Prof. Monika Kostera: Zarządzanie ględami

Prof. Monika Kostera: Zarządzanie ględami

Ostatnimi czasy z przyjemnością miłośniczki soczystej polszczyzny używam Okraskowego określenia (czyli okraskizmu, jak twierdzi lud fejsbukowy) „ględzenie”. Oznacza ono pewien rodzaj gadaniny – bezrefleksyjnej mowy przywileju i nudnego poczucia wyższości i uprawnienia. Jest to słowo polskie i trafne, nie wymaga przemodnych kalek językowych z angielszczyzny i oddaje idealnie sedno sprawy. Jedną z takich kalek, która przybrała znamiona plagi, jednocześnie doskonale łącząc się z ględzeniem, jest zarządzanie czym popadnie. Angielskie słowo to manage ma w języku polskim wiele znaczeń, takich jak dawać sobie radę, radzić sobie, kontrolować, potrafić, obchodzić się, kierować i zarządzać. Wszystkie te znaczenia (i wiele innych) bywają ostatnio tłumaczone jako zarządzanie.

Bzdura kosmiczna! Nie istnieje coś takiego, jak zarządzanie sobą, zarządzanie talentem, zarządzanie relacjami, zarządzanie millenialsami, zarządzanie stresem, zarządzanie emocjami, zarządzanie pasją, zarządzanie ambicją, zarządzanie wiekiem, zarządzanie gniewem (wszystko to autentyki). Równie dobrze można by wyobrazić sobie następujący mądry dialog: „jak dajesz sobie radę w tym deszczowym czasie? – jakoś zarządzam”; how to you endure in the rainy season? – somehow I manage. A „zarządzam sobą” to po angielsku I am the director of myself. Mojego prywatnego anty-Miodka zdobywa jednak „zarządzanie życiem”, którego podejmuje się uczyć pewna prestiżowa warszawska uczelnia na specjalnych studiach podyplomowych, drogich i „elitarnych”.

Zarządzanie to wszak gospodarowanie (rzadkimi) zasobami, zatem możemy mówić o zarządzaniu fabryką, finansami, produkcją, ewentualnie czasem (jeśli chodzi o podejście systemowe, nie o własny kalendarzyk). Dalej, kieruje się ludźmi, zarządza personelem, bo w domyśle to cały podsystem przedsiębiorstwa, nie tylko ludzie jako tacy, ale także przepisy, stanowiska pracy, funkcje doboru, utrzymania i rozwoju itd.

Skoro mamy sezon ogórkowy i idę bardzo poważnie być offline w sierpniu, z plecakiem i bez zarządzania, to ten felieton będzie troszkę mniej serio. Nie aż tak, by nie wyraził moich głębokich i stałych w swej negatywnej tonacji uczuć wobec kapitalizmu, ale, być może, wyrazi je nieco mniej solennie. Jeśli potrafię.

Na początek coś bardziej serio – dlaczego warto się zastanawiać nad ględzeniem. Duński metodolog nauk społecznych prof. Bent Flyvbjerg zwraca uwagę, że wówczas, gdy ma się do czynienia z materią społeczną, należy zadawać kilka podstawowych pytań: dokąd zmierzamy? Kto wygrywa, a kto traci na tym, że zmierzamy tam, gdzie zmierzamy? Czy ten kierunek rozwoju jest pożądany? Jeśli nie, to co powinniśmy z tym zrobić? Te pytania są obowiązkowe dla wszystkich uczonych zajmujących się naukami społecznymi – bez brania pod uwagę ukrytego często głęboko w strukturach społecznych czynnika władzy, czyli fundamentalnego pytania, dla kogo dane zjawisko jest korzystne, nauki społeczne są bez wartości. W codziennym życiu nie jest to postulat aż tak mocny, jedynie zachęta do refleksji. Może przydać się wszelkim osobom zainteresowanym mediami, a także socjalistom, których, przypomnę, łączy przede wszystkim dążenie do obalenia kapitalizmu i zmiany świata na lepsze. Krytyczne myślenie i refleksyjność mogą być w tym bardzo pomocne. Zatem wszelkie „prawdy oczywiste” nie są prawdą. To ględy. Znów powołam się na spostrzeżenia Flyvbjerga, który głosi, że myślenie krytyczne jest niezbędne, bo w zetknięciu z materią społeczną musimy zrezygnować z wszelkich pretensji, także tych niewyrażonych wprost, by naśladować sukces nauk ścisłych w tworzeniu teorii kumulatywnych i predyktywnych, bo takie podejście po prostu nie działa w naukach społecznych. Nie ma więc żadnych obiektywnych praw, na których możemy się oprzeć. Zawsze musimy odnieść się do problemów, które mają znaczenie dla konkretnych grup ludzi w społecznościach lokalnych, narodowych i globalnych, w których żyjemy, i musimy robić to w sposób mający znaczenie, czyli po prostu mieć im coś do powiedzenia i do zaproponowania. Inni ludzie to nie tylko nasze „przedmioty badań” czy też czytelnicy, wyborcy, oddane głosy, słupki sondażowe, ale nasi współobywatele. To, co mówimy i jak mówimy, jest naprawdę ważne, bo, nawet jeśli nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, jest zawsze częścią dialogu, podkreśla Flyvbjerg. Zostawmy wakacyjnie naukę troszeczkę na boku i hop, wskoczmy do basenu słów i gadaniny, której częścią bardzo poczesną są nie tylko pociągające plotki i gawędy, ale też rozmaite ględy.

Pierwszym i całkiem niebanalnym rodzajem ględzenia są ględy o wszech-zarządzaniu. Bogiem a prawdą nie tylko złe zwyczaje tłumaczeniowe i brak wiedzy leżą u podstaw tego nałogu. Jedną z głównych jego przyczyn jest to, że po prostu opłaca się tak mówić – za takie sformułowania przyznawane są granty, pozytywne oceny recenzentów i innych opiniodawczych ważnych gron. Niedawno Aldona, doktorantka z dziedziny nauk społecznych, próbowała otworzyć przewód z pracą o wspieraniu zaradności profesjonalnej pewnej grupy zawodowej, powiedzmy, artystów. Komisja stanowczo odrzuciła propozycję, nakazując zmianę tytułu na przedsiębiorczość. Aldona, pomimo przekonujących uzasadnień i pogodnego, niekonfrontacyjnego usposobienia, rada nie rada musiała zmienić tytuł i aparat terminologiczny, bo inaczej nie mogłaby wyników swoich badań przedstawić jako pracy doktorskiej. Inna doktorantka, Angelina, która zaproponowała jako tytuł swej pracy „Kierowanie ścieżką zawodową”, została nakłoniona do jego zmiany na „Zarządzanie karierą”, bo jej oryginalny tytuł skojarzył się komuś z PRL. Angelina z trudem powstrzymała pytanie: a komu i jak będzie się mój zmieniony tytuł kojarzyć za 20 lat?

Naukowcy znają takie historie doskonale, nie muszę się nad nimi za bardzo rozwodzić. Jednak język, którego używamy w nauce nie jest w tym przypadku wyłącznie naszą hermetyczną sprawą. Pozostali ludzie przyzwyczaili się do takiego języka – z wyjątkiem lingwistów i filozofów, których, bywa, że chętnie czytamy, ale rzadko słuchamy. Zwykli ludzie widzieli tego typu konstrukty miliony raz w ciągu dowolnego miesiąca i myślą, że to jest poprawna forma. Zarządzacze, czyli teoretycy zarządzania, są zadowoleni, bo po cichu i prawie bez wysiłku rozbudowują swoje imperium symboli. Problem w tym, czym będziemy się, jako dyscyplina nauki, zajmować, gdy skończy się bańka – a kiedyś się skończy – i z czym właściwie zastaniemy? To imperium symboli zawiera ględy. Coś takiego jak „zarządzanie życiem” czy „zarządzanie sukcesem” nie ma sensu poza modą na zarządzaniową nowomowę. Czy potrafimy odpowiedzieć na pytanie: co będziemy badać w czasie, gdy zarządzanie nie będzie już modne, gdy nie będzie wiodącą ideologią? Ja mam pewien pomysł – będziemy zajmować się mniej więcej tym samym, czym oryginalnie mieliśmy jako nauka akademicka (czyli nie szkoły handlowe, lecz instytuty uniwersytetów), mniej więcej od lat 20. czy 30. ubiegłego stulecia i przez cały czas od tamtej pory. Nawet mam polski dyplom z tej dyscypliny: magister organizacji i zarządzania. Podobny pomysł ma mój wybitny kolega profesor Martin Parker, z tym że on proponuje, by pozbyć się z nazwy zarządzania, bo jest to wszak część składowa szerszego pojęcia – organizacja.

Kolejny podgatunek ględów to władzoprelekcje. Może zacznę prezentację takowych od tego, że nie wierzę w „mansplaining”. To tylko część zjawiska i tak jak bywa modnie przedstawiana zaciemnia raczej niż eksponuje problem, jakim jest retoryka władzy i przywileju. Tak, to prawda, że w patriarchacie strukturalną władzę mają mężczyźni – nie jako grupa żywych ludzi, ale cecha dostępu do uprzywilejowanej struktury społecznej. Bycie facetem z władzą daje coś w rodzaju klucza generała do wszystkich struktur. Więc gdy oni (faceci z władzą, nie faceci władzy pozbawieni) sobie gawędzą, to wszyscy ich słuchają, w tym także ci, którzy lepiej od tamtych znają się na przedmiocie gawędy. To samo robią wszakże kobiety mające władzę, dokładnie tak samo nie wiedząc, że to robią – a nawet, przeciwnie, czując się dumne, że tak oto prezentują silną kobiecość i ach jakież to wyzwalające dla potęgi jajnika. Tymczasem władza to władza i działa tak samo, niezależnie od genitaliów. Podpieseł płci dowolnej może sobie gadać ile wlezie i tak czy owak kiedyś przyjdzie ktoś, kto naprawdę wytłumaczy to samo i wtedy świat usłyszy. Podpieseł może być co najwyżej zabawny, interesujący albo – na ogół – niezauważalny lub irytujący. To oczywiste, że należy jej/jemu wytłumaczyć wszystko porządnie.

Kolejny podtyp ględów to śmieciomichałki. Przykłady, przykładziki, atrakcyjne ilustracyjki na prawach niepodważalnego argumentu. Na przykład bardzo popularne są ostatnimi czasy w polskiej akademii anegdoty o tym, jak uczony złożył do oceny publikację składającą się z samych pustych stron, a w sektorze IT opowiastki o informatyku, który zapomniał przychodzić do pracy. Służą one legitymizacji postulatu wzmożenia kontroli – słuchacze oburzają się, że oto inni – ci okropni akademicy, ci luzacy informatycy – mają takie fory, podczas gdy oni muszą rzetelnie pracować.

Chciałabym zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, to tylko anegdoty. Rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona i nie ten jeden leser, luzak, oszust, alkoholik powoduje upadek morale, lecz czyni to na ogół osoba na pozycji władzy, dająca zły przykład innym. W wyniku wzmożenia kontroli osoby stosujące wobec swojej pracy taryfę ulgową i pragnące to legitymizować, starają się o uzyskanie takiej pozycji, by działać w ten sposób bez negatywnych konsekwencji, a nawet z możliwością uzyskania permanentnych przywilejów. Stają się niewidoczne, ale sposób ich działania wyznacza odtąd normę dla całego podsystemu, którym kierują. Koszty zaostrzenia kontroli zawsze spadają na innych, głównie na tych „ze środka” struktur lub na najsłabszych (na różne sposoby) pozycjach.

Po drugie, kwestia warunków pracy – w przypadku pracy naukowej czy pracy informatyka warunki jej wykonania są inne, niż w przypadku sprzedawcy szamponów. W ogóle niewyalienowana praca ma to do siebie, że odbywa się we właściwym sobie kontekście, ma swoje zasady, prawa i narzędzia. W kapitalizmie dominujący postulat kontroli przez oderwanie pracy od wiedzy i wpływu pracownika, na początku zastosowany był wobec robotników przemysłowych jakieś sto lat temu i stopniowo objął wszystkie grupy zawodowe, ba, nawet profesje takie jak medycyna czy akademia. Deprofesjonalizacja przynosi mnóstwo fatalnych skutków, takich jak systematyczne obniżanie standardów, odłączenie empatii, czyli profesjonalna znieczulica i szalejąca alienacja wywołująca epidemię depresji.

Po trzecie, cóż w tym złego, by funkcjonowały w organizacjach różne postaci, ludzie niedoskonali czy mający niedoskonałe momenty? Można, zamiast czynić z nich kozły ofiarne, starać się nad nimi pochylić, pomóc, zdyscyplinować, wyedukować. Z tego, co pamiętam, na tym miało polegać nowoczesne kierowanie ludźmi. Gdyby nikt nie pochylił się swego czasu w zwykłej nastawionej na zysk korporacji nad posiadającym wówczas sto problemów Johnem Burnsidem, nie mielibyśmy dziś genialnego szkockiego poety. Pytanie za kupon na pietruszkę od felietonistki-strukturalistki: dlaczego śmieciomichałki zawsze dotyczą słabych, maluczkich, organizacyjnych podpiesełków? Jakoś nigdy nie słyszy się o szefie, który zapomniał przyjść do pracy. Albo o dyrektorze-alkoholiku, który od rana dolewa sobie z piersióweczki whiskaczyka do kawki. Czemu nie czyta się prasowych bzdurek o menedżerach wpisujących losowe słowa do raportów? A już z całą pewnością – o inwestorze miliarderze, którzy zapomniał przyjść do pracy… Może to nie dotyczy tych pozycji, funkcjonują na nich wyłącznie tytani pracy i aniołowie odpowiedzialności?

Podgatunek kolejny, niebanalny. Ballada o zgniłku. Czasami – wcale nie bardzo rzadko – pojawia się w dyskursach naszych codziennych i medialnych taka granicząca z sadyzmem „dorosłość”: „zaraz wam udowodnię, że świat jest zgniły, ja to wiem, teraz i wy się przekonacie”. Jestem zmęczona założeniem, że posiadanie poglądów, szczerość, zaangażowanie, są miarą niedojrzałości i godne pogardy, natomiast o prawdziwej dojrzałości świadczy – i zasługuje na zaufanie – wyłącznie cynizm. W ten sposób można przedstawić siebie jako postać poważną i dojrzałą, zasługującą na bogactwo i władzę. Można w ten sposób przekonywać, że się na wszelkie te nagrody w pełni zasługuje. Dlaczego? Bo taka osoba spojrzała w otchłań i otchłań spojrzała na nią i głęboko westchnęła. Nie, nie jest to efekt dojrzałości, lecz na ogół kooptacji. Była idealistka, były idealista, którzy tego doświadczają, prawdopodobnie nie tyle dorośli, co sprzedali swoje ideały za jakąś tam cenę, mniejsza z tym, czy z życiowej konieczności, czy z innego powodu. Ballada o zgniłku potrzebna jest takiej osobie do tego, by za jednym zamachem uprawomocnić to, co zrobiła – zwykłą i dość pospolitą zdradę, a jednocześnie odreagować swoją złość, smutek i obrzydzenie z tego powodu na kimś innym, na sobie samej sprzed aktu zdrady, na innych, którzy (jeszcze, wcale) tego aktu nie dokonali. Dzięki balladzie znów czuje się uskrzydlona, znów czuje, że żyje i walczy – to nieważne, że tym razem na radykalnie innym froncie i bardziej z samą sobą, niż przeciwko zniewoleniu. Ględzenie o doniosłości bycia zgniłkiem jest, w istocie, formą permanentnego samobójstwa, które można popełniać wciąż na nowo, w uniesieniu.

Skoro sezon ogórkowy, to nie musi być mądrych konkluzji. Może tylko tyle, że takie ględy tworzą coś, co z pozoru jest lekkie i frywolne – modę. Zawsze zadziwiała mnie i przerażała siła, która w połowie lat 70. nagle kazała wszystkim kobietom nosić jednakowe koszulki z nadrukiem portretu zagadkowej kobiety, potem skarpetki z koronką, a potem nagle wszystkim głosić, że rynek rozwiąże sam wszystkie problemy ludzkiej egzystencji. Moda jest tylko z pozoru lekka i zabawna. To jedna z potężnych sił instytucjonalizacyjnych, czyli takich wielkich kulturowych dynamik, które kształtują instytucje społeczne – szczególnie trwałe i głębokie podstawy do budowania struktur społecznych, na ogół przyjmowane jako oczywiste i dlatego niewidoczne z perspektywy zwykłego członka czy członkini społeczeństwa. Można porównać je do aksjomatów, fundamentów, których się nie kwestionuje. Zmieniają się powoli i pod wpływem potężnych presji, takich jak prawo czy edukacja. Oraz – moda. Tak, to pozornie niepoważne zjawisko ma gigantyczną moc. Jeśli wszyscy zaczniemy mówić o zarządzaniu żołądkiem, to za czas jakiś stanie się to oczywiste i pomoże wypromować dalej modę na zarządzanie i na to, by traktować działanie wewnętrznych narządów ludzkiego ciała jako możliwe do kontrolowania w analogiczny sposób, w jaki kontroluje się np. produkcję środków czystości. Pomoże w dalszym kreowaniu wizji świata jako wielkiej korporacji i posłuży jeszcze większej fragmentaryzacji tkanki społecznej – każdy jest odpowiedzialny za działanie swojego ciała. Nie zdziwmy się, gdy pojawi się nurt żołądkowej przedsiębiorczości, w ramach którego osoby pozwalające swoim narządom trawić spokojnie spożytą kanapkę z serem piętnowane będą jako pasywne homo sowieticusy bez grosza inicjatywy, niezasługujące na dostęp do publicznej służby zdrowia. Ale nie zdziwmy się też, gdy pojawi się jakaś moda dzika, szalona, jak na słynnej farmie Yasgura latem 1968 roku i zrzucimy z siebie zarządzaniowe ględy jak hippisi krawaty, szpilki i staniki i poszybujemy jako tkanka społeczna nie do końca przewidywalna, chwała niebiosom, ku przyszłości niewyzarządzanej i nieprzedsięwziętej. Gdzie też będą ględy, ale całkiem inne.

prof. Monika Kostera

Żegnaj próchnico!

Za chwilę zaczyna się rok szkolny. Od września w każdej szkole mają pojawić się gabinety pielęgniarskie i stomatologiczne, zapewniające opiekę zdrowotną w miejscu pobierania nauki dzieciom do 19. roku życia. Pojawić się, a raczej powrócić – dentyści zniknęli ze szkół ponad dwadzieścia lat temu, jeszcze w latach 90. Od tego czasu, pomimo obecności prywatnych gabinetów niemal na każdym rogu, stan zębów polskich dzieci i młodzieży systematycznie się pogarsza.

Jak informuje strona zdrowie.gov.pl. próchnicę ma już ponad połowa, bo aż 57% trzylatków, 80% pięciolatków i aż 90% siedmiolatków. Statystyki podają, że 35% polskich dzieci w wieku 7 lat ma przynajmniej jedną plombę, a 12% dzieci w tym wieku ma już za sobą pierwsze przeżycia związane z usunięciem chorego zęba. W porównaniu ze średnimi europejskimi wynoszącymi odpowiednio 15% i 9% polskie dzieci nie wypadają najlepiej.

Publikacje na temat ogromnego rozpowszechnienia próchnicy (która jest chorobą zakaźną!) pomijają jednak całkowicie temat dostępności darmowego leczenia. Skupiają się za to na piętnowaniu rodziców za niski poziom świadomości zdrowotnej, brak profilaktyki i zainteresowania stanem zębów potomstwa. Kolorowe foldery informują o konieczności przeprowadzania badań kontrolnych uzębienia już od szóstego miesiąca życia dziecka. Ostrzegają, by nie dopuszczać do próchnicy zębów mlecznych, które „w razie czego się wyrwie”, ponieważ dzieci z ubytkami w zębach mlecznych nie mogą prawidłowo jeść, a czasami także mówić. Usunięcie zębów zaatakowanych przez próchnicę przyczynia się do wad zgryzu w późniejszym wieku. „Lepiej zadbać o zęby, by nasze pociechy mogły cieszyć się uśmiechem nie tylko we wczesnym dzieciństwie” – informuje jedna z publikacji Ministerstwa Zdrowia. Na radosnych zdjęciach wszyscy mają piękne białe uzębienie.

Pod enigmatyczną formułą „zadbać” kryje się cały bezlitosny sztafaż III RP i wykrzywiona twarz polskiego liberalizmu. Obywatel/ka ma samodzielnie troszczyć się o zapewnienie sobie na wolnym rynku usługi medycznej, która jest jedną z droższych. W kraju, gdzie bardzo wiele osób zarabia wciąż poniżej 2 tysięcy złotych „na rękę” miesięcznie, koszt jednorazowej wizyty u dentysty – w sprawie jednego zęba – to 150-400 zł. A na jednym spotkaniu bardzo często się przecież nie kończy. Nawet jeśli zlekceważymy odkamienianie, wybielanie, dostawianie koronek czy leczenie mniej widocznych, tylnych zębów – i tak wydamy fortunę, jeśli za jamę ustną weźmiemy się całościowo. Koszt leczenia kanałowego jednego zęba przekracza w tym momencie 1000 zł. Mityczny strach przed dentystą i „zaniedbywanie” zębów to jedno, ale bardzo wielu Polaków przed wizytą w prywatnym gabinecie powstrzymuje po prostu cena. Zwlekają, póki nie zacznie naprawdę solidnie boleć. Wtedy zdarza się, że biorą na leczenie „chwilówkę”.

Można oczywiście leczyć zęby na koszt NFZ, lepszy rydz niż nic. Jednak zakres refundowanych zabiegów nie jest szeroki, a poza tym występuje system dopłat. Do znieczulenia. Do lepszej, jaśniejszej, mniej rzucającej się w oczy plomby. I oczywiście długie terminy, co, w połączeniu z faktem, że bólu zęba nie da się ignorować dłużej niż przez kilka dni, napędza klientelę prywatnym gabinetom.

Czy to wszystko oznacza, że nic się nie da zrobić i należy nabijać kabzę prywatnym przychodniom, bo NFZ jest słabe i niewydolne? Wręcz przeciwnie: należałoby wrócić do pomysłu darmowego, powszechnego leczenia stomatologicznego. Wprowadzić ponownie gabinety do szkół, zwiększyć kadry i liczbę przychodni funkcjonujących na kontraktach z NFZ, a docelowo – otworzyć zupełnie darmowe poradnie dentystyczne, zaś w regiony, gdzie ich nie ma, puścić dentobusy.

Plany te nie są nowe, a wręcz mają już ładnych parę lat, bo, wbrew pozorom, już niespełna dekadę po wypędzeniu gabinetów ze szkół zorientowano się, że nie był to wcale najlepszy pomysł. Państwo radośnie umyło ręce od swoich psich obowiązków, przekazując je, jak zazwyczaj, sektorowi prywatnemu. Kogo stać, poradzi sobie. Kogo nie stać, bo ma pilniejsze wydatki, np. chleb – będzie szczerbaty.

Już w 2010 r. „Gazeta Współczesna” pisała o pomyśle na dentobusy, czyli w pełni wyposażone autobusy dentystyczne, które będą przemieszczały się z regionu do regionu. Ministerstwo Zdrowia wpadło na ten pomysł w 2008 r., dwa lata później jednak nadal pozostawał on w sferze planów. Dentobusy wyruszyły do polskich wsi i mniejszych miejscowości dopiero po niemal dekadzie. „Zdaniem specjalistów, przyczyną pogarszającego się stanu zębów u dzieci i młodzieży jest likwidacja gabinetów stomatologicznych w szkołach. Jeszcze kilkanaście lat temu to one tworzyły główną sieć kontroli nad uzębieniem najmłodszych. Teraz ta odpowiedzialność spoczywa w całości na rodzicach” – alarmowała już w 2010 r. gazeta. Przypominała, że jeszcze kilkanaście lat wcześniej zęby dzieci były systematycznie kontrolowane. Raz w semestrze do klasy przychodziła dentystka i zapraszała wszystkie dzieci do gabinetu na przegląd zębów. Kto chciał leczyć się prywatnie, poza szkołą, mógł odmówić. Ale ogromna grupa dzieci korzystała na takich przeglądach, bo stanowiły one sito przesiewowe do bezpłatnego leczenia.

Latem 2018 r. ruszył program pod hasłem „Poprawa dostępności do świadczeń stomatologicznych dla dzieci i młodzieży w szkołach”. Do szkół publicznych miały powrócić gabinety dentystyczne. Samorządy na szczeblu gminnym, powiatowym i wojewódzkim miały składać wnioski o dofinansowania wyposażenia i remontów. Jednak w 2018 r. otwarto tylko kilkadziesiąt gabinetów, głównie w małych miejscowościach. Koszt wyposażenia takiej pracowni to prawie 50 tys. zł, tu jednak kłopoty się nie kończą.

Program napotyka na wiele problemów, przede wszystkim kadrowych. Brak pielęgniarek jest już legendarny – przez lata żelazna ręka wolnego rynku ściskała je w klinczu niskich płac, szantażu emocjonalnego („nie odejdziecie do łóżek,, bo narazicie pacjentów”) lub jednym i drugim skutecznie zachęcała do wyjazdów na Zachód. Dentystów za to nie brakuje, to jeden z intratniejszych zawodów medycznych. Cóż z tego, skoro nie chcą pracować w szkołach (a i nierzadko leczyć „na NFZ”), bo „to się im nie opłaca”. W dodatku logika rynkowa przez ostatnie trzydzieści lat przeorała nam umysły tak solidnie, że są w takim podejściu usprawiedliwiani. Pielęgniarka może zarabiać tragicznie mało, chwytać sroki trzech etatów za ogon, a „jak się nie podoba, to zmienić pracę”, stomatolog ma zaś wyłącznie zarabiać i bogacić się w prywatnym gabinecie, mimo że państwo polskie zapłaciło za lata jego darmowych studiów, praktyk i ćwiczeń. W którym momencie zatraciliśmy rozsądek, trzeźwość myślenia, dbałość o zdrowie obywateli? Dlaczego uznaliśmy, że przedstawiciele pewnych niezbędnych zawodów nic nie muszą, choć ich pomoc jest de facto nieodzowna?

Kilka dni temu czytałam na facebookowym profilu Związku Nauczycielstwa Polskiego dyskusję o powrocie darmowej opieki dentystycznej do szkół. Jeśli uda się to przeprowadzić, to wydawałoby się, że to wspaniały pomysł, prawda? Otóż nie – w optyce większości komentujących jest to idea fatalna. „Kojarzy się z komuną”, „jakość plomb będzie słaba”, „dzieci będą się bały”, „nikt nie powinien prowadzić leczenia pod nieobecność rodzica”, i tak dalej. Powracają (i dominują) także oczywiście stare liberalne śpiewki. Prywatne lepsze. Dentystom nie będzie się opłacać, a trudno ich zmuszać. Kto za to wszystko zapłaci? – oczywiście my, z podatków.

Byłam przerażona, że można ludziom oferować coś dobrego i za darmo, rozwiązanie, które może oznaczać uporanie się z problemem próchnicy wśród dzieci na szerszą skalę, ale i tak wiele osób uzna je za niekoniecznie, a wręcz potraktuje je wrogo. Płacą podatki i jęczą, że nie ma usług publicznych (a raczej ich nie dostrzegają, bo przecież są, i to znośne). Mają możliwość dostać coś w zwrocie za te podatki, bez ich podwyższania – pomoc i usługę, która kiedyś była standardem w szkołach. Wolą zapłacić za prywatne na wolnym rynku kupę forsy, bo „lepsze” – niech płacą. Ale niech nie torpedują prawa dostępu do takiej pomocy tym, którzy jej potrzebują. Nie wszystkie dzieci są prowadzane do prywatnych dentystów, którzy rozdają pluszowe ząbki i odznaki dzielnego pacjenta. Są dzieci z próchnicą, której nikt nie leczy, bo brak na to czasu i środków. Nie wszystkim dzieciom ktoś poda choćby witaminy czy tabletkę przeciwbólową. Nie wszystkie dzieci ktoś zważy, zmierzy, dostrzeże wady postawy czy wszawicę. Nie wszystko rozwiąże wolny rynek rękami rodziców, bo nie wszyscy rodzice mają pieniądze, wiedzę i kompetencje, by prowadzać dziecko do dentysty czy na zwykłe bilanse. Mówienie „to niech zaczną mieć” to wygodne spychanie odpowiedzialności z państwa, które za „złej komuny” takie minimum zapewniało.

Bardzo trudno będzie przywrócić opiekę pielęgniarską i dentystyczną w każdej szkole. Są problemy z kadrami, choć mógłby je rozwiązać np. nakaz praktykowania młodych dentystów przez jakiś czas w szkole czy poradni państwowej, za stawki nierynkowe, dla dobra wspólnego. Są problemy finansowe i organizacyjne – za gabinety mają zapłacić samorządy, którym właśnie rząd uszczuplił wpływy, wprowadzając zerowy PIT do 26. roku życia. Przed nami korowód kłopotów, które będziemy musieli pokonać tylko po to, by… przywrócić do dawnego stanu to, co mieliśmy i co nieźle funkcjonowało. Ale trzeba koniecznie wejść na tę drogę. Innej nie ma.

Magdalena Okraska

Argentyńska wołowina i niemiecka fura a sprawa polska

Kierownictwo Komisji Europejskiej oraz Mercosur, międzynarodowej organizacji gospodarczej zrzeszającej Argentynę, Brazylię, Paragwaj i Urugwaj, podpisały 28 czerwca porozumienie handlowe. Negocjacje trwały prawie 20 lat, lecz do ich finalizacji doszło w ciągu kilku tygodni przez kończące swoją kadencję władze Komisji Europejskiej. Umowa zakłada redukcję barier celnych, uproszczenie procedur prawnych oraz dopuszczenie do przetargów publicznych [1]. Sygnatariusze porozumienia poruszają kwestie ochrony konsumentów, środowiska i standardów pracy, jednak dotychczasowe doświadczenia liberalizacji handlu międzynarodowego uczą, że priorytetem pozostaje zyskowność sektora prywatnego kosztem jakości życia mieszkańców obydwu kontynentów.

Wgląd w strukturę handlu między UE a Mercosur pozwala zidentyfikować głównych beneficjentów porozumienia. W Unii są to sektory produkujące maszyny, sprzęt transportowy, chemikalia i produkty farmaceutyczne. Wiodącą rolę w tych branżach odgrywa kapitał niemiecki. Dla przeżywającej spowolnienie gospodarki Niemiec obniżenie jednych z największych taryf importowych na samochody będzie szansą do zwiększenia swojej rentowności [2]. Z kolei kraje Ameryki Południowej celują w eksporcie żywności, napojów i tytoniu. Do roli potentatów rosną eksporterzy mięsa drobiowego z Brazylii i mięsa wołowego z Argentyny. Przeciwko temu protestują europejscy producenci rolni. Wskazują, że wzrost importu oznacza napływ żywności niespełniającej unijnych norm jakości oraz naruszenie dobrostanu zwierząt i reguł ochrony środowiska [3].

Protest już trwa

Gotowość unijnego establishmentu do przehandlowania europejskiego rolnictwa dla zysków niemieckiego przemysłu samochodowego wywołała sprzeciw producentów rolnych i grup działających na rzecz ochrony środowiska. COPA COGECA – europejskie zrzeszenie rolniczych związków zawodowych i organizacji spółdzielczych – wydało oświadczenie, w którym skrytykowało odchodzącą Komisję Europejską za wdrażanie polityki podwójnych standardów, która grozi gospodarkom z rozwiniętym sektorem rolniczym. Podpisana umowa stoi w sprzeczności z deklarowanymi celami unijnej polityki, a zadaniem nowych władz UE powinno być ograniczenie jej negatywnego wpływu [4].

Do innych kwestii odnoszą się organizacje na rzecz ochrony środowiska i społeczeństwa obywatelskiego. W otwartym liście krytykują ekspansywną politykę rolną wspieraną przez prezydenta Bolsonaro. Prowadzi ona do niszczenia lasów Amazonii oraz do ataków na ludność autochtoniczną. Prezydent Brazylii jest również odpowiedzialny za łamanie praw człowieka. W konkluzji ponad 340 organizacji sygnujących list wzywa UE do natychmiastowego wycofania się z negocjacji z krajami Mercosur [5].

Zagrożenie ze strony międzynarodowej umowy mobilizuje nie tylko do wydawania oświadczeń. Znani z gotowości do radykalnych działań francuscy rolnicy protestowali na ulicach w ciągu ostatnich tygodni. Demonstracje miały również miejsce w Belgii i Irlandii.

Od zawarcia porozumienia do jego wejścia w życie musi ono zostać zaakceptowane przez wszystkie instancje unijne i rządy narodowe krajów zrzeszonych w UE. Wciąż relatywnie niska skala mobilizacji społecznej ma jeszcze czas, by się wzmocnić i zablokować umowę na szczeblach krajowych. To jednak zależy od aktywności strony społecznej oraz determinacji południowoamerykańskiego i europejskiego kapitału do wdrożenia zmian faworyzujących ich interesy.

UE-Mercosur a sprawa polska

Handel z krajami Mercosur, światowymi liderami produkcji żywności, stanowi zagrożenie dla polskiego rolnictwa, szczególnie w obszarze wołowiny, cukru i drobiu. Jednocześnie polska gospodarka nie jest w stanie zrekompensować strat poprzez zwiększony eksport towarów do Ameryki Południowej. Zyski niemieckiego biznesu są nie do powtórzenia w polskich warunkach ze względu na brak analogicznej bazy przemysłowej i orientacji naszej produkcji żywności na potrzeby krajowe i unijne.

Wydaje się, że problem jest dostrzegany przez polskiego ministra rolnictwa. Na forum unijnym wskazywał na zagrożenia dla europejskiego rynku żywności płynące z porozumienia z Mercosur [6]. Na ile jednak rząd Mateusza Morawieckiego będzie zdecydowany na obronę interesów rolników i czy nie przehandluje ich kosztem innych celów?

Ocena wpływu umowy Mercosur nie powinna jednak być ograniczona do bieżącego bilansu zysków i strat. Zadać należy pytanie, czy sam fakt traktowania żywności jako towaru służącemu bogaceniu się jest właściwym podejściem. Z odrzucenia tego punktu widzenia wychodzi ruch na rzecz suwerenności żywnościowej. Suwerenność żywnościowa zakłada, że to same społeczności kontrolują sposób, w jaki żywność jest produkowana, dystrybuowana i konsumowana. Priorytetem są potrzeby społeczności i ochrona środowiska, nie zyski międzynarodowych korporacji, które dominują globalne łańcuchy dostaw [7]. Zdolność społeczeństwa do zagwarantowania sobie dostępu do pożywienia bez względu na okoliczności zewnętrzne stanowi podstawę długofalowego i zrównoważonego rozwoju. Coś przeciwnego głosi teoria liberalna, dla której krótkoterminowa efektywność ekonomiczna jest ostateczną miarą sensowności istnienia branż.

Dlatego suwerenność żywnościowa jest sztandarem, wokół którego należy gromadzić siły społeczne sprzeciwiające się międzynarodowej liberalizacji handlu i wynikającym z niej naruszeniom norm środowiskowych, standardów pracy czy praw konsumentów. Bieżący zysk ekonomiczny i rentowność gospodarstw rolnych są drugorzędne wobec produkcji zdrowej i pełnowartościowej żywności dostępnej ogółowi społeczeństwa. W tym ujęciu państwo aktywnie harmonizuje interesy producentów i konsumentów w trosce o bezpieczeństwo żywnościowe i efektywność produkcji.

Budujmy ruch!

Sprzeciw wobec umowy UE-Mercosur powinien być bodźcem do budowy polskiego ruchu na rzecz suwerenności w obszarze żywność. Łączyłby rolników, organizacje ochrony praw konsumentów i ekologów w kontrze do globalnych korporacji i wspierających je probiznesowo zorientowanych rządów europejskich i południowoamerykańskich.

Świadomość opinii publicznej na temat problemu pozostaje wciąż bardzo niska, w przeciwieństwie np. do TTIP, które było szeroko oprotestowywane. Nie pomaga temu ignorowanie tematu w mediach masowych. Z drugiej strony głosy niezadowolenia docierają z organizacji branżowych, AGROunii skupiającej bojowych rolników czy think tanków zajmujących się sprawiedliwym handlem oraz ochroną środowiska. Dlatego pierwszym krokiem powinna być integracja środowisk sprzeciwiających się temu porozumieniu handlowemu, z kluczową rolą samych rolników, i rozpoczęcie kampanii informacyjnej. Wymiana towarowa ma służyć stabilnemu i zrównoważonemu rozwojowi społeczności, nie zyskowi eksporterów i inwestorów poszukujących jak najbardziej efektywnej alokacji zasobów. To jednak zakłada podważenie instytucjonalnych ram globalnego handlu chronionego przez szereg międzynarodowych organizacji, jak MFW, WTO czy sama UE.

Dlatego budowa suwerenności żywnościowej nie oznacza bycia skupionym tylko na kwestiach lokalnych i zamknięcie się na problemy krajów globalnego Południa. Konieczne jest podważenie samej logiki utowarowienia jedzenia, kosztem potrzeb narodów świata. Dlatego walka o bezpieczeństwo żywieniowe w kraju jest jednocześnie walką o sprawiedliwszy model relacji międzynarodowych.

Kamil Sawczak

 

Przypisy:

1. http://trade.ec.europa.eu/doclib/docs/2019/june/tradoc_157954.pdf

2. https://worldview.stratfor.com/article/mercosur-high-auto-tariffs-are-all-part-game

3. http://www.portalspozywczy.pl/mieso/wiadomosci/mieso-na-wtorek-dlaczego-umowa-ue-z-mercosur-to-zla-wiadomosc-dla-branzy,173070_2.html

4. https://copa-cogeca.eu/Download.ashx?ID=3667046&fmt=pdf

5. http://s2bnetwork.org/letter-brasil-bolsonaro-eu-mercosur/

6. http://www.portalspozywczy.pl/technologie/wiadomosci/francja-i-polska-stworza-wspolny-front-przeciwko-umowie-ue-mercosur,173655.html

7. https://www.globaljustice.org.uk/what-food-sovereignty

F-35 nad Fort Trump

F-35 nad Fort Trump

Czerwcowa wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie przyniosła deklaracje gospodarzy dotyczące zwiększenia ich obecności wojskowej w Polsce. Ponieważ projekt zasadzający się na dążeniu do osiągnięcia istotnego amerykańskiego zaangażowania na tej niwie, który z biegiem czasu zyskał miano „Fort Trump”, jest jednym ze sztandarowych przedsięwzięć obecnego obozu rządzącego w dziedzinie polityki zagranicznej, warto przeanalizować osiągnięte efekty i ocenić je w szerszym kontekście.

Podpisana przez prezydentów Dudę i Trumpa deklaracja, która z biegiem czasu ma przyoblec się w ciało formalnej umowy dwustronnej, zakłada zwiększenie o 1000 osób stanu żołnierzy amerykańskiego personelu wojskowego w Polsce, którego liczebność wynosi obecnie w ramach rotujących pododdziałów 4500 ludzi. Planowane jest utworzenie amerykańskiego wysuniętego dowództwa dywizyjnego, centrum szkolenie bojowego, wykonującej działania wywiadowcze, zwiadowcze oraz rozpoznawcze eskadry bezzałogowych statków powietrznych klasy operacyjnej MQ-9 (informacje przez nie uzyskiwane mają być udostępniane stronie polskiej), załadunkowo-rozładunkowej bazy lotniczej, grupy wsparcia dla teatru działań, zdolności amerykańskich sił specjalnych w zakresie wspierania operacji powietrznych lądowych i morskich oraz infrastruktury obsługującej brygadową grupę bojową, brygadę lotniczą oraz batalion wsparcia logistycznego. Siły te uzupełnią jednostki stacjonujące już w Polsce na zasadzie rotacyjnej. Są to pancerna brygadowa grupa bojowa (de facto ciężka brygada pancerna), transportowo-bojowa brygada lotnicza, stanowiący rdzeń Wysuniętej Wzmocnionej Obecności NATO batalion zmechanizowany, pododdziały lotnicze wyposażone, w zależności od aktualnej konfiguracji, w samoloty myśliwskie, szturmowe lub transportowe, a od końca przyszłego roku planowana od dawna baza antyrakietowa w Redzikowie.

Polskie oczekiwania związane z „Fort Trump” dotyczyły stałej obecności co najmniej dywizji. Nie zostały one co do zasady spełnione. Amerykańska dywizja składa się według aktualnej struktury z dowództwa, dwóch brygad pancernych, artylerii szczebla dywizyjnego, brygady lotnictwa bojowego oraz oddziałów logistycznych. Liczy około 15 000 żołnierzy w zgranych ze sobą jednostkach. Chociaż politycy obozu rządowego mówią o przyszłej obecności „rdzenia dywizji”, jego charakter pozostaje potencjalny, rotujące oddziały wchodzące w skład różnych związków taktycznych mogą rzecz jasna w razie potrzeby współpracować ze sobą ad hoc, jednak trudno oczekiwać od nich efektywności porównywalnej ze zintegrowaną wielką jednostką.

Strona rządowa przedstawia uzgodnienia jako sukces polityczny. Konsens w kwestii dobroczynnego charakteru amerykańskiej obecności wojskowej jest powszechny. W istocie sprawa wydaje się jednak znacznie bardziej skomplikowana. Zagadnieniem najbardziej bezpośrednim są warunki lokalizacji amerykańskich jednostek. Polska zobowiązała się stworzyć, a później utrzymywać na własny koszt infrastrukturę, z której będą korzystały siły amerykańskie, a także zapewnić bliżej jeszcze nieokreślone dodatkowe wsparcie wykraczające poza obowiązujący w NATO standard działań państwa-gospodarza. Trudno obecnie oszacować koszty – przy relatywnie niewielkim zwiększeniu amerykańskiej obecności powinny one być mniejsze niż dwa miliardy dolarów deklarowane przez polityków obozu rządowego w ubiegłym roku przy okazji rozważań nad „Fort Trump”. Jakaś część wydatków będzie też najprawdopodobniej dotyczyła infrastruktury ogólnego użytku, w szczególności transportowej. Niemniej jednak przy ofensywnej polityce wydatkowej rządu potrzebne pieniądze będą musiały zostać uzyskane kosztem ograniczeń w innych dziedzinach – istnieją obawy, że ofiarą padną i tak niedofinansowane krajowe siły zbrojne. Obawy budzi również publiczne rozważanie przez polityków amerykańskich, w tym samego prezydenta Trumpa, koncepcji domagania się od państw-gospodarzy opłat za stacjonowanie amerykańskich wojsk jako czynnika odciążającego lokalne armie.

Jeszcze ważniejsze wydają się kwestie ogólnopolityczne i strategiczne. Politykę zagraniczną rządu PiS można po czterech latach bez przesady podsumować jako bezalternatywnie proamerykańską. Symbolem tego stanu rzeczy może być kuriozalna konferencja bliskowschodnia zorganizowana w Warszawie w lutym na amerykańskie polecenie bez szczególnej dbałości choćby o pozory, sfinansowana przez nasz kraj, dotycząca zagadnień znajdujących się w istocie poza polską sferą możliwości wywierania wpływu, która dała asumpt do skandali dyplomatycznych powodowanych przez traktujących gospodarzy jak lokai polityków amerykańskich i premiera Izraela. Bon mot dotyczący wyjątkowych zdolności polskiej dyplomacji, objawiających się wejściem w sytuację jednoczesnego zadrażnienia stosunków z Iranem i Izraelem, był niestety trafny. W takim stanie rzeczy pozycja negocjacyjna Warszawy wobec Waszyngtonu jest niezwykle słaba, gorsza nawet niż wynikałoby z porównania potencjałów obu krajów. Polscy politycy są petentami, od których druga strona może zasadnie oczekiwać spełnienia dowolnych warunków. W związku z tym na relacjach polsko-amerykańskich cieniem kładzie się również kwestia roszczeń dotyczących bezspadkowego mienia po żydowskich obywatelach Polski, którzy stracili życie w latach 1939–45. Chociaż zagadnienie to nie zostało, wbrew pogłoskom, póki co powiązane z rozszerzeniem amerykańskiej obecności wojskowej, nie można wykluczyć tego w przyszłości. Trudno przewidzieć ostateczne skutki osławionej ustawy 447, jednak traktowanie jej jako aktu zupełnie pozbawionego znaczenia byłoby bardzo lekkomyślne. Możliwe, że skutki te zależą od polskiej postawy. Dopraszanie się o amerykańskie wojska zachęca do stawiania rozmaitych warunków, również w tym zakresie, w zależności od aktualnych interesów wewnętrznych i zewnętrznych tamtejszej administracji.

Czy skórka jest warta wyprawki? Wydarzenia dekady rozpoczętej wojną gruzińsko-rosyjską wykazują jasno, że wszelkie pacyfistyczne nadzieje opierały się na iluzjach i niedorzecznościach. Rosji nie sposób nie traktować jako realnego zagrożenia, jeżeli nie bezpośredniego, to potencjalnego, w dłuższej perspektywie. Można liczyć, że kraj ten nie stanie się na powrót matecznikiem groźnej, morderczej ideologii, jednak w realnej perspektywie będzie on najprawdopodobniej podążał koleinami podobnymi, jak państwo carów. Siła wojskowa będzie znacznie przeważała nad ekonomiczną czy kulturową, a polityka zagraniczna będzie kompensować deficyty dużą aktywnością, niestroniącą w razie potrzeby od agresji. Obszar Europy Środkowej pozostanie natomiast dla Moskwy jedną ze stref gier z innymi mocarstwami. Należy się zatem liczyć z różnymi rodzajami oddziaływania militarnego. Ponieważ wieloaspektowa i być może realnie nieprzezwyciężalna w wyobrażalnym czasie półperyferyjność nie pozwala Polsce osiągnąć potencjału, w tym wojskowego, zabezpieczającego asertywność, konieczne jest poleganie na sojuszach. Ponieważ armie europejskich członków NATO bardzo ucierpiały w wyniku cięć po zakończeniu Zimnej Wojny i zmian struktury wydatkowej, w ramach aliansu realną wiarygodnością wojskową zdolną do kontrowania zagrożenia ze strony Rosji dysponują tylko Stany Zjednoczone. Przykładem niech będą wojska pancerne. Rosjanie mają w linii oraz w jednostkach możliwych do rozwinięcia w ciągu około 4 miesięcy 4500 nowoczesnych czołgów. Europejskie kraje NATO, bez uwzględnienia Polski i skoncentrowanych na innym teatrze Grecji, Włoch oraz Turcji (której status jako członka sojuszu pozostaje niepewny) mają ich ledwie 1000. Amerykański potencjał to z kolei 3500 przewyższających wyraźnie rosyjskie pojazdów w linii i rezerwie wysokiej gotowości.

Należy jednak uwzględnić uwarunkowania strategiczne, w jakich działają Stany Zjednoczone. Ich zasadniczym przeciwnikiem pozostają i pozostaną potężniejące Chiny, poza tym USA są zaangażowane w różnych rejonach świata. W związku z tym na europejskim teatrze działań Amerykanie będą w najbliższej perspektywie dysponowali łącznie… 230 czołgami. Brygada operująca w Polsce to około 100 pojazdów. Stany Zjednoczone należy zatem z perspektywy polskiej traktować jako kraj w granicach woli działania wiarygodny w zakresie strategicznego odstraszania nuklearnego, jednak poniżej niego sytuacja pozostaje niepewna, z koniecznością uwzględnienia wielu zmiennych. Najważniejszą pozostaje kluczowy dla amerykańskiej geostrategii problem możliwości analogicznego do ruchu Richarda Nixona wobec Chin resetu z traktowaną jako przeciwnik drugorzędny Moskwą, rozbijającego alians chińsko-rosyjski.

W perspektywie takich gier nawet „Fort Trump” z marzeń polityków polskich pozostaje trzeciorzędnym szczegółem. Każdą bazę można bowiem zwinąć, a wydarzenia w Syrii wskazały na możliwość funkcjonowania strategicznej neutralności pomiędzy mocarstwami. Obecni tam zbrojnie Rosjanie, będący wszak prorektorami rządu al-Asada, nie reagują na skierowane przeciwko niemu działania Amerykanów wspomaganych przez europejskie kraje NATO czy Izraela, o których są z wyprzedzeniem informowani, a ich plany zakładają w skrupulatny sposób nierażenie oddziałów i instalacji rosyjskich. Nawet jeśli odrzucić taki scenariusz jako wydumany, można mocno wątpić w realność amerykańskiego wsparcia w sytuacji konfliktu nieosiągającego poziomu otwartej wojny. Podsumowując: w przypadku pełnoskalowej wojny z Rosją amerykańska obecność w Polsce będzie przekładała się na symboliczne możliwości. W razie konfliktu może nie zapewniać wsparcia. W każdym wypadku pozostaje funkcją globalnej polityki, nie świętym Graalem zapewniającym Polsce bezpieczeństwo. Wydaje się zatem, że nie warto ponosić dla jej zapewnienia nadmiernych kosztów finansowych i politycznych.

Równolegle do rozmów o amerykańskiej obecności wojskowej biegną sprawy modernizacji Wojska Polskiego. Warunkuje je ten sam układ sił w dziedzinie polityki zagranicznej, co przekłada się na dominację podmiotów amerykańskich. Bieżący rok przyniósł podpisanie umowy dotyczącej dostawy pierwszego dywizjonu artylerii rakietowej w programie Homar, informację o przesunięciu na co najmniej przyszły rok sygnowania zawarcia porozumienia dotyczącego II fazy programu obrony przeciwlotniczej/przeciwrakietowej „Wisła” oraz wystosowanie do strony amerykańskiej zapytania ofertowego w sprawie zakupu 32 wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji F-35A. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z bardzo wątpliwym finałem realizowanego od początku wieku przedsięwzięcia, które miało dać Wojsku Polskiemu system o maksymalnym zasięgu rażenia celów przekraczającym 150 km, według pierwotnych założeń krajowej produkcji, z zastosowaniem rozwiązań licencyjnych. Skończyło się na zakupie amerykańskiego systemu HIMARS „z półki”, bez żadnych elementów polskich, o bardzo ograniczonej kompatybilności z krajowymi systemami łączności i dowodzenia, bez zabezpieczenia nawet serwisu. Jest to z jednej strony efekt fatalnej organizacji prac badawczo-rozwojowych, braku konsekwencji w zakresie finansowania czy wręcz świadomości takiej konieczności, a także mających mętne cele i wątpliwe efekty permanentnych reorganizacji przemysłu zbrojeniowego, z drugiej natomiast ogromnych wpływów w sferach rządowych działających na rzecz podmiotów amerykańskich lobbystów, w szczególności koncernu Lockheed Martin. Zmarnowano leżącą w zasięgu możliwości szansę na skokowe zwiększenie kompetencji krajowego przemysłu, zyskując uzbrojenie co prawda sprawdzone, jednak przeciętnie już nowoczesne, którego koszty eksploatacji z uwagi na zagraniczny serwis będą nieuchronnie bardzo duże, a możliwości użycia bojowego zależne od amerykańskiej decyzji politycznej.

W odniesieniu do programu „Wisła” istnieją realne obawy, że z uwagi na kwestie finansowe oraz dotyczące rozbieżności między formułowanymi przez Polskę oczekiwaniami w zakresie koprodukcji a chęcią Amerykanów do udostępnienia rozwiązań, realizacja dostawy sześciu (z ośmiu planowanych w ramach całego programu) baterii zostanie co najmniej opóźniona, a wypadający w roku 2026 koniec bieżącego Planu Modernizacji Technicznej, w ramach którego systemy miały zostać wprowadzone na uzbrojenie, w najlepszym razie pokryje się z rozpoczęciem dostaw. Nie można też wykluczyć, że odwleczenie następuje faktycznie ad Kalendas Graecas, a zdolności zostaną uzupełnione w ramach innego programu – albo wcale.

Zakup nowych wielozadaniowych samolotów bojowych stał się natomiast koniecznością wskutek gwałtownej utraty zdolności operacyjnych przez flotę MiGów-29. Maszyny te, od początku służby w polskich barwach w roku 1989, były realnie mało nowoczesne z uwagi na dość niewielkie możliwości wczesnej wersji, na eksport dodatkowo zubożonej. Były też z powodu deficytów perspektywicznego myślenia permanentnie przeceniane i traktowane jako konstrukcja mająca przed sobą długą przyszłość, sięgającą nawet lat 30. Tymczasem ich głęboka modernizacja, zwiększająca skokowo potencjał, była niewykonalna politycznie z uwagi na konieczność zapewnienia udziału strony rosyjskiej, a dostawy części zabezpieczających bieżące funkcjonowanie stanowiły zawsze problem. Technikom sił powietrznych, którzy zapewniali przez 28 lat funkcjonowanie tych samolotów bez strat, należą się najwyższe słowa uznania, jednak wskutek postępującego zużycia prowizorka przestała wystarczać. Od 2017 rozbiły się już trzy MiGi, a prawdopodobnie to dopiero smutny początek.

Wskazanie na F-35A trudno podważać od strony merytorycznej. Jest to jedyny dostępny w pełni funkcjonalny samolot V generacji, z uwagi na cechy stealth i rozbudowane zintegrowane pole informacyjne znacznie przewyższający maszyny generacji IV (jak europejskie Typhoon, Rafale i Gripen) czy III zmodernizowanej do standardu IV (jak F-16V czy F-18E/F). Można zatem uznać, że procedura przetargowa byłaby w istocie stratą czasu. Nie trzeba martwić się o korzyści przemysłowe – kolejne rządy zadbały o zanik krajowego przemysłu, który mógłby np. aspirować do zastąpienia firm tureckich w procesie produkcji F-35, co jednak wiązałoby się z trudnymi, czasochłonnymi rozmowami. Offset można załatwić w sposób w ogromnej przewadze pozorny, co przećwiczono już przy kontrakcie na F-16. Polska szczęśliwie nie produkuje uzbrojenia lotniczego, nie ma zatem problemu dostępu do kodów źródłowych samolotu w celu jego integracji, z kolei bezalternatywne stawianie na Waszyngton pozwoli nie martwić się niekontrolowanymi przez posiadacza transmisjami pakietów danych do producenta, na które zwracali uwagę choćby Norwegowie. Przy odrobinie uśmiechu Fortuny mamy zatem szanse być bardzo szczęśliwymi użytkownikami F-35.

dr Jan Przybylski

Fotografia w nagłówku tekstu: MSgt John Nimmo Sr., za Wikipedia.

Stefan Starzyński: Rola państwa w życiu gospodarczym (1928)

Stefan Starzyński: Rola państwa w życiu gospodarczym (1928)

Wielka wojna poczyniła znaczne zmiany w ustroju gospodarczym świata. Europa z wierzyciela Ameryki stała się jej dłużnikiem, co więcej musiała korzystać przez czas dłuższy z dobroczynności Ameryki.

Główną platformą konkurencji międzynarodowej stała się dziś konkurencja między Europą a Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Obok tego na terenie Europy rozwija się konkurencja pomiędzy poszczególnymi państwami, a konkurencja ta trwać będzie tak długo, dopóki idea solidarności ogólnej w Europie nie zastąpi walk konkurencyjnych. W tych warunkach walka pomiędzy poszczególnymi dziedzinami życia gospodarczego kraju musi się złagodzić, musi ustąpić idei solidarności wewnątrz państwa, aby życie gospodarcze państwa jako całości mogło dotrzymać kroku w wyścigu międzynarodowym.

Już przed wojną w epoce panowania bardziej niż dziś czystego liberalizmu, kiedy przy końcu ubiegłego stulecia zaczęły powstawać w Stanach Zjednoczonych najrozmaitsze kartele, ustawy państwowe podjęły w pierwszym momencie walkę z nimi, stając w obronie zagrożonych interesów konsumenta, następnie zaś ustosunkowały się do karteli jako do konieczności wynikającej z rozwoju gospodarczego, poddając je jedynie ograniczeniom w formie kontroli. Nieco później jednak, również przed wojną, powstaje w Niemczech syndykat potasowy, i to przy pomocy i pod kontrolą rządu. Już wtedy zatem poszczególne rządy zmieniają swoje poglądy na stosunki w dziedzinie organizacji życia gospodarczego.

Kiedy tak rozwijało się na świecie życie gospodarcze, my nie mieliśmy własnego państwa i żyć musieliśmy podzieleni na trzy zabory. W każdym zaborze nasze życie gospodarcze podlegało innym prawodawstwom, innym zwyczajom, innej polityce, i dlatego życie gospodarcze Polski nie stanowiło jednej całości. Zycie gospodarcze poszczególnych dzielnic musiało się przystosować do życia państw zaborczych, względnie z interesami tych państw zaborczych walczyć. Na takim tle kształtowały się poglądy obywateli państwa, a ponieważ państwo było obce i było czymś narzuconym, więc stosunek obywatela do państwa kształtował się negatywnie. Unikano więc spełnienia obowiązku, starano się za wszelką cenę nie pójść do wojska, nie zapłacić podatku, przewieźć jak najwięcej rzeczy bez opłaty celnej przez granicę itd. Było to zrozumiałe, bo państwo było obce, narzucone, było wrogie. Jednak miało to i musiało wywrzeć wpływ na ukształtowanie się życia gospodarczego, i wpływ ten można do dziś dnia obserwować. Zapewne minąć musi niejedno dziesięciolecie, aby te złe wpływy zostały zniweczone.

Nie było i nie mogło być państwowego ujęcia spraw przez nas samych. Co gorzej jeszcze, ponieważ niektóre dzielnice nie miały samorządu, więc w ogóle obywatele nie przechodzili szkoły wspólnego życia, jaką daje państwo, jaką daje organizacja samorządowa.

Przyszła wojna, a z nią dalsze pogłębienie negatywnego stosunku obywateli polskich do państw obcych. W imię interesów wojny życie gospodarcze musiało być podporządkowane celom wojennym. Zostało ono skrępowane, wszystkie państwa walczące na ziemiach polskich narzucały mu swoją wolę, żądały dawania szeregu niezmiernie uciążliwych świadczeń, a życie gospodarcze musiało się podporządkować.

W tych warunkach zaczęliśmy budować państwo. Kasa nasza była, rzecz oczywista, pusta. Potrzeba było pieniędzy. Jedynym środkiem była inflacja i tą drogą trzeba było zacząć gospodarczą budowę państwa. Inflacja jednak w życiu gospodarczym jest chorobą, która pozostawia po sobie głębokie ślady. Jeżeli więc w ogóle nie było u nas warunków sprzyjających ogólnopaństwowym interesom, to inflacja jeszcze te stosunki pogorszyła.

Zginęła oszczędność i kapitalizacja; każdy starał się z dnia na dzień więcej zarobić, jak największy procent wyciągnąć ze swych kapitałów, aby kapitału nie stracić. Te skutki inflacyjne dają się nam dzisiaj jeszcze porządnie we znaki. Życie gospodarcze nie da się tak łatwo zmienić, potrzeba będzie lat, aby wytworzyć i realizować w życiu linię wytyczną interesów ogólnopaństwowych.

W każdym społeczeństwie, w każdym gospodarstwie różne grupy mają różne interesy, i jeżeliby jedna dziedzina przemysłu, jedna jego gałąź wobec drugiej, czy przemysł wobec rolnictwa, czy przemysł i rolnictwo wobec handlu, narzucały swoją wolę, to rzecz prosta, taka zależność nigdy nie mogłaby wyjść na pożytek całego organizmu państwowego. Kiedy zaś warunki konkurencji wewnętrznej przerzucają się na walkę konkurencyjną międzypaństwową, to rola państwa w życiu gospodarczym staje się z dnia na dzień większą. Coraz częściej państwo uzgadniać musi, dajmy na to, interesy poszczególnych cukrowni między sobą, aby ten wspólny interes wszystkich cukrowni, jaki istnieje wobec zagranicy, był należycie respektowany. Inną tego rodzaju aktualną sprawą jest sprawa przemysłu drzewnego wobec naszych stosunków z zagranicznymi odbiorcami drzewa. Ktoś musi wypośrodkować interesy poszczególnych gałęzi przemysłu drzewnego, aby w stosunku do naszego sąsiada móc konsekwentnie i celowo postępować.

Państwo posiada dużo środków regulujących i wpływających na życie gospodarcze. Posiada politykę podatkową, której układ zawsze odbijać się musi na sprawności i rozwoju tej lub innej gałęzi życia gospodarczego. Jedną może rozruszać, inną hamować lub odwrotnie. Wspomnieć należy, że o ile chodzi o politykę podatkową, to w tych sprawach, niestety, wiele mamy jeszcze do zrobienia. W historii naszej w dziedzinie podatkowej nie wykazaliśmy tego hartu i zrozumienia, jaki wykazały inne narody. Toteż i od zarania obecnego państwa naszego w dziedzinie podatkowej popełnialiśmy pewne błędy, których wyrazem było to, że nasza reprezentacja społeczna, to jest Sejm, niechętnie uchwalał ustawy podatkowe. W czasach inflacji przerzucano ciężar podatków na podatki pośrednie. Można zresztą powiedzieć, że przez 5 pierwszych lat państwo utrzymywane było przez inflację.

Państwo prowadzi, dalej, politykę celną, przez którą może bardzo silnie wpłynąć na życie gospodarcze. Jak wiemy, u nas istnieje względnie duża ochrona celna: z trzech taryf, jakie były na ziemiach polskich, przyjęta została najwyższa. Tłumaczy się to tym, że przemysł nasz jest słaby i dopiero się rozwija, przeto potrzebuje ochrony, a tę ochronę daje mu taryfa celna.

Ważnym bardzo środkiem, regulującym życie gospodarcze, jest polityka kredytowa. Za pomocą tej polityki państwo może wpływać i wpływa wydatnie na życie gospodarcze. Szczególnie w naszych warunkach, kiedy w pierwszych latach po inflacji największym kapitalistą było państwo, kiedy jedynie państwo mogło udzielać kredytów, wpływ polityki kredytowej państwa na życie gospodarcze był bardzo wielki. Obecnie stosunki te ulegają zmianie, o czym świadczą cyfry wskazujące, że wkłady w bankach prywatnych od 1926 r. rosną wyjątkowo szybko i że do 1 lipca 1928 r. wzrosły prawie dwukrotnie, gdy w bankach państwowych wzrosły zaledwie o kilkadziesiąt procent.

Dalej, państwo prowadzi swoją politykę zakupów, ponieważ jako duża organizacja jest wielkim konsumentem. W 1926 r., tzn. w okresie, kiedy produkcja nasza była mniejsza niż dzisiaj, w niektórych gałęziach przemysłu państwo było konsumentem około 25% produktów, jak to miało miejsce np. w żelazie. Państwo przez politykę zakupów wpływa bardzo silnie na życie gospodarcze tym bardziej, że udziela produkcji zaliczek na zamówienia.

Państwo jest ponadto również producentem. U nas przede wszystkim z tego tytułu, że posiada bardzo dużo lasów, a więc musi prowadzić eksploatację leśną. Poza tym państwo posiada szereg przedsiębiorstw, jak np. monopole – tytoniowy i spirytusowy, koleje, fabrykę nawozów sztucznych, rafinerię nafty, przemysł, związany z obroną kraju itd.

Poza tym jest cały szereg przedsiębiorstw, które powstały u nas nie z tzw. inicjatywy prywatnej, lecz z pożyczek państwowych, gdyż w wielu wypadkach przystępowano do budowy przedsiębiorstw bez żadnego kapitału, licząc wyłącznie na zaliczki państwowe. Rzecz zrozumiała, że przedsiębiorstwa takie z czasem musiały podupaść i w rezultacie państwo musiało przedsiębiorstwa te w tej czy innej formie przejmować za długi.

Poza tym istnieje cały szereg dziedzin czy to ogólnopaństwowych, czy to ogólnospołecznych, w których z natury rzeczy albo samorząd, albo państwo występuje jako właściwy organizator danej dziedziny życia. Mam tu na myśli: drogi, elektrownie, rzeźnie, gazownie i cały szereg innych przedsiębiorstw, które, o ile nie powstały naturalnym biegiem rzeczy w inny sposób, musiały być dziś organizowane przez samorządy przy pomocy pieniędzy państwowych lub przez państwo.

Wreszcie państwo musi niekiedy przystąpić do organizowania przedsiębiorstw, które są konieczne dla rozwoju całokształtu życia, a które czy z braku kapitału, czy z innych przyczyn nie powstają.

Mam na myśli tutaj budowę nowej fabryki związków azotowych, której znaczenie dla Polski jest szczególnie doniosłe ze względu na to, że rolnictwo nasze przedstawia jedną z najgłówniejszych dziedzin naszego życia gospodarczego. Możliwości w tej dziedzinie są wprost nieograniczone i rolnictwu potrzeba dać odpowiednią ilość środków, aby się mogło rozwijać: do tych środków należą przede wszystkim nawozy sztuczne. Budowa takich fabryk wymaga jednak olbrzymich kapitałów, a na razie ich nie ma, więc rząd zmuszony jest, oszczędzając na czym innym, budować tego rodzaju przedsiębiorstwa.

To samo mniej więcej można powiedzieć o budowie floty handlowej czy naszego portu w Gdyni. Jednym z wielkich błędów naszych przodków było niedocenianie znaczenia morza. Tych błędów historycznych nam dzisiaj popełniać nie wolno i dlatego za wszelką cenę musimy budować ten port, skoro on na innej drodze nie powstanie.

To samo dotyczy zresztą również i budowanej obecnie chłodni w Gdyni. Wiemy o tym, że rolnictwo produkuje bardzo wielkie ilości przetworów mięsnych i nabiałowych, że przetwory te znajdują znakomity zbyt w Anglii i w innych krajach Europy. Organizacja tego handlu wymaga jednak, aby przetwory były dostarczane na rynek wtedy, gdy są potrzebne. My zaś, nie mając urządzeń, zbywamy te towary wtedy, gdy je wyprodukujemy, a nie wtedy, kiedy nam konsument za nie najlepszą cenę zapłaci. Wywozimy ten towar do Hamburga, aby tam przez kilka miesięcy przeleżał i aby później pośrednik niemiecki sprzedał go w Anglii czy w innym kraju Europy po najwyższych cenach. Jest to potrzeba wyjątkowo pilna, bo ona da naszemu rolnictwu możność otrzymania za towar maksymalnej ceny. Wybuduje się za kilka milionów chłodnię, która przyniesie naszemu rolnictwu nie kilka, ale kilkanaście milionów zysku.

Nie ulega wątpliwości, że gdyby rząd nie podjął się teraz tych wszystkich zadań, spotkałby się z ciężkimi zarzutami za zaniedbanie tak pilnych spraw, a to samo przecież dotyczy całego szeregu przedsiębiorstw, których rozbudowanie jest konieczne ze względów obrony państwa lub innych. Nieraz przedsiębiorstwa takie tworzone były z inicjatywy prywatnej, jednak bez kapitału, i rezultat był taki, że państwo musiało za długi te przedsiębiorstwa przejmować.

Jednym słowem, rola państwa w życiu gospodarczym jest ogromna. U nas rola ta jest trudniejsza niż w innych państwach. Teraz stajemy wobec zagadnień niezmiernie skomplikowanych, wobec olbrzymich zapotrzebowań, jakie się wyłaniają z tego powodu, że jako państwo nie istnieliśmy przez tyle lat, i że co inne narody budowały wiek cały, to my musimy w niewielu latach zbudować. Społeczeństwo staje nieraz bezradne wobec tych wszystkich trudności i skłonne jest wierzyć, że państwo tam jakoś wszystkie te sprawy załatwi.

Objawy tej wiary, że państwo jest wszechmocne – z jednej, a ta pewna bezradność z drugiej strony – wiążą się często z całym szeregiem postulatów, żądań i apelów w stosunku do państwa. Dla przykładu przytoczę kilka szczegółów z konferencji z przedstawicielami życia gospodarczego, jaką odbył w tym roku Minister Przemysłu i Handlu dla uzgodnienia pewnych postulatów, które dałyby się w tym roku przeprowadzić, a przyczyniłyby się do rozbudowy życia gospodarczego. Na konferencji tej w odpowiedzi na wywody Pana Ministra posypały się propozycje: żądano zmniejszenia podatków, zwiększenia ochrony celnej, zwiększenia ilości godzin pracy czy zmniejszenia świadczeń socjalnych, wreszcie głównym żądaniem i głównym wskazaniem życia gospodarczego na rok 1928 było domaganie się pieniędzy od Skarbu Państwa, względnie banków państwowych, dostarczania poszczególnym gałęziom życia gospodarczego odpowiedniej ilości środków pieniężnych. Mogę przytoczyć cały szereg cytatów z książki pt. „Inwestycje, kredyt, konsumpcja, eksport, żegluga”, która jest sprawozdaniem z tej konferencji.

„Udzielania przez rząd, względnie przez instytucje rządowe, tanich kredytów długoterminowych na skonwertowanie poprzednich prywatnych pożyczek krótkoterminowych oraz na dalsze konieczne inwestycje przemysłowe” – domaga się delegat przemysłu cukrowniczego.

„Przeprowadzenie zaś tego planu [czytaj: zwiększenia produkcji] byłoby możliwe również tylko przy wydatnym wysiłku rządu w postaci długoterminowych tanich kredytów inwestycyjnych” – oświadczył delegat przemysłu szamotowego wyrobów ogniotrwałych.

„Pożądany byłby kredyt na dogodnych warunkach, udzielany przez banki państwowe” – stwierdza, jako postulat, przedstawiciel konwencji węglowej dąbrowsko-krakowskiej.

Otworzenie przez państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego oddziału w Szanghaju i finansowanie eksportu „poleca troskliwej uwadze rządu” przywódca przemysłu włókienniczego.

Finansowania przez państwo eksportu domaga się delegat przemysłu Białej i Bielska.

„Byłoby pożądane: a) by Bank Gospodarstwa Krajowego powołał do życia dla kredytów przemysłowych długoterminowych komitet doradczy, złożony z delegatów poszczególnych centralnych organizacji branżowych, który to komitet proponowałby Bankowi kolejność dla załatwiania podań o pożyczkę; b) by z zasobów, uzyskanych z pożyczki amerykańskiej, a przeznaczonych na inwestycje gospodarcze, zasobów, które razem wyniosą przeszło złotych 300 milionów, przynajmniej kilkadziesiąt milionów zostało użytych na skup listów zastawnych Towarzystwa Kredytowego Przemysłu Polskiego – w ten sam sposób, w jaki z zasobów tych zakupuje się listy zastawne ziemskie rolnicze, oraz by tempo tej akcji, do tej pory prowadzonej w bardzo skromnych rozmiarach, zostało przyspieszone; c) by instytucje publiczne, jak PKO, zakłady ubezpieczeń przymusowych, Dyrekcja Wzajemnych Ubezpieczeń itd., otrzymały polecenie zakupywania wspomnianych listów zastawnych, korzystających przecież z gwarancji państwa, choćby tylko w stosunku 10% innych swoich lokat” – oświadcza delegat przemysłu konfekcyjnego, nie zapominając dodać, że wobec zaprojektowanej przez Radę Finansową oraz Komisję Opiniodawczą instytucji zastawu rejestrowego, „zresztą kredytów takich powinien udzielać Bank Gospodarstwa Krajowego, jak długo banki prywatne nie rozwiną tego działu”, jak również, że wobec drogiego „urządzenia sklepu” z obuwiem, takich kredytów „powinien udzielać fabrykom obuwia Bank Gospodarstwa Krajowego”.

„Przed rządem staje konieczność zaciągnięcia nowej pożyczki na cele inwestycyjne”, „Rząd winien pozostawić sprawy kredytowe nadal w PKO” – bo „poznaliśmy się wzajemnie [tj. pośrednik – kupiec żydowski i PKO] i byliśmy na drodze do pokojowego współżycia” – deklaruje przedstawiciel Centrali Związku Kupców.

„Udziału finansowego państwa w eksporcie’” – żąda delegat Związku Eksportowego Przemysłu Metalowego Przetwórczego, jak również „subsydiowania pewnych funkcji związanych z eksportem”.

„Tutaj więc byłyby potrzebne wielkie nakłady pieniężne i te nakłady może dać tylko rząd” – deklaruje krótko i jasno przedstawiciel przemysłu drzewnego.

A więc pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy domaga się od rządu życie gospodarcze. Zwłaszcza, gdy potrzebne są „wielkie nakłady pieniężne”, aby przemysł mógł zacząć „zarabiać”, aby odczuwać mógł zyski, aby był rentowny, to „te nakłady może dać tylko rząd”.

O czym to świadczy? Że nie ma pieniędzy, ale że jest jakaś wiara w rząd, że rząd pieniądze znajdzie i dostarczy dla rozbudowy życia gospodarczego.

W swoim czasie, jak wspomniałem, powstawały różne przedsiębiorstwa z inicjatywy prywatnej, lecz za pieniądze rządowe. Powstało kilka bekoniarni przeznaczonych na eksport. W rezultacie musiał rząd przedsiębiorstwa te przejąć. Właśnie jako przykład tej wiary w rząd przytoczę ustęp z listu, pochodzącego od jednej z poważnych instytucji Wielkopolski, która pisze, że konieczne jest i w tej dzielnicy stworzyć fabrykę bekonów, aby rolnicy mogli zbywać swoje produkty:

„Komitet organizacyjny, po wszechstronnym zbadaniu obecnego stanu rzeczy, doszedł do przekonania, że pomimo ogólnie odczuwanej potrzeby zreformowania dotychczasowego sposobu zbytu trzody chlewnej, znaczenie przemysłu bekoniarskiego w sferach rolniczych zbyt mało jest znane, ażeby pozyskać rolnika do realnych świadczeń pieniężnych na rzecz fabryki którą zbudować by należało:

Ażeby zrozumienie to w sferach rolniczych wyrobić, względnie aby rolnikowi wskazać nowe drogi organizacji, którymi kroczyć winien, należy, zdaniem komitetu organizacyjnego, stworzyć pierwszy wzorowy warsztat bekoniarski, który by powstał z funduszów państwowych, a który by państwo na okres przejściowy (2-3-letni) w tanią lub nawet darmową dzierżawę oddało rolnikom, zorganizowanym w spółdzielnię zbytu inwentarza. Rolnicy ci braliby tylko na siebie obowiązek komisowego zbywania wszelkiej trzody chlewnej przez swoją spółdzielczą bekoniarnię, nie ponosząc poza tym żadnego innego ryzyka”.

Warunki propozycji tej są lepsze aniżeli faktyczne warunki budowy bekoniarni w Dębicy lub Chodorowie, które zbudowano z inicjatywy prywatnej, lecz za pieniądze rządowe kosztem dwukrotnie większym.

Takich przykładów można by przytoczyć bardzo dużo. Są i inne żądania. Więc np. z istniejącej konwencji węglowej wyłamała się jakaś kopalnia. Wtedy delegacja konwencji występuje z żądaniem niedostarczania przez kolej kopalni wagonów. Oczywiście, byłoby to nadużyciem władzy posiadanej przez państwo w dziedzinie życia gospodarczego, bo państwo musi regulować warunki życia, może produkować w specyficznych dziedzinach, ale nie może nadużywać swojej władzy w zatargach między przedsiębiorcami. Zatarg taki musiałby być rozpatrzony przez sąd kartelowy, którego dotąd nie mamy i dopiero wyrok sądu musiałby być siłą państwa wykonany. Natomiast tego rodzaju interwencja państwowa, jakiej żądała konwencja, byłaby szkodliwa, byłaby tym nadmiarem interwencjonizmu czy etatyzmu, jak to się u nas mówi.

Z jednej więc strony żąda się od państwa daleko idącej ingerencji, z drugiej zaś podnoszą się głosy krytyki, kwestionujące racjonalność tego, że państwo bierze się do takich rzeczy, oraz twierdzące, że państwo nie powinno się mieszać np. w dziedzinę eksportu, że te dziedziny życia winny być pozostawione samemu życiu. Jedne czynniki zainteresowane życzą sobie, żeby państwo interweniowało, inne zaś, niezainteresowane w danej dziedzinie, protestują przeciw temu.

Dziedzina eksportu niewątpliwie obchodzi przede wszystkim tych, którzy mają co eksportować, i oni przede wszystkim powinni się zorganizować, aby eksport wzmocnić, tego jednak nie czynią. Powstał więc Państwowy Instytut Eksportowy. Nie sądzę, aby względy finansowe były jedynym powodem, że powstał on jako instytucja państwowa, bo przecież budżet jego wynosi tylko złotych 215 000, co stanowi tak drobną kwotę w stosunku do tego, co Instytut życiu gospodarczemu daje. Wszak życie gospodarcze wykłada na cele społeczne nieraz znaczniejsze sumy.

Na wspomnianej już konferencji w Ministerstwie Przemysłu i Handlu niewątpliwy przeciwnik etatyzmu domagał się utworzenia Państwowego Instytutu Ziemniaczanego, podkreślając specjalnie, że dla życia gospodarczego potrzebny jest instytut państwowy, a nie prywatny.

Weźmy teraz pod uwagę ten fakt, o którym bardzo dużo mówi się w naszym społeczeństwie, weźmy polemikę na temat rzekomego etatyzmu Państwa Polskiego. Istnieje w niej niewątpliwie wiele sprzeczności, bo etatyzmu nie można zarzucać rządowi, jednocześnie żądając pieniędzy na budowę fabryki i odstąpienia jej w darowiznę lub w dzierżawę. Zachodzą w niej zresztą sprzeczności bardziej silne i czasem używane są argumenty nazbyt silne. Mam przed sobą poważny organ „Przegląd Gospodarczy”. W tym organie jeden z najwybitniejszych przedstawicieli przemysłu napisał w ten sposób: „Jesteśmy miejscem krzyżowania się idei Wschodu i Zachodu i fluktuacje Wschodu mają do nas dostęp. Reagują na nie nie tylko ci, przeciw którym jest skierowana agitacja, ale i przedstawiciele parlamentów i rządów. Indywidualizm i etatyzm – oto charakterystyka prądu wschodniego i zachodniego”. I dalej, w tym artykule, z powodu książki, która wyszła staraniem szeregu działaczy na niwie społecznej i państwowej pt. „Zagadnienia gospodarcze Polski współczesnej”, wysunięty jest zarzut, że autorzy tej książki dążą do zetatyzowania Państwa Polskiego, do stworzenia, jak to się mówi, prądów wschodnich. Innymi słowy, rzuca się w masy bardzo ciężkie oskarżenie tych osób o bolszewizm. Naturalnie, że dla celów demagogicznej agitacji jest najlepiej rzucić jedno słowo, np. „mason”, „bolszewik”, „żyd”. Do tych słów-synonimów dodano obecnie bardzo popularne: „etatysta”.

Co to jest etatyzm? Etatyzm jest pojęciem naukowym i dlatego pozwolę sobie powołać się na dwóch uczonych. Obaj to przeciwnicy etatyzmu. Prof. Stanisław Głąbiński, który napisał pracę pt. „Etatyzm a gospodarka społeczna”, wydaną w roku 1922 w „Ruchu Prawniczym i Ekonomicznym”, powiada, że „względy humanitarne, społeczne i polityczne pchnęły państwo nowożytne na drogę ustawodawstwa socjalnego, obejmującego zrazu najsłabsze warstwy pracujące, dzieci i kobiety, a rozszerzonego na wszystkich pracowników zawisłych i sankcjonowanego przez międzynarodowe konferencje, na koniec przez traktat wersalski z roku 1919 i konferencję waszyngtońską z października roku 1919”.

Niektóre postanowienia tego ustawodawstwa o charakterze międzynarodowym są, zdaniem dr. Głąbińskiego, „bardzo głęboko sięgającym wyłomem w systemie wolnej konkurencji, a jednak niepodobna tym objawom etatyzmu odmówić zasadniczej racji”.

„W każdym razie zapominać nie należy, że kolebką tego ustawodawstwa jest wolnohandlowa Wielka Brytania”.

A więc ustawy socjalne, które u nas stale przedstawiane są jako objaw etatyzmu, powstały, zdaniem prof. Głąbińskiego, który o stronniczość tutaj posądzony być nie może – z ważnych względów „humanitarnych, społecznych i politycznych” w wolnohandlowej Wielkiej Brytanii, a są przy tym usankcjonowane całym szeregiem konwencji i traktatów międzynarodowych, nie wyłączając wersalskiego. Dlaczegóż więc Wielkiej Brytanii ani mocarstwom europejskim nie inkryminuje się zbrodni etatyzmu?

„Nie wszystko jednak jest etatyzmem, co w życiu i teorii i w polityce wolnohandlowej etatyzmem nazywają. Etatyzmem nie jest każde współdziałanie państwa w produkcji i wymianie dóbr gospodarczych, nie jest nim wszelkie ograniczenie lub nawet uchylenie wolnego współzawodnictwa, wszelka interwencja państwowa w gospodarstwie narodowym. Sprawa etatyzmu w takim niewłaściwym znaczeniu, czyli czynnej roli państwa w życiu ekonomicznym narodów, jest zagadnieniem państwowej polityki ekonomicznej. Kto zwalcza wszelkie współdziałanie państwa na polu gospodarczym, ten zapoznaje naturę państwa i prawa i musi w konsekwencji dojść do idei anarchizmu, jak w swoim czasie Proudhon, zbłąkawszy się w labiryncie ekonomicznych sprzeczności”.

Myśli te w zupełności odpowiadają ogólnie ustalonym w nauce pojęciom i byłoby pożądane, ażeby oskarżający nas o etatyzm zechcieli zajrzeć do prac prof. Głąbińskiego, który niewątpliwie właśnie dla nich jest autorytetem.

Drugi uczony, prof. [Adam] Krzyżanowski, wydał niedawno pracę o etatyzmie. Wskazując w niej na wszystkie ujemne strony etatyzmu, kończy autor swoją pracę tymi słowy:

„Etatystyczne nastawienie polskiej polityki wydaje mi się nie ulegać wątpliwości. Widzę w tej ewolucji w znacznej mierze konieczny wynik toku wypadków politycznych i ekonomicznych. Nie należę do tych, którzy uważają ten przebieg wydarzeń za bezwzględnie ujemny. Zagadnienie tkwi w zachowaniu właściwej miary”.

Tak mówi przeciwnik etatyzmu, zwolennik doktryny liberalnej, lecz trzeźwo patrzący na współczesne tendencje rozwojowe świata i słusznie sprowadzający zagadnienie do kwestii rozmiarów ingerencji państwa, a nie istoty tej ingerencji. Wyraz etatyzm bowiem pochodzi od francuskiego słowa état – co znaczy państwo – jest więc równoznaczny z wyrazem „państwowość”, Przeciwnikiem zatem istoty etatyzmu, tj. państwowości – może być tylko anarchista, jak to słusznie napisał prof. Głąbiński.

Wspomnę teraz o tym, jak mówi praktyk, przedstawiciel ciężkiego przemysłu żelaznego, Antoni Balcer, prezes zarządu Syndykatu Polskich Hut Żelaznych. P. Balcer w wywiadzie udzielonym „Gazecie Handlowej” z dn. 12 grudnia r. b., w sprawie organizacji naszego eksportu, oświadczył:

„Jest rzeczą charakterystyczną, że ta krytyka zamierzeń rządowych, nieraz bardzo ostra i posuwająca się niekiedy nawet do używania argumentów o pewnym zabarwieniu polityczno-demagogicznym, wychodzi spod pióra ekonomistów-teoretyków, dziennikarzy i innych osób nie stojących w praktycznym życiu gospodarczym. Natomiast czynniki bezpośrednio zainteresowane, a więc ludzie reprezentujący realne interesy gospodarcze Polski, nie podzielają tych obaw i nie dopatrują się w poczynaniach rządu w dziedzinie organizacji eksportu żadnych ryzykownych eksperymentów. Chcemy wierzyć, że owe krytyczne głosy wynikają tylko z teoretycznych rozważań i zbytniej ostrożności w trosce o gospodarcze losy Państwa Polskiego, aczkolwiek czytając niektóre artykuły trudno czasem oprzeć się wrażeniu, że za tymi teoretycznymi wywodami kryją się jako inspiratorzy te sfery zagranicznych pośredników, które są zainteresowane w utrzymaniu dotychczasowego stanu rzeczy, pozwalającego im zgarniać olbrzymie zyski z oczywistą szkodą naszego gospodarstwa narodowego”.

„Wmawianie opinii publicznej takich zapatrywań oraz straszenie argumentem, że zrealizowanie zamiarów rządu w dziedzinie organizacji naszego eksportu oznaczałoby upodobnianie naszego handlu eksportowego do metod handlu zagranicznego obowiązujących w Rosji bolszewickiej, na łamach poważnego dziennika budzi zdziwienie, gdyż jest wodą na młyn pośredników zagranicznych, którzy, jak polip, ogarnęli swymi ramionami eksport polski!”.

„Inicjatywę rządu w sprawie reorganizacji naszego eksportu musimy zatem powitać jako rezultat zdrowej myśli gospodarczej, zasługującej na uznanie i poparcie społeczeństwa, a natomiast z całym krytycyzmem odnosić się do tych głosów, przez które pod hasłem »walki z etatyzmem« przemawiają interesy zagranicznych pośredników”.

Mówiłem już dzisiaj o utworzeniu bekoniarni. Otóż przedtem rolnicy wywozili do Pragi czy Wiednia nierogaciznę w nadmiarze po to, aby tam zdychała. Podnoszą się głosy przeciwko organizacji eksportu trzody chlewnej. Nie wiem, co było lepsze: czy wywozić zagranicę tylko tyle nierogacizny, ile jej tam można zbyć po normalnych cenach, czy też wywozić jej więcej, ale za to po tańszych cenach, więcej niż jest zapotrzebowania na tamtejszym rynku, więcej o tyle, że skutkiem nadmiaru tego trzeba za nią brać dwa razy mniej, niż obecnie, kiedy wywozi się dwa razy mniej świń, a bierze się za nie dwa razy większą cenę. Zapatrywanie teoretyków i praktyków jest rozmaite.

Obecnej polityce gospodarczej rządu zarzuca się etatyzm. Otóż, historia się powtarza. Sprawy analogiczne do tych, które obecnie są omawiane, były już przed stu laty aktualne, w okresie Ministra Skarbu Lubeckiego. Dlatego jest rzeczą bardzo ciekawą sięgnąć do książek historyków-ekonomistów, którzy te czasy przed stu laty opisują. Jest rzeczą bardzo znamienną opinia, jaką wydali o tym właśnie okresie pracy sprzed stu laty historycy i ekonomiści współcześni. Pisze o tym dr Henryk Radziszewski, którego miałem zaszczyt być uczniem, zwolennik doktryny liberalnej – w dziele „Bank Polski”, o tym pisze również Stanisław Smolka w dziele „Polityka Lubeckiego przed powstaniem listopadowym”.

W dziele Radziszewskiego czytamy o Towarzystwie Wyrobów Zbożowych, tj. o instytucji, która miała skupować zboże, mleć i sprzedawać, aby przeciwstawiać się lichwie zbożowej, co następuje:

„Rozumiał Bank, że popierając uczciwą instytucję, która trudniła się przemiałem zboża na wielką skalę, równocześnie wpływa na uczciwe regulowanie cen zboża, a więc niweczy poniekąd nieuczciwy wyzysk pokątnych spekulantów i pośredników zbożowych”.

Ta działalność Banku Polskiego sprzed stu laty zyskała całkowitą aprobatę i pochwałę nie tylko współczesnych historyków i ekonomistów, lecz również i tych spośród dzisiejszych przywódców życia gospodarczego którzy są najbardziej zaciekłymi wrogami rzekomego „etatyzmu” w dzisiejszym państwie polskim. Toteż ci ostatni w tworzeniu rezerw zbożowych i organizacji elewatorów przez rząd dzisiejszy nie dostrzegają lub może nie chcą dostrzegać analogii z ówczesną działalnością Banku Polskiego, mimo że analogia ta jest oczywista.

Prof. Radziszewski pisze w innym miejscu w sprawie sprowadzenia bydła i koni do kraju na skutek pomoru, jaki miał miejsce w roku 1824:

„Od pierwszych chwil uwidocznienia się dążności wyzysku wśród nowych »dziedziców« starał się Bank kłaść tamę tym zapędom, równocześnie zwracając ich zabiegi na drogę racjonalnej gospodarki”. „Chodziło przeto o zorganizowanie akcji, mającej na celu dobro mieszczan, dobro włościan oraz dobro istotne rolnictwa, gdyż tylko przecinając drogę do spekulacji, można było zwrócić czyhających na zyski nadmierne dorobkiewiczów na tory właściwe. Podjął się zorganizowania tej akcji Bank Polski”.

A więc przed 100 laty podjął się zorganizowania tej akcji Bank Polski, jeżeli zaś dzisiaj po 100 latach jakiejś akcji interwencyjnej podejmuje się bank państwowy, to mówi się o tym, że jest to etatyzm.

Jednak i wówczas, podobnie jak dzisiaj, symulacja „inicjatywy prywatnej” znalazła gorącego obrońcę w osobie Dyrektora Komisji Przychodów i Skarbu, Fuhrmana, który kategorycznie przeciwko temu projektowi zaoponował.

„Wolałby Dyrektor Skarbu – pisze Radziszewski faworyzować przedsiębiorców prywatnych, zamiast powierzania tego przedsięwzięcia Bankowi, gdyż żaden nawet najbardziej oddany sprawie urzędnik nie jest w stanie dorównać w takiej operacji przedsiębiorczości prywatnej”.

Jednakże wystarczyły trzy lata (1832-1835) praktyki, aby czuwający nad całym przedsięwzięciem Łubieński mógł autorytatywnie pisać do Fuhrmana: „Jest w tym przedsięwzięciu tylko małe zwiększenie zajęcia dla urzędników, lecz czyż można porównywać ten kłopot z korzyściami wypływającymi dla gospodarki krajowej?”.

A czy można porównywać „ten kłopot” dla urzędników z korzyściami wypływającymi z budowy chłodni w Gdyni dla całego rolnictwa?

Bardzo ważne zagadnienia, które istnieją dziś jako kwestia kartelów i syndykatów, i wówczas były już aktualne. Wspomina o nich Radziszewski, kiedy pisze o próbach zorganizowania przemysłu cynkowego:

„Zdaje sobie Jelski doskonale sprawę z trudności, jakie by temu przedsięwzięciu towarzyszyły. Pierwszą trudnością byłoby skłonienie producentów, aby po-przestając chwilowo na cenie pokrywającej tylko koszty produkcji, dalszego zysku cierpliwie oczekiwali”, drugą, zdaniem Jelskiego, trudnością daleko większą byłoby znalezienie akcjonariuszów, którzy by i mogli, i chcieli kapitały ulokować w przedsięwzięciu, które dopiero w dalszym okresie czasu mogło zyski przynosić.

Te samu przyczyny, a mianowicie niecierpliwość w uzyskiwaniu jak największych, a jednocześnie jak najszybszych zysków były tak wówczas przeszkodą dla racjonalnej organizacji przemysłu – jak są nimi niestety tak często i dzisiaj.

Trzeba więc cierpliwości, a my cierpliwości nie mamy. Inflacja przyzwyczaiła nas do wielkiej niecierpliwości i zawsze chcielibyśmy mieć zysk jak najszybciej.

O kredytach krótkoterminowych Radziszewski mówi w ten sposób:

„Z kredytu tego korzystali niemal wyłącznie tylko fabrykanci wyrobów sukienniczych. Po pewnym czasie jednak opatrzył się Bank, iż kredyt ten, wzbogacając fabrykantów; w gruncie rzeczy krzywdę krajowi przynosił, albowiem fabrykanci ci, dzięki kapitałom bankowym, wyzyskiwali producentów wełny, bo utworzyli pewne pomiędzy sobą porozumienie, dążące do zniżki cen wełny. Cierpiała na tym wytwórczość krajowa wełny, zarabiali cudzoziemscy fabrykanci. Bank, zorientowawszy się w sytuacji, zaprzestał od roku 1850 wydawać fabrykantom pożyczek krótkoterminowych, natomiast rozszerzył znacznie dział udzielania pożyczek na wełnę”.

Czy nie ma dziś analogicznych sytuacji? Czy nie ma trudności w organizacji producentów wełny lub lnu.

Tak samo, jak dzisiaj, posądzano wówczas Bank Polski o konkurencję w dziedzinie kredytów. Oto, co pisze Radziszewski:

„Powiedzieliśmy, iż nigdy Bank Polski nie dążył do wystąpienia w roli konkurenta w stosunku do kupców. Tak było istotnie. Jeżeli jednak pod mianem »kupców« zaliczyć lichwiarzy, to był tu Bank Polski konkurentem bez pardonu. Udzielając pożyczek handlowi na 5 lub co najwyżej 6%, był Bank Polski na tym stanowisku wrogiem, nie tylko konkurentem wyzyskiwaczy. I słusznie szczycił się z tego, że dzięki alimentowaniu handlu tanim kredytem był nie tylko regulatorem stosunków handlowych, lecz zniewalał do usuwania się lichwiarzy stamtąd, gdzie handel był zdrów i zaufanie budził”.

Tak, jak oskarżano Bank Polski o konkurencję, tak dzisiaj oskarża się Bank Gospodarstwa Krajowego o taką samą konkurencję dla banków prywatnych, co nie przeszkadza naturalnie krytykom domagać się ciągle kredytów z Banku Gospodarstwa Krajowego, bankom zaś akcyjnym korzystać z tychże kredytów.

Na wspomnianej konferencji u Pana Ministra Przemysłu i Handlu, a także w prasie poddano ostrej krytyce ostatnie instrukcje Ministra Skarbu o tzw. biurach informacyjnych, które to biura mają za zadanie zbierać informacje o podatnikach, aby wymierzać im właściwe podatki, nie za wielkie, lecz i nie za małe. A przed stu laty istniała analogiczna kwestia, lecz wówczas dotyczyła cła. Pisze o niej Smolka w swym dziele: „W sprawozdaniu komisji sejmowych nie w tym jednym tylko miejscu przebija sympatia pewna dla defraudantów cłowych, tak nierzadka w naszym społeczeństwie. Nie zwracano na to zgoła uwagi, że energiczna walka Lubeckiego z przemytnictwem miała na celu nie tylko interes Skarbu, ale także ochronę żywotnych interesów przemysłu krajowego, a to ze względu na stosunki handlowe z Prusami i na całą ich politykę handlową”. Dzisiaj, jeżeli chodzi o cła, to przewożenie przez granicę bez cła jedwabi również jakoś uchodzi i nie jest przez społeczeństwo należycie potępiane.

I tak, jak dzisiaj poddaje się ostrej krytyce wszelkie zarządzenia sanacyjne, tak i współcześni Lubeckiego nie mieli zrozumienia dla jego działalności. Oto, co pisze Smolka:

„Urągano też projektowi Towarzystwa Kredytowego, gdy w r. 1823 składały o nim opinie Rady Wojewódzkie Królestwa, właściwe reprezentacje zrujnowanego obywatelstwa; naśmiewano się zwłaszcza z solidarnej poręki stowarzyszonych, jakby »asocjacja bankrutów« mogła cudem z niczego stworzyć pieniądz… w szerokich kołach obywatelskich zapanowała rozpacz, tak – czarna rozpacz… Załamywano ręce; dosyć źle było dotąd, teraz Lubecki swoim »systemem kredytowym« zrujnuje do reszty kredyt, wtrąci Królestwo w przepaść”.

Gdy mówi się o towarzystwach kredytowych, toć wszyscy wiemy, jaką odegrały one rolę w życiu i rozwoju naszego rolnictwa.

Taka sama krytyka spotyka wiele z dzisiejszych zarządzeń rządu. Głosy dzisiejszej krytyki są równie nierzeczowe jak te, które atakowały Lubeckiego. Toteż nic dziwnego, że Lubecki w pamiętnikach swoich podkreślił, iż w działaniu swym nie mógł głosom tej krytyki ulegać. Pisał Lubecki:

„Ministra Finansów przede wszystkim obowiązek czuwać bacznie, by energiczne działanie Rządu ani na chwilę nie ustawało, by mógł doprowadzić do skutku projekty zamierzonych ulepszeń i wydobyć naród cały z tak krytycznego położenia, w jakim chwilowo się znajduje. Jak chirurg nie może zważać na jęki operowanego pacjenta, by nie narazić życia chorego zbyteczną czułostkowością, i ja też tak niezachwianym krokiem muszę postępować po drodze, jaką mi wytknął mój obowiązek, świadom tego, że nie ma na świecie trudności, których by nie przełamało to przeświadczenie”.

A w innym miejscu swych pamiętników, jak podaje Smolka, pisze Lubecki słowa, które tak odpowiadają dzisiejszej sytuacji, tak są żywotne i zgodne z potrzebami chwili i intencją dzisiejszych czynników rządowych, że przytoczyć je należy bez żadnych komentarzy.

„Takie niestety jest położenie władzy w kraju nierozwiniętym jak nasz, że musi we wszystkim i na każdym polu brać inicjatywę, ponieważ stan oświaty, nieufność i zakorzenione przyzwyczajenia powstrzymują obywateli od wszelkich nowości, które gdzie indziej można pozostawić zabiegom osób prywatnych w własnym ich interesie. Co do nas, źle wyszlibyśmy pod tym względem na stosowaniu najpiękniejszych aksjomatów ekonomii politycznej, jeśliby nas oddały na pastwę tego zastoju, w którym, niestety, pleśniejemy od dawna. Rząd nasz, wódz świeżych jeszcze zastępów i nie ujętych w karby dyscypliny, musi śmiało na czele ich postępować, aby w nie wpoić poczucie siły i świadomość, którymi rozporządzają. Dałby Bóg, żeby ta rola rządu skończyła się jak najrychlej: żeby tkwiąca w nim siła impulsu, wszystko wprawiwszy w ruch, mogła wrócić w granice rozważnego spokoju”.

I tak postępując doczekał się Lubecki chlubnej oceny ze strony historyków i ekonomistów, zwolenników doktryny liberalizmu, przeciwników etatyzmu. Między innymi p. Andrzej Wierzbicki, który w tak jaskrawy sposób krytykuje rzekomy „etatyzm” dzisiejszych czasów, że nie waha się przezwać go ideą Wschodu, pisze w artykule swym w „Przeglądzie Gospodarczym” z dn. 1 stycznia 1921 r.:

„…a kiedy nam już tchu braknąć zaczyna – dobrze jest obejrzeć się poza siebie, wysiłki chociażby ostatniego stulecia okiem ogarnąć, zdobędziemy wtedy pewność, że dojdziemy do szczytu, że potrafimy nie tylko za Polskę umierać, ale żyć dla Polski”.

„Mówi nam o tym pokolenie, którym Lubecki rządził. Twarde to były rządy w dziedzinie porządkowania skarbowości”.

I tu, w artykule swym, jak i w innych artykułach („Przegląd Gospodarczy” nr 3 z dn. 1 lutego 1926 r.), nie miał nic innego prócz superlatyw i chwały dla Ministra, który nie zważał na jęki „operowanego pacjenta”, jakim było ówczesne życie gospodarcze Polski.

Od tych czasów w Polsce niewiele się zmieniło. Tylko drogą realizowania haseł Lubeckiego możemy iść ku mocarstwowemu rozwojowi państwa, i na tej drodze uzyskamy należytą ocenę przynajmniej potomnych, jeśli dzisiejsi krytycy nie zechcą zdobyć się choćby na minimum obiektywizmu.

Stefan Starzyński

Powyższy tekst to zapis wystąpienia wygłoszonego przez autora w dniu 15 grudnia 1928 r. w Poznaniu. Następnie wydano go w postaci broszury, nakładem Tygodnika „Przemysł i Handel”, Warszawa 1929. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Czas na solidarnych demokratów!

Czas na solidarnych demokratów!

Dzień wyborów nadchodzi, jeszcze niedawno odległy o długie miesiące i tygodnie, a wkrótce już tylko o dni. Nasze pojedyncze głosy ułożą się w jednoznaczny werdykt lub zniuansowaną ocenę, ale w przeciwieństwie do sondażowych wprawek będą mieć nieodwołalne skutki.

Krytycy rządów prawicy z ostatnich czterech lat z pewnością mają sporo racji. Bezsprzecznie w wielu instytucjach publicznych obniżają się standardy, a społeczne obyczaje psują. Coś złego dzieje się z regułami postępowania. Akceptowalne staje się to, co wcześniej nie uchodziło, a pod osłoną pseudopatriotycznego frazesu rozkwita doprawiony małością oportunizm.

Niektóre media, jako część systemu będąca na widoku, są najlepszą ilustracją tej rzeczywistości. „Dziennikarze” tworzą treści bez żadnego szacunku do standardów dziennikarskich, uwłaczając godności odbiorców i twórców. Nie zbywajmy tego dystansem. Nie zasłużyliśmy na kierowanie w naszą stronę tak płaskiego przekazu, ale też nikt nie zasłużył na możliwość realizowania się jako twórca tak podłych treści. Zły system tworzy złe postawy i zmienia ludzi w gorszych niż by chcieli. Ta choroba, na której ofiary powinniśmy patrzyć bardziej z troską niż z pogardą, nie jest przypadłością tylko jednego obozu politycznego. Jawna manipulacja w złej wierze, czytelna, zaczyna uchodzić za normę.

Standardy publiczne przed 2015 rokiem nie były jednak tak wysokie, jak twierdzą tęskniący za ancien regimem. Weźmy przykład koncentrujący wyobrażenia „obrońców demokracji”: polski wymiar sprawiedliwości i korporacje prawnicze. Robert Krasowski pisał już kilka lat temu, że „polskie elity padały przed togą”. Dzisiejsze heroizowanie elit prawniczych przez tożsamościową opozycję wywołuje zdumienie niejednego pozbawionego ideałów członka prawniczej elity. W każdym razie fasada budowana przez obrońców demokracji („wspaniali sędziowie, profesorzy i adwokaci”) ma braki widoczne gołym okiem. Przypominają się słowa protagonisty – rozgrywającej się w Polsce początku lat dziewięćdziesiątych – powieści Eustachego Rylskiego „Człowiek w cieniu”, opisującego fikcyjnego mecenasa Lancę, uznanego za wielką postać adwokatury: – Rozmawiałem z Lancą – skłamał. – Nie ma żadnej koncepcji obrony. To przereklamowana gwiazda. Zadufany w sobie, efekciarz. Lansują go wpływowe koterie, bo czasy potrzebują wielkości, ale to jest lepienie cokołów z g…a.

Już poza obszarem fikcji literackiej, część polskich elit prawniczych, drastycznie łamiąc etykę zawodową i elementarną przyzwoitość, uczestniczyła w procesach „dzikiej” reprywatyzacji, do dziś mszcząc się za ujawnianie tego procederu. Nie spotkał ich wewnątrzkorporacyjny ostracyzm, a mechanizmy samooczyszczające środowisko prawnicze nie zadziałały skutecznie. Jan Śpiewak, stołeczny aktywista ujawniający reprywatyzacyjne nieprawidłowości, stał się obiektem vendetty ze strony części tego środowiska. A jednak w obliczu walki z obozem władzy wiele sympatyzujących z opozycją wpływowych kręgów i mediów uznało elity prawnicze za nieomal dar opatrznościowy dla naszego kraju.

Stawianie cokołów jest więc przedsięwzięciem ryzykującym ośmieszenie dobrych wzorów obywatelskich zamiast ich wzmocnienia. Jednak wspólnota powinna doceniać rzeczy dobre i udane. Kilka spraw udało się zrobić dobrze w naszym kraju, także w okresie transformacji. Trudno zaprzeczyć, że jest wiele aspektów, z których jako społeczność możemy być dumni. Warto doceniać obywatelskie postawy, które tworzyły i tworzą lepszą wspólnotę. Szczególnie że, choć tyle mówiło się w czasie transformacji o zasługach zwykłych Polaków, budujących codziennym wysiłkiem dobrobyt, to faktyczne docenienie nie miało miejsca. Zamiast autentycznego hołdu słyszeliśmy co najwyżej nieszczerą przedwyborczą kokieterię.

Tworzenie lepszej wspólnoty to przełamywanie impulsu egoizmu na rzecz dobra wspólnego. Impuls egoistyczny to skupienie się na wąskim – indywidualnym, familiarnym, klanowym lub klasowym – interesie. Jego konsekwencją jest tworzenie się systemów oligarchicznych, które ekonomista Daren Acemoglu i politolog James A. Robinson, autorzy pracy „Dlaczego narody przegrywają”, nazywają systemami ekstrakcyjnymi. Oligarchiczne mechanizmy wypaczają funkcjonowanie sfery publicznej, nie tworząc zachęt dla dobrego postępowania, a jedynie nakłaniają do „wyszarpywania” swojej części kosztem innych. Przełamanie tego impulsu poprzez solidarność z innymi członkami wspólnoty i przekroczenie wąskiego interesu jest jednak dopiero początkiem budowania dobrego społeczeństwa. Indywidualny prometeizm, bez uformowania trwałego śladu, byłby tylko ozdobą.

Solidaryzm musi się przerodzić z jednostkowego zjawiska w nowe zasady. Aby je wykształcić, społeczeństwo potrzebuje armatniego mięsa etycznych nonkonformistów, postępujących tak, jak należy, a nie tak, jak się opłaca. Im bardziej egoistyczne, zoligarchizowane, ekstrakcyjne społeczeństwo, tym większe koszty ponoszone przez rzesze tych cichych bohaterów, których istnieniu wiele zawdzięczamy, a których nigdy nie ujrzymy na pomnikach. Upowszechnienie nowych dobrych wzorców zachowań i lepszych reguł życia w społeczeństwie, tworzy i umacnia instytucje przyjazne obywatelowi i wspólnocie. Cieszmy się z tego, co udało się zrobić, również w ciągu transformacji (jak np. przyjaźniejsze urzędy, nieskorumpowana drogówka), ale poza lansowanymi herosami uczcijmy przyzwoite zachowania i codzienny trud zwykłych bohaterów i kierujmy do nich dobre myśli. Lepsza organizacja świata potrzebna nam jest dla dobrego życia niemal na równi z ekonomiczną bazą zapewniającą materialne bezpieczeństwo.

Potrzebujemy zarówno dobrego impulsu solidarnościowego, który buduje fundamenty, jak i rozwiniętych form instytucjonalnych tworzących codzienną podmiotowość społeczeństwa, demokrację. Bez demokratycznych instytucji rządzący, nawet mający solidarnościowy gest, mogą ten gest wycofać, a oprócz tego uczynić życie nieznośnie zależnym od widzimisię wpływowych klik i patronów. W samym społeczeństwie zapewne większość obywateli widzi potrzebę zarówno solidarności, jak i demokracji. Byłoby dobrze, aby solidarni demokraci znaleźli swoją reprezentację również w procesie politycznym.

Za ogólnymi rozważaniami musi pójść konkretny wybór. Rządzący obóz zjednoczonej prawicy oferuje znaną mieszankę pozytywnych i negatywnych osiągnięć. Dużo lepszej niż przed 2015 rokiem polityce społecznej towarzyszy w miarę rozsądna bieżąca polityka gospodarcza, ignorująca jednak potężne wyzwania energetyczne. W sferze instytucji i spraw publicznych mamy do czynienia ze znaczącym pogorszeniem, a w sferze polityki zagranicznej z krytyczną groźbą zawężania pola manewru.

Jak mogłyby wyglądać kolejne cztery lata w wykonaniu obozu dotychczas rządzącego?

W sferze solidaryzmu społecznego należy się spodziewać, przy obecnym przywództwie prawicy, kontynuacji rozpoczętych programów, bez znaczącego ich poszerzania, ale również bez ograniczania. Presja budżetowa spowodowana przez brak wystarczających podatkowych instrumentów redystrybucji ograniczałaby apetyty na wydatki. To zaś oznaczałoby kolejne cztery lata bardzo solidnych, choć niezwiększanych, przepływów pieniężnych pomimo rosnącej znowu presji budżetowej. Ich efekt to spadek nierówności społecznych i wzrost zamożności szerszych warstw, a co za tym idzie mniejsze podłoże społecznych niepokojów. W sferze gospodarczej do ryzyka pogorszenia światowej koniunktury dodałby się negatywny skutek odkładanej na święty nigdy modernizacji energetyki. Należałoby też spodziewać się dojścia kosztów narastającej i w większości samozawinionej izolacji Polski wobec głównych europejskich stolic i całej wspólnoty europejskiej. To może przełożyć się na zmniejszony budżet unijny dla Polski i inne pośrednie koszty pozostawania przez nas obok głównego procesu decyzyjnego UE.

W obszarze instytucji i spraw publicznych można się spodziewać znaczącego pogorszenia i tak już niedobrego trendu. Choć część instytucji ma się pomimo lub dzięki obecnej kadencji rządów prawicy dobrze, to degradacja szeregu innych powinna zwrócić naszą uwagę. Jeszcze bardziej niepokojące dla perspektyw instytucji jest coraz bardziej rozpowszechnione nastawienie przedstawicieli i klientów obozu prawicy, wykazujące znamiona bezkarności, znieczulicy, nieświadomości bądź obojętności wobec skutków własnych działań i nieodpowiedzialności w obliczu czynionych szkód. Inną jest sytuacja, gdy łamiący reguły świadomie i z cieniem rozterki te reguły łamie, a inną jest sytuacja obecna. Wielu nowych władców nie uznaje istnienia reguł lub świadomie postanawia je znieść, jako niepotrzebne ograniczenie swojego sprawstwa. Ta intencja zwiastuje potężny problem dla społeczeństwa w ładzie wewnętrznym (m.in. medialnym), gdyż naginanie rzeczywistości do politycznej woli kończy się upadkiem instytucji. W sferze polityki zagranicznej oznacza to kłopoty dla całego państwa, gdyż za nieuznawanie ograniczeń rzeczywistości płaci się wielką cenę.

Alternatywa w postaci obozu liberałów u władzy byłaby próbą powrotu do polityki cięć kosztem świadczeń społecznych pod pretekstem balansowania nierównowagi budżetowej. Poza wszystkim innym, takie podejście skutkuje efektami odwrotnymi od oczekiwanych. Liberalna polityka zaostrza i radykalizuje obóz niezadowolonych, zwiększając szeregi zwolenników niebezpiecznego ksenofobicznego populizmu. W efekcie, po kilku latach, instytucje są zagrożone bardziej niż uprzednio.

Nie znaczy to jednak, że jesteśmy bez wyboru. Przynajmniej raz na cztery lata ten wybór mamy. Gdy jedni chcą nam poskąpić solidarności, a drudzy demokracji, obywatele muszą szukać wyjścia poza tymi obozami klinczu. Solidarni demokraci, jakimi są w wielkiej mierze Polacy, są w stanie włożyć między dwa potężne obozy (deficytu solidarności i deficytu demokracji) siłę blokującą większość. Jeżeli tak się stanie, to można będzie nam postawić w przyszłości prawdziwy pomnik.

Krzysztof Mroczkowski