przez Jarosław Tomasiewicz | czwartek 22 listopada 2018 | opinie
Padł kolejny bastion lewicy. Brazylia.
Jeszcze niedawno Ameryka Łacińska stanowiła obiekt westchnień zachodnich lewicowców. Mieniąca się wszelkimi odcieniami czerwieni – od wenezuelskiego karminu po argentyński róż – kontrastowała z szarzejącą lewicowością Starego Kontynentu. Brazylia, największe państwo kontynentu, członek BRICS, zdawała się być stabilnym filarem lewicowego układu. Dynamiczny rozwój gospodarczy współgrał z ambitnymi programami socjalnymi, towarzyszyły temu postępowe przemiany kulturowe, a wszystko odbywało się w warunkach respektowania demokracji i praw człowieka. Porto Alegre było mekką alterglobalistów, a budżet partycypacyjny zaadaptowali nawet warszawscy liberałowie. Podziw rozciągał się na brazylijski model kulturowy – pamiętam zachwyty nad głębią brazylijskiej wielokulturowości, autentyzmem tamtejszej tolerancji, niedościgłej dla ludzi Zachodu. Brazylia jawiła się jako idealne środowisko nowoczesnej socjaldemokracji. I nagle wszystko to rozsypało się jak przysłowiowy domek z kart.
Władzę w kraju demokratycznie przejął „tropikalny Trump” (ba, Hitler nawet!) – Jair Bolsonaro, ucieleśnienie wszystkiego, czego lewica nienawidzi. W kraju, w którym ludzie o afrykańskich korzeniach stanowią połowę ludności, wygrywa rasista. Potężny ruch związkowy, z którego wszak wyrosła Partia Pracujących (PT), nie potrafił powstrzymać reprezentanta wielkiego kapitału. Nie pomogła mobilizacja kobiet #EleNao (swoją drogą – ewidentne naśladownictwo tożsamościowych kampanii północnoamerykańskich).
Jak to się stało? Wiadomo, że prawica wygrywa w Polsce (to tylko potwierdza złą opinię przeciętnego lewaka o kraju nad Wisłą), od pewnego czasu widać, że na całym „rasistowskim” Zachodzie sukcesy odnoszą populiści. Ale Brazylia?! Lewicowi komentatorzy próbują racjonalizować przegraną. Wyjaśnienia znajdują z reguły dwa. Pierwsze to jawna, brutalna stronniczość aparatu państwowego, który wyeliminował z wyborczej rywalizacji popularnego Lulę, oraz środków masowego przekazu, szczujących przeciw Partii Pracujących. Trudno się z tym nie zgodzić. Warto wszakże zauważyć, że z klasowej perspektywy to chyba naturalne, tymczasem euroamerykańska lewica tak przyzwyczaiła się do przychylności mediów, iż nie potrafi sobie wyobrazić odmiennej sytuacji.
Drugą przyczyną ma być zbyt mały radykalizm brazylijskiej socjaldemokracji, która zerwała z walką klas. To fakt, który zresztą dotąd jakoś nie przeszkadzał nowolewicowcom pielgrzymującym do Porto Alegre. Ale czy rzeczywiście brak radykalizmu jest przyczyną klęski? Przecież rewolucyjne masy mogły głosować na radykalnych lewicowców: Verę Lúcię z Socjalistycznej Partii Zjednoczonych Pracowników (PSTU), Guilherma Boulosa popieranego przez Partię Socjalizmu i Wolności (PSOL) oraz Brazylijską Partię Komunistyczną (PCB), João Vicente Goularta reprezentującego Partię Wolnej Ojczyzny (PPL), ewentualnie na Marinę Silvę – afrobrazylijską kandydatkę Zielonych. Ale nie zagłosowały: Goulart dostał 0,03%, Lucia 0,05, Boulos 0,58, Silva cały 1 procent! Masy zawiodły swoją awangardę.
To może i ja wtrącę swoje dwa grosze. Zastrzegam się, że nie jestem specjalistą od Brazylii. Nigdy tam nie byłem, nie znam portugalskiego. Moje refleksje na ten temat to opinia kogoś z zewnątrz. Jednak pewne kwestie mają wymiar po prostu zdroworozsądkowy. Zwrócę uwagę na trzy przyczyny klęski lewicy w Brazylii – takie, które chyba umykają innym komentatorom.
Pierwszą, najgłębszą jest paradoksalnie… sukces rządów PT. Brazylijskiej socjaldemokracji udało się wydobyć z nędzy miliony ludzi, rozrosła się liczebnie klasa średnia. Ale „byt kształtuje świadomość”: nowobogaccy mają inne aspiracje, nie interesują ich programy socjalne adresowane do biedoty. Nie chcą bonów żywnościowych, lecz nowych iphone’ów. Ba – wszelki „socjal” przeliczają na podatkowe obciążenia swoich dochodów (nawet jeśli tenże socjal im samym czy ich rodzicom pomógł kiedyś podnieść się z biedy). Swoje niezadowolenie brazylijska klasa średnia po raz pierwszy zamanifestowała w 2014 r., już wtedy dostrzec można było niechęć do PT. Tego problemu nie rozwiązała dotąd żadna partia socjaldemokratyczna – taki był wszak mechanizm rewolucji thatcherystowskiej, która doprowadziła do upadku welfare state w Wielkiej Brytanii.
Drugą przyczyną było zlekceważenie problemu przestępczości. Jest to jedna z tych kwestii, wobec których lewica tradycyjnie staje bezradna. Albo problem bagatelizuje i przemilcza, zakładając, że w socjalistycznym raju sam z siebie zniknie, albo – co gorsza – traktuje po doktrynersku. Niestety na lewicy pokutuje odrealniona wizja przestępczości, romantyzująca kryminalistów. Przestępczość postrzegana jest jako swoista forma walki klasowej, wojna biednych z bogatymi: wydziedziczeni na własną rękę dokonują ekspropriacji majątku burżujów. To bzdura, urojenie oderwanego od życia intelektualisty. Przestępczość jest de facto wojną biednych z biednymi – ofiarami kradzieży, pobić, gwałtów, zabójstw najczęściej padają inni mieszkańcy biednych dzielnic. Nie burżuje, którzy mieszkają w strzeżonych osiedlach, bawią się w drogich klubach, przemieszczają własnymi samochodami (pisałem o tym już lata temu w tekście „Al Capone i Robin Hood”).
Przyczynę trzecią widzę w forsowaniu przez PT i całą lewicę przemian kulturowych w oderwaniu od kontekstu. Brazylia była krajem wyjątkowo silnego maczyzmu, krajem, w którym sądy uniewinniały mężów za zabójstwo niewiernych żon w afekcie. I oto nagle, na przestrzeni mniej niż jednego pokolenia, Brazylia staje w awangardzie postępu obyczajowego: tu odbywają się największe parady równości, tu państwo uczy tolerancji wobec mniejszości seksualnych w szkołach i mediach, tu pary homoseksualne mogą zawierać małżeństwa. Nie ukrywam, że zdumiewała mnie szybkość transformacji brazylijskiego społeczeństwa – a zarazem zastanawiała wysoka liczba homofobicznych zabójstw, świadcząca, że ta transformacja nie przebiega bezboleśnie. A teraz jawny homofob wygrywa wybory grając homofobiczną kartą. Amerykanie mają na to określenie: backlash.
Nietrudno dostrzec, że wymienione przeze mnie przyczyny nie mają specyficznie brazylijskiego charakteru. W mniejszym lub większym stopniu występują też w Polsce, Francji, Stanach Zjednoczonych. Kryzys lewicy ma bowiem charakter globalny. Ze swej strony powtórzę, że kryzys lewicowości jest kryzysem politycznej poprawności. Lewica na ten kryzys wciąż widzi jedną receptę: więcej politycznej poprawności! Polityczna poprawność – kiedyś dodatek do lewicowości – teraz okazuje się esencją tejże. Zabawną rzeczą jest czytanie, jak próbujący wyrwać się z matni lewicowcy postulują stworzenie „lewicowego populizmu” (zgoda), dodając jednym tchem: „otwartego na mniejszości seksualne, imigrantów”. Populizm oparty na mniejszościach? Toż to oksymoron. Uzasadniać ma teoretycznie ową konstrukcję „postmarksizm” – koncepcja, że nie wszystkie niesprawiedliwości wynikają z kapitalizmu. Abstrahując od ewentualnej prawdziwości tego twierdzenia – to nie jest żaden „postmarksizm”, lecz zwyczajny „premarksizm”, głoszony przez wielu socjalistów utopijnych w XIX w. A właściwie – biorąc pod uwagę zaciekłą walkę Marksa ze zwolennikami takich poglądów – po prostu antymarksizm. I tak wracamy do punktu wyjścia.
Dobranoc Państwu. Miłych snów.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Piotr Wójcik | niedziela 18 listopada 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Najbardziej oburzającym mnie osobiście wątkiem z „taśm Morawieckiego” była kwestia omawiania pracy dla syna europosła Ryszarda Czarneckiego. Młody Czarnecki, Przemysław, obecnie poseł na Sejm, zdobył płatny staż w PKO BP po, uwaga, rozmowie z prezesem Jagiełłą. To prawdopodobnie pierwszy stażysta w banku, którego rekrutował sam prezes. Młody Czarnecki w PKO BP nie stażował długo, nie podobały mu się zarobki oraz rodzaj pełnionych obowiązków. Nie każdy młody na rynku pracy ma tyle szczęścia, by sprawa jego zatrudnienia stanęła na nieformalnym spotkaniu dwóch prezesów wielkich banków.
Do tej sprawy nie warto jednak podchodzić jednostkowo i pastwić się zbyt długo nad Morawieckim, Jagiełłą i Czarneckimi, ponieważ umknie nam podstawowy problem – kumoterstwo jako główny mechanizm zdobywania pracy w Polsce. Przykra prawda jest taka, że najmocniejsi na polskim rynku pracy są ci, którzy mają najlepsze sieci kontaktów. Znajomości to w Polsce podstawa zrobienia kariery w każdym z sektorów. Jeśli jesteś młodym absolwentem z niezłymi umiejętnościami, ale bez kontaktów, będziesz przez lata płacił frycowe, dziadował i pracował poniżej swoich kompetencji. Jeśli masz kontakty, to praca sama cię znajdzie – nawet jeśli masz jedynie średnie wykształcenie, jak młody Czarnecki, to najpierw dostaniesz płatny staż po rozmowie z samym prezesem, a potem zostaniesz nawet i posłem.
Stowarzyszenie dobrych znajomych
Przyjęło się uważać, że nepotyzm (zatrudnianie rodziny) oraz kumoterstwo (zatrudnianie znajomych), to problem w pierwszej kolejności administracji publicznej. Jest to całkowita nieprawda, ponieważ akurat rekrutacje do pracy w urzędach są najbardziej sformalizowane. Mowa tu zarówno o służbie cywilnej, jak i o urzędnikach samorządowych. Podczas pierwszej wstępnej selekcji odpadają kandydaci, którzy nie spełniają kryteriów obowiązkowych – np. wykształcenia lub stażu pracy. Następnie często są dwa etapy konkursu – egzamin pisemny i rozmowa. Do rozmowy przechodzą kandydaci z najwyższą ilością punktów, a sama rozmowa też często jest punktowana, przyjmując formę egzaminu ustnego wzbogaconego o pytania dot. mentalności czy doświadczenia. Oczywiście na każdym z tych etapów można spróbować dopomóc faworytowi. Można odpowiednio sprofilować kryteria obowiązkowe, by odsiać więcej potencjalnych konkurentów. W mniejszych urzędach, gdzie każdy każdego zna, można załatwić kandydatowi pytania konkursowe. W dużych urzędach to już nie takie proste – za rekrutacje odpowiada wyznaczona oddzielna komórka, której pracownicy niekoniecznie będą chcieli łamać przepisy tylko dlatego, że namawia do tego ktoś z innego departamentu czy wydziału. A podczas samej rozmowy można faworyta traktować łagodniej. Po pierwsze jednak, ustawione konkursy w administracji to mniejszość, po drugie, nierzadko zdarzają się przypadki, w których faworyt nie wygrywa – po prostu konkurent był na tyle dobry, że nie dało się go „uwalić”.
W sektorze przedsiębiorstw, szczególnie w mniejszych firmach, te wszystkie obostrzenia nie grają roli – pracę zdobywa ten, który ma ją zdobyć. Oczywiście w sektorze prywatnym dochodzi inny czynnik – konieczność osiągania zysku, by utrzymać się na rynku. Firmy prywatne niekoniecznie więc będą chciały zatrudnić kogoś, kto się do roboty nie nadaje, bo przecież stracą na tym. Tyle teorii, w praktyce wygląda to tak, że często o wakacie dowiaduje się tylko znajomy lub znajomy znajomego. Wielu przedsiębiorcom nie chce się prowadzić czasochłonnej rekrutacji, więc biorą tego, kto jest pod ręką – poleconego lub znajomego bez zajęcia. Z tej przyczyny szukanie roboty po znajomych to podstawowy sposób znajdywania pracy w Polsce. Rozpuszczamy wici wśród osób nam znanych, w różny sposób, dzięki portalom społecznościowym to jeszcze prostsze, no i czekamy na efekty. Gdy ich nie ma, to wtedy ewentualnie przeszukujemy ogólnodostępne oferty pracy. Sieci kontaktów zastąpiły w Polsce zobiektywizowane pośrednictwo pracy – liczy się to, kogo znasz, a nie to, co umiesz. Jeśli w sieciach towarzyskich jesteś możliwie blisko punktu koncentracji zasobów, to nie zginiesz, nawet jeśli jesteś średnio ogarnięty.
Kumoterstwo oczywiście przenika także do polityki oraz do trzeciego sektora. Biorące miejsca na listach dostają ci, którzy mają najlepsze kontakty w partiach. Gabinety polityczne w ministerstwach, do których przyjmowane są osoby bez konkursów, są również usiane przez ludzi, których główną zasługą jest obecność we wpływowym środowisku. Choroba też toczy polskie NGO’sy, które szybko zamieniają się w koterie towarzyskie. Wykorzystują swoje wpływy polityczne, by otrzymać granty, a następnie rozdysponowują frukta między członków. Zresztą wiele NGO’sów to wręcz przybudówki partyjne, prowadzone przez czynnych polityków, zwykle nie z pierwszego szeregu. Także media toczy choroba kolesiostwa i nepotyzmu. W przeróżnych redakcjach jest mnóstwo redaktorów czy redaktorek, których najważniejszą zasługą jest posiadanie wpływowych rodziców obracających się w odpowiednim towarzystwie.
Pokaż mi, kogo znasz, a powiem ci, kim jesteś
Kumoterstwo trawiące polskie społeczeństwo przynosi fatalne skutki ekonomiczno-społeczne. Przede wszystkim blokuje drogi awansu osobom spoza koterii towarzyskich. Oczywiście nie jest też tak, że ktoś spoza koterii nigdy nie zrobi kariery. Jednak jest to bez porównania trudniejsze i udaje się niewielkiej grupie osób. Za to osoby należące do koterii nawet nie muszą się specjalnie wysilać – zawsze się znajdzie ktoś, kto wyciągnie dłoń.
Ktoś powie, że przecież sieci kontaktów to nasza zasługa, sami je w pocie czoła tworzymy, chodząc na imprezki czy spotkania, w których można rozszerzyć swoje znajomości. Po pierwsze jednak o sieciach kontaktów decyduje w pierwszej kolejności urodzenie, a tego nie wybieramy. To, w jakiej rodzinie się urodzimy, a także w jakim mieście, w dużej mierze przesądza o towarzystwie, w którym będziemy się obracać. Po drugie nie każdy ma umiejętność łatwego zawiązywania relacji. W sprawiedliwym społeczeństwie nie ma obowiązku szkolenia się w gierkach towarzyskich, układzikach, szeptania na uszko wpływowych osób miłych słówek czy skutecznych „small talkach”. W sprawiedliwym społeczeństwie liczy się to, kto jakie ma umiejętności i jaki potencjał ich rozwijania.
Powszechne kumoterstwo psuje także kulturę organizacyjną kraju. Po pierwsze, osoby, które otrzymują pracę po znajomości, przestają być autonomiczne. Stają się uwikłane w sieć zależności i przysług. Po stronie pasywów muszą dopisać zobowiązanie wobec kogoś – dług, który prędzej czy później trzeba będzie uregulować. Sposobem spłacenia rachunku może być też niepodejmowanie pewnych czynności – na przykład wstrzymanie się od krytyki. W ten sposób w społeczeństwie szybko wykształcają się postawy konformistyczne. Ludzie wolą głośno nie piętnować nieprawidłowości, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy znajomość z danym delikwentem kiedyś się nie przyda.
Po drugie, w sytuacji, w której to relacje stają się dużo ważniejsze od kompetencji, ludzie zaczynają stawiać wszystko na to pierwsze. Zamiast skupiać się na jak najlepszym wykonywaniu zadań i rozwijaniu swoich umiejętności, trawią czas na budowanie własnej pozycji w sieciach towarzyskich. Gierki towarzyskie i rozszerzanie kontaktów staje się treścią działania danej organizacji – jej główne funkcje schodzą na dalszy plan. Nawet bardzo ideowe początkowo środowiska często zaczynają być zajęte głównie same sobą. Walka o idee przestaje być istotna, ważniejsze jest to, kto kogo wyciął. Takie postawy mogą sparaliżować organizację – staje się ona wsobna, sytuacja wewnętrzna jest ważniejsza niż otoczenie. To oczywiście szybko przekłada się także na całą sytuację ekonomiczno-społeczną w kraju. Spada produktywność, a na kluczowych pozycjach ustawiają się nie ci, którzy najwięcej potrafią, lecz ci, którzy potrafią zawiązywać najskuteczniejsze relacje.
Rodzinne pośrednictwo pracy
Skala kumoterstwa w Polsce nie jest dokładnie opisana. Różne gazety prześcigają się w tropieniu nepotyzmu i kolesiostwa w sektorze publicznym, publikując różne „listy hańby” PO czy PiS. Ale to tylko wycinek problemu, gdyż kumoterstwo trawi całą Polskę, a sektor publiczny wcale nie jest najgorszy – chociażby dzięki sformalizowanej rekrutacji w administracji publicznej. Trzeba się więc opierać na analizach wycinkowych lub danych miękkich, które są przygnębiające. W książce „Zatrudnianie po znajomości” Bartosz Sławecki opisał skalę kumoterstwa w polskich mikroprzedsiębiorstwach, czyli firmach zatrudniających do 9 osób. Dwie trzecie mikrofirm w Polsce rekrutuje wyłącznie nieformalnie. Nie publikują więc ofert pracy, lecz szukają pracowników wśród znajomych lub rodziny. Osoby polecone przez rodzinę lub po prostu członkowie rodziny to połowa pracowników zatrudnianych w mikroprzedsiębiorstwach w Polsce. Natomiast bez żadnych znajomości pracę w nadwiślańskich mikroprzedsiębiorstwach znalazło jedynie 16 proc. ich pracowników.
Skalę kumoterstwa w Polsce doskonale pokazują też dane ankietowe. W badaniu przeprowadzonym przez serwis Praca.pl aż 44 proc. ankietowanych wskazało, że ich kandydatury najczęściej są odrzucane, gdyż zatrudnienie zdobywa osoba po znajomości. To zdecydowanie najczęstsza odpowiedź – druga w kolejności, czyli bardziej doświadczony konkurent, zdobyła jedynie 24 proc. głosów. W badaniu przeprowadzonym dla portalu Absolvent.pl 59 proc. badanych stwierdziło, że pracę najłatwiej w Polsce zdobyć dzięki znajomościom, a 40 proc. przyznało, że z tego powodu odrzucono ich kandydaturę. Badanie przeprowadzone dla związku pracodawców „Lewiatan” pokazało zaś, że 57 proc. średnich firm oraz 63 proc. małych firm w Polsce zatrudnia osoby z polecenia. Natomiast w badaniu „Start na rynku pracy” aż 74 proc. ankietowanych studentów stwierdziło, że najważniejsze na początku kariery zawodowej są znajomości – to oczywiście najczęściej wskazywana odpowiedź.
Niezbędna zmiana kulturowa
Jak zerwać z kumoterstwem? Oczywiście to jest akurat niezwykle trudne, gdyż musi zostać przeprowadzona przede wszystkim głęboka zmiana kulturowa. W Polsce wciąż niezwykle mocno trzyma się przesadny familiaryzm, według którego wartości rodzinne są bez porównania ważniejsze niż wartości społeczne. To przekłada się na szersze relacje – lojalność odczuwamy w pierwszej kolejności wobec kręgu rodziny i znajomych, a dopiero w dalszej kolejności wobec wspólnoty. Polski patriotyzm to w dużej mierze wydmuszka – oparty jest o mity narodowe, którymi podbudowujemy własne ego, a nie o obowiązki obywatelskie i solidarność z innymi członkami społeczeństwa. Mentalnością w dużej mierze przypominamy społeczeństwa południowoeuropejskie, w których również dominują koterie towarzyskie oraz klientelizm. Praca u podstaw pokazująca wagę wartości wspólnotowych oraz obywatelskich będzie trwała lata.
Można się jednak pokusić też o twarde regulacje. Na przykład warto wprowadzić obowiązek dla firm powyżej stu pracowników ogłaszania wakatów w urzędach pracy lub w innych ogólnodostępnych miejscach. A następnie taka firma musiałaby na piśmie przedstawić przesłanki za zatrudnieniem tego kandydata, a nie innego. Z takim uzasadnieniem pracownik, który czułby się pokrzywdzony, mógłby iść do sądu pracy. Oczywiście należałoby też stworzyć uproszczoną procedurę rozpatrywania takich spraw, by sądy się nie zatkały. Wniosek do sądu nie wstrzymywałby zatrudnienia wybranej osoby, bo to mogłoby sparaliżować pracę firm, jednak poszkodowany kandydat mógłby otrzymać zasądzone odszkodowanie. Sama możliwość płacenia odszkodowania w wyniku ewidentnego skrzywdzenia lepszego kandydata mogłaby zniechęcić firmy do zatrudniania stricte po znajomości.
Kultura kolesiostwa zatruwa polskie relacje społeczne. Blokuje drogi awansu i utrudnia rozwój gospodarczy. Dotyczy to wszystkich sektorów – nie tylko sektora przedsiębiorstw czy NGO’sów, ale też bardzo wielu zawodów regulowanych, takich jak lekarze czy zawody prawnicze. W społeczeństwie, w którym prym wiodą koterie towarzyskie, a to, kogo znasz, przesądza o tym, kim będziesz, po prostu źle się żyje. Cierpią na tym nawet ci, którzy dzięki znajomościom coś zyskali – rachunek nie będzie przyjemny. Im szybciej skończymy z kulturą kolesiostwa, tym lepiej.
Piotr Wójcik
przez Karol Trammer | środa 14 listopada 2018 | opinie
W środę 17 października 2018 r., cztery dni przed wyborami samorządowymi, na peronie przystanku Jasienica Mazowiecka premier Mateusz Morawiecki i minister infrastruktury Andrzej Adamczyk ogłosili koncepcję „Kolej Plus”. Zaprezentowanie rządowego „Programu uzupełniania lokalnej i regionalnej infrastruktury kolejowej” – bo tak brzmi jego pełna nazwa – akurat w szczycie samorządowej kampanii wyborczej nie było przypadkowe.
Prawo, sprawiedliwość i kolej
Program „Kolej Plus” świetnie wpisał się w przedwyborczy przekaz Prawa i Sprawiedliwości o synergii rządu i samorządów: – „Gdyby udało się uzyskać synergię między władzami samorządową a rządową, można by uzyskać bardzo dużo” – mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński, otwarcie sugerując, że tylko wybór do samorządów kandydatów z jego partii pozwoli województwom, powiatom i gminom uzyskać pełny dostęp do funduszy rozdzielanych na poziomie rządowym.
Założeniem koncepcji „Kolej Plus” jest właśnie przekazywanie przez rząd pieniędzy na rewitalizację linii kolejowych znaczenia regionalnego: obecnie albo nieprzejezdnych, albo nieczynnych w ruchu pasażerskim.
Jednym z celów na szybko napisanego programu „Kolej Plus” było ukazanie braku aktywności polityków Polskiego Stronnictwa Ludowego i Platformy Obywatelskiej, rządzących w kadencji 2014-2018 prawie wszystkimi województwami. Na przykład dla województwa mazowieckiego – w którym od ostatniej reaktywacji połączeń, przywrócenia w 2009 r. pociągów do Góry Kalwarii, minęło już prawie 10 lat – program „Kolej Plus” zapowiedział powrót komunikacji kolejowej do Ostrowi Mazowieckiej i Sokołowa Podlaskiego. To jedne z największych w regionie miast pozbawionych pociągów pasażerskich.
Fala, której PiS nie zatrzymał
– „Od 1989 r. zlikwidowano wiele tysięcy kilometrów linii kolejowych. Najwyższy czas ten zły proces odwrócić. Dlatego ogłaszamy program »Kolej Plus«” – powiedział minister Adamczyk, chcąc tymi słowami ukryć własne grzechy. Albowiem tuż przed zaprezentowaniem koncepcji „Kolej Plus” zakończył się demontaż linii kolejowej Wolsztyn – Nowa Sól – Żagań, której cała procedura likwidacyjna została przeprowadzona w kadencji Adamczyka, i to po złożeniu przez PiS na przełomie 2015 i 2016 r. obietnicy o odejściu od likwidowania infrastruktury kolejowej. Rząd PiS nie miał też problemu z kontynuowaniem procesów likwidacyjnych rozpoczętych przez poprzednie rządy: w latach 2016-2017 Grupa PKP zleciła rozbiórki linii między innymi z Sulechowa do Świebodzina, z Kępna do Namysłowa, z Janowca Wielkopolskiego do Skoków, z Legnicy do Ścinawy oraz – bezpowrotnie odcinając od kolei powiatowy Golub-Dobrzyń – z Brodnicy do Kowalewa Pomorskiego.
Prawo i Sprawiedliwość – które przez trzy lata rządów, wbrew obietnicom, nie zatrzymało fali likwidacji infrastruktury kolejowej – potrzebowało czegoś, co w kampanii wyborczej pokaże, że tylko PiS, wytwarzając synergię rządu z samorządami, może być siłą polityczną gwarantującą rozwój kolei na poziomie lokalnym.
Tym bardziej, że gdy zbliżały się wybory samorządowe, politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonali się, że kwestia transportu publicznego oraz dostępności komunikacyjnej jest dla społeczności lokalnych istotniejsza niż dotychczas się wydawało.
Program potrzebny od zaraz
W lipcu 2018 r. na biurka wysokich urzędników państwowych trafił raport rządowego Centrum Badania Opinii Społecznej, który pokazał, że jedną z największych bolączek mieszkańców wsi i małych miast są problemy z dojazdem do większych ośrodków. Jak nieoficjalnie dowiedział się dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”, podobne tendencje wychodziły też z badań opinii publicznej zamówionych przez PiS na potrzeby wyborów samorządowych.
Przypomnijmy, że już pod koniec listopada 2017 r. do sejmu i senatu trafiła petycja, w której 75 podmiotów domagało się od rządu PiS wypełnienia złożonej dwa lata wcześniej obietnicy o odejściu od rozbierania linii kolejowych. Wśród sygnatariuszy petycji znalazły się nie tylko stowarzyszenia miłośników kolei, kolejarskie związki zawodowe i organizacje przewoźników kolejowych, ale przede wszystkim samorządy gminne, powiatowe i wojewódzkie, które zostały dotknięte problemem likwidowania infrastruktury kolejowej.
Wszystko to wpłynęło na podjęcie decyzji w Ministerstwie Infrastruktury o stworzeniu czegoś na kształt programu renesansu nieczynnych linii kolejowych. Tak powstał „Program uzupełniania lokalnej i regionalnej infrastruktury kolejowej”, okraszony – ogrzewającą się w blasku sukcesu programu „500 Plus” – marką „Kolej Plus”.
W rzeczywistości „Kolej Plus” to jednak tylko iluzja programu: to chyba najkrótszy dokument w historii programów rządowych – składa się z trzech i pół strony tekstu oraz jednej mapki. Program jest ogólnikowy: nie wskazuje kryteriów doboru ciągów do reaktywacji, nie określa trybu wpływania na samorządy wojewódzkie w zakresie oferty przewozowej na reaktywowanych liniach, zaś najważniejszą kwestię pieniędzy – w sytuacji gdy wartość zaproponowanych przedsięwzięć wynosi 6,9 mld zł – sprowadza do zaklęcia: „źródłem dofinansowania programu byłyby dodatkowe środki alokowane na szczeblu centralnym”.
Widać, że program „Kolej Plus” pisany był na szybko. Świadczy o tym chociażby taki drobiazg, że na dołączoną do programu mapkę sieci kolejowej wkradła się linia kolejowa Wolsztyn – Nowa Sól – Żagań, którą zlikwidowano i rozebrano przed prezentacją programu „Kolej Plus”.
W ogłoszeniu koncepcji „Kolej Plus” nie chodziło o szczegóły. Chodziło o to, żeby na peronie w Jasienicy minister Andrzej Adamczyk, dzierżąc w ręku „program”, mógł powiedzieć: „Nasi poprzednicy likwidowali szlaki kolejowe, zwijali je. My kolej rozwijamy”.
Fakt, że słowa te nie są do końca zgodne z prawdą, był w gorącym okresie kampanii wyborczej najmniej istotny.
Nieprzejezdne efekty
Paradoksalnie, jak na razie najbardziej widocznym skutkiem powstania koncepcji „Kolej Plus” jest… zablokowanie działań na rzecz reaktywacji nieczynnych linii kolejowych, dotychczas prowadzonych z poziomu lokalnego.
Już przekonały się o tym samorządy z Gór Izerskich, które – korzystając z możliwości dawanych przez ustawę o restrukturyzacji PKP – już od kilku lat prowadziły starania o przejęcie zarośniętych drzewami linii Gryfów Śląski – Mirsk i Mirsk – Świeradów-Zdrój w celu przywrócenia ich przejezdności oraz reaktywacji zlikwidowanych w 1996 r. połączeń pasażerskich do izerskiego uzdrowiska.
W 2017 r. – po uzyskaniu zapewnienia Grupy PKP, że linie przygotowywane są do przekazania samorządom – gminy Gryfów Śląski, Mirsk, Świeradów-Zdrój i samorząd województwa dolnośląskiego podpisały list intencyjny o współpracy w celu odbudowy infrastruktury i uruchomienia pociągów pasażerskich. Gdy pod koniec sierpnia 2018 r. trwały prace geodezyjne niezbędne do przekazania gminom linii kolejowej, samorządy zostały zaskoczone pismem, w którym Grupa PKP poinformowała, że linie Gryfów Śląski – Mirsk i Mirsk – Świeradów-Zdrój „nie mogą stanowić przedmiotu przekazania do zasobów gminnych”, gdyż zostały objęte rządowym programem „Pomoc w zakresie finansowania kosztów zarządzania infrastrukturą kolejową, w tym jej utrzymania i remontów do 2023 roku”. Problem tylko w tym, że program ten – który wejdzie w życie z początkiem 2019 r. – cały nieczynny 17-kilometrowy ciąg z Gryfowa Śląskiego do Świeradowa-Zdroju zalicza do najniższej kategorii utrzymania D i w rozdziale „Efekty realizacji programu” informuje, że na koniec 2023 r. nadal będzie on nieprzejezdny.
Nie minęły dwa miesiące od niespodziewanego przerwania trwających od kilku lat starań samorządów na rzecz przywrócenia połączeń kolejowych do Świeradowa-Zdroju i… temat ten objawił się jako jedna z wstępnych propozycji rządowego programu „Kolej Plus”.
Czerwone światło
Podobne problemy jak w Górach Izerskich – w obliczu ogłoszenia programu „Kolej Plus” – pojawiły się u stóp Gór Sowich, gdzie, w celu przywrócenia połączeń kolejowych do 30-tysięcznej Bielawy, już od kilku lat trwają starania samorządu województwa dolnośląskiego na rzecz przejęcia zlikwidowanej 6-kilometrowej linii kolejowej Dzierżoniów – Bielawa Zachodnia.
Zarządzająca wojewódzką infrastrukturą drogową i kolejową Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – która w latach 2009-2010 przejęła i przywróciła do życia linie z Wrocławia do Trzebnicy oraz ze Szklarskiej Poręby Górnej do Harrachova – przeprowadziła już inwentaryzację linii do Bielawy i wyceniła koszt jej odbudowy na 15-20 mln zł. Jednocześnie Koleje Dolnośląskie przedstawiły koncepcję obsługi połączeń do Bielawy poprzez wydłużenie relacji pociągów obecnie kursujących między Wrocławiem a Dzierżoniowem.
Teraz – po miesiącach ociągania się Grupy PKP z podjęciem decyzji o przekazaniu samorządowi województwa dolnośląskiego zlikwidowanej linii z Dzierżoniowa do Bielawy – pojawił się program „Kolej Plus” zapowiadający „odejście od dzisiejszej zasady przekazywania odcinków byłych linii kolejowych na własność jednostkom samorządu terytorialnego”.
Pracownicy Oddziałów Gospodarowania Nieruchomościami PKP – jednostek Grupy PKP odpowiedzialnych za nieczynne ciągi kolejowe – nigdy w rozmowach z samorządowcami nie ukrywali, że w kwestii przekazywania linii kolejowych wsłuchują się przede wszystkim w „decyzje na wyższych szczeblach”.
Zawarte w programie „Kolej Plus” słowa o odejściu od przekazywania samorządom nieczynnych linii kolejowych na własność – mimo że przynajmniej jak na razie nie są procedowane żadne zmiany ustawowe dotyczące tej kwestii – to wystarczający sygnał dla pracowników Oddziałów Gospodarowania Nieruchomościami PKP, by samorządom zainteresowanym przejęciem nieczynnych linii kolejowych zapalić czerwone światło.
– „Musimy sobie uświadomić, że plany związane z odtworzeniem linii kolejowej Gryfów Śląski – Mirsk – Świeradów-Zdrój trzeba odłożyć przynajmniej do 2023 r.” – oznajmiał swoim mieszkańcom burmistrz Mirska Andrzej Jasiński po otrzymaniu od Grupy PKP pisma z informacją, że nieczynne linie kolejowe jednak nie mogą zostać przekazane gminom. – „Można stwierdzić, że w następnej kadencji samorządów o kolei będziemy mogli rozmawiać tylko w kontekście znikających torów i degradacji dworców”.
Gdy u lokalnych włodarzy pojawiło się rozgoryczenie, rząd mógł wysłać społecznościom lokalnym sygnał, że samorządy nie radzą sobie z przywracaniem linii kolejowych do życia i dopiero rządowy program dla miejscowości bez dostępu do kolei – oczywiście połączony z synergią władzy rządowej i samorządowej – pozwoli na „usprawnienie procesu przygotowania i realizacji inwestycji kolejowych na terenie miejscowości”.
Plus minus kolej
Rząd programem „Kolej Plus” z jednej strony realnie spowolnił lub wręcz wstrzymał zainicjowane działania na rzecz reaktywacji nieczynnych linii kolejowych, a z drugiej strony przedstawił dość widowiskowe, ale mało realne propozycje budowy nowych linii kolejowych: ciągu łączącego linię Kraków – Zakopane z Myślenicami, linii z Konina do Turku, nowego przebiegu linii łączącej Lublin z Zamościem czy nowego ciągu łączącego Sokołów Podlaski z linią Warszawa – Białystok (dawny korytarz kolejowy z Sokołowa Podlaskiego do Małkini został zajęty pod nowy przebieg drogi wojewódzkiej).
Trudno nowe linie kolejowe zaplanować, zaprojektować i zbudować, w międzyczasie jeszcze wykupując grunty i uzyskując decyzje środowiskowe, w ciągu pięciu lat. A właśnie na pięć lat – od 1 stycznia 2019 r. do 31 grudnia 2023 r. – określono w programie „Kolej Plus” czas na wykonanie i rozliczenie wszystkich przedsięwzięć realizowanych w jego ramach. W rzeczywistości chodziło przede wszystkim jednak o to, by do mieszkańców miejscowości z mapki programu „Kolej Plus” wysłać sygnał, że jeśli wybiorą kandydatów gwarantujących synergię samorządów z rządem, to w ciągu jednej kadencji lokalnych władz – która, tak się składa, dobiegnie końca jesienią 2023 r. – otrzymają lub po latach odzyskają połączenia kolejowe.
W czasie kampanii wyborczej Ministerstwo Infrastruktury postanowiło nie odnosić się do głosów wątpiących w realność powstania nowych linii kolejowych w czasie pięciu lat. Dopiero dzień po ogłoszeniu przez Państwową Komisję Wyborczą wyników drugiej tury głosowania rzecznik prasowy resortu infrastruktury Szymon Huptyś oznajmił portalowi „Rynek Kolejowy”, że okres realizacji przedsięwzięć z programu „Kolej Plus” będzie mógł zostać przedłużony.
Równie dobrze można jednak założyć, że przedsięwzięcia z koncepcji „Kolej Plus” w ogóle nie zaczną być realizowane. Albowiem po zakończeniu kampanii wyborczej program „Kolej Plus” przestał być Prawu i Sprawiedliwości do czegokolwiek potrzebny.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/98 listopad-grudzień 2018); www.zbs.net.pl
Fot. Tomasz Chmielewski
przez redakcja | poniedziałek 12 listopada 2018 | opinie
Jair Bolsonaro, prezydent-elekt Brazylii, zostanie głową republiki federalnej z nadania Partii Socjalliberalnej (PSL). Czy polityk ma coś wspólnego z centrolewicową i progresywną doktryną socjalnego liberalizmu?
Zacząć należy od stwierdzenia podstawowego faktu – Partia Socjalliberalna, wbrew nazwie, nie jest ani socjalna, ani liberalna. Jest to typowe ugrupowanie skrajnej prawicy z autorytarnymi i neoliberalnymi, ultrakapitalistycznymi zapędami. Wizja państwa, jaką oferują „socjalliberałowie”, to powrót do mrocznych czasów zimnowojennych oraz radykalnie prawicowych reżimów Pinocheta i Videla. Z jednej strony popierają konserwatyzm w sprawach obyczajowych, wykazują homofobię i mizoginię, a z drugiej forsują skrajnie wolnorynkowe rozwiązania w kwestiach ekonomicznych. Spoiwem łączącym ugrupowanie jest natarczywy militaryzm, szaleńczy antykomunizm i antylewicowość, a także nacjonalizm ukrywany pod hasłami „narodowego konserwatyzmu”.
PSL pod względem ideologicznym utożsamiać można z polskimi ruchami tzw. alt-right – formacjami Korwina i Ruchem Narodowym. Wyzbyci ideologiczno-programowej subtelności, „socjalliberałowie” sprowadzają wszystko do tanich i chwytliwych sztuczek PR-owych. Dla brazylijskich nacjonalistów jedyną receptą na rozwój gospodarczy są minimalizacja instytucji państwa opiekuńczego, gruntowne zliberalizowanie systemu ekonomicznego, obniżenie podatków, wprowadzenie podatku liniowego, powszechna prywatyzacja i decentralizacja. Politycy prawicowi dużo uwagi poświęcają kwestiom takim jak zwalczanie „ideologii gender”, blokowanie „lobby homoseksualnego”, „leczenie homoseksualistów” i utrzymanie konserwatywnej polityki aborcyjnej. Prymitywny antykomunizm w wydaniu PSL de facto polega na propagowaniu nienawiści i agresji wobec wszelkiej lewicy, również tej demokratycznej i niemarksistowskiej. W partii obowiązuje absolutny zakaz nawiązywania współpracy koalicyjnej z członkami ugrupowań uznawanych za lewicowe. Ta skrajnie konserwatywna, a wręcz reakcyjna wizja państwa spodobała się 55% brazylijskich wyborców, przy wysokiej frekwencji, wynoszącej w drugiej turze 78%.
Prezydent-elekt reprezentuje linię zasadniczo zbieżną z programem Partii Socjalliberalnej. Krytycy Bolsonaro uważają go za prawicowego populistę i faszystę. Czy jednak polityk skrajnie neoliberalny może być uznany za populistę i faszystę? Jest to mocno dyskusyjne i wydaje się, że Bolsonaro jest po prostu ideowym skrajnym prawicowcem. Z naukowego punktu widzenia neoliberalna wizja społeczeństwa Brazylii proponowana przez przyszłego prezydenta daleka jest od pierwotnych, korporacjonistycznych założeń faszyzmu czy narodowego socjalizmu.
Zachodni obserwatorzy często błędnie wiążą Bolsonaro z socjalnym populizmem poniekąd przez jego wizerunek – nacjonalista kreuje się na trybuna ludowego i obrońcę uciśnionych. Wizerunek ten jest absolutnie nietrafny, jednak przyczynił się do przejęcia przez skrajną prawicę elektoratu wywodzącego się z klas ludowych. W warunkach latynoamerykańskiej anarchii i bezprawia lewica niestety nie była w stanie zapanować nad coraz powszechniejszą w kraju anarchią, a rządy Partii Pracujących wiązały się z drastycznym wzrostem ulicznej przestępczości i bezradnością służb porządkowych – liczba morderstw przekroczyła obecnie próg 60 tysięcy rocznie, co daje liczbę zabitych większą niż w Syrii.
Bolsonaro oferuje ubogim proste rozwiązania – złodziejskie elity polityczne wsadzić do więzienia, domniemanych przestępców zabijać na miejscu, a wszystko się jakoś potoczy dalej. Brzmi to brutalnie i prymitywnie, ale należy pamiętać, że taki sam kit łyknęli wyborcy filipińscy, którzy tłumnie zagłosowali na nominalnie lewicowego autokratę Rodrigo Duterte, skądinąd często porównywanego do Bolsonaro.
Wzrost poparcia dla prawicy wiąże się również z procesem ewangelizacji Brazylii i silną pozycją protestanckich ruchów religijnych, wykazujących skrajnie konserwatywne, a nierzadko fundamentalistyczne odchyły. Wolnorynkowa i konserwatywna wizja świata łączy aktywistów Partii Socjalliberalnej i charyzmatycznych pastorów. Wyznawcy reformatorskich ruchów religijnych w olbrzymiej mierze pozostają zwolennikami bolsonarowskiej prawicy.
Protestanccy neofici, a zarazem fani PSL, to głównie kolorowi Brazylijczycy pochodzący z dzielnic nędzy, faweli. Kolorowych protestantów od głosowania na ich faworyta nie odstraszają nawet rasistowskie wypowiedzi białych polityków z bloku skupionego wokół PSL. Brazylia jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie krajem na świecie, ponad połowa ludności deklaruje się jako ciemnoskóra, a będą mieć prezydenta, który jest rasistą.
PSL i Bolsonaro nie są nastawieni wrogo wyłącznie do lewicowców, feministek i liberałów. Ich fobie dotyczą także ekologów. Niewykluczone, że rządy prawicy doprowadzą do zrujnowania ekosystemu Amazonii. „Trump tropików” chce zakazać działalności organizacji takich jak WWF czy Greenpeace, a przerażenie zielonych budzą zapowiedzi budowy w Amazonii autostrady i możliwe wyjęcie części obszarów kraju spod ochrony środowiskowej. Mówi się nawet o likwidacji ministerstwa środowiska…
Prawica w wyścigu wyborczym mało uwagi poświęcała polityce międzynarodowej. Ten element kampanii sprowadzał się w zasadzie do pustych sloganów – uwolnimy Brazylię i jej dyplomację od międzynarodowych ideologii. Przywrócimy jej ekonomiczną wartość i szacunek na całym świecie! – piał Bolsonaro. Z innych wypowiedzi nowego establishmentu krystalizuje się obraz Brazylii jako wiernopoddańczego sojusznika Stanów Zjednoczonych. Bolsonaro zapowiedział już zerwanie stosunków dwustronnych z Kubą i przeniesienie ambasady w Izraelu do Jerozolimy. Wzorem amerykańskich neokonserwatystów i Donalda Trumpa, prezydent-elekt wrogo odnosi się także do Chin i krytykuje inwestycje dalekowschodniego państwa w Brazylii.
Objęcie sterów nad Brazylią przez twardą prawicę zadziwiło opinię publiczną, a jej postulaty wywołały niemałe poruszenie obserwatorów. Czy jednak poruszenie jest słuszne? Osoby zorientowane w tematyce nie powinny być nawet odrobinę zaskoczone kosmicznymi i prymitywnymi propozycjami Bolsonaro. Na podobne pomysły masowo wpadają przedstawiciele alt-right na starym i nowym kontynencie. Wiara w teorie spiskowe, skłonności do autorytaryzmu i maczyzmu, marzenia o powszechnym dostępie do broni – to tendencje wszechobecne w prawicowym internecie, z którego przebijają się one do mainstreamu i trafiają do wypowiedzi polityków z pierwszych stron gazet. Radykalizacja środowisk prawicowych nie jest jedynie problemem Brazylii, bowiem analogiczne procesy zachodzą w co najmniej kilkunastu krajach świata zachodniego.
Rządy Bolsonaro to także wina samej lewicy – w Brazylii uległa ona korupcji i nie była w stanie rozwiązać części problemów „szarych obywateli”. O ile pod rządami popularnego prezydenta Luli z biedy wyszło około 35 milionów obywateli, a przestępczość wymiernie spadła, to jego następczyni, Dilma Roussef utraciła kontrolę nad sytuacją. Nieudolne rządy Roussef i neoliberalnego Michela Temera przyczyniły się do ucieczki części zwolenników lewicy w ramiona ewangelickich pastorów. Co znamienne, to właśnie liderzy chrześcijańskich sekt stanowili rzeczywiste zaplecze sztabu wyborczego radykalnego prawicowca. Sama Partia Pracujących przesunęła się z wyraziście lewicowych pozycji w kierunku centrum i wyzbyła się konfrontacyjnego, klasowego języka. Zaowocowało to pozyskaniem wyborców w klasie średniej kosztem utraty biedniejszego i nierzadko zdesperowanego elektoratu. Programy takie jak Bolsa Familia i Fome Zero stały się górnym pułapem zmian socjalnych, jakie Partia Pracujących odważyła się zrealizować.
Gwoździem do trumny lewicy był sądowy zakaz startu w wyborach dla Luli w związku z oskarżeniami o korupcję. Eksprezydent został przez to zmuszony do przekazania poparcia mniej popularnemu Fernandowi Haddadowi. Luli zarzucano, że jedna z firm budowlanych wręczyła mu jako łapówkę luksusowy apartament – dowodem na to, że Lula przyjął nieruchomość, są wyłącznie zaznania samych łapówkodawców. Z kolei Haddad, niewyraźny lewicowy polityk i profesor akademicki przepadł w pojedynku z charyzmatycznym, elektryzującym tłumy Bolsonaro.
Istotne jest to, że zwolennicy prawicy masowo zmobilizowali się po nieudanym zamachu na życie Bolsonaro z września 2018 roku. Osławiony atak z użyciem noża przyczynił się do drastycznego wzrostu poparcia dla prawicowca i wykreował go jako męczennika patriotycznej, narodowej sprawy.
Wynik wyborów najpewniej wyglądałby zgoła odmiennie, gdyby to właśnie Lula stanął w wyborcze szranki. Badania opinii publicznej z września tego roku dawały Luli 37% głosów, w porównaniu do 22% Bolsonaro. Podobne tendencje wykazywały wszystkie pozostałe sondaże, w których uwzględniano kandydaturę lewicowego eksprezydenta. Zadeklarowani lewicowcy uznali eliminację Luli z kampanii za celowe działania brazylijskiej elity, od zawsze wrogo nastawionej do Partii Pracujących.
Jeszcze przed wyborami PSL i Bolsonaro wzywali do fizycznej rozprawy z Partią Pracujących i komunistami. Nie można wykluczyć, że marzenia prezydenta-elekta ziszczą się w ciągu najbliższych miesięcy. Bolsonaro swego czasu stwierdził, że jego przeciwników politycznych z lewicy należałoby rozstrzelać.
Tuż po ogłoszeniu wyników wyborów reprezentant Partii Socjalno-Liberalnej obiecał, że „nie będzie już więcej flirtowania z socjalizmem, komunizmem, populizmem i lewicowym ekstremizmem”. W ostatnich dniach prezydent-elekt studził emocje, oznajmiając, „ci, którzy nie głosowali na mnie, nie muszą się martwić – nie będą prześladowani”. Czy można jednak ufać człowiekowi, który innym razem stwierdził: „jestem zwolennikiem dyktatury, demokracja nigdy nie rozwiąże poważnych problemów narodowych”?
Norman Tabor
przez Monika Kostera | środa 7 listopada 2018 | gospodarka społeczna, opinie
Zeitgeist zabrał głos. Powiedział, że w przyszłości wszystko będzie się działo online. Zakupy, koncerty, flirty, leczenie, uczenie się, nabożeństwa – w sieci. A jeśli komuś marzy się staroświeckie ściśnięcie czyjejś graby, to jest dinozaurem zasługującym na wyginięcie. Fizyczność jest przestarzała, nieetyczna, niehigieniczna. Przyszłość należy do sztucznej inteligencji, a ludzie mogą co najwyżej się z tym pogodzić i upodobnić. Jednak Zeitgeist jest wybitnie słaby w przepowiadaniu przyszłości i niewiele z jego wyroczni wylądowało poza śmietnikiem historii, nawet gdy były poparte absolutną władzą Stalina czy spokojną rozwagą Thomasa Watsona z IBM. Tak będzie i tym razem.
Amerykański antropolog i politolog Timothy Pachirat opisuje w swojej najnowszej książce „Among Wolves” proces i założenia w etnograficznych badaniach społecznych. Podejmuje wiele wątków, które ważne są nie tylko dla samych naukowców, ale także dla tzw. szerokiego odbiorcy – dla wszystkich, którzy bywają podmiotem takich badań czy czytelnikami omówieni ich rezultatów. Książka jest pięknie napisana, w formie dramatu, którego bohaterami są doświadczeni badacze używający metod etnograficznych. Polecam serdecznie do przeczytania wszystkim, którzy nawet tylko epizodycznie interesują się naukami społecznymi, a wydawnictwom do przetłumaczenia na język polski i opublikowania. Czyta się jednym tchem. Nie będę zdradzać wszystkich wątków, przedstawię tylko jeden powracający motyw, dla mnie główny morał tej książki – obecność.
Dla autora badania etnograficzne (i nie tylko one, ale one zwłaszcza) to metodologia polegająca na nawiązywaniu bezpośredniej, wzajemnej i głębokiej więzi z badaną rzeczywistością, opartej na fizycznej obecności. Etnograf nie działa przez pośredników, nie wysyła ankieterów, nie operuje na cyfrach. Etnografia zyskuje swoją powagę naukową i wiarygodność dzięki obecności, being there. W słowach autora etnografia jest „najbardziej ludzką spośród metod”. Nie sama informacja ani wiedza, ani materiał badawczy, nawet nie dowody naukowe stanowią o wartości etnografii. Badacz nie jest neutralny ani obiektywny i siłą rzeczy staje się częścią badanego systemu, jego układów władzy i zależności. Dzięki warsztatowi jest w stanie, mimo, a także dzięki zanurzeniu, rzetelnie i pouczająco opowiedzieć o doświadczeniu. W interpretacji też wszystko zależy od obecności, która musi być uważna, oddana i pełna pokory. Dzięki obecności badacza w terenie i refleksyjności interpretacji, czytelnik ma szansę doświadczenia terenu „tak jakby tam był”, wyciągnięcia wniosków z osobistych nauk innych ludzi. Bo to głównie przeżycia, doświadczenia są materiałem dowodowym etnografii – zebrane i zrozumiane dzięki obecności badacza, a potem poprzez warsztat przeniesione na poziom, na którym stanowić mogą naukę dla osób, które tych doświadczeń osobiście nie przeżyły, mądrość niebanalną, eksplorującą, zdobytą nie tylko poprzez oczekiwane hipotezy, powtarzalne pytania badawcze, ale to, co stanowi niespodziankę, co zaskakuje, objawia.
Obecność jest ważna dla badacza świata społecznego i dla jego uczestników. Czasami badania pokazują jednocześnie obie strony tego fenomenu. Moja doktorantka Ewa Filipp od czasów studiów interesuje się przestrzenią i przeprowadziła kilka badań przestrzeni organizacyjnych w formie klasycznej etnografii (badaczka wchodzi do organizacji po to, by ją zbadać, a opuszcza po zbadaniu) i autoetnografii (badaczka bada samą siebie w swojej roli organizacyjnej, nie ma metodologicznego prawa, by wypowiadać się o organizacji, lecz może wyciągać wnioski o swojej roli organizacyjnej, oczywiście w pewnych ramach formalnych). Kilka lat temu badała jeden z polskich teatrów. Teatr zatrudniał pracowników różnych rodzajów, od aktorów, poprzez pracowników technicznych, na administracji skończywszy. Dzieliły ich płace, uprawnienia, warunki zatrudnienia, status społeczny – właściwie wszystko, co w organizacji może ludzi podzielić. Łączyła ich wszystkich przestrzeń znanego i lubianego budynku, jego zakamarki i tajemnice, historia, którą reprezentował. Zdarzało się, że spotykali się wszyscy podczas zebrań, ale bywało też, że przestrzeń budynku zbliżała ich przypadkiem, bo skracali sobie drogę, bo jego nieprzejrzystość powodowała, że niejedna osoba, nawet spośród starych stażem, czasami błądziła i znajdowała się w miejscu całkowicie nieprzewidzianym. Rozmówcy opowiadali Ewie, że przestrzeń jest troszkę magiczna, zakrzywiona, jak na teatr przystało tworzy iluzje, a może nawet przenosi ludzi w świat sztuki i zadziwienia. To nie dotyczyło tylko artystów, choć ich także. Panie sprzątające w teatrze opowiadały badaczce jak silnie są związane ze swoim miejscem pracy. Aby to zademonstrować, pokazały jej swój pokój służbowy, udekorowany kolorowymi muralami, urządzony z fantazją i widoczną miłością. Gdy zorganizowana została sesja fotograficzna z udziałem starszych stażem pracowników, którzy mieli zademonstrować swoje miejsce pracy, właściwie to oni sami, w sposób jak najbardziej spontaniczny, często proponowali wykonanie zdjęcia nie tylko ich samych, ale ich pracownicze przestrzeni – warsztatu, przedmiotów, miejsc, wśród których, czy wraz z którymi, stanowili dynamiczną całość. Wystawa fotografii szybko sama stała się elementem tej przestrzeni, i to mimo tego, że dyrekcja, nie rozumiejąc do końca jej znaczenia, zrobiła z wystawy coś w rodzaju wewnętrznej gabloty reklamowej, niejako ujmując ją w nawias i wyrzucając poza pracowniczą codzienność. Powstała fasada, którą, w trakcie spotkać i dyskusji pod zdjęciami, pracownicy w końcu oswoili i spletli ze swoimi historiami i relacjami, czyniąc częścią treści, jak zaznaczała Ewa: miejsca pracy i miejsca życia. Badaczka odnotowała, że ten przykład i inne, dotyczące geografii i kultury tego miejsca, miały dla ludzi wielkie znaczenie i były intensywnie przeżywane, bo właściwie każdy pracownik był naznaczony magią teatru i magia ta czerpana była z przestrzeni budynku, która dzielona była wspólnie.
Tymczasem przestrzeń, która otacza nas na osiedlach, w miejscach pracy, w przestrzeni publicznej, coraz rzadziej daje poczucie wspólnoty i przynależności. Anna Minton pisze o neoliberalnym mieście, z całymi obszarami będącymi inwestycją, wartością wyłącznie finansową, luksusowymi osiedlami otoczonymi ogrodzeniami, gdzie często w ogóle nikt nie mieszka. Jednocześnie przestrzeń wspólna jest coraz bardziej deprecjonowana i zaniedbana – nienaprawiane drogi, brud, nieodnawiane fasady i bezdomni, stały element brytyjskich miast. Jak reaguje się na nocujących w bramach pustych budynków, w których kiedyś mieściły się sklepy i biblioteki, a obecnie straszących w centrum miasta? Niestety nie w jedynie sensowny sposób, który pamiętam ze Szwecji lat 70. i 80., czyli oferując bezdomnym miejsce do mieszkania. W Brytanii instaluje się kolce, demontuje ławki w parkach, pokrywa przejścia betonowymi nierównościami. To tak zwana wroga architektura (hostile architecture), nieodłączny element pejzażu neoliberalnego miasta.
Neoliberalna przestrzeń publiczna nie jest (jeszcze) powszechna w Polsce, ale przestrzeń miejsc pracy bywa coraz bardziej zbliżona do standardów wytyczanych przez anglosaskich prekursorów. W Warszawie mamy całe obszary zimnych, szklano-aluminiowych biurowców, gdzie ludzie pracują w otwartych, bezosobowych przestrzeniach otwartych (open plan office). W Wielkiej Brytanii taka przestrzeń jest normą w miejscach pracy, także tam, gdzie, mogłoby się wydawać, zdrowy rozsądek woła o pomstę do nieba, czyli w kancelariach prawnych i na uniwersytetach. Dzieje się tak, mimo że badania naukowe od dawna i stale na nowo pokazują, że taka przestrzeń obniża produktywność, demotywuje, zwiększa stres, zwiększa ryzyko wypalenia. Na przykład już w 1979 roku Greg Oldham i Daniel Brass zademonstrowali, jak zmniejsza się satysfakcja z pracy i spada motywacja wewnętrzna pracowników przeniesionych do open plan office, a w 2008 roku bardzo podobne wyniki uzyskał Paul Roelofsen, dodatkowo ukazując obniżkę produktywności takich pracowników. Nie istnieje więc żadne sensowne wytłumaczenie tak intensywnego upierania się przy takich rozwiązaniach przestrzennych, mimo sprzeciwu pracowników, wbrew wiedzy naukowej inne, aniżeli zarządcze.
Jest to metoda kontrolowania ludzi, trzymania ich w ciągłym dyskomforcie. Stres i wypalenie nie są problemem, nie są też efektem ubocznym. Są efektem zamierzonym, to tak ma być. Ludzie mają czuć się stale śledzeni, pozbawieni prywatności, mają czuć stres i ciasnotę nawet tam, gdzie w istocie nie ma powodu do tłoczenia się. Pracownicy przy kasie i za ladą muszą stać cały dzień, nie wolno im na chwilę usiąść, nie dlatego, że przeszkadza to klientom (ciekawe, że w spółdzielczych sklepach nikomu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, jak pokazują moje badania terenowe organizacji alternatywnych), tylko dlatego, żeby byli bardziej zmęczeni, bardziej nie u siebie. Pracownicy mają marznąć w pracy. Nie ma to związku z ekologią ani nawet oszczędnością kosztów (choć większość decyzji menedżerskich obecnie wynika z małostkowej i krótkowzrocznej chciwości, zabrać jeszcze to, obciąć jeszcze to, ile się da zanim całość wreszcie się złoży jak sflaczały namiot?…) – widać to wyraźnie w anglosaskich miejscach pracy, gdzie nawet podczas chłodnych dni na cały regulator działa kosztowna klimatyzacja.
Ba, nawet klient nie ma czuć się komfortowo. Neoliberalne sklepy tak organizują swoją przestrzeń, że klient nie ma gdzie oprzeć torby przy kasie, często musi wyciągać daleko ręce tracąc równowagę, bo każdy centymetr zajęty jest przez dodatkowy prezentowany towar albo po prostu sztucznie ścieśniony. Niedawno robiłam zakupy w jednym ze sklepów w Sheffield, gdzie mieszkam przez część roku. Jest tu bardzo mało sklepów spożywczych niebędących własnością wielkich sieci, w ścisłym centrum nie ma ich praktycznie wcale. Są one wszystkie bardzo podobne pod względem asortymentu i organizacji przestrzeni. Gdy płaciłam, musiałam wykonać szereg niewygodnych ruchów, wyciągać ręce daleko przed siebie, obciążając kręgosłup w niekomfortowych miejscach. Kasjerka zaczęła mi pomagać, wykonując przy tym jeszcze bardziej akrobatyczne ruchy. Podziękowałam jej i poprosiłam, że jednak lepiej żebym ja sama, bo muszę to robić tylko czasami, a ona przez cały dzień pracy działa w nieergonomicznych warunkach. Ożywiła się, powiedziała, że ona bardzo interesuje się ergonomią i że to niesamowite, ile naukowcy wypracowali fajnych sposobów radzenia sobie z różnymi obciążeniami. „Ale dlaczego, mając tę cała wiedzę, musimy funkcjonować w takich warunkach? Nawet stosując wszystkie sztuczki, o których czytam, zawsze wracam do domu z bolącymi plecami” – dodała smutno. Pokiwałyśmy głowami. Nie mogłyśmy kontynuować rozmowy, bo zaczynała się formować kolejka, a ona jedna obsługiwała cały sklep. Oprócz skrajnie nieergonomicznej i ciasnej przestrzeni koło kas, w sklepie panuje też ciągły przenikliwy chłód. Pomieszczenie oświetlane jest sztucznym, niebieskawym światłem, sprawiającym wrażenie ciągłego migotania.
Również większość brytyjskich uczelni, jakie znam, funkcjonuje w bardzo podobnych budynkach z przewagą szkła i aluminium, salami wykładowymi z przezroczystymi ścianami, gdzie trudno się skupić, zimnym światłem, pustką dekoracyjną, przerywaną akcentami sprawiającej bezosobowe wrażenie, „hotelowej” sztuki i reklam, na których ludzie, na ogół bardzo młodzi, różnych płci i ras, obnażają zęby w ekstatycznym śmiechu. W ubiegłym roku byłam zaproszona na obronę doktorską przez pewną szkocką uczelnię. Dotarłam wieczorem i poszłam pozwiedzać uczelniane korytarze. Była bramka na wejściu, co jest w Brytanii normą, ale dostałam pełną przepustkę, więc mogłam chodzić sama bez przeszkód. Przestrzeń zachwyciła mnie, poczułam się szczęśliwa – drzwi do pokojów pracowników i do sal wykładowych były solidne, z drewna, ściany murowane, na korytarzach były kąciki z sofami i stoliczkami, gdzie ludzie mogliby sobie wspólnie usiąść i porozmawiać. Następnego dnia spotkałam na kawie przed obroną kolegów, którzy z mieszanką ulgi, bo idą na emeryturę, i głębokiego żalu, opowiadali mi, że właśnie uczelnia została przejęta przez nowy zarząd i pierwszą decyzją jest przeprowadzka do „nowoczesnych” oszklonych lokali. Stare budynki mają być wynajmowane firmom. Jeszcze zanim to się stanie, zarząd kazał „uporządkować” uczonym korytarze – wszystkie książki mają zniknąć, bo „robią złe wrażenie na odwiedzających”. Wiele uniwersytetów, brytyjskich, np. niedawno Bradford, i innych, np. Uniwersytet w Kopenhadze, wykonały takie przeprowadzki mimo protestów uczonych – stare budynki, tak lubiane przez pracowników i studentów, są wynajmowane, a nowe są całkowicie nieprzystosowane do pracy czy nauki na uniwersytecie. Administracja uczelni coraz częściej pracuje w biurach otwartych, a coraz częściej słyszę o tym, że również pracownicy naukowi i dydaktyczni zmuszeni się do pracy w otwartych przestrzeniach biurowych. Nie można się w takich warunkach skupić, nie sposób też rozmawiać ze studentami i niby wszyscy o tym wiedzą, a jednak zamiast coraz mniej, takich miejsc pracy jest coraz więcej.
Dlatego przywracanie ludzkiego wymiaru przestrzeni jest aktem radykalnym, rewolucyjnym wręcz, aktem reanimacji słabnącego ducha wspólnoty. Pięknie pisze o tym polsko-brytyjski uczony zajmujący się teorią architektury, Krzysztof Nawratek przywoływany w poprzednim felietonie. Nawratek przekonuje, że przestrzeń miejska jest kontekstem społeczności, miejscem ludzkiego współistnienia i budowania relacji. Przestrzeń sprawia, że możemy się spotkać, być obecni, co jest ważne dla etnografa, pragnącego zrozumieć procesy społeczne, jak pisze Timothy Pachirat, ale także dla nas wszystkich, uczestników życia społecznego. Moje badania w organizacjach alternatywnych pokazują, jak bardzo ważne dla ludzi są spotkania twarzą w twarz, że nic ich nie zastąpi, a internet przydaje się do rozwiązywania problemów i do spraw technicznych, ale prawdziwe życie organizacyjne dzieje się w ludzkich spotkaniach, w żywej przestrzeni. W końcu życie na Ziemi to obecność. Świadomość jest obecnością doświadczaną, możliwością spotkania innej obecności. Nadzieja zaczyna się od jednej osoby, a spotkanie drugiego – to my – a gdy istnieje my, to zaczyna się rewolucja, jak powiedział papież Franciszek.
prof. Monika Kostera
Zdjęcie pochodzi z dokumentacji projektu artystycznego „Bodies in Urban Spaces”.
przez Piotr Wójcik | sobota 3 listopada 2018 | opinie
Nie jest niczym dziwnym, że mit o American Dream wciąż trzyma się mocno. W końcu Stany Zjednoczone dominują na rynku modelowania umysłów. To z USA wciąż pochodzi większość kinowych blockbusterów oraz serialowych hitów. A mało kto tak potrafi zaprząc kino do działania dla sprawy, jak właśnie Amerykanie. Komercyjne filmy z USA nie tylko mają przynosić zyski, ale też podnosić na duchu i krzewić pozytywny obraz tego państwa, zarówno w kraju, jak i za granicą. Przykład pierwszy z brzegu, bo akurat oglądam – w hicie serialowym stacji ABC „Sposób na morderstwo” jednym z bohaterów jest Afroamerykanin sierota, który dostał się na prestiżowy wydział prawa, a już tam znana pani adwokat daje mu szansę, by dołączył do grupy studentów, która pomaga jej przy sprawach (niczego nie spojleruję, to wszystko jest w pierwszym odcinku). W tej grupie jest również czarna dziewczyna, prymuska, której przyszła teściowa zbudowała z mężem firmę od zera, co oczywiście wygłasza podczas jednego z dialogów, a teraz pławi się w luksusach (fakt zupełnie poboczny i nieistotny dla głównego wątku). Czyli każdy ma szansę, wystarczy się starać i troszkę dopomóc swojemu szczęściu, jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. A że takie przypadki zdarzają się rzadziej niż sporadycznie? Tego widz nie musi wiedzieć – a nawet nie powinien.
Amerykanie podbijają też serca mentalnych potencjalnych milionerów setkami poradników – to z USA pochodzi większość najlepiej sprzedających się książek o tym, jak osiągnąć sukces. Żeby przypomnieć tylko legendarny poradnik „7 nawyków skutecznego działania” Stephena Coveya. Wspaniałość Ameryki promują również komiksy, muzyka i powieści. Doprawdy, przy tak zmasowanej propagandzie sukcesu, trudno się dziwić, że południową granicę USA codziennie forsują pielgrzymki migrantów z Ameryki Łacińskiej, spragnionych lepszego życia.
Amerykański styl życia
Oczywiście w tym zmasowanym przekazie płynącym zza oceanu nie chodzi tylko o przekonanie nas, że Ameryka jest fajna, a Amerykanie „cool”. Chodzi też o to, by promować tak zwany amerykański styl życia oraz amerykański model ekonomiczno-społeczny. Model, w którym sprywatyzowano niemal wszystkie usług publiczne, ze służbą zdrowia włącznie, ponieważ prywatny kapitał podobno dostarczy je sprawniej i taniej. Model, w którym ubezpieczenie zdrowotne każdy powinien opłacić sam, bo każdy ponoć sam wie, co jest dla niego najlepsze – więc jeśli ktoś nie ma ubezpieczenia, to znaczy, że go nie potrzebuje. Model, w którym uczelnie wyższe są nie tylko płatne, ale i bardzo drogie, ale za to każdy może wziąć na czesne kredyt studencki. Model, który wykształcił własne unikalne prawa człowieka, wśród których są prawo do posiadania broni, prawo do zadłużania się i prawo do jeżdżenia samochodem spalającym 20 litrów paliwa na 100 km. Model, w którym nierównościom pozwolono na niepohamowany wzrost, ponieważ najlepsi muszą być najlepiej wynagradzani, a ci na dole muszą mieć motywację, by się dorabiać.
Na usługach tego modelu jest właśnie mit American Dream, według którego w USA każdy pracowity obywatel spełni swoje marzenia. Snujące się zza oceanu narracje uwiecznione na przeróżnych nośnikach przekonują do tego mitu – a co za tym idzie: do samego modelu – marzycieli z całego świata, którzy z otwartymi szeroko ustami chłoną opowieści sukcesu w okolicznościach lśniących biurowców. Europa umiera, a Ameryka wciąż jest wielka właśnie dzięki temu, że wykształciła swój własny, mocno wolnorynkowy model. Jeśli ktoś chce powtórzyć sukces Ameryki, powinien wprowadzić podobny u siebie. Co prawda przy okazji skorzystają na tym w dużej mierze wielkie korporacje z USA, zasobne w kapitał, które tylko czekają, aż gdzieś na świecie uda się przekonać władze do prywatyzacji emerytur albo ubezpieczeń zdrowotnych. No ale to jest właśnie piękno wolnego rynku – ja zarobię, a ty będziesz miał się lepiej. Wolna konkurencja podmiotów kierowanych światłym egoizmem prowadzi do dobra i dobrobytu.
Gdyby tak rzeczywiście było, pierwszy postulowałbym przeszczepienie amerykańskiego modelu do kraju leżącego nad Wisłą. Problem w tym, że amerykański model nie sprawdza się nawet w USA – a jako że kopia zwykle jest słabsza niż oryginał, efekty w Europie byłyby zapewne jeszcze smutniejsze.
W jednym amerykański model bez wątpienia sprawdza się znakomicie – chodzi o tworzenie PKB. Z punktu widzenia PKB wytwarzanego na głowę mieszkańca USA są jednym ze zdecydowanie najzamożniejszych krajów świata. Gdybyśmy zapytali przypadkowego przechodnia o poziom PKB per capita w USA i np. we Francji, Niemczech czy Szwecji, to zapewne stwierdziłby, że jest porównywalny. Prawda jest jednak taka, że USA biją na głowę pod tym względem wszystkie kraje UE – poza Irlandią, ale mierzenie PKB w tym raju podatkowym mija się z celem. Zresztą PKB Irlandii sztucznie pompują też głównie korporacje amerykańskie – Google czy Apple. PKB na głowę w USA w 2016 r. wynosiło 58 tys. dolarów, tymczasem w Niemczech i Szwecji 49 tys. dol., w Wielkiej Brytanii 43 tys. dol., a we Francji 41 tys. W Polsce w tym czasie wyniosło 27 tys. dol. – oczywiście wszystkie te dane uwzględniają parytet siły nabywczej.
Bieda, która zabija
Jest to jednak marnym pocieszeniem dla milionów Amerykanów żyjących w biedzie. Zasięg biedy w USA porównywalny jest z krajami Ameryki Południowej, a nie z zamożnymi krajami Europy Zachodniej. Poniżej granicy ubóstwa w USA w 2016 r. żyło 18 proc. społeczeństwa, tymczasem w Wielkiej Brytanii 12 proc., w Niemczech jedynie 10 proc., w Szwecji 9 proc., a we Francji tylko 8. W niezamożnej Polsce poniżej progu ubóstwa w 2016 r. żyło 11 proc. obywateli. Oczywiście bieda jest względna – ubogi z USA ma więcej pieniędzy, niż ubogi z Polski. Tylko że bieda powoduje też wykluczenie społeczne. Milionów biednych Amerykanów średnio obchodzi, że mają więcej pieniędzy niż biedni Polacy – oni porównują się do swoich rodaków. I na własnej skórze odczuwają fakt, że przeróżne atrakcje oferowane przez amerykański model są poza ich zasięgiem – i będą takie zapewne do końca życia. Co jest tym bardziej bolesne w kraju tak nastawionym na prestiż i osobisty sukces, jak USA.
W USA nie tylko jest mnóstwo osób biednych – ubodzy w USA tracą też zdecydowanie więcej do nieubogich rodaków, niż ubodzy w większości krajów Europy. Wyrażane jest to w tak zwanym wskaźniku luki dochodowej. Przeciętne gospodarstwo domowe w USA żyjące poniżej granicy ubóstwa ma wydatki niższe od granicy ubóstwa aż o 40 proc. Tylko dwa kraje wykazywane przez OECD wyprzedzają USA pod tym względem – RPA oraz Włochy, których gospodarka przechodzi od co najmniej dekady poważne kłopoty (co ciekawe, gospodarka USA podobno ma się świetnie). W Wielkiej Brytanii luka dochodowa wynosi 36 proc., w Polsce 29 proc., w Niemczech 26 proc., we Francji 24 proc., a w Szwecji jedynie 23 proc. Inaczej mówiąc, ubodzy w Niemczech, Francji czy Szwecji żyją zaraz pod kreską, a tych z USA do pokonania granicy ubóstwa czeka długa droga.
Przy tak dużym zasięgu ubóstwa i dalekim dystansie, który dzieli ubogich w USA od reszty rodaków, w oczywisty sposób musi rosnąć łamanie prawa. W końcu działalność na czarnym rynku zaczyna się nie dlatego, że się wyssało mordercze instynkty z mlekiem matki, lecz dlatego, że nie widzi się szans na dorobienie się w legalny sposób. Ubogich w USA jest mnóstwo, ich dystans do reszty społeczeństwa jest bardzo odległy, więc i skłonność do chwytania się nielegalnych zajęć większa. Pod względem wskaźnika morderstw (liczba przypadków na 100 tys. mieszkańców) USA są wyprzedzane jedynie przez Łotwę, RPA, Rosję, Meksyk i Brazylię (spośród krajów wykazanych przez OECD). Wskaźnik zabójstw w USA to 4,9, tymczasem w Polsce 0,8, w podobno „terroryzowanej przez islamistów” Francji 0,6, w Szwecji, która ponoć „ma zaraz upaść” równe 1, w Niemczech 0,4, a w Wielkiej Brytanii 0,2. Poza krajami bałtyckimi, w żadnym kraju UE wskaźnik zabójstw nie jest wyższy od 2.
Jak sobie radzą Stany Zjednoczone z plagą przestępczości? Najprościej – masowo wsadzają ludzi do więzień. To w końcu prostsza metoda, niż żmudne reformowanie modelu ekonomiczno-społecznego. Wskaźnik inkarceracji to liczba osób w więzieniu na 100 tys. mieszkańców. Pod tym względem USA biją już na głowę wszystkich w OECD. Amerykański wskaźnik inkarceracji wynosi 655, a w drugiej pod tym względem Turcji – 287. W Polsce 199, w Wielkiej Brytanii 141, we Francji 102, w Niemczech tylko 78, a w Szwecji zaledwie 57.
Zdrowie dla nielicznych
W kraju, w którym brak powszechnej opieki zdrowotnej, miliony obywateli nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, a usługi zdrowotne są piekielnie drogie, musi fatalnie wyglądać ogólny poziom zdrowia obywateli. Dwa najważniejsze wskaźniki badania poziomu zdrowia w społeczeństwie to przeciętna długość życia oraz umieralność niemowląt. Pod względem długości życia USA przypominają kraje Europy Środkowo-Wschodniej. Średnia długość życia w USA to niecałe 79 lat, czyli dokładnie pół roku więcej niż w dużo mniej zamożnej Polsce i pół roku mniej niż w Czechach. W Niemczech i Wielkiej Brytanii długość życia to 81 lat, a we Francji i Szwecji ponad 82 lata. W Stanach Zjednoczonych umiera 6 niemowląt na tysiąc urodzeń żywych, czyli dokładnie tyle, ile w Rosji. W Polsce i Francji umierają 4 niemowlęta na tysiąc urodzeń żywych, a w Niemczech ponad 3. W Szwecji notuje się tylko 2,5 zgony noworodków na tysiąc urodzeń.
USA trapią też przeróżne problemy społeczne. Jednym z nich jest chociażby epidemia otyłości. Jak wiadomo, współcześnie na otyłość cierpią głównie ubodzy, a nie bogaci. Zamożni mogą zadbać o podniebienie i apetyt, a zarazem nie przytyć, dzięki zdrowemu i niskokalorycznemu pożywieniu. Mają też czas i pieniądze na regularne treningi oraz trenerów personalnych czy dietetyków. Ubodzy muszą się żywić jedzeniem niskiej jakości, które zwykle obfituje w tłuszcze nienasycone oraz węglowodany, za to ma niewiele białka. Prowadzą często nieregularny tryb życia, od fuchy do fuchy, co zniechęca do regularnego dbania o siebie. Oczywiście w USA otyłość nie wynika jedynie z zasięgu ubóstwa, ale przede wszystkim z amerykańskiego stylu życia, opierającego się o przesadną konsumpcję, co jest zresztą typowe dla krajów z wysokimi nierównościami, w których konsumpcja to element prestiżu oraz tłumienia stresu. Na nadwagę lub otyłość cierpi aż 71 proc. Amerykanów. Więcej jest jedynie w Meksyku i Chile. W Europie takich osób jest wyraźnie mniej – na nadwagę cierpi 53 proc. Polaków, 51 proc. Niemców, 49 proc. Szwedów i 46 proc. Francuzów.
Patologii społecznych w USA jest zresztą więcej. Nic dziwnego – na pewnym poziomie zamożności na skalę patologii społecznych wpływa już nie ogólny poziom bogactwa, lecz poziom nierówności. W USA są one wysokie, więc i patologii społecznych jest więcej, niż w krajach zachodniej UE. Kolejnym przykładem mogą być nastoletnie ciąże. W USA notuje się 21 takich przypadków na tysiąc kobiet w wieku 15-19 lat. W Wielkiej Brytanii 14, w Polsce 13, a w Niemczech zaledwie 7. Wskaźnik nastoletnich ciąż we Francji wynosi 9, a w Szwecji jedynie 5. Kogo pod tym względem USA przypominają najbardziej? Na przykład Indie (25), Jordanię (23) czy Albanię (21).
Jak widać, urodzenie się w Stanach Zjednoczonych nie jest największym szczęściem, które może w życiu spotkać. Nie wiadomo, czy gdybym urodził się w USA, nie żyłbym właśnie grubo poniżej granicy ubóstwa, albo nie siedział w więzieniu. Nietrudno też zarobić tam kulkę. Oczywiście zakładając, że nie umarłbym podczas porodu, co jest tam o połowę bardziej prawdopodobne niż w Polsce. Pomimo większego zgromadzonego bogactwa, wskaźniki dobrostanu społecznego w USA są znacznie gorsze od krajów zachodniej UE, a nawet od Polski. Pewnie należę do mniejszości, ale jeśli miałbym wybierać, czy żyć w USA, czy nad Wisłą, nie wahając się wybrałbym to drugie. W Polsce może jest skromniej, ale przynajmniej nie tak dziko.
Piotr Wójcik
Zdjęcie pochodzi z https://www.sanders.senate.gov