Załatwianie połączeń

Załatwianie połączeń

PKP Intercity zapowiada nowe połączenia do małych i średnich miast. Ale na razie po cichu wycofuje się z kolejnych miejscowości.

– „PKP Intercity ma plan wdrożenia nowych tras komunikacyjnych, aby te średnie miejscowości, te małe miejscowości włączyć po wielu latach w cały układ komunikacyjny przewozów dalekobieżnych, połączyć te miejscowości z dużymi aglomeracjami” – ogłosił prezes PKP Intercity Janusz Malinowski na zorganizowanej we wrześniu 2025 r. konferencji prasowej „Kolej dla lokalnych społeczności”. – „Ten plan chcemy wdrażać już od grudnia tego roku i sukcesywnie przez kolejne lata go rozwijać”.

Intercity dla lokalnych społeczności

Głównym tematem konferencji były spalinowo-elektryczne zespoły trakcyjne, które w lipcu 2024 r. spółka PKP Intercity zamówiła w koncernie Newag. Pierwszy z 35 dwunapędowych składów trafić ma do przewoźnika na początku 2027 r., a ostatni ma zostać dostarczony do połowy 2029 r. Umożliwią one uruchomienie połączeń PKP Intercity na nowych trasach, dzięki czemu pociągi dalekobieżne dotrą do Drawska Pomorskiego, Złocieńca, Czaplinka, Czarnego, Człuchowa, Chorzel, Łomży, Ostrołęki, Wyszkowa, Płońska, Raciąża, Działoszyna, Kłobucka i Karpacza.

Zanim zostaną zrealizowane dostawy taboru dwunapędowego, PKP Intercity zwiększy liczbę dzierżawionych od Stowarzyszenia Kolejowych Przewozów Lokalnych składów spalinowych – będą one w nadchodzących latach sukcesywnie zastępowane dostarczanymi przez Newag składami spalinowo-elektrycznymi. Składy dzierżawione od SKPL w czerwcu 2026 r. wyruszą na trasę Warszawa – Ostrołęka – Łomża, a już od grudnia 2025 r. obsłużą nowe szybkie pociągi relacji Gorzów Wielkopolski – Poznań. Pokonanie tej 143-kilometrowej trasy zajmie im tylko około półtorej godziny. Prezes PKP Intercity ogłosił, że uruchomienie dodatkowych połączeń z Gorzowa Wielkopolskiego do Poznania rozpocznie wdrażanie planu zaprezentowanego na konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności”, ale wraz z przypadającą na połowę grudnia 2025 r. zmianą rocznego rozkładu jazdy pociągi nie pojawią się w ani jednym mieście, które obecnie nie jest obsługiwane przez PKP Intercity. Co więcej, kilka miejscowości straci połączenia dalekobieżne.

Odwrót z Żar i Żagania

W połowie grudnia 2025 r. pociąg InterCity „Mehoffer” przestanie kursować trasą Zielona Góra – Żary – Żagań – Chojnów – Legnica – Wrocław – Opole – Katowice – Kraków – Rzeszów – Przemyśl. Tym samym PKP Intercity całkowicie wycofuje się z południowej części województwa lubuskiego: z mapy połączeń dalekobieżnych znikną Żary (35 tys. mieszkańców) i Żagań (23 tys.), a także Małomice (3 tys.) i Nowogród Bobrzański (5 tys.). Przez te miasta pociąg PKP Intercity zaczął kursować w 2019 r. – jego uruchomienie było częścią rozpoczętej za rządów Prawa i Sprawiedliwości polityki trasowania pojedynczych pociągów PKP Intercity liniami niezelektryfikowanymi w celu zapewnienia połączeń dalekobieżnych mieszkańcom miast, przez które nie biegną główne magistrale. Od 2016 r. pociągi PKP Intercity obsługują Starogard Gdański, Czarną Wodę, Czersk, Chojnice, Złotów, Krajenkę, Wałcz, Tuczno, Kalisz Pomorski, Recz, od 2017 r. Werbkowice, Hrubieszów, od 2020 r. Głogówek, Prudnik, Nysę, Otmuchów, Paczków, Ząbkowice Śląskie, Dzierżoniów, Świdnicę, od 2021 r. Sztum, Kwidzyn, Grudziądz, Brodnicę, Rypin, Sierpc, Hajnówkę, Bielsk Podlaski, a od 2023 r. Nową Rudę i Jedlinę-Zdrój.

Choć na konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności” ogłoszono, że Ministerstwo Infrastruktury i PKP Intercity przystępują do rozbudowy sieci połączeń o małe i średnie miasta, to wycofanie pociągu z Żar i Żagania stanowić będzie pierwszy odwrót od dotychczasowej polityki doprowadzania połączeń dalekobieżnych do kolejnych miejscowości.

Skomunikować słabo skomunikowane

„Komunikacyjne odcięcie całego regionu od systemu połączeń PKP Intercity” – tak o wycofaniu pociągu InterCity „Mehoffer” napisała w interpelacji do Ministerstwa Infrastruktury Maja Nowak, posłanka Polski 2050 z województwa lubuskiego, apelując o zachowanie połączenia dalekobieżnego obsługującego powiaty żarski i żagański.

„Na odcinku Zielona Góra – Wrocław przez Żagań i Żary notuje się niską frekwencję” – odpisał wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak. – „Wartym podkreślenia jest również fakt, iż czas przejazdu pociągu InterCity »Mehoffer« z Wrocławia do Żar jest dłuższy niż pociągiem regionalnym”.

Rzeczywiście, odcinek z Wrocławia do Żar pociąg PKP Intercity pokonuje w 2 godz. 22 min., a więc dłużej niż pociągi Kolei Dolnośląskich, którym pokonanie tego odcinka zajmuje od 2 godz. 1 min. do 2 godz. 11 min. Dłuższy czas jazdy pociągu InterCity „Mehoffer” wynika z tego, że skład ten od Wrocławia prowadzony jest lokomotywą spalinową SU4220, która rozpędza się tylko do 90 km/h i przez to nie wykorzystuje parametrów odcinka Wrocław – Legnica – Chojnów, na którym możliwe jest osiąganie prędkości 160 km/h.

Choć ministerstwo przekonuje, że w Żarach i Żaganiu odnotowywana jest niska frekwencja, to w tych dwóch miastach z połączenia PKP Intercity korzysta kilkudziesięciu pasażerów dziennie. Na przykład w niedzielę 21 września 2025 r. z pociągu relacji Przemyśl – Zielona Góra wysiadło w Żaganiu 31 osób, a w Żarach 19 osób. Z kolei w piątek 26 września 2025 r. do pociągu relacji Zielona Góra – Przemyśl wsiadło w Żarach 66 osób, a w Żaganiu 16 osób.

Przewagą pociągu InterCity „Mehoffer” nad połączeniami regionalnymi jest to, że umożliwia mieszkańcom powiatów żarskiego i żagańskiego bezpośrednią podróż do szeregu miast południowej Polski: Opola, Gliwic, Katowic, Krakowa, Tarnowa, Rzeszowa i Przemyśla.

Resort infrastruktury w odpowiedzi na interpelację Mai Nowak wskazał, że po likwidacji pociągu InterCity „Mehoffer” mieszkańcy Żar i Żagania będą mogli pojechać pociągami regionalnymi do Wrocławia lub Zielonej Góry i tam przesiąść się do pociągów PKP Intercity. „Przesiadki stanowią nieodłączny element funkcjonowania publicznego systemu transportowego” – oznajmił wiceminister Malepszak. Nieco kłóci się to z tym, na co zwracano uwagę na konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności”. – „Chcemy regiony słabo skomunikowane skomunikować z dużymi aglomeracjami. Często to będą trasy przez cały kraj” – mówił prezes PKP Intercity Janusz Malinowski, a wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak wskazując na efekty, jakie przyniesie rozszerzenie floty tej spółki o składy spalinowo-elektryczne i skierowanie ich na trasy dotąd nieobsługiwane przez pociągi dalekobieżne, wymieniał: „Czas przejazdu, bogata oferta, bezpośrednie połączenia do dużych miast, czego dotychczas nie było”.

„Resort dostrzega potencjał przewozowy Żar i Żagania w ruchu dalekobieżnym oraz brak dobrej oferty przewozowej z tego regionu” – zapewnił Malepszak w odpowiedzi udzielonej na trzy miesiące przed zlikwidowaniem jedynego połączenia dalekobieżnego obsługującego południową część województwa lubuskiego. Posłanka Maja Nowak musiała czekać na odpowiedź aż 45 dni, mimo że – zgodnie z konstytucją – ministerstwa muszą odpowiedzieć na interpelację w ciągu 21 dni. Choć resort wstrzymywał się z wysłaniem odpowiedzi aż do dnia konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności”, to nie przedstawiono na niej żadnych planów dla Żar i Żagania.

PKP Intercity nie zatrzymuje się

Na konferencji nie pochwalono się też tym, że w grudniu 2025 r. kolejne miasta stracą postoje pociągów PKP Intercity.

Pociągi dalekobieżne przestaną stawać w Suchedniowie – 7 tys. mieszkańców tego świętokrzyskiego miasta straci bezpośredni dojazd do Gdańska, Olsztyna, Białegostoku, Warszawy, Lublina, Katowic, Częstochowy czy Wrocławia, a także 13 z 16 dziennie pociągów do Krakowa (w tej relacji zostaną tylko trzy pociągi Polregio).

Z mapy połączeń dalekobieżnych zniknie stacja Nasielsk na północnym Mazowszu. Nasielsk od kilku lat dotknięty jest taktyką salami – przy kolejnych zmianach rozkładu jazdy stopniowo zmniejszano liczbę stających tu pociągów. W 2022 r. na stacji Nasielsk dziennie zatrzymywało się 10 pociągów PKP Intercity, w 2023 r. osiem, w 2024 r. pięć, a obecnie już tylko trzy pociągi dziennie. Od połowy grudnia 2025 r. na stacji Nasielsk nie zatrzyma się już ani jeden pociąg PKP Intercity. Pociągi dalekobieżne nie zatrzymają się też w liczącym 7 tys. mieszkańców Barczewie między Olsztynem a Kętrzynem.

Stacji Barczewo, Nasielsk i Suchedniów nie będzie w rozkładzie jazdy PKP Intercity, mimo że plan transportowy Ministerstwa Infrastruktury wskazuje je jako miejsca zatrzymywania się pociągów dalekobieżnych. Ponadto od grudnia 2025 r. ani jeden pociąg PKP Intercity nie stanie już w Sobolewie na linii Warszawa – Lublin.

Będzie to kolejna fala wykreślania postojów z rozkładu jazdy PKP Intercity. Od grudnia 2024 r. pociągi przewoźnika nie stają w Janowicach Wielkich, Bardzie, Gorzkowicach i Trawnikach, jak również na wskazanych w ministerialnym planie transportowym stacjach Pyskowice, Środa Śląska i Bytom Odrzański.

Podczas konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności” zapytaliśmy wiceministra Piotra Malepszaka, dlaczego rezygnuje się z postojów pociągów PKP Intercity w kolejnych miejscowościach – także tych wskazanych w planie transportowym. Odparł, że chodzi o podzielenie się rynkiem z przewoźnikami regionalnymi: „Nie będziemy zabierać im klientów. Mamy dzisiaj takie przykłady, że Koleje Wielkopolskie, Koleje Mazowieckie, Koleje Dolnośląskie wysyłają pisma do ministerstwa, wysyłają do wiadomości PKP Intercity, że tysiące pasażerów jest, mówiąc wprost, zabieranych przez zatrzymywanie się pociągów dalekobieżnych”.

Polityka postojowa

W grudniu 2024 r. pociągi PKP Intercity przestały zatrzymywać się w wielkopolskim Zbąszyniu, ale już po trzech miesiącach postoje zostały tu przywrócone – apelował o to burmistrz miasta Tomasz Kurasiński. W odpowiedzi na jego pismo dyrektor biura rozkładu jazdy PKP Intercity Krzysztof Krasowski oznajmił: „Decyzję o zakończeniu obsługi stacji Zbąszyń podjął organizator przewozów tj. Ministerstwo Infrastruktury. Po ogłoszeniu nowego rozkładu jazdy Ministerstwo Infrastruktury zmieniło swoją decyzję. Połączenia zostaną przywrócone od 9 marca 2025 r.”.

Ministerstwo zmieniło decyzję, gdy w obronę postojów w Zbąszyniu zaangażował się poseł Jakub Rutnicki, jedynka Koalicji Obywatelskiej z północno-zachodniej Wielkopolski. Na złożoną przez niego interpelację resort odpowiedział po sześciu dniach: „W wyniku prowadzonych prac konstrukcyjnych nad rozkładem jazdy pociągów 2024/2025 został usunięty postój dla pociągów dalekobieżnych na stacji Zbąszyń” – tłumaczył Piotr Malepszak. – „Mając jednak na uwadze istotną rolę, jaką postój pełni dla lokalnej społeczności, planowane jest jego przywrócenie od 9 marca 2025 r. Z uwagi na uwarunkowania techniczne i zarządzenie rozkładu jazdy nie jest możliwa realizacja złożonego postulatu we wcześniejszym terminie”.

W grudniu 2024 r. postoje pociągów PKP Intercity stracił też Maków Podhalański. W marcu 2025 r. – po protestach lokalnej społeczności – przywrócono postoje dwóch pociągów TLK („Lubomirski” Zakopane – Kołobrzeg i „Małopolska” Zakopane – Gdynia). Od połowy grudnia 2025 r. w Makowie Podhalańskim znów będą stawać wszystkie jadące przez to miasto pociągi InterCity i TLK. W sprawę włączyła się wicemarszałek sejmu Dorota Niedziela z Koalicji Obywatelskiej – przyjęła ona w Warszawie delegację z Makowa Podhalańskiego z burmistrzem Michałem Surmiakiem na czele, a także zorganizowała spotkanie z prezesem PKP Intercity.

Najskuteczniejszym orężem lokalnych społeczności w walce o połączenia dalekobieżne okazuje się wsparcie polityka partii rządzącej.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/139 listopad-grudzień 2025)
https://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.

Setki bez pracy

Setki bez pracy

Znana firma meblowa zwolni ogromną liczbę pracowników.

Jak informuje „Nowa Gazeta Biłgorajska”, w zakładach znanego producenta mebli Black Red White mają nastąpić masowe zwolnienia. Ich skala jest przerażająca. W zakładach tej firmy, m.in. w Zamościu i Biłgoraju, ma stracić pracę 800 osób. Zwolnienia obejmą zarówno pracowników fizycznych, jak i administracyjnych. Zwolnienia już zostały zgłoszone we wrześniu i październiku do stosownych powiatowych urzędów pracy. Mają zostać przeprowadzone w listopadzie i grudniu.

Cała załoga firmy liczy obecnie 2700 osób. Planowane zwolnienie 800 osób to nie tylko wielka skala zwolnień. To także kolejna taka decyzja, bo BRW zwolniło kilkaset osób w roku 2024, a na początku bieżącego roku całkowicie zlikwidowało swój zakład produkcyjny w Przeworsku, gdzie zatrudnienie straciło ponad 200 osób. Na Zamojszczyźnie, gdzie znajduje się główna siedziba firmy, jest ona największym pracodawcą.

Firma jest w dodatku pogrążona w chaosie właścicielskim. Najpierw z rąk polskich właścicieli przeszła do austriackiego koncernu XXXLutz, który jednak szybko wycofał się z tej działalności w Polsce. Obecnie trwa proces zmiany właścicielskiej na rzecz polskiego przedsiębiorcy.

Związkowcy działający w BRW odmówili podpisania regulaminu zwolnień. Liczą na to, że nowy właściciel odstąpi od nich. Albo że zaoferuje zwalnianym wyższe odprawy.

Firma jest jednym z największych producentów mebli w Polsce. W roku 2024 zanotowała stratę w wysokości ponad 130 milionów złotych, a jej przychody spadły o 11 procent.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Arnoldziu – Praca własna, CC0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=42476926

Śmieciowa praca w Wigilię

Śmieciowa praca w Wigilię

Znana firma kurierska zmusza „podwykonawców” do pracy w Wigilię.

Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, znana firma kurierska DPD oznajmiła, że Wigilia będzie dla jej pracowników dniem wolnym od pracy. Tyle że nie dotyczy to jej „podwykonawców” – czyli kurierów dostarczających przesyłki w modelu współpracy jako własna „firma”. Wolna Wigilia będzie tylko dla etatowych pracowników DPD – reszta ma doręczać przesyłki nawet w ten dzień. Ta „reszta” to większość kurierów firmy.

„Podwykonawcy” świadczący usługi DPD jako jednoosobowe działalności gospodarcze są oburzeni. To osoby, które teoretycznie są niezależnymi firmami, ale w praktyce całkowicie podlegają wytycznym DPD w kwestii miejsca, terminu, czasu i zasad pracy. Oczywiście nie obejmują ich typowe świadczenia pracownicze, jak płatne chorobowe czy płatny okres urlopowy.

Nie jest to też, wbrew liberalnej propagandzie, ich wybór. Jeden z kurierów mówi w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”, że chciał zatrudnić się na etat, ale DPD zaproponowało mu płacę minimalną. Również wybór czasu pracy jest iluzoryczny: „Firma mówi, że w Wigilię jest praca tylko dla chętnych, ale co, jeśli chętni się nie znajdą? Pewnie będą karać”.

Okres przedświąteczny to dla kurierów czas wyjątkowo ciężkiej i wytężonej pracy ze względu na wiele dodatkowych przesyłek związanych z zakupami świąteczno-prezentowymi. Na tych, którzy będą musieli pracować w Wigilię, przypadnie zatem jeszcze więcej dodatkowej pracy.

Grupowo na bruk

Grupowo na bruk

Niemiecki koncern motoryzacyjny zwolni ponad 200 osób w swoim polskim zakładzie.

Jak informuje portal Interia Biznes, niemiecki koncern ZF, działający w branży motoryzacyjnej, zwolni dużą grupę pracowników swojego zakładu w Częstochowie. Firma zajmuje się wytwarzaniem podzespołów do samochodów.

W pierwszym półroczu 2026 roku z częstochowskiego zakładu tej firmy zostanie zwolnionych 225 osób. To 7% całej załogi. 161 osób straci zatrudnienie w dziale produkcji i transportu wewnętrznego. Większość zwolnień w tej grupie dotyczy zakładu produkcji pasów bezpieczeństwa oraz zakładu produkcji poduszek powietrznych. Z kolei dział wsparcia pozbędzie się 64 pracowników.

O planach zwolnień zostały poinformowane związki zawodowe i rada pracowników. Zarząd zakładu zamierza z nimi negocjować warunki zwolnień, a jeśli strony się nie porozumieją w tej sprawie, szefostwo firmy podejmie decyzję samodzielnie.

Strajk się zbliża

Strajk się zbliża

Nie ma spełnienia oczekiwań pracowników – będzie strajk.

Jak informuje „Gazeta Krakowska”, w firmie Valeo odbędzie się strajk. Są już znane terminy przerwania pracy przez załogę zakładów tej firmy. W rozmowach ostatniej szansy zarząd firmy nie zgodził się na spełnienie oczekiwań pracowników reprezentowanych przez związek zawodowy Sierpień ’80. Pora zatem na strajk.

Związkowcy mają do tego mandat społeczny. Spór z zarządem trwa od miesięcy, a jego niedawnym etapem było referendum strajkowe. Wzięła w nim wymagana prawem liczba pracowników, a 90% uczestników głosowania opowiedziało się za strajkiem.

Pracownicy domagają się podwyżki wynagrodzenia zasadniczego o 1000 zł do podstawy wynagrodzenia dla każdego z pracowników, dodatku stażowego w wysokości 8 proc. minimalnego wynagrodzenia dla pracowników ze stażem do 5 lat oraz 1 proc. za każdy rok pracy powyżej 5 lat oraz podwyżki do 600 zł dodatku za pracę w systemie czterobrygadowym.

Strajk odbędzie się 12 listopada w zakładzie firmy w Chrzanowie. Dzień później będzie miał miejsce w fabryce w Trzebini, a 14 listopada w zakładzie w Mysłowicach. Pierwsze zatrzymanie pracy potrwa po dwie godziny na każdej z trzech zmian. Jeśli zarząd firmy nie pójdzie na żądane ustępstwa, związkowcy grożą kolejnym wstrzymaniem produkcji, w tym całkowitym i bezterminowym.

Tutaj też zwalniają

Tutaj też zwalniają

Duża firma z Inowrocławia zwalnia wiele osób.

Spółka Inofama z Inowrocławia zamierza przeprowadzić zwolnienia grupowe. Jest to element procesu restrukturyzacji firmy, która znajduje się w trudnej sytuacji i grozi jej upadłość. Zarząd spółki już poinformował związki zawodowe działające w zakładzie, że planuje zwolnienia.

Pracę ma stracić 66 osób. To ponad jedna czwarta załogi liczącej w sumie 240 osób. Zakład zajmuje się konstrukcjami stalowymi i usługami cynkowania ogniowego. Firma istnieje od 145 lat. Obecnie należy do państwa polskiego – jest własnością Grupy Kapitałowej Agencji Rozwoju Przemysłu.

Koniec języka polityki?

Koniec języka polityki?

W moim przeczuciu mamy coraz większą trudność w opisywaniu polityki za pomocą języka. Tak w ogóle. Moją hipotezą jest to, że kończy nam się język, a razem z nim kończy się pewien sposób myślenia o świecie. Słowa, których używamy – lewica, prawica, centrum, frakcja, partia, lider – pochodzą z początku XX wieku. Powstały w czasach, gdy świat był ciągły i płaski, klasy miały granice, a ta czy inna wspólnota była czymś, co dało się opisać jednym zdaniem.

Język ma znaczenie

Nie wiem, czy tylko mnie te słowa brzmią jak relikty z innej epoki. Nadal ich używamy, ale one już coraz mniej wyjaśniają. Dlaczego to wyzwanie w sensie analitycznym? Bo zasadniczo myślimy tymi samymi strukturami, którymi mówimy. Bardzo trudno wymyślić nam coś nowego, czego nie da się opisać słowami. W myśleniu odruchowo grawitujemy do określeń, których znaczenie znamy. A jeśli język nie nadąża za rzeczywistością, to przestajemy być w stanie ją przetworzyć, przeanalizować i zrozumieć.

Podział na prawicę i lewicę przestał mieć znaczenie ideowo-społeczne, a zaczął być definiowany na podstawie stosunku do przeszłości, czyli do PRL i Kościoła. Zamiast sporów o przyszłość, zaczęliśmy toczyć spory o interpretację przeszłości. Zamiast mówić o tym, dokąd chcemy iść, mówimy o tym, kto miał rację trzydzieści czy pięćdziesiąt lat temu. W ten sposób język polityki zamienił się w język pamięci. To już nie język wizji, lecz język tożsamości. W efekcie polityka przestała być projektem, a stała się rytuałem potwierdzania, kim jesteśmy i skąd pochodzimy.

Co ciekawe, sami politycy już dawno porzucili ten stary słownik. Rzadko kto mówi dziś o sobie jako o „lewicy”, „prawicy” czy centrum. Zamiast tego pojawiły się nowe, bardziej pojemne i emocjonalne etykiety: „obóz patriotyczny” czy „siły demokratyczne” albo „obóz normalności”. To już nie są kategorie ideowe, lecz marketingowe. Nie opisują kierunku myślenia, tylko przynależność emocjonalną.

A jednak większość komentatorów, mediów i analityków wciąż próbuje interpretować politykę w dawnych ramach. Wciąż rysują mapy z osiami lewica–prawica, mimo że sami uczestnicy gry politycznej już dawno zeszli z tej planszy. W efekcie analizujemy coś, czego już nie ma – jakbyśmy opisywali ruchy kontynentów według map sprzed ery geologicznej, która dawno minęła.

Jedyny widoczny południk

Jedyną wyraźną osią, jaka dziś pozostała w polskiej polityce, jest ta rozpięta pomiędzy PO a PiS, ten południk dzielący Polskę. Ale to przecież nic nowego – korzenie tego podziału sięgają sporu między PC a UW, a jeszcze wcześniej tzw. wojny na górze z początku lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory polska scena polityczna obraca się wokół tych samych emocji, nazwisk i wspomnień. To już nie konflikt programów, lecz przedłużony personalny spór pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem.

Dwie biografie, dwa temperamenty, dwie narracje o Polsce, które przez lata działały jak dwa pola grawitacyjne przyciągające wszystko wokół siebie. Partie, media, elektoraty i przystawki. I choć czas mija, układ ten wciąż determinuje ruchy wszystkich pozostałych ciał na scenie politycznej. To znaczy: dotychczas determinował.

Dziś widać, że energia tego układu się wyczerpuje. Te same postaci, te same emocje, te same narracje – odtwarzane w nieskończoność jak stary film puszczany w kółko. Wszyscy znamy jego zakończenie, ale i tak siedzimy w kinie. Zmieniają się dekoracje, ale historia wciąż ta sama. I może właśnie dlatego rośnie znużenie – nie tylko polityką, ale samym sposobem jej opowiadania.

Bo zużył się też sam język, którym ta historia była opowiadana. Słowa, które kiedyś miały moc – „zdrada”, „patriotyzm”, „liberalizm”, „solidarność” – z czasem straciły ciężar. Stały się pustymi znakami, które można dowolnie przestawiać w zdaniach, zależnie od potrzeb chwili. Przestały znaczyć. Nie opisują już rzeczywistości, tylko mają wywołać reakcję: wzruszenie, oburzenie, lojalność. Ten język nie służy już do rozumienia świata, lecz do mobilizowania swoich. Ale z tym też lepsze jutro było wczoraj. Dlatego coraz trudniej w nim powiedzieć coś prawdziwego – bo każde słowo natychmiast zostaje wciągnięte w stary konflikt i traci sens, zanim zdąży wybrzmieć.

Małymi krokami idzie nowe

Może dlatego właśnie największe emocje budzą dziś politycy spoza głównego układu – tacy jak Braun, Mentzen czy Zandberg. Każdy z nich, w zupełnie inny sposób, szuka nowego języka. Brauna napędza mesjanistyczny ton i apokaliptyczne metafory, Mentzen gra językiem rynkowym i ironicznym, a Zandberg odwołuje się do języka równości i wrażliwości społecznej. Łączy ich to, że próbują mówić do ludzi, ale nie są echem starych opowieści. Szukają słów, które znów coś znaczą, które budzą emocje, a nie tylko przywołują zakurzoną historię. I choć każdy z nich robi to inaczej – czasem radykalnie, czasem prowokacyjnie – to właśnie w tych poszukiwaniach widać, że dotychczasowy język polityki się wypalił.

Często słyszymy, że Platforma pilnuje swojej lewej strony, a PiS prawej. Nic bardziej mylnego. Nie ma już ani lewej, ani prawej strony – są tylko granice istniejącego układu. W rzeczywistości obie partie pilnują tego samego: żeby nikt nowy nie opowiedział Polski w innym języku. Żeby nie pojawił się ktoś, kto nazwie świat inaczej, poza ich słownikiem i poza ich logiką. Bo nowy język to zawsze zagrożenie – unieważnia stare podziały i odbiera władzę tym, którzy z nich żyją. Dlatego w tej polityce nie chodzi już o spór, ale o kontrolę narracji. O to, by nikt nie napisał nowego rozdziału.

Myślenie, że te partie i ugrupowania czy ich liderzy reprezentują jakichś konkretnych ludzi, grupy społeczne czy elektoraty, jest z gruntu mylne. Ten świat tak już nie działa. Dzisiejsza polityka nie opiera się na reprezentacji, lecz na rezonansie emocji. Politycy nie reprezentują już zawodów, klas ani środowisk – reprezentują nastroje: lęk, złość, zmęczenie, potrzebę przynależności. W tym sensie nowi aktorzy sceny, ci spoza głównego układu, są bardziej symptomem niż alternatywą. Nie niosą programu, ale emocjonalny ładunek. Nie obiecują rozwiązań, lecz ulgę. Polityka przestała być zwierciadłem społeczeństwa, a stała się jego głośnikiem.

To jest historia o samotności

Jeśli miałbym szukać źródła tego wszystkiego, postawiłbym na naszą rosnącą samotność. Z naszymi emocjami zostaliśmy sami, bo po prostu jesteśmy sami. I nawet nie chodzi o to, że nie możemy się nimi z kimś podzielić, żeby ktoś je wziął za swoje. Często nie mamy nawet komu ich opowiedzieć, żeby samemu je usłyszeć, nazwać, zrozumieć i przetworzyć. A emocja, której nie można wypowiedzieć, nie znika – ona szuka ujścia. Więc szukamy miejsc, które te emocje przyjmą za nas. Nasza polityka staje się zbiorowym wentylem dla tego, czego nie możemy przeprocesować sami.

W ten sposób polityka stała się formą emocjonalnej opieki zastępczej. Partie nie wychowują już obywateli, nie uczą odpowiedzialności ani nawet myślenia wspólnotowego. One tylko reagują na krzyk. Na potrzebę, żeby ktoś nas zauważył, wysłuchał, potwierdził, że mamy rację. Jak rodzice, którzy przestali wychowywać, a zaczęli nagradzać za głośność. I tak powstał system, w którym nie ma już idei, są tylko emocje krążące w zamkniętym obiegu. Krzyk, echo i poczucie, że ktoś nas słyszy – nawet jeśli nikt naprawdę nie słucha.

Paradoksalnie, coś jednak dziś łączy Brauna, Zandberga i Mentzena. To nie programy ani wartości, lecz antysystemowość – wspólne przekonanie, że obecny porządek trzeba przerwać, zburzyć lub przynajmniej podważyć. Każdy z nich robi to innym językiem i z innych powodów, ale źródło jest podobne: intuicja, że system się wypalił, że nie działa ani instytucjonalnie, ani emocjonalnie. W świecie, w którym polityka przestała odpowiadać na ludzkie potrzeby, antysystemowość staje się nową formą bliskości. Nie chodzi już o zmianę systemu, tylko o bycie przeciwko niemu. Bo w świecie samotnych ludzi sprzeciw to często jedyny sposób, żeby poczuć wspólnotę.

