Piotr Wójcik: Przeciw klasie średniej

Piotr Wójcik: Przeciw klasie średniej

Największą nieufność wzbudzają we mnie ci, którzy natrętnie opowiadają o klasie średniej – o jej potrzebach, problemach i postulatach. Gdy ktoś zaczyna mówić o klasie średniej, to nie tylko wiem, że będę się z nim nie zgadzał. Jestem również pewien, że będę musiał prostować manipulacje i być nieustannie czujny, by nie dać się zwieźć jego słownym gierkom i zapewnieniom o dobrych intencjach. Z osobami, które twierdzą, że nie należy utrudniać życia najbogatszym, bo dzięki temu polecimy w kosmos i wymyślimy szczepionkę na raka, gra jest przynajmniej czysta. Nie opowiadają one przy tym, że chcą sprawiedliwego społeczeństwa, z otwartą przyłbicą deklamują swoje przedpotopowe teorie. Ich poglądy są brzydkie jak Polonez, ale też, podobnie jak Polonez, przynajmniej się z tym specjalnie nie kryją. To jest jednak spora wartość.

Największym przeciwnikiem egalitarysty nie jest wcale zwolennik współczesnej arystokracji, lecz lobbysta wielkomiejskiej burżuazji. Ten pierwszy zupełnie oficjalnie przyznaje, że chciałby dać mi w twarz. Ten drugi wyciąga przyjaźnie dłoń, zapewnia, że myślimy podobnie, stawia kolejkę przy barze, a gdy tylko poczuję się po nich trochę słabiej, weźmie mi portfel, zdejmie i zabierze ubrania, następnie wykorzysta i zostawi nad brzegiem rzeki w samych bokserkach. Zdecydowanie wolę pierwszą sytuację – w niej przynajmniej mam nie takie małe szanse.

Na zakupach w Paryżu

W pojęciu polskiej klasy średniej najbardziej fałszywa jest już sama nazwa. Wskazuje ona, że mamy do czynienia z grupą społeczeństwa, która obejmuje bardzo duży obszar położony pośrodku drabiny społecznej. Gdy tylko jednak wgłębić się w tezy głoszone przez lobbystów klasy średniej, to okazuje się, że po pierwsze to grupa raczej wąska, a po drugie jest przesunięta mocno w stronę szczytu drabiny. Nad nią znajdują się już jedynie garstka tych, którzy mają tak wiele, że jest im zwyczajnie głupio zapewniać, iż należą do średniaków. Do polskiej klasy średniej, według wygłaszanych mniej lub bardziej wprost deklaracji, należą więc czołowe pióra polskiej publicystyki, popularni pisarze czy prezenterzy telewizyjni. Jeśli zapytacie Jarosława Kuźniara, Elizę Michalik albo Łukasza Warzechę, do jakiej klasy należą, bez wątpienia wskażą klasę średnią. Polska klasa średnia jest tak gęsto obsadzona przez osoby z pierwszych stron gazet, że nad nią zostaje miejsce jeszcze co najwyżej dla dzieci Kulczyka, Janusza Filipiaka i polityków szczebla centralnego. Choć ci ostatni często mają więcej wspólnego z prawdziwymi średniakami, niż większość tych, którzy się za nich uważają.

W 2015 roku na łamach „Obserwatora finansowego” Bohdan Wyżnikiewicz opublikował tekst „Klasa średnia rośnie w Polsce w siłę”. To tekst, który powinien przeczytać absolutnie każdy z klasy ludowej, jeśli uważa, że wspieranie klasy średniej jest w interesie pracowników. A takich przypadków mamy przecież w Polsce wiele, szczególnie na lewicy. Otóż Wyżnikiewicz wymienił cechy klasy średniej, a zrobił to tak wprost zapewne tylko dlatego, że pisał dla pisma eksperckiego, którym zaczytują się głównie zainteresowani zaawansowaną debatą ekonomiczną. Według Wyżnikiewicza reprezentanci klasy średniej powinni tworzyć miejsca pracy, kreować wzorce zachowań, mieć wpływ na legislację, kształtować opinię publiczną i uczestniczyć w życiu publicznym. W takim układzie prezes Comarchu Janusz Filipiak powinien bez mrugnięcia okiem twierdzić, że należy do klasy średniej. Bo już właściciel hurtowni meblowej w mieście powiatowym to nie – zapewne jego wpływ na legislację jest niewielki, zapewne też nie uczestniczy w życiu publicznym. Ale za to Jarosław Kaczyński i Grzegorz Schetyna spokojnie spełniają wyśrubowane kryteria Wyżnikiewicza, o ile za „tworzenie miejsc pracy” uznamy wstawianie ludzi na listy wyborcze.

Tekst zupełnie wspaniały popełniła Agnieszka Rybak w styczniu 2018 dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Nosił on tytuł „Między stanami. Jak teraz w Polsce wygląda klasa średnia?”. Redaktorka Rybak z troską pochyla się nad polską klasą średnią, opisując jej obecne nawyki, zachowania i upodobania konsumpcyjne. „Większość zatrudnia pomoc domową, jeden na czterech korzysta z pomocy trenera personalnego, jeden na pięciu – z usług ogrodnika. Samochód kupuje za minimum 285 tys. zł”. Biorąc na tapetę polską klasę średnią autorka opisuje między innymi rodzinę, która podejmuje decyzję o zmianie mieszkania. Kupuje zwykłe trzypokojowe mieszkanie na obrzeżach Katowic albo Wrocławia od popularnego dewelopera? No nie bardzo – nabywa duży apartament w centrum Warszawy, z widokiem na Stadion Narodowy. Jeśli tego wszystkiego wciąż jest mało, to przytoczę jeszcze jeden ze śródtytułów: „Obowiązkowe zakupy w Paryżu”. To nie pomyłka – naprawdę tak jest tam napisane. Polski średniak przechadza się leniwie po Champs-Élysées, wchodzi do przypadkowych butików, wybiera coś dla siebie, płaci, wychodzi, a po chwili już zapomina o tej niewielkiej przyjemności.

Milionerzy z klasy średniej

Przy tak zdefiniowanej klasie średniej nic dziwnego, że wszystkie postępowe reformy były w Polsce torpedowane przez jej lobbystów. Wprowadzenie jednolitego progresywnego podatku dochodowego, wymyślone jeszcze przez PO i planowane przez PiS, miało więc zarżnąć polską klasę średnią. Dlaczego? Ponieważ wyższe podatki miały płacić osoby zarabiające powyżej 120 tys. zł rocznie. Czyli należące do około 5 procent polskiego społeczeństwa. Z tego samego powodu powstał sprzeciw wobec zniesienia limitu składek ZUS, w wyniku którego wyższe składki mieli płacić etatowcy zarabiający rocznie w okolicach wspomnianej kwoty. Obie zmiany zostały skutecznie storpedowane – z pierwszej rząd zrezygnował samodzielnie, z drugiej w kooperacji z Trybunałem Konstytucyjnym (jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało). Udało się wprowadzić za to daninę solidarnościową, czyli dodatkowe 4 proc. podatku płacone przez osoby zarabiające powyżej miliona złotych rocznie. Głównie dlatego, że dochód z ich tytułu ma być wykorzystany na wsparcie niepełnosprawnych, więc trudniej było przedstawić sprzeciw wobec daniny w sposób atrakcyjny dla opinii publicznej.

Mimo to i tak podejmowane były próby storpedowania daniny solidarnościowej wspierając się argumentami rzekomo broniącymi średniaków. W Gazeta.pl opublikowano kompletnie już absurdalny tekst zatytułowany „Podatek solidarnościowy uderzy w klasę średnią. A mieli go płacić tylko najbogatsi”. Andrzej Mandel w swym tekście próbuje udowadniać, że podatek płacony od zarobków powyżej miliona złotych uderzy w zwykłych polskich średniaków. A to dlatego, że w 70 procentach zapłacą go przedsiębiorcy. Tak jakby było tajemnicą, że najbogatsi w Polsce funkcjonują jako osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, czyli formalnie jako przedsiębiorcy. Redaktor Mandel oburza się, że daniny nie zapłacą… korporacje, bo one płacą CIT. Ale przecież korporacje nie są ludźmi – nie należą więc do najbogatszych obywateli. Co więc w tym dziwnego? Autor przytacza również zdanie eksperta Michała Wojtasa z kancelarii EOL, według którego danina nie uderzy w menedżerów, gdyż ci rozliczają się za granicą. Niestety ekspert nie tłumaczy, w jaki sposób osoba fizyczna może za granicą legalnie płacić podatki od dochodu uzyskanego w Polsce.

Lewica złapana na haczyk

Nie tylko wyodrębnienie grupy zwanej w Polsce klasą średnią trąci grubą manipulacją. Również określenie jej cech jest działaniem zamierzonym na konkretny cel. Polskiej klasie średniej przypisuje się protestanckie cnoty, takie jak pracowitość czy oszczędność. Oczywiście ma to udowodnić, że klasa średnia w pełni zasłużyła na swoją zamożność. Uwarunkowania ekonomiczno-społeczne, które sprawiają, że jedni mają, a drudzy wręcz przeciwnie, schodzą w tych analizach na drugi plan. Te przypisywanie klasie średniej protestanckich cnót wcale nie jest domeną prawicy. Socjolog Maciej Gdula w wydanym przez „Krytykę Polityczną” opracowaniu „Klasy w Polsce” przywołuje teorię Pierre’a Bourdieu, według której klasa średnia ma określone dyspozycje, takie jak samodyscyplina, nastawienie na porządek i aspirowanie. Klasa średnia jest więc zafiksowana na szeroko rozumianym osobistym rozwoju oraz na dbaniu o dobrobyt własny oraz rodziny. Te koncepcje są oczywiście chętnie przywoływane przez samozwańczych średniaków, którzy używają ich, by udowodnić, że nawet jeśli im się przelewa, to sami na to zapracowali. Chyba każdy, kto wychował się w klasie ludowej, jednak przyzna, że dyscypliny, oszczędności i pracowitości jej nie brakuje. Zapewne doskonale pamiętamy rodziców pracujących po kilkanaście godzin dziennie na półtorej etatu, odmawiania sobie przeróżnych potrzeb konsumpcyjnych czy przymuszanie do nauki, by wyrwać się z położenia swoich przodków.

Klasa średnia to w Polsce konstrukt od początku do końca wymyślony na potrzeby zamożnych. Nazwano w ten sposób grupę doskonale zarabiających, których trudno w ogóle porównywać z przeciętnymi Polakami. Dzięki temu uzyskali oni doskonały instrument dbania o własne interesy. Każdą egalitarną zmianę można storpedować, nazywając ją uderzeniem w klasę średnią. O pozytywny odbiór takiej narracji przez opinię publiczną można być wtedy spokojnym – w końcu większość obywateli czuje się przeciętna. Jak to, średniacy mają za to zapłacić? Niech płacą najbogatsi! Fakt, że za tych średniaków uważa się właśnie zamożnych, umyka już w otchłani szczegółów, w które mało kto chce się zagłębiać. Szczególnie tragiczne jest to, że na tę narrację daje się nabierać duża część lewicy. Zgrupowana głównie w dużych miastach lewica czuje większą wspólnotę z samozwańczą klasą średnią, niż z klasą ludową. W efekcie jest przeciwna wielu egalitarnym zmianom, takim jak obniżenie wieku emerytalnego, gdyż instynktownie podąża za przekazem średnioklasowym. A mówiąc klasycznie: burżuazyjnym. Tymczasem polska narracja średnioklasowa jest absolutnie nielewicowa. Wręcz przeciwnie, jest elitarystyczna, nieegalitarna i petryfikująca hierarchię społeczną. Celowo wprowadza w błąd i manipuluje podstawowymi pojęciami w interesie klasy posiadającej. Skoro lewica daje się na te sztuczki nabierać, nic dziwnego, że nie zdobywa posłuchu wśród polskich mas, które nie jeżdżą na zakupy do Paryża i nie kupują apartamentów z widokiem na Stadion Narodowy.

Piotr Wójcik

Prof. Monika Kostera: Ucieczka z piekła

Prof. Monika Kostera: Ucieczka z piekła

We wczesnej szkole podstawowej chodziłam na lekcje religii chrześcijańskiej, wówczas jeszcze programowo organizowane w szwedzkiej szkole. Na jednej z lekcji przerabialiśmy temat nieba i piekła. Dowiedzieliśmy się, że w niebie wszyscy są szczęśliwi, a piekło to najgorsze, co możemy sobie wyobrazić. Poszłam do domu i zaczęłam sobie wyobrażać. Wyszło mi coś takiego – człowiek żyje w próżni, nic nie widzi, nie słyszy, nie czuje, po prostu jest – i jest. To mnie tak przeraziło, że długo jeszcze budziłam się w nocy z atakiem paniki. Ale przynajmniej była pewna, że trafiłam, bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie nic gorszego. Nie wiedziałam, że przyjdzie mi żyć w czasach, gdy tak wyobrażone piekło stanie się pożądaną i znormalizowaną społeczną rzeczywistością. Na tym właśnie polega smutek i jałowość współczesnego życia w Sieci.

Gdy niedawno pracowałam w jednym z czołowych uniwersytetów brytyjskich, szczycącym się swoją wybitną nowoczesnością, w bardzo szybkim czasie uzyskałam coś, czego nigdy dotąd nie miałam – fobię e-mailową. Na ogół odpowiadam błyskawicznie na e-maile i uważam tę technologię za bardzo ułatwiającą (i potaniającą) mi życie i pracę. Dawno temu zaczęłam ją przyjmować jako coś oczywistego, jak tramwaj lub bieżąca woda w domu. Wiedziałam już wcześniej, że brytyjscy koledzy i koleżanki skarżą się z powodu opresyjności e-maila, ale nigdy do końca nie wierzyłam, że to może dotyczyć zwykłych ludzi, w tym na przykład mnie. Wydawało mi się, że może niektóre uczelnie są dziwnie zarządzane, albo niektóre osoby nie lubią e-maila. Tymczasem sama znalazłam się w rzeczywistości, gdy otwarcie skrzynki e-mailowej powodowało fizyczną reakcję, na którą nic nie mogłam poradzić – jakby trafił mnie w sam środek mostka potężny cios pięścią i uchodziło z mojej klatki piersiowej całe powietrze. Serce zaczynało mi bić szybciej, drżały mi dłonie. To uczucie było wycieńczające i mocno nieprzyjemne, nie byłam nań przygotowana. Zaczęłam robić coś, czego robić mi nie było wolno i czego nie robiłam nigdy dotąd – zwlekałam z otwarciem skrzynki dniami, a zdarzało mi się, że tygodniami. Miałam z tego powodu kłopoty. Jednym z moich obowiązków było wszak odbieranie e-maili w zasadzie przez całą dobę i natychmiastowe odpowiadanie na nie. Zaczęłam mieć poważne obawy i wątpliwości co do swojego zdrowia psychicznego. Po jakimś czasie złożyłam wypowiedzenie i przyszedł dzień, gdy odebrałam ostatnią porcję e-maili – i skasowałam służbową skrzynkę. Od tej pory nie doświadczam uczucia paniki i staje się ono coraz bardziej odległe i nierzeczywiste w mojej pamięci. Pisząc te słowa, musiałam się wysilać, by przypomnieć sobie, jak było. E-mail jest znów jedną z moich ulubionych, łatwych i tanich technologii komunikowania się ze światem, prywatnie i zawodowo. Gdy nie myślę o tym, to nie rozumiem, jak mogłoby być inaczej.

A jednak przecież wiem, że mogło. Troje brytyjskich uczonych – Olivier Sibai, Bernardo Figueiredo i Marcia Christina Ferreira – piszą o badaniach, z których wynika, że prawie połowa pracowników brytyjskich uniwersytetów jest desperacko samotna w swojej pracy zawodowej. Wśród doktorantów odsetek ten jest szczególnie dramatyczny – wynosi 64%. Dominuje poczucie izolacji, przeciążenia i przepracowania – jednak bez energetyzującego kontaktu z innymi ludźmi. Większość takiej pracy odbywa się online, zabierając tyle czasu i energii, że nawet życie prywatne nie jest w stanie przynieść poczucia sensu. Cóż, wielu akademików w neoliberalnym świecie nie ma zbyt wiele życia prywatnego, czuwa cały czas nad e-mailem, niezależnie od tego, co myśli sobie na ten temat np. współmałżonek. Zresztą rodziny są coraz częściej standardowo bezwzględnie dzielone, bo „merytokracja” i inne wymysły świata on line – nie ma komu zapłakać nad tym, że małżeństwo mieszka od dziesięciu lat osobno. Rzadko trafia się na małżeństwa naukowców szczęściarzy mieszkających w tym samym mieście, ba, zaczyna być luksusem mieszkanie w tym samym kraju. Wszystko koncentruje się na samym czy samej sobie – jest się poddawanym ocenie jednostkowo, za pośrednictwem internetu, dostaje się anonimowe uwagi recenzentów, studentów, często lodowate, pozbawione jakiegokolwiek współczucia; przychodzą wciąż nowe polecenia, nakazy, imperatywy, z którymi nie można dyskutować. Często wręcz praktycznie nie jest to sensowne i powoduje jedynie stratę czasu i energii.

W wielu neoliberalnych miejscach pracy niektóre funkcje, takie jak HR (czyli kadry), są sfragmentaryzowane – e-maile trafiają do puli, z której uzyskuje się odpowiedź od przypadkowych odbiorców. Żaden człowiek nie zajmuje się żadną konkretną sprawą. Powoduje to, że system jest sprawny i tani, ale nie uczy się i nie ponosi absolutnie żadnej odpowiedzialności. Nie można też liczyć na ludzki kontakt, solidarność, współczucie. Człowiek na końcu takiego systemu komunikacji jest kłębkiem bolesnej plątaniny nerwów i myśli, obnażonym mózgiem zawieszonym w doskonałej próżni, izolującej od jakiegokolwiek kontaktu mogącego ogrzać czy przynieść sens. Bardzo często pisze się w prasie na tak zwanym Zachodzie o problemach zdrowia psychicznego w zawodach najbardziej narażonych na takie warunki funkcjonowania, na przykład akademików. Neoliberalizm także ten problem prywatyzuje, często dyskutowany jest jako problem indywidualny takich pracowników. Zaleca się im, na przykład, mniej czasu poświęcać na rozrywki i więcej spać – to oczywiście ich odpowiedzialność, że czują się niedobrze. Często w domyśle raportów medialnych na ten temat jest prosty morał: trzeba zadbać o siebie, brak zdrowia jest kosztowny i ryzykowny, a na miejsce każdego, kto wypadnie z gry, są tłumy wygłodniałych oczekujących.

W tym natłoku ludzkim, w tym przeludnieniu, tej nadmiarowości każdego i każdej z nas, jesteśmy zawieszeni w próżni samotności. Dla rozrywki wypełniamy wolne chwile przeglądaniem internetu, komentowaniem cudzych postów, wrzucaniem własnych. W swej bardzo pobudzającej do myślenia książce pod tytułem „Kultura cyfrowego narcyzmu” socjolożka Magdalena Szpunar prezentuje świat pozornie polegający na intensywnym porozumiewaniu się, który w rzeczywistości odcina nas od innych ludzi i zwraca całą uwagę ku nam samym, czyniąc z nas narcyzów nawet mimo woli. Autorka stwierdza, że w ten sposób narcyzm staje się najważniejszym wyznacznikiem ludzkiej kondycji w obecnej epoce. Uwielbienie sukcesu, pogarda dla porażki i imperatyw rywalizacji znajdują w internecie doskonałe medium dla wywoływania rezonansu, zwracającego całą uwagę we własnym kierunku i utrwalające kategorię sukcesu jako jedyne dopuszczalne kryterium oceny wartości człowieka. „Imperatywem współczesnego człowieka nie jest bycie szczęśliwym, a jedynie osiąganie sukces” – pisze autorka (a więc możemy zapomnieć o niebie, tam wszyscy mieli być szczęśliwi). Internet nakłania do koncentracji na sobie i wzmacnia skłonność do pozowania. Autentyczność w sieci staje się pozą, jak wszystko inne, liczą się wyłącznie fasady, ba, tylko one istnieją. Uczymy się, że tylko to jest ważne i zanika nasza zdolność do nawiązywania głębszych więzi. Jednocześnie rozwija się strach przed sobą i przed zaangażowaniem. Profesor nauk zarządzania Nancy Harding wstępnie twierdzi, na podstawie badań, które nadal są w toku, że internet to coś w rodzaju zbiorowego cienia ludzkości – ludzie wypisują tam rzeczy, z którymi nie do końca świadomie sami się identyfikują, wyłażą z nich mroki, okrucieństwa, agresje, ekshibicjonizmy, których nigdy nie użyliby w komunikacji twarzą w twarz. Widzę to troszkę podobnie do tego, jak kiedyś funkcjonowała ściana w szkolnej toalecie – uczniowie wypisywali tam wulgaryzmy, czasami pisali, że Gośka prowadzi się niezbyt ciężko, a Waldek to wybitnie niemiły facet, oczywiście z użyciem właściwego języka. Ten sam język, ta sama anonimowość, funkcjonują dziś w sieci, tyle że na większą skalę i z wyłączeniem świata poza nią. Ktoś, kto ma wielgaśną stronę w Wikipedii, jest wielki, ktoś, kto jej nie ma – nie jest; poza internetem nie ma społecznej obecności.

Jednak w internecie nie ma obecności fizycznej, śmiertelnej. Nie ma więc śmierci, a na wieść, że ktoś znany umarł, fejsbukowców nie ogarnia smutek czy żałoba, lecz wybuch triumfalizmu, hymnów ubóstwienia lub zbiorowej nienawiści, kampanie ogłaszania siebie ofiarami przez osoby, które nigdy nie miały do czynienia z człowiekiem zmarłym, gdy chodził w swoim ciele po naszej wspólnej Ziemi. Nie ma w internecie człowieczeństwa podatnego na zranienie i możliwego do pocieszenia – chyba że zna się osoby, z którymi się tam rozmawia z życia twarzą w twarz i internet służy jako skrzynka komunikacyjna. Wtedy jest przydany, dobry, może czasami liniowy i spłaszczający, ale zawsze można to sobie odbić przy okazji spotkania. To nie internet jest zły, to my nie umiemy z niego korzystać.

Wynalazki same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Sposób ich użycia może być dobry, zły, mądry, szkodliwy, może ułatwiać życie wielu lub budować twierdze ze złota nielicznym, może wyzwalać, może zniewalać. W 1922 roku północnoamerykański socjolog William Ogburn pisał o nienadążaniu kultury za warunkami materialnymi (cultural lag). Ma to miejsce także wtedy, gdy ludzkość tworzy nowe rozwiązania, nowe technologie, lecz nie umie ich używać w sposób korzystny dla siebie (i, dodajmy, dla planety). Zdaniem autora konieczna jest zmiana społeczna, adaptująca kulturę do nowych warunków. Dodam, że zmiana ta czasami powinna być systemowa i strukturalna i tylko wtedy umożliwić może sensowne i humanitarne korzystanie z osiągnięć techniki. Technologia, którą dziś dysponujemy, mogłaby, tak jak my, wychowani w latach 60. i 70. tego oczekiwaliśmy, przynieść wszystkim wygodne życie bez konieczności harówki. Tymczasem straszy się nas, że roboty odbiorą nam pracę.

I co z tego? – spytałby młody człowiek, jakim byłam w 1979 roku, to bardzo dobrze, przecież będziemy wszyscy artystami w świecie przyszłości, będziemy się ciągle uczyć, rozwijać, i wykonywać te prace, które są szczególnie ludzkie. Gdzie się podziała tamta przyszłość, dokąd poszły tamte marzenia? Co uzyskaliśmy zamiast tego? Ponure roboty zabierające nam pracę, rozwścieczone stada demonicznych e-maili bez uczuć i empatii, które zabierają nam po kawałku duszę, zatruwają nam krew, odbierają chęć życia. Czy to my, ludzie, nagle staliśmy się zgrają psychopatów, dbających wyłącznie o własne zaspokojenia? Czy raczej – świat, który nas otacza i wymaga dostosowania zmienił się w coś bardzo strasznego, coś, co wtedy, będąc uczennicą wczesnej podstawówki, wyobrażałam sobie po tamtej lekcji religii? Skomunikowanie, które czyni nas wyizolowanymi, media społecznościowe, które sprawiają, że jesteśmy aspołeczni. Paradoksy na poziomie tak powszechnym, że zostały zinstytucjonalizowane. To nie my, to nie media, to nie technologie ani roboty, ani nawet nasze bezduszne organizacje nie są winne – to dzieje się na poziomie wyższym od nich wszystkich, bardziej globalnym, bardziej powszechnym. To neoliberalny kapitalizm jest piekłem. A jeśli piekło – to zabija, biologicznie, niszczy nasze zdrowie, wycina drzewa, zatruwa powietrze, niszczy pola i lasy. I zabija duszę. Zapycha nam to, co kiedyś nazywane było świętą ciszą czy pustką po bóstwie, kneblem zewnętrznego absolutnego bytu bez transcendencji, zagadki bez tajemnicy, wszechmocy bez pokory. Wreszcie – przynależności bez obecności.

A przecież można uciec z piekła, jest nawet dość łatwa droga. Gdy skasowałam ostatni e-mail, w mojej skrzynce pojawił się napis „you have no more mail” i zagrała z głośniczka fanfarka, jak w grze. Wyskoczyłam na dwór, wykrzyknęłam „łuhuuuu”, moje nogi same mnie poniosły, ręce same mi się uniosły do góry, zaczęłam biec jak wypuszczona z klatki, przez park – a tam kos!, między drzewami – a tam dzieciaki grają w piłkę!, zatrzymałam się na moście i patrzyłam, jak płynie rzeka. Nawet, jeśli łatwo mi zapomnieć, z jakim uczuciem otwierałam pracowe e-maile, tej drogi na dworzec nie zapomnę nigdy.

Chris Hedges opisuje ruch Extinction rebellion, jego niesłychaną żywotność i sprawność mobilizacji ogromnej ilości ludzi. Zauważa, że wiele innych ruchów politycznych i społecznych, na przykład ostatnio Żółte Kamizelki, powstało poprzez media społecznościowe, w internecie. Tymczasem te media działają jak heroina – dają szybkiego kopa, a potem społeczność dezintegruje się błyskawicznie, rozsypuje w proch. Staje się przemocowa, gwałtowna lub chaotyczna. Internet nie tworzy więzi, pasie trolle, sprzyja pustosłowiu i fasadowości – a to wszystko jest śmiertelne dla tworzenia tak przynależności, jak i struktur. Extinction rebellion tworzy się „powolną drogą”, fizyczną, twarzą w twarz, przez ludzi zbierających się razem w lokalach, spotykających w domach, rozmawiających i podających sobie dłonie. Potem wychodzą na ulice. I są silni. Podobnie tworzy się obecnie lewicowy ruch Reformisterna w ramach szwedzkiej socjaldemokracji. Mój kolega, szwedzki badacz zarządzania, doktor habilitowany Markus Kallifatides, jeden z współtwórców ruchu, opowiadał mi o tym, jak ważne są to spotkania zanim wyjdzie się na plac, na ulicę – wspólne bycie w przestrzeni, gdzie powstaje zaufanie, gdzie możliwa jest nieśmiałość, zaskoczenie, zauroczenie, przerażenie – wszystko to, co czyni nas wrażliwymi, śmiertelnymi, łatwymi do zranienia – kanciastymi kawałkami nieskończenie wielowymiarowych układanek, które, jak wszystko dobrze się składa, w jakimś momencie znajdują wspólne kąty i płaszczyzny. I to jest to, co nas łączy – nasze chropowatości, niedoskonałości, nie zaś gładkie, idealne, boskie – czy raczej demoniczne – internetowe ego.

prof. Monika Kostera

Tomasz Markiewka: Kupowanie wyborców

Tomasz Markiewka: Kupowanie wyborców

Nie ufamy sobie. Brakuje nam poczucia solidarności społecznej. Jesteśmy głęboko podzieleni. Rządzi nami egoizm. Zapewne nie raz i nie dwa słyszeliście tego rodzaju tezy na temat polskiego społeczeństwa. Za każdym razem, gdy rozmawiamy o Polsce, prędzej czy później ktoś rzuci jedno z takich zdań, a reszta przytaknie. Jeśli zgadzamy się w jakiejkolwiek sprawie, to właśnie w tej. Polska może być krajem „Solidarności”, lecz nie jest krajem solidarności – przynajmniej nie na co dzień. Nie jeśli chodzi o tak przyziemne kwestie jak płacenie podatków, pomoc socjalna, dbałość o dobro wspólne czy zrozumienie dla ludzi wywodzących się z innych środowisk niż nasze.

Istnieje wiele możliwych wyjaśnień tego stanu rzeczy. Może to wina dziedzictwa sarmatyzmu? Albo katolicyzmu? Albo nigdy nieprzepracowanego feudalizmu? A może winna jest nasza szkaradna, wschodnia dusza, która raz po raz wyłazi na wierzch i uniemożliwia nam przeistoczenie się w człowieka cywilizowanego? To ostatnie wyjaśnienie lansuje część prominentnych dziennikarzy i komentatorów politycznych, dla których starcie Zachodu ze Wschodem jest odpowiednikiem manichejskiego konfliktu Dobra i Zła.

Czasem jednak wyjaśnienie jest o wiele prostsze. Nie trzeba cofać się w odmęty historii ani sięgać po kategorie religijne. Wystarczy rozejrzeć się wokół, aby zobaczyć, dlaczego brakuje nam solidarności i myślenia w kategoriach „my, społeczeństwo”, a nie „ja, samowystarczalna jednostka”.

Doskonałym przykładem była reakcja części mediów i liderów opozycji na ostatnią konwencję PiS-u i propozycje polityki socjalnej partii Kaczyńskiego. Wyjaśnijmy sobie na wstępie jedną rzecz. Propozycje PiS-u nie są poza krytyką. Nie tylko dlatego, że możliwość krytykowania rządzących jest w demokracji świętym prawem opozycji i mediów. Chodzi też o to, że te propozycje mają oczywiste ograniczenia. Wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego – szefa Gabinetu Prezydenta RP – który zaproponował nauczycielom, aby skromne zarobki zrekompensowali sobie większą rozrodczością, mającą im zapewnić pieniądze z programu 500+, bardzo dobrze pokazuje, na czym te ograniczenia polegają. Konserwatywna polityka socjalna promuje konserwatywny model społeczeństwa i nie obejmuje tych, którzy się w tym modelu nie odnajdują.

Niezależnie jednak od naszego stosunku do rządów PiS-u, jak i do konkretnych rozwiązań proponowanych przez tę partię, trzeba sobie powiedzieć jedno: język, za pomocą którego część dziennikarzy oraz komentatorów krytykuje wizję polityki socjalnej partii Kaczyńskiego, jest niefortunny i na dłuższą metę szkodliwy społecznie.

„PiS kupuje wyborców za nasze pieniądze” – tak można podsumować przekaz, który popłynął ze strony opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej. Trafił on między innymi na pierwszą stronę „Gazety Wyborczej”. Zdegustowało to nawet część jej dziennikarzy, ponieważ do grona „kupowanych” zostali zaliczeni także nauczyciele i pielęgniarki. Dlatego „Wyborcza” jeszcze tego samego dnia zamieściła w internecie sprostowanie, tłumacząc się pokrętnie „błędnie opisaną grafiką” i deklarując, że całym sercem popiera starania pracowników budżetówki o godne płace.

Nikt rozsądny nie jest w stanie uwierzyć w to tłumaczenie. Nie tylko dlatego, że problem z okładką „Wyborczej” daleko wykraczał poza „błędny opis grafiki” (cokolwiek miałoby to oznaczać w tym kontekście). Prawda jest taka, że mamy do czynienia z symptomem szerszego zjawiska, które jest związane z tym, jak myśli się w Polsce o polityce socjalnej i jej odbiorcach. Zresztą nawet w swoich przeprosinach „Wyborcza” dalej używała frazy o „kupowaniu wyborców” – po prostu uznała, że nie odnosi się ona do podwyżek dla budżetówki, lecz do takich propozycji jak przywrócenie lokalnych połączeń autobusowych czy rozszerzenie programu 500 plus.

Część osób stara się bronić tej frazy, mówiąc, że nie odnosi się ona do polityki socjalnej jako takiej, lecz do nietrafionych, nieszczerych, podyktowanych czystą kalkulacją wyborczą propozycji PiS-u. Raz jeszcze trudno w to uwierzyć, ponieważ budowanie skojarzeń na zasadzie „polityka socjalna to rozdawnictwo”, „polityka socjalna to przekupstwo polityczne”, „polityka socjalna to oddawania NASZYCH pieniędzy nierobom” jest stałym elementem polskiej debaty politycznej, pojawiającym się zawsze, gdy ktoś odchodzi od dogmatów fundamentalizmu rynkowego. Celem takich sformułowań nie jest krytykowanie trybu, w jakim są zgłaszane konkretne propozycje, lecz polityki socjalnej jako takiej. Zresztą już dzień później w tej samej „Wyborczej” Magdalena Środa znowu uderzyła w podobne tony. Politykę socjalną nazwała „lizakami”, a jej odbiorców „dziećmi”.

Co ciekawe, ci sami dziennikarze, którzy rzekomo tak bardzo troszczą się o odpowiedzialność budżetową, nie wysuwali podobnych zastrzeżeń, gdy partie takie jak PO czy Nowoczesna proponowały podatek liniowy i obniżkę stawek podatkowych dla najbogatszych. Nie było słychać głosów o „kupowaniu wyborców” kosztem budżetu państwa. Nie było dumania nad tym, na ile te propozycje są szczere i korzystne dla państwa, a na ile wynikając z czystej kalkulacji wyborczej. Obawy wzbudziła dopiero propozycja walki z wykluczeniem komunikacyjnym.

Smutna prawda jest taka, że część środowiska polityczno-medialnego po prostu dała upust swojemu wewnętrznemu Balcerowiczowi. Konwencja PiS-u okazała się doskonałą okazją do wykrzyczenia większości dogmatów fundamentalizmu rynkowego i klasowych przesądów. Po stronie opozycji skupionej wokół Platformy Obywatelskiej już od dawna widać poirytowanie wynikające z tego, że debata publiczna przesunęła się ociupinkę na lewo. Całe to gadanie o nierównościach społecznych, o braku reprezentacji politycznej, o zaniedbaniach III RP – jest dla niej zbyt przekombinowane i „zbyt socjalistyczne”. Przecież ostatecznie to jest tak, że my od dawna jesteśmy mądrzy, europejscy, nowocześni, a tamci to ciemnota i patologia, czyż nie? Rynek zaś sprawiedliwie oddziela ludzi zaradnych od miernot. Niektórzy fani PO, jak Andrzej Saramonowicz czy Przemysław Szubartowicz, mówią to w zasadzie wprost. Pozostali starają się zachowywać pozory, co jest męczące, a konwencja PiS dała okazję, żeby się trochę wyżyć. W internecie nagle odżyły memy z wypowiedziami Miltona Friedmana i Margaret Thatcher. Jeden z nich pojawił się nawet na stronie facebookowej Krystyny Jandy i cieszył się ogromnym uznaniem na tle pozostałych postów.

Niestety społeczne skutki takiej postawy są fatalne. Ostatecznie całe to przesłanie o „rozdawaniu NASZYCH pieniędzy” jest tak naprawdę szczuciem jednej części społeczeństwa na inną. Jest dalszym dzieleniem i tak już rozbitego kraju. Efekty widać choćby w komentarzach zostawianych przez czytelników „Wyborczej” pod różnymi tekstami, które są wariacjami na temat zgubnych wpływów rozdawnictwa. „Jaka ulga, że przestaliśmy się certolić z elektoratem specjalnej troski” – pisze jeden czytelnik. „Mieszkańcy wsi chcieliby wprowadzić pańszczyznę à rebours. Chcą zmusić mieszkańców miast, żeby płacili im ze swoich podatków emerytury, zasiłki, zapewniali bezpłatne leczenie” – dodaje inny. „Od złodzieja brać lizaki? To jest paserstwo. Mamy około 1/3 społeczeństwa o mentalności pasera” – stwierdza kolejny.

Można powątpiewać, czy rozkręcanie histerii wokół rozdawnictwa przyniesie skutek wyborczy w postaci wygrania z PiS-em. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że przyczyni się do utrwalenia przesądów klasowych i dalszego osłabiania społecznej solidarności. Takie dziedzictwo zostawiają nam po sobie ludzie święcie przekonani, że są ostatnią nadzieją demokracji i nowoczesnej Polski.

dr Tomasz Markiewka

Magdalena Okraska: Najtrudniejszy zawód na świecie

Magdalena Okraska: Najtrudniejszy zawód na świecie

To jest książka, którą już dawno ktoś powinien napisać. Nie reportaż z „prawdziwego życia oddziału”, nie raport naukowy z przypisami na temat warunków pracy w służbie zdrowia. To prawdziwa historia zawodu pielęgniarskiego, widzianego oczami kobiety, która była, jest i zamierza pozostać pielęgniarką. Ale nie jest to jednocześnie historia indywidualna. Nie dowiemy się, jakiej muzyki słucha Weronika Nawara, co lubi jeść i w którym roku skończyła studia. Nie wiemy tego, bo nie stawia się ona w roli głównej bohaterki swojej książki „W czepku urodzone”. Oddaje za to miejsce wszystkim pielęgniarkom i pielęgniarzom, z jakimi zetknęła się na swej drodze. Ta książka to niesłychanie konkretny wielogłos. Podczas lektury nietrudno o łzy.

Nawara podeszła do wielowątkowego tematu pracy pielęgniarskiej właściwie najszerzej, jak się dało. Opisuje edukację, pracę na różnego typu oddziałach, brak czasu wolnego, wołającą o pomstę do nieba kwestię niskich zarobków. Opowiada o kontaktach z lekarzami, rodzinami pacjentów i – czasem niełatwych – z samymi pacjentami. Nie pomija kwestii konfliktów między pielęgniarkami, mobbingu i emigracji za pracą do Niemiec czy Irlandii. Przytaczane przez nią historie oparte są na najwiarygodniejszym ze źródeł – na opowieściach samych osób wykonujących zawód pielęgniarki czy ratowniczki medycznej. To krótkie opowieści, czasem jedna strona książki, czasem nawet kilka zdań, bez tła, zaplecza, a nawet imienia osoby wypowiadającej się – dowiadujemy się tylko, od ilu lat pracuje ona i na jakim z grubsza oddziale, np. „pielęgniarka z trzydziestoletnim stażem na internie”. Dlaczego książka jest tak skonstruowana? Myślę, że to bardzo dobry zamysł, który pozwala zauważyć, jak bardzo problemy z zarobkami, pracą na wiele etatów i przemęczeniem są w tym środowisku powszechne.

Za pomocą takiego wielogłosu Nawara przechodzi przez wszystkie tematy, które dotyczą lub mogą dotyczyć jej pracy. Czasem przedstawia kilka spojrzeń na daną kwestię lub głosy wzajemnie się wykluczające, co tylko dodaje opowieści wiarygodności. Rozmawia też na temat pracy pielęgniarskiej z lekarzami, którzy niestety potwierdzają funkcjonujący w społeczeństwie stereotyp feudalnych stosunków w szpitalach. Przepytywany przez nią lekarz „oczywiście docenia ciężką pracę pielęgniarek”, ale, indagowany, nawet nie wie, ile lat trwają ich studia i czy mogą one robić specjalizację (tak, mogą).

O czym opowiadają bohaterki i bohaterowie książki? Narracja toczy się kilkoma torami, ale można wskazać główne dwa motywy – skandalicznie niskie płace, których konsekwencją jest wielozatrudnienie (praca w kilku miejscach, zazwyczaj trzech, to dla pielęgniarek właściwie chleb powszedni) i bardzo wysoki poziom przepracowania oraz odpowiedzialności – bohaterki opowiadają o czterdziestogodzinnych dyżurach bez snu, bo „nie wypada spać, bo ktoś będzie gadał”, o przemieszczaniu się z pracy do pracy, o nieudanych małżeństwach, problemach ze zdrowiem (zazwyczaj z kręgosłupem, od przewracania i podnoszenia chorych), nerwach i stresie, czy podało się dobry lek, nie pomyliło godziny, o niczym nie zapomniało. Bardzo wiele z nich podkreśla, że pielęgniarka i pielęgniarz muszą naprawdę dużo umieć, często właściwie tyle, co lekarz. Że nie tylko przynoszą baseny i zmieniają pościel. I każda z nich, jak i sama Nawara, rozprawia się z obiegowym mitem o piciu kawy w kantorku. Jeśli pielęgniarka siedzi, to dlatego, że nowoczesne metody zarządzania oddziałem wymagają od niej wprowadzania danych pacjenta nie tylko ręcznie do książki/zeszytu, ale także do komputera. Kawę pije zimną lub wcale. Często przez siedem godzin dyżuru nie ma czasu odpakować kanapki czy iść do toalety. Bohaterki Nawary dosadnie o tym opowiadają: „Twoja energia, twoja siła i twój głód też jest ważny w pracy. Nie można się poświęcić bez reszty, codziennie nie pić, nie jeść, bo pacjent, pacjent, pacjent. Zawsze jest coś do zrobienia”, „I to mówienie, że pielęgniarki śpią… Przez czterdzieści lat się z tym nie spotkałam. Robi się obchody co godzinę. Jak słyszę, że pacjenci opowiadają, jak pielęgniarki chrapią, to mnie szlag trafia. Zresztą o pielęgniarkach już słyszałam wszystko: że biorą łapówki, okradają pacjentów, wyrzucają z kroplówki do śmieci, nie podają leków”. Inna pielęgniarka opowiada: „Przysługuje mi niby pół godziny przerwy, ale to tylko teoria. Wychodzę z oddziału, jak muszę zanieść krew do badań, ale żeby iść do bufetu coś sobie zjeść – odpada. Muszę być na oddziale, bo u mnie najważniejszy jest pacjent, wiec lepiej, jak go nakarmimy, podamy mu leki. Wtedy siadam przy komputerze te leki odhaczyć i napisać raporty, i staram się zjeść. Ale to nigdy nie jest jedzone w spokoju, bo ciągle trzeba wstawać, odchodzić”.

Autorka nie poprzestaje na osobistych historiach i plotkach z oddziałów, lecz próbuje badać kwestię pracy w służbie zdrowia systemowo. Cytuje raport GUS, zgodnie z którym pielęgniarki znajdują się na liście najmniej zarabiających specjalistów, z pensją niecałe 3000 zł netto. Pisze o tym, że początkująca pielęgniarka zarabia od 1600 do 2500 zł netto. Wspomina o strajkach i zżyma się na tzw. zembalowe, podwyżkę wynegocjowaną przez środowisko pielęgniarskie w 2015 r. z ówczesnym ministrem zdrowia Marianem Zembalą. Zembalowe okazało się wielkim kłamstwem, o czym wspomina wiele rozmówczyń Nawary. Dodatek ten miał być wypłacany w transzach i docelowo w 2019 r. podwyżki miały dzięki niemu łącznie sięgnąć 1600 zł brutto w porównaniu do kwot z maja 2015 r., czyli sprzed rozpoczęcia negocjacji. Kwoty podwyżki 1600 zł brutto użyła zresztą „Gazeta Wyborcza” na swojej skandalicznej okładce z zeszłego tygodnia. Tylko że po dokładnym przeliczeniu ostateczna kwota ma wynosić ok. 700 zł na rękę, a szpitale wprowadzają ją w różnym tempie i używają różnych kruczków, by zembalowe ominąć, m.in. uznają, że część dodatków już uzyskiwanych przez daną pielęgniarkę może się do niego wliczać. Jedna z rozmówczyń opowiada, jak zadzwoniła do niej matka, która usłyszała z telewizji, że córka dostanie dodatkowo 1600 zł. Była pewna, że w takim razie przestanie pracować na kilka etatów. „Mamo, ja to w telewizji dostałam” – odpowiedziała zrezygnowana pielęgniarka.

Poruszające są tez fragmenty na temat niszczącego wpływu pracy na tyle etatów na codzienność rodzin. Pielęgniarka opowiada: „Czasem odreagowujemy stres na własnej rodzinie. Przychodzimy do domu, jesteśmy tak mocno nabuzowane od środka, że wystarczy jedna iskra do awantury […]. Najczęściej w ogóle się nie odzywam, burczę coś pod nosem albo się odcinam zupełnie. Siadam gdzieś i czytam. Coraz częściej tak robię, więc to źle wróży. Czasami słyszę »bardzo się zmieniłaś«. Stres powoduje, że człowiek się robi złośliwy, ciągle mu coś przeszkadza”. Inna nazywa to wprost: „Jeśli któraś mówi, że oddziela dom od pracy, to kłamie”. Pielęgniarka pracująca na dwóch etatach wspomina: „Kiedy ostatnio poszłam gdzieś zaraz po pracy? Nie przypominam sobie w ogóle, żebym ostatnio gdzieś była poza pracą! Po pracy to ja idę do domu. Raz byłam na pizzy z koleżankami, ale to było dawno”. „Dla dziecka to niedobre, widzieć mamę tak zmęczoną” – opowiada pielęgniarka ze stażem trzydziestu lat w zawodzie. – „Dziś córka jest dorosła i mówi: »To było bardzo złe i nie chcę tego pamiętać«”.

„W czepku urodzone” to bardzo smutna książka, na sporej próbie reprezentatywnej pokazująca, jak są traktowane i w jakich warunkach pracują osoby, bez których przecież nie można wyobrazić sobie sprawnie funkcjonującego społeczeństwa. Pielęgniarki mówią o potrzebie docenienia ich pracy nie tylko na płaszczyźnie finansowej, ale także godnościowej. Dużo tutaj gorzkich słów, ale wiele również ciepłych wspomnień na temat kontaktów z pacjentami i ich rodzinami. Mało o sztucznie pompowanym micie „powołania do zawodu”, wiele za to o poczuciu, że są odpowiedzialne za czyjeś życie, a pacjent jest najważniejszy i są na oddziale dla niego. Wiele o pokonywaniu własnego ciała, o leceniu z nóg, o liczeniu niemal przez sen, o przykrych słowach, które się usłyszało. Dominuje jednak ciepło – nie to objawiające się sztucznymi uśmiechami i słodkim głosem, ale wewnętrzne. Ciepło, którego konsekwencją jest siła, pozwalająca być na nogach dwadzieścia cztery godziny na dobę, zmieniać pampersy, smarować odleżyny, zmieniać opatrunki i asystować przy śmierci.

Spędziłam w życiu wiele czasu na oddziałach szpitalnych różnych specjalizacji. Pielęgniarki były różne, czasem uprzejme, czasem szorstkie. Zdarzało się, że ktoś wyrzucił mnie za drzwi gabinetu, gdy usiłowałam o coś zapytać, ale dwa lata temu położna bardzo przejęła się tym, że, pomimo bólu, nie dzwonię po pomoc, i sama prawie ze łzami w oczach dopytywała się: „Ale dlaczego pani płacze?”. Dominują w tym zawodzie na pewno osoby uprzejme, dobrze zorganizowane, a przy tym tytanki pracy. Zawsze podziwiałam wybór, którego dokonały. Szorstkość może zaś wynikać z przemęczenia, o czym mówią same rozmówczynie Weroniki Nawary – że pielęgniarka, która nieprzyjemnie odburknęła pacjentowi, też się tym potem całymi dniami „truje”, bo wie, że pozostawiła mu obraz służby zdrowia, którego nie chciała. A chce mu pozostawić obraz pozytywny, o czym sama autorka pisze we wstępie do książki: „Jesteśmy zazwyczaj pierwszymi osobami, z którymi masz kontakt, kiedy przychodzisz do placówki zdrowia. To my przyjmujemy do szpitala, izby przyjęć, przychodni. To my jesteśmy z tobą całe dnie i noce. Jesteśmy, kiedy ból nie pozwala ci zasnąć. Jesteśmy, kiedy tęsknisz za domem. Jesteśmy, kiedy czekasz na decydującą diagnozę, zabieg czy badania. Podajemy ci leki zlecone przez lekarzy. Słuchamy o dolegliwościach, staramy się żartować, rozmawiamy o pogodzie. […] To my biegniemy z zespołem reanimacyjnym. Jesteśmy z tobą, kiedy się rodzisz i kiedy umierasz”.

Warto przeczytać tę książkę. Co więcej – sądzę, że ktoś powinien napisać kolejne części, o innych zawodach, które bagatelizujemy, tzw. opartych na „powołaniu” (ale nie tylko o nich!). Zastanawiam się też, jak w ferworze kilku prac i w wirze dyżurów Nawara znalazła w ogóle czas na napisanie takiej książki. Tym bardziej ją podziwiam.

Magdalena Okraska

Weronika Nawara, W czepku urodzone. O niewidzialnych bohaterkach szpitalnych korytarzy, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2019.

Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

Polska jest jednym z najbardziej familiarnych społeczeństw w Europie. Nieprzypadkowo politycy nie tylko prawicy wciąż mówią o polskich rodzinach, o ich dobru, szczęściu i tak dalej. To oczywiście jest często czysty PR, ale wynika on z tego, że Polacy są autentycznie przywiązani do życia rodzinnego w większym stopniu niż inne narody Europy. Przesadny familiaryzm bez wątpienia może mieć mnóstwo negatywnych konsekwencji (mniejsza solidarność ogólnospołeczna, większe poważanie „obowiązków wobec rodziny” niż przepisów prawa czy instytucji itd.), jednak umiarkowany familiaryzm, polegający na trwałym przywiązaniu się członków rodzin do siebie, zły sam w sobie bez wątpienia nie jest.

Polski „crude marriage rate”, czyli odsetek małżeństw rocznie na tysiąc mieszkańców kraju, wynosi 5,1 i jest jednym z wyższych w UE. Przeciętna dla strefy euro to 4,1, a w Holandii czy Hiszpanii jest niższy niż 4. Jeszcze bardziej charakterystycznie wypadamy pod względem rozwodów – „crude divorce rate” wynosi nad Wisłą zaledwie 1,7, co jest szóstym najniższym wynikiem w UE. Wiele krajów ma „divorce rate” wyższy od 2,5, a kilka nawet wyższy od 3. W gigantyczny wręcz sposób odstajemy już w przypadku dzieci rodzących się poza małżeństwem. Tylko co czwarte dziecko w Polsce rodzi się poza małżeństwem, tymczasem średnia unijna jest niemal dwa razy wyższa. We Francji czy Słowenii dzieci ze związków pozamałżeńskich stanowią aż 60 proc. noworodków, a wielu krajach UE odsetek ten przekracza 50 proc.

Socjal dla rodzin

W tak familiarnym społeczeństwie jak Polska, nierówności szans powstają przede wszystkim w rodzinie. Ironicznie cytując klasyka, od tego, jak celnie wybierzemy sobie rodzinę, zależy cała nasza przyszłość. Jeśli urodzimy się w rodzinie majętnej, z wysokim kapitałem kulturowym, to niski poziom polskiego wsparcia socjalnego (który i tak drastycznie się podniósł po wprowadzeniu „500+”) nie przeszkodzi nam specjalnie w osiągnięciu czegoś w życiu. Tym bardziej, że będziemy mogli wykorzystać jeszcze rodzinne znajomości, a koneksje to kolejny kluczowy czynnik życiowego powodzenia nad Wisłą. Jeśli zaś źle wybierzemy sobie rodzinę, możemy mieć nieźle przechlapane. Od urodzenia będziemy mieli pod górkę, nie skorzystamy z większości dobrodziejstw familiaryzmu, a z dobrodziejstw instytucji państwa socjalnego też nie, bo takie wciąż nad Wisłą nie powstało (choć w ostatnich latach powoli zaczyna się wykluwać).

Dlatego nie jest niczym dziwnym, że ostatnie rozwiązania socjalne wprowadzane przez PiS trafiają przede wszystkim do rodzin z dziećmi. Po prostu najłatwiej w ten sposób wesprzeć szerokie grupy społeczne, bo powiązania rodzinne są w Polsce niezwykle silne. Wyprowadzka z domu rodzinnego następuje bardzo późno, nie tylko z powodów ekonomicznych, choć oczywiście też dlatego, a bliskie relacje z rodziną utrzymywane są długo po usamodzielnieniu się. Przykładowe „500+”, które formalnie trafia tylko do dzieci, które nie ukończyły 18 lat, wspiera też pośrednio dzieci dorosłe. Dzięki nadwyżkom finansowym rodziny mogą na przykład bardziej dofinansowywać dorosłe dzieci studiujące w innym mieście. Wspieranie rodzin w Polsce „rozchodzi się” na szerokie masy społeczne w dużo większym stopniu, niż ma to miejsce w krajach mniej familiarnych.

Często twierdzi się, że PiS wprowadza rozwiązania socjalne dla rodzin, by zdobyć ich głosy w wyborach. Jest to jednak argument zupełnie idiotyczny – generalnie politycy w demokracji walczą o głosy wyborców, próbując wprowadzać rozwiązania poprawiające byt społeczeństwa. Nie ma w tym niczego dziwnego. To w autokracjach można wprowadzać rozwiązania bez oglądania się na głosy wyborców, a przecież przeciwnicy PiS to podobno obrońcy demokracji. Zresztą rozwiązania wprowadzane przez ugrupowania liberalne równie dobrze można tak oceniać – obniżają podatki dla przedsiębiorców, więc walczą o ich głosy. A tak dziwnie się składa, że akurat tak się nie mówi, przynajmniej w mediach głównego nurtu.

Matczyne emerytury

Najnowszym rozwiązaniem wprowadzonym przez PiS, który wzbudził wielkie kontrowersje po stronie liberalnej, jest „emerytura dla matek czterech dzieci”, co jest trochę zwodnicze, gdyż w pewnych sytuacjach przysługiwać będzie ona też ojcom. Powszechnie twierdzi się, że jest to wsparcie dla matek, które nigdy nie pracowały, co będzie skłaniać młode kobiety do zaniechania kariery zawodowej i skupieniu się na rodzeniu dzieci. Z tych teorii przebija zwyczajna klasowa pogarda dla kobiet z klasy ludowej, bo przecież twierdzący tak komentatorzy nie myślą w ten sposób o swoich koleżankach z klasy średniej lub wyższej klasy średniej. Inaczej mówiąc, kobiety z klasy ludowej w momencie wchodzenia na rynek pracy podejmować mają decyzję, że pracę oleją i skupią się na rodzeniu i wychowywaniu np. piątki dzieci, gdyż dzięki temu już za kilkadziesiąt lat otrzymają szalone tysiąc złotych co miesiąc – doprawdy wspaniale, świetlana przyszłość! Przecież to absurd, takie rzeczy się nie dzieją. Nikt w ten sposób nie podejmuje decyzji na całe swoje życie, nawet przedstawiciele pogardzanej przez klasę średnią klasy ludowej. Abstrahując już od tego, że wychowywanie kilkorga dzieci to praca równie ciężka, jak zatrudnienie w korporacji, które cieszy się powszechnym szacunkiem.

Przede wszystkim, „emerytury dla matek” nie są świadczeniami dla rodzicielek czwórki i więcej dzieci, które nigdy nie pracowały, lecz dla tych, które nie uzbierały składek nawet na minimalne świadczenie. A to jest fundamentalna różnica. Kobiety wychowujące wiele dzieci mają zdecydowanie więcej problemów z utrzymaniem okresu składkowego na stabilnym poziomie. Mają dużo częstsze przerwy w pracy, ich CV nie jest potem okazałe, więc trudniej im zdobyć nieźle płatne zatrudnienie. Brak wystarczających na emeryturę minimalną składek wynika ze specyficznej sytuacji życiowej, a nie z lenistwa. Poza tym wprowadzenie „emerytury dla matek” jest nie tylko wsparciem, ale też symbolicznym docenieniem pracy w domu – jako właśnie pracy. To jest przecież feministyczna przesłanka.

Z drugiej strony jest faktem, że wiele kobiet wychowujących np. trójkę dzieci, albo nawet i czwórkę czy dwójkę, zdobędzie emeryturę minimalnie wyższą, powiedzmy na poziomie 1200 zł. One w takiej sytuacji mogą czuć się autentycznie poszkodowane. Przecież wychowanie i wcześniej urodzenie dwójki czy trójki dzieci również ogranicza ich możliwości zarobkowania – także one mają przerwy w pracy i mniejsze możliwości zwiększania swych kompetencji. Gdyby nie miały dzieci, ich emerytury najpewniej byłyby znacznie wyższe. Zamiast jednak krytykować „emerytury matczyne”, należałoby raczej wprowadzić dodatkowe rozwiązanie, które zwiększałoby wymiar emerytury dla każdej matki, zależnie od liczby urodzonych dzieci – np. za pierwsze dziecko dodatkowe 50 zł do emerytury, za drugie dodatkowe 100 (czyli w sumie 150 zł), a za trzecie i kolejne dodatkowe 200 zł (czyli matka trójki dzieci miałaby w sumie dodatkowe 450 zł do emerytury). To bez wątpienia nie tylko polepszyłoby sytuację emerytalną kobiet, ale też oddałoby im sprawiedliwość.

Usługi razem ze świadczeniami

Oczywiście samymi transferami nie da się poprawić bytu rodzin jako całości ani kobiet w rodzinach. Potrzebne są też rozwinięte usługi opiekuńcze, aby matki (i ojcowie zresztą też) miały dużo większe możliwości łączenia pracy z rodzicielstwem. PiS często oskarżany jest o to, że chce zostawić kobiety w domach, co trochę się kłóci z faktem, że to właśnie ta partia zwiększyła trzykrotnie (do 450 mln zł) środki dostępne w programie „Maluch+”, z którego jednostki samorządu terytorialnego mogą dofinansowywać żłobki na swoim terytorium.

O ile oferty przedszkoli i szkół w ostatnich latach wyraźnie się poprawiły, to dostępność żłobków nadal jest fatalna. Do żłobków chodzi wciąż mniej niż co dziesiąte dziecko w wieku do lat trzech. Co gorsza, są w tej kwestii gigantyczne różnice terytorialne – o ile w dolnośląskim do żłobków chodzi 14 proc. dzieci w tym wieku, to już w warmińsko-mazurskim jedynie 6 proc. W 2017 roku liczba miejsc w żłobkach wzrosła o 15 proc., co na papierze wygląda doskonale, ale łatwo o tak duże wzrosty przy tak niewielkich liczbach. Co gorsza, zaledwie 50 tys. ze 106 tys. miejsc jest w placówkach publicznych, które są zdecydowanie tańsze niż prywatne. Wiele rodzin rezygnuje z posłania dziecka do żłobka, jeśli nie dostanie się ono do placówki publicznej.

Z tej perspektywy 450 mln zł na nowe żłobki to i tak wciąż kropla w morzu potrzeb. Nawet jeśli roczny wzrost liczby miejsc w żłobkach będzie sięgać 20 proc., to minie wiele lat zanim sytuacja stanie się satysfakcjonująca.

Egalitaryzm w domu

Fundamentalnym czynnikiem określającym sytuację kobiet na rynku pracy jest równy podział obowiązków w domu. Mógłby ktoś powiedzieć, że nie jest rolą państwa wprowadzać takie zmiany. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że państwo ma ku temu instrumenty. Może przede wszystkim wprowadzić obowiązkowy urlop tacierzyński. Obecnie istnieje dodatkowy urlop ojcowski, ale to raczej listek figowy, bo może trwać on najwyżej 14 dni. W aktualnej sytuacji rodziny mają do dyspozycji 20-tygodniowy urlop macierzyński, który może wykorzystać matka, oraz 32-tygodniowy urlop rodzicielski, który może wykorzystać jeden z dowolnych małżonków. W związku z tym, że kobiety w Polsce (i nie tylko) mniej zarabiają, w zdecydowanej większości przypadków urlop rodzicielski również bierze matka (otrzymuje wtedy 80 proc. wynagrodzenia).

To oczywiście powoduje, że kobiety mają większe przerwy w zatrudnieniu, a pracodawcy patrzą na nie mniej łaskawym okiem, gdyż wiąże się z nimi ryzyko odejścia na rok na zwolnienie (i to niekoniecznie jedno). W czasie pozostawania młodej matki w domu w sposób naturalny kreuje się też podział domowych obowiązków, który potem zostaje na następne lata. Tymczasem 32-tygodniowy urlop rodzicielski mógłby być np. również podzielony na połowę – jedna część dla dowolnego rodzica, a druga obowiązkowo dla ojca. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby całe 52 tygodnie podzielić na dwie części – pierwsza obowiązkowo dla matki, a druga obowiązkowo dla ojca. Dzięki temu sytuacja kobiet na rynku pracy byłaby bliższa sytuacji mężczyzn (oczywiście w przypadku kobiet dochodzi jeszcze czasem dosyć długie L4 związane z ciążą), a w domach nie utrwalałby się nierówny podział zadań.

Bardzo ciekawy pomysł zgłosili jakiś czas temu posłowie PSL. Zaproponowali oni 7-godzinny dzień pracy dla rodziców opiekujących się dzieckiem do lat 15. Obecnie funkcjonuje coś podobnego w bardzo, ale to bardzo szczątkowej formie – z pracy o godzinę wcześniej mogą wychodzić matki karmiące piersią. Wprowadzenie tego rozwiązania mogłoby być pierwszym krokiem ku ograniczeniu czasu pracy, co postulowała niedawno Partia Razem. Trochę tak, jak „500+” może być pierwszym krokiem ku wprowadzeniu kiedyś w Polsce bezwarunkowego dochodu podstawowego. Dzięki temu rodzice, którzy mają mniej czasu wolnego niż pracownicy bezdzietni, mieliby więcej wytchnienia i czasu dla rodziny. I to zresztą również mogłoby się przyczynić do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu.

Nie ma nic złego w tym, że PiS wprowadza polską wersję państwa dobrobytu skierowaną w pierwszej kolejności do rodzin. Przy tak familiarnym społeczeństwie, jak Polska, takie wsparcie ma szanse bardziej społecznie rezonować. Jednak zatrzymanie się na „500+”, 300-złotowej wyprawce szkolnej i na „emeryturach matczynych” byłoby wielkim błędem. Potrzebne są kolejne reformy, przede wszystkim znacznie zwiększające nakłady na publiczne usługi opiekuńcze oraz zmiany prowadzące do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu. Oczywiście, żeby móc wprowadzić nowe programy na szeroką skalę, niezbędne będzie zdobycie nowych środków budżetowych. Czyli podniesienie podatków, szczególnie dla dobrze zarabiających, a także zniesienie szeregu ulg dla firm. Pytanie tylko, czy partia Jarosława Kaczyńskiego jest na takie zmiany podatkowe gotowa. Historia uczy, że akurat w tym obszarze PiS bardzo nie chce nadepnąć na odcisk najsilniejszych ekonomicznie grup w Polsce. Pozostaje więc czekać na rządy lewicy – ale autentycznej lewicy, a nie progresywnych liberałów, takich jak Robert Biedroń.

Piotr Wójcik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski

Brak jakości

Brak jakości

Co byłoby, gdyby Polskę odwiedził ktoś z Europy Zachodniej, zaznajomiony z naszym językiem, i sprawdził przekaz medialny głównych mediów? Zapewne byłby zdziwiony. Na tzw. jedynkę czy pierwszą stronę lądują kolejny sukces polskich skoczków, transfer Krzysztofa Piątka do AC Milan, nieznaczące wypowiedzi polityków lub kronika wypadków samochodowych. Ewentualnie można pokazać łosia w Wiśle. Tego, który wszedł do rzeki w stolicy pewnego sierpniowego dnia, żeby się ochłodzić.

Ba, przed łosiem uciec się nie da, gdyż zmieniając kanał telewizyjny spotkamy się z nim ponownie. Oczywiście jeśli chodzi o stacje informacyjne. Tymczasem ktoś przyzwyczajony do oglądania anglojęzycznych stacji informacyjnych może złapać się za głowę. Kilkakrotnie prześledziłem niedawno czołowe europejskie stacje informacyjne. Wiadomości wyglądały mniej więcej tak: 1. Kryzys polityczny w Wenezueli, 2. Protesty „żółtych kamizelek” we Francji, 3. Zawieszenie traktatu o INF przez USA i Rosję, 4. Konferencje dot. Bliskiego Wschodu.

Obecnie media w Polsce żyją kolejnymi zatrzymaniami przez CBA oraz tzw. taśmami Kaczyńskiego. Często, a nawet bardzo często, komentatorami w tej sprawie są politycy. Rzadko pyta się politologów, ekonomistów, prawników, a np. w informacyjnym kanale France24 zazwyczaj goszczą eksperci, a polityk jest tylko jednym z kilku komentujących dany temat. Telewidzom niuanse sprawy wyjaśniają eksperci, a nie, jak u nas, od wielu dziesięcioleci Leszek Miller i podobni. A już robienie sensacji z tego, że Mariusz Kamiński ponoć całował się z psem na jednej z alkoholowych imprez i szukanie owego czworonoga, wołają o pomstę do nieba. Akurat to jest mało istotne. Ważne jest to, czy koordynator służb specjalnych w Polsce nadużywa alkoholu. W tym całym gąszczu niepotrzebnych informacji oraz mglistego przedstawiania tych istotnych, zwykły Kowalski może się pogubić. Powstaje pytanie, czy to nadal informacja, czy raczej dezinformacja. Bardzo podobnie działają media internetowe. Sieć stała się ważnym obiegiem informacji, ale w sporej części znakomitym narzędziem dezinformacyjnym.

Nieistotne informacje pojawiają się często już na pierwszych stronach lub tuż za kluczowymi tematami. Częste jest robienie newsa z czyjejś opinii, co nie jest żadną rzetelną informacją. Wiadomości o tematyce WAGs (partnerki znanych sportowców), dziewczyny z instagrama lub tindera, jak ktoś sławny wyglądał 20 lat temu, oburzanie się „krągłościami” kobiet tuż po urodzeniu dziecka, jak mieszkają celebryci, info z seriali, gole Lewandowskiego i Piątka – to tematyka, która w ogóle nie powinna trafić do bloku poważnych informacji i w wielu krajach wciąż nie ma tam wstępu.

Owszem, można nadal informować o atakach dzików na ludzi, łosiu w Wiśle czy debatować nad twitterowym wpisem trzeciorzędnego polityka. Pewnie, że można! Cały tydzień drążenia tematu. Łatwiej się sprzeda sensacyjny news powstały szybko, niż wyważony materiał, nad którym pracuje się wiele dni lub nawet tygodni. Prędkość, z jaką podąża taki news w TV czy internecie, jest niebywała. Pytanie jednak, czy współczesny dziennikarz ma być niczym kasjerka w hipermarkecie lub pracownik fast foodu? Przecież zawsze należy wątpić i sprawdzać.

Media mają kontrolować władze. W III RP media publiczne często służą za tubę propagandową opcji, która rządzi. Media prywatne starają się kontrolować władzę, ale nasilenie ich funkcji zależy od tego, kto jest u sterów państwa. Gdy nie jest to opcja liberalna, po części wypełniają swoją rolę. Jednak gdy do władzy dojdzie blok o podobnym do nich profilu ideowym, często te same media przymykają oko na nieprawidłowości w wykonaniu rządzących.

Za najbardziej rzetelny serwis informacyjny w Polsce uchodzą „Wydarzenia” w telewizji Polsat (59,3% ogółu takich opinii; badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z lutego 2019), lecz jest to dość niski wynik jak na lidera. Jednak to z właścicielem tej stacji Zygmuntem Solorzem-Żakiem musiał porozmawiać aż Prezydent RP Bronisław Komorowski, by tamten odkodował finał mistrzostw świata z udziałem polskich siatkarzy w 2014 r. Sytuacja rodem z jakiegoś z krajów afrykańskich: nie dość, że transmisje meczów z udziałem Polaków są płatne, to jeszcze głowa państwa musi interweniować w tak błahej sprawie.

Media radiowe, z wyjątkiem części publicznych (wciąż są tam naprawdę ciekawe audycje naukowe czy literackie), jakościowo pozostawiają wiele do życzenia. Stacje prywatne mają fatalnej jakości bloki informacyjne i kulturalne. Serwisy informacyjne trwają góra pięć minut. Oczywiście nie brakuje tam informacji o tym, że ktoś gdzieś w Polsce wpadł pod samochód.

Najwięcej ciekawych mediów znajdziemy poza mainstreamem, często o charakterze publicystycznym czy popularnonaukowym. Niestety nie o takich budżetach jak media głównego nurtu. Zwykle stoi za nimi grupa hobbystów i pracowników naukowych. Coraz częściej tego typu magazyny są wydawane w całości dzięki darczyńcom, część tylko jako e-wydanie. Wsparcie ze środków publicznych bardzo często idzie w parze z ideologią, którą wspiera partia rządząca. Za koalicji PO-PSL, „apolityczny” konkurs o dofinansowanie wygrywały głównie pisma liberalne i lewicowe, za rządów Zjednoczonej Prawicy z kolei te o charakterze konserwatywnym i narodowym.

W rankingu wolności prasy według organizacji „Reporterzy bez granic” w roku 2018 r. Polska zajęła 58. miejsce. W zestawieniu, które obejmuje razem 180 państw, sąsiadujemy z Fidżi, Dominikaną i Haiti. Wielu dziennikarzy ma wytaczane procesy za samo zadawanie kłopotliwych pytań. Innych straszy się karami o w kolosalnych wartościach. Jeszcze inni muszą szukać sprawiedliwości w Strasburgu. Dzieje się to od lat i ponad podziałami politycznymi – Wojciecha Sumlińskiego próbowano umieścić w areszcie śledczym. Być może dlatego stan polskiego dziennikarstwa jest taki, jaki jest. Ktoś samym pytaniem poczuje się zniesławiony. Jakaś „gruba ryba” będzie chciała sądownie zakazać pisania na dany temat, jak to miało miejsce niedawno z NBP i KNF. Inni będą „tylko prosić”, by nie pisać o nich, jak Żandarmeria Wojskowa za poprzednich rządów. Jeszcze inni, jak koncern Amazon, straszyć pozwami za artykuły prasowe. Lepiej zajmować się nieistotnymi sprawami, lepiej pisać dobrze o wszystkim, bo inaczej napotkamy kłopoty różnego rodzaju.

Piotr Wildanger