Prof. Monika Kostera: Postprawda = kłamstwo + władza

Prof. Monika Kostera: Postprawda = kłamstwo + władza

W pewnej firmie podczas zebrania dyskutowano sprawę nagród dla zasłużonych pracowników. Na liście znalazł się między innymi ceniony i szanowany nie tylko przez współpracowników, ale w całej branży, starszy wiekiem i stażem dyrektor Siemisław, na tym zebraniu nieobecny. W pewnym momencie zabrał głos młody, zdolny, robiący piorunującą karierę Mściwój i oświadczył, że bardzo popiera wniosek, bo należy dowartościowywać starszych pracowników, jednak dodał, że z tego Siemisława to zawadiaka, mimo poważnego wieku. Mściwój puścił oko do sali i zaśmiał się: „całkiem niezły z niego dziwkarz”. Koniec końców, sprawa nagród została przesunięta na następne zebranie, i jakoś zapomniano o Siemisławie. Za to fama poszła w Polskę i tak się złożyło, że Siemisław odtąd był rzadziej zapraszany przez różne ważne gremia. Jak się wyraziła przerażona tym wszystkim administratorka Unisława, jego akcje spadły. Znała dobrze Mściwoja, przypominała ludziom, jaki on jest, zadawała pytania, ale nikt jej nie słuchał. Za to Mściwój kontynuował swój nieodparty ciąg w górę i, zgodnie z moją najlepszą wiedzą, nadal to czyni, obecnie już na poziomie europejskiego zarządu grupy. Konkurencja została pokonana, kariera wygrana. Wstrętne to, ale bywa.

Powstaje jednak pytanie: czemu ludzie uwierzyli Mściwojowi. Czemu wierzy się Mściwojom, a nie Unisławom – słucha się możnych, potężnych, silnych, lecz nie tych pozbawionych władzy? Siemisław kompletnie nie pasował do przypiętej mu gęby – wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i jemu także można sporo zarzucić, ale raczej bardziej z przeciwnego bieguna: pewną kostyczność, bezkompromisowość, nie zaś lubieżność i rozpustę. A jednak wieść o tym, że jest dziwkarzem, rozniosła się błyskawicznie po całej Polsce. Co więcej, ścisłe grono władzy, wspierające Mścisława, jego potężny „network”, to osoby śpiące ze sobą wzdłuż i w poprzek, w przeróżnych konfiguracjach, żonaci czy mężate, dzieciaci lub nie, nie odmawiają sobie żadnej łóżkowej radości, jaką tylko umieją schwytać. To wszystko nie jest jakąś wyjątkową historią, takich opowieści wszyscy znamy mnóstwo i możemy sypać nimi jak z rękawa na imprezach i towarzyskich spotkaniach (zbieram, notuję, przerabiam i używam). Co jest nie tak? Co to za postprawda nas opanowała i czemu zdaje się ostatnimi czasy osiągać tak epickie proporcje?

Zanim sięgniemy po wielkie polaryzujące narracje takich wydarzeń, które od czasu do czasu wstrząsają naszym światem, narracje takie jak wyjaśnienia narodowe i kulturowe („nie będzie w Polsce cywilizacji, bo Polacy są ciemni”), ideologiczne („przemocy w Kościele winna jest religia”) czy oświeceniowe („mit uniwersytetu umożliwia mobbing”), zerknijmy najpierw na pierwsze zdanie tego felietonu. Rzecz nie dzieje się w jednym z tych kontekstów obcych postępowcom, lecz w naszym codziennym życiu, w naszych korporacjach, urzędach, zwykłych miejscach pracy, a także w instytucjach kościelnych, państwowych i uniwersyteckich. Sytuacje tego rodzaju miały miejsce zapewne zawsze, ale nie były aż tak znormalizowane, aż tak prosto w twarz na bezczela, jak ostatnio. A więc co się właściwie z nami dzieje?

Jak pisałam w moich poprzednich felietonach, uważam, że to nie z obniżenia jakości naszego człowieczeństwa wywodzić należy problemy współczesności. Jedną z przyczyn tych problemów jest brak struktur odpowiednich do ogarnięcia ogromnej złożoności, jaka te czasy charakteryzuje. Jak piszą dwaj uczeni zajmujący się zarządzaniem, Brytyjczyk Peter Bloom i Australijczyk Carl Rhodes w swojej opublikowanej w tym roku książce „CEO Society” (niedługo ukaże się polskie tłumaczenie), idolami współczesności zostali wielcy megaszefowie, arcybogaci członkowie elity, tego jednego procenta ludności naszej planety, który przejmuje stopniowo własność coraz większej części jej dóbr (w momencie pisania tego tekstu jest to około 45% globalnych zasobów).

Czyż to nie zastanawiające? Pokolenie moich dziadków czciło gwiazdy srebrnego ekranu – młoda dziewczyna z niewielkiego miasteczka Lipno, Apolonia Chałupiec, mogła stać się sławną na całym świecie Polą Negri, biedna Freda McDonald, pochodzącej z czarnej rodziny z St. Louis, została supergwiazdą i bohaterką Josephiną Baker. Pokolenie moich rodziców też oglądało filmy, ale fascynowali ich wielcy reżyserowie, też nie zawsze wywodzący się z bogatych środowisk. Ingmar Bergman był synem luterańskiego księdza, a Federico Fellini urodził się w niewielkim włoskim mieście. Moje szeroko pojęte pokolenie wielbiło muzyków rocka, wśród których były dzieci klasy robotniczej, takie jak John Lennon. Przede wszystkim ceniliśmy ich wszystkich za coś: za blask, za charyzmę, za to, że przechadzali się ramię w ramię z Muzami. Naśladowaliśmy ich, a nawet jeśli nie wszyscy stawaliśmy się drugim Rudolfem Valentino, to ich przykład wyzwalał blask, uruchamiał wyobraźnię, elektryzował marzenia. Dzisiaj, piszą Bloom i Rhodes, mamy zamiast tego wielkich prezesów, słynnych z tego, że są bogaci i mają władzę – i z tego powodu zasługujących na nasze uwielbienie i świecących wzorem (oraz, dodam za Wiesławem Godzicem, celebrytów znanych z tego, że są znani, czyli postaci oferujące sen o loterii – „może nie mam ani pieniędzy, ani talentu, ale machina sławy może mnie wylosować”). Tyle że ten wzór nie tylko nie prowadzi na Helikon, ale z wielkim trudem nadaje się do naśladowania.

Aby piąć się w górę społecznej hierarchii w tych warunkach, potrzebna jest, oprócz gigantycznej fortuny na wejściu, także bezwzględność i brak impulsów wstrzymujących pęd w górę, takich jak współczucie, wahanie, namysł. Nic dziwnego, że ci, którym udaje się trudna sztuka kariery w tych czasach, to szczególnie często socjopaci lub osoby, które w jakimś momencie, np. pod wpływem kursów lub naśladując ludzi sukcesu, zaczęły działać jak socjopaci. Te postaci są „artykułami zastępczymi” budowniczych mostów między rolami społecznymi. Zapewniają łączność między nimi nie przez misterne budownictwo, ale przez redukcję, odcinanie tego, co dzieli – czyli niemal wszystkiego. Zostają naga władza i przemoc. Na ogół robią to z wielkim uśmiechem – ale proszę kiedyś popatrzeć na oczy uśmiechających się w ten sposób. Ten uśmiech jest środkiem znieczulającym.

Do tego dochodzi coraz większa możliwość działania poza odpowiedzialnością, im bardziej jest się na górze. W swojej najnowszej książce pod tytułem „Monitored”, Peter Bloom diagnozuje współczesne społeczeństwo cyfrowej kontroli. Wszyscy jesteśmy stale obiektami monitoringu ze strony pracodawcy, bo kamery działają w coraz większej ilości miejsc pracy, a do tego dochodzi coraz bardziej misterny system elektronicznej kontroli, wszechobecne pomiary wydajności, parametry decydujące o awansie i zwykłym przetrwaniu na stanowisku pracy. Przyzwyczailiśmy się już do ciągłego nadzoru w naszych miastach, w budynkach mieszkaniowych, na dworcach. Coraz bardziej rozpowszechnione są praktyki samo-monitoringu, pomiary pulsu, kroków, ilości snu, składu krwi i niebiosa wiedzą czego jeszcze. Wszyscy jesteśmy stale pod ścisłą kontrolą. Wszyscy – z wyjątkiem pozycji władzy.

Im wyżej w społecznej hierarchii, tym bardziej osoba zajmująca pozycję staje się niewidoczna i tym bardziej niekontrolowalne są jej działania, decyzje, w tym także (zwłaszcza?) te mające konsekwencje dla innych ludzi. W najlepszym razie te działania są indywidualizowane i opowiadane z poziomu jednostkowego czy organizacyjnego. Szef znęca się nad pracownikiem? To konflikt między nimi. Inwestor rozbija konkurencyjną firmę, którą przejął? To dbałość o równowagę między własnymi markami. Molestowanie? Cóż, szef jest zmęczony, ma tyle na głowie, a ona jest młoda i chciała awansować. Ale nikt nie rozlicza władzy z tego, co obiecuje, jakie społeczne konsekwencje mają jej działania, dokąd płyną pieniądze. Zdarzają się większe przecieki lub epizodyczne skandale, ale one trwają chwilę i zaraz ich nie ma. A szczegółowy pomiar czasu pracy i oznak życia pracownika Amazona jest stały i pewny jak grawitacja.

Co robić? Peter Bloom podpowiada: skierujmy kamery w górę, skierujmy całą moc technologii na szefów, na prezesów, na wszelkie role związane z władzą, zróbmy im „powerveillance”, władzonitoring. Technologia, jak przypomina Bloom, nie determinuje swojego wykorzystania. Cele i sposoby użycia technologii wyznaczają struktury władzy i, ewentualnie, oporu. „Postprawda” i „fejk niusy” nie zakończą się wtedy, gdy zaczniemy wszystko dokładnie sprawdzać. To zajmuje zbyt wiele czasu i nie ma zasięgu tak wielkiego, jak mają same te zjawiska, a więc nie umniejsza to zbytnio mocy ich oddziaływania. Nie, one przestaną być tak bardzo groźne i zmaleją z powrotem do rozmiarów zwykłych kłamstw i dziennikarskich kaczek, gdy pozbawi się je mocy władzy i jednocześnie przeciwstawi społecznym wizjom lepszego świata i łączącego nas sensu.

Wystarczy skierować kamery do góry – reflektor na władzę! Niech skończą się rozdania pod stołem. Niech opadną zasłony, za którymi panuje pełna swoboda robienia czegokolwiek. To zagna socjopatów z powrotem do domów, albo, jeszcze lepiej – na kursy empatii, sztuki, kultury, bo jestem przekonana, że większość z nich w dobrych warunkach dałoby się zarazić pasją, choćby elementarnym współczuciem i radością życia. Wypalenie przestanie być najczęstszą jednostką chorobową szefa, ceną za przywilej pozostawania pod ochroną. Wówczas budowniczowie mostów między różnymi rolami społecznymi odbiorą swoją robotę socjopatom. Świat rodem z kursów o liderszipach nie jest ani konieczny ani możliwy na dłuższą metę, jego porządek trzeba utrzymywać środkami, które są jak roundup – skuteczne, ale śmiertelne.

Kiedyś dogadamy się ze sobą. Nie musimy wszyscy mieć takich samych poglądów. Nie na „takosamości” buduje się złożone systemy społeczne. Zaczniemy je budować na skomplikowanych, niełatwych, niebanalnych, troszkę pokracznych, nadmiarowych i barokowych połączeniach między tym, co nas różni, między tym, czego się nauczyliśmy w czasie, gdy sypały się struktury i każda, każdy z nas wyrośliśmy troszkę dziko, jak nieprzycinane drzewa. Na tych więziach zbudujemy nowe struktury, barok absolutny, same esy floresy. Naszym pierwszym podręcznikiem do zarządzania będzie tekst napisany przez kogoś, kto będzie pisał go płacząc, śmiejąc się, marząc, jedząc na przemian kebab i pierogi i pijąc piwo z malinami. Szkoda, że nie lubię kebabów ani piwa z malinami, chciałabym taki tekst napisać.

prof. Monika Kostera

Karol Trammer: Kolej minus, autobus minus

Karol Trammer: Kolej minus, autobus minus

Jak minister infrastruktury Andrzej Adamczyk udaje, że uzdrawia transport publiczny.

Ogłoszony w październiku 2018 r. przez premiera Mateusza Morawieckiego i ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka program Kolej Plus tak naprawdę wciąż nie istnieje. Jedynym miejscem, gdzie program został opublikowany – a raczej jego krótki opis – jest strona internetowa Ministerstwa Infrastruktury. Tymczasem programy wieloletnie ustanawia się w drodze uchwały rady ministrów lub ustawy przyjmowanej przez sejm.

Program, którego wciąż nie ma

Na warszawskim Kongresie Rozwoju Kolei zorganizowanym przez Grupę PKP w styczniu 2019 r. – gdy od rzekomego ogłoszenia programu Kolej Plus minęły już trzy miesiące – minister Andrzej Adamczyk zapewnił, że trwają prace nad stosownymi przepisami: „Przygotowywany jest projekt ustawy o programie Kolej Plus, który niebawem trafi do konsultacji społecznych”.

W kwietniu 2019 r. dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn” zapytał w Ministerstwie Infrastruktury, kiedy zapowiadany projekt ustawy ujrzy światło dzienne. – „Obecnie trwają prace nad programem Kolej Plus. Przyjęcie i wdrożenie tego programu musi być poprzedzone uzgodnieniem z zainteresowanymi resortami i podmiotami” – odpowiedział rzecznik resortu Szymon Huptyś. – „Wprowadzenie programu związane jest z koniecznością przeprowadzenia niezbędnych zmian w prawie”.

Program Kolej Plus miał być instrumentem zapewniającym rządowe dofinansowanie dla samorządów zainteresowanych reaktywacją zamkniętych linii kolejowych.

Absolutna zmiana

Nim rząd uporał się z programem przywracania połączeń kolejowych, wziął się za kolejny temat. Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas konwencji odbywającej się 23 lutego 2019 r. zapowiedział bowiem odbudowę komunikacji autobusowej: „W ciągu ostatnich kilkunastu lat połączenia autobusowe, to jest głównie PKS, zostały zredukowane o połowę: z prawie miliarda przejechanych kilometrów do niespełna pół miliarda. Przywrócimy ten miliard”.

Już w pierwszych dniach marca 2019 r. minister Andrzej Adamczyk przedstawił plan działań, zakładający ekspresowe tempo prac nad nowymi przepisami: w marcu ogłoszenie projektu ustawy i przeprowadzenie konsultacji, w kwietniu zatwierdzenie projektu przez radę ministrów, przekazanie go do sejmu i przyjęcie przez posłów, a w maju podpis prezydenta i wejście przepisów w życie. – „Przygotowujemy projekt absolutnej zmiany. Jestem przekonany, że damy radę” – mówił 5 marca 2019 r. Adamczyk podczas konferencji prasowej w kancelarii premiera. Tego samego dnia szef rządu Mateusz Morawiecki zapewnił na antenie radiowej Jedynki, że także on traktuje sprawę priorytetowo: „Ten problem chcemy zaadresować bardzo szybko”.

Ekspres ugrzązł

Rzeczywiście, już 11 marca 2019 r. zaprezentowany został projekt ustawy o funduszu rozwoju przewozów autobusowych o charakterze użyteczności publicznej, zakładający przekazywanie samorządom dofinansowania z budżetu państwa na realizację przewozów autobusowych.

Kilka dni przed upublicznieniem projektu ustawy niespodziewanie do dymisji podał się wiceminister Marek Chodkiewicz, który w resorcie infrastruktury odpowiadał za opracowanie tego aktu prawnego. Wywołane przez to zamieszanie oraz ekspresowe tempo tworzenia projektu odbiło się na jego jakości: na przykład w pierwszych zapisach określających kryteria podziału pieniędzy między samorządy pomylono pracę eksploatacyjną (suma kilometrów przejeżdżanych przez autobusy) z pracą przewozową (suma kilometrów pokonywanych przez pasażerów).

3 kwietnia 2019 r. minister Andrzej Adamczyk przekazał projekt ustawy do stałego komitetu rady ministrów. Już następnego dnia projekt był omawiany na posiedzeniu komitetu – wówczas pojawiły się jednak uwagi przedstawicieli Ministerstwa Finansów, Rządowego Centrum Legislacji i Centrum Analiz Strategicznych. W związku z tym Ministerstwo Infrastruktury musiało przygotować kolejną wersję – zmodyfikowany projekt trafił do komitetu stałego rady ministrów 8 kwietnia 2019 r. I na tygodnie ugrzązł w kancelarii premiera.

Fake news z kancelarii sejmu

3 kwietnia 2019 r. marszałek sejmu Marek Kuchciński rozsyłając posłom zawiadomienie o zwołaniu obrad sejmu, informował, że w ramach kwietniowego posiedzenia przewidywane są prace nad ustawą o funduszu rozwoju przewozów autobusowych.

Rada ministrów nie zdołała jednak przekazać projektu ustawy do sejmu na posiedzenie rozpoczynające się 11 kwietnia 2019 r. W tym momencie punkt dotyczący prac nad ustawą o funduszu rozwoju przewozów autobusowych zniknął więc z porządku obrad. Mimo to strona internetowa sejmu, jak gdyby nigdy nic, najpierw 11 kwietnia 2019 r. informowała, że „w planach też między innymi prace nad przywróceniem połączeń autobusowych dla mieszkańców Polski lokalnej”, a następnie 24 kwietnia 2019 r. donosiła, iż „posłowie będą kontynuować prace nad przywróceniem połączeń autobusowych dla mieszkańców Polski lokalnej”.

Obydwie informacje stanowiły fake news kancelarii sejmu: albowiem aż do 26 kwietnia 2019 r. – czyli do ostatniego dnia kwietniowego posiedzenia sejmu – projekt ustawy nie tylko nie dotarł do parlamentu, ale nawet nie został przyjęty przez radę ministrów. Udało się to zrobić dopiero 7 maja 2019 r.

1,5 miliarda, czyli 300 milionów

Wraz z wydłużającymi się pracami rządu nad ustawą o funduszu rozwoju przewozów autobusowych zmniejszała się kwota planowanego wsparcia dla samorządów.

W projekcie ustawy w wersji z 3 kwietnia 2019 r. zapisano, że począwszy od 2019 r. rządowe dofinansowanie do połączeń autobusowych wyniesie 800 mln zł rocznie. W kolejnej wersji z 8 kwietnia 2019 r. pojawił się nowy zapis mówiący, że w bieżącym roku między do podziału między samorządy będzie 400 mln zł. W wersji przesłanej do sejmu 7 maja 2019 r. znalazła się kwota wynosząca już tylko 300 mln zł (kwota w wysokości 800 mln zł ma być rozdzielana między samorządy dopiero w kolejnych latach).

Według pierwszych zapowiedzi, samorządy miały otrzymywać z budżetu państwa 1,5 mld zł. W ciągu nieco ponad miesiąca planowana na ten rok rządowa dotacja na połączenia autobusowe zmniejszyła się więc pięciokrotnie. Wytłumaczenie przedstawicieli rządu jest rozbrajająco logiczne: skoro prace nad ustawą przedłużają się, to szanse na wydanie 800 mln zł do końca 2019 r. malały z każdym dniem przedłużających się prac nad ustawą.

Ustawa o funduszu rozwoju przewozów autobusowych – jeśli wejdzie w życie w kształcie zaproponowanym przez rząd – raczej nie przyniesie renesansu połączeń autobusowych na terenach wiejskich i w mniejszych miastach.

Z funduszu mają być dotowane tylko te linie, które obecnie nie funkcjonują. Oznacza to, że nie będzie możliwości dofinansowania celem rozszerzenia istniejącej oferty przewoźników autobusowych o dodatkowe kursy (np. późnym popołudniem, wieczorem lub w weekendy). To oznacza też, że nie będzie możliwości dofinansowania nierentownych linii, które działają, ale zagrożone są likwidacją. Umowy na dofinansowanie mają być przyznawane na zaledwie roczne okresy – grozi to brakiem stabilności oferty. Na wnikliwą analizę rządowego projektu ustawy w sejmie i poprawienie powyższych zapisów przez posłów raczej nie ma co liczyć. Priorytetem jest bowiem szybkie uchwalenie ustawy, tak żeby można było tym pochwalić się jeszcze przed odbywającymi się 26 maja 2019 r. wyborami do europarlamentu.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/101 maj-czerwiec 2019)
www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: Remigiusz Okraska.

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Zgodnie z projektem Rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego Park ma utracić około 5 ha swojej powierzchni [1]. Następnie teren ten ma być na nieznanych jeszcze warunkach przekazany zakonowi Oblatów. Te 5 ha to ziemia w sercu ŚPN, na której znajduje się słynny klasztor na Świętym Krzyżu. Zakonnicy od lat czynią o to starania, ale dopiero teraz pojawiła się dogodna polityczna konfiguracja.

Między Uralem a Karpatami, między Skandynawią a Krymem

Świętokrzyski Park Narodowy został powołany w 1950 roku [2], ale pierwszy rezerwat na Łyścu (Świętym Krzyżu) powołano już w 1924 roku [3]. Park powstał dla ochrony cennych, zbliżonych do naturalnych drzewostanów jodłowych, tworzących endemiczny dla Polski wyżynny bór jodłowy, zwany świętokrzyskim [4]. Drugim wyjątkowym walorem przyrodniczym są słynne gołoborza. Stwierdzono tu także inne cenne zbiorowiska roślinne, chronione i zagrożone gatunki grzybów, roślin i zwierząt.

Unikatowy charakter parku to mroczne i chłodne bory jodłowe w szczytowych partiach Gór Świętokrzyskich z gołoborzami, śródleśne mokradła i naturalne cieki leśne, łąki w otoczeniu charakterystycznych pasiaków pól, ale też drzewostany bukowe i modrzewiowe oraz grądy i dąbrowy. Opisano stąd wiele endemicznych gatunków fauny kopalnej (w tym dinozaurów), ale także m.in. gatunki ślimaków i pająków. Granice ŚPN pokrywają się częściowo z granicami siedliskowego obszaru Natura 2000 Łysogóry. Przedmiotami ochrony obszaru jest kilka rodzajów siedlisk oraz ponad trzydzieści gatunków roślin i zwierząt wymienionych w tzw. Dyrektywie Siedliskowej i Ptasiej. Ponad 90% powierzchni obszaru to lasy, w tym głównie świętokrzyski bór jodłowy. Stwierdzono tu co najmniej 4000 gatunków bezkręgowców, z czego wiele to unikatowe reliktowe gatunki puszczańskie związane z naturalnymi i pierwotnymi lasami.

Całość położona jest w najwyższych partiach Gór Świętokrzyskich, które są jednymi z najstarszych formacji górskich w Europie. Mimo że są bardzo niskie, to pomiędzy Uralem a Karpatami i między Skandynawią a Krymem nie ma nic wyższego.

Świętokrzyska Ślęża i Częstochowa w jednym

Dzięki niezwykłej przyrodzie Gór Świętokrzyskich oraz ich izolacji od wpływów tworzył się tu od wieków specyficzny klimat kulturowy, a życie duchowe w związku z dziką i mroczną przyrodą mogło rozwijać specyficzne formy. Ciągle żywe są tu lokalne legendy, rytuały i stroje oraz potrawy i architektura, a także gwara.

W okresie neolitycznym i w epoce żelaza Góry Świętokrzyskie były gospodarczym sercem współczesnej Europy. Wydobywano tu ceniony wszędzie krzemień pasiasty, a w dymarkach wytapiano rudy żelaza.

Tak wyjątkowe warunki pozwalały na rozkwit życia duchowego. W XV wieku Jan Długosz pisał o świątyni pogańskiej na Łyścu, gdzie czczono słowiańskich bogów Lelum i Polelum, czy też, jak twierdzą inni – Pogody i Śwista oraz Pośwista [5]. Pozostałości słowiańskiej świątyni na Łyścu znajdują się do dziś i mają formę wału z głazów kwarcytowych. Wału prawdopodobnie nie ukończono. Po okresie powrotu pogaństwa za Mieszka II, Kazimierz Odnowiciel, na czele wojsk niemieckich już w 1039 r. rozpoczął brutalne dławienie powstania i kultów słowiańskich.

Pierwszy kościół romański został tu ufundowany w latach 1102–1138 przez Bolesława Krzywoustego. Nazwa „Święty Krzyż” pojawiła się po tym, jak Władysław Łokietek ofiarował kościołowi relikwie drzewa świętego krzyża w 1306 roku. W okresie jagiellońskim było to najważniejsze sanktuarium w Królestwie Polskim.

W 1819 roku na mocy bulli papieża Piusa VII klasztor skasowano. Ziemie wraz z budynkami sprzedano, aby sfinansować inne przedsięwzięcia kościelne [6]. Krótko znajdował się tu zakład dla tzw. księży zdrożnych. Od 1886 roku było tu najcięższe carskie więzienie na ziemiach polskich, zwane Polskim Sachalinem.

W okresie międzywojennym także znajdowało się tu ciężkie więzienie. Od 1936 roku zakon prowadzili tu Oblaci. Niemcy w czasie II wojny światowej prowadzili tu obóz dla jeńców. Od 1950 roku obiekt znajduje się w zarządzie dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Aż do dziś.

„A my współżyjemy ze sobą”

Od lat 90. Oblaci zaczęli intensywnie zabiegać o odzyskanie ziem i części budynków klasztoru na Świętym Krzyżu (Łyścu) będących w zarządzie ŚPN. W 2002 r. Komisja Majątkowa, w której skład wchodzili przedstawiciele MSWiA oraz Kościoła, uznała, że zakon nie ma podstaw, by żądać zwrotu budynków [7]. Obietnice przywrócenia Kościołowi klasztoru składali minister środowiska Jan Szyszko i poseł Przemysław Gosiewski. W 2006 roku Szyszko odwołał ze stanowiska dyrektora parku Bogdana Hajduka, który sprzeciwiał się oddaniu zabudowań Oblatom. Dyrektor na łamach wiadomości.gazeta.pl tak tłumaczył swoje nieprzejednane stanowisko: „W budynku byłego więzienia znajduje się muzeum, a edukacja należy do statutowych zadań parku. Nie mam możliwości przeniesienia muzeum w inne miejsce. Poza tym, jak się wytłumaczę z utraty budynku wartego około 12 mln zł?”.

20 kwietnia 2006 roku minister Jan Szyszko wręczył dyrektorowi Hajdukowi odwołanie bez podania przyczyn [8].

W 2013 roku ówczesny dyrektor ŚPN ginie śmiercią samobójczą.

W 2016 roku odwołany zostaje kolejny dyrektor Piotr Szafraniec. Również bez podania przyczyny.

Żaden z tych ludzi nie chciał się zgodzić na oddanie klasztoru Oblatom.

Teraz zakonnicy są bliżej realizacji swoich zamierzeń niż kiedykolwiek wcześniej. Ministerstwo Środowiska kilka dni temu ogłosiło projekt rozporządzenia Rady Ministrów w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W projekcie mówi się o korekcie granic ŚPN. Na jej skutek Park ma utracić około 5 ha ziem wraz z zabudową klasztorną. W uzasadnieniu napisano m.in., że „[…] niektóre z zabudowanych nieruchomości […] w granicach Parku bezpowrotnie utraciły wartości przyrodnicze […]” [9].

Obecny dyrektor Parku, Jan Reklewski, nie ma tych wątpliwości, które miało kilku jego poprzedników od początku lat 90. „Gazecie Wyborczej Kielce” odpowiedział tak: „ Te wyłączone grunty od setek lat i tak podlegają urbanizacji. Nie przedstawiają istotnej przyrodniczej wartości, nie ma tam przedmiotów ochrony cennych dla parku. Cenne gatunki tam nie występują”. Zapewnia też, że „przyroda na tym nie ucierpi”. Dodaje: „Projekt jest dobry, bo ogranicza pole konfliktów pomiędzy funkcjami sakralnymi a reżimami parku. A my współżyjemy ze sobą. Święty Krzyż jako atrakcja turystyczna będzie zapewniać turystów, którzy będą też odwiedzać park” [10].

Trzeba zauważyć, że od setek lat urbanizacja niemal nie zmieniła krajobrazu tego miejsca, między innymi właśnie dlatego, że jest ono chronione. Przyroda Parku ucierpi, o czym piszę poniżej. A jeśli chodzi o ruch turystyczny, to dyrektor zdaje się zapominać, że jego głównym zadaniem jest ochrona unikatowych wartości przyrodniczych, a nie troska o rozwój turystyczny regionu. ŚPN planuje też wybudowanie nowego ośrodka edukacji przyrodniczej o wartości około 40 mln złotych. No i dotąd nikomu nie przeszkadzało pokojowe współistnienie Parku i zakonu.

Wygląda na to, że wreszcie odpowiedni człowiek znalazł się na odpowiednim miejscu i misja wreszcie się powiedzie.

Kultura versus Natura

Park Narodowy to świątynia dzikiej przyrody. To najwyższa forma ochrony przyrody w Polsce. Zgodnie z ustawą o ochronie przyrody „Park narodowy tworzy się w celu zachowania różnorodności biologicznej, zasobów, tworów i składników przyrody nieożywionej i walorów krajobrazowych” oraz „Park narodowy obejmuje obszar wyróżniający się szczególnymi wartościami przyrodniczymi, naukowymi, społecznymi, kulturowymi i edukacyjnymi, o powierzchni nie mniejszej niż 1000 ha, na którym ochronie podlega cała przyroda oraz walory krajobrazowe” [11]. Natomiast celem powołania obszaru Natura 2000 jest ochrona bardzo konkretnych siedlisk i gatunków wymienionych w tzw. Dyrektywach Ptasiej i Siedliskowej. Są to siedliska i gatunki zagrożone zanikiem i wymarciem w skali całej Unii Europejskiej i w celu ich ochrony powołuje się obszary chroniące je na terenie całej Wspólnoty z zachowaniem połączeń między obszarami, czyli korytarzy ekologicznych, tak aby gatunki mogły się swobodnie, bez barier przemieszczać w całym zasięgu swojego występowania [12].

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w granicach Parku Narodowego znajdowały się obiekty zabytkowe. W wielu parkach w Polsce substancja przyrodnicza i kulturowa przenikają się i współistnieją. Niewiele jest miejsc, gdzie to współistnienie ma tak głębokie i dalekie związki, jak właśnie w przypadku ŚPN. Dotąd nigdy nie dochodziło do kolizji pomiędzy aspektem religijnym a przyrodniczym w ŚPN. Co się w takim razie zmieniło?

Zgodnie z tym, co twierdzi obecny dyrektor ŚPN, na 5 ha powierzchni Parku, tam gdzie jest klasztor, przyroda jest zniszczona i nie ma sensu jej chronić, a Park nic na tym nie straci.

Okazuje się, że nie dość, że takie stanowisko jest sprzeczne ze stanowiskiem WSZYSTKICH wcześniejszych dyrektorów, to jeszcze jest niezgodne z tym, co dyrekcja ŚPN ogłasza na swojej stronie WWW i w projekcie Planu Ochrony ŚPN.

Przede wszystkim obecny dyrektor ŚPN w swojej wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej”, mówiącej, że na Świętym Krzyżu nie ma przedmiotów ochrony i nic złego się stać przyrodzie nie może, mówi tylko część prawdy. Bo takie twierdzenie może być prawdziwe jedynie w odniesieniu do obszaru Natura 2000. Jednak w odniesieniu do Parku Narodowego jest całkowicie nieprawdziwe. Ponieważ w Parku Narodowym chroni się wszystkie walory przyrodnicze i krajobrazowe, a nie tylko wybrane przedmioty ochrony. Zresztą, zgodnie z interpretacją Dyrektywy Siedliskowej, jakiej dokonała Komisja Europejska, tzw. przedmioty ochrony, czyli gatunki i siedliska wymienione w Dyrektywie, powinny być chronione także poza granicami obszaru Natura 2000. Ponadto nie ma podstaw aby twierdzić, że przyroda w tym miejscu jest zdegradowana. Dyrektor zapomina też o możliwych negatywnych oddziaływaniach i skutkach niekontrolowanej aktywności Oblatów wobec przyrody otaczającej klasztor.

W prezentacji dotyczącej projektu Planu Ochrony ŚPN, która jest opublikowana na stronie internetowej ŚPN [13] czytamy między innymi, że:

1) klasztor na Świętym Krzyżu leży w strefie ochrony ścisłej, to jest takiej, gdzie nie dopuszcza się w zasadzie żadnej ingerencji człowieka;

2) w miejscu tym dopuszcza się jedynie ręczne usuwanie niecierpka drobnokwiatowego, który jest gatunkiem obcym, inwazyjnym i silnie zagraża rodzimym gatunkom roślin (rozprzestrzenianie się gatunków inwazyjnych jest obecnie uznane za jedno z głównych zagrożeń dla istnienia dzikich, naturalnych ekosystemów z ich bioróżnorodnością);

3) konieczne jest przeciwdziałanie skutkom ruchu turystycznego na drogach prowadzących do klasztoru na Świętym Krzyżu, szczególnie w strefie przyszczytowej. Występuje tu szereg rzadkich i chronionych gatunków m.in. mięczaków;

4) konieczna jest ochrona przymurzy i budowli, w tym klasztoru i murowanych kapliczek, siedliska występowania bezoczki podziemnej Cecilioides acicula;

5) konieczny jest montaż sztucznych miejsc gniazdowych na Świętym Krzyżu dla jerzyków Apus apus;

6) niezbędna jest identyfikacja miejsc zimowania i rozrodu nietoperzy, w tym na terenie klasztoru;

7) konieczne są zabiegi czynnej ochrony nietoperzy poprzez rozwieszenie schronów w miejscach przekształconych antropogenicznie;

8) postuluje się poszerzenie zasięgu ochrony ścisłej – zwiększenie i połączenie w jeden dwóch obszarów ochrony ścisłej – Łysica i Święty Krzyż;

9) zamierza się udostępnić odsłonięcia geologiczne przy klasztorze na Świętym Krzyżu;

10) niezbędne jest ograniczenie nadmiernego spływu powierzchniowego wody, który przyśpiesza zjawiska erozji w pobliżu Świętego Krzyża;

11) podjęta będzie ochrona zabytku, jakim jest klasztor na Świętym Krzyżu, w tym inwentaryzacja podziemnych reliktów w zabudowie klasztoru;

12) wykonany będzie remont, odbudowa i budowa kapliczek przy drodze na Święty Krzyż.

Przede wszystkim z dokumentu tego wynika, że przyroda okolicy klasztoru nie jest bezwartościowa i nie jest to teren nieistotny z punktu widzenia zadań ochronnych realizowanych przez Park Narodowy. Po drugie, dokument wskazuje, że nie wszystkie walory przyrodnicze tego miejsca zostały wystarczająco dobrze rozpoznane. Warto tu powiedzieć, że autor niniejszego tekstu od kilku lat wykonuje zimowe inwentaryzacje nietoperzy w Górach Świętokrzyskich. Od 2015 roku kilkakrotnie zwracał się do Oblatów z wnioskiem o udostępnienie podziemi klasztornych w celu wykonania inwentaryzacji nietoperzy. Źródła niepublikowane donoszą, że w podziemiach tych znajduje się ważne zimowisko nietoperzy z zagrożonymi gatunkami. Oblaci nigdy nie odnieśli się do wniosków.

Po trzecie, z dokumentu wynika, że w sąsiedztwie klasztoru występuje inwazyjny niecierpek drobnokwiatowy. Roślina ta bardzo szybko i agresywnie zajmuje stanowiska rodzimych gatunków, wypiera je i negatywnie wpływa na bioróżnorodność. Jest bardzo trudna w zwalczaniu. Trudno sobie wyobrazić, aby zakonnicy ręcznie wyrywali niecierpka w trosce o walory przyrodnicze Parku Narodowego.

Po czwarte, dokument zawiera zapisy jednoznacznie mówiące o tym, że Park Narodowy bierze na siebie obowiązek i odpowiedzialność za zachowanie zabytków i obiektów kultu religijnego w dobrym stanie.

Po piąte, nikt nie analizuje tego, że nawet jeśli klasztor zostanie wyłączony z terenu ŚPN, to tysiące turystów będą musiały przejść przez Park, aby dotrzeć do Świętego Krzyża i wziąć udział w wydarzeniu religijnym. Nie będą to raczej miłośnicy dzikiej przyrody, a presja wywierana przez nich na przyrodę Parku może być znaczna.

Dokumentem, który w szczegółach reguluje sposób ochrony przyrody w Parku, jest Plan Ochrony Parku Narodowego. Dla ŚPN od kilku lat trwają konsultacje i uzgodnienia dokumentu. Plan Ochrony zawiera bardzo precyzyjne zapisy, a na jego ostateczny kształt mają wpływ także obywatele w ramach konsultacji społecznych. Wydaje się, że kilkuletnie konsultacje Planu zakończą się dopiero wtedy, kiedy klasztor zostanie przekazany Oblatom, a liczne punkty sporne pomiędzy ŚPN a zakonem znikną w odmętach prawnych manipulacji.

Lektura projektu Planu Ochrony ŚPN wraz z uwagami nadesłanymi w ramach konsultacji może pomóc zrozumieć, skąd właściwie tak wielki konflikt między kolejnymi dyrektorami Parku a Oblatami.

Uwagi zgłaszane przez Oblatów do projektu Planu Ochrony ŚPN dotyczą przede wszystkim prób zadbania przez ŚPN o zachowanie i przywrócenie stref ciszy w Parku Narodowym. Oblatów oburzyły plany ŚPN dotyczące wykonania ekspertyz związanych z oddziaływaniem hałasu generowanego w czasie imprez religijnych na terenie Świętego Krzyża, a także plany wprowadzenia wytycznych dotyczących postępowania na rzecz przywrócenia i ochrony „waloru ciszy”. Ostry sprzeciw wzbudziły też plany ŚPN zmierzające do limitowania liczby uczestników religijnych celebracji. Uwagi w zasadzie tej samej treści nadesłano też z Kurii Diecezjalnej Sandomierskiej, Dekanatu Świętokrzyskiego Diecezji Kieleckiej oraz od radnego powiatu kieleckiego Andrzeja Michalskiego [14].

Ogólnie biorąc chodzi o to, że Oblaci organizują pielgrzymki i inne imprezy religijne z odpustem na terenie Świętokrzyskiego Parku Narodowego. ŚPN do tej pory nie robił z tego problemu, a jedynie przy pomocy Planu Ochrony chciał zapanować nad tą praktyką i uregulować ją tak, aby ceremonie mogły się odbywać, ale z poszanowaniem prawa ochrony przyrody. Bo pamiętajmy: klasztor nadal leży w granicach Parku Narodowego. Nie odwrotnie.

Próby zrobienia ze Świętego Krzyża miejsca pielgrzymek i masowych imprez przyniosą z pewnością przyrodzie ŚPN straty i zagrożenia. Przede wszystkim wyłączenie terenu z granic ŚPN spowoduje, że niektóre zjawiska mogące mieć negatywny wpływ na przyrodę Parku wymkną się spod kontroli i będą swobodnie oddziaływać na przyrodę ŚPN. Dotyczy to m.in. niecierpka drobnokwiatowego. Trzeba pamiętać, że klasztor leży w środku lasu, w sercu Parku Narodowego. Huczne i tłumne imprezy religijne będą prowadziły do szeregu negatywnych zjawisk, np. płoszenia dzikich zwierząt, zaśmiecania, niszczenia roślin, wpływania na przyśpieszanie erozji. Z uwagi na brak rozpoznania znaczenia podziemi dla nietoperzy może się okazać, że zniknie ważne ich zimowisko. Plany rozświetlania klasztoru doprowadzą do pojawienia się negatywnego, szkodliwego zjawiska zanieczyszczenia światłem. Ma ono negatywny wpływ na rytmy dobowe zwierząt i roślin. W konsekwencji może wpłynąć także na funkcjonowanie populacji rzadkich i zagrożonych gatunków. Podobnie jak hałas i tradycyjne śmiecenie. Wszystkie te zjawiska razem wzięte stanowią o dopuszczeniu do pojawienia się silnej negatywnej presji na środowisko przyrodnicze chronione dotąd w ramach parku narodowego.

W świetle prawa

Do niedawna dobre współistnienie Świętokrzyskiego Parku Narodowego z klasztorem było możliwe. Wszyscy zdają sobie sprawę ze znaczenia tego miejsca zarówno dla przyrody, jak i dla kultury. Kolejni dyrektorzy ŚPN dawali możliwość funkcjonowania klasztoru w zgodzie z prawem ochrony przyrody, do respektowania którego ich powołano.

Dopiero ambitne plany Oblatów uczynienia z klasztoru drugiej Jasnej Góry doprowadziły do napięć i rozgrywki politycznej. Dotąd obowiązujące prawo chroniące wyjątkowe walory przyrody zaczęło być niewygodne. Wraz z projektem rozporządzenia w sprawie przejęcia ziemi ŚPN przestało mieć znaczenie prawo ochrony przyrody. Polska zamierza zabrać samej sobie ziemię o szczególnej wartości przyrodniczej i kulturowej, a następnie chce ją odsprzedać na preferencyjnych warunkach Oblatom. Tak aby mogli tam realizować swoje cele bez respektu dla przyrody, która ma w tym miejscu swoją świątynię. I warto pamiętać, że już kiedyś Kościół sprzedał tę ziemię, a teraz domaga jej się za bezcen. Bez względu na okoliczności.

W tym tygodniu radni powiatu kieleckiego będą opiniować projekt fatalnego rozporządzenia.

Łukasz Misiuna

__________________

Fotografia w nagłówku tekstu: Bazylika na Świętym Krzyżu, fot. © Marek i Ewa Wojciechowscy / Trips over Poland, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=573926

 

Przypisy (dostęp do wszystkich linków miał miejsce 27 maja 2019 r.):

1. https://bip.kprm.gov.pl/kpr/form/r3373137946,Projekt-rozporzadzenia-Rady-Ministrow-w-sprawie-Swietokrzyskiego-Parku-Narodoweg.html?fbclid=IwAR0a2M0Ogilf-812yymlfxk-AtWoC2vzlDxn9V-3eWAIAJVkGjZqI8G7b5k

2. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU19500140133

3. http://www.swietokrzyskipn.org.pl/o_parku/witamy-w-swietokrzyskim-parku-narodowym/

4. https://www.swietokrzyskipn.org.pl/turystyka/atrakcje_turystyczne/puszcza_jodlowa/

5. https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%81ysa_G%C3%B3ra_(G%C3%B3ry_%C5%9Awi%C4%99tokrzyskie)

5. https://pl.wikipedia.org/wiki/Kasata_klasztor%C3%B3w_w_zaborze_rosyjskim

7. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,3312286.html

8. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,3312286.html

9. https://bip.kprm.gov.pl/kpr/form/r3373137946,Projekt-rozporzadzenia-Rady-Ministrow-w-sprawie-Swietokrzyskiego-Parku-Narodoweg.html?fbclid=IwAR0a2M0Ogilf-812yymlfxk-AtWoC2vzlDxn9V-3eWAIAJVkGjZqI8G7b5k

10. http://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,24819600,rzad-skurczy-park-narodowy-aby-dac-zakonnikom-zabudowania.html?fbclid=IwAR0SqaoB0TiDXLBfbpSb70z6uJ6tT5v4riLHPgRjzXuva8DDOONBDjGnNHE

11. http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU20040920880

12. https://natura2000.gdos.gov.pl/files/artykuly/42646/Dyrektywa_Siedliskowa.pdf

13. http://www.swietokrzyskipn.org.pl/wp/wp-content/uploads/2013/12/Prezentacja-udostepnianie-i-edukacja.pdf

14. http://bip.swietokrzyskipn.org.pl/wp-content/uploads/2016/12/Uwagi-i-wnioski-do-Planu-Ochrony_SPN.pdf

Lewica na wojnie plemion

Lewica na wojnie plemion

Lewico, oczywiście, że odnieśliśmy sukces i zaczynamy wiosenne porządki. Oczywiście, że pójście w wielkiej Koalicji Europejskiej miało sens. Oczywiście, że lewica nie wymięka. Oczywiście, że każdy ma swoją narrację i oczywiste jest, z czego ona wynika. Kiedy jednak wracamy do swoich obozów i patrzymy na mapę, to jesteśmy w tragicznej sytuacji. Odpływy elektoratu, efekty znacznie poniżej oczekiwań, widmo powrotu na kanapę lub w polityczny niebyt. Zieloni praktycznie przestali istnieć jako samodzielny byt, Razem jest w przedsionku powrotu na kanapę, Wiosna ma do wyboru same ryzykowne posunięcia, zagrażające spadkiem pod próg w jesiennych wyborach. Tym, co nas łączy, jest fakt, że nie mamy za bardzo gdzie rosnąć. Ostatnie wybory pokazały, że zwiększenie frekwencji działa na naszą niekorzyść, bo my przez to nie rośniemy, za to rośnie duopol PiS i PO, a my jeszcze bardziej się w nim rozpływamy.

Ile byśmy nie patrzyli na tę mapę i jakich skomplikowanych konstrukcji nie tworzyli, to wszyscy widzimy tę samą opcję, która wydaje się rozsądna – jedna wspólna lista lewicy i centrolewicy.

Gdzie jesteśmy i dokąd idziemy

Wybory do parlamentu są najważniejsze. Nikt nie wie, co się do tego czasu wydarzy, ale pewnie okoliczności można z dużym prawdopodobieństwem założyć już teraz. Wszystko wskazuje na to, że scena polityczna to arena walki plemiennej. Mamy z jednej strony plemię dobrej zmiany, które grupuje ludzi o naprawdę ogromnym rozstrzale poglądów, od fanów wyklętozy, przez konserwatywną inteligencję, po elektorat ludowy i głos sprzeciwu wobec powrotu PO do władzy. Z drugiej strony jest plemię antypisu, w którym znajdziemy fajnopolaków, liberałów, konserwatystów z innego salonu, warszawskie elity, lewicujące środowiska i głos sprzeciwu wobec dalszych rządów PiS. Ostatnie wybory, które według wszystkich uważane są, obok swojego pierwotnego celu, za sondaż i wielkie liczenie szabel przed wyborami do polskiego parlamentu, pokazały, że duopol PiS i PO (z koalicjantami) zbiera 85%, trzecia siła polityczna notuje wynik 6%, a reszta ląduje pod progiem. Na naszych oczach domyka się właśnie duopol, który miażdży wszystko, co staje mu na drodze i jeśli układ list nie zmieni się do jesieni, to możemy spodziewać się nawet wzrostu głosów na duopol do 90%, co w połączeniu z metodą liczenia głosów da nam 100% mandatów dla dwóch tych bloków.

Palec pod budkę, bo za minutkę

Wszyscy zmierzamy do jesiennego starcia i wszystko wskazuje na to, że będzie to także walka tych dwóch plemion. Nawet jeśli chcielibyśmy inaczej ramować dyskurs czy wytyczyć nowe linie sporu, to jest na to za późno i jesteśmy na to jako lewica za słabi. Niewiele też możemy uczynić samą konstrukcją programu, nawet jeśli zostanie on przebudowany i inaczej opowiedziany. Program polityczny nie odgrywa większej roli w takich starciach, nawet w obozie PiS, a różnica jakości w obu obozach widoczna jest tylko dlatego, że KE nie miała żadnego programu i się z tym specjalnie nie kryła. W tak wyglądających warunkach powalczyć można tylko tworząc własne plemię i nie w oparciu o konkretnie wypunktowany program, lecz o wspólnotę wartości, tak samo jak na karczemną bijatykę nie zabiera się szachownicy i kalkulatora, lecz zgraną ekipę, która nie zadaje za dużo pytań.

Nie rozwiążemy w ten sposób własnych problemów, nie udowodnimy, kto jest bardziej lewilny, nie rozstrzygniemy sporów o wiele kwestii, nie uleczymy naszego środowiska. To tylko wybory parlamentarne, a nie deklaracja wiary czy ostateczne rozstrzygnięcie kształtu i przywództwa lewicowego ruchu w Polsce. Na szali tych wyborów nie leży życie lub śmierć lewicy, lecz istnienie lub nieistnienie w kolejnej kadencji lewicowej formacji politycznej w sejmie. Jeśli te wybory znów przegramy jako lewicowe środowisko, to duopol się domknie, a my w ciągu następnych lat będziemy oglądać politykę parlamentarną przez szybkę i pisać sążniste posty w mediach społecznościowych.

Spójrz w lustro i nakrzycz na lewicę

Stworzenie takiej listy to ogromny i niełatwy wysiłek, z pewnością na granicy realności. Jeśli chcemy tego dokonać, to musimy porzucić dotychczasowe myślenie i złamać parę własnych gnatów, żeby je ustawić na nowo. Przede wszystkim ustalmy wreszcie, że nasze organizacje polityczne nie są wiele warte, co raz za razem przypominają nam wybory. W partii politycznej nie chodzi o to, żeby sobie zbudować bunkier do wygodnego oglądania globalnej katastrofy. Powinna ona być natomiast narzędziem realizacji polityki w systemie parlamentarnym. Organizacje polityczne nie muszą pokrywać się z ideowymi środowiskami, nie muszą być jednolite poglądowo i towarzysko, nie muszą wyczerpywać lewicowego środowiska ani się na nim zamykać. Partie muszą być przede wszystkim skuteczne w działaniu, do którego zostały powołane. Jeśli nie są, to należy je zmienić lub przeorganizować, a nie robić z nich kapliczki zadumy nad smutnym losem polskiej lewicy.

Obecnie nasze (lewicowe) organizacje polityczne są podzielone bardziej towarzysko niż ideowo (choć oczywiście nie do końca), a ich układ na scenie politycznej jest podyktowany bardziej strategią niż celem działania. W rzeczywistości w krótkiej perspektywie czasowej, np. jednej czy dwóch kadencji parlamentarnych, mielibyśmy w ogromnej większości zbieżne postulaty i poglądy, lecz z różnych mniej istotnych przyczyn (często zupełnie niezrozumiałych dla nowych osób na politycznej lewicy) nie umiemy dowartościować tego wspólnego mianownika. Nie bez znaczenia jest fakt, że zazwyczaj między nami zachodzą mniejsze różnice w poglądach niż między różnymi grupami wchodzącymi w skład jednego czy drugiego wielkiego plemienia duopolu. Paradoks polega na tym, że nie-lewica gra dzisiaj dużo bardziej zespołowo i inkluzywnie niż lewica, która lubuje się w mnożeniu ekskluzywnych klubików rozpychających się łokciami na małej przestrzeni.

Liderki i liderzy – to wasz sprawdzian

Jeśli już nawet uznamy, że taka koalicja/porozumienie/sojusz/układ ma jakiś sens, to niestety schody dopiero się zaczną. Przede wszystkim jest mało czasu i jeśli coś ma się wydarzyć do jesieni, to trzeba zacząć już teraz, zaraz. Po drugie, szalenie istotne będzie ustalenie, kogo zapraszamy do listy całej lewicy, bo to jest temat, w którym lewica ma wieloletnie doświadczenie autodestrukcji. Moim zdaniem jedynym możliwym rozwiązaniem jest po prostu zaproszenie wszystkich osób i środowisk, które się za lewicowe czy lewicujące uważają – bez wykluczeń i bez warunków wstępnych. Od tego, kto się pojawi i z jakim nastawieniem, będzie zależeć to, czy będziemy mieli sobie coś do powiedzenia, czy nie. Tutaj już jednak będą działać liderki i liderzy organizacji i ruchów na lewicy. Tak samo będą musiały się potężnie napracować przy tworzeniu list, decyzji z jakiej partii startujemy (koalicja jest zbyt dużym ryzykiem powtórzenia klęski Zjednoczonej Lewicy) i jak rozwiążemy kwestie finansowania i ewentualnej subwencji – to nie jest nic wstydliwego ani nic nieczystego. W polityce ogromną rolę odgrywają pieniądze i nie ma co tego ukrywać, lecz po prostu to załatwić.

Mówię tutaj o wielkiej roli liderek i liderów, bo nie mamy czasu na kongresy i wielkie dyskusje, żeby wyrobić się przed wyborami – oczywiście takie powinny nastąpić, ale raczej w celu zatwierdzenia ustaleń niż otwierania coraz to nowych paneli dyskusyjnych. Nie ma też sensu w tym całym procesie rozgrzebywać przeszłości i zastanawiać się, kto komu i kiedy wyjadł dżem z pączka. Rozmowy prowadźmy w takich ramach, jakie one są teraz, a jeśli nasze liderki i nasi liderzy nie będą w stanie wypracować takiego projektu, to być może czas najwyższy przewietrzyć kadry.

Na kanapę zawsze zdążymy

Oczywiście, że mamy co do siebie zastrzeżenia. Mamy całe lata wspólnych doświadczeń, dawnych kłótni i ran, świeżych dosrywek i podszczypajek. Jeśli każdy miałby wymienić, co ma do wszystkich innych na lewicy, to z pewnością zapełnilibyśmy przestronną bibliotekę. Jeśli mamy zamiar sobie to wszystko wypominać, to szkoda czasu i nerwów. Zresztą znamy to na pamięć, obrzucamy się tym codziennie. Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie wyjść ponad własne ograniczenia. Oczywiście musimy być gotowe i gotowi na pewne ustępstwa i niekomfortowe towarzystwo, ale nie wybieramy się na dyskotekę i biesiadę, lecz do sejmu. Nie jest to też droga dla wszystkich i bez wątpienia w wielu organizacjach posypią się legitymacje. To już każda jednak musi sobie odpowiedzieć, czy bardziej martwi się odpływem aktywu czy odpływem elektoratu. Z pewnością lista nie będzie idealna i dla wielu osób będzie za bardzo „zbyt” – zbyt radykalna, zbyt lewicowa, zbyt obyczajowa, zbyt liberalna, zbyt szeroka, zbyt wąska. Polityka to gra zespołowa, a w pojedynkę można zawojować parkiet na potupajce, a nie scenę polityczną – gdybym chciał być w partii, z którą mam 100% zgodności w poglądach, taktyce i narracji, to musiałbym założyć Ruch Bartosza Migasa, na co się nie zanosi.

Sukces wyborczy możemy odnieść tylko wtedy, jeśli przestaniemy grymasić i wyrobimy w sobie pewne poczucie solidarności z lewicową społecznością – że gdy już jest ta lewica, może nieidealna, może nie taka, jaką sobie wymarzyliśmy, ale jest ona samodzielna, to zamiast rozdzierać szaty głosujmy tak, jak głosują liberałowie czy konserwatyści – na swoich. Nie sądzę żeby przeciętny wyborca PiS czy przeciętny wyborca KE zastanawiali się długo nad oddaniem głosu. Bierzesz listę „swoich”, wybierasz osobę, która ci najbardziej odpowiada, zaznaczasz i wrzucasz do urny – tak musimy to zrobić, bo inaczej wszyscy możemy się znaleźć pod progiem.

Nie jest to szczególnie chwalebne i bohaterskie, nie jest to rozwiązanie idealne ani najbardziej komfortowe. Jest to jednak rozwiązanie, które przynosi szansę na wyrąbanie sobie przestrzeni w duopolu i niedopuszczenie do sytuacji, w której jedyną alternatywą dla dwóch największych bloków jest gabinet faszyzujących osobliwości. Zdecydowanie nie jest to szczyt marzeń politycznej lewicy. Nie ma też co rozdymać balona, że to kres czasów i ostatnie akordy w historii polskiej lewicy, w której poluzowanie ideologicznego gorsetu przekreśli nasze istnienie na zawsze. Alternatywą dla niektórych środowisk jest bohaterska szarża, by zbudować legendę tych, co nigdy nie ugięli kolan. Może są osoby, którym wystarczy poczucie dobrze spełnionego obowiązku, ale ja mam 31 lat i zdecydowanie za wcześnie na bój mój ostatni.

Bartosz Migas

Od redakcji „Nowego Obywatela”: Powyższy tekst wyraża stanowisko autora i nie należy go postrzegać jako stanowiska naszej redakcji.

Alter-pieniądze – ABC walut lokalnych

Alter-pieniądze – ABC walut lokalnych

Podczas trwania wielkiego kryzysu finansowego w dwudziestoleciu międzywojennym, w małym miasteczku Wőrgl w Austrii miał ciekawy i skuteczny eksperyment gospodarczy. Za sprawą burmistrza Michaela Unterguggenbergera, wprowadzono walutę lokalną (komplementarną/uzupełniającą), nie rezygnując przy tym z pieniądza narodowego. Decyzja ta spowodowała rozwój miejscowości zamiast jej dalszej stagnacji. Dziś walut lokalnych używa się w wielu miejscach na świecie.

Cud gospodarczy w Wőrgl

Kryzys finansowy z roku 1929 dotknął cały świat. Kiedy mówiło się o „tańcu na wulkanie” współczesnych elit, tak bardzo bezradnych i lekkomyślnych w stosunku do nadchodzącego zagrożenia, jeszcze większego niż kryzys gospodarczy, w małym miasteczku w ówczesnej Austrii miał miejsce pewien eksperyment.

W Wőrgl, w reakcji na rosnącą biedę i wysokie bezrobocie, z dniem 5 lipca 1932 r. wprowadzono walutę lokalną. Miała ona inne zastosowanie niż pieniądz narodowy, którego był deficyt. Różnica polegała na tym, że oficjalna waluta była zadłużeniowa. Do dziś tak jest. Natomiast waluta lokalna, nazywana też komplementarną, była oprocentowana ujemnie (-1%). Ekonomiści nazwali to demurażem, od francuskiego demurrage – opłaty pobieranej od uczestników kolejki samochodów lub statków czekających na wjazd lub wejście do portu; trzeba było dokonać stosownej opłaty, by w niej stać. Taka funkcja powodowała, że nowa waluta traciła na wartości w miarę upływu czasu. W przeciwieństwie do pieniądza zadłużeniowego, czyli oficjalnej waluty emitowanej przez bank centralny i banki prywatne, nie opłacało się jej gromadzić.

Walutę lokalną wyemitowano w trzech nominałach: 1, 5 i 10 szylingów. Pierwsza emisja wynosiła tylko 5000 szylingów, co jednak wystarczyło, by rozpocząć eksperyment „freigeld” („wolne pieniądze”). Decyzja ta spowodowała, że w mieście można było czymś zapłacić i regulować zobowiązania zadłużeniowe wobec innych. Zyskali głównie mali i średni przedsiębiorcy oraz przedstawiciele klasy robotniczej. Jak pisze Bernard Lietaer w książce „The Future of money. A new way to create wealth, work, and a wiser world”, waluta ta, mimo iż wyemitowano ją w zaledwie kilku tysiącach, cyrkulowała 416 razy przez okres trwania projektu. Powstał lokalny wolny obieg waluty, niezależny od banku centralnego. W ten sposób konsumpcja dóbr wzrosła, gdyż w końcu było można sobie czymś zapłacić. Inwestycje w produkcję w mieście wzrosły o 219% wobec poprzedniego roku.

Waluta ta miała również inną cechę. Nie tylko nie było w niej lichwy, ale też była niewymienialna. Nie można było jej wywieźć poza miasto i zapłacić nią gdzie indziej, dlatego nie ubywało jej w lokalnej społeczności. Kolejną właściwością był brak kursowości, czyli wartość 1:1 do waluty narodowej. Powodowało to, że komplementarna waluta nie była podatna na spekulacje.

Społeczność miasta szybko wyszła z biedy. Wcześniej, w epoce kryzysu, liczyło się tylko zaspokojenie podstawowych potrzeb. Po wprowadzeniu waluty lokalnej sięgnięto także po realizację wyższych potrzeb społecznych i indywidualnych. Powstały też nowe domy mieszkalne. Zainwestowano w remont dróg. Udało się uporać z niepokojami społecznymi i zminimalizować drobną przestępczość. Poza tym wzrosła konsumpcja. W dodatku nie wystąpiły inflacja ani deflacja.

Mieszkańcy mieli wybór, czy dokonywać płatności w walucie lokalnej czy w narodowej. Lokalną można było wydać, nie opłacało się jej gromadzić, gdyż istniał przeciw temu bezpiecznik w postaci wspomnianego demurażu. Natomiast w pieniądzu narodowym można było oszczędzać. Wobec tego w Wőrgl mieliśmy do czynienia z sytuacją systemu dwuwalutowego. Pamiętajmy jednak, iż pieniądza narodowego było mało w obiegu, więc przeważał ten lokalny.

Ten cud gospodarczy wzbudził zainteresowanie nie tylko w Austrii, ale też w Niemczech i we Francji. Premier tego ostatniego kraju, Edouard Dalladier, złożył nawet wizytę w Wőrgl. W ponad 150 miastach, głównie Austrii i Niemiec, rozpoczęto przygotowania do emisji własnej waluty uzupełniającej.

Jednak finansowy monopolista na emisję waluty w Austrii, czyli jej Bank Centralny, dość szybko ukrócił to przedsięwzięcie. Z dniem 21 listopada 1933 roku waluta lokalna w Wőrgl została zakazana. W ciągu kilku miesięcy sytuacja w mieście wróciła do stanu poprzedniego. Burmistrz tego miasta, Micheal Unterguggenberger został postawiony przed Trybunałem Konstytucyjnym. Pierwszym zarzutem, jaki mu postawiono, była ingerencja w emisję pieniądza, za którą konstytucyjnie odpowiada Bank Centralny. Drugim – przyjmowanie podatków w lokalnej walucie.

Historia jednak inaczej osądziła M. Unterguggenbergera. Dziś w Wőrgl, przed Instytutem Wolnych Pieniędzy, stoi jego pomnik. Burmistrz w swoim eksperymencie kierował się zaleceniami ekonomisty Slivio Gesella.

Silvio Gesell i „Naturalny Porządek Ekonomiczny”

Silvio Gesell urodził się w 1862 r. na terenie dzisiejszej Belgii. Pochodził z rodziny walońsko-niemieckiej. W wieku 24 lat wyemigrował do Argentyny, by prowadzić tam biznes. Około roku 1890 kraj ten dotknął kryzys gospodarczy, a wszelkie próby jego złagodzenia nie przyniosły rezultatów. Obserwując to, Gesell zaczął zastanawiać się nad istotą współczesnego pieniądza.

Zauważył, że istniejący system monetarny prowadzi do utowarowienia pieniądza, gdyż ten nie traci w czasie na wartości. Innymi słowy: nie psuje się. A zatem jego właściciel stoi w pozycji lepszej niż dostawcy dóbr i usług. Posiadając walutę zadłużeniową, jej właściciel może odwlekać kupno jakiegoś produktu w czasie. Co za tym idzie, zakupi ten produkt wtedy, kiedy będzie on wystarczająco tani. Oznacza to, że dostawcy są uprzedmiotowieni i nie ma zasady równości między kimś, kto kupuje a tym, który sprzedaje dany produkt. Sytuacja taka zmusza zazwyczaj handlarzy do zaciągnięcia kredytu. Skoro pieniądz jest odsetkowy, czyli oprocentowany, to druga strona, tj. kupujący (posiadacz gotówki), jest w lepszej sytuacji. Dochody uzyskane z dodatniego oprocentowania waluty nie wpływają zatem do budżetów samorządów czy państw. Tworzy się mechanizm odsetek od odsetek, gdyż te dalej są pożyczane. Wobec tego na rynku jest coraz mniej pieniędzy, co widać dokładnie podczas kryzysów gospodarczych. Zamiast tego pieniądze płyną tam, gdzie jest już ich nadmiar. To dlatego bogaci bogacą się, a biedni biednieją.

W swojej książce „Naturalny Porządek Ekonomiczny” Gessel postulował ujemne oprocentowanie pieniądza. Wtedy to mechanizm pieniądza zadłużeniowego oraz życie ponad stan, konsumpcja na kredyt, nie mają racji bytu. Majątek tworzy się w realnym procesie, a zapotrzebowanie na dobra jest optymalne, bez kreacji sztucznych potrzeb. Oszczędzający wnosiliby opłatę dewaluacyjną, która miałaby za zadanie stymulowanie cyrkulacji pieniądza. Wobec tego ten, kto posiada pieniądze, zacząłby raczej je wydawać, niż oszczędzać. Nie przechowywałby tych pieniędzy zbyt długo, a jedynie nie dłużej niż to konieczne. W ten sposób zdrowego wolnego pieniądza byłoby zawsze na wolnym rynku pod dostatkiem, w przeciwieństwie do pieniądza zadłużeniowego.

Szwajcaria i WIR

W 1934 roku w Szwajcarii, wzorując się na eksperymencie z Wőrgl, 16 mieszkańców Zurychu stworzyło kolejną walutę uzupełniającą – WIR (niem. „my” lub „nasze”). Znaczącą rolę w projekcie odegrali Werner Zimmerman i Paul Enz. Obaj znali pracę Gesella. Grupa ta, mądrzejsza o doświadczenia burmistrza Unterguggenbergera, zdecydowała się nie przyjmować podatków w walucie lokalnej.

Przedsięwzięcie z lokalną walutą ponownie okazało się sukcesem, mimo ataków ze strony ekonomistów i dziennikarzy. Zanim biznes zaczął rozkwitać, zebrano na ten cel 140 tys. ówczesnych franków szwajcarskich, by uruchomić projekt, co było dużym osiągnięciem podczas trwania kryzysu gospodarczego. Uczestnicy systemu zaczęli świadczyć sobie usługi płacąc WIR Frankiem.

Rezultaty były podobne jak eksperyment z lokalną walutą
z poprzedniego roku w Austrii. Jak podaje Lietaer, liczba uczestników systemu niezależnego od banku centralnego wyniosła ok. 3000 osób w 1935 r. Po wojnie okresowo zmalała, lecz w 1960 r. wzrosła do 12,5 tys. uczestników. WIR Frank działa do dzisiaj. Liczba uczestników wynosi ok. 80 tys., a łączną wysokość obrotów szacuje się na 2,5 miliarda franków szwajcarskich. Posiadają też własny bank.

Praktyka

W praktyce wygląda to tak. Załóżmy, że żyjemy w jakimś mieście. Zbiera się grupa osób, najlepiej stowarzyszona w jakiejś organizacji. Płaci ona swoim członkom za dane usługi w walucie lokalnej, oprocentowanej ujemnie lub na zero. Stosunek do waluty narodowej wynosi 1:1. W obrębie stowarzyszenia ktoś wykonuje komuś daną usługę, np. ktoś jest hydraulikiem i akurat koledze ze stowarzyszenia zepsuł się zlew. Hydraulik wykonuje naprawę i dostaje za tę usługę walutę lokalną, a nie państwową.

Hydraulik nie może wymienić lokalnej waluty na pieniądze państwowe. Ale kolega ze stowarzyszenia jest z zawodu malarzem pokojowym. Hydraulik chce, by kolega mu wymalował pokój, ten tak czyni. W zamian dostaje lokalną walutę. W ten sposób waluta lokalna krąży w społeczności – czy będzie to organizacja społeczna, czy całe miasto lub gmina. Nie rezygnuje się przy tym z waluty narodowej (oficjalnej). W tym obiegu mogą też funkcjonować prywatne firmy, jeśli za swoje usługi przyjmą zapłatę w lokalnej walucie. Na przykład ktoś ma w danej chwili mało gotówki narodowej (oficjalnej), ale za swoje usługi posiada dużo waluty lokalnej, i chce ostrzyc włosy. Sprawdza w internecie, które zakłady fryzjerskie w mieście przyjmują lokalną walutę. Okazuje się, że jakiś przedsiębiorca działa w dwuwalutowym systemie. Wobec tego ktoś idzie do niego się ostrzyc i płaci mu za usługę w lokalnej walucie.

Alternatywa?

Współczesny kapitalizm prowadzi do reifikacji, tzn. do urzeczowienia człowieka i stosunków międzyludzkich. Można by napisać, że współczesny system monetarny robi to samo z pieniądzem. Pieniądz, zamiast być tym, czym być powinien – informacją, staje się towarem samym w sobie. Prowadzi to do maksymalizacji zysków tych, którzy są na samej górze tego piramidalnego systemu. Wmówiono nam, że nie ma żadnych alternatyw. A jednak żyjemy w świecie wielu możliwości.

Na całym świecie podczas kryzysów finansowych, systemy walut lokalnych lub tzw. banków czasu (tu walutą rozliczeniową jest po prostu jednostka czasu poświęcanego na wykonanie wymienianych usług) wyrastają jak grzyby po deszczu. Obecnie system ekonomiczny przechodzi okres lepszej koniunktury, która jednak nie będzie trwać w nieskończoność. Wcześniej czy później przyjdzie większe załamanie. Waluty lokalne mogą być odtrutką na zatruty organizm. Obecnie lokalne systemy walut praktykowane są w niektórych samorządach, NGO’sach i przez podmioty prywatne.

Większa demokratyzacja obecnego systemu politycznego i systemu ekonomicznego powinna polegać m.in. na docenieniu możliwości, jakie niosą ze sobą systemy walut komplementarnych.

Piotr Wildanger

Na kogo głos?

Na kogo głos?

Dziś wszyscy gadają o Unii, o jej przyszłości, dorzucając swoje naiwne banialuki, bo takie są prawa tego czasu. Czasu baśni z mchu i paproci. Większość z tego, o czym słyszymy, to mrzonki, bo Unia to zwykły drętwy biurokratyczny moloch, której reforma wymaga czegoś więcej niż tylko czczych deklaracji kandydatów do diet. Potrzebuje rewolucyjnych porywów i zdolnych do ryzyka buntowników z wyboru. Na wzór żółtych kamizelek. Nie pań i panów w uniformach, znamionujących sznyt rodem z high class, albo kandydatów gotowych się dać konformistycznie przerobić na wszystko. Chyba że pod taką etykietą schowany jest początek nowej rewolucji, koń trojański rebelianta, wiedza o tym, co trzeba, by móc ruszyć bryłę z posad świata. I karne trzymanie się busoli swoich słusznych celów i zasad.

Unia dziś jest bardziej niż kiedykolwiek oddalona od tego, co ją u zarania ukonstytuowało. A były to idea wspólnotowości i solidaryzmu społecznego. Wszyscy mieliśmy, według tych samych reguł, korzystać z owoców jej cywilizacyjnego postępu, w tworzeniu którego przecież mamy udział, każdy na miarę własnych kompetencji. Sam kapitał bez pracy jest jałowy, jest niczym i nie tworzy żadnej wartości. Ale to kapitał, poprzez swoich politycznych zarządców, wysyła siły porządkowe na ulice do tłumienia gniewu ludzi pracy. Unia to koterie nienaruszalnych wpływów politycznego establishmentu i biznesu, niezwykle mocno osadzonych na strukturalnym i formalnym jej kośćcu. To żadna nowość w liberalnych satrapiach, ale nie w demokracji. Ta jawi się tutaj okazjonalnie i tylko jako użyteczna wydmuszka i pusty slogan wyborczy. Deputowani udają, że poważnie traktują swoje codzienne zajęcia, podczas gdy w gruncie rzeczy poświęcają czas na tworzenie kwestii ustalonych gdzie indziej. Ich rola sprowadza się do legitymizowania kuluarowych prowizoriów w legislacyjnym kształcie i nadawania mu trybu implementacji.

Coraz bardziej drażni arogancja decydentów unijnych, którzy myślą, że obywatele nie zdają sobie sprawy, że założenia polityk wychodzą nie z forum parlamentu, a najważniejsze konsensusy nie są ucierane na salach plenarnych, lecz w dyskretnych i kameralnych lożach miłośników najdroższych cygar. Paryż i Berlin okazały się w tym stuleciu warte mszy, za cenę demokracji. Piotr Ikonowicz przypomina, że co dwa lata podczas spotkań w ramach Transatlantic Business Dialogue kapitanowie największych korporacji po obu stronach Atlantyku ustalają shopping list celów handlowych na kontynencie. 80% omawianych tam transakcji zostaje przeformułowanych na dyrektywy unijne. To są prawdziwe kuluary globalnej polityki.

Solidarność to ładne słowo w marketingu politycznym unijnych kampanii. Realna rzeczywistość to Nord Stream 2, pobłażanie Amazonowi, Google’owi czy Uberowi, które pomimo osiągania gigantycznych zysków na europejskim rynku nie płacą eurocenta podatku. Pytanie, dlaczego unijni dyplomaci nie dość skutecznie komunikują prawdę o tym, komu Unia służy, tylko bezczelnie ładują się w kolejnych zaciągach do Europarlamentu? Nie wystarczy ograniczać się do grzecznego utyskiwania slangiem kulturalnego inteligenta na wady i obłudną podwójną grę Unii. Ale wystarczy to w kontekście chłodnej matematycznej kalkulacji zysku. Dziwię się, niejako przy okazji, zbędnej ogładzie i certoleniu się, gdy nazywa się Macrona prezydentem. Demokratyczny, moralny mandat stracił już dawno. Dziś jest bardziej prezydentem establishmentu i nowego korporacyjnego światowego ładu niż Francuzów. Państwowy urząd kompromituje kolejnymi zbrojnymi akcjami rozprawiania się z żółtymi kamizelkami i gdy makiawelicznie deprecjonuje ich głupim pomawianiem o grabież mienia, jak w ostatnich tygodniach.

Przykłady działania Unii zdają się wystarczająco tłumaczyć głosy sceptycyzmu i zrozumiałego dystansu wobec obecnego projektu pogłębiania jej integracji. Ten sceptycyzm to także zasługa polskich delegacji zabiegających o utrącenie naszego kraju w unijnym budżecie. Motywy tych peregrynacji są absolutnie egoistyczne, społecznie nieuzasadnione, a nawet rozbieżne z powszechnym odczuciem, w kontekście dotykającego polskich obywateli wykluczenia prawnego. Jest mi osobiście bardzo nieprzyjemnie, gdy mój kraj jest kreowany na czarną owcę Europy, wobec którego trzeba użyć całego zestawu technik specjalnych i korekcyjnych działań, tylko po to, by pokazać, kto tu rządzi. Jak z żółtymi kamizelkami. Na obecnym etapie robi to wrażenie pomiędzy tolerowaniem innego na granicy obrzydzenia a groźbą wysłania go do poprawczaka.

Dziś krytyka wspólnoty jest szansą dla niej jak nigdy, szczególnie gdy widzimy, że Unia przechyla się ostro na kurs liberalny, sprzyjający kapitalistycznym monopolom i korporacjom. Przyszłość i dalsze jej trwanie będą zależały od jej zdolności do reform. To jest od jakości nowego desantu deputowanych obecnej kadencji, chcących czegoś więcej, niż tylko poklepywania się po plecach. Jeśli nie przyjmie reform, okaże się tworem kompletnie fasadowym, niezdolnym do samonaprawy, za to zdolnym co najwyżej dryfować przez jakiś czas, by wbrew faktom uzasadniać swoje istnienie. Dla obywateli będzie to tylko monstrum na glinianych nogach, trwające do ostatniego exitu. Teraz wystarczy pudrowanie polityką odwracania uwagi od centralnego kryzysu i didaskalia. Całe to gadanie kandydatów i narodowych rządów o ekologii i innych kwestiach wydaje się być z takiej perspektywy wyłącznie dziecinną paplaniną.

Zwykły obywatel nie ma w Unii nic do załatwienia i to jest jedno z jej paskudnych oszustw opakowanych w etykietę demokracji.

Obywatel co najwyżej może liczyć na dobrą radę za pośrednictwem jednego z banków, w stylu: jak cię nie stać na kawę na mieście, to zaparz ją sobie w domu. To zwyczajowo aroganckie stereotypizowanie ludzi i przerzucanie na nich odpowiedzialności za swój los, który jest rzekomo niczym więcej, niż prostą konsekwencją ich charakterów. To także socjotechniczny zabieg trzymania ich w ryzach winy i wstydu, jako zapory roszczeniowości i, nie daj Boże, uspołecznionego gniewu.

Mamy wybory. Uważajmy na kogo głosujemy. Sprawdźmy ludzi, a nie ich deklaracje. Gadanie nie kosztuje. Wybierając niewłaściwych zapłacimy cenę złej Unii. Egoistycznej, partykularyzmów, nierówności społecznych, biedy, wykluczonych i zmarginalizowanych, więcej niż jednej kategorii. Nie wierzę żadnemu politykowi, który obiecuje ludziom Unię proobywatelską i prospołeczną, a który nie ma na swoim koncie próby rozwiązania zawikłanych spraw tych, którzy żyją w państwie z kartonu. I angażując się na rzecz innych nie nabił sobie sińców, odbijając się od ściany do ściany urzędniczej obojętności na krzywdę polskiego biedaka. Nie wierzę żadnemu z tych jałowych gości, którzy trawią swój czas i nasze pieniądze na dyżurach w biurach poselskich. W oczekiwaniu na petentów wdzięcznych za gest kiwania głową, w gratisie dorzucając rozkładanie rąk. I niech za długo nie siedzą, i nie mają oczekiwań – bo takie mamy, proszę państwa, prawo, a prawo trzeba szanować.

Nasze wyborcze zaufanie wobec nich wymaga dowodu prawdy, a ten pochodzi wyłącznie z działania, ze stawania po stronie słabszych tutaj, w naszym państwie z kartonu. Urządzonego dla biednych, bo władza i zamożni mają swoje, pierwszej klasy, z własną infrastrukturą oświatową, zdrowotną i własną sprawiedliwością. W Polsce biedni swoich praw nie mają, bo z powodu wykluczenia prawnego nie mogą ich dochodzić. A to jest integralny warunek tej sławionej we frazesach wszelkiej podmiotowości. Dlatego można im nadal zabierać, dławić wszelkim przymusem, pogardzać i nawet używać pro bono do poprawy swego samopoczucia w sezonach na dobroczynność.

Na takich kandydatów do europejskich diet nie będę w wyborach głosować, bo wiem, że podobnie jak tutaj, tak później w Unii nic nie załatwią i nie zrobią rewolucji proobywatelskiej i prospołecznej. I żadnych obietnic wyborczych nie dotrzymają. Do tego trzeba świetnie zmobilizowanych i zorganizowanych, gotowych wozić się tam i z powrotem dla obrony więcej niż prywatnego ustroju. Takich obrońców obywatelskich interesów dziś potrzebujemy. Jak ci co niektórzy, dla jednych Ikonowicz, dla innych Kamiliańska Misja Pomocy Społecznej, do wyborów, niestety, nie idąca.

Ela Wisz