Producent dżinsów zamyka zakład

Producent dżinsów zamyka zakład

Tylko do połowy czerwca potrwa produkcja w zakładzie Levi Strauss w Płocku.

Do końca listopada zakład zostanie całkowicie zamknięty. Koncern ogłosił tę decyzję nagle. Motywuje ją stale rosnącymi cenami energii. Pracę straci 650 osób.

Zakład koncernu Levi Strauss działa w Płocku od 1992 roku. Do niedawna nic nie wskazywało na zamiary zamknięcia tutejszego oddziału firmy. – „Stało się to nagle. Raczej spodziewaliśmy się redukcji etatów czy zmniejszenia produkcji. Niestety, zapadła decyzja o zamknięciu” – mówi Agnieszka Słoniec z zakładowej „Solidarności”, do którego to związku należy niemal połowa pracowników.

Przewodniczący Zarządu Regionu Płockiego NSZZ „Solidarność”, Andrzej Burnat, dodaje: „Wiele osób pracuje w fabryce od dziesięcioleci. To osoby, które mają ponad 50 lat. Im bardzo trudno będzie znaleźć nową pracę. Dlatego, mimo że warunki pracy w zakładzie w ostatnich latach były trudne, dla nich zamknięcie fabryki to jest dramat”.

O studenckim zrzeszaniu się, czyli postulat studenckich związków zawodowych

O studenckim zrzeszaniu się, czyli postulat studenckich związków zawodowych

***

Pozorna reprezentacja studentek i studentów na polskich uczelniach

Żądamy, by przedstawiono projekt zmiany ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce ze szczególnym naciskiem na art. 106. [Akcje protestacyjne i strajki w uczelni] umożliwiający studentom i studentkom zrzeszonym w związkach zawodowych podjęcie strajku w razie naruszenia interesów lub praw studentów i studentek. Żądamy konsultacji tego projektu ze wspierającym działania okupujących Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym „Inicjatywa Pracownicza” [1].

Obecnie studentki i studenci zrzeszeni w związkach zawodowych tworzą byt, do którego nikt nie chce się przyznać. Władze uniwersytetów mówią „Chcemy rozmawiać ze studentami, a nie widzimy ich tu – jest jedynie jakiś związek”. Związki – zgodnie z obowiązującą ustawą – głoszą, że reprezentują jedynie pracowników i pracownice. Jednak dane mówią jasno, że ponad 60% studentek i studentów w Polsce pracuje [2]. Wchodzący na rynek pracy, zatrudniani są najczęściej w branżach, w których dominują prekarne formy zatrudnienia, takich jak usługi, gastronomia czy handel. Przeważającą formą umowy „oferowaną” studiującym jest umowa cywilnoprawna, którą – na szczęście, coraz mniej skutecznie – sprzedaje się jako świetną opcję dla każdego ze statusem studenta. Mimo że prawo w teorii umożliwia osobom zatrudnionym na umowach cywilnoprawnych zrzeszanie się w związkach zawodowych, to w praktyce charakterystyka śmieciowego zatrudnienia stanowi realną przeszkodę w działalności związkowej. Na taką sytuację składają się m.in. wysoka rotacja i tymczasowość zatrudnienia. Coraz mniej młodych pracuje w „tradycyjnych”, dużych zakładach pracy – rozdrobnienie zakładów, rozbicie ich na tysiące mniejszych firm-podwykonawców, zatrudniających po parę osób oraz rosnąca popularność samozatrudnienia również grają w tym istotną rolę. Pracując podczas studiowania, nie wiążą przyszłości z konkretnym zakładem pracy. Jak mówią wyniki badania przeprowadzanego na Uniwersytecie Warszawskim „Ile kosztują Cię studia?” [3], niemal połowa studiujących (49%) pracuje w sektorach i branżach niezwiązanych ze swoim kierunkiem kształcenia. 13% badanych nie potrafiło jasno określić, czy ich praca jest powiązana z docelowym obszarem zatrudnienia. Wobec tego, mimo pozostawania w faktycznych stosunkach pracy, studentki i studenci nie są w świetle prawa grupą zdolną do zrzeszenia się w związkach zawodowych.

Z kolei z perspektywy władz uniwersyteckich często wskazuje się na fakt, że przede wszystkim studiujemy, nieraz przeciwstawiając studia i pracę. Akademia skutecznie wypiera obecne trudne położenie tworzących ją studiujących, powtarzając frazes: „albo pracujesz, albo studiujesz”. W ten sposób, wokół faktycznie nieuprzywilejowanej już grupy studentów i studentek pozbawionych wsparcia materialnego i zmuszonych do pracy zarobkowej w trakcie studiów, gęstnieje atmosfera niechęci. Ich pozycja w negocjacjach swoich grupowych interesów z uczelnią jest wyraźnie osłabiona. Ledwie znajdują czas by studiować, nie są w stanie angażować się w działalność polityczną w dwóch strukturach jednocześnie. Dbając o swoją sytuację bytową, podstawę studiowania, wybierają aktywność w związkach zawodowych, jeśli w ogóle znajdują czas na tego rodzaju działanie. Ta sytuacja jest czymś stosunkowo nowym. Poprzednie pokolenia z większą łatwością korzystały z infrastruktury socjalnej i zabezpieczeń społecznych gwarantowanych przez państwo. Natomiast w obliczu dzisiejszych kosztów życia, głównie stale rosnących cen najmu w miastach uniwersyteckich, studiowanie przyjmuje odmienną formę, szczególnie dla młodych z rodzin pracujących. Nie spotykają się oni ze zrozumieniem ze strony uczelni – w imię równości traktowani są w sposób identyczny jak lepiej usytuowani koledzy i koleżanki. Problemy podnoszone przez pracujących studiujących mają konkretne uzasadnienie w materialnej rzeczywistości, jednak organy władzy odwracają od nich wzrok.

Na kanwie tych doświadczeń podczas okupacji wykuł się nasz postulat umożliwienia studentom i studentkom zrzeszonym w związkach zawodowych podjęcie strajku w razie naruszenia interesów lub praw studenckich. Żądanie to ma na celu nie tylko umożliwić legalną akcję strajkową (pojmowaną jako przerwanie wykonywania obowiązków studenckich; nie mylić z protestem), a również legitymizować fakt, że studentki i studenci z uwagi na podejmowanie pracy zrzeszają się w związkach zawodowych. Nie jest to abstrakcją – dzieje się to już teraz, niezależnie od ujęcia studentów-związkowców w oficjalnych ramach prawnych. Związki zrzeszające studentki i studentów powinny być traktowane jako spójny element środowiska akademickiego, któremu należą się klasyczne uprawnienia typowe dla organizacji związkowych, takie jak: lokale, urządzenia techniczne, godziny związkowe czy konsultacje zmian przepisów z decydentami.

Oprócz samego faktu podejmowania pracy, jednym z decydujących o powstaniu takiego żądania czynników jest alarmujący brak reprezentacji studentek i studentów w życiu uniwersyteckim. Obecnie jedynymi ciałami mającymi za zadanie reprezentować społeczność studencką są:

– samorządy studenckie;

– Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej.

Powyższe ugrupowania odgrywają rolę zbywania uzasadnionych uwag studentek i studentów. Władze uczelni z zadowoleniem wskazują na istnienie grup, których sztandarową funkcją jest bycie głosem studiujących. W rzeczywistości same samorządy niejednokrotnie występują przeciwko interesowi społeczności studenckiej – zazwyczaj w kuluarach. Czasami ma to jednak miejsce również publicznie. Dobrym przykładem jest przedrukowane w naszej książce stanowisko Samorządu Studentów UAM, w którym ciało to wprost oświadcza:

Jako Samorząd pozostajemy do dyspozycji. Zarazem nie możemy poprzeć postulatu utrzymania „Jowity” i nie możemy godzić się na taki charakter akcji protestacyjnych. [4]

Nie zaskakuje nas to. Samorządy są w swoich założeniach i w praktyce narzędziem pacyfikacji jakiegokolwiek sprzeciwu studentów i studentek. Są przy tym o wiele bardziej efektywne niż znane starszym pokoleniom ZOMO. Na pierwszy rzut oka samorząd studencki (składający się z różnie nazywanych jednostek wydziałowych i organu centralnego) ma potencjał, by zaważyć na losach uniwersytetu. Ustawa narzuca proporcję studentów i studentek wraz z doktorantkami i doktorantami w najwyższym organie uczelni, senacie, jako łącznie minimum 20% składu. Wybiera ich samorząd, zgodnie z własną ordynacją. Jednocześnie ustawa [5] daje samorządowi wręcz absurdalną prerogatywę: Samorząd studencki jest wyłącznym reprezentantem ogółu studentów uczelni (Art. 110). Tak prezentuje się potencjał tej instytucji do napędzania zmian. Dopełnia ją Parlament Studentów Rzeczypospolitej Polskiej, czyli instytucja znana z estetycznej oprawy graficznej w mediach społecznościowych i współpracy z siecią Starbucks. Czemu więc przez ponad 30 lat samorządy studenckie i Parlament nie zapisały się na kartach historii niczym istotnym? Jak to możliwe, że przez te wszystkie lata nie wykorzystały one swojego prawa do zorganizowania strajku?

Pytanie należy postawić inaczej: dlaczego te instytucje tak wiernie służą władzom uczelni, władzom państwowym oraz tak chętnie wysługują się prywatnym korporacjom? Odpowiedź jest prosta: pieniądze i prestiż. Samorząd jest przestrzenią do networkingu i zdobywania zaszczytów oraz doświadczeń, w którą czas angażować się mają jedynie uprzywilejowani. Normą jest, że wszyscy reprezentanci studentów w senacie są jednogłośni w związku z politycznymi sojuszami. Co więcej, będą oni chwytać się brzytwy, byle utrzymać swoją pozycję i nie dopuścić do niej kogoś o przeciwnych interesach. Trudno oczekiwać, że ciała finansowane przez władze uczelni będą skore do przeciwstawiania się ich decyzjom. To nie przypadek, że frekwencja w uczelnianych wyborach samorządowych rzadko przekracza kilka procent [6]. Absolutnym szczytem absurdu jest wspomniany wcześniej PSRP, o którym rzadko który student w ogóle słyszał, mimo że organizacja dostaje coroczne milionowe dotacje z ministerstwa, za które starcza nawet na całkiem hojne wynagrodzenie dla jego liderów. Oczywiście, tak jak do wszelkich rzeczywiście decyzyjnych ciał, wybory bynajmniej nie są powszechne. Członków PSRP deleguje każdy samorząd centralny, senatorów i członków kolegium elektorów wybiera parlament (najchętniej po cichu, o trzeciej nad ranem). Geniusz idei samorządu leży jednak w jego zdolności do legitymizacji wszelkich, nawet jawnie antyspołecznych, decyzji władz. Zamknięto wam akademik? Przecież wasi reprezentanci się na to zgodzili, przyznali, że remont się nie opłaca. Jeśli się nie zgadzacie, po prostu wystartujcie w wyborach – wtedy będziecie mogli się wypowiedzieć! Zresztą, jak możecie podważać dobrą wolę waszych reprezentantów? Przecież zorganizowali dla was juwenalia.

Problem z narracją

Fakt, że do Inicjatywy Pracowniczej wstępują studentki i studenci w celu walki o lepsze warunki bytowe, jest bezprecedensowy. OZZ IP dopuszczała członkostwo osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych jeszcze przed narzuconą przez Trybunał Konstytucyjny zmianą ustawy z 2019 roku, wskazując na niuans, którego centrale związkowe i ustawodawca nie dostrzegali [7]. Dotychczas jednak osoby uczące się na uniwersytetach nie szukały odpowiedzi na swoje problemy w związkach zawodowych. Nieliczni szli do wcześniej wspomnianych organów, a znacząca większość po prostu starała się przebrnąć przez proces edukacji wyższej, zdobyć dyplom i wtedy zacząć prawdziwe, dorosłe życie. Obecnie obserwujemy załamanie się pewnego kontraktu, według którego studiujący wylewali swoje żale w zamkniętych gronach znajomych lub w sekcjach internetowych komentarzy, nie zakłócając regularnego rytmu życia uniwersyteckiego.

Koła Młodych OZZ IP od początku zrzeszały również studiujących. Na początku były to rozproszone osoby z różnych uczelni, które współdziałały z uczącymi się w szkołach ponadpodstawowych oraz pracującymi, lecz nie pobierającymi nauki. Z czasem grono studiujących urosło na tyle, że umożliwiło to rozpoczęcie kampanii nakierowanej na problemy studenckie. Zainteresowanie problematyką przybiera na sile, a przeciętna studiująca nie jest w stanie wymienić składu samorządowego. Nie bierze się to znikąd – samorządy studenckie są dla studiujących tym, czym nazwiska przewijające się na Pudelku dla przeciętnego obywatela. W obliczu kryzysu mieszkaniowego, młodzi nie zwracają się ku oficjalnym, zbiurokratyzowanym ciałom, a w stronę samoorganizacji.

Wyzwanie, jakie przed nami stoi, to też przełamanie stereotypów o związkach zawodowych. Powszechnie kojarzone są ze starszymi ludźmi (najczęściej z mężczyznami, mimo że odsetek zrzeszonych kobiet jest większy niż mężczyzn) [8], pracą w ogromnej fabryce, a nieraz również reliktem przeszłości, który swoje już wywalczył. Sam minister Dariusz Wieczorek zdawał się nie do końca rozumieć, o co chodzi okupującym, gdy usłyszał ich postulat związany ze strajkiem studenckim. Podobnie jak władze uczelni, śpiesznie deklarował konsultacje z samorządami studenckimi – ponownie wykluczając samych stawiających opór – oraz… centralami związkowymi. Polski ruch związkowy niejednokrotnie utożsamiany jest z trzema gigantami (NSZZ Solidarność, OPZZ, FZZ), co zniekształca tym samym narrację na korzyść owych centrali. Mniejsze, niezależne związki zawodowe, nie istnieją w świadomości zarówno polityków, jak i mediów. Działa to na niekorzyść jednostek zakładowych w konkretnych miejscach pracy, jak i studentek i studentów, którzy obecnie reprezentowani są tylko przez związek zawodowy nienależący do żadnej z central.

To związkowcy? Czy studenci?

Bolączką – nie tylko narracyjną – było tłumaczenie zainteresowanym, w tym mającym dobre chęci, że student nie stoi w opozycji do związkowca. Reprodukowano dobrze nam znaną, fałszywą dychotomię pracowania-studiowania, w której będąc członkinią związku zawodowego, nie byłaś pełnoprawną studentką. Miało to na celu nie tylko izolowanie protestujących od procesów decyzyjnych, ale również nastawienie reszty społeczności studenckiej przeciwko okupacji. „To nie są wasi ludzie, tylko jacyś związkowcy, zadymiarze, podmioty zewnętrzne”. Absurdem jest niedopuszczanie studentek i studentów do debaty o stanie polskich uczelni, argumentując to ich członkostwem w organizacji związkowej.

Za przełomowe można uznać włączenie związku w prace zespołu rektorskiego ds. badania potrzeb materialnych studentek i studentów na Uniwersytecie Warszawskim. O badanie wnioskowano przy okazji akcji protestacyjnej zorganizowanej przez studiujących zrzeszonych w Warszawskim Kole Młodych IP [9]. W styczniu 2024 r. zwołano pierwsze zebranie zespołu, na którym uczelnia stwierdziła jasno: do konsultacji i współtworzenia badania zaprasza ze strony studenckiej – oprócz samorządu – OZZ Inicjatywa Pracownicza.

Prawo musi dogonić rzeczywistość, która jest jasna: studentki i studenci zrzeszają się w związku zawodowym, działając na korzyść całej społeczności studenckiej i uniwersyteckiej.

Gabriela Wilczyńska

Tekst pochodzi z książki „Jowita zostaje. Historia 10 dni ruchu studenckiego”, wydanej przez Wydawnictwo Heterodox we współpracy z OZZ Inicjatywa Pracownicza. Całość książki jest bezpłatnie dostępna tutaj: https://ozzip.pl/publikacje/ksiazki-i-broszury/item/3023-jowita-zostaje-historia-10-dni

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jarosław Jan Hemmerling

Przypisy:

1. List otwarty do Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oficjalna strona internetowa OZZ Inicjatywa Pracownicza, www.ozzip.pl/dokumenty/item/3001-list-otwarty-minister-nauki-sim-ip [dostęp 16.01.2024].
2. Raport Portfel Studenta 2023, Warszawski Instytut Bankowości, 2023.
3. O. Łukaszewska, A. Ochwat i in. Ile kosztują Cię studia?, Uniwersytet Warszawski, rok akademicki 2022/23, s. 12.
4. Fragment oświadczenia Samorządu Studentów UAM z dnia 13.12.2024r. www.amu.edu.pl/wiadomosci/aktualnosci/ogolnouniwersyteckie/oswiadczenie-parlamentu-samorzadu-studentow [dostęp: 17.01.2024].
5. Ustawa z dnia 20 lipca 2018 r. o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz.U. 2018 poz. 1668 ze zm.).
6. Post na Facebooku Samorządu Studentów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, w którym wymieniona jest frekwencja na poszczególnych wydziałach; kilka przykładów: Wydział Studiów Edukacyjnych: 4,81%, Wydział Anglistyki: 8,04%, Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej: 9,55%. Źródło: https://t.ly/OZ-81 [dostęp: 6.02.2024].
7. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2 czerwca 2015 r. (K 1/13) uznał ograniczające przepisy o związkach zawodowych za niekonstytucyjne.
8. Związki zawodowe w Polsce, CBOS, 2021 r., s. 2.
9. List otwarty Studia nie tylko dla bogatych, oficjalna strona internetowa OZZ Inicjatywa Pracownicza, www.ozzip.pl/dokumenty/item/2986-list-otwarty-studia-nie-tylko-dla-bogatych [dostęp: 17.01.2024].

Miasto zwolnień grupowych

Miasto zwolnień grupowych

Kolejny stargardzki zakład zwolni pracowników. Pracę traci aż 71 osób.

Jak informuje portal Stargard News, zakład Eltwin prowadzi zwolnienia grupowe. Pracę straciła większość załogi. „W dniu 25 marca 2024 roku rozpoczynamy procedurę zwolnień grupowych, którą planujemy zakończyć w dniu 26 marca 2024 roku. To bardzo trudne dni w historii naszej spółki. W ostatnich miesiącach obserwowaliśmy ciągły spadek zamówień oraz ogólne spowolnienie działań operacyjnych. Nasi klienci to głównie wytwórcy pomp ciepła. W chwili obecnej branża ta przechodzi duże spowolnienie, z uwagi na wiele czynników, tj. wysokie ceny prądu, czy też ogólna sytuacja na rynku budowlanym i rynku OZE” – pisze w komunikacie dyrektor zakładu.

Zarząd spółki podjął decyzję o przeprowadzeniu zwolnienia grupowego pracowników w liczbie 71 osób. Niedawno w tym samym mieście inna firma zapowiedziała zwolnienie 90 osób.

Pocztowcy protestują

Pocztowcy protestują

2 kwietnia przed główną siedzibą Poczty Polskiej w Kielcach kilkaset osób protestowało przeciwko planowanym zwolnieniom.

Jak informuje portal emkielce.pl, w regionie pracę mogłoby stracić ponad 200 osób. Protestujący przekonują, że tak duża redukcja etatów przyczyni się do utraty konkurencyjności przedsiębiorstwa.

– „Walczymy o swoje miejsca pracy. Jednym ze sposobów na redukcję etatów ma być m.in. system naturalnych odejść, polegający na nieprzedłużaniu umów zawartych na czas określony. Spowoduje to jednak, że pracownicy, którzy są zatrudnieni na czas nieokreślony, będą musieli wykonywać poza swoimi obowiązkami dodatkowo prace innych osób, a w konsekwencji obsługiwać nawet trzy rejony, co jest fizycznie niemożliwe” – wyjaśnia Dorota Lipka, przewodnicząca NSZZ „Solidarność” pracowników Poczty Polskiej w Kielcach.

Pocztowcy zapowiadają również zorganizowanie ogólnopolskiej pikiety w Warszawie. W całej Polsce zwolnionych ma zostać nawet 10 tysięcy osób. Obecnie w Poczcie Polskiej zatrudnionych jest 63 tysiące osób. Redukcja dziesięciu tysięcy pracowników spowoduje, że zabraknie pracowników do dostarczania przesyłek czy obsługi klientów przy okienkach.

Tak inwigiluje biznes

Tak inwigiluje biznes

Wielki koncern inwigilował działaczkę związku zawodowego. Po ponad siedmiu latach skazano sprawców.

Jak informuje „Tygodnik Solidarność”, skazano sprawców zamontowania lokalizatora w samochodzie przewodniczącej „Solidarności” w firmie farmaceutycznej AstraZeneca. 27 marca Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa wydał wyrok w głośnej sprawie, w której pokrzywdzoną jest Emilia N., przewodnicząca zakładowej „Solidarności” w farmaceutycznym koncernie AstraZeneca. Sąd potwierdził w wyroku, iż była to inwigilacja.

Od momentu wykrycia przez poszkodowaną nadajnika GPS w swoim samochodzie minęło prawie siedem lat. 6 sierpnia 2017 roku pod samochodem służbowym, powierzonym jej przez pracodawcę do wykonywania obowiązków służbowych oraz do użytkowania prywatnego, mąż związkowczyni odkrył doczepione do podwozia czarne pudełko z nadajnikiem GPS, a w nim kartę SIM.

Sąd uznał radcę prawnego Łukasza K. z kancelarii R. i P. oraz pracujących dla firmy detektywistycznej Dariusza I. oraz Magdalenę P. winnymi zarzucanych im czynów. Wszystkich oskarżonych ukarano karą grzywny w wysokości 3000 zł oraz nakazano solidarnie zapłacić zadośćuczynienie w wysokości 10 000 zł w zamian za doznaną krzywdę. Obciążono ich także kosztami sądowymi. Wyrok nie jest prawomocny.

„Nie bójmy się tego słowa użyć – była to inwigilacja. Nie tylko pracownika, ale także osoby dla niej najbliższej, czyli małżonka” – powiedział sędzia. – „To urządzenie mogło przesyłać informacje nie tylko w dni, w które pani Emilia pracowała, ale także w dni związkowe, a także mogło przesyłać informacje w dni, w które poruszał się nim małżonek pani Emilii”.

Nie manipulujcie przy składce zdrowotnej

Nie manipulujcie przy składce zdrowotnej

OPZZ skierowało do minister zdrowia i ministra finansów stanowisko w sprawie rządowej propozycji zmian finansowania składki na ubezpieczenie zdrowotne. Jednoznacznie negatywnie ocenia rządową propozycję.

Jak informuje Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, centrala ta zaapelowała do rządu o wycofanie się z tej propozycji i rozpoczęcie debaty publicznej na temat systemowych zasad opłacania składki na ubezpieczenie zdrowotne.

Zapowiedziane zmiany w składce zdrowotnej dla przedsiębiorców stanowią realizację wcześniejszych zapowiedzi Koalicji Obywatelskiej dotyczących redukcji obciążeń prawno-składkowych i są kolejnym gestem rządu w kierunku tej grupy społecznej. W tym kontekście trudno o pozytywną ocenę rządowej propozycji. Jest ona jednostronnie skupiona na korzyściach dla przedsiębiorców oraz ignoruje pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, którzy już niedługo będą musieli stawić czoła wyższym podatkom. Od 1 kwietnia br. wzrośnie bowiem stawka podatku VAT na żywność z 0 proc. do 5 proc., a od 1 lipca br. ceny energii elektrycznej wzrosną nawet o 20 proc. Decyzje te zwiększą wydatki pracowników i negatywnie wpłyną na poziom ubóstwa. Stan ten wywołuje zdecydowany sprzeciw OPZZ.

„W naszym stanowisku pytamy minister zdrowia i ministra finansów, czy sprawiedliwą społecznie jest sytuacja, w której pracownik otrzymujący minimalne wynagrodzenie (4242 zł brutto), każdego miesiąca płaci składkę zdrowotną w wysokości 329 zł, podczas gdy przedsiębiorca rozliczający się według skali podatkowej i osiągający dochód w wysokości np. 50 tys. zł miesięcznie, który stanowi ponad 12-krotność płacy minimalnej, zapłaci miesięczną składkę w wysokości 286 zł tj. o 43 zł mniej (o 13 proc.)? Pytamy także ,dlaczego pracownik, którego wynagrodzenie kształtuje się na poziomie przeciętnej płacy (7155 zł brutto w 2023 r.), będzie musiał odprowadzić składkę zdrowotną w wysokości 556 zł a przedsiębiorca osiągający dochód w tej samej wysokości, rozliczający się liniowym podatkiem PIT w wysokości 19 proc., zapłaci o 270 zł, czyli 49 proc. mniej?” – pisze związek OPZZ.

Eliza Moraczewska: Jak-i

Eliza Moraczewska: Jak-i

***

Jak byłam na zastępstwie

Poszłam do pani Izoldy myć okna. Zwykle chodzi do niej Kasia, ale zbiegły jej się dwa zlecenia, więc wysłała mnie.

Myję te okna i się staram, żeby było na glanc, bo wiem, że pani Izolda to stała klientka, z którą nie ma żadnych problemów. Zresztą, myję zawsze jak własne i zwykle wszyscy są zadowoleni.

Mimochodem ścieram kurz z parapetów, u siebie też tak robię, że jak robię, to jednocześnie wszystko dookoła. Widzę, że to widzi, widzę, że jest zadowolona. Dobrze, Kasia będzie zadowolona – myślę. Poprawiam firanki i zasłony, zjeżdżam rolety lekko w dół, tak jak były, kiedy przyszłam. Widzi. Jest zadowolona.

A mogłaby mi pani jeszcze wyszorować luksfery w łazience? – mówi, kiedy już kończę. Rany, za godzinę mam innego klienta w innej części miasta, nie zdążę, jestem zmęczona, palić mi się chce – myślę. Dobrze, dziesięć złotych ekstra – mówię. Jak mi to zajmie więcej czasu, będę musiała wziąć taksówkę, to jakieś dwadzieścia złotych, czyli dziesięć w plecy – myślę, liczę. No, chwila moment, to żadne wielkie mecyje, mam świeżo umalowane paznokcie, co to dla niej, skoro już tu jest – myśli, kalkuluje. Dziesięć złotych? – pyta. To moja praca – mówię. Teraz będzie się targować, wymyślać, nie zdążę, dobra, niech będzie za friko, w końcu to klientka Kasi, niech ona się następnym razem użera – myślę. Zgoda – mówi, kiedy myślę.

Byłyśmy w pokoju, teraz idziemy do łazienki. Cały czas mi patrzyła na ręce, ale jestem przyzwyczajona, niektóre tak robią, zresztą myję, jak swoje i przeważnie wszystko jest okej. Teraz będzie patrzeć mi na ręce w łazience – myślę. Tylko muszę się już pospieszyć – mówię. Kiwa głową.

Dziesięć minut, potem muszę już wyjść – myślę. Dość dużo bierzecie, ale warto – mówi. Kiwam głową. Wzruszam ramionami. Dużo? – myślę. Co ona zrobi z tymi pieniędzmi, dostanie stówę, od kolejnej osoby też stówę, dwie stówy dziennie razy trzydzieści dni, czyli co, sześć tysięcy miesięcznie? – myśli, liczy. Co pani zrobi z tymi pieniędzmi? – uśmiecha się, odwraca, pyta. O rany – myślę. No, mamy dość duże koszty własne, dojazdy, płyny trzeba kupić, jakieś kremy do rąk – mówię. A jakiego pani używa? – pyta, odwraca się do lustra, uśmiecha. If roszera – mówię. Jako jedyny od razu się wchłania – myślę. O, to dobry krem – mówi. O, to drogi krem – myśli. I co, będzie mnie teraz społecznie wychowywać, że jak jej myję okna, to mam sobie kupować tańszy?; moje książki może czyta swojemu dzieciakowi na dobranoc, o czym pewnie nawet nie wie, bo i skąd, ale jak już jej myję okna, to gorsza jestem?; jakbym chciała, to bym całą tę stówę wydała na jakiś krem, ona pewnie tyle wydaje na swój, a nie pracuje, może by się najpierw z tej swojej sprawiedliwości społecznej douczyła? – myślę. Tak, nie jest taki drogi, a dobry – mówię. Niedrogi, jaki niedrogi, pewnie ze trzydzieści złotych kosztuje – myśli. Tylko dwanaście złotych – mówię.

Kończę. Za okna normalnie, dziewięćdziesiąt? – pyta. Potakuję. Jakby nie wiedziała – myślę. Daje mi oddzielnie za okna i oddzielnie tę dychę. Uśmiecha się. Krzywię się. Ale jest zadowolona. Niech pani powie Kasi, że jakby następnym razem coś jej wypadło, to może panią przysłać – mówi. Jest zadowolona.

Udaje mi się dojechać na czas.

Wieczorem opowiadam Kasi. I co, chciała, żebyś zrobiła coś ekstra? – pyta, uśmiecha się krzywo. Wiedziała i mi nie powiedziała, bez komentarza – myślę. Luksfery, dycha ekstra, normalnie – mówię. I tak by wyszło, bo to jej klientka i nie mogłabym sobie zatrzymać – myślę, oddaję Kasi procent od całości, czyli stówy i jeszcze od trzech dych z tego drugiego mieszkania.

Wracam do domu i kusi mnie, żeby wydać wszystkie pieniądze na taki krem za stówę, nawet nie wiem, jaki by to miał być. Stoję przed elegancką drogerią, ale przypomina mi się, że nie mam już tej stówy, bo oddałam procent Kasi, a przecież krem poniżej stówy nie wchodzi w grę. Robię więc normalne, spożywcze zakupy i nawet fajek nie kupuję, bo nagle przychodzi mi do głowy, że tylko od nich kaszlę.

 

Jak u nas robili, jak był międzyczas i jak się skończył

Skosili trawnik, zanim wybetonowali. A potem wybetonowali. Ale najpierw skosili. W międzyczasie – czym jest międzyczas nie zauważyłam – wyrywali trawę: jeden wyrywał, a drugi mu widłami podważał. No i to był cyrk, bo widły w mieście to ewenement na skalę i ludziska się dziwowali (ja nie, bo mnie nie było, ale sąsiadka z pieskiem mi opowiadała, że stali na balkonach, a niektórzy to z dzieckiem i wskazywali dziecku palcem: „O, widzisz, a to widły są, taka łopata, tylko z zębami jak grabie” i musiało to być bardzo wesołe, bo przypominało czytankę o jagodach, co to najpierw czerwone, czyli zupełnie zielone, a jak czerwone, to zupełnie czarne). No i kropka. W każdym razie międzyczas był wtedy, kiedy jeden podważał widłami, a drugi mu deptał po piętach, czy raczej dyszał w kolana i wybierał śmieć, tę trawę zieloną, sztywną, bo świeżo ściętą razem z mnóstwem suchych ździebeł. I tu znowu rodzice mogli pociechy czegoś nauczyć, mówiąc, że to źdźbła, a nie jakieś trawki (jak bym przy tym była, to mogłabym przypomnieć sobie pierwszą klasę i naukę liter: na wielkim arkuszu była taka trawka i pani pytała „Co to?”, no i oczywiście tylko Świderska, znaczy ja, wiedziała, że nie żadna „jedna trawka”, bo to nie nauka cyfr, matoły, tylko liter, a w kolejce nie żadne „j”, ani „t”, tylko już „ź”, jak stodoła zresztą wypisane na dole i uprzednio przeczytane przez panią). No więc zielone, ostre kępy i uschłe źdźbła dookoła – teraz jeszcze mi się widzi, że ci rodzice, to najpierw musieli wiedzieć o tych źdźbłach, ale nic to – a pod spodem, wydobyte widłami na wierzch kłącza. Korzeni więcej niż ździebeł, bo trawa stara i jakby wcześniej nie skosili, to by im znacznie sprawniej szło: dłuższą trawę łatwiej ułapić. Może jednak na coś potrzebowali tej skoszonej, tylko znowu na co? Przecież takiego miejskiego syfu najgłupsze króliki nie ruszą. Głupi królik, to niekoniecznie królik-samobójca. W każdym razie skosili i im niesporo szło ułapianie, to jest wyrywanie.

Jak wykopali z mozołem, zaczęli bez mozołu udeptywać świeżo co wzruszoną ziemię. Bez mozołu, bo z satysfakcją, jakby im co zrobiła wcześniej, choć może i co zrobiła, bo się przecież przy wyrywaniu napocili, ale jakoś nie pomyśleli, że to przez własną bezmyślność. No, że niby jakby nie skosili, to by łatwiej… tamto, patrz wyżej. W każdym razie z jakąś mściwością i ukontentowaniem, a to mi z kolei opowiadała sąsiadka z prawej, ta lekarka, co na popołudnie od miesiąca chodzi, bo ciągle mnie nie było, czyli – innymi słowy – cały czas trwał ten niby międzyczas. No więc ona potem, że z mściwością, ale i po prawdzie z konieczności, bo jak lać beton, kiedy nieudeptane? (to ona, nie ja). W sumie – racja, niby się nie da, znaczy dać się da, ale nie wyjdzie, jak trzeba. Żeby więc wyszło jak trzeba – udeptali. Taki mus przyczynowy, celowy, nawet taki rationell (to znowu ona). No, ok, niby. Im dłużej się słucha, tym łatwiej machnąć ręką, a że sąsiadka lekarka gaduła, więc niech już będzie. Jak się za dużo czyta i mieszka samemu, to nawet gorszymi rzeczami można ludzi straszyć, więc ok: udeptali, bo musieli musowo-przyczynowo, żeby się potem dało wylać jak trzeba.

A potem wylali. Ale mówili, że wyleli – to już słyszałam, bo byłam, bo wróciłam, ten międzyczas się skończył akurat, żeby zobaczyć. Jak kosili, to widziałam, ale nie wiedziałam o planach wylewania, więc to koszenie było całkiem normalne, nie żeby tam zwracać uwagę. I nie zwróciłam uwagi. Przez to jak potem wylewali, to ja byłam jak niemowlę wystawiona, bo z tym wyrwanym międzyczasem, więc było tak, jakby się tryby pomieszały i to, co zwyczajne weszło w związek z tym, co niezwyczajne. Natomiast z tego zmieszania zrobił się nam nowy parking i nareszcie skończyło się sranie przez psy pod balkonami. Pod oknami stoją auta a auta, śliczne, lakierowane, różnokolorowe jak kwiaty, a latem nie zalatuje już nic poza oczyszczalnią, ale to tylko wtedy, jak wieje z zachodu.

 

Jak nadeszły święta zanim nadeszły, czyli właściwie jak nadchodziły

Jak nadeszły święta, to było bardzo wesoło. Jesień wybuchała (kolorami), a potem zgniła, deszcz walił (w szyby), a potem już nie walił, bo walił śnieg i nie było słychać, noc zapadła (nad miastem), a potem słońce wstało (na wchodzie). Po tym cudach nadeszły święta, ale nie o nich chcę tu powiedzieć, tylko o tym, jak właśnie jesień wybuchła i deszcz walił i noc zapadła na stałe. A na stałe, bo dni były coraz krótsze, a ja wstawałam coraz później, bo miałam robotę. Innymi słowy, nie chodzi o moment, gdy już nadeszły święta, tylko o to, jak nadeszły. Na to jednak należy odpowiedzieć przymiotnikiem, a jednego takiego nie sposób znaleźć, powiem więc raczej o tym, jak nadchodziły.

Jak był ten czas, w którym nadchodziły święta, to pośród wybuchów i waleń a także nocy poszłam do mięsnego. W czasie świąt mięsny jest zamknięty, jak zresztą wszystkie inne sklepy, ale przed świętami mięsny jest otwarty, czym także nie różni się od innych sklepów. Różni się za to czymś innym. Okna ma podobnie duże, szyldy ma podobnie duże, półki ma, kafelki na podłodze ma, ma lady, a za nimi panie i panów w różnych wieku, ale o podobnej kompetencji językowej, a nawet podobnym uśmiechu, a jednak mimo tych podobieństw różni się zasadniczo od innych sklepów w okolicy. Różni się jedną tylko rzeczą, choć o kapitalnym znaczeniu, a mianowicie długością kolejki.

Stoję w kolejce i patrzę, co by tu. Po dziesięciu minutach już ustaliłam ze sobą, więc zaczynam słuchać. O Boże, taka kolejka – głos w czerwonym szaliku. Chyba za karę człowiek w tej kolejce – inny głos przez zatkany nos. Ludzie powariowali z tymi zakupami przed świętami – głos z gołą głową. Nie dość, że człowiek na ten deszcz, co tak wali, to jeszcze teraz w takiej kolejce – głos zza moich pleców. Odwracam się, głos ma mokre włosy. Zapominam z tego wszystkiego, co by tu, więc przestaję słuchać i patrzę. Ale najgorsze ze wszystkiego jest to, że ludzi już nic nie obchodzi tradycja – jakiś głos i kiełbasa przegrywa w konkurencji z tym głosem. Głos ma karakułowe futro o tak mocno pokręconych paciorkach, jakby się właśnie zlokowały na tym deszczu. Cały dzień człowiek przy garach, zakupy to powinno być raz-raz – głos zza moich pleców, ale inny. Tyle ma człowiek przyjemności, co na te zakupy, ale z taką kolejką? – głos daleko z przodu, z którego widzę tylko czubki brązowych butów i to też tylko wtedy, kiedy się odpowiednio wychylę. Wydaje się, że głosy mnożą się w nieskończoność przez wszystkie modele płaszczy, wszystkie kolory czapek i wszystkie modulacje. Patrzę znowu, żeby sobie przypomnieć, co by tu, ale ledwie patrzę – już słyszę. Jeden dzień z tych świąt, a szykowania tyle. Ale najgorsze, że ludzie kupują, jakby zwariowali. Pani, a pani wie, jak się dużo z tego marnuje? A, bo to takie teraz sprzedają, żeby się psuło od razu, niech pani patrzy, jakie tu zielone. Od tej folii. Woda sama, strzykawkami mięso faszerują, żeby było cięższe. Jak się da wodę wstrzyknąć, to pewnie się i co inne da, ale ludzie i tak kupują, co mają robić. Kiedyś to sklepy były zamknięte sobota-niedziela i nikt z głodu nie poumierał. Bo to, nie wie pani, taka moda, żeby kupować. Racja, potem wszyscy tylko siedzą i jedzą, do kościoła nie chodzą, nie szanują tradycji.

Wreszcie swoje kupiły, moja kolej i choć odeszła mi ochota, bo nie dość, że się psuje, że zielone, że woda i inna tradycja, że faszerowane, że kościół, że folia, że otwarte, że zamknięte, że kupować nie wypada, że wyrzucę, a najbardziej, że usiądę i już nic, tylko będę jeść i znowu nic nie napiszę – to jednak kupuję, bo w lodówce pusto, bo święta, bo tradycja, bo nie ma w okolicy innego mięsnego. Jakby był, to może kolejka by się na dwa podzieliła i stałabym w mojej o połowę krócej.

 

Jak pisałam do ministra, a nawet dlaczego

Po kolei to by było jakoś tak:

Pracowałam, roznosząc ulotki, no ale to było oczywiście nie do zniesienia w najprostszej z możliwych interpretacji. Dlaczego chodzić, albo stać było ciężko – nie muszę chyba wyjaśniać. Pomyślałam, że usiądę. Żeby móc usiąść, trzeba się było przejść, a więc poszłam, a poszłam do korporacji. Tam usiadłam, ale siedzenie to było oczywiście nie do zniesienia, choć w zupełnie innym sensie. Usłyszałam pytanie, dlaczego nie mam więcej znajomych, żeby powiększyć swoją listę mailingową. Pomyślałam, no nie, nie wysiedzę. Wyszłam i poszłam do obcego domu, w którym były dzieci do opieki. Po jakimś czasie dzieci powiedziały, że mnie kochają i zapytały, dlaczego nie mogę być ich mamą. Kiedy dodały, żebym została z nimi na zawsze – uciekłam. To było nie do zniesienia w kolejnym z możliwych sensów. Pobiegłam do centrum, byle dalej od bogatych przedmieść i wpadłam do biura, gdzie pozwolili mi przysiąść. Jak przysiadłam, to zostałam pięć lat, choć nie siedziałam, tylko jeździłam z turystami na wycieczki. Słyszałam pytania: – Dlaczego pada? (w Londynie), – Dlaczego tak daleko? (na spacerze po plaży), – Dlaczego nie możemy podjechać? (w rezerwacie), – Dlaczego nie ma makdonalda? (w lesie), – Dlaczego nie możemy się zatrzymać? (na autostradzie), – Dlaczego wszystko sprzysięgło się przeciwko nam? (w najróżniejszych miejscach), – Dlaczego tu jest tak zimno? (na Alasce), – Dlaczego tu jest bruk i nie można chodzić w szpilkach? (w Paryżu), – Dlaczego tak wysoko? (w Alpach), – Dlaczego trzeba płynąć? (na Bornholmie), – Dlaczego nie ma warzywniaka? (w Muzeach Watykańskich). Słyszałam też odpowiedzi: – Dlatego, że jak ja jestem na wycieczce, to nigdy nie pada przecież (a już szczególnie w sławnym mieście Londynie), – Dlatego, że na plaży jest nudno, sam piach (i nic tu nie ma do rzeczy molo, bursztyny, czy foki), – Dlatego, że tamta grupa podjechała (sam widziałem), – Dlatego, że jesteśmy głodni (a chyba nie chce pani, żebyśmy polowali na dzikie zwierzęta, my cywilizowani jesteśmy), – Dlatego, że mi się chce siku (i nie, jeszcze pięć minut temu, w czasie przerwy, mi się nie chciało, i nie, nie będę sikać na rozkaz), – Dlatego, że ktoś najwidoczniej przynosi nam pecha (i wcale nie piję do pani), – Dlatego, że skąd mogłam wiedzieć (a w normalnych krajach żaden normalny człowiek nie ma takich ciepłych ubrań), – Dlatego, że stolica mody, to się człowiek chce pokazać (a jak się tylko biega po zabytkach w tenisówkach, to ani jak pokazać, ani co), – Dlatego, że jak jest kolejka na szczyt, to należy jej używać (a to, że dzieci i dotlenić, to mit, pani, mit; od święta nikt się nie dotleni, szkoda zachodu), – Dlatego, że tu stoją autokary, to widać jakoś ludzie przyjechali (tylko my, jak zawsze, pokrzywdzeni; czy my zawsze musimy być gorsi?), – Dlatego, że jedna moja znajoma, jak była, to nic, tylko jadła mandarynki, takie pyszne mandarynki (no, wiem, że listopad jest i tutaj, tak jak u nas, tylko nie wiem, jaki to ma związek). Jak już sobie pojeździłam i posłuchałam dwutorowo tych pytań i tych odpowiedzi, a także własnych odpowiedzi na te odpowiedzi – a to ostatnie było być może najgorsze ze wszystkiego – to stwierdziłam, że to jest nie do zniesienia. Jakbym słuchała dwa lata, to bym może stwierdziła, że nie do zniesienia są pytania i odpowiedzi, ale że słuchałam pięć lat, stwierdziłam, że nie do zniesienia jest samo słuchanie. Zatkałam uszy, wyszłam.

Tak mi już wtedy było, że pomyślałam: napiszę do ministra, niech mi da stypendium, to będę siedzieć w domu, a nie chodzić, biegać, siedzieć, stać, jeździć, słuchać. Przede wszystkim jednak przestanę zadawać idiotyczne pytanie „dlaczego?”, a zacznę pytać „jak?” – i nawet mu to opiszę. Tak, pomyślałam, napiszę książkę, no ale nie mam z czego żyć, a książkę mam już od dawna napisaną, a więc o tę książkę, którą niby miałabym napisać, a już napisałam, postanowiłam napisać do ministra, żeby mi zapłacił. Wiedziałam oczywiście, że minister nikomu nie płaci za siedzenie w domu tylko dlatego, żeby ten ktoś nie biegał, nie chodził, nie słuchał, ale – pomyślałam – za książkę mógłby zapłacić. Żeby nie wychodzić, znowu musiałam pójść, żeby mi dali formularze. Dali, potłumaczyli, puścili do domu, powiedzieli nawet, żebym się już drugi raz nie fatygowała, że mogę pocztą wysłać. Aż się do nich tam uśmiechnęłam, jak dobrze wyczuli, że to chodzi właśnie o to, żeby nie wychodzić. Mina mi zrzedła, kiedy dokładnie obejrzałam formularze. Co prawda znajome jaki wystawiają kopytka z zielonej trawy, co prawda nikt nie wali w łeb idiotycznym „dlaczego?”, ale jednak… Jak zamierza pan/pani zrealizować swoje zamierzenie? – No, wezmę długopis – piszę – i kartkę, siądę za biurkiem i napiszę. Może nie za jednym posiedzeniem, dodaję asekuracyjnie, bo człowiek nie samą literaturą żyje – o, to dobre, myślę, i pełna dobrych intencji piszę dalej: – ale przerwy będę robiła znikome, takie tylko, żeby coś zjeść, no i umyć się, nie częściej jednak niż raz na trzy dni. Za pieniądze od pana ministra kupię ekspres do kawy, żeby nie oddalać się zbytnio od biurka, a po papierosy będę wysyłać męża, co nie nastręczy dodatkowych kosztów, pan minister nie powinien się obawiać. Jak już zasiądę, łatwo nie wstanę, nie poddam się i zadanie wykonam do końca a rzetelnie. Siedzieć będę w mieszkaniu, więc ni deszcz, ni mróz nie będą mi straszne, listę mailingową mam krótką, a szpilek nie posiadam. Nie posiadam również dzieci, zwierząt domowych, a mąż jest typem mrukliwym, zwierzenia trzeba z niego obcęgami wyciągać. Mieszkam na pojezierzu, ale płaskim, nie za wysoko tu, ale też nie niżowo, więc nie pada często, depresja mi nie zagrozi. Widok z okna niespecjalny, nic mnie zatem nie rozproszy: ni widoki strzeliste, ni rozmowy potoczyste, ni rozliczne przemilczenia – nikt i nic nie stanie na mej drodze ku zwycięstwu nad białą, niezapisaną kartą dokumentu wordowskiego w formacie docx. A więc pan minister pyta: „jak?” (a muszę zaznaczyć, że jest mi to pytanie niezwykle sympatyczne)? Odpowiadam z przyjemnością: celowo i systematycznie, gramatycznie, choć z elementem nowatorskim, czego czołowym przykładem stojące na początku poprzedniego zdania „a więc”, które posiada, wbrew swej złej pozycji w zdaniu, rozmach odpowiedni, w pełni odpowiadający moim zamierzonym zamierzeniom, jakie – jaki? jaka? jakie? – choćby po trupach, a z pewnością. Amen.

Już nie miałam siły pójść. Na pocztę wysłałam męża. Teraz czekam. Nie chodzę, nie siedzę, nie jeżdżę, nie słucham. A czekam na leżąco, żeby nie zwariować.

 

Jak siedzieliśmy i schło

Jak schło – siedzieliśmy. Było dużo czasu. Pies leżał, koty leżały, króliki skakały na siatki klatek, żeby wymusić jedzenie, ale myśmy siedzieli. Bo czasu było dużo, aż za dużo.

Dekarzem być, to trudno. Krzysiek mówi, że za granicą, gdzie i demokracja jest naprawdę i pracuje się na umowę o pracę – dekarz to tyle, co kunszt. Dekarz tamtejszy nie tylko zrobi dach jak należy, ale zrobi też wszystko inne: kafelki położy, dom wymuruje, wykopie dół pod tak zwaną szklankę i zaleje go betonem, a potem będzie polewać przez trzy dni z konewki, żeby nie popękał. Niektórzy z tamtejszych dekarzy o magicznych rękach potrafią nawet posadzić drzewo i spłodzić syna, też dekarza. O tym Krzychu już nam nie mówił, sami sobie domawialiśmy. Czy wierzyliśmy w to? Tak, żarliwie, ponieważ było to nam potrzebne, a więc ważniejsze od zwykłej prawdy.

Krzychu prawie nic nie mówi: jak się robi, to się nie mówi. Natomiast jak się siedzi, to jakoś tak lepiej schnie. Czasem jednak jak się robi, mówienie samo się ciśnie przez usta. I Krzychowi tak samo się wyciskało: po pierwsze o tych kurewskich szklankach, które sam musiał naszemu dekarzowi wylewać, a potem podlewać, po drugie o rozpierdolonym gzymsie, który sam musiał naszemu dekarzowi podmurowywać, po trzecie o innych bardziej niecenzuralnych rzeczach, które naszemu dekarzowi chętnie wsadziłby w dupę, a na koniec po prostu o kominie komina nie wspominając, bo na nowy komin po zwaleniu starego nasz dekarz nawet dziury w dachu nie zostawił. Jakby tego komina nie było, skoro go nie ma, a przecież komin ważny, może nawet ważniejszy niż szklanki czy gzyms. Teraz lato, myślenie siada, ale musimy myśleć perspektywicznie, myśleć można nawet wtedy, kiedy się siedzi i to nawet o zimie. Zwłaszcza myśleć można, kiedy schnie i zwłaszcza wtedy, kiedy jest dużo czasu. A kiedy schnie, jest aż za dużo czasu. Wtedy można, a nawet należałoby pomyśleć, zanim będzie za późno. I choć za późno już się wydarzyło, pomyśleć jednak ciągle można, jest czas. Siedzimy. Schnie. I jest bardzo dużo czasu.

Na zachodzie, tym magicznorękim zachodzie ludzie działają, a nie siedzą. Krzątają się, zarabiają pieniądze, wychowują dzieci. U nas – wręcz przeciwnie: siedzimy. Może my jesteśmy jacyś nieteges, a może zwyczajnie ossi? Na magicznym zachodzie posadzone drzewa z roku na rok bez zmian kwitną i owocują. U nas niby też, ale owoce pospadały i gniją, bo u nas siedzimy. Schną mury, stropy, meble w sypialni, parkiety w pokojach i książki na regałach wraz z regałami. Na magicznym zachodzie ludzie nie siedzą, bo im nic nie schnie. Nawet beton wylany pod tak zwane szklanki im nie schnie, regularnie polewany wodą z konewki przez zapobiegliwego dekarza. A nie schnie im, bo ich dekarze w pierwszej kolejności potrafią zdjąć stary, a potem postawić nowy dach bez zalewania domu. Poza tym na zachodzie deszcze padają wtedy, kiedy trzeba podlać ogród, burze przychodzą zapowiedziane, a dzieci się planuje. Dlatego jak się zdejmuje stary, a potem stawia nowy dach, należy to zrobić na zachodzie. Dopiero wtedy ma się pewność, że tak stare, jak nowe dokona się magicznymi rękoma zachodniego dekarza. I to nawet, jeśli dekarz ma na imię Piotr, pochodzi z Zabrza i uśmiecha się, zamiast odpowiadać, żeby nie zdradził go akcent.

 

Jak spędzić dziesięciominutowy przejazd środkiem komunikacji miejskiej, niestety

Dopadam pierwszego wolnego siedzenia. Niestety to to, co wychodzi na autobus, niestety nieodgrodzone oparciami krzeseł z przodu, tylko wątłą metalową barierką, niestety. Ludzie się wiecznie zapierają o te barierki i odchylają w tył, jak który ma w dodatku plecak, to nigdy tego plecaka na przykład niestety nie zdejmie. I w oczach, w nosie, w całej twarzy ma się taki plecak, razem z adidasami po treningu, wątróbką za pół ceny spod lady dla psa, nylonem chińszczyzny. Nogi ma człowiek na tym niestety siedzeniu odsłonięte na zamróz z dworu, na puste miejsce na wprost środkowych drzwi dla wózków z matkami, kuli z kulawymi, wózków z inwalidami. Matki dziuńkają jak nakręcone, dzieci drą ryja, kule lecą na człowieka, inwalidzi wpadają za barierkę na zakrętach i mają zepsute zęby, którymi nie omieszkają niestety przeprosić. Za to od okna. Rzucam się na niestety miejsce, ale niestety widzę jednocześnie, że w tyle autobusu zwalnia się właśnie moje ulubione miejsce, oddzielone od tylnych drzwi szklaną szybą. Tam można naprawdę skulić się przed zamrozem lecącym z dworu na przystankach, zagrzebać aż między trzema powierzchniami: szybą okienną, szybą wewnętrzną i oparciem. Wahnęło mną to dostrzeżenie ulubionego, pewnie, każdym by wahnęło, jak w perspektywie ma się niestety jakiekolwiek inne miejsce, no ale ktoś tam już siada, pewnie, że siada, też bym siadła, szczęściarz, dopadam ostatniego niestety miejsca, siadam, a raczej klapię. Jeszcze chwilę temu było nieźle, przyjechał autobus, buchnęło z niego gorąco. Teraz jest niestety.

Ciemno na ulicach. Co przystanek, to ciemniejszy. Niby miasto, a jakby bezdroża. Ciemny las, ciemny park, ciemne obwódki wokół skwerów. Tylko jak autobus zatrzymuje się na światłach, czerwone oczy rozpływają się na pokreślonych deszczem szybach. Ale też nie wnoszą światła, trzeba czekać na światłach, jak się czeka, to się nie jedzie, w mieszkaniu jest ciepło, w autobusie jest niestety. Jak wsiadałam, zadziałał kontrast temperatur. Teraz niestety bardziej realistycznie: dobrze czuć, że ludzie parują wilgocią, są wilgotnie ciepławi, a bezruch kumuluje chłód. Bezczynnie ciepło znaczy gorzej, niż chłodno w ruchu. W dodatku niestety czuję teraz wyraźnie, że rozgrzane krokami skarpety zdążyły odparować ciepło, ale nie wilgoć. Żeby chociaż wilgoć! Są zwyczajnie mokre i mokre i jeszcze zimne są niestety stopy od tych skarpet. Jak się autobus zatrzymuje się na przystanku, przez drzwi wpada zamróz, a jak stoi na czerwonych światłach – silnik pracuje na pół gwizdka, a grzejniki to już w ogóle.

Jak bym skutecznie udała zamyślenie, niby-zagapienie w okno, żeby wszyscy myśleli, że o bożym świecie i już nic wokół siebie, to bym może dała radę postawić nogę na grzejniku, trochę na lewo, tam, gdzie oparła elegancki, skórkowy bucik dziewczyna, która właśnie wsiadła do autobusu. Myślałam: zaraz wysiądzie, ale niestety. Najpierw stanęła nade mną i co z tego, że bez plecaka, jak zaraz potem oparła w dodatku i niestety bucik, śliczny, skórkowy, jasnobrązowy bucik o grzejnik dokładnie w miejscu, gdzie chciałam położyć mokrą, zimną stopę w mokrych, zimnych skarpetach w mokrych, zimnych, sponiewieranych butach, żeby je trochę rozgrzać: palce, skarpety, buty. Wszędzie niestety dziury w chodnikach, a w niestety dziurach niestety woda. Dają teraz do butów tak niestety cienkie podeszwy, że ani się człowiek obejrzy, a już ma niestety wodę w środku. No i ciemno niestety, choć oko wykol, więc zanim zobaczysz niestety dziurę, już brodzisz w niestety wodzie, a cienkie niestety podeszwy, więc zanim się człowiek obejrzy. Nie czuć jak palce zamarznięte, ale kiedy trochę puszczają – niestety woda i niestety skarpeta się przykleja do plastiku. Też piszą, że skóra, a przecież kawał plastikowej ceraty, ale się nazywa ekologiczna, bo niestety ceraty by nikt za tyle nie kupił. Nie, to nie zazdrość, no ale co to za zachowanie, żeby tak opierać. Od takiego niestety opierania czubka ślicznego skórkowego bucika czubek ślicznego skórkowego bucika może się zetrzeć i już nie będzie niestety taki śliczny. Dziewczyna młoda, pewnie pieniądze na buciki dostała od rodziców, nie zna niestety ciężkiej pracy, nie wie, ile takiej ciężkiej pracy kosztuje taka para bucików, nie liczy się niestety z wartością pieniądza. Jak bym skutecznie udała zamyślenie i postawiła swój ceratowy but na czubku, tym kaleczonym właśnie wskutek opierania o grzejnik czubku ślicznego skórkowego bucika, pewnie trzeba by jeszcze udać zaskoczenie, ale za to dziewczyna z całą pewnością podniosłaby bucik, a wtedy można by swój postawić na jego miejscu. Ale że też w ogóle, niestety! I po co ona w ogóle wsiadła do autobusu? Rodzice na mur-beton mają samochód, nie mogli jej podwieźć? Wtedy mogłabym sobie po prostu – a nie, niestety, och, ach, przepraszam, nie zauważyłam niestety! – postawić swój ceratowy but ze zbyt cienkimi podeszwami na autobusowym grzejniku i może do czasu wysiadki i wędrówki przez osiedle, gdzie niestety ciemno i niestety dziury i niestety woda i niestety wpadnę i mi znowu buty, skarpety, stopy zamokną – do tego czasu może by wyschły, co?

Och, tak bardzo panią przepraszam – wykrzykuję fałszywie. Głos chrypi, pewnie się rozchoruję od tego przemoknięcia, okropnie to nienaturalne niestety, ale co tam! Ważne, że podniosła nogę i zanim ją zdąży ponownie postawić – stawiam w tym miejscu moją, mój przemoknięty but ze zbyt cienką podeszwą, co ma swoje dobre strony, choć skoro na następnym przystanku wysiadam, dobre strony ma tylko niestety.

Eliza Moraczewska

Powyższe teksty są wybranymi utworami autorki z większego cyklu „Jak-i”

Grafika w nagłówku tekstu: Lucija Rasonja z Pixabay

W Stargardzie pójdą na bruk

W Stargardzie pójdą na bruk

Spółka Backer OBR, jeden z większych pracodawców na Pomorzu Zachodnim, szykuje spore zwolnienia.

Jak informuje Twoje Radio, pracę ma stracić około 90 osób, czyli aż jedna trzecia załogi oddziału szwedzkiej firmy w Stargardzie Szczecińskim.

„Z dokumentu, który wpłynął do Urzędu, do tych 90 osób zaliczyć można w znakomitej większości pracowników produkcji, ponad 84 osoby, pozostałe osoby to są pracownicy administracji i pośrednio produkcyjni” – mówiła na antenie Twojego Radia Małgorzata Szulc, zastępca dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy w Stargardzie.

Szwedzki koncern ma jeszcze fabryki m.in. w Pyrzycach i Warnicach. Ich pracownicy zaczynają obawiać się o swoje losy.

Deweloperzy jeszcze poszaleją

Deweloperzy jeszcze poszaleją

Opóźniono wejście w życie rozporządzenia cywilizującego budowę lokali mieszkalnych.

Jak informuje PAP, regulacja wymierzona w tzw. patodeweloperkę miała wejść w życie 1 kwietnia. „Minister Krzysztof Hetman przychylił się do apeli samorządów w tej sprawie i zdecydował, że to rozporządzenie nie wejdzie w życie 1 kwietnia 2024 r.” – oświadczył wiceminister rozwoju i technologii Krzysztof Kukucki w czwartek w Sejmie, odpowiadając na pytania posłów.

Rozporządzenie Ministra Rozwoju i Technologii z 27 października 2023 r., zmieniające rozporządzenie w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie, zakłada m.in. zwiększenie do 5 metrów odległości budynku mieszkalnego wielorodzinnego o wysokości ponad 4 kondygnacji od granicy działki. Dotąd odległość ta wynosiła 3 metry w przypadku ścian bez okien lub drzwi, a w przypadku ścian z oknami lub drzwiami – 4 metry.

Zgodnie z rozporządzeniem, lokal użytkowy w nowo projektowanych budynkach powinien mieć powierzchnię użytkową nie mniejszą niż 25 m kw. Możliwe będzie wykonanie lokalu o mniejszej powierzchni pod warunkiem, że lokal znajduje się na pierwszej lub drugiej kondygnacji nadziemnej budynku i jest do niego bezpośredni dostęp z zewnątrz budynku.

Nowa decyzja oznacza, że nadal będzie możliwe wiele patologii w budowaniu mieszkań. Nie podano nowego terminu wejścia w życie przepisów przeciwdziałających fatalnym normom i postawom deweloperów.

Pocztowcy przeciwko zwolnieniom

Pocztowcy przeciwko zwolnieniom

2 kwietnia odbędą się protesty pracowników-związkowców przeciwko dużej redukcji zatrudnienia w Poczcie Polskiej.

Władze Poczty Polskiej, pod wodzą nowego prezesa Sebastiana Mikosz, niegdyś lidera jednego z neoliberalnych zrzeszeń „pracodawców”, planują dużą redukcję zatrudnienia w przedsiębiorstwie. Pracę w wyniku nieprzedłużania umów i nieuzupełniania wakatów po osobach odchodzących na emerytury, ma stracić co najmniej 5000 osób, czyli co dwunasty zatrudniony w Poczcie. Istnieje spore ryzyko, że może to być 2000-3000 osób więcej. Przeciwko temu wszystkiemu protestują związki zawodowe działające w Poczcie.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, we wtorek 2 kwietnia związkowcy zamierzają demonstrować przeciwko destrukcyjnym planom nowych władz spółki. Uważają oni, że redukcja zatrudnienia oznacza pogorszenie jakości usług Poczty i że w praktyce będzie znacznie większa niż zapowiadana likwidacja 5000 etatów. Wspólnie protestować chcą związki ponad podziałami. Krytycznie oceniają zamiary szefostwa m.in. liderzy Związku Zawodowego Pracowników Poczty Polskiej „Wschód”, „Solidarności” oraz Związku Zawodowego Pracowników Poczty. Ten ostatni związek organizuje demonstrację w Kielcach przed tamtejszą pocztą główną. Według związkowców jest to ostatnie ostrzeżenie dla władz spółki.

Co dalej z hutą?

Co dalej z hutą?

Częstochowska huta przerwała produkcję pod koniec 2023 r., a pracownicy wciąż są na postojowym.

Jak informuje Business Insider, sytuacja zakładu jest coraz gorsza. Obecnie pod znakiem zapytania stoją nie tylko etaty, lecz także wynagrodzenia dla zatrudnionych. Huta potrzebuje natychmiastowego zastrzyku gotówki.

Huta Częstochowa to jeden z największych producentów stali w Polsce i najważniejszy dostawca blachy grubej dla przemysłu ciężkiego. Już od kilku lat zakład jest w zapaści spowodowanej m.in. kryzysem w branży hutniczej. W tym roku trudna sytuacja osiągnęła apogeum. Huta nie wznowiła produkcji po świątecznej przerwie pod koniec 2023 r.
Jak informuje częstochowska „Gazeta Wyborcza”, do tej pory pracodawca 1000-osobowej załogi wywiązywał się ze zobowiązań finansowych, wypłacił nawet pracownikom nagrody świąteczne. Nie regulował jednak rachunków wobec dostawców ciepła czy energii. Obecnie zagrożone są nawet pensje pracowników.

Zakład wstrzymał produkcję, a rezerwy inwestora, zapewniające m.in. wynagrodzenia podczas postoju, wyczerpały się. Rada Miasta Częstochowy apeluje do rządu o włączenie się w znalezienie rozwiązań oczekiwanych przez załogę i kierownictwo huty.

Zakład ma ponad sto lat. W 2019 r. jego losy wisiały na włosku, przerwano produkcję i ogłoszono upadłość likwidacyjną. Huta jednak przetrwała. W 2021 r. kupił ją brytyjsko-hinduski koncern Liberty. Wtedy zmieniono nazwę zakładu na Liberty. Nastąpiło odbicie i powrót do produkcji 50 tys. ton stali miesięcznie. Trwało to jednak krótko.

Święty Bodnar – patron drogowych pijaków?

Święty Bodnar – patron drogowych pijaków?

Wielkie sukcesy ma na koncie ekspert od praw człowieka Adam Bodnar, który od trzech miesięcy pełni funkcję ministra (nie)sprawiedliwości. Zdążył już zrobić czystki polityczne na niespotykaną dotąd skalę w wymiarze sprawiedliwości czy stanąć w obronie szefa NIK oskarżanego o przestępstwa. A teraz wykastrował prawo o konfiskacie aut pijanym kierowcom. Jednocześnie chyba nie stracił zaufania „postępowców” zatroskanych o demokrację, praworządność i bezpieczeństwo na drogach. Tyle wygrać!

W ciągu ostatnich 8 lat w środowiskach lewicowych i liberalnych intelektualistów dużo się mówiło, że wówczas rządząca prawica jest ze wszech miar barbarzyńska. Przeciwko prawom człowieka, prawom mniejszości, prawom pieszych, przyrodzie. Przeciwko wszystkim. Tylko by lali beton, jeździli szybko samochodami, niszczyli lasy i złorzeczyli na wszystkich. Nie to co lewicowi liberałowie, dbający o zrównoważony rozwój i to, by w Polsce panowały cywilizacyjne standardy.

Prawica w awangardzie bezpieczeństwa

Zapewne dlatego to właśnie rząd Zjednoczonej Prawicy wprowadził przełomowe przepisy o pierwszeństwie pieszych na pasach, zaostrzeniu kar za przestępstwa drogowe oraz konfiskacie samochodów osobom jeżdżącym pod wpływem alkoholu. Pewnie też dlatego teraz, gdy te ostatnie przepisy miały wejść w życie, postanowił wykastrować je nie kto inny, jak minister sprawiedliwości Adam Bodnar. Konfiskata aut pijanym kierowcom ma nie być obowiązkowa, choć przepisy uchwalone przez PiS zakładały właśnie takie rozwiązanie. Po zmianach dokonanych przez Bodnara to sądy mają decydować, kiedy ją zastosować, a kiedy nie.

Jak się można domyślać, będą raczej skłonne obarczać nią zwykłych szaraczków, a nie osoby zamożne i wpływowe. Mówiąc zupełnie wprost: ograniczenie tego straszaka może spowodować, że na drogach będzie ginąć więcej ludzi. Projekt ten jeszcze za rządów PiS był niepotrzebnie złagodzony, ale i tak gdyby przepisy w tej formie weszły w życie, stanowiłyby przełom. Powyżej jednego promila kierowca musiałby stracić auto. Jednak po obecnej nowelizacji tylko sąd może kierowcę pozbawić auta, niezależnie od tego, jak bardzo był pijany.

Liberalny ukłon w stronę morderców na drogach

Kastracji prawa dokonał dokładnie ten sam święty Bodnar, który był i jest patronem liberałów, lewaków i NGO-sów. Idol wielkomiejskich „wrażliwych” środowisk intelektualnych, choć zdarzało mu się już czapkować Balcerowiczowi oraz polecać piosenkę konfederaty o mordowaniu socjalistów. Ekspert od demokracji, praworządności, przyjaciel mniejszości i strażnik praw człowieka. Ten sam, który został teraz patronem drogowych bandytów, bo absurdalnie rozumiane prawo do własności i do patrzenia na czubek własnego nosa postawił nad bezpieczeństwem oraz dobrem wspólnym, czym pewnie ucieszył zwolenników Konfederacji. Może nie jest mu tak daleko do nich, jak się powszechnie uważa?

To ten sam Bodnar, który właśnie zwrócił wniosek do Sądu o postawienie zarzutów szefowi NIK Marianowi Banasiowi, którego podejrzewa się między innymi o oszustwa podatkowe, nadużycie uprawnień i fałszowanie oświadczeń majątkowych. Ten sam Bodnar, który swoim nazwiskiem firmuje niespotykaną po 1989 roku feerię zamachów na praworządność i przykładów ręcznego sterowania wymiarem sprawiedliwości. Ten sam, który popiera nielegalne przejmowanie mediów publicznych, z pominięciem konstytucyjnego organu, jakim jest KRRiT.

Trudno o większy rozdźwięk między aurą, jaką ten człowiek wokół siebie wytworzył, a tym, co realnie robi jako minister w rządzie Tuska. Jest to bardziej rażące niż w przypadku Sienkiewicza czy Kierwińskiego właśnie dlatego, że Bodnar wchodził do rządu jako ekspert od praw człowieka.

Bezpieczeństwo już nie jest ważne?

Warto też zauważyć, że ta hucpa odbywa się przy cichym wsparciu właśnie tych wszystkich lewicowo-liberalnych środowisk wyspecjalizowanych w paplaniu o praworządności i prawach człowieka czy też ruchów miejskich oraz ekspertów od bezpieczeństwa drogowego. Wymowne jest milczenie szczególnie tych ostatnich, wedle których PiS zawsze robił „za mało”, jeśli chodzi o bezpieczeństwo na drogach.

Przejrzałem kilka profili osób i stowarzyszeń podejmujących tematykę poprawy bezpieczeństwa na drogach, m.in. warszawskiej organizacji reprezentującej ruchy miejskie oraz pewnego specjalisty od wdrażania (trzeba przyznać, że z sukcesem) rozwiązań zmniejszających liczbę wypadków na ulicach jednego ze średnich miast. Można tam znaleźć między innymi wywody o złym CPK i o tym, że w Warszawie priorytetem jest walka z PiS, ale dziwnym trafem nie ma nic o skandalicznej decyzji Bodnara o rozmiękczeniu przepisów o konfiskacie aut pijanym kierowcom. Gdyby zrobił to prawicowy minister, to oni wszyscy krzyczeliby pod budynkiem Ministerstwa Sprawiedliwości i mówili o barbarzyńskiej prawicy. Po raz kolejny okazuje się, że kolesiostwo i koligacje z liberalną oligarchią są dla tych środowisk istotniejsze niż przywiązanie do deklarowanych wartości.

Nie ufajmy samozwańczym liberalnym ekspertom

Wnioski z tej lekcji mam dwa. Po pierwsze, jeśli prawica wróci do władzy, to właśnie Bodnara powinna w pierwszej kolejności pociągnąć do odpowiedzialności jako jedną z twarzy nadużyć obecnej władzy. Po drugie: my, osoby reprezentujące opcję suwerenno-patriotyczną, nie musimy słuchać połajanek wszystkich tych ekspertów, którzy serwują nam wykłady o demokracji, prawach człowieka i „zachodnich standardach”. Możemy sami i na własnych zasadach zbudować państwo sprawiedliwe społecznie, socjalne i zarazem takie, w którym w wielu obszarach życia panują zasady niewywodzące się z prawa dżungli.

Bartosz Oszczepalski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia.

Solidarność przeciw podwyżce VAT-u na żywność

Solidarność przeciw podwyżce VAT-u na żywność

Prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” zaprotestowało przeciwko wzrostowi opodatkowania podstawowych produktów żywnościowych.

O sprawie pisze „Tygodnik Solidarność”. Protest związku to reakcja na przekazaną kilka dni temu przez Ministerstwo Finansów informację, że obniżona obecnie stawka VAT na podstawowe produkty spożywcze nie zostanie przedłużona po 31 marca.

Jak zaznaczyli autorzy stanowiska, decyzja rządu o podniesieniu stawki VAT na podstawowe produkty spożywcze jest nieakceptowalna społecznie, szczególnie w obliczu zmniejszenia stawek VAT na usługi niebędące usługami pierwszej potrzeby (jak choćby usługi kosmetyczne, usługi wykonywania tatuażu). „Zaniechanie utrzymania obniżonej stawki VAT do 0% po 31 marca 2024 roku spowoduje szybki wzrost cen produktów żywnościowych, takich jak mleko, pieczywo, jaja, warzywa, mięso czy ryby, ale także specjalnych produktów dietetycznych dla osób przewlekle chorych” – napisano w stanowisku.

Według członków Prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” skutki podwyżek będą ponoszone przede wszystkim przez najwrażliwsze grupy społeczne, dla których żywność stanowi największą część domowych wydatków.

W Tychach też zwalniają

W Tychach też zwalniają

Pracę straci kolejnych 400 osób w branży motoryzacyjnej.

Jak informują „Nowiny Tyskie”, według potwierdzonych informacji dwie firmy z tyskich terenów przemysłowych związane z produkcją włoskich aut planują w tym roku zwolnienia grupowe. Prawie 500 etatów zostało zgłoszonych w urzędzie pracy jako podlegające likwidacji.

Doniesienia potwierdził Powiatowy Urząd Pracy w Tychach, do którego wpłynęły zawiadomienia od firm MA Polska S.A. i BCube Poland Logistics. Obie firmy operują w otoczeniu największej tyskiej fabryki (Stellantis/FCA Poland, potocznie „Fiat”). Etaty mają być rozwiązane do końca pierwszej połowy tego roku.

Zatrudnienie ma stracić co najmniej 370 osób, w tym 250 w MA i 120 w BCube. Firmy te działają ściśle w ekosystemie produkcyjnym włosko-francuskiego giganta, który postanowił zakończyć produkowanie w Tychach modeli Fiat 500 i Lancia Ypsilon.

Koniec śmieciówek?

Koniec śmieciówek?

Rada UE uzgodniła treść dyrektywy, której realizacja umożliwi zapewnienie ochrony pracownikom takim jak kurierzy, kierowcy, dostawcy jedzenia i zakupów.

Jak informuje Business Insider, Rada UE do spraw zatrudnienia osiągnęła porozumienie w sprawie dyrektywy o pracy platformowej, która przewiduje domniemanie etatu. Jeszcze 20 lutego wydawało się to niemożliwe, bo porozumienie blokowały Niemcy, Grecja, Francja i Estonia.

Kurier, kierowca, tłumacz, programista lub każda inna osoba, która wykonuje płatnie usługi za pośrednictwem internetowych platform, będzie mogła korzystać z domniemania, że jest zatrudniona na etacie. Wystarczy, że spełni dwa z pięciu kryteriów, które zostaną określone w unijnej dyrektywie. Fakty te zostaną ustalone zgodnie z prawem krajowym i układami zbiorowymi, z uwzględnieniem orzecznictwa UE na temat osób pracujących na platformach cyfrowych. Co najważniejsze, to zadaniem platformy cyfrowej będzie udowodnienie, że nie istnieje stosunek pracy.

Obecnie w Polsce nie obowiązuje domniemanie etatu. Z uwagi na zarzuty dyskryminacji trudno wyobrazić sobie, że nowe rozwiązanie obejmie tylko np. pracowników Ubera lub Glovo. Dyrektywa może doprowadzić do nowelizacji Kodeksu pracy, czyli do wprowadzenia domniemania etatu dla wszystkich osób na umowach śmieciowych i podobnych, jeśli spełniają wymogi przewidziane dla umów o pracę.

Nie pracujemy, bo gorąco

Nie pracujemy, bo gorąco

Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych rozpoczyna batalię o usunięcie luki w prawie, która zagraża zdrowiu i życiu pracowników.

Chodzi o brak zapisów wskazujących, do jakiej górnej temperatury można pracować. O sprawie informuje pulshr.pl. Obecnie przepisy regulują wyłącznie sytuację pracowników młodocianych. W przypadku pozostałych w wielu kwestiach decyduje widzimisię pracodawcy. W związku ze stałym, systematycznym ocieplaniem klimatu rośnie temperatura, w jakiej przebywamy w pracy. Dodatkowo rośnie świadomość pracowników odnośnie do warunków bezpiecznego wykonywania pracy w wielu zawodach i specjalnościach w komforcie, także cieplnym.

Żaden przepis nie formułuje jasnego przyzwolenia do rezygnacji z pracy przy danych warunkach atmosferycznych, choć pod taką sytuację możemy podciągnąć art. 210 Kodeksu pracy. Mówi on o tym, że jeśli warunki pracy nie odpowiadają przepisom bhp i zagrażają bezpośrednio zdrowiu lub życiu pracownika, pracownik ma prawo powstrzymać się od wykonywania zadań zawodowych. Praktyka pokazuje jednak, że tak się nie dzieje. Ludzie pracują zarówno w zbyt niskiej temperaturze, jak i w upale. Obecnie więc ani przepisy bhp, ani Kodeks pracy nie określają precyzyjnie górnej granicy temperatury, która uprawniałaby osoby zatrudnione do zrezygnowania z wykonywania pracy w danym dniu czy okresie. Nakładają jedynie na pracodawcę obowiązek zapewnienia pracownikom temperatury adekwatnej do rodzaju wykonywanej pracy.

OPZZ postuluje unormowanie maksymalnej temperatury w miejscu pracy na poziomie 30 stopni Celsjusza, a co się z tym wiąże – określenie odpowiednich praw pracownika i obowiązków pracodawcy. Obecne przepisy jasno określają, że pracodawca ma obowiązek zapewnienia pracownikom nieodpłatnie napojów chłodzących, jeżeli temperatura w pomieszczeniach, w których wykonują pracę, przekracza 28°C. Jeśli pracownicy pracują na powietrzu, pracodawca musi dostarczyć im napoje chłodzące, gdy temperatura powietrza przekracza 25°C.

Temat podjęto także w Europie i można spodziewać się takiej inicjatywy na szczeblu europejskim.

Wspólny bilet zepsuty podwyżką

Wspólny bilet zepsuty podwyżką

„Utworzymy zintegrowany system pozwalający kupić bilet na przejazd z wykorzystaniem dowolnych środków transportu zbiorowego” – zapisały w umowie koalicyjnej partie tworzące nowy rząd Donalda Tuska. Namiastką tego rozwiązania jest Wspólny Bilet, który umożliwia podróże pociągami różnych przewoźników kolejowych z jednym biletem. Zamiast jednak wyeliminować niedociągnięcia tej funkcjonującej od pięciu lat oferty i dążyć do jej rozbudowania, pozbawiono ją sensu. Taki jest skutek dużej podwyżki cen wprowadzonej z początkiem lutego 2024 r.

Przykładowo przejazd ze Wspólnym Biletem pociągami regionalnymi na odległość 50 km zdrożał z dnia na dzień z 13 zł do 22 zł, na odległość 100 km z 20,50 zł do 36 zł, zaś na odległość 150 km z 26,50 zł do 46 zł. W wielu relacjach Wspólny Bilet stał się znacznie droższy niż osobne bilety na pociągi różnych spółek, przez co stracił swój podstawowy atut. Na przykład cena Wspólnego Biletu z Katowic do Wadowic, z przesiadką w Bielsku-Białej z Kolei Śląskich na Polregio, wzrosła z 20,50 zł do 36 zł, podczas gdy dwa oddzielne bilety kosztują w sumie 27,40 zł.

Wspólny Bilet na trasę Radom Główny – Puławy Miasto pokonywaną pociągami Kolei Mazowieckich i Polregio z przesiadką w Dęblinie kosztował przed podwyżką 18,50 zł, a obecnie trzeba za niego zapłacić 29 zł. Natomiast przy zakupie osobnych biletów – Kolei Mazowieckich z Radomia do Dęblina i Polregio z Dęblina do Puław – płaci się łącznie 21,30 zł. Wspólny Bilet stał się też droższy od biletu PKP Intercity, który na trasie z Radomia do Puław kosztuje w taryfie podstawowej 25 zł.

Generalnie ceny Wspólnego Biletu na przejazdy pociągami przewoźników regionalnych na odległości od 21 km do 160 km są teraz o 1-4 zł wyższe od bazowych cen biletów na pociągi kategorii InterCity i TLK. Podwyżka wpisała się więc w stosowaną przez PKP Intercity taktykę podbierania spółkom regionalnym pasażerów podróżujących na krótszych odcinkach.

To właśnie PKP Intercity koordynuje współpracę przewoźników w ramach oferty Wspólny Bilet. Za organizację sprzedaży odpowiada spółka PKP Informatyka – zintegrowała ona systemy kasowe poszczególnych przewoźników, a także oferuje Wspólny Bilet w swoim serwisie internetowym Bilkom.

Wspólny Bilet wprowadzono w grudniu 2018 r. po trwających aż dwa i pół roku pracach prowadzonych przez komitet sterujący, który specjalnie w tym celu został powołany zarządzeniem ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka.

W planach był sukcesywny rozwój oferty – miała ona objąć bilety okresowe, a ponadto na początku 2020 r. resort infrastruktury zapowiadał „rozszerzenie jej o przewoźników autobusowych oraz lokalny transport zbiorowy w poszczególnych aglomeracjach”. Tych zapowiedzi do dziś nie spełniono. Nie wyeliminowano też pułapek zmniejszających użyteczność Wspólnego Biletu. Nie można go kupić na podróże obejmujące przesiadkę krótszą niż 10 minut. Ponadto nie jest on dostępny ani u drużyn konduktorskich, ani w automatach biletowych. Dodatkowo na podróże zawierające w sobie przejazd Kolejami Mazowieckimi nie da się kupić Wspólnego Biletu przez internet, natomiast na podróże obejmujące Koleje Dolnośląskie biletu nie można kupić w kasie biletowej.

„Wspólny Bilet to jeden z najistotniejszych projektów wdrażanych przez Ministerstwo Infrastruktury i spółki kolejowe” – informowano w sygnowanej przez resort broszurze „Zmieniamy polską kolej”, w której zamieszczono wypowiedź przedstawiciela ministerstwa: „Aby zwiększyć komfort podróży i zapewnić przewagę konkurencyjną kolei, wprowadziliśmy Wspólny Bilet. Atrakcyjna oferta przewozowa i obniżenie kosztów przejazdu powinny przyczynić się do wzrostu liczby pasażerów. Wdrożenie Wspólnego Biletu obniża koszt podróży” – zachwalał Andrzej Bittel, który w latach 2016-2023 był wiceministrem infrastruktury w rządzie Prawa i Sprawiedliwości.

Dziś, po zmianach politycznych, Ministerstwo Infrastruktury dystansuje się od oferty biletowej integrującej przewoźników kolejowych: „Warunki funkcjonowania Wspólnego Biletu określa umowa zawarta pomiędzy uczestnikami tej inicjatywy. Ministerstwo Infrastruktury nie jest stroną umowy i nie posiada kompetencji do akceptowania działań przewoźników podejmowanych w jej ramach” – mówi dwumiesięcznikowi „Z Biegiem Szyn” rzecznik prasowy resortu infrastruktury Rafał Jaśkowski. – „Zmiana cen została wypracowana wspólnie i uzgodniona przez wszystkich przewoźników uczestniczących w projekcie Wspólnego Biletu”.

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 2/129 marzec-kwiecień 2024) http://www.zbs.net.pl

 

Marsz przez krew, znój, łzy i pot

Marsz przez krew, znój, łzy i pot

Czas poprzedzający drugą rocznicę rosyjskiej napaści na Ukrainę przyniósł szereg wydarzeń tyleż ważkich, co nieprzełomowych. Upadła broniona przez Ukraińców, a atakowana, co prawda z różną intensywnością i długotrwałymi przerwami, od samego początku obecnej odsłony wojny Awdijiwka. W rosyjskim łagrze życie zakończył Aleksiej Nawalny. Prezydent Zełenski zdymisjonował głównodowodzącego ukraińskich Sił Zbrojnych, generała Wałerija Załużnego. Nie sprawdziły się natomiast przewidywania dotyczące możliwości wyprowadzenia przez Rosjan generalnej ofensywy o celach strategicznych.

Ogólna sytuacja wojskowa Ukrainy po dwóch latach wojny nie przypomina już swoistego karnawału nastałego po początkowej grozie. Zaczął się on bardzo szybko po inwazji w obliczu widocznego krachu całościowo pojętego zamysłu Rosjan. Nie przypomina też jednak nadziei na konkluzywne i w miarę pomyślne szybkie zakończenie konfliktu, które kiełkowały po względnych sukcesach kontrofensyw na charkowszczyźnie i chersońszczyźnie w II połowie roku 2022. Podjęta na przełomie wiosny i lata 2023 próba uderzenia na Zaporożu zakończyła się symbolicznymi tylko zyskami za cenę istotnych (choć nie tragicznych) strat w ludziach i sprzęcie, w tym jego najwartościowszych zasobach produkcji zachodniej. Z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że zakończyła ona definitywnie okres ukraińskiej inicjatywy w skali przekraczającej taktyczną.

Powrót do niej jest bardzo mało prawdopodobny z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze – wyczerpywanie się zasobów tak ludzi, jak i sprzętu dostępnego na Zachodzie, w szczególności w sytuacji blokady w amerykańskim Kongresie pakietu pomocy opiewającego na 60 miliardów dolarów. Po drugie – okrzepnięcie rosyjskiej machiny wojennej, która po dwóch latach bolesnych lekcji ograniczyła popełnianie kuriozalnych nieraz błędów. W warunkach wojny o charakterze bliskiej pozycyjnej wdrożyła skuteczne sposoby działania, które mimo teoretycznego opracowania nie funkcjonowały dotychczas w praktyce. Analiza bieżących wydarzeń na froncie wskazuje, że rosyjskie lotnictwo, które z kretesem przegrało rok 2022 i z bardzo umiarkowaną efektywnością działało w 2023, stało się głównym rozgrywającym pod Awdijiwką, uniemożliwiając Ukraińcom skuteczną obronę. Rosjanie usprawnili także radykalnie łańcuch wykrywania wysokowartościowych celów i niszczenia ich, co przyniosło Ukraińcom bolesne straty, takie jak prawdopodobna utrata elementów zestawu Patriot wskutek porażenia w strefie przyfrontowej.

Taką skuteczność działań w zasadniczej mierze umożliwia deficyt po stronie ukraińskiej narzędzi walki z rosyjską przewagą powietrzną. Obecnie sprowadzają się one w praktyce do ofensywnego wykorzystywania systemów naziemnych. Przynosi to nieraz błyskotliwe sukcesy, takie jak zniszczenie w tym roku dwóch z około dziesięciu sprawnych samolotów AWACS A-50 i co najmniej kilku bombowców taktycznych Su-34 oraz myśliwców Su-35. Jednak w sytuacji ograniczenia do minimum możliwości bojowych ukraińskiego lotnictwa to nie wystarcza – a perspektywy nie wyglądają optymistycznie. Co prawda początek lata ma już definitywnie przynieść pojawienie się nad frontem maszyn F-16AM/BM, jednak najprawdopodobniej nie będą one w stanie podjąć batalii o panowanie w powietrzu, tak z uwagi na ograniczoną liczbę, jak i własne immanentne charakterystyki. Mimo rozlicznych zalet nie zostały po prostu zaprojektowane do funkcjonowania w tym charakterze. W NATO-wskim systemie wojny powietrznej tego rodzaju zadania miały wykonywać F-15 czy Typhoon. A dostawy takich maszyn nie pozostają nawet w sferze rozważań.

Niełatwa jest także zarówno wewnątrzpolityczna sytuacja Ukrainy, jak i w stosunkach z zachodnimi sąsiadami. W kontekście tej pierwszej zauważalna jest alienacja i słabnięcie pozycji prezydenta Zełenskiego, oskarżanego o rosnące skłonności autokratyczne. Ciągnący się konflikt z niezwykle popularnym generałem Załużnym spowodował jego odwołanie i „zesłanie” na placówkę ambasadora w Wielkiej Brytanii. Tymczasem badania opinii publicznej wskazują, że gdyby generał stworzył partię, zdominowałaby ona ukraińską scenę polityczną. Mimo że póki co dystansuje się on od takiej koncepcji, nie można wykluczyć, że w sytuacji dalszego kryzysu władzy ulegnie to zmianie. Jeżeli natomiast Zełenski wierzył, że wyraźne stawianie przed 15 października 2023 na ówczesną polską opozycję spowoduje rozwiązanie problemów w stosunkach wzajemnych, rachuby te spaliły na panewce. Nowy rząd musi uwzględniać interesy protestujących rolników, a jego twarzą w relacjach w aspekcie ochrony krajowego rynku żywności jest wiceminister Kołodziejczak.

Rosyjskie sukcesy odnoszone w ostatnich miesiącach pozostają również mocno symboliczne, a mimo większej sprawności prowadzenia działań nadal są okupione ciężkimi stratami. Pod Awdijiwką miały one sięgnąć nawet kilkunastu tysięcy zabitych, przy zachowaniu przez Ukraińców bardzo korzystnego stosunku strat własnych do strat wroga. Mimo sporych obaw, Ukraińcy po poniechaniu beznadziejnej już obrony miasta zdołali ustabilizować front na póki co prowizorycznych liniach umocnień. Rosjanie co prawda nauczyli się niszczyć nawet dobrze przygotowaną defensywę ukraińską, jednak obrońcom pozostały, mimo dużego wyczerpania, spore zasoby ludzkie i mimo wszystko sprzętowe, zapobiegające katastrofalnym pęknięciom obrony. Tygodnie następujące po upadku Awdijiwki przynoszą nadal rosyjskie postępy liczone w pojedynczych kilometrach.

Rosja ponosiła i ponosi horrendalne straty. W ludziach od początku bieżącej fazy wojny można je szacować na ponad 100 000 zabitych i dwukrotnie więcej ciężko rannych. Czołgów Rosja straciła bezpowrotnie co najmniej około 2400, bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych nie mniej niż 1500, dział samobieżnych – 650. Samolotów bojowych i wsparcia walki ubyło co najmniej 90, w tym 43 nowoczesne z rodziny Su-30/34/35, co przekracza 10% stanów przedwojennych – a w tym przypadku z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można mówić również o zbliżonej liczbie maszyn spisanych ze stanu mimo dociągnięcia na lotnisko czy efektywnie wyeliminowanych z walki na wiele miesięcy z powodu konieczności przeprowadzenia gruntownego remontu.

Gospodarka rosyjska, przestawiona w znaczącym stopniu na tory wojenne, ma pewną zdolność uzupełniania tych strat, jednak pojawiają się pytania o to, jak długotrwałą. Przykładowo, dostawy czołgów na front mają obecnie sięgać 125 pojazdów miesięcznie, ale według szacunków faktyczna produkcja nowych T-90M nie sięga nawet 25% tej liczby. Pozostałe są składakami pojazdów porażonych na froncie albo rewitalizacjami maszyn ze składów – a te ulegają nieuchronnemu wyczerpaniu. Chociaż załamanie się rosyjskiego systemu gospodarczego w sposób, który zachwieje dostawami dla frontu umożliwiającymi prowadzenie wojny z obecną intensywnością nie wydaje się być perspektywą bliską, jednak w oczywisty sposób wyczerpuje ono rezerwy bieżące i tym bardziej nie pozwala na ich odtwarzanie. A alianci wspomagający moskiewski reżim dostawami broni, czyli Iran i Korea Północna, bynajmniej nie czynią tego z dobrego serca. Według ujawnionych informacji np. ceny, jakie Rosja płaci za irańskie drony, są bardzo wysokie, w istocie na poziomie sprzętu zachodniego, mimo znacznie niższej jakości. W zarysowanym kontekście warto odnotować znaczącego „plusa ujemnego” dla Rosji – mimo sporych obaw zimowa kampania uderzeń rakietowo-dronowych na ukraińską infrastrukturę krytyczną spowodowała co prawda istotne szkody, ale nie były one na tyle znaczące, żeby zachwiać ukraińskim państwem czy wywołać kryzys humanitarny.

W odniesieniu do sytuacji politycznej w samej Rosji, śmierć Aleksieja Nawalnego, za którą – niezależnie od niemożliwych do ustalenia szczegółów technicznych – ponosi odpowiedzialność ekipa Władimira Putina, można interpretować jako deklarację wobec Zachodu, że nie nastąpi żadna pieriedyszka w wykonaniu „liberała”. Który, zanim po kilku latach powróciłby na ostro imperialistyczny kurs, mógłby liczyć na fetowanie w zachodnioeuropejskich i północnoamerykańskich stolicach. Również ewentualne rachuby na wewnątrzrosyjskie alternatywy okażą się płonne. Pewne poruszenie po śmierci Nawalnego było, jak się wydaje, w pełni kontrolowane przez władze i nie będzie miało żadnych istotnych skutków. W społeczeństwie dominuje poparcie dla wojny, a akcja mobilizacyjna nie napotyka na istotny opór. Wyeliminowani z systemu zostali także wojskowi, którzy zostali zidentyfikowani jako wspierający w zeszłym roku próbę puczu Prigożyna.

W kontekście powyższego stanu rzeczy należy interpretować znaczące przetasowania w koalicji wspierającej Ukrainę. W sytuacji amerykańskiego paraliżu decyzyjnego, który może potrwać do wyborów prezydenckich, a postawa Donalda Trumpa po jego ewentualnej wygranej jest niewiadoma (pochopne wydaje się jednak zakładanie, że automatycznie pchnie on Stany Zjednoczone na tory izolacjonistyczne i odda Ukrainę Rosji), rolę koryfeusza wsparcia dla Kijowa wzięła na siebie Francja. Od kilku miesięcy z Paryża płyną sygnały, że Francuzi będą wspierać Ukrainę niezależnie od stanowiska Waszyngtonu. A w ostatnich tygodniach Emmanuel Macron przekroczył granicę niewyobrażalnego, deklarując, że nie można wykluczyć przyszłej jawnej obecności wojsk krajów zachodnich na Ukrainie, a wojna rosyjsko-ukraińska jest wojną „naszą” – Francji i jej europejskich aliantów. Wydaje się, że za takim stanowiskiem prezydenta Francuzów, który wszak na początku wojny działał bardzo zachowawczo, podejmując próby negocjacji z Władimirem Putinem, wpływa prosta i racjonalna kalkulacja.

Rosja, pokonawszy szok związany z zupełnie nieudaną kalkulacją wyjściową i krachem pierwotnego planu podboju Ukrainy, zmobilizowała gospodarkę i zmilitaryzowała w znaczącym stopniu społeczeństwo. W koniunkcji z sankcjami (mimo ich obchodzenia), cena jest jednak ogromna. Rosja straciła możliwość funkcjonowania w sposób imitujący w sporej mierze Zachód. A także dużą część zasobów finansowych zgromadzonych podczas kilkunastu lat prosperity na rynkach surowcowych. Na przykład aktywa zgromadzone w Narodowym Funduszu Dobrobytu spadły z ponad 100 miliardów dolarów przed wojną do około połowy tej kwoty obecnie. Za to wszystko Moskwa zyskała dotychczas wyłącznie zgliszcza. Nawet zdobycie całej Ukrainy nie będzie zyskiem rekompensującym poniesione nakłady – kraj jest po dwóch latach wojny zrujnowany, populacja stała się antyrosyjska, a w razie perspektywy porażki militarnej nastąpi kolejny jej eksodus na zachód. Rosja nie zdobywa żadnych nowych technologii – nie można wszak uznać za takowe zdobywanych egzemplarzy zachodniego sprzętu reprezentującego poziom sprzed dwóch dekad…

W sytuacji determinacji Moskwy do kontynuacji wojny i braku oznak załamania wewnętrznego, w razie klęski Ukrainy należy oczekiwać prób uzyskania korzyści politycznych zbliżonych do żądań formułowanych tuż przed wojną, dotyczących m.in. ograniczenia swobody funkcjonowania NATO na terenie krajów przyjętych do Sojuszu po roku 1999, a wręcz idących jeszcze dalej. Paradoksem takiej sytuacji byłoby to, że eskalowane żądania, uderzające w interesy Zachodu, formułowałaby Rosja znacznie osłabiona w stosunku do czasu sprzed 24 lutego 2022, nie wykazując też, jak można przypuszczać, skłonności do samoograniczenia na mocy jakiegokolwiek kompromisu. W tej sytuacji, skoro ostra konfrontacja z Moskwą jest w przewidywalnym horyzoncie czasowym nieuchronna, dla Zachodu lepiej toczyć ją na Ukrainie, robiąc bardzo wiele dla zapobieżenia jej upadkowi. Wydaje się też, że Kijów nie będzie skłaniany do rokowań. Ewentualny rozejm, obciążony pewnością rychłego złamania, służyłby w istocie tylko Rosji, pozwalając jej wylizać rany i odtworzyć w spokoju zasoby. Lepiej, jeżeli są one niszczone na bieżąco…

Dla wszystkich powyższych kalkulacji decydujący będzie wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Mogą one przynieść zarówno spoczęcie niemal całości obciążenia wsparciem dla Ukrainy na barkach Europejczyków, jak i agresywny powrót Waszyngtonu do rozgrywania. Przy czym paradoksem jest, że największego natężenia tej agresywności można by się spodziewać po… Donaldzie Trumpie.

dr Jan Przybylski

Grafika w nagłówku tekstu: Rosy / Bad Homburg / Germany z Pixabay

W obronie praw

W obronie praw

Na 20 marca zaplanowano protest przed Zarządem Lokali Miejskich w Łodzi.

Organizatorem pikiety jest Organizacja Międzyzakładowa NSZZ „Solidarność” Pracowników Administracji. Sprzeciwiają się oni łamaniu praw pracowniczych i wolności związkowych.

Pracownicy Zarządu Lokali Miejskich domagać się będą godnego traktowania i godnych warunków pracy i płacy. Powodem niezadowolenia i konfliktów w Zarządzie Lokali Miejskich jest osoba dyrektorki tej instytucji, której zarządzanie doprowadziło do odejścia z pracy wielu wartościowych pracowników. Z pracą w tej instytucji pożegnało się kilkadziesiąt osób będących członkami NSZZ „Solidarność”. Obecnie związkowcy walczą o przywrócenie do pracy swojego kolegi, który został zwolniony pomimo faktu, że był objęty ochroną związku.

Jak wynika z informacji przedstawionych przez związkowców, do Sądu Pracy trafiło kilka pozwów zwalnianych pracowników Zarządu Lokali Miejskich. Część z nich zakończyła się zawarciem ugody lub pozytywnymi dla pracowników rozstrzygnięciami, pozostałe są w toku.

Z danych, które udostępnił Zarząd Lokali Miejskich wynika, że na etacie zatrudniał on 516 osób. Do związku zawodowego wedle stanu na 31 grudnia 2023 r. należało 137 pracowników Zarządu Lokali Miejskich. Na szczęście nowi pracownicy również widzą konieczność poprawy warunków pracy i wstępują w związkowe szeregi.

Pikieta będzie miała miejsce przed Zarządem Lokali Miejskich przy al. Kościuszki 47 w Łodzi. Protest zaplanowano na środę, 20 marca, na godz. 16:00.

Kolejna firma zwalnia

Kolejna firma zwalnia

Krakowski oddział PepsiCo zwalnia pracowników. Nieoficjalne informacje mówią, że te stanowiska trafią do Indii.

Jak pisze portal Business Insider, powodem zwolnień ma być przeniesienie niektórych działów do Indii. Pracę w krakowskim biurze Usług Wspólnych może stracić nawet 200 z 800 zatrudnionych tam osób. Przedstawiciele PepsiCo nie zdecydowali się udzielić informacji na temat szczegółów zwolnień. Rzecznik firmy potwierdza jednak, że ta zaplanowała „zmiany organizacyjne w wybranych dwóch działach w biurze Usług Wspólnych w Krakowie”.

PepsiCo nie jest pierwszym przedsiębiorstwem w regionie, która tnie zatrudnienie. Jak pisze krakowska „Wyborcza”, tylko w styczniu krakowskie firmy zgłosiły zamiar zwolnienia ponad 400 pracowników. W lutym planowane zwolnienia grupowe zgłosiły kolejne firmy m.in. z branży tytoniowej i IT – łącznie obejmują one ponad 500 pracowników.