Święta à la Smarzowski

Święta à la Smarzowski

Wojciech Smarzowski to reżyser kilku wybitnych filmów, jak np. „Dom zły” czy „Róża”. Z biegiem czasu jednak artysta popada w strukturalny kicz, który polega na przepychu (to cecha kiczu) w ukazywaniu patologicznych zachowań Polaków.

Jego twórczość jest hołubiona i odczytywana przez sympatyzujących z nim krytyków medialnego kręgu liberalno-lewicowego jako nieomal dokumentalne piętnowanie polskich grzechów głównych. „Drogówka”, „Kler” i „Wesele” – choć jakościowo odmienne, bo „Drogówka” to jednak film dużo lepszy niż „Kler” – są oparte na tym samym schemacie: umieścić wszystkie możliwe patologie w jednym obrazie. Jeśli portretujemy środowisko policjantów, to będą tam morze alkoholu, zdrada, prostytucja, złodziejstwo, przemoc, przekręty, zabójstwo. Gdy pokazujemy kler – to samo. Polska wieś – a jakże, to samo. Każdy, kto był na polskim weselu, wie, że zdarza się jakiś element ukazany w filmie, choć zazwyczaj nie w takiej zwulgaryzowanej formie. Jednak ukazanie wszystkich tych patologicznych elementów w jednym obrazie to po prostu przesada. Branie tego obrazu za dokument, a nie fikcję, to jak branie za dokument filmu Agnieszki Holland „Zielona granica”. Przynależność gatunkowa dekretowana przez wspomnianych krytyków to wybór światopoglądowy, a nie filmoznawczy.

Warto również zauważyć, że krytykujemy za tego typu praktykowanie przesady i przepychu Patryka Vegę, a nie widzimy jej u Smarzowskiego. Bowiem ten drugi uchodzi za sztukę wysoką, a ten pierwszy za kicz, choć swojego zabiegu Vega dokonuje świadomie, a zatem kiczem nie jest, gdyż kicz nie może być zamierzony. Tych dwóch reżyserów bardzo wiele łączy, choć dzieli pewna „memiczno-tabloidowa estetyka”, którą do mistrzostwa opanował Vega, a która niekiedy przebija z filmów Smarzowskiego.

Wyobraźmy sobie teraz, że Smarzowski kręci film, którego akcja toczy się w Polsce czasie Świąt Bożego Narodzenia. A zatem jest w nim to, co zawsze: alkohol, wymiociny, śmierdząca kapustą tradycja, przemoc psychiczna. Rodzina ukazana jako patologia: ojciec pije i bije, matka przymyka oczy, siostra z pijanym mężem ciągle pyta o dziecko prześladowaną bohaterkę, która szczęśliwie wyrwała się z prowincji (wiadomo: akcja musi być na prowincji), babcia martwa osuwa się na kuchenną podłogą wycieńczona przez lepienie pierogów, gdyż nie chciała się zgodzić na kupne. Czas świąt to czas opresji i przemocy. A to Polska właśnie!

Rozpoczynam od tego filmowego wątku, aby pokazać, gdzie można znaleźć migawki mogące posłużyć za inspiracje do poszczególnych kadrów. Jeśli Vega jest tabloidowy, to Smarzowski gazetowo-wyborczy, albowiem w celu znalezienia potencjalnych kadrów należy poczytać „Wysokie obcasy” i tzw. listy od czytelniczek. Rzecz jasna mało wierzę w autentyczność tych listów, ale nie chodzi przecież tutaj o prawdę, lecz o tworzenie określonego obrazu Świąt. To po prostu film Smarzowskiego w wersji soft, podszyty tym, co zastępuje nie tyko religię jako taką, ale także kulturę symboliczną oraz towarzyskość konieczną dla wspólnotowego bycia. Jest to dyskurs psychoterapeutyczny, skłaniający jednostki do skupienia się na sobie, „trosce o siebie” oraz tzw. sejftyzm.

Przysyłająca list czytelniczka to kobieta około czterdziestki. Pochodzi z prowincji, obecnie mieszka i pracuje w Warszawie w jakiejś dużej firmie. Skończyła studia, nauczyła się języka angielskiego, dobrze zarabia. W tym roku zdecydowała się „wydorośleć” i spędzić święta po swojemu. Wraz z partnerem wykupiła wycieczkę na drugi koniec świata i spędzi je w otoczeniu „świątecznych przysmaków wśród obcych ludzi, z którymi nawet nie trzeba rozmawiać”. Koniec ze świąteczną atmosferą przypominającą bieganinę chomika i udawanie, że „świetnie się bawimy”. Przestaje być „zakładniczką” narzuconego jej scenariusza, w którym odczuwa tylko frustrację zamiast radości. Woli święta na luzie, bez sprzątania na pokaz i gotowania na akord. Święta to nie tylko stres, ale przede wszystkim zaspokajanie potrzeb innych ludzi swoim kosztem. Czas, w którym „zupełnie nie myślimy o sobie”, nie komunikujemy innym swoich potrzeb, a tylko cierpimy w milczeniu. Listy od czytelniczek, komentarze i odpowiedzi ekspertek wyraźnie sugerują, że nie są to odosobnione przypadki, ale norma, tyle że głęboko ukrywana. Odważne czytelniczki przerywają milczenie i bohatersko ujawniają prawdę polskiego piekła świąt.

Czytając te listy zawsze zastanawiało mnie, na ile jest to obraz kreowany przez liberalne medium, a na ile rzeczywistość. Czy naprawdę okres świąt to taki koszmar? Czy rzeczywiscie nie chcemy pobyć i rozmawiać z bliskimi? Ile osób tego w takiej skali doświadcza?

Moje obserwacje i rozmowy z różnymi osobami na temat świąt, od studentów począwszy, niczego takiego nie potwierdzają. Oczywiście zdarza się, że ktoś nieco się do świąt zmusza, zakłada maskę, a w imię pokojowego współistnienia unika otwartej konfrontacji z osobami, za którymi nie przepada. Rozumiem to, bo też nie zawsze czułem się dobrze (dzisiaj powiedzielibyśmy: komfortowo) w czasie świąt. Też różne rzeczy mnie irytowały.

Po co więc tworzy się taki przesadzony obraz, w którym kilkugodzinny pobyt na Wigilii równa się traumie jak po wojnie w Afganistanie?

Po to, żeby robić to, co zawsze robi „Gazeta Wyborcza”: nieustannie deprecjonować poprzez stworzenie obrazu świąt jako pijacko-przemocowej patologii oraz piętnować wiele zwykłych zachowań w polskich domach związanych z obchodzeniem Świąt. Jeśli Święta nie przypominają tych z reklamy telewizyjnej, a ktoś nie daj Boże zapyta „kiedy dzieci”, wtedy podkręcamy gazetowo-wyborczy obraz à la Smarzowski, który nie ma szerszego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Taki obraz to karykatura.

Obraz Świąt, jaki mamy, jest w dużej mierze ukształtowany przez reklamy czy wywiady z gwiazdami typu „Święta u …”. Nie widać w nich kulis, bo kulisy to praca – ktoś te święta musi przygotować. W mojej rodzinie solidarnie dzielono obowiązki i każdy miał coś do zrobienia. Często same przygotowania miały swój urok, bo był to czas na zwykłe rozmowy o życiu. Obraz z reklam to obraz idealny, a my nie jesteśmy idealni i w związku z tym każde wykroczenie poza ten obraz wiąże się nierzadko z niewspółmierną krytyką innych osób.

Ponadto czytelniczki „Wysokich obcasów” dostały język, w którym mogą uzasadnić i uczynić zrozumiałą własną ucieczkę od świąt. To język psychoterapeutyczny, który „ucieczkę od świąt” zastępuje „troską o siebie”, „dobrostanem psychicznym”, gdyż to dodaje im większej sprawczości i nie czyni ich ofiarami sytuacji, do których kiedyś musiały, a dzisiaj już nie chcą się dostosować: „Patrzę na siebie, to mnie ma być dobrze”. „Wolę zostać w domu, niż nie być sobą”. Język ten już dawno wymknął się z gabinetów i kolonizuje umysły „dobrze wykształconych z dużych miast” w celu ich indywidualizacji. To po pierwsze.

Po drugie, obraz świąt à la Smarzowski to w gruncie rzeczy chamofobiczna i klasistowska stereotypizacja i etykietowanie klasy ludowej oraz prowincji jako z istoty gorszej, gdyż zakorzenionej w tradycji i religijności. Z tego względu uwielbia się psychologizować religię i mówić na przykład o tym, jak to spowiedź traumatyzuje.

Uznajmy teraz, że jakaś część ludzi naprawdę musi uciec od rodziny, że to koszmar, którego nie da się przeżyć. Rozumiem „troskę o siebie”, wyznaczanie granic tego, co jest możliwe do zaakceptowania, a co nie. Kłopot w tym, że ta granica zaczyna być ustanawiana na granicy mojej skóry. „Rozpieszczone umysły”, by użyć tytułu książki amerykańskich psychologów społecznych, zamykające się w twierdzy swojego „sejftyzmu” nie są w stanie pójść na jakiekolwiek kompromisy nawet te kilka dni w roku. Urażają, opresjonują czy wręcz są przemocą wszelkie poglądy inne niż moje, wszystko traktuje się jako atak. Hiperindywidualizm doprowadza do upadku człowieka publicznego, by użyć tytułu książki Richarda Sennetta, do końca towarzyskości, która, choć polega na zakładaniu społecznych masek, to wcale nie równa się nieautentyczności (autentyczność to dzisiaj fetysz) oraz sprzyja pokojowemu i wspólnotowemu byciu razem. Tam, gdzie każdy stawia na siebie, nie może być mowy o wspólnocie.

Co się z nami stało, że od siebie uciekamy? Że nie potrafimy pobyć ze sobą kilku dni w roku? Tutaj porady w stylu „dbaj o siebie” naprawdę niczego nie naprawią (wręcz doprowadzają do tej społecznej katastrofy), bo problem jest społeczny, a nie indywidualny. I w dużej mierze winne są temu media, które retoryką autentyczności, czyli „listu od czytelniczek”, zaświadczają, że gdzieś tak jest naprawdę. Serio?

Na święta lepiej założyć kapcie zamiast wysokich obcasów.

dr Michał Rydlewski

Grafika w nagłówku tekstu: Lucija Rasonja from Pixabay

Czemu świat pracy będzie tęsknić za Bidenem?

Czemu świat pracy będzie tęsknić za Bidenem?

W lipcu niektórzy obserwatorzy byli zdezorientowani tym, że Bernie Sanders i The Squad – demokratyczno-socjalistyczny kontyngent w Kongresie – należeli do grona tych Demokratów, którzy jako ostatni opuścili tonący statek, gdy widmo reelekcji prezydenta Bidena rozwiało się po jego katastrofalnym występie w debacie prezydenckiej.

Wyjaśnienie jest proste: pomimo wszystkich wad Bidena, jego program był najbardziej populistyczny pod względem ekonomicznym od czasu neoliberalnego zwrotu w latach 70. Obrona Bidena w tamtym momencie odzwierciedlała pewne wątpliwości, czy Kamala Harris będzie równie niezawodną obrończynią klasy robotniczej i zorganizowanego ruchu pracowniczego.

Cztery lata temu drwiłem, gdy Biden obiecał zostać najbardziej prozwiązkowym, propracowniczym prezydentem w historii. I chociaż nie do końca może on rościć sobie prawa do takiego miana, osiągnięcia Bidena są imponujące. Jego National Labor Relations Board była najbardziej prozwiązkowa od co najmniej pół wieku, a liczba pracowników dopominających się o reprezentację związkową uległa podwojeniu. NLRB Bidena ułatwiło również egzekwowanie umów i nakładanie kar za naruszenia przepisów przez pracodawców. W zeszłym roku fiskalnym biura terenowe rady otrzymały 24578 wniosków w związku ze stosowaniem nieuczciwych praktyk antypracowniczych – to najwięcej od ponad dekady. Tymczasem ogromne inwestycje Bidena w politykę przemysłową i infrastrukturę zwiększyły zapotrzebowanie na pracowników w sektorach uzwiązkowionych.

Podsumowując, administracja Bidena skutecznie obniżyła bariery wstępu do związków zawodowych, wzmocniła zdolność państwa do egzekwowania praw pracowniczych i zwiększyła liczbę miejsc pracy objętych uzwiązkowieniem, za pośrednictwem ustaw takich jak Bipartisan Infrastructure Law. Jest duża szansa, że wyniki Bidena wyglądałyby jeszcze lepiej, gdyby senatorowie Joe Manchin i Kyrsten Sinema nie naciskali na Demokratów, aby ograniczyli swoje ambicje. Czy ktoś pamięta wypowiedzi Bidena o możliwości wprowadzenia pełnego zatrudnienia?

Propracownicza polityka Bidena miała wzmocnić Demokratów, ponieważ związkowcy wynagrodziliby ich w wyborach. Zamiast tego, dryf klasy robotniczej w prawo w kierunku Make America Great Again trwa, szczególnie wśród związkowców zaangażowanych w aktywność przynoszącą konkretne zdobycze. Wielu czołowych Demokratów prawdopodobnie uważa historię zaangażowania Bidena w kwestie świata pracy za porażkę, ponieważ nie przyniosła ona pożądanych zysków politycznych, co oznacza, że Harris może obawiać się utrzymania podobnego stanowiska w takich sprawach.

Nie wiadomo, co Harris w Białym Domu oznaczałaby dla związków zawodowych. Dobra wiadomość jest taka, że obiecuje uchwalić ustawę PRO Act, która wzmacnia związki zawodowe, oraz ustawę Public Service Freedom to Negotiate Act, która gwarantowałaby pracownikom sektora publicznego swobodę tworzenia związków zawodowych. Ale są też oznaki, że podchodzi do tej kwestii w sposób podobny do Obamy: niejasne obietnice dla związków, które odzwierciedlają zaangażowanie Demokratów w inne grupy interesów, w przeciwieństwie do takiego, które uznawałoby centralną rolę pracowników. Harris czasami publicznie chwaliła związki zawodowe, jak wtedy, gdy powiedziała uczestnikom wiecu w Michigan w Święto Pracy, że „powinni podziękować związkowcom” – ale gadanie jest tanie.

Przyczyną sceptycyzmu jest to, że głównym doradcą Harris („prawą ręką”, jak nazwał go „Vanity Fair”) jest jej szwagier, Tony West, były urzędnik w Departamencie Sprawiedliwości Obamy. Aby pracować nad kampanią, West wziął urlop jako główny radca prawny Ubera, który niedawno pozwał kalifornijski Departament Pracy za ustawę z 2020 r. zobowiązującą platformy cyfrowe do przewozu osób do traktowania kierowców jako pracowników, a nie niezależnych wykonawców, co uprawnia ich do świadczeń takich jak wynagrodzenie za nadgodziny, płatne zwolnienie chorobowe i ubezpieczenie od bezrobocia.

Istnieje też problem Liny Khan. Mega-darczyńcy Demokratów, tacy jak Reid Hoffman i Mark Cuban, chcą, aby ta antymonopolowa krucjata odeszła w niebyt, a gdy Teamsters zwrócili się do Harris z pytaniem, czy utrzyma Khan na stanowisku przewodniczącej Federalnej Komisji Handlu, szefowa kampanii odmówiła odpowiedzi. To, co Harris zdecyduje, jeśli zostanie wybrana, będzie miało duże znaczenie dla tego, w którą stronę wieją wiatry jej administracji.

Istnieje bardziej fundamentalny problem: Demokraci najwyraźniej wyciągają niewłaściwe wnioski ze słabych wyników Bidena. Zamiast przypisywać to w dużej mierze temu, że mózg Bidena zamienił się w miskę lodów i dotknęła go niezdolność do sprawnego zaprezentowania opinii publicznej swoich osiągnięć, interpretują oni nastroje antybidenowskie jako referendum w sprawie bidenomiki i zakładają, że sceptycyzm opinii publicznej oznacza, iż powinni unikać ambitnych reform gospodarczych – stąd skupienie Harris na drobnym majsterkowaniu przy ulgach podatkowych, pożyczkach dla małych firm itp.

Trump będzie znacznie gorszy w kwestii pracy, jeśli wierzyć jego rekordowej skali mianowania niszczycieli związków zawodowych do NLRB i niedawnym wybrykom, takim jak żarty z Elonem Muskiem o masowym zwalnianiu pracowników. Ostatnio wydaje się, że jego kandydat na wiceprezydenta, bardziej przychylny związkowcom JD Vance, został wyparty przez Muska, zaprzysiężonego wroga ruchu pracowniczego i aparatu regulacyjnego i prawnego, który chroni świat pracy. Jedna z jego firm, SpaceX, wniosła pozew oskarżający NLRB o niezgodność z konstytucją. Jeśli najbogatszy człowiek na świecie będzie mógł wpływać na politykę gospodarczą w stopniu, w jakim by chciał, rezultaty dla amerykańskich pracowników będą przewidywalnie katastrofalne. Niestety, częściowo dlatego, że Demokraci są zawodowymi „przesadzaczami”, wielu wyborców z kręgów związkowych nie wierzy im, gdy wskazują na niebezpieczeństwa związane z drugą kadencją Trumpa. Chociaż Joe Biden jest nadal urzędującym prezydentem, czuje się już jak człowiek, na którym położono krzyżyk. Ale biorąc pod uwagę jego dobrą opinię na temat związków zawodowych – i alternatywy w tych wyborach – nie powinno się go na nim kłaść.

Ryan Zickgraf

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w Compact Magazine 4 listopada 2024 r. Zdjęcie w nagłówku tekstu: WikiImages z Pixabay.

Oto zawołał biedak

Oto zawołał biedak

Gdy przestajemy dostrzegać ludzi na marginesie, akceptujemy system, który faworyzuje nielicznych kosztem wielu. Ignorując ofiary, stajemy się Piłatem dla umęczonych tysięcy bezdomnych, skazując ich na społeczne ukrzyżowanie.

W Polsce żyje co najmniej 31 000 osób w kryzysie bezdomności. W większości (80%) są to mężczyźni. Około półtora tysiąca bezdomnych to dzieci poniżej 18. roku życia. To tylko część z przerażających danych zebranych w tegorocznej edycji ogólnopolskiego badania liczby osób bezdomnych. Warto zaznaczyć, że przedstawiona w wynikach liczba odnosi się do osób, które zgodnie z wytycznymi są uznawane za bezdomne na podstawie ustawy o pomocy społecznej. Są to ci, do których służby zajmujące się liczeniem bezdomnych zdołały dotrzeć i którzy zostali w trakcie badania zidentyfikowani jako bezdomni. W rzeczywistości liczba osób w kryzysie bezdomności może być większa.

Dzisiejsze społeczeństwo, przesiąknięte konsumpcjonizmem, pogonią za mamoną i błyskotkami, jest jak koń z klapkami na oczach. Pracować i konsumować – tak na okrągło. W tej spirali obłędu nie ma jednak wiele miejsca na błędy. Kto wypada z systemu – wypada z gry, wypada ze społeczeństwa i traci prawo do szacunku. Zostaje stratowany przez stado.

Przychodzi mi z przerażeniem słuchać rówieśników czy osób starszych, którzy twierdzą, że ludzie w kryzysie bezdomności są sami sobie winni. W ich oczach bezdomny jest często wart niewiele więcej od bezpańskiego psa – tylko dlatego, że jego życie legło w gruzach. Zamiast współczuć, spróbować zrozumieć i pomóc, okazują często nie tylko zobojętnienie, ale wręcz odrazę do osób potrzebujących wsparcia.

Osoby zajmujące się pracą na rzecz ludzi w kryzysie bezdomności mówią jednoznacznie: nikt z własnej woli nie zostaje bezdomnym. Nie ma ludzi, którzy znajdując się w całkowicie zdrowym stanie, postanawiają skończyć na ulicy. Bezdomność wynika z wielu, często nakładających się na siebie powodów – od problemów rodzinnych, uzależnienia, przemocy, zadłużenia i eksmisji, po choroby. Stygmatyzacja społeczna, której doświadczają ofiary kryzysu bezdomności, jest więc nieuzasadniona i zwyczajnie okrutna. Nie obwiniamy przecież osób chorych o ich choroby; tak należy rozumieć bezdomność.

To, że ktoś się potknął w swoim życiu lub został przewrócony i nie potrafił wstać, nie czyni go gorszym. Bardzo często do podniesienia się potrzebna jest pomocna dłoń, której osoba w potrzebie nie otrzymuje. W dobie idealizowania ludzi bogatych i sławnych wielu zapomina, że każdemu z nas jest bliżej do osoby bezdomnej niż do miliardera. Jako społeczeństwo, szarzy obywatele naszego państwa wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Godna pogardy nie jest osoba, która poniosła porażkę w zmaganiach z demonami obecnymi w życiu; to społeczeństwo zaczyna alienować taką osobę.

Oczywiście wielu chojraków zapewne powie, że też ma ciężko, też zdarzają im się trudne chwile. Bo kto nie ma sytuacji kryzysowych w swoim życiu? „Skoro ja sobie radzę, to oni też mogli”. W myśl kantowskiego imperatywu kategorycznego oraz stosując zwyczajną ludzką przyzwoitość warto się jednak zastanowić: czy chcemy, żeby hasło „przetrwają tylko najsilniejsi”, było na sztandarach naszego społeczeństwa?

W starożytnej Helladzie, a przede wszystkim w Sparcie – czyli ponad dwa tysiące lat temu – wykluczanie odstających jednostek było normą. Czy na pewno chcemy się stosować akurat do tego elementu dziedzictwa antycznych Greków? Spartę doprowadziło to do zniszczenia; nas też może. Im mniej się oglądamy na bliźniego, tym coraz bardziej przestajemy być społeczeństwem. Stajemy się zbieraniną przypadkowych osób, które dla własnego komfortu wyciszają poczucie wspólnej odpowiedzialności za nasz kraj oraz za to, jak się w nim żyje innym obywatelom.

Oczywiście ktoś może powiedzieć: „Przecież płacę podatki. Daję co roku jakieś pieniądze na tę czy inną zbiórkę. Od bezdomnych jest państwo!”. Problem w tym stwierdzeniu jest jednak taki, że o ile rzeczywiście państwo we współpracy z innymi sektorami powinno przede wszystkim działać na rzecz zapobiegania i walki z kryzysem bezdomności, o tyle my, obywatele, musimy odegrać w tym procesie również bardzo ważną rolę.

Wielu zapomina, że osoba bezdomna to wciąż człowiek; człowiek jest istotą stadną. Poza wszelkimi instytucjonalnymi formami wsparcia takiej osobie zależy głęboko na powrocie do społeczeństwa. Dotyczy to wszystkich osób w kryzysie bezdomności. Nawet uzależniony od alkoholu czy innych substancji narkotyzujących awanturujący się człowiek gdzieś w głębi serca pragnie być wysłuchany.

Bezdomność to kryzys pogłębiający się u każdej ofiary. Gdy społeczeństwo zaczyna obdzierać z poczucia godności i honoru, osoba w kryzysie zaczyna całkowicie tracić poczucie własnej wartości i wiarę w swoje możliwości. Ten proces postępuje do momentu, aż człowiek wewnętrznie pogodzi się z myślą, że zmiana na lepsze jest niemożliwa, a społeczeństwo go nie chce. Fazę tę nazywa się bezdomnością trwałą. W ten sposób ukrzyżowaliśmy już tysiące ludzi.

Zamiast solidarności naszym społeczeństwem kieruje kult mamony. Objawia się on niezdrową pogonią za sławą i bogactwem oraz nadmiernym i wyniszczającym nasz świat konsumpcjonizmem. Darzymy niemal boską czcią osoby sławne przy jednoczesnej pogardzie i braku zrozumienia wobec tych, którzy wypadli z wyścigu i zostali wyrzuceni na margines.

Naszą misją jako świadomego społeczeństwa powinno być zagwarantowanie pomocy współobywatelom w potrzebie. Jeśli nie chcemy mieć krwi na rękach, to nie umywajmy ich jak Poncjusz Piłat; zamiast tego spójrzmy na siebie i swoje dotychczasowe zachowanie. Następnym razem nie ignorujmy osoby bezdomnej ani tym bardziej jej nie wyszydzajmy. Niezależnie od tego, czy to Warszawa czy jakakolwiek inna miejscowość w Polsce – może akurat możemy się zatrzymać i porozmawiać.

Wiele osób w kryzysie potrzebuje poczuć się po prostu częścią większej całości – naszego społeczeństwa. Rozmowa z drugim człowiekiem sama w sobie potrafi pomóc. Wiele razy widziałem łzy w oczach tych, którzy otrzymali zwykłą szansę na bycie wysłuchanymi i szanowanymi członkami społeczeństwa. To nic nas nie kosztuje, a dla osoby potrzebującej może oznaczać wiele.

Podajmy im pomocną dłoń, gdy tego potrzebują; wysłuchajmy ich, gdy chcą być słyszani. Razem możemy zbudować lepsze społeczeństwo. Łańcuch jest bowiem tak silny, jak jego najsłabsze ogniwo.

Bartosz Sobieniak

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Aleš Kartal z Pixabay

Kazimierz Pużak: Zapomniany twórca Nocy Listopadowej

Kazimierz Pużak: Zapomniany twórca Nocy Listopadowej

W odległości zaledwie 50 km od Warszawy, w zapadłej mieścinie Warce, na małym cmentarzysku mocno zapuszczonym, spoczywa Piotr Wysocki. Prawie ubogi nagrobek kamienny w kształcie krzyża na skale znaczy mogiłkę kryjącą ostatnie szczątki twórcy Nocy Listopadowej. Tak jest na cmentarzu wareckim. Lecz i w samym miasteczku, w którym Wysocki już jako 60-letni starzec po swoim powrocie z katorgi syberyjskiej w październiku 1857 r. z nakazu władz rosyjskich osiadł, jeszcze mniej zachowało się śladów jego pobytu. Nawet dom na „Wojtówce”, a dzisiaj ulicy Wójtowskiej 16, w którym zamieszkiwał i w którym dokonał swego żywota – w 20 lat po jego śmierci spłonął doszczętnie. Odbudowano go według planu poprzedniego domu, ale poza kopią izby, w której umarł – nic po nim nie zostało. Obecni mieszkańcy – właściciele tego domu, ludzie ubodzy i prości, zachowali w pamięci już mało znaczące szczegóły o ostatnich latach życia Wysockiego. Dzielą się nimi jednak chętnie z odwiedzającymi to miejsce pamiątkowe przyjezdnymi, których jest coraz mniej…

I na tym kończą się wszelkie pamiątki po Wysockim w Warce, a z nią i w Polsce. Trzeba przyznać, że gdy chodzi o tak zwane ziemskie dowody pamięci o Wysockim, to są one nad wyraz skąpe. A wobec tego w pamięci obecnego pokolenia postać Wysockiego z biegiem lat coraz bardziej zaciera się i zanika.

Wiedza zaś historyczna, nie mająca dla Wysockiego należnych względów, raczej wobec niego surowa, pomniejszyła znaczenie dziejowe tej bohaterskiej postaci powstania listopadowego. Urzędowa historiografia polska z małymi wyjątkami zaznaczyła łaskawie, że Wysocki nie mając udokumentowanego dyplomami wykształcenia – „nie miał wrodzonej iskry Bożej do prowadzenia przygotowań powstańczych”, a jako wojskowy – „był tylko zdecydowanym, bardzo dobrym subalternem (podkomendnym) jak to wykazała (!!!) noc listopadowa”. Niewątpliwie, Wysocki nie ma szczęścia do historyków epoki listopadowej, którzy nie mogąc zrozumieć jego nieprawdopodobnej skromności i prostoty oraz bezgranicznej ofiarności i bezinteresowności aż do samozaparcia się – degradują go do rzędu jakiejś miernoty. Gdy tymczasem – według współczesnych – Wysocki był dyktatorem Nocy Listopadowej, a po zwycięstwie nie przyjął awansu ani też nie szukał wywyższenia, chociaż był ubóstwiany przez wojsko i lud, chociaż był człowiekiem, na którego cześć układano wiersze i utwory muzyczne. Czyż ten powszechny i niekłamany entuzjazm wobec osoby Wysockiego – przed wybuchem powstania ogółowi nieznanego, nie świadczy o nieprzeciętnej jego wielkości i o jego mocy ducha?

Toteż sumienna historia powstania listopadowego nie potrzebuje wywyższać Wysockiego. Wystarczy bowiem stwierdzić ponad wszelkie wątpliwości oficjalnych dziejopisów, że Wysocki podjął dzieło spisku Łukasińskiego i to w momencie, gdy Łukasińskiego zabrakło i gdy większość ocalałych z pogromu spiskowców z organizacji się wycofała.

Wysocki organizację, przygotowującą wybuch, pogłębił i rozszerzył przede wszystkim w wojsku, a w nocy 29 listopada 1830 r. dał hasło do wybuchu. W ten sposób spełnił marzenia i zamiary kilkunastoletnich wysiłków i prac konspiracyjnych ówczesnego młodego i niezdeprawowanego niewolą pokolenia.

Już to jedno stawia go w rzędzie bohaterów narodowych.

Ale na tym nie wyczerpały się jego praca i ofiarność dla umiłowanej sprawy. Ujęty z bronią w ręku przy szturmie Woli, ciężko ranny i zawleczony do Bobrujska, stale w kajdanach, staje przed sądem wojennym, który skazuje go w dniu 17 października 1831 r. na karę śmierci przez ćwiartowanie. Wyrok ten przy zatwierdzaniu „złagodzono” na powieszenie, jednak wyroku nie wykonano, i to na wyraźny rozkaz Mikołaja I, który przekazał Wysockiego ks. Paskiewiczowi, namiestnikowi Królestwa Polskiego, a w następstwie sądowi kryminalnemu w Warszawie, sądzącemu sprawców wybuchu listopadowego.

Odtąd Wysocki przebywa katusze osławionego więzienia na Lesznie i męki śledztwa. Ale najgorszym było jego zupełne opuszczenie przez wszystkich, nawet przez obrońców. Sprawa Wysockiego była tak groźną, że adwokaci bali się go bronić, ażeby siebie nie narażać. Doszło do tego, że dopiero trzeci z kolei adwokat, gdy już nie mógł się wykręcić, pod przymusem sytuacji „bronił” Wysockiego w sądzie.

Ten okres procesu, podczas którego Wysocki wzniósł się na wyżyny największego bohaterstwa, biorąc na siebie całkowitą odpowiedzialność, należy do najpiękniejszego i godnego podziwu potomności okresu jego życia.

Dnia 29 listopada 1833 r. Wysocki został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok ten pod wpływem opinii zagranicznej, zwłaszcza francuskiej, został „złagodzony”… na 20 lat katorgi. Pędzono go etapem zakutego na ręce i nogi na Sybir do Aleksandrowska koło Irkucka. Za próbę ucieczki, połączonej z planem powstania, został skazany na 1000 kijów, a do wyroku dodano jeszcze 3 lata. Tę śmiertelną dawkę tysiąca kijów Wysocki wytrzymał, po czym został wysłany do Abatui, skąd w końcu przewieziono go do Czyty.

Na Syberii przebywał Wysocki aż do lipca 1857 r., kiedy to na za sadzie amnestii pozwolono mu wrócić do Polski z warunkiem pobytu w Warce. Tu pracując ciężko na roli i zapadając na zdrowiu wskutek ciągle otwierających się ran, pozostałości bicia pałkami, zmarł 6 stycznia 1875 r.

Spoczął na cmentarzu – niemal w pobliżu Warszawy – niedoceniony przez historię, a przez współczesnych prawie zapomniany.

Przerośli i zasłonili go inni aktorzy tragedii listopadowej. Ukoronowano w Warszawie, w stolicy podchorążych – ulicami i dzielnicami – osobistości w rodzaju Zajączków czy Lubeckich… Wysockiego Warszawa nie zna – choć mieszkał w niej na ul. Widok… Nie wiem, czy gdziekolwiek w Polsce istnieje bodaj jedna szkoła lub jakiś zakład jego imienia. Bo nie można uznać za dowód pamięci płyty położonej ku jego czci na grobie w r. 1936 przez Okręgowy Związek Straży Pożarnej z Grójca, na której pod kilku słowami hołdu – znalazły się nazwiska wszystkich (!) szanownych członków Zarządu Okręgowego Związku.

Niestety nie znalazły się wówczas żadne miarodajne czynniki, które by uchroniły grób Wysockiego przed swego rodzaju wandalizmem.

***

W odległości 50 km od stolicy, a więc tuż pod Warszawą na cmentarzu w Warce spoczywa Piotr Wysocki, przez oficjalną Polskę zapomniany, ale w naszej świadomości i pamięci wiecznie żyjący – ten Nieśmiertelny Wódz Rewolucji Listopadowej.

Kazimierz Pużak

Powyższy tekst ukazał się w centralnym organie prasowym Polskiej Partii Socjalistycznej, dzienniku „Robotnik”, w dniu 29.11.1936. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. W nagłówku tekstu zamieszczono obraz Wojciecha Kossaka „Noc Listopadowa”.

 

Kobieta kobiecie glonojadem

Kobieta kobiecie glonojadem

„Od dwóch lat jeżdżę z taką jedną dziewczyną autobusem. Była śliczna, taka młoda, świeża dwudziestka. I jakiś rok temu zaczęła mocno kombinować z twarzą. Te rzęsy doczepiane, potem lekkie powiększenie ust. Nie widziałam jej jakiś czas i wczoraj zobaczyłam po raz pierwszy od 2-3 miesięcy. Ledwo ją poznałam, bo z włosów brązowych przefarbowała się na jasny blond, zrobiła doczepy, usta już napompowane strasznie, rzęsy do brwi, no wiecie. Z ładnej dziewczyny stała się… Ech. Czy to jest w ogóle odwracalne?” – pyta jedna z forumowiczek Gazeta.pl.

Tytuł jest oczywistą wariacją „Człowiek człowiekowi wilkiem”. Starożytne sformułowanie, spopularyzowane przez Thomasa Hobbesa w czasach nowożytnych, wyrażało pogląd, że w stanie natury ludzie są egoistyczni, a wszyscy walczą przeciwko wszystkim. Każdy każdemu wrogiem.

Nie żyjemy już w stanie natury, lecz kultury, a i samą figurę człowieka należy rozumieć precyzyjniej, tj. jako mężczyznę oraz kobietę.

Ten tekst jest o kobietach w dzisiejszej zmediatyzowanej kulturze oraz o ich wzajemnym postrzeganiu siebie. O swoistej walce, jaką prowadzą nie tylko ze sobą, ale przede wszystkim z innymi kobietami, w której stawką jest status i piękno.

(Nie) akceptuj siebie

Jestem młodą kobietą i jak wiele moich rówieśniczek, traktuję media społecznościowe, a przede wszystkim Instagram, jako integralną część swojego życia. Dzięki tej platformie dowiemy się od infuencerek, jak dobrze wyglądać, zdrowo jeść i gdzie podróżować. Popularne guru podpowiadają nam kim być i jakim być, aby nas akceptowano. Wszystko po to, żeby stać się obiektami pożądania dla mężczyzn, dla zazdroszczących nam kobiet i w końcu, gdy już osiągniemy ideał, żebyśmy mogły być sobą, a właściwie najlepszą wersją siebie.

W mediach społecznościowych oglądamy pozowane zdjęcia i upozorowane życia. Żyjemy zatem w świecie cyfrowego społeczeństwa spektaklu. Badania wskazują na to, że kobiety są świadome działań Photoshopa oraz instagramowych filtrów wygładzających twarz. Wiedzą, że pokazywane im obrazy nie są rzeczywiste (wyraźnie to deklarują), co nie zmienia faktu, iż rzeczywiście przekładają się one na nieustanne porównywanie się do innych i popadanie w różnego rodzaju kompleksy. Wynika to z faktu, że kobiety nie mogą sprostać stawianym przed nimi wymaganiom i oczekiwaniom, które są po prostu nieosiągalne, gdyż nie mają odpowiednika w rzeczywistości.

Nic w tym dziwnego, albowiem owe wymagania i oczekiwania są nie tylko nieosiągalne, ale wręcz sprzeczne, co w konsekwencji prowadzi do dysonansu poznawczego (jaka mam w końcu być?) oraz próby znalezienia odpowiedzi w Internecie, który ten dysonans współtworzy. To zaklęty krąg, w którym lekarstwo jest trucizną.

Cynthia Nixon w nagraniu „Be a lady they said” trafnie oddaje ten komunikacyjny stan rzeczy. W swoim krótkim filmie, który stał się bardzo popularny w Internecie, przytacza słowa poetki Camillie Rainville dotyczące sprzecznych komunikatów i oczekiwań wobec kobiet. Jest to swoisty manifest składający się z nakazów i zakazów, które kobiety słyszą pod swoim adresem od partnerów, mężów, ojców, matek, sióstr, braci, przyjaciół i samych siebie. Zestawione w jednej sekwencji ujawniają absurd, albowiem wzajemnie się wykluczają, ukazując tym samym sparaliżowanie kobiecej sprawczości względem swojej tożsamości i cielesności. Jeśli wiesz, jaki model kobiecości jest ci podpowiadany, to przynajmniej możesz powiedzieć, że go nie chcesz. W tym przypadku nie możesz powiedzieć nawet „nie”, bo nie wiadomo czego miałoby dotyczyć to „nie”.

„Bądź damą, powiedzieli. Nie bądź zbyt gruba. Nie bądź zbyt chuda. Nie bądź zbyt duża. Nie bądź zbyt mała. Jedz więcej. Schudnij. Przestań tyle jeść. Nie jedz za szybko. Zamów sałatkę. Nie jedz węglowodanów. Zrezygnuj z deserów. Musisz zrzucić kilka kilogramów. Idź na dietę. Uważaj, co jesz. […] Zjedz burgera. Mężczyźni lubią kobiece krągłości. Bądź mała. Bądź drobna. Bądź grzeczna. Bądź kobieca. Noś rozmiar zero. Noś podwójne zero. Bądź niczym. Bądź mniej niż niczym”.

Komunikat nie może mówić jednocześnie tego i tamtego, musi jasno mówić to i to. W przeciwnym razie ryzykujemy jego niezrozumieniem lub odsłonięciem sprzeczności, co skutkuje, iż nie wiadomo jakie działania podjąć, np. względem swojego ciała. To tak, jakby na randce powiedzieć: „Pocałuj mnie, ale nie całuj mnie”.

Moim zdaniem zagubienie sporej części młodych kobiet względem własnej tożsamości wynika m.in. z braku fundamentalnego wsparcia ze strony kultury w postaci przejrzystych komunikatów czy pomocy w wypracowaniu jasnej hierarchii wartości, która będzie porządkowała odbiór tych komunikatów. Brak przejrzystości względem tego, co wolno, a czego nie, jak wyglądać dobrze, a co ośmiesza, sprawia, że kobieta nie wie, jak się zachować, jak wyglądać, co jeść i co myśleć. Skutkuje to jej biernością, wyrwaniem gruntu spod nóg. Koniec końców, nierzadko w tym chaosie wybiera jakąś „wersję siebie”, którą „chce” być, bo trudno jest funkcjonować w stanie ciągłej niepewności.

Problem w tym, że jakiej „wersji siebie” by nie wybrała, to i tak narazi się na krytykę ze strony jakiejś części społeczeństwa, która uzna, że nie jest taka, jak być powinna. I nie ma od tego ucieczki: jesteśmy skazane na ocenę oraz krytykę, bo jeśli nie wiadomo, jakie mamy być, to zawsze nie takie, jakie być powinnyśmy.

Można by dać tutaj prostą radę i my, kobiety, często ją słyszymy: „Nie przejmuj się zdaniem innych”. Nie da się łatwo powiedzieć: jestem sobą i nie obchodzi mnie wasze zdanie. To, jak o sobie myślimy, jest w dużej mierze wynikiem tego, jak myślą o nas inni, a cały przemysł szczęścia i ciałopozytywności usiłuje nas przekonać, że jesteśmy paniami własnych emocji. Nie każda z nas ma grubą skórę, żeby naprawdę nie przejmować się zdaniem innych, nie mówiąc już o tym, że prowadzi to do życia wśród ludzi jak na bezludnej wyspie, gdyż mój świat sprowadza się tylko do mnie samej. To niestety kierunek, w jakim część z nas podąża, jeśli nie wybierze – czy raczej zostanie zmuszona do – pewnego podporządkowania się różnym trendom.

Można by także powiedzieć, że przecież te komunikaty są sprzeczne tylko wtedy, gdy zbierze się je w całość, postawi obok siebie, a w rzeczywistości działają w odmiennych przestrzeniach. My, kobiety, świetnie potrafimy się w tym odnaleźć. Wiem, gdzie muszę być miła i grzeczna, a gdzie nie muszę się kontrolować. Ale z ciałem nie jest już tak prosto, nie zmieniamy go przecież tego samego dnia. Wygląd podlega ocenie – w jednej przestrzeni może być pożądany, a w innej wyśmiewany.

Piękno a klasa

Czy istnieje zatem jeden obowiązujący, kobiecy kanon piękna, do którego powinnyśmy lub możemy dążyć?

Kanon piękna stale ewoluuje. W latach 90. wyznaczała go Kate Moss, supermodelka o porcelanowej cerze i bardzo szczupłej sylwetce. Ale na scenie muzycznej pojawiła się Beyonce ze swoimi seksownymi kształtami. Powstał podział między zwolennikami chudych modelek a tymi, którzy wolą krągłości. Po Beyonce, w latach dwutysięcznych, pałeczkę przejęła Kim Kardashian, która swoimi nienaturalnymi wymiarami namówiła wiele dziewczyn na zabieg tzw. brazylijskich pośladków. Polega on na transferowaniu tłuszczu z okolic brzucha i wstrzyknięciu go do pośladków. Zabieg ten zaliczany jest do najniebezpieczniejszych w historii medycyny estetycznej. Z drugiej strony niejedna dziewczyna dążąca do szczupłej sylwetki przypłaciła to anoreksją, a nawet życiem. To pokazuje, jaką cenę kobiety są w stanie zapłacić za idealny, w ich mniemaniu, wygląd.

Obecnie ukształtował się polski kanon Barbie. W salonach medycyny estetycznej możemy spotkać się z zabiegami „Barbie touch up”. Polega on na serii zabiegów, które wyszczuplają nos, powiększają usta i wysmuklają kości policzkowe. Barbie ma nie tylko piękną buzię, ale całą figurę. Jej duże piersi, a zarazem wąska talia i długie nogi („do nieba”) w rzeczywistości nie mają prawa istnieć. Przekładając jej wymiary na realność, przy wzroście 175 centymetrów musiałaby mierzyć 84-46-80 cm, z czego połowę stanowiłyby jej zgrabne nogi.

Ponadto na Instagramie popularne są nie tylko influencerki, które wiernie odzwierciedlają dany kanon piękna, ale również filtry choć trochę imitujące porcelanową cerę, baby face, duże oczy i wydatne usta. Dziewczyny coraz częściej przychodzą ze zdjęciem zawierającym filtr i chcą, aby lekarze medycyny estetycznej przeprowadzili zabiegi, które umożliwią ten nienaturalny wygląd. Kanon influencerek, które zdobywają pierwsze pozycje w viralach i podbijają serca milionów użytkowniczek, jest zbliżony do Barbie. Napompowane usta, pełny makijaż, szczupły nosek i świetne ciało to dzisiaj gwarant sukcesu w Internecie. Dziewczyny chcąc spróbować znaleźć swoje „ja”, ślepo naśladują wyznaczane trendy.

„Szara mysz w tłumie porobionych nic nie osiągnie. Filtry to jedno, po operacjach i tak się ich używa. Przecież nikt nie budzi się w pełnym makijażu, a storki nagrywa się od razu po przebudzeniu. […] Zobacz storkę tej dziewczyny: 8 rano, a ona już pracuje. Zarabia wyglądem. W uszach kolczyki takiej firmy. Jedzenie z tego cateringu, setki dziewczyn piszą do niej, skąd ma tę narzutę, kubek, klapki, co to za lakier i gdzie robiła paznokcie” – mówi Justyna z Warszawy w wywiadzie w książce „Poprawione”. Jest szczupła, ale jedzie do Turcji na wakacje na zabieg BTL. „Duży tyłek trzeba mieć” – dodaje.

Analizując wszystkie występujące w kulturze kanony piękna można zauważyć, że różnią się od siebie diametralnie. W stopniu, w jakim kobiety potrafią różnić się od siebie. Jeśli przyjrzymy się innym czynnikom, takim jak geny, rasa, pochodzenie społeczne, kapitał symboliczny, to okaże się, że więcej czynników dzieli kobiety niż je łączy.

Kobiece ciało, jego wygląd i piękno, są także wartościowane z punktu widzenia klasowego. Ciało jest tekstem, który czytamy klasowo. Wystarczy pooglądać programy typu „Damy i wieśniaczki”, „Chcę być piękna” czy „Projekt Lady”, żeby zobaczyć, że określony wygląd jest znakiem przynależności klasowej.

Pytanie jednak brzmi: jaki wygląd wybrać?

Jeszcze do niedawna zabiegi medycyny estetycznej zarezerwowane były dla kobiet z większym kapitałem ekonomicznym, bowiem żeby je wykonać, trzeba było dużo zapłacić. Cena jest wysoka, gdyż „poprawiony” wygląd gwarantujący młodość i piękno, jest w zasadzie nieosiągalny bez pomocy skalpela. Te, których nie było na to stać, musiały albo „akceptować siebie”, albo inwestować w inne kapitały, np. intelekt (nie jestem piękna, to przynajmniej będę mądra). Obecnie względna dostępność finansowa operacji plastycznych i chirurgii estetycznej spowodowała, że coraz większa grupa kobiet ma do niej dostęp. Wystarczy uzbierać na operację czy zabieg bądź podjąć współpracę influencerską z daną kliniką. Zabiegów tych podejmują się nie tylko lekarze, ale również kosmetyczki po ukończonych studiach w zakresie kosmetologii bądź (o zgrozo) po samych kursach. Wspaniale, jest nadzieja! Będziemy wszystkie takie jak nasza ulubiona lalka z dzieciństwa, nie będzie już różnic, koniec wyścigu, już widać metę.

Chyba że ktoś niekompetentny nas oszpeci.

Obecnie na rynku istnieje bardzo duża konkurencja w zakresie wykonywania zabiegów estetycznych. Przerywanie ciągłości skóry przestało być zarezerwowane tylko dla lekarzy po siedmioletnich studiach medycznych. Teraz wstrzyknąć kwas może nawet sąsiadka z naprzeciwka, która obejrzała tutorial na YouTube pt. „Jak powiększyć usta” i zamówiła kwas hialuronowy do paczkomatu. Coraz bardziej widać tego efekty. Niestety, ale dziewczyny, które nie mają wystarczających środków na zabiegi, a bardzo chcą z nich skorzystać, oddają się w ręce przypadkowych „kosmetyczek”. W konsekwencji prowadzi to do wielu powikłań pozabiegowych, nie mówiąc już o najważniejszym mankamencie – utratcie urody i naturalności. Rozbieżność międzyklasowa jeszcze bardziej się powiększa, ponieważ kobiety, które stać na profesjonalny zabieg u chirurga plastycznego nie oszpecą się tak, jak te, które nie mają wystarczających pieniędzy, a też chcą być młode i piękne, bo czują presję, żeby takimi być.

Kłopot także w tym, że osiągniecie ideału w odczuciu kobiety, nawet jeśli się powiedzie, nadal nie przestaje narażać na negatywną ocenę. Te „poprawione” dziewczyny są często krytykowane przez część kobiet wykształconych, z dużych miast, nierzadko inteligentek i feministek. Krytyczki widzą w tym przejaw uległości „męskiemu oku”, dostosowanie się do kanonów piękna, kapitulację przez opresję mitu piękna etc. „To nie ciało ma być moim kapitałem, a na pewno nie jest nim wygląd” – twierdzą. Mówiąc wprost, dziewczyna z domu inteligenckiego nie będzie widziała celu w poprawieniu ust botoksem czy zrobieniu większych piersi. Jej głównym atutem będą wiedza, dobre wychowanie, obycie w kulturze, co owocuje naturalnym wyglądem i brakiem przeglądania się w lustrze po kilka razy w ciągu dnia. To dlatego, że ma wysoką samoocenę i nie potrzebuje się dowartościować swoim ciałem. Świat jej podobnych będzie kanon naturalnego zadbania uważał za odpowiedni.

Problem dziewczyn poddających się bez opamiętania zabiegom estetycznym polega na tym właśnie, że czują niedosyt swojej wartości, która nie rośnie proporcjonalnie wraz ze zmianą ich statusu materialnego. Nie są w stanie zaakceptować samej siebie, patrząc tylko przez pryzmat lustra. Niedobór ten, wynikający często z innych wzorców, doprowadza je do chorobliwej poprawy wyglądu, bo to ciało staje się ich wizytówką, a nie zaniedbany intelekt czy charakter.

Dla niektórych kobiet kusa sukienka, pełne usta wspomagane botoksem i duży kształtny biust są wyznacznikiem dobrobytu. Niezaprzeczalnie te elementy stanowią wabik na mężczyzn, jednak przedstawicielki innych grup podchodzą do tego bardzo krytycznie. Nie próbują zrozumieć drugiej strony, lecz z góry ją negatywnie oceniają. Kobietę, która za wszelką cenę chce zmienić swoją naturalną urodę, w efekcie czego ma nienaturalnej wielości usta, nazywają „glonojadem”. Poprzez tę krytykę rodzi się jeszcze większy dystans i różnica między przedstawicielkami płci – właśnie – pięknej.

Stygmatyzowanie pewnej grupy kobiet poddających się operacjom plastycznym, które są raczej ofiarami, zarówno kultury, jak i samych zabiegów, jest w gruncie rzeczy elementem walki o uznanie, o bycie tą lepszą, naturalną, na tle „zrobionej” masy. Albo „zrobioną” tak, że „wygląda naturalnie”.

Swego czasu modne stało się pojęcie siostrzeństwa, które wywodzi się z nurtu feministycznego. Feministki zaczęły go używać jako przystępnego zamiennika, gdyż feminizm nie tylko stał się dla wielu, w tym kobiet, określeniem pejoratywnym, ale starał się zatrzeć różnice klasowe pomiędzy kobietami, które ewidentnie przecież istnieją (dlatego mamy różne odmiany feminizmu: od liberalnego po socjalny). Tak jak istnieją różnice w wyglądzie. Zamiast je pogłębiać ciągłą krytyką i ocenianiem, warto byłoby wykazać się większą wyrozumiałością. Jeśli każda z nas ma prawo być sobą, to dlaczego krytykować określony wybór? Czy nie dlatego właśnie, że nie jest zgodny z określonym postrzeganiem wyglądu? Za bardzo seksownym? Zaraz taka dziewczyna zostanie sklasyfikowana jako podlegająca dyktaturze patriarchatu, a jeśli powie, że naprawdę chce tak wyglądać, to usłyszy, że została ujarzmiona przez przemoc symboliczną narzuconą przez mężczyzn.

Wyobraźmy sobie dziewczynę, która w bardzo młodym wieku, chcąc być „lepszą wersją siebie”, jaką zobaczyła na Instagramie, powiększyła usta do nienaturalnych kształtów i trafia do środowiska inteligentów, np. środowiska akademickiego. Szybko zrozumie, że to, co było piękne tam, tutaj raczej naraża na śmieszność. Będąc młodą dziewczyną nie zastanawiała się przecież nad tym kanonem piękna jako konstruowanym społecznie, bo ta refleksja przychodzi później, tj. wtedy, gdy osiągamy jakiś dystans do wzorów i kanonów kulturowych, w których zostaliśmy zsocjalizowani. Przezwisko „Glonojad” mówi więcej o tej, która go używa, niż tej, która jest określana tym mianem. To w zasadzie nic innego, jak wtórna wiktymizacja.

Kult(ura) wiecznego niezadowolenia

Chyba rzadko się zdarza, żebyśmy szczerze mogły być z siebie zadowolone. Jedynie sporadycznie satysfakcjonuje nas własne odbicie w lustrze, wyniki w pracy, to, kim jesteśmy i z kim jesteśmy. Ciągła samoanaliza i skupianie się na niedoskonałościach, rywalizacja pomiędzy nami, kobietami i wyścig ku mecie bycia idealną to wynik tego, że nie jesteśmy w stanie zaakceptować aktualnego stanu rzeczy, ciągle szukając czegoś „więcej”. Z jednej strony z językiem na brodzie gonimy ideał, który zawsze jest nie do osiągnięcia, a z drugiej, jeśli już ktoś sprawiedliwie, na podstawie miarodajnych kryteriów, a nie własnego „czucia”, docenia to, czego się nauczył czy osiągnął, zostaje nazywany narcyzem i uruchamia się wobec niego narrację terapeutyczną.

Tak źle i tak niedobrze. I na tym to polega!

Ćwiczysz? Jesteś skupiona na ciele, bo na pewno jesteś głupia.

Nie ćwiczysz? Jesteś leniwa.

Tak można w nieskończoność.

Na tym stanie niedookreślenia, multiplikując sprzeczności, bazują wszystkie marki światowych producentów. Łapią nas w sidła swoich reklam i sugerują, że spełni się obietnica końca. Ale wiadomo, że jeden krem nie uczyni nas całkowicie szczęśliwym, bo do zestawu bycia pięknym potrzebne jest jeszcze serum na zmarszczki, maska wygładzająca na noc i cała seria kosmetyków. Kupujemy w zestawach, kupujemy w promocjach, kupujemy dla siebie, mamy, przyjaciółki. Już nie wiemy, co kupujemy. Nie jesteśmy w stanie się zatrzymać wśród machiny konsumpcjonizmu i kochamy posiadać więcej, mając nadzieję, że tym razem to wystarczy do bycia całkowicie szczęśliwym.

Kultura wiecznego niezadowolenia polega na tym, że nie jesteśmy w stanie w pełni siebie zaakceptować. Nieważne, ile ćwiczeń na siłowni wykonam, jak bardzo będę trzymać dietę, na koniec dnia liczy się to, że dwa dni temu byłam w McDonaldzie. Ważnym jest, że miałam pójść wcześnie spać o wodzie, a siedziałam do trzeciej w nocy przy chipsach i piwie. Pokazałam słabość, łamiąc własne postanowienia. Cały czas ustawiana wysoko poprzeczka dotycząca zdrowego i idealnego życia sprawia, że same jesteśmy dla siebie największymi katami – mówimy o życiu tak, jakbyśmy były sportsmenkami i maszynami do osiągania rezultatów. Chodzimy wiecznie sfrustrowane i niezadowolone, bo do marca miałam zrzucić pięć kilogramów, a gdy się udało, to nagle się okazuje, że mam za mały biust. A jak poprawię biust, to zaraz powiedzą, że jestem sztuczną lalą. I tak w kółko, bez ustanku. Już nawet konsumpcja nie daje obietnicy szczęścia i akceptacji samej siebie.

I na koniec, powiedzmy szczerze: robimy to w dużej mierze same sobie. Tutaj nie chodzi wcale o mężczyzn, ale o nas: kobiety. Zdanie mężczyzn przestało się aż tak bardzo liczyć, nie mówiąc już o tym, że oni nie widzą większości naszych niedoskonałości, które zauważamy my. To właśnie kobiety są najbardziej krytyczne wobec siebie i wobec innych kobiet. To my same po części podtrzymujemy ten system opresji piękna i oceny. Wynika to nie tylko z zazdrości o pozycję „tej lepszej”, ale z faktu pełnienia dla samej siebie roli bezkompromisowego trenera, dla którego nie ma miejsca na porażki czy nieudany zabieg plastyczny. Nie akceptujemy wad, słabości i błędów. W tej niechlubnej rywalizacji części z nas udało się prześcignąć nawet mężczyzn.

A co by było, gdyby dało się zbudować pomost, być bardziej wyrozumiałą dla siebie i ostatecznie innych? Zapewne stanowiłoby to spory wysiłek w realizacji, bo wszystkie ulegamy dyktaturze oceny i łatwości jej wydawania. Prowadzimy walkę poprzez brak akceptacji „innego”, niedoskonałego inaczej lub właściwie równie doskonałego jak tylko doskonałe może być – z sobą.

Milena Suchy

Grafika w nagłówku tekstu: Karlein z Pixabay

Kibic wyklęty

Kibic wyklęty

Przy okazji 11 listopada, czyli Święta Niepodległości, tematem mediów stają się uczestnicy corocznego Marszu Niepodległości w Warszawie. Odczuwalna jest atmosfera wyczekiwania na przyszłe wydarzenia, które mogą skończyć się, jak w latach poprzednich, ulicznymi starciami z policją, a te zawsze rozgrzewają media.

Środowiskiem, które szczególnie przyciąga uwagę mediów, są kibice. Jest tak nie tylko z powodu ich widoczności, czyli odpowiedniego uznakowienia własnej tożsamości (ubiór, szaliki, race, hasła, wygląd), ale przede wszystkim chuligaństwa przeniesionego ze stadionów na ulice stolicy. W tym sensie to nie kibice, a kibole, jak zaczęto ich określać. To po pierwsze. Po drugie środowisko kibiców od momentu dostarczenia im przez tzw. obóz patriotyczny, kojarzony głównie z Prawem i Sprawiedliwością, „tożsamości wyklętej”, o czym będzie jeszcze mowa, stali się problemem politycznym, choć do tego czasu byli głównie problemem kryminalnym. Od czasu hasła „Donald matole, Twój rząd obalą kibole” stali się środowiskiem politycznie opowiadającym się, a niekiedy wręcz zaangażowanym, po prawej stronie. Nie oznacza to jednak utożsamienia z PiS-em, ale raczej zajęcie pozycji opozycyjnych względem środowisk liberalnych oraz lewicowych. Kibol zaczął identyfikować się z wartościami patriotycznymi, stając tym samym po prawej stronie, choć z pewnością nie był patriotą zawsze, nie mówiąc już o różnicach istniejących w tym środowisku w podejściu do modelu gospodarczego, który ewidentnie przecież dzieli prawicę (bliżej jej odłamom do siebie w nadbudowie niż bazie).

Obrazując uliczne walki z policją, płonący samochód transmisyjny TVN-u, liberalne media zgodnie powiedzą: „Oto polscy patrioci! Zwykli chuligani!”. Liberalne media portretują środowiska patriotyczne, w tym szczególnie środowisko kibiców, jako faszystów oraz zagrożenie dla europejskich wartości ze względu na podejście do wszelkiej „inności”. Słowem: gorszą i wstydliwą część polskiego społeczeństwa, jego nienowoczesną, czekającą na wyedukowanie zakałę. Z kolei media prawicowe widzą ich jako „sól ziemi”, podkreślając wiele dobrych działań podejmowanych przez te środowiska, wskazując, iż stali się obiektem politycznej nagonki ze względu na swoje patriotyczne nastawienie widoczne choćby w oprawach meczów.

Oba obrazy tego środowiska, łatwe zresztą do zrekonstruowania dla badaczy dyskursów medialnych, są bardziej referencyjne względem siebie niż rzeczywistości. Ponadto cierpią na wysoki poziom polaryzacji, analogicznie jak ma to miejsce w przypadku portretowania przez poszczególne media sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, czyli mówiąc najprościej: wykształcona matka-lekarka z płaczącym dzieckiem versus grupa silnych i agresywnych mężczyzn. Być może nie wszyscy o tym pamiętają, albo w ogóle nie mieli czego zapomnieć, gdyż nie posiedli takiej wiedzy, ale w kilka tygodni po październikowych wyborach jedna z dziennikarek opisujących wspomnianą sytuację stwierdziła wprost, że kłamała i narracja „humanitarna”, czyli „liberalno-lewicowa”, jest w dużej mierze fałszerstwem, albowiem bliższa prawdy jest narracja prawicowo-konserwatywna (pisałem o tym szczerzej tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2024/03/03/rzeczywistosc-na-granicy/). Nawiasem mówiąc zaraz po wyborach nowy premier, który doszedł do władzy także dzięki narracji humanitarnej, natychmiast ją porzucił, a były już minister Bartłomiej Sienkiewicz nazwał organizacje aktywistów „odklejonymi”.

Przypominam tę kwestię nie tylko po to, aby odnotować fakt naiwności wiary w przedwyborcze obietnice Donalda Tuska. Chcę także przypomnieć, że z nagranych rozmów w restauracji „Sowa i Przyjaciele” można zasadnie przypuszczać, iż podpalenie budki wartowniczej pod ambasadą Federacji Rosyjskiej w czasie Marszu Niepodległości w 2013 roku było inspirowane przez Sienkiewicza w celu wywołania zamieszek, a w konsekwencji uwiarygodnienia wizerunku uczestników marszu jako chuliganów.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie twierdzę, że środowisko kibiców to sami grzeczni chłopcy, gdyż byłoby to nieprawdą. Nie twierdzę, że nie dokonują rzeczy złych, bo tak nie jest. Nie twierdzę, że za wszystko trzeba ich chwalić, wręcz przeciwnie.

Interesuje mnie inne pytanie: jak narodziło się chuligaństwo stadionowe jako problem polityczny? Odpowiadając na nie, chciałbym pokazać, jak tworzone, i rozgrywane są, by użyć sportowej metafory, nasze tożsamości.

Warto w tym celu wykorzystać badania kulturoznawców oraz socjologów. Aby, po pierwsze, przyjrzeć się temu środowisku w bardziej obiektywny sposób, a po drugie, zobaczyć genezę owego chuligaństwa w szerszym kontekście społecznym oraz historycznym ze szczególnym uwzględnieniem anektowania przez kapitalizm coraz to nowych obszarów życia społecznego. W tym obszarów życia klasy robotniczej, takich jak piłka nożna – sport, który wyrażał jej wartości i tożsamość.

Aby odpowiedzieć na to pytanie posłużę się znakomitym tekst Johna Clarke’a „Chuligaństwo stadionowe a skinheadzi” („Kultura i hegemonia. Antropologia tekstów szkoły z Birmingham”, red. M. Wróblewski, Toruń 2012). Autor jest badaczem kultury związanym z paradygmatem studiów kulturowych, określanych mianem szkoły z Birmingham. To o tyle istotne, gdyż badacze tej szkoły traktowali kulturę jako obszar ideologicznego tarcia pomiędzy klasami społecznymi i postrzegali ją poprzez relacje władzy. Słowem, kultura nie jest światopoglądowa neutralnie, lecz jest sposobem walki pomiędzy dominującymi a podporządkowanymi. Tym samym badacze tej szkoły, w tym Clarke, kontynuują myślenie Marksa oraz Gramsciego dotyczące panowania jednej klasy nad drugą, przy czym środkiem owego panowania jest kultura, zbudowanie swoistej hegemonii kulturowej. Będzie ona służyła burżuazji, czyli kolonizatorom życia społecznego, a dla klasy robotniczej, czyli skolonizowanych będzie przezroczystym środkiem nadzoru, tj. nie będą sobie w ogóle oni uświadamiali jej władzy i przemocy symbolicznej. „To nie ideologia, to nie polityka, ale świat sam w sobie i postęp” – twierdzą zawsze kolonizatorzy. Tak przemyca się myśl Marksa, że idee klasy panującej mają być ideami panującymi w całym społeczeństwie, a stawiający im opór muszą zostać ustygmatyzowani, odpowiednio oznaczeni i zetykietyzowani. Słowem: trzeba ich napiętnować.

Świetnym tego przykładem są właśnie losy zjawiska określanego mianem chuligaństwa stadionowego. Stało się ono problemem dla burżuazji chcącej zarobić na sporcie, który nie był ich sportem, albowiem był sportem klasy robotniczej. To wtedy tworzy się pojęcie „chuligaństwa stadionowego”, pod które podpadają określone zachowania oraz wartości, które do tej pory interesowały mało kogo spoza klasy robotniczej. We własnym interesie klasowym burżuazja zmienia percepcję tych samych zachowań oraz narzuca interpretację istniejących od dekad działań danej klasy.

Zdaniem Clarke’a piłka nożna jest ważnym elementem kultury klasy robotniczej, wręcz centralnym, albowiem wyraża wartości tejże klasy, to w tym sporcie realizują się one i mogą zostać zamanifestowane. Należą do nich, po pierwsze, ekscytacja, która jest przeciwieństwem przemysłowej rutyny, swoistym rytuałem klasowym. Po drugie, sprawność i siła fizyczna: nie ma tam miejsca dla słabeuszy i mięczaków, trzeba być twardym, przede wszystkim w sensie fizycznym, gdyż przemoc jest społecznym warunkiem przetrwania i zawsze istnieje ryzyko bijatyki (choć nie dochodzi do nich tak często jak się wydaje, twierdzi autor). Po trzecie patriotyzm lokalny. Wiele boisk było budowanych w sercu dawnych osiedli robotniczych, a piłkarze byli robotnikami nie różniącymi się zarobkami ani stylem życia od kolegów-kibiców. Budowało to poczucie wspierającej się wspólnoty. Po czwarte wola zwycięstwa. W robotniczym życiu przepełnionym kontrolą, poleceniami i wytycznymi, piłka nożna daje możliwość swoistego upodmiotowienia poprzez pokazanie indywidualnych i, w większym stopniu, wspólnotowych umiejętności oraz sprawności fizycznej. Owe upodmiotowienie polegało nie tylko na „ucieczce z ciemnej melancholii w światło walki”, ale wypowiadało sprzeciw wobec zarządców fabryki – szerzej: władzy wobec tych, którzy ją dzierżyli nad robotnikami. W tym sensie piłka nożna była formą oporu oraz wyrazem tożsamości. Nic więc dziwnego, że w przeciwieństwie do sportów klasy burżuazyjnej była traktowana „na serio”, nie jako zwykła rozrywka, „tylko gra”, ale emocjonalnie zaangażowana i realnie przeżywana manifestacja stosunku do świata.

Od początku lat 50. XX wieku dokonują się przemiany w strukturze społecznej Wielkiej Brytanii, które odbijają się na piłce nożnej. Chodzi głównie o trzy procesy: profesjonalizację, internacjonalizację i komercjalizację. Pierwszy polega na coraz powszechniejszym uświadomieniu sobie technicznych wymagań koniecznych do odniesienia zwycięstwa. Przejawia się to w trosce o taktykę, unaukowieniu metod treningowych i oczekiwaniach względem wysokiej sprawności fizycznej zawodników. Wprowadza się szereg zakazów względem boiskowej „twardej gry”. Internacjonalizacja oznacza postępujący rozwój rozgrywek międzynarodowych, uzupełniających zmagania lokalne. Komercjalizacja widoczna jest w coraz większym finansowym zainteresowaniu grą, wzrastających kwotach transferów i kontraktów, coraz wyższych wypływach za bilety i rosnących wpływach z nich; udoskonala się bazę treningową, zwiększa liczbę miejsc siedzących, poprawia stan toalet i bazy gastronomicznej (powstają nawet restauracje), a także tworzy kluby dla fanów. Wprowadza się teatralne elementy, jak puszczanie balonów przed meczem.

Zbiorczo owe procesy Clarke określa mianem „burżuazyjnienia” piłki nożnej, która od tej chwili ma być „dla wszystkich”, a w domyśle: dla klasy średniej, która nie chce takich jak do tej pory zachowań ze strony klasy robotniczej, gdyż nie są one akceptowane i naruszają jej komfort. To obecność klasy średniej wymusza nowe normy, choć do tej pory była to „rozrywka” klasy robotniczej, i to, co było dotychczas normą, np. popychający się i przeklinający kibice – teraz stają się problemem. Teraz już klasa średnia można bez obaw o utratę swojego klasowego statusu interesować się piłką nożną, gdyż futbol zostaje pozbawiony swojego wymiaru klasowego.

Jak twierdzi Clarke: „Proces burżuazyjnienia futbolu zaowocował jednym, istotnym dla dyskusji o chuligaństwie, skutkiem; doprowadził do zmiany sensu pojęcia »piłkarski kibic«. »Prawdziwy« kibic nie jest już typowym robotnikiem, żyjącym w oczekiwaniu niedzielnego meczu, człowiekiem, którego własne pochodzenie nierozerwalnie łączy się z sukcesem »jego« klubu. Zamiast tego jest racjonalnym, dokonującym selekcji konsumentem rozrywek, który obiektywnie ocenia przebieg wydarzeń na boisku ze swego miejsca na trybunach”.

Śledząc powstanie i rozwój subkultury skinheadów, którzy opanowali stadiony, Clarke zauważa, że ich styl życia polegał na utwierdzaniu starych tradycji, które wydawały się zagrożone przez zanieczyszczenie wartościami i wzorcami charakterystycznymi dla klasy średniej, w tym np. subkultury modsów. O ile ci ostatni doświadczali awansu społecznego przemieniając się w pracowników umysłowych i zamożnych konsumentów, o tyle ci pierwsi – upadku, byli ofiarami degradacji. Miejscem, gdzie jeszcze mogli poczuć się sobą, był stadion, który, jako ulegający „burżuazyjnieniu” przestawał być ich miejscem. Było to odbierane jako zabieranie im tożsamości, wysyłanie na społeczny śmietnik, często traktowanie w sposób poniżający (w trosce o zapobieżeniu przemocy zabierano im przy wejściu na stadion paski i buty).

Jak trafnie podsumowuje Clarke: „Chuligaństwa stadionowego nie należy zatem postrzegać jedynie jako próby ocalenia futbolu dla klasy robotniczej, lecz trzeba w nim dostrzec wysiłek obronny robotniczej kultury przed inwazją burżuazji. Ich przemoc, rasizm, purytanizm i regionalizm (odbicie społeczności w grupie, w której wszyscy muszą stać ramię w ramię, gdy grożą im kłopoty) są etapami odtwarzania tradycyjnego sposobu życia”.

Mówiąc najkrócej: chuligaństwo stadionowe stało się problemem wtedy, gdy burżuazja postanowiła ukraść kulturę i tożsamość klasie robotniczej. Nie jest zatem dziwne, że stawiali oni opór w sposób sobie znany, tj. przemocą, gdyż nie mieli innych zasobów (nawet zasoby publiczne i prawne były przecież w rękach innej klasy). Czy należy ich winić za obronę własnej tożsamości, i to obronę konieczną? Czy to może raczej złodziej powinien zostać potępiony?

Warto zauważyć, iż powstanie stereotypu chuligana stadionowego, zdecydowanie przesadzonego, jak twierdzi Clarke, w czym mieli udział np. dziennikarze, mogło mieć niezamierzony skutek w postaci tego, że jednostki określane tym mianem same zaczynały utożsamiać się z zachowaniami opisywanymi przez stereotyp, co jest niczym innym, jak przypadkiem dostosowywania się do wymagań stawianych przez rolę społeczną.

Historia polskiego środowiska kibiców, a nawet lokalnych wariantów tego środowiska, napisana właśnie w takiej jak u Clarke’a perspektywie, czeka na swojego autora. Można dzięki tej perspektywie zobaczyć jedną, fundamentalną kwestię: jak kapitalizm, ideologia służąca klasie posiadającej, zabiera ludzkie tożsamości, odziera ludzi z ich kultury, która pełni funkcję usensownienia swojego świata, dając możliwość zakorzenienia w nim oraz dostarczania poczucia bezpieczeństwa ontologicznego. Dzięki wspomnianej, klasowej perspektywie, można dostrzec, jak rozgrywa się nasze tożsamości, maskując przed nami fakt, że nadbudowa (światopogląd) jest efektem bazy (ogół materialnych sił wytwórczych i stosunków produkcji). Kapitalizm będzie dokonywał różnych działań, od mnożenia i dzielenia owych tożsamości, żeby to w nadbudowie ulokować różnice miedzy nami, które przecież nie istnieją ani w obiektywnym świecie, ani w naturze człowieka, lecz są społecznie konstruowane poprzez odpowiednie grupy ludzi w ich własnym interesie klasowym. Na końcu tego procesu odzierania człowieka z godności i kradzieży jego kultury, tych symbolicznie słabszych oraz ekonomicznie biedniejszych piętnuje jako sprawców przemocy oraz ofiary swojego stylu życia. Problem w tym, że takie ujęcie jest postawione na głowie, gdyż w dużej mierze myli skutek z przyczyną, albowiem agresja i niechęć do symbolicznych i realnych wrogów rośnie wprost proporcjonalnie do złodziejstwa kultury.

Zamiast czytać badaczy kultury takich jak Clarke (czy Richard Hoggart i jego znakomite „Spojrzenie na kulturę robotniczą w Anglii”) czy polskich socjologów badających środowiska kibiców (m.in. Radosława Kossakowskiego, Dominika Antonowicza, Łukasza Jurczyszyna), media zazwyczaj zapraszają psychologa, który opowie nam ewolucyjną bajeczkę o konieczności wyładowania agresji przez młodych mężczyzn, bo kiedyś na sawannie to coś, a teraz to coś innego. Albo psycholożkę, która pouczy nas o „toksycznej męskości”. Indywidualizacja, biologizacja i psychologizacja to najlepszy sposób maskowania ideologicznego wymiaru naszego życia społecznego oraz istniejących w nim praktyk, zjawisk, fenomenów, które są szybko oceniane przez to, co widoczne, lecz nie poświęcają należytej uwagi poznawczej i czasu ich faktycznej genezie oraz jej społecznemu zapominaniu.

Badania polskich wyżej wymienionych socjologów nad środowiskiem kibiców, odnotowują wiele podobieństw do opisu Clarke’a. Jednym z nich jest skala chuligaństwa. Awantury na stadionach są incydentalne, lecz nośnie medialnie, a polska norma nie odbiega od zachodniej. Jak twierdzi Kossakowski, polskie stadiony są bardzo bezpieczne, co wskazują raporty PZPN i spółki Ekstraklasa. Jego zdaniem powinniśmy się pozbyć mitu kibica, który grzecznie siedzi na trybunach i zajada się popcornem; nie widzi także problemu w zalegalizowaniu rac przy jednoczesnym pilnowaniu ich odpalania (tak sytuacja wygląda w Norwegii), gdyż jest to element kultury stadionowej. Ponadto bijatyki i ustawki, jak pisze socjolog w swoim studium o kibicach, sprofesjonalizowały się i są toczone poza stadionami, nie mówiąc już o tym, że wielu z nich ćwiczy bardzo popularne mieszane sztuki walki.

Kluczowe jednak jest to najbardziej oczywiste podobieństwo, wskazujące, że środowisko kibiców jest wspólnotową ostoją tradycyjnych wartości, w tym męskości, a stadion jest miejscem, gdzie można je manifestować nie obawiając się negatywnej reakcji, jaka spotkałaby ich w innym miejscu.

W polskim kontekście społeczno-politycznym problem chuligaństwa stadionowego, funkcjonujący jako problem dla policji, ewentualnie klubów, stał się polityczny w chwili, gdy kibice określili się politycznie. To o tyle ciekawe, że pojęcie „kibol” zostało przez te środowisko przejęte i posłużyło do samoidentyfikacji. Nie jestem wcale pewien, czy środowiska polskich kibiców (bardzo zresztą zróżnicowane) do czasu zaostrzenia się sporów politycznych i światopoglądowych były, czy też identyfikowały siebie, jako patriotyczne. Myślę, że środowiska prawicowe dostrzegły ich klasową pozycję, albowiem spora część kibiców to klasa robotniczo-ludowa i prekariusze, i skutecznie podpowiedziały im narrację, w której mogli odzyskać poczucie godności, jako że zostali wykluczeni z systemu konsumpcyjnego, symbolicznie istotnego, nowoczesnego i postępowego. To lek na alienację ekonomiczną, ale także kulturowo-symboliczną, albowiem, jak zauważają Jurczyszyn oraz Przemysław Piotrowski środowisko kibiców składa się także z osób wykształconych i studentów oraz osób ze stosunkowo wysokim poziomem materialnym, którzy z jakiś względów nie mogą być sobą w innych przestrzeniach. Wszyscy oni dostali narrację w postaci patriotyczno-wspólnotowej, analogicznie jak studiująca młodzież z dużych miast dostała samorozwój, coaching i inne tego typu praktyki indywidualistyczne nakierowane na karierę i self care.

Można z łatwością, z wyżyn akademickiego dyskursu, pośmiać się z płytkiej identyfikacji kibiców z żołnierzami wyklętymi czy ze znajomości historii, co jako żywo przypomina pohukiwanie inteligenta na religijność ludową. Trudno jednak odmówić tej narracji sukcesu w dostarczeniu części wykluczonych poczucia godności i wskazaniu na wartość przywiązania do historii i tradycji. Nawet jeśli jest ona po części wykorzystywana cynicznie, to wcale nie jest powiedziane, że choć dla pewnej grupy młodych ludzi nie ma ona żadnej autentycznie przeżywanej wartości.

Marsz Nieodległości 11 listopada jest dniem, w którym, jak mówią niektórzy z nich, mogą poczuć się Polakami, gdyż poza nim, mają poczucie, że ten kraj do nich wcale nie należy, i są tutaj obcym, a wręcz zbędnym elementem. I to nie jest tylko ich wina.

dr Michał Rydlewski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski