Piotr Wójcik: Różnice w nierównościach

Piotr Wójcik: Różnice w nierównościach

Debata o polskich nierównościach nie jest specjalnie wiekową damą. Dosyć późno zaczęliśmy rozmawiać w III RP o różnicach ekonomicznych, choć od momentu jej utworzenia błyskawicznie one rosły. W latach 90. i w pierwszych latach XXI wieku debatę publiczną bardziej zajmowała kwestia biedy jako takiej, a mniej sposób podziału rosnącego tortu. Choć przecież różnice w zarobkach były równie widoczne na ulicy, co ubóstwo. Doprowadziło to do tego, że polityka ekonomiczna kolejnych rządów była ślepa przynajmniej na jedno oko – decydenci nie widzieli nierówności jako przyczyny biedy, lecz jedynie jako jej skutek. Co gorsza, samo pojęcie biedy było pojmowane wyjątkowo prymitywnie, jako efekt negatywnych cech osobowości, a nie jako rezultat nieprzyjaznego i niesprawiedliwego porządku społecznego. Przynajmniej w głównym nurcie społecznego dyskursu. Na szczęście trochę się od tego czasu zmieniło i wiele Polek oraz Polaków zaczęło kwestionować wyroki rynku, a zjawisko nierówności dochodowych i majątkowych na stałe zagościło w debacie ekonomicznej. Dziś już ludziom zorientowanym w kwestiach społecznych nie trzeba zwykle tłumaczyć, czym jest wskaźnik Giniego i które kraje są najbardziej egalitarne, a które wręcz przeciwnie.

Oczywiście nie znaczy to, że w temacie nierówności nastąpił konsensus. Wciąż wielu komentatorów kwestionuje znaczenie nierówności i ich negatywne skutki. Innym obszarem debaty w tym temacie była wielkość polskich różnic ekonomicznych. Jedni uparcie przekonują, że są one umiarkowane, inni zwracają uwagę, że w wielu krajach UE są wyraźnie niższe, a jeszcze inni, że są dużo większe, niż się powszechnie wydaje. Dr Michał Brzeziński z UW w rozmowie z telewizją internetową dziennika „Rzeczpospolita” stwierdził wręcz, że o polskich nierównościach wiemy bardzo mało, więc trudno cokolwiek wyrokować. Niedawno pojawił się raport kilku francuskich ekonomistów, według którego nierówności w Polsce są jednymi z najwyższych w Europie. Przeczy to oficjalnym danym, więc zamiast rozjaśniać sprawę, jeszcze ją komplikuje. Mimo to doskonale się stało, że raport ujrzał światło dzienne, gdyż rzuca nieco inne światło na tę sprawę. A jego publikacja jest doskonałą okazją, by przyjrzeć się polskim nierównościom dochodowym z wielu perspektyw. Tylko dochodowym, gdyż wiemy o nich bez porównania więcej, niż o majątkowych, które w Polsce wciąż są obszarem niezwykle słabo zbadanym, a niektóre raporty są wręcz ze sobą sprzeczne.

Równoległe rzeczywistości

Według Eurostatu, który posiłkuje się informacjami płynącymi z krajowych urzędów statystycznych, w tym z polskiego GUS-u, nierówności dochodowe nad Wisłą są umiarkowane. Co więcej, w ostatnich latach wyraźnie spadają i zbliżamy się do krajów, w których tradycyjnie są one niskie. Wskaźniki Giniego w 2017 r. wyniósł 29,2, a więc jest niższy od średniej UE (30,7). Jeszcze w 2015 r. wynosił on 30,6, a więc w dwa lata dokonaliśmy znacznego ich ograniczenia. To efekt zarówno rekordowo niskiego bezrobocia, jak i ekspansji socjalnej w czasach rządów PiS, z programem „Rodzina 500+” na czele. Szczyt polskich nierówności przypadł na 2005 r., gdy Gini wyniósł 35,6 i byliśmy pod tym względem czwartym krajem w UE. W kolejnych kilku latach jednak one spadły, by ustabilizować się na poziomie ok. 31. Począwszy od 2016 r. jesteśmy w trendzie spadkowym i mieścimy się dokładnie między Francją i Niemcami, nieco poniżej środka stawki. Co więcej, niewiele już nam brakuje do krajów niegdyś egalitarnych, w których jednak zanotowano w ostatnich latach szybki wzrost nierówności. Mowa np. o Szwecji (Gini 28) oraz Węgrzech (28,1).

Także inny popularny wskaźnik nierówności, czyli zróżnicowanie dochodowe między kwintylami dochodów (kolejne 20 proc. drabiny zarobków), pokazuje, że polskie nierówności są przeciętne i spadają. Według tego wskaźnika górne 20 proc. polskiego społeczeństwa ma średnio 4,6 razy wyższe dochody niż statystyczny przedstawiciel dolnych 20 proc. Mniej więcej podobnie jest w Niemczech (4,5), a średnia unijna wynosi 5,1. W Szwecji i na Węgrzech wynosi on 4,3, a więc nie tak wiele mniej. Choć już w Finlandii i Słowacji tylko 3,5, a w Czechach i Słowenii zaledwie 3,4 – te kraje to globalni liderzy ekonomicznego egalitaryzmu.

A jednak dane z raportu ekonomistów tworzących „World Inequality Lab” (m. in. Thomas Piketty i Gabriel Zucman) pokazują zupełnie inną rzeczywistość. Polska okazuje się być wręcz najbardziej nierównym krajem UE. Zastosowali oni jeszcze inne wskaźniki – części krajowych dochodów, które przypadają na poszczególne odsetki społeczeństwa. Tak więc górne 1 proc. Polaków zgarnia aż 12,9 proc. wypracowywanych w Polsce dochodów. W żadnym kraju UE ten wskaźnik nie jest tak duży. Jednak, co ciekawe, na drugim miejscu jest… Dania, ze wskaźnikiem minimalnie niższym – tam górny 1 proc. zgarnia 12,8 proc. dochodów. Krajem wypadającym wyraźnie gorzej w badaniach Francuzów, niż w oficjalnych danych, są też Czechy – tam górny 1 proc. zgarnia 9,5 proc. dochodów i Czesi zdecydowanie odstają pod tym względem od najbardziej egalitarnych krajów, choć według zróżnicowania kwintylowego są wręcz najbardziej egalitarni w UE. Z drugiej strony Rumunia, która według oficjalnych danych jest jednym z najmniej egalitarnych państw w UE (Gini 33,1), w zestawieniu Francuzów notuje bardzo niskie nierówności (na górny 1 proc. przypada 6,8 proc. dochodów) – niższe nawet niż Szwecja czy Finlandia.

W przypadku dochodów przypadających na górne 10 proc. społeczeństwa także jesteśmy bezkonkurencyjni w UE. Górne 10 proc. Polek i Polaków zgarnia aż 38,4 proc. krajowych dochodów – w drugich Niemczech i Irlandii to już „tylko” 35 proc. Niemcy więc także są według tych danych krajem o zdecydowanie wyższych nierównościach, niż te przedstawiane przez Eurostat. Także w tym wskaźniku dużo gorzej wypadają Czesi (29 proc.), a dużo lepiej Rumunia (28,1 proc.) – oba kraje są mniej więcej w środku stawki. Według tego wskaźnika, trzy najbardziej egalitarne kraje UE, to w kolejności Słowacja, Węgry i Szwecja, choć w tych dwóch ostatnich krajach oficjalnie notuje się wysoki wzrost nierówności.

Dwa rynki pracy w jednym kraju

Co więc o tych danych myśleć? Czy rzeczywiście Polska jest najmniej egalitarnym krajem w UE? Trzeba przecież zwrócić uwagę, że również przynajmniej kilka innych krajów wypada w raporcie Francuzów zupełnie inaczej, niż w danych Eurostatu. Odpowiedzią jest zastosowana metodologia, która w obu bazach danych jest inna. Po pierwsze, Francuzi wykazują nie wszystkie dochody, a jedynie zarobki z pracy zawodowej oraz z emerytur. Co więcej, przedstawiają oni różnice w dochodach brutto, czyli przed opodatkowaniem. Tak więc ich dane zupełnie pomijają polityki społeczne oraz systemy podatkowe poszczególnych krajów – wykazują one jedynie pierwotne nierówności powstające na rynku pracy (nierówności w emeryturach są pochodną nierówności w zarobkach). O ile system podatkowy w Polsce zupełnie nie niweluje nierówności, to już polityka społeczna bez wątpienia tak. Szczególnie po wprowadzeniu „500+”, które teraz będzie jeszcze rozszerzone. Zatem całościowe dochody poszczególnych grup społecznych są w Polsce wyraźnie bardziej egalitarne, niż pokazują Francuzi.

Fakt, że nierówności zarobkowe (nie mylić z dochodowymi), czyli te wynikające wyłącznie z różnic płacowych powstających na rynku pracy, są w Polsce bardzo wysokie, nie jest wcale tajemnicą. Już w 2016 r. Eurostat opublikował raport „How are earnings distributed in the EU”, obejmujący wyłącznie płace brutto. W tym zestawieniu Polska była na pierwszym miejscu w UE – przedstawiciele górnych 10 procent zarabiali co najmniej 4,7 razy więcej niż reprezentanci dolnych 10 procent. Druga była Rumunia (4,6), a ostatnia Szwecja (zaledwie 2,1). Polski rynek pracy jest niezwykle zróżnicowany, mówi się wręcz o jego dualizmie. Podczas gdy pewne grupy zawodowe mogą osiągać niezwykle wysokie dochody, wręcz na europejskim poziomie, inne ledwo wiążą koniec z końcem. Do tej pierwszej grupy należą zawody, które mogą oferować swoje umiejętności na rynku globalnym – informatycy, wyżsi menedżerowie – często nie ruszając się z domu (czego przykładem graficy komputerowi otrzymujący zlecenia z całego świata). Przedsiębiorstwa i zleceniodawcy muszą więc im płacić stawki porównywalne z konkurentami z krajów najwyżej rozwiniętych. Tymczasem pozostali pracownicy konkurują na rynku krajowym, w którym stawki są kształtowane bardziej lokalnie. Tego typu dualizm jest typowy dla krajów, które mają wciąż niedobory kapitału produkcyjnego wysokiej jakości, ale mają wysoki kapitał społeczny – takim właśnie krajem jest Polska.

Zeznanie pełnej prawdy nie powie

Po drugie, Francuzi nie opierali się jedynie na badaniach ankietowych, jak to robi GUS (a co za tym idzie Eurostat), ale także na rachunkach narodowych dot. PKB oraz na informacjach powstałych na bazie zeznań podatkowych. Pytanie tylko, czy taka metodologia jest na pewno lepsza w przypadku Polski. Nad Wisłą wciąż jest bardzo duża szara strefa (ok. 18 proc. PKB), a całość lub część dochodów osiągają w niej głównie mniej zarabiający. Dane z zeznań podatkowych oraz rachunku narodowego zaniżają więc dochody tej grupy. Z drugiej strony, w bogatych krajach UE zdecydowanie częściej najbogatsi korzystają z rajów podatkowych – w Polsce to wciąż nie jest częste. Zamożni Polacy wolą korzystać z krajowych możliwości optymalizacyjnych. Zarobki górnych 10 proc. w krajach zachodniej UE mogą być zatem wyższe, niż wynika to z danych podatkowych i PKB.

Żeby ocenić prawdziwy rozmiar nierówności w Polsce, warto więc posłużyć się też wskaźnikami pośrednimi, które obrazują nierówności nie wprost. Najlepszym są wskaźniki ubóstwa relatywnego, na przykład wskaźnik zagrożenia ubóstwem, który pokazuje, jak duży odsetek gospodarstw domowych otrzymuje mniej niż 60 proc. krajowej mediany dochodów rozporządzalnych. W Polsce zagrożonych ubóstwem jest 17,3 proc. gospodarstw domowych, czyli dokładnie tyle, ile wynosi średnia UE. Na górze są Rumunia (25,3 proc.) oraz Bułgaria (22,9 proc.), a na dole Czechy (9,7 proc.), Finlandia, Dania i Szwecja.

Wydaje się więc, że realne nierówności dochodowe, obejmujące wszystkie rodzaje dochodów, są w Polsce bliskie średniej unijnej. Bez wątpienia jednak mamy niezwykle wysokie nierówności płacowe, wynikające z dualizmu rynku pracy. W takiej sytuacji należy im przeciwdziałać systemem podatkowym. Niestety ten w Polsce należy do najbardziej płaskich w świecie rozwiniętym. Transfery pieniężne są w Polsce całkiem szczodre, szczególnie po ostatnich reformach, więc w tym obszarze niewiele już można zrobić w celu zmniejszenia nierówności. Za to nasz system podatkowy wciąż jest niezwykle łaskawy dla bogatych.

Jeśli chcemy zrobić kolejny krok ku ekonomicznemu egalitaryzmowi, musimy wprowadzić podatkową progresję, która w większym stopniu obciąży tych, którzy zarabiają nad Wisłą stawki europejskie. A tych, jak widać po badaniach francuskich ekonomistów, jest w Polsce niemało. Problem w tym, że to niezwykle roszczeniowa, krzykliwa i aktywna w debacie publicznej grupa osób. Czego przestraszyła się już niejedna ekipa rządząca, z rzekomo krnąbrnym PiS na czele.

Piotr Wójcik

Prof. Monika Kostera: Twarzą w twarz ze wszystkim – teraz

Prof. Monika Kostera: Twarzą w twarz ze wszystkim – teraz

Prawie wszystkie moje dotychczasowe felietony dotyczyły rzeczy poważnych, smutnych, wstrząsających – mimo mojej zapowiedzi w pierwszym z nich, że będzie o tańcu i rewolucji. Więc niech choć ten będzie lekki, bardziej do tańca niż do płaczu. Chciałabym w nim opowiedzieć o tym, dlaczego spotkanie twarzą w twarz ze sztuką jest ważne i że wnosi coś, czego nie są w stanie wnieść ani kebab, ani ośmiorniczki.

Oczywiście, będzie też o tym, że kapitalizm jest systemem ucisku i udręki – jestem jedną z tych osób, które nie są w stanie powstrzymać się od wymyślania kapitalizmowi nawet na najweselszej imprezie (cud boski, że istnieją nadal ludzie, którzy mnie na imprezy zapraszają… serio, chciałabym skorzystać tu z okazji i powiedzieć, że jestem Wam bezgranicznie wdzięczna – z Wami da się przeżyć nawet kapitalizm! A jak by się fajnie budowało razem socjalizm…).

„Czarny księżyc” – Karolina Matyjaszkowicz

Zmarły niedawno wielki szwedzki socjolog Johan Asplund pisał o osobistym spotkaniu ze sztuką, że jest ono intensywnym przeżyciem obecności, tak samo jak spotkanie drugiego człowieka, doświadczeniem niedającym się sprowadzić tylko do doznań przyjemności czy zaciekawienia. Dlatego, mówi Asplund, robi to tak wielką różnicę, czy mamy do czynienia z fałszerstwem, nawet technicznie bardzo sprawnym, czy z oryginałem. Nie chodzi bowiem nawet o doskonałość przedstawienia czy o talent wykonania. Liczy się co innego – moment otwarcia nowych drzwi w rozpoznanej codzienności, stanięcie w obliczu tego czegoś, co twórca spotkał i co kierowało jego czy jej ręką, mięśniami, okiem, myślą, ciałem, w procesie tworzenia, który jest jednocześnie bardzo fizyczny i całkiem niepojęty. Asplund podaje przykład mistrzowskiego fałszerstwa obrazu Vermeera dokonanego przez Hana van Meegerena, który przyznał się do oszustwa wbrew opiniom ekspertów, nadal utrzymujących przez jakiś czas, że praca musi być oryginałem. Jednak obraz stracił swoją moc, i wcale nie chodzi tylko o cenę, a już na pewno nie o techniczne czy nawet estetyczne walory. Eksperci upierali się przy wysokiej ocenie materialnej strony dzieła. Dzieło nie przestało być wybitne. Jednak przestało być punktem przejścia obecności, drzwiami między czymś większym od nas a naszymi zmysłami.

Brytyjski dziennikarz i aktywista głębokiej ekologii Dougald Hine pisze o tym doświadczeniu jako o tajemnicy, stopniowo spłaszczanej i trywializowanej przez oświeceniowy racjonalizm, aż do obecnego momentu, gdy właściwie dokonało się całkowite unieważnienie kategorii tajemnicy i misterium, wręcz stabuizowanie jej w społecznych rozmowach o widzeniu, rozumieniu i doświadczaniu rzeczywistości, także sztuki. Właściwie tylko dzieci zdolne są do takiego widzenia, co nie znaczy, że trzeba mieć cztery lata, by rozumieć sztukę. Nie, zadziwione dziecko jest w każdym z nas, choć zbyt często siedzi zahukane w kąciku świadomości, osaczone ględzeniem o konieczności, o dorosłości, o niedaniu się inaczej, o słuszności. Ta codzienna nasza przemoc powszechna blokuje i zagradza drogę do tego, co jest nierozłączną częścią naszego bycia ludźmi. Część to bardzo ważna, bo, choć jest małym ziarnkiem, to pozwala zaczynać od nowa, nie niszcząc nikogo, dawać – nie odbierając. Wewnętrzne dziecko jest zaprzeczeniem kapitalizmu.

„Kwiaty i gwiazdy” – Karolina Matyjaszkowicz

Dlatego kapitalizm robi wszystko, by je zniewolić i zastąpić wyrobem zastępczym. Co takiego daje zamiast? Branding i marki, o których pisałam w poprzednim felietonie. Prawa autorskie i wyceny. Oscar Wilde powiedział przeszło sto lat temu, że „Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego” i ten sposób doświadczania rzeczywistości rozwinęliśmy w neoliberalnym kapitalizmie do perfekcji. Wartość jest utożsamiana z ceną. Wszystko jest produktem, albo nie istnieje wcale. A jednak nie opisuje to kondycji ludzkiej, także w odniesieniu do sztuki, i wiemy o tym nawet jeśli nie umiemy o tym mówić. Istnieją artyści i dzieła, które poruszają nas na wiele sposobów wymykających się obowiązującej płaskiej interpretacji świata.

Sztuka, która nie jest tylko estetyką lub kodem wywodzącym się z kapitału społecznego czy kulturowego, nieskierowana wyłącznie do klasy średniej, a więc klasy posiadaczy tego kapitału. Sztuka niepolegająca na protekcjonalnym karmieniu klasy pracującej produktami opartymi na tych samych zasadach co disco polo czy lepkie hamburgery masowo produkowane przez megakorporacje. Sztuka żywa, która dotyka i porusza zwykłych ludzi, ludzi wykształconych, nieposiadających i aspirujących do posiadania, nie tylko swoją estetyką, nie tylko prowokując czy konfrontując z lękami lub uprzedzeniami, ale wywołując niedającą się łatwo opisać obecność.

„Wieszczki” – Karolina Matyjaszkowicz

Nie będę tu proponować przeglądu takiej sztuki ani próbować udawać, że jestem w stanie przedstawić nawet wybitnie uproszczony przegląd. Będę typową uczoną od zarządzania (jak to się mówi jednym słowem? na wzór takich nazw jak socjolożka, psycholożka, geograf? może – zarządzaczka; tak mówią studenci, tak jest przekonująco) i zastosuję studium przypadku. Opowiem o jednej artystce, która posłuży jako przyciągający uwagę przykład, będący czymś więcej niż przykładem – kluczem do zjawiska.

Polska malarka Karolina Matyjaszkowicz, zamieszkała w Łowiczu i wywodząca się z ziemi łowickiej, tworzy dzieła, o których wiem na pewno, że przemawiają do bardzo różnych odbiorców, z klas wyższych i z klasy pracującej. Jej obrazy tryskają barwami i symboliką wysnutą z łowickiej sztuki ludowej i ludowej wyobraźni. Część mojej rodziny pochodzi z tego regionu Polski i odnajduję znakomicie te ścieżki snów i marzeń, którymi rozkwitały łowickie wesela, odpusty, te melodie, które śpiewała moja babcia Weronika, robiąc wąziutki makaron, te bajki, które opowiadała ciocia Marysia lekko przerażonej i mocno zachwyconej dziatwie, te barokowe wnętrza lokalnych kościołów, a szczególnie niesamowitej bazyliki katedralnej, która inspirowała i zadziwiała pokolenia łowiczan. Każdy obraz Matyjaszkowicz jest wszystkim tym: melodią, opowieścią, dekoracją weselną i czymś jeszcze, co chwyta uwagę i podróżuje potem z nami do środka naszego świata, bo zawsze tam było, jest prawdziwe tak samo, jak prawdziwe jest płótno, na którym malarka zostawia ślady swoich spotkań z tym czymś, z tajemnicą. Patrząc na oryginały – reprodukcje są piękne, ale nie mają tego efektu – chce mi się opowiadać dziwne historie, one właściwie same przepływają przez moją głowę, są nie do powstrzymania.

„Światy odmienne” – Karolina Matyjaszkowicz

Pracujemy teraz razem z Karoliną nad zbiorkiem bajek powstałych właśnie w ten sposób. Ona otwiera swoimi obrazami źródełko, z którego czerpiemy obie ogromny dostatek treści, obrazów i słów, czujemy się tak jak wtedy, gdy jako małe dziewczynki stałyśmy (nie razem, ale jakby razem) oniemiałe w łowickiej bazylice i gapiłyśmy się w symbole, które zdawały się nie mieć końca, przekształcać się, wypełzać zewsząd, jak byśmy były w samym środku wielkiego, nieprawdopodobnego rogu obfitości. To jest miejsce mocy, które nie ma ceny. Można przyjść i stanąć w samym środku, a przepłynie przez nas coś większego, niż my sami, do czego słowo „własność” ma się nijak, tak jak pierdnięcie do Komety Halleya. Matyjaszkowicz często tam staje i tworzy: z baroku, ale bez nostalgii, z folkloru, ale bez Cepelii (jednak nie odżegnując się od jednego ani od drugiego, nie spoglądając na nie z góry) i jest to sztuka nie tylko o pięknie, choć ono jest tam widoczne dla każdego, ale o marzeniach, o kościach, o śmierci, o pożądaniu, o tym, kim jesteśmy, gdy nikt nie patrzy.

Nie, to nie artystów, nie sztuki nam brakuje, to wszystko jest. Brakuje nam języka, przestrzeni do rozmawiania o tym. Ach, jak bardzo przydałby się polski John Berger! Ten wywodzący się z brytyjskiej klasy pracowniczej – i do końca życia jej wierny – krytyk sztuki, autor, artysta i wizjoner, miał odwagę, by mówić o nienazwanym i niepojętym bez protekcjonalności, bez upraszczania, racjonalizowania, ale także bez mieszczańskiego zadęcia i zadufania w elitarności znaczeń i symboli. Syn klasy pracowniczej pisał o sztuce językiem daru, inspiracji, tłumaczył, że ona jest świadkiem, że życie jest większe, niż przewidują kanony i tradycje, że miary i wyceny mają się nijak zarówno do treści, jak i formy. Rozumiał aż zbyt dobrze, że na ogół dyskursy o sztuce – burżuazyjne – budowane są z tego, co jest lub może być zawłaszczone na różne sposoby, czy to jako własność materialna, czy jako symboliczna przemoc polegająca na wykluczaniu, odcinaniu, marginalizowaniu tych, którzy należą do innych klas i innych symbolicznych kosmosów.

„Przeczucie” – Karolina Matyjaszkowicz

Berger podkreślał, że dzieło przeciętne, poprawne, tworzone jest cynicznie, w zgodzie z tym, co twórca ocenia jako posiadające właściwe wartości i język, mogące trafić do istotnych odbiorców. Dzieło wybitne wymaga oddania, pojawia się wtedy, gdy artysta bardziej ceni sens i znaczenie tego, co tworzy, niż względy wynikające z takiej wyceny. Prace komercyjne, nieoryginalne, są produktem rynku. Być artystą to nie znaczy być kimś lepszym, doskonalszym niż otoczenie. To znaczy patrzeć w innym kierunku niż ono, zauważa Dougald Hine w swoim eseju o Bergerze, którego miał szczęście znać osobiście i siedzieć z nim razem przy stole. Te rozmowy, jak mi wyjaśnił Dougald podczas naszego spotkania w Sztokholmie (też przy wspólnym stole), były dla niego bardzo cenne i miał wrażenie takiej niezwykle ważnej ich prawdziwości.

Amerykańska pisarka Ursula LeGuin porównuje w „Czterech drogach ku przebaczeniu” rozum do sieci zarzucanej na ocean. Prawda, którą przynosi, jest tylko fragmentem, cząstką, błyśnięciem tego, co jest całą prawdą – nieskończoną, nieogarniętą. Ludzka wiedza jest wycinkowa, lokalna, w gruncie rzeczy arbitralna – co nie znaczy, że nieistotna, nieważna. Wręcz przeciwnie, każde ziarnko prawdy jest odzwierciedleniem tego czegoś wielkiego i niepojętego, o ile zaczerpnięte jest z głębi oceanu i o ile ma sens, a nie tylko cenę. Spotkanie ze sztuką daje możliwość doświadczenia jakiejś lokalnej prawdy w chwili, gdy się rodziła w człowieku, który ją tworzył, ale także otwiera drzwi na bezgraniczne, nieskończone źródło całości, nie odbierając przy tym widzowi rozumu i jej czy jego sobą nie miażdżąc. Dougald Hine kończy swoje wspomnienie o Johnie Bergerze takimi słowami: „Grupa nieznajomych osób siedzi przy stole i wspólnie je posiłek. Przybysz opowiada historię przy ognisku. Przychodzi ci na myśl cytat, który słyszałeś w dzieciństwie, o tym, że wystarczy, by dwoje czy troje zgromadziło się razem”.

„Południca” – Karolina Matyjaszkowicz

Nic dziwnego, że biznes sztuki nie rozumie, że rządy się jej boją. Spotkanie twarzą w twarz to moc bez granic, przy której wszelka władza ludzka jest śmieszna – takie spotkanie to nieskończone bogactwo, całkiem za darmo.

prof. Monika Kostera

W tekście za wiedzą i zgodą Autorki zamieszczono prace Karoliny Matyjaszkowicz. W nagłówku tekstu znajduje się praca pt. „Łowczyni komet”.

 

Oparte na faktach

Oparte na faktach

Nieczęsto zdarza się, aby rządowy materiał analityczny, bez jakiegokolwiek przełożenia na prawodawstwo, miał szansę zmienić postrzeganie sytuacji w kraju przez jego elity. Niedawno opublikowana została analiza, która powinna „zmienić wszystko”. Jeden z liberalnych komentatorów ekonomicznych z przerażeniem skonstatował, iż ostatni raport Ministerstwa Finansów pokazuje, że Polska notuje poziomy nierówności dochodowych znane z „afrykańskich satrapii”. O jakim raporcie mowa? Zacznijmy od zarysowania tła.

Optymiści i krytycy

Od lat istnieją dwie interpretacje na temat porządku społeczno-ekonomicznego w Polsce. Pierwsza interpretacja („optymistyczna”), dominująca w publicznym dyskursie, mówi, iż (neoliberalny) porządek społeczno-ekonomiczny w naszym kraju został ukształtowany w trakcie ostatnich trzech dekad w sposób zasadniczo poprawny, biorąc pod uwagę punkt wyjścia oraz wyzwania modernizacyjne. Druga interpretacja, „krytyczna”, ocenia porządek społeczno-ekonomiczny jako niesprawiedliwy i odrzuca argumenty o jego zasadniczej bezalternatywności.

Optymiści od zawsze wskazywali na dwie przesłanki legitymizujące istniejący stan rzeczy. Po pierwsze, o ile podział dochodu narodowego z roku na rok stawał się coraz bardziej nierówny względem czasów PRL, o tyle ogólne tempo wzrostu dochodu narodowego sytuowało nas w wąskim gronie kilku liderów wzrostu w regionie (razem z m.in. Estonią i Słowacją). Gospodarczy „tort”, chociaż nierówno dzielony, zaczął solidnie rosnąć. Po drugie, charakter transformacji pozwolił uniknąć jednoznacznie oligarchicznego ustroju, na co zdawały się wskazywać dostępne dane o rozkładzie dochodu, na czele z tzw. wskaźnikiem Giniego, nieodbiegające w wyraźny sposób od poziomów notowanych w wielu krajach Europy Zachodniej, będącej wzorem i celem polskiego „nadganiania”.

Interpretacja optymistyczna była w latach dziewięćdziesiątych hegemoniczną, ze względu na absolutną przewagę medialną ośrodków akceptujących neoliberalny, mocno wolnorynkowy sposób kształtowania regulacji społeczno-ekonomicznych. Działo się tak również z uwagi na bardzo wysoki poziom akceptacji nowego porządku przez społeczne elity, w tym elity merytokratyczne, obsadzające kluczowe instytucje państwa. Główne osie konfliktów politycznych również nie przebiegały w ostry sposób wokół kwestii podziału dochodu narodowego, a częściej wokół kwestii tożsamościowych, afer, lub abstrakcyjnego albo uzasadnionego odczucia technokratycznej „niekompetencji” tej lub innej władzy (chociaż kwestie gospodarcze grały swoją rolę w wyborach, np. w roku 2001). Efektem było spore przyzwolenie na bezalternatywny porządek neoliberalny.

Jeszcze 10-15 temu interpretacja krytyczna była absolutnym marginesem w dyskursie medialnym. Jedynymi mediami skłaniającymi się ku tej interpretacji były media Tadeusza Rydzyka oraz zupełnie niszowe wydawnictwa prospołeczne, takie jak „Nowy Obywatel”. Politycznie, do momentu radykalizacji retoryki Prawa i Sprawiedliwości, opcja ta również znajdowała się w mniejszości, znajdując wyraz w formacjach zdobywający poparcie około jednej czwartej elektoratu (LPR, Samoobrona). Stopniowo, w ciągu ostatnich kilkunastu lat środowiska prawicy coraz mocniej zaczęły kwestionować porządek społeczny i zbliżać się do pozycji krytycznej. Prawicowa wersja interpretacji krytycznej opisywała prawdziwe symptomy, jednak stawiając diagnozę w większości fałszywą. Wskazywała na „złe elity” jako winnych społecznych bolączek, w tym ubóstwa i rozwarstwienia. Jedyną odpowiedzią byłaby wymiana elit na „dobre”.

To podejście odległe jest od rzetelnej analizy podstawowych uwarunkowań systemowych rosnących nierówności i innych plag społecznych, przedstawianej przez środowiska prospołeczne. Te uwarunkowania to, m.in. miękki kodeks pracy, słaba kontroli jego przestrzegania, niewielka rola dialogu społecznego, niewielki udział dużych przedsiębiorstw w gospodarce, słabnąca pozycja przedsiębiorstw państwowych, samorządowych i spółdzielczych, prywatyzacja dużej części naturalnych nierynkowych monopoli, czasowe ustanowienie renty sektora finansowego na części systemu emerytalnego (tzw. OFE), faktycznie nieprogresywny system podatkowy, i wiele innych. Do tych czynników dochodziły kolejne, w wielkim stopniu niezależne od polityki i regulacji krajowych, jak np. półperyferyjny status gospodarki polskiej w globalnych łańcuchach wartości oraz deregulacja i liberalizacja handlu międzynarodowego i powiązana z nim globalizacja, a także neoliberalny, antyinflacyjny i antyinterwencjonistyczny konsensus w polityce gospodarczej, forsowany przez organizacje międzyrządowe. W interpretacji prawicy wszystkie te czynniki miały mniejsze znaczenie, niż bycie rządzonym przez „złych ludzi” o „złej woli”.

Odkrywając fakty

Ze względu na (relatywnie świeżą) asocjację z radykalizującą się prawicą, krytyka porządku społeczno-gospodarczego jest zatem obarczona cieniem wysuwanych przez to środowisko niepoważnych diagnoz, groteskowych recept, leniwego myślenia życzeniowego. Chociaż w społeczeństwie pasywna akceptacja neoliberalizmu zdaje się maleć (czego znakiem jest szeroka akceptacja programu 500+), to wśród społecznych elit (medialnych, biznesowych, urzędniczych i innych) wiara w słuszność społeczno-gospodarczej ścieżki, po której podążała Polska od 1989 roku, jest nadal bardzo wysoka. Dla tej grupy wszystko zdawało się potwierdzać optymistyczną narrację: doświadczenia osobistego relatywnego sukcesu ostatnich trzech dekad, wyspowa modernizacja i zapełnienie metropolitalnych przestrzeni publicznych artefaktami nowoczesności oraz dobierany przez media wyciąg z rzeczywistości.

Optymistyczny ogląd świata nie był zbudowany, jak chcą niektórzy, wyłącznie na poznawczych niedostatkach i egoizmie beneficjentów transformacji. Dla klasy średniej Polska była w dużej mierze krajem relatywnie szerokich możliwości i faktycznie istniejącej ścieżki merytokratycznej. Fakt, iż ścieżka ta jest dostępna dla grup o relatywnym przywileju, nie była oczywista. Dane zdawały się potwierdzać narrację optymistów. Wskaźnik Giniego (im niższy, tym mniejsze rozwarstwienie) miał lokować się na poziomie ok. 0,3, czyli blisko średniej unijnej. W samozadowolenie wprawiały badania panelowe ludności (POLPAN), pokazujące rosnące zadowolenie Polaków ze swojej sytuacji. Twarde liczby przemawiały za uznaniem sukcesu jeśli nie całego, to przynajmniej znaczącej większości społeczeństwa, co potwierdzały swoim autorytetem poważne opiniotwórcze media oraz naukowcy o środowiskowej reputacji. Przy braku innych przesłanek, Polak z klasy średniej akceptował te „fakty”, bez możliwości nawet poznania metodologicznych słabości takiej analizy rzeczywistości czy alternatywnych opinii.

Krytycy kursu neoliberalnego mieli niełatwe zadanie. Trudno było oczekiwać przezwyciężenia wpływów instytucjonalnych zwolenników istniejącego porządku społeczno-gospodarczego np. na legislację czy ośrodki eksperckie. Sprzyjające neoliberalizmowi były, i w większości nadal są, główne media. Dodatkowym utrudnieniem był brak danych jednoznacznie wskazujących na dużą skalę problemu, mimo iż realia poza Polską metropolitalną dawały istotne przesłanki do bicia na alarm. Nierówności rosły podczas polskiej transformacji, gdy w wielu miejscach upadały duże zakłady pracy, zwijana infrastruktura utrudniała awans osobom z prowincji, niepewne i śmieciowe warunki zatrudnienia nie zabezpieczały przed nieprzewidzianymi zdarzeniami. Odzwierciedlenie w statystykach można było zauważyć, ale na poziomie zagregowania tak dużym, że ocierającym się o abstrakcję – podział dochodu między pracę a kapitał uprzywilejowywał ten drugi znacznie bardziej, niż w krajach, do których realiów aspirowaliśmy. Również podatki dochodowe nie miały korekcyjnej roli redystrybucyjnej, jak na upragnionym Zachodzie. W kraju ekonomicznie wyedukowanym na modłę neoliberalną, wyższa progresja podatkowa do dziś jest pomysłem niepopularnym.

Krytycy od dawna podejrzewali, iż nierówności są faktycznie o wiele wyższe niż wskazywały na to oficjalnie podawane dane ankietowe GUS. Już kilka lat temu jednemu z ekonomistów udało się dotrzeć do danych PIT z województwa dolnośląskiego, wskazujących, iż poziom nierówności dochodowych jest znacznie wyższy, niż podawanych w statystykach GUS. Do podobnych wniosków doszli niedawno badacze powiązani z Thomasem Pikettym: P. Bukowski i F. Novokmet. Brakowało jednak danych pozwalających na jednoznaczne wnioski.

Dopiero wydany w tym miesiącu raport Ministerstwa Finansów „Wybrane aspekty systemu podatkowoskładkowego na podstawie danych PIT i ZUS 2016” pozwala na skok jakościowy, jeśli chodzi o poziom wiedzy na temat rozkładu dochodów Polaków. Analiza została opracowana w oparciu o połączone bazy danych podatkowych i ubezpieczeniowych.

Raport Ministerstwa Finansów, jest „dymiącym pistoletem”, dowodem, przyłapaniem neoliberalizmu na gorącym uczynku. W komentarzach medialnych do raportu skupiono się na różnych poziomach nierówności między województwami oraz na wysokim poziomie nierówności w województwie mazowieckim. Takie ujęcie wskazuje na poboczną ciekawostkę, podczas gdy główne, druzgocące wnioski wyłaniają się na poziomie kraju. Wskaźnik Giniego na poziomie 0,51 stawia Polskę w jednym rzędzie z krajami Afryki subsaharyjskiej. Sceptycy mogą debatować na temat teoretycznej porównywalności różnych metod pomiaru między krajami, jednak inne fakty z raportu nie powinny podlegać debacie. Z raportu dowiadujemy się, iż 1 (słownie: jeden) procent Polaków o najwyższych dochodach uzyskuje 14 procent dochodów wszystkich podatników. Statystyczny „Polak z jednego procenta” uzyskuje więc 14-krotnie większy dochód niż po prostu statystyczny Polak.

Jak to możliwe? Najbogatsi podatnicy najczęściej czerpali dochody z działalności gospodarczej (opodatkowanej często w liniowy sposób). Podczas gdy mechanizmy rynkowe kreują nierówności, system podatkowo-składkowy ich nie niweluje, lecz wręcz powiększa. Podatnicy uzyskujący dochód powyżej miliona złotych brutto są efektywnie opodatkowani (łącznie ze składkami) średnio na poziomie 20%, podczas, gdy dla najbiedniejszych, o dochodzie do 10 tysięcy złotych brutto, obciążenie podatkowo-składkowe wynosi blisko 60%. Jednocześnie zamożni posiadają dodatkowe źródła dochodu, jak np. papiery wartościowe, ale też nieruchomości (za wynajem których, jak można się domyślać, płacą mniej zamożni).

Powyższe grafiki pochodzą z raportu omawianego w tekście

 

Metodologicznie raport daje obraz bliski pełnego, ale nie pełen. Z jednej strony nie uwzględnia (nie rozliczających się PIT) rolników i bezrobotnych, co zapewne mocno powiększyłoby wskaźnik nierówności, ale z drugiej strony nie uwzględnia również wpływu 500+. Nie wskazuje też (z braku danych) roli czynnika majątkowego, który wpływa na dochód do dyspozycji: niski dochód dla osoby z własnym mieszkaniem jest dużo mniej uciążliwy niż dla wynajmującego lub kredytobiorcy. Można się jednak domyślać, że dzięki wysokim dochodom osoby lepiej zarabiające są w stanie zgromadzić majątek pozwalający na niezmniejszanie dochodu do dyspozycji.

Od krytyki do praktyki

Autorom raportu oraz wszystkim, którzy przyczynili się do jego powstania, należą się słowa wdzięczności. Ich praca wskazuje, jak duży potencjał analityczny istnieje w instytucjach państwa. Słusznie autorzy i ministerstwo zbierają dziś gratulacje od środowiska ekonomicznego za swoją pracę. Pod względem naukowym ich materiał przysłuży się wielu wartościowym opracowaniom. Główna wartość leży jednak w roli, jaką powinien odegrać poza wąskim środowiskiem zawodowych ekonomistów.

Obecny system społeczno-ekonomiczny wymaga mocnych korekt. Jest to sprawa ważna nie tylko z punktu widzenia obowiązku etycznego, ale też pragmatyki. W widoczny sposób nierówności ekonomiczne i różnice doświadczeń między ścieżką merytokratyczną a ścieżką ograniczonych szans przekładają się na poparcie ksenofobicznych populistów rozpoczynających swój marsz po władzę w krajach Europy. Ignorowanie problemu byłoby groźne dla wszystkich, gdy łańcuch przyczynowo-skutkowy między neoliberalizmem a społecznym rozpadem jest już jasny. Raport Ministerstwa Finansów wytrąca z ręki argumenty tym, którzy chcą usprawiedliwić bezczynność. Szukanie wymówek musi się skończyć w obliczu niezaprzeczalnych faktów, podobnie jak skończyło się negowanie problemu smogu.

Jak pisałem na początku, ten raport powinien „zmienić wszystko”, gdyż w przeciwieństwie do dowodów anegdotycznych nie zawiera narracji, lecz fakty. W polskiej debacie na temat nierówności społecznych nie będzie można go zignorować. Powinien – ale nie wstrzymujmy oddechu w oczekiwaniu. Czy w naszej rzeczywistości wiedza wystarcza do podjęcia działań? Przykład smogu jest dobrą ilustracją – od zrozumienia i potakiwania do znaczących działań droga jest daleka. Podobnie jest w przypadku nierówności. W świecie Zachodu wytworzył się wręcz rynek na powtarzanie ex cathedra „byliśmy głupi” i stawianiu jeżeli nie przenikliwych, to na pewno trafnych diagnoz, za którymi jednak nie idzie praktyka.

To podejście pozwala na długie kursowanie po panelach dyskusyjnych lub promocjach własnych książek. Ta w teorii krytyczna postawa kończy się nagle przy jakiejkolwiek możliwości wsparcia faktycznej zmiany. O tym, jak nierówności niszczą społeczeństwa i karczują drogę do zwycięstw ksenofobicznemu populizmowi, pisali w ostatnich latach m.in. Robert Peston, Ed Luce, Iwan Krastew, i wielu innych dziennikarzy, komentatorów i publicznych intelektualistów mainstreamu (lista byłaby bardzo długa, można by ją uzupełnić również o polskich autorów). Brytyjczyk Peston nie posiada się ze złości na obecny stan rzeczy, nie powstrzymując się przed bluzgami na status quo nawet w tytule swojej książki. Kiedy jednak w swoim kraju ma przemyślany projekt polityczny (Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna), proponujący wiarygodne rozwiązania problemów, Peston nie znajduje dla niego nawet jednego dobrego słowa.

Ten schemat powtarza się w kolejnych krajach przy kolejnych okazjach. Kiedy ze statystyk o nierównościach lub podziałach społecznych można ukuć zręczny cytat pełen moralnego wzmożenia – kolejka chętnych jest długa. Kiedy przychodzi do poparcia inicjatyw faktycznie walczących z problemami (choćby w ograniczony sposób) – robi się pusto. Dla Edwarda Luce’a zwieńczeniem dobrej analizy problemu staje się groteskowe lokowanie nadziei w osobie… Emmanuela Macrona (oczywiście do czasu, gdy niespodziewanie „okaże się”, że ten nie sprosta wyzwaniu). W czym więc rzecz i po co ta farsa? Kto nie rozumie tego, co się dzieje, a kto nie chce uczynić pożytku z dostępnej wiedzy? Czy nominalny krytyk nie zachowuje się jak optymista, który nic nie chce zmieniać?

Pozostaje nie zwracać uwagi na tych, którzy krytykują obecny stan rzeczy tylko w teorii. Upowszechnienie się krytycznej interpretacji obecnego porządku, coraz bardziej prawdopodobne, powinno być dla prospołecznych środowisk dopiero początkiem. Zdezorientowanemu społeczeństwu sprzedawani są w krytycznej otoczce zarówno cyniczni populiści, jak i bezideowi technicy kampanii wyborczych. Od nich ruchy prospołeczne muszą się odróżnić wyrazistą wizją, popularnym konkretem i widoczną praktyką.

Krzysztof Mroczkowski

Tomasz Markiewka: Uber i inne iluzje postępu

W każdej dyskusji na temat Ubera prędzej czy później pojawia się opozycja między postępem a rozpaczliwym trzymaniem się starych rozwiązań. Najczęściej zostaje ona wprowadzona za pomocą metafory o dorożkach. Los taksówek jest podobno przesądzony tak, jak kiedyś był los dorożek. A ludzie, którzy tego nie rozumieją, wstrzymują postęp. Dobrym przykładem takiego podejścia jest felieton Jolanty Ojczyk dla „Rzeczpospolitej” zatytułowany „Spór o Ubera jest konfliktem starego świata z nowoczesnością”.

Na czym właściwie polega ta nowoczesność i postępowość Ubera? Ojczyk opisuje ją tak: „Mam w smartfonie aplikację Uber i jednym kliknięciem zamawiam przejazd. Mogę wybrać auto i kierowcę. Uber ściąga pieniądze z mojej karty płatniczej podpiętej do aplikacji. Nie muszę dzwonić po taksówkę, tłumaczyć, gdzie dokładnie ma podjechać, nie muszę mieć przy sobie gotówki, a przede wszystkim płacę mniej. Podstawą opłaty nie jest wskazanie taksometru, lecz długość trasy i czas przejazdu ustalane za pomocą GPS”.

Z perspektywy klienta postępowość Ubera polega zatem na wygodzie i poczuciu, że korzystamy z rozwiązań postrzeganych jako nowoczesne – jak GPS czy aplikacja na komórkę. Ale drobne udogodnienia dla konsumentów nie wyczerpują przecież tematu, istnieje jeszcze perspektywa pracownicza i społeczna.

Jak więc wygląda Uber, gdy spojrzymy na niego okiem pracowników i obywateli zatroskanych o dobro wspólne, a nie okiem klientów cieszących się z apki na telefon? Już nie tak różowo. Istnieją nawet solidne podstawy do stwierdzenia, że Uber pod względem pracowniczo-społecznym jest nie tyle postępem, co cofnięciem się w rozwoju.

Trafnie ujmuje to Filip Konopczyński w swoim tekście dla „Przekroju” pod tytułem „Osobliwa przyszłość pracy”: „Póki co innowacyjność Ubera sprowadza się do kreatywnej księgowości, optymalizacji podatkowej i udawania, że nie jest firmą transportową. Dzięki temu odpowiedzialność prawna i finansowa spada na kierowców oraz podróżnych, a firma nie jest kontrolowana równie starannie jak tradycyjne taksówki”.

W podobnym duchu pisze Jan J. Zygmuntowski w książce „Technologie 4.0”. Uber konsekwentnie upiera się, że jest platformą świadczącą usługi informatyczne, a nie firmą przewozową, przez co „mimo jawnego zarządzania ceną, trasą i płatnością przejazdów, jest w świetle prawa zwolniona z zasad chroniących rynek przez zepsuciem, ustalających np. ceny minimalne, maksymalną podaż kierowców, obowiązkowe ubezpieczenie czy wymagania stawiane kierowcom”. Z tej perspektywy Uber stanowi krok w stronę świata, w którym pracownicy mają niewiele do powiedzenia, a korporacje mogą unikać zobowiązań społecznych.

Drobne udogodnienia dla klientów, dużo bajeru promocyjnego, popularność, lekceważenie praw pracowniczych i omijanie zobowiązań podatkowych oraz regulacji państwowych – czy to naprawdę wystarcza, aby potraktować Ubera jako symbol nowoczesności i postępu? Niestety tak, bo jak piszą Carl Rhodes i Peter Bloom w książce „CEO Society”, nasze myślenie o postępie jest silnie uzależnione od korporacyjnych interesów. Kiedy spytamy jakiegoś polityka, jaki ma długofalowy pomysł na rozwój gospodarczy, to najpewniej odpowie, że jest nim wzrost PKB. A gdy zaczniemy dopytywać, jak ten wzrost ma zostać osiągnięty, to okaże się, że pomysły większości polityków sprawdzają się do pomagania korporacjom w osiągnięciu sukcesu. Czyli na przykład do podpisywania umów międzynarodowych, których najbardziej namacalnym skutkiem jest znoszenie kolejnych regulacji dla korporacji i przyznawanie im coraz większej władzy.

Wziąwszy to pod uwagę, nie powinno nas aż tak bardzo dziwić, że Uber – ze swoimi sprytnymi pomysłami na omijanie zobowiązań wobec pracowników i społeczeństwa – uchodzi za symbol nowoczesności. W społeczeństwie, które patrzy na świat oczami wielkich korporacji, to całkiem oczywiste podejście.

Warto zdać sobie jednak sprawę z tego, do czego prowadzi taka postawa. Arlie Russell Hochschild w książce „Obcy we własnym kraju” opisuje Boba Hardeya, burmistrza Westlake, miasteczka w stanie Luizjana. Okazuje się, że właściwie jedynym pomysłem Hardeya na rozwój miasta jest namawianie wielkiej korporacji petrochemicznej, aby otworzyła tam swoją siedzibę i zapewniła miejsca pracy. Jak przyciąga się potężną korporację? Trzeba zapewnić korporacyjnych bossów, że ich firma będzie płaciła tak niskie podatki i będzie podlegała tak ograniczonym regulacjom jak to tylko możliwe.

W przypadku Luizjany szczególnie zgubne jest ograniczanie regulacji, bo rozmawiamy o jednym z najbardziej zanieczyszczonych stanów w USA, naznaczonym wieloma katastrofami ekologicznymi, których przyczyną były często właśnie niedostateczne regulacje i zbyt mały nadzór nad działaniami korporacji paliwowych. Ale ludzie tacy jak burmistrz Wastelake nie bardzo wiedzą jak inaczej rozwijać miasto. Tym bardziej, że Luizjana nie słynie ani z inwestycji w edukację, ani z finansowania publicznych projektów.

Sytuacja, którą opisuje w swojej książce Hochschild, przypomina błędne koło. Władze Luizjany pod wpływem doktryny wolnorynkowej systematycznie obniżały budżet publiczny i cięły wydatki na instytucje publiczne. Im bardziej to robiły, tym bardziej jedyną perspektywą na rozwój tamtejszym miast było przyciąganie wielkich korporacji. Ale ponieważ korporacje wiedzą, że ludzie tacy jak burmistrz Hardey nie bardzo mają inne wyjście, to dyktują twarde warunki, co często prowadzi do dalszego kurczenia się sektora publicznego kosztem sektora prywatnego, bo firmy paliwowe nie lubią, gdy rząd zbyt bacznie przygląda się ich poczynaniom albo gdy muszą płacić zbyt wysokie podatki.

Tak wygląda nowy wspaniały świat, w którym korporacyjny punkt widzenia dominuje nad wszystkimi innymi perspektywami. W którym miarą innowacyjności i postępu jest to, jak bardzo z danych rozwiązań są zadowolone poszczególne korporacje. Konopczyński we wspomnianym już tekście opisuje, jak daleko były skłonne posunąć się władze Chicago, aby zachęcić Amazona do otwarcia w ich mieście swojej siedziby. Oprócz zwolnień podatkowych zaoferowano Amazonowi możliwość pobierania od pracowników danin, które ci przekazywali wcześniej do kasy publicznej. Konopczyński słusznie zauważa, że to rozwiązanie znane ze średniowiecza, gdzie lokalne władze lub Kościół mogły upoważnić lennika do pobierania podatków lub egzekwowania innych obowiązków.

To jest właśnie ten postęp, którym tak się zachwycamy. Cieszymy się z apki, która automatycznie wykona za nas opłatę, a nie zauważamy, że na naszych oczach powstają molochy zdolne dyktować coraz bardziej absurdalne warunki i podlegające coraz mniejszej kontroli demokratycznej. Rozwój dostępnych możliwości konsumowania towarów i usług oznacza często regres demokracji i naszych praw. Ceną za niewielką poprawę wygody konsumenckiej jest ograniczenie naszych możliwości wpływania na kształt społeczeństw, które zamieszkujemy.

dr Tomasz Markiewka

Maski opadły

Maski opadły

Rząd nie pozostawił już żadnych złudzeń co do tego, że nauczyciele są potrzebni polskiej oświacie. Bez niej państwo też może się obejść. W państwie z kartonu wystarczy jej podobizna, papierowa makieta. Podobnie fikcyjna jak publiczna służba zdrowia czy równość wobec prawa.

Inny standard jest dla uprzywilejowanych zamożnych. Ale to są segmenty coraz mniej zależne od państwa, a bardziej od kapitału. W przypadku wielu polskich fortun został on ukradziony po 1989 roku przez kolejne rządy. Do niedawna w Polsce nie było magnatów finansowych. Dziś już 10% obywateli gromadzi 40% dochodu narodowego. Bez innowacyjności i inwestycji. Większość naszych możnych to politycy, ich rodziny i szemrani wspólnicy. Za pieniądze można kupić wszystko, a przy wsparciu rządowej propagandy demoralizacja i napuszczanie wygłodzonej watahy na innych nie wymagają wysiłku. Wystarczą srebrniki. Biednymi steruje się łatwiej niż sytymi. Społeczeństwo nie poprze strajku nauczycieli, bo składa się głównie z osób, które nie otrzymują za swoją pracę więcej niż 2 tys. złotych za 40 i więcej godzin tygodniowo. Tacy ludzie stanowią 75% zatrudnionych.

Semantycznie poprawniej jest powiedzieć o nich pracujący. Różnica między zatrudnionym a pracującym jest jakościowa i zasadnicza – jak między podmiotem a przedmiotem. Podmiot kształtuje stosunki z pracodawcą, ma prawa i wpływa na swój status pracownika. Przedmiot nie ma nic do gadania. Nie może się buntować. Jak mu się nie podoba, niech weźmie kredyt, zmieni pracę, niech się zwolni, wyjedzie za granicę, bo na jego miejsce czeka dziesięciu rodaków, Ukraińców, Hindusów, maszyn i robotów. Nawet za połowę stawki. Przedmiot jest tylko wymiennym i tymczasowym elementem procesu wytwarzania dóbr i usług. I pracuje tak długo, jak pozwoli właściciel. W Polsce ma harować jak wół. Ciężko, długo i za niewiele. Ale o tym nikt mu nie mówi. Za to zawsze usłyszy coś innego. Że jest sam sobie winien, gdy straci pracę, jaka by ona nie była. Dla kogoś, kto nie ma na życie, każda jest przecież dobra. Nawet za marne pieniądze. Praca nie hańbi, ale wykonujący ją człowiek zasługuje na pogardę. To pozycja dominującego i narzucającego posiadacza.

Państwo jest dla nauczycieli pracodawcą, notabene za naszą i z naszą kasą. Z tego punktu widzenia sposób obejścia się z nimi nie wychodzi poza neoliberalną klasykę. Inaczej jest z perspektywy demokratycznego, cywilizowanego ustroju, pochodzącego z wyborczego mandatu. Chodzi o ten mandat. Obliguje on do relacji opartych na szacunku, a nie na feudalnych wzorcach.

Strajk nauczycieli pokazał dobitnie, że społeczny wizerunek PiS jest pozorny, mylący i obliczony wyłącznie na potrzeby wyborcze. Z punktu widzenia tej zbalansowanej nierównowagi ekonomicznej w gospodarce neoliberalnej, skalkulowanej na korzyść silniejszej strony, czującej się twórcą i sponsorem obecnego porządku, edukacja winna służyć jej utrzymaniu. Ale nie jakościowa oświata! Tutaj znów można zrobić rozróżnienie – tym razem między oświeceniem człowieka a formowaniem go na potrzeby rynku. Pracodawca potrzebuje sformatowanego, karnego najemnika, a nie filozofa czy wolnomyśliciela. Wystarczy powierzchowne obycie i minimalistyczne wychowanie konformistyczne, bez cienia autonomicznego umysłu, bo w wolnym myśleniu zawsze jest ukryty pierwiastek rewizjonistyczny, zapędy reformatorskie, a nawet cała rewolucja, nie daj boże lewicowa.

Dzieci zamożnych rodziców i polityków chodzą do szkół prywatnych. Ubogim rodzicom wystarczą tanie niańki w szkole na czas, gdy dorośli wstawieni do kieratu będą napychać kieszenie swoich panów zyskami, łudząc się przy tym, że zaharowują się dla awansu swoich pociech. Bo chociaż wiedzą, że sami nigdy nie przekroczą granicy swojej klasy, to nie chcą wiedzieć, że w tym systemie, poza jednostkami, ich dzieci też tej granicy nie przekroczą. Aha, i jeszcze panie powinny w świetlicy lekcje z dziećmi odrobić i pobawić się z nimi. Bo w domu po robocie nie ma sił i czasu.

Ela Wisz

Duch angielskiej rebelii

Duch angielskiej rebelii

Gdzie się podziała nasza odwieczna tradycja buntu i sprzeciwu? Dzisiaj potrzebujemy jej bardziej niż kiedykolwiek.

Wszyscy znamy historię inwazji Normanów na Anglię, a z pewnością pamiętamy przynajmniej, że najważniejszą w tej kampanii była bitwa pod Hastings, w 1066 r. Uczy się o tym na lekcjach historii w każdej brytyjskiej szkole, a wygląda to mniej więcej tak:

W roku 1066 książę normandzki Wilhelm Zdobywca dokonał najazdu na Anglię, chcąc podważyć przejęcie władzy przez niedawno koronowanego na króla Harolda II Godwina. Wilhelm był przekonany, niekoniecznie w zgodzie ze stanem faktycznym, że tron należy się jemu. Jego armia wylądowała w Pevensey, a w odpowiedzi na to wojska Harolda rozpoczęły marsz na południe, by stawić jej czoła. Do starcia obu armii doszło na zboczach Senlac Hill, na zachód od Hastings. Harold skończył ze strzałą w oku, Wilhelm – na tronie Anglii. Jego koronacja odbyła się w święto Bożego Narodzenia 1066 r. w Katedrze Westminsterskiej… i na tym historia się kończy. Następnym ważnym wydarzeniem, o którym uczą w szkołach, jest wojna domowa za czasu rządów Plantagenetów.

Tymczasem w rzeczywistości historia tego podboju wyglądała nieco inaczej. Szkolne podręczniki nie mówią ani słowa o tym, że bitwa pod Hastings była zaledwie początkiem, a nie końcem normańskiej kampanii, mającej na celu podbój Anglii. Przez następne pięć lat na obszarze niemal całego kraju prowadzona była zacięta i bezwzględna wojna partyzancka, której celem było wypędzenie Normanów. Bardziej współczesnymi odpowiednikami tej walki, oddającymi jej determinację, mogą być francuski ruch oporu, działalność Wietkongu czy wojna partyzancka w okupowanym Iraku. Czasami można było nawet odnieść wrażenie, że władanie Wilhelma I Zdobywcy będzie równie krótkie i niepewne, jak jego poprzednika. To właśnie wtedy narodził się angielski ruch oporu.

Po zwycięstwie pod Hastings, Wilhelm oczekiwał, że cała Anglia padnie pokornie do jego stóp. Rozwój wydarzeń potoczył się jednak w zupełnie przeciwnym kierunku. Rozproszone grupy szlachty i możnowładztwa zjednoczyły się i wspólnie ogłosiły, że nowym królem Anglii jest nie Wilhelm, lecz Edgar II Ætheling, 14-letni wnuk jednego z poprzednich władców, Edmunda II Żelaznobokiego. Najpoważniejszym problemem Wilhelma było bowiem to, że tron angielski nie był dziedziczny, lecz król był każdorazowo wybierany. A Wilhelma nikt nie wybrał i dlatego postanowił on rozwiązać ten problem w sposób, w jaki rozwiązywał większość trudnych sytuacji w swoim życiu: uciekając się do wyjątkowej przemocy.

Na czele armii rozpoczął marsz przez południową Anglię, mordując, niszcząc i gwałcąc wszystko, co napotkał na swojej drodze. Najpierw splądrował wybrzeże, a następnie wielkim łukiem obszedł Londyn, by odciąć stolicę od źródeł zaopatrzenia w żywność. Doszczętnie spalił Southwark, by potem wyruszyć na zachód, wyrzynając mieszkańców Buckinghamshire, Bedfordshire, Middlesex i Hertfordshire. W wyniku tych działań, zbuntowani przywódcy Anglii wycofali się w mniej dostępne rejony kraju. Edgar, któremu nigdy nie było dane objąć angielskiego tronu, oddał hołd najeźdźcy, podporządkowując się jego władzy. Ceremonia koronacji została zorganizowana naprędce w Katedrze Westminsterskiej.

Niewykluczone, że zamiarem Wilhelma było przekształcenie uroczystości koronacji w wydarzenie o wymowie pojednawczej, jednak nic z tego nie wyszło. Tradycyjnym zachowaniem kończącym każdą koronację było spontaniczne wychwalanie nowego króla i pozdrowienie go okrzykiem radości przez zgromadzoną gawiedź. Wilhelm rozkazał otoczyć opactwo kordonem żołnierzy, na wypadek gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Gdy rycerze usłyszeli w trakcie koronacji, że niektórzy spośród zgromadzonych wznoszą okrzyki w nieznanym im samym języku, pomyśleli, że to początek rebelii. W konsekwencji zaczęli podpalać stojące nieopodal domy i zabijać gapiów. Wybuchła panika i katedra niemal w mgnieniu oka opustoszała, a świeżo namaszczony król pozostał sam samiutki, dzierżąc w dłoniach berło i jabłko, trzęsąc się z gniewu, strachu i wściekłości na osamotnionym tronie.

Być może to właśnie katastrofa ceremonii i zamieszki, do których doszło w jej trakcie, wzmocniły opór Anglików wobec Wilhelma. A może przyczyna buntu była bardziej prozaiczna: pierwszą decyzją nowego króla było odebranie wszystkim ziemi i żądanie haraczu za jej oddanie. Procesowi pojednawczemu nie pomogło przejęcie ogromnych połaci kraju i rozparcelowanie gruntów pomiędzy swoich popleczników. Niezależnie od tego, jaka była przyczyna oporu, koronacja dała Wilhelmowi papierową władzę, Anglia i Anglicy musieli jeszcze zostać przez niego podbici. Na zachodzie kraju bardzo silny opór ofensywie Normanów stawili mieszkańcy hrabstwa Exeter. Synowie zmarłego króla Harolda, którzy uciekli do Irlandii, zwarli szeregi i nękali wojska Wilhelma w hrabstwach Devon i Kornwalia. Edgar udał się na wygnanie do Szkocji, gdzie udało mu się uzyskać poparcie króla Malcolma III. Na granicy z Walią, buntownik znany jako Eadric Dziki prowadził wojnę partyzancką i przy wsparciu książąt walijskich latami nękał armię Normanów.

Praktycznie bez przerwy, na obszarze całego kraju, grupy buntowników zbierały się w lasach, na bagnach i mokradłach, na terenach trudno dostępnych, by, korzystając z cichego wsparcia okolicznej ludności, gnębić i mordować okupantów. Normanowie nazywali tych bojowników silvatici – „ludźmi z lasu”. Anglicy określali ich mianem „dzikich” lub „zielonych”. Tak jak większość grup prowadzących wojnę partyzancką, tak i oni byli praktycznie nie do pokonania.

Rok 1069 to czas potężnego powstania na północy kraju. Władcy Mercji i Nortumbrii zwołali swoje armie i wezwali na pomoc króla Szwecji. Dołączył do nich młody Edgar i razem wypowiedzieli wojnę samozwańczemu królowi Anglii. Wilhelm wyruszył na północ, by się z nimi zmierzyć i ich sobie podporządkować, a na nowo zajętych terenach stawiał ogromne fortece. Po przemarszu jego armii nie pozostał kamień na kamieniu między Jorkiem a Durham, wszystko zrównano z ziemią, by pozbawić nowe oddziały rebeliantów miejsc schronienia. Każde zwierzę, każdy dom, każde pole uprawne zostało zniszczone. Aby przeżyć, ocaleni mieszkańcy musieli sprzedawać dzieci na niewolników, a w skrajnych przypadkach – wykopywać zwłoki, by mieć się czym pożywić.

Wciąż jednak jeden obszar Anglii pozostawał niezdobyty: bagna Fens, a zwłaszcza wyspa Ely, którą w XI w. otaczały nieprzebyte mokradła, chaszcze i trzęsawiska. Ely stała się ostatnim bastionem ruchu oporu przeciwko inwazji Wilhelma Zdobywcy, bastionem dowodzonym przez człowieka w równym stopniu co Wilhelm bezwzględnego, okrutnego i zdeterminowanego; człowieka, który okazał się równorzędnym rywalem dla Normanów i którego nie udało się Wilhelmowi pokonać w otwartym starciu. Nazywał się on Hereward i był ostatnią nadzieją Anglii.

Hereward, syn wielkiego posiadacza ziemskiego, został dekretem nowego króla pozbawiony majątku, dlatego pałał żądzą zemsty. Własnymi siłami przekształcił wyspę w fortecę, obsadzając ją grupą rebeliantów połączonych świętą przysięgą. Opat klasztoru na Ely, obawiając się o losy opactwa w przypadku wygranej Wilhelma, poparł Herewarda. Działania lokalnych baronów normandzkich, zmierzające do oczyszczenia wyspy z rebeliantów, zakończyły się fiaskiem. Dlatego w 1071 r. Wilhelm osobiście stanął na czele armii i wyruszył na podbój wyspy Ely.

Jednak Hereward okazał się być przeciwnikiem dużo bardziej wymagającym niż Harold. Pierwsze podejście Wilhelma mające na celu zdobycie Ely opierało się na zbudowaniu gigantycznej pływającej konstrukcji, która miała umożliwić rycerzom przedostanie się przez bagno otaczające wyspę. Hereward i jego ludzie obserwowali z rozbawieniem całą operację: gdy konstrukcja została ukończona, rycerze Wilhelma, żądni sławy i majątku, rzucili się na nią. Wówczas, pod naporem zbyt dużego obciążenia, załamała się ona, a wielu spośród wojów utonęło w mokradłach.

Wściekłość Wilhelma nie miała granic. Obmyślił kolejny fortel: za namową jednego z doradców, sprowadził lokalną wiedźmę, by ta rzuciła urok na Herewarda, co miało zapewnić zwycięstwo. Następnie odciął wyspę od świata i wybudował cztery wieże oblężnicze, uzbrojone w katapulty. Skonstruował także kolejną olbrzymią tratwę, tym razem bardziej stabilną. Nakazał wiedźmie stanąć na jednej z wież i rozpoczął bombardowanie wyspy zarówno kamieniami, jak i czarami. Hereward ze swoimi ludźmi czekali ukryci w grzęzawisku. W odpowiedzi na atak Wilhelma, oblali oliwą rosnące wokół wyspy trzcinowiska i je podpalili. Ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie, połykając olbrzymią tratwę, cztery wieże oblężnicze oraz wiedźmę, która wrzeszcząc wniebogłosy spadła z jednej z nich, skręcając sobie kark.

Oblężenie wyspy trwało około osiemnastu miesięcy. Wilhelm atakował, Hereward umiejętnie te ataki odpierał: wyspa pozostawała niezdobyta. Koniec obrony, który w końcu nadszedł, był w pewnym sensie banalny. Wilhelm wysłał tajną wiadomość do opata klasztoru na Ely: jeżeli się nie poddasz, natychmiast zajmę twoje posiadłości. A gdy w końcu was pokonam, to odbiorę ci wszystko, wszelkie bogactwo i życie. To wystarczyło. Pod nieobecność Herewarda, który wybrał się na bagna w poszukiwaniu żywności, mnich wpuścił na wyspę wojska Wilhelma. Zdrada, nie wygrana w bitwie, zdecydowała o ostatecznym zwycięstwie najeźdźcy.

Opowieść o bohaterstwie Herewarda i o jego szaleńczym oporze przeciwko okupantom przetrwała stulecia i była powodem do dumy wielu pokoleń Anglików. Stało się tak najprawdopodobniej dlatego, że Hereward i jego ludzie byli jednymi z pierwszych angielskich buntowników. Ludzie ci stali się wzorem dla następnych pokoleń, które przez kolejne tysiąc lat przeciwstawiały się próbom ograniczania wolności na rzecz zniewolenia, wciąż anektującego kolejne obszary życia.

Historia Anglii jest bardzo często przedstawiana, nawet obecnie, jako dzieje władzy i szlachty, jako sekwencja kolejnych podbojów, wojen i bitew. Nie jest to oczywiście nic nadzwyczajnego, historia wykładana w szkołach w każdym niemal kraju wygląda bardzo podobnie, niezależnie od tego, czy ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych, czy w Korei Północnej. Jest to historia establishmentu, opowiadająca o dokonaniach grabieżców, złodziei, morderców i psychopatów, którzy na przestrzeni wieków tworzyli to, co dzisiaj nazywamy współczesnością. Historia ta jest splotem dat wielkich bitew i traktatów pokojowych; sławi ona ludzi uwielbiających wbijać flagi w ciała pokonanych. W tak opowiadanej historii Wilhelmowie Zdobywcy występują jako wielcy bohaterowie, a Herewardowie – w charakterze przypisów.

Ale jest też i inna historia, w Anglii jak i w każdym innym kraju: historia opowiadająca o ludziach, którzy decydowali się stawić opór wzbierającym falom, zdając sobie zapewne sprawę, że stoją na straconej pozycji. Jest to historia buntowników-straceńców, którzy rzucali wyzwanie przyszłości i sprzeciwiali się marginalizowaniu ich przez wielkich tego świata. Jest to historia, którą powinniśmy dobrze sobie przyswoić, zwłaszcza dzisiaj, w sytuacji, gdy staczamy się coraz bardziej w odmęty bezmyślnego, posłusznego konsumeryzmu. Może nam to pomóc ocalić samych siebie.

Przykładem może być bunt chłopski z 1381 r. Wydarzenie to było czymś więcej niż jednostkowym i mało istotnym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa w wykonaniu przerzucających gnój ignorantów. Był to nie mający precedensu w historii wybuch społecznego gniewu, który – niewiele brakowało – zakończyłby się rewolucją. Przez dziesięciolecia angielska biedota była trzymana pod butem niezwykle surowego prawa, które ograniczało jej dochody i swobodę poruszania się, a z drugiej strony sankcjonowało wysokie kary, niewspółmierne do wykroczeń (stryczek za kradzież kurczaka – ktoś reflektuje?). Kościół i państwo tuczyli się bez umiaru na pracy zwykłych ludzi, aż w końcu miarka się przebrała. Kroplą, która przepełniła czarę, było wprowadzenie przez parlament podatku pogłównego. W efekcie, na terytorium południowej Anglii ludzie zaczęli protestować. Początkowo napadali i zabijali urzędników, którzy zajmowali się egzekucją podatków, następnie zaczęli podpalać domy szlachty i duchowieństwa. Wreszcie rozpoczęli marsz na Londyn.

Zanim dotarli do stolicy, było ich już ponad 100 tysięcy. Przywódca, Wat Tyler, zapowiadał rewolucję, a jego prawa ręka, radykalny duchowny John Ball, wzywał do zniesienia pańszczyzny, rozdziału kościoła od państwa, redystrybucji majątków należących do kleru i możnowładców. Rebelianci zwrócili się do króla z żądaniem audiencji. Ponieważ ten nie odpowiedział, zaatakowali Londyn. Ścięli arcybiskupa Canterbury, napadali na kościoły, grabili posiadłości bogaczy. W obliczu tych wydarzeń, Ryszard II Plantagenet, który miał wówczas zaledwie 14 lat, zbiegł do Tower of London w obawie, że „zagrożone jest dziedzictwo i chwała Anglii”.

Koniec końców nic takiego się nie stało. Młody król odważył się jednak spotkać z rebeliantami; na miejsce spotkania wyznaczono Blackheath, leżące poza stolicą. W trakcie spotkania król nakazał zgładzić Wata Tylera, pozbawiając buntowników przywództwa, a następnie wspaniałomyślnie zgodził się na wszystkie ich postulaty. Gdy chłopi wrócili do domów, okazało się, że wszystko było jedynie zagrywką taktyczną. Król nie dotrzymał żadnej ze swoich obietnic, a lokalnych przywódców buntu rozkazał pojmać i zabić. Rewolucja zakończyła się klęską, ale była także lekcją dla przyszłych pokoleń: nie wolno wierzyć obietnicom składanym przez władzę.

Przez kolejnych kilka stuleci do podobnych wydarzeń dochodziło dość często: Jack Cade był przywódcą rebelii w hrabstwie Kent w 1450 r. (uczestniczył w niej jeden z moich przodków), górnicy kornwalijscy wystąpili przeciwko królowi Henrykowi VII w roku 1497, w 1536 r. wybuchły powstania na północy kraju przeciwko rządom Henryka VIII, a w 1549 r. doszło do powstania chłopskiego w Norfolk, dowodzonego przez Roberta Ketta. Ale prawdziwy wybuch społecznego niezadowolenia miał miejsce w latach 40. XVII w., gdy Anglia znalazła się w ogniu wojny domowej. Wtedy to potężne pokłady frustracji i od zawsze niszczonego społecznego radykalizmu wypłynęły z całą mocą na powierzchnię. Zrównywacze (Levellers), podobnie jak ludzie, których 300 lat wcześniej Wat Tyler prowadził na Londyn, domagali się zniesienia władzy arystokracji i instytucjonalnego Kościoła. Z kolei Kopacze (Diggers), dowodzeni przez Gerarda Winstanleya, żądali tego samego, a ponadto wzywali do rozdysponowania ziemi pomiędzy wszystkich mieszkańców kraju. Podobnie Deklamatorzy (Ranters), Kwakrzy (Quakers), Muggletonianie (Muggletonians) czy wiele innych ruchów oddolnych, których celem było wykorzystanie upadku monarchii dla stworzenia sprawiedliwszego, bardziej egalitarnego porządku społecznego.

Niezwykle wymownym jest fakt, że wiele z tych grup odwoływało się do poglądu o istnieniu „normandzkiego jarzma” i z niego wywodziło swój bunt. Według nich, Anglia była kiedyś krajem wolnych ludzi, do czasu inwazji Wilhelma Zdobywcy i jego brutalnych baronów, którzy zepchnęli naród do rangi służby. Egzekucja Karola I, który był potomkiem najeźdźcy, ponownie uczyniła Anglię wolnym krajem, po sześciu stuleciach. Teraz najważniejszym zadaniem było utrwalenie odzyskanej wolności. Sześć wieków później, uczestnicy wojny domowej zobaczyli w sobie kontynuatorów idei i walki Herewarda. Oliver Cromwell, spadkobierca Wilhelma, gnębił ich, by chronić interesy swoje i klasy posiadaczy, do której należał.

Ironią historii jest to, że triumf parlamentu, którym zakończyła się wojna domowa, doprowadził do przeprowadzenia na ogromną skalę procesu, który stał się zarzewiem kolejnej fali oporu przeciwko rządzącym: konfiskaty ziemi publicznej. W wyniku wojny domowej, do władzy doszli przedstawiciele ziemiaństwa, którzy teraz, wyzwoleni spod zwierzchności króla, zaczęli korzystać z nowych możliwości. W ciągu kolejnych 150 lat parlament przyjmował ustawy sankcjonujące konfiskatę – czyli zwykłą kradzież – ziemi stanowiącej dotąd wspólny majątek. W XVIII w. doszło do gwałtownych protestów przeciwko temu procesowi, ludzie organizowali się i niszczyli płoty okalające skonfiskowane tereny, a także atakowali urzędników odpowiedzialnych za ich stawianie.

Jednak przejmowanie ziemi rolnej przez arystokrację stanowiło zaledwie zwiastun czegoś, co było jeszcze trudniejsze do przezwyciężenia: zniewolenia całych społeczności przez rewolucję przemysłową. Gdy właściciele ziemscy i bogaci kupcy dostrzegli potencjał technologii, które pojawiły się w końcówce XVIII w., nic nie mogło ich powstrzymać. Nagle, w analogii do wywłaszczenia małorolnych chłopów w procesie konfiskat ziemi, rzemieślnicy tracili możliwość zarobkowania na skutek ekspansji maszyn. Trwający od dłuższego czasu proces odzierania ludzi z ich niezależności przybrał znacznie na sile, w miarę jak industrializacja wymuszała migrację całych społeczności, które osiedlały się w podmiejskich slumsach, by pracować w kopalniach i hutach.

Praca najemna i powstanie miejskiej biedoty stały się wyznacznikami nowej rzeczywistości, a wraz z nimi rodził się nowy ruch oporu społecznego. Odsądzani od czci i wiary luddyści widzieli dokładnie, jaki wpływ na ich wolność i niezależność, na życie, którym kiedyś się cieszyli, ma postępująca rewolucja przemysłowa. Wzięli więc sprawy – i maszyny – w swoje ręce. Protest osiągnął taką skalę, że konieczne było wysłanie wojska dla stłumienia buntu. Owiany legendą Kapitan Swing poprowadził robotników rolnych przez południowe obszary Anglii, gdzie niszczyli oni maszyny rolnicze, które pozbawiały ich możliwości pracy i utrzymania, i gdzie napadali na „wrogów ludu”, którzy wykorzystywali maszyny, a nie ludzi, do młócenia ziarna.

XX w. przyniósł nową falę rebelii. Zrodziła się ona głównie w społecznościach poupychanych w coraz większych miastach, gdzie socjalizm, komunizm, ruch związkowy, a od niedawna ruchy ekologiczne, stawały się kolejno formą i uzasadnieniem sprzeciwu wobec systemu, którego ostatecznym celem jest całkowite zniewolenie społeczeństwa. W imię czegoś, co kiedyś okrzyknięto „postępem”, a obecnie coraz częściej nazywa się „rozwojem” i „wzrostem”, większość społeczeństwa musi bardzo ciężko pracować, by żyć, skazana jest na niskie wynagrodzenia i wysokie zadłużenie. W tym samym czasie garstka „równiejszych świnek” pożera bez opamiętania owoce pracy innych, eksploatując ponad miarę zasoby coraz bardziej nadwerężonej planety.

Dzisiejsze pokolenie doświadcza na własnej skórze, jak wygląda najnowsza faza trwającego od długiego czasu marszu od wolności. Jest to era biometrycznych dowodów osobistych, wszechobecnego monitoringu, zdalnie sterowanych samolotów szpiegowskich i znajdujących się w posiadaniu rządów baz DNA. Jest to czas, w którym społeczeństwo jest bez przerwy ogłupiane promocjami, zakupami, idiotycznymi programami w telewizji, plotkami z życia gwiazd i gwiazdeczek, pseudoinformacjami, które rozchodzą się z szybkością błyskawicy dzięki internetowym łączom. Obraz dzisiejszego świata zadziwiłby nawet Aldousa Huxleya. Świat, który stworzyliśmy, to świat globalnego ocieplenia, inżynierii genetycznej, masowego wymierania gatunków i produkcji dzieci według oczekiwań i zachcianek rodziców.

Przyszło nam żyć w kraju, w którym aparat państwa mówi nam, gdzie możemy palić papierosy, jak powinniśmy się odżywiać i ile wolno nam wypić. W kraju, w którym każdy rok przynosi kolejne ograniczenia i zakazy związane najczęściej z nieszkodliwymi przyjemnościami, połączone z wykładnią, o czym i w jaki sposób można głośno mówić. W kraju, w którym wielkie ponadnarodowe korporacje, następczynie arystokracji, lordów i baronów, nie mają oporów przed doprowadzaniem nas do bankructwa, a jednocześnie wyciągają łapy po nasze pieniądze, gdy same staną w obliczu zapaści.

Na początku I wojny światowej narodziła się przesiąknięta duchem patriotyzmu legenda, która miała poprawić morale Anglików w czasie, gdy Niemcy zdobywali coraz większe obszary Europy. Mówiła ona o tym, że w czasie bitwy pod Mons w szeregach brytyjskich oddziałów pojawiły się duchy łuczników spod Agincourt, sprzed 500 lat, i że to oni pomogli pokonać wojska niemieckie. Historia ta, choć oczywiście była czystą fantazją, pomogła wzniecić w żołnierzach ducha walki. Bohaterowie z przeszłości pojawili się na placu boju i wsparli swoich następców, dając im zwycięstwo. Można przypuszczać, że dzisiaj więcej ludzi słyszało o „aniołach spod Mons” niż o samej bitwie.

Bardzo by się nam przydało kilka zastępów aniołów. Podobnie jak postawienie sobie przed oczyma Herewarda, który przeciwstawił się Wilhelmowi, najlepiej w jaskrawych barwach na tle czarnego nieba. Dobrze by nam zrobiła wizyta „ludzi z lasu”, Kopaczy, luddystów czy czartystów. Dla opamiętania warto byłoby przypomnieć sobie w jasny i dobitny sposób o tradycji radykalizmu i buntu, która jest starsza niż Izba Lordów czy monarchia, starsza nawet niż sama Anglia.

A to wszystko dlatego, że ta chlubna tradycja oporu i walki o wolność wydaje się dzisiaj zanikać. Zapamiętali w bezmyślnym szale bożonarodzeniowych wyprzedaży, omamieni morfiną płynącą z kolorowych czasopism, otumanieni farsą polityki zmonopolizowanej przez partie polityczne, daliśmy sobie wmówić, że synonimami wolności są „wybór konsumencki” i możliwość zabrania głosu raz na kilka lat, przy urnie. W rzeczywistości jednak jesteśmy niewolnikami, dokładnie w takim samym stopniu jak narody, które padały ofiarą podbojów, a nasza strata jest równa stracie naszych przodków, którym zabierano wspólne pastwiska. Z tą różnicą, że dzisiaj najeźdźca siedzi w naszych głowach i szepcze nam do ucha, że jesteśmy wolni nawet wtedy, gdy na własne życzenie ulegamy zniewoleniu. Tracimy w ten sposób szacunek do samych siebie, niezależność w myśleniu i działaniu, a także swobodę mówienia „nie”.

Herewardowi, zgodnie z XI-wiecznym przekazem, udało się uciec z Ely, nie został pokonany ani poskromiony. Nie wiadomo, gdzie się udał i gdzie dokonał żywota. Ani nawet – czy w ogóle. W chwilach, kiedy oddaję się marzeniom, pragnę wierzyć, że Hereward wciąż jest wśród nas, czy to włócząc się gdzieś po bezdrożach, czy też pozostając w letargu w niedostępnych jaskiniach, jak król Artur ze swoimi rycerzami. I czeka na sygnał.

Doczeka się go jednak tylko wówczas, gdy my sami się najpierw przebudzimy i uświadomimy sobie, że niezależnie od tego, co nam próbują wmówić każdego dnia i z każdej strony, nie jesteśmy ludźmi wolnymi. Doczeka się go jedynie wówczas, gdy przypomnimy sobie, że wolność to coś, o co trzeba wciąż walczyć; tylko wtedy staje się rzeczywistością. To właśnie Hereward i anioły spod Mons powinni nam uświadomić, że wolność rodzi się w ogniu bitwy i tylko wtedy ma szansę ujawnić swój prawdziwy, szalony, rewolucyjny potencjał.

Paul Kingsnorth

tłum. Sebastian Maćkowski

Tekst pierwotnie ukazał się w 42 numerze czasopisma „The Idler” (www.idler.co.uk). Następnie powyższe tłumaczenie za zgodą autora ukazało się w piśmie „Obywatel” nr 49 w połowie roku 2010.