Kazimiera Muszałówna: Klimontów (1934)

Kazimiera Muszałówna: Klimontów (1934)

Mężczyźni zjechali do kopalni, na trzysta metrów pod ziemię, i nie wrócili. W grobowym mroku i ciszy węglowego podziemia protestowali bez głosu przeciwko zatopieniu kopalni.

Na teren kopalni nie wolno było kobietom wchodzić. Dla nich, dla wielkiego tłumu kraciastych chustek, z dziećmi uczepionymi u rzadkiej frędzli, zarezerwowano wielki plac przed parkanem, obiegający teren kopalni. Na tym to placu dyżurowały nieustające wiece kobiet, poddawanych prądom coraz innych niepokojów, przypuszczeń, podejrzeń. Ktoś powiedział: „może gazy” – i tłum kobiet kołysał się rozpaczliwie i rwał włosy w męce niepewności. Ktoś podszepnął: „może chorzy” – i tłum kobiet zamierał w napięciu uwagi, skupionej na ruchu kulek windy szybu.

Na dole wzmagała się ostrość walki, wzrastała wola wyrzeczeń, natężania cierpień, które miały być manifestacją protestu. Trzeciego dnia okupacji podziemi węglowych, trzeciego dnia obozowiska kobiet pod parkanem kopalni, wczesnym rankiem przeleciał przez powietrze wielokrotny sygnał dzwonu: cztery, cztery i dwa… Alarm. W domkach robotniczych wszczął się gwałtowny ruch. Kto żył, cwałował pod parkan kopalni.

Tysiące kobiet w kraciastych chustkach utknęło oczami w kółkach windy. Jak wolno obracają się kółka, jak powoli nawija się lina żelazna na obrotach koła.

W powietrzu bije pustka, w uszach uderza dzwon alarmu.

Ktoś w tłumie kobiet zachlipał. Krzyknęło dziecko. Zadrżał nie wiadomo czyj jęk. I zaraz pustka w powietrzu wypełniła się jękiem, narosła szlochem, zwilgotniała deszczem łez. Nie było słychać ani jednego słowa, ani jednego krzyku. Wspólny wirowy gest zakołysał wielkim ciałem tłumu.

Zanim otworzyła się brama parkanu – już tłum kobiet rozstąpił się w wolnym korytarzu, takim samym jak korytarze na dole, wyrąbane w ścianach węgla. Na noszach, dźwiganych zmartwiałymi z przerażenia rękami kolegów, leżała wyciągnięta postać omdlałego buntownika podziemi. W nozdrza uderzył zapach mokrego węgla, stęchlizny i potu. Białawe plamy pleśni jaskrawo odbijały na czarnym, zmiętym, wilgotnym ubraniu. Zarośnięta twarz z zielonkawym odcieniem skóry, mocnymi cieniami podkreślone oczy z sinymi powiekami i nienaturalne wydłużenie bezwładem całej postaci.

Poznano go… Poderwane wargami jednej kobiety nazwisko zemdlonego skakało z ust na usta, aż doskoczyło, dotarło i uwięzło w gardle tej, dla której było wszystkim. Mąż… Wzmożony jęk nie przeciął wysokiego tonu krzyku, który wydzierał się wciąż z tysiąca piersi. Tylko dwie ręce wyrwały się spod chustki, uderzyły w tłum i torować poczęły przejście pochylonemu naprzód ciału.

Nosze z zemdlonym nie zdołały dotrzeć do drzwi lecznicy, kiedy spod ziemi wyrwał się nowy dzwon alarmu. Poderwało nowym napięciem jęku. Tłum kobiet zawrócił z drogi ku lecznicy na drogę ku kopalni. Strach i ból podcięły nogi. Powietrze zatrzęsło się od straszliwego szlochu, który wyrywał wnętrzności i niósł je do gardła, dławiąc aż do zemdlenia. Rozłączały się naraz ręce, zgodnie spięte w klamrze ściskającej chustkę pod brodą, łopotały w powietrzu w poszukiwaniu utraconej równowagi i – nie znalazłszy jej – ciągnęły ciało do ziemi. Na ziemi utworzył się zator z ciał. W niewymownej męce bezradności i nieludzkiego cierpienia, w nagłym, niewyjawionym poczuciu braku wszelkiego punktu oparcia, niektóre z kobiet same rzucały się na ziemię i szlochały w nią łzami, jakby te łzy mogły przeoczyć trzysta metrów węglowej głębi, dotrzeć od zamkniętych we wspaniałej czerni górników i do ich protestu dołączyć protest swój, protest kobiecego cierpienia.

Nim nosze z drugim zemdlonym przekroczyły bramę ogrodzenia kopalni – nowy alarm wstrząsnął tłumem. I potem, raz po razie, bez oddechu – uderzał jeszcze cztery razy. Wielki jęk kobiet nie przycichał. Powietrze stało się mokre od łez i ponad wszelki ciężar cięższe od szlochu. Nie można było złapać oddechu piersiami, stłoczonymi od pękającego bólu, nie można było patrzeć od łez bez przerwy płynących, nie można było stać od wstrząsów rwanego jękami ciała. Tłum był ściśnięty masą wzajemnego podporu, wezbranego gestu kołysania, wezbranego dreszczu rozpaczy.

Ucichł dzwon alarmowy, ale powietrze nie przestawało bić zbiorowym jękiem. W tym jęku, jak w defiladzie, sunęły nosze z zemdlonymi. Z tłumu kobiet grupa młodych chłopców podniosła głosami, w których drżała nuta męczeńskiej ekstazy, pieśń: „Czerwony sztandar…”. Pod lecznicą, do której zdążały nosze, na kamienne schodki wskoczył mówca. Drgnął oddziałek pieszej policji, która na próżno wstydziła się łez spływających po twarzach spod stalowych kasków. Drgnął na komendę: rozproszyć tłum…

Piątek minął spokojniej. Aż dopiero wieczorem klatka stanęła. Górnicy nie chcieli kontaktu z żywymi na górze. Zamilkł telefon. Z dołu nikt nie odpowiadał na sygnały. Na górze zapanowały ciężkie godziny rozpaczy i niepokoju, gorszego od złej pewności. Po nocy bezsennej, w sobotę rano rozerwał ciszę kopalni, skazanej na zatopienie, sygnał alarmu. Z domków robotniczych biegiem zdążano pod kopalnię. Znowu szloch wypełnił doszczętnie powietrze. Jeden zemdlony przewędrował na noszach do lecznicy.

Nowy wstrząs płaczu: górnicy nie przyjmują jedzenia. Bolesne zdziwienie jest nową torturą: jak można to wszystko przeżyć?

Kobiety cierpią bezradnie. Co one mogą zrobić? Żadne układy, konferencje, nie prowadzą do skutku. Trzeba pomyśleć o układach z Bogiem.

Gorączkowa zbiórka po dziesięć groszy od głowy kobiecej na Mszę. Nie wszystkie mogły dać te ciężkie grosze. Zebrano złotych polskich dwadzieścia trzy i ileś lam starannie policzonych groszy. Do księdza – na Mszę za górników na dole. Ksiądz Senko odprawi Mszę bez pieniędzy. Nie, one tak nie chcą. Jeżeli ksiądz chce, niech im te pieniądze potem przywiezie do Komitetu Pomocy Górnikom, funkcjonującego obok kopalni.

W niedzielę rano wszystkie kobiety i wszystkie dzieci pociągnęły do kościoła. Ciężko było iść z sercem przygniecionym od troski, na którą nikt na tym wielkim wspaniałym świecie nie znajdował jeszcze rady. Czyż musi tak być, żeby ci na dole pomarli, nim przyjdzie pomoc? W tłumie kobiet, wędrujących wielką gromadą do kościoła, już po drodze wybucha rozpacz. Znowu jęk ogromny trzęsie powietrzem. A kiedy weszły wreszcie do kościoła, wydawało się, że mury świątyni nie pomieszczą straszliwego szlochu rozpaczy.

Msza była do żadnej innej niepodobna. Grały organy niepotrzebnie. Wielki jęk nie ustawał ani na chwilę. Ruchoma od wstrząsów kolumna kobiet na próżno przyciskała twarze do chłodnego kamienia kościelnej posadzki. Nie było tu żadnej ochłody. Gorące łzy paliły twarz, nie zmniejszając palenia w sercu. Chłodne powietrze kościelnego wnętrza zmieniało się w parę od rozpalonych oddechów rozpaczy. Jęk odbijał się od wysokiego stropu i oddawał go ścianom, przydając mocy. Ksiądz przy ołtarzu modlił się z twarzą mokrą od łez. A kiedy po Mszy odwrócił się do tłumu i wsparty o ołtarz zamierzał powiedzieć kilka słów otuchy, chwycił go za gardło nagły skurcz szlochu. Więc tylko przeżegnał zrozpaczoną gromadę, z której wyrwał się nowy, mocniejszy jęk.

Kiedy wróciły z kościoła, pochlipując jeszcze po drodze resztkami niewylanych łez, trzeba było zabrać się do codziennej roboty. Górnicy przerwali głodówkę. Przyjechał ksiądz, przywiózł pieniądze złożone na Mszę, dołożył trochę własnych, wręczył matkom kilka baniek mleka dla dzieci.

Ale to wszystko nie pomogło sprawie. Nastały dalsze dni czarne od troski. Górnicy nadal pozostawali pod ziemią.

Kiedy przyszedł wreszcie dzień, w którym górnicy wygrali swoją sprawę, zdobyli obietnicę niezatopienia kopalni i uzyskali prawo do zasłużonych odszkodowań, gwarantujących możność dalszego życia, kobietom górnickim zabrakło łez radości.

Stroskane twarze uderzają wciąż bolesnym zdumieniem, kiedy usta wypowiadają tę myśl niedziwną:

Jak to można było przeżyć taką rzecz?

Kazimiera Muszałówna

______________________

Powyższy tekst Kazimiery Muszałówny, poświęcony strajkowi okupacyjnemu górników kopalni „Klimontów” w Sosnowcu w roku 1933, pierwotnie ukazał się w książce Zespół Literacki „Przedmieście”, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1934. Był to zbiór tekstów autorów sięgających po tematykę robotniczą i społeczną. O historii i założeniach ZL „Przedmieście” pisaliśmy w „Nowym Obywatelu” przed kilkoma laty. Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z Narodowego Archiwum Cyfrowego: marzec 1933, Strajk górników w kopalni węgla kamiennego „Klimontów” w Sosnowcu, rodziny strajkujących oczekujące przed bramą kopalni.

Popieram każdą partię

Popieram każdą partię

Podobno Polacy są narodem podzielonym. Przyzna to każdy, kto w nawet najmniejszym stopniu uczestniczy w debacie publicznej. Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Podziały istniały od zawsze i nie są wynalazkiem XXI wieku, a poza tym znacznie więcej nas łączy niż dzieli.

Zbyt ogólna narracja historyczna sprawia, że w społeczeństwie funkcjonuje znacznie uproszczony obraz sceny politycznej na przestrzeni wieków. Mogłoby się wydawać, że walkę z zaborcami i okupantami toczył jeden zsynchronizowany organizm polityczny, a podziały nastąpiły już w wolnej Polsce. Otóż nie. Już podczas zaborów podział na frakcje polityczne był wyrazisty. Obozy Białych i Czerwonych miały podobne cele, lecz obrały zupełnie odmienną drogę do ich realizacji. Pomysłów na odzyskanie niepodległości było znacznie więcej. Jedni sposobili się do kolejnych powstań, a inni decydowali się na tytaniczną, pozytywistyczną pracę oświatową wśród mas.

Różnorodność polityczną w okresie II RP najlepiej odzwierciedla list Józefa Piłsudskiego do Romana Dmowskiego. Marszałek pisał w nim, że „w tej ważnej chwili przynajmniej niektórzy ludzie, jeśli już nie cała Polska niestety, wznieść się muszą ponad interesa stronnictw, kilk i grup”. Znamiennym elementem obchodów 100-lecia niepodległości było odsłonięcie pomnika Ignacego Daszyńskiego w pobliżu monumentów Wincentego Witosa, Romana Dmowskiego, Ignacego Paderewskiego i Józefa Piłsudskiego. Kilka dni temu do tego grona dołączył Wojciech Korfanty. „Oni stoją tu dzisiaj i pokazują, że Polska jest jedna. Teraz są tutaj wszyscy […]” – mówił prezydent Andrzej Duda podczas odsłonięcia pomnika.

Polskie Państwo Podziemne również nie było bytem jednorodnym politycznie. Świadczy o tym chociażby Rada Jedności Narodowej, w skład której wchodzili przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Narodowego i Stronnictwa Pracy. Ten pluralizm polityczny był silnie widoczny na barykadach Powstania Warszawskiego.

Dziś podzieleni jesteśmy tak samo jak kiedyś. Pytanie, czy tak samo jak kiedyś jesteśmy zdolni do kompromisu w imię dobra wspólnego? Wygląda na to, że tak. Lektura programów wyborczych sugeruje, że mamy znacznie więcej powodów do współpracy niż do waśni.

Czytaliście programy wyborcze? Z lektury dokumentów przygotowanych przez wszystkie komitety wyłania się rzeczywistość odmienna od tej, którą obserwujemy na co dzień. Jawi się tam ponadpartyjne porozumienie. Przykładowo wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy, proponowane przez Lewicę, to swoisty oksymoron polityczny. Budowanie silnych instytucji to przecież czysty konserwatyzm. Znajdziemy tam również kwestię zrównania płac pod względem płci, czyli temat idealny dla Lewicy. Jednak najbardziej radykalną zmianę w tym zakresie, wprowadzenie obowiązku publikowania przez największe firmy raportów o równości wynagrodzeń, proponuje Prawo i Sprawiedliwość. „Mamy obowiązek zadbać o to, by przyszłym pokoleniom pozostawić Polskę w stanie lepszym, niż w czasach, w których nam samym przyszło działać. Nasi rodacy zasługują na zdrowe życie – czystą wodę, lepsze powietrze w miastach, sprawny system ochrony zdrowia i zdrową żywność. Dobrze pojęta ochrona przyrody nie ma barwy politycznej i nie może być wykorzystywana instrumentalnie do rozgrywek biznesowych czy ideologicznych” – to z kolei fragment programu… Konfederacji. Postuluje on również bon kulturalny, czyli jeszcze jeden pomysł zgłaszany przez różne strony sceny politycznej. Pionierką w propagowaniu tego rozwiązania była, jeszcze jako działaczka Zielonych i Krytyki Politycznej, Hanna Gill-Piątek, która niedawno dostała się do sejmu z list Lewicy. Obrońcą tego pomysłu był również Paweł Dobrowolski podczas pełnienia prezesury w balcerowiczowskim Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Punkty spójne między różnymi środowiskami można zauważyć również poza partiami politycznymi. Grzegorz Sroczyński na łamach Gazeta.pl opublikował dwa wywiady. Jego rozmówcy mieli zupełnie odmienne poglądy. Jednak w jednej kwestii mówili jednym głosem. Tomasz Terlikowski tak opisywał największe zagrożenie i wyzwanie naszej polityki: „Czy to naprawdę tak ważne, kto wygra? Z perspektywy konserwatywnego myślenia nie jest bardzo istotne, kto rządzi w danym państwie, tylko kto sprawuje władzę nad rozrywką i kulturą. Dla prawicowca, tak samo jak lewicowca, najważniejsze powinno być rozbicie monopolu GAFA i technokratów z Doliny Krzemowej.” Jan Zygmuntowski potwierdził te obawy, mówiąc: „Konglomerat GAFA będzie dokładnie znał dzieciństwo osób, które teraz się rodzą. Ich choroby od początku życia, skłonności, to, jakie obejrzały filmiki na YouTube, gdzie przebywały godzina po godzinie dzięki GoogleMaps, jakich dokładnie mają znajomych. Te dane nie są anonimowe, wystarczy jedno zalogowanie na Gmaila albo YouTube, żeby przyporządkować do konkretnej osoby wszystkie przeszłe i przyszłe dane”.

Najbardziej zdumiewającą liczbą narodowego głosowania wcale nie jest frekwencja, lecz liczba tzw. zmarnowanych głosów. 100% głosujących ma swoją reprezentację w sejmie! Nikt nie został pod progiem. To sytuacja bez precedensu. Zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że bloków politycznych mamy co prawda pięć, lecz tworzy je aż 14 partii. Wszystkie ogólnopolskie komitety dostały się do sejmu, a każdy z nich to nic innego jak sojusz partii często wcale nie jednorodnych.

Konfederacja ma wiele punktów wspólnych jednak poglądy frakcji narodowej i wolnościowej w wielu kwestiach są ze sobą sprzeczne, co odzwierciedla się w ich programie. Mamy tam ideę państwa minimalistycznego, które jednocześnie miałoby być całkowicie niezależne od wielkich mocarstw. Pokazuje to, że nawet najbardziej niesforny polski polityk, Janusz Korwin-Mikke, zdecydował się na stworzenie barwnej koalicji, która może „rozpaść się przy trzecim głosowaniu”. Opłaciło się. Konfederacja w bardzo trudnych warunkach znalazła się w sejmie. Największy sukces wyborczy odniosła nie mniej barwna koalicja. Nikt cztery lata temu nie wyobrażał sobie sojuszu Pawła Kukiza i ludowców po tym jak lider Kukiz’15 nazwał PSL grupą przestępczą i sugerował zmianę nazwy na ZSL. Być może ludowcy niedługo zmienią nazwę na Koalicja Polska, co podkreśli ich sojusz z czarnym łabędziem poprzednich wyborów.

Najbardziej jaskrawym przykładem tego, że warto współpracować, jest jednak Lewica. Dlaczego? Ponieważ partie zgromadzone pod tym szyldem uzyskały niemal identyczny wynik, jak cztery lata wcześniej. Różnica polega na tym, że wówczas startowały w dwóch blokach i żaden z nich nie przekroczył progu wyborczego. 11% społeczeństwa nie miało swojej reprezentacji sejmowej wskutek braku współpracy między liderami partii. Dobrze, że wyciągnięto z tego wnioski.

Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, to już kwintesencja politycznej współpracy. Grzegorz Schetyna najpierw utworzył Koalicję Europejską, gdzie na czas wyborów europarlamentarnych zgromadziło się wiele różny partii, a następnie pozostawił otwarte drzwi na czas krajowej batalii o władzę. Obecnie ten blok składa się z czterech różnych partii.

Jednakże najbardziej dobitnym przykładem sensowności i efektywności współpracy ponad podziałami jest Zjednoczona Prawica. „Nie ma mowy o powrocie na łono PiS nawet w przypadku porażki. Wady Jarosława Kaczyńskiego uniemożliwiają współpracę. On dzieli ludzi” – to wypowiedź Zbigniewa Ziobry z 2014 roku. Tego samego Zbigniewa Ziobry, który trzy miesiące później podpisał z Jarosławem Kaczyńskim i Jarosławem Gowinem porozumienie o wspólnym starcie w wyborach. Restart relacji na prawicy pozwolił również na powrót wyrzuconego wcześniej Adama Hofmana. Efektem była solidna, choć nie we wszystkim spójna większość parlamentarna i samodzielne rządy przez dwie kadencje. Pomimo tego, że liderzy Porozumienia i Solidarnej Polski nie żywią do siebie sympatii, byli w stanie zawiązać sojusz dla wyższego dobra. Gowin popierał pomysł Ziobry, by Ziobro poparł pomysły Gowina. Może model „głosowałem, ale się nie cieszyłem” warto przenieść na cały parlament?

Każdy z komitetów mógłby „opiekować się” jednym z tematów wspólnych, czyli takich, które w swoich programach przedstawia każdy z bloków politycznych. Konfederacja mogłaby zająć się tematem przedsiębiorczości na gruncie szerzej popieranym – np. postulaty redukcji i uproszczenia prawa znajdą zwolenników od Bałtyku po Tatry. Według szacunków Grant Thornton polska gospodarka traci 200 miliardów złotych przychodu rocznie przez nadmierną ilość skomplikowanego prawa. Dwa ostatnie lata to sukces w kwestii zahamowania przyrostu prawa, jednak w tej dziedzinie jest jeszcze wiele do zrobienia. Konfederacja mogłaby również pobudzić nasze instytucje do aktywniejszej działalność za granicą. Chodzi np. o upłynnianie międzynarodowej wymiany handlowej. Nadal brak pomysłu na gospodarcze i kulturalne zaangażowanie Polonii, co wydaje się idealnym zagadnieniem zarówno dla wolnorynkowców, jak i narodowców.

Lewica z kolei ma najwięcej do powiedzenia w kwestii prawa pracy i praw kobiet. Dane GUS wskazują, że 2,4 mln osób zatrudnionych jest na umowach niestandardowych. Z kolei PIP podkreśla, że ponad 25 proc. umów cywilnoprawnych zgodnie obowiązującymi przepisami formalnie kwalifikuje się jako etat. Najbardziej narażeni są na to pracownicy takich branż jak handel, organizacja turystyki, naprawy, wynajem i dzierżawa, usług administracyjne. Nowy kodeks pracy musi więc powstać jak najszybciej. Lewica mogłaby również zadbać o to, by temat praw kobiet był obecny w sejmie. Nie chodzi tu tylko o kwestię równości płac, ale przede wszystkim o standardy okołoporodowe. Z badania przeprowadzonego w 2018 roku przez Fundację Rodzić po Ludzku wynika, że nadużyć w szpitalach i na oddziałach położniczych doświadcza połowa kobiet, a 17 proc. z nich spotyka się z przemocą! To zatrważające dane zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że borykamy się z niżem demograficznym. Część kobiet mówi wprost, że po tym, co przeżyły na porodówce, nie chcą nawet słyszeć o kolejnym dziecku… Dodajmy do tego, że według badań „Aktywność zawodowa w opinii pracujących kobiet” 51% Polek wskazało, że trudno im godzić pracę zarobkową z obowiązkami rodzicielskimi.

Koalicja Polska jawi się na scenie politycznej jako królowa małych i średnich miast. To właśnie tego tematu mogłyby strzec połączone siły PSL i Kukiz’15. W programach każdej partii znajdziemy postulaty deglomeracji, czyli troski o zrównoważony rozwój całego kraju. Ten postulat można realizować chociażby poprzez walkę z wykluczeniem transportowym, tematem pojawiającym się we wszystkich programach wyborczych z wyjątkiem Konfederacji. Antysystemowcy chcą promować transport samochodowy. Jednak partia proponująca bony edukacyjne i kulturowe z pewnością przyzna, że obywatele powinni mieć dostęp do różnych rodzajów transportu i wtedy sami zdecydują, który z nich wybiorą. Kolejną kwestią w tym temacie jest powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu. Postulaty z tym związane znajdziemy w programie zarówno PiS, jak i KO. Koalicja Polska proponująca między innymi głosowanie przez internet to idealnym kandydat do pilnowania tego tematu.

Druga siła w sejmie, czyli Koalicja Obywatelska, ze względu na to, że posiada na pokładzie Zielonych, jest idealnym kandydatem do patrolowania tematu ochrony środowiska, który pojawia się w każdym programie. Wirtualna Polska ujawniła, że 92% stacji monitorowania jakości wód w kraju wykazuje przekroczone normy środowiskowe, a niektóre oczyszczalnie świadomie dokonują nielegalnego zrzutu nieczystości. Według najnowszego raportu Światowej Organizacji Zdrowia 36 z 50 najbardziej zanieczyszczonych miast Unii Europejskiej znajduje się w Polsce. Smog zabija u nas nawet 40 tys. osób rocznie. Wynika z tego, że w Polsce zarówno woda, jak i powietrze – dwa niezbędne do życia związki chemiczne – stanowią zagrożenie dla zdrowia! Tu nie ma o co się kłócić, tu trzeba działać.

Ważnym dla wszystkich tematem, który mógłby przypaść partii rządzącej, jest służba zdrowia. Żyjemy w kraju, w którym lekarze umierają na dyżurach, a kolejki do niektórych specjalizacji sięgają już 9 lat! Oznacza to, że istnieją takie obszary państwa polskiego, w których XXI wiek jeszcze nie nastał. Nieważne, z jakiej jesteś partii, bo z powodu niewydolnej służby zdrowia cierpimy tak samo.

Jak widać, znalezienie punktów wspólnych pomiędzy wszystkimi pięcioma komitetami nie stanowi żadnego wyzwania.

Ostatnie wydarzenia z obu izb parlamentu napawają optymizmem. W sejmie Prezydent Andrzej Duda wygłosił przemówienie nawołujące do pojednania, a następnie przemierzył sejm, podając rękę liderom wszystkich ruchów politycznych. Później głos zabrali przedstawiciele poszczególnych partii i ku zdziwieniu wszystkich poczynili krok w stronę zakopania topora wojennego. KO apelowało o wzajemny szacunek, PSL przywoływał pakt demokratyczny, a Lewica i Konfederacja jednym głosem postulowały usunięcie barierek sprzed sejmu i otwarcie go dla obywateli i dziennikarzy. W efekcie Jarosław Kaczyński dziękował (!) swoim politycznym oponentom i ogłosił koniec totalnej opozycji. Grzegorz Schetyna kilka godzin później w senacie, po wybraniu Tomasza Grodzkiego na marszałka, analogicznie ogłosił koniec totalnej władzy. Z kolei sam marszałek oznajmił, że każdy, kto myślał, że senat stanie się izbą obstrukcji i zajmie się celowym wkładaniem kija w szprychy, był w dużym błędzie. Czyżby nastał pokój? „Będziemy dążyli do tego żeby senat stał się rzeczywiście takim miejscem, gdzie ta wojna, która tak bardzo niszczy polską politykę, będzie przynajmniej ograniczona albo w ogóle jej nie będzie. […] Jest pole do kompromisu i współpracy” – to słowa… Jarosława Kaczyńskiego.

Niestety pozytywne symptomy nie zwróciły szczególnej uwagi nawet tych środowisk, które domagały się normalizacji debaty publicznej. Najczęściej komentowanym wydarzeniem była kontrowersyjna przemowa nie pełniącego żadnych znaczących funkcji Antoniego Macierewicza. Jest to niestety potwierdzenie przykrej prawdy. Bez ostrego języka i podżegania wojen nie da się uzyskać rozgłosu. Na krytykę zasługują więc nie tylko politycy, ale także my wszyscy. Ponieważ zwracamy uwagę tylko na te gesty i słowa, które zaogniają konflikty.

Mateusz Perowicz

Prof. Monika Kostera: Identyczność naszą bronią?

Prof. Monika Kostera: Identyczność naszą bronią?

Pewnego razu była sobie wybitna pisarka, sympatyzująca z lewicowymi środowiskami. Pisarka była wegetarianką, ubierała się na luzie i nosiła dready. Gdy dostała ważną nagrodę za swoją twórczość, można się było spodziewać, że kto jak kto, ale środowiska lewicowe, które darzyła sympatią, nie będą się posiadać z radości. I tak faktycznie było – wielu ludzi z różnych opcji politycznych, w tym lewicowych, skakało w górę ze szczęścia. Jednak dały się też słyszeć, całkiem donośnie, głosy potępiające wyróżnienie jej nagrodą i oskarżające pisarkę o apropriację kulturową. Chodziło o dready. Dla wielu osób reakcja ta jest dziwna i przykra. Dla sporej części – zrozumiała. Ja zaliczam się do jednych i drugich, ale z innych przyczyn, niż te powszechnie deklarowane.

Zacznijmy od tego, czemu jest to reakcja zrozumiała. Otóż żyjemy w kapitalizmie. W kapitalizmie wszystko jest własnością kapitalistów. Przede wszystkim dotyczy to środków produkcji, ale w późnym kapitalizmie wszelkie zasoby są w szybkim tempie prywatyzowane, wszelkie dobro wspólne staje się czyjąś własnością. To, co jeszcze niedawno było w oczywisty sposób za darmo, teraz już nie jest. Jeśli coś jeszcze jest za darmo, to znaczy tylko, że czeka na swoją kolej do sprywatyzowania. Kapitalizm polega na tym procesie, nie jest w stanie bez niego funkcjonować. To jedno z jego nieuchronnych praw, jak przypomina profesor zarządzania Peter Fleming. Nasz prywatny czas i energia, woda, przyroda, (niedługo) świeże powietrze – wszystko to jest systematycznie prywatyzowane.

Starsi czytelnicy pamiętają czasy, gdy siedziało się przy odbiorniku radiowym i czekało, aż prezenter zapowie nową płytę zespołu Led Zeppelin. Siedziało się z palcem nad czerwonym przyciskiem w magnetofonie. Przycisk był od nagrywania. Robiliśmy tak wszyscy, słuchacze Trójki i Rozgłośni Harcerskiej. Powiecie: a fuj, wstrętna komuna, ohydni złodzieje praw autorskich? No, może. Ale pamiętam równie dobrze, jak, mieszkając w Szwecji, biegałam do biblioteki pożyczać nowe płyty moich ulubionych zespołów po to, by je przegrywać na taśmę. One po to tam były. Były do nich pokaźne kolejki zapisów. A fe, powiecie, być może, co za barbarzyńskie czasy, biedni autorzy! Otóż nie, autorom żyło się wtedy o niebo lepiej, niż dziś. Znam autorów z tamtych czasów i w jednym, i w drugim systemie. Za to na pewno nieco gorzej powodziło się pieniążkom i inwestorom, właścicielom wielkich wytwórni i domów wydawniczych. Kiedyś muzyka, sztuka, literatura były wspólnymi dobrami, choć dostęp do nich obwarowany był pewnymi regułami, a autorzy mogli liczyć na stałe wynagrodzenia.

Gdy zaczynałam pracę w akademii, miałam nadzieję, że kiedyś, gdy nauczę się lepiej pisać i będę wydawać książki, będzie mi się żyło dostatnio i miło. Faktycznie, z moich pierwszych tłumaczeń i autorskich książek miałam bardzo sympatyczny dochód, jeszcze w latach 90. Teraz, choć nauczyłam się nieźle pisać i publikuję sporo książek, w najlepszym razie mogę z moich „praw autorskich” zafundować sobie dobre wino. I tak cieszę się, że, w odróżnieniu od większości polskich kolegów i koleżanek, na ogół nie muszę za te publikacje płacić (chyba że publikuję książki w Polsce). Za to studentom nie wolno już moich testów kopiować, a mi nie wolno było zamieścić w jednej z książek cytatu z piosenki Joni Mitchell, która śpiewała o wspólnym, dobrym świecie. Kupuję więc za tantiemy dobre wino i piję zdrowie wspólnego świata, nie praw autorskich.

W tym całym kreobiznesie jednak nielegal ma się dobrze, nawet w dużych kapitalistycznych niszach, takich jak YouTube. Bywa ścigany, bywa piętnowany, ale często ma się wrażenie, jakby był tolerowany. Ta tolerancja nierzadko jest wbudowana w system. Michael Hardt i Antonio Negri piszą o tym, że prawdziwa twórczość jest dobrem wspólnym. Kapitalizm sam nic nie tworzy, jest jałowy jak pofabryczna gleba. Gdy ludzie stworzą coś, co można skapitalizować, przejmuje i prywatyzuje rzeczy, które bez niekapitalistycznej wspólnoty by nie powstały. Chaps! Było wspólne, jest prywatne. Jak w ruskim cyrku, poniekąd.

Wracając do apropriacji. Pisarka przywłaszcza sobie czyjąś tożsamość. Tożsamość, która nie jest jej własnością. Wszystko jest bowiem czyjąś własnością, czy to prawicowych kapitalistów, czy lewicowców tożsamościowych. Wszystko jest towarem lub marką. Autobranding jest regułą naszych czasów, nikogo nie dziwi. Już wkrótce kapitalizm ogłosi prawa autorskie języków i wtedy przestępstwem będzie w ogóle używać języka bez opłaty. Brzmi jak absurd? Tak, ale 40 lat temu „prawa własności” uniemożliwiające zacytowanie tekstu piosenki „Woodstock” też były absurdem. Dziś są oczywistością.

Wróćmy jednak do autobrandingu (a przy okazji do tego, czemu reakcja na dready jest dziwna), bo zasługuje sobie na coś więcej, niż nonszalanckie wspomnienie. To nie tylko przejaw prywatyzacji dobra wolnego – tożsamości, ale, w obecnych czasach, jedna z głównych wartości politycznych. Polityka tożsamościowa opanowała, na różne sposoby, wszystkie strony politycznego spektrum, od nacjonalistów, poprzez liberałów, a na lewicowcach skończywszy.

Tożsamość zawsze dzieli, nigdy nie łączy. Nie buduje solidarności, bo nie tworzy więