Poczcie na ratunek

Poczcie na ratunek

W głównej siedzibie Poczty Polskiej w Warszawie rozpoczął się protest okupacyjny związkowców z „Solidarności”.

Jak informuje portal Tysol.pl, w stolicy w siedzibie centrali Poczty Polskiej rozpoczął się protest okupacyjny pracowników zrzeszonych w „Solidarności”.

Protestujący napisali w oświadczeniu: „Od dnia dzisiejszego pozostajemy w miejscu prowadzenia rozmów i będziemy działać w trybie ciągłym, aby wymusić na Zarządzie Poczty Polskiej rzeczywiste negocjacje i poszanowanie naszych praw, poszanowanie praw tysięcy pracowników Poczty Polskiej. My, pracownicy Poczty Polskiej, nie możemy dłużej milczeć wobec destrukcyjnych działań Zarządu PP, które celowo niszczą naszą firmę i degradują warunki zatrudnienia. Z pełnym przekonaniem podejmujemy protest, aby powstrzymać bezprecedensowy atak na nasze miejsca pracy i przyszłość narodowego operatora pocztowego”.

Protestujący wypunktowali problemy:

• Brak transparentności w informowaniu o rzeczywistej sytuacji finansowej spółki i ukrywanie jej faktycznego stanu.

• Drastyczną redukcję wynagrodzeń poprzez eliminację kluczowych składników płacowych, takich jak dodatki stażowe, premie roczne, nagrody jubileuszowe oraz pozostałych składników, które otrzymują pracownicy w ramach obecnie obowiązującego zakładowego układu zbiorowego z 2015 roku.

• Bezwzględne dążenie do likwidacji tysięcy miejsc pracy – raz mówi się o 8500 zwolnieniach, raz o 9300! Ta niekonsekwencja jest jawnym dowodem chaosu i braku realnej strategii zarządzania. Zarząd PP w ramach transformacji Poczty Polskiej (poza drastyczną
redukcją zatrudnienia sięgającą łącznie ponad 15% załogi) i pozbawienia tysięcy pracowników świadczeń, które jeszcze obowiązują w obecnym ZUZP z 2015 roku.

• Zwiększanie obciążeń dla pracowników przy jednoczesnym odbieraniu im należnych świadczeń (drastyczne braki w obsadzie listonoszy, zaległości w doręczaniu korespondencji do klientów sięgające nawet kliku tygodni,, kolejki w placówkach pocztowych z powodu braku obsady w grupie asystentów).

• Prowadzenie negocjacji w złej wierze i wykorzystywanie ich jako pozoru, podczas gdy rzeczywiste decyzje już zapadły.

Uczestnicy protestu piszą: „Decyzje Zarządu Poczty Polskiej prowadzą do dezintegracji naszej instytucji, zwalniania doświadczonych pracowników i przekazywania rynku zagranicznym konkurentom! Od dnia dzisiejszego pozostajemy w miejscu prowadzenia rozmów i będziemy działać w trybie ciągłym, aby wymusić na Zarządzie Poczty Polskiej rzeczywiste negocjacje i poszanowanie naszych praw, poszanowanie praw tysięcy Pracowników Poczty Polskiej.
Nie odejdziemy, dopóki nie uzyskamy gwarancji bezpieczeństwa zatrudnienia i uczciwego wynagrodzenia!”.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Adrian Grycuk – Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=72921835)

Mniej podwyżek i mniejsze

Mniej podwyżek i mniejsze

W tym roku mniej firm planuje podwyżki płac. Mają też one być niższe niż w ubiegłym roku.

Jak informuje portal TVN24, z badania przeprowadzonego przez międzynarodową grupę analityczną Hays plc. wynika, że w roku 2025 podwyżki pensji planuje 79 procent ankietowanych firm. To sporo, ale o trzy punkty procentowe mniej niż w roku ubiegłym.

Planowane wzrosty wynagrodzeń są jeszcze niższe. Tylko co dziesiąta firma planuje podwyżki większe niż o 10%. To o 8 punktów procentowych mniej niż rok temu oraz aż 21 punktów procentowych mniej niż w roku 2023 – wówczas ponad jedna trzecia przedsiębiorstw planowała podwyżki płac większe niż 10-procentowe.

Masowe zwolnienia miejskie

Masowe zwolnienia miejskie

W Kielcach straci pracę 100 osób w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie.

Jak informuje „Echo Dnia”, władze Kielc ogłosiły daleko idące zmiany w strukturze wsparcia socjalnego. Z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie zostanie zwolnionych ok. 100 osób. Pozostała część pracowników MOPR zostanie przeniesiona do Ratusza.

Władze miasta motywują takie działania chęcią oszczędności budżetowych. Twierdzą także, iż jednostka organizacyjna działała nieefektywnie, miała przerosty zatrudnienia oraz wysokie koszty własne działalności. Władze miasta twierdzą, że dzięki zmianom więcej środków trafi bezpośrednio do podopiecznych, a im samym zapewnione zostanie lepsze wsparcie. O ile jednak takie opinie są być może adekwatne wobec osób na stanowiskach kierowniczych czy administracyjnych, to trudno je potraktować poważnie, gdy zwolnienia mają się odbyć także wśród osób świadczących bezpośrednią pomoc i opiekę nad osobami z różnymi problemami.

Wielkie nierówności

Wielkie nierówności

Prezesi największych europejskich przedsiębiorstw zarabiają 110 razy więcej niż przeciętny pracownik – informuje Europejska Konfederacja Związków Zawodowych.

Na stronie śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” pojawiło się omówienie materiału Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Z dokumentu kontynentalnej „centrali” porozumienia związków zawodowych wynika, że prezesi największych europejskich przedsiębiorstw zarabiają aż 110 razy więcej niż przeciętny pracownik. W 2024 roku prezesi 100 największych firm w Europie otrzymali średnio 4 147 440 euro wynagrodzenia. W tym samym okresie pracownik otrzymał rocznie średnio 37 863 euro.

– „Różnica w wynagrodzeniach między kadrą menadżerską a pracownikami pokazuje, że pilnie potrzebujemy zrównoważenia gospodarki poprzez zwiększenie liczby osób pracujących korzystających z wynagrodzeń ustalanych w ramach układów zbiorowych pracy” – skomentowała Esther Lynch, sekretarz generalna Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych. Dodała ona: „Bardziej sprawiedliwe wynagrodzenie zwiększyłoby konkurencyjność, pomagając zniwelować niedobór siły roboczej w Europie i zapewniając, że więcej pieniędzy wróci do gospodarki, zamiast być gromadzonych na zagranicznych kontach”.

Tory (nie)inkluzywności

Tory (nie)inkluzywności

Gdy pracuje się na uniwersytecie, nie sposób uniknąć rozmowy o różnicach pokoleniowych. To najczęściej właśnie w metaforyce pokoleniowej opisujemy siebie nawzajem, definiujemy oraz oceniamy. Moim zdaniem ta metaforyka ma liczne pułapki poznawcze oraz nie chwyta rzeczywistości społecznej z taką mocą, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Myślenie pokoleniami, i to zmieniającymi się w bardzo szybkim tempie, z pominięciem uwarunkowań klasowych oraz zmiany środków komunikacji, jest w dużej mierze wymysłem przemysłu marketingowego.

Abstrahując od definicyjnych kłopotów, jest faktem to, że młodzi ludzie myślą o sobie metaforyką pokoleniową (a nie np. klasową), w czym utwierdzają ich media. Przykładem może być choćby uznanie piosenki „Patointeligencja” za piosenkę pokoleniową. TVN-owska telewizja śniadaniowa była głęboko zaniepokojona problemami „młodego pokolenia”, choć realnie dotyczą one drobnego wycinka młodych ludzi. Nawiasem mówiąc, charakterystyczne dla tej telewizji jest to, że problemy klasy, którą ona reprezentuje, przedstawia jako problemy społeczne w ogóle.

Gdy pytam studentów, i to kilku uniwersytetów, jakie podaliby cechy swojego pokolenia, zawsze wymieniają inkluzywność. Oznacza ona w ich ujęciu włączanie we wspólnotę osób definiowanych przez starsze pokolenia jako, z różnych powodów, inne. Najczęściej chodzi o orientację seksualną, ale nie tylko, gdyż uwzględniają także np. osoby z zespołem Aspergera, czyli osoby w pełni sprawne intelektualnie, ale z dysfunkcjami komunikacyjnymi. Inkluzywność w ich wyobrażeniu zakłada, że przestrzeń danej instytucji będzie bezpieczna dla wszystkich. To wyraz chęci tworzenia wspólnoty równych sobie osób, niewykluczania nikogo ze względu na to, kim jest oraz dawanie takim osobom akceptacji i wsparcia. Różnorodność nie jest wspólnotową przeszkodą, lecz bogactwem, które należy wykorzystać w celu tworzenia inkluzywnej przestrzeni, czyli takiej, która nikogo nie wyklucza.

Temat inkluzywności pojawił się przy okazji dwóch innych tematów: domniemanej ksenofobii tych wszystkich Europejczyków, którzy głosują na partie antyimigranckie oraz dzieciofobii, w tym np. niewpuszczania dzieci czy też ograniczenia im wstępu do określonych przestrzeni, np. restauracje, baseny, hotele. Obie dyskusje były inspirowane książkami – w pierwszym przypadku był to „Powrót do kwestii robotniczej”, w drugim „Zakaz gry w piłkę. Jak Polacy nienawidzą dzieci”. Omawiając określone zachowania chodziło o to, żeby uświadomić sobie, jak łatwo i nierzadko niesprawiedliwie można komuś przykleić fobiczną etykietę, gdy nie rozumie się m.in. położenia klasowego, realnego interesu ekonomicznego oraz stylu życia ocenianej osoby (lektura pierwsza). Gdy pytałem o akceptację pewnych zachowań względem dzieci, zdecydowana większość studentów opowiadała się za postawą, która autor „Zakazu gry w piłkę” uznałby za dzieciofobiczną. Okazało się, że szybko etykietują innych, lecz sami także nie są awangardą postępu i można ich łatwo okrzyknąć dzieciofobami (przynajmniej z punktu widzenia autora). Aby zmyć z siebie piętno grzechu bycia „fobem”, w tym przypadku dzieciofobem (choć większości ta łatka nie przeszkadzała i kwitowali ją wzruszeniem ramion), niektórzy powoływali się na wolny rynek: przecież ktoś może otworzyć restaurację bez wstępu dla dzieci, a ktoś inny z wstępem i wtedy dorośli będą mieli wolny wybór. Przypomniała mi się wtedy scena z filmu „Życie jest piękne”, w której ojciec, starając się nie wywoływać w małym synu strachu przed nadciągającym faszyzmem, tłumaczy mu, iż jedne sklepy nie wpuszczają Żydów, a oni nie będą wpuszczali w swoim Wizygotów. Wyobraźmy sobie teraz doprowadzenie sytuacji do absurdu: restauracja nie wpuszcza dzieci i Rosjan (właściciel to Ukrainiec), inna Żydów (właściciel to Palestyńczyk) i psów, gdyż woli koty. Wolny rynek wszystkiego nie załatwi, nie mówiąc już o tym, że życie stałoby się koszmarem, a o istnieniu przestrzeni publicznych nie wspominając.

Na tych przykładach chciałem pokazać studentom, że jeśli coś jest dla nich odległe, nie dotyczy ich osobiście, to łatwo można ulec żonglerce medykalizującymi etykietami różnego rodzaju, w czym swoją rolę odgrywają osoby o tzw. lewicowych poglądach. Przy okazji dyskusji o dzieciach i ich obecności we wspomnianych przestrzeniach, w których byliby zmuszeni przebywać wraz z nimi, studenci wyraźnie stawiali na własny komfort, którego nikt i nic, np. głośne zachowanie dzieci, nie powinno burzyć, szczególnie jeśli za to zapłacili (bilet na basen czy pociąg).

To sprowokowało mnie do sprawdzenia, na ile deklarowana inkluzywność w roli studentów byłaby realna, gdyby ich komfort został w jakiś sposób naruszony, czyli musieliby w imię inkluzywności poświęcić określone zasoby, np. czas lub wysokość stypendium. Wyszedłem za założenia, że inkluzywność polega na solidarności. Mamy z nią do czynienia, gdy poświęcamy coś dla kogoś innego. Gdy solidaryzując się z kimś drugim w jego położeniu, nie stawiamy na siebie i swoje Ja, lecz ewidentnie na tym tracimy, np. ekonomicznie. Wtedy albo się z tym godzimy, albo wykonujemy więcej pracy w celu „nadrobienia” finansowej straty. Słowem, jesteśmy w stanie ponieść tę stratę w imię wyższej wartości, jaką jest właśnie solidarność, czy mówiąc inaczej: inkluzja do wspólnoty takiej osoby, która pomocy potrzebuje, np. ze względu na posiadane deficyty, które uniemożliwiają jej normalne funkcjonowanie. Inkluzywność zawsze kosztuje, a jeśli inkluzywność nic nas nie kosztuje, to nie jest oparta na solidarności – jest raczej tolerancją, ale bez elementu wsparcia.

Zapytałem kilka grup studentów, czy popierają, aby mogły studiować osoby w spektrum autyzmu, np. z zespołem Aspergera. Odpowiedzieli, że tak. Po czym wymyśliłem w ramach eksperymentu taką historię, w której decyzją władz uniwersytetu przyjmuje się coraz więcej osób z zespołem Apergera, wszak nie posiadają one deficytów intelektualnych, lecz komunikacyjne. Większość studentów nie widziała w tym problemu. Dodałem, iż wymagają oni specjalnej opieki i wsparcia, w tym pomocy asystenta, którego wynagrodzenie będzie wypłacane ze środków uniwersytetu, co oznacza, że stypendia na studiach stacjonarnych oraz czesne na studiach niestacjonarnych odpowiednio: zmaleje o trzysta złotych, wzrośnie o trzysta złotych. Prosiłem o szczere odpowiedzi (znamy się na tyle i na tym część prowadzonych przeze mnie zajęć polega, że jesteśmy ze sobą szczerzy i dyskutujemy, czasami bardzo zażarcie, na kontrowersyjne tematy, np. polityczne i nie boimy się wygłaszać swoich opinii, nawet bardzo „niepoprawnych”).

Z sześciu grup studentów różnych roczników dwóch uniwersytetów tylko pojedyncze jednostki deklarowały, że są w stanie ponieść takie koszty w imię tego, aby osoby te mogły studiować (bez opiekuna jest to bardzo trudne). Jedna osoba to wyborca Partii Razem, będąca w spektrum autyzmu, ale dla mnie zupełnie niewidocznym, druga osoba miała rodzeństwo w spektrum autyzmu, dwie pozostały stwierdziły, że mają na tyle pieniędzy, że nie odczują różnicy.

Udzielone odpowiedzi wskazują, że tam, gdzie inkluzywność oparta na solidarności realnie kosztuje, uderza w interes jednostki, dla pokolenia, które stawia na Ja w wielu przestrzeniach swojego życia, od self love po samorozwój – tej inkluzywności nie będzie. Jest ona dla wybranych, dla tych, których włączenie nic nie kosztuje.

Jedna ze studentek, osoba słabowidząca, opowiada (przytoczę w całości napisany przez nią fragment, który zgodziła się, aby został opublikowany):

Ja mam za sobą dziesięć lat studiów [od 2013 do 2023 – dop. M. R] i w teorii końcówka była nieco lepsza od początków, ale ze wszystkimi w swoich grupach miewałam podobne problemy. Na pierwszych studiach, co ciekawe z pedagogiki specjalnej na specjalizacji terapia zajęciowa z psychomotoryką, gdzie zdawać by się mogło idą empatyczni ludzie, nastawieni na wspieranie osób z niepełnosprawnością, moje pierwsze tygodnie były strasznie ciężkie. Ludzie bardzo szybko podobierali się w grupki. Ja zanim otrzymałam przydzieloną mi asystentkę, to musiałam radzić sobie sama. Nie znałam jeszcze uczelni i miałam na przykład sytuacje, że potrzebowałam dotrzeć do dziekanatu. Usłyszałam, jak grupka dziewczyn rozmawia, że też tam idzie, więc zapytałam, czy mogę iść z nimi, na co one szybko zmieniły zdanie, że wcale tam nie idą. Rozdzieliłyśmy się, udało mi się trafić do dziekanatu i spotkałam przed nim tę samą grupę. Mówię, że jakimś cudem jednak też tu dotarły, na co one, że były na papierosie i zmieniły zdanie. Przy czym od żadnej papierosami czuć nie było. Podział na grupy i praca w grupy też kończyła się tak samo, jak zbieranie graczy do drużyny piłkarskiej, że zawsze zostawałam na końcu i nikt mnie nie chciał. W grupie miałam jeszcze dziewczynę z dużym niedosłuchem i oczywiście słyszałam, ze plotki na jej temat przychodziły łatwo, ale również miała problem, by znaleźć dla siebie miejsce. Ona jednak była outsiderką i chodziła swoimi ścieżkami, a ja zawsze lubiłam być otoczona ludźmi. W końcu dostałyśmy na nas dwie jedną asystentkę, była to pani doktor z innego wydziału. Mimo tytułu, bardzo wyluzowana babka, ale i tak ten fakt, że gdzieś wykłada i jest dużo starsza sprawił, że moja grupa nabrała jeszcze większego dystansu. Z czasem odezwała się do mnie na messengerze jedna z dziewczyn, że chciałaby mnie lepiej poznać i to w sumie był początek naszej wielkiej przyjaźni. Okazało się, że chwycenie mnie pod ramie, czy się za ręce i poruszanie się w ten sposób dla mojego komfortu nie jest żadnym problemem, że da się ze mną pogadać, pożartować, spędzić czas wolny, a w pracy w grupie robię całkiem spory kawał roboty. Z czasem dołączyło do nas kilka kolejnych dziewczyn (bo grupa była całkowicie damska), ja się na zajęciach przesiadłam od asystentki do koleżanek, bo okazało się, że jedyna pomoc, jakiej oczekuję od asystentki to przepisywanie tego, co jest na slajdach i czytanie mi treści, a z resztą radzę sobie sama. I tu kolejna smutna rzecz, że jak weszłam do koleżeńskiej grupy, to poznałam drugą stronę medalu, jak to dziewczyny przypuszczają, że dziewczyna z niedosłuchem wykorzystuje asystentkę, że asystentka pewnie podpowiada jej na egzaminach i robi za nią zadania. Dziś, jak osobiście zajmuję się dostępnością i pracuję jako koordynatorka z osobami z różnymi niepełnosprawnościami, wiem, że kontakt z osobą głuchą lub niedosłyszącą po prostu inaczej nieco wygląda i nikt tu niczego nie knuje. Moja przyjaźń po tych studiach niestety się skończyła, bo przyjaciółka miała wylecieć na chwilę do USA i została tam na stałe.

Przechodząc do jednej z moich podyplomówek, pamiętam, jak na studiach z psychologii pozytywnej, więc znowu dość istotny kierunek, jak do tego, co zaraz opiszę – miałam w grupie siostrę lub kuzynkę mojej niewidomej znajomej, a także dziewczynę poruszającą się przy pomocy balkonika. Pewnego razu zadzwonił próbny alarm na ewakuację i wszyscy zaczęli się zbierać w pośpiechu. Mi towarzyszył asystent typu „elegant”, więc podczas, gdy ja stałam jedynie z psem i telefonem w ręce, grupa się zbierała w popłochu, mój asystent nieśpiesznie wiązał szaliczek i obserwował sytuację. Wybiegliśmy na zewnątrz i ludzie zaczynają pytać, gdzie jest dziewczyna z balkonikiem, na co mój asystent ze spokojem odpowiada, że została w środku. Zatem mój asystent doskonale wiedział, że dziewczyna po schodach z balkonikiem nie zejdzie, winda zablokowana i nikomu nawet o tym nie powiedział, by jej pomógł. Siostra niewidomej jako osoba bardziej zaznajomiona ze środowiskiem OzN też nic nie zrobiła. A wykładowczyni po prostu zniknęła i pojawiła się magicznie w sali, jak już wróciliśmy.

Potem znowu przechodząc dalej, pojawiłam się na studiach z dziennikarstwa. Już mocno wyrobiłam swoją osobowość. Już miałam dopracowany wygląd, że bardzo mocno się wyróżniałam w tłumie, stałam się odważniejsza, aktywniejsza, bardziej zaczepna. A i tak grupa obchodziła się ze mną jak z jajkiem i nie była skora do rozmów, jakby wychodziła z założenia, że co tam osoba, która mało świata widzi mogła przeżyć i o czym ma gadać. Tu przez pierwszy rok miałam jedną asystentkę rok młodszą ode mnie, na drugim roku miałam zmiennych asystentów, a po kilku miesiącach czwartego semestru rozpoczęła się pandemia. Czułam, że asystenci nieco onieśmielają grupę, że to jednak ludzie z zewnątrz i może myśleli, że jesteśmy zajęci sobą, to nie będą z nami gadać, może dalej mnie mało znali i zakładali, że co ja tam wiem. I dopiero, jak skończyły się przedmioty ogólne i zaczęła praca w grupach zarówno na zajęciach, jak i prace długoterminowe, to w mniejszym gronie okazało się, że jest ze mną o czym gadać, mam czarny humor, dystans do siebie i potrafię zrobić projekt z jajem. Wbrew pozorom najbardziej zbliżyliśmy się do siebie podczas pandemii, pracy na teamsie i podczas nielicznych zajęć stacjonarnych. Okazało się jednak przez pewien przypadek, że ludzie pomimo że już lepiej im się ze mną rozmawia, to nie wiedzą, na ile ja widzę i zakładają, że wszystko trzeba mi podawać do ręki, opisywać, ustawiać mnie. A wyszło to w momencie, jak koleżanka usiłowała mnie wprowadzić do windy w bloku, w którym mieszkam i dokładnie opisywać mi, na które jedziemy piętro, że zamykają się drzwi i inne drobnostki. I od podstaw musiałam opisać jej, jak widzę. Kilka lat później ta sama dziewczyna zabrała mnie na konie wraz z partnerką naszego kolegi z grupy i dziewczyny zaczęły poznawać mnie z innej, tej pozastudenckiej strony, a bardziej hobbystycznej i rozrywkowej. I tu też zaczęły wychodzić pewne dziwne smaczki, jak po raz któryś w moim życiu okazało się, że przyjaźń polega na tym, że rozumie się bez słów. Zatem, jak dwie koleżanki siedziały w aucie z przodu, chichotały na jakąś wiadomość, mema, filmik lub sytuację na drodze, a mi trzeba było to wytłumaczyć, żebym też mogła się pośmiać, to przestałam ponownie być atrakcyjną koleżanką, bo trzeba poświęcić mi czas na opis. A jak spotkaniem miało być na przykład wyjście na kawę, piwo, obiad i dwie koleżanki dogadały się, że będą na miejscu szybciej, a ja do nich dołączę i ku ich zdziwieniu mówiłam, że nie wiem, gdzie dana knajpka jest i trzeba mnie odebrać z przystanku, to też już było nie po ich myśli.

Inny student, z zespołem Aspergera czy spektrum autyzmu, jak się dzisiaj mówi, opowiadając mi o swoich doświadczeniach podczas pięciu lat studiów, stwierdził, że nie czuł się akceptowany przez innych studentów, lecz raczej, jak to określił, jak „piąte koło u wozu” lub jak „nietykalny”, by użyć jego określeń: „Jestem [tutaj pada imię – dop. M. R.] i jest grupa”. Osoby, z którymi studiował wiedziały, że ma zespół Aspergera, ale i tak wymagały od niego, aby robił wszystko to, co oni, i jak oni. W zdecydowanej większości przypadków nie pomagali mu w żaden sposób, a jeśli już to robili, to z pretensją i wyraźnym poirytowaniem.

Jego problem polegał właśnie na tym, że pewnych rzeczy nawet nie tyle że nie umiał wykonać, ile ich nauczenie zajmowało mu więcej czasu i wymagało odpowiedniej komunikacji. Jego inność była tolerowana, ale gdy dochodziło do konkretnych działań nie liczyła się i oczekiwano od niego „bycia jak wszyscy”, kiedy on właśnie taki nie jest. „Masz Aspergera i co z tego?” – tak często odbierał komunikaty grupy. „Masz problemy, idź do psychiatry, tutaj się studiuje”. Wiele komunikatów wysyłanych mu przez studentów traktował jako pretensję w szkolnym stylu: dlaczego nie możesz być jak inni? Dlaczego nie możesz zachowywać się jak my? Uważa, że jego inność była dla nich „dziwna”, a jego zdaniem inność nie musi się równać „dziwności”. Miał poczucie, że wszyscy chcą, aby był jak oni. „Czułem się jak gwóźdź, który odstaje, a jak gwóźdź odstaje, to trzeba go przybić” – mówi.

Gdy opowiadał o swoich doświadczeniach przypominały mi się sytuacje, w których inni studenci, ze względu na swój stan zdrowia, najczęściej psychicznego, prosili o daleko idącą wyrozumiałość. Czy miałbym im wtedy powiedzieć: „Masz depresję? I co z tego? Idź do psychiatry, tutaj się studiuje”. Oczywiście, że nie. Oczekuje się wrażliwości na swoje problemy, ale już nie na problemy innych. Choć zdaję sobie sprawę z odmienności tych sytuacji, to jednak powinny one uczyć akceptacji i wyrozumiałości dla słabości innych, szczególnie, że nie są od nich zależne, o wspieraniu nie mówiąc, bo studiowanie kosztuje te osoby ogrom wysiłku i stresu nieporównywalny z doświadczeniami osób w pełni sprawnych. Poza tym, kto z nas tego wsparcia nie potrzebuje, i to zarówno po stronie studentów, jak i wykładowców? Wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

W naszej rozmowie podkreślił również, że oferowana mu pomoc była albo bardzo krótkotrwała, albo musiała się komuś opłacać, np. „żeby pokazać jaki ktoś jest fajny”.

Powyższe refleksje dwójki studentów pokazują (na ile jest to odzwierciedlenie szerszego podejścia i rozziewu pomiędzy deklaracjami a rzeczywistymi działaniami to sprawa do zbadania), że w dużej mierze nie wspiera się inności, albowiem ona przeszkadza, jeśli właśnie jest sobą. Co to za Inność, która ma się stać Taka Sama? Studenci myślą w optyce sprawiedliwości proceduralnej: wszyscy jesteśmy równi, studiujemy na takich samych warunkach i nie interesują nas twoje zaburzenie czy dysfunkcja. Można podchodzić do tego w ten sposób, ale jest to odległe od wrażliwości na poszerzenie wyobraźni moralnej i budowy bardziej przyzwoitego oraz inkluzywnego społeczeństwa. To po pierwsze. Po drugie, inność sprawia kłopot, ponieważ trzeba coś poświęcić, np. pieniądze, czas lub swój komfort psychiczny i fizyczny.

Z tych dwóch historii wynika wniosek, że zdecydowana większość studentów, ze względu na wartości, które wyznaje, a realizowane w różnych praktykach, jak samorozwój, skupienie na Ja, osiąganie finansowego sukcesu, nie jest gotowa nieść pomocy, gdyż w murach uniwersytetu nie może się ona odbywać ich kosztem: od kwestii ekonomicznej po zasób czasu i uwagi. Tutaj każdy pracuje na siebie.

Doskonale to rozumiem, albowiem inkluzywność, która wydaje się nam wypływać z wnętrza jednostki, tj. jej moralności, wrażliwości, empatii, tzw. dobrego serca itp., potrzebuje ekonomicznych torów, po których może się poruszać, musi mieć odpowiednie warunki społeczne, aby funkcjonować. Jeśli tych torów nie ma, stajemy się skupieni na sobie, niechętni do pomocy, poświęcenia, bo wiemy, że jeśli my o siebie nie zadbamy, to nikt o nas nie zadba.

Nie należy ich za to winić, albowiem oni sam siebie nie stworzyli, po prostu respektują przekonania i hierarchię wartości ponowoczesnej formy neoliberalizmu, które okazują się silniejsze niż ich deklaracje. Jest to także wina samego uniwersytetu, który coraz bardziej staje się korporacją a nie universitas, czyli wspólnotą właśnie.

Dotyczy to wielu aspektów życia, czego przykładem jest fakt, że większość z nich na wakacje lata samolotami, choć wiedzą, że należałoby to ograniczyć ze względów klimatycznych. Ale dlaczego mamy sobie czegoś odmawiać i przez to cierpieć, jeśli inni sobie nie odmawiają i nie cierpią? – pytają i mają dużo racji. W ich podejściu do świata, choć oczywiście nie wszystkich, nic nie jest bardziej obce niż poświęcenie i ofiarność, ponoszenie osobistych kosztów. Mam jedno życie i chcę je dobrze przeżyć, czerpać z niego ile się da, doświadczać, podróżować, rozwijać się, być szczęśliwym – mówią. W pewnym sensie rozumiem to podejście, ale nie było chyba jeszcze pokolenia, które nie musiało by czegoś poświęcać, rezygnować z części siebie w imię jakichś wartości wyższych niż Ja, bo ten świat nie jest ani nie będzie rajem na ziemi. Hiperindywidualizm to droga donikąd, nie mówiąc już o tym, że nie ma nic bardziej odległego od ideału lewicowości niż taka właśnie postawa (to zresztą jeden z wielu powodów, wskutek którego lewica przegrywa).

Rachunek ekonomiczny zaczął rządzić naszą zdolnością tolerancji oraz akceptacji, inkluzyjności właśnie, albowiem wszystko, koniec końców, sprowadza się do finansów, gdyż nawet czas poświęcony komuś drugiemu może być wykorzystany efektywniej. Zaczął on rządzić w zasadzie już wszystkimi sferami życia, w tym obszarami miłości: od miłości dwójki osób (relacja biznesowa, terapeutyczno-coachingowa zastępująca straszną miłość romantyczną), przez nawet tak chętnie wyszydzaną miłość do ojczyzny (brzydkie słowa na „p”, jak patriotyzm i Polska), która „niczego mi nie dała”, po braterską miłość do drugiego człowieka.

Inkluzywność i mówienie o niej w aspekcie indywidualnej decyzji jednostki, to, by przywołać początek tekstu, zasłona dymna dla procesu jeszcze większego dzielenia nas oraz nauki skupiania na sobie. Zamiast na fobiach, realnych bądź domniemanych, i skakaniu sobie do gardeł, lepiej skupić się na budowaniu dobrych torów. Choć i to nie daje gwarancji tworzenia bardziej empatycznego i przyzwoitego społeczeństwa, bo muszą jeszcze być ludzie, którzy chcą jeździć pociągami.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tumisu from Pixabay

Erupcja zwolnień grupowych

Erupcja zwolnień grupowych

Zwolnienia grupowe w Polsce były w 2024 rekordowo wysokie od czasu pandemii.

Jak informuje „Rzeczpospolita”, ubiegłoroczna skala zwolnień grupowych w Polsce była najwyższa od momentu zatrzymania gospodarki w pierwszych miesiącach pandemii. Zgłoszone zamiary zwolnień grupowych dotyczyły 37300 osób, co oznaczało wzrost rok do roku o ponad 20%. Znacznie gorzej wypadła skala zwolnień faktycznych. Pracę w wyniku zwolnień grupowych straciło w roku 2024 aż 27000 osób – oznacza to wzrost o 60% w porównaniu z rokiem 2023.

To nie koniec negatywne trendu. Dopiero teraz, z pewnym opóźnieniem, będą realizowane duże zwolnienia grupowe ogłoszone w roku 2024. Mowa m.in. o 8500 pracownikach Poczty Polskiej. Groza zwolnień wisi nad 900 pracownikami Rafako. Jeszcze co najmniej kilka dużych zwolnień grupowych zaplanowanych już w 2024 będzie miało miejsce wiosną bieżącego roku, np. ponad 400 osób w firmie meblarskiej BRW. Tylko w styczniu 2025 zamiar zwolnienia 9500 osób, gdy rok wcześniej mowa była w tym samym okresie roku o 340 osobach.

Nie ma pracy bez podwyżek

Nie ma pracy bez podwyżek

W PZL Świdnik tysiąc osób odeszło od pracy w niezgodzie na brak podwyżek płac.

Jak informuje Interia Biznes, w piątek pracownicy PZL Świdnik masowo wzięli urlop na żądanie i nie stawili się w pracy. Zrobiło tak aż 1000 osób z 3000-tysięcznej załogi. W proteście wzięłoby udział więcej osób, ale część nie otrzymała zgody na urlop.

Ta miękka forma strajku to odpowiedź na brak podwyżek płac. Pracownicy i reprezentujące ich związki zawodowe domagają się wzrostu płac o 8,5% od początku roku 2025. Zarząd firmy twierdzi, że prowadzi negocjacje płacowe, ale związki uważają, że szefostwo gra na zwłokę i odmawia udziału w sprawnym i szybkim procesie negocjacyjnym. Dlatego w piątek sięgnięto po kolejną formę nacisku na władze zakładu. Dodatkowo część osób, które wzięły urlop, zgromadziła się pod siedzibą firmy i w ciszy blokowali ruch samochodowy.

Związkowcy twierdzą, że ostatnie spotkanie z zarządem odbyło się, bez efektów, 13 stycznia. Wcześniejsze negocjacje, z listopada, zakończyły się przedstawieniem przez władze zakładu bardzo niskich propozycji podwyżek i ofertę tę odrzucono. Kierownictwo nie zgodziło się także na fachowe mediacje i dopiero po zwróceniu się do ministerstwa przemysłu został wyznaczony mediator z urzędu.

Zakłady w Świdniku miały w poprzednich latach duże zyski. Rośnie także ich produkcja oraz brakuje rąk do pracy. Mimo to zarząd nie zgadza się na oczekiwane podwyżki, nieznacznie przewyższające poziom inflacji.

W Świdniku powstają m.in. śmigłowce dla polskiego wojska, a także zasadnicze części śmigłowców bojowych na eksport. Zakłady należą do koncernu Leonardo.

(zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Radomil talk – Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1361297)

Brak pielęgniarek

Brak pielęgniarek

Polska ma drastycznie niskie poziomy absolwentów szkół pielęgniarskich oraz osób zamierzających kształcić się w tym zawodzie.

Jak informuje Business Insider na podstawie raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w Polsce narasta problem niedoborów pielęgniarek. Niedobory kadrowe w tym zawodzie występują już w 70% polskich szpitali. Na 1000 mieszkańców mamy 5 czynnych zawodowo pielęgniarek, a tylko 3 pracują w publicznym systemie ochrony zdrowia.

Prawdopodobnie będzie tylko gorzej. Odsetek 15-latków, którzy myślą o pracy w zawodzie pielęgniarki, jest w Polsce rekordowo niski w gronie krajów OECD. O takiej ścieżce zawodowej myśli poniżej 0,5% polskich uczniów. Średnia dla krajów OECD wynosi 2%.

Podobnie jest z faktycznym kształceniem w tym zawodzie. W roku 2022 na 100 tys. mieszkańców przypadało w Polsce niespełna 20 absolwentów kierunku pielęgniarstwa. Średnia dla krajów OECD wynosi ponad 40 absolwentów.

Bezrobocie wciąż rośnie

Bezrobocie wciąż rośnie

Mamy już czwarty z rzędu miesiąc wzrostu bezrobocia.

Wstępne szacunki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej mówią, że w styczniu 2025 roku bezrobocie znowu wzrosło. To już czwarty z rzędu miesiąc wzrostu bezrobocia. W październiku wynosiło 4,9%, w listopadzie 5%, w grudniu 5,1. W styczniu wzrosło bardziej dynamicznie i wynosi 5,4%. W liczbach bezwzględnych przybyło w ciągu miesiąca ponad 52 tysiące osób zarejestrowanych w urzędach pracy.

Najniższy poziom bezrobocia był w styczniu 2025 w Wielkopolsce, gdzie wyniósł 3,3%. Najwyższy natomiast w woj. podkarpackim, gdzie osiągnęło ono wskaźnik 9,1%. Łączna liczba zarejestrowanych bezrobotnych w Polsce wynosi 839 tysięcy osób.

Bezrobocie w Polsce rośnie, choć powinno szybko maleć już tylko z powodu sytuacji demograficznej, nawet bez rozwoju gospodarczego. Każdego miesiąca odchodzą bowiem na emerytury pracownicy z roczników wyżów demograficznych, a na rynek pracy wchodzą osoby z roczników o znacznie niższym wskaźniku urodzeń.

Akademik pomniejszony

Akademik pomniejszony

Rektor UJ zmniejsza planowaną liczbę miejsc w akademiku. Wbrew wcześniejszym deklaracjom.

Wedle oficjalnych informacji udostępnionych na stronie internetowej uczelni oraz przesłanych społeczności studenckiej drogą mailową, w dniu 23 stycznia br. został ogłoszony przetarg na projekt i budowę nowego akademika Uniwersytetu Jagiellońskiego na Ruczaju w Krakowie. W komunikatach mowa o 200 miejscach, które zapewni nowo wybudowany akademik. Wcześniej władze UJ – zarówno poprzedni rektor Jacek Popiel jak i rektor Piotr Jedynak – deklarowały, że nowy akademik zapewni dodatkowe 400 miejsc. Wbrew wcześniejszym deklaracjom liczbę miejsc zmniejszono aż o połowę.

Niedobór miejsc w akademikach i zwlekanie z remontem „Kamionki”

Wedle najnowszych informacji zamiast pierwotnie zapowiadanych 400 miejsc, dostępnych będzie jedynie 200. Decyzja o zmniejszeniu liczby miejsc o połowę w nowo powstającym akademiku na Ruczaju jest niezrozumiała ze względu na pogłębiający się kryzys mieszkaniowy w Krakowie. Według oficjalnych danych, które przekazała nam kanclerz Uniwersytet Jagiellońskiego, Monika Harpula, w obecnym roku akademickim aż 438 osób nie otrzymało miejsca w akademiku. Liczba ta wskazuje, że chętnych do zamieszkania w domach studenckich UJ nie brakuje. Liczba ta nie oddaje jednak pełnej skali problemu. Wielu studentów nawet nie próbuje składać wniosku o miejsce w akademiku ze względu na małe szanse jego otrzymania. Z tym problemem muszą mierzyć się chociażby osoby zameldowane w podkrakowskich gminach, które planują wyprowadzenie się z domu rodzinnego. Liczba miejsc w akademikach na UJ (wraz z Collegium Medicum) wynosi 3707. Oznacza to, że miejsc starcza jedynie dla około 9% studiujących.

Nowy akademik nie będzie w stanie pokryć całego zapotrzebowania na dostępne cenowo zakwaterowanie. Decyzja o zmniejszeniu liczby miejsc jest tym bardziej niezrozumiała w sytuacji, w której władze Uniwersytetu zwlekają z remontem dwóch zabytkowych budynków DS „Kamionka”. Przypomnijmy, że do remontu „Kamionki” w maju ubiegłego roku zobowiązał się rektor Piotr Jedynak w porozumieniu kończącym studencki strajk okupacyjny. Mimo występowania ogromnego zapotrzebowania na nowe miejsca w domach studenckich, władze uczelni nie zamierzają rozszerzać zaplecza socjalnego tak, by skutecznie pokryć obecne i przyszłe zapotrzebowanie. Przywrócenie do użytkowania akademika na Czyżynach pozwoliłoby w wyraźny sposób uzupełnić zasób akademikowy. Kampus na Ruczaju i „Kamionkę” łączy jedna linia autobusowa, co czyni tę lokalizację przystępniejszą niż akademiki „Piast” i „Bydgoska”.

Kwestia planu miejscowego i podziemnego parkingu

Warto zauważyć, że władze uczelni nie przedstawiły szczegółowych informacji na temat drugiego etapu akademika na Ruczaju, który miałby pomieścić kolejne 200 studentek i studentów. Przyszłość potencjalnego drugiego budynku akademika jest więc niejasna. Zgodnie z zapisami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, przy budowie drugiego etapu akademika konieczna byłaby budowa podziemnego parkingu, aby spełnić wymóg minimalnego współczynnika powierzchni biologicznie czynnej. To może okazać się jednak skomplikowane, biorąc pod uwagę podmokły teren i fakt notorycznego podtapiania podziemnych kondygnacji pobliskiego budynku Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej. W programie funkcjonalno-użytkowym Domu Studenckiego na Kampusie III wspominano o ewentualnej konieczności zmiany planu miejscowego, poprzez procedurę wykonania zintegrowanego planu inwestycyjnego (w załączniku, str. 8). Nie wiemy więc, czy kolejny etap domu studenckiego będzie mógł powstać w najbliższym czasie. Zgodnie z komunikatem rektora, decyzja o dalszej rozbudowie kompleksu będzie zależna od popytu oraz potrzeb społeczności akademickiej, jednak brak konkretnego harmonogramu i wiążących zapewnień budzi zrozumiałe wątpliwości wśród studentów i studentek. Mając na uwadze obecne zapotrzebowanie, nowy akademik nie będzie w stanie zapewnić wystarczającej liczby miejsc dla każdego chętnego.

Oczekiwania studentów i studentek

Jako studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego domagamy się przedstawienia terminu budowy drugiego domu studenckiego na terenie Kampusu oraz przywrócenia akademika „Kamionka” do użytkowania. Władze najstarszej uczelni w Polsce w dalszym ciągu przyczyniają się do niszczenia dwóch zabytkowych budynków akademika „Kamionka”, konsekwentnie odmawiając rozpoczęcia koniecznego remontu. Nie zważają przy tym na sprzeciw studentów i mieszkańców okolicznego osiedla. Jako studenci i studentki UJ oczekujemy budowy akademika na Ruczaju w pierwotnie deklarowanym zakresie 400 miejsc, remontu i przywrócenia akademika „Kamionka” oraz regularnych remontów istniejących domów studenckich.

Studenci i studentki UJ, Krakowskie Koło Młodych Inicjatywy Pracowniczej

Chcą stabilizacji

Chcą stabilizacji

Związkowcy apelują do władz PKP PLK o zwiększenie stabilizacji zatrudnienia.

Jak informuje Kolejowy Portal, Sektor Infrastruktury Związku Zawodowego Dyżurnych Ruchu PKP, zrzeszony w centrali OPZZ, zwrócił się do prezesa PKP Polskie Linie Kolejowe Piotra Wyborskiego z apelem w sprawie braku zawierania umów na czas nieokreślony z pracownikami niektórych działów tego przedsiębiorstwa.

Związkowcy wskazują, że problem ten dotyczy głównie zespołu zwrotniczych w pionie inżynierii ruchu. Pracownicy po niemal dwóch latach zatrudnienia i trzech kolejnych umowach na czas określony wciąż nie otrzymują stabilnego zatrudnienia. Zdaniem Związku, wiele takich umów jest wygaszanych, a pracownicy w ostatniej chwili dowiadują się, że tracą zatrudnienie. Twierdzą oni także, iż przyczynami nieprzedłużania umów były ciąże pracownic lub korzystanie z uprawnień rodzicielskich, co jest sprzeczne z prawem.

Związkowcy w swoim stanowisku zwracają uwagę na negatywne skutki takich działań. Są wśród nich m.in. utrata młodych, perspektywicznych pracowników; odchodzenie wykwalifikowanych specjalistów z kierunkowym wykształceniem; marnowanie środków przeznaczonych na szkolenia, badania medyczne i przygotowanie nowych pracowników; ryzyko braku wykwalifikowanej kadry w przyszłości; zmniejszenie zainteresowania podnoszeniem kwalifikacji przez pracowników.

Związek zawodowy zarzuca szefostwu firmy, że takie działania są sprzeczne z tym, co jest deklarowane w ofertach pracy w PKP PLK. Przedsiębiorstwo promuje zatrudnienie w firmie jako gwarancję stabilizacji zawodowej i życiowej. Tymczasem po dwóch latach rzetelnej pracy okazuje się to fikcją. Podkopuje to wizerunek przedsiębiorstwa.

Mniej stałej pracy

Mniej stałej pracy

Przybywa firm, które zamierzają zatrudniać tylko dorywczo, a nie na dłużej.

Jak informuje portal Strefa Biznesu, przybywa firm deklarujących zatrudnianie tylko w formule dorywczej, bez oferowania stałego lub dłuższego stosunku pracy. Tak wynika z badań agencji pracy Tikrow, która regularnie bada tzw. Wskaźnik Pracy Dorywczej.

Według najnowszej edycji badań aż 63% ankietowanych firm zadeklarowało zatrudnianie pracowników dorywczych w pierwszym kwartale bieżącego roku. To wzrost o aż 12 punktów procentowych w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku. W branży produkcyjnej ten wskaźnik jest jeszcze wyższy i wynosi 72% przedsiębiorstw.

Mocno kontrastuje to z deklaracjami pracowników. Tylko 19 proc. z nich chce podejmować pracę dorywczą pracy w pierwszym kwartale 2025. Rok temu było ich o 3 punkty procentowe więcej. Jednocześnie z badania SW Research wynika, że 45 proc. Polaków aktywnych zawodowo podejmuje dodatkowe prace/zlecenia oprócz swojego głównego miejsca/rodzaju zatrudnienia. ą to głównie osoby młode, pracujące już gdzieś na pół etatu oraz osoby o najniższych zarobkach.

Na wylocie z supermarketu

Na wylocie z supermarketu

Kilkaset osób straci pracę w dużej sieci supermarketów w Polsce.

Jak informuje portal Dla Handlu, polski oddział francuskiej sieci supermarketów Carrefour podjął decyzję o zwolnieniach grupowych. Zostały one już zgłoszone do urzędów pracy. Zatrudnienie straci w tej sieci 340 osób. Zwolnione zostaną osoby głównie w Warszawie i Bydgoszczy.

W sprawie warunków zwolnienia trwają negocjacje z działającymi w sieci związkami zawodowymi. Procedura zwolnień ruszy niedługo.

Bojkot drożyzny

Bojkot drożyzny

W Chorwacji przeciw drożyźnie trwa bojkot niektórych sieci handlowych oraz grup produktów.

W czwartek w Chorwacji rozpoczęła się akcja obywatelskiego sprzeciwu wobec drożyzny. W jej ramach na wezwanie organizacji społecznych, związków zawodowych, części partii politycznych, a nawet osób z obozu rządzącego trwa bojkot konsumencki. Obejmuje on największe sieci handlowe, w tym Lidla, DM i Eurospin. Bojkotem w tych i pozostałych sklepach objęto także określone grupy produktów: napojów gazowanych, wody w butelkach oraz niektórych produktów chemii gospodarczej. Bojkotem są objęte podmioty o największych udziałach w tynku oraz grupy produktów, które drożały najbardziej.

Akcja spotkała się z wielkim poparciem społecznym. Obroty w piątek spadły znacząco: o 44% mniej niż zwykle wystawiono paragonów, a obroty były niższe o 53%. Są już pierwsze efekty. Jedna z bojkotowanych sieci obniżyła ceny 250 produktów.

Bojkot idzie w parze z działaniami rządu chorwackiego. Dotychczas istniała lista 30 rodzajów produktów, których ceny zostały uregulowane ustawowo. W piątek premier Chorwacji powiększył ją do 70. Oznacza to, że np. pośród wszystkich sprzedawanych gatunków chleba co najmniej jeden będzie musiał być sprzedawany w cenie ustawowo obniżonej. Oprócz tego obniżono VAT na chleb, mleko, jajka, owoce i warzywa – do poziomu 5 proc. Na inne wybrane produkty obniżono go do 13%. Chorwacja ma zwyczajną stawkę VAT 25%.

Do akcji przyłączają się już Słowenia, Macedonia Północna, Serbia, Bośnia i Hercegowina oraz Czarnogóra.

Znikające miasta

Znikające miasta

PKP Intercity wycofało postoje z szeregu miast. Często wbrew zapisom planu transportowego.

Wykreślanie postojów pociągów spółki PKP Intercity w mniejszych miastach trwało przez ostatnie tygodnie przed ogłoszeniem rozkładu jazdy, który wszedł w życie z dniem 15 grudnia 2024 r.

Nie tylko Włoszczowa

Przewoźnik zrezygnował między innymi z zatrzymywania pociągów Pendolino na stacji Włoszczowa Północ. Postoje te widniały jeszcze w przyjętym 18 września 2024 r. dokumencie „Zarządzony roczny rozkład jazdy”, stanowiącym zwieńczenie prac nad ofertą przewozową PKP Intercity wchodzącą w życie w połowie grudnia 2024 r.

Już pod koniec listopada 2024 r. na stacji Włoszczowa Północ pojawił się kandydat Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta: „Ograniczenie możliwości komunikacji i wykluczenie komunikacyjne lokalnej, powiatowej Polski jest dzisiaj dużym zagrożeniem” – mówił na włoszczowskim peronie Karol Nawrocki, a media prześcigały się na tytuły: „Z Włoszczowy znika Pendolino”, „Pendolino żegna Włoszczowę”, „Pendolino opuszcza Włoszczowę”.

Nie od dziś Włoszczowa budzi duże emocje wśród polityków i dziennikarzy, ale połączeń Pendolino od połowy grudnia 2024 r. pozbawione zostały również Jelenia Góra, Wałbrzych, Brzeg, Ciechanów i Działdowo. To jednak nie wszystko – jest szereg miejscowości, które straciły wszystkie połączenia dalekobieżne.

(Nie) wszystkie powiaty

Pociągi PKP Intercity przestały stawać w Środzie Śląskiej, mieście powiatowym liczącym 10 tys. mieszkańców. Choć stacja znajduje się na północnym skraju miasta, to połączenie z oddalonym o 3,5 km centrum, jak również okolicznymi wsiami zapewniają autobusy Średzkiej Komunikacji Publicznej.

Po likwidacji postojów w Środzie Śląskiej pociągi PKP Intercity pokonują bez zatrzymania aż 65-kilometrowy odcinek z Wrocławia do Legnicy, a powiat średzki przestał być obsługiwany połączeniami dalekobieżnymi. Tymczasem odpowiadające za organizację i finansowanie tych połączeń Ministerstwo Infrastruktury w planie transportowym wskazuje, że przy planowaniu oferty należy brać pod uwagę „minimalizację wykluczenia transportowego przez zaplanowanie połączeń do jak największej liczby powiatów”, konkretnie przy tym wymieniając Środę Śląską wśród stacji, na których należy wyznaczać postoje pociągów kategorii InterCity i TLK.

Na początku grudnia 2024 r. w resorcie infrastruktury odbyło się spotkanie z samorządami na temat planów rozwoju sieci kolejowej. – „Prezentujemy nowe podejście do rozwoju kolei. Przede wszystkim zmieniamy punkt ciężkości z Warszawy i lotniska CPK na układ policentryczny. Chcemy, by kolej skomunikowała wszystkie powiaty połączeniami dalekobieżnymi” – oznajmił odpowiedzialny za kolej wiceminister Piotr Malepszak. Jak jednak okazuje się na przykładzie powiatu średzkiego, zasada ta nie jest dochowywana na istniejącej sieci połączeń – mimo obowiązujących zapisów w planie transportowym, który został przyjęty jako rozporządzenie ministra infrastruktury.

Kosztem mniejszych ośrodków

Plan transportowy wskazuje też między innymi, że codziennymi postojami powinny dysponować Ziębice, liczące 8 tys. mieszkańców miasto na linii Wrocław – Kłodzko. Tymczasem od grudnia 2024 r. w Ziębicach staje tylko kursujący w soboty i niedziele pociąg InterCity „Śnieżka” relacji Warszawa – Wrocław – Kudowa-Zdrój. Ziębice ucierpiały na tym, że w ruchu dalekobieżnym obsługę odcinka między Wrocławiem a Kłodzkiem przejęły nowe pociągi „Baltic Express” relacji Gdynia – Gdańsk – Bydgoszcz – Poznań – Wrocław – Praga, które pomijają część miast dotychczas obsługiwanych przez spółkę PKP Intercity. W związku z tym połączenia dalekobieżne straciło także 2,5-tysięczne Bardo.

Na linii Wrocław – Wałbrzych – Jelenia Góra pociągi dalekobieżne przestały stawać w Janowicach Wielkich. To już kolejna miejscowość między Wałbrzychem a Jelenią Górą, która traci pociągi PKP Intercity. W grudniu 2020 r. przewoźnik zrezygnował z postojów w Marciszowie, a w grudniu 2017 r. w Boguszowie-Gorcach – mieście liczącym 14 tys. mieszkańców.

Jak widać, likwidowanie postojów miało też miejsce za rządów PiS, mimo że wówczas PKP Intercity przy kolejnych zmianach rozkładu jazdy chwaliło się rosnącą liczbą obsługiwanych stacji: „Jeszcze w rozkładzie jazdy 2014/2015 pociągi PKP Intercity zatrzymywały się w blisko 300 miastach i miejscowościach. W każdym kolejnym rozkładzie ta liczba systematycznie rosła dochodząc do ponad 400 obsługiwanych miast i miejscowości. W rocznym rozkładzie jazdy na sezon 2020/2021 pociągi PKP Intercity będą zatrzymywać się już w około 420 ośrodkach” – informował przewoźnik pod koniec 2020 r.

Od 2017 r. pociągi PKP Intercity nie stają w Skawinie i Jordanowie na linii Kraków – Zakopane. Od grudnia 2024 r. pomijają kolejne miasto: Maków Podhalański. – „Zostaliśmy tym zaskoczeni. Decyzja zapadła nie tylko bez konsultacji, ale nawet bez wcześniejszej informacji” – mówi Michał Surmiak, burmistrz 16-tysięcznej gminy miejsko-wiejskiej Maków Podhalański. – „Mieszkańcy stracili możliwość dojazdu do Krakowa w około godzinę, a więc w czasie konkurencyjnym dla samochodu, dzięki czemu połączenia PKP Intercity cieszyły się rosnącą popularnością. To nie tylko problem Makowa, ale również ościennych gmin jak Zawoja i ich mieszkańców zostawiających samochody na dużym parkingu przy makowskim dworcu, by wsiąść do pociągu. Przestawiamy naszą gminę na turystykę i dostęp do połączeń dalekobieżnych jest istotnym elementem tej strategii”.

Michał Surmiak dodaje, że PKP Intercity to spółka, która ma realizować misję. – „Nie można wszystkiego przeliczać na minuty kosztem mniejszych ośrodków. Są przecież ekspresy z niewielką liczbą postojów, a pociągi niższych kategorii powinny także zaspokajać potrzeby małych i średnich miast”.

Metropolia bez postojów

Cięcie postojów wcale nie ominęło dużych aglomeracji – pociągi PKP Intercity przestały zatrzymywać się na stacji Chorzów Batory. Oznacza to, że na kolejowym kręgosłupie Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii pociągi dalekobieżne pokonują 19-kilometrowy odcinek od Katowic do Zabrza, jadąc bez postojów nie tylko przez Chorzów, ale też przez Świętochłowice i Rudę Śląską. Te trzy miasta liczą w sumie ponad ćwierć miliona mieszkańców. Na północnym zachodzie metropolii pociągi PKP Intercity przestały stawać w 17-tysięcznych Pyskowicach. Zatrzymania w Pyskowicach i Chorzowie Batorym zostały wykreślone, choć w planie transportowym resortu infrastruktury stacje te uwzględnione są w spisie postojów pociągów InterCity i TLK.

Plan transportowy wymaga, aby na Magistrali Nadodrzańskiej Wrocław – Zielona Góra – Szczecin składy dalekobieżne zatrzymywały się w Bytomiu Odrzańskim. Mimo to od 15 grudnia 2024 r. pociągi PKP Intercity już nie stają w tym liczącym 4 tys. mieszkańców lubuskim mieście.

Z mapy połączeń PKP Intercity zniknęły też Trawniki na Lubelszczyźnie, Zbąszyń w Wielkopolsce oraz Gorzkowice w Łódzkiem. Gorzkowice – zlokalizowane w połowie 45-kilometrowego odcinka między Radomskiem a Piotrkowem Trybunalskim – są siedzibą liczącej 8 tys. mieszkańców gminy wiejskiej w powiecie piotrkowskim. Gorzkowice zniknęły z mapy połączeń PKP Intercity, mimo że leżą w okręgu wyborczym ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka z Polskiego Stronnictwa Ludowego, a do PSL należy też wójt gminy Alojzy Włodarczyk.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/134 styczeń-luty 2025); https://www.zbs.net.pl

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Eskalacja zwolnień

Eskalacja zwolnień

Znana firma meblarska zwolni znacznie więcej osób niż zapowiadała.

Jak informuje portal Hej.Mielec.pl, znacznie większe niż zapowiadano zwolnienia szykują się w dużej firmie meblarskiej Black Red White. Początkowo była mowa „tylko” o likwidacji zakładu produkcyjnego firmy w Przeworsku. Pracę miało stracić wówczas ponad 200 osób.

Dzisiaj wiadomo już, że BRW likwiduje miejsca pracy także w innych swoich zakładach: w centrali w Biłgoraju oraz w zakładzie w Mielcu. Łącznie zatrudnienie w BRW straci 421 osób, z czego 220 w Przeworsku. W pierwszej kolejności, do końca marca, stracą pracę osoby zatrudnione w Przeworsku, a do końca czerwca zwolnieni zostaną pozostali.

Z internetu na bruk

Z internetu na bruk

Tym razem zwolnienia grupowe dotkną pracowników jednej z platform ogłoszeniowych.

Jak informuje portal Wirtualne Media, zapowiedziano zwolnienia grupowe w popularnym portalu OLX. Należy on do grupy OLX, specjalizującej się w internetowych ogłoszeniach sprzedażowych i działaniach z nimi związanych.

Pracę ma stracić 60 osób w Otomoto Pay – zajmujących się pomocą w znalezieniu szybkiego kredytowania zakupu samochodu lub innego pojazdu. To 4,5% ogółu pracowników firmy. Na razie nie są znane dokładne daty przeprowadzenia zwolnień grupowych, ale sama decyzja już zapadła. Inne źródła mówią, że liczba zwolnionych może być większa i wynieść 80 osób.

Studenci wyrzuceni

Studenci wyrzuceni

Władze wyrzucają studentów z posiedzenia uczelnianego senatu.

Wczoraj (29.01) grupa siedmiu studiujących wzięła udział w posiedzeniu Senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po raz pierwszy mieli oni możliwość wygłoszenia przed senatem swojego sprzeciwu wobec sprzedaży domu studenckiego „Kamionka”. W tym celu studenci i studentki UJ złożyli wniosek o uzupełnienie porządku obrad najbliższego posiedzenia, który w ciągu kilku dni podpisało aż 235 członkiń i członków społeczności akademickiej (w tym także pracowników).

Siłowe zakończenie posiedzenia

Głos studentów został w wyraźny sposób zignorowany przez rektora Jedynaka. Studencka prezentacja była wielokrotnie przerywana i uniemożliwiono jej dokończenie. Podczas prezentowania część senatorów wielokrotnie przerywała, a nawet wyśmiewała się z treści prezentacji. Rektor Jedynak zamknął posiedzenie Senatu w ciągu kilkunastu minut od rozpoczęcia zgłoszonego punktu, bez przeprowadzenia obiecanej dyskusji, pod pretekstem nagrywania posiedzenia przez studentów. Następnie, senatorowie wyszli z sali obrad i udali się do bufetu z obsługą kelnerską, gdzie w kuluarach kontynuowano dyskusję bez udziału studentów.

Po nagłym i nieuzasadnionym przerwaniu obrad przez rektora do sali natychmiast wkroczyli ochroniarze, którzy siłą próbowali wynieść jednego z przemawiających studentów. Naruszono jego nietykalność cielesną, co widać na powyższym zdjęciu. Druga podobna sytuacja miała miejsce już po wyjściu z sali. Funkcjonariusz ds. bezpieczeństwa na UJ, pan Wadim Dyba, popchnął tę samą osobę, która chciała uzyskać odpowiedź od pani kanclerz Moniki Harpuli ws. nieprzestrzegania ustawowych terminów odpowiedzi na wnioski o informację publiczną (nagranie w linku poniżej). Nie wiadomo, kto dał przyzwolenie na użycie siły wobec obecnych tam osób i jakie było uzasadnienie takiego działania. Działo się to jednak bez sprzeciwu ze strony rektora Piotra Jedynaka.

Niejawność posiedzeń

Warto zaznaczyć, że wszystkie posiedzenia Senatu i sporządzone z nich protokoły są niejawne, choć statut UJ nic o tym nie wspomina. W dotkliwy sposób godzi to w zasadę jawności życia publicznego, a także procedowania spraw z wyłączeniem osób ich dotyczących. Na Senacie temat „Kamionki” pojawił się już 29.10.2024 r. – senatorom została wówczas przedstawiona prezentacja. O tym fakcie studenci mogli się dowiedzieć jedynie z mediów, ponieważ na stronie internetowej UJ ten fakt ukryto. Był to jeden z powodów, dla którego studenci zdecydowali się na transmitowanie swoich wypowiedzi, nie zgadzając się z ukrywaniem przebiegu posiedzeń. Wzbudziło to oburzenie ze strony rektora. Był to jeden z pretekstów, dla którego wielokrotnie przeszkadzał w prezentowaniu, dopuszczając do głosu inne osoby i nie zwracając uwagi na przedstawiane przez studentów argumenty. Władze skutecznie uniemożliwiły zadanie pytań o przyszłość domu studenckiego „Kamionka” i terminu jego ponownego otwarcia. Nie pozwolono im także na przedstawienie całości prezentacji przygotowanej (w załączniku), w której wypunktowano nieprawdziwe informacje podane w październiku senatorom.

Ignorowanie wniosków

Władze uczelni nie wytłumaczyły się z faktu bezprawnego lekceważenia wniosków o udostępnienie informacji publicznej. Do tej pory nie upubliczniono projektu przebudowy „Kamionki” i jej wyceny, mimo że wyciąg z tych informacji został pokazany senatorom na niejawnym posiedzeniu w październiku. Domaganie się wyjaśnień i wezwanie do zaprzestania łamania prawa do informacji spotkało się z gwałtowną reakcją kanclerz uniwersytetu Moniki Harpuli.

Kolejny raz wobec studentów UJ użyta została siła – pierwszy taki przypadek miał miejsce w maju ubiegłego roku podczas strajku okupacyjnego w DS „ Kamionka”. Wysłano wówczas na strajkujących policję i zagrożono wyniesieniem przebywających w budynku osób.

„Rozum ponad siłę”

Jako studenci UJ oraz członkowie Krakowskiego Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej domagamy się wyjaśnień ze strony rektora Piotra Jedynaka, kanclerz Moniki Harpuli (pod którą podlegli są ochroniarze) oraz odniesienia się do naszych żądań o transparentność i współpodejmowanie decyzji na uniwersytecie. Kolejny raz okazało się, że aktualność motta UJ, tj. „plus ratio quam vis” (łac. rozum ponad siłę) jest co najmniej mocno kwestionowalna .

W sytuacji stale rosnących cen najmu na rynku prywatnym nasze działania są konieczne – UJ wciąż nie dysponuje odpowiednią liczbą miejsc w akademikach. Najstarsza uczelnia w Polsce nie może pozwolić sobie na dalsze niszczenie wpisanych do rejestru zabytków budynków, które po remoncie mogłyby dalej spełniać swoją funkcję. Będziemy podejmować wszelkie możliwe działania, aby dwa zabytkowe budynki zostały wyremontowane i oddane społeczności studenckiej jako akademik.

Poprzednie informacje o proteście studentów UJ w sprawie „Kamionki”:

Policja przeciw studentom

Uniwersytet Jagielloński zrywa negocjacje ze strajkującymi

Studenci UJ protestują

Zwolnienia w przemyśle lotniczym

Zwolnienia w przemyśle lotniczym

Prawie 130 osób straci pracę w jednej z firm lotniczych na Podkarpaciu.

Jak poinformował portal wyborcza.pl, rozpoczęła się procedura zwolnień grupowych w firmie Collins Aerospace. Zgłosiła ona do Powiatowego Urzędu Pracy w Krośnie zamiar zwolnienia 126 osób. Pracę ma stracić 101 osób zatrudnionych przy produkcji oraz 25 ze stanowisk nieprodukcyjnych. To 12% całej załogi. Na razie nie wiadomo, gdzie dokładnie i w jakich proporcjach zostaną dokonane zwolnienia – firma ma zakłady w Krośnie i w Tajęcinie.

Collins Aerospace to spółka zależna koncernu RTC Corporation. Jej polskie zakłady wytwarzają elementy podwozi samolotów, m.in. Boeinga 737 i Airbusa A350, a także części samolotów wojskowych: F16, F18 i F35.

Zwolnienia ruszą po 4 lutym, obecnie trwają negocjacje ze związkami zawodowymi ws. warunków odpraw.

Masowe zwolnienia

Masowe zwolnienia

Upadłość spółki Rafako skutkuje zwolnieniem 700 osób.

Po tym, jak w grudniu 2024 sąd ogłosił upadłość spółki Rafako z Raciborza, zarządza nią syndyk masy upadłościowej. Właśnie ogłosił on, że wypowiedzenia z pracy otrzyma 700 osób. To niemal cała załoga. Zwolnienia zostaną im wręczone do końca lutego, a okres wypowiedzenia potrwa do końca maja. Po tym terminie zostaną oni bez zarobków. Jest to ogromna liczba ludzi bez pracy w skali niewielkiej społeczności.

Kłopoty Rafako były związane z wykonawstwem inwestycji dla publicznych zleceniodawców. Chodziło m.in. o budowę bloku energetycznego dla Tauronu w Jaworznie, która to inwestycja została oddana z opóźnieniem i była awaryjna. Zawarto wówczas jednak ugodę, która pozwoliła spółce przetrwać i wychodzić na prostą.

Donald Tusk, wówczas lider partii opozycyjnej, mówił wtedy, że „Trzeba ratować polskie Rafako”. Upadło ono za jego rządów po tym, jak publiczna spółka JSW Koks postanowiła przedwcześnie, cierpiąc na brak płynności finansowej, domagać się wypłaty gwarancji za budowę instalacji energetycznej i ciepłowniczej w Elektrociepłowni Radlin.

Pracownicy Rafako skarżą się mediom, że nie mają za co żyć. Otrzymali jedynie kilkusetzłotowe przelewy z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Twierdzą, że nie jest możliwe, aby inne firmy w okolicy wchłonęły tak wielką liczbę zwalnianych z pracy. Wsparcie dla zakładu zapowiedziała publiczna Agencja Rozwoju Przemysłu, ale póki co nie ma żadnych konkretów, a związkowcy i pracownicy są rozgoryczeni ich brakiem oraz powolnym tempem działań.

(zdjęcie: polska Wikipedia, Autorstwa Olos88 – Praca własna, Domena publiczna)