Antysystemowość jako siła odśrodkowa

Każdy z nich walczy z innym systemem. Braun – z systemem nowoczesności, który jego zdaniem odciął człowieka od Boga, tradycji i hierarchii. Jego bunt jest metafizyczny – przeciw światu, który przestał być święty. Mentzen – z systemem biurokratycznym i fiskalnym, który dławi przedsiębiorczość i nagradza zależność od państwa. To bunt liberalny, ekonomiczny, ubrany w język racjonalności, ale napędzany złością na bezsilność wobec instytucji. Zandberg – z systemem nierówności i wykluczenia, który w jego oczach uczynił społeczeństwo polem wyzysku i pozornej wolności. To bunt społeczny, oparty na empatii i poczuciu niesprawiedliwości. Trzy różne walki, trzy różne narracje, ale wspólne doświadczenie: poczucie, że świat, jaki odziedziczyliśmy po transformacji, już nie daje sensu.

Do każdego z nich grawitują ludzie wkurzeni. Nie tyle na konkretną władzę, ile na swoje miejsce w świecie – a raczej na jego brak. To ludzie, którzy czują, że w tym systemie nie mają już gdzie stanąć: nie są ani przegrani, ani zwycięzcy, po prostu zawieszeni. Mają pracę, ale bez poczucia wpływu. Mają głos, ale nikt go nie słyszy. Mają wolność, ale nie wiedzą, co z nią zrobić. Ich gniew nie jest ideowy – jest egzystencjalny. Wynika z poczucia niewidzialności, z tego, że świat się przesunął, a oni zostali w miejscu. Dlatego nie szukają już programu ani rozwiązań, lecy kogoś, kto nazwie ich emocje i powie, że to, co czują, ma sens.

Dlatego ideologie stały się dziś raczej wymówkami niż drogowskazami. Nie wyjaśniają świata, lecz pozwalają zrzucić z siebie jego ciężar. Dlaczego żyje nam się tak, jak się żyje? Bo Żydzi, bo kapitaliści, bo komuniści, bo Unia, bo korporacje, bo LGBT, bo globaliści. Zamiast zrozumienia – mamy gotowe winy. Zamiast języka analizy – język oskarżenia. Każda z tych opowieści działa jak bezpiecznik: pozwala poczuć sens w chaosie, nawet jeśli ten sens jest fałszywy. I właśnie dlatego ruchy antysystemowe rosną – bo oferują coś, czego brakuje w złożonym świecie: proste wytłumaczenie.

Ale to nie znaczy, że nic większego się z tych ruchów nie wykluje. Wręcz przeciwnie – właśnie w takich emocjach rodzą się nowe idee i języki. Jednak na razie to ludzie, którzy najłatwiej wyrywają się z pola grawitacyjnego dwóch wielkich mas – PO i PiS. Ich energia jest jeszcze chaotyczna, nieukształtowana, czasem autodestrukcyjna, ale właśnie dlatego tak silna. Bo nie jest obliczona na władzę, tylko na ucieczkę. To energia odśrodkowa – emocjonalny impet ludzi, którzy nie chcą już krążyć po tych samych orbitach, w tym samym systemie, wciąż wokół tych samych nazwisk i historii.

Chmura gazów i pyłów

Jeśli te dwa pola grawitacyjne naprawdę osłabną i układ w końcu pęknie, dopiero wtedy zobaczymy, co z tej energii zostanie. Czy powstanie coś nowego i trwałego, czy tylko rozpadnie się, nie zostawiając nic w zamian. Bo gniew i sprzeciw są jak zapłon – potrafią uruchomić ruch, ale nie utrzymają go długo. W pewnym momencie potrzebny jest język, który łączy, a nie tylko rozsadza. Nowy porządek zawsze zaczyna się od emocji, ale przetrwa tylko wtedy, gdy z emocji powstanie sens. I może właśnie tego dziś najbardziej brakuje – nie nowej partii, tylko nowego języka, który pozwoliłby nam na nowo opowiedzieć, kim jesteśmy i dokąd chcemy iść. Ale to wcale nic pewnego.

Bo może być też tak, że czeka nas długi okres entropii – czas, w którym świat polityki straci swój środek i symetrię. Układ dwóch mas przestanie istnieć, ale nie pojawi się żadna nowa siła, która potrafiłaby nadać kierunek. Zostanie tylko obłok gazu i asteroidów – luźnych, dryfujących po przestrzeni emocji, opinii i sprzecznych narracji. Każda z nich będzie miała swoją grawitację, ale żadna nie stworzy już planety. I może to właśnie będzie nasza nowa epoka: polityka rozproszona jak pył kosmiczny, w której wszystko się porusza, ale nic już nie krąży wokół wspólnego środka.

Jeżeli jednak miałbym prognozować, to powiedziałbym, że jednak nowe uformuje się jak zawsze. Wokół dwóch sił, które już znamy. Z jednej strony – wokół starych pieniędzy, które jak zawsze przetrwają każdą zmianę ustroju i potrafią dostosować się do każdej narracji. Z drugiej – wokół zupełnie nowego języka, który dopiero się rodzi, jeszcze bez formy i reguł, ale z energią, która może zastąpić stary porządek słów. I może właśnie tam, między kapitałem a słowem, pomiędzy tym, co materialne a tym, co znaczące, zacznie się budować kolejny układ świata. Jest to pewna szansa. Już wyjaśniam dlaczego.

Gospodarka źle zaprojektowana

Ten stary porządek, ciągnący się jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, miał jeden poważny efekt uboczny. W dużej mierze wciąż żyjemy w układzie gospodarczym, w który weszliśmy wtedy – z jego logiką taniej pracy, zagranicznego kapitału i ciągłego nadrabiania. Politycznie jechaliśmy różnymi drogami w różnych czasach, ale wciąż tak samo głębokimi koleinami. Nie mieliśmy momentu, w którym naprawdę moglibyśmy gospodarczo wymyślić się na nowo. Zmieniały się partie, hasła i budżety, ale fundament pozostał ten sam: być użytecznym dla cudzej gospodarki. Dlatego polityka przez lata mogła się zmieniać w słowach, a kraj w rzeczywistości pozostawał w tym samym miejscu.

Efekt jest paradoksalny. Mamy jeden z największych wzrostów gospodarczych w Europie w ciągu ostatnich trzydziestu lat – i jednocześnie jedno z największych rozwarstwień społecznych. Powstał kraj, który rośnie w liczbach, ale nie dla wszystkich lepszy w doświadczeniu codzienności. Średnia zamożność się zwiększyła, lecz poczucie bezpieczeństwa i sprawczości – niekoniecznie. Nie wiadomo, czy dało się to zrobić inaczej, czy może tak właśnie wygląda cena przyspieszenia, bo przecież Rumunia i Irlandia mają podobnie. Ale to już temat na inny tekst.

Może to nawet dobrze, że Zandberg i Mentzen sprawiają wrażenie, jakby pochodzili z zupełnie różnych kierunków, a Braun – jakby teleportował się z innego wymiaru. Bo być może właśnie w tym chaosie jest nasza szansa. Może potrzebujemy teraz właśnie takiego rozproszenia, żeby na nowo znaleźć równowagę. Żeby zderzenie skrajnych wizji pozwoliło nam zbudować coś w rodzaju nowej stabilizacji – nie opartej na jednym układzie, ale na napięciu między różnymi językami. Bo może dopiero z takiego zderzenia wyłoni się coś, co naprawdę zacznie opisywać świat, w którym żyjemy dziś, a nie ten, który pamiętamy sprzed trzydziestu lat.

Na koniec: „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – Ludwig Wittgenstein

Od tego zdania wszystko się właściwie zaczyna. Bo jeśli nasz język się kończy, to kończy się też świat, który umiemy opisać. Polityka nie jest tu wyjątkiem – przeciwnie, to ona najboleśniej ujawnia, że zabrakło nam słów. A jeśli nie mamy nowych słów, nie mamy też nowych myśli. I właśnie dlatego polityka coraz częściej przypomina powtarzanie w kółko tego samego zdania, w którym ktoś kiedyś zapomniał postawić kropkę. I teraz kręci się ono zapętlone w kółko.

Nowe idee nie rodzą się w programach ani w gabinetach – rodzą się w słowach, których jeszcze nie umiemy dobrze wypowiedzieć. W nieporadnych próbach nazwania rzeczy na nowo, w pomyłkach, w memach, w ironii, w gniewie i w milczeniu też. Ten język dopiero się składa, czasem niegramatycznie, często zbyt emocjonalnie, ale to w nim tli się coś żywego. Stary język polityki mówił o państwie, władzy i porządku wyobrażonym. Nowy – jeśli się narodzi – chciałbym wierzyć, że będzie mówił o emocjach, bliskości i sprawczości.

Może to właśnie ten moment, żeby mówić i pisać ile sił. Nie po to, żeby mieć rację, ale żeby znów nauczyć się słuchać własnych słów. Żeby próbować, mylić się, tworzyć nowe znaczenia, zanim świat ostatecznie ucichnie w szumie. Bo język nie odnawia się sam z siebie – ktoś musi go wypowiedzieć na nowo. Może więc warto mówić, nawet jeśli nie wiemy jeszcze, jak. Bo przecież na początku było Słowo.

Jakub Wojtakajtis

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alexandra_Koch from Pixabay

Ratujmy polski przemysł!

Ratujmy polski przemysł!

W Katowicach tysiące pracowników protestowały przeciwko rządowej polityce (anty)przemysłowej.

Protest zorganizował Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjno-Strajkowy. To wspólna inicjatywa trzech czołowych ogólnopolskich central związkowych – NSZZ „Solidarność”, OPZZ, Forum Związków Zawodowych, a oprócz nich w skład podmiotu wchodzi WZZ Sierpień ‘80. W proteście wzięło udział kilka tysięcy osób, głównie z zakładów pracy na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, ale także przybyłych z daleka, m.in. z Bełchatowa i kopalni „Bogdanka” w Łęcznej.

Protestujący wyrażali sprzeciw wobec polityki rządu Tuska: pogarszającej się sytuacji w przemyśle i braku satysfakcjonujących rezultatów rozmów ze stroną rządową na temat problemów hutnictwa i górnictwa. Związkowcy zwracali uwagę, że „transformacja energetyczna” jest realizowana chaotycznie, metodami liberalno-rynkowymi i bez zagwarantowania dobrych, stabilnych miejsc pracy w zamian oraz wsparcia lokalnych społeczności. Do tego dochodzi polityka energetyczna Unii Europejskiej, która skutkuje drastycznym wzrostem kosztów produkcji, co oznacza brak szans konkurowania z napływem produktów eksportowych z krajów, gdzie ceny energii i opłaty za emisję są znacznie niższe. W efekcie zagrożone są tysiące miejsc pracy w kopalniach, elektrowniach węglowych, hutnictwie, przemyśle motoryzacyjnym, chemicznym itp.

Uczestnicy protestu zgromadzili się pod Śląskim Urzędem Wojewódzkim. „Jeżeli na Śląsku utracimy w górnictwie, w hutnictwie i w przemyśle 200-300 tysięcy miejsc pracy, to nasz region czeka zapaść” – powiedział Bogusław Hutek, przewodniczący Krajowej Sekcji Górnictwa Węgla Kamiennego NSZZ „Solidarność”. Z kolei OPZZ napisało, że „domagamy się silnego i nowoczesnego przemysłu, stabilnych i godnych miejsc pracy, realnego planu transformacji chroniącego ludzi pracy, bezpieczeństwa energetycznego i gospodarczego Polski”. Bogusław Ziętek, lider Sierpnia ’80, powiedział: „Jeśli ze strony rządzących nie będzie dobrej woli, będą kolejne protesty. Ludzie z różnych stron Polski wyruszą na stolicę”.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: facebookowy profil OPZZ.

Koniec leczenia

Koniec leczenia

Z powodu braku środków wiele szpitali już teraz przekłada operacje i zabiegi na przyszły rok.

Jak informują Polska Agencja Prasowa i portal Rynek Zdrowia, wiele szpitali wstrzymuje planowane zabiegi i operacje już teraz z powodu wyczerpania się środków. Przekłada zaplanowane zabiegi na przyszły rok. Dzieje się tak w wielu dziedzinach, w tym w onkologii.

Rzecznik Naczelnej Rady Lekarskiej Jakub Kosikowski poinformował PAP, że do Rady napływają ze szpitali w całej Polsce informacje o wstrzymaniu przyjmowania nowych pacjentów i przekładaniu terminów planowanych zabiegów dopiero na przyszły rok. Dochodzi wręcz do sytuacji, gdy szpitale zaczęły limitować nawet świadczenia nielimitowane.

Placówki uzasadniają takie decyzje brakiem środków. Nie wpływają do nich należne fundusze z NFZ, a część placówek utraciła możliwość kredytowania świadczeń z własnych zasobów, aby odzyskać te środki w przyszłości z NFZ. Kosikowski powiedział: „Skoro NFZ od kilku miesięcy nie płaci, to szpitale same zaczęły nakładać limity. Nie są w stanie dłużej kredytować leczenia”. Podaje on przykład placówki, w której zaprzestano przyjmowania nowych pacjentów do leczenia w programie lekowym reumatoidalnego zapalenia stawów.

Z kolei Polska Agencja Prasowa dotarła do informacji o zaprzestaniu części leczenia w niektórych placówkach, ale zmiany mają nie dotknąć pacjentów onkologicznych, dzieci ani przypadków ratujących życie. Agencja podaje przykłady placówek z woj. pomorskiego. Część z nich do końca października wykonała zaplanowany na 2025 r. wolumen świadczeń. W związku z tym przesuwa część zaplanowanych zabiegów na kolejny rok – głównie w sferze kardiologii, kardiochirurgii, ortopedii i urologii. Jedna z tych placówek czeka na zwrot z NFZ aż 270 milionów złotych za już wykonane zabiegi.

Pod koniec października NFZ otrzymał dodatkowe 3,5 mld zł z budżetu państwa na rozliczenia z placówkami medycznymi. Łącznie dotacja dla NFZ w 2025 r. wyniosła 31 mld zł. Wkrótce dodatkowy miliard ma trafić do NFZ z obligacji skarbu państwa. To wszystko nie zmienia faktu, że niedofinansowanie NFZ w roku 2025 wyniesie około 10-13 miliardów złotych. Z kolei w przyszłym roku ma zabraknąć na leczenie aż 23 miliardów złotych.

Znów zwalniają

Znów zwalniają

Kolejna fala zwolnień grupowych czeka pracowników dużej firmy z sektora automoto.

Jak informuje portal Bankier.pl, do zwolnień grupowych powraca firma Aptiv z Małopolski. W lutym zwolniła ona jedną dziesiątą załogi – 200 osób. O sprawie było głośno, gdyż zwolnione osoby dowiedziały się o tym nagle, gdy tak dużej grupie wręczono wypowiedzenia z pracy i dano im kilkadziesiąt minut na spakowanie się i opuszczenie zakładu pod nadzorem.

Obecnie firma zajmująca się m.in. produkcją wyposażenia elektrycznego i elektronicznego dla pojazdów silnikowych zamierza przeprowadzić kolejne zwolnienia. Tym razem mają one objąć 138 osób.

Blachozwolnienia

Blachozwolnienia

Zwolnienia grupowe w dużej firmie z branży blacharskiej.

Jak informuje portal Wyborcza.biz, zwolnienia grupowe zapowiedziała firma Blachotrapez. To duży producent pokryć dachowych i blachy elewacyjnej. Przedsiębiorstwo z Podhala zgłosiło do Powiatowego Urzędu Pracy w Podhalu zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych. Firma motywuje tę decyzję koniecznością ratowania płynności finansowej, która jest zagrożona wskutek znacznego zmniejszenia zamówień i sprzedaży.

Pracę wedle oficjalnych zapowiedzi straci 80 osób. Jednak wśród załogi zakładu panuje przekonanie, że skala problemów jest taka, iż prawdopodobnie będą konieczne większe cięcia zatrudnienia. Mówi się, że docelowo zatrudnienie może stracić nawet 200 osób.

Burmistrz przeciw UNESCO

Burmistrz przeciw UNESCO

Burmistrz gminy i miasta Ćmielów (woj. świętokrzyskie), Joanna Suska, ogłosiła w lokalnych mediach, że zarządzanej przez nią gminie grozi likwidacja. Według pani burmistrz powodem likwidacji gminy ma być istnienie Rudzkiego Parku Kulturowego, który powołała Rada Gminy Ćmielów w czasie, gdy burmistrzem była ta sama Joanna Suska. Rudzki Park Kulturowy (RPK) został powołany jako skutek zobowiązania się państwa do należytej ochrony obiektu światowego dziedzictwa UNESCO – Krzemionkowskiego Regionu Pradziejowego Górnictwa Krzemienia Pasiastego. W tle historii są inwestorzy i pomysł na uprzemysłowienie gminy poprzez realizację przedsięwzięć mogących doprowadzić do utraty statusu UNESCO przez ww. region. Światowy Komitet UNESCO stale monitoruje proces wprowadzenia właściwych form ochrony w otoczeniu dobra, w tym powołania i utrzymania parku kulturowego.

Krzemionki uzyskały status dobra UNESCO w 2019 roku. Są jedynym polskim obiektem tej rangi, chroniąc wartości archeologiczne unikalne w skali świata. To najlepiej zachowany i największy zespół pradziejowych kopalni krzemienia pasiastego na świecie. Status obiektu UNESCO nie daje jednak żadnej ochrony w polskim systemie prawnym. Krzemionki będące największym komponentem zespołu to także w części rezerwat przyrody „Krzemionki Opatowskie”, obszar Natura 2000 Krzemionki, zabytek archeologiczny i Pomnik Historii ustanowiony przez Prezydenta RP.

Cały region krzemionkowski składa się z czterech komponentów oddalonych od siebie o kilka, kilkanaście kilometrów (Krzemionki, Korycizna, Borownia, Gawroniec). Zawiera on pola górnicze, ośrodki przetwórstwa krzemienia pasiastego i osadę neolityczną, stanowiąc tym samym jedyny taki zespół na świecie. Region krzemionkowski jako całość to obiekt tej rangi, co piramidy egipskie lub Stonehenge. Poszczególne komponenty UNESCO oddzielone są od siebie obszarami wiejskimi i rolniczymi oraz drogami. Zachowały się tutaj zabytkowe układy urbanistyczne i ruralistyczne oraz liczne obiekty historyczne, archeologiczne i architektoniczne, tworzące ciekawy i warty ochrony krajobraz kulturowy. Elementem krajobrazu przyrodniczego, który oddziela od siebie komponenty UNESCO jest rzeka Kamienna ze swoją doliną, objęta ochroną jako obszar Natura 2000 Dolina Kamiennej. W okolicy znajdują się inne rezerwaty przyrody. Cały ten system przyrodniczo-kulturowych powiązań i zależności jest jedną z dwóch największych wartości województwa świętokrzyskiego (obok Świętokrzyskiego Parku Narodowego) i jednym z najważniejszych i najcenniejszych w Polsce, ale też w Europie.

Aby zapewnić, przynajmniej po części, ochronę otoczenia dwóch komponentów: Krzemionek i Borowni, wywiązując się tym samym (również częściowo) z deklaracji złożonej Światowemu Komitetowi UNESCO, powstał Rudzki Park Kulturowy. Park kulturowy jest ustawową formą ochrony zabytków. RPK został powołany uchwałą Rady Gminy Ćmielów w 2023 roku. Zgodnie z tą uchwałą, RPK powołuje się dla ochrony dziedzictwa kulturowego, historycznego oraz walorów przyrodniczo-krajobrazowych doliny rzeki Kamiennej. W jego granicach wprowadzono zakazy między innymi tworzenia kopalń, wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych i składowisk odpadów.

Pierwotnie w proces powołania parku kulturowego były zaangażowane władze gmin Bodzechów, Ćmielów i Ożarów. Podpisały one list intencyjny w tej sprawie, który Komitet Światowy uznał za deklarację wystarczającą dla podniesienia regionu krzemionkowskiego do rangi dobra UNESCO. Gminy Bodzechów i Ożarów nie podjęły działań w celu powołania parków na swoich terenach, zatem RPK stanowi jedyną z wprowadzonych zgodnie z deklaracjami formę ochrony, będąc przy tym tylko częścią pierwotnie postulowanego obszaru chronionego.

Uchwałą Rady Gminy Ćmielów RPK został zniesiony w marcu 2025 roku. Uchwałę znoszącą RPK uchylił wojewoda świętokrzyski jako pozbawioną podstaw prawnych. Jego stanowisko podtrzymał Wojewódzki Sąd Administracyjny. Ćmielowska rada złożyła o kasację wyroku WSA do NSA. Jest prawdopodobne, że rada z panią burmistrz podejmą kolejną próbę likwidacji RPK.

Przynajmniej od 2019 roku trwają spory administracyjne z jednej strony pomiędzy inwestorami a gminą, a z drugiej pomiędzy społecznością lokalną, organizacjami pozarządowymi i Muzeum Historyczno-Archeologicznym w Ostrowcu Świętokrzyskim (opiekującym się bezpośrednio obiektem UNESCO). Do tej pory w bezpośrednim sąsiedztwie UNESCO i rezerwatu planowano utworzenie kopalni wapienia o powierzchni ponad 100 ha (pisałem o tym: https://obywatel3.macmas.pl/2020/10/25/swiatowy-obiekt-unesco-zagrozony-budowa-kopalni/) oraz wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych z magazynami energii. W sprawie inwazyjnych inwestycji procedowano łącznie kilkanaście wniosków. Jak dotąd wszystkie te inwestycje nie doszły do skutku. Stało się tak dzięki współpracy Muzeum, społeczności lokalnej, organizacji pozarządowych i niektórych samorządowców oraz posłów. Ważną rolę odegrał Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Kielcach, nie uzgadniając możliwości realizacji inwestycji tak inwazyjnych wobec zabytków kultury i wartości przyrodniczych.

Presja inwestycyjna ciągle trwa i składane są kolejne wnioski. Inwestorzy są nieustępliwi, mimo kolejnych porażek. Skąd ich determinacja? Są dwa powody. Po pierwsze Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP) dla tego terenu został uchwalony 13.03.2003. Nie wniesiono do niego istotnych zmian dotyczących powołania obiektu UNESCO i planów utworzenia parku kulturowego, ale też dotyczących zmiany ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym czy uchwalenia ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z dn. 23.07.2003 r. Zatem plan ten jest anachroniczny i wymaga pilnej aktualizacji. Co więcej, jest niezgodny z obowiązującym obecnie prawem i stanem wiedzy naukowej. Niestety dopuszcza on eksploatację złoża wapieni, jednakże nie obliguje do tego. Rada Gminy Ćmielów nie zajęła się uchwaleniem nowego lub modyfikacją istniejącego MPZP. Obecny ma już 22 lata. Rzeczywistość wokół zmieniła się radykalnie, również ta prawna.

Rada Miejska w Ćmielowie 6 marca 2024 roku podjęła uchwałę wskazującą, że plan ten jest nieaktualny. Obecnie Urząd Miasta i Gminy w Ćmielowie twierdzi, że MPZP jest aktualny. Burmistrz Suska uznała też, że Uchwała Rady Miejskiej ma jedynie charakter „opiniodawczy”, a nie wiążący. Jednak zgodnie z art. 32 ustawy z dnia 27 marca 2003 r. o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym (Dz. U. z 2024 r. poz. 1130, 1907, 1940, z 2025 r. poz. 527, 680.) pani burmistrz musi między innymi dokonać analizy zmian w zagospodarowaniu przestrzennym gminy oraz uwzględnić wnioski o zmiany zapisów w MPZP. Następnie obowiązkiem burmistrz jest przekazanie wniosków i analiz dotyczących potrzeby zmian planistycznych. Następnie przekazuje je, po uzyskaniu opinii komisji urbanistyczno-architektonicznej, Radzie Gminy. Przynajmniej raz w czasie trwania jej kadencji. Na tej podstawie Rada Gminy podejmuje uchwałę w sprawie aktualności MPZP. W przypadku uznania MPZP za nieaktualny w całości lub części, Rada Gminy i burmistrz muszą zgodnie z ustawą podjąć działania mające na celu albo opracowanie nowego MPZP, albo jego aktualizację. Przy czym tryb prac w obu przypadkach jest identyczny, czyli przebiega jak przy opracowaniu i przyjęciu nowego MPZP.

Co ważne, Rada Miejska poprzedniej kadencji podjęła uchwałę o przystąpieniu do sporządzenia planów miejscowych dla północnych obszarów gminy Ćmielów. Dałoby to możliwość aktualizacji MPZP, o którym tu mowa. Jednak pani burmistrz Joanna Suska jako organ wykonawczy nie podjęła działań mających na celu realizację przyjętych uchwał. Twierdziła, że gminy nie stać na takie opracowania. Rodzi się pytanie o to, jak zarządzana jest gmina Ćmielów, skoro nie stać jej na wywiązanie się z ustawowych obowiązków? Z tego udawanego impasu pani burmistrz mogła wyjść w prosty sposób. Zgłosili się bowiem do niej mieszkańcy z propozycją darowizny, dzięki której dało się opracować nowy MPZP. Pani burmistrz odpowiedziała na tę propozycję. Przekazała informację, że gmina może tę darowiznę wykorzystać w dowolny sposób. Niekoniecznie na sfinansowanie MPZP. Do niczego więc nie doszło.

Póki co udało się powstrzymać wspomniane plany inwestycyjne. Wykazano, że stanowią one, szczególnie plany związane z kopalnią wapienia, bezpośrednie zagrożenie dla neolitycznych kopalń oraz świata przyrody ożywionej. Wykazano też liczne uchybienia formalne opracowanego raportu oddziaływania inwestycji na środowisko. Poważnym zagrożeniem są też plany budowy kilku wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych z magazynami energii w przybliżonej lokalizacji. Farmy te miałyby zająć setki hektarów. I tu Muzeum Historyczno-Archeologiczne w Ostrowcu Świętokrzyskim we współpracy ze stowarzyszeniami „Krzemienna Dolina”, „Korycizna” i Stowarzyszeniem Społeczno-Przyrodniczym M.O.S.T. powstrzymało destrukcyjną presję inwestycyjną. Powołanie RPK miało służyć ochronie UNESCO przed tego rodzaju inwestycjami dewastującymi krajobraz, środowisko i życie społeczności lokalnej.

Niedawno gminę obiegła wiadomość, że inwestor domaga się na drodze formalnej odszkodowania za to, że nie wydano mu administracyjnej zgody na eksploatację złóż. Nie istnieje jednak obecnie droga prawna do domagania się odszkodowania i to, że inwestor na nią wstąpił – jest nadużyciem. To, że Gmina Ćmielów i pani burmistrz używa w swoich publicznych wypowiedziach jako straszaka, argumentu związanego z groźbą wypłaty odszkodowania, można rozumieć różnie. Być może jako manipulację, być może jako wyraz niekompetencji. Można też odnieść wrażenie, że pani burmistrz stawia się publicznie w roli ofiary, która ma wielki problem, bo na administrowanym przez nią terenie znajdują się światowy obiekt dziedzictwa UNESCO i park kulturowy. W przekazie medialnym gminy i jej burmistrza słychać skargę i bezsilność wobec sprzeciwu Muzeum, ministerstw, RDOŚ, polityków, samorządowców, organizacji pozarządowych i społeczności lokalnej wobec inwestycji dewastujących lokalny system prawny. Burmistrz Suska prezentuje się jako ofiara systemu prawnego – polskiego i międzynarodowego. Jej samo-rząd wyraźnie nie jest spójny z tym, co przyjęto powszechną zgodą i usankcjonowano.

Wracając do roszczeń o odszkodowanie; nie mają one podparcia prawnego z kilku powodów:

– ziemia jest rolna, użytkowana rolniczo (i dzierżawiona przez okolicznych rolników),

– potencjalny inwestor dzierżawi od nich część tej ziemi,

– istnieją pod tą ziemią udokumentowane złoża wapieni,

– MPZP, który powstał przed utworzeniem RPK, przewiduje możliwość eksploatacji złoża,

– MPZP uchwalono wiele lat przed utworzeniem tu obiektu UNESCO i RPK,

– eksploatacja złoża zagraża zbiornikowi wód podziemnych (znajduje się około 30 m pod powierzchnią ziemi w tej lokalizacji), które są źródłem wody pitnej dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi,

– eksploatacja złoża fizycznie zagraża istnieniu neolitycznych kopalń w Krzemionkach (wiek około 5000 lat),

– eksploatacja złoża z dużym prawdopodobieństwem doprowadzi do utraty statusu UNESCO,

– nikt nie ma koncesji na eksploatację złoża, bo taka koncesja nie istnieje.

Nie istnieje w związku z tym przedmiot sprawy, czyli eksploatacja, bo zasoby są w rękach Skarbu Państwa. Ani właściciel, ani dzierżawca nie mają praw do ich wydobycia. Ziemia jest użytkowana rolniczo i tyle na niej póki co można. RDOŚ w Kielcach odmówił uzgodnienia eksploatacji wapieni w tym miejscu.

W obronie regionu krzemionkowskiego stanęło środowisko polskich naukowców, ogłaszając swoje stanowiska w sprawie nieracjonalności i szkodliwości zamierzeń inwestycyjnych. Oto kilka z tych głosów, których zdaje się nie słyszeć lub nie rozumieć pani burmistrz:

„Uruchomienie wydobycia złóż wapienia Ruda Kościelna w miejscowości Ruda Kościelna, gm. Ćmielów, eksploatacją powierzchniową w odległości zaledwie ok. 150 m od granicy obszaru kompleksu kopalń Krzemionki, będącego dobrem światowego dziedzictwa, oraz 25 m od kopalni krzemienia pasiastego Księża Rola, wpisanej do rejestru zabytków, będzie nie tylko jednoznacznym zaprzepaszczeniem prac kilku pokoleń archeologów, geologów i przyrodników, ale przede wszystkim będzie działaniem niezgodnym ze statutem dobra światowego dziedzictwa. Złamanie tych warunków może w konsekwencji doprowadzić do wykreślenia Krzemionkowskiego Regionu Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO” – Instytut Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk, prof. dr hab. Marian Rębkowski (pismo z dn. 13.07.2020).

„Ten najstarszy, autentyczny, unikatowy w skali światowej obiekt z ziem polskich można porównać w skali rozpoznawalności z francuskim Lascaux czy brytyjskim Stonehenge. […] Krótkowzroczne cele i zyski ekonomiczne nie mogą przysłonić wartości dumy polskiej archeologii oraz światowej spuścizny kulturowej” – Uniwersytet Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie, Instytut Archeologii, dr hab. Piotr Łuczkiewicz (pismo z dn. 6.08.2020).

„Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk wyraża głębokie zaniepokojenie informacjami na temat planowanej eksploatacji wapieni górnojurajskich w miejscowości Ruda Kościelna, gmina Ćmielów, w bezpośrednim sąsiedztwie rozległego, pradziejowego pola górniczego, na którym od około 4 tys. do 2 tys. lat p.n.e. człowiek prehistoryczny na wielką skalę wydobywał i przerabiał na narzędzia miejscowy krzemień, tzw. pasiasty. Po zapoznaniu się z dokumentacją planowanej inwestycji Komitet wyraża zdecydowany sprzeciw wobec przemysłowej eksploatacji wapienia w bliskim sąsiedztwie zabytkowej kopalni krzemienia” – Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk, prof. dr hab. Sylwester Czopek (pismo z dn. 12.08.2020).

„Trzeba podkreślić, że wspomniane kopalnie objęte ochroną są dotychczas jedynymi na świecie, gdzie takie struktury odkryto i opisano. […] W świetle obecnej doktryny konserwatorskiej nie uważa się aby jakiekolwiek czynniki ekonomiczne mogły być wystarczającą przesłanką dla niszczenia otoczenia obiektów o światowym znaczeniu, zarówno naukowym, jak krajobrazowym i turystycznym” – Państwowe Muzeum Archeologiczne w Warszawie, mgr Witold Migal (pismo z dn. 30.07.2020).

Można odnieść wrażenie, że seria niepowodzeń inwestycyjnych w sąsiedztwie regionu krzemionkowskiego jest trudna do przełknięcia przez panią burmistrz Suską. Jakiś czas temu w lokalnych mediach rozpoczęła ona kampanię, która dezinformuje społeczność lokalną i która wprost wymierzona jest w RPK i region krzemionkowski. Administracyjne i medialne zachowania pani burmistrz są co najmniej niejednoznaczne, żeby nie powiedzieć – niespójne. Raz spotyka się ona ze społecznością lokalną, zapewniając, że jest „za UNESCO”, innym razem w mediach ogłasza, że UNESCO i RPK zagrażają… istnieniu gminy Ćmielów.

W związku z niepodjęciem się opracowania aktualnego MPZP dla północnej części gminy Ćmielów (tam, gdzie powstał RKP i tam, gdzie nie udało się dotąd zrealizować żadnej z planowanych inwestycji), pani burmistrz odmawia mieszkańcom realizacji różnych, prywatnych inwestycji w obrębie ich posesji. Ewentualnie wydaje decyzje akceptujące na przykład usunięcie drzew zagrażających domom czy liniom energetycznym, ale stawiając warunki, które dla zwykłego śmiertelnika są w zasadzie niemożliwe do spełnienia. W jednym z wniosków mieszkanka zgłosiła potrzebę wycinki kilkunastu świerków, które zagrażają linii energetycznej, domostwu i których obecność uniemożliwia lub znacznie utrudnia wkopanie szamba, bez którego stare gospodarstwo nie może funkcjonować. Pani burmistrz wprawdzie nie naliczyła opłat za wycinkę drzew. Nakazała za to realizację takich nasadzeń kompensacyjnych, które w zasadzie są finansowo i organizacyjnie nie do spełnienia. Przynajmniej nie dla tej konkretnej osoby. Podobnych przypadków jest więcej. Burmistrz w ten sposób, stosując aparat administracyjny, stara się wywołać w mieszkańcach niechęć do RKP i UNESCO, które w jej przekazie są winne niedoli mieszkańców gminy. Bo przez RPK i UNESCO nie da się nic zbudować. Tyle że gdyby gmina wywiązała się z ustawowego obowiązku, jakim jest opracowanie aktualizacji MPZP, problem inercji inwestycyjnej w obrębie gospodarstw by zniknął.

Uchwała o RPK nie zawiera zakazów dotyczących rozbudowy, przebudowy, budowy gospodarstw czy wycinki zagrażających drzew. Jednak dopóki nie ma aktualnego, zgodnego z prawem MPZP, dopóty część mieszkańców gminy Ćmielów jest skazana na niesprawiedliwe i nieuczciwe uniemożliwianie im zadbania o swoje gospodarstwa. Nie da się nie odnieść wrażenia, że to działania odwetowe.

W RPK na mocy uchwały rady gminy chroni się też wartości przyrodnicze i krajobrazowe. Wspomniane działki są poddawane przyrodniczej inwentaryzacji, która w ciągu ostatnich kilku lat wykazała kilkaset chronionych gatunków roślin i zwierząt, kilkanaście gatunków Natura 2000 i kilkadziesiąt gatunków zagrożonych wymarciem i wymienionych na czerwonych listach i w czerwonych księgach ginących gatunków.

Żeby zacząć kopać tu wapienną skałę, najpierw trzeba by się kopać z prawem ochrony przyrody i całą, drogą, długotrwałą procedurą oceny wpływu inwestycji zarówno na przyrodę, jak i na zabytki. Dla tej inwestycji (planowanej kopalni) już raz się to nie powiodło. Nie jest to jednak powód, żeby nie opracować MPZP i nie jest to powód, żeby utrudniać mieszkańcom życie. Ani nie jest to powód, żeby dążyć do likwidacji RPK, a w dalszej konsekwencji wpisu na listę UNESCO.

W mojej ocenie burmistrz marnuje zasoby na nieczystą walkę o likwidację RPK, którego istnienie warunkuje istnienie obiektu światowego dziedzictwa. Dążąc do zniesienia RPK, dąży do zaprzepaszczenia wieloletnich starań wielu osób o podniesienie statusu Krzemionek i tej części doliny Kamiennej. Utworzenie tu kopalni czy wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych przyniesie gminie wpływy z podatków może przez 30 lat. Potem zostanie albo składowisko odpadów, albo potężna dziura w ziemi. Nie będzie jednak obiektu UNESCO, a może i ważnego zbiornika wód podziemnych oraz świata, jaki znają i jakiego chcą mieszkańcy RPK. Wartość prywatnych nieruchomości spadnie. Ludzie przestaną tu kupować nieruchomości.

Zamiast tego burmistrz może opracować nowy MPZP i koncepcję rozwoju tej części gminy Ćmielów w oparciu o archeologiczne, historyczne, krajobrazowe i przyrodnicze zasoby o najwyższej randze. Czyli o to, czego tu chcą mieszkańcy. Wydaje się, że to zbyt złożona perspektywa i zbyt odroczona w politycznym i biznesowym świecie, który wyraźnie się tu splótł ze sobą.

Dotychczas Gmina Ćmielów nie podjęła żadnych działań ukierunkowanych na wsparcie obiektów UNESCO i RPK. Nie podjęła żadnych działań, dzięki którym zarządzana przez nią gmina Ćmielów mogłaby skorzystać z niecodziennego faktu, że ma do dyspozycji wartości, które nigdzie indziej nie występują.

Łukasz Misiuna

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Rzeka Kamienna, obszar Natura 2000 Dolina Kamiennej w Rudzkim Parku Kulturowym, fot. Łukasz Misiuna.

Ignacy Daszyński (1936)

Ignacy Daszyński (1936)

Jeszcze nie przebrzmiało echo manifestacyjnych obchodów z okazji 70-letniej rocznicy [urodzin] wodza proletariatu polskiego Ignacego Daszyńskiego, które były spontanicznym hołdem międzynarodowego proletariatu dla Szermierza Socjalizmu polskiego, a już jak błyskawica rozeszła się hiobowa wieść o Jego zgonie. Oto w nocy z 30 na 31 października zmarł w sanatorium w Bystrej po długiej i ciężkiej chorobie; wszelkie starania lekarzy okazały się już bezskuteczne.

Wiadomość o zgonie Ignacego Daszyńskiego wywołała wśród całego proletariatu europejskiego, a szczególnie w Polsce, głębokie wrażenie, szczery żal oraz smutek. Wszak imię Daszyńskiego związane jest nierozerwalnie z każdym wielkim zdarzeniem minionych dziesiątków lat. Twórca masowego ruchu socjalistycznego, uczynił z tego ruchu podstawę masową dla przygotowań do walki zbrojnej o Niepodległość w przededniu jeszcze wojny światowej.

Był prawdziwym Trybunem Ludu, Szermierzem idei Socjalizmu, Patriotyzmu i wolności, której pozostał wierny aż do ostatniej chwili swojego życia.

Z jego imieniem związana jest też część historii ruchu socjalistycznego na Śląsku. Z wdzięcznością wspominamy te czasy, w których tow. Daszyński pracował wśród tutejszego proletariatu polskiego.

Życiorys wodza proletariatu polskiego

Ignacy Daszyński urodził się 26 października 1866 r. Przyszedł na świat w małym miasteczku kresowym Zbarażu, na galicyjskim Podolu, w pobliżu granicy rosyjskiej. Pochodził z obdarzonej licznymi dziećmi rodziny urzędniczej. W szóstym roku życia zaczął Ignacy uczęszczać do miejscowej szkoły O. O. Bernardynów i był bardzo dobrym uczniem. Niedługo jednak dane mu było zażyć spokojnego życia w małym, otoczonym kwiatami domu rodzicielskim. Miał zaledwie dziewięć lat, gdy stracił ojca. Bardzo szybko musiał zapoznać się z życiem z najpoważniejszej jego strony. Nie był pieszczonym przez całe życie. Od małego dziecka musiał borykać się z losem. Charakter jego urabiał się w twardej walce o był.

W tym czasie zaczęło się także kształtować Jego oblicze ideowe. Wielki wpływ wywierał w tej mierze na niego starszy brat Feliks. Do gorących głów młodych chłopców znalazły najpierw dostęp idee patriotyczne. Patriotyzm Daszyńskich czerpał swe soki z dziejów walk powstańczych, wyrastał z atmosfery dymiących pobojowisk i rewolucyjne i bojowe krzesał w nich pierwiastki.

Było to w roku 1880. Ignacy Daszyński miał wtenczas 14 lat. Obaj bracia wzięli czynny udział w manifestacji patriotycznej w dzień zaduszny. Feliks napisał wiersz skierowany przeciw ugodzie z Habsburgami, a Ignacy go odhektografował i rozrzucił wśród młodzieży na cmentarzu. Represje nie kazały na siebie długo czekać. Feliks został aresztowany, a Ignacego, jako współwinnego, pociągnięto również do odpowiedzialności. Ostatecznie jednak wobec dziecinnego wieku Ignacego prokurator odstąpił od oskarżenia, a Feliksa sąd przysięgłych uwolnił. W każdym razie było to pierwsze namaszczenie rewolucyjne.

Po skończeniu szkoły średniej Daszyński poświęcił się pracy nad sobą. Lata najbliższe były jednak równocześnie latami ciężkiego borykania się z losem. Zaczął się okres tułactwa i nędzy. Po krótkim pobycie we Lwowie, znalazł się w Drohobyczu na posadzie pisarza u adwokata. Poznał środowisko bezlitosnego wyzysku, nędzy, zaczął pracować wśród tamtejszych robotników i chłopów, nawiązał kontakt z pierwocinami ruchu socjalistycznego.

We wrześniu 1890 opuścił uniwersytet w Zurychu i udał się do Lwowa. Tu po raz pierwszy staje u wielkiego warsztatu pracy politycznej, aby go już nigdy nie opuścić. Lwów był podówczas głównym środowiskiem socjalizmu polskiego w zaborze austriackim. Nie było tam jeszcze jednak wtenczas organizacji politycznej. Ruch cały skupiał się około dwóch pism socjalistycznych, które tam wychodziły, koło „Pracy” i „Robotnika”. Daszyński, który wszedł w skład redakcji „Pracy”, uważał za najważniejsze zadanie doprowadzenie do powstania partii socjalistycznej. W tę też stronę skierował swoje wysiłki. Po kilkutygodniowej pracy agitacyjnej udało mu się wreszcie doprowadzić do założenia we Lwowie organizacji socjalistycznej w postaci stowarzyszenia oświatowo-zapomogowego „Siła”. W późniejszych latach I. Daszyński bierze już udział w międzynarodowych kongresach socjalistycznych w Brukseli i Zurychu.

Na wiosnę 1894 roku Daszyński wrócił do Krakowa i objął z powrotem redakcję „Naprzodu”. Odtąd na długie czasy zamieszkał w Krakowie i bierze czynny udział w walce z reakcją galicyjską. W roku 1896 Daszyński odsiedział karę 6-tygodniowego więzienia. Była to szesnasta z kolei sprawa polityczna w Jego życiu.

W roku 1897 odbyły się wybory do parlamentu austriackiego. Daszyński kandydował w okręgu krakowskim. Wynik wyborów był olbrzymim triumfem Daszyńskiego i całkowitym pogromem przeciwników, głoszących wszędzie nieuniknioną klęskę socjalistów. Na 29 758 oddanych głosów Daszyński otrzymał 22 214, a więc 74%.

Daszyński rozpoczął okres wielkiej pracy parlamentarnej. Wkraczał na trybunę, z której głos jego miał rozbrzmiewać na cały świat w obronie żywotnych interesów polskiej klasy pracującej. Odtąd Daszyński prowadzi nieustraszoną walkę z reakcyjnym rządem hr. Badeniego, a później z namiestnikiem Galicji hr. Leonem Pinińskim. Na jednym z kongresów socjalistycznych Wiktor Adler w związku z zaostrzeniem sprawy narodowościowej, spowodowanym rozporządzeniem Badeniego, stwierdził, że tylko socjalizm jest w stanie zagadnienie to rozwiązać. „Wydawało się czymś nowym – mówił – gdy tow. Daszyński oświadczył w parlamencie: «Jestem Polakiem i jestem socjalistą. To jest rozwiązanie»”.

Na terenie Galicji i Śląska istniała wówczas Polska Partia Socjalno-Demokratyczna, której Daszyński był przywódcą.

Pierwsze miesiące roku 1900 musiał Daszyński poświęcić niemal całkowicie walce strajkowej na Śląsku [Cieszyńskim]. Przemawiał na kilku wiecach, a mowy jego przyjmowane były z wielkim entuzjazmem przez strajkujących górników.

Dalszy okres swego życia poświęcił Daszyński walce przeciw caratowi i o powszechne prawo głosowania. Prowadził też żywą akcję przeciw polityce germanizacyjnej na Śląsku Cieszyńskim, urządzając szereg wieców i wygłaszając w tej sprawie mowę parlamentarną w czerwcu 1908 r.

W lipcu 1910 r. Daszyński stanął na stanowisku udziału partii w uroczystościach grunwaldzkich. Przemówił wtenczas na starym rynku krakowskim:

„Tylko niepodległość narodowa jest drogą do zbratania, do solidarności wszystkich ludów!”.

Tymczasem wybuchła wojna światowa. Nie spadła ona na Daszyńskiego jako coś nieprzygotowanego. Lepiej od kogokolwiek rozumiał, jakie niosła ona w sobie konsekwencje i możliwości. Powstał Naczelny Komitet Narodowy, celem zorganizowania zbrojnej walki z Rosją. Obok tego platformą tego komitetu było tak zwane austro-polskie rozwiązanie niepodległości Polski. W r. 1916 szanse tego rozwiązania tak dalece zmalały, że Daszyński przekonywa się o nierealności dotychczasowej polityki i staje na stanowisku zasadniczej idei niepodległościowej. W maju 1917 r. zgłosił w Kole Polskim wniosek stwierdzający, że „rezultatem wojny na ziemiach polskich ma być, wedle żądania narodu polskiego i wedle sprawiedliwości dziejowej, niepodległe państwo polskie, utworzone z ziem polskich i cały naród jednoczące”.

Walka o niepodległość Polski nie była marną. Z gruzów powstała Polska wyzwolona. W roku 1918 Piłsudski powierzył Daszyńskiemu funkcję utworzenia rządu, po rozwiązaniu pierwszego rządu lubelskiego. Daszyński utworzył rząd o charakterze lewicowym, sam jednak ustąpił na rzecz Moraczewskiego. Nastąpiła wojna z bolszewikami, w której socjaliści wzięli czynny udział. Po tym przyszedł znany przewrót majowy i objęcie władzy przez Piłsudskiego. Daszyński oczekiwał teraz szybkiego rozwoju Polski w kierunku demokracji i postępu społecznego. Niestety, wkrótce nadzieje te zostały rozwiane. Nastąpiły znane starcia z Piłsudskim. Potem Brześć, pacyfikacja i uwięzienie 80 byłych posłów.

Otwiera się nowa walka o Polskę ludową i demokratyczną. Daszyński nie mógł już jednak w walce tej wziąć czynnego udziału. Ciężka choroba zmusiła go do porzucenia na kilka lat swej pracy, która przez całe życie była Jego żywiołem. Wszak w pracy dla idei socjalistycznej ma dziś Daszyński przeszło 50 lat.

Praca ta pozostanie trwałym Jego pomnikiem po wsze czasy!

Proletariat polski na Śląsku czeskim składa hołd prochom niezmordowanego Szermierza Socjalizmu i niestrudzonego obrońcy praw ludu pracującego. Cześć pamięci Wielkiego Wodza proletariatu polskiego!

Pogrzeb Towarzysza Daszyńskiego odbył się we wtorek, dnia 2 listopada w Krakowie. Była to masowa manifestacja wdzięczności całej Polski Ludowej i Robotniczej dla swego Wodza. W pogrzebie wzięła udział również delegacja polskiego ruchu socjalistycznego w Czechosłowacji.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Gazeta Górnicza. Organ Sekcji Polskiej Związku Górników w Czechosłowacji” nr 45/1936, Karwina, 4 listopada 1936. Tekst publikujemy w 89. rocznicę śmierci Ignacego Daszyńskiego.

Zwolnienia w wolnych mediach

Zwolnienia w wolnych mediach

Pracę tracą dziennikarze Polska Press.

Jak informuje portal Wirtualne Media, rozpoczęły się zwolnienia w regionalnych czasopismach należących do Polska Press, która z kolei jest własnością Orlenu po wykupieniu medialnej spółki przed kilkoma laty od kapitału niemieckiego.

Pierwsze informacje o zwolnieniach dotarły z redakcji „Głosu Wielkopolskiego”. Pracę straciło tam 5 osób. Wedle nieoficjalnych informacji jest to część szerszego procesu zwolnień w regionalnych pismach należących do Polska Press. Trwają one od września w niektórych z czasopism, a w innych mają się rozpocząć wkrótce. Objąć mają wszystkie oddziały spółki.

Takie decyzje mają wynikać z przyczyn finansowych. Po zmianie rządu uległy zmianie także władze i decydenci w Polska Press. Wyniki finansowe szybko uległy pogorszeniu. W roku 2024 przychody spółki zmalały aż o 27,7% wobec roku 2023. Największy spadek nastąpił w sferze przychodów z reklam – ze 177 do 126 milionów złotych.

To z kolei zaowocowało pogorszeniem wyników finansowych i cięciami w zatrudnieniu. Już w roku 2024 zatrudnienie w spółce zmalało o niemal 10%. Obecnie trwają kolejne zwolnienia. W swoim komunikacie odniosła się do nich Komisja Międzyzwiązkowa Związków Zawodowych działających w Polska Press sp. z o.o. Napisała ona: „w spółce kolejny rok z rzędu prowadzone są przez pracodawcę redukcje zatrudnienia. Sformułowanie to użyte zostało celowo, ponieważ pracodawca, przedstawiając pracownikom do podpisu dokumenty rozwiązujące stosunek pracy za porozumieniem stron skutecznie stara się unikać negocjacji ze Stroną Społeczną, które byłyby wymagane prawem w przypadku przeprowadzania zwolnień grupowych. Tymczasem, co potwierdzają również publikowane przez spółkę sprawozdania finansowe, liczba etatów w spółce w okresie od końca 2019 roku do 1 września 2025 została zmniejszona o 685 (tylko w roku 2024 było to prawie 200 etatów). Do tego trzeba będzie doliczyć kilkadziesiąt kolejnych miejsc pracy «zlikwidowanych z przyczyn ekonomicznych» w ramach realizowanych obecnie cięć. Pomimo wielokrotnie podejmowanych rozmów z kolejnymi zarządami spółki, KMZZ wciąż nie usłyszała przekonującego stanowiska, w sprawie strategii bilansowania wyników finansowych w inny sposób niż redukcja zatrudnienia. Tymczasem, w przeświadczeniu KMZZ, już dawno przekroczona została granica, za którą każde kolejne redukcje zatrudnienia, bezpośrednio i negatywnie, przekładają się na potencjał wydawnictwa. […] Komisja Międzyzwiązkowa Związków Zawodowych działających w Polska Press przypomina również wszystkim pracownikom, że propozycja rozwiązania stosunku pracy za porozumieniem stron jest formułą dobrowolną i nie może być zawierana pod presją wywieraną na pracownika np. w postaci stwierdzenia, że oferta jest ważna w tej chwili i jeśli nie zostanie podpisana od razu, przestanie być aktualna”.

Mowa o zwolnieniu co najmniej 30 osób. Zarząd Polska Press podjął także decyzję o likwidacji „Tygodnika Ostrołęckiego”. Pismo zostaje zamknięte z końcem października 2025 roku po 43 latach istnienia.

Szantaż antypracowniczy

Szantaż antypracowniczy

Przenosiny o około 200 kilometrów – albo zwolnienia.

Jak informuje Fakt.pl, firma Entalpia Europe przedstawiła pracownikom swojego zakładu specyficzną ofertę. Albo przeniosą się z Sieradza pod Warszawę, albo stracą pracę.

Firma produkuje komponenty chłodnicze do systemów klimatyzacji, chłodzenia i wentylacji. Dotychczas wytwarzała je przez prawie dekadę w swoim zakładzie w Sieradzu. Teraz chce zlikwidować ten obiekt, a w zamian otworzyć zakład produkcyjny w Łazach pod Warszawą. Pracownicy otrzymali „propozycję”, a de facto ultimatum: albo przeniosą się do nowej lokalizacji, albo stracą zatrudnienie.

Odległość między tymi lokalizacjami wynosi około 200 kilometrów. Zdaniem zarządu firmy jest to rozsądna propozycja. Ogłosił on zwolnienia grupowe w Sieradzu, ale większości załogi zaproponowano przenosiny do nowej lokalizacji. Dotychczas zakład zatrudniał około 50 osób. Z oferty przenosin skorzystało póki co zaledwie 5 z nich. Firma mimo teoretycznej chęci przeniesienia załogi do nowej lokalizacji, prowadzi już w internecie rekrutację nowych kadr w nowej lokalizacji.

Załoga za strajkiem

Załoga za strajkiem

Pracownicy zadecydowali w referendum o przeprowadzeniu strajku.

Jak informuje portal Przełom.pl, sukcesem zakończyło się referendum strajkowe w zakładzie firmy Valeo w Chrzanowie. W referendum osiągnięto frekwencję wymaganą prawem – 50%. Spośród głosujących ponad 90% opowiedziało się za zorganizowaniem strajku.

Konflikt w zakładzie trwa od dawna. Szefostwo firmy nie reaguje na postulaty związkowców. Dotychczas odbyło się kilka protestów i manifestacji w tej sprawie, ale zarząd nie ugiął się i nie spełnił żądań związkowców. Utrudniał także przeprowadzenie referendum strajkowego. Jeśli wciąż nie będzie on reagował, związkowcy w przyszłym tygodniu wyznaczą termin strajku.

Walce pracowników przewodzi Wolny Związek Zawodowy Sierpień ’80. Domaga się on podwyżki wynagrodzenia zasadniczego w wysokości 1000 zł do podstawy wynagrodzenia dla każdego z pracowników, dodatku stażowego w wysokości 8 proc. minimalnego wynagrodzenia dla pracowników ze stażem do 5 lat oraz 1 proc. za każdy rok pracy powyżej 5 lat oraz podwyżki do 600 zł dodatku za pracę w systemie czterobrygadowym.

Zwolnienia idą na rekord

Zwolnienia idą na rekord

Rekordowa od lat jest skala planowanych zwolnień z pracy.

Jak informuje portal Business Insider, w okresie od stycznia do końca września 2025 roku zatrudniający zgłosili zamiar zwolnienia z pracy aż ponad 88 tysięcy pracowników w procedurze zwolnień grupowych (innych zwolnień nie muszą zgłaszać). To wynik najwyższy od lat i kolejny rok wzrostu skali tego procederu. Jest to także liczba większa aż o niemal 54 tysiące niż w całym roku 2024. W 2022 roku zamiar zwolnień grupowych dotyczył 26 271 osób. W roku 2024 było to 34 191 osób. W 2025 tylko do końca września skala planowanych zwolnień grupowych wynosi 88 053 pracowników.

Największa skala planowanych zwolnień dotyczy woj. mazowieckiego, ale tamtejsze liczby dotyczą wielu miejsc w kraju, gdyż zamiar zwolnień ogłaszają centrale przedsiębiorstw, często lokowane w stolicy. Zgłoszono tam zamiar przeprowadzenia zwolnień ponad 68 000 pracowników. Rok temu było to niemal dokładnie o połowę mniej, a w roku 2023 jedynie nieco ponad 12 000 osób. Największe zwolnienia planują dwie duże publiczne firmy.

Przemysł szczęścia kapitalizmu magicznego

Przemysł szczęścia kapitalizmu magicznego

Teza mojego tekstu jest następująca: afirmacja, element dyskursu psychoterapeutycznego, jak w soczewce skupia w sobie cechy nowego etapu rozwoju kapitalizmu. Można go określić mianem kapitalizmu magicznego. We fragmencie, jakim jest afirmacja, daje się zobaczyć różne odsłony przemysłu szczęścia, o którym przenikliwie pisał William Davis w książce pod tym właśnie tytułem. Wtłoczeni w jego tryby działamy na niekorzyść samych siebie, zachęcani do tego coachów i ekspertów oraz przedstawicieli „klasy szampańskiej”, złożonej m.in. z aktorów i celebrytów.

Kapitalizm pojmuję jako mechanizm wytwarzania dyskursów oraz przejmowania już istniejących w celu zastąpienia wcześniejszych. Mają one na celu stworzenie konsumenta idealnego, czyli jednostki pozbawionej wszelkiej innej tożsamości niż oferowana przez kupno, odciętej od tradycji, ewentualnie wtórnej, konstruowanej na nowo w celach skonsumowania, nastawionej na pielęgnowanie płynnego Ja, dbającego jedynie o własną przyjemność.

Pomocny jest w tym dyskurs psychoterapeutyczny rozumiany jako technika, która daje możliwość „odkrywania” siebie, a tak naprawdę „konstruowania” siebie. Myślę o nim analogicznie jak o historii dyskursu chirurgii estetycznej, który miał pomagać zniekształconym ciałom żołnierzy, a stał się przemysłem wciągnięty w wykreowany ideał piękna, niemożliwy do zrealizowania bez skalpela. Kapitalizm i jego kultura muszą stworzyć podmiot cierpiący i nieakceptujący siebie w żadnym aspekcie ciała i psyche, aby jego celem było poprawienie siebie.

Przejmowany przez kapitalizm dyskurs psychoterapeutyczny miał pomagać osobom z problemami, lecz zdaniem Evy Illouz, choć to mocna teza, przyczynia się on w dużej mierze do strukturalnego stwarzania owych problemów, które następnie leczy, ale już jednostkowo i za opłatą. Jak pisze socjolożka, opisując splot dysfunkcji (jej diagnoza to osobna, kłopotliwa kwestia), terapii, cierpienia i zdrowia: „[…] ponieważ zasadniczym powołaniem psychologii jest łagodzenie najróżniejszych postaci cierpienia psychicznego za pomocą nieokreślonego ideału zdrowia i samorealizacji oraz ponieważ terapeutyczna orientacja przyczyniła się faktycznie do stworzenia osobistej pamięci cierpienia, to ona też, paradoksalnie, tworzy większość cierpień, które ma łagodzić” (E. Illouz, „Uczucia w dobie kapitalizmu”, Warszawa 2010).

W kulturze ponowoczesnej mamy zatem do czynienia z szeroko pojętym procesem terapeutyzowania społeczeństwa, o którym znakomicie w swoich książkach piszą m.in. Philip Cushman oraz wspomniana Illouz. To, że ten proces zachodzi, znakomicie widać w języku, w jakim mówimy o sobie i relacjach z innymi ludźmi. Zastąpił on w zasadzie język religijny nawet w postaci zeświecczonej, gdyż coraz rzadziej używa się takich słów, jak: kara, ofiara, grzech etc.

Nawiasem mówiąc, dyskurs ten jest tak samo podatny na obrazę uczuć, jak dyskurs religijny, gdyż w zasadzie posiada taki sam sakralny status. Nie można być podejrzliwym wobec dyskursu psychoterapeutycznego, co wynika w dużej mierze z faktu, iż – po pierwsze – został on świetnie zinternalizowany przez feminizm oraz liberalno-progresywną „lewicowość”. Po drugie, jest to polityczne w istocie narzędzie do deprecjonowania, słusznie bądź nie, wszystkiego, co uchodzi za „konserwatywne”, „prawicowe”, „populistyczne”, „toksycznie polskie”, słowem: za patologiczne „z psychoterapeutycznego punktu widzenia”. Po trzecie, odniósł on sukces dzięki przedostaniu się do języka nauk humanistycznych (np. pojęcie uważności). Wszystko to sprawia, że dyskurs psychoterapeutyczny to dyskurs określonej klasy, która opowiada na nowo swoją ponowoczesną podmiotowość.

Czasami zdarza się nawet, że humaniści ze świata akademii czerpią zyski finansowe, łącząc plemienne ontologie, magię roślin i rzek oraz uważność.

Ale po kolei.

Co to jest afirmacja?

Afirmacja to zdanie powtarzane w celu stworzenia oraz wzmocnienia pozytywnego wyobrażenia o sobie. Przekonanie siebie, poprzez identyfikację z treścią zdania, że jest się tym, co się wypowiada, np. słynne „Jesteś zwycięzcą”. Działa tutaj zatem mechanizm autosugestii, który badacz tej problematyki, Eugene Subbotsky, nazywa naszą dzisiejszą magią, opierającą się, analogicznie jak ta pierwotna, na prawie partycypacji.

Afirmacja należy do tzw. psychologii pozytywnej, której celem jest zmiana „negatywnych wzorców”, przekonań lub nawyków na korzystne i pożądane. Regularne praktykowanie afirmacji pozwala na kształtowanie pozytywnego nastawienia do samego siebie, zwiększenie samoakceptacji oraz pomaga w przyciąganiu pożądanych doświadczeń lub stanów rzeczy.

Mówiąc najprościej, afirmacja to emocjonalne skupienie się i kierowanie myślą wyrażoną w języku. Uznaje się ją za sprawczą, tj. mogącą wywoływać realne efekty w świecie: zarówno świecie swojej psychiki, jak i świecie zewnętrznym wobec jednostki.

Afirmacja jest częścią większej całości, czyli manifestacji. Oprócz afirmacji składa się na nią także wizualizacja, tj. wyobrażanie sobie obrazu zwycięstwa, które może być wzmacniane wypowiadanymi afirmacjami oraz działaniami, czyli krokami podejmowanymi w celu osiągnięcia celu.

Afirmacje i manifestacje są stosowane w psychoterapii oraz coachingu, albowiem mają na celu polepszenie stanu zdrowia psychicznego lub służą samorozwojowi.

Po co ludzie afirmują? Właśnie po to.

Te dwie wartości, zdrowie oraz samorozwój, są wartościami wysoko usytuowanymi w hierarchii, gdyż znakomicie wpisują się kulturę ponowoczesną epoki neoliberalnego kapitalizmu. Przymus bycia zdrowym i w formie oraz przymus samorozwoju to dwa główne reżimy dyscyplinarne związane z nową formą podmiotu pozytywnego. Podmiotu, zgodnie z wykładnią Byung-Chul Hana, nie tyle zmuszonego do zdrowia i rozwoju, lecz chcącego takim być i autentycznie szczęśliwego z takiego stanu rzeczy. Ów stan jest zawsze jednocześnie racjonalizowany i maskowany językiem medycznym, w stylu: „Po treningu wydzielają się endorfiny”, „Lepiej się czuję, gdy jestem szczupły niż otyły”. To prawda. I w tym cały problem.

Dlatego właśnie nie tak łatwo wygrać z kapitalizmem. Stworzył on podmiot uzależniony od przyjemności, której najpierw pozbawił, a następnie zaoferował do kupna. To druga strona, ta pozytywna, procesu medykalizacji. Pierwsza strona, negatywna, jest widoczna np. w stwierdzeniu, że depresja jest spowodowana niskim poziomem serotoniny. Medykalizacja nakierowana ku wnętrzu to idealny sposób na odwracanie uwagi od ideologii, tego, co ideologiczne, czyli społeczne i kulturowe, aby zdrowie lub chorobę ulokować w psychice lub mózgu (pisał o tym Mark Fisher).

Proces psychologizowania kultury, opisywany już w latach 70. ubiegłego wieku przez Richarda Sennetta, a także jej terapeutyzowania, to jeden z istotniejszych procesów ponowoczesności. Kluczowy jest tutaj fakt, że zachodzi on na całym społeczeństwie, niezależnie od faktycznego istnienia osób zaburzonych lub chorych potrzebujących tej terapii (to, że ich liczba rośnie, to osobna sprawa i wcale nie tak prosta do wyjaśnienia).

Dlaczego tak się dzieje?

Dlatego, że psychologizacja oraz terapeutyzacja (tzw. kultura terapii) służą kapitalizmowi, szczególnie w tworzeniu osobowości skupionej na sobie, wręcz narcystycznej (R. Sennett), w promowaniu postaw indywidualistycznych (E. Illouz) oraz – co kluczowe dla moje dalszej refleksji – w produktywności, o której trafnie pisał Byung-Chul Han.

Zdrowie i samorozwój są potrzebne o tyle, o ile potrzebna jest produktywna i wydajna jednostka, w której uwewnętrzniono te wartości, została przez nie ujarzmiona i naprawdę chce. Jej chcenie nie jest jednak prywatne, choć jest przez nią tak odczuwane, lecz publiczne – jest bowiem ona tylko naczyniem na kapitalistyczne dyskursy. Wolny podmiot czuje, że jego wybory są jego, ale wybiera dokładnie to, co jest mu podsuwane przez kapitalizm. Z tego między innymi względu kapitalizm zawsze będzie stawiał zarządzanie emocjami na pierwszym miejscu: „rób to, co czujesz”, bądź „autentyczny”, „jesteś tym i taki, jakim się czujesz”, rozwalając jednocześnie ponadjednostkowe standardy, do których można by się odwołać w celu zdefiniowania jakiegoś stanu rzeczy, w tym psychicznego. W tym ujęciu można mówić o kurczeniu się sfery publicznej czy kultury symbolicznej.

Ale jak to? Mam o siebie nie dbać pod względem psychicznym i fizycznym? – mógłby ktoś zapytać. Wszak któż nie chce żyć długo i w zdrowiu? Kto nie chce się nieustannie rozwijać? Pytanie tylko: po co? W jakim celu? Żeby być szczęśliwym. Kiedy jest się szczęśliwym? Kiedy korzysta się z życia. Na to wszak potrzeba pieniędzy. W kapitalizmie biedny to „przegryw”, który nie może być szczęśliwy ze względów strukturalnych. Taka jest prawda i nie ma się co łudzić, że coś tutaj zmieni rezygnacja z nadproduktywności i pogodzenie się z mniejszymi zarobkami (życie kosztem pracy), filozoficzny stoicyzm, życie poza systemem, ekologiczny styl życia w różnych odmianach i inne klasowe praktyki przemysłu szczęścia, manifestujące w gruncie rzeczy to, jak bardzo jest się lewicowo-antykapitalistycznym, będąc w istocie indywidualistyczno-kapitalistycznym. Ponowoczesny podmiot robi wszystko dla pieniędzy, bo bez niech nie umie wyobrazić sobie dobrego życia i nie potrafi inaczej niż konsumpcyjnie skonstruować własnej tożsamości.

Zdrowie i samorozwój to zasoby dla dobrze naoliwionej i wydajnej maszyny pracowniczej, której praca przyniesie wymarzone bogactwo pozwalające żyć, tj. funkcjonować na własnych zasadach, być prawdziwie wolnym, robić co się chce, np. podróżować – być panem własnego świata.

Z tego to względu przemysł szczęścia, psychologiczno-coachingowy oraz well-being, wydostały się z gabinetów oraz szatni sportowych i dotarły do firm – przemysł szczęścia poszedł do pracy. Oczywistym jest, że jeśli mówimy o sobie językiem ekonomicznym, w którym jednostka to samozarządzające się przedsiębiorstwo, oraz językiem sportowych osiągnięć (jeden i drugi jest ze sobą mocno związany), to będziemy używali metod zaczerpniętych z tego świata. I dokładnie tak się dzieje, czego afirmacje i manifestacje są dobrym przykładem.

Na czym polega problem?

Na tym, na czym w ogóle polega problem z kapitalizmem. Kapitalizm to system, który wykorzystuje dobre intencje, np. miłość, w złym celu, czyli konsumpcji i wyzysku.

Przykładem może być podejście do zwierząt. Wykorzystując zmieniający się paradygmat w podejściu do zwierząt jako bytów, a nawet osób nie-ludzkich, większej względem nich empatii jako istot żywych i cierpiących, jednocześnie stwarza „psieckowy przemysł”: od strojów pod eventy urodzinowe. W tym sensie zwierzę jest produktem kapitalizmu, co jest kwestią w literaturze humanistycznej świetnie opisaną m.in. przez H.-J. Nast, N. Ngai czy J.-E. Veevers. W takim ujęciu zwierzę to nowy podmiot konsumpcji, „robimy to dla swojego dziecka”, konsumując w jego imieniu, zupełnie pomijając fakt, że robimy to raczej dla samych siebie niż dla psa. Co istotne, antropomorfizujemy zwierzę, uważamy mniej lub bardziej milcząco, że ono postrzega, myśli i definiuje, odczuwa świat po ludzku, że w zasadzie niewiele różni się od człowieka, co prowadzi do prostego wniosku, że jeden byt może zastąpić drugi dzięki zacieraniu granic pomiędzy nimi. Koniec końców chodzi więc o zastąpienie człowieka, usunięcie jego podmiotowości niepoddającej się kontroli, gdyż jest ona zagrożeniem dla mojej własnej podmiotowości: byty nie-ludzkie będą realizowały nasze pragnienia dużo mniejszym kosztem niż człowiek. Chcieliśmy wyzwolić je spod władzy człowieka, aby na nowo, już w innej postaci, tę władzę nadal dzierżyć, tyle że w interesie kapitalizmu.

Dużą rolę odegrały w tej zmianie posthumanizm i ontologie plemienne, dokonując poszerzenia naszej wyobraźni moralnej. Jednocześnie, czego zupełnie się nie widzi, są one w gruncie rzeczy światopoglądowym uzasadnieniem kapitalizmu. Kapitalizm i sprzężona z nim postępowa lewica uczą widzieć tylko dobrą stronę, która ewidentnie istnieje, jest zaś ślepa na tę negatywną: konsumpcyjną i wyzyskową, być może także dla zwierząt. Lewicowo-indywidualistyczna cnota jest uwarunkowana kapitalizmem, a uzasadniona antyantropocentrycznym posthumanizmem.

Powyższy przykład naprowadza na użyte przeze mnie pojęcie „kapitalizmu magicznego”.

Inspiracją dla jego stworzenia odnajduję już u Karola Marksa w postaci fetyszyzmu towarowego. Fetyszyzm towarowy to swoista mistyfikacja faktu, iż rzeczy pochodzą z ludzkiej pracy i to ludzie nadają im znaczenia. To maskowanie faktu, że znaczenie rzeczy nie tkwi w rzeczy i to nie rzecz sama tworzy relacje społeczne, lecz jesteśmy skłonni tak uważać, gdyż kapitalizm przydaje towarowi magiczną wartość niezależną od niego samego, która na nas auratycznie oddziałuje (analogicznie jak dzieło sztuki).

Koncepcję fetyszyzmu towarowego rozwinął m.in. Thorstein Veblem w „Teorii klasy próżniaczej”, a dzisiaj ciekawie opisuje to filozof Achille Mbembe. Wskazuje on na związki animizmu i kapitalizmu, który polega on m.in. na zacieraniu granic pomiędzy bytami i utowarowieniu samego człowieka (przeciwko czemu młody Marks protestował).

Dyskurs psychoterapeutyczny, szczególnie w zbanalizowanej, cyfrowej wersji „dla mas”, posługuje się wręcz, jak w przypadku afirmacji, magicznymi zaklęciami, czyli formułami językowymi mającymi wywołać myślą skutek w rzeczywistości poprzez identyfikację z treścią zdania oraz poprzez zacieranie granicy pomiędzy słowem a rzeczą (rozmywanie pojęcia referencji na rzecz metamorfozy). W tym sensie uważam, że kapitalizm, jako mechanizm regulujący kulturę, coraz bardziej umagicznia jednostkę, co skutkuje pozbawieniem jej racjonalności i nastawieniem na emocjonalność, którą dużo łatwej zarządzać.

O ile kwestia działania myślą na swoją psychikę, zwiększanie motywacji, budowania poczucie wszechmocy, dzięki wierze, że to działa, ma swoje uzasadnienie (pisałem o tym szerzej w książce „Magia i pismo” przy okazji wizualizacji, placebo i brain gym), o tyle przechwycona przez przemysł szczęścia, podbudowany magiczną wiarą w działanie myślą (Freudowska „wszechmoc myśli”), i sprowadzona do przyciągania myślą bogactwa poprzez wizualizowanie oraz afirmowanie, na niewiele się zda bez konkretnych działań. Nawet Trobrandczyk podlewał rośliny w ogrodzie koralowym wypowiadając zaklęcia, a nie siadał i nie „działał samą myślą”. W tym sensie kapitalizm magiczny jest jeszcze bardziej magiczny niż magia tubylców. Afirmuj i giń, afirmuj i twórz zastępczy świat romantyzujący twoje biedne życie w nadziei, że „kiedyś będę”. Warto też podkreślić, że w cyfrowych obrazach romantyzowania podmiot jest zawsze sam, a magia pełni funkcję autoterapeutyczną. Nic tak podskórnie i w pluszowy sposób nie promuje samotności jak romantyzacja.

To oczywiście typowy zabieg klasy szampańskiej, aby wmówić dążącym do zdobycia pieniędzy, że są kowalami własnego losu, przy czym młotkiem jest moc ich myśli, który, co więcej, mają już ze sobą, jest ich „potencjałem” – wystarczy tylko w siebie mocno wierzyć. Sprowadzić człowieka do jego mocy sprawczych ukrytych w umyśle lub mózgu, dać mu, do kupienia rzecz jasna, nową sprawczość, a raczej iluzję tej sprawczości – oto cel kapitalizmu magicznego.

Co ciekawe, wykorzystywanie swojego magicznego potencjału jest nierzadko racjonalizowane poprzez odwołania do nauki (psychologii, fizyki). Wszak bez tego młoda postępowa elita za bardzo przypominałaby rozmodlony i klepiący pacierze ciemnogród. Nawet w tym przypadku racjonalność może być świetnie sprzężona z kapitalizmem, analogicznie jak ma to miejsce w przypadku troski o zdrowie. Lekcja szkoły frankfurckiej mówiącej o racjonalizacji jako światopoglądowym uzasadnieniu kapitalizmu i utowarowieniu człowieka jest zawsze w cenie: od zdrowia, przez zwierzęta, po magię.

Kapitalizm naprawdę nie zna granic, nawet we wciskaniu ludziom kitu. Być może w tym stadium kapitalizmu pozostają już tylko zaklęcia.

Dr hab. Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.

Fatalny rekord

Fatalny rekord

Średni czas szukania pracy w Polsce jest obecnie najdłuższy od lat.

Jak wykazały najnowsze ustalenia Monitora Rynku Pracy, przygotowywanego cyklicznie przez agencję Randstad, najdłuższy od lat jest średni okres poszukiwania pracy w Polsce. Obecnie, tj. w ciągu 8 miesięcy 2025 roku, wynosi on przeciętnie 4,5 miesiąca. W ciągu zaledwie roku wydłużył się aż o półtora miesiąca. Obecny wynik jest najgorszy od roku 2017.

37 procent ankietowanych szukało nowej pracy przez 2-3 miesiące. Niemal co dziesiątemu zajęło to jednak od 7 do 12 miesięcy. Mężczyźni poszukują pracy średnio przez nieco ponad cztery miesiące, a kobiety o około trzy tygodnie dłużej. Poszukiwanie nowej pracy zajmuje znacznie więcej czasu osobom starszym, powyżej 40. i 50. roku życia – trwa ono niemal dwa razy dłużej niż u osób z przedziału wiekowego 20-35 lat.

Nic nie umiera, wszystko ciągle wraca

Nic nie umiera, wszystko ciągle wraca

Druga połowa października to oficjalny sezon na duchy i upiory, toteż nie mogłem sprostać pokusie przygotowania tekstu dotykającego tematyki „nawiedzania”. Dla optymalnych warunków zachęcam czytelników do włączenia albumu „Disintegration Loops” Williama Basinskiego. Wydaje mi się adekwatnym tłem dla poniższego tekstu.

Ujęcie pierwsze – banda rozbawionych chłopaków gra w gry komputerowe, a na dole podpis:

„2019: Hej chłopaki, przez tego wirusa mamy dwa tygodnie wolnego! Kto gra całą noc?”.

Ujęcie drugie to kadr z dowolnego filmu, w którym osamotniony bohater jest na skraju załamania nerwowego. Jedyny tekst nałożony na klip to:

„2025:”

Wariacji na temat tej popularnej kliszy widziałem w tym roku prawdopodobnie dziesiątki. W zeszłym roku dokładnie tyle samo (naturalnie, data wskazywała wówczas na rok 2024), tak samo i rok wcześniej. Również komentarze wydają się być takie same: „Nie wiem, gdzie się podziało ostatnich pięć lat”, „Może wszyscy umarliśmy w 2020 i teraz serio jesteśmy w jakimś potrzasku?” albo „Jeśli tak wyglądają najlepsze lata naszego życia, to nie chcę wiedzieć jak będą wyglądały najgorsze”. Rok po roku ta sama klisza zdaje się odzwierciedlać apatycznego ducha czasu, zeitgeist, który nie jest w stanie nakreślić granicy między latami zlewającymi się w jedną masę. Ducha czasu, który, pozbawiony optymizmu, kurczowo trzyma się przeszłości, bezpieczeństwa dawnych lat. Zaryzykuję stwierdzenie, że do końca roku kalendarzowego zobaczę ją jeszcze kilka razy. W przyszłym roku również, bo zawsze wraca – w tej czy innej odsłonie.

Nic nie umiera, a wszystko może wrócić.

Do McDonald’sa wystrojonego w estetykę z początku XXI wieku wraca Filet-O-Fish, a Battlefield 6 „wraca do korzeni”. W sumie to każdy stary zespół wraca do korzeni. Archaiczny iPod wraca do łask, gra sprzed 10 lat zostaje wydana na nowo z dopiskiem Remastered, a twój ulubiony wykonawca wypuszcza specjalną wersję swojej starej, uznanej płyty z dopiskiem Remastered i w droższej wersji z dopiskiem Deluxe. Pasjonaci mody spekulują nad tym, czy estetyka wczesnych lat 2010. wróci do łask. Płyty winylowe stają się z roku na rok popularniejsze, a temat powrotu do fizycznych egzemplarzy filmów i albumów jest coraz częściej podchwytywany przez tradycyjne, zawsze opóźnione media. Wrócił Linkin Park. Taylor Swift, Sabrina Carpenter i inne ikony popu wypuszczają swoje wydawnictwa na kasetach, tych samych kasetach, które uznano za najbardziej awaryjny i kłopotliwy nośnik, skazany na śmietnik historii. Bruno Mars i Mark Ronson wypuszczają piosenkę rodem z lat 70., tych samych lat 70., które na swoim przedostatnim, uznanym za wizjonerski, albumie eksplorowali Arctic Monkeys. Fascynacja przeszłością w ich przypadku nie minęła, bo ich najnowszy album „The Car” eksploruje również wcześniejsze dekady.

W jednym ze swoich esejów Frederic Jameson – amerykański teoretyk literatury i socjolog – pisał, że z jakiegoś powodu nasza kultura zdaje się mieć coraz większe trudności w wytworzeniu „estetycznej reprezentacji naszych własnych doświadczeń”. Winą obarczał ekscesywny konsumpcjonizm, a w najgorszym wypadku naszą nieumiejętność w radzeniu sobie z czasem i historią. Mark Fisher natomiast spopularyzował tematykę „powolnego zanikania przyszłości” oraz wszechobecności kulturowych i ideologicznych duchów, które nie chcą zniknąć z naszego życia.

Popularne ostatnimi laty „przestrzenie liminalne” (z ang. liminal spaces; backrooms) to miejsca, a raczej „nie-miejsca”, które mają wprowadzić odbiorcę w stan niepokoju. Pusta szkoła skąpana w halogenowym chłodzie korytarzowych świateł. Zwyczajny kryty basen, oszczędnie doświetlony, by nie marnować prądu po godzinach zamknięcia. Pusty parking pod wygaszonym szyldem popularnej sieci fastfood, która powinna raczej kojarzyć się z tłumami gości. Nieobeznanych z tematem czytelników zachęcam do szybkiego wyszukania frazy liminal spaces, bo to, co mogę próbować oddać w kilku zdaniach, będzie zrozumiałe w ciągu kilku sekund. Przestrzenie, w których nie ma niczego groźnego, a zarazem poczucie, że nie powinniśmy tam być. Miejsca przejściowe, które nie są ani tym, skąd przychodzimy, ani tym, dokąd idziemy. Masowa popularność tej liminalności, w moim odczuciu, nie powinna być ograniczona do miejsca. Powinniśmy rozciągnąć ją na czas – żyjemy w „nie-czasie”, przestrzeni między naszą przeszłością i niedookreśloną przyszłością. Wszystko jest na swoim miejscu, a jednak coś jest nie tak.

Fisher zwykł mawiać, że życie w XXI wieku to tak naprawdę życie w nieograniczonym dostępie do XX wieku w rozdzielczości HD. Cybersfera, która wydaje się dzisiaj pojęciem archaicznym, zrealizowała się dzięki naszej permanentnej symbiozie ze smartfonami. Internet był kiedyś miejscem, do którego się szło – wymagało to uruchomienia komputera, elementarnej wprawności w odnajdywaniu treści i pewnej dozy intencjonalności naszych działań. Jeśli chciałeś znaleźć coś ciekawego, to najprawdopodobniej musiałeś wiedzieć, czego szukasz. Ta bariera, podstawowy wymóg sporej dozy zaangażowania, zniknęła, bo algorytmizacja i systemy dobierania treści podają nam „interesujące” rzeczy na srebrnej tacy. Internet nie jest już miejscem, do którego się wchodzi. W czasach, gdy duże korporacje oferują swojej kadrze menadżerskiej szkolenia na temat higieny pracy i sposobów radzenia sobie z „odłączeniem” od służbowego komunikatora w okresie urlopu. W czasach, gdy przytakujemy ekspertom mówiącym nam, że niebieskie światło powinno być ograniczone na godzinę przed snem, internet przestał być miejscem, do którego się wchodzi. Internet jest miejscem, z którego czasami trzeba wyjść. Udało nam się zabić zjawisko nudy, a jednocześnie wszystko jest nudne.

Ale czy nuda była bezcelowa? To nuda, znużenie, błądzenie po myślach jest naszą okazją na zmierzenie się z podświadomymi dylematami egzystencjalnymi. To właśnie wtedy pojawiają się w nas najciekawsze myśli, nasze własne myśli, a nasza kreatywność ma szansę na własny oddech. Zjawisko „śpiewania pod prysznicem” (w czasach przed Spotify na smartfonie leżącym obok umywalki) nie wzięło się znikąd, ot spontaniczna kreatywność, która wynika z tego, że nie można robić nic innego. Smartfony położyły kres nudzie – nigdy nie jesteśmy znudzeni, a jednak wszystko jest bardzo nudne. Życie staje się coraz szybsze, a kultura zdaje się spowalniać.

Jeśli w szczycie lat 80. puściłbym komuś wczesne nagrania Rolling Stonesów z lat 60., to w odbiorze przeciętnego słuchacza jawiłyby się one się jako mocno archaiczne. Dwie dekady wystarczyły, żeby dostrzec diametralny kontrast tych epok. Jeśli w latach 90. pożyczyłbym komuś singiel „Let’s Dance” Bowiego to najpewniej odchrząknąłby, że to przestarzałe brzemiennie. W dobie, gdy królowały grunge, Nirvana i muzyka alternatywna – popowa wersja Bowiego wydawałaby się kiczowata i przeterminowana. Relatywizując ten eksperyment do czasów dzisiejszych i zakładając, że mógłbym pokazać komuś w latach 90. Taylor Swift i Sabrinę Carpenter, założyłbym się, że muzyka ta nie wzbudziłaby nic poza obojętnością. Co więcej, zostałbym najprawdopodobniej zapytany „czy tak będzie brzmieć muzyka za 30 lat?”. Puszczony w latach 60. Peter Gabriel przyprawiałby o zawrót głowy, natomiast Arctic Monkeys w latach 90. nie byłoby ani trochę szokujące. O komizm zakrawało wydanie przez popularnego polskiego rapera, Taco Hemmingwaya, płyty „Pocztówka z Wakacji”, która musiała sięgać do nostalgii za pierwszymi albumami wydanymi raptem kilka lat wcześniej. O ile ten mityczny „powrót do korzeni” (rozumiany jako „dam wam to, czego ode mnie oczekujecie”) jest poniekąd zrozumiały w przypadku zespołów, które mają na koncie 15 albumów i cztery dekady występowania, o tyle w przypadku nowego artysty wydaje mi się to groteskowe.

Po latach dwutysięcznych trudno jest już przypisać odpowiednie teksty kultury do roku ich wydania. Wszystko wydaje się być zawieszone pomiędzy nowym a starym. Kultura permanentnego wracania, nawiązywania do przeszłości rusza się powoli i gubi w sobie elementy futuryzmu. Jak brzmi futuryzm? Nawet pojęcie futuryzmu zostało oderwane od idei „niezrozumiałej, nieeksplorowanej przyszłości”, a stało się synonimem brzmienia z pogranicza Kraftwerku, pikających oscylatorów i dużej ilości efektów dźwiękowych. To samo dzieje się w filmach i bestsellerowej literaturze. A bestseller to tutaj słowo-klucz. Uwarunkowania rynkowe i hegemonia kilku podmiotów wydawniczych – muzycznych, filmowych i literackich – są w pełni odpowiedzialne za to, że wszystko zlewa się w jedno. Kilka lat temu Billy Corgan ze Smashing Pumpkins powiedział, że w szczycie ich kariery – po wydaniu „Mellon Collie & Infinite Sadness” – szefostwo jego wytwórni powiedziało mu wprost: „daj mi więcej tego samego”. Ich prośba spotkała się ze sprzeciwem ze strony lidera zespołu, który powiedział, że nie jest w stanie poczuć tego samego po raz drugi i chce się skupić na czymś nowym. Wydany chwile później album „Adore” był sabotowany przez wytwórnię, która pozbawiła go promocji (co doprowadziło do jego komercyjnego fiaska w USA) i wolała szukać kogoś innego, kto da jej drugie „Mellon Collie”. Mimo tych animozji, „Adore” mogło powstać i spotkać się z ciepłym przyjęciem krytyków, którzy docenili odwagę zmiany artystycznej trajektorii zespołu.

Jakkolwiek dziurawy, to ówczesny parasol ochronny pozwalał artystom na eksperymentowanie i tworzenie rzeczy, które nie były zoptymalizowane wyłącznie na osiągnięcie komercyjnego sukcesu i spodobanie się każdemu. W kontraście do lat 90. (które i tak nie były już równie liberalne w zarządzaniu artystami jak wcześniejsze dekady) nasz obecny krajobraz wygląda jak ziemia niczyja, na której ścierają się tylko wielkie nazwiska. Śmierć jakiegokolwiek znanego artysty powoduje wysyp komentarzy w stylu „Wielcy odchodzą, następców nie widać”. Tylko skąd mamy wziąć tych następców, jeśli założenie zespołu, koncertowanie i nagranie albumu stało się przywilejem. Gdzie mają pojawiać się nowi, uznani malarze, jeśli szkoły artystyczne i akademie sztuk pięknych wróciły do burżuazyjnej struktury, w której na przyszłość mogą liczyć tylko ci, którzy pieniądze lub nazwisko mają już od urodzenia. Niewiele ponad tydzień temu dowiedziałem się z publikacji znajomej malarki, że za stanowisko na amatorskich targach sztuki należy zapłacić ponad 1500 zł. Stanowisko składa się z plastikowego stolika i jednej promocyjnej relacji na Instagramie organizatora. Ile plakatów czy obrazów należy sprzedać, by zarobić (po tym, jak wydamy jeszcze na paliwo czy coś do zjedzenia)? Organizatorzy powinni dopisać, że do stolika należy zabrać swoje krzesełko, swoje nazwisko (preferencyjnie ze znanej familii) oraz brak oczekiwań zarobkowych. Socjo-ekonomia ma ogromny wpływ na kulturę i ruchy artystyczne, wszak Berlin nie byłby w latach 80. wylęgarnią talentów, gdyby nie tanie mieszkania przy Murze Berlińskim i tanie studia nagraniowe. Punk nie mógłby pojawić się w dzisiejszym, ultra-drogim Londynie gdzie za skłotowanie wrzuca się delikwentów „na dołek”.

Żyjemy w czasach „po gorączce złota”, a w parze z naszą ciągotą do nostalgii idzie inflacja oczekiwań. Trudno sięgnąć za horyzont i powiedzieć: „Hej, nie mogę się doczekać nowego XYZ”. Taylor Swift wypuszcza kolejny album, który nawet wśród jej wiernego elektoratu zostaje uznany za infantylny i nieadekwatny do jej pozycji, a mimo to „Rolling Stone” (swego czasu bardzo wpływowe pismo) daje jej maksymalną notę 100/100 (czym przypomina o tym, że już nie jest wpływowym pismem). Mogłoby się wydawać, że kulturowa maszyna kroczy naprzód niezależnie od recepcji jej odbiorców. Tak, nowe „Gwiezdne wojny” były beznadziejne, ale oczywiście, że następne będą lepsze. Jeśli nie będą lepsze to zapomnimy o nich na chwilę – do czasu, aż nie zostanie zapowiedziany ich ponowny, tym razem triumfalny powrót. Wtedy już na pewno będą lepsze! Nawet jeśli nie będą lepsze od tych, które stworzył Lucas, to może będą lepsze od tych, które zrobił Abrams.

Paradoks zdaje się leżeć gdzieś tutaj, bo kultura wydaje się być oderwana od naszych własnych przeżyć, a największe jej figury żyją w takiej pozycji, która nie pozwala im na realne odniesienie się do pozycji jej odbiorcy. Maszyna na chybił-trafił celuje w jakieś jeszcze nieskapitalizowane ciągoty za przeszłością. Jeśli rynek zawładnięty jest przez ogromnych graczy, a miejsca dla nowicjuszy brak, to w jaki sposób wytwórnie mają sondować popularność i jakość artysty, jeśli nie jedyną miarą, jaką znają: kwartalnymi wynikami finansowymi.

„Kiedyś to było, a teraz to nie ma” stało się domyślną reakcją wpisaną w nasz spontaniczny pesymizm. Sugeruję jednak by sprostać pokusie otulenia się w przeszłość dostępną na wyciągnięcie ręki. A zamiast tego zastanowić się nad tym, czemu „teraz nie ma”.

Michał Szymański

Zdjęcie w nagłówku tekstu: SnapwireSnaps from Pixabay.