Być katolikiem i lewicowcem

Dorastałem z marzeniem o służeniu Bogu i swojemu krajowi. Teraz mam osiemnaście lat i nazywa się mnie „buntownikiem”.

Kapłaństwo było zawsze postrzegane jako ścieżka w dużej mierze radykalna. Moi rówieśnicy śnili Amerykański Sen, chcąc osiągnąć sukces na polu inżynierii, księgowości, handlu czy edukacji – jako że są to uznane kierunki rozwoju osobistego, jeśli pragnie się bezpieczeństwa i stabilności finansowej. Gdy spoglądam wstecz, widzę, że mój kurs dziennikarski mógł nie być wyborem gwarantującym „pewną pracę”.

Postanowiłem zostać księdzem, ponieważ zainspirowały mnie do tego przykłady świętych Franciszka i Augustyna, którzy wiedli szlachetne życie. Byli moimi bohaterami, gdy podczas nauki w szkole średniej przechodziłem przez ciężki okres. Ich doskonałość doprowadziła mnie do idealistycznego założenia, że uda mi się wypełnić słowa z Ewangelii Św. Mateusza (6:24) w ich najbardziej dosłownym sensie: fantazjowałem nawet o podjęciu bardziej pretensjonalnego kroku i złożeniu ślubów ubóstwa.

Do momentu ukończenia edukacji otworzyłem się na mnóstwo przejawów burżuazyjnego liberalizmu, który, pod względem dojrzałości, sprawił, że oglądałem świat z różnych perspektyw: New Age albo teozofii, satyr politycznych Lourda de Veyry, „bluźnierczej” sztuki Mideo Cruza, promującej seks-narkotyki-i-rock’n’roll muzyki Guns n’ Roses, „Noli” i „Fili”, nagości jako formy sztuki i innych rzeczy określanych mianem kontrkulturowych. Skończyło się to krytycznym podejściem do religii i rezygnacją ze świątobliwych czynów związanych z Kościołem.

W tym samym czasie spotkałem działaczy. Tak, działaczy lewicowych. To właśnie ta znajomość zmotywowała mnie do przeniesienia mojego młodzieńczego radykalizmu na inne tory – tory walki o sprawiedliwość społeczną.

Dowiedziałem się wiele na temat rzeczywistości filipińskich chłopów, którzy są brutalnie terroryzowani w swoich wioskach, a także o straszliwych, niebezpiecznych warunkach pracy, z którymi pracownicy fizyczni stają co dzień twarzą w twarz. Dowiedziałem się, że choć wykonują oni ciężką pracę, są wciąż ubodzy, podczas gdy właściciele ziemscy i kapitaliści się bogacą. Poznałem też odpowiedź na najbardziej podstawowe z pytań: dlaczego, choć Filipiny są tak dobrze wyposażone w bogactwa naturalne, masy ludowe nadal żyją w biedzie?

Zatrzymaj się. Spójrz. Posłuchaj. Życie ubogich to fakty, które nie obchodzą dziś młodego pokolenia. Przypominanie o ich rzeczywistości bywa nawet określane obecnie mianem propagandy.

Żeby pojąć, że militarne i gospodarcze relacje Stanów Zjednoczonych i Filipin nie opierają się na zasadach równościowych, nie musimy się nawet spierać na poziomie ideologii. Czemu oni mają prawo żeglować po niektórych z naszych mórz, podczas gdy nasi lokalni rybacy są tego prawa pozbawieni? Dlaczego wielkie zagraniczne firmy zachęca się do szerokiego inwestowania na Filipinach, a nasze zasoby surowcowe są dla nich dostępne, my za to – przeciwnie – nie mamy żadnego własnego przemysłu tego typu? Dlaczego nie ma u nas przemysłu samochodowego, pomimo posiadania przez nas odpowiednich surowców oraz całego zastępu świetnych inżynierów?

Uczestniczę w protestach ulicznych – maszeruję z masami, które walczą o autentyczne wyzwolenie narodowe i sprawiedliwość społeczną.

Obecnie studiuję marksizm, leninizm i maoizm. Zgłębianie tych doktryn sprawia, że człowiek staje się krytyczny, jeśli chodzi o podejście do filozofii, nauk ścisłych, historii, polityki, ekonomii i innych istotnych dyscyplin społecznych. Zmusza go do przełamania wstecznej, pełnej przesądów, dominującej perspektywy. Pomaga również przeprowadzić bardziej naukową i rzeczową krytykę różnych „oczywistości”.

Wraz z postępem i metamorfozami, jakim podlegał mój młodzieńczy sposób myślenia, moje podejście do religii zmieniło się. Nie wierzę już, że Bóg jest długowłosym starcem odzianym w złote szaty. Sądzę raczej, że przebywa On pośród tych, którzy są chorymi i umierającymi ofiarami naszego społeczeństwa, schwytanymi w pułapkę przez gnijący system faworyzujący tylko wąskie elity.

Nie podpisuję się już bezrefleksyjnie pod przesłaniem religii. Chciałbym raczej wierzyć, że jej biegun i biegun lewicy są do pewnego stopnia dychotomiczne. Mogę mieć rację i mogę się mylić. Bóg mnie osądzi. Ale owszem, nadal jestem dumnym katolikiem.

Jestem katolikiem i lewicowcem. Jezus Chrystus, syn boży, nie przybył na ziemię jako, jak oczekiwali tego Żydzi, Mesjasz-wojownik. Przybył jako mężczyzna skromnego pochodzenia, żyjący pośród mas ludowych. Był rewolucjonistą na własny sposób. Pomagał rybakom organizować się i demaskował pełen hipokryzji ówczesny system. Głosił wyzwolenie, leczył chorych, żył wśród ubogich. Nigdy nie potępił jednak rewolucji zelotów [ruch polityczny z I wieku n.e. – przyp. tłum.], żydowskiego ruchu społecznego, który walczył z imperium rzymskim. Nakazał nawet jednemu z nich, Szymonowi, by został jego apostołem.

Nie używam Jezusa jako wyjaśnienia i podbudowy dla mojego radykalizmu. Stanowi on dla mnie raczej model postępowania. Nie nalegał, żeby być po prostu kochanym, lecz przynaglał: „Podążaj za mną”. Podążam więc za Chrystusem i służę ludziom. Konserwatyści mówią, że pod względem ideologicznym niemożliwe jest pogodzenie tych „przeciwieństw”. Ale moim zdaniem – będą one ze sobą współdziałały, jeśli tylko zastosujemy je w praktyce.

Kościół przyjął niechrześcijańskie filozofie Platona i Arystotelesa, aby uzasadnić istnienie Istoty Najwyższej. Dlaczego nie może więc zaakceptować filozofii społecznej, która podobno odzwierciedla powołanie Kościoła we współczesnym świecie? Może nie jest do tego zdolny z powodu sugestii, że należy wyzbyć się nadmiernego nacisku na posiadanie własności prywatnej, do czego zachęcał Jezus i pobożni święci?

Jestem przeciwny awanturniczemu buntowi, który prowadzi donikąd. Jeśli jednak jest on konieczny, mam nadzieję, że doprowadzi do zaistnienia społeczeństwa opartego na pokoju i sprawiedliwości, i popieram go.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na portalu rappler.com w marcu 2014 r.

Tłumaczenie Magda Komuda

Razem i osobno

Do opozycji pozaparlamentarnej, która z pomocą rzutnika nawiązała bliską więź z fasadą Kancelarii Premiera Rady Ministrów, zbliżamy się od strony pomnika Józefa Piłsudskiego. Markotne słońce marca mówi o naszym kraju więcej niż wszyscy niepokorni i reżimowi publicyści razem wzięci. Cykliści pedałują. Policjanci obserwują. Palacze petują. Dzieci pokasłują. Starcy deprawują. Staruszki szerują foty w mediach społecznościowych. Marszałek patrzy spod brwi, kto i gdzie kury szczać wyprowadza. I jak się to wszystko skończy.

Najpierw mijamy stanowisko Komitetu Obrony Plutokracji w wersji alternatywnej. To rewizjoniści od Andrzeja Miszka, zamożnego antykwariusza, który w Kasince Małej oferuje wynagrodzenie około 1400 zł netto miesięcznie (przy możliwości nadgodzin i premii uznaniowych), z zastrzeżeniem, że pracownicy powinni zamieszkiwać w strefie umożliwiającej szybki dojazd do pracy, czyli nie dalej niż 15–20 km od tej miejscowości. Kapitalista ma w tym swój interes, ale i my wiemy, w czym rzecz – przy tak niskich wynagrodzeniach trzeba dobrze skalkulować relację zarobków do wydatków na paliwo/inne formy dojazdu. Ponieważ pan Miszk skłócił się z panem Kijowskim, założył Komitet Obrony Demokracji Przed PiS-em, by zadośćuczynić najpiękniejszym tradycjom polskiego bycia na swoim. Własny kawałek etosu i styropianu to chyba wciąż senne marzenie każdego z tych dziś już nieco podstarzałych opozycjonistów z samego końca PRL, niezależnie od tego, jakie konstelacje ideowo-polityczne zasilili w III RP.

Za KOD-PP mamy obozowisko partii Razem, której wielu nie może wybaczyć prób wybicia się na niepodległość myśli i organizacji partyjnej suwerennej od starych i młodych postkomunistów oraz liberalnych dzienników opinii. A dalej mamy oryginalny KOD. Namioty tych ostatnich pojawiły się naprzeciw KPRM najpóźniej. Liberalni demokraci chodzą do socjalistów i zagrzewają do wspólnego oporu. Wygląda to mimo wszystko jak przypadkowe spotkanie nie tylko dwóch różnych światopoglądów, ale i dwóch różnych pokoleń. Liberalni demokraci są na ogół starsi od Razemowców i jestem pewien, że jako nastolatek widziałem ten typ twarzo-poglądu, tę demokratycznie-liberalną pewność siebie przezierającą spod słów i mimiki. Tak, to oni przekonywali w okolicach 1990 roku i później, że wystarczy wziąć sprawy w swoje ręce i już będzie przepięknie, i zaraz będzie normalnie. I brali własne możliwości za powszechną równość możliwości, co jest dość typowym liberalnym szwindlem albo nie mniej karygodnym zaślepieniem nie tylko pod tą szerokością geograficzną. Tyle lat minęło w galopującym dobrobycie – a wciąż nie jestem do nich przekonany. Za to oni są bardzo pewni siebie. Tak dziwnie łamią im się języki, gdy wymawiają cudzoziemskie dla nich słowa „prekariat” albo „redystrybucja”. A stara siwa kobieta siedzi w czerwonym leżaku. Je zupę, która szybko stygnie. Tak, szybko robi się chłodniej. I jeszcze chłodniej, gdy znów miga w kąciku oka napis z banneru: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Chyba jeszcze nikt tak wyraziście na oczach publiczności nie zdiagnozował tego fragmentu rodzimej schizofrenii à la III RP, jak ta grająca fioletami pozaparlamentarna partia kobiet bez garsonek i mężczyzn bez garniturów.

Jest środa, szesnastego marca, przedwiośnie 2016 roku – już nas opuszcza młodość, fałszywy towarzysz. Słyszę, że Razemowcy jutro się zwiną, że znikną namioty wykładane styropianem, który tworzy ściółkę pod ich etos. I nie będą śpiewać, że „już kormorany odleciały stąd”. A o ich miejsce losy rzucają Front Demokratycznego Oswobodzenia Polski oraz Polski Front Demokratycznego Oswobodzenia. Robi mi się trochę smutno, bo to był taki ładny piknik na skraju wiosnozimy, takie ładne spotkanie integracyjne, takie ładne flag łopotanie, brzydka ona, brzydki on, a jaka piękna partia. I to bez tego wszystkiego, co postarza i szpeci na ogół nawet młodych partyjniaków i partyjniaczki innych ugrupowań, bez eseldowskich karków i sztywnej mowy, trochę w duchu obozu letniego z czasów liceum. Wiem, wiem, chodziło zupełnie o co innego. Ale to mój felieton. Wiem też, że i oni się zestarzeją, niektórzy nawet głupio i nieetycznie.

Przy okazji: jedna z najsmutniejszych przypadłości około-KOD-owskich form obrony liberalnej demokracji polega właśnie na tym, że wykluczony z niej jest ten pracownik, który dostaje 1400 złotych na rękę. To trochę tak, że pan Miszk pewnie wyobraża sobie, że on broni demokracji liberalnej także dla swojego nisko opłacanego pracownika, pod jego nieobecność. Ale właśnie ta nieobecność jest kluczowa. Czy ściślej: wykluczająca. Otóż wbrew pewnemu modnemu wciąż stereotypowi, nisko opłacany pracownik najemny wcale nie musi być ani tępy, ani niezainteresowany, zdolny do objęcia myślą jedynie programu telewizyjnego. Spójrzcie na historię prasy robotniczej: świat pracy miał nie tylko swoją znakomicie wykształconą elitę, ale i miliony ludzi tylko na tym kontynencie, którzy ze zrozumieniem czytali sążniste artykuły prasowe. Wbrew temu, że burżuazja/klasa średnia chciała w nich nierzadko widzieć nieokrzesanych głupców, mieli swoje robotnicze głowy na karku. Tak jest i dziś. Tak zwani zwykli ludzie wciąż mają poglądy i chcą je mieć, ponieważ nawet najbardziej zdewastowany system edukacji powszechnej (czyli dobry i elitarny dla nielicznych, byle jaki, sztampowy i jedynie dostępny dla mniej zamożnych) nie jest w stanie zniszczyć pewnych przyrodzonych ludzkich predyspozycji. Wśród nich np. chęci opowiedzenia sobie świata i własnego polis.

Ale co się dzieje, gdy ludzi stać jedynie na bardzo tanie poglądy? Czyli takie, które nie wymagają zdobywania odpowiednio wyższego kapitału kulturowego, społecznego, środowiskowego. Pal licho Kasinkę Małą i pracodawcę-antykwariusza. Tyle jest innych pięknych miejsc w Polsce. Gdy mieszkasz na przykład w Mrówczym Dole, w bloku postawionym w czasach tzw. Polski Ludowej, skąd nie uciekłeś, bo jakimś cudem szwagier kuzyna od strony matki mógł ci dać robotę w okolicy, ale cudów nie obiecywał, więc przebijasz się przez kolejne miesiące, kalkulując relację czasu do pieniądza, to właściwie masz prawo nie uważać, że dałoby się o świecie pomyśleć inaczej. Niestety – wszyscy, którzy są znacznie wyżej od ciebie i odpowiadają za produkcję i dystrybucję mniemań, dobrze o tym wiedzą. I liczą na to, że właśnie od nich kupisz ich tanio i na masową skalę produkowane poglądy, za które słono będziesz płacił przez lata życia w Mrówczym Dole.

Tak, tak, jedni sprzedadzą ci historię, że walczą o demokrację i liberalizm, i wolność słowa, i przeciw państwu policyjnemu. A ty nie musisz wiedzieć, że to oni są twoim policjantem i twoim cenzorem, że oni są pałką niezapłaconych rachunków, która w nocy budzi cię z krótkiego snu, że oni są tym kneblem, który nie pozwala ci cisnąć kurwą na pana szefa, że to oni tak sprytnie zrobili Polskę, że żadna szwaczka nie zostanie Anną Walentynowicz. Nie musisz wiedzieć, że w studiach warszawskich, przy tamtejszych knajpianych stolikach, na przyjęciach dla wyfraczonej elity władzy i pieniądza, w ogrodach dla wtajemniczonych gwiazd mediów budują świat, który ułatwia im życie z takich jak ty. I skrupulatnie od lat dbają o to, żeby nikt nie reprezentował twoich realnych interesów ekonomicznych, żebyś miał pewność, że związki zawodowe to pasożyty, że instytucje publiczne to złodziejstwo, że wszystko przez imigrantów, gender, PiS, Kościół, komunę, typowo polską nienawiść do tych, co mają lepiej (niepotrzebne skreślić). Bądź pewien – jest wiele sposobów na to, żebyś siedział w Mrówczym Dole przekonany, że na przykład demokracja i liberalizm polegają na tym, że nic nie zmienia się przez długie lata w systemie finansowego wsparcia dla bardziej i mniej swoich.

Czy to teoria spiskowa? Skądże. To życie towarzysko-handlowo-polityczne kilkadziesiąt pięter nad twoją głową. Gdybyś się tam znalazł, zobaczyłbyś wszystkie te same małości, które znasz z ławki pod spożywczakiem – tyle że o znacznie większej sile rażenia i intensywności przeżyć. Gdy ty spadniesz w dół, to owszem, pieprzniesz boleśnie i może nawet ze skutkiem śmiertelnym. Ale oni, gdzieś wysoko – oni spadają naprawdę długo, pociągając za sobą bardzo wielu. Czasem mija im na tym falowaniu wysoko w górę i niżej w dół całe życie, a przynajmniej jego dekady. Dlatego tak bardzo nie lubią żadnych zmian, nawet prostej zmiany władzy politycznej. Większość z nich tego nie lubi – także ci, którzy teraz wzlatują wyżej. Ale później leży taki na ziemi i widzisz, że to nie był żaden archanioł, lecz zwykła świnia, tylko drogo uperfumowana. Tak, mówię o wielu z tych, których w Mrówczym Dole oglądasz w telewizji – w różnych rolach.

Zatem – ludzie mają dziś takie poglądy, które można nabyć bardzo tanio. A ten powszechnie dostępny towar to dziś właśnie na ogół połączenie lumpenliberalizmu z różnymi szowinistycznymi atawizmami i uprzedzeniami, które określa się mianem prawicowości. Oczywiście, niektórzy są bardziej „liberalni”, inni bardziej „konserwatywni”, ale pewna stała polska to miks bardzo różnych rodzajów kołtuństwa, czasem nawet takiego, co wcina kiełki i macha tęczową flagą, ale gdy trzeba, pobudza się na myśl o wysyłaniu policji na górników. Na marginesie: ciekawi mnie, czy publicyści prawicy z pokolenia Niezależnego Zrzeszenia Studentów ostatnich lat Polski Ludowej, ludzie często prywatnie o wiele bardziej „lewaccy”, niż opinia publiczna mogłaby przypuszczać, zdają sobie sprawę, co właściwie zaczęli obsługiwać w ramach konieczności życia na odpowiedniej warszawskiej stopie i spłat kredytów.

Wracając do meritum – walka o „zwykłego człowieka” przypomina trochę konflikt rozwodzących się rodziców o szarpane na wszystkie strony dziecko. Ono jest ofiarą całej tej sytuacji i zakładnikiem konfliktu tych dwojga. Mamusia jest endeko-patriotką, tatuś demokratycznym liberałem. Kto przekona maleństwo do swojej racji i swojej nienawiści? Może być różnie. Problem tkwi gdzie indziej: kto powie dziecku, że zostało oszukane przez nienawiść ludzi, którym powinno móc zaufać. Ktoś zauważy: ale przecież społeczeństwo nie jest dzieckiem! Zupełnie niecynicznie odpowiem – chciałbym, żeby tak było. Ale to nie ja robię z polityki i debaty publicznej marketingowe szoł o niczym.

Wszelkie kłamstwa o polskim byciu razem i osobno obala jedno słowo: wykluczenie. Otóż to właśnie ci, którzy chcą rzekomo bronić liberalizmu i demokracji, a którzy żyją z wyzysku ekonomicznego i na różne sposoby go legitymizują i głoszą – to oni budują najbardziej realne polskie osobno. I nie obchodzą mnie w tym momencie ich identyfikacje polityczne i nawet ideowe. Mówię o bazie. To oni są przeciw bardziej egalitarnemu społeczeństwu, mniejszemu rozwarstwieniu, większej stabilności bytu milionów mało zarabiających Polaków. To oni chcą murów strzegących ich majątków i pozycji społecznej albo ich obecnych aspiracji. To oni są osobno i coraz bardziej wsobnie – choćby jako ofiary realnego liberalizmu cierpiące na syndrom sztokholmski. To oni są osobno – zarzucając na innych sieć iluzji wspólnotowości. Ich demoliberalna wspólnotowość jest równie fałszywa jak ta szowinistyczna, zbudowana np. na uprzedzeniach wobec imigrantów. Razem to znaczy dziś osobno, oznacza własne miejsce, własny topos. To miejsce-tożsamość, które łączy ludzi wokół konsensusu chyba znacznie trudniejszego niż demoliberalny. Jaki to konsensus? Moim zdaniem to nadzieja na odbudowę polityki socjaldemokratycznej, sensownie etatystycznej, obywatelskiej i instytucjonalnej zarazem.

Zaprawdę, pozwólcie Razem być osobno. Inaczej okażecie się zakładnikami, strażnikami albo demiurgami paradygmatów, które dość już narobiły nam zła w III RP.

Zakazać Dnia Świętego Patryka

W ubiegłym tygodniu rzuciła mi się w oczy lista 10 najbardziej zwariowanych parad na Dzień św. Patryka, które musisz odwiedzić. Ogarnęło mnie czyste przerażenie na myśl, że mogłabym przypadkiem znaleźć się poza domem w to straszne święto. Na szczęście miałam jeszcze kilka dni, żeby się przygotować i ukryć.

Nie tak powinno być. Jak możecie wywnioskować z mojego nazwiska, wychowano mnie po irlandzku – tak bardzo po irlandzku, jak tylko irlandzka może być mała dziewczynka ze Środkowego Zachodu, której przodkowie nie widzieli Europy od czasu Wielkiego Głodu. Dostawałam książki z obrazkami mojej pięknej ojczyzny, do której mogłabym ewentualnie kiedyś wrócić. Oglądałam filmy o głodzie, podboju i prześladowaniach, jakie spotykały moich rodaków i rodaczki. Mój młody umysł wypełniał się Joycem i Yeatsem, moje uszy Enyą i U2. Oglądałam tańce ludowe i, mój boże, byłam tym poruszona.

Wtedy kochałam Dzień św. Patryka. Miałam specjalne zielone ubrania i bogatą kolekcję świątecznych ozdób, w tym świecące trzylistne koniczynki i kubki z napisem Pocałuj mnie, jestem Irlandką. Gdzieś pośród tego chaosu kryło się świętowanie naszego dziedzictwa. Ale koniec z tym.

Dziś widzę, że święto, które było dla mnie celebrowaniem historii, w rzeczywistości jest narodowym konkursem na to, kto szybciej przemieści się z baru do izby wytrzeźwień. Dzień dumy z własnej kultury nie powinien oznaczać prewencyjnego zwiększenia sił policyjnych na ulicach. Kobiety i mężczyźni, emigrując z Irlandii do USA, chcieli wielu rzeczy dla swoich dzieci. Jednak jedną z rzeczy, których na pewno nie chcieli, są nagłówki prasowe takie jak: Sukces, mało przestępstw podczas Parady na Dzień św. Patryka („tylko” dziesięć zatrzymań za pijaństwo i napaść, hurra!), Rekordowo niska liczba przestępstw podczas obchodów św. Patryka w Hoboken (jedenaście zatrzymań i 39 wezwań pogotowia) czy Żadnych aresztowań w Syracuse podczas parady na św. Patryka. Święto jest dziś tak mocno kojarzone z nadużywaniem alkoholu i przypadkową przemocą, że gazety odnotowują właśnie brak napaści.

Pewnie niektórzy z moich amerykańsko-irlandzkich znajomych wypiją za to (kolejny) toast, ogłaszając, że jesteśmy narodem zwariowanych imprezowiczów. Istnieje jednak termin na określenie sytuacji, gdy jakaś społeczność ma cały dzień, podczas którego może poświęcić się publicznemu chlaniu i popełnianiu drobnych przestępstw bez bycia stygmatyzowaną. Ten termin to biały przywilej.

Istniały kiedyś (i istnieją także dziś) dobre powody, żeby świętować irlandzkie dziedzictwo. Niektóre z nich są nawet częścią samego Dnia Św. Patryka. Obowiązek noszenia zielonego, jak irytujący by nie był, wywodzi się z radykalnej historii. Wearing o’ the green było znakiem, że identyfikujesz się z irlandzkimi rewolucjonistami, ich walką przeciw brytyjskim kolonizatorom i, jak mówi piosenka, dałbyś się za to powiesić. To antykolonialne przesłanie zostało ślicznie zapakowane w firmowy papier Hallmarka i całkowicie pozbawione znaczenia. Historia irlandzkich Amerykanek i Amerykanów jest w większości historią klasy robotniczej – historią biedy Innego w skolonizowanej Irlandii, która szybko stała się historią biedy Innego, imigranta w Ameryce.

W takim kontekście postać Świętego Patryka miała ogromne znaczenie. Dorastałam, słuchając starych kobiet opowiadających zachrypniętym od papierosów, pełnym szacunku głosem o jego cudach: usłyszał głos samej Irlandii, mówiącej do niego słowami Chrystusa! Wygnał z Irlandii węże, pokazując, że Szatan nie ma władzy nad jego ludem! Nieważne, czy mówimy o magicznej wersji postaci św. Patryka, w cieniu której dorastałam, czy o wiele mniej inspirującej wersji historycznej – nawróconego rzymskiego misjonarza, odpowiedzialnego za wyplenienie rodzimej religii. Patryk jest pamiętany jako święty ludzi biednych, chroniący ziemię podbitego ludu, strzegący jego wyzyskiwanych dzieci w nowym kraju. Jego misją, tak jak i misją wielu ludowych bohaterów, było zapewnienie tych, którzy nie liczyli się dla klas panujących, że liczą się w oczach Boga.

Powstania, społeczny radykalizm, solidarność ludzi pracy, Bóg, który kocha ubogich – gdybym miała wymyślić najmniej odpowiedni symbol dla tych wszystkich rzeczy, zatrucie alkoholowe byłoby na samym szczycie listy. Za popularnym obrazem wesołkowatego, pijanego jak Irlandczyk, Leprechauna stoi w rzeczywistości człowiek z klasy pracującej, bez dostępu do usług medycznych, leczący alkoholem bolesne i wyniszczające choroby. To prawdopodobnie najmniej pasujący do święta obrazek, jaki możemy sobie wyobrazić. Jednak Amerykanie są do niego przywiązani, pewnie dlatego, że schlanie się jak świnia jest o wiele łatwiejsze niż stworzenie klasowej polityki.

Asymilacja Irlandczyków wydarzyła się dawno temu. Ostatnia sytuacja, kiedy ktoś był zszokowany tym, że irlandzki katolik znalazł pracę, miała miejsce 20 stycznia 1961 roku, a nawet wówczas tylko dlatego, że była to praca aż tak dobra. Nazwisko tego Irlandczyka brzmiało, jeśli coś wam to mówi, Kennedy.

Wciąż istnieje wiele sposobów, na jakie da się świętować historię Irlandek i Irlandczyków: możecie opisywać to, jak intratne prywatne więzienia kontynuują historię wyzysku świata pracy, świata, który amerykańscy Irlandczycy i Irlandki zawsze uważali za swój własny, i organizować ruch przeciw takim placówkom. Możecie stworzyć własną wizję solidarności klasy robotniczej i uczyć się, jak wspierać imigranckie społeczności, które wciąż są marginalizowane. Jeżeli jesteście katolikami, możecie świętować historię radykalnego aktywizmu katolickiego i służby ubogim. A w międzyczasie nawet włączyć Enyę, co tam.

Ale nie obchodźcie dnia św. Patryka. To święto, donoszę z przykrością, zostało zrujnowane. Przyszedł czas, żeby je zlikwidować – wraz z całym tym szumem o „irlandzkości”, który zbudowano dookoła. Jestem pewna, że sprawicie tym Paddy’emu radość. Jestem pewna, że nawet siedząc w wolnej od węży części Nieba, otoczony przez trzylistne koniczyny i pobożne irlandzkie ciotki, dziergające mu swetry na drutach, ma dość ludzi rzygających w metrze na jego cześć.

Sady Doyle
tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej magazynu „The Baffler” w marcu 2015 r.

Polak-katolik a powszechne przeznaczenie dóbr

Polska to w wielu obszarach kraj paradoksów. Jednym z nich jest deklaratywne przywiązanie dużej części Polaków do katolickich wartości, połączone z życiem zupełnie oderwanym od tychże wartości – i w większości przypadków chodzi o tę samą grupę Polaków. Polacy-katolicy na przykład notorycznie stosują bluźniercze sformułowanie „święte prawo własności” oraz fetyszyzują własność prywatną, choć Kościół katolicki stworzył unikalną i bez mała rewolucyjną zasadę powszechnego przeznaczenia dóbr, która podporządkowuje własność użytkowaniu, a pretensje do niej może rościć sobie każdy, choć oczywiście w określonych przypadkach i z zachowaniem pierwszeństwa właściciela. Polacy-katolicy z ogromnym lekceważeniem podchodzą także do przyrody, choć to właśnie ją stworzył Bóg, natomiast nierzadko wręcz wielbią stworzone przez człowieka wytwory materialne. Ogrzewają więc swoje wypasione chałupy paląc najpewniej oponami (bo chyba tylko one mogą dać taki czarny dym), trując swoje siostry i braci. A na drugi dzień idą grzecznie na Mszę i stoją w ładnym rządku do Komunii, nie zwracając uwagi na fakt, że dzień wcześniej tak nagrzeszyli, że dla pokuty przez trzy miesiące powinni codziennie klepać różańce. Ewidentnie prawdziwą „dobrą zmianą” w Polsce byłoby odkurzenie stworzonej przez jednego z największych mózgów w historii Kościoła zasady powszechnego przeznaczenia dóbr. Pytanie tylko, czy św. Tomasz z Akwinu jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakimkolwiek autorytetem.

To właściwie nic dziwnego, że w czasach wszechobecnego kultu własności środowisko naturalne traktowane jest w najlepszym wypadku podejrzliwie i z dystansem. W końcu nie da się go całego ogrodzić, postawić tabliczki „moje” i wpuszczać łaskawie tylko znajomych, i to też tylko wtedy, gdy najdzie nas na to ochota. Nie da się go całego zakupić, otoczyć płotem i postraszyć intruzów złym psem. Można tak najwyżej postąpić z drobnym i najbardziej dostępnym kawałeczkiem, ale przyroda i tak ma te wszystkie zabiegi za nic i przy najbliższej okazji spuści na teren delikwenta hektolitry wody z przemykającej obok chmury, zupełnie o to rzekomego właściciela nie pytając. Wiatr hula po naszych włościach nawet wtedy, gdy sobie tego nie życzymy, ptaki bezczelnie wlatują, siadają na ławkach i zostawiają na nich jakieś białe placki, a gdy przychodzi grudzień nawet stojący w garażu nowiutki SUV miewa problem z wyjazdem na naszą własną, starannie wcześniej utwardzoną drogę. W normalnych sytuacjach, gdy ktoś kpi sobie z mojego „świętego prawa własności”, mogę zawsze na niego nakrzyczeć, dać w twarz, ewentualnie zadzwonić po odpowiednie służby. Na przyrodę tymczasem mogę się wydzierać ile wlezie, a ona i tak nic sobie z tego nie robi.

Gdy kupię 10-calowy tablet z modemem 4G, to wiem, że jest mój, mam paragon, mogę się nim pochwalić przed znajomym, a nawet przed nieznajomym siedzącym na fotelu obok w niepolskim busie. Tymczasem gdy kąpię się w rzece, to nie do końca wiem, czyja ona jest. Niby z niej korzystam do woli, przyjemnie mnie schładza, ale obok kąpią się dziesiątki innych, jakieś rozwydrzone bachory drą się wniebogłosy i nie dają spokojnie człowiekowi poczytać książki na materacu, a jakby tego było mało, właśnie nadepnął mnie jakiś grubas i ledwo burknął „sorry”. To jak to jest w końcu z tą rzeką? Jest moja czy ich? A jeśli jest nas wszystkich, to która konkretnie część jest moja? Proszę mi sprawiedliwie wydzielić mój kawałeczek, może być nawet maluteńki, tylko żeby mi nikt na niego nie właził, a grubas niech sobie depcze innych na swojej części.

Na tym właśnie polega w naszym kraju główny problem nie tylko z naturą, ale i z całą własnością wspólną. Nie da się precyzyjnie ustalić, do kogo ona należy, a w czasach kultu własności prywatnej i jej fetyszyzacji jest to ogromna wada. Po zgrzebnych latach PRL rzuciliśmy się budować naszą prywatną własność, podobno zawsze dużo lepszą i bardziej efektywną od własności wspólnej, której przecież sama nazwa wskazuje, że jest niczyja. Odwróciliśmy się więc plecami od naszych klatek schodowych, parków czy podwórek, na rzecz nieustannego upiększania własnego mieszkania czy domu. Nieistotne stało się, że do pracy jedziemy drogą wyboistą niczym powierzchnia księżyca – ważne, że w domu mamy telewizor wielki jak pół Orlika. Ten sam los spotkał naturę – nie moja, a więc niczyja, a skoro niczyja, to nic nie szkodzi wyrzucić niedogaszonego papierosa do lasu, okazjonalnie wysikać się do jeziora czy zostawić butelki po piwie na łące, na której przed chwilą się imprezowało. Najpierw nachapać się do syta, a dopiero potem oddać następnemu w kolejce, gdy sami już i tak nie możemy – to nasza standardowa strategia korzystania z każdej formy własności. I nieważne, czy chodzi o mienie komunalne, czy o zasoby naturalne – byłem pierwszy, jestem panem. Gdzie mi się tu wpychasz, babo – zapłaciłem za bilet, to siedzę. Trzeba było wejść dwa przystanki wcześniej, to ty byś siedziała.

Katolicka zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest traktowana przez przeciętnego Polaka-katolika co najwyżej pobłażliwie, jako jeden z tych licznych nieszkodliwych kościelnych przeżytków, których i tak już nikt nie przestrzega i nikt nie zwraca na nie uwagi. W czasach absolutyzacji własności, wręcz jej sakralizacji („święte prawo własności”), twierdzenie, że własność obciążona jest hipoteką społeczną, aby dobra mogły służyć ogólnemu przeznaczeniu, musi się jawić jako bajanie jakiegoś niepoprawnego idealisty, w gruncie rzeczy niebezpiecznego, bo jeszcze zechce dokwaterować uchodźcę z Syrii do mojego M-3. Współczesny porządek ekonomiczny jest oparty na podziale na to, co moje i co nie moje, a poszczególne dobra może i były kiedyś powszechnie przeznaczone, ale tylko do momentu, gdy je nabyłem. To znaczy, de facto każdy mógł wejść w ich posiadanie, ale po transakcji to już jest inna historia. We współczesnej logice zasada powszechnego przeznaczenia dóbr jest więc podporządkowana własności prywatnej – obowiązuje, dopóki czegoś nie posiądzie konkretna osoba. Gdy ten kawałek pola jest już Marka czy Ilony, wtedy pieczę nad nim sprawują zasady prawa cywilnego, a nie boskiego. Tymczasem doktryna katolicka odwraca tę logikę: to własność prywatna podporządkowana jest powszechnemu przeznaczeniu dóbr, które powinno być uniwersalnym prawem ich użytkowania, a także pierwszą zasadą całego porządku społecznego.

Fetyszyzacja własności prywatnej powoduje, że z zupełnym lekceważeniem odnosimy się do własności wspólnej. To właśnie z tego powodu obojętnie patrzymy, jak niszczeje nasza własność publiczna oraz jak natura bywa przez nas bezlitośnie wykorzystywana. Za obie nie czujemy odpowiedzialności, ponieważ nie stoją u nas na biurku i nie zapłaciliśmy za nie naszą kartą bankową. Tymczasem własność prywatna powinna być tylko instrumentem ułatwiającym korzystanie z dóbr. Instrumentem, który da pewność, że gdy rano będę chciał jechać do pracy, to mój samochód będzie stał na parkingu i grzecznie czekał – nie oznacza to jednak wcale, że mogę z nim robić, co mi się żywnie podoba.

Przypomnienie sobie, że wszelkie dobra w boskim zamierzeniu mają co do zasady służyć wszystkim, może zmienić nasz stosunek do świata – zarówno do tego, co mam w torbie podróżnej, jak i tego, co mijam jadąc pociągiem. Postawienie zasady powszechnego przeznaczenia dóbr nad własnością prywatną wszystkim nam wyjdzie na zdrowie. Zaczniemy korzystać bardziej odpowiedzialnie z mienia własnego oraz publicznego, a także dostrzeżemy, że środowisko naturalne to dobro nie tylko moje, nawet nie tylko moich żyjących współcześnie sióstr i braci, ale wszystkich przeszłych i przyszłych pokoleń. Nasze place wypięknieją, a parki będą czystsze. Nasze usługi publiczne zaczną lepiej działać, a podatnicy będą bardziej sumiennie płacić na ich utrzymanie, zdając sobie sprawę, że czynią to we wspólnym interesie. No i przede wszystkim Polak-katolik będzie lepszym wiernym. Pytanie tylko, czy bycie lepszym wiernym jest jeszcze dla współczesnego Polaka-katolika jakąkolwiek wartością.

Dać czy nie dać, czyli o pomocy bez warunków

Zastanawianie się nad kwestią dzietności w Polsce z okazji 8 marca to swego rodzaju przyznanie racji retoryce, która uznaje dziecko za „sprawę kobiety”. Oczywiście w idealnych, laboratoryjnych warunkach potomstwo jest sprawą obu płci, i obie doznają z tytułu posiadania go radości i smutków oraz – co bardziej namacalne i wiążące – nabywają pewne prawa i obowiązki. Nie da się jednak ukryć, że Polska raczkuje pod względem udzielania jakiegokolwiek innego niż śladowe wsparcia socjalnego czy to samym dzieciom, czy kobietom jako ich „głównym” opiekunkom, czy, jak chce to widzieć prawica, rodzinom.

Zapowiadany na 1 kwietnia start programu pomocowego 500+ budzi definitywnie największe emocje spośród wszystkich decyzji partii rządzącej. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że o nocnych zakusach na Trybunał Konstytucyjny nie zapisano tyle papieru i kilobajtów, co o tym, czy owe 500 zł dadzą, kiedy dadzą, komu dadzą, a komu nie, i o tym, czy to wystarczająco sprawiedliwe. Opinię na temat przegłosowanego kilka tygodni temu programu ma absolutnie każdy, bez względu na to, czy jest ojcem lub matką i czy program go bezpośrednio dotyczy.

Przypomnijmy podstawowe założenia: owe 500 zł to świadczenie, które zostanie przyznane rodzinom posiadającym dwoje lub więcej dzieci, na każde dziecko od drugiego wzwyż, bez względu na dochody. W przypadku posiadania jednego dziecka spełnić należy kryterium dochodowe, wynoszące 800 zł na osobę w rodzinie lub 1200 zł w przypadku dzieci niepełnosprawnych. Świadczenie ma być wypłacane do momentu ukończenia przez dziecko osiemnastu lat. Na pierwszy, ostrożny rzut oka program wygląda i brzmi świetnie – oto naprawdę pierwsze tak powszechne świadczenie, które obejmie miliony obywateli i którego rezultat społeczny może być bliski przyznaniu uniwersalnego świadczenia wprowadzanego przez inne kraje. Oto pierwsze świadczenie, które nie upokarza śladową kwotą lub nie jest jednorazowe, jak tysiąc złotych becikowego, starczające na używany wózek i paczkę pieluch, ani krótkotrwałe, jak świadczenie z tytułu urlopu macierzyńskiego. Oto po raz pierwszy uznano, że sam fakt, iż ktoś ma dziecko, oznacza, że ponosi realne koszty i wyrzeczenia, które, dla dobra wspólnego, państwo powinno mu rekompensować.

Drugi rzut oka zarówno na sam program, jak i na towarzyszące mu reakcje, przynosi jednak otrzeźwienie. Dziurawości podstawowych założeń 500+ nie da się ukryć pod prawicowym frazesem o „wspieraniu rodzin”. Program w zamyśle egalitarny zaprzecza swej rzekomej egalitarności, czyniąc szereg zastrzeżeń co do warunków i zasad uzyskiwania pomocy. Przez ostatnie tygodnie przez internet przetoczyła się gorąca debata, której skutkiem było wypunktowanie minusów rządowych założeń. A minusy te są poważne i zmieniają wymowę wsparcia, które znienacka okazuje się wybiórcze. Oto pomocy nie otrzyma niezamożna rodzina z jednym dzieckiem, otrzyma ją za to człowiek, któremu zdarzyło się mieć dwójkę dzieci, a w normalnym kraju płaciłby podatki według progu podatkowego dla najbogatszych. Świadczenie ma więc obiektywne wady i nie jest tak powszechne, jak chciano by je przedstawiać. Warto się jednak zastanowić, czy jest tak złe, jak niektórzy je odmalowują.

Lista zastrzeżeń wobec 500+ jest niemal nieskończenie długa, a wachlarz argumentów od prawa do lewa niesłychanie bogaty i kolorowy. Znajdziemy tu i skrajnie neoliberalne poglądy. Że świadczenie jest zbyt wysokie, gdyż jest „za nic” – wychowywanie młodego człowieka, który potrzebuje jedzenia, ubrania i przyborów szkolnych, to, jak wiadomo, zupełnie nic, żaden wręcz wysiłek. Albo że pieniądze przecież należy samodzielnie zarobić, a nie „dostać”. Mamy tu także wysoce indywidualistyczne tofu-lewicowe narzekanie, iż program wspiera rodzicielstwo, którego przecież wspierać nie należy, bo jest nas na świecie zbyt dużo, a posiadanie dzieci nie jest ekologiczne i dla dobra planety powinniśmy rezygnować z prokreacji. A kończąc na tradycyjnych frazesach o „szklance wody”, której nikt nie poda na starość tym, co dzieci nie mają – więc każdy mieć je powinien bez żadnego wsparcia ze strony państwa. Osobiście wyznaję szalony solidarystyczny pogląd, że szklankę tę musimy podawać sobie nawzajem, co powinno skutkować wprowadzaniem jak największej liczby świadczeń i programów pomocowych. Wśród nich regularnie wypłacane wszystkim dzieciom, nie tylko tym wybranym według określonych kryteriów, 500 zł jest zaledwie pierwszym krokiem na długiej drodze. Spektrum przeczytanych i zasłyszanych reakcji na plany rządu jest naprawdę szerokie. Najciekawsze zaś padają z ust polityków opozycji, którzy, choć sami nie wsławili się przesadną pomocą opiewanej od lewa do prawa „rodzinie” (nigdy „kobiecie”), a podczas kampanii wyborczej negowali program jako rozdawnictwo zasobów, których przecież „nie mamy”, roszczeniowym masom ludowym, obecnie stoją na straży jego dokładnego wdrożenia i poszerzenia jego ram.

„Polek nie można kupić za 500 zł”, mówi Ewa Kopacz, zgrabnie wskakując z pozycji premier rządu, który wszelkie powszechne wsparcie uważał za niesmaczną wręcz rozrzutność, w buty społecznie wrażliwej oskarżycielki. „PiS zaczyna dzielić dzieci, na co nie ma zgody Platformy”, wtóruje jej Grzegorz Schetyna, sprytnie (i cynicznie, ale wyborca polski pamięć ma krótką) grając na uwielbianej przez Polaków, łatwo antagonizującej strunie pod tytułem „dlaczego on ma, a ja nie”. Ryszard Petru, na liście priorytetów którego obywatel znajduje się raczej na szarym końcu, stroi się w piórka obrońcy żłobków i przedszkoli, i twierdzi, że „Polacy nie mają dzieci, ponieważ brak im poczucia bezpieczeństwa, nie tylko finansowego”. A jakiego? Co oprócz stabilnej sytuacji zawodowej i mieszkaniowej może zasadniczo wpływać na decyzję o prokreacji? Co kryje się pod pojęciem „bezpieczeństwo”, jeśli nie mieszkanie bez kredytu (i bez teściów za ścianą), zatrudnienie za kwotę wyższą od najniższej krajowej i z umową etatową, możliwość spokojnego pójścia na roczny urlop macierzyński z gwarancją powrotu na swoje miejsce pracy? Czy to takie dziwne, że pani Iza z salonu fryzjerskiego czy pani Krysia z kiosku Lotto nie rodzą po trójkę dzieci, skoro zatrudnione są na odnawianych co miesiąc umowach-zlecenie, a ich mężowie dorabiają na czarno na budowach? Czy naprawdę powinien zaskakiwać nas fakt, że symboliczne becikowe nie skłoniło szerokich mas do rzucenia się w wir prokreacji? W retoryce polityków człowiek jest jednak przedmiotem rozgrywki wyborczej i powyborczej, a nie samodecyzyjnym podmiotem.

Połączenie konserwatywnych frazesów o świętości rodziny z neoliberalnym podejściem do redystrybucji dóbr nie zaowocowało do tej pory w Polsce niczym skutecznym, jeśli idzie o podwyższanie poziomu dzietności. Oto Beata Mazurek poleca samotnym matkom, które nie łapią się w widełki programu 500+, „ustabilizowanie sytuacji rodzinnej”. Pod tą ładnie brzmiącą etykietką kryje się po pierwsze dość obraźliwe założenie, że kobieta (lub po prostu jedna osoba dorosła) i dziecko nie stanowią rodziny, a po drugie przesadna wiara w siłę owych pięciuset złotych, dla których samotna kobieta poszuka szybko partnera i zajdzie w kolejną ciążę.

Dochodzimy tutaj do problemu najistotniejszego: czy 500 zł to mało, czy dużo? Wystarczy czy nie wystarczy? Brak w Polsce kompleksowego wsparcia kobiet/matek/rodzin, wsparcia finansowego, rzeczowego, opiekuńczego, dla których to 500 zł mogłoby być zaledwie punktem wyjścia. Potrzeba kroków kolejnych: dofinansowania edukacji przedszkolnej i opieki żłobkowej, zasiłków celowych, które nie wynoszą 80 zł miesięcznie, lecz o wiele więcej, wsparcia kobiet przy bezpiecznym powrocie na rynek pracy, a nie wypychania ich z niego za pomocą wykorzystania przez pracodawcę kruczków o braku ochrony po zakończeniu urlopu macierzyńskiego. Kraje, gdzie kobieta nie boi się na rozmowie kwalifikacyjnej przyznać, że ma małe dziecko, to kraje, które autentycznie wspierają rodziny, dzieci i obywateli, to kraje, które już zwyciężyły w batalii o podwyższenie dzietności. W świetle takiego porównania wypadamy oczywiście blado, a i sama kwota nie jest oszałamiająca. Nie zgadzam się jednak z argumentem, że „takie pieniądze to wstyd dawać” i lepiej byłoby nie dać nic. 500 zł to, rzecz jasna, niewiele, bo dziecko, zwłaszcza w wieku szkolnym, kosztuje miesięcznie dużo więcej. Jednak pani Iza czy pani Krysia, porównując te 500 zł z brakiem jakiegokolwiek wsparcia, odczują różnicę. Gwarantowane, regularnie wypłacane przez szereg lat kilkaset złotych może być tratwą ratunkową dla dwudziestolatki na śmieciówce czy niezamożnej studentki po „wpadce” z równie młodym chłopakiem (niestety, tylko o ile załapią się na próg wypłat dla rodzin najuboższych). Postulowanie wycofania tego wsparcia w imię „wszyscy albo nikt” albo „takich śmiesznych kwot nie należy dawać” – to oznaka braku solidarności oraz popularnego we współczesnej Polsce źle pojętego indywidualizmu, który zakłada, że nie wspieramy potrzeb żadnej z grup, której nie jesteśmy członkami.

Piszę te słowa z perspektywy kobiety, która nie jest i nie będzie matką. Zdaję sobie sprawę ze swojego w tej kwestii uprzywilejowania – jestem w stanie sama zadecydować, czy potomstwo mieć, czy nie mieć, nie odczuwam zbyt silnej społecznej presji w sprawie jego posiadania, mogę dokonać wyboru. Część kobiet jednak podobnego wyboru nie ma, również z powodu marnej edukacji seksualnej i nie zawsze łatwego dostępu do skutecznej antykoncepcji. Mnóstwo kobiet zaś po prostu chce mieć dziecko – w dogodnym momencie, w bezpiecznych warunkach – i to często niejedno. Jako kobieta, obywatelka, socjalistka, z całego serca wspieram więc wszelkie programy i świadczenia oraz wszystkie pomysły, które byłyby w stanie zapewnić im bezpieczną realizację tej potrzeby i pomoc przez kolejne lata. Tak, aby czuły się częścią społeczeństwa, które nie tyle łaskawie „wyciąga rękę”, co bardzo mu zależy, żeby ich życie płynęło spokojnie i pewnie. To gest zwykłej ludzkiej solidarności.

Wolna Republika – w 95. rocznicę utworzenia

2 marca 2016 r. obchodzimy 95. rocznicę powstania tzw. Republiki Labińskiej (po chorwacku Labinska republika, po włosku La Repubblica di Albona) – strajku górników na Istrii, który przybrał charakter masowego buntu i uważany jest za pierwsze antyfaszystowskie powstanie na świecie.

Półwysep Istria, będący wcześniej częścią Austro-Węgier, po I wojnie światowej został przyłączony do Królestwa Włoch. Nowe władze zaczęły intensywnie eksploatować przyłączone tereny, poddając je również italianizacji. Obszar ten, zróżnicowany etnicznie, zamieszkiwała w przeważającej mierze, obok ludności włoskiej, ludność słowiańska (chorwacka i słoweńska). Nowo powstałemu Królestwu Serbów, Chorwatów i Słoweńców, które następnie przerodziło się w Królestwo Jugosławii, nie udało się objąć władzy nad tymi terenami i Istria stanowiła część państwa włoskiego do końca II wojny światowej, by po jej zakończeniu stać się częścią Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii, a po jej rozpadzie wejść w skład Chorwacji.

Półwysep istryjski, który dziś kojarzy się raczej z popularnym kierunkiem turystycznym i właśnie z turystyki czerpie dziś podstawowe zyski, ma jednak w swej historii znaczący, choć szerzej nieznany okres przemysłowy, związany z istniejącymi tam kopalniami i złożami węgla kamiennego. Węgiel wydobywano we wschodniej Istrii już za czasów Republiki Weneckiej, a przy jego wydobyciu w najlepszym okresie pracowało ponad 10 tysięcy górników. Choć ostatnią kopalnię w miejscowości Tupljak zamknięto w 1999 roku, tradycje górnicze, pamięć o górniczej przeszłości, a także świadomość opisanych wydarzeń mocno tkwią w kulturze i pamięci lokalnej społeczności. Łącznie we wschodniej części półwyspu istniało sześć kopalń w miejscowościach Raša, Strmac, Labin, Potpićan, Ripenda oraz Tupljak. Centralny ośrodek tego obszaru stanowi miejscowość Labin, dlatego opisywany subregion Istrii określa się mianem Ziemi Labińskiej, a powołane państewko – Republiką Labińską.

Do opisywanych wydarzeń przyczyniły się więc zmiany geopolityczne – przejście spod władzy austrowęgierskiej pod władzę włoską. Wyraźnie pogorszyły się warunki pracy i życia, postępowało też znaczne ograniczanie praw niewłoskich narodowości zamieszkujących ten zróżnicowany etnicznie teren. Bezpośrednim zaś impulsem były działania faszystów włoskich, którzy – choć nie rządzili jeszcze całym państwem włoskim – rośli w siłę i pozwalali sobie na coraz śmielsze kroki wobec wszystkich grup, które uważali za wrogie.

1 marca 1921 r. podczas drogi powrotnej z Triestu lider ruchu związkowego i socjalistycznego Ivan Pipan został w miejscowości Pazin napadnięty i pobity przez bojówki faszystowskie. Przybyły przedstawiciel władz faszystów już na miejscu nie zastał, a Pipanowi oznajmiono, żeby więcej nie przyjeżdżał do Pazinu.

Dotarłszy do miejscowości Vinež, o wydarzeniach w Pazinie poinformował on władze swojego związku zawodowego. Wiadomość o pobiciu rozniosła się szybko po całej Ziemi Labińskiej. Oburzone tymi i wcześniejszymi działaniami siłowymi faszystów (w tym samym roku oddziały faszystowskie zajęły siedzibę komitetu robotniczego w Trieście, a także napadły i podpaliły przedstawicieli związku zawodowego z kopalni Raš), związki zawodowe podjęły decyzję o przystąpieniu do strajku protestacyjnego. Rozpoczął się on 2 marca 1921 o godzinie 13.

Strajk wyszedł poza pierwotnie zakładane ramy. Przeobraził się w bunt oraz w ruch o charakterze politycznym, ekonomicznym i rewolucyjnym. Trwał 37 dni i został stłumiony po interwencji wojskowej. Uczestniczyło w nim ponad 2000 osób, przedstawicieli co najmniej siedmiu różnych narodowości.

Z braku innych dokumentów, wszystkie informacje opierają się na oficjalnych państwowych źródłach włoskich oraz relacjach świadków. Wynika z nich, że decyzję o strajku podjęła 2 marca przed południem Federacja Związków Zawodowych. Rozwiązanie takie zasugerował sekretarz federacji Ivan Pipan.

3 marca o godzinie 9 na rynku w miejscowości Vinež odbył się wiec, na który przybyło również wielu mieszkańców okolicznych wsi. Podczas wiecu na znak protestu przeciw narastającemu terrorowi faszystowskiemu potwierdzono uczestnictwo w strajku. Po zakończeniu wiecu miały miejsce incydenty pomiędzy strajkującymi a faszystami, wiele osób zostało rannych.

Narodowe Konsorcjum Spółdzielcze Produkcji Węgla i Jego Pochodnych z Florencji wydało następującą odezwę do górników, zwracając się do nich, by przejęli od obecnych zarządów w swoje ręce kopalnie węgla:

„GÓRNICY!

Na pewno wiecie, że w ostatnim czasie ukonstytuowane zostało Narodowe Spółdzielcze Konsorcjum Produkcji Węgla i Jego Pochodnych, z siedzibą we Florencji. Konsorcjum jest spółdzielczym zrzeszeniem górników.

Jego członkami są wyłącznie górnicy: należy do Generalnej Konferencji Pracy i Narodowego Związku Spółdzielni. Celem Konsorcjum jest to, aby kopalnie były użytkowane w formie spółdzielni, z wykluczeniem biurokracji państwa i kapitalistycznej spekulacji. Naszym programem jest, byśmy bez płacenia odszkodowania przejęli kopalnie, rozszerzając działania również na pozostałe gałęzie przemysłu. Uspołecznienie złóż węgla to ostateczny cel, do którego prowadzi działanie naszego Konsorcjum. ZE WSZYSTKICH KOPALNI TRZEBA USUNĄĆ WŁAŚCICIELI, prywatnych kapitalistów i wyzyskiwaczy pracy robotników!

W każdej kopalni powinna ukonstytuować się jedna spółdzielnia robotnicza – organ Konsorcjum, który powinien przejąć zarządzanie pracą pod swoją kontrolę. WSZYSTKIE KORZYŚCI I ZYSKI Z PRZEMYSŁU POWINNY PRZYPAŚĆ MASOM PRACUJĄCYM!
Konsorcjum dąży do tego, by na terenach górniczych rozpoczęło się nowe życie, nowy początek pracy i by bezpośrednio zrealizować wielkie idee społeczne, które rozwija świat pracy…”.

Odezwa została przesłana przed 2 marca, dlatego przypuszcza się, że pobity działacz związkowy Ivan Pipan pojechał do Triestu, by zająć stanowisko w tej sprawie.
Oprócz ataków faszystów i odezwy Konsorcjum z Florencji, na decyzję o podjęciu strajku wpłynęły ogólne nastroje w kopalniach, niskie płace, złe warunki życiowe oraz wysokie normy, jakie musieli wyrabiać pracujący.

W październiku 1920 roku został podpisany niekorzystny dla górników układ zbiorowy. Zgodnie z jego treścią, za jeden w ciągu miesiąca dzień nieuzasadnionej nieobecności w pracy groziła utrata całego zarobku. Jednocześnie według poprzedniego systemu austriackiego, górnicy mieli zagwarantowane 24 dni wolne od pracy rocznie, a nowy system włoski zapewniał zaledwie 12 dni.

Sam przebieg strajku świadczy o wysokim stopniu samoorganizacji uczestników. Dołączyła do niego również część administracji. Górnicy otrzymali także wsparcie od szlachcica Giovanniego Tonettiego, zwanego czerwonym baronem. Strajkujący przejęli kontrolę nas kopalniami, maszynami, zakładem oczyszczania węgla Štalije, składem materiałów wybuchowych oraz portem Brščica.

Powołano Komitet Górniczy (na czele z Ivanem Pipanem), który zarządzał wszystkimi działaniami. Zorganizowano zbiórkę żywności w okolicznych wioskach. Sformowano Czerwoną Straż (dowodził nią Francesco da Gioz), która miała bronić kopalni. Zaminowano składy węgla, szyby, zakład oczyszczania węgla, by uniemożliwić ewentualny atak. Uzbrojenie, jakim górnicy dysponowali, składało się z dziesięciu strzelb, niewielu granatów i rewolwerów oraz materiałów wybuchowych. W obawie przed łamistrajkami zatrzymano 13 górników z Sycylii, którzy sprzyjali władzom.

Komitet odpowiadał za kwestie polityczne i społeczne, do jego zadań należało utrzymywanie porządku i spokoju, a także rozwiązywanie ewentualnych sporów. Zarządowi kopalni przedstawiono postulaty ekonomiczne, dotyczące m.in. podwyższenia stawki dniówek. W związku z przedłużającymi się negocjacjami, górnicy 21 marca postanowili sami zorganizować produkcję. Zjechali pod ziemię, na kierownika wydobycia powołując technika górniczego Dagoberta Marchiga.

Przejmowanie fabryk pod hasłem Kova je naša (Kopalnia jest nasza), wzniesienie czerwonego sztandaru oraz wznowienie wydobycia były tym, co różni klasyczny strajk od buntu czy też ruchu, jaki zrodził się w Republice Labińskiej. Za strajk uważa się zaprzestanie pracy; w tym przypadku górnicy wrócili do pracy [formuła taka zwana jest strajkiem czynnym i była stosowana przez pracowników w różnych krajach, m.in. w Polsce w strajkującej fabryce żelatyny w Brodnicy pod koniec XX wieku – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. 21 marca rozpoczęło się wydobycie węgla, tym razem już na własny rachunek. 7 kwietnia z portu Štalije wypłynął nawet statek wypełniony węglem, za ładunek jednak nie zapłacono, ponieważ w międzyczasie bunt został stłumiony.

Chociaż wśród faszystów od początku dominowała chęć zaatakowania zbuntowanych górników, władze nie skłaniały się ku takiemu rozwiązaniu. Liczyły, że strajk nie potrwa długo. Spodziewano się również, że ludność lokalna będzie niechętnie nastawiona do działań górników – mieszkańcy jednak okazali się przychylni strajkującym. Z upływem czasu jednak także wśród władz umacniało się przekonanie o potrzebie siłowego stłumienia buntu. Podejmowano szereg działań mających na celu przerwanie protestu: negocjacje, próby przekupstwa czy różnego rodzaju naciski. Nie osiągnąwszy jednak spodziewanego rezultatu, 7 kwietnia władze wydały rozkaz siłowego zajęcia Ziemi Labińskiej. Do działań zaangażowano około 1000 dobrze uzbrojonych żołnierzy – do portu w Štalije wpłynęły dwa okręty wojenne z żołnierzami.

Podczas rozmów z Pipanem władze zaproponowały górnikom kapitulację, którą przywódca związkowy w imieniu górników odrzucił i zdecydował się podjąć walkę. Akcja wojskowa rozpoczęła się 8 kwietnia w godzinach rannych. Otoczeni górnicy wycofali się na skraj miejscowości Štrmac, gdzie stawili zbrojny opór. Ze względu na słabe uzbrojenie oraz brak doświadczenia zostali szybko zmuszeni do rezygnacji z dalszych działań. Wiadomo, że o godzinie 13 zajęto kopalnię w miejscowości Krapan, a o 13.30 – w miejscowości Vinež. Skład węgla w Štalije przejęli urzędnicy z Puli. Wszelki opór górników ustał w godzinach popołudniowych – Pipan zarządził przerwanie ognia, biorąc pełną odpowiedzialność na siebie.

W wyniku walk zginęło dwóch górników – Maksimilijan Ortar i Adalbert Sykora, wielu zostało rannych. Po stronie wojska ranne były dwie osoby. Aresztowano 40 górników, osadzając ich w więzieniach w Rovinju i Puli. Dwóch kolejnych zmarło w efekcie odniesionych ran i złego traktowania w więzieniu. Śledztwo trwało siedem miesięcy. Główny proces przed Sądem Okręgowym w Puli rozpoczął się 16 listopada i trwał do 3 grudnia 1921. Oskarżono łącznie 52 górników.

Z aktu oskarżenia wynika, że władze postrzegały strajk i wydarzenia na Ziemi Labińskiej jako zaprowadzenie reżimu sowieckiego. Prokurator traktował oskarżonych jako buntowników przeciw władzy państwowej. Obrońcy domagali się z kolei objęcia ich dekretem o amnestii.
Ponieważ dopiero umacniającym się i walczącym o przychylność mieszkańców nowym władzom nie zależało na zaognianiu i tak już napiętych stosunków z ludnością lokalną, ogłoszono wyrok uniewinniający, a aresztowanych wypuszczono na wolność.

Jednak część górników w obawie przed represjami wyemigrowała do Jugosławii (wówczas Królestwo SHS), innych krajów europejskich oraz Ameryki. Mimo likwidacji Komitetu Górniczego, aktywność górników na Ziemi Labińskiej nie została przerwana. Pogarszające się warunki życia doprowadziły w sierpniu 1922 r. do kolejnego strajku, który również zakończył się bez sukcesów – w międzyczasie nowe władze urosły w siłę i w konsekwencji wielu górników zwolniono.

27 kwietnia 1923 r., pół roku po dojściu Mussoliniego do władzy, w ramach italianizacji wydano dekret nakazujący zmianę słowiańskich nazw miejscowości na włoskie, podobną decyzję podjęto w sprawie nazwisk. Nowo powstała Komunistyczna Partia Włoch stała się dla labińskich górników najbardziej sprzyjającym podmiotem politycznym i naturalnym sojusznikiem – do „czerwonej federacji” związkowej, której przewodziła partia komunistyczna, wstąpiło 850 z nich. Raport milicji faszystowskiej z 9 lipca 1925 roku mówił: Miasto Labin, jak wiadomo, jest niezmiennie głównym centrum bolszewizmu w Istrii.

Mimo działań faszystów próbujących uniemożliwić jakąkolwiek aktywność samoorganizacyjną górników, ci w 1925 roku zastrajkowali ponownie. Co więcej, udało im się wywalczyć 25-procetową podwyżkę płac.

Pojawia się pytanie, czy Republikę Labińską charakteryzowały elementy państwowości. Z zeznań świadków i dokumentów nie wynika jednoznacznie, by została powołana w celu ustanowienia państwa, ani żeby była formalnie zorganizowana. Ludzie mówili o „Wolnej Republice”. W prasie włoskiej ruch ten nazywano „La Repubblica Rossa”, „San Marino Comunista” bądź „Comune Parigina Istriana”.

Chociaż formalnie nie została nigdy proklamowana, Republika Labińska pozostawiła trwałe ślady w regionie Labinu, a jej istnienie miało znacznie szerszy oddźwięk. Wydarzenia te należy postrzegać i interpretować w kontekście ówczesnych możliwości, szczególnie na obszarze Półwyspu Apenińskiego i Europy Środkowej. Wielonarodowe, ale wspólne stawianie zbrojnego oporu narastającemu faszyzmowi przetarło drogę antyfaszystowskiemu nastawieniu mieszkańców Istrii. Z drugiej strony syndykalistyczna walka górników, skupiona na tradycyjnej walce o prawa pracownicze, o polepszenie warunków pracy i życia obejmowała również elementy samostanowienia i samorządności z wiarą w to, że można samodzielnie decydować o swoim losie. Powstanie górników istryjskich uważane jest za pierwsze powstanie antyfaszystowskie na świecie. Chociaż faszyści doszli we Włoszech do władzy dopiero w 1922 r., w Istrii terror, represje i italianizacja rozpoczęły się już wcześniej, zaraz po przejęciu władzy przez państwo włoskie w 1918 roku. Osoby rządzące Istrią bardzo aktywnie uczestniczyły we wprowadzaniu faszyzmu we Włoszech. Dlatego też słuszne jest stwierdzenie, że Republika Labińska była pierwszym w skali świata wystąpieniem przeciw faszyzmowi.

Warto dodać, że data 2 marca dla upamiętnienia strajku i Republiki Labińskiej była po II wojnie światowej aż do rozpadu państwa obchodzona w Jugosławii jako Dzień Górnika. Dziś święto to obchodzone jest w Chorwacji, a przede wszystkim na Ziemi Labińskiej.

Sławomir Pruski

Przygotowując tekst korzystałem z następujących źródeł:

http://www.istrapedia.hr/hrv/72/labinska-republika/istra-a-z/
http://www.srp.hr/labinska-republika-2/
https://hr.wikipedia.org/wiki/Labinska_republika
http://www.minher.eu/

Lewica fundamentalistyczna, czyli powrót do korzeni

Lewica fundamentalistyczna, czyli powrót do korzeni

Przyznaję – tytuł tekstu to prowokacja. Przecież każdy szanujący się lewicowiec wie, że fundamentalizm – tak jak populizm czy nacjonalizm – jest z gruntu nielewicowy! Jednak gdy odrzucimy epitety, okaże się, że populizm to w rzeczywistości nic innego jak solidarność z realnym (a nie wyimaginowanym) ludem, zaś nacjonalizm może oznaczać dążenie do upodmiotowienia społeczeństwa (jak w przypadku ruchów narodowowyzwoleńczych), dlatego warto też zdemistyfikować pojęcie fundamentalizmu. Jest to idea powrotu do podstaw (fundamentów) danego systemu wartości, światopoglądu czy doktryny, poprzez odrzucenie późniejszych wypaczeń, a zwłaszcza obcych naleciałości. Idea ta może się odnosić nie tylko do religii, ale też do świeckiej ideologii.

Czy również lewicowej? Gdy w dyskusjach z nowolewicowymi adwersarzami podpierałem swoje kontrowersyjne poglądy przykładami z dziejów ruchu robotniczego i społeczno-wyzwoleńczego, ci na ogół tylko wzruszali ramionami: „może i było tak kiedyś, ale nic nas to nie obchodzi, bo istotą lewicy jest ciągły postęp, rozwój, zmiana”. Przyszło nam jednak żyć w czasach, w których zmiana konfuduje nawet najbardziej zagorzałych lewicowców. Do tej pory niejako konstytutywną cechą lewicowości był historyczny i antropologiczny optymizm (spór między reformistami i rewolucjonistami toczył się jedynie o tempo historycznego postępu) – teraz zaczynają pojawiać się nuty zwątpienia i rozgoryczenia, desperacji, wręcz histerii (ot, choćby tutaj). Niestety, na ogół jest to bezradny lament dziecka, które nagle odkryło, że tak naprawdę za brodą Świętego Mikołaja ukrywa się niemiły pracownik hipermarketu, albo bunt nastolatka rozczarowanego szarą rzeczywistością swej rodziny, nijak nie przypominającą życia w modnych serialach.

Na tym tle rzeczowością i trafnymi obserwacjami wyróżnia się ważki tekst Krzysztofa Posłajki „Rok zapowiedzianej przyszłości”. Warto przeczytać go w całości, tu zacytuję tylko najistotniejszy, moim zdaniem, fragment: „Lewicowy projekt polityczny jest bowiem oparty na pojęciu postępu – a dokładniej na założeniu, że z postępem technologicznym powinien iść w parze postęp społeczno-etyczny. Lecz w sytuacji, gdy sądzimy, że mamy do czynienia z upadkiem cywilizacji, wiara w jakikolwiek postęp społeczny jawi się jako naiwność”.

Posłajko podniósł problem o absolutnie podstawowym znaczeniu, którego waga zdaje się wykraczać poza horyzont większości obserwatorów. Otóż istotą lewicowości od XVIII w. jest połączenie pewnego fundamentalnego systemu wartości (Wolność – Równość – Braterstwo) z ideą Postępu, czyli przekonaniem, że zmiany są nie tylko historycznie zdeterminowane, ale też prowadzą w nieunikniony sposób w pożądanym kierunku. Rzeczywiście, przez dwa stulecia było to prawdą. Każde kolejne pokolenie Europejczyków (na innych kontynentach wskutek kolonializmu było to bardziej powikłane) żyło w większym dobrobycie, doświadczało mniejszych nierówności, miało więcej praw i swobód. Jednak dwieście lat to króciutki wycinek w dziejach ludzkości, a formułowanie na tej podstawie praw historycznych jest dość ryzykowne.

Wątpliwości wobec tej metafizycznej (bo zapożyczonej poprzez Hegla z chrześcijaństwa) idei Postępu wyrażali nie tylko zdeklarowani reakcjoniści, ale też ludzie tacy jak Izajasz Berlin: „Ja nie dostrzegam stopniowego postępu. Oczywiście więcej wiedzy, szczęścia, dobroci, wolności, wydajności oznacza postęp. Niektórych z tych rzeczy mamy teraz więcej niż w innych epokach, innych mniej. Czy w dwudziestym wieku – niewątpliwie jednym z najgorszych w historii rodzaju ludzkiego – ktoś może jeszcze wierzyć w nieprzerwany postęp ludzkości? Albo w postęp w ogóle? Czy można w ogóle mówić o postępie, nie precyzując o jaką dziedzinę chodzi? Można mówić o systemie wartości, który większość ludzi na Zachodzie akceptuje obecnie, a nie akceptowała dwa tysiące lat temu; jest to postęp z punktu widzenia naszych wartości – pod pewnymi względami, a pod innymi nie. Ale ogólny ruch w jakimś określonym kierunku – nie, tego nie dostrzegam”…

Teraz rzeczywistość wdziera się już nawet pod najsilniej zaciśnięte powieki. Schyłek XX wieku przyniósł załamanie się progresywizmu. Vaclav Havel mówił w 1992 r.: „Upadek komunizmu oznacza koniec modernizmu. Tej ery, która zaczęła się w renesansie i rozwijała się przez oświecenie do socjalizmu, od pozytywizmu do scjentyzmu, od rewolucji przemysłowej do rewolucji informatycznej. Oznacza koniec ery, w której człowiek uważał, że może wszystko objaśnić i kontrolować, jest końcem ery ideologii, doktryn, poszukiwań uniwersalnej teorii świata i klucza do dobrobyt”.

Wbrew nadziejom „prawdziwej lewicy” upadek „realnego socjalizmu” nie otworzył drogi dla nowych eksperymentów w poszukiwaniu lepszego świata, ale zepchnął lewicowców do niekończącej się defensywy (pomijam z premedytacją kwestie obyczajowe). Kolejne dekady przynoszą pogłębianie się nierówności, demontaż osłon socjalnych, deregulację, liberalizację itd. Nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, na całym świecie. W imię czego? W imię nowoczesności, tj. wydajności, konkurencyjności, otwartości, elastyczności, mobilności. Może to być zjawisko trwałe – Ted Kaczynski zauważył, że technologia jest z natury elitarna: im bardziej skomplikowana, tym mniej ludzi jest w stanie ją kontrolować. To dziś jest postęp – ten realny, przez małe „p”.

Już tak bywało w historii. Z górą tysiąc lat temu Słowianie żyli we wspólnotach rodowych – demokratycznych, względnie egalitarnych. Ale nadeszli książęta, możni, misjonarze i ustanowili feudalizm. Wtedy to był postęp. Rozwojowi kapitalizmu w Anglii towarzyszyło rugowanie chłopów z ziemi i pauperyzacja miejskiego proletariatu. Skutki kolonialnego „postępu” w XIX-wiecznych Indiach dobitnie opisał Marks.

Gdy postęp/nowoczesność coraz bardziej rozchodzi się ze sprawiedliwością/równością, lewica pozostaje zdezorientowana niczym żaba z dowcipu („przecież się nie rozdwoję!”). Chciałaby być za, a nawet przeciw. Być za postępem technologicznym – ale przeciw zwalnianiu pracowników, za globalizacją – ale przeciw jej neoliberalnym implikacjom, za uciskanymi mniejszościami – ale przeciw ich partykularyzmowi. Nieodmiennie jednak za postępem, a przeciw konserwatyzmowi (nawet jeśli wymaga to semantycznych i logicznych łamańców).

Dogmat, że zmiany muszą być zawsze dobre, sprawił, iż lewicowcy en masse zaakceptowali wszelkie, nawet najbardziej kontrowersyjne nowinki obyczajowe (w XX w. wcale nie było to oczywiste). Nawyk „stania w awangardzie postępu” przyniósł skutek w postaci upowszechnienia się taktyki nazwanej przez Lenina wdzięcznie „chwostyzmem” (ros. chwost – ogon). Gdy pojawia się jakieś poruszenie – wszystko jedno: na londyńskim rave party czy kairskim placu Tahrir – lewicowcy muszą tam być, choćby wirtualnie. Niestety te jaskółki lewicowej wiosny najczęściej okazują się wybudzonymi nietoperzami partykularnych konfliktów. Przymus „postępowości” prowadzi też do niezliczonych dezercji: kolejni bojownicy lewicy dochodzą do logicznego wniosku, że skoro lewicowość to postęp, a postęp to imperialistyczna globalizacja i neoliberalizm – trzeba to zaakceptować. Wymieniać by tu można i Tony’ego Blaira, i Jose Barroso, i amerykańskich neokonserwatystów, i wschodnioeuropejskich postkomunistów, ale przypadek Syrizy jest chyba najbardziej żałosny.

Wszystko to sprawia, że lewica nie jest w stanie wykorzystać potencjału oporu przeciw zmianom, który przechwytują prawicowe ruchy populistyczne, ksenofobiczne i fundamentalistyczne. I lamentuje, że lud nie dorósł do swej światłej awangardy. Że w Polsce robotnicy wolą głosować na PiS niż na Razem, we Francji wolą Front Narodowy od Nowej Partii Antykapitalistycznej.

„Co robić?”, zapytałby Lenin. Odpowiedź nie jest łatwa, bo i problem jest trudny. Odpowiedzi mogą być dwie, obie bolesne, oznaczające rozdarcie, pożegnanie się z częścią lewicowego dziedzictwa. Odpowiedź pierwsza to Lewica Postępu – lewica płynąca z prądem, akceptująca każdą zmianę, bez względu na wysokość kosztów „postępu”; lewica utożsamiająca się bez zastrzeżeń ze swoją nową mieszczańską bazą społeczną – produktem i beneficjentem przemian. Ale są też na lewicy ludzie, którzy zawsze stają po stronie przegrywających, po stronie rugowanych z ziemi chłopów czy tracących pracę górników, po stronie Indian przeciw kowbojom, choć to ci drudzy nieśli „postęp”. Bracia Strugaccy w opowiadaniu „Las” napisali: „Mam gdzieś fakt, że Kaczonóg [taka wioska – J.T.] to kamyczek w żelaznych żarnach ich postępu. Zrobię wszystko, by na tym kamyczku żarna się zaklinowały”. To odpowiedź druga – Lewica Wartości, broniąca zasad Wolności, Równości i Braterstwa nawet wbrew dominującym trendom, wbrew „postępowi”. Lewica sięgająca do swych korzeni. Lewica fundamentalistyczna.

Posłajko we wspomnianym tekście pisze: „Zadaniem dla lewicy jest zatem teraz stworzenie takiego progresywnego projektu politycznego, który będzie się przedstawiał jako możliwy do realizacji w czasach kryzysu poźnodwudziestowiecznego porządku”. Uznając, w kontekście tego, co napisałem powyżej, słowo „progresywnego” za retoryczny ozdobnik, pozwolę sobie zaproponować swoją wizję takiej lewicy na czas kryzysu. Moim zdaniem w sytuacji, gdy Postęp jest problematyczny, a Wolność niesie zagrożenia, lewicowy projekt adekwatny do ery zamętu musi ogniskować się wokół idei Solidarności (Braterstwa, jak kto woli). To właśnie poszukiwanie bezpieczeństwa, stabilizacji, oparcia w obliczu narastającego chaosu pcha ludzi w objęcia prawicy. Oczywiście solidarne społeczności mogą być rozmaicie zorganizowane – rolą lewicy jest walka, by stosunki międzyludzkie w ramach zbiorowości były oparte na zasadach maksymalnej możliwej równości i wolności.

Otwartym pozostaje pytanie o zasięg tej wspólnoty. Lewicowiec będzie oczywiście zawsze marzył o braterstwie uniwersalnym, wszechludzkim, w którym „już nie ma Greka ani Żyda” (List do Kolosan, 3). Warto jednak odróżnić program minimum od celu ostatecznego. W warunkach rozkładu więzi społecznych, atomizującego hiperindywidualizmu, postępującej anomii należy pielęgnować KAŻDĄ formę międzyludzkiej solidarności, zaczynając na najniższym poziomie, wychodząc od najbardziej elementarnych form: rodziny (niekoniecznie tradycyjnej), wspólnoty sąsiedzkiej. Myśl globalnie, działaj lokalnie! Nie oznacza to idealizowania partykularnych form wspólnotowości, które nader często pozostają ze sobą w konflikcie; zadaniem lewicy byłoby harmonizowanie interesów jak najliczniejszych grup i stopniowe integrowanie ich na coraz szerszej podstawie.

Koncepcja budowania solidarności „od dołu”, od tego, co bliskie, zrozumiałe, konkretne, może się jawić obrazoburczą. Wszak przeciętnemu lewicowcowi wszelki partykularyzm kojarzy się jak najgorzej – to Kaczyński, Orban, Trump, Państwo Islamskie… Obecnie jednak jedynym REALNYM uniwersalizmem jest uniwersalizm globalnych korporacji. W tych warunkach partykularyzm może stać się bastionem oporu – jak w przypadku Palestyńczyków, zapatystów, Kurdów. Perspektywicznie partykularyzm może być etapem pośrednim w budowie innego uniwersalizmu – szanującego, a nie niwelującego lokalne odrębności, zachowującego autentyczną wielokulturowość.

Przyjęcie takiego programu – powrotu do fundamentalnych wartości, do lewicowości starej, prastarej, archetypicznej – oznaczałoby trudne przewartościowanie, bolesną transformację. Byłaby to inna lewica, lewica pozbawiona złudzeń. Ale byłaby to lewica odpowiadająca na wyzwanie narastającego kryzysu.

Jarosław Tomasiewicz

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska

 

Niedomiejska gawęda o Drugiej Australii

Niedomiejska gawęda o Drugiej Australii

Latem ubiegłego roku pisałem sobie do sztambucha, czyli w mediach społecznościowych, o pewnym niezamierzonym spacerze i poczynionych wówczas obserwacjach: „Do domu ani daleko, ani bardzo blisko, jakieś pięć kilometrów – w sam raz tyle, by pieszo dotrzeć ani wcześniej, ani później niż komunikacją miejską. Bardzo ona tutaj, na południowych obrzeżach Gdańska, niedomaga, bo tkanka miejska spleciona jest nieregularnie. Raz sam beton, gdzie indziej pola, stepy, resztki lasu, staw, strumień. Dość, że poszedłem boczną ulicą, którą rozważałem wcześniej jako skrót w porannym dojeździe do przedszkola. Ulica podmiejska albo małomiejska, domy, podupadły pawilon handlowy, wystawiony na sprzedaż. Chyba od dawna, co dziwi, bo nadawałby się – w mieście bądź co bądź – na eksponat w muzeum nostalgii za PRL. Ktoś łowi ryby. Nie wiem, w jakiej wodzie, bo zasłaniają ją wybujałe trawy i chwasty. A może nie ma tam żadnej wody, a trzymana przez mężczyznę wędka to tylko oznaka jakiejś tęsknoty za wielkim jeziorem, rzeką, morzem. Zbliżając się do wylotu ustronnej ulicy, widziałem zrazu tylko łany zboża, potem jednak panorama otwiera się i spoza zbóż wyłaniają się pomniki niedokończonej nie miejskości nawet, ale niedomiejskości. Widziałem je nieraz z auta, zawsze zastanawiając się, jak to możliwe, że są w takim stanie. Na placu zabaw – już zbudowanym – żaglowiec z drabinkami, masztami i bocianimi gniazdami tonie w zielsku. Wybudowane niedawno bloki straszą pustymi oknami, od których odrywa się folia. Z żółtych tablic informacyjnych odpadają ostatnie strupy żółtej farby. Jest w tej przyszłej ruinie jakaś groźna uroda, podkreślona latem, jego słońcem, zapachami i barwami. Ghost town kredytowej gorączki złota sprzed kilku lat”.

Ostatnio zauważyłem, że na tym opuszczonym osiedlu trwają jakieś gorączkowe prace, krzątają się ludzie, krążą maszyny, wywrotki wywożą coś i przywożą. Mamy zimę bez zimy, dlatego cała robota prowadzona jest w oceanie błota, które wylewa się zewsząd i wszystko pochłania, także odzyskiwane tu właśnie szklane domy na miarę naszych pragnień i możliwości. Ponieważ jestem mądrzejszy o całe pół roku, chciałem tam podejść i powiedzieć krzątającym się, żeby lepiej tu nic nie budowali, że z tego budowania będą tylko same nieszczęścia, chciałem wyjaśnić im, że nie warto. Oczywiście nie podszedłem i nie wyjaśniłem. Wyśmialiby mnie, w końcu taka to już praca, więc budują i nie pytają, po co. Mają własne zmartwienia, a ci, dla których budują, będą mieli swoje. Ale ludzie przecież chcą i muszą gdzieś mieszkać. I zamieszkają w końcu w dzielnicy Gdańsk–Południe, gdzie wielkim wysiłkiem powstaje Druga Australia, odległy i obcy prawdziwym mieszczanom kontynent mieszkaniowy.

Australia, ta prawdziwa, aż do wieku XVIII pozostawała nieznana mieszkańcom Europy. Podobnie z okolicami, które teraz widzę za oknem. Wiedzę o historii Drugiej Australii czerpię z takich źródeł, jakie akurat mogę znaleźć. Najpierw od ciotek mojej żony, które pół wieku temu właśnie tędy jeździły na grzyby pekaesem. Według ich relacji było tu wtedy zupełnie pusto, jechało się pośród wzgórz, łąk i pól. Zresztą duża część terenów uprawnych należała do PGR-u, ten zaś powstał na terenach należących do dworu Zakoniczyn. Nie ma już PGR-u, rozprawili się z nim reformatorzy, chociaż zdaje mi się, że skarlałe krzaczki truskawkowe, jakie widuję w okolicy, to pamiątka po owocowych uprawach. Po dworze też niewiele już zostało. Czworaki wyburzone, stawy zarośnięte i stopniowo zasypywane, brukowana aleja także znika. Stoją tam zaś krzyże, które upamiętniają ostatnich właścicieli, zamordowanych podobno przez czerwonoarmistów. Budynek dworu jeszcze stoi i ktoś w nim mieszka, ale odkąd cały teren i zabudowania przejął – w zamian za obietnicę renowacji – deweloper, wszystko chyli się ku nieuniknionemu. I tak właśnie żelazna ręka wolnorynkowej konieczności dziejowej pogodziła w końcu PGR z dworem i przygotowała teren pod nowoczesne, zdobywcze osadnictwo.

Australię zbudowali osadnicy, rzadko kiedy zresztą dobrowolni. W XVIII i XIX wieku bywali to przeważnie skazańcy, a dla wielu z nich osiedlenie się na końcu świata było jedynym sposobem na uniknięcie stryczka. Tak trafili tam, między innymi, angielscy tkacze. Podstawami ich bytu zachwiał wynalazek optymalizujących zyski mechanicznych krosien, niszczyli więc maszyny i trafiali na zesłanie. Dzisiejszy kapitalizm dba o pozory, więc nikt nikogo nie zsyła pod przymusem. Jednak gdy cena zakupu jest za wysoka, a zdolność kredytowa za niska, trafisz w końcu do Australii. Tutaj też poszukasz mieszkania do wynajęcia, gdy jesteś – cytuję zasłyszane – „gdańskim słoikiem”.

Południe Gdańska jest tanie, a żeby było jeszcze tańsze – buduje się od kilkunastu już lat jak najwięcej. Domy pochłaniają polodowcowe wzgórza, zagajniki, wciskają się pomiędzy stawy i strumienie. Tam, gdzie znika natura nie powstaje jednak z konieczności cywilizacja, a gdzie buduje się domy, tam niekoniecznie jest miejsce dla ludzi. Nikomu rozsądnemu nie trzeba już dziś tłumaczyć, że deweloper nieprzymuszony do zadbania o potrzeby mieszkańców zabuduje każdy centymetr kwadratowy czymś, co może szybko sprzedać i zapomnieć. Ponieważ przymuszany nie był i nadal nie jest, trudno się dziwić, że w Drugiej Australii najwięcej jest domów i parkingów, bardzo dużo sklepów, ale bardzo mało publicznych przedszkoli, szkół i bibliotek. Największymi instytucjami publicznymi w okolicy są, co niezwykle wymowne, komunalny cmentarz oraz miejska spalarnia odpadów.

Na ironię zakrawa, że takie właśnie inwestycje miejskie znalazły się tam, gdzie tak wiele rodzi się i rośnie dzieci. Kiedy schodzę na parter, zawsze muszę przeciskać się korytarzami, bo pełno tu wózków dziecięcych, rowerków albo sanek, hulajnóg i czego tam jeszcze potrzeba maluchom – trudno tu uwierzyć, że w Polsce mamy jakiś demograficzny kryzys. To samo wynika z wiosennych i letnich obserwacji na nielicznych placach zabaw – w Australii brakuje wielu rzeczy, ale dzieci jest wcale niemało. Zwykle zresztą są to mali ludzie, którzy chodzą już lub zaraz pójdą do szkoły.

Do tej grupy zalicza się także nasz młodzieniec. Jeszcze w wakacje myśleliśmy, że lada moment wyślemy go do szkolnej zerówki, bo jest do tego zupełnie gotów. A my – nawiasem mówiąc – całkiem chętnie zdejmiemy z domowego budżetu kwotę kilku tysięcy złotych rocznie, jaką pochłaniało prywatne przedszkole. Upatrzyliśmy sobie nawet publiczną szkołę, do której będzie chodził, bardzo niedaleko – w warunkach australijskich mniej niż dziesięć minut pieszo to po prostu główna wygrana na loterii. Niestety, okazało się, że rejonową szkołą jest nie ta za górką, ale ta o dwa kilometry stąd. W dodatku polska edukacja została w międzyczasie poddana kolejnej „naprawie”, a takie zabiegi w Polsce oraz w Drugiej Australii powodują głęboką niewydolność całego systemu edukacji. Głęboką na tyle, że ktoś o odpowiednio wyczulonym słuchu mógłby usłyszeć, jak właściciele szkół niepublicznych otwierają szampany, bo umordowana chaosem, niepewnością i tłokiem klientela w końcu znajdzie drogę do ich placówek. A placówki te, których i u nas nie brakuje, mogą już wkrótce zaliczać się do największych beneficjentów programu 500+.

Przy okazji poszukiwań szkoły dowiedzieliśmy się, że w centrum Gdańska dzieci jest mało, za to miejsc w szkołach całkiem sporo. Rodzice, którzy, jak przystało na mieszkańców niedomieścia, codziennie dojeżdżają do pracy do metropolii, będą więc szukać miejsc jeśli nie w prywatnej szkole, to w publicznej podstawówce. Obydwa rozwiązania będą miały podobny skutek – dodatkowo osłabią społeczne więzi w sąsiedztwie, które sąsiedztwem jest tylko z nazwy. Nie może być inaczej tam, gdzie tyle jest ogrodzeń, a brakuje ławek, tyle jest parkingów, a tak mało placów. Przecież z niedostatku dospołecznej przestrzeni, miejsc spotkań, wynika w dużej części to, że gdańscy Australijczycy pozostają „samotnym tłumem”.

Pisząc to, przypominam sobie pewną szkolną czytankę. Nie pamiętam, do której klasy był to podręcznik, na pewno jednak z takiego samego trzydzieści parę lat temu uczyli się moi rówieśnicy w podstawówce. Tekst opowiadał o tym, jak uczą się dzieci w Australii. Na odległość, drogą radiową lub telewizyjną, nie znając się nawzajem – chodziło zapewne o dzieci z australijskiego interioru. Pamiętam, że nie brakowało w czytance zachwytów nad możliwościami oferowanymi przez nowoczesną, jak na owe czasy, technologię komunikacyjną. Pamiętam i to, że dla PRL-owskiej, znającej się z podwórka, dzieciarni miejskiej były to sprawy wyjątkowo egzotyczne. Dziś obawiam się, że mieszkańcy terenów niedomiejskich zaznają tej egzotyki codziennie. Nasze dzieci nie będą już potrafiły wyobrazić sobie innego świata społecznego niż ten, w którym żyje się osobno, bo tego uczą się od kołyski: w swoich fotelikach samochodowych, w odległych od miejsca zamieszkania przedszkolach, bibliotekach i domach kultury.

Myślę więc, że oprócz – chaotycznie prowadzonej – polityki prorodzinnej potrzeba nam wreszcie polityki prospołecznej. Takiej, gdzie publiczne środki przeznacza się na publiczne inwestycje, pełniące funkcję ośrodków życia społecznego. Taką rolę z istoty swojej pełni szkoła, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – staje się miejscem spotkań, zabawy, uczestnictwa w kulturze. Gdy takiego ośrodka zabraknie, jedynym liczącym się centrum społeczno-kulturalnym pozostaje parafia, a uwagę tę dedykuję wszystkim świeckim wolnomyślicielom, którzy liberalnie nie lubią państwa. Lekcja Radia Maryja nadal nie została przez was odrobiona.

Kiedy więc miałbym już podchodzić do pracujących na opuszczonej budowie robotników, powiedziałbym, że może lepiej budować z głową, to znaczy odpowiedzialnie. Prywatny inwestor nie musi się jednak przejmować takimi rzeczami. Tak pewnie zachowa się i ten, który niedokończone osiedle podnosi z ruiny. Nie zapobiegnie jednak ruinie społecznej kilku domów w szczerym polu. Dlatego troski i odpowiedzialności oczekiwałbym raczej od samorządów, zaś od państwa na szczeblu centralnym – przemyślanej strategii rozwoju dla takich pomników wolnorynkowej anarchii jak nasza Australia.

Myślę też, że jest to jedno z zadań, jakie ma do rozwiązania w Polsce społeczna lewica. Kulturalnie i edukacyjnie wykluczani mieszkańcy podmiejskich osiedli już dziś głosują nogami. Niektórzy dojdą do przekonania, że zbawi ich edukacja prywatna – świecka lub wyznaniowa – bo państwo znowu ich zawiodło. Ci najpewniej będą dla lewicy społecznej straceni, więc najwyższa pora, by pobudzić do życia, choćby i polityczne, ruchy niedomiejskie. A na zakończenie jeszcze jedna uwaga: niezależnie od kwestii politycznych trzeba się liczyć z tym, że Australia (nie tylko ta gdańska), gdy pozostawić ją samą sobie, będzie dryfowała w kierunku gettoizacji. Wtedy, jak w przypadku francuskich banlieus, będzie to już problem nas wszystkich, którzy wybudowaliśmy sobie na północy globalne Południe.

Ludzie kontra machina

Ludzie kontra machina

Z Robertem Jacyno, wiceprzewodniczącym związku zawodowego NSZZ „Solidarność” w sieci handlowej Biedronka, rozmawiamy o trudnej sytuacji związku zawodowego w tej firmie, o polskim prawie pracy i sytuacji pracowników.

***

Zacznijmy od kwestii historycznych. O naruszeniach praw pracowniczych w sklepach Biedronka dowiedzieliśmy się 12 lat temu za sprawą Bożeny Łopackiej.

Robert Jacyno: Tak. I mniej więcej w tym czasie powstał nasz związek zawodowy w Biedronce. Jego korzenie sięgają regionu wielkopolskiego. Pierwszym przewodniczącym był Paweł Pawlak, kolejnym Piotr Adamczak. Wstąpiłem do związku w 2011 roku, więc tamten okres znam właściwie tylko z opowiadań. W 2009 roku, gdy rozpocząłem pracę w Biedronce, zetknąłem się od razu z informacjami o przełożonych, którzy dzwonili i ostrzegali przed związkami zawodowymi i prosili, by nie udzielać działaczom związkowym żadnych informacji. Od początku stykaliśmy się więc z negatywnym przekazem na temat związków: To jest coś złego, proszę z nimi nie rozmawiać. Do związku wstąpiłem w roku 2011, gdy dostałem umowę na stałe.

Na czym polega praca związkowa w Biedronce?

R. J.: Jako „Solidarność” w innych sieciach handlowych nie mamy problemu z wejściem do placówki i z kontaktem z pracownikami, oczywiście poza Lidlem, gdzie nasz związek został rozwiązany po długiej serii szykan. Jeżeli jestem w Kauflandzie, to wchodzę z przewodniczącym organizacji Kauflandu, który po prostu informuje, że wchodzimy rozmawiać z pracownikami. Obok budynku czy przy biurze dyrektora wisi kartka z nazwą organizacji związkowej i danymi kontaktowymi. Tymczasem w Biedronce powołują się na przepis dotyczący obrotu żywnością, który zabrania nam wchodzenia do obiektów. Mało tego, jedna z dyrektorek stwierdziła – mamy to w protokole Państwowej Inspekcji Pracy – że w Biedronce obowiązuje niepisana zasada, że nie wpuszcza się członków związków zawodowych do pomieszczeń sklepowych. Działamy więc jak partyzantka, spotykamy się z pracownikami, a ci są cały czas zastraszani. W Zamościu po tym, jak rozdawaliśmy ulotki i nasze wizytówki, otrzymaliśmy informację od pracownika, że kierownik sklepu ulotki zabrał, zniszczył i powiedział, że na drugi dzień będzie stał przed budynkiem „Solidarności” i zapisywał, kto wchodzi do budynku, żeby po prostu rozwiązać z tymi osobami umowy.

Najpierw powoływano się na to, że pracownicy nie powinni z nami rozmawiać, bo zakłócamy tok pracy. A my cały czas mówimy, że pracownik ma prawo do przerwy i jeśli chce ją wykorzystać na rozmowę z nami, to pracodawca nie powinien tego utrudniać. Nie wpuszcza się nas, jako działaczy związkowych, do pomieszczeń socjalnych, chociaż jesteśmy pracownikami firmy. Cały czas tłumaczy się, że pracodawca nie wyraża zgody na umieszczenie tablic związkowych. A nie wyraża, ponieważ w firmie są trzy organizacje związkowe, a pracodawca – powołując się na zasadę ich równouprawnienia – twierdzi, że skoro dwie z nich nie wieszają tablic, to trzecia także nie może. To jest po prostu utrudnianie działalności.

Dlaczego firmie miałoby na tym zależeć?

R. J.: Wynika to zapewne z założenia, że mniej świadomy pracownik to większy zysk. Mogę tu podać pewien przykład. Mieliśmy sprawę, w której chodzi o kwartalną ewidencję czasu pracy. Na arkuszu kwartalnej ewidencji czasu pracy znajdowała się informacja dla osób sprawujących opiekę nad dzieckiem do lat 4, na podstawie artykułu 178 par. 2 kodeksu pracy. Pytano, czy osoby takie wyrażają zgodę na pracę w godzinach nocnych, nadliczbowych, pracę w godzinach powyżej planu 8-godzinnego, oddelegowanie. W grudniu 2015 r. zmieniano formę tych dokumentów ewidencji. Obecnie znajduje się tam tylko informacja, że pracownik w związku z tym, że sprawuje opiekę nad dzieckiem do lat 4, wyraża zgodę we wszystkich tych sprawach. Wnosiliśmy właśnie pismo do pracodawcy o przywrócenie porządku prawnego. Odpowiedziano nam 8 lutego, że prawo nie reguluje formy tworzonych dokumentów wewnętrznych. Rozstrzygnie to jak zwykle zgłoszenie do PIP. Zdaję sobie jednak sprawę, że wiedza pracowników o prawie pracy jest taka, że gdyby nie było związku zawodowego, który takich spraw pilnuje, to pracownicy podpisywaliby dokument nie zdając sobie sprawy z tego, że dobrowolnie rezygnują z możliwości wyboru, czy chcą skorzystać ze swoich praw.

To wyjątkowo prosta zagrywka. Czy mieści się ona w granicach prawa?

R. J.: Z naszych opinii prawnych wynika, że taki zapis jest z prawem niezgodny, gdyż nie pozostawia decyzji pracownikowi. Ale świadczy jeszcze o innej sprawie, którą poruszałem 15 grudnia 2015 roku przed siedzibą firmy. Cały czas powtarzam, że z siedziby firmy nie widać zwykłego pracownika. Oni tam, u góry, siedzą, a na dole jest sklep Biedronki. Gdy tam byłem i przygotowywałem manifestację, widziałem, jak pracownica ciągnęła pół palety wody mineralnej wózkiem ręcznym. To narusza normy transportowe. Kiedy indziej widziałem wózek pozostawiony w sposób niebezpieczny. Tego wszystkiego nie widać z góry. A jeśli nie widzą tego, co jest pod nosem, to nie można oczekiwać, że zobaczą, co dzieje się gdziekolwiek indziej. Takie i inne patologie mają miejsce często. Biedronka może, zgodnie z prawem, zaplanować czas pracy i przerwy pracownika. Prawo mówi, że pracownikowi przysługuje 35 godzin przerwy w ujęciu tygodniowym. Natomiast nigdzie nie jest zapisane, że po pięciu dniach pracy wymagana jest przerwa. Jeśli więc wyda się pracownikowi w pierwszym tygodniu pracy 35 godzin na początku tygodnia oraz na końcu następnego tygodnia, to pracownicy u nas są w stanie pracować od 5 do nawet 11 kolejnych dni, po 10 godzin, czasem nawet w sumie 120 godzin.

Kolejna sprawa: kasjerom planuje się przerwę w godzinach 10-10.30 – o co zresztą cały czas walczyliśmy i walczymy – ale nie ma jej elektronicznej ewidencji. Pracownicy centrów handlowych mają elektroniczną ewidencję przerw pracowniczych. W niektórych sieciach podchodzą z identyfikatorem, przykładają do czytnika, a system rejestruje. U nas tego nie ma. Uważam, że pracodawca zdaje sobie sprawę, że w okresie świątecznym pracownicy nie wychodzą na przerwy śniadaniowe ze względu na źle pojmowany etos pracy. Czasami postępują tak nawet członkowie związku. Gdy chcemy wprowadzić elektroniczną ewidencję czasu pracy, która rzeczywiście będzie powodowała, że pracownicy będą korzystać z przerw, to pracodawca powołuje się w rozmowach na to, że mogłoby to być dla nich niekorzystne. Bo jeśli ktoś pali, to nie mógłby wychodzić na papierosa.

Generalnie w Biedronce wszelkie prawa traktuje się jak przywileje. A najgorsze jest to, że pracownicy sami na to pozwalają. Podam przykład. Gdy się zatrudniałem, pracowałem z czterema innymi osobami na zmianie. Koleżanka pracowała z czterema innymi osobami, dawali radę, więc pracodawca wyszedł z założenia, że nie musi płacić pięciu osobom, gdy może płacić czterem. Tak stopniowo doszliśmy do sytuacji, gdy pracodawca dopuszcza pracę jeden na jeden na zmianie. Mamy sytuację, w której wiceprzewodnicząca związku z Koszalina, pracując jeden na jeden, uległa wypadkowi w pracy. Wprawdzie istnieją normy transportowe, ale jeżeli na kasie siedzi tylko jeden kasjer i trzeba przełożyć kartony, to jest to nadmierne obciążenie pracą. Nie ma badań wysiłku energetycznego w pracy. Oczywiście istnieją przepisy BHP, które mówią, ile można dźwigać. Nikt jednak nie patrzy na to, że gdy przyjeżdża TIR z 35 paletami, to kobiety te 35 palet rozładowują. Nikt nie patrzy na to, że pracują przed świętami. W październiku i listopadzie oszczędza się godziny po to, by w grudniu te panie pracowały po 10 godzin.

To są ludzie, którzy zarabiają 2000 zł brutto – taka jest płaca dla kasjera, przy płacy minimalnej 1850 złotych. Podziwiam ich, bo za taką kwotę wykonują jednocześnie pracę kasjera, magazyniera, sprzątaczki, ochroniarza. W innych sieciach za minimalne wynagrodzenie wykonuje się jedną z tych czynności, a u nas w pracy się biega. Gdy pracownicy pytają mnie, jak zwiększyć liczbę etatów, przychodzi mi na myśl odpowiedź: trzeba przestać biegać, a zacząć chodzić. Jeśli tego nie nauczymy ludzi, to będzie ich coraz mniej, a jedna osoba odchodząca na L4 zdezorganizuje całą pracę. Jeśli więc pracodawca chce mieć dobrą obsługę, to musi zapewnić odpowiednią obsadę. W Biedronce pracuje się przy minimalnych obsadach. Jest to więc sprawne przedsiębiorstwo nastawione na zysk, ale zapomina o wymiarze społecznym, pracowniczym. A także o społecznej odpowiedzialności biznesu – bo ona polega przede wszystkim nie na fundowaniu samochodów ośrodkom zdrowia czy remontów przedszkolom, ale na tym, że dba się o pracownika. U nas ma miejsce jego nadmierna eksploatacja.

Do czego ona prowadzi?

R. J.: Jako związkowiec spotykam się bardzo często z dwoma przypadkami. Są to choroby związane z kręgosłupem oraz depresja. Nawet bardzo zaangażowani pracownicy, którzy pracują 13 czy 15 lat, pracownicy bardzo dobrzy – dochodzą do pewnego pułapu wynagrodzenia i stają się kosztem. Wtedy „udowadnia” im się, że nie są tacy dobrzy jak byli, w wyniku czego ludzie zapadają na depresję. Kiedyś w sądzie przedstawiciel pracodawcy zapytał mnie, czy to pojedyncze przypadki. To są przypadki częste. Zdarzają się także próby targnięcia się na życie z powodu pracy. Tak twierdzą pracownicy, ale w sądzie udowadnia się, że przyczyną była ukryta choroba psychiczna albo osoba miała problemy rodzinne.

Jakie relacje, jako związek, macie z pracownikami?

R. J.: Głównym problemem jest świadomość społeczna na temat praw pracowniczych. Ludzie nie zdają sobie z nich sprawy. Czasami musimy tłumaczyć pracownikowi: Nie musisz po pracy odbierać telefonów i jechać do sprawdzenia, bo włączył się alarm. Ty jesteś po pracy. Prawo jest dla pracowników i jest jednakowe dla wszystkich, ale pracownicy mają problem z pozbyciem się przekonania, że nie są własnością firmy i nie są zobowiązani do życia – jak w „Ziemi obiecanej” – rytmem zakładu pracy. Czasami mam wrażenie, że dziś u nas jest podobnie, jak w XIX wieku, że pracownicy za bardzo identyfikują się z firmą. Kiedy w naszej Biedronce robimy ankietę, czy pracownicy chcą 500 złotych podwyżki, to niektórzy twierdzą, że pracodawca ma zbyt duże obciążenie kosztami płac. Polska struktura Jeronimo Martins, czyli Biedronka, jak czytam, przynosi 67% zysku całej grupy kapitałowej, a koszty pracy wynoszą około 3,8-3,9% wszystkich kosztów, gdy inne sieci mają ten wskaźnik na poziomie 8-9%. Jeśli więc pracownik twierdzi, że otrzymuje wystarczające wynagrodzenie, to trudno się przebić do jego świadomości z informacją, że z tortu, jaki dostaje pracodawca, trzeba też wyciąć jakiś kawałek dla nas. Jeśli ludzie nie będą się sami szanować, to tym bardziej nie będzie ich szanować ktoś inny.

Biedronka to obecnie 2500 sklepów, centra dystrybucyjne, drogerie i 55 tysięcy pracowników. Jaka jest siła związku w tak dużej firmie?

R. J.: W tej chwili zrzeszamy 1600 pracowników. W marcu 2013 roku, gdy wchodziłem do zarządu Komisji Zakładowej, zrzeszaliśmy 1000 osób. Naszym głównym problemem, z którym chcemy wystąpić do Międzynarodowej Organizacji Pracy, jest to, że utrudnia się nam działalność. Chociażby przez to, że nie respektuje się konwencji MOP. Pracodawca twierdzi, że nie jest ona dla niego – podobnie jak opinie prawników „Solidarności” – wiążąca, że obowiązuje go tylko polskie prawo. A prawo w Polsce pozostawia wiele pola do interpretacji.

Jeśli dobrze rozumiem, jednym z utrudnień dla respektowania wolności działalności związkowej jest kształt polskiego prawa, a kolejni prawodawcy nie sprostali zadaniu?

R. J.: Z tego, co wiem, szykuje się nowelizacja Kodeksu Pracy, otrzymaliśmy nawet oficjalne informacje. Ustawa o związkach zawodowych pochodzi z 1991 roku. Zawiera ona zapisy, na przykład dotyczące konsultacji związkowych, które można odczytywać tak, że decydujący głos ma największa z zakładowych organizacji związkowych, albo tak, że decydują wszystkie organizacje związkowe. Takie nieprecyzyjne punkty powodują, że pracodawca wykorzystuje furtki prawne, które interpretuje na swoją korzyść. Dziś funkcje kontrolne zarówno Państwowej Inspekcji Pracy, jak i związków zawodowych, są ograniczane. Inaczej niż choćby w modelu norweskim, który powinien być dla nas wzorem. Kontrola i nacisk na pracodawcę – poza wykorzystaniem instytucji państwowych – są u nas słabsze. Myślę, że problem leży przede wszystkim po stronie ustawodawstwa, nie dającego wystarczających możliwości w danych warunkach.

Wśród propozycji mających cywilizować pracę w handlu wciąż powraca postulat zagwarantowania wolnych niedziel.

R. J.: Gdy ostatnio Święto Trzech Króli przypadało w niedzielę, to w sobotę nikt nie szedł na urlop, a ruch był dwa razy większy niż zwykle. To, czy pracodawca wyda nam 35 godzin przerwy z soboty na niedzielę, czy ze środy na czwartek, nie ma znaczenia. A dziś pracownicy sieci nie wiedzą, kiedy będą chodzili do pracy. Moja koleżanka miała w ciągu miesiąca 80 wersji grafiku. Obecnie, po naszych naciskach, pracodawca dopuszcza nie więcej niż 26 wersji grafiku w ciągu miesiąca. 26 wersji na 30 dni – jak pracownik ma zaplanować sobie życia prywatne? Po naszych naciskach i kontrolach PIP pracodawca wprowadził zasadę, że nie wolno zmieniać grafiku w dniach świątecznych, wolnych od pracy, pod nieobecność pracownika. Bo często było tak, że pracownicy wracali z urlopu i dowiadywali się, że pracują nie od poniedziałku po południu, lecz od poniedziałku rano. Sam przepracowałem kiedyś 11 kolejnych nocy, co prawda po 8 godzin.

I wtedy powinien wkraczać związek.

R. J.: W Biedronce, jeśli nie jest się członkiem związku zawodowego, można dostać rozwiązanie umowy za np. nieumiejętność zarządzania zespołem – na co „wskazuje” brudna podłoga – po ośmiu latach nienagannej pracy. Pracodawca mówi wtedy o „utracie zaufania”. Jest to jeden z wytrychów wykorzystywanych, by pracownika pozbawić pracy. Natomiast gdy ktoś jest w związku zawodowym, to wiadomo, że otrzyma naszą pomoc i ochronę. Obecnie główna część naszego zadania w Jeronimo Martins polega na tym, że gasimy pożary, bo wszędzie mamy sytuacje związane z dyskryminacją czy nękaniem psychicznym pracowników. Nie możemy spokojnie zająć się tą lepszą stroną działalności związkowej, która polegałaby na dialogu z pracodawcą w celu polepszania warunków pracy.

Zapytam o cele na przyszłość. Jak planujecie rozwijać „Solidarność” w przedsiębiorstwie?

R. J.: Celem jest rzeczywisty dialog. Obecnie nie ma go między związkiem a pracodawcą. Pracodawca zaprasza nas na cykliczne spotkania. Nie przynoszą one jednak żadnych skutków, możemy sobie na nich porozmawiać, ale to nie ma wpływu na rzeczywiste decyzje. Jeżeli zgłaszamy problem – jak chociażby z radami BHP, które powstały bez wiedzy związku zawodowego i wbrew zapisom ustawy, mówiącej, że powinni w nich zasiadać przedstawiciele związków – to dopiero po interwencji w Państwowej Inspekcji Pracy i jej kontroli respektuje się to, co powinno być normą. Pracodawca, pozorując dialog, jednocześnie nie respektuje praw, które powinny być oczywiste. Teraz będziemy prawdopodobnie wchodzić w spór zbiorowy, gdyż pracodawca odmawia negocjacji płacowych, powołując się na to, że nie musi ich podjąć. Nie ma tu dialogu, dlatego też zwracaliśmy się do ministerstwa, a w zeszłym roku w listopadzie byliśmy pod siedzibą firmy, organizowaliśmy pikietę, spotkaliśmy się z panem prezesem Soaresem dos Santos. Usłyszeliśmy zapewnienia, że firma popiera prawa pracownicze. Ale odpowiedzią na nasze pisma jest interpretacja prawa zawsze na korzyść pracodawcy – nigdy na korzyść pracowników. Cały czas unika się traktowania strony społecznej jako pełnoprawnego partnera. Nie jesteśmy za tym, by palić mosty i wysadzać w powietrze pracodawcę, nie jesteśmy też po to, by coś na nim wymuszać. My pośredniczymy między szklanymi oknami biurowca a oknami w marketach, ale pracodawca nie chce tego głosu usłyszeć, nie opłaca mu się, nie widzi potrzeby, by ten dialog był prawdziwy, a nie pozorowany.

Może wobec tego trzeba szukać sojuszników?

R. J.: Współpraca między centralami związkowymi jest ważna, by w szerokim zakresie wpływać na zmianę polityki czy – przede wszystkim – na zmianę ustawodawstwa w Polsce, bo to największa bolączka tego systemu. Wielkie konsorcja korzystają z wielkich firm prawniczych. Jesteśmy krajem, gdzie przecinek i kropka mają znaczenie. Współpracujemy ze związkiem Sierpień ‘80, piszemy skargi do Międzynarodowej Organizacji Pracy, naciskamy na forum państwowym. Zawsze jednak tłumaczę, że działamy na poziomie komisji zakładowej. Najważniejsze jest to, by pracownik poczuł, że najważniejszy jest on, że pracujemy na jego rzecz. Jeżeli którakolwiek partia lub opcja polityczna wyrazi chęć pomocy lub poruszy naszą sprawę na mównicy sejmowej, to dobrze. Dziś, jak za czasów pani Łopackiej, trudne jest przebijanie się do mediów z problemami organizacji związkowych czy pracowników Biedronki. Czasami mam wrażenie, że wynika to z tego, że jest to największy reklamodawca i nie ma w mediach chęci, by szczegółowo zainteresować się problemem, który istnieje w tej firmie.

Zatoczyliśmy koło, wróciliśmy do pani Łopackiej. Czy znów jesteśmy w punkcie wyjścia?

R. J.: Nie, czasy się zmieniły. Zmieniły się na lepsze kwestie związane z regulacją i ewidencją czasu pracy, z wypłatą wynagrodzeń za nadgodziny. Jednak podstawowa sprawa, która zaczęła się za czasów pani Łopackiej, to przedkładanie zysku nad, powiedzmy, politykę społeczną firmy. Oczywiście firma ma rozbudowany, dobry pakiet świadczeń socjalnych, ale należałoby spojrzeć na pracownika na kasie. I wprowadzić odgórnie procedurę, która zabraniałaby pracy powyżej sześciu kolejnych dni, ewidencję przerw, by nie dochodziło do sytuacji, w której pracownik boi się skorzystać z prawa do nich. Mieliśmy przecież skrajne sytuacje, gdy pracownicy musieli tłumaczyć się z tego, że chcieliby wyjść do toalety. Ciągle brakuje empatii ze strony pracodawcy, chociaż polski pracownik do sukcesu grupy Jeronimo Martins wniósł swój ogromny wysiłek.

Dziękuję za rozmowę.

Gdańsk, styczeń 2016 r. Rozmawiał Michał Wójtowski, współpraca Magda Komuda.

Jak Szwedzi i Norwegowie przełamali władzę 1 procenta

Jak Szwedzi i Norwegowie przełamali władzę 1 procenta

Pracując nad utrwaleniem zdobyczy ruchu Occupy, warto przyjrzeć się innym krajom, w których masom ludowym udało się pokojowo wprowadzić wysoki poziom demokracji i sprawiedliwości ekonomicznej. W latach 30. XX wieku zarówno Szwecja, jak i Norwegia, po długich pokojowych walkach doświadczyły ogromnej zmiany u władzy. Oba kraje „zwolniły” 1% najbogatszych, do tej pory wyznaczający kierunek, w jakim miało podążać społeczeństwo, i położyły fundamenty pod nowe prądy.

Oba kraje mają za sobą historię przerażającej biedy. Kiedy rządził 1%, setki tysięcy ludzi emigrowały, aby uniknąć głodu. Jednak pod presją klasy robotniczej Szwecja i Norwegia zbudowały silne, doskonale funkcjonujące gospodarki, które niemal wyeliminowały ubóstwo, rozszerzyły zasięg bezpłatnego szkolnictwa, zlikwidowały slumsy, zapewniły doskonałą powszechną opiekę zdrowotną i stworzyły system pełnego zatrudnienia. W odróżnieniu od Norwegii, Szwecja nie odkryła złóż ropy, ale to nie powstrzymało jej przez zbudowaniem czegoś, co ostatnia edycja „World Factbook” CIA nazywa „godnym pozazdroszczenia standardem życia”.

Żaden z tych krajów nie jest ideałem, o czym wiedzą czytelniczki i czytelnicy kryminałów Stiega Larssona, serii Mankela o Kurcie Wallanderze oraz Jo Nesbo. Krytyczne lewicowe autorki i autorzy starają się popychać Szwecję i Norwegię do przodu na drodze do bardziej sprawiedliwych społeczeństw. Jako amerykański aktywista, który po raz pierwszy znalazł się w Norwegii w 1959 roku podczas studiów i nauczył trochę jej języka i kultury, zachwyciłem się osiągnięciami tego kraju. Przypominam sobie, jak godzinami jeździłem na rowerze po ulicach małego, przemysłowego miasta, na próżno szukając budynków mieszkalnych w złym stanie. Czasem, opierając się dowodom, które widziałem na własne oczy, wymyślałem sobie historyjki, które „odpowiadały” za to, co widziałem: to przecież „małe państwo”, „homogeniczne społeczeństwo”, które osiągnęło „konsensus w kwestii wartości”. W końcu zrezygnowałem z nakładania własnych ram na te kraje i odkryłem prawdziwe powody: ich własne historie.

Wówczas zacząłem rozumieć, że społeczeństwa Szwecji i Norwegii zapłaciły cenę za taki standard życia. Swego czasu robotnice i robotnicy Skandynawii nie spodziewali się, że polityka parlamentarna może przynieść zmianę, w jaką wierzyli. Zorientowali się, że z 1% u władzy cała „demokracja” parlamentarna była wymierzona przeciwko nim. Tym, co pozwoliło na prawdziwą zmianę układu sił, była pokojowa akcja bezpośrednia.

W obu krajach do obrony interesów 1% wezwano wojsko, zginęli ludzie. Nagradzany szwedzki reżyser, Bo Widerberg, jaskrawo odmalował te wydarzenia w filmie „Ådalen 31”, opowiadającym historię strajkujących robotników i robotnic zamordowanych w 1931 roku oraz o wybuchu strajku generalnego.

Budowa jednolitego ruchu społecznego była trudniejsza w Norwegii, której niewielka populacja – około trzech milionów ludzi – była rozsiana na terytorium wielkości Wielkiej Brytanii, podzielona górami i fiordami, posługująca się regionalnymi dialektami w odosobnionych dolinach. W XIX wieku Norwegią rządziła najpierw Dania, później Szwecja; dla Europy Norweżki i Norwegowie byli „wiejskimi prostakami” bez wpływu na cokolwiek. Dopiero w 1905 roku Norwegia uzyskała niepodległość.

Na początku XX wieku robotnice i robotnicy zrzeszający się w związki zawodowe kierowali się zasadami marksizmu, zmierzając ku rewolucji, jak i doraźnej poprawie życia. Z radością przyjęli obalenie caratu, a Norweska Partia Pracy dołączyła do tworzonej przez Lenina Międzynarodówki Komunistycznej. Nie została tam jednak długo. Główny rozdźwięk pomiędzy norweskim ruchem robotniczym a leninowską strategią dotyczył stosunku do rozwiązań siłowych: Norweżki i Norwegowie chcieli wygrać swoją rewolucję poprzez kolektywną, pokojową walkę, tworzenie spółdzielni i parlamentarną reprezentację polityczną.

W latach 20. trwała intensywna walka strajkowa. W mieście Hammerfest w 1921 roku powstała pod przywództwem rad robotniczych lokalna władza robotnicza – komuna, jednak została ona zdławiona interwencją armii. Klasa robotnicza odpowiedziała strajkiem generalnym. Kapitał wspierany przez państwo złamał ten strajk, co z kolei doprowadziło do strajku pracowników przemysłu metalurgicznego w latach 1923-24.

Norweski 1% nie pokładał wszystkich nadziei w armii. W 1926 stworzył ruch nazwany Ligą Patriotyczną, składający się głównie z klasy średniej. W latach 30. Liga liczyła około 100 tysięcy osób – w kraju o populacji zaledwie trzech milionów! – które zajmowały się m.in. zbrojną obroną łamistrajków.

W międzyczasie Partia Pracy otworzyła się na wszystkich, bez względu na członkostwo w związku zawodowym. Osoby podzielające poglądy marksistowskie pochodzące z klasy średniej, reformiści, pracownice i pracownicy sektora rolnego, a także właściciele małych gospodarstw – wszyscy oni dołączyli do partii. Przywództwo partii rozumiało, że w przedłużającej się walce konieczne będzie ciągłe poszerzanie bazy członkowskiej i wciąganie kolejnych warstw społecznych do pokojowej kampanii. Kolejna fala strajków i bojkotów przetoczyła się w roku 1928, w okresie rosnącej polaryzacji.

W 1931 roku uderzył Wielki Kryzys, a bezrobotnych było więcej niż w jakimkolwiek kraju nordyckim. W odróżnieniu od amerykańskich związków zawodowych norweskie syndykaty nie usuwały członkiń i członków, którzy z racji utraty pracy nie mogli płacić składek. Ta decyzja opłaciła się i stała wkrótce fundamentem masowej mobilizacji. Gdy konfederacje przemysłowców dokonywały lokautów, próbując zmusić robotnice i robotników do zaakceptowania obniżki płac, związki odpowiedziały masowymi demonstracjami.

Wiele osób dowiedziało się, że ich kredyty hipoteczne są zagrożone (brzmi znajomo?). Kryzys trwał, rolnicy nie byli w stanie spłacać długów. Niepokoje uderzyły w regiony rolnicze, odbywały się pokojowe protesty przeciw wyrzucaniu rodzin z ich gospodarstw. Partia Chłopska, zrzeszająca większych posiadaczy ziemskich, wcześniej blisko związana z Partią Konserwatywną, zaczęła się dystansować od 1%. Można było zauważyć, że zdolność wąskiej elity do rządzenia masami zaczyna się chwiać.

W 1935 roku Norwegia znalazła się na krawędzi. Konserwatywny rząd codziennie tracił „prawowitość”; 1% był coraz bardziej zdesperowany, a wśród klasy robotniczej i rolników rosły bojowe nastroje. Radykalne skrzydło ruchu robotniczego przewidywało, że do całkowitego obalenia władzy może dojść w ciągu kilku lat. Jednak nędza społeczeństwa stawała się coraz bardziej paląca, a Partia Pracy odczuwała rosnący nacisk swoich członkiń i członków na ulżenie cierpieniom biednych. Mogła to zrobić wyłącznie poprzez objęcie rządów po zawarciu kompromisu ze stroną przeciwną.

Zawarto kompromis, który pozwolił właścicielom zachować i kierować swoimi przedsiębiorstwami. W tym samym roku powstał rząd Partii Pracy i Partii Chłopskiej. Rząd rozwinął gospodarkę poprzez rozpoczęcie robót publicznych wraz z polityką pełnego zatrudnienia, która stała się podstawą norweskiej polityki gospodarczej. Sukcesy Partii Pracy oraz bojowe nastawienie klasy robotniczej umożliwiły stały atak na przywileje 1%, doprowadzając do przejęcia części dużych firm przez państwo.

1% utracił w ten sposób swoją odwieczną dominującą pozycję ekonomiczno-społeczną. Przez następne trzy dekady konserwatyści nie brali udziału w rządach. W międzyczasie zaakceptowali nowe zasady gry: wysoki wskaźnik publicznej własności środków produkcji i sektora publicznego w gospodarce, mocno progresywne opodatkowanie, surowe regulacje rynku i prawie całkowite wyeliminowanie biedy. Gdy w końcu zaczęli mieć wpływ na podejmowanie decyzji, próbowali wykonać zwrot w stronę polityki neoliberalnej – wówczas nastał kryzys, a gospodarka zmierzała ku katastrofie (brzmi znajomo?).

Partia Pracy wkroczyła do akcji, wzięła pod lupę trzy największe banki, zwolniła czołowych menedżerów, zostawiła największych akcjonariuszy samym sobie. Mniejszym bankom odmówiła publicznej pomocy finansowej na kontynuowanie dotychczasowej polityki. Tak oczyszczony sektor finansowy, dokładnie regulowany i kontrolowany w dużej mierze przez państwo, był solidny i oparł się kryzysowi 2008 roku.

Chociaż Norwedzy i Norweżki zapewne nie opowiedzą wam tego przy pierwszym spotkaniu, to fakty pozostają faktami – wysoki poziom wolności i powszechnego dobrobytu zaczął się, gdy klasa robotnicza i rolnicy wraz z sojusznikami z klasy średniej rozpoczęli pokojową walkę, która umożliwiła rządy ludu dla wspólnego dobra.

George Lakey

Tłumaczenie Mateusz Trzeciak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej commondreams.org w styczniu roku 2012.

Globalizacja nocy

Globalizacja nocy

Gdy mowa o produkcji globalnej i migracji zarobkowej, prawdopodobnie wyobrażamy sobie przepływ osób pomiędzy biednymi a bogatymi częściami świata. Globalną siłę roboczą można jednak mobilizować i zatrudniać także w inny sposób – wprawdzie bez przemieszczania się osób, za to z nie mniej dotkliwymi skutkami dla ich życia. Takimi jak te związane z często półlegalnym wykorzystywaniem zagranicznych pracowników na stanowiskach niewymagających wysokich kwalifikacji. Amerykański socjolog A. Aneesh badał funkcjonowanie indyjskich call center, które oferują korporacjom transnarodowym usługi w zakresie telemarketingu oraz windykacji dla klientów z bogatej anglojęzycznej części świata. W ramach swych badań etnograficznych Aneesh zatrudnił się na parę miesięcy w jednym z call center w indyjskim mieście Gurgaon niedaleko New Delhi.

Wyszkoleni do przydatności

Tytuł książki Aneesha „Neutral Accent. How Language, Labor, and Life Become Global” (Neutralny akcent. Jak język, praca i życie stają się globalne, 2015) odnosi się do szkolenia językowego, które przechodzą kandydaci do pracy w call center. Większość z nich – często absolwentów uniwersytetów lub szkół wyższych – bez problemu porozumiewa się w języku angielskim. Muszą oni jednak oduczyć się indyjskiego akcentu i przyswoić akcent „neutralny”. Językoznawca może zaprotestować (tak jak zaprotestował socjolog Aneesh podczas swej pierwszej, nieudanej rozmowy kwalifikacyjnej), twierdząc, że neutralny akcent nie istnieje. Indyjskie call center jednak same go wymyślają, ponieważ potrzebują pracowników przydatnych do obsługi amerykańskich, brytyjskich i australijskich klientów. Gdyby wyszkolić ich w jednej wersji języka angielskiego, ich przydatność byłaby ograniczona. Dodatkowo pracownicy muszą sobie przyswoić realia geograficzne i kulturowe klientów zagranicznych na drugim końcu linii, żeby być dla nich odpowiednimi partnerami do rozmowy. Neutralizacja i naśladownictwo to w tym przypadku dwa podstawowe założenia komunikacji.

Wydawać by się mogło, że nie jest to rozpaczliwie ciężka praca. Dodajmy jednak, że indyjscy pracownicy muszą funkcjonować w strefach czasowych obsługiwanych klientów. Oznacza to, że pracują w nocy i śpią w ciągu dnia. Z powodu braku transportu publicznego do ośmiogodzinnej nocnej zmiany należy doliczyć jeszcze kilkugodzinne podróże do pracy, w większości organizowane przez pracodawcę, który wynajmuje w tym celu kierowców zwożących i rozwożących pracowników. Dochodzi przez to do dramatycznego rozdziału czasu aktywności pracowników z czasem aktywności ich rodzin i przyjaciół. Kontakty międzyludzkie są ponadto bardzo ograniczone także w ramach zespołu pracowniczego. Jak zaznacza Aneesh, oprócz pierwszych tygodni szkolenia językowego i kulturowego, podczas którego grupa kandydatów mogła się zaprzyjaźnić, czas pracy w call center wypełnia stresująca seria setek rozmów telefonicznych każdego dnia – pracownicy rozpoczynają jedną rozmowę za drugą, z klientami, którzy często w ogóle nie chcą z nimi rozmawiać. Wszelkie relacje społeczne w miejscu pracy kurczą się w ten sposób do wspólnego obiadu w stołówce o północy.

Aneesh spotkał w gronie swoich współpracowników także tych, którym takie wyrwanie z rodziny i otaczającego społeczeństwa względnie odpowiadało w ich sytuacji życiowej. O wiele częściej jednak swoją pracę postrzegali jako gwałtowne odseparowanie od siebie ekonomicznego, społecznego i biologicznego wymiaru własnej egzystencji. Takie życie podsumował jeden ze współpracowników Aneesha następująco: Wróci do domu, nie ma żadnego życia towarzyskiego. De facto jest martwym gościem. Swój własny stan podczas badania terenowego w roli pracownika call center autor opisuje jako permanentne uczucie jet lagu, połączenia braku snu i poczucia utraty związku ze światem zewnętrznym. Aneesh przedstawia przekonujący przegląd literatury poświęconej związkowi pomiędzy zdrowiem a chronobiologią człowieka, który dość jasno ukazuje, że nie jest dla nas obojętne to, kiedy śpimy, a kiedy czuwamy. Długotrwałe nocne czuwanie szkodzi ludzkiemu ciału przysposobionemu do trybu dziennego – między innymi podwyższa ryzyka zachorowań na raka, wystąpienia otyłości oraz innych problemów zdrowotnych. Obecnie Międzynarodowa Agencja Badania Raka (IARC) klasyfikuje pracę w godzinach nocnych jako potencjalny czynnik rakotwórczy.

Architektura algorytmu

Autor przypomina w tym kontekście historyczną walkę o ośmiogodzinny dzień pracy i pyta, dlaczego dzisiaj nie istnieje podobna mobilizacja proletariuszy przeciwko pracy w godzinach nocnych. Ekonomiczny, społeczny i biologiczny wymiar naszego życia uległy tak dalekiemu rozszczepieniu, że nie istnieje żadne wspólne pojęcie „dobrego życia”, żaden uniwersalny punkt, w imię którego można by taką walkę rozpocząć. Przeciwnie, od trzydziestu lat regulacje dotyczące pracy nocnej w skali całego globu ulegają rozluźnieniu.

Praca w godzinach nocnych i problemy ze snem na skutek stresu zawodowego nie dotyczą dziś wyłącznie obywateli tzw. Trzeciego Świata. Dwudziestoczterogodzinna gospodarka globalna ingeruje w rytmy biologiczne pracowników na całej kuli ziemskiej. Negatywnych skutków nie rozwiązuje się poprzez zmianę warunków pracy, lecz farmakologicznie – za pomocą środków nasennych (w Stanach Zjednoczonych w 2005 r. wypisano 43 miliony recept na tego typu leki) oraz przez opracowanie procedur czyniących pracę nocną bardziej efektywną (np. podawanie regularnych dawek kofeiny albo stosowanie mocnego, bezpośredniego oświetlenia). Krytyczne ustalenia chronobiologii są najczęściej wykorzystywane na rzecz kapitalizmu, a nie w ramach oporu przeciwko niemu.

Aneesh koncentruje się jednak nie tylko na pracownikach call center, ale również na adresatach na drugim końcu linii. Kluczową rolę w telemarketingu odgrywają bowiem algorytmy, które wybierają „odpowiednie” numery telefoniczne na podstawie dostępnej bazy danych. Autor poświęca cały rozdział opisowi „algorytmokracji” (algocracy) czy też „władzy algorytmicznej”, która jego zdaniem w coraz bardziej zasadniczy sposób panuje nad naszym życiem. W odróżnieniu od biurokracji, kontrolującej zachowania poprzez socjalizację, wpajanie zasad i karanie za ich przekraczanie, algorytmokracja kształtuje środowisko, w którym zachowujemy się zgodnie z zaprowadzonymi normami, a nawet nie musimy ich znać. Przede wszystkim zaś nie możemy ich przekroczyć. Zostały one wprogramowane bezpośrednio w architekturę naszego świata lub, inaczej mówiąc, świat został wprogramowany w nie same. Możemy wprawdzie próbować dbać o swoje facebookowe, kredytowe i inne tożsamości nieustannie przeliczane przez algorytmy, zapewniając sobie przyszłość w systemie zer i jedynek. Jak jednak ostrzega John Naughton, algorytmy są dla większości z nas black boxami, czarnymi skrzynkami, o których nie wiemy, jak funkcjonują – i za które często nikt nie jest odpowiedzialny.

Niezbyt obszerna książka amerykańskiego etnografa płynnie łączy historie konkretnych osób, w tym samego Aneesha, z diagnozami z obszaru nauk społecznych i przyrodniczych. Oferuje niezwykłe spojrzenie ze stołówki indyjskiego call center na szybko globalizujący się świat. Autor przedstawia krytyczną analizę neutralności rozumianej jako obojętność wobec różnic stref czasowych, dnia i nocy, językowej specyfiki i sposobów życia. Co do płaszczyzny wspólnego oporu przeciwko dyktatowi korporacyjnej nocy, pozostaje jednak sceptyczny.

Tereza Stöckelová

Przekład: Krzysztof Kołek

Artykuł pierwotnie ukazał się na stronie A2larm.cz – czeskim internetowym dzienniku związanym z pismem „A2”. Przedruk za zgodą autorki.

Zimno i ciemno

Zimno i ciemno

O ubóstwie energetycznym i jego konsekwencjach społecznych rozmawiamy z Agatą Miazgą, współautorką raportu „Ubóstwo energetyczne w Polsce – definicja i charakterystyka społeczna grupy”, opublikowanego w 2015 r. przez Instytut na Rzecz Ekorozwoju.

***

Wspólnie z Dominikiem Owczarkiem prowadziła Pani badania nad ubóstwem energetycznym Polaków. Czym jest ubóstwo energetyczne i z czego ono wynika?

A.M.: Ubóstwo energetyczne to w Polsce termin raczej nowy. To zjawisko polegające na trudności w zaspokajaniu podstawowych potrzeb energetycznych w miejscu zamieszkania, za rozsądną cenę. Wyróżniamy tutaj dwa elementy tej definicji – utrzymanie adekwatnego standardu ciepła i zaopatrzenie w pozostałe źródła energii, czyli np. energię elektryczną. To definicja, którą przygotowaliśmy razem z Dominikiem Owczarkiem na potrzeby naszych badań, ponieważ, mimo że badania nad ubóstwem energetycznym trwają w Europie od lat osiemdziesiątych, to do tej pory nie została wypracowana jedna, wspólna dla wszystkich definicja. W różnych dokumentach europejskich pojawiają się wzmianki o potrzebach cieplnych, potrzebach energetycznych, jednak dotychczas nie wypracowano spójnej definicji.

Mówi Pani, że ubóstwo to polega na tym, że ktoś ma problem z zaspokojeniem potrzeb – czy to dotyczących ogrzewania mieszkania czy potrzeb związanych z innymi źródłami energii. Jak zdefiniować moment, kiedy te potrzeby przestają być zaspokajane?

A.M.: Właśnie to było jednym z przedmiotów naszych badań – wyznaczenie standardu potrzeb energetycznych, którego niespełnienie oznacza ubóstwo energetyczne. Oczywiście jest to próg względny. Pomysłem, który do tej pory cieszył się największym powodzeniem i był na różne sposoby modyfikowany, jest porównanie wydatków energetycznych pomiędzy gospodarstwami domowymi, czyli osobami mieszkającymi w jednym mieszkaniu i wspólnie się utrzymującymi, a następnie zestawienie ich z dochodami tych gospodarstw. Do tej pory mieliśmy do czynienia z dwiema podstawowymi miarami ubóstwa energetycznego: miarą absolutną, wedle której uznawaliśmy gospodarstwo domowe za ubogie energetycznie, jeżeli jego wydatki na energię przekraczały próg 10 proc. dochodów, oraz miarą relatywną LIHC (ang. Low Income High Costs).

Jeżeli zachodzi taka sytuacja, że ktoś nie wydaje aż tyle na energię, ale poświęca wiele czasu dziennie na zdobycie opału, np. znosząc drewno z lasu, to czy taka osoba jest uboga energetycznie?

A.M.: Niestety czas, jaki gospodarstwa domowe czy poszczególne osoby poświęcają na przyniesienie drewna, nie został uwzględnionych w danych, którymi dysponujemy. Wykorzystując naszą definicję ubóstwa energetycznego nie możemy uznać takich gospodarstw za ubogie energetycznie, choć oczywiście zgodnie z intuicją takie osoby mają problem z ogrzewaniem. Bardziej trafna jest według nas druga z wymienionych przeze mnie miar – definicja relatywna. W skrócie polega ona na tym, że porównujemy dochody i wydatki na energię jednego gospodarstwa domowego z dochodami i wydatkami innych gospodarstw domowych w społeczeństwie. To znaczy: jeżeli dana rodzina lub dane gospodarstwo domowe mają w porównaniu z innymi gospodarstwami dość niskie dochody i jednocześnie dość wysokie wydatki na energię, wtedy uznajemy je za ubogie energetycznie. Ważnym elementem definicji, które proponujemy, jest zastosowanie hipotetycznych wydatków na energię zamiast wydatków rzeczywistych. Brzmi to abstrakcyjnie, ale dzięki temu zabiegowi za ubogie energetycznie nie uznajemy osób przegrzewających mieszkania. Pozwala to natomiast uwzględnić osoby, które kosztem uregulowania wysokich wydatków energetycznych muszą ograniczyć wydatki na inne dobra, np. edukację czy żywność. Hipotetyczne wydatki na energię to takie wydatki, które dane gospodarstwo domowe, znajdujące się w danym typie budynku, powinno ponosić, by zaspokajać swoje podstawowe problemy energetyczne. Podstawowe potrzeby cieplne ustaliliśmy na poziomie utrzymywania w miejscu zamieszkania temperatury 21 stopni Celsjusza.

W raporcie pojawia się jeszcze jedna miara – 13 procent dochodów. Czemu 13? Wcześniej mówiła Pani o dziesięciu.

A.M.: Najpierw wytłumaczę, dlaczego nie dziesięć procent dochodów. To była miara najbardziej powszechna, którą wykorzystywano w Wielkiej Brytanii do 2012 roku, więc przyjęliśmy ją za punkt wyjścia. Stwierdziliśmy jednak, że próg dziesięciu procent jest w Polsce zbyt niski, ponieważ w ostatniej dekadzie średni udział wydatków na energię w dochodach wynosił właśnie ok. 10 procent. Bezsensowne byłoby więc przyjmowanie progu, który znajduje się na poziomie średniej dla kraju. Dlatego też widzieliśmy potrzebę znalezienia jakiegoś wyższego progu. 13 procent to propozycja techniczna. Została wyliczona na próbie, która została okrojona do gospodarstw domowych, które uznaliśmy za niebłędne. To znaczy usunęliśmy gospodarstwa domowe, które stwierdziły, że mają dochody ujemne lub że ich dochody w danym miesiącu są niższe niż wydatki na energię. Muszę jednak podkreślić, że przyjęcie jakiegokolwiek progu dochodów, czy to będzie 13, 15 czy 20 procent, jest decyzją arbitralną.

Skoro ta angielska miara 10 procent stosowana w Polsce wykazała, że znaczna część obywateli nie ma zaspokojonych podstawowych potrzeb energetycznych, to czy możemy się pokusić o uogólnienie, że polscy obywatele generalnie są ubodzy energetycznie?

A.M.: Myślę, że nie. Należy wziąć pod uwagę różnice pomiędzy krajami, np. pomiędzy Wielką Brytanią a Polską występują spore różnice w rodzaju budynków. W każdym polskim domu mamy jakieś źródło ciepła, czy to ogrzewanie centralne, czy piece na opał. W Wielkiej Brytanii natomiast nie jest to standardem, a przy zmieniającym się klimacie Brytyjczycy zaczynają odczuwać brak przystosowania budynków bardzo dotkliwie.

Jakie są następstwa ubóstwa energetycznego?

A.M.: Najbardziej bolesnymi skutkami są skutki zdrowotne: ludzie, którzy mieszkają w niedogrzanych pomieszczeniach, mają obniżoną odporność, częściej chorują, szczególnie na choroby związane z układem oddechowym. Jest to szczególnie dotkliwe w przypadku dzieci, ponieważ mieszkanie w niedogrzanych pomieszczeniach może skutkować zaburzeniami przyrostu wagi. Możemy mieć również do czynienia z wykluczeniem społecznym, ponieważ gdy rodzina nie ma dostępu do energii elektrycznej lub ma dostęp ograniczony, dzieci nie mogą korzystać np. z Internetu, może im to utrudniać naukę czy zdobywanie dodatkowych umiejętności.

Ilu polskich obywateli cierpi z powodu niedostatków energii?

A.M.: Według naszych badań 17 procent społeczeństwa, czyli około 6,4 mln Polaków. To miara relatywna, którą uważamy za najbardziej zgodną z rzeczywistością.

Czy do ubogich energetycznie możemy przyłożyć jedną miarę, mówić o jakiejś „wspólnocie dziejów”, o tym, że pochodzą z jednej klasy społecznej albo z określonego regionu Polski?

A.M.: Tego nie jesteśmy w stanie stwierdzić na tym etapie badań. Jesteśmy za to w stanie powiedzieć, które gospodarstwa są najbardziej narażone. Są to gospodarstwa utrzymujące się z niezarobkowych źródeł, czyli np. z zasiłków dla bezrobotnych, są to też samotni rodzice z dziećmi, a także mieszkańcy wsi. Bardzo duża grupa to mieszkańcy jednorodzinnych domów wolnostojących.

A jeśli chodzi o podział na regiony Polski, to który z nich jest najbardziej narażony? I jakie są przyczyny tego stanu?

A.M.: To gospodarstwa z regionu Polski południowo-wschodniej. Przypuszczamy, że jest to związane z większą skalą ubóstwa dochodowego, które możemy tam zaobserwować, a także z warunkami klimatycznymi.

Z raportu wynika, że nie wszystkie osoby ubogie energetycznie są pod tak zwaną dochodową kreską. Niektóre osoby mające nawet średnie dochody mogą być dotknięte ubóstwem energetycznym. Z czego to wynika?

A.M.: Ubóstwo energetyczne i dochodowe pokrywają się, tylko albo aż, w 30 procentach przypadków. Można powiedzieć, że ubóstwo energetyczne ma dwie twarze: pierwsza z nich to osoby ubogie energetycznie i dochodowo, czyli ci, którzy mają prawdopodobnie problem z opłaceniem rachunków za energię. Druga grupa, czyli ubodzy energetycznie, którzy nie mają problemów finansowych, to mogą być ludzie mający bardzo wysokie wydatki na energię z powodu nieracjonalnego gospodarowania energią albo mieszkania w domach nieefektywnych energetycznie, czyli starszych lub bardzo dużych – zdarza się że np. dwie osoby mieszkają w kilkusetmetrowym domu.

Jakiś czas temu czytałem książkę Tomasza Rakowskiego pt. „Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy” o tym, w jaki sposób osoby ubogie radzą sobie z zaspokajaniem różnych potrzeb. Wbrew stereotypom okazuje się, że są one bardzo kreatywne, bo po prostu muszą takie być, żeby przetrwać. Zastanawiam się, czy w przypadku ograniczonych zasobów energii osoby, które mają jej niedobory, próbują sobie to rekompensować, zdobywając tę energię w inny sposób.

A.M.: Na pewno mamy do czynienia z przypadkami ogrzewania z wykorzystaniem nie tylko drewna opałowego, ale także ze spalaniem różnego rodzaju śmieci, opon. Wchodzi tu w grę także szara strefa. W najbardziej ekstremalnych przypadkach osoby mieszkające w niedogrzanych mieszkaniach rekompensują niską temperaturę w mieszkaniu ubierając się cieplej, w wiele warstw ubrań.

W raporcie zauważyła Pani, że osoby, które mają problemy z ubóstwem energetycznym, nie są najczęściej postrzegane jako ubogie w stereotypowym ujęciu ubóstwa. Pisze Pani, że w Polsce do tej pory niemożność dogrzania mieszkania nie była postrzegana jako jeden z wymiarów ubóstwa. Dlaczego tak jest? Czemu wcześniej nie zwracano na to uwagi?

A.M.: Myślę, że zwracano. Zauważano, że jest to potrzeba podstawowa, jednak nie postrzegano tego jako dodatkowego wymiaru ubóstwa. Proszę pamiętać, że to dość nowa tendencja – prowadzenie badań nad ubóstwem, które jako ubogich uwzględniają nie tylko tych, którzy nie mają środków finansowych, ale i tych, którzy nie mają dostępu do innego rodzaju dóbr. O ubóstwie nie decyduje tylko zasobność portfela, istnieją różne inne poziomy wykluczenia.

Czy w Polsce istnieją jakieś programy wsparcia, mogące zapewnić pomoc osobom z niedoborami energii? A jeśli istnieją, to czy pomagają tylko doraźnie, np. w przetrwaniu zimy, czy też w całościowym wyjściu z tej trudnej sytuacji?

A.M.: Obecnie funkcjonuje jeden taki instrument, jest to dodatek energetyczny, czyli pewna kwota, która jest przyznawana osobom spełniającym określone warunki – to znaczy określone kryterium powierzchniowe i dochodowe. Jest to dodatek bardzo niewielki, kilkanaście złotych miesięcznie. W Polsce korzysta z niego bardzo niewiele osób. Z jednej strony z powodu niskich kwot dodatku, z drugiej – dlatego, że Polacy o nim nie wiedzą. Poza tym jest to związane z bardzo wieloma formalnościami. Występują też inne instrumenty pomocowe, z tym że nie są one skierowane bezpośrednio do grupy ubogich energetycznie. Przykładowo są to programy, których celem jest ochrona środowiska. Składa się na nie termomodernizacja budynków jednorodzinnych, która podnosi efektywność energetyczną mieszkań i jednocześnie powoduje zmniejszenie rachunków za energię.

Jakie kroki Pani zdaniem powinny podjąć polskie władze, aby zapewnić wszystkim obywatelom dobrobyt energetyczny?

A.M.: Widzimy potrzebę działania w kilku kierunkach. Po pierwsze uważamy, że dawanie zasiłków nie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ nie likwiduje problemu. Rekomendujemy z jednej strony politykę nakierowaną na termomodernizację, czyli ocieplanie domów, wymianę dachów, poprawę jakości mieszkań w taki sposób, by wykorzystywały one mniejsze ilości energii. Konieczna jest także edukacja energetyczna, to znaczy uczenie, w jaki sposób oszczędnie wykorzystywać energię, np. nie wietrzyć mieszkania przy odkręconym kaloryferze, wyłączać światło w pomieszczeniach, które nie są wykorzystywane itp.

Dziękuję za rozmowę.

Styczeń 2016 r. Rozmawiał Konrad Malec, współpraca Magda Komuda.

Ślepa uliczka tyranii większości

Konflikt pomiędzy różnymi obliczami demokracji przebiega nie tyle pomiędzy liberalnymi i nieliberalnymi wersjami tego ustroju, co wzdłuż dwóch odmian stylu rządzenia: monopolistycznego oraz opartego na porozumieniu. Historia najnowsza naszego regionu pokazuje, że modele zbudowane na dominacji jednej grupy przynoszą per saldo więcej strat niż zysków.

W sporze zwolenników oraz przeciwników zmian w funkcjonowaniu głównych instytucji państwa, wprowadzanych przez rząd wyłoniony po ostatnich wyborach parlamentarnych, część publicystów i komentatorów twierdzi, że panująca w Polsce od prawie ćwierćwiecza epoka demokracji liberalnej ma się ku końcowi. Tego rodzaju opinie podzielają zarówno ci pozytywnie nastawieni do lansowanej przez PiS idei „dobrej zmiany”, jak i jej gorący przeciwnicy. Obydwie grupy mają istotną trudność w zdefiniowaniu terminu, którym z taką chęcią się posługują. Stronnicy sejmowej większości z pewną, mało skrywaną, satysfakcją nadają pojęciu „liberalna demokracja” cechy pejoratywne, a szeroko pojęta opozycja widzi w nim bezdyskusyjny „wzorzec z Sèvres”.

Gorąca dyskusja na temat pożądanego przez polskie społeczeństwo modelu ustrojowego, tocząca się na przełomie 2015 i 2016 roku, wydaje się więc tyleż emocjonalna, co intuicyjna.

Zaczął Orbán czy Žižek?

Sympatycy „dobrej zmiany” z dużą dozą sympatii patrzą na politykę sprawującego władzę już drugą kadencję (a trzecią w całym swoim politycznym życiorysie) premiera Węgier Viktora Orbána. Wielu obserwatorów europejskiej i globalnej polityki stawia naddunajski kraj za przykład „demokracji nieliberalnej”. Utwierdzają w tym słowa samego lidera FIDESZ-u, który przy wielu okazjach zwracał uwagę, że liberalna demokracja nie jest jedyną odmianą ustroju, jaki zgodnie z greckim źródłosłowem oznacza władzę ludu. Warto zwrócić uwagę, że przy okazji ilustrowania swojej tezy konkretnymi przykładami Orbán wspomina takie kraje, jak Rosja, Chiny, Singapur, Brazylia, Japonia czy Indie. Formalnie rzeczywiście łączą je konstytucyjne zapisy stwierdzające demokratyczną formułę sprawowanych tam rządów. Niemniej, zupełnie inne ramy funkcjonowania ustrojowego mają zróżnicowane etnicznie, religijnie i społecznie Indie oraz Brazylia, zachowujące (mimo licznych problemów) instytucjonalnie bliską cywilizacji zachodniej formę rządów. Jeszcze inną – Japonia i Singapur (nazywane czasem „demokracjami dyscypliny i porządku”), a zupełnie odmienną – autorytarna Rosja i monopartyjne Chiny.

Lepiej od Orbána próbują definiować demokrację nieliberalną inni politycy węgierscy. Minister gospodarki Mihály Varga stwierdził, że demokracja liberalna to przede wszystkim rządy dominacji globalnego kapitału, drenujące małe kraje i przekształcające je w neokolonialne peryferia. Przeciwstawienie się takiemu ustrojowi należałoby jego zdaniem oprzeć na kombinacji keynesowskiej polityki pełnego zatrudnienia oraz „narodowego kapitalizmu”, zakładającego akumulację miejscowego kapitału i pobudzenie innowacyjności krajowej gospodarki. W takim ujęciu mamy do czynienia z utożsamieniem demokracji liberalnej z neoliberalnym modelem ekonomiczno-społecznym, masowo przyjętym po zakończeniu zimnowojennego podziału świata przez wiele krajów Europy Środkowej, Ameryki Łacińskiej i Azji. Jego wcieleniem jest tzw. konsensus waszyngtoński, opierający się na szerokim otwarciu rynków krajowych dla międzynarodowych inwestorów, prywatyzacji państwowej własności i deregulacji, skutkującej wycofywaniem się państwa z aktywnej roli w gospodarce, oraz na likwidacji protekcjonizmu i barier w handlu zagranicznym.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, Węgrzy nie są w Europie Środkowej pionierami w krytyce liberalnej demokracji. Znany filozof Slavoj Žižek już w 2001 roku w książce „On belief” (wydanej po polsku siedem lat później pod tytułem „O wierze”) ocenił, że współczesna demokracja liberalna to w istocie anemiczna ideologia polityczna pławiąca się w teoretycznych konstruktach w rodzaju „wolności” lub „praw człowieka”, wszystkich służących do maskowania kontroli, którą system ten osiągnął nad własnymi apologetami, powodując ich coraz głębsze zniewolenie. Opinia myśliciela rozumiana wulgarnie może stanowić element politycznego credo zarówno prawicowego, jak i lewicowego radykała, widzących w libertyńskim lub drobnomieszczańskim humanizmie i politycznie poprawnym koncyliaryzmie demokracji zachodniej dowód zepsucia współczesnej cywilizacji.

Spod warstwy ostrych słów przebija jednak inna intencja autora, którą jest nie tyle promowanie rozwiązań autorytarnych czy nawet totalitarnych (intuicyjnie wydających się znajdować na przeciwnym biegunie niż demokracja liberalna), co próba udowodnienia, że złudzeniem jest, promowana po 1989 roku, wizja liberalnego „końca historii” wraz z towarzyszącą mu depolityzacją życia publicznego. W eseju „Witajcie na pustyni rzeczywistości” Słoweniec stwierdził, że główna linia podziału we współczesnym świecie przebiega pomiędzy nowoczesną post-polityką i ekstremistyczną, prawicową repolityzacją. Przy użyciu przewrotnej argumentacji Žižek wydaje się bronić niestroniącej co prawda od konfliktów, ale potrafiącej dbać o dobro wspólne oświeconej demokracji, opartej na debacie i niełatwym kompromisie. Demokracji wcielanej w życie chociażby za czasów „wielkiego powojennego konsensusu” (great post-war consensus) w Wielkiej Brytanii, datującej się od czasów rządów gabinetu Clementa Attlee (1945-51), aż po premierostwo Jamesa Callaghana (1976-79), rządów IV i V Republiki we Francji aż do końca lat 80., modelu socjalnej gospodarki rynkowej w RFN czy w końcu demokracji włoskiej aż do czasów pojawienia się Silvio Berlusconiego.

Žižek w heglowskim stylu chce przezwyciężyć liberalną demokrację, aby ją ponownie zrozumieć i ochronić jej podstawową substancję. Słabością tego ustroju nie są dla niego zbytnia proceduralność lub konsensualizm, ale ukryta przemoc i dominacja, kryjące się za liberalną narracją pozornej zgody wszystkich ze wszystkimi. Całkiem otwarta przemoc towarzyszy (bo nie musi się już przecież ukrywać za parawanem liberalnych formuł) narracji autorytarnej. Liberalna demokracja ukrywająca konflikty i różne formy autorytaryzmu są więc w istocie dwiema stronami tego samego medalu. Analogicznie rzecz ujmując, dyktatorzy głoszący swoją niezależność od zglobalizowanego świata i hegemonii Zachodu, stanowią krzywe, a niekiedy tragikomiczne odbicie agresywnych międzynarodowych korporacji i imperialistycznej dominacji.

Lijphart i lekcja słowacko-chorwacka

Dość swobodne intuicje Žižka w nieoczekiwany, choć nad wyraz empiryczny sposób potwierdził wybitny holenderski politolog i badacz systemów partyjnych Arend Lijphart. W klasyfikacji systemów demokratycznych narodzonych w Europie Środkowo-Wschodniej po 1989 roku wyróżnił cztery zasadnicze modele: demokrację formalną, elitarną, autokratycznej większości (tyrannnical majorities) oraz demokrację upartyjnioną.

W przypadku demokracji formalnej mamy do czynienia z ustrojem sprowadzonym do fasadowych rytuałów i martwych zapisów prawnych. Nie istnieje w nim konkurencja wolnych sił (Rosja putinowska). Demokracja elitarna to rządy konkurujących ze sobą grup oligarchicznych, monopolizujących politykę, stanowienie prawa i gospodarkę (Ukraina w czasach prezydentury Leonida Kuczmy, większa część krajów poradzieckich, Serbia w epoce Miloševića). Demokracja autokratycznej większości to z kolei dość rozpowszechniony przypadek. Ma on zarówno swoje warianty łagodne, charakteryzujące się brakiem skłonności rządzącej większości do konsensusu politycznego z opozycją i niechęcią wobec ponadpartyjnego ustalenia racji stanu danego państwa. Jednak istnieją także przykłady bardziej drastyczne, gdy rządzący z góry odrzucają wszelki kompromis z politycznymi przeciwnikami, odmawiają im partycypacji w mechanizmach kontroli władzy, dyskryminują w dostępie do mediów publicznych oraz przedstawiają jako siły szkodliwe dla sformułowanej przez grupę rządzącą racji stanu. Z tego typu działaniami mieliśmy do czynienia za czasów rządów Vladimira Mečiara na Słowacji (1994-98) oraz w Chorwacji w latach prezydentury Franjo Tudjmana (1990-1999).

W pierwszym z tych krajów nowa rządząca większość na pierwszym posiedzeniu parlamentu, podczas trwającej całą noc sesji, wymieniła ponad 40 osób stojących na czele różnych instytucji państwowych, m.in. szefa Najwyższej Izby Kontroli, prokuratora generalnego, kierownictwo państwowego radia i telewizji wraz z członkami rad nadzorczych, i nie pozwoliła, żeby jakikolwiek z posłów opozycji stanął na czele komisji parlamentarnych. Przez cały okres sprawowania władzy przez koalicję przewodzonej przez Mečiara, rząd pozostawał w ostrym konflikcie z prezydentem Mihalem Kováčem oraz prezesem Trybunału Konstytucyjnego, kwestionując niemal wszystkie posunięcia polityczne ówczesnej głowy państwa oraz usiłując wpływać na najwyższy urząd orzekający o zgodności ustaw z konstytucją, aby ten ograniczał i tak wątłe prawa opozycji parlamentarnej.

Z kolei w Chorwacji rządząca partia, z której wywodził się prezydent, usiłowała metodami administracyjnymi hamować aktywność opozycji w strukturach samorządowych oraz mediach publicznych. Sam Tudjman używał, szczególnie w ostatnich latach swoich rządów, dość ostrego języka pod adresem opozycyjnych stronnictw, twierdząc, że podobnie jak w XIX wieku, są one klientami Budapesztu, Wiednia i Stambułu i wszystkich wielkich tego świata, którym nie podoba się niepodległa Chorwacja. (za: I. Radoś, Tudjman izbliza, Zagreb 2005).

W obydwu przypadkach Bratysława i Zagrzeb znalazły się w połowie lat 90. na peryferiach polityki globalnej, a elity zarządzające nimi w sposób zbliżony do autorytarnego musiały oddać władzę ugrupowaniom odwołującym się w swojej praktyce politycznej do bardziej demokratycznych i otwartych na porozumienie strategii sprawowania władzy.

Typowy dla młodych demokracji pozostaje ostatni w tej klasyfikacji model demokracji upartyjnionej. Scenę polityczną cechuje spore rozdrobnienie i konieczność zawierania nietrwałych porozumień koalicyjnych, skutkujących przewlekłymi tarciami oraz częstą zmianą rządów. Ten stan panował na początku transformacji na Węgrzech, w Polsce (czasowo powracając w latach 2006-2007 podczas rządów trójkoalicji PiS-Samoobrona-LPR), krajach nadbałtyckich, Słowenii, Czechach, Rumunii, Albanii oraz Serbii i Chorwacji po 2000 roku.

Klątwa tyranii większości

Z klasyfikacji Lijpharta widać jasno, że poważnymi zagrożeniami dla młodych demokracji są monopolistyczne modele elitarnej i autokratycznej większości. Polska również nie jest wolna od tego zagrożenia, choć przejawia się ono w sposób dużo bardziej subtelny niż w Słowacji i Chorwacji w latach 90. Dotyczy ono przede wszystkim zamkniętej formuły rządzenia państwem i awansu społecznego w jego ramach. Przez wiele lat ograniczała się ona do elit wchodzących do polityki przy Okrągłym Stole oraz do ich spadkobierców. Podczas dwóch kadencji rządów koalicji PO-PSL miał miejsce proces marginalizowania opozycji oraz lekceważenia pozaparlamentarnych inicjatyw społecznych (osobny problem to pytanie, na ile stanowił on efekt słabości organizacyjnej i merytorycznej ówczesnych adwersarzy rządu). Prowadziło to w znacznym stopniu do odczuwalnego osłabienia poziomu debaty i kultury politycznej, faktycznego braku obiektywnej dyskusji o poważnych problemach związanych z przyszłością i modernizacją kraju (kwestie demograficzne, reformy emerytalnej, OFE, górnictwa i energetyki, zagadnienia polityki międzynarodowej i roli Polski w strukturach międzynarodowych). Rządzący oskarżali opozycję o działania niekonstruktywne, a opozycja rządzących – o zawłaszczanie państwa i naginanie prawa. Tego rodzaju „klątwa” w sposób zwielokrotniony przeszła na nowe władze wyłonione w wyborach powszechnych w ubiegłym roku decyzją większości głosujących. Przesadna polaryzacja promowana przez wielu polityków PiS i sprzyjających im ludzi mediów, sugerująca, że popieranie tej partii jest wyborem aksjologicznym i patriotycznym, prezentowanie drugiej strony (lub stron) konfliktu jako ogłupionych „lemingów” bez tożsamości i korzeni, powtarzające się wykorzystywanie i interpretowanie prawa zgodnie z interesem grupy znajdującej się aktualnie u władzy, nietypowy, „nocny” styl stanowienia i wykonywania prawa, lekceważenie konstytucyjnych organów państwa itp. wskazują, że polskie elity, niezależnie od politycznych barw, wciąż nie są w stanie wyzbyć się ciągot do tworzenia rządów autorytarnej większości.

Historia dojrzałych demokracji zachodnich oraz dzieje regionu wskazują, że zmienne preferencje elektoratu nie dają mandatu do budowy państwa konfrontacyjnego, niechętnego dialogowi społecznemu, wyśmiewającego głos opozycji i odrzucającego mozolne rozwiązywanie problemów przekraczających granice partyjne. Państwo autokratycznej większości, podobnie jak oparta na fałszywej zgodzie, niewłaściwie rozumiana liberalna demokracja, to dwie strony tej samej fałszywej monety. Zamiast walczyć z „komunistami i złodziejami” oraz „rodzącą się nową dyktaturą”, rządzący i opozycja powinni w zdrowych ramach politycznego sporu współtworzyć kulturę służącą rozwojowi społeczeństwa w złożonych warunkach ponowoczesności.

Czas na bunt białych czepków

Czas na bunt białych czepków

Z dr Julią Kubisą, socjolożką i publicystką zajmującą się przemianami świata pracy widzianymi z perspektywy płci, socjologią pracy oraz demokracją związkową, rozmawiamy o jej badaniach nad warunkami pracy i płacy wśród pielęgniarek i położnych.

***

Napisana przez Panią książka „Bunt białych czepków” opowiada o historii walk pielęgniarek o ich godność oraz o lepsze warunki zatrudnienia i standardy pracy. Jak obecnie wyglądają te warunki? Czy od momentu wydania książki sytuacja w tym sektorze zmieniła się na gorsze czy na lepsze?

Julia Kubisa: W minionym roku, tj. 2015, nastąpiła spora mobilizacja całego środowiska pielęgniarsko-położniczego, odbywały się demonstracje i po raz pierwszy została wprost wyartykułowana gotowość do strajku generalnego tych dwóch grup zawodowych. To bardzo ciekawe, bo w praktyce jest to dość skomplikowana procedura. Ze względu na rodzaj polskiego systemu rozwiązywania sporów zbiorowych pielęgniarki wchodzą w takie spory na poziomie szpitali, nie ma strajku generalnego, nie mogą wejść w spór z Ministerstwem Zdrowia − muszą go toczyć ze swoją placówką. Zagroziły jednak, że to zrobią, że są w stanie skoordynować taką akcję. Losy tej sprawy ważyły się bardzo długo, przez całe wakacje trwały rozmowy. Ciekawe jest także to, że obecnie negocjacje prowadzą zarówno Ogólnopolski Związek Pielęgniarek i Położnych, jak i Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych, czyli obowiązkowa organizacja, do której należą wszystkie czynne zawodowo przedstawicielki tych dwóch zawodów. O ile związek walczy o warunki zatrudnienia i płace, o tyle samorządowi chodzi o standardy wykonywania zawodu. To, że przedstawicielki samorządu włączyły się w bezpośrednią akcję, zajęły stanowisko mniej już neutralne jako grupa interesu, która wywiera nacisk na Ministerstwo Zdrowia, jest także bardzo ciekawe, bo zazwyczaj samorządy są instytucjami zachowawczymi. W wyniku tych działań nastąpiły długie negocjacje płacowe, ministerstwo zgodziło się na podwyżkę w pewnej kwocie, ale do tej pory nie wiadomo, jak to będzie wyglądało w praktyce – ile będzie tych pieniędzy i które pielęgniarki to obejmie. W międzyczasie nastąpiła bardzo duża zmiana, bo powstał nowy rząd i cały układ sił w parlamencie. Negocjacje wciąż trwają i, co ciekawe, podpisanie protokołu nie rozwiązuje jeszcze problemu, bo teraz tyle samo czasu zajmuje doprecyzowanie, na czym te podwyżki mają polegać, jak będą rozliczane, do których grup w obrębie społeczności pielęgniarek będą kierowane. Idealnie, jak rozumiem, byłoby, gdyby zostały przeznaczone dla wszystkich. Ale to wszystko skrywa problem znacznie głębszy – podwyżki to tylko absolutne minimum.

Podstawowy problem jest natomiast taki, że pielęgniarek brakuje. Nagłaśnia to od lat Izba Pielęgniarek i Położnych, mają swoją akcję „Ostatni dyżur”. Mam wrażenie, że wiedza o tym, że pielęgniarek rzeczywiście nie ma, upowszechnia się.

Mówiła Pani o strajkach i protestach. Wydaje mi się, że istnieje podstawowy problem – część pielęgniarek jest zatrudniona na etacie, ale coraz więcej przechodzi na kontrakty, w większości wbrew własnej woli. Zastanawiam się, jak wygląda możliwość strajku czy protestu w przypadku pielęgniarek kontraktowych.

J. K.: Formalnie to jest niemożliwe, bo one są już tylko podwykonawcami. Istnieje Stowarzyszenie Pielęgniarek i Położnych, zrzeszające osoby na kontraktach i, co ciekawe, było ono interesująco rozgrywane w 2011 r., gdy w sejmie prowadzono głosowanie na temat pakietu ustaw zdrowotnych i w jednej z nich zapisano swobodę zawierania formy kontraktu. Pielęgniarki protestowały, okupowały galerię sejmową. I wtedy przyjechały pielęgniarki kontraktowe, które powiedziały, że one są bardzo zadowolone z warunków zatrudnienia. No, ale one są tak samo zadowolone, jak zadowoleni są samozatrudnieni w Polsce: ta forma zatrudnienia pozbawiona jest regulacji dotyczących czasu pracy, brak też zabezpieczenia na przyszłość. Można też być zadowolonym tylko przez pierwsze dwa lata, gdy płaci się niższy ZUS. Ale wracając do pytania – nie ma tu możliwości strajku, co jest bardzo niepokojące, bo to osoby, którym przydałaby się zbiorowa reprezentacja, a jej nie mają. Tu można przejść do innego tematu, czyli wyroku Sądu Najwyższego, który w czerwcu 2015 r. ogłosił, że każdy, niezależnie od formy kontraktu, powinien mieć prawo do zrzeszania się, ale długa jeszcze do tego droga, bo wymaga to zmian legislacyjnych.

Jeśli chodzi o pielęgniarki kontraktowe – czy istnieje szansa, by zawiązały coś na kształt Porozumienia Zielonogórskiego i upominały się o swoje prawa?

J. K.: Już istnieje coś takiego, wspomniane Stowarzyszenie Pielęgniarek i Położnych. Nie jest ono jednak w stanie wywrzeć wpływu na rządzących. Raz, że ich organizacja nie jest jeszcze tak duża. Dwa, że nie pomaga obecne umocowanie prawne – bo na jakiej podstawie pracodawcy mieliby czy musieliby z nimi rozmawiać?

Może mogłyby stworzyć coś w rodzaju korporacji zawodowej, która negocjowałaby warunki zatrudnienia na kontraktach?

J. K.: Na zdrowy rozum tak właśnie powinno to wyglądać. Ale nawet związek zawodowy nie jest w stanie tego robić. Polski system ochrony zdrowia jest bardzo zdecentralizowany. Nie ma tutaj branżowego układu zbiorowego – zdarzają się międzyzakładowe. W przypadku pielęgniarek kontraktowych są to już tylko indywidualnie zawiązywane umowy. To, o czym Pan mówi, mogłoby być odpowiednikiem układu zbiorowego – ale skoro nie ma takich układów i skoro to nie działa tam, gdzie jest kodeks pracy i gdzie może obowiązywać ustawa o układach zbiorowych, to dlaczego miałoby działać w przypadku osób, które są na kontraktach? Jeśli nie działa coś bardzo podstawowego, to coś „ekstra” tym bardziej nie będzie działało. Jest tak – i to jest najciekawszy, ale też najbardziej wstrząsający paradoks – że pracodawcy powinni już od bardzo dawna starać się o pielęgniarki. Przecież na tym wygrywają lekarze, że jest ich za mało, szczególnie pewnych specjalizacji, i ci, którzy mają tę rzadką specjalizację, posiadają bardzo mocną kartę przetargową. W przypadku pielęgniarek w ogóle to nie działa i to jest właśnie najciekawsze – że jest ich za mało, ale nie nadszedł jeszcze moment, gdy ich skąpa liczebność zaczyna się przekładać na ich mocną pozycję przetargową.

Dlaczego tak jest?

J. K.: Trochę myśli się, że „dopóki się coś bardzo nie rypnie, to róbmy tak, jak robiliśmy do tej pory”. Drugi powód to fakt, że pielęgniarki są od wielu lat przyzwyczajone, by pracować w kilku miejscach równocześnie. System ochrony zdrowia przyzwyczaił się do łatania dziur pielęgniarkami: na cząstkowych etatach, na umowach zlecenie. Samozatrudnienie jest sztucznie pompowanym balonem zwiększenia zatrudnienia, bo nie liczy się przy nim wymiaru czasu pracy, nie ma limitów. Można taką pielęgniarkę zatrudnić na 300 godzin w miesiącu w jednym szpitalu, i ona tam po prostu będzie. W papierach szpitala będzie się zgadzało, że jest pielęgniarka, a to, jakiej jakości ona świadczy usługę, nie jest priorytetem. Lekarze także pracują w zbyt wielu miejscach na raz, weźmy choćby przykład anestezjologa, który umarł z przepracowania, bo pracował kilkadziesiąt godzin bez przerwy. W przypadku lekarzy jednak NFZ nadal wymaga tzw. minimalnego zatrudnienia, czyli muszą być zatrudnieni na kontraktach lekarze takiej, takiej i takiej specjalizacji. W przypadku pielęgniarek tego dolnego limitu nie ma, choć walczą, by się to zmieniło. Nie ma instytucjonalnego nacisku na szpitale, aby dostarczały opieki pielęgniarskiej dobrej jakości. Można „robić” tymi pielęgniarkami, które już są i jeszcze dokładać im godzin. A ponieważ tak kiepsko zarabiają, to zawsze chętnie wezmą nadgodziny i dodatkowe zlecenia.

Zastanawiam się, czy takie lekceważące podejście do pielęgniarek nie wynika ze sfeminizowania tego zawodu.

J. K.: Na pewno. Przecina się tu kilka rzeczy – raz, że istnieje właśnie sfeminizowanie, dwa, że jest to opieka, która jest przeniesieniem domowej, prywatnej relacji do świata zawodowego. Oznaką tego jest choćby to „siostrowanie”, od którego w innych krajach już się odeszło – mówi się po prostu „pielęgniarki”, a nie „siostry”. Występuje tu dyskryminacja ze względu na „ukobiecenie”, czyli skojarzenie z kobiecością, ze sferą prywatną, tak jakby opieka nie była czymś wyuczonym, lecz jej umiejętność brała się z samego faktu bycia kobietą.

Pracowałem kiedyś w służbie zdrowia jako tzw. średni personel medyczny i mam wrażenie, że do dziś pielęgniarki są traktowane jako pomoc dla lekarza, tak jakby ustawodawca, NFZ czy sami lekarze nie zauważyli, że przez te kilkanaście lat wiele się zmieniło. Wszystkie pielęgniarki obecnie mają wyższe wykształcenie. W wielu krajach to właśnie one wykonują czynności zastrzeżone w Polsce dla lekarzy.

J. K.: Tak, podobnie jest z położnymi – zakres ich obowiązków jest w innych krajach szerszy, np. prowadzą ciąże i pacjentki nie muszą wciąż chodzić do lekarza. Jeśli spojrzymy na zalecenia w dziedzinie zarządzania w służbie zdrowia, to są one takie, żeby iść w stronę zespołów terapeutycznych, czyli w stronę pracy zespołowej. Szpital jest ciekawym przypadkiem – istnieją tam bardzo duże różnice statusu między na przykład osobą sprzątającą a ordynatorem, a jednocześnie nikt nie może pracować bez innych osób. Wszyscy muszą pracować razem, żeby ta praca miała sens. Wydaje mi się, że niewiele jest miejsc pracy, gdzie istnieje taka bezpośrednia zależność jednych od drugich. I w tym duchu zaleca się, by traktować pracę szpitala jako pracę zespołową, przy wykonywaniu której każdy jest traktowany podmiotowo, bo każdy ma swój wkład w to, by doprowadzić pacjentów do zdrowia. W Polsce panują natomiast stosunki trochę feudalne, które nie mają odzwierciedlenia w prawie czy w ustawie o zawodzie, bo pielęgniarka i położna to samodzielne zawody. W socjologii pracy istnieje podział na grupy profesjonalne i półprofesjonalne. I ta grupa półprofesjonalna właściwie niczym się nie różni od profesjonalnej – a wyszczególnione są tam wykształcenie, standardy, wartości, wiedza naukowa, wiedza zawodowa – oprócz pewnego stopnia zależności. Lekarze są więc niezależni, a pielęgniarki zawsze przyjmują polecenia i je wykonują. W Polsce przekłada się to na ogromną dysproporcję, a przecież można byłoby o tym myśleć właśnie w kategoriach współpracy, a nie zależności, szczególnie jeśli pojedziemy do innego kraju i zobaczymy, że tam pielęgniarki mają większe pole manewru. Zmiany też wprowadzamy od niewłaściwej strony. Teraz np. pielęgniarki mogą wypisywać recepty. Ma to rozładować kolejki do lekarzy. Pomysł sam w sobie nie jest zły, prawda? Ma to iść w kierunku tego, jak jest w innych krajach – czyli z poważną chorobą idzie się do lekarza, a z przeziębieniem lub po receptę do pielęgniarki. Pielęgniarek jednak jest w Polsce za mało i już zbyt intensywnie pracują. Dołożenie im obowiązków i większej odpowiedzialności bez jednoczesnego znacznego zwiększenia płacy jest zatem postawieniem sprawy na głowie.

Jak dzisiaj wyglądają warunki pracy pielęgniarek? Czy coś zmienia się na lepsze czy jest to cały czas równia pochyła?

J. K.: O ile w szpitalach wiele się zmienia na lepsze, jeśli chodzi o wyposażenie, to niewiele inwestuje się w technologie, które wspierają pracę pielęgniarek: maszyny, podnośniki, które pomagają w obracaniu pacjentów, przenoszeniu ich, które sprawiałyby, że ta praca byłaby trochę mniej obciążająca fizycznie. Pamiętam jednak, że jedna z pielęgniarek mówiła mi, że była jakiś czas temu na wizycie studyjnej w Niemczech i zwiedzała kilka szpitali, i że właściwie, jeśli chodzi o poziom wyposażenia, wszystko jest u nich podobnie, tylko proporcje liczby pielęgniarek i lekarzy do liczby pacjentów są zdecydowanie inne. To cały czas ten sam wątek, o którym rozmawiamy od początku – jest ich po prostu za mało, a jeśli jest ich za mało, a pracy jest tyle samo, ile było, to po prostu są nią przeciążone. Poza tym pracują też na dodatkowe etaty, by dorobić do pensji. Mamy więc przepracowane pielęgniarki, które – bada to raz na jakiś czas związek – mają często różne choroby zawodowe, które jednak nie są traktowane jako zawodowe.

Wróćmy do warunków płacowych. Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy między innymi na fali obietnic socjalnych i obietnic porozumienia ze związkami zawodowymi. To sytuacja świeża, jednak czy widoczna jest jakaś różnica w sposobie rozwiązywania sporów obecnie i za poprzednich rządów?

J. K.: Kontakty i stosunki pielęgniarek i położnych z kolejnymi rządami można podsumować hasłem z Manify: „Każda ekipa – ta sama lipa”. One przerobiły w ciągu dwudziestu paru lat rządy wszystkich partii i wszelkie opozycje, i moim zdaniem poziom zaufania do jakiejkolwiek partii i jakiegokolwiek ministra zdrowia jest wśród nich bardzo niski. Mają do tego bardzo ostrożne podejście, wiedzą, że opozycja może bardzo łatwo zbić na pielęgniarkach kapitał polityczny, a potem wcale nie jest skora do realizacji postanowień i uzgodnień. Było to bardzo widoczne w Białym Miasteczku w 2007 r., kiedy przyszła tam Ewa Kopacz, który była wtedy posłanką, a potem została ministrem zdrowia i nie poprawiła wcale sytuacji pielęgniarek. Potem był Arłukowicz i za jego kadencji pielęgniarki próbowały ustanowić minimalną obsadę na oddziałach, czyli podpisać regulację ustanawiającą, ile minimalnie musi być tam pielęgniarek, rozmowy trwały i trwały, a efekt końcowy przedstawiony przez ministerstwo był taki, że rozwiązano wszystko oprócz tego zasadniczego problemu. Zrobiono to na zasadzie kruczków, nawet nie wiem, jak to nazwać – wszystko wygląda dobrze na papierze, dopóki się nie wczytać w szczegóły, bo wtedy okazuje się, że właściwie niewiele się zmieniło. Później był minister Zembala, który nie zaczął szczęśliwie, bo rozpoczął się strajk w Wyszkowie, pielęgniarki odeszły od łóżek, a on to bardzo ostro skrytykował. Potem jednak podpisał porozumienie o podwyżkach, ale nie zdążył tego porządnie wypracować, bo zmienił się rząd i teraz nie ma żadnego klarownego rozwiązania.

Trochę już mówiliśmy o tym, że jest to zawód, który się starzeje. Pielęgniarek ubywa, młode dziewczyny, które kończą studia, zazwyczaj wyjeżdżają za granicę. Czy są już jakieś pierwsze ruchy, znaki, które oznaczałyby próby zmiany status quo w tej dziedzinie? Nie chodzi tylko o podniesienie pensji, bo to nie rozwiązałoby problemu. Co jeszcze trzeba by zrobić?

J. K.: Rozmowy o podwyżkach to pierwszy krok: to, że uznano „tak, rzeczywiście za mało zarabiają”. Ale to nie są duże podwyżki. W porównaniu ze słynnymi zarobkami lekarzy, jest to niewiele. Konieczne byłyby zmiany dotyczące minimalnej obsady – musi być instytucjonalne rozwiązanie, które wywoła nagłą reakcję: szpitale zaczną poszukiwać pielęgniarek w pełnym wymiarze godzin, żeby mieć tę obsadę na przynajmniej minimalnym poziomie. Teraz mamy przecież do czynienia z przypadkami jak z XIX wieku: jedna pielęgniarka na trzydziestu pacjentów. Muszą być wyższe zarobki i musi być minimalna obsada, która sprawi, że intensywność pracy będzie mniejsza. To też odstrasza młode pielęgniarki, które przychodzą do pracy i orientują się, że za niewielkie pieniądze odpowiedzialność jest kolosalna a obciążenie pracą bardzo duże. Jest też wiele obowiązków administracyjnych, dużo papierkowej roboty. Wydaje mi się, że na razie w ogóle nie funkcjonuje myślenie o tym, jak zachęcić młodych ludzi, kobiety i mężczyzn, żeby zostawali pielęgniarkami i pielęgniarzami, i pozostali w Polsce. Czasem myśli się trochę z perspektywy pacjentów, czasem z perspektywy potrzeb szpitali, które mają „krótkie kołdry budżetowe”, ale nikt nie mówi: „zróbmy z tego zawodu coś naprawdę ekstra”.

Warto zwrócić uwagę także na to, że społeczeństwo się starzeje i praca pielęgniarek będzie coraz bardziej potrzebna.

J. K.: Są dwie sprawy związane ze starzeniem się społeczeństwa. Jedna to fakt, że wzrasta potrzeba regularnej opieki oraz podejścia profilaktycznego, które oznacza, że pielęgniarka powinna być obecna w życiu pacjentów, bo wszyscy będziemy żyli dłużej. Ale same pielęgniarki też się starzeją, co oznacza, że, patrząc na to z perspektywy zarządzania zasobami ludzkimi, należy zmienić sposób myślenia. Jaką pracę przydzielimy pielęgniarkom, które mają 59 czy 62 lata i będą nadal pracować?

To praca mocno obciążająca fizycznie, a jednocześnie w tym momencie obowiązuje podniesiony wiek emerytalny. Jak sobie radzą w szpitalach bardziej wiekowe pielęgniarki?

J. K.: Nie ma jeszcze 67-letnich pielęgniarek, ta reforma jeszcze ich nie obejmuje. Ale jeśli spojrzymy na to, co dzieje się w innych krajach europejskich – wyższy wiek emerytalny plus starzenie się społeczeństw – to okaże się, że nie jest to tylko nasza specjalność. Istnieją zalecenia Międzynarodowej Rady Pielęgniarek i Położnych, które mówią – trzeba to powiedzieć jasno – że starsza pielęgniarka nie jest w stanie wykonywać pracy obciążającej fizycznie, ale jest to jednocześnie zawód, w którym liczy się doświadczenie. Starsze pielęgniarki są bardzo cenne z punktu widzenia pacjentów i szpitali, ponieważ mają wieloletnie doświadczenie w radzeniu sobie z różnymi sytuacjami, rozmawianiu z pacjentami, wiedzą, co dobrze działa, a co słabiej, jak wykonywać opiekę pielęgniarską. Wszystkie zalecenia idą w tę stronę, żeby umieszczać je w zespołach, by mogły się dzielić wiedzą, być mentorkami, a odciążyć je od pracy fizycznej. Wprowadza się też różne technologie, które odciążają od pracy fizycznej. Ale to są trochę pobożne życzenia, bo to wszystko wymaga bardzo świadomego podejścia do zarządzania, a biorąc pod uwagę to, że polskie pielęgniarki pracują zwykle więcej niż na jeden etat i są traktowane niezbyt dobrze przez swoich kolegów-lekarzy, to o czym w ogóle mówimy? Międzynarodowe zalecenia dotyczą zarządzania zasobami ludzkimi na bardzo wyrafinowanym poziomie, a u nas wciąż panuje kultura folwarczna.

Jak wygląda uzwiązkowienie pielęgniarek i położnych? Jaka jest różnica pomiędzy placówkami publicznymi a komercyjnymi?

J. K.: W sektorze publicznym uzwiązkowienie jest relatywnie wysokie, natomiast w sektorze prywatnym jest z tym bardzo kiepsko. Po pierwsze jest tam więcej niestandardowych umów, które nie są już umowami o pracę, poza tym – są przekształcenia, np. szpitale są wykupywane czy odzyskiwane np. przez zakony i przekształcane w placówki świadczące opiekę zdrowotną. Słyszałam historie o podkładaniu do podpisania oświadczeń, że nie będzie związku zawodowego. Mam koleżankę, która chciała prowadzić badania nad pielęgniarkami w prywatnych placówkach w województwie lubuskim i nie była w stanie znaleźć ani jednej osoby do wywiadu. Zastanawiałyśmy się razem, jaką strategię przyjąć, by przekonać te osoby, aby chciały opowiedzieć o warunkach pracy, i nic nie zadziałało. Z moich doświadczeń badawczych wynika, że w sektorze publicznym znalezienie osoby, która chciałaby udzielić wywiadu nie stanowi dużego problemu, ale w sektorze prywatnym poziom strachu i obaw o utratę pracy jest tak wysoki, że po prostu żadna pielęgniarka nie chciała z nią rozmawiać.

Pracowałem w przychodni na przełomie poprzedniego i obecnego wieku, i wtedy, mam wrażenie, nastąpił najbardziej dynamiczny rozwój placówek prywatnych. I normą było to, że jeśli gdzieś w okolicy powstawała prywatna przychodnia, to podkupywała pielęgniarki, zwłaszcza te najpopularniejsze wśród pacjentów. Zastanawiam się, jak wyglądają zarobki pielęgniarek w sektorach publicznym i niepublicznym.

J. K.: W samym sektorze publicznym zróżnicowanie jest bardzo duże, w zależności od typu placówki i źródła finansowania. Różnice między szpitalami klinicznymi a powiatowymi są spore. W sektorze prywatnym natomiast zależy to od formy zatrudnienia – można mieć trochę wyższy kontrakt, ale być na samozatrudnieniu, więc tu należy się zastanowić, ile zostaje „na rękę” po odliczeniu kosztów ubezpieczenia, księgowej, samodzielnego odkładania na emeryturę itd. Wiele zależy od tego, jak wygląda lokalny rynek pracy i czy pracodawca ma jakąś konkurencję czy nie, czy pielęgniarki mają jakąś alternatywę, która wzmacnia ich pozycję.

Kontraktowanie pielęgniarek to więc spełnienie snu Korwina o tym, by każdy pracownik indywidualnie dogadywał się z pracodawcą.

J. K.: Ten scenariusz jest wytworem systemu, biorąc pod uwagę to, jak niewiele jest układów zbiorowych. Negocjuje się więc zarobki indywidualnie, są widełki. To ciekawe, bo mimo że szpitale to placówki publiczne, to nie podaje się tam siatki wynagrodzeń: ile się zarabia, do jakiej kwoty chce się i można dojść. Jest to zakorzenione w praktykach polskiego rynku pracy, gdzie w ogłoszeniach o pracę nie podaje się zarobków. Samozatrudnienie w szpitalach to w ogóle polska specjalność – takich rozwiązań nie ma w innych krajach. O ile na początku przynajmniej warunki kontraktów wydawały się nieco lepsze od warunków zatrudnienia na etacie, o tyle gdy szukałam jakiś czas temu informacji o tym, jak lokalnie wyglądają oferty dla pielęgniarek kontraktowych, zauważyłam, że te stawki malały. Kontraktowanie tak się upowszechniło, że zniknęła presja na pracodawców, by musieli oferować coś nieco lepszego, aby przekonać pielęgniarki do pracy na kontraktach, a nie na etatach. Teraz to już jest nowa norma, więc nie trzeba się aż tak starać.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiali Konrad Malec i Magda Komuda
styczeń-luty 2016 r.

Minimalna granica przyzwoitości

Minimalna granica przyzwoitości

Uchwalenie godzinowej stawki minimalnej dla umów zleceń zbliża się coraz większymi krokami i wiele wskazuje na to, że jeszcze w drugiej połowie bieżącego roku to rozwiązanie, które w polskich warunkach powinno być po prostu oczywistą koniecznością, w końcu się urzeczywistni. Wiele mówi o prawdziwym stanie polskiego rynku pracy fakt, że przepis, który ma jedynie zapewnić przestrzeganie prawa w zakresie minimalnego wynagrodzenia, może rzekomo doprowadzić do likwidacji miejsc pracy na wielką skalę. We wszystkich innych dziedzinach życia kogoś, kto użala się nad faktem, że nie będzie mógł już swobodnie łamać prawa, nazwalibyśmy co najmniej hipokrytą, jednak zasada ta dziwnym trafem nie obejmuje ekonomii. W debacie o gospodarce argumenty wysuwane przez podmioty regularnie łamiące przepisy zawsze były traktowane jako warte rozważenia, nawet jeśli w innych okolicznościach podobne tezy uznalibyśmy za ordynarny szantaż. Jako że kijem biegu Wisły nie odwrócę, zagram przez moment na tych wątpliwych warunkach.

Trzeba na początek ustalić jedno – wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej dla umów cywilnoprawnych nie jest jakąś łaską dla pracowników, lecz rozwiązaniem, które ma umożliwić realne funkcjonowanie przepisów od dawna już formalnie istniejących. Płaca minimalna w Polsce oficjalnie jest w miarę przyzwoita (jak na polskie bieda-warunki oczywiście). W roku 2015 wynosiła 1750 zł brutto, a przeciętne wynagrodzenie według GUS wyniosło 4121 zł, tak więc stanowiła ona ok. 42 procent średniej krajowej. W większości krajów europejskich, które wprowadziły ogólnokrajową płace minimalną (a tych jest 22), wskaźnik ten mieści się w przedziale 40-45 proc., więc nie odbiegamy tu od normy. Problem w tym, że w Polsce takie rozwiązanie to w dużej mierze fikcja. Pracodawcy, dzięki szerokim możliwościom nadużywania umów cywilnoprawnych, bez zażenowania oferują umowy zlecenie z taką godzinową stawką za pracę, która w żaden sposób nie koresponduje z oficjalną płacą minimalną. Godzinowa stawka minimalna wynikająca z przepisów o minimalnym wynagrodzeniu, która obowiązuje umowy kodeksowe, w przeliczeniu w 2015 r. wynosiła ok. 10 zł brutto, tymczasem w niektórych branżach (ochroniarstwo, firmy sprzątające) takie wynagrodzenie jawi się niczym niedościgłe marzenie – królują tam stawki kilkuzłotowe.

I właśnie m.in. dlatego jesteśmy w ścisłej unijnej czołówce, jeśli chodzi o odsetek pracowników zarabiających nie więcej niż wynosi pensja minimalna. Stanowią oni w Polsce aż około 10 proc. zatrudnionych, co jest piątym wynikiem w UE. Bez porównania mniej jest ich chociażby na Słowacji czy Węgrzech (po 4 proc.) czy nawet w Bułgarii (3 proc.). W Polsce ten wskaźnik jest tak „napompowany”, ponieważ poza osobami zarabiającymi pensję minimalną istnieje jeszcze spory segment rynku pracy wynagradzany poniżej jej poziomu.

Oczywiście istnienie takiego „triku” umożliwiającego swobodne płacenie głodowych stawek na umowach zlecenie, bez oglądania się na jakieś fanaberie w rodzaju przepisów o wynagrodzeniu minimalnym, musiało skończyć się eksplozją uśmieciowionego zatrudnienia. I właśnie dlatego jesteśmy już niemal światowym hegemonem w kategorii umów czasowych, na których, według najnowszego raportu OECD „Employment Outlook 2015”, pracuje 28,4 proc. polskich zatrudnionych. Co więcej, szybko gonimy Chile, które co prawda wciąż jest pierwsze (29,2 proc.), ale w kraju, gdzie reżimu elastyczności uczył sam generał Pinochet, ten wskaźnik regularnie co rok spada, natomiast nad Wisłą rośnie. O ile te akurat dane są dość dobrze znane i często w Polsce omawiane, to z niezrozumiałych powodów rzadko się u nas mówi o danych dotyczących pracujących zagrożonych ubóstwem, których jest tu zdecydowanie najwięcej w regionie. Jest to oczywiście bezpośrednim wynikiem umożliwienia płacenia im głodowych stawek. Pracownicy, którzy są zagrożeni ubóstwem, stanowią w Polsce aż 10,6 proc. ogółu zatrudnionych, tymczasem w Czechach jest ich zaledwie 3,6 proc., na Słowacji 5,7 proc., na Węgrzech 6,4 proc., a w Bułgarii 9,2 proc. W Europie wyprzedzają nas pod tym względem w zasadzie jedynie ciężko przechodzące kryzys kraje południa Europy (Portugalia 10,7 proc., Hiszpania 12,5, Grecja 13,4, ale już nie Chorwacja – 5,7 proc.) oraz Rumunia (19,6 proc.). W zdecydowanej większości krajów UE ten wskaźnik jest jednocyfrowy, jednak my do tej większości nie należymy. Niestety w wyniku masowego omijania przepisów o płacy minimalnej Polska stała się krajem, w którym praca nie chroni przed ubóstwem.

Ile mają wspólnego z prawdą ostrzeżenia, że wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej spowoduje eksplozję bezrobocia dobrze pokazuje przykład Niemiec, które w 2015 r. wprowadziły ją w całej federacji w kwocie 8,5 euro za godzinę. Była to nad Renem bez mała rewolucja, gdyż do tej pory nie funkcjonowała tam ogólnokrajowa płaca minimalna, tymczasem wprowadzono ją od razu na wysokim poziomie. W przeliczeniu na miesięczne zarobki płaca ta wynosiła w Niemczech 1473 euro, co przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej oznaczało, że jest ona w Niemczech drugą najwyższą w UE, po Luksemburgu (bez uwzględnienia siły nabywczej piątą najwyższą). Mimo to nie nastąpił wróżony przez ekspertów wzrost bezrobocia – wręcz przeciwnie, spadło ono o pół punktu procentowego. Pod koniec 2014 r. wynosiło 5 proc., a pod koniec 2015 r., czyli po roku obowiązywania nowych przepisów, wyniosło 4,5 proc., co oznacza, że obecnie niemieckie bezrobocie jest… najniższe w UE.

Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, że jakaś część najniżej wynagradzanych miejsc pracy może zniknąć w wyniku wprowadzenia godzinowej płacy minimalnej dla umów zleceń. Jednak te „bieda-prace” i tak są w istocie jedynie formą ukrytego bezrobocia, gdyż ubodzy pracujący, których jak widać jest w Polsce zdecydowanie najwięcej w regionie, muszą dodatkowo korzystać ze wsparcia chociażby pomocy społecznej. Zatem do tych najniżej wynagradzanych miejsc pracy, z których korzyści czerpią niektórzy pracodawcy, musimy dopłacać my wszyscy. Wszyscy zrzucamy się na pomoc socjalną dla ubogich pracujących, zapewniamy im opiekę zdrowotną, na którą sami nie mogą się składać lub składają się na nią jedynie w minimalnym wymiarze, a gdy przejdą na emeryturę znów będziemy ich wspierać transferami, gdyż pracując za głodowe stawki nie będą w stanie odłożyć składek wystarczających na godziwą emeryturę. Tymczasem zyski z tego, że można w Polsce całkowicie legalnie zatrudniać ludzi za kilka złotych na godzinę, powędrują do kieszeni poszczególnych cwaniaczków, którzy jeszcze w towarzystwie czy debacie publicznej uchodzić będą za wielkich przedsiębiorców, niemal w pojedynkę tworzących nasz mityczny PKB.

Trzeba w końcu jasno i wyraźnie powiedzieć, że „biznesmeni” oferujący „miejsca pracy” za 6 zł na godzinę bezczelnie żerują na całym społeczeństwie, a więc nie są żadnymi bohaterami kapitalizmu. Firmy, które mogłaby zarżnąć godzinowa stawka minimalna wysokości proponowanych przez rząd 12 złotych, nigdy nie powinny powstać, gdyż nie stanowią żadnej wartości dodanej dla polskiej gospodarki. Miejsca pracy, które oferują, to żadne miejsca pracy, bo wszyscy do nich dopłacamy. Zdrowszą już sytuacją będzie, gdy ci „przedsiębiorcy” przestaną udawać, że zatrudniają i płacą, państwo przestanie udawać, że bezrobocie jest niskie, a ci wszyscy biedni ludzie, którzy tracą nawet i po kilkanaście godzin dziennie ofiarowując swoją energię za bezcen, oficjalnie przejdą na jakiś czas na garnuszek państwa i skupią się na podwyższaniu swoich kwalifikacji oraz szukaniu lepszej pracy. Bo po 12 godzinach pracy w ochronie człowiek raczej nie ma już sił próbować popchnąć swoją karierę zawodową do przodu i może z tego powodu utknąć w takiej „bieda-pracy” na lata.

Dobrze o tym wiedzą ci, którzy korzystają z tej niemal darmowej pracy. Wartość dodaną dla Polski stanowią bez wątpienia firmy, które potrafią uzyskiwać niezłą rentowność dzięki oferowaniu unikalnych produktów, posiadaniu dobrego pomysłu na biznes czy konkurowaniu efektywną organizacją pracy. Firmy, które rentowność uzyskują dzięki temu, że mają do dyspozycji prawie darmową siłę roboczą, nie stanowią żadnej wartości i powinny upaść jak najszybciej, gdyż jedynie zaśmiecają rynek – stanowią nieuczciwą konkurencję wobec tych, którzy niekoniecznie chcą robić biznes na wyzysku, a także powodują obniżenie rynkowych stawek oraz zniekształcanie oficjalnych statystyk rynku pracy.

Jednak oczywiste jest, że zdecydowana większość miejsc pracy wycenianych poniżej pensji minimalnej przetrwa. Przecież niemożliwe jest, by różne podmioty nagle zrezygnowały z usług firm ochroniarskich czy sprzątających, a niektóre hipermarkety z kasjerek. Po prostu nie będą miały innego wyjścia, niż w końcu zapłacić swoim ludziom przyzwoicie. Trzeba będzie się pogodzić z faktem, że za niektóre produkty i usługi będziemy musieli zapłacić więcej, ale zrekompensuje nam to fakt, że zwiększymy dynamikę gospodarczą dzięki włączeniu w życie gospodarcze wielu osób, do tej pory z niego wykluczonych. Część ludzi na pewien czas straci pracę, która i tak nie była specjalnie wartościowa, za to dużo więcej osób dostanie wyższe pensje, dzięki czemu sytuacja na rynku pracy się polepszy, na czym ostatecznie skorzystają także ci pierwsi. No bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, że ci wątpliwej jakości pracodawcy pozwalniają wszystkie sprzątaczki i wszystkich ochroniarzy i sami chwycą za mopy albo staną w stróżówkach.

Gdy wolny rynek robi sobie wolne

To było latem. Wioska po polskiej stronie, przy granicy ze Słowacją. Niedziela, lato, góry i górale. Przystanek busów, bez wiaty, ale z tablicą kursów. Na rozkładzie wywieszka kilku przewoźników. Sprawdziłem wcześniej – coś będzie jechało do Nowego Targu. Zdejmuję plecak, czekam. Trochę drepczę w miejscu. Zapalam papierosa, czekam. Przechodzą góralki w strojach ludowych, w dresach znaczy. Patrzę na góralki, czekam. Biegnie pies. A może to był kot. (W każdym razie coś biegło, z całą pewnością – biegł czas, czasokot taki, albo czasopies, ten pierwszy biegnie ciszej, ten drugi głośniej. Ten mój biegł coraz głośniej, bo busa nie było). Patrzę na zegarek, czekam. Patrzę w kierunku Tatr – z miejsca, gdzie stoję, dziwnym trafem nie zasłania ich żadna szmata reklamowa, góry nade mną jak niebo, niebo nade mną jak góry, robię się refleksyjny, ale bardziej jednak czekam. Jest już po czasie. Nic nie jedzie. Znów przechodzą góralki – tym razem w drugą stronę, znaczy wracają ze sklepu. Owszem, w niedzielę też czynny, jak Pan Bóg przykazał. Młody góral jedzie na rowerze. Ba, chyba nawet na ostrym kole, bo kilka metrów ode mnie źle wchodzi w zakręt, z górki na pazurki, i upada. Ale z upadku się podnosi – bardzo to ludzkie. Czas płynie, busa nie ma. Baba z wozu, koniom lżej. Przepraszam, chciałem napisać, że baba z wozu wysiada. Dużego wozu, to chyba SUV. Za kierownicą chłop. Patrzy na mnie wzrokiem ludu. Czuję się winny, gdy lud tak na mnie dziwnie patrzy, patrzy podejrzliwie – jesteś dłużnikiem, wielkim dłużnikiem ludu pracującego. Ale zasadniczo wciąż czekam, a czasopies biegnie i głośno już ujada. Wyciągam telefon. Chmury niebem emigrują na Słowację.

Jako się rzekło – czas płynie, busa nie ma, wyciągam telefon. Dzwonię do przewoźnika (numer widnieje na rozkładzie), że miał być bus do Nowego Targu. Przewoźnik mówi, że miał być, ale żebym zadzwonił do jego brata, brata jego rodzonego, że czemu nie ma. Co robić, zapisuję telefon do brata. Dzwonię, że czemu nie ma. Brat przewoźnika jest wyraźnie obrażony, że dzwonię. Pyta, skąd mam telefon. Grzecznie odpowiadam, że od brata jego rodzonego. To go nie wzrusza. Może się nie lubią, może się kiedyś ciupagami, hej, za owiecki, za barany. Kursu nie będzie. Klient nasz pan, ale kursu dziś nie będzie. Jestem zasadniczo wku…ny. Cóż, takimi będą drogi wasze. Stoję na przystanku. Chmury nadal emigrują, za chlebem, panie, za chlebem.

Stoję. Wedle rozkładu nic już nie pojedzie w czasie, w którym oczekiwanie nosiłoby chociaż pozór racjonalności. Drepczę w miejscu. Szczęśliwie mogę otworzyć furtkę, zza której przyszedłem, nie wyrzucą mnie. A jednak chciałbym jechać, żeby później jechać jeszcze dalej. Nie mam samochodu, Polak naprawdę gorszego sortu, człowiek nieodpowiedzialny, jak powiadają ostatnio w mediach prawicy miłującej ojczyznę i motoryzację. Zresztą, dlaczego miałbym jechać w góry samochodem, dokładać górom jeszcze więcej spalin i hałasu? Przepraszam, głupio pytam.

Stoję dalej. Właściwie trochę magicznie – skoro stoję, to coś przyjechać musi. Ale w gruncie rzeczy wszystko jedno, gdzie obmyślę, co czynić, więc stoję tu, tu, tu, tu. I wtedy, gdy czas już naprawdę dawno uciekł daleko, jak wiejski Burek zerwany z łańcucha, nadjeżdża bus. Okazuje się, że to inny bus, że nie do Nowego Targu, ale do Zakopanego, że przez Czarną Górę, Bukowinę Tatrzańską i Poronin. Macie wy odwagę Lenina? Mam, niech będzie, że przez Poronin. Wsiadam, kupuję bilet. Mówię kierowcy, że nie ma tego kursu na rozkładzie. On inkasuje pieniądze, potakuje mi głową zdawkowo, nie dziwi się, że kursu nie ma na rozkładzie, ja też się właściwie nie dziwię, ale się cieszę. Gdyż wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że czekam nadaremno, a wiara moja, mniejsza niż ziarnko gorczycy, busa mi przecież przyniosła. Moja Polska – czysta wiara i busy, które w planie są, a ich nie było. I te, których w planie nie było, a są! Oto wielka tajemnica polskości: jak lekko to wszystko jest przyszyte do rzeczywistości i jak ładnie łopocze chorągiewkami na wietrze… w którą stronę powieje.

A w Zakopanem wysiadam przy dworcu PKS, idę na cmentarz na Pęksowym Brzyzku. Wita mnie niezmiennie czarna tablica z wyrytymi literami: Ojczyzna to ziemia i groby. Narody, które tracą pamięć, tracą życie. Ściągam plecak, patrzę na w drewnie rzezane litery, zgadzam się co do joty, ale myślę kąśliwie, że ojczyzna to też sprawna infrastruktura publiczna, jakaś elementarna niebylejakość rzeczywistości w jej strukturach społecznych i materialnych. Ale wiem, że jestem tu, tu, tu, tu, więc kończę z tym lewackim malkontenctwem, zakładam plecak i wchodzę na cmentarz, na którym Zakopane przypomina jeszcze coś cennego, prawdziwego, zżytego z ziemią, krajobrazami, historią i kulturą. Przegniłe kości są prawdziwsze od miśka w markowych sportowych ciuchach i obuwiu, ciężko drepczącego przez Krupówki z wielkim hamburgerem w dłoni. Później idę na autobus. Jest tłoczno wewnątrz i tłoczno na drodze do Krakowa, bo pokolenie wychowane na Starym Dobrym Małżeństwie dobrze wie, że skoro dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba, to i do Zakopanego da się jakoś wcisnąć na czterech kołach naszych powszednich.

Przypomniało mi się to zdarzenie, gdy niedawno przeczytałem informację o turystach w Zakopanem, którzy zadzwonili na policję i dobijali się do TOPR, gdyż „utknęli” na asfaltowej drodze do Morskiego Oka. Zapewne część z państwa zna tę historię, ale pozwolę sobie ją przytoczyć w całości za portalem Polskiego Radia, tak jest pyszna: Zgłoszenie mówiło o kilkudziesięciu osobach, które utknęły na asfaltowej drodze do Morskiego Oka. Turyści schodząc w dół od strony schroniska liczyli, że zostaną zwiezieni w dół fasiągami. Jak powiedział rzecznik zakopiańskiej policji, aspirant Roman Wieczorek, gdy okazało się, że wozów już nie ma, turyści zaalarmowali między innymi policję twierdząc, że są w dramatycznej sytuacji. Zażądali, by ktoś ich zwiózł na dół. Policjant zaznaczył, że turystom nic nie groziło, pomocy udzielono tylko tym, którzy byli z małymi dziećmi. Reszta musiała zejść do Palenicy Białczańskiej na piechotę. […] Turyści, których na drodze z Morskiego Oka w stronę parkingu na Palenicy Białczańskiej zaskoczył brak transportu i zmrok, wykazali się wyjątkową lekkomyślnością.

Jeśli odłożyć anegdotyczny wymiar tego zdarzenia, zobaczymy rzecz arcyinteresującą. Mamy oto kilkudziesięciu turystów i mamy wolny rynek usług góralskich, czyli fasiągi: czterokołowe wozy zaprzęgnięte w konie. Ponieważ górale uwielbiają wartości, ale i dudkami nie pogardzą, te konie czasem padają na asfalcie do Morskiego Oka i wtedy turyści odwracają głowy i udają, że nic nie widzą, żeby sobie nie psuć wrażeń i pięknych widoków, albo cicho szemrają przeciw góralom, jakby nie mieli z tym nic wspólnego, albo jest im wszystko jedno. A w mediach podnosi się okolicznościowy zgiełk, który zwyczajowo zamiera po dniu czy dwóch.

 

Ale nie o tych szkapach konających dla ludzkiej rozrywki i dla ludzkiego zarobku chciałem pisać. Powtórzę – mamy wolny rynek fasiągów, mamy kilkudziesięciu turystów i mamy górali, którym nie chciało się już na tych turystów czekać, więc pojechali sobie do domu. Ta przykra niespodzianka okazała się ponad siły turystów, więc zadzwonili na policję i TOPR. Rynek ich zawiódł, pozostały służby publiczne, które musiały się zaangażować, co właściwie podpada – jako że mieliśmy do czynienia z fałszywym alarmem o zagrożeniu życia – pod prywatyzowanie zysków i upublicznianie strat. Nie wiem, ilu z tych turystów, którzy zostali „na asfalcie”, wyznaje na co dzień lumpenliberalizm (rachunek prawdopodobieństwa podpowiada, że spora ich część), ale w każdym razie musieli szukać ratunku w socjalizmie, gdyż jak w Polsce wiemy, państwo i jego jakiekolwiek struktury publiczne to socjalizm, względnie już neokomuna.

W tej historyjce jest jeszcze jeden smaczek, wynikły z rozziewu między liberalnymi fantasmagoriami a rzeczywistością. Widać wyraźnie napięcie między sloganem „klient nasz pan” (na który lubili się powoływać liberałowie w Polsce jeszcze w latach 90. XX w., wskazując, że to właśnie jest treść kapitalizmu i ona się nam zaraz spełni) a stwierdzeniem, że „rynek ma zawsze rację”. To drugie hasło, zaczynając od realiów kredytowych, a kończąc na fasiągach, które sobie pojechały nie czekając na turystów i ich małe dzieci, okazuje się jednak prawdziwsze. Ktoś przy okazji zapytał w internecie, czemu w Zakopanem nie kursują autobusy miejskie, które – jak to komunikacja publiczna w cywilizowanym świecie ma w zwyczaju – za sprawą regularności/racjonalności kursów mogłyby zapobiegać takim sytuacjom. Ale to pytanie zawisło w próżni. Było zbyt mało, że tak powiem, polskie. Choć, owszem, Zakopane zastanawia się nad zakupem autobusów i lokalną komunikacją publiczną. Być może to jeden z ciekawszych w skali kraju symptomów zmęczenia skutkami realnego liberalizmu i dostrzeżenia, że prywatne bogacenie w żaden sposób nie rozwiązuje wielu problemów o charakterze masowym/publicznym.

Niech ktoś po nas przyjedzie! Jest ciemno! – wołali turyści z asfaltowej drogi do Morskiego Oka. Ale wolny rynek ich nie usłyszał – miał wolne. Usłyszeli ich policja i TOPR. Nie wiem, czy liberałowie coś z tego zrozumieją, nie wiem, czy coś z tego zrozumieli turyści – ale kto ma oczy do patrzenia, niechaj patrzy, jak się kończy w praktyce, w licznych życiowych drobiazgach, ideologia, która tak lubi deprecjonować i niszczyć państwo. A kto ma uszy do słyszenia, niech usłyszy, kto naprawdę pozostaje głuchy na ludzkie wołanie, gdy robi się źle.

Pracowniku, Wielki Brat mówi

Na potrzeby wielkich firm wysyłkowych (jak Amazon) i centrów handlowych robotnicy i robotnice harują w ogromnych magazynach. Ich pracą steruje zdalnie (za pomocą słuchawek) program komputerowy. Jak wygląda codzienna praca w takich magazynach? Jakie są jej polityczne skutki? Rozmawiamy o tym z Davidem Gaborieau, socjologiem pracy, który od 2004 r. przez kilka miesięcy w roku pracuje przy przygotowywaniu zamówień w centrach logistycznych supermarketów; autorem książki „Le nez dans le micro. Répercussions du travail sous commande vocale dans les entrepôts de la grande distribution alimentaire”.

***

Co oznacza „magazyn logistyczny”?

D. G.: Logistyka zajmuje się transportem i magazynowaniem towarów – począwszy od części pozwalających zbudować jakieś urządzenie, po to, co analizuję ja, czyli dostarczanie produktów do supermarketów. Magazyn Carrefoura czy Leclerca to 40-60 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni oraz 200 do 300 osób obsługi. Praca tam coraz częściej trwa 24 godziny na dobę, sześć dni w tygodniu – w niedzielę kierowcy muszą mieć dzień wolny, a zatem magazyn również nie pracuje. W magazynie są trzy rodzaje stanowisk: około 5% to kadra zarządzająca, 20% to operatorzy wózków widłowych, którzy zajmują się załadunkiem i rozładunkiem ciężarówek, a także rozmieszczeniem palet, a pozostałe prawie 75% to osoby odpowiadające za przygotowanie zamówień.

Jak wygląda typowy dzień pracy osoby przygotowującej zamówienia?

D. G.: Wchodzisz przez drzwi, których pilnują strażnicy, zbliżasz kartę magnetyczną do czytnika, przechodzisz między ciężarówkami i w końcu dochodzisz do samego magazynu, gdzie jeszcze raz musisz przyłożyć kartę. Odbierasz słuchawki wyposażone w mikrofon. Włączasz go i logujesz się, podając swój numer zespołu i numer pracownika. Słychać pikanie i sterowanie głosowe zostaje podłączone. Mówi ci: „rozpocznij zadanie”, ty odpowiadasz „OK” – i do dzieła. Do poruszania się po magazynie służy elektryczny wózek, na którym leży twoja paleta – 15 centymetrów nad ziemią. Kobiecy głos w słuchawkach podaje ci numer miejsca pierwszego pakietu, który należy odebrać. Przed paczką, którą masz wziąć, znajduje się tabliczka z kodem zabezpieczającym (code détrompeur), dzięki któremu możesz sprawdzić, czy na pewno dobrze trafiłeś. Podajesz kod przez mikrofon, zatwierdzasz liczbę paczek, ładujesz je, a następnie maszyna podaje ci kolejny numer miejsca, i tak dalej, aż do końca palety. Na tym etapie masz już przed sobą stos o wysokości nawet 1,80 m lub więcej. Oklejasz go plastikową taśmą (czasem za pomocą maszyny), umieszczasz na rampie, skąd będzie załadowany na ciężarówkę, i wracasz po nową paletę. I tak do końca dnia pracy.

Tak to działa we wszystkich magazynach na świecie?

D. G.: Szczególnie wyraźnie widać to w Europie, zwłaszcza we Francji i w Niemczech. W Stanach Zjednoczonych system jest znacznie mniej rozwinięty. Wydaje się, że w Azji, Afryce i Ameryce Południowej sterowanie głosowe nie istnieje, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Ponad 70% magazynów wielkich francuskich sieci dystrybucji produktów spożywczych używa tego systemu. Jest on znacznie mniej popularny w magazynach innych sektorów. Na przykład w Amazonie go nie używają, ponieważ robotnicy dużo się przemieszczają, a zabierają niewiele towarów – mają za to interaktywne wyświetlacze noszone na nadgarstku i cyfrowe obrączki.

Kim są osoby przygotowujące zamówienia?

D. G.: Ponad 80% to mężczyźni, najczęściej w wieku od 25 do 35 lat. Kobiety częściej zatrudniane są w przemyśle tekstylnym i farmaceutycznym, gdzie zapewne stanowią większość. Obciążenie w tych sektorach wcale nie jest mniejsze, praca nie jest mniej fizyczna, ale te zawody kojarzone są z kobiecością, a zatem zatrudnia się tam kobiety. Struktura społeczna jest zróżnicowana w zależności od regionu. W okolicach Paryża jest wiele osób pochodzenia antylskiego [z departamentów i terytoriów zamorskich Francji – przyp. red. NO] i imigrantów. Na Zachodzie to raczej biali mieszkańcy terenów wiejskich i półwiejskich. Wszędzie można znaleźć osoby, które wcześniej pracowały w sektorach takich jak rolnictwo, petrochemia czy energetyka jądrowa. W agencjach pracy tymczasowej od rekruterek można usłyszeć, że: Kolesia, który pracował trzy miesiące w Charalu [francuski producent mięsa – przyp. red. NO], biorę od razu. Znać realia pracy w Charal to niemal gwarancja zatrudnienia. Dla niektórych robotników praca w magazynie jest ucieczką przed zapachem, krwią i zimnem przemysłu mięsnego czy oczywistością ryzyka w sektorze energetycznym. Należy o tym pamiętać, żeby właściwie odnieść się do szokującego charakteru sterowania głosowego – dla wielu jest to lepsze środowisko pracy niż te, które znali wcześniej.

Znacznie trudniej jest tym, którzy zdali maturę zawodową czy egzamin CAP z logistyki. Doradcy zawodowi mówili im, że będą „pracować przy komputerze”. Widzieli w tym awans. Po rozpoczęciu pracy szybko zdają sobie sprawę, że sterowanie głosowe to niezupełnie praca związana z informatyką. Że wymagające kwalifikacji stanowiska za ekranem są coraz rzadsze, zarządzanie – zadanie najbardziej prestiżowe – z każdym dniem bardziej zautomatyzowane, a „możliwości rozwoju”, których miraże przed nimi roztaczano, są iluzoryczne. Narasta u nich silne poczucie frustracji, czują, że zostali oszukani.

Jak działały magazyny przed wprowadzeniem sterowania głosowego?

D. G.: Magazyn tego rodzaju to bardzo stara forma, sięgająca XIX lub początków XX wieku. Przez dekady pracownicy znali swoje towary. Istniały tylko trzy rodzaje sardynek w puszkach, a oni wiedzieli, gdzie ludzie jedzą takie, a nie inne sardynki. Pierwsza duża zmiana to pojawienie się kodów kreskowych w latach sześćdziesiątych XX wieku. Teraz jest już tyle różnych rodzajów sardynek, że trudno jednemu człowiekowi wszystkie rozpoznać. Początkowo jednak organizacja pracy pozostaje w rękach pracowników. Praca opiera się na listach i ołówku. Zarządzanie towarem odbywa się poprzez nieustanny dialog między operatorami wózków a osobami przygotowującymi zamówienia.

W latach osiemdziesiątych eksperci, którzy ukończyli prestiżowe szkoły handlowe lub techniczne (grandes écoles), opracowali sieć dystrybucji, w której widzieli strategiczne źródło nowych dochodów, i spopularyzowali termin „logistyka”.

Wcześniej fabryka, która coś produkowała, dostarczała towary bezpośrednio do supermarketów, a więc zadania, które dzisiaj nazywamy „logistycznymi” (przygotowanie i dostarczenie paczek) były zintegrowane z procesem produkcji. To w latach dziewięćdziesiątych XX wieku pojawiły się prawdziwe strefy typowo logistyczne. Samorządy w zdewastowanych zagłębiach przemysłowych, takich jak Orlean czy Chalon sur Saône, kontaktują się z deweloperami nieruchomości logistycznych, którzy tworzą odpowiednie przestrzenie, a następnie znajdują klientów gotowych je wykorzystać. W tym samym czasie pojawiają się ręczne czytniki kodów kreskowych, co prowadzi do automatycznej hierarchizacji zadań i dyktowania ich pracownikom za pośrednictwem ekranów.

Na początku XXI wieku sterowanie głosowe pozwoliło programowi komputerowemu, który już wcześniej zarządzał ogólnym funkcjonowaniem magazynu, na bezpośrednią kontrolę tego, co ludzie robią w pracy. Dyskurs, który towarzyszył wprowadzaniu sterowania głosowego, to dyskurs wyzwolenia i autonomii: „To pozwoli uwolnić dłoń i oczy robotnika”. Zajęte wcześniej kartką i ołówkiem dłonie mogą teraz chwytać towary, z czym maszyny sobie nie radzą. Zadania przygotowania i dostarczenia paczek – po tym, jak zostały zidentyfikowane i wyodrębnione z reszty procesu produkcyjnego – odnotowują ponowny wzrost produktywności, co pozwala na osiągnięcie większych zysków.

Jak osoby przygotowujące zamówienia postrzegają wprowadzenie sterowania głosowego? Czy czują, że stają się robotami?

D. G.: W magazynie się o tym nie rozmawia, ale kiedy chcą opisać swoją pracę komuś z zewnątrz (zazwyczaj mnie – socjologowi), mawiają: Jasne, że jesteśmy robotami. Wiedzą, że to może być dla innych szokiem.

Mówi się za to wiele o atmosferze pracy: Kiedyś tak nie było, teraz mniej rozmawiamy… Według starych pracowników, coś zostało utracone. Z drugiej strony, każdy boi się zostać starym ramolem krytykującym każdą zmianę. Pewna nostalgia nie sprzęga się jednak z krytyką narzędzia jako takiego. A jako że żyjemy w czasach przyspieszonej rotacji pracowników, tych „starych” jest coraz mniej, a pamięć szybko się zaciera. Fakt, że wielu z nich przeszło przez cięższe prace, również odgrywa ważną rolę: może i kiedyś było lepiej, ale w każdym razie gdzie indziej jest jeszcze gorzej.

Jeśli o mnie chodzi, to myślę, że można byłoby zbudować narrację wokół obrony „zawodu”. Zrobienie „pięknej palety” na przykład, palety przemyślanej, która nie rozsypie się, kiedy tylko zdejmiemy plastikową taśmę, może być postrzegane jako kompetencja pracowników, która zanika za sprawą sterowania głosowego, ponieważ nie ma już dowolności, jeśli chodzi o kolejność odbioru paczek.

Robotnicy cały czas rozmawiają o „pięknej palecie”, ale nie staje się ona częścią dyskursu publicznego mającego na celu zwalczanie sterowania głosowego. Związki zawodowe nigdy nie poszły w tym kierunku, nie zareagowały nawet zresztą na pojawienie się tego narzędzia, chociaż są dość podatne na dyskurs nowoczesności. Należy również podkreślić, że poziom uzwiązkowienia jest bardzo niski wśród osób przygotowujących paczki, i że rzadko zdarza się, aby któraś z nich na stałe zaangażowała się w działalność związkową – stąd nieznajomość tego zawodu wśród tych, którzy powinni ich reprezentować. W związkach nigdy nie rozmawia się o sposobach wykonywania pracy.

Reakcje budzi przede wszystkim idea policyjnego nadzoru – to, że maszyna wprowadza ściślejszą kontrolę nad pracownikami. Niesie to konsekwencje dla wynagrodzeń, premii za wydajność i możliwości przekwalifikowania dla tych, którzy ewentualnie straciliby stanowisko przy okazji zmiany metody. Te sprawy podlegają negocjacjom.

Jeśli robotnicy nie walczą bezpośrednio ze sterowaniem głosowym, to jak sobie z nim radzą?

D. G.: Istnieją dwa główne sposoby współdziałania z maszyną, które zresztą stają się regularnie przedmiotem dyskusji między robotnikami. Pierwszy z nich to „gra według reguł” – starasz się wejść w faktyczną interakcję z maszyną, nawiązujesz dialog. Przechodzisz zatem przez kolejne etapy i odłączasz system, kiedy chcesz zrobić sobie przerwę. Druga postawa to próba omijania w jak największym stopniu schematów działania generowanych przez maszynę – starasz się podawać jej informacje, których się domaga, jak najszybciej – tak, by uzyskać pełną listę paczek, po które masz pójść. Następnie sam organizujesz wypełnianie swojej listy, a maszynę zostawiasz włączoną, nie słuchając jej. Kiedy między jedną paczką a drugą rozmawia się z pracownikiem, który tak funkcjonuje, można czasem usłyszeć w słuchawkach maszynę, która mówi mu w kółko „powtórz, powtórz…”, a ten dyskutuje sobie jak gdyby nigdy nic. Tutaj praca i maszyna wydają się rozłączne – omijanie maszyny to dodatkowa przeszkoda w wykonaniu zadanej pracy. Można to postrzegać jako sposób zyskiwania czasu przez pracownika, ponieważ nie przestrzega rytmu narzuconego przez maszynę. Jednak częstokroć to odzyskiwanie wiąże się również z chęcią zwiększania tempa pracy. Pracownicy, którzy „grają według reguł”, zarzucają to zresztą pozostałym.

Jak reaguje hierarchia?

D. G.: Kadry nie lubią zachowań, które mają na celu zmylenie sterowania głosowego. Po pierwsze, widzą w tym ryzyko zwiększenia prawdopodobieństwa błędu, a przecież ich obsesją jest jego minimalizowanie. Maszynowa kontrola w czasie rzeczywistym ma stanowić gwarancję, że na 1000 zamówionych paczek dokładnie 1000 właściwych paczek trafi na palety. Jeśli pracownik rozwija listę z wyprzedzeniem, a następnie idzie po paczki, może się od czasu do czasu pomylić. Chodzi tu także o kwestie symboliczne – tego rodzaju zachowanie jest na przekór ich fantazji o zarządzaniu totalnym.

Kolejnym ważnym tematem, który pojawił się kilka lat temu, jest zdrowie w pracy. Ci, którzy pracują zbyt szybko lub nie robią przerw, poddawani są dodatkowemu nadzorowi z obawy, że zrobią sobie krzywdę. Celem kadr jest sytuacja, w której wszyscy pracują wystarczająco szybko, ale niekoniecznie taka, gdy każdy pracuje najszybciej, jak potrafi. Premie za wydajność są zresztą liczone w taki sposób, że prawie wszyscy dostają je w całości. Jeśli będziesz robił 200% normy, nie zarobisz wcale więcej.

Jak pojawił się temat zdrowia w pracy?

D. G.: Okazuje się, że od czasu wprowadzenia sterowania głosowego bardzo wzrosła liczba wypadków przy pracy i chorób zawodowych, przekraczając w niektórych magazynach nawet liczbę wypadków w sektorze budowlanym, który jest w perspektywie historycznej liderem pod względem niebezpiecznej pracy. Nie należy sądzić, że firmy będą chciały to zamieść pod dywan – jeśli ciała robotników nie wytrzymują, to jest to dla nich poważny problem. Oczywiście nie ma mowy o tym, by kwestionowały one ogólne ramy sieci logistycznej i związanego z nią modelu kapitalizmu – należy wszak utrzymać zyski na odpowiednim poziomie. Jednym z rozważanych rozwiązań było zatrudnianie niepełnosprawnych, po przygotowaniu im stanowisk i pobraniu towarzyszących im subwencji, czy też recydywistów, zatrudnianych na krótki okres w ramach „reintegracji”. Ponieważ nie byliby oni uważani za pełnoetatowych pracowników, stanowiłoby to mniejszy problem. Naprawdę o tym myślano! Nie podoba się to jednak za bardzo dyrekcjom magazynów.

Jakiego rodzaju problemy zdrowotne grożą pracownikom magazynów?

D. G.: To przede wszystkim wypalenie. W tej pracy nie ma określonego momentu załamania. Może się to zdarzyć wieczorem w domu, kiedy nagle czujemy, że nie damy rady jutro pójść do roboty.

Sterowanie głosowe – będące bezpośrednim efektem optymalizacji w logistyce – polega na coraz większej koncentracji działań na najważniejszych (ekonomicznie) gestach. Organizowanie pracy, oklejanie palety plastikową taśmą, stawianie palety na wózku, chodzenie po towary – wszystko to kosztuje mniej, jeśli robi to maszyna. Człowiek jest dla niej konkurencją właściwie tylko w wykonywaniu gestu chwytania, kiedy trzeba wziąć paczkę i umieścić ją na palecie. Sam fakt, że mamy tylko jedno powtarzalne zadanie, ma ogromne konsekwencje dla naszego zdrowia. Nie niszczy się go w dwie minuty – rujnuje się je nieustannie.

Wszyscy wiedzą, że z powodu tego szybkiego zużywania się ciała najlepiej jest zmienić pracę, na przykład zdając egzamin na prawo jazdy kategorii C+E. W magazynie jeden pracownik, który latami przygotowywał zamówienia, miał wózek dostosowany do wszystkich swoich potrzeb. Inny, który pracował 10-20 lat z wieloma przerwami, został przydzielony do zbierania kartonów zalegających w alejkach. To strasznie przygnębiające, jak obelga. Każdy mówi sobie: Jeśli tu zostanę, tak właśnie skończę.

Zdrowie w pracy – czy to nie temat, którym mogłyby się zająć związki zawodowe?

D. G.: Robią to, ale mają ograniczone możliwości działania, bo ofensywna akcja związkowa w kwestii wypadków w pracy jest całkowicie zależna od wskaźników liczbowych. Żeby pokazać konkretne liczby, trzeba mieć odpowiednie narzędzia, a posiada je INRS – Narodowy Instytut Badań i Bezpieczeństwa. Kiedy tylko się pojawiają, wszędzie instalują kamery – na wózkach, na kaskach, które każą zakładać robotnikom… Filmują pracę, mierzą tętno itp. Przejście od potocznej klasyfikacji („to boli”) do bardziej specjalistycznego języka jest natychmiastowe. Prowadzi to często do bardzo indywidualizujących kategoryzacji rodzajów chorób. Przykładem może być stres. Inne ważne pojęcie to „samoprzyspieszenie” – podkreśla się, że pracownicy przyśpieszają tempo sami z siebie, co ma usprawiedliwiać dyrekcję. Dużym ryzykiem dla związków zawodowych jest pozwolenie na przyjęcie tego rodzaju definicji problemu i bezczynne przyglądanie się wprowadzaniu nowych szkoleń z gestów i postaw czy „zarządzania stresem”. Nie mówiąc już o czasie potrzebnym na badania epidemiologiczne – istnieje duża szansa, że zanim udowodni się wpływ pewnej technologii na zdrowie, może ona być już przestarzała.

Czy rozważa się pełną automatyzację magazynów?

D. G.: Od kilku lat wiele się o tym mówi, ale obecnie nie jest to realistyczne z ekonomicznego punktu widzenia. Automatyzacja gestu chwytania jest jeszcze bardzo trudna, a zatem bardzo, bardzo droga. Istnieje wiele badań na ten temat, ale nie widać znaczącej innowacji technicznej. To oczywiście temat zdrowia w pracy sprawia, że perspektywa automatyzacji wybija się na pierwszy plan. Mechanizację przedstawia się jako sposób na rozwiązanie problemów, które przyniosła mechanizacja.

Kiedy rzucasz ten temat w rozmowie z pracownikami, wypowiadają się twardo: Tak czy inaczej jesteśmy robotami, do niczego już się nie nadajemy. A za dziesięć lat i tak to wszystko będzie zautomatyzowane. Nie szkodzi, będziemy robić coś innego. Uderza mnie ideologiczna moc idei automatyzacji – wśród pracowników, ale też w związkach zawodowych. Zmienia sposób, w jaki będziemy dyskutować o pracy – delegitymizuje obronę zawodów, samą ideę dyskutowania o tym, jak się pracuje, ponieważ praca ta ma nieuchronnie zniknąć. Fabryka bez robotnika to póki co chimera, fantazmat, którego głównym efektem istnienia jest zaciemnianie rzeczywistości pracy w magazynach.

Czy można byłoby zastosować sterowanie głosowe w innych miejscach pracy?

D. G.: Sterowanie głosowe to tayloryzacja tych sfer pracy, które dotychczas prawie jej uniknęły. Transformacja ta ma przed sobą przyszłość – wiele sektorów można jeszcze przekształcić zgodnie z zasadą produkcji taśmowej. Jej twórcy na swojej stronie internetowej piszą o zastosowaniu tego systemu w szpitalach. To jedno z miejsc, które się dobrze do tego nadaje, m.in. ze względu na taryfikację działań. Jeden pokój, jeden pacjent – jeden pacjent, jedno działanie. Można już sobie z łatwością wyobrazić pielęgniarkę, która mówi do mikrofonu: „pokój 1 / OK / opatrunek / OK…”, a zmiana opatrunku jest od razu fakturowana na koncie pacjenta. Patrząc na ogromną machinę administracyjną, którą jest fakturowanie usług, myślę, że jest to marzeniem wielu. Oczywiście nie wszystkich…

Żeby zakończyć z nutą nadziei – czy trafił Pan podczas swoich badań na jakieś postawy zbiorowego oporu?

D. G.: Zdarzyło się, że skonfliktowani z dyrekcją załogi pracownicy rozkładali palety w magazynie, nie skanując ich, co oznaczało, że te „znikały”. W ten sposób pokazywali, że jeżeli ktoś zna ten magazyn, to nie jest to program komputerowy, ale oni – pracownicy. Tego rodzaju działania dotyczą małych zbiorowości, które często bardzo aktywnie domagają się spełnienia swoich postulatów w jednym magazynie, ale nie udaje się podejmowanie działań na szerszą skalę i w dłuższej perspektywie. Kiedy dochodzi do tego, że dołączają się związki zawodowe, jak w 1995 roku, wybucha strajk, który, blokując regionalne centra dystrybucji, może bardzo szybko opróżnić półki supermarketów.

Rozmawiał Mathieu Brier
Tłumaczenie: Barbara Brzezicka, współpraca: Michał Wójtowski

Wywiad pierwotnie ukazał się w piśmie „Revue Z” nr 9, wrzesień 2015. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”.  Spojrzenie z dystansu

O nędzy pragmatyzmu i ślepym zaułku „przyszłości”. Spojrzenie z dystansu

Ostatnie wybory zaowocowały stanem bez precedensu we współczesnej Europie: w polskim parlamencie nie ma żadnej partii lewicowej1. Co więcej, na obie lewicowe listy (Zjednoczona Lewica i Razem) oddano zaledwie 11 proc. głosów, podczas gdy cztery lata wcześniej lewica (SLD i ruch Palikota) zyskała 18 proc. Polska scena polityczna została sformatowana przez liberalno-konserwatywny duopol PO-PiS, choć być może na biegunie liberalnym Platforma zostanie zastąpiona przez Nowoczesną. To zaskakujące dla kogoś, kto pamięta, że dziesięć lat temu liberalno-konserwatywna PO i konserwatywno-liberalny PiS wydawały się naturalnymi partnerami koalicyjnymi (tak, tak, były takie czasy!). Później jednak zaostrzający się spór między nimi spolaryzował polskie społeczeństwo – Platforma przesunęła się na pozycje integralnie liberalne (np. w sprawie in vitro), a partia Kaczyńskiego, wchłonąwszy elektorat LPR i Samoobrony, stała się narodowo-konserwatywną. Dla lewicy w tym układzie sił nie ma miejsca: Nowoczesna/Platforma przejmują jej elektorat liberalny kulturowo, PiS – elektorat socjalny.

Sytuacja ta nie wróży też dobrze perspektywom lewicy, skazując ją na rolę sekundanta w sporze głównych sił. Opór przeciw nielewicowym posunięciom nowych władz pchał będzie lewicowców pod komendę dominujących liberałów, przypieczętowując satelityzację lewicy. Akceptując to lewica polska nieuchronnie utraci własną tożsamość.

Oczywiście jakaś „lewica” będzie istnieć, powstaje jednak pytanie, jaka ona będzie, kto będzie używał tego sztandaru. Nad jej przyszłością pochylają się wszyscy: zarówno ci wierzący w jej rychłe wskrzeszenie, jak i stawiający na jej ostateczny zgon. Tymczasem przyszłości nie ma, to fantasmagoria, wróżenie z fusów i projekcje własnych marzeń. Zamiast tego pomówmy o przeszłości. To trudne, bo choć wszystko, co nas otacza, jest bezpośrednim skutkiem przeszłości, to jednak żyjemy w społeczeństwie „krótkiej pamięci”, w którym kolejne newsy i mody bez ustanku wymazują wcześniejsze. Dlatego nawet ludziom – teoretycznie – pamiętającym poprzednią dekadę trudno jest sobie uświadomić, że w 2001 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał poparcie 41 procent wyborców! Po wprowadzeniu Polski do Unii Europejskiej hegemonia lewicy wydawała się przypieczętowana na kolejne kadencje. Nikt nie spodziewał się katastrofalnego upadku, który niebawem nastąpił. I ten fenomen warto prześledzić.

Żadne zjawisko nie ma jednej przyczyny i również w przypadku zapaści polskiej lewicy możemy doszukać się wielu przyczyn. Spróbujmy uszeregować je od najgłębszych, obiektywnie zdeterminowanych, po doraźne, subiektywne, nawet przypadkowe. Po pierwsze, historia: w Polsce lewica zawsze była słaba, nigdy nie była ideowopolitycznym hegemonem, co wynikało tyleż z zacofania ekonomicznego kraju, co z indywidualistycznej i idealistycznej kultury politycznej Polaków (pomijam tu oczywiście PRL jako skutek ingerencji zewnętrznej). Lewicy w Polsce udawało się zyskiwać masowe poparcie tylko wtedy, gdy zgrywała swe działania z aspiracjami społeczeństwa: przykładami są walka niepodległościowa PPS, narodowy komunizm i „mała stabilizacja” w PRL.

I tu warto zwrócić uwagę, że typowy polski sympatyk lewicy nie ma najmniejszej ochoty na dostosowanie się, choćby taktyczne, do społeczeństwa, w którym żyje. On, ufny we wsparcie płynące z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”, że zacytuję Kwaśniewskiego), chce dostosować społeczeństwo do siebie. Ustawia się w roli misjonarza cywilizującego zacofane peryferie, a gdy tubylcy uparcie obstają przy swoim – wtedy wojna. To jest właśnie przyczyna numer dwa porażek polskiej lewicy, tkwiąca w jej psychologii: autogettoizacja, samomarginalizacja. Mam wrażenie, że wielu lewicowców dobrze się czuje zamkniętych w ciasnym, ale przytulnym środowisku sobie podobnych, w poczuciu zgorzkniałej wyższości nad „ciemnogrodem”. To błędne koło: wyalienowana lewica przyciąga outsiderów i ekstrawagantów, outsiderzy i ekstrawaganci pogłębiają izolację lewicy. Jeśli ktoś przyłącza się do lewicy, to szuka światowości, egzotyki, a nie swojskości. Ale ludzie nie lubiący swego otoczenia, swego społeczeństwa, nie mogą oczekiwać, że to społeczeństwo polubi ich i poprze.

Przyczyna trzecia to zmiany strukturalne i demograficzne polskiego społeczeństwa w ostatnich dekadach: po bolesnych konwulsjach transformacji lat 90. większość społeczeństwa odnalazła swe miejsce w nowym systemie, a ci, którzy zostali trwale zmarginalizowani, przestali się liczyć. Rozpadły się wielkie grupy społeczne stanowiące naturalne zaplecze lewicy (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), a rozrosły nowe, lewicowości obce lub nawet wrogie (klasa średnia). No i, nie oszukujmy się, cokolwiek mówiliby krytycy transformacji, poziom dobrobytu w ostatnim ćwierćwieczu generalnie wzrósł. Wszystko to skutecznie erodowało sentyment po PRL. I wreszcie po piąte – to błędy taktyczne kierownictwa SLD, które najpierw po sekciarsku (a do tego zupełnie nieprofesjonalnie) wystawiło własną kandydatkę na prezydenta, a potem dla odmiany zawarło nonsensowny (z uwagi na arytmetykę wyborczą) sojusz ze zużytym Palikotem i różnymi planktonowcami2.

Przede wszystkim jednak chciałbym skoncentrować się na przyczynie numer cztery – błędach strategicznych lewicy. Oczywiście zalicza się tu lekceważenie własnego elektoratu, jego interesów i oczekiwań, w imię obłaskawiania wyborców – przede wszystkim elit – centrowych. Traktowane było to jako wymóg pragmatyzmu, w przekonaniu, że lewicowy wyborca i tak nie znajdzie alternatywy dla SLD. Jak to powiedziałby klasyk, „ciemny lud wszystko kupi”. W rezultacie rozgoryczony elektorat socjalny odpłynął najpierw do Samoobrony, potem – często – do PiS.

Zasadniczy wszakże błąd popełniony został, moim zdaniem, w sferze metapolityki: lewica pozwoliła się zdelegitymizować. Pozwoliła – będąc nadal u władzy! – na zakwestionowanie swej narracji historycznej, swej ideologii, swych aksjologicznych fundamentów. Pozwoliła na to, mam wrażenie, świadomie, choć oczywiście nie rozumiejąc długofalowych konsekwencji tego zaniechania.

Trzeba uświadomić sobie, że główna siła lewicy, SLD, tworzona była przez późne pokolenie aparatczyków lat 80., traktujących „ideolo” jako pusty rytuał, niepotrzebny balast, przekonanych, że przegrali konfrontację z „Solidarnością” właśnie z powodu obciążenia „nieżyciową” ideologią wymagającą jakiejś tam sprawiedliwości społecznej. Co więcej (i tu znowu kłaniają się reguły psychopolityki), elita lewicy miała głęboki kompleks wobec elit postsolidarnościowych (zwłaszcza tych z okolic Agory), epatujących wielkoświatowym blichtrem i koneksjami. Parlamentarna lewica, nawet gdy wygrywała wybory, pozostawała w głębi duszy Kopciuszkiem marzącym o dopuszczeniu na salony Księcia3. Stąd zupełnie inny modus operandi niż przyjęty przez prawicę: o ile prawica systematycznie, krok po kroku, budowała swoje zaplecze medialne (które obrastało siecią organizacji społecznych), to lewica szukała akceptacji mediów głównego nurtu. Gdy prawica kreowała własne salony, lewica antyszambrowała w salonie Agory, ślepa na fakt, że tenże czasy świetności ma za sobą.

Z tym wiązał się też brak lewicowej polityki historycznej. To historia była zasadniczą kością niezgody między socjalliberałami z SLD a socjalliberałami z UD, dlatego ci pierwsi najchętniej zapomnieliby o swej przeszłości. Przedwyborcze mruganie okiem do nostalgicznego elektoratu, okazjonalne gesty posłanki Sierakowskiej, nie zmieniają faktu, że cały wysiłek SLD w tej sferze polegał na spuszczaniu wstydliwej zasłony nad spuścizną PRL. „Wybierzmy przyszłość!”, wołał Kwaśniewski. Inne były przyczyny historycznej abnegacji różnych ultralewicowych sekt, często nie obciążonych (jak trockiści) negatywnymi aspektami PRL. Tu współgrały ze sobą oikofobia (jakże w tej ciemnogrodzkiej Polsce mogłyby istnieć jakieś godne przypomnienia tradycje rewolucyjne?!) i doktrynerstwo (lewica zwrócona jest ku postępowi, ku przyszłości, grzebanie w starociach zostawmy prawicy!). Jeśli już przypominano jakieś fakty z historii polskiej lewicy, związane były one – cóż za niespodzianka! – z mieszkającymi na naszych ziemiach mniejszościami narodowymi. Czytelnik „Dalej!”, „Solidarności Socjalistycznej” czy „Barykady” lepiej znał dzieje lewicy na Sri Lance czy w Burkina Faso niż w kraju, w którym miał nieszczęście pomieszkiwać.

I jeszcze jedna, również psychologiczna bariera, której istnienie uświadomiłem sobie, gdy przez lewicowe media po raz kolejny przetoczyła się dyskusja dotycząca Powstania Warszawskiego. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego lewica tak słabo odwołuje się do tradycji lewicowego ruchu oporu, dlaczego mitowi „Żołnierzy Wyklętych” nie przeciwstawia kontrmitu choćby Socjalistycznej Organizacji Bojowej (o GL/AL nie wspominam), dlaczego nie ukazuje młodzieży zafascynowanej bohaterami prawicy alternatywy w postaci heroizmu bojowców lewicy. I zrozumiałem, że współczesnej lewicy nadają ton ludzie, którzy przeciwni są heroizmowi jako takiemu. Dlaczego jednostka miałaby narażać się na dyskomfort, ból, śmierć w imię jakiejś tam „sprawy” (wszystko jedno, czy chodzi o Powstanie Warszawskie czy Komunę Paryską)? To sprzeczne z indywidualistycznym i hedonistycznym humanitaryzmem współczesnej lewicy. To nie jest materiał na rewolucjonistów. Takie sprawy woli więc omijać.

Tymczasem na opuszczone przez lewicowców pole wkroczyli historycy prawicy. Przekopywali archiwa, publikowali artykuły i książki, organizowali konferencje, zakładali instytuty i muzea, inspirowali twórców popkultury. Pracowicie przywracali pamięci społecznej nurty i postacie pomijane w PRL. Ale selektywnie! Zasada jest prosta: tym więcej uwagi, im bardziej na prawo. Niekomunistyczna lewica pokroju PPS była traktowana po macoszemu, starannie pomijano też niezgodne z prawicowym wariantem Politycznej Poprawności wątki takie, jak np. lewicowa geneza piłsudczyzny. Dekonstrukcja PRL4 nie otwierała więc drogi do odrodzenia lewicy niekomunistycznej, bo obowiązującą linią nie jest po prostu antykomunizm, ale integralna prawicowość5. Skoro nikt nie przypominał autentycznych tradycji polskiej lewicy, nic dziwnego, że w społeczeństwie utrwaliło się przekonanie, że cała lewica została tu zrzucona na spadochronach przez NKWD. Jeśli zaś taki – kolaborancki i zbrodniczy – jest rodowód lewicy, to jej spadkobiercy nie mają moralnego prawa bytu w III Rzeczpospolitej.

Wyrzeczenie się przez lewicę własnej historii ma jeszcze jeden paradoksalny skutek – przejmowanie za swoją historii cudzej. Lewica postkomunistyczna, która została wysadzona z siodła przez postsolidarnościowe elity, obecnie odnajduje się w roli najzagorzalszych orędowników dziedzictwa III Rzeczpospolitej: a więc planu Balcerowicza, konkordatu, interwencji w Iraku. Trudno to określić inaczej niż jako „syndrom sztokholmski” wiążący pokonanego z pogromcą, swoisty masochizm (już nawet nie uzasadniany obroną „mniejszego zła”, ale pełnym utożsamieniem się). Czyż jednak nie lepiej, zamiast wlec się w ogonie liberalnych obrońców Trzeciej, wystąpić jako samodzielna awangarda Piątej Rzeczypospolitej?

Przypisy:

1. Żeby było jasne: w tym tekście stosuję najprostsze możliwe kryterium lewicowości: autoidentyfikacji. Nie będę więc dzielił włosa na czworo, oddzielając lewicę „prawdziwą” (czymkolwiek miałaby być) od „nieprawdziwej”.

2. Wcześniej (2004-2005) takim błędem taktycznym zapoczątkowującym równię pochyłą, był wynikający z pychy konflikt kierownictwa SLD ze (względnie sprzyjającymi wcześniej) mediami czyli tzw. afera Rywina.

3. W „Okruchach Dziennika” Mieczysława F. Rakowskiego z końca 1992 r. można przeczytać: „Moi przyjaciele są zdumieni, że jestem […] czytelnikiem dziennika »Nowy Świat« [prawicowy dziennik, poprzednik »Gazety Polskiej« – przyp. J.T.]. /…/ czytam go namiętnie, ponieważ znajduję w nim /…/ publikacje obnażające niecne zamysły »lewicowców« spod znaku Mazowieckiego, Suchockiej, Michnika i Kuronia. Czyż mogłem kiedykolwiek marzyć, że ja – człowiek lewicy /…/ znajdę się /…/ w jednym szeregu z wyżej wymienionymi osobistościami?”. Opowiedz mi o swych marzeniach, a powiem ci, kim jesteś.

4. Utrwalająca komiksowy obraz PRL, w której żyjący w nędzy i terrorze naród, złożony niemal bez wyjątku z „żołnierzy wyklętych”, prowadził niezmordowaną walkę przeciw garstce cynicznych sprzedawczyków z obcego nadania, rujnującej spuściznę po mlekiem i miodem płynącej II Rzeczypospolitej.

5. Na jednym z prawicowych blogów znalazłem refleksje na temat tradycji PPS. Autor skłonny był zaakceptować lewicę o ile ta, po pierwsze – odetnie się od spuścizny PRL, po drugie – zaprzestanie walki z Kościołem i forsowania reform obyczajowych, po trzecie – uzna, że nie ma alternatywy dla kapitalizmu. Tylko tyle. Wyjątki takie jak Piotr Lisiewicz http://www.gazetapolska.pl/33441-list-z-sekty-smolenskiej-do-partii-razem potwierdzają regułę. Inną kwestią jest na ile prawidłowo Lisiewicz identyfikował adresata.

Minimalna granica przyzwoitości

Niełatwo być biednym

Przyjęło się uważać, że osoby ubogie lub tylko niezamożne są niezaradne i mniej obrotne od bardziej majętnych. Rzekomo nie potrafią rozsądnie korzystać ze swoich zasobów, które przecież każdy ma ograniczone i kwestią roztropności jest takie rozdysponowanie środków i wykorzystywanie okazji, by tychże zasobów wystarczyło na spełnienie potrzeb. Jeśli ktoś sobie z powyższymi zadaniami nie radzi, to po prostu nie przyswoił pewnych umiejętności i musi nad nimi czym prędzej popracować. Trzeba zauważyć, że i tak już mamy postęp, bo osoby ubogie w oficjalnym dyskursie nie jawią się już jako leniwe nieroby, lecz jako nieuki, nad którymi należy od święta się pochylić, z troską i sympatią, ale też słabo ukrywanym lekceważeniem podać „pomocną” dłoń i oczekiwać, że dzięki temu nie pozostanie im już nic innego, jak wziąć sprawy w swoje ręce.

Bez wątpienia ten sposób myślenia, przyjęty przez większość społeczeństwa, jest wynikiem wytrwałej pracy grup homogenicznych nad lasowaniem mózgów. W ich interesie leży rozpropagowanie przeświadczenia, że to właśnie życiowa zaradność jest jedynym kluczem do sukcesu. Grupy te mają na podorędziu wielu pożytecznych idiotów w rodzaju Jurka Owsiaka czy „księdza” $tryczka, którzy z uśmiechem na ustach zawsze są gotowi do przeprowadzenia z rozmachem szeroko zakrojonej akcji koncesjonowanego miłosierdzia. Do dyspozycji mają też tabuny sportowców, aktorów i innych celebrytów, pierwszych do lansowania się w świetle kamer i masturbowania swojego ego cierpliwym wyciąganiem tych mniej umiejętnych Polaków z dołka, w jaki sami się przecież wpakowali swoim lekkomyślnym zachowaniem.

Jak to zawsze bywa, rzeczywistość jest zupełnie inna, niż chciałyby nam wmówić grupy dzierżące hegemonię. Gdyby prawda wyszła na jaw, poczułyby się one równie skonfundowane jak krezus, któremu dopiero co kupiony za ciężkie pieniądze śliczny puszysty kotek narobił po raz pierwszy na perski dywan. Biedni nie są tak niezaradni, jak chcieliby ci fałszywi samarytanie, którzy jedną ręką pomagają, a drugą bronią wizji świata uzasadniającej istnienie potrzebujących. Wręcz przeciwnie – gdyby wielu tych samarytan utknęło w podobnej sytuacji jak ci, nad którymi załamują ręce, byliby pewnie nieporadni jak dzieci. W gospodarce rynkowej biblijna zasada, według której dodane będzie tym, którzy już mają, a tym, którzy nie mają, odebrane będzie nawet to, co mają, wprowadzana jest dosłownie. Bogaci utrzymują swoją przewagę majątkową, gdyż w miarę bogacenia się otwierają się przed nimi nowe możliwości pomnażania majątku, zupełnie niedostępne dla osób na dole drabiny. Upośledzenie materialne rzuca ubogim kolejne kłody pod nogi – kłody, o istnieniu których zamożni nie mają nawet pojęcia. A wszystko to jest dodatkowo spięte klamrą mechanizmów wysysających środki z portfeli ubogich wprost do kieszeni zamożnych, w taki sposób, że ci drudzy nawet tego nie zauważają, dzięki czemu w najlepsze mogą sobie dalej mędrkować o nieporadności tych pierwszych.

Osoby dobrze zarabiające nie tylko mogą łatwiej otrzymać kredyt – przede wszystkim jest on dla nich dużo tańszy, ma niższe oprocentowanie i prowizję. Mają więc dostęp do dużo tańszego kapitału, choć byłyby w stanie zapłacić dużo więcej niż ubożsi. Dla osoby o niskich dochodach samo wzięcie kredytu jest dużo większym wysiłkiem, w dodatku musi zapłacić za niego więcej, nawet jeśli uda się uzyskać kredyt w normalnym banku, a nie w parabankowej instytucji kredytowej pobierającej lichwiarskie odsetki. Taka sytuacja byłaby jeszcze do zniesienia, gdybyśmy żyli w świecie, w którym nikt nikomu nie każe brać pożyczek. Jednak obecnie panująca wersja kapitalizmu oparta jest na kredycie, gdyż bez niego na wiele bardzo istotnych dóbr (mieszkanie, samochód) nie byłoby nas stać. Oparcie życia gospodarczego na pożyczce, w sytuacji, gdy ta jest bez porównania tańsza dla osób zamożnych, drastycznie zwiększa nierówności, i to w taki sposób, że nie jest to wykazywane w oficjalnych statystykach mierzących nierówności dochodowe.

Ale na tym nie koniec. Sektor finansowy nie tylko oferuje zamożnym tanie zadłużanie się, ale także szybkie i efektywne sposoby zarobku. Jednak te wysoko zyskowne instrumenty finansowe są zarezerwowane tylko dla górnej części hierarchii społecznej, bo minimalny wkład, jaki jest potrzebny, by się nimi posługiwać, jest poza zasięgiem niezamożnej części społeczeństwa. Ta ostatnia musi się zadowolić co najwyżej tradycyjnymi lokatami, często dającymi zysk zaledwie symboliczny. Co więcej, w obecnych czasach ograniczania publicznych systemów emerytalnych osoby bardziej majętne są wręcz zachęcane ulgami podatkowymi przez władze państwowe do inwestowania – ulgami, z których ubodzy nigdy nie skorzystają, ponieważ nie stać ich na akumulację środków na rynku finansowym. Zresztą zamożni ograniczają swe daniny publicznoprawne nie tylko wykorzystując ulgi: biura doradców podatkowych aż się palą, żeby zaoferować im usługi optymalizacyjne, dzięki czemu bogaci zyskują, lecz traci na tym budżet państwa. A w efekcie tracą warstwy ubogie, gdyż władze publiczne, szukając środków na załatanie deficytów wywołanych machinacjami możnych, przykręcają śrubę tym na dole drabiny społecznej, np. podwyższając podatki pośrednie, które uderzają w nich przede wszystkim.

Z drugiej strony, osobom niezamożnym gospodarka rynkowa permanentnie sypie piach w oczy. Jeżdżą starymi samochodami, więc płacą dużo wyższe obowiązkowe ubezpieczenie OC. Mieszkają w gorszych dzielnicach, więc jeśli chcieliby ubezpieczyć swoje mieszkanie także płaciliby wyższe stawki. Stać ich jedynie na lokum w gorszych miejscach, czasem wręcz poza miastem, w którym pracują, więc w podróży do pracy nie tylko tracą więcej paliwa, ale też czasu, który osoby zamożne mogą spożytkować np. na dodatkowy zarobek. Wykupują jedynie część leków, więc niezaleczone choroby wybuchają u nich w dwójnasób po jakimś czasie, co powoduje koszty jeszcze większe niż za pierwszym razem. Stać ich na żywność gorszej jakości, co jeszcze pogarsza ich stan zdrowia i generuje kolejne wydatki. Nie stać ich na wykupienie dodatkowych lekcji dla dzieci, więc te już na starcie mają pod górkę w rywalizacji z potomstwem ludzi zamożnych. Są wykluczeni z wielu obiegów informacji i kręgów towarzyskich, więc omija ich mnóstwo okazji do zarabiania, na które co i rusz natykają się osoby bywające w zamożnych środowiskach. Zabiegane i zajęte całymi dniami spinaniem końca z końcem nie mają czasu na budowanie sieci znajomości, które we współczesnej gospodarce rynkowej są niezbędne do osiągnięcia powodzenia materialnego.

Wisienką na tym niesprawiedliwym torcie są immanentne mechanizmy systemu, które wysysają środki z kieszeni mniej zamożnych wprost do kabz majętnych. Najlepszym przykładem jest rynek nieruchomości, które nie od dziś są traktowane jako znakomita lokata kapitału. Lokata jednak dostępna tylko dla tych, którzy mają wystarczającą (czyli dużą) ilość środków na ich zakup. Ten wygodny sposób zarabiania przez bogatych wiąże się ze wzrostem popytu na to dobro, a więc ze wzrostem ceny. Korzystają na tym ci, którzy w nieruchomości inwestują, za to tracą traktujący je nie jako lokatę, ale jako niezbędne miejsce do życia, czyli zazwyczaj ludzie młodzi, nieuprzywilejowani, dopiero wchodzący na rynek. Kupują drożejące mieszkania od bogatszych, dzięki czemu ci mogą zainwestować w kolejne, co jeszcze napędza ich cenę, więc dla kolejnych szukających dachu nad głową ludzi jego zakup staje się coraz większym wyrzeczeniem, za to zyski posiadaczy nieruchomości rosną. I oto mamy do czynienia w istocie z odwróconą redystrybucją – od biednych do bogatych.

Zresztą takich przykładów jest więcej. Innym jest opisany wyżej rynek kredytowy. Formalnie to bank udziela kredytu – jednak tak naprawdę jest on jedynie pośrednikiem. Pieniądze, które pożycza, z reguły nie należą do niego, lecz jego klienta innego rodzaju – depozytariusza. Ten dysponuje nadwyżką kapitału (czyli najczęściej jest człowiekiem majętnym) i decyduje o włożeniu pieniędzy na lokatę, by trochę na nich zarobić, dajmy na to 4%. Żeby ten zamożny mógł zarobić owe 4%, bank pożycza pieniądze człowiekowi w potrzebie na jeszcze większy procent, aby także zapewnić sobie zysk. W ten sposób relatywnie ubogi kredytobiorca spłacając z nadwyżką, dajmy na to, samochód niezbędny, by dojechać do pracy, daje zarobić bogatemu depozytariuszowi. Trzeba też pamiętać, że to właśnie ten mechanizm doprowadził do obecnego kryzysu – aby udobruchać amerykańskich pracowników, których realne pensje od lat stały w miejscu lub wręcz spadały, dano im możliwość wzięcia łatwego kredytu, dzięki czemu mogli jakoś zaspokoić niektóre z potrzeb. Niestety sytuacja wielu z nich była tak zła, że nie mogli ich spłacić, co doprowadziło do kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, a ten rozlał się na całą gospodarkę.

Jak widać, osoby ubogie wcale nie muszą być niezaradne. Często aby się utrzymać na powierzchni w ich sytuacji ekonomicznej, trzeba się wykazać zaradnością, z której istnienia ci „troskliwi” zamożni nawet nie zdają sobie sprawy. Upośledzenie materialne nie jest wcale wynikiem specyficznych cech charakteru lub braku jakichś umiejętności, lecz przede wszystkim miejsca w strukturze ekonomicznej społeczeństwa, „zajmowanego” najczęściej nie z własnej winy. Oczywiście nie zostanie to nigdy oficjalnie przyznane, gdyż obecnie dominujący przekaz jest wygodny dla grup hegemonicznych. W innym wypadku należałoby uznać, że progresywne systemy redystrybucji to nie jest łaska, którą bogaci dają biednym, ale niezbędny bezpiecznik systemu, w dużej mierze opartego na niesprawiedliwych mechanizmach. A o ileż łatwiej jest, zamiast płacić wyższe podatki, od czasu do czasu zaangażować się w akcję pomocową, a na co dzień korzystać ochoczo z usług swego doradcy podatkowego i innych specjałów przygotowanych przez system dla jego beneficjentów.

Komitet Obrony Plutokracji

Komitet Obrony Plutokracji

Przy okazji wiosenno-grudniowych porządków wyprałem białą chustę z zamalowanym na czerwono obrysem granic Polski, zdobnym w krótki, śnieżnobiały komunikat „STOP”. Wokół koliście biegnie napis: „Dość lekceważenia społeczeństwa. Ogólnopolskie dni protestu”. U góry okolicznościowej chusty zapisano: „14 września – Warszawa. Chodźcie z nami”. To był 2013 rok, związki zawodowe zorganizowały wówczas największy i właściwie jedyny w ciągu ośmiu lat rządów Platformy Obywatelskiej wspólny protest środowisk prospołecznych i lewicowych. Zapewne część z was tam była, albo byli tam wasi przyjaciele, znajomi, matki, żony i kochanki. Były tam też niespełnione marzenia o sprawiedliwości społecznej, którą jacyś lepsi kpiarze zapisali w konstytucji III Rzeczpospolitej.

W większości mediów ówczesne wystąpienie środowisk propracowniczych przyjęto ze znacznym chłodem. Nie emocjonowali się nim także zbytnio ludzie, którzy dziś chcieliby na lewicy uchodzić za arbitrów elegancji pod względem tego, jak wypada, a jak nie wypada bronić demokracji, żeby nie sprawić przy okazji przykrości osobom z liberalnego centrum. Wyjątkiem były środki przekazu związane z Prawem i Sprawiedliwością, ale i to przecież nie z racji ich wielkiej miłości do związkowców czy praw pracowniczych, ale ze względu na wspólnego akurat wroga. Ogólnie media masowego rażenia jakoś nie chciały wołać z tysiącami ludzi: „Dość lekceważenia społeczeństwa!”; nie chciały z nami, wówczas maszerującymi (a szliśmy przecież razem i gromadnie z dość różnych kierunków ideowych), bronić elementarnych standardów propracowniczych, które wypadałoby chronić w państwie prawa, jeśli serio traktuje się jego, podobno demokratyczne, realia.

Uznani publicyści oraz prominentne szefostwo medialnego biznesu (dyskretnie niepokazujące twarzy w takich okolicznościach) zapewne szczerze by się oburzyli, gdyby im ktoś wówczas powiedział, że to był protest także przeciw łamaniu elementarnych demokratycznych standardów, przeciw przyzwoleniu ówczesnej władzy i instytucji państwa polskiego na lekceważenie praw pracowniczych, przeciw wyzyskowi, przeciwko śmieciowym pensjom i formom zatrudnienia – temu wszystkiemu, co wzmaga procesy skundlenia i ubezwłasnowolnienia wśród znacznej części niższych warstw społecznych. A to przecież, w połączeniu z supremacją establishmentu politycznego i biznesowego, zmieniło u nas w praktyce demokrację w system oligarchiczny. Właśnie tego pomieszania pojęć, tej władzy nielicznych, maskowanej demokracją parlamentarną, nieodmiennie bronią elity w burżuazyjnym państwie zbudowanym na neokolonialnym konsensusie. Zresztą tamten marsz to był bardziej teatr uliczny niż „walki barykadowe”, ale i to było nie w smak miłośnikom porządku panującego na co dzień w Warszawie.

Sytuacja jest rozwojowa. Wszak mocno promowana przez liberalny mainstream i jego lewicowe satelity partia Ryszarda Petru jeszcze lepiej niż Platforma Obywatelska jest przysposobiona do zaprowadzenia rządów plutokracji. Co gorsza, duża część klasy politycznej, łącznie z najnowszym „antysystemowym” zaciągiem, dość wyraźnie ewoluuje w stronę biernego lub czynnego przyzwolenia na taki stan rzeczy. Gdy spojrzeć zresztą choćby na niedawne zapowiedzi Prawa i Sprawiedliwości, dotyczące rozmontowania i tak bardzo u nas słabej Służby Cywilnej, to odnieść można wrażenie, że III Rzeczpospolita jest w ciągłym stanie larwalnym, żadna pewna forma nie nastała, żadne realne (pro)państwowe status quo nie jest nam dane – wciąż i wciąż mamy do czynienia z grą przeobrażających się interesów w sferze publicznej. To powoduje, że i tak rozbite społeczeństwo doświadcza dodatkowo poczucia iluzoryczności i przypadkowości struktur publicznych, które powinny okrzepnąć w jakąś stałą i przewidywalną formę. Niestety, jedynymi pewnikami są te dotyczące supremacji logiki rynku nad rzeczywistością. I może jeszcze coraz bardziej eskapistyczne formy ucieczki w plemienną religijność, która korzysta dla swoich celów z chrześcijańskiego imaginarium.

Dość już dawno temu, na kartach pracy „Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa” Fryderyk Engels zapisał zdania, które warto przypomnieć i w Polsce, w 2015 roku, na przecięciu się rządów Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości: Ponieważ państwo powstało z potrzeby utrzymania w karbach przeciwieństw klasowych, a jednocześnie samo powstało wśród konfliktów tych klas, to z reguły jest ono państwem klasy najsilniejszej, ekonomiczniej panującej, która przy jego pomocy staje się również klasą panującą politycznie i w ten sposób zdobywa nowe środki do ciemiężenia i wyzyskiwania klas uciskanych.

Co mówi nam myśliciel dziś w Polsce wyklęty? Władzę w kapitalistycznym państwie sprawuje na ogół klasa ekonomicznie najsilniejsza, która staje się z czasem także władzą polityczną. Engels opowiada dzieje warstwy rządzącej w jego czasach państwami zachodnimi; warstwy, która odrzuciła dawne feudalne instytucje w takim stopniu, w jakim mogła uznać je za przeszkodę dla własnych interesów, i zachowała resztki konstytuujące przeszłość o tyle, o ile sprzyjało to legitymizacji nowego ładu. Tą warstwą jest burżuazja, która w kapitalistycznym świecie redefiniowała i ustaliła na nowo relacje z monarchią i Kościołem, kontrolowała także demokratyczne formy legitymizacji władzy i kontaktów z masami.

Jak jest dziś w Polsce? Kto jest klasą rządzącą? Partie polityczne są przecież tylko elementem pola gry, a ściślej – niektórzy partyjni decydenci współdecydują o formach władzy, sposobach redystrybucji środków oraz o tym, kto będzie beneficjentem w danych realiach, na prawach podwykonawcy. Partie parlamentarne są ważną częścią składową rodzimego ładu, ale i one dysponują ograniczonym potencjałem oddziaływania. Pozostali aktorzy to oligarchiczny biznes (i jego media), czyli na ogół „frakcja kosmopolityczna/europejska”. Dalej mamy kastę menedżerów i poddaną zwykle partyjnym lojalnościom kadrę dyrektorską ważnych centralnych instytucji. Później – średni i drobny biznes, który coraz częściej posługuje się retoryką narodową, ponieważ znaczna jego część dostrzegła już swój śmiertelny konflikt z „kosmopolitami”. Uwzględnić też trzeba Kościół w Polsce, który gra na zachowanie konsensusu z lat 90. XX w., czyli w swym głównym nurcie akceptuje polski ład społeczno-gospodarczy, w zamian za kilka dobrze znanych ustaw i rozwiązań służących transferowi środków publicznych do instytucji okołokościelnych.

Możemy też wskazać na inteligencję opiniotwórczą jako tę warstewkę, która szuka dla siebie kanałów dystrybucji pieniędzy i prestiżu między wyżej wskazanymi podmiotami. Z reguły składa ona hołd lenny „kosmopolitom”. Osobno należałoby poddać analizie, jak często przekonanie o słuszności praktyk politycznych, ekonomicznych i światopoglądu „kosmopolitów” wynika z możliwości uzyskania solidnej gratyfikacji. Niżej mamy – zwyczajowo – szeroką podstawę, czyli masy zdezorientowanych na ogół pracowników najemnych, łącznie z samozatrudnionymi „przedsiębiorcami”. Najniżej są ludzie trwale wykluczeni, postrzegani na ogół w realnym liberalizmie jako najwłaściwsza grupa „dla socjalu”.

W ciągu ostatniej dekady w Polsce doszło do wyraźnego zblatowania między jedną z partii, wielkimi mediami, decyzyjnymi ośrodkami unijnymi oraz wielkim biznesem. To był nasz rodzimy „burżuazyjny konsensus”, na tyle istotny, że w większości ośrodków tzw. czwartej władzy nigdy nie zaprzątano sobie głowy standardami rodzimej demokracji. Skoro rządziła właściwa część elity politycznej – wszystko było w porządku. Owszem, czasem coś zazgrzytało, ale rzadko które spory załatwiano na oczach publiczności. Jeśli protestowały masy – stosowano zwyczajową retorykę dyskwalifikującą ich sprzeciw jako populistyczny, demagogiczny, względnie propisowski. Dobrze to żarło, ale zdechło. I, jak się wydaje, polityczny zwornik został wymieniony na inny: nowa polityka na usługach kosmopolitycznej oligarchii nie ma już twarzy wiecznie młodego lidera Kongresu Liberalno-Demokratycznego, ale – znów młodą! – twarz milionera i eksperta od probankowej ekonomii, Ryszarda Petru. A Prawo i Sprawiedliwość? Cóż, partia nielicznej narodowej burżuazji i znacznie szerszej obecnie narodowej klasy średniej szuka sprzymierzeńca wśród warstw niższych – po części interesownie, po części z przekonania. I to obecnie jest najważniejszy metapolityczny spór w III RP. Wielką naiwnością jest sprowadzanie go do uliczno-medialnego spektaklu, w którym „okołoliberalni demokraci” ścierają się z „okołonarodowymi autorytarystami”.

Skoro była mowa o Engelsie: kilka uwag na temat relacji bytu do świadomości. Znamy dobrze powszechnie używany przez neoliberałów i oligarchię argument przeciw protestom słabo opłacanych, wyzyskiwanych, wyrzucanych z roboty choćby za próby założenia związku zawodowego pracowników najemnych: oto plebs/robole/roszczeniowcy nie myślą o niczym innym tylko o kiełbasie, i o tym, żeby napchać kałdun, i wykorzystać swojego pracodawcę-dobrodzieja. W takim opisie zawsze następuje celowo radykalne zerwanie między etyką, porządkiem sprawiedliwości społecznej a nader przyziemnym instrumentem zabezpieczenia praw wyższych, jakim jest pieniądz od czasów, gdy w skali globalnej zwyciężył kapitalizm. Gdy natomiast oligarchia dba o swoje interesy, również w naszych czasach, często piórami publicystów mainstreamowych i niszowych opłacanych za pośrednictwem niezbyt oczywistych dla szerszej publiki transferów finansowych, to już nie jest „troska o kałdun”. Elita, choć to pieniądz/majątek zabezpieczają jej wysoką pozycję, wpływy i możliwości kształtowania świata, jest arcysubtelna. Plebs to wulgarny materializm, kiełbasa i roszczenia, elita to idee, bywanie na salonach lewych czy prawych, majątek zabezpieczony przed fiskusem. Plebs chce podwyżek? To brzydko, to źle, to egoizm. Elita bierze sute dywidendy, odprawy i premie, zabezpiecza sobie dostęp do usług publicznych ale w wersji niedostępnej ogółowi szaraczków i rzuca granty utrwalaczom porządku? To wspaniale, to owoc ciężkiej pracy, to nagroda za rzetelność i zdolność do eksperckiej oceny rzeczywistości.

Ponieważ na lewicy również zwycięża stricte techniczny opis realiów społeczno-gospodarczych, który każe się odwoływać do pragmatycznych korzyści z redystrybucji i egalitaryzmu czy wręcz stanowi próbę „utylitarystycznego przekupstwa” warstw wyższych i prawicy, w myśl zasady „gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej”, to trudniej jest mówić, że niskie pensje, brak zabezpieczeń społecznych czy rugowanie praw pracowniczych są nieetyczne. Choć wielu Polaków ma poczucie, że to po prostu niemoralne płacić grosze za ciężką fizyczną pracę, ale także za odpowiedzialną pracę umysłową, albo płacić relatywnie coraz mniej za coraz większą liczbę narzucanych odgórnie obowiązków, to jednak publicznie Polacy wciąż w swojej masie nie potrafią tego zwerbalizować Ta dość nieliczna grupa, które wychodzi „bronić demokracji”, a której znaczna część milczy, gdy idzie o los zwykłych ludzi – nie pomoże tego zmienić. Nie bez powodu tak źle jest widziane w mainstreamowym dyskursie słowo „wyzysk” – ono wprost narzuca ciąg trafnych skojarzeń między ludzką krzywdą, niską płacą, ciężką pracą a czyjąś chciwością, egoizmem, bezkarnością, przywłaszczeniem cudzego dobra, zawłaszczeniem nadmiaru korzyści z ludzkiego wysiłku.

Dzieje się tak często: bezradni wobec lokalnych realiów kobiety i mężczyźni przywykli do faktu, że ich pensje nie rosną albo rosną nieznacznie, za to koszty życia bezwzględnie i szybciej wciąż idą w górę; przywykli też do faktu, że „tak już dziś jest” (dobry Boże, jak często słyszę ten manifest poddaństwa z ludzkich ust!), że często nikt ich nie obroni w sporze z pracodawcą, że państwo abdykowało, że elity są obce, że gdy włączą telewizor, nie dowiedzą się niczego o swoim losie, o swoich prawach, o swoim trudzie. Owszem, dowiedzą się co najwyżej, że mogą wziąć szybki kredyt przedświąteczny i że tyle jest wspaniałych rzeczy do kupienia przed Bożym Narodzeniem. Dowiedzą się też może, że odpowiednio krzykliwe nieszczęście, odpowiednio zdeformowana chorobą twarz dziecka i odpowiednio skruszona mina, wyjątkowo wiarygodny płacz do kamery – są gwarantami okolicznościowego szlachetnego pakunku. Dowiedzą się też, że aktualnie to multimilioner Ryszard Petru jest ostatnim dziś obrońcą demokracji. Ale gdzie tu właściwie jest miejsce na demokrację? W jaki sposób ludzie wyzyskiwani partycypują w niej? Smutna prawda jest taka, że dla nie tak małej części społeczeństwa III RP tym się realnie różni od PRL, że państwo na ogół nie koncesjonuje dostępu do dóbr materialnych i kulturalnych. Teraz profesjonalnie zajmuje się tym rynek, który za sprawą bodźców i barier finansowych bardzo precyzyjnie wskazuje każdemu jego miejsce w szeregu i reguluje relacje międzyludzkie i społeczne. Znaczna część społeczeństwa jest wycofana z życia publicznego właśnie w wymiarze lokalnym, w sprawach drobnych wspólnot, małych ojczyzn często skazanych na rządy miejscowych sitw, które w dzisiejszych czasach stanowią najróżniejsze mozaiki sił biznesowo-polityczno-klerykalnych.

Na koniec: nie rozumiem o co chodzi ludziom, którzy wypominają dziś partii Razem, że źle broni demokracji przed Prawem i Sprawiedliwością, ponieważ pozwala sobie przy tym na krytykę klasy panującej III RP i jej nowego pupila: partii .Nowoczesna. Otóż nie da się „dobrze bronić demokracji” wespół z panem Petru, bo koniec końców wilk zje owieczkę, która mu zaufa i za blisko do niego podejdzie. Albo jeszcze gorzej: kolejne pokolenie lewicy w Polsce będzie jadło z ręki neoliberałom. Powiedzmy to sobie jasno: pan Petru nie broni demokracji. Ludzi pokroju pana Petru w ogóle nie powinno być w polityce, jeśli ma ona faktycznie mieć demokratyczny charakter. Więcej jeszcze – pan Petru i jego formacja są zapowiedzią plutokracji po polsku. Nie bez powodu „Newsweek Polska”, kierowany przez Tomasza Lisa, w połowie grudnia 2015 r. ogłasza: „Sensacyjne wyniki nowego sondażu! Nie minęły dwa miesiące od wyborów i PiS traci prowadzenie. Nowoczesna wyprzedza PiS”. A wspólne zdjęcie Ryszarda Petru i Barbary Nowackiej (z palcami ułożonymi w geście „Solidarności”) to gruba kpina ze wszystkiego, co powinno być cenne dla społecznej lewicy, niezależnie od jej partyjno-środowiskowych afiliacji. Nikt przy zdrowych zmysłach, kto uznaje się za lewicę i ma problem z rządami PiS, nie może z tej przyczyny zapisywać się do Komitetu Obrony Plutokracji – nerwowe i interesowne sygnały, jakie dziś płyną w tej materii choćby z obozu Agory, powinny być ostrzeżeniem dla młodszych pokoleń lewicy. Jest sens krytykować partię, która aktualnie rządzi, ale nie ma najmniejszego sensu przy tej okazji poświęcać się dla dobra klasy długotrwale panującej III RP, choć pokusa jak zwykle jest dla lewicy duża.