Fikcja ośmiogodzinnego dnia pracy (1937)

Jeszcze niedawno mówiono o kryzysie jak o mitycznym potworze lub żywiole w rodzaju huraganu; dziś głosy te nieco przycichły, bo wskaźnik biura koniunktur oznajmił, że kryzys już się skończył. Nareszcie! Każdy odetchnie swobodniej, nie dlatego, żeby ludzie doznali ulgi, lecz dlatego, że będzie można pomówić o piekle bez zwalania winy na Belzebuba.

Nędza!… Dla zwykłego śmiertelnika ów wyraz jest wszystkim i wszystko wyjaśnia. Nie potrzeba żadnych komentarzy, żadnych dodatkowych wyjaśnień, gdyż każdy wie, że najpierw idzie krzywda, a później nędza, którą koniecznie trzeba „przetrwać”. Tak myślą ci, którzy w swoim położeniu są bezradni. Ale dla tych, którzy mogliby coś pomóc, złagodzić, owe proste wyrazy nic nie znaczą i koniecznie trzeba dowodzić przyczyn, szukać źródła, wskazać winowajcę i dowieść swojej słuszności. Toteż starym zwyczajem pozwólmy popłakać sobie trochę, bo naprawdę mógłby kto pomyśleć, że już jest wszystko dobrze.

Ośmiogodzinny dzień pracy jest największą zdobyczą ustawodawczą świata pracy w niepodległej Polsce; zdobyczą, o której ciągle tylko marzą dziesiątki tysięcy chałupników. To są sprawy bolesne, dobrze wszystkim znane, ale bynajmniej nie jedyne na naszym rynku pracy.

Trzeba dobrze zajrzeć do suteren, poddaszy, a znajdziemy ich dużo więcej u tych, którzy prawem mają zagwarantowaną normę ośmiogodzinną, ale nie mają zagwarantowanego dostatecznego zarobku. Pracują po większych zakładach przemysłowych lub handlowych, jakim jest trudno wyłamać się spod nadzoru ochrony pracy, lecz już dawno wyłamali się spod nadzoru sumienia, folgując sobie tam, gdzie prawo nie sięga.

Robotnicy wspomnianych instytucji pracują osiem godzin na dobę, ale niskie zarobki nie pozwalają im reszty dnia spędzić na odpoczynku.

Niedostatek zmusza ich do szukania dodatkowych, dorywczych zajęć dla łatania wiecznie deficytowego budżetu.

Jeżeli dzisiaj zarabia ktoś miesięcznie około dwustu złotych, to patrząc na swego kolegę zarabiającego sto złotych albo i mniej, nie może wyjść z podziwu, jak można z tak niskiego dochodu utrzymać siebie z rodziną. Trochę cierpliwości, a można odgadnąć zagadkę. Wystarczy się przyjrzeć ich bieganiu z ulicy na ulicę przez drugie osiem godzin, piłowaniu, stukaniu i praniu po całych nocach, a wszystko dokładnie się zrozumie. Zrozumie się, że norma ośmiogodzinnego dnia pracy jest dla nich tylko fikcją, którą się w nich wmówiło i w którą w wiecznej gorączce niedostatku uwierzyli. Do grupy powyższej należy cały szereg niższych funkcjonariuszy państwowych, pobierających netto od 90 zł miesięcznie, i robotnicy zatrudnieni z funduszu drogowego i inwestycyjnego.

Może ktoś tam z zadowoleniem pomyśli sobie, że nasze państwo może być dumne z tak dzielnych obywateli, którzy mimo niedostatecznego wynagrodzenia umieją jakoś sobie radzić i są pełnowartościowymi pracownikami. Może ktoś się i oburzy na nicowanie cudzej pracowitości, uchodzącej od zarania dziejów za wielką cnotę. A pewno znajdą się i tacy, którzy z owych faktów ukują broń dla własnych celów. Przecież to potworne?… Ludzie chcą dłużej pracować, a ktoś w nich wmawia potrzebę przestrzegania ściśle ograniczonego czasu. Ktoś, sam nie będący robotnikiem, zabrania innym pracować dłużej; zabrania wbrew naturalnemu pędowi właściwych robotników.

Ba! nawet będą się zachwycali pracowitością „szarego człowieka”, nic więcej poza tym nie dostrzegając. Nie dlatego, żeby byli aż tak ciemni, ale dlatego, że własny interes ciężarem egoizmu osiadł na ich mózgach. Ta krótkowzroczność dzisiejszego kapitalizmu sprawia wrażenie, jakby wiedział o swojej ciężkiej chorobie; chorobie nie dającej się uleczyć dotychczasowymi środkami. Wie, że uzdrowić go może tylko operacja i wie, że w podobnym stanie nie przetrwa długo, że musi skonać, ale nie ma odwagi poddać się owej operacji. Zgarnąwszy te wszystkie swe bogactwa pod siebie, strzeże ich pilnie, drży, wzdycha i oczekuje jakiegoś cudu, który by go uzdrowił.

Znane to zjawisko, że nadmierna zapobiegliwość rozwija się u ludzi chciwych; oraz że zapobiegliwość ta nie stwarza z niczego, lecz zagarnia już istniejące wartości z uszczerbkiem mniej przebiegłych.

Niektórzy z tych „zapobiegliwych” zdają sobie sprawę, komu szkodzą i czyim kosztem sobie byt poprawiają: ci dzięki tej świadomości mogą poniekąd sami nad sobą sprawować kontrolę, ażeby innym nie uczynić zbyt wielkiej krzywdy. Większość jednak traktuje swą chciwość jako zaletę charakteru i bez skrupułu odbiera innym sposób zarobkowania. Kłusownicy rzemiosła nie utrzymują specjalnych warsztatów, nie płacą z tego tytułu żadnych podatków, ani świadczeń i mogą taniej przyjmować zamówienia: wskutek tego stają się groźnym konkurentem drobnych warsztatów rzemieślniczych, które nie mogąc wytrzymać współzawodnictwa, również tylko marzyć mogą o dniu pracy ośmiogodzinnym.

Gdyby ktoś miał możność i chęć zadania sobie trudu obliczenia, ilu robotników jest u nas w stanie utrzymać się z dochodu ośmiogodzinnego dnia pracy, otrzymałby wyniki bardzo mizerne. Gdyby zaś dodać sumę godzin roboczych i podzielić przez sumę zatrudnionych robotników we wszystkich dziedzinach pracy otrzymalibyśmy długość przeciętnego dnia roboczego, która w żadnym wypadku nie zamknęłaby się w ośmiu godzinach, a kto wie, czy nie przekroczyłaby godzin dziesięciu.

Doszliśmy do bardzo prostego wniosku: należy nie tylko wprowadzić, ale stosować wszędzie ośmiogodzinny dzień pracy; należy ścigać prawem kłusowników. Czy jednak w dzisiejszych warunkach byłoby to możliwe? Czy nie byłoby zbyt nieludzkie? Liczba bezrobotnych może by spadła, ale suma dochodu wszystkich robotników nie zwiększyłaby się, a więc zmiana ta nie miałaby wpływu na rynek gospodarczy.

Więc cóż?… Pozostaje nam stara piosenka, której podniszczonych strof nie warto przepisywać. A jednak pisać trzeba. Jeżeli człowiek jest pewny swej słuszności, to musi mieć odwagę nie tylko pisać i mówić, ale głośno wołać, wołać nawet w obliczu tych, którzy go słuchać nie chcą. Polska jest wylęgarnią różnych haseł, więc i my mamy zamiar swe hasło wysunąć. Zamiast „Daj grosz na pomoc zimową”, radzi byśmy wszystkim codziennym i okresowym pismom wprowadzić stałe hasło i drukować je wielkimi czcionkami: „Nie wyzyskuj pracownika, bo szkodzisz własnym interesom”.

Jeżeli zalecane przez nas hasło będzie zrealizowane, nie zajdzie nigdy potrzeba głoszenia w tym zakresie innych.

Nasze związki zawodowe i opinia publiczna skupiły uwagę na pulsie wielkich zakładów, jak gdyby one miały wyłączną władzę rozwiązania węzła bezrobocia. Cóż jednak się osiągnie, chociażby w tych zakładach uzyskano skrócenie dnia do sześciu godzin pracy, kiedy druga bodajże większa armia będzie nadal pracowała do szesnastu godzin na dobę. Robotnik to nie tylko ten zatrudniony w wielkiej fabryce, ale ten, co pracuje we własnym mieszkaniu, na własnym stołku. A jakże często ci, co walczą o poprawienie bytu szerokich mas targują się z szewcem, kiedy żąda od nich 50 groszy drożej za zelówki. Wysiłek państwa i całego społeczeństwa musi iść w tym kierunku, ażeby całkowicie wprowadzić w życie to, co już się stało prawem obowiązującym. Ponieważ państwo w bardzo szerokim zakresie jest i pracodawcą, powinno nasamprzód unormować wynagrodzenie na takiej wysokości, żeby pracownicy nie mieli potrzeby szukać zajęć dodatkowych. Jeżeli przypomnimy ostatnią reformę uposażeniową i powołamy się na motywy podniesienia gaży urzędnikom wyższym, to jednocześnie powyższe motywy musimy zastosować i do warstw najniższych, jeżeli naprawdę chcemy wyjść z labiryntu sprzeczności.

Akcji zwycięskiej nie da się prowadzić w warunkach takich, przy których przełożeni będą syci, a szeregowcy pozostaną głodni. Dobro państwa nie rozwinie się w hierarchii wysokich gaż, zawarowanych dla wyższych urzędników, przy nędzy i poniewierce tych, którzy byli i w razie potrzeby będą żołnierzami. Trzeba dźwignąć z nędzy szerokie masy, a tym samym dźwigniemy i państwo.

Ideą głodnego jest tylko jedno, ażeby się chociaż raz dobrze najeść i nic więcej poza tym.

S. Kleszcz
________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Epoka” (w rubryce „Głos robotnika”) nr 19(98), Warszawa, 5 października 1937 r. Pismo było lewicująco-postępowym dwutygodnikiem wydawanym przez środowiska piłsudczykowskiej inteligencji krytycznej wobec tendencji autorytarnych i zwrotu w prawo obozu sanacyjnego.

Prof. Monika Kostera: Chwała samochwałom

Kiedyś, dawno temu, w ubiegłym stuleciu, sąsiadki opowiadały sobie z przejęciem straszne historie z życia lub z prasy o tym, jak czyjaś droga córka lub miły narzeczony pewnego razu „uciekli z sektą” i już nigdy nie było tak jak przedtem. To doświadczenie gruntownie ich zmieniało. Nawet, jeśli kiedyś potem wrócili do domu, nie byli już nigdy sobą, stawali się kimś innym, obcym. „Pani kochana”, mówiła z przerażeniem sąsiadka sąsiadce, „oni tam piorą mózgi i to koniec już jest”. Dziś nie słyszy się takich historii, ale przecież każda i każdy z nas ma ich wiele do opowiedzenia, z tym że nie o tajemniczych sektach piorących mózgi, jak w gotyckiej powieści, lecz o czymś znacznie bardziej nowoczesnym, ba, prestiżowym i naukowym. Kto z nas nie zna osoby, która wzięła udział w szkoleniach liderszipu lub kołczingu liderów i wróciła zmieniona, inna, reagująca irytacją na zainteresowania, wartości, idee, które kiedyś nas z nimi łączyły?

Odmienieni, mówią już innym głosem, z nową emfazą, przestają słuchać tego, co do nich mówimy. Czujemy z ich strony irytację i odrzucenie, zastanawiamy się, co robimy źle, czemu oto straciliśmy przyjaciela. Za to zyskaliśmy osobistość. Możemy się pochwalić, że znamy kogoś Ważnego. Coś się stało z wnętrzem takiej osoby, jakby go ubyło. Za to przybyło ogromnie dużo czegoś na zewnątrz – jakaś taka aura ważności, wobec której to, co dla nas ma znaczenie, nagle staje się nieistotne. Osoby te mówią same o sobie inaczej niż wcześniej, z przekonaniem i pewnością, której im dotąd brakowało.

W odróżnieniu od historii o sektach, to nie jest jednak kwestia magii i nagłego oczarowania, lecz przemiana całkiem racjonalna, dostępna, nauka, którą samemu można (za odpowiednią opłatą) posiąść. To język, który umożliwia i definiuje mówienie o sobie w kategoriach sukcesu, kariery, wagi i powagi. I który definiuje wszelkie inne relacje w tych kategoriach. Sfrustrowany współpracownik nagle zmienia się w osobę, z którą należy porozmawiać o aspiracjach do kariery. Nieskłonna do szerowania statusów, skądinąd oddana sprawie znajoma, zmienia się w niepotrzebną masę. Od czasów Ludwiga Wittgensteina wiemy, że język wyznacza i definiuje nasz świat. I my może nauczyć się tego języka, jeśli tylko włożymy w to odpowiedni wysiłek. Nie wiem, jak Państwo, ale ja bardzo, bardzo nie chcę, choć strasznie lubię się uczyć. Nie jestem w tym osamotniona.

W lipcu kolega organizował konferencję. Zaprosił kilka osób w charakterze mówców, „keynote speakers”. Przysłał nam krótkie notki biograficzne o nas do korekty. Pamiętam to uczucie ciepła w dołku, które rozeszło mi się po całym systemie, gdy dostałam od niego tę notkę. Siedziałam chwilkę z takim wielkim poczuciem wdzięczności w trzewiach, zanim odpowiedziałam, że jest świetna. Jasne – mogłam coś dodać, coś skorygować. Ale nie chciałam psuć tej chwili, tak rzadkiej w obecnych czasach, gdy to ktoś inny zadał sobie trud i napisał coś o mnie. Że nie muszę się chwalić. Jak strasznie miło, gdy ktoś powiedział coś o mnie, zauważył, że jestem. Potem okazało się, że wiele zaproszonych przez niego osób czuło w tym momencie dokładnie to samo. Staliśmy razem podczas przerwy, przed budynkiem, i dzieliliśmy się tym dziwnym i dość złożonym uczuciem – a także naszą radością, że nie byliśmy z nim sami, że inni też tak mieli. Wdzięczność. W świecie, gdzie istnieją tylko ci, którzy uprawiają samopromocję, wielkim zaszczytem jest móc ją odczuć.

A przecież kiedyś można było być nieśmiałym, zdaje się, że nawet było to normalne. Można było stosować autoironię, samopomniejszenie – to było wtedy szlachetne, nawet jeśli często niezbyt szczere. Autolans był… opcjonalny. Pamiętam, jak później, gdy obyczaj wynoszenia siebie ponad poziomy zaczynał stawać się obowiązkiem, towarzyszył temu bunt wielu osób i głośno wyrażany sprzeciw. Dziś wszyscy już ten obowiązek opanowaliśmy. Sama trzaskam bionotki i autoprezentacje bez mrugnięcia okiem. Pamiętam też, poniekąd ze wstydem, jaki wywołuje każda nieudana próba oczarowania, jak kilkanaście lat temu ważna zagraniczna komisja, przed którą prezentowałam projekt badawczy, pytała mnie, jaki jest mój „impact”, a ja, z zawadiackim uśmiechem, zaserwowałam pełną fałszywą skromność („o, nie wiem, nie wiem wcale, o to trzeba by spytać moich czytelników” – proszę zauważyć jaka się w tej skromności kryje obłudna, ukryta arogancja, założenie, że kogoś innego niż ja obchodzi, czym się zajmuję). Mój projekt, całkiem dobry, rzetelny, został oblany. Wygrał kolega, który przezwyciężył swój wstręt do samochwalstwa i potrafił bez obrzydzenia i drgnięcia kącików ust powiedzieć: moje badania mają znaczący wpływ na naukę i na praktykę… Z perspektywy czasu i bez żadnych innych uczuć niż wstyd z powodu mojej uwodzicielskiej szarży skromności, mogę śmiało powiedzieć, że nasze projekty były równie ciekawe. Jestem przekonana, że on też tak uważa. Natomiast on umiał o tym powiedzieć komisji. Teraz ja też to umiem. Czy było lepiej, zanim się przemogliśmy? Nie. Oboje mamy teraz większy dystans do siebie i tego, na co nas stać. Żadne z nas nie wierzy we własną wielkość. Móc mówić o tym bez żadnych oczekiwań – to chyba prawdziwsze samo-umiarkowanie, niż epatowanie skromnością pełną zalotnej nadziei.

Więc jak to jest? Czy lepiej jest udawać skromność, czy trąbić o własnej wielkości? Zarozumialstwo i zakłamanie to (niestety) cechy bardzo ludzkie, choć nieśmiałość i skromność – też. Podobnie jak pragnienie, by kogoś w drebiezgi oczarować i otumanić swoim nieodpartym wdziękiem. Wszystko ma swój czas i z wszystkiego można się czegoś nauczyć (wiem, wiem, jestem starą belferką, inaczej nie lubię). Jednak problem jest wielki. Polega na tym, że trąbiąc stale i obowiązkowo o świetnym sobie, coś jednocześnie zagłuszamy.

Weźmy na przykład Gretę Thunberg. Toczy się o nią spór w mediach i na portalach, dyskutują znajomi nad latte i rodziny nad schabowym. Jedni mówią, że wszystko źle, że za chuda, za młoda, za piskliwy głos, za bardzo rodzice mają wpływ na jej poglądy, za bardzo bezczelna. Drudzy z kolei podnoszą walory jej młodości, bezkompromisowości, odwagi cywilnej, skromności, świadomości społecznej. Jedni krzyczą „precz”, inni wołają „hosanna!”. Szesnastoletnia dziewczyna może lub nie może, powinna lub nie powinna, zabierać głos w ważnych sprawach, bo jest za młoda, oni za starzy, zbyt biała, ale jednak kobieta, niepełnosprawna, to świetnie, głos dla niepełnosprawnych musi być. Ładny warkoczyk. Nieelegancki ubiór, niestosowny do sytuacji. Itp., itd. Nie słychać w tym rozgardiaszu tego, co ona właściwie mówi. To, co naprawdę ważne znika w hurgocie dyskusji, czy ona może, czy nie może być czyimś „role modelem”, przepraszam „role modelką”.

Zajęliśmy się dyskutowaniem powierzchowności i na tym poprzestajemy. Fasady są jazgotliwe i zastąpiły nam sens i świat. Wszyscy wiemy, jaka jest Greta Thunberg, ale w hałasie nie słychać, o czym do nas mówi. Nie ona jedna. Czasy są poważne, już nie tylko Naomi Klein i David Attenborough, lecz cała wataha ultracentrystyczych dziennikarzy ostrzega, że klimat, że planeta, że człowiek i jego praca, że ekonomia neoliberalna… A tymczasem dryfujemy sobie spokojnie w przepaść, rozprawiając nad tym, kto jest bardziej doskonały. Więc tak, to jest szkodliwe. Oprócz tego, że osoby mało odporne na autolans muszą się wciąż powstrzymywać od mdłości – bo w końcu de gustibus itd. Poza tym moda jest potężnym i uniwersalnym aviomarinem i mdłości opanowują coraz mniejszą ilość osób. Ale jest bardziej poważny powód i jest nim fasadyzacja wszystkich treści w przestrzeni publicznej. Wszystko nagle stało się ad personam, zasługi i przewiny są jednostkowe, sprywatyzowaliśmy obecność i jednocześnie zbanalizowaliśmy ją. Każdy gada, wrzeszczy nawet; nikt nie słucha, bo pękają bębenki, a poza tym, no proszę, czemu słuchać akurat Grety, a nie kogoś innego, np. biskupa Głódzia? Albo pana prezesa czy innego schludnego megaprzedsiębiorcy. Bo ważne kto, nieważne po co. Zresztą, co to znaczy – po co? Czy kogoś to jeszcze obchodzi? Ważne, kto za sobą pociągnie tłumy, wtedy wiadomo, że dobrze, pociągnąć w jakikolwiek sposób, za jakąkolwiek cenę, dolarową lub ludzką, a najlepiej jedno i drugie. Jak mawiano w latach 90., jeśli coś nie kosztuje, to ludzie tego nie cenią. Może dlatego liderszipy są w cenie – bo zazwyczaj bardzo dużo kosztują.

Jeśli liderszipy to nauka, to jest to nauka, jak gadać głupoty. Polerowanie fasady mową-trawą. Nie ja tak mówię, choć podpisuję się pod tym ręką prawą i lewą, a i stopami bym się podpisała, gdyby umiała. Piszą o tym doświadczeni i znacznie bardziej umiarkowani ode mnie badacze, jak choćby Jeffrey Pfeffer, jedna z wielkich sław głównego nurtu zarządzania, i Henry Mintzberg, bodajże największy żyjący autorytet z tychże nauk i żaden anarchosocjalista. Socjaliści zresztą w tej kwestii są z centrystami wyjątkowo zgodni – Martin Parker dowodzi, jak szkodliwe jest edukowanie „liderów transformacyjnych świata” w szkołach biznesu, a Carl Rhodes i Peter Bloom demonstrują patologie wywołane koncentracją naszej epoki na bogatych i sławnych dyrektorach-„przywódcach”. Wreszcie, badaczki takie jak Marja Soila-Wadman, Malin Gawell, Nancy Harding czy Ann-Sofie Köping, które pokazują jak ważna jest relacyjność, że całe przywództwo, to w istocie relacje, nie osoby. Można więc robić to inaczej, wspólnie, demokratycznie, kadencyjnie, bo od relacji wszystko zależy, nie od doskonałości takiego czy innego lidera.

Równie ważni są nie-liderzy. Ten wymiar przywództwa jako dobra wspólnego, czegoś międzyludzkiego, niszczony jest przez kursy liderszipu. Szefowie powinni raczej uczyć się, jak nie monopolizować roli przywódczej i jak nie być władczy i dęci. Badaczka organizacji Anna Zueva pisze w artykule opublikowanym w prestiżowym piśmie, że przywódca najlepiej robi, gdy jest głupcem, błaznem, nie wielkim cesarzem świata. Pokora jest ważniejsza niż pyszny blask. Jak pisał Salomon, człek poniekąd mądry, pycha idzie przed upadkiem. Możemy sobie być dumni, zadowoleni z siebie, elokwentni na temat swoich osiągnięć, nawet możemy być uwodzicielsko pewni siebie. Ale to co innego, to wszystko grzeszki powszednie. Pycha to całkiem inna bajka, a to właśnie pychy uczą nas liderszipy – jak być doskonałym. W judaizmie jest to źródłem wszelkiego zła, bo oznacza samo-ubóstwienie. W chrześcijaństwie to grzech główny, bo powoduje utratę łaski. Liderszip przejawia się zatem jako głośne ględzenie mające na celu zagłuszenie dudnienia wewnętrznej pustki – bo bez łaski – gratia – wszystko jest pozbawione wdzięku i wdzięczności.

Każdy prawdziwy lider sam sobie wszystko zawdzięcza, sam sobie skrobie rzepkę i robi ster z okrętu; sam sobie jest doskonałością. Sam sobie śpiewa hymn chwały. Brawo! Bo jest tego wart. O niebiosa, jakież to nudne. Chodźmy już może zająć się czymś ciekawszym niż kolejny sam-sobie-bóg, który musi zrobić karierę bo jest doskonały. Ile można słuchać tych bredni, każdej samochwale chwała! – na miarę kąta, w którym stoi.

prof. Monika Kostera

Między sportem a biznesem

Między sportem a biznesem

Sport to nie tylko wielkie emocje, ale często także wielkie pieniądze. Astronomiczne kwoty za transfery, kosmiczne sumy na umowy sponsorskie oraz tygodniowe czy miesięczne wynagrodzenia przewyższające znacznie całkowite koszty kredytu hipotecznego, z którymi zmagają się przeciętni Polacy. Gdzie, przy tak gigantycznych kwotach, leży granica między sportową rywalizacją a biznesem?

Jeden z najbogatszych dziś klubów świata, Manchester United, w 1902 roku przeżywał kryzys finansowy i został wówczas przyjęty przez Johna Henry’ego Daviesa, który pełnił funkcję prezesa lokalnych browarów. Kolejnym jego ruchem było przejęcie sieci około 50 pubów w okolicach Manchesteru. To historia obrazująca przemiany, które zaczęły się w piłce nożnej już dawno temu. Rozpoznawalne na całym świecie nazwy klubów piłkarskich stały się tym samym, czym dla wytwórni filmowych są fikcyjne fantastyczne światy – marką zdolną do stworzenia niekończącej się sieci franczyz służącej maksymalizacji zysku. Nie chodzi wcale o wygrywanie meczów, lecz o jak największą komercję i coraz większe zyski z dnia meczowego. Koszulki, szaliki, gadżety, napoje i przekąski, unikalne pamiątki. A także gry, zabawki, reklamy. No i oczywiście najważniejsze, czyli telewizja. Dochody ze sprzedaży praw do transmisji oraz własne media przybliżające życie klubu zza kulis.

Sposoby na maksymalizację zysków ogranicza tylko wyobraźnia. Konferencja prasowa, na której ogłoszono przejście Davida Beckhama do Realu Madryt, za rekordowe wówczas 37 milionów euro, była drugą najpopularniejszą relacją telewizyjną w historii. Przypomnijmy, że Jerzy Dudek był przez lata najlepiej zarabiającym sportowcem w Polsce, a działo się tak dzięki siedzeniu na ławce Realu. Sami piłkarze to oczywiście drogo wyceniana marka, nad którą pracują włodarze klubu oraz specjaliści z firm sprzedających sprzęt sportowy. Ci ostatni to dla klubów najbardziej lukratywne źródło dochodu. FC Barcelona i Nike 100 milionów funtów rocznie, Manchester United i Adidas 75, a Chelsea i Adidas 60 milionów.

Warto dodać, że dwaj najwięksi producenci sprzętu sportowego zarabiają trzy razy więcej niż 14 najbardziej dochodowych lig piłki nożnej na świecie. Relacjonując zdarzenie z mundialu 1998 roku brazylijski piłkarz Edmundo mówił tak: „Ludzie z Nike byli z nami 24 godziny na dobę, jakby byli członkami zespołu. Mieli ogromną władzę. Tylko tyle mogę powiedzieć”.

Piłkarskie kluby sportowe to dziś pełnoprawne przedsiębiorstwa, nastawione wyłącznie na zysk. Prezes FC Barcelony Josep Maria Bartomeu mówi wprost: „Chcemy mieć pewność, że nasz klub pozostanie punktem odniesienia na całym świecie, nawet w obliczu porażki”. Stąd między innymi szkółki piłkarskie rozsiane po całym świecie. Jedną z nich znajdziemy w Warszawie. Dwaj najdrożsi piłkarze na świecie Neymar i Kylian Mbappé to piłkarze PSG. Klub z Paryża jest zdolny do kontraktowania tak drogich piłkarzy po tym, jak przejął go katarski fundusz inwestycyjny Qatar Sports Investments. Na czele klubu stanął wówczas Nasser Al-Khelaifi. Od tego momentu klub stał się hegemonem krajowej ligi. To nie jedyne przejęcie katarskich szejków. Abu Dhabi United Group Investment and Development Limited przejęła w 2008 roku Manchester City, który szybko stał się jednym z czołowych zespołów ligi. Katar w ostatnich latach pokazuje, jak cienka jest granica między sportem a biznesem, podkupując młode talenty z wielu różnych dyscyplin. Widać to wyraźnie po lekkiej atletyce, lecz najlepszym dowodem były Mistrzostwa Świata w Piłce Ręcznej rozgrywane właśnie w Katarze. Kraj ten reprezentowany był wówczas przez gwiazdy podkupione z innych reprezentacji. Strategia się opłaciła. Katar dotarł aż do finału, pokonując w półfinale Polskę.

Synonimem sportu jest bez wątpienia rywalizacja. Sprawiedliwa, czysta, ale przede wszystkim dostępna dla każdego. Julius Yego, kenijski lekkoatleta trenujący rzut oszczepem, przez lata nie miał trenera. Szkolił się za pomocą Youtube. Został mistrzem świata i wicemistrzem olimpijskim. W 1998 roku na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary wystąpiła czwórka jamajskich bobsleistów, pisząc piękną historię olimpizmu. Egzotyczna drużyna stała się ulubieńcem publiczności. Równie egzotyczną drużyną była kadra polskich szczypiornistów, która w 2007 roku sensacyjnie zdobyła wicemistrzostwo świata.

Tak długo jak możliwe są niespodzianki, tak długo możemy mówić o sporcie. Gorzej, gdy do sukcesu potrzebne są pieniądze. – „Wielkie pieniądze, marketing i związane z tym wpływy wygrały ze sportem. Mam tylko nadzieję, że w styczniu Międzynarodowa Federacja Pływacka (FINA) cofnie swą decyzję, a pływanie wróci do korzeni” – mówił Bartosz Kizierowski, wybitny polski pływak w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Zaprojektowane przez NASA kostiumy pozwoliły w ciągu 18 miesięcy pobić ponad 200 rekordów świata! Koszt takiego uniformu to ok. 370 euro. Czy każdego amatora, który chciałby spróbować swoich sił, byłoby stać na taki wydatek? Mamy tu raczej barierę, tworzącą z rywalizacji przywilej dla wybranych. Na szczęście wycofano je z obiegu i anulowano pobite w tych strojach rekordy. Ten okres w pływaniu słusznie porównywano do Formuły 1. Wiele osób powtarzało, że to rywalizacja kostiumów, a nie zawodników.

Królowa motosportu to najlepszy przykład na to, gdzie kończy się sport, a zaczyna biznes. Jeden z najbardziej utalentowanych zawodników w historii Formuły 1, Robert Kubica, w tym sezonie melduje się regularnie na ostatnich pozycjach. Nie dlatego, że całkowicie wypadł z formy, lecz przez to, że jego zespół jest najsłabszy w stawce. Robert nie jest w stanie rywalizować z tymi, którzy są wspierani przez większy kapitał. Nie ma tutaj mowy o sportowej rywalizacji.

Podobnie jest w przypadku wspomnianej już klubowej piłki nożnej. W latach 2012-2017 z 25 możliwych do zdobycia tytułów w pięciu najlepszych ligach (angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej, francuskiej i niemieckiej) aż 20 zdobyły zespoły plasujące się w globalnej dziesiątce najbogatszych klubów. W latach 1991-1996 liczba klubów, którym udało się awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, wynosiła 29. W kolejnych 5-letnich okresach liczba ta systematycznie spadała. W latach 2011-2016 ta sztuka udała się tylko 19 zespołom. Po reformie z 1996 roku, gdy do rywalizacji przystąpili nie tylko mistrzowie krajowych rozgrywek, ale także inne drużyny z najsilniejszych lig, tylko raz po tytuł sięgnęła drużyna spoza biznesowej ekstraklasy. W sezonie 2003/2004 Ligę Mistrzów wygrało FC Porto. W pozostałych 94% wygrały raczej pieniądze.

Granica między sportem a biznesem jest więc wyraźna. Tam, gdzie możliwe jest wejście z ulicy i nawiązanie rywalizacji z najlepszymi tylko dzięki ciężkiej pracy, mamy do czynienia ze sportem. Natomiast tam, gdzie do podjęcia rywalizacji i osiągnięcia sukcesu niezbędne są duże pieniądze, panują kapitalizm i biznes.

Mateusz Perowicz

Gilbert Keith Chesterton: Rozważania na temat zgniłego jabłka (1935)

Nasz wiek jest niewątpliwie Wiekiem Nonsensu. Mądrzejsze nonsensy przeznaczone są dla dzieci, a głupsze – dla dorosłych. Osiemnaste stulecie nazywano Wiekiem Rozumu. Sądzę, że nie ma wątpliwości co do tego, iż wiek XX należałoby nazwać Wiekiem Bezrozumności. Ale i to jest zbyt łagodne określenie. Termin „Wiek Rozumu” pochodzi od tytułu książki napisanej przez wyznawcę racjonalizmu [Thomas Paine, The Age of Reason, 1794-95]. Racjonaliście temu chodziło jednak nie tyle o to, żeby nieracjonalnemu przeciwstawić to, co rozumne, ile przede wszystkim o to, żeby to, co naturalne, przeciwstawić temu, co ponadnaturalne. Tymczasem skutki bezrozumności mogą być groźniejsze niż skutki nienaturalności. Bezrozumność nie posługuje się niewiarygodną bajeczką, lecz niespójną ideą. Dawno temu powiedziałem w jakiejś rozmowie, że czym innym jest wiara w to, iż łodyga fasoli może wyrosnąć do samego nieba, a czym innym przekonanie, iż 57 fasolek równa się pięciu fasolkom.

Ktoś może na przykład nie wierzyć w cuda. Zwykle wynika to z apriorycznego założenia związanego z determinizmem, a czasami nawet z analizy dowodów. Gdy jednak powiemy takiej osobie o cudzie rozmnożenia chleba i ryb, to informujemy ją o zdarzeniu racjonalnym, choć nienaturalnym. Nie mówimy, że ilość ryb zmniejszyła się w wyniku ich pomnożenia. Pomnożenie pozostaje określeniem matematycznym. Tłum, który zaspokoił głód rozmnożonymi rybami, jest zjawiskiem mniej niezwykłym niż człowiek, który twierdziłby, że mnożenie jest tym samym, co odejmowanie. Dla sceptyka historia ta nie będzie wprawdzie brzmiała przekonująco, ale nie będzie pozbawiona sensu. Jeśli nawet nie pojmie on logicznej przyczyny, to uzna istnienie logicznego wynikania. Przecież żaden papież ani żaden ksiądz nie kazał mu wierzyć, iż tysiące osób dlatego zmarły z głodu na pustyni, że miały pełno chlebów i ryb. Żadna prawda wiary, żaden dogmat nigdy nie głosił, że zabrakło żywności, ponieważ było za dużo ryb. I to jest właśnie praktyczna i prozaiczna definicja sytuacji, w której znajduje się obecnie nowoczesna ekonomia. Człowiek Ery Nonsensu musi pochylić czoło i powtarzać swoje „credo”, motto swoich czasów: „Credo quia impossibile” [„Wierzę w to, ponieważ jest to niemożliwe”].

Chociaż może rozumniej byłoby użyć określenia „bezrozumność” dla nazwania pewnej kategorii luźnych, nieprecyzyjnych sformułowań, które są nielogiczne przynajmniej pod względem formy. Najbardziej znanym przypadkiem należącym do tej kategorii są tzw. irlandzkie żarty, które często kojarzono z papieskimi bullami i uważano za rodzaj nadnaturalnych stworów wyhodowanych na łatwowierności i przesądzie [1]. Tymczasem nawet to nieporozumienie jest niczym w porównaniu z nowym absurdem. Jeśli jakiś Irlandczyk rzeczywiście powie: „Nie jesteśmy ptakami, żeby móc przebywać w dwóch miejscach jednocześnie”, to przynajmniej wiemy, co ma na myśli, nawet gdyby jego słowa znaczyły co innego. Co by się jednak stało, gdyby powiedział, że jeden ptak został cudownie przemieniony w milion ptaków i dlatego teraz jest na świecie mniej ptaków niż przedtem? Wtedy mielibyśmy do czynienia nie ze zwykłym irlandzkim żartem, tylko z irlandzkim szaleństwem [2]; musielibyśmy się zmagać nie z czymś niewiarygodnym, ale z czymś niemożliwym do pojęcia. Możemy też przywołać pewne fakty. Irlandczykom przypisuje się czasem wybujałe emocje i skłonność do chorobliwej uczuciowości. Ale nikt nie mówi, że Irlandczycy wymyślili sobie Wielki Głód [3], w wyniku którego tysiące ludzi zmarły, ponieważ zbyt małe były plony ziemniaków. Wyobraźmy sobie tylko Irlandczyka, który mówi, że ludzie umierali z głodu, bo ziemniaki nadzwyczajnie obrodziły. Wydaje mi się, że czegoś takiego nie usłyszymy nawet z ust Irlandczyka lubującego się w absurdach.

Tymczasem gospodarka, z którą ma do czynienia dzisiejszy Anglik, a w dużej mierze także Amerykanin, osiągnęła stan takiego właśnie absurdu. Mówi nam się, że jest głód, ponieważ nie występuje niedostatek oraz że plony ziemniaka są tak obfite, iż brakuje ziemniaków. Na tym tle Irlandczyk ze swoimi bykami i ptakami wydaje się twardym realistą i racjonalistą. Stare przykłady zdarzeń niezwykłych znacznie ustępują faktom ze współczesności. Zarówno zdarzenia tajemnicze, które wykraczały poza możliwości rozumu, jak i zwykły mętlik, który był poniżej poziomu pojmowania – nie mogą się równać z tym, czego doświadczamy obecnie. Te cuda były bardziej normalne niż nasza naukowa norma; a irlandzkie absurdy były mniej nielogiczne niż logika zdarzeń, z jakimi mamy do czynienia.

Wygląda na to, iż żyjemy w świecie czarów, w którym sady usychają dlatego, że rozkwitają, a sama obfitość jabłek na jabłoni powoduje, że jabłka stają się owocem zakazanym i wysiłki czynione w celu ich skonsumowania stają się – w każdym znaczeniu tego słowa – bezowocne. Na tym polega paradoks współczesnej ekonomii noszący nazwę nadprodukcji albo nadmiaru towarów na rynku. I chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się to czystą fantastyką, należy dobrze zdać sobie sprawę z tego, w jakim znaczeniu jest to najprawdziwszy fakt. Przyjmijmy więc za oczywiste, że jako opis obiektywnej sytuacji społecznej, która ma miejsce w chwili obecnej w tym społeczeństwie industrialnym, paradoks ten jest całkowicie prawdziwy. Z drugiej strony nie jest prawdą, że wewnętrzna sprzeczność jest prawdą. Jeśli potraktować to nie jako opis, lecz jako definicję i rozpatrywać w kategoriach abstrakcyjnej wartości jako argumentu, to z pewnością ta sprzeczność jest nieprawdziwa, podobnie jak każda inna sprzeczność.

Rzecz w tym, że pojawił się tutaj pewien trzeci element, o którym nie ma mowy w ujęciu abstrakcyjnym. Czynnik ten można przedstawiać na wiele sposobów. Być może najprościej mówi o nim bajka o sprzedawcy brzytew, który w odpowiedzi na reklamację spokojnie tłumaczy oburzonemu klientowi, że przecież wcale nie obiecywał, iż brzytwa będzie goliła. Na pytanie, czy brzytwy nie służą do golenia, odpowiada, że brzytwy służą do sprzedawania. Jest to Krótka Historia Handlu i Przemysłu w wieku XIX i na początku XX. Bóg stworzył świat rozumu, tak jak Bóg stworzył małe jabłka (o czym mówi piękne przysłowie). Bóg nie stworzył małych jabłek większymi niż duże jabłka. Nie jest prawdą, że człowiek, którego jabłoń ugina się pod ciężarem owoców, będzie cierpiał niedostatek jabłek; chociaż może je przeznaczyć na zmarnowanie. Jeśli jednak nie potraktuje jabłek jako czegoś do jedzenia, lecz wyłącznie jako coś do sprzedania, to popadnie w nowe kłopoty. A te mogą doprowadzić do pewnej sprzeczności. Jeśli zacznie produkować nie tyle jabłek, ile potrzebuje, lecz tyle, ile – jak sądzi – potrzebuje cały świat, mając nadzieję, że opanuje produkcję na całym globie, to albo uda mu się zwyciężyć w konkurencji z sąsiadem, który też chce przejąć całą światową produkcję jabłek, albo przegra w tej konkurencji. Obydwaj zaczną produkować tak dużo jabłek, że cena tych owoców na rynku spadnie do poziomu ceny piasku na plaży. Obaj zorientują się, że mają w kieszeni bardzo mało pieniędzy, za które mogliby kupić gruszki w sklepie warzywnym. Gdyby nie założyli, że będą się zaopatrywać w owoce w sklepie warzywnym, lecz wyciągnęli rękę i zerwali je z własnego drzewa, trudność ta nigdy by się nie pojawiła. Wydaje się to proste i jeśli przyjrzeć się istocie jabłoni i uprawie jabłek, to naprawdę tak jest.

Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to obecnie proste w praktyce. Żadne zagadnienie praktyczne nie jest proste, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wszystko jest pogmatwane przez nieuczciwych, wprowadzających zamieszanie krętaczy nazywanych pragmatycznymi politykami. Tym niemniej zasada pozostaje prosta. A jedynym sposobem na to, żeby poradzić sobie w skomplikowanej sytuacji, jest wyjście od właściwej podstawowej zasady. Zupełnie innym zagadnieniem jest to, do jakiego stopnia możemy się pozbyć niedogodności związanych ze sprzedawaniem i kupowaniem, albo jak dalece możemy kontrolować lub modyfikować te procesy. Niedogodności wynikają jednak ze sprzedawania i kupowania, nie zaś z produkowania. Nawet nie z produkowania w zbyt dużych ilościach. I z pewną ulgą uświadamiamy sobie, że nie żyjemy w sennym koszmarze, gdzie NIE znaczy to samo co TAK; że nawet dzisiejszy świat nie popadł – mimo wszystkich pomysłowych starań czynionych w tym kierunku – w kompletne szaleństwo; że dwa plus dwa równa się cztery, i że człowiek, który ma cztery jabłka, naprawdę posiada ich więcej niż człowiek, który ma trzy jabłka. Niektórzy bowiem współcześni metafizycy i filozofowie moralności skłonni są pozostawić nas w niepewności co do tego, czy tak rzeczywiście jest. Wina nie leży w fundamentalnych podstawach rzeczy; szkopuł lub fałsz pojawił w wyniku stosowanej ostatnio sztuczki polegającej na tym, że wszystko rozpatruje się w odniesieniu do handlu. W handlu jako takim nie ma niczego złego, ale handel postawiono w miejsce prawdy. Handel, który ze swej natury jest rzeczą drugorzędną, podporządkowaną, traktowany jest jako coś najważniejszego i niezależnego, jak absolut. Przedstawiciele najnowszych generacji, mając obsesję na punkcie mnożenia, utworzyli nawet liczbę mnogą czegoś, co jest odwiecznie pojedyncze – w znaczeniu: jedyne. To, co wszyscy starożytni filozofowie nazywali „dobrem”, zamienili na mnogie „dobra”.

Jestem przekonany, że niektórzy mistycy z kręgów amerykańskiego biznesu protestowali przeciwko kryzysowi, przyczepiając do płaszczy kartki z napisem: „Handel jest dobry”, a także z innymi podobnymi hasłami, takimi jak: „Capone nie żyje”, „Rak jest przyjemny”, „Zniesiono śmierć” i wszelkimi równie realistycznymi twierdzeniami, które tylko zmieściły się na ich ciałach. W działalności tych czarodziejów interesuje mnie to, że postanowiwszy za pomocą zaklęć i czarów stworzyć idealne warunki sprzyjające zapanowaniu nad elementami, nie pojęli (że tak powiem), czym są elementy tych elementów. Nie sięgnęli do korzeni problemu i nie wyobrazili sobie, że ich zmartwienia w rzeczywistości skończyły się. Zajęli się kultem środków zamiast czcić cel. Powinni raczej mówić: „Dobrze jest żyć”, „Życie jest dobre”, a nie: „Handel jest dobry”. Zapewne oczekiwanie, że tak zacne grono mogłoby głosić: „Bóg jest dobry” byłoby wygórowane, ale niewątpliwie w wyznawanej przez nich koncepcji dotyczącej tego, co jest dobre, brakuje filozoficznej podstawy, którą stanowiła dobroć Boga. Gdy Bóg wejrzał na stworzone rzeczy i stwierdził, że są dobre, oznaczało to, iż są dobre same w sobie i takimi, jakimi są. Tymczasem we współczesnym, merkantylnym ujęciu Bóg spojrzałby na nie i zobaczył tylko, że są „dobrami”. Inaczej mówiąc, na każdym drzewie i pagórku wisiałaby metka – jak kartka na kapeluszu Szalonego Kapelusznika [4] – z napisem: „ten typ, 10/6”. Wszystkie kwiaty i ptaki miałyby etykietki z informacją o przecenie, wszelkie stworzenie byłoby na sprzedaż albo wszystkie zwierzęta poszukiwałyby zatrudnienia, poranne gwiazdy układałyby się na niebie w neony, a Synowie Boży wykrzykiwaliby oferty pracy.

Innymi słowy, ci ludzie nie są w stanie wyobrazić sobie dobra, które nie pochodziłoby z wymiany barterowej czegoś za coś innego. Nie do pojęcia jest dla nich, że jakąś rzecz można cenić samą w sobie. Pomysł, że ktoś mógłby jeść jabłka z własnej jabłoni wydaje im się bajką. Tymczasem za upadek, jaki się dokonał od czasów pierwszego stworzenia, które nazwane było dobrym, w dużej mierze odpowiedzialna jest chorobliwa nieumiejętność docenienia rzeczy samych w sobie, szaleństwo handlarza, który nie może dostrzec dobra w dobru, o ile nie jest ono czymś, czego można się pozbyć. Ktoś kiedyś zauważył, że razem z grzechem i śmiercią pojawiła się na świecie zmiana. W tym spostrzeżeniu zawarta jest tragiczna prawda, ponieważ to, co nazywaliśmy zmianą, stało się następnie wymianą. W każdym razie dziwactwo wymiany zaowocowało sytuacją, w której mamy zbyt dużo jabłek i za mało chętnych do ich zjedzenia. Nie upieram się przy symbolice związanej z rajem i jabłonią, ale zastanawiające jest, że ów losowo dobrany przykład prześladuje nas w tej dziwnej historii. Ostatnią konsekwencją traktowania drzewa jako sklepu, a nie jako spiżarni, ostatecznym rezultatem traktowania jabłek jako dóbr, a nie jako dobra, są rozpaczliwe wysiłki instytucji dobroczynnych i ubogich sprzedających jabłka na ulicy.

Handlarz istniał i musi istnieć w każdej normalnej cywilizacji. Jednakże w każdej normalnej cywilizacji handlarz był wyjątkiem, z pewnością nie stanowił normy, a na pewno nie ustalał norm. Dominujące znaczenie, jakie zdobył w dzisiejszym świecie, jest przyczyną wszystkich nieszczęść tego świata. Powszechnym zwyczajem ludzi było produkowanie i konsumowanie – traktowane jako elementy tego samego procesu, a często także dokonujące się z udziałem tych samych osób i w tym samym miejscu. Czasami dobra produkowano i konsumowano w obrębie jednego wielkiego majątku feudalnego, czasem nawet w tym samym małym gospodarstwie chłopskim. Pracę wykonywali niewiele różniący się od niewolników chłopi pańszczyźniani albo wolni ludzie, współpracujący na zasadach, które powierzchowny obserwator mógłby pomylić z komunizmem. Żadna z tych różnych historycznych metod, obciążonych wieloma wadami i ograniczeniami, nie była jednak skrępowana więzami charakterystycznymi dla naszych czasów. Większość ludzi przez większość czasu była zajęta produkcją żywności i jedzeniem jej, a nie wyłącznie produkcją żywności i sprzedawaniem jej po możliwie najwyższej cenie komuś, kto nie ma co jeść.

Osobiście nie widzę innej drogi wyjścia z dzisiejszego zaplątania niż zwiększenie liczby ludzi, którzy żyją według zasad starodawnej prostoty. Nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi, że nie powinno być handlarzy i handlu. Należy jednak pamiętać, że w świetle logiki bogactwo mogłoby istnieć nawet jeśli nie istniałby handel ani handlarze. Ważne, by zauważyli to ludzie, dla których jedyną nadzieję stanowi to, że „handel jest dobry”, a także ci, których jedyną skrywaną obawę stanowi to, że „handel jest zły”. W zasadzie mógłby istnieć dobrobyt na bardzo wysokim poziomie przy bardzo słabo rozwiniętym handlu. Gdyby wioska była tak szczęśliwie usytuowana, że każda mieszkająca w niej rodzina mogłaby hodować własne kury, uprawiać warzywa, doić własną krowę i (muszę to dodać) warzyć własne piwo, poziom życia i bogactwa naprawdę mógłby być bardzo wysoki. Byłby taki, mimo że najstarszy mieszkaniec przypominałby sobie tylko dwie transakcje handlowe, do jakich doszło za jego życia: zakupienie kapelusza u cygańskiego kramarza przez sąsiada oraz odosobniony przypadek zakupu parasola, czego dokonał farmer Billings.

Jak już powiedziałem, nie wyobrażam sobie, żeby świat miał się kiedyś stać tak prosty, ani tego nie pragnę. Musimy jednak najpierw zrozumieć prostotę rzeczy, by następnie móc wyjaśnić lub skorygować ich złożoność. Złożoność społeczeństwa komercyjnego stała się nie do zniesienia z tego powodu, że społeczeństwo to jest wyłącznie komercyjne. Umysły społeczeństwa wypełnione są w całości myślami o przekazywaniu rzeczy kolejnym osobom, a nie o posiadaniu ich. Gdy wspomniani już prostoduszni entuzjaści mówią, że handel jest dobry, to chcą przez to powiedzieć, iż wszyscy ludzie, którzy posiadają rzeczy, nieustannie się z nimi rozstają. Ci optymiści przywołują zapewne – nieznacznie tylko zmieniając ich sens – słowa poety: „Nasze dusze to miłość i nieustanne rozstania”. W tym znaczeniu nasze nowoczesne indywidualistyczne i komercyjne społeczeństwo jest w istocie rzeczy dokładnym przeciwieństwem społeczeństwa opartego na prywatnej własności. Chodzi o to, że prawdziwa, bezpośrednia radość z posiadania prywatnej własności – w odróżnieniu od zapału związanego z wymianą lub uzyskaniem z niej dochodu – występuje obecnie rzadziej niż w wielu prostych społecznościach, które swoją prostotą przypominają niemal komuny.

Przy takim rodzaju prywatnej konsumpcji, która jest jednocześnie prywatną produkcją, istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo pojawienia się nadprodukcji. Liczba jabłek, które może zjeść jeden człowiek, jest ograniczona. Istnieje również granica ilości wyprodukowanych przez niego jabłek, których nie będzie w stanie zjeść. Granicę tę stanowi jego głęboka i zdrowa niechęć do pracy. Nie istnieje jednak granica ilości jabłek, którą człowiek mógłby potencjalnie sprzedać, i wkrótce staje się on energicznym, zręcznym, dobrze radzącym sobie sprzedawcą, wywracając cały świat do góry nogami. To właśnie on przyczynia się do powstania tego kolosalnego spektakularnego paradoksu, od którego rozpoczęliśmy te zawiłe rozważania. To on doprowadza do rewolucji gwałtowniejszej niż wywołana przez jabłko Adama rewolucja, która przyniosła światu śmierć; gwałtowniejszej niż rewolucja Newtona, którego jabłko było apokalipsą grawitacji. Głosi on bowiem największe bluźnierstwo i herezję, mianowicie że jabłko zostało stworzone dla rynku, a nie dla brzucha. To właśnie on – podejmując szaleńczą gonitwę w celu zasypania niemającego granic rynku nieskończoną ilością jabłek – otworzył wrota do otchłani ironii i sprzeczności, w którą dzisiaj spoglądamy. Sztuczka polegająca na tym, żeby handel traktować jak sprawdzian i to jedyny sprawdzian, postawiła nas oko w oko z kompletnym i ewidentnym nonsensem wypisanym na całym świecie wielkimi literami – większymi niż wytwarzane przezeń absurdalne reklamy i ogłoszenia – z twierdzeniem, że im więcej produkujemy, tym mniej posiadamy.

Oscar Wilde prawdopodobnie zemdlałby natychmiast, gdyby powiedziano mu, że posłużono się jego cytatem w dyskusji na temat sztuki kupieckiej w Ameryce, albo w obronie zapobiegliwego i nobliwego życia rodzinnego na farmie. Tak się jednak składa, że wśród wielu niemądrych epigramatów jego autorstwa znajduje się jeden, który zwięźle oddaje pewną prawdę dotyczącą nie (o czym z zadowoleniem donoszę) sztuki, lecz wszystkiego, co chciał on oddzielić od sztuki, a więc etyki, a nawet ekonomii. W jednej ze swoich sztuk powiada tak: „Cynik to człowiek, który zna cenę wszystkiego, ale nie zna wartości niczego” [cytat pochodzi z Lady Windermere’s Fan (1892)]. Stwierdzenie to jest niezwykle prawdziwe i stanowi odpowiedź na większość innych wypowiedzianych przez Wilde’a kwestii. Jeszcze bardziej niezwykłe jest jednak to, że ludzie, którzy w tak ewidentny sposób popełniają dzisiaj ten błąd, najprawdopodobniej nie są cynikami. Przeciwnie, są to ludzie, którzy nazywają siebie optymistami, a nawet być może idealistami; z pewnością zaś popełniają ten błąd ci, którzy uważają się za zwykłych facetów, synów obowiązku i kariery. Bardzo często to właśnie ci ludzie odpowiadają za zniweczenie korzystnych efektów swojego wysiłku i rozmycie względnie dobrego przykładu, jaki dają w pracy i w kontaktach społecznych. A wszystko przez ten błąd: przez to, że uważają, iż rzeczy należy osądzać ze względu na ich cenę, a nie ze względu na ich wartość. Ponieważ zaś cena jest czymś szalonym i niedającym się wyliczyć, a wartość jest czymś, co tkwi w samych rzeczach i co jest niezniszczalne, to sprawili oni, że przestaliśmy być społeczeństwem solidnym, a staliśmy się społeczeństwem opartym na płynnych podstawach, niezgłębionym jak morze i zdradliwym jak ruchome piaski.

Nie miejsce tu, by rozwijać rozważania na temat możliwości ponownego zbudowania czegoś solidniejszego w oparciu o filozofię społeczną odwołującą się do wartości. Jestem jednak pewien, że niczego solidnego nie da się zbudować na żadnej innej filozofii; niewątpliwie zaś nie nadaje się do tego celu całkiem niefilozoficzna filozofia, która polega na ślepym kupowaniu i sprzedawaniu; na zmuszaniu ludzi do kupowania czegoś, czego nie chcą; na produkowaniu przedmiotów niskiej jakości, żeby uległy zepsuciu i żeby ludziom się wydawało, że muszą kupić ich kolejne egzemplarze; na podtrzymywaniu szybkiego obiegu tandety, która krąży jak tumany kurzu na pustyni; na udawaniu, że uczy się ludzi, jak mieć nadzieję, choć w rzeczywistości nie zostawia im się ani chwili na refleksję, by nie popadli w rozpacz.

Gilbert Keith Chesterton

tłum. Witold Falkowski

Powyższy tekst pochodzi ze zbioru esejów G. K. Chestertona pt. „The Well and the Shallows”, wydanego w roku 1935. Powyższy polski przekład ukazał się w „Obywatelu” nr 19, w roku 2004.

Przypisy tłumacza:

1. Nieprzetłumaczalna gra słów, kojarząca trzy różne zjawiska połączone słowem „bull”: Irish bull – absurdalny żart, powiedzenie zawierające logiczną sprzeczność; Papal Bull – bulla papieska; bull – byk, zwierz.

2. Ponownie gra słów: Irish bull, mad bull.

3. Spowodowany zarazą ziemniaczaną głód w Irlandii w latach 1845-1851, w wyniku którego zmarło około miliona osób.

4. Mad Hatter – Szalony Kapelusznik – postać z Alicji w Krainie Czarów.

Czy największa demokracja świata przetrwa?

W sierpniu mijającego roku uwagę części opinii publicznej przykuła informacja o anulowaniu prezydenckim dekretem autonomii stanu Dżammu i Kaszmir (określanego potocznie Kaszmirem). Autonomia była dotychczas zagwarantowana artykułem 370 konstytucji kraju, przyjętym w roku 1949. Decyzja ta ma implikacje dla polityki międzynarodowej – Kaszmir jest od chwili podziału dawnej brytyjskiej kolonii między Indie i Pakistan przedmiotem konfliktu obu dzisiejszych mocarstw nuklearnych. Zaczął się on od wojny i zaowocował dotychczas otwartą wojną w roku 1965 oraz kilkoma konfliktami granicznymi. Jednak istotne jest również znaczenie wewnątrzindyjskie tego faktu.

Wydający wspomniany dekret prezydent Ram Nath Kovind jest reprezentantem Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) premiera Narendry Modiego. Wiosną 2019 wygrała ona drugie z rzędu wybory parlamentarne i dzięki ordynacji większościowej sprawuje rządy z ogromną przewagą, zajmując samodzielnie 303 spośród 545 miejsc w Izbie Ludowej parlamentu. Koalicja Narodowy Sojusz Demokratyczny, której przewodzi, ma tych miejsc 339, największa siła opozycji, Indyjski Kongres Narodowy – zaledwie 52. Nazwy i procedury pozostają demokratyczne, jednak narodowo-konserwatywna hinduistyczna BJP bywa oskarżana o reprezentowanie „autorytarnego populizmu”, w którym formalne procedury pozostaje jedynie fasadą pozbawioną istotnej treści. BJP z pewnością reprezentuje bunt przeciw elitom zgrupowanym wokół Indyjskiego Kongresu Narodowego, rządzącego przez większość czasu od uzyskania przez kraj niepodległości. Odwołuje się do doświadczeń ludu, z którego wywodzi się sam premier Modi, syn rodziców reprezentujących niską kastę olejarzy. Jednocześnie reprezentuje otwarcie hinduistyczny nacjonalizm, co siłą rzeczy kreuje sytuację konfliktową w kraju, gdzie 20% obywateli stanowią mniejszości religijne. Takie sytuacje w realiach subkontynentu miewają tendencję do przeradzania się w gwałtowne formy. Liczby ofiar śmiertelnych walk, które wybuchły między hinduistami a muzułmanami podczas podziału w roku 1947, szacuje się na od 200 tys. do nawet 2 milionów, z kolei lata 80. przyniosły niemal 50 tys. ofiar sikhijskiego powstania w Pendżabie oraz antysikhijskich pogromów po zamordowaniu Indiry Gandhi. Napięcia na tle religijnym występują również obecnie, m.in. w formie ataków związanych z „kwestią krowią”, wynikającą z odmiennego traktowania tych zwierząt w hinduizmie i islamie. Liczba ofiar tych incydentów między rokiem 2010 a 2017 jest oceniana na 28 osób (w tym 24 muzułmanów), przy czym krytycy BJP wskazują, że 97% ataków w tym okresie miało miejsce po objęciu przez nią władzy w 2014, oskarżając formację Modiego o inspirowanie ich retoryką skierowaną przeciwko mniejszościom, do której odwołuje się również sam premier.

Demokracja w Indiach jest systemem odziedziczonym po Brytyjczykach, których wpływ ukształtował w ogromnej mierze nowoczesne oblicze tego kraju. Od roku 1947 funkcjonuje mimo rozlicznych konfliktów wewnętrznych, których egzemplifikacją może być wspomniany separatyzm sikhijski. Liczące 1,355 miliarda obywateli Indie i będące trzecią co do wielkości samodzielną gospodarką świata w jednostkach parytetu siły nabywczej stoją jednak przed ogromnymi wyzwaniami zewnętrznymi. Największym jest ogromny przyrost potęgi historycznego rywala w walce o wpływy w basenach Oceanów Indyjskiego oraz Spokojnego, którym są Chiny. Porównanie dróg rozwojowych obu potęg po roku 1945 i obecnego ich daje w aspekcie modeli wnioski mocno nieoczywiste. W umownym punkcie początkowym, za który można przyjąć rok 1950, już po zakończeniu wojny o władzę w Chinach, Indie przewyższały północnego sąsiada pod względem produktu krajowego brutto na mieszkańca – wynosił on 619 dolarów międzynarodowych Geary’ego-Khamisa wobec 448 (dane za opracowaniem Angusa Maddisona).

Przewaga Indii utrzymywała się do początku epoki Denga Xiaopinga – jeszcze w 1977 stosunek PKB per capita wynosił 937 do 894 dolarów. Należy jednak uwzględnić fakt, że Indie miały swobodny dostęp do technologii i myśli naukowej pochodzących tak z Zachodu, jak i z obozu sowieckiego, a także do inwestycji zagranicznych. Chiny po zerwaniu w 1962 współpracy ze Związkiem Sowieckim pozostawały pod tymi względami izolowane, padły też ofiarą księżycowych eksperymentów gospodarczych Mao, a pod koniec jego rządów tak zwanej rewolucji kulturalnej, rujnującej w dużej mierze osiągnięte w tym okresie umiarkowane zdobycze. Jednak zapoczątkowana przez Denga polityka przyciągania inwestycji poddawanych ścisłej kontroli przez władze, przyniosła szybkie i wyraźne odwrócenie sytuacji. Już w roku 1990 wspomniany stosunek wyniósł 1871 do 1309 na korzyść Chin, w 2000 – 3421 do 1892. Według danych MFW w roku 2018 PKB per capita Chin wynosił 18 110 dolarów, Indii natomiast zaledwie 7874 dolary. W wartościach nominalnych ten stosunek wygląda dla Indii jeszcze mniej korzystnie – 2036 do 9608.

Oznacza to, że w perspektywie połowy stulecia chiński autorytaryzm rządzącej nieprzerwanie monopartii okazał się znacznie skuteczniejszy w aspekcie modernizacji kraju, wykorzystywania dla jego rozwoju potencjału nieprzebranych rzesz taniej siły roboczej oraz wyciągania korzyści z kooperacji z globalnym kapitalizmem. Skutkuje to w tej rywalizacji silniejszą pozycją Chin wspierających tradycyjnie Pakistan oraz penetrujących intensywnie basen Oceanu Indyjskiego. Jako znacznie bogatsze mają o wiele więcej do zaoferowania krajom, w których te dwie potęgi rywalizują o wpływy, takim jak Birma, Tajlandia, Sri Lanka czy Malezja.

Dotyczy to z jednej strony pomocy finansowej czy projektów infrastrukturalnych (Indie nie realizują niczego na miarę chińskich Nowych Jedwabnych Szlaków), a z drugiej dostaw sprzętu wojskowego. Pod koniec lat 80. szczytem chińskich możliwości w dziedzinie produkcji samolotów bojowych były warianty rozwojowe MiGa-21 i jego powiększony wariant J-8. W Indiach były montowane na licencji o generację nowsze sowiecki MiG-27 oraz francusko-brytyjski SEPECAT Jaguar. Po 30 latach Chińczycy dopracowali się seryjnego strategicznego myśliwca wielozadaniowego J-20, który mimo częściowo rosyjskich korzeni i utrzymującej się zależności od silników od północnego sąsiada, a także znaczących wątpliwości, czy można go w istocie zestawiać z amerykańskim F-22, jest niewątpliwie własnym produktem. Hindusi nadal montują samoloty rosyjskie i zachodnie, a ich myśliwiec HAL Tejas, mimo trwającego ponad trzy dekady programu rozwojowego, pozostaje w ogromnej mierze składakiem importowanych elementów, ustępującym chińskiemu J-10, który trafił do służby dekadę wcześniej. Podobna sytuacja ma miejsce w przypadku okrętów wojennych (które kupuje np. Tajlandia) i innych rodzajów uzbrojenia. Hinduskie programy rozwojowe w tej dziedzinie stały się symbolem długotrwałości, bałaganu, nieefektywności, a chińskie owocują produktami prawdopodobnie wciąż wyraźnie ustępującymi efektywnością amerykańskim, jednak rodzimymi i realnie wytwarzanymi w dużych liczbach.

Analogiczna sytuacja ma miejsce również w dziedzinie produkcji komercyjnej. Hindusi korzystają z telefonów Huwaei i jeżdżą lokalnie montowanymi chińskimi samochodami. Próżno szukać hinduskich marek wytwarzających zaawansowane produkty o podobnej pozycji, a w mającej w roku 2018 wartość 89,6 miliarda dolarów wymianie handlowej Indie miały deficyt w wysokości 62,9 miliarda… Chiny górują też wyraźnie w dziedzinie realnego potencjału intelektualnego. W roku 2014 zgłoszono tam ponad 928 000 wniosków patentowych, gdy w Indiach zaledwie niecałe 43 000.

Na podstawie powyższego można postawić tezę, że Indie przegrały wyścig ku odzyskaniu historycznego znaczenia, rozpoczęty z Chinami po zrzuceniu przez oba giganty obcych jarzm. Chińczykom udało się skokowo lepiej wykorzystać występującą w ramach globalnego kapitalizmu tendencję do relokacji zasobów. Przyciągali „twardą” produkcję, w dużej mierze stając się beneficjentami rewolucji w dziedzinie elektroniki użytkowej i umiejętnymi naśladowcami w ramach wymuszanych przez państwo firm joint venture. Indie w ramach tego samego procesu stały się symbolami zatrudniających tanią siłę roboczą centrów obsługowych działających jako filie zagranicznych koncernów, wytwarzających znikomą realną wartość. Jak się wydaje, niebagatelną rolę odegrało istnienie w Chinach stabilnej formacji rządzącej, która przy wszystkich swoich wadach może planować na wiele lat czy nawet dekad naprzód i konsekwentnie wcielać w życie opracowane programy.

Takie uwarunkowania zewnętrzne, odbijające się we wspomnianej regionalnej rywalizacji z Chinami, będą stanowiły niechybnie potężne wyzwanie dla indyjskiego systemu politycznego. Dojdą do niego jeszcze większe, związane ze zmianami klimatycznymi. Zniesienie autonomii Kaszmiru może wskazywać na chęć BJP podążania chińską drogą przynajmniej w jednej dziedzinie. W związku z tym posunięciem zlikwidowano również dotychczasowy zakaz nabywania na terenie stanu nieruchomości przez osoby pochodzące spoza niego, co umożliwi mieszkańcom pozostałej części Indii osiedlanie się na tych terenach. Otwiera to drogę do rozwiązania problemu buntującego się, w przeważającej części islamskiego, stanu w sposób analogiczny, jak Chiny pacyfikują kwestię tybetańską. Czyli przez wewnętrzną kolonizację i stopniowo zmieniające demografię osiedlenie grupy większościowej w skali całego kraju. Zjawiskiem wskazywanym przez krytyków BJP jako wprowadzanie elementów demokracji sterowanej, jest życzliwość nadzorującej proces wyborczy Komisji Wyborczej Indii tej formacji, przejawiająca się brakiem reakcji na naruszanie obowiązujących zasad przez samego premiera czy zakłócające kampanię zamieszki jego zwolenników w kluczowych regionach. Ogromna przewaga w ciałach legislacyjnych daje Modiemu i BJP duże możliwości w tym zakresie. Zasadnicze pytanie: czy ewentualne ograniczanie demokracji będzie służyło wyłącznie interesom partii, prowadząc jednocześnie do chaosu wewnętrznego wskutek fal przemocy wobec mniejszości, czy jednak docelowo usprawni zarządzanie ogromnym krajem i uruchomi procesy, które pozwolą Indiom zmniejszyć dystans wobec Chin.

dr Jan Przybylski

Chcemy Europy? To za nią zapłaćmy!

Uczestniczyłem już w wystarczającej liczbie rozmów na temat podatków w Polsce, żeby nauczyć się na pamięć padających w nich argumentów. Na przykład niemal w ciemno można obstawiać, że w dyskusji pojawi się osoba, która powie: „Problem z pomysłami lewicy jest taki, że wyższe podatki tak naprawdę nie dotkną milionerów, którzy wykorzystają różne machinacje, aby ich uniknąć. Najbardziej dostanie się takim osobom jak ja, które całe życie ciężko pracowały, a teraz dowiadują się, że są bogaczami, bo zarabiają osiem tysięcy złotych na rękę. Myślicie, że to dużo? W Warszawie? Przecież to niecałe dwa tysiące euro!”.

Nie neguję tego, że taka osoba ciężko pracuje. Nie wątpię nawet w to, że jest szczera, gdy mówi, iż nie czuje się szczególnie bogata. Niemniej jednak jej argumentacja dobrze pokazuje, w jak absurdalny sposób jest ustawiona w Polsce dyskusja o podatkach i społeczeństwie dobrobytu. Zwróćcie uwagę szczególnie na to pragnienie, aby natychmiast przeliczać zarobki oscylujące wokół 10 tysięcy złotych na euro. To ciekawe, że zazwyczaj nie stosuje się takiego przelicznika wobec 500 plus, zarobków sprzątaczek, ochroniarzy, nauczycielek czy pielęgniarek. Dla nich punkt odniesienia jest inny.

Ludzie mniej zamożni – głosi popularna w Polsce narracja – powinni się cieszyć, że nie mieszkają w PRL-u albo Wenezueli. Taki jest punkt odniesienia dla nich. Dlatego nie ma sensu, żeby przeliczali pomoc socjalną na euro i narzekali, jak marnie wygląda ona na tle Niemiec, Francji czy państw skandynawskich. Nie możecie, drodzy, porównywać się z takimi państwami, bo my nie jesteśmy tak zamożni jak one, więc nie stać nas ani na taki socjał, ani na takie usługi publiczne. Musicie cierpliwie poczekać. Wyższa klasa średnia ma za to pełne prawo żalić się, że na tle europejskich zarobków są ubogimi żuczkami i próba wyższego opodatkowania ich dwóch tysięcy euro ociera się o stalinowski gułag.

A gdyby odwrócić sytuację? Gdyby powiedzieć ludziom zarabiającym w okolicach 10 tysięcy złotych: „Rozumiemy, że kiedy porównujecie się z wyższą klasą średnią w Niemczech, to wasze zarobki nie wyglądają już tak imponująco, ale nie jesteśmy przecież tak zamożni jak Niemcy, więc nie stać nas na to, żebyście za pomocą niskich progów podatkowych albo dzięki uciekaniu na fikcyjne samozatrudnienie próbowali nadgonić naszych zachodnich sąsiadów. Musicie cierpliwie poczekać”.

Od razu podniósłby się krzyk, że skoro państwo tak traktuje osoby zamożne, to one uciekną na Zachód. Ten argument jest zdecydowanie nadużywany. Przede wszystkim to naprawdę nie jest tak, że ci wszyscy menedżerowie czy informatycy mogą bez problemu wyjechać z Polski i szybko znaleźć dobrze płatną pracę za granicą. A nawet jeśli im się to uda, to szybko odkryją, że muszą tam zacząć płacić wyższe podatki niż w Polsce, w dodatku nikt nie ma specjalnej ochoty wysłuchiwać w Niemczech czy Francji ich jęków o stalinowskich progach podatkowych. Warto też sobie przypomnieć o tym, że w ostatnich latach nie mieliśmy problemu z exodusem menedżerów, ale na przykład pielęgniarek. To nie ludzie zarabiający „marne 2 tysiące euro” uciekali masowo z Polski. Tak bardzo chcemy stworzyć cieplarniane warunki dla osób relatywnie zamożnych, że zapominamy o tych, którzy wyciągają po 2 albo 3 tysiące złotych na rękę, a czasem nawet mniej.

Może więc zamiast poddawać się korwinowskim lękom spod znaku wywodów, że „Jeśli podniesiecie podatki, to menedżerowie uciekną z kraju”, pora zacząć krzyczeć: „Jeśli nie podniesiemy podatków, żeby mieć pieniądze na porządne wypłaty dla budżetówki i na godne usługi publiczne, to zostaniemy w kraju bez pielęgniarek i nauczycielek”?

To zadziwiające, jak rzadko myślimy w takich kategoriach. Kiedy mowa o progresji podatkowej, to od razu pojawiają się głosy, dlaczego ciężko pracujący ludzie mają sponsorować „leniuchów na zasiłkach”. Można by pomyśleć, że nasz kraj składa się tylko z osób zarabiających powyżej średniej krajowej i Ferdków Kiepskich. W debacie znika gdzieś większość Polaków, która ciężko pracuje na co dzień i jest niezbędna dla rozwoju kraju, a jednocześnie traci na idiotycznym systemie podatkowym, który premiuje osoby uciekające na samozatrudnienie i ludzi zamożnych.

Dotykamy tutaj jednego z największych szwindli w historii III RP. Nie dokonał się on przy Okrągłym Stole ani w Magdalence, nie stoi za nim żaden mityczny układ, przynajmniej nie taki, jak go sobie zazwyczaj wyobrażamy. Chodzi o fałszywy obraz rzeczywistości, który codziennie wylewał się z mediów i został skutecznie wtłoczony do głów Polaków. W skrócie przedstawia się on następująco: „Kraje bogacą się dzięki uwalnianiu przedsiębiorczej energii własnych obywateli. Nie ma zaś lepszego sposobu, aby to zrobić, niż likwidowanie jak największej liczby regulacji rynkowych i wprowadzanie jak najniższych podatków dla osób zamożnych. Dopiero kiedy będziemy mieli wystarczającą liczbę ludzi bogatych, możemy sobie pozwolić na socjalne eksperymenty”.

To oczywiście bzdura. Jeśli spojrzymy na kraje europejskie, które uchodzą u nas za symbol dobrobytu, to zobaczymy, że nie tak wyglądał ich rozwój. Po II wojnie światowej, gdy nastąpił w nich gwałtowny skok jakości życia większości obywateli, były one budowane za pomocą socjaldemokratycznych rozwiązań. Wysoka progresja podatkowa, regulowany rynek, duże nakłady na pomoc socjalną. My uwierzyliśmy natomiast, że można zbudować u siebie europejski dobrobyt na degresywnym systemie podatkowym, w którym faworyzuje się kilka procent najbogatszych Polaków kosztem całej reszty, a jakakolwiek dyskusja o pomocy socjalnej nie może się obyć bez zwyczajowych nawiązań do bolszewizmu i Stalina.

Tak wygląda największa demagogiczna bzdura III RP – że można budować sprawne państwo, lekceważąc potrzeby osób zarabiających poniżej średniej krajowej, że wystarczy tylko ciąć i ciąć podatki oraz wydatki budżetowe. Otóż przykład krajów, do których tak wzdychamy, świadczy o czymś wręcz przeciwnym. Chcemy Europy? To musimy za nią zapłacić. Musimy mieć progresywny system podatkowy, który zapewni wpływy. Dopiero dzięki nim można będzie zbudować coś więcej niż państwo z kartonu.

Tomasz Markiewka