych po prostu rozwalono ład społeczny kształtowany przez pokolenia. Trafnie wyrazili to twórcy filmu „Orkiestra” (oryg. Brassed off), którego akcja rozgrywa się podczas „dogrywki” likwidacji brytyjskich kopalń w pierwszej połowie lat 90. W usta jednego z głównych bohaterów, emerytowanego górnika i szefa kopalnianej orkiestry dętej, włożyli oni znamienne słowa: „Od 10 lat ten cholerny rząd niszczy nasz przemysł i nie tylko przemysł, także naszą społeczność, nasze domy i nasze życie, a wszystko to w imię postępu, dla kilku wszawych funtów”.
Remigiusz Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” (poprzedniku „Nowego Obywatela”) nr 22 w roku 2005. Tekst przypominamy w 40. rocznicę rozpoczęcia strajku górników w Wielkiej Brytanii. Zdjęcie w nagłówku tekstu: przemarsz strajkujących górników w Dinnington w hrabstwie South Yorkshire; kopalnię w tej miejscowości zamknięto w roku 1991.
Pisząc tekst korzystałem z wielu źródeł, ale najważniejsze dane zaczerpnąłem z: Alex Callinicos i Mike Simons – „The Great Strike” (1985); Ken Coates i Michael B. Brown – „Community under Attack” (1997), Piotr Jachowicz – „Strajk górników brytyjskich w latach 1984-1985” (2002).
przez redakcja | wtorek 5 marca 2024 | aktualności
Komisja Zakładowa NSZZ Solidarność w Jeronimo Martins Polska zbiera wśród pracowników Biedronki podpisy pod petycją o polepszenie warunków zatrudnienia w sklepach tej sieci.
Jak informuje portal Wiadomości wiadomoscihandlowe.pl, „Solidarność” działająca w Biedronce wystosowała 9 lutego petycję do zarządu firmy, a następnie rozpoczęła zbiórkę podpisów pod wyrażonymi żądaniami. Związek zawodowy domaga się rozwiązania trzech wyzwań.
Pierwszy postulat dotyczy „zapewnienia zwiększonej obsady poszczególnych placówek (sklepów), tak aby możliwa była spokojna realizacja zlecanych zadań, w czasie doby (dniówki) pracowniczej)”. Drugi postulat to wprowadzenie premii dla pracowników lady mięsnej, które to stanowiska zostały utworzone już w ponad 25% ogółu placówek tej sieci. Trzecie żądanie „Solidarności” to „wprowadzenia zbiorowej podwyżki wynagrodzeń, tak aby z jednej strony odpowiadały one wysiłkowi i zaangażowaniu pracowników sklepów Biedronka, zaś z drugiej pozwalały na utrzymanie naszych rodzin na godnym poziomie”.
Związkowcy podkreślają w swoim stanowisku, że sukcesy sieci Biedronka opierają się głównie na pracy i zaangażowaniu jej pracowników, więc powinno oni być porządnie wynagradzani, a ilość obowiązków musi być realistyczna i dostosowana do możliwości zatrudnionych.
Podpisy pod petycją są zbierane do 6 marca, a następnie zostaną przekazane szefostwu Biedronki oraz portugalskiej centrali Jeronimo Martins. Związkowcy twierdzą przy tym, że w trakcie zbierania podpisów zdarzały się przypadki zastraszania pracowników i grożenia im zwolnieniem, jeśli podpiszą petycję. „Solidarność” zapowiada, że brak reakcji na sformułowane żądania może oznaczać wejście w przewidziany prawem spór zbiorowy, nie wykluczają także protestów i strajku w przyszłości.
przez Michał Rydlewski | niedziela 3 marca 2024 | opinie
Małgorzata Tomczak, socjolożka i dziennikarka zajmująca się od dwóch lat sytuacją na granicy polsko-białoruskiej, narobiła niemałego zamieszania wśród zajmujących się tą problematyką – i nie tylko ich.
W połowie listopada ubiegłego roku, a zatem już po wyborach parlamentarnych, opublikowała ona w „Gazecie Wyborczej” artykuł „Szara granica” (GW, 18-19 listopada 2023). Z wielowątkowej opowieści autorki (bardzo zresztą ciekawej, gdyż dotyczącej całej gamy problemów związanych z migracją) jeden okazał się kluczowy dla powstania wspomnianego zamieszania, które należy potraktować szerzej. I to w kilku wymiarach, m.in. ideologiczno-politycznym oraz dziennikarskim. Otóż w artykule autorka pisze wprost, że od dwóch lat w dyskusji o migracji przekłamujemy rzeczywistość, „tworzymy fałszywą wiedzę”, czyli po prostu: kłamiemy. Kto kłamie? Strona „humanitarna”, lewicowo-liberalna.
Po kolei jednak.
Tomczak słusznie zauważa, że kryzys na granicy jest przedstawiany w dwóch narracjach: antyimigranckiej i mającej na celu bezpieczeństwo oraz humanitarnej. Pierwsza przynależy stronie prawicowo-konserwatywnej, druga zaś liberalno-lewicowej. Ta druga jest reprezentowana m.in. przez książki (Mikołaja Grynberga „Jezus umarł w Polsce”), media głównego nurtu, jak choćby „Gazeta Wyborcza”. Typ tekstów tam się pojawiających ma charakter „interwencyjnej publicystyki”. Ponadto, co szczególnie ważne, przez działalność aktywistów, ale także i sztukę. Przykładem tej drugiej jest film Agnieszki Holland „Zielona granica”, który trafił do kin przed wyborami parlamentarnymi. W debacie o sytuacji na granicy polsko-białoruskiej funkcjonuje on niemal jako dokument. W rzeczywistości jednak, twierdzi Tomczak, narracja ta pokazuje tylko niewielki, przefiltrowany wycinek rzeczywistości.
W pierwszej narracji, prawicowo-konserwatywnej, dominują młodzi, silni i agresywni mężczyźni forsujący granicę. W drugiej – samotne kobiety z dziećmi. Pierwsi to niebezpieczna masa ludzi nieznających naszej kultury, idących „po socjal”, a będących w istocie elementem wojny hybrydowej Putina z Zachodem. W drugiej, wykształcone osoby takie jak my: ich kulturowa inność to element jedynie ubarwiający, nieszkodliwy, sprowadzony do odmienności kulinarnej.
Autorka mówi wprost: narracja pierwsza jest bliższa rzeczywistości, przynajmniej statystycznej, gdyż kobiety na szlakach migracyjnych stanowią 10% ogółu ludzi. Większość migrantów to wcale nie uchodźcy z krajów ogarniętych wojną.
W czym i jak kłamiemy?
W tworzeniu fałszywego obrazu. Chodzi nie tylko o skierowanie kamery aparatu w odpowiednią stronę, opis tego, a nie tamtego: zamiast grupy mężczyzn, pokazujemy dziecko. Chodzi o coś więcej: o wytwarzanie fake newsów i nieprawdziwych historii, o „liczne przeinaczenia na poziomie faktów”. Prawicowa narracja, mówi autorka, także tę rzeczywistość jakoś przekłamuje (wyolbrzymiając pewne obrazy), ale my ją przekłamujemy jeszcze bardziej.
Każda narracja przedstawia jakiś obraz rzeczywistości, w tym sensie jest konstrukcją społeczną. Obraz rzeczywistości, który ona tworzy, coś naświetla, a coś ukrywa, coś uwypukla, a coś przemilcza. To trochę jak działanie latarni morskiej: światło padając w dane miejsce sprawia, że inne są zakryte. I tak, moim zdaniem, być musi, nie ma od tego ucieczki, bo nie ma ucieczki od konstruowania. Chodzi jednak o to, aby mieć tego świadomość, a nie brać obrazu za całą rzeczywistość. To po pierwsze. A po drugie, jest coś, czego w tym konstruowaniu robić nie wolno: kłamać, zmyślać historii danych postaci, ubarwiać, bo wtedy wkraczamy już w obszar fikcji charakterystyczny dla literatury.
Dlaczego kłamiemy? – pyta Tomczak. Dlaczego to robimy? Dla „dobra sprawy”. W imię walki z narracją prawicową, gdyż nie ma nic gorszego niż ich „rasizm” i „faszyzm”, skutkujący graniczną Zagładą. Ideologia anty-PiS pozwala na wiele, w tym na kłamstwo, oderwanie się od rzeczywistości na granicy.
Autorka sama siebie zapytuje, dlaczego napisała tyle tekstów utrzymanych w „duchu aktywizmu”. Dlaczego okazała się jedną spośród wielu dziennikarzy/dziennikarek poddających się narracji aktywistów i nie weryfikujących informacji, tworząc w efekcie narrację nieprawdziwą?
Zastanawiając się nad mechanizmem, któremu uległa, Tomczak przywołuje teorię poznawczego przechwycenia. Teoria ta opisuje, jak ludzie mający kontrolować innych ludzi ulegają tym drugim poprzez przejmowanie ich poglądów na skutek m.in. lobbingu, ale często także nieświadomie czy podskórnie. Autorka bardzo trafnie opisuje działanie tego mechanizmu w splocie trzech czynników: tożsamości, relacji i statusu. Mówi np. o tym, że aktywistów i dziennikarzy łączy przynależność do jednego świata lewicowo-liberalnego i z tego względu dziennikarze nie robili tego, czego powinni, czyli weryfikowania narracji aktywistów. Odważnie przyznaje, że pokonały ją „miękkie mechanizmy wpływu”, takie choćby jak przyjaźnie. W związku z tym uważa swoje teksty za nieprawdziwe.
Czy to jednak wystarczy, aby ją usprawiedliwić? Czy opisanie mechanizmu, któremu się uległo, może zadość uczynić kłamstwu? Czy efektowny popis wiedzą ją tłumaczy?
Podejrzewam, że Tomczak znała tę teorię wcześniej (wszak jest z wykształcenia socjolożką), nie dowiedziała się o niej po tym, jak zaczęła mieć wątpliwości, odczuwać dysonans poznawczy. Autorka na pierwszy rzut oka przekonująco wyjaśnia swoje zagubienie, pozwalając powiedzieć coś w stylu: „Dałam się nabrać, ale to przecież uniwersalny mechanizm”. Problem w tym, że – tak uważam – znacznie wcześniej dobrze rozpoznała mechanizmy, o których pisze, lecz po prostu im uległa. Wystarczy przeczytać znakomite książki i artykuły toruńskich socjologów zajmujących się mechanizmami wytwarzania wiedzy i niewiedzy (np. Radosława Sojaka, Daniela Wincentego „Zagubiona rzeczywistość. O społecznym konstruowaniu niewiedzy” czy z pracami Andrzeja Zybertowicza), zapoznać się z podstawowymi pojęciami socjologii działań zakulisowych, aby wiedzieć to, co mówi Tomczak. Więcej nawet, wystarczy przejść podstawowy kurs socjologii, gdzie mówi się sile socjalizacji, sieci relacji społecznych, autorytecie etc.
Jest to próba naukowego z ducha zamaskowania prostej kwestii wyboru, i to śmiem twierdzić, znacznie bardziej świadomego: albo jesteś odważny, albo nie. Albo mówisz prawdę, albo nie. Tomczak nie jest naiwnym dzieciątkiem, ale kimś, kto widzi i rozpoznaje te naciski, o czym sama pisze w swoim tekście oraz mówi w rozmowie z Magdaleną Okraską („Imigracja bez różowych okularów”, „Nowy Obywatel”, nr 43, 2024).
Moim zdaniem chodzi dokładnie o te dwa „albo – albo”. I nie, nie czuję się lepszy moralnie niż Tomczak, bo świat akademicki, w którym funkcjonuję, jest dokładnie taki sam. Różnimy się o tyle, że nie jestem dziennikarzem.
Szczególnie kategoria prawdy, jedno z tego „albo-albo”, domaga się pewnego doprecyzowania. Kiedyś byłem świadkiem, jak na konferencji medioznawczej pewien profesor powiedział, że „ideą regulatywną dziennikarstwa jest prawda”, a drugi powiedział „a co to jest prawda?”. To drugie podejście było stricte relatywistyczne – i tego (nie ma prawdy) zresztą uczył swoich studentów dziennikarstwa. Każdy, kto przeszedł podstawowy kurs filozofii, wie, że istnieją różne koncepcje prawdy, np. korespondencyjna (zdanie jest prawdziwe wtedy, kiedy tak jest w rzeczywistości) czy koherencyjno-koncesualna (zdanie jest prawdziwe wtedy, kiedy co do niego się zgadzamy i potrafimy uzgodnić z naszymi innymi przekonaniami).
Choć uważam, że nie mamy poznawczego (w sensie pozakulturowego) dostępu do tego, jaka jest rzeczywistość w ogóle czy jej prawdziwy opis, nie oznacza to – na miły Bóg – że nie mogę wypowiedzieć prawdziwych zdań względem sytuacji na granicy. Nie da się ustalić, ile jest na granicy kobiet, a ilu mężczyzn? I skąd w większości pochodzą? Jest tak dlatego, że uznajemy wartość statystyki i wiemy co oznacza „więcej”, a co „mniej” i jak to mierzyć. Można sobie wyobrazić inne kategorie liczenia, gdzie istotniejsza jest wartość, a nie ilość, i takie etnograficzne świadectwa mamy. Ale jesteśmy tutaj, a nie u jakiegoś plemienia, które taki system liczenia posiada (choć jak zaraz pokażę, chyba nie wszyscy).
Słowem: poplątano wszystko ze wszystkim, w tym filozofię z dziennikarstwem, i zrobiono wielu studentom dziennikarstwa, choć nie tylko im, bałagan w głowach, w efekcie fakty i prawda przestały być dla nich istotne. A prawda ma znaczenie, gdyż bez niej nie można funkcjonować: muszę wiedzieć pod groźbą przetrwania, czy zielone światło na pasach oznacza „idź” czy „stój” (możemy kolorom przydać inne znaczenia, ale muszę w tej konkretnej chwili wiedzieć, jakie obowiązuje znaczenie). Ponadto dana narracja i jej prawdziwość rozbija się w końcu o rzeczywistość społeczną. Mieszkańcy wielu zachodnich miast wiedzą, że wzrost przemocy nie jest związany z wykształconymi Afgankami z dziećmi. I dlatego głosują na partie anty-emigranckie. Wcześniej tym, którzy mówili o problemach z migrantami (realnie istniejącymi) przypinano łatki islamofobów i rasistów, w czym przodowała lewica.
A jeśli to nie prawda jest ideałem regulatywnym, o którym wspomniał jeden z profesorów, to co? Zaangażowanie i emocje o charakterze ideologiczno-politycznym. Świetnym tego przykładem jest artykuł Pawła Knuta „Opowieść zaangażowana, nie fałszywa” („Dwutygodnik”, 12/2023). To próba „uratowania” narracji humanitarnej, oswojenie swojego dysonansu poznawczego, tekst z zakresu tzw. zwrotu afektywnego. Autor mówi w zasadzie wprost: coraz mniej interesują mnie fakty i liczby, a liczą się emocje, jakie powinny towarzyszyć mówieniu o granicy. Autor uzasadnia powstanie „narracji humanitarnej” jako odpowiedź na coraz „brutalniejszą narrację antyuchodźczą, dystrybuowaną za pomocą wszelkich kanałów pozostających do dyspozycji decydentów. W tych warunkach odpowiedź musiała być mocna i wyrazista, krążyć wokół jasnych, binarnych podziałów na dobro i zło, bohaterów i złoczyńców”.
Nie miejsce tutaj na polemikę z autorem. Chcę jedynie wskazać na fakt, że jeśli chodzi o to, co na granicy się dzieje dzisiaj, już za nowej władzy, to dzieje się w zasadzie to samo, co za starej (czy może być inaczej?). Dalej istnieją push-backi. O ile jednak poprzednia władza była z tego względu na cenzurowanym, to nie dostrzegam takiej samej skali w ocenie obecnej. Przykładem jest Janina Ochojska. Dlaczego nie potępia Donalda Tuska tak, jak potępiała Mateusza Morawieckiego? Jedyne, co zrobiła to napisała petycję. Rzecz jasna nie może uczynić wiele więcej, gdyż obecnej władzy zawdzięcza miejsce w Europarlamencie. To jest właśnie kadr z układu będącego siecią nieformalnych powiązań, które nie są wcale takie trudne do uchwycenia.
Richard Rorty, amerykański filozof, napisał, że antropolodzy, powieściopisarze oraz dziennikarze są „agentami miłości”, co oznacza, że mają poszerzać naszą wyobraźnię moralną. Pełna zgoda. Ale trzeba odróżnić jednych od drugich i trzecich, bo gdy dziennikarz czy antropolog (czego przykładem choćby Carlos Castaneda) zacznie kłamać, to mamy do czynienia z literaturą, w której wolno wszystko. Trzeba poszerzać wyobraźnię moralną naszego społeczeństwa, ale nie może być to usprawiedliwienie dla jawnego kłamstwa, które służy celom ideologiczno-politycznym.
Dobre emocje, np. empatia względem potrzebujących pomocy, mogą być – i są – cynicznie wykorzystywane, wręcz pozwalają na zarządzanie całymi narracjami, które rzutują na wybory polityczne. Ratunkiem jest tak potępiane przez wspomnianego Knuta „analityczne” podejście Tomczak. I za nie autorkę bardzo cenię.
Jesteśmy na granicy. Polsko-białoruskiej. Ale także na granicy utraty kontaktu z rzeczywistością społeczną. Przodują w tym niestety dziennikarze oraz osoby piszące jako element polityczno-biznesowo-medialnego układu lewicowo-liberalnego. W pewnej mierze rozumiem podejście, w którym prawda przestaje być najwyższą wartością w hierarchii, a zaczyna być nią empatia. Skutkuje to jednak rozpadem komunikacji, gdyż każdy będzie miał swoje narracje, swoje afekty/emocje i zaczniemy żyć w różnych rzeczywistościach. Nie będziemy umieli się komunikować, gdyż nie będzie tych samych obiektów, względem których się komunikujemy (tutaj: element wojny hybrydowej, tutaj człowiek). Oczekuję od dziennikarzy więcej analizy, a mniej emocji. I choćby z tego względu tekst Małgorzaty Tomczak jest wart namysłu.
dr Michał Rydlewski
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay
przez redakcja | piątek 1 marca 2024 | aktualności
Związkowcy z „Solidarności” wywalczyli podwyżki w przedsiębiorstwie Minova Ekochem.
Jak informuje Tysol.pl, sukcesem zakończyły się działania związkowców z „Solidarności” w firmie Minova Ekochem w Siemianowicach Śląskich. Zakład produkuje pianki dla górnictwa i kleje do kotew. Na 150 pracowników zakładowa „Solidarność” zrzesza ponad 30% zatrudnionych. 28 lutego w obecności mediatora zarząd firmy i związkowcy podpisali porozumienie kończące spór zbiorowy. Dzień wcześniej w zakładzie odbył się dwugodzinny strajk ostrzegawczy, w którym wzięło udział około połowy załogi, czyli znacznie więcej niż należy do związku zawodowego.
Strajk był zwieńczeniem protestu płacowego, który trwał od początku roku. Po serii negocjacji i strajku podpisano porozumienie. Na jego mocy stawki zasadnicze pracowników firmy wzrosną o 5 proc. W życie wejdzie także podwyżka kwotowa. Pracownicy zarabiający do 6 tys. zł brutto otrzymają podwyżkę wynoszącą 600 zł brutto, a zarabiający powyżej 6 tys. zł brutto – 400 zł brutto. Nowe stawki będą obowiązywały od początku roku, czyli wraz z marcową wypłatą pracownicy otrzymają wyrównanie także za styczeń i luty. W zamian związkowcy zobowiązali się do niepodejmowania do końca roku działań protestacyjnych. Ustalono także, iż rozmowy związku z zarządem o stawkach na rok 2025 rozpoczną się już w październiku 2024.
przez redakcja | piątek 1 marca 2024 | aktualności
14 marca wchodzą w życie przepisy o konfiskacie samochodów prowadzonych przez kierowców pod wpływem alkoholu.
Jak przypomina portal Business Insider, już w połowie marca wchodzą w życie przepisy uchwalone jeszcze w poprzedniej kadencji parlamentu. Oznaczają one koniec pobłażliwości dla nietrzeźwych kierowców. Nowe regulacje przewidują nie tylko dotychczasowe kary, ale także konfiskatę pojazdów. Utrata auta będzie obligatoryjna, gdy kierowca będzie miał co najmniej 1,5 promila lub 0,75 mg/dm sześciennych w wydychanym powietrzu. Również dla kierowców, którzy zostaną złapani na jeździe w stanie nietrzeźwości po raz drugi w ciągu dwóch lat, konfiskata pojazdu będzie bezwarunkowa. Samochód będą tracili także ci, którzy spowodują wypadek i zarazem będą mieli powyżej 1 promila. Co więcej, ucieczka z miejsca wypadku traktowana tak, jak spowodowanie wypadku pod wpływem alkoholu.
Skonfiskowane samochody przejdą na rzecz skarb państwa. Niezależnie od konfiskaty pojazdu, w mocy zostaną utrzymane wszystkie dotychczasowe sankcje, typu mandaty, punkty karne itp. za prowadzenie pod wpływem alkoholu i substancji odurzających.
Kary nie unikną także pijani kierowcy niebędący właścicielami pojazdów. Ktoś taki będzie musiał zapłacić równowartość wyceny pojazdu będącego autem firmowym, leasingowanym lub stanowiącym współwłasność. Z kolei kierowcy zawodowi przyłapani na jeździe po alkoholu w ramach swoich obowiązków zawodowych będą obciążani karą w wysokości od 5 do 60 tysięcy złotych na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej.
przez redakcja | czwartek 29 lutego 2024 | aktualności
Przedstawiciele „Solidarności” apelują o podjęcie działań polepszających warunki zatrudnienia i ochronę interesów osób pracujących za pośrednictwem platform cyfrowych.
Jak informuje strona Tysol.pl, przewodniczący Rady Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność” Alfred Bujara oraz Sekretarz Rady Sekretariatu Marcin Stroński wystosowali pismo do Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Pani Agnieszki Dziemianowicz-Bąk. Napisano w nim: „W związku z finalizacją przez Komisję Europejską prac nad określeniem statusu i modelu zatrudnienia osób pracujących za pośrednictwem tzw. cyfrowych platform pracy oraz decyzją Rady i Parlamentu Europejskiego o przyjęciu porozumienia w sprawie ostatecznego kształtu Dyrektywy regulującej przedmiotowy zakres zwracam się z wnioskiem o: powołanie zespołu eksperckiego działającego przy Ministerstwie z udziałem strony społecznej obejmującej swoim działaniem sektor handlu i usług, którego celem byłoby przyjęcie założeń niezbędnych do wdrożenia przepisów krajowych regulujących materię wskazaną w Dyrektywie, podjęcie wstępnych konsultacji społecznych ze środowiskami organizacji pracodawców oraz organizacji związkowych w celu wypracowania modelu legislacyjnego, który stanowiłby fundament dla implementacji Dyrektywy, co pozwoli na szybsze i zgodne z celami prawodawstwa UE unormowanie krajowych regulacji prawnych”.
Związkowcy zwracają uwagę na to, że Polska od wielu lat z opóźnieniem wdraża akty prawa unijnego. Uważają, że sytuację może polepszyć szybkie powołanie zespołu ds. wdrażania dyrektywy dotyczącej cyfrowych platform pracy. Twierdzą, że Krajowy Sekretariat Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność” posiada wiele informacji wskazujących na fakt, że rynek osób zatrudnionych w celu dostarczania towarów między sprzedawcą (siecią działającą za pośrednictwem platformy cyfrowej) a odbiorcą (klientem) cechują znamiona szarej strefy. Część osób, głównie kurierów dostarczających zamówione produkty, działa w modelu samozatrudnienia, choć spełniają wszelkie warunki istnienia stosunków pracy: pracują pod kierownictwem sprzedawcy, zachodzi kontrola pracy (głównie poprzez aplikacje mobilne wykorzystywane w pracy), zazwyczaj świadczą pracę dla jednego podmiotu. Znaczna część pośredników świadczy usługi na podstawie nienazwanych umów lub nawet ich braku. To nie tylko uniemożliwia ich ochronę i egzekwowanie praw pracowniczych, ale także naraża Państwo na straty związane z brakiem składek i podatków. Osoby takie świadczą pracę pod silną presją czasu i w modelu nielimitowanego czasu pracy.
Sygnatariusze apelu szacują, że problem dotyczy ponad pół miliona osób, często młodych i nieświadomych swoich uprawnień.
Związkowcy napisali, że „W związku z powyższym przedstawiamy stanowisko Sekretariatu, które może przyczynić się do rozpoczęcia prac legislacyjnych nad modelem pracy za pośrednictwem cyfrowych platform pracy”. Działania te ich zdaniem powinny dotyczyć stworzenia minimalnych standardów pracy i warunków zatrudnienia dla osób wykonujących pracę przy wykorzystaniu cyfrowych platform. Objąć powinny one m.in. zagwarantowanie minimalnego wynagrodzenia dla formuły zatrudnienia B2B, zagwarantowanie praw posiadanych przez pracowników, w tym prawa do płatnego urlopu, maksymalnych norm czasu pracy, gwarancji odpoczynku dobowego i tygodniowego, prawa do korzystania ze zwolnień chorobowych oraz urlopów, zagwarantowanie prawa do przynależności do związków zawodowych.
Warto przeczytać także nasz tekst dotyczący postulatów i działań kurierów platform cyfrowych zrzeszonych w OPZZ Konfederacja Pracy:
https://obywatel3.macmas.pl/2023/08/06/skonczmy-z-platformowym-wyzyskiem-o-co-walcza-kurierzy/
przez Karol Trammer | środa 28 lutego 2024 | opinie
Zakazy i mandaty nie wyeliminują dzikiego korzystania z mostów kolejowych przez pieszych.
W wielu miejscach Polski jedyną możliwość przedostania się na drugą stronę rzeki dają mosty kolejowe. Po większości z nich piesi nie mogą chodzić, ale – aby nie nadkładać wielu kilometrów – robią to.
Nie jest możliwe
Zapewnienia pieszym legalnej możliwości korzystania z mostu kolejowego domaga się społeczność Lisewa Malborskiego. Ta licząca 1,2 tys. mieszkańców miejscowość leży w powiecie malborskim, ale do Malborka jest stąd 18 km, zaś do centrum Tczewa 1,5 km. Lisewo Malborskie i Tczew leżą na dwóch brzegach Wisły – remont spinającego je zabytkowego mostu drogowego zaczął się w 2015 r., lecz w 2019 r. prace wstrzymano i obecnie przeprawa urywa się nad rzeką.
W tej sytuacji, aby dojść z Lisewa do Tczewa, trzeba pokonać 10 km przez Most Knybawski, którym Wisłę przekracza droga krajowa 22. Można też nielegalnie przejść mostem kolejowym – znajduje się na nim chodnik służbowy, lecz korzystający z niego narażają się na mandaty.
Petycję postulującą udostępnienie pieszym tczewskiego mostu kolejowego podpisało od listopada 2023 roku 1,5 tys. osób. Wiosną 2023 r. interpelację złożyła posłanka Małgorzata Chmiel. Ministerstwo Infrastruktury odparło, że „nie jest możliwe uruchomienie przejścia pieszego i rowerowego na moście kolejowym w Tczewie, gdyż warunki stawiane dla ciągów pieszo-rowerowych użytku publicznego są odmienne od warunków określonych dla kolejowych obiektów inżynieryjnych przeznaczonych wyłącznie do użytku służbowego”. Resort dodał, że „uwarunkowania konstrukcyjne wykluczają adaptację i dostosowanie przedmiotowego mostu do potrzeb użytku publicznego”.
Pociągi, piesi i rowerzyści
W 2023 r. ciąg pieszy udało się zapewnić w Ostrołęce na nowym moście kolejowym na Narwi, który w ramach rewitalizacji linii Ostrołęka – Chorzele zastąpił starą przeprawę. Ogólnodostępny chodnik powstał na wniosek ostrołęckiego ratusza.
W Warszawie aktywiści z inicjatywy Rowerowy Średnicowy apelują, aby w ramach planowanej przebudowy linii średnicowej uwzględnić stworzenie kładki pieszo-rowerowej, która biegłaby estakadą i mostem między przystankami kolejowymi Warszawa Stadion i Warszawa Powiśle.
Od czerwca 2023 r. piesi i rowerzyści mogą przekraczać Wisłę mostem kolejowym w Krakowie. W ramach rozbudowy odcinka Kraków Główny – Kraków Płaszów z dwóch do czterech torów zastąpiono stary most kolejowy trzema biegnącymi obok siebie konstrukcjami: mostem dwutorowym oraz dwoma mostami jednotorowymi – na jednym z nich powstała droga rowerowa i kładka dla pieszych. Krakowski magistrat w 2020 r. zawarł umowę ze spółką PKP Polskie Linie Kolejowe i zapewnił finansowanie infrastruktury pieszo-rowerowej na moście. Na ten cel miasto przeznaczyło 73,2 mln zł.
W Toruniu od dłuższego czasu mówi się o udostępnieniu mostu kolejowego przez Wisłę pieszym i rowerzystom. Porozumienie między ratuszem a PKP PLK i PKP zawarto w 2018 r. – „Dzięki współpracy miasta i spółek kolejowych zyskamy nowoczesną infrastrukturę, szybsze, bezpieczniejsze połączenia oraz trakt pieszo-rowerowy w sąsiedztwie starówki, który pełnić będzie także funkcję tarasu widokowego na toruński zespół staromiejski” – mówił pięć lat temu prezydent Torunia Michał Zaleski.
– „Obecnie trwa opracowywanie projektów budowlanych, pozyskano decyzję środowiskową i decyzję ustalająca lokalizację inwestycji” – informuje Malwina Jeżewska z Urzędu Miasta Torunia, lecz dodaje: „Realizacja kładki uzależniona jest od pozyskania środków zewnętrznych w perspektywie finansowej na lata 2021-2027”.
Nie za darmo
– „Na wniosek samorządu, głównie podczas modernizacji lub budowy mostów, PKP Polskie Linie Kolejowe analizują możliwość budowy ciągu pieszo-rowerowego” – mówi Karol Jakubowski z PKP PLK, nie kryjąc, że spółka oczekuje od samorządów zapewnienia funduszy. – „Za ciągi piesze i rowerowe odpowiada samorząd, który posiada ku temu też niezbędne środki prawne i finansowe”.
O ile większe miasta są w stanie pozwolić sobie na wydanie sporych pieniędzy, o tyle dla małych gmin mogą być to kwoty nierealne. A to poza dużymi miastami rzadko kiedy blisko mostu kolejowego znajduje się ogólnodostępna przeprawa. Na przykład most Centralnej Magistrali Kolejowej między gminami Poświętne i Rzeczyca jest jedynym na liczącym 22 km fragmencie Pilicy między Mysiakowcem a Nowym Miastem nad Pilicą.
Poza miastami rzeki często są granicami gmin, ale i województw, przez co próba zdobycia funduszy wiąże się dodatkowo z koniecznością ponadlokalnej współpracy.
Znajdujący się na granicy województw mazowieckiego i podlaskiego most kolejowy linii Siedlce – Hajnówka to jedyna przeprawa na liczącym ponad 30 km odcinku Bugu od granicy z Białorusią do mostu drogi krajowej 19, który zresztą jest nieprzyjazny pieszym.
Na 30-kilometrowym odcinku Wisły od Połańca do Tarnobrzega jedyna przeprawa to most Linii Hutniczej Szerokotorowej – jest na nim szeroka kładka techniczna, ale piesi mają zakaz korzystania z niej. Oprócz informujących o tym tablic są też kamery oraz megafony, z których osoby zbliżające się do przeprawy słyszą dyscyplinujące komunikaty. Odległość ze świętokrzyskiego Matiaszowa do leżących po drugiej stronie Wisły podkarpackich Zadusznik – gdy idzie się mostem kolejowym – to 3 km. Legalną drogą przez most drogowy koło Połańca trzeba pokonać 24 km.
Most nie służy
W 2021 r., akurat gdy PKP Polskie Linie Kolejowe szykowały przebudowę mostu nad Kanałem Żerańskim w podwarszawskim Nieporęcie, mieszkańcy postulowali, aby w ramach prac dobudować kładkę dla pieszych. Skróciłaby ona dojście do przystanku kolejowego Nieporęt i centrum miejscowości z leżącego na drugim brzegu kanału osiedla Nowolipie. Mieszkańcy przyznali w petycji, że nieporęcki most wykorzystywany jest przez pieszych jako dzika przeprawa: „Wykonanie nowego obiektu wraz z kładką umożliwiłoby legalne i bezpieczne przejście z jednego brzegu na drugi, likwidując niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia w wyniku potrącenia przez pociąg”.
W ślad za petycją nieporęcki radny Konrad Szostek zwrócił się do spółki PKP PLK, aby uwzględniła prośby mieszkańców. Jednakże zrealizowane w 2022 r. prace – choć polegały na rozbiórce starego mostu i budowie nowego – nie objęły stworzenia kładki. Jak oznajmił Zakład Linii Kolejowych w Warszawie, zapewnienia komunikacji pieszej na moście nie zakładano w projekcie. „Most kolejowy nie służy do przeprawy pieszych” – oznajmił zastępca dyrektora zakładu Piotr Sawczuk. – „Ponadto informujemy, że po zakończeniu robót teren zostanie dodatkowo oznakowany zakazem wejścia”.
Zakaz nie chroni
Zakazy egzekwuje Straż Ochrony Kolei – na mandaty narażają się osoby, które mosty pokonują zarówno torami, jak i chodnikami służbowymi. – „Miejsca narażone łamaniem przepisów porządkowych na obszarze kolejowym są w stałym zainteresowaniu” – zapewnia Monika Komaszewska z Komendy Głównej SOK. – „Stale przeciwdziałamy problemowi przebywania osób postronnych na obszarze kolejowym”.
Mandaty i tablice z zakazami nie wyeliminują dzikiego korzystania z mostów kolejowych. Zwłaszcza gdy najbliższa przeprawa pozwalająca legalnie przekroczyć rzekę oddalona jest o kilka czy kilkanaście kilometrów. Dlatego tworzenie na mostach ogólnodostępnych kładek dla pieszych i rowerzystów to najskuteczniejszy sposób na wyeliminowanie groźnych sytuacji, a tym samym na poprawę bezpieczeństwa na kolei.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/128 styczeń-luty 2024)
https://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.
przez redakcja | środa 28 lutego 2024 | aktualności
Przedstawiciele Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych twierdzą, że Wigilia oraz Wielki Piątek powinny być dniami wolnymi od pracy.
Paweł Galec z OPZZ, wielkiej centrali związkowej, w rozmowie z mediami stwierdził, że powinniśmy zacząć działania na rzecz ustanowienia nowych dni ustawowo wolnych od pracy. Miałyby nimi być Wigilia oraz Wielki Piątek – dni ważne w polskiej kulturze i obyczajowości, ale także okres wzmożonych przygotowań do świąt. Galec argumentuje, że Polacy są jednym z bardziej przepracowanych narodów w Unii Europejskiej, więc dodatkowe wolne pozwoliłoby zmniejszyć presję na pracowników. Średni tygodniowy czas pracy w Polsce jest jednym z najdłuższych w Europie – zajmuje czwarte miejsce, po Grekach, Rumunach i Bułgarach.
Część przedsiębiorstw skraca pracę w te dwa dni, ale zależy to wyłącznie od widzimisię ich szefostwa. Związkowiec postuluje, aby wolne w te dni było zagwarantowane przepisami ogólnokrajowymi. Co ciekawe, taki sam pomysł mieli politycy Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy już w 2018 złożyli w sejmie stosowny projekt ustawy. Przewidywał on, że Wigilia i Wielki Piątek byłyby dniami wolnymi od pracy. Projekt utknął w sejmowej „zamrażarce”.
Wielki Piątek jest dniem wolnym od pracy w Niemczech, Hiszpanii, Holandii, Estonii, Finlandii, Malcie, Portugalii, Czechach, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Słowacji, Danii, Cyprze, Łotwie i Bułgarii.
przez redakcja | poniedziałek 26 lutego 2024 | aktualności
Niemiecki gigant spożywczy, Grupa Theo Müller, ogłosił zamknięcie dwóch zakładów produkcyjnych.
Jak informuje portal biznes.interia.pl, niemiecka mleczarnia jest m.in. producentem znanych napojów mlecznych i deserów Müller-Milch. Grupa Müller bardzo niedawno, bo dopiero w zeszłym roku, kupiła dwa zakłady od holenderskiej spółdzielni mleczarskiej FrieslandCampina. Oba działały na potrzeby rynku niemieckiego i oferowały produkty pod marką Landliebe.
Po zaledwie roku od tej transakcji ma zostać zwolnionych ponad 400 pracowników. Informacja o planowanym zakończeniu działalności wywołała konsternację wśród pracowników, dlatego kierownictwo firmy ma jak najszybciej rozpocząć negocjacje z radą zakładową w celu znalezienia akceptowalnego przez pracowników sposobu zakończenia współpracy. Chodzi o zakłady w Heilbronn i Schefflenz. O swoich planach zarząd spółki poinformował pracowników w drugiej połowie lutego.
Produkcja jogurtów, deserów i innych produktów mlecznych ma zostać przeniesiona z obu zakładów do innych lokalizacji Grupy Müller.