Piotr Wójcik: Najwyższy czas na progresję podatkową

Piotr Wójcik: Najwyższy czas na progresję podatkową

Współcześni Polacy chcą uchodzić za jeden z ostatnich bastionów cywilizacji zachodniej. Zwanej też przez prawicę cywilizacją judeochrześcijańską. W jej wizji w tym samym czasie, gdy kraje Europy Zachodniej pogrążają się w marazmie i barbarzyństwie, przyjmując na potęgę muzułmanów, którzy stopniowo doprowadzą do barbaryzacji całego zachodniego świata, Polska wciąż trzyma się filarów zachodniej cywilizacji. Stoi prosto, trzyma zachodni fason. W zasadzie już mało kto na Zachodzie myśli o zachowaniu zdobyczy naszej cywilizacji – poza nami robią to jeszcze może Amerykanie i Węgrzy. Ta historyjka jest miła dla niejednego nadwiślańskiego ucha, problem jednak z nią jest taki, że to Polska wciąż w niektórych obszarach tkwi w okowach barbarzyństwa. I jakoś nie zamierza przyjąć wielu zdobyczy cywilizacyjnych Zachodu – zdobyczy, które dla krajów zachodnich od lat są czymś zupełnie oczywistym. Jeśli chcemy rzeczywiście być stabilnym filarem cywilizacji Zachodu w niespokojnych czasach, dobrze byłoby najpierw tę cywilizację w całości przyswoić.

Gdzie Zachód, a gdzie Wschód

Jedną ze zdobyczy cywilizacji zachodniej jest progresja podatkowa – czyli taki system podatkowy, w którym zamożniejsi przekazują większą część swoich dochodów do budżetu państwa oraz samorządów. Ktoś może parsknąć śmiechem – jak to, rozwiązanie podatkowe filarem cywilizacji? Przecież to trywialne! Wręcz przeciwnie, system podatkowy to jeden z najważniejszych elementów porządku społecznego. Pokazuje on jak na dłoni, jakie są relacje w społeczeństwie między silnymi a słabymi. Na Zachodzie już dawno doszli do wniosku, że ci silniejsi powinni dokładać się bardziej do wspólnej kasy, skoro mają więcej ku temu możliwości i w większym stopniu korzystają na stworzonym przez wspólnotę porządku społecznym. Inaczej mówiąc, cywilizacja zachodnia przyswoiła już lata temu elementarne podstawy solidarności społecznej. Solidaryzm, zamiast wschodniego trzymania słabych pod butem silnych, to absolutnie jeden z filarów cywilizacji zachodniej.

W zasadzie trudno wskazać kraj Zachodu, w którym nie zainstalowano progresji podatkowej. W Europie Zachodniej to od lat oczywisty standard. W wielu krajach górna stawka podatku dochodowego od osób fizycznych wręcz wyraźnie przekracza 50 proc. Tak jest chociażby w Austrii (55 proc.), Holandii (52 proc.) czy Portugalii (56,5 proc.). W większości krajów Europy Zachodniej górna stawka PIT oscyluje w okolicach 50 proc. Poza wyżej wymienionymi, tak jest w Belgii, Danii, Finlandii, Francji, Islandii, Hiszpanii, Niemczech, Norwegii, Słowenii, Szwajcarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Jak widać, są w tej grupie kraje zarówno z północy kontynentu, jak i południa. Nawet w USA, często stawianych za wzór przez wolnorynkowców, od lat funkcjonuje progresja podatkowa – nie zlikwidował jej nawet Donald Trump, który ograniczył się jedynie do obniżenia najwyższej stawki. Obecnie w USA jest aż siedem stawek podatku dochodowego od osób fizycznych, rozciągających się od 10 procent do 37 procent.

Gdzie standardem jest podatek liniowy? Przede wszystkim w krajach, które od cywilizacji zachodniej są dosyć daleko – nawet jeśli nie geograficznie, to na pewno mentalnie. W Europie podatek liniowy obowiązuje na przykład w Albanii, Białorusi, Czarnogórze, Macedonii i Rosji. Podatek liniowy jest więc bez wątpienia standardem wschodnim. W sumie nic dziwnego, to na wschodzie niepodzielnie rządzą oligarchowie, liczy się prawo siły. Nic więc dziwnego, że silne grupy interesu ze Wschodu nie pozwoliły na wprowadzenie progresji podatkowej, która uderzyłaby w ich przewagę ekonomiczną.

Płasko jak w Polsce

Jak to wygląda w Polsce? W tym zakresie wciąż tkwimy na Wschodzie. Formalnie przyjęliśmy minimalną progresję, wprowadzając dwie stawki PIT – 18 i 32 proc. Problem w tym, że próg dochodowy drugiej stawki jest tak wysoki, że płaci ją zaledwie 3 proc. podatników. Poza tym lepiej zarabiającym zapewniono możliwość przechodzenia na podatek liniowy dla przedsiębiorców. Z czego korzysta jakieś pół miliona najzamożniejszych Polaków.

Nawet jednak jeśli przeanalizujemy jedynie podstawowy system podatkowy znad Wisły, przymykając oko na liniowy dla przedsiębiorców, to i tak okaże się, że polski PIT jest niemal najbardziej płaski wśród krajów rozwiniętych. Efektywna stawka PIT dla Polaków zarabiających 67 proc. średniej krajowej to 6,4 proc., dla zarabiających średnią krajową to 7,2 proc., a 167 proc. średniej to 7,9 proc. Ktoś mógłby zapytać, co to za niskie liczby – przecież pierwsza stawka wynosi 18 proc. Tak, ale tu mowa o efektywnej stawce, czyli realnie płaconej – a polski PIT jest obniżany przez składkę zdrowotną, a jego podstawa opodatkowania o stałe koszty pracy i składki emerytalno-rentowe. Jak to wygląda średnio w OECD? Zarabiający 67 proc. średniej krajowej płacą 11,5 proc., zarabiający średnią krajową 15,7 proc., a 167 proc. średniej 21,5 proc.

Oczywiście ktoś mógłby celnie zauważyć, że należy analizować pełne efektywne obciążenie płacy, wraz ze składkami płaconymi przez pracownika oraz pracodawcę. Pełna zgoda i właśnie analizując w ten sposób daniny publiczne płacone przez polskich pracowników chyba najlepiej widać, jak bardzo płaski jest polski system podatkowy. Pełne obciążenie pensji wynoszącej średnią krajową to nad Wisłą 35,6 proc., a średnio w OECD 35,9 proc. Przeciętnie obciążenia płacy są więc w Polsce niemal identyczne, co średnia OECD. Zupełnie inaczej jednak jest już w dwóch pozostałych przypadkach. Zarabiający 67 proc. średniej w Polsce płacą 35 proc., tymczasem średnio w OECD 32 proc. Za to zarabiający 167 proc. średniej krajowej w Polsce płacą tylko 36,2 proc., przy średniej OECD 40,3 proc.

W Polsce obciążenia są więc niemal idealnie płaskie – odpowiednio 35, 35,9 i 36,2 proc. Pod tym względem przypominamy jedynie dwa kraje – Chile (7, 7 i 8,3 proc.) oraz Węgry (we wszystkich trzech przypadkach 46,2 proc.). Większa progresja podatkowa niż w Polsce jest nawet w Meksyku. Realna progresja jest również w krajach anglosaskich – nie tylko w USA i Wielkiej Brytanii, ale także w Australii i Kanadzie. Przykładowo w Szwajcarii efektywne obciążenia wynoszą odpowiednio 19, 22 i 26 procent. W Izraelu 15, 22 i 31 procent. W Szwecji 41, 43 i 52 procent. W Hiszpanii 36, 39 i 44 procent.

Rozleniwiający podatek liniowy

Oczywiście w Polsce bardzo silna jest frakcja przeciwników progresji. Mają oni na podorędziu jeden żelazny argument. Wyższe stawki PIT przy wyższych dochodach zniechęcają do pracy i zarabiania większych pieniędzy, gdyż podatnik odbiera to jako karę. Po co mam pracować więcej, skoro i tak mi to zabiorą. Ta teoria to jednak od początku do końca zwyczajne bzdury zarówno w sferze zwykłego zdrowego rozsądku, jak i danych z gospodarek realnych, a nie wymyślonych. Zdroworozsądkowo należałoby dojść do wniosku odwrotnego – skoro wyższe zarobki są obciążone nieco wyższą stawką, to obywatel ma wręcz motywację do dłuższej lub bardziej produktywnej pracy, jeśli chce otrzymać na rękę dochód, który sobie założył. Jeśli wyższe dochody będą obciążone taką samą stawką, to dobrze zarabiający szybciej osiągną zamierzony dochód netto i będą mogli szybciej zrobić sobie wolne. Zatem to podatek liniowy skłania do mniej intensywnej pracy, a nie odwrotnie.

Potwierdzają to dane z gospodarek. Raz, że kraje z najwyższymi górnymi stawkami PIT należą też do najlepiej rozwiniętych. Jak widać, progresja podatkowa nie przeszkodziła im w rozwoju. Dwa, kraje, które mają najwyższe wskaźniki aktywności zawodowej, mają też bardzo wysokie krańcowe stawki PIT. A przecież jeśli progresja zniechęca do pracy, powinno być to widać w ich wskaźnikach aktywności zawodowej. Pięć krajów w Europie o najwyższej aktywności zawodowej to Islandia, Szwajcaria, Szwecja, Holandia i Dania – wszystkie one mają krańcową stawkę PIT w okolicach 50 proc. W Szwecji wynosi ona nawet 57 proc. Piątka krajów OECD z największym zatrudnieniem wygląda niemal tak samo, tylko że zamiast Danii (8. miejsce) jest Nowa Zelandia. W Nowej Zelandii podatki są oczywiście niższe niż w Europie, ale także tam występuje silna progresja – różnica w opodatkowaniu osób zarabiających 67 i 167 proc. średniej krajowej wynosi tam aż 10 pkt. proc.

Jest w Polsce także niemała grupa osób, w tym aktywnych polityków, którzy chcieliby w ogóle likwidacji podatku dochodowego od osób fizycznych. Według nich dochody budżetowe z PIT są tak niewielkie, że, jak twierdzą, nie przekraczają kosztów poboru tego podatku. Akcja społeczna dot. likwidacji PIT była całkiem intensywna jeszcze w czasach aktywności Przemysława Wiplera. Niestety jej zwolennicy nie podawali, jakie są te koszty poboru PIT. W każdym razie dochody budżetu państwa z PIT mają być zbyt niskie, by uzasadniać jego istnienie. Dowodzili oni, że te ok. 50 mld zł to w sumie niewiele, skoro z samego VAT dochody są trzykrotnie wyższe. Problem w tym, że dochody budżetu państwa to tylko połowa wpływów z PIT – druga trafia do jednostek samorządu terytorialnego (JST). I jest to najważniejsze źródło dochodów dla JST. Gdyby zlikwidować PIT, polskie samorządy mogłyby się równie dobrze zwinąć i zamknąć interes. Tego niestety zwolennicy likwidacji PIT najwyraźniej nie wiedzą.

***

Dochody z PIT wynoszą nad Wisłą 5 proc. PKB. Tymczasem średnia OECD to 8,4 proc. PKB. Polskie państwo potencjalnie mogłoby więc znacznie zwiększyć swoje dochody z tego źródła, zwiększając daniny płacone przez lepiej zarabiających. Oczywiście należałoby to połączyć z obniżeniem PIT dla mniej zarabiających, by zwiększyć progresję i zmniejszyć nierówności. Niestety akurat obecna władza się do tego nie pali. Odstąpiła ona od bardzo dobrego pomysłu jednolitego progresywnego podatku dochodowego, gdyż spotkało się to z gremialnym oburzeniem prawicowych publicystów. Progresja podatkowa to zbyt wiele dla prawicowego rządu, nawet takiego z wyraźnym odchyleniem socjalnym. Dlatego też wprowadzenie progresji podatkowej nad Wisłą powinno być papierkiem lakmusowym dla nowych projektów politycznych na lewicy, od których powinniśmy się tego domagać absolutnie w pierwszej kolejności. Bardzo jestem więc ciekaw, jakie plany podatkowe będzie miało nowe ugrupowanie Roberta Biedronia. Jeśli kwestię progresji podatkowej potraktuje po macoszemu, będziemy mieli czarno na białym, że to co najwyżej lekko lewicujący liberałowie, którym nie warto dawać kredytu zaufania. Najwyższy czas skończyć z tym barbarzyństwem, jakim jest podatek liniowy – a zadbać o to najmocniej może jedynie lewica.

Piotr Wójcik

Tomasz Markiewka: Zachód nie istnieje

Tomasz Markiewka: Zachód nie istnieje

W 1989 roku Polska dokonała wielkiego aktu politycznego. Zdecydowała się dołączyć do krajów demokratycznych oraz do systemu kapitalistycznego. I… wielka polityka się skończyła. Oczywiście nadal dokonywały się zmiany będące pochodną tej pierwszej decyzji, poczynając od planu Balcerowicza, po wejście do Unii Europejskiej, ale generalnie królowało przekonanie, że historia dobiegła końca, a na pytanie o to, jak ma wyglądać Polska, istnieje prosta odpowiedź: jak Zachód.

Ten mit Zachodu – a był to mit, bo przecież nigdy nie chodziło o dokładne przyglądanie się skomplikowaniu i różnorodności państw zachodnich – natrafiał stopniowo na swój kontr-mit. Opowieści o Zachodzie-wzorcu przeciwstawiono prawicową opowieść o Zachodzie-zgrozie. Na pragnienie „bycia jak Zachód” odpowiedziano pragnieniem „bycia wszystkim, byle nie Zachodem”.

Wydaje się, że oba te mity powinny ulec rozkładowi około 2008 roku, czyli w okolicach kryzysu finansowego. Wtedy to bowiem jasne stało się, że historia nadal trwa, a Zachód nie wynalazł patentu na dobrą politykę. Trudno było też zamykać oczy na to, że Zachód nie jest jednorodny i istnieją poważne różnice między Francją a USA, Wielką Brytania a Islandią, Niemcami a Hiszpanią.

Nic z tego. Mit i anty-mit Zachodu nadal są żywe. Drobnym, acz bardzo pouczającym, przejawem tego pierwszego mitu jest postawa Tomasza Lisa. Warto na przykład zapoznać się z rozmową, którą przeprowadził pół roku temu w swoim programie z Timothym Gartonem Ashem. Lis pyta brytyjskiego historyka i sugeruje zarazem, że ta Polska to chyba nie jest taka do końca zachodnia. Wiadomo: PiS, populizm, upadek demokracji i tak dalej. Na co Ash zauważa przytomnie, że z tego typu problemami zmagają się też tzw. państwa zachodnie. Lis niby się zgadza, ale dopytuje, że jednak jest tu jakaś zasadnicza różnica. W sensie: nasz upadek demokracji jest większym upadkiem, nasz populizm większym populizmem, nasza prawica gorszą prawicą niż jej odpowiedniki na Zachodzie. I dopiero gdy Ash mówi coś, co można zinterpretować jako aprobatę dla tej tezy, redaktor czuje się spełniony.

W tej krótkiej wymianie zdań dzieje się kilka ciekawych rzeczy jednocześnie. Najlepsze jest to, że wszystkie najważniejsze kategorie potrzebne do jej analizy opisał już Piotr Stankiewicz w „21 polskich grzechach głównych”. Mamy tu na przykład do czynienia z autorasizmem, czyli dyskryminacją Polaków przez Polaków, z uznaniem nas samych za niższą rasę. To właśnie Lis, polski dziennikarz, a nie sam Ash domaga się powiedzenia na głos, że Polska jest w istotny sposób gorsza od krajów zachodnich. Ciekawe, że jest to autorasizm niejako podwójny. Nie dość, że Lis uważa Polskę za gorszą od mitycznego Zachodu, to jeszcze odczuwa potrzebę, aby tę diagnozę potwierdził ktoś z Zachodu właśnie. Tak jakby nawet on sam, światły Tomasz Lis, był zbyt skażony polskością, żeby jego krytyka Polski mogła być pełną krytyką bez aprobaty ze strony przybysza z lepszego świata.

Po prawej stronie bywa jeszcze głupiej. Najlepszym przykładem jest zestaw filmików prawicowej grupy, której nazwy nie chcę nawet reklamować, dopominającej się o ogólnoświatowy szacunek do Polski. Filmiki opierają się na założeniu, że Polska jest poniżana i niedoceniana przez świat zachodni pomimo tego, że to ona jest pierwsza wśród narodów. Nikt nie cierpiał tak, jak my cierpieliśmy. Nikt nie walczył tak, jak my walczyliśmy. Nikt nie jest obrażany tak, jak my jesteśmy. Wszystko w nieznośnie kiczowatym i patetycznym stylu właściwym dla naszej prawicy. Gdyby wziąć te filmiki na wiarę, można by dojść do wniosku, że Amerykanie, Brytyjczycy czy Francuzi nie myślą na co dzień o niczym innym, tylko o tym, jak by tu po raz kolejny poniżyć Polskę.

Absurd tych dwóch sposób myślenia wypłynął ostatnio przy okazji dyskusji o Obamie ściskającym dłoń Wałęsy. Reprezentujący prawicę Rafał Ziemkiewicz starał się za wszelką cenę zdeprecjonować jednego z najpopularniejszych prezydentów USA. Robił to w sposób wyjątkowo nierozsądny, opowiadając bajki o tym, że jest to polityk ze wszech miar przegrany. Zwolennicy Wałęsy z kolei zachwycali się tym uściskiem, jakby za jego sprawą Obama miał powiedzieć „Ja, przedstawiciel lepszego i wyższego świata, zatwierdzam mocą mojego autorytetu Lecha Wałęsę i wszystkich, którzy stoją po jego stronie”. Komiczny strach przed Zachodem zderzył się z równie komicznych zachwytem nad nim.

Nie chodzi o to, żeby popadać ze skrajności w skrajność. Żeby na kompleks niższości i wyidealizowaną wizję Zachodu odpowiadać nadymaniem się z powodu własnej polskości. Na mit Zachodu trzeba odpowiedzieć zdroworozsądkowym: Zachód nie istnieje. Nie istnieje jednolita kraina, którą można stawiać za wzór i cel wszelkich dążeń politycznych. To, co nazywamy Zachodem, jest tak naprawdę złożeniem wielu sprzecznych tendencji: dobrych i złych. Sam nie mam problemów z przyznaniem, że chciałbym, aby na polskich drogach było tak bezpiecznie jak na drogach brytyjskich czy hiszpańskich. Żeby polski system podatkowy był jak duński. Żeby polskie związki zawodowe były na poziomie fińskich lub francuskich. Żeby prawa kobiet i mniejszości seksualnych były przestrzegane przynajmniej tak jak w Szwecji. Z drugiej strony nie chciałbym ani takich nierówności społecznych, ani takiego prezydenta jak w USA. Nie chciałbym wychodzić z Unii Europejskiej, jak to zrobili Brytyjczycy. Nie chciałbym mieć takiej kolonialnej przeszłości jak Francuzi. Nie chciałbym, aby latami na politycznym szczycie utrzymywał się taki polityk jak Berlusconi we Włoszech. Słowem, czym innym jest przyznanie, że konkretne kraje zachodnie w konkretnych sprawach są lepsze od Polski, a czym innym przeprowadzanie mocnego, istotowego rozróżnienia między złą Polską i wspaniałym Zachodem. I na odwrót, bywamy lepsi w pewnych aspektach niż wybrane kraje zachodnie, ale nie mamy najmniejszych powodów, aby popadać w samozadowolenie bądź tworzyć mit złego Zachodu. Świat jest skomplikowany i byłoby dobrze, abyśmy częściej w polskiej polityce pamiętali o tej prostej prawdzie.

dr Tomasz S. Markiewka

Grafika: pixabay.com

Konrad Ciesiołkiewicz: Słuchanie najsłabszego ogniwa

Konrad Ciesiołkiewicz: Słuchanie najsłabszego ogniwa

Dyskusje na temat rynku pracy nie przybierają jeszcze ostrych form znanych z dyskusji politycznych. Ma to swoje dobre i złe strony. Można powiedzieć, że to przykre, bo pokazuje, że wciąż jakość naszego środowiska pracy jest tematem spoza listy politycznych priorytetów. Utrzymywanie tego tematu na obrzeżach głównego nurtu dziwi i wskazywać może na odrealnienie wielu z nas, funkcjonujących dzisiaj w obiegu zawodowym stolicy i traktujących własne doświadczenie jako reprezentatywną normę. Piotr Arak, kierujący Polskim Instytutem Ekonomicznym, w swoim niedawnym komentarzu dla – nomen omen – kwartalnika „Liberte”, opisywał plagi polskiego rynku pracy. Wśród nich wymienił ogromne koszty psychiczne i somatyczne płacone przez coraz większą grupę Polaków wskutek doświadczania stresu zawodowego. Według danych OECD, pod tym względem wyprzedzają nas w Europie wyłącznie Grecy i Turcy. Arak wskazywał też na problem feudalizmu, w którym wciąż pracownicy bardziej zajmują się nastrojami szefa niż możliwością brania odpowiedzialności za cele przedsiębiorstwa. Jedną z naszych cech jest także niski stopień wsparcia i pomocy udzielanych przez przełożonych (przeciętna w UE to 58 proc., a u nas 47 proc.).

Rynek pracy nie jest wolny od skłonności do uproszczeń oraz popadania w skrajności, posługiwania się stereotypami i niemożności (albo niechęci) zobaczenia drugiej strony medalu. Problem dotyczy zarówno uczestników rynku, jak i komentatorów, zaś jego konsekwencje obejmują nasze życie gospodarcze, społeczne, i prywatne. Przykładem takiego stereotypu są tzw. millenialsi (pokolenie Y, urodzone w latach 80. i 90.), którzy według panujących wyobrażeń mają być pokoleniem szczególnie mobilnym, nie przywiązującym się do zespołu ani do firmy. W ten bardzo uproszczony sposób bywają przedstawiani w przewodnikach dla działów personalnych firm i kadry kierowniczej, tak konstruowanych jest mnóstwo szkoleń menedżerskich. Ale czy młodzi faktycznie tacy są, czy raczej tak chcą ich widzieć niektórzy z ich przełożonych?

Do refleksji nad przyszłością pracy zmusza też automatyzacja i robotyzacja produkcji. Na pierwszy plan wysuwa się pytanie, czy roboty zabiorą nam pracę. Ta nacechowana emocjonalnie kwestia odsuwa w cień inne, nie mniej istotne aspekty tematu, chociażby kompetencje pracowników, które pozwolą im się utrzymać i odnieść sukces na rynku pracy zdominowanym przez roboty. Wiele ośrodków zgodnie wskazuje na kompetencje przyszłości, a wśród nich wymienia inteligencję emocjonalną, empatię, umiejętność współpracy i udzielania wsparcia innym, aktywne słuchanie czy krytyczne myślenie. Większości z tych cech roboty nigdy nie będą w stanie nabyć – pozostaną one naszą niezbywalną przewagą. Oczywiście kompetencji społecznych, które będą naszą przewagą na rynku pracy, jest o wiele więcej, lecz wszystkie mają wspólny mianownik – wymagają dialogu i tylko dzięki niemu są możliwe. Warto zawczasu się nimi zająć, by ograniczyć lęk ludzi przed zmianami na rynku pracy. Badanie Pew Research Center pokazuje bowiem, że zarówno w krajach rozwiniętych, jak i rozwijających się (m.in. w Polsce) negatywne opinie na temat skutków automatyzacji przeważają nad pozytywnymi. Lęki ludzi są naturalne i nie powinny nikogo dziwić. W praktyce jednak osoby takie nierzadko doświadczają bipolarnego przeciwstawienia o ogromnych skutkach tożsamościowych, mianowicie „zapóźniony leń” vs „nowoczesny i skuteczny”.

Debata na temat automatyzacji wciąż ma ograniczony wpływ na bieżącą sytuację na rynku pracy. Inaczej jest z kwestią sensu pracy. Poczucie sensu wykonywanej pracy ma znaczenie fundamentalne, ale w mediach ogranicza się je zwykle do wysokości zarobków, możliwości awansu czy innych tzw. benefitów pozapłacowych. Tymczasem z badań naukowców z uniwersytetów w Lejdzie i Rotterdamie wynika, że co siódmy Polak uważa swoją pracę za pozbawioną sensu. Aż 14 proc. z nas odpowiedziało negatywnie na pytanie „Czy twoja praca jest pożyteczna dla społeczeństwa?”. Był to wynik znacznie gorszy niż europejska średnia. Badania przeprowadzane w USA przez B. Schwartza i A. Wrzesniewski pokazują jednoznacznie, że pełnienie wysokich funkcji w zarządach modnych przedsiębiorstw nie idzie w parze z poczuciem sensu. Tymczasem wielu przedstawicieli zawodu salowych w szpitalach charakteryzowało się wysokim poczuciem sensu pracy, a ich zaangażowanie daleko wykraczało poza spisany zakres obowiązków. Tym, co stanowiło istotę, była relacja z drugim człowiekiem i poczucie sprawczości w udzielaniu wsparcia pacjentom.

W każdej organizacji znajdą się osoby, które chcą i potrzebują częstych zmian – w otoczeniu i/lub w samej pracy. Oferta pracodawcy powinna uwzględniać te wymagania. Ale z drugiej strony narzucanie wszystkim młodym pracownikom określonego – i uwarunkowanego ekonomicznie – stylu życia i wartości jest nie do zaakceptowania z jakiejkolwiek humanistycznej perspektywy. Oznaczałoby to zdecydowaną dominację jednej ze stron stosunku pracy. Dialog jest przede wszystkim słuchaniem najsłabszego ogniwa systemu. Tego, które jest w innej niż ja sytuacji, ma inną zawodową pozycję, i tego, które czuje więcej lęku przed zmianami. Jeśli tak na to spojrzymy i połączymy z szeroko omawianymi i powtarzanymi czasami do znudzenia kompetencjami przyszłości, to okaże się, że to właśnie osoby najciężej doświadczone, pełniące najniższe funkcje, wykonujące najbardziej niewdzięczną pracę, mogą być naszymi przewodnikami po inteligencji emocjonalnej, empatii, współpracy, wspieraniu innych.

Przytoczone przykłady ukazują funkcje dialogu jako kompetencji, która przekłada się na poprawę wyników ekonomicznych, bardziej satysfakcjonujące życie osobiste i lepszą jakość życia społecznego. Dialog oparty na zrozumieniu i poszanowaniu różnic między ludźmi oraz godności każdego człowieka jest fundamentem zaawansowanego rozwoju gospodarczego i społecznego. W Polsce musimy się go uczyć, jeśli nie chcemy pozostać jedynie krajem rozwijającym się. Ta potrzeba staje się jeszcze bardziej paląca w obliczu dramatycznych prognoz ekologicznych i społecznych, wewnętrznych napięć w Europie oraz coraz bardziej agresywnej polityki niektórych międzynarodowych mocarstw.

Każdą zmianę instytucjonalną, także tę związaną z bardziej otwartymi organizacjami, zaczynać można i należy od ludzi. Szczególnie rekomendować chcę dwie inicjatywy, w które sam jestem zaangażowany. Mają one na celu naukę kompetencji dialogu, a więc zestawu postaw, wiedzy i umiejętności. Jedna z nich to „Dialog w praktyce”, realizowana przez Komitet Dialogu Społecznego Krajowej Izby Gospodarczej, a druga nazywa się „Wyłącz ego. Zrozum drugiego”, do której trwa właśnie rekrutacja. Bardzo serdecznie zapraszam do udziału w obu tych inicjatywach.

Konrad Ciesiołkiewicz

Prof. Monika Kostera: Każdy sam sobie Neronem, Rzymem i ogniem

Prof. Monika Kostera: Każdy sam sobie Neronem, Rzymem i ogniem

Narcyzm jest czymś w rodzaju nowotworu relacji międzyludzkich. Jest to zaburzenie osobowości polegające na braku empatii i przemożnej potrzebie chwały i sukcesu, definiowanego zewnętrznie, w kategoriach uznania, pieniędzy i triumfu nad innymi, widzianymi jako konkurenci i rywale do zaszczytów. W obecnych czasach jest szybko rozprzestrzeniającą się pandemią. Dzieje się tak z powodu tragicznego zanieczyszczenia środowiska uczuciowego i społecznego – narcyzm stał się nie tylko normą, ale wręcz obowiązkowym wzorcem do naśladowania. W dużej mierze stało się tak z winy patologicznego przesłania nauk, praktyki i popularnej kultury zarządzania. To ono zawiera treści, postulaty i idee, które zanieczyszczają symboliczne środowisko ludzkich emocji. To ono ma moc wpływania na nasze codzienne życie, oczekiwania, marzenia. W ostatnich dekadach wdarło się także w sfery całkowicie nie dla niego przeznaczone, takie jak wartości i normy współżycia społecznego (trend zarządzania kulturą z lat 80. i 90.) czy nawet duchowość (corporate mindfullness ostatnich lat). Ono stawia poprzeczki i ono ma środki, by wymagać od nas traktowania ich jako obowiązujących. Wreszcie, ono stałą się lingua franca, nową łaciną, językiem powszechnie obowiązującym, imaginarium pospolitym, czymś w rodzaju współczesnej matury. Co zarządzanie zawiniło, zarządzanie powinno odkupić. I o tym właśnie chciałabym napisać w tym świątecznym czasie, odczuwam taką wielką potrzebę.

Psycholożka i naukowczyni Ramani Durvasula, autorka licznych publikacji naukowych i naprawdę dobrych popularnych książek, opisuje narcyzm w szerszym społecznym i kulturowym kontekście. Jest to zaburzenie osobowości szczególnie trudne, jako że właściwie uniemożliwia budowanie relacji. Relacje są dwustronne, wymagają wzajemnych dostosowań, dawania i brania, wzajemnej miłości, przyjaźni, budowania zaufania. Cała materia społeczna – rodziny, grupy znajomych, ale także organizacje, miejsca pracy, wreszcie wielkie instytucje społeczne – opiera się na ludzkich relacjach. Nasze bycie człowiekiem rozwija się i umacnia dzięki relacjom. Osoba narcystyczna nie umie tego robić, umie tylko brać, nie umie dawać. Potrafi zdobywać, uwodzić, czasami potrafi coś zaoferować, gdy widzi w tym potencjalną korzyść, zaspokojenie jakiejś swojej potrzeby. Ale nie umie dawać i nie rozumie wzajemności, bo nie posiada empatii. Po prostu brakuje jej tego zmysłu i nigdy się nie nauczy, nigdy się nie zmieni. Badania dr Durvasuli i innych specjalistów pokazują, że osobowość narcystyczna jest wyjątkowo niepodatna na terapię – sam narcyz nie widzi potrzeby zmiany, a gdy zostanie do tego nakłoniony, nie zmieni się trwale, nawet jeśli może chwilowo i punktowo zacząć się zachowywać bardziej współpracująco.

Innymi słowy, ta diagnoza nie rokuje dobrze. Jeszcze gorzej rokuje dla otoczenia osoby narcystycznej – to ono musi nieść społeczne i psychologiczne konsekwencje zaburzenia, wstyd i systematyczne problemy z innymi relacjami. Narcyz domaga się bowiem od innych ludzi zaspokajania swoich potrzeb i nie posiada zwykłych ludzkich zahamowań, wynikających z empatii czy wrażliwości na drugą osobę. Bliscy funkcjonują jak dwór lub jak niewolnicy, dostarczający panu i władcy wszystkiego na srebrnym talerzu, a przy tym niszczą i palą relacje ze wszystkimi wokół.

Narcyz wyraża stale swoje poczucie uprawnienia do wszelkich nagród, zaszczytów i sukcesów. Jeśli ich nie uzyska, to jest to wina otoczenia. Nie wynika to jednak z głębokiej miłości własnej, ale z wewnętrznej pustki – osoba narcystyczna nie ma poczucia równowagi, nie wie, po co robi to, co robi, jeśli nie zostanie obsypana pieniędzmi, zachwytami, sławą. Wszędzie węszy wrogów, których zwalcza z energią iście nadludzką, robi rzeczy, które wydają się nam, zwykłym szaraczkom, niemożliwe i niepojęte. Czyni to, bo czuje potrzebę odegrania się na kimś za coś, co odbiera jako ujmę w swojej dumie, plamę na swoim honorze. Narcyzowi są paranoiczni, często bezlitośni, okrutni, skłonni do depresji, ponieważ nie czują wartości tego, co robią, choćby nawet było to piękne i cenne (zazwyczaj jednak nie jest). Bez coraz to nowych potwierdzeń własnej wielkości, nigdy niekończącej się fali pochwał, ciągłego uwielbienia, czują w środku wielką ssącą próżnię. Możemy oddać im wszystko, co mamy – duszę, siły witalne – tego od nas właśnie oczekują, ba, tego wymagają i to od nas pobierają bez żadnych ograniczeń; mogą nas wyssać z sił witalnych, doprowadzić do choroby, obłędu, śmierci – i nie będą mieli dość. Nigdy nie będą mieli dość. Są nienasyceni.

Właściwie nazwa zaburzenia nie oddaje istoty rzeczy – Narcyz, piękny młodzieniec z greckiego mitu, zapałał miłością do własnego odbicia. Patologiczny narcyz nie jest w sobie zakochany, ale raczej pozbawiony społecznego termostatu, nie umie ogrzać się ciepłem ludzkiej miłości i współczucia. Dlatego musi stale podpalać Rzym. Myślę, że narcyzm powinien nazywać się neronizmem. Potworna samotność osoby narcystycznej, często połączona z innymi zaburzeniami osobowości, takimi jak psychopatia, socjopatia czy makiawelizm, nie czynią jej postacią godną zazdrości. Otoczenie takiej osoby poświęca swoją energię życiową, swój czas, swoją pracę, swój dobytek, wreszcie – swoją duszę, by narcyza na chwilę zadowolić, kosztem wszystkiego innego, wszystkich innych. Ogień narcyzmu pożera rodziny, społeczności, miejsca pracy. I definiuje im kategorie świata. Otoczenie przejmuje od narcyza miary, standardy, język, to, co narcyz uważa za wartości i normy. W ten sposób narcyzm staje się zaraźliwy, przenosi się tam, gdzie nie jest jego miejsce, toczy umysły i serca bliskich i znajomych. Narcyzm roznosi się przez relacje.

W naszych czasach neoliberalne zarządzanie uczyniło z narcyzmu wzorzec i model nie tylko normalny i powszechny, ale wręcz obowiązkowy. Wszystko jest pełne tego wzorca: kultura masowa, edukacja, przede wszystkim w szkołach biznesu, a z ich powodu w całym szkolnictwie wyższym, jak przekonuje w swojej najnowszej książce Martin Parker, brytyjski profesor zarządzania. Media, prasa, zdrowy rozsądek i nasz codzienny język. Nie zawsze tak było. Nawet ja, w końcu nie żaden Matuzalem, pamiętam całkiem inne czasy, inne postawy i języki. Jednak dominacja tego języka obecnie tak absolutnie określa nasz świat, że dla wielu osób „nie ma alternatywy”, nie jest do pomyślenia rzeczywistość, w której ważniejsza może być współpraca, niż indywidualne zwycięstwo, w której nauka to może być wysiłek zespołowy, nie gwiazdorstwo, w którym dobro wspólne jest najważniejsze. Opowiadamy o nas samych, o naszym życiu, o naszych celach i pragnieniach, jakbyśmy wszyscy byli narcyzami – robimy to nie dlatego, że wynika to z naszych głębokich potrzeb, ale ponieważ to jedyny język, jaki znamy. Język definiuje wyobraźnię i tworzy rzeczywistość. Zaczynamy sami także czuć w trzewiach tę pustkę, która jest losem osobowości narcystycznej, zaczynamy wypełniać ją „sukcesami”, konsumpcją, żarciem, alkoholem, działać bez zahamowań, bez empatii, bo – „tak trzeba”, „nie da się inaczej”.

Szwedzki profesor zarządzania Mats Alvessson opowiada w swej głośnej książce zatytułowanej „The triumph of emptiness” – „Triumf pustki”, o tym, jak narcystyczna gigantomania zdefiniowała w ostatnich dziesięcioleciach zarządzanie, a następnie cały świat. Każdy musi być „w światowym topie”, oblegają nas zewsząd rankingi, pomiary; pacjenci i studenci oceniają lekarzy i nauczycieli w systemach takich, jakich używa się do oceny atrakcji turystycznych, restauracji, hoteli. Wszyscy polerujemy nasze CV z taką pieczołowitością i takim nakładem środków i czasu, że nie starcza ich już na nic innego, na żadną treść, zawartość – i nikogo to nie interesuje, liczy się wyłącznie powierzchnia. Wszyscy siedzą przy niekończącej się partii pokera w ciemno, nikt nie powie „sprawdzam”, bo już sami nie wiemy, co miałoby być sprawdzane, kłamstwo stało się nową prawdą, nawet zyskało nową nazwę. „Post-prawda” to nic innego jak kłamstwo plus władza.

Powierzchnia jest wszystkim, ma być wszystkim, musi być wszystkim, ale nic nie wnosi w nasze życie ani w życie naszych organizacji, gdyż kryje pustkę. Ta pustka właśnie święci światowe triumfy, w przedsiębiorstwach, w polityce, w edukacji. To ona jest obowiązującym kanonem zarządzania. Błyszczące powierzchnie to iluzjonistyczne sztuczki, które są tak oderwane od zawartości, że nikt już o nią nie pyta. Powoduje to katastrofalne skutki, zmuszając do funkcjonowania w organizacjach, które wysysają z nas energię życiową i odbierają chęć do życia, nie wnosząc nic pożytecznego społecznie ani planetarnie. Taki styl zarządzania oparty jest na założeniach, że ważne są wyłącznie mierzalny przyrost ekonomiczny i wzrost konsumpcji, a drogą do nich są zewnętrznie definiowane „transparentne” standardy, oceny i cele. O ile szarlataneria biznesowa i reklamiarstwo istniały zawsze, to nową jakością jest absolutna powszechność, jaką system charakteryzuje się w naszych czasach i brak widocznych alternatyw. Alvesson twierdzi, że edukacja wyższa, wspierana przez media, cementuje i szlifuje ten model do coraz większej perfekcji, przy tej okazji likwidując własny sens i czyniąc z siebie równie pusty cymbał, jak system wartości społecznych, który buduje.

Wszystko to odbywa się kosztem utraty sensownego języka – słowa funkcjonują w oderwaniu od treści, zmieniają znaczenie. „Satysfakcja klienta”, „zrównoważony rozwój”, „nacisk na zasoby ludzkie” i wszechobecna „doskonałość” nie znaczą absolutnie nic, niczym hasła z epoki późnego PRL. Reakcją na te slogany są cynizm, depresja, pasywność lub złość, nawet furia, w tym także ta przejawiająca się w bardzo niebezpiecznych hasłach faszystowskich i pełnych nienawiści wrzaskach, których wciąż wokół nas więcej. Niektóre na pewno pochodzą z gardzieli psychopatów, ale niektóre mogą być wyciem człowieka pozbawionego języka posiadającego sens. W dzisiejszych czasach praktycznie każdy menedżer musi kompetentnie władać takim właśnie językiem gigantomanii i pustki.

Zarządzaniowa pustka rozprzestrzenia się poprzez relacje międzyludzkie, roznosząc bakcyla narcyzmu, śmiertelnego dla wspólnoty, radości życia, twórczości. W małych społecznościach ogranicza się do sieci bliskich i czasami znajomych osoby dotkniętej tą patologią. W wielkich systemach jest zarządzana z góry w dół. Narcyzm dosłownie skapuje w dół hierarchii, od naczelnego szefa, poprzez kierownictwo średniego szczebla, na sam dół i jeszcze niżej, do prekariusza, który nigdy nie będzie miał tego wypasionego BMW ani nie będzie latał pierwszą klasą, a jednak utożsamia się z takim stylem życia i z takimi wartościami, zamiast iść z towarzyszami na barykady i żądać godnej płacy za godną pracę. Tylko narcyzm skapuje na dół, nie bogactwo, jak w latach 80. obiecywali nam neoliberałowie w słynnym haśle „trickle-down effect”, głoszącym, że bogactwo skapuje ze stołu bogaczy na coraz niższe poziomy struktury społecznej i za lat 10, może 15 wszyscy będziemy Blake’ami Carringtonami z serialu „Dynastia”. Nie jesteśmy. Nie będziemy. Carrington przestał być Carringtonem, który wszak miał jakieś ograniczenia i względy dla innych. Stał się Trumpem, Murdochem, Zuckerbergiem, Muskiem, totalnie oderwanymi od reszty ludzkości i natury, nienasyconymi, jednym z 63 osób, które posiadają na własność więcej dobytku, niż uboższa połowa całej populacji Ziemi i których bogactwo stale rośnie, naszym kosztem. Stał się Neronem ze złota. A my wszyscy też staliśmy się Neronami, tyle że z prochu, z dymu, ze szmatek. Wierzymy, że nim jesteśmy, bo nasz język nie zawiera innych słów, bo nasza społeczna wyobraźnia nie pozostawia nam innych możliwości. Weźmy takie dwa, całkowicie fikcyjne przykłady z codziennego życia w pracy.

Wyobraźmy sobie Brendana, człowieka, który ma CV ze złota i brylantów, lecz ludzie mówią, że w poprzednich miejscach pracy miał jakieś problemy z oskarżeniami o mobbing i musiał się przenieść. Jest złotousty, jego mowa, zwłaszcza w stosunku do osób, które mogą mu coś dać lub pomóc w jego karierze, pełna jest superlatyw i pochlebstw, które wręcz wprawiają rozmówcę w zażenowanie. Obiecuje cuda. Przy tym jest interesującym facetem, ma ciekawe pomysły, poglądy, nosi się nieco ekstrawagancko, krytykuje establishment ostrymi słowy, czyta niebanalne lektury – jest osobowością, zwraca uwagę. Oczywiście, że został szybko awansowany – jak pokazuje w swoich badaniach profesor zarządzania Jeffrey Pfeffer, współczesne korporacje (i wszelkie inne organizacje) niemal automatycznie awansują na wysokie stanowiska takie właśnie osoby. Brendan jest socjopatą i narcyzem. Niech nas nie dziwi zatem, że po uzyskaniu awansu zmienia wszystko radykalnie, od wyglądu począwszy, poprzez poglądy i zainteresowania, a na gronie przyjaciół skończywszy. Z dnia na dzień. Na początek pozbywa się wszystkich, którzy go wspierali, robi to tak brutalnie, że otoczenie, przyzwyczajone wszak do różnych korporacyjnych działań, nie może długo uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Wszędzie opowiada o swoich nieprawdopodobnych (i słusznie, jeśli takimi się wydają) sukcesach. Wydaje na siebie cały budżet reprezentacyjny. W ciągu kilku miesięcy Brendan zatruwa atmosferę w swoim miejscu pracy, niszczy delikatną tkankę społeczną, kilka osób choruje lub poddaje się psychoterapii. Gdy także w obecnym miejscu zdesperowany podwładny oskarża go o mobbing, Brendan szaleje z poczucia krzywdy. Przecież on nikogo nie tyranizował, był wzorowym szefem, miał wielką wizję, której szaraczkowie nie umieli docenić. Jeśli cokolwiek w tej opowieści wydaje nam się nietypowe, dziwne, to na pewno nie postawa Brendana, nie to, co robił ani to, co mówił. Dziwne jest tylko to, że podwładny poszedł na skargę do naczelnego dyrektora.

A teraz weźmy inny przykład. Benio jest ulubionym kolegą w firmie, bratem łata, z każdym umie się dogadać, wszyscy go lubią. Jakimś cudem – zważywszy, że awanse są zarezerwowane dla Brendanów tego świata – został awansowany na dyrektora w dużej firmie. Wszyscy się cieszą, Benio wraz z nimi. Wkrótce zaczyna swoją działalność od obietnic, obiecuje rozwiązanie przeróżnych ciężkich problemów, awanse i podwyżki, utworzenie nowego działu i zatrudnienie nowych osób. Ludzie dostosowują do tych obietnic swoje plany, podejmują niekiedy bardzo poważne życiowe decyzje. Jednak obietnice nie są spełniane. Wielu osobom kariera kruszy się w oczach. Kilka osób wychodzi jak Zabłocki na mydle na swoich planach zatrudnienia i decyzjach z tym związanych. Benio natomiast wrzuca drugi bieg. Zaczyna nawoływać do realizacji wskaźników, wytycznych, odgórnych celów, które nie są przez podwładnych przyjęte za własne, a często nie są akceptowane, porównuje, kategoryzuje, nakłania do współzawodnictwa, upomina, degraduje jednych, awansuje innych, alienuje wszystkich. Co się stało z Beniem? Dlaczego zachowuje się jak socjopata? Obiecywanie i niespełnianie obietnic psuje relacje, a gdy ktoś posiada władzę, jest po prostu destrukcyjne. Miły, sympatyczny Benio jest w sercu empatą, ale rola społeczna, w którą wszedł, wtłacza go w system działania, który jest mu organicznie i brutalnie obcy. O ile strach i gniew budzi system zarządzania, w którym promowani są Brendanowie, to o wiele większą tragedią jest to, że Beniowie naszych firm i urzędów publicznych wtłaczani są w koszmarne prokrustowe łoże wykreowane przez tamtych. W lepszych czasach Benio nadal byłby bratem łata, kibicowałby zespołom, słuchałby ludzi i kiwał głową, niekiedy ze zrozumieniem, czasami pewno z ubolewaniem. Jego międzyludzki termostat mówiłby mu natychmiast, że atmosfera jest ciepła lub chłodna, że młoda pracowniczka potrzebuje wsparcia i zadań, z którymi lepiej sobie radzi. Nigdy nie popierałby samochwalstwa i nie zachęcałby do wyścigu szczurów. To wszystko, co robiłby w lepszych czasach Benio, to także jest zarządzanie.

To zarządzanie, które już istnieje i wcale nie trzeba wiele, by je rozpowszechnić, wystarczy zastąpić część dęcia w medialne trąby opowieścią dla pokrzepienia serc o Kooperatywie Dobrze, o Pracowni Gier Szkoleniowych, o Lokalu Vegan, o Spółdzielni Ogniwo… Nie istnieją idealne miejsca pracy i każda organizacja ma swoje mroki. Nie chodzi o ideał, ani nawet o utopię. Chodzi o inny język, inne imaginarium, które byłoby dostępne powszechnie jako lek na narcyzm. Nie można wyleczyć narcystycznej osoby, ale można wyleczyć relacje międzyludzkie, empatów, zwykłych ludzi, zresztą w taki sam sposób, jaki proponuje dr Durvasula – odsuwając się od narcyzmu lub przynajmniej rozumiejąc, że jest on patologią i współistniejąc z nią z pełną świadomością, że jest to ciężka choroba serca, nieuleczalna, a potem – z ulgą idąc w świat po ludzku, na ludzkich warunkach, w miłości i współczuciu.

Może pierwszym krokiem byłoby masowe odwrócenie się od słowa „zarządzanie”, jak radzi profesor Parker i powrót do innych określeń, które kiedyś używane były częściej na opisanie tego, czym zajmujemy się jako naukowcy, edukatorzy, praktycy. Najprościej byłoby nam po drodze z proponowaną przez Martina Parkera nauką organizowania. Kiedyś w naszym kraju obowiązywała nazwa „nauki organizacji i zarządzania”, mam dyplom magistra z tej dyscypliny. Może powinniśmy częściej mówić o kierowaniu – to polskie słowo używane od czasów Karola Adamieckiego, czyli od stu lat. Pojawiało się w nazwach instytutów, publikacji, pism i podkreślało ludzką stronę pracy osoby odpowiedzialnej, znanej wówczas jako kierownik, nie „menedżer” – ten ostatni pojawił się w naszym kraju dopiero w latach 90. A może powinniśmy częściej rozmawiać ze sobą, słuchać siebie nawzajem, zamiast patrzeć na Brendanów naszego świata, czy to z przerażeniem, czy z podziwem.

To nie brzmi jak model rozwiązujący problem? Bo nim nie jest. Nie mam rozwiązania ani tym bardziej modelu. Ale jestem przekonana, że wystarczy nas wypuścić na swobodę z prokrustowych pułapek obowiązkowego narcyzmu, a wymyślimy świat, w którym da się żyć i pracować. Zalążki już są. Nie tracąc ich z oczu, pozwólmy popłynąć gaszącym pożary łzom żalu, współczucia, ulgi, radości…

prof. Monika Kostera

Piotr Wójcik: Ujawnić płace!

Piotr Wójcik: Ujawnić płace!

W każdym sklepie widzimy towary opatrzone cenami. Nie jest to dla nas niczym dziwnym, w konsternację wprawiałby natomiast brak cen – jak to, wystawiacie towar bez ceny, czy on jest za darmo? W gospodarce rynkowej, która według teorii powinna bazować na przejrzystej konkurencji, oczekujemy, że towar będzie dobrze opisany i opatrzony ceną, żebyśmy przypadkiem nie kupili kota w worku. Oczywiście często i tak kupujemy, bo etykiety niejednokrotnie wprowadzają w błąd, a też nikt nie ma w głowie kalkulatora i wszystkich informacji, żeby przeanalizować na poczekaniu, czy produkt jest rzeczywiście wart swej ceny. No ale przynajmniej w przypadku kupowanych dóbr, rzadziej już usług, konsumenci mają zapewniony elementarny dostęp do informacji. Jakimś dziwnym trafem reguły te w ogóle nie dotyczą jednak pracy.

Dzieje się tak, choć przecież w obecnym modelu gospodarczym naszą pracę również sprzedajemy na rynku, który nieprzypadkowo zresztą nazywany jest rynkiem pracy. O nie, zarobki na poszczególnych stanowiskach czy też płace konkretnych osób to w Polsce niezwykle chroniona tajemnica. Zapytanie kogoś spoza bliskiego kręgu znajomych o zarobki to grube faux pas, a ktoś domagający się jawności płac w firmie jest uważany za socjalistycznego wichrzyciela. W dodatku pełnego zawiści, bo chce zaglądać innym do portfela.

Zarobki ściśle tajne

Nad Wisłą psychoza prywatności i przeświadczenia, że zarobki to osobista sprawa każdego z nas, posunięte są do absurdalnych rozmiarów. W wielu firmach rozmawianie o zarobkach jest niedozwolone. W urzędzie, w którym pracowałem przez kilka lat, niemile widziane było rozmawianie o wysokości nagród uznaniowych – działo się to w administracji publicznej, w której wszystko powinno być maksymalnie transparentne. W niedawnej rozmowie radiowej niesławny prezes LOT Milczarski stwierdził, że nie poda swoich zarobków w 2016 r., bo to sprawa poufna między nim a firmą. Prezes spółki Skarbu Państwa, a więc należącej do nas wszystkich, nie chciał poinformować właścicieli firmy, w której pracuje, ile zarabia.

Znalezienie oferty pracy, w której oprócz obowiązków i wymagań jest wskazane również wynagrodzenie, to doprawdy święto. Wynagrodzenia nie podaje nawet wiele urzędów i jednostek budżetowych ogłaszających konkursy o pracę. Wysokość zarobków w Polsce owiana jest nimbem tajemnicy chronionej niczym informacje wrażliwe, takie jak dolegliwości, na jakie cierpi pacjent, zawarte w karcie choroby. W naszym kraju łatwiej wyciągnąć od kogoś PESEL albo numer rachunku bankowego, niż poznać kwotę jego dochodów.

Tymczasem kwestia zarobków to wcale nie jest sprawa osobista. Zarobki poszczególnych pracowników to sposób podziału przychodów trafiających do firmy. Jeśli ktoś zarabia nieproporcjonalnie dużo, to siłą rzeczy pozostaje mniej środków mniej na wynagrodzenie tych pod nim na drabinie płac. Wynagrodzenia to więc sprawa, która dotyczy co najmniej wszystkich w firmie. Ale to też sprawa publiczna i nie mówię tu tylko o sektorze publicznym, gdzie zarobki są w części regulowane, a dochody kierowników i stanowisk wyższych są jawne dzięki zeznaniom majątkowym. To sprawa publiczna, ponieważ sprawiedliwość jest kwestią publiczną. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, czy firmy funkcjonujące na rynku i oferujące swoje dobra lub usługi obywatelom, traktują sprawiedliwie pracowników. Na tej podstawie łatwiej nam podejmować decyzje konsumenckie. Obywatele mają też prawo wiedzieć, jakie zawody są szczególnie wysoko wynagradzane, a jakie wręcz przeciwnie, by móc to oceniać i wywierać nacisk np. na regulatorów. Rynek jest mechanizmem wyjątkowo sprawnym, ale na pewno nie jest sprawiedliwy. Aby móc oceniać werdykty rynku z punktu widzenia sprawiedliwości, musimy mieć pełny dostęp do informacji. A nie ma żadnego powodu, by rynek był świętą krową, której nie możemy oceniać z punktu widzenia sprawiedliwości, skoro oceniamy z tej perspektywy wszelkie inne obszary życia.

Przejrzyście jak w Norwegii

Dlatego należy wprowadzić w Polsce jawność płac, przynajmniej w jakimś zakresie. Generalnie można powiedzieć, że są dwa główne modele zapewnienia transparentności wynagrodzeń – niemiecki i norweski. Niemcy wprowadzili we wszystkich firmach zatrudniających od 200 wzwyż ograniczoną jawność płac wśród pracowników. Ma to zapobiec dyskryminacji ze względu na płeć. Oznacza to mniej więcej tyle, że każdy zatrudniony w firmie może złożyć wniosek o informację, ile przeciętnie zarabiają pracownicy odmiennej płci na tych samych stanowiskach. Jak widać, jest to mechanizm o bardzo ograniczonym działaniu. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by Polacy poszli dalej niż zachowawczy Niemcy i wprowadzili pełną jawność płac na poziomie zakładów pracy. Każdy pracownik firmy mógłbym wnioskować o informację o zarobkach dowolnego kolegi lub koleżanki z pracy. Byłoby to obowiązkowe w każdej firmie, nie tylko w tych dużych. Żeby kadry w wielkich przedsiębiorstwach nie zamieniły się w biura informacji płacowej, można by to ograniczyć – np. każdy pracownik miałby prawo do jednej takiej informacji na kwartał.

Dalej idącym, ale za to dużo prostszym rozwiązaniem, byłoby udostępnianie każdemu pracownikowi firmy listy płac w porządku alfabetycznym, z wymienionym obok stanowiskiem. Każdy zainteresowany mógłby podejść do kadr, wziąć odpowiedni segregator i rzucić okiem na to, ile zarabia interesujący go współpracownik. Banalnie proste i niewymagające wprowadzania biurokratycznej procedury.

O wiele bardziej zaawansowany jest model norweski. Tam jawność płac ma długą tradycję – już w XIX wieku każdy obywatel mógł się udać do urzędu skarbowego, by zdobyć informacje o dochodach innego rodaka. Obecnie wszystko odbywa się elektronicznie – w październiku udostępniane są informacje z zeznań podatkowych wszystkich obywateli za rok poprzedni. Każdy może więc sprawdzić przez stronę internetową dochody interesującej go osoby. Funkcja ta cieszyła się tak ogromną popularnością – dziennie bywało nawet kilkadziesiąt tysięcy wejść – że Norwedzy zmodyfikowali nieco tę funkcjonalność. Obecnie sprawdzany obywatel dostaje informacje, kto wyszukiwał jego dochody w bazie. Dzięki temu na serwerach norweskiej skarbówki nieco się uspokoiło. Trzeba pamiętać, że wprowadzenie takiego obostrzenia w Polsce i Norwegii mogłoby przynieść inne rezultaty. W Norwegii jawność ma długą tradycję i nikogo nie dziwi sprawdzanie dochodów innych obywateli. W Polsce sprawdzani mieliby zapewne niekończący się ciąg pretensji do osób ze środowiska, które „zaglądają im do portfela”. Choć z drugiej strony, po jakimś czasie ludzie przyzwyczailiby się i sprawa by spowszedniała.

Pytanie jednak, czy wprowadzenie modelu norweskiego do zafiksowanej na prywatności Polsce nie byłoby zbyt dużą rewolucją. W końcu w Norwegii kultura transparentności kształtowała się przez lata. Dlatego na początek chyba lepiej byłoby wprowadzić jawność płac na poziomie firmy – żeby Sarmaci znad Wisły nie poczuli się zanadto osaczeni. Na eksperymenty w nordyckim stylu przyszedłby czas później, gdy wynagrodzenia przestałyby być już tajemnicą pieczołowicie strzeżoną nawet wobec koleżanki z sąsiedniego biurka.

Jawność uzdrawia atmosferę

Co dałaby jawność zarobków? Przede wszystkim wprowadziłaby większą sprawiedliwość. Ograniczyłaby sytuacje, w których na tym samym stanowisku druga osoba zarabia więcej tylko dlatego, że ma lepsze dojścia do kierownictwa lub posiada większe umiejętności negocjacyjne. O różnicach w zarobkach pomiędzy osobami na konkretnym stanowisku powinny decydować wyłącznie transparentne kryteria, takie jak staż pracy oraz realne efekty. Dzięki jawności płac osoby, które czują się pokrzywdzone w swoim miejscu pracy, mogłyby się udać do kierownictwa z żądaniem podwyżki lub przynajmniej uzasadnienia różnic.

Mówi się, że jawność płac spowodowałaby napięcia w firmie. Jest zupełnie odwrotnie, to niejawność wprowadza niezdrową atmosferę, ludzie plotkują między sobą, kreują różne teorie spiskowe o zarobkach innych. W sytuacji jawności płac i przejrzystych reguł wynagradzania wszystkie karty byłyby na stole, nikt nie musiałby się domyślać, czy przypadkiem kolega z pokoju obok w nieuzasadniony sposób nie zarabia więcej. Każdy wiedziałby też, co musi zrobić, żeby podnieść swoje wynagrodzenie. Zamiast więc marnotrawić czas na plotki i zasięganie języka, mógłby się skupić na lepszej pracy. Jawność płac uzdrowiłaby sytuację w niejednej firmie i podniosła jej produktywność.

Powszechność płac na poziomie całego kraju dałaby rzeszom pracowników dostęp do informacji niezbędnych do walki z wyzyskiem. Pracodawcy mało płacący pracownikom często tłumaczą się w ten sposób, że sytuacja w branży jest trudna i muszą tyle płacić, bo inaczej splajtują. Dzięki jawności płac pracownicy wiedzieliby, czy konkurencja również płaci podobnie, czy jednak to w ich firmie panuje wyzysk. Dzięki temu mogliby naciskać na zarządy, by podnosiły płace do średniego poziomu w branży lub „głosowali nogami”, zmieniając pracę. Tak więc jawność nie tylko wzmocniłaby pozycję negocjacyjna pracowników, ale też spłaszczyłaby wynagrodzenia w kraju, a więc obniżyła nierówności ekonomiczne.

Plan minimum

W kraju tak zafiksowanym na prywatności, jak Polska, niezwykle ciężko byłoby wprowadzić powszechną jawność zarobków. Nawet wobec postulatu jawności płac na poziomie przedsiębiorstwa zapewne zawiązałaby się koalicja oponentów złożonych z lobbystów pracodawców oraz rzeszy potencjalnych milionerów, którzy są przekonani, że nie są bogaczami jedynie przejściowo. Jednak w tym przypadku absolutnie nie należałoby składać broni, bo sprawa jest do przeprowadzenia. W końcu kilka lat temu nikomu do głowy by nie przyszło, że możliwe jest ograniczenie handlu w niedzielę, a mimo wszystko do tego doszło. Jednak absolutnym minimum, którego powinniśmy się domagać, to informacja w każdej ofercie pracy o zarobkach przewidzianych na danym stanowisku. To sprawa, którą spokojnie można uregulować, a już taka informacja rzuciłaby sporo światła na zarobki w Polsce. Chociażby pracownicy starsi stażem wiedzieliby, czy nowo zatrudniani nie otrzymują wyższych pensji – na tej podstawie mogliby zgłaszać własne oczekiwania. Widzieliby także, czy w konkurencji płaci się więcej. Taka niewielka zmiana legislacyjna już niezwykle wzmocniłaby pozycję przetargową pracowników. Pracodawcy nie mieliby żadnych podstaw twierdzić, że narzuca się na nich jakieś nowe ograniczenia biurokratyczne – w końcu to kwestia jednej dodatkowej linijki tekstu w ogłoszeniu o pracę.

Ujawnienie wynagrodzenia we wszystkich ofertach pracy – mały krok dla legislatora, a wielki krok dla środowisk pracowniczych. Środowiska pracowników mają na koncie w ostatnim czasie pewne sukcesy, jak chociażby minimalna stawka godzinowa. Gdyby w przyszłym roku udało im się przynajmniej przeforsować tę jedną rzecz – publikację przewidzianego wynagrodzenia w każdej ofercie pracy – to już byłby to sukces. I kolejny kroczek w kierunku cywilizacji.

Piotr Wójcik

Neoliberalny perfekcjonizm

Neoliberalny perfekcjonizm

W neoliberalizmie sama możesz być własną despotyczną szefową. Nowe badania wskazują na alarmujący wzrost nowej, osobliwej formy cierpienia psychicznego. Nazwijmy ją „neoliberalnym perfekcjonizmem”.

Badania opublikowane przez Thomasa Currana i Andrew Hilla w czasopiśmie „Psychological Bulletin” wskazują na wzrost perfekcjonizmu. Autorzy (dwaj psychologowie) wyciągają wniosek, że „nowe pokolenia młodych ludzi postrzegają innych jako bardziej wymagających w stosunku do nich i sami wymagają więcej od innych oraz od siebie”.

Wskazując podstawową przyczynę rosnącej potrzeby doskonałości, Curran i Hill nie owijają w bawełnę: jest nią neoliberalizm. Ideologia neoliberalizmu czci konkurencję, zniechęca do współpracy, promuje ambicję i uzależnia osobistą wartość od osiągnięć zawodowych. Nic dziwnego, że społeczeństwa rządzone przez takie wartości sprawiają, iż ludzie są bardzo osądzający, a także napawają ich lękiem przed oceną przez innych.

Psychologia mówiła niegdyś o perfekcjonizmie jako o zjawisku jednowymiarowym – czymś, co jednostka kieruje wobec siebie. Podobnie używamy tego terminu w języku potocznym, mówiąc, że ktoś jest perfekcjonistą. Jednak na przestrzeni kilku ostatnich dekad badacze i badaczki uznali za użyteczne rozszerzenie tego pojęcia. Curran i Hall posługują się wielowymiarową definicją, obejmującą trzy rodzaje perfekcjonizmu: zorientowany na siebie, zorientowany na innych oraz społecznie narzucony.

Zorientowany na siebie perfekcjonizm to tendencja do narzucania sobie niemożliwie wysokich oczekiwań. Perfekcjonizm zorientowany na innych oznacza żywienie nierealistycznych oczekiwań wobec otoczenia. Ale „społecznie narzucony perfekcjonizm jest najbardziej wyniszczającym z trzech wymiarów perfekcjonizmu” – argumentują Curran i Hall. Oznacza on uczucie paranoi i lęku spowodowane ciągłym – i wcale nie całkiem nieuzasadnionym – poczuciem, że wszyscy czekają na twój błąd, żeby już na zawsze spisać cię na straty. To wyolbrzymione postrzeganie nierealnych oczekiwań ze strony innych skutkuje alienacją społeczną, neurotycznym przeprowadzaniem rachunku sumienia, uczuciem wstydu i braku własnej wartości oraz „poczuciem przytłoczenia jednostki własnymi patologicznymi obawami i strachem przed negatywną oceną społeczną, charakteryzującym się skupieniem na niedoskonałościach, wrażliwością na krytycyzm i porażki”.

Próbując określić, jak kulturowo uwarunkowany jest fenomen perfekcjonizmu, Curran i Hall przeprowadzili metaanalizę dostępnych danych psychologicznych, szukając trendów pokoleniowych. Odkryli, że osoby urodzone po 1989 roku w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie plasują się zdecydowanie wyżej niż poprzednie pokolenia na skali wszystkich trzech rodzajów perfekcjonizmu, a im później się urodziły, tym wyżej się na tej skali znajdują. Najbardziej dramatyczną zmianę obserwujemy w wymiarze społecznie narzuconego perfekcjonizmu: wzrastał on dwukrotnie szybciej niż pozostałe. Innymi słowy, młodzi ludzie z każdym rokiem coraz silniej doświadczają uczucia bycia ocenianymi przez rówieśników i rówieśniczki oraz szeroko pojętą kulturę.

Curran i Hall przypisują tę zmianę zwycięstwom neoliberalizmu i jego kuzynki merytokracji. Neoliberalizm faworyzuje rynkowe metody przypisywania wartości towarom, a utowarowieniu poddaje wszystko, co może. Od połowy lat 70. XX wieku neoliberalne reżimy polityczno-ekonomiczne systematycznie zastępowały własność publiczną i układy zbiorowe w miejscach pracy deregulacją i prywatyzacją, przedkładając jednostkę nad zbiorowość w samej strukturze społeczeństwa. Równolegle merytokracja – koncepcja, według której status społeczny i zawodowy są bezpośrednim wynikiem inteligencji, cnoty i ciężkiej pracy – przekonywała wyizolowane jednostki, że jeśli nie potrafią awansować, to widocznie są bezwartościowe.

Neoliberalna merytokracja, jak twierdzą autorzy, stworzyła bezlitosne środowisko, w którym każda osoba jest ambasadorką własnej marki, jedynym rzecznikiem produktu (samego siebie) i agentem sprzedaży własnej pracy na bezkresnym morzu konkurencji. Jak wskazują Curran i Hall, taki stan rzeczy „umieszcza silną potrzebę parcia naprzód, działania i osiągania celów w samym centrum nowoczesnego życia” w stopniu o wiele większym niż w poprzednich pokoleniach.

Cytują dane wskazujące, że młodzi ludzie są dziś mniej zainteresowani braniem udziału w aktywnościach grupowych dla zabawy. Troszczą się raczej o indywidualne dążenia, które sprawiają, że czują się produktywni lub napełniają ich satysfakcją z osiągnięcia celu. Gdy świat na każdym kroku żąda, żebyś udowodniła swoją wartość, a ty nie możesz pozbyć się podejrzeń, że szacunek twoich rówieśników jest bardzo warunkowy, przebywanie z przyjaciółmi może wydawać się mniej atrakcyjne niż zostanie w domu i skrupulatne pielęgnowanie profilów w mediach społecznościowych.

Curran i Hall twierdzą, że jedną z konsekwencji wzrostu perfekcjonizmu jest epidemia poważnych chorób psychicznych. Perfekcjonizm jest silnie skorelowany z lękami, zaburzeniami żywienia, depresją i myślami samobójczymi. Ciągły przymus bycia doskonałym i nieunikniona niemożliwość osiągnięcia tego celu zaostrzają symptomy chorobowe u osób, które były psychicznie wrażliwe na starcie. Nawet młode osoby, u których nie zdiagnozowano chorób psychicznych, częściej czują się źle, odkąd podwyższony poziom perfekcjonizmu zorientowanego na innych tworzy grupowy klimat wrogości, podejrzliwości i lekceważenia. W tym klimacie każdy podlega osądzeniu, oczekuje na ocenę grupy – a społecznie narzucony perfekcjonizm zawiera w sobie doskonałe rozpoznanie tej alienacji. W skrócie, konsekwencje wzrostu perfekcjonizmu wahają się od emocjonalnie bolesnych po dosłownie śmiertelne.

Jest jeszcze inna konsekwencja wzrostu poziomu perfekcjonizmu: czyni on trudniejszym budowanie solidarności, czyli tego, czego potrzebujemy, aby odeprzeć rzeźnię neoliberalizmu. Bez zdrowego postrzegania samych siebie nie zbudujemy silnych i rozległych relacji, a bez silnych i rozległych relacji nie możemy zjednoczyć się w liczbie, której potrzebujemy, żeby zatrząść porządkiem polityczno-ekonomicznym, nie mówiąc już o wywróceniu go.

Nietrudno dostrzec związki pomiędzy trzema wymiarami perfekcjonizmu a „kulturą call-outu” [„kultura wywołania po imieniu” – przyp. red.], czyli dominującym ostatnio na lewicy trendem. Sprawia ona, że każdy obserwuje każdego, czekając na śmiertelne potknięcie, nakładając na siebie niemożliwie wysokie standardy cnotliwej skromności i będąc sparaliżowanym przez tajony strach (znów, mający pewne podstawy), podszeptujący, że dla grupy jesteś zbędny, że twój dzień sądu jest tuż za rogiem. Ten schemat łączy się z innymi przejawami neoliberalnego, merytokratycznego perfekcjonizmu – od egzaminów na uniwersytet po obsesyjne pielęgnowanie instagrama. A ponieważ raczej nas dzieli niż jednoczy, to nie jest żadnym sposobem na budowę ruchu, który rzekomo chce uderzyć w centrum władzy.

Perfekcjonizm prowadzi do wzajemnej pogardy, lęku przed drugim człowiekiem, a w najlepszym razie do braku wiary w siebie. Uniemożliwia stworzenie solidarnych więzów i wspólne działanie, konieczne do zaatakowania neoliberalnego kapitalizmu, czyli zjawiska stwarzającego ten perfekcjonizm. Jedynym możliwym antidotum na atomizujący, alienujący perfekcjonizm jest odrzucenie totalnego indywidualizmu i ponowne wprowadzenie wspólnotowych wartości do naszych społeczeństw. To zadanie gigantyczne, ale w żelaznym uścisku neoliberalizmu zaciskającego się na naszej psychice – to jedyna droga naprzód.

Meagan Day

Tłum. Mateusz Trzeciak

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w styczniu 2018 r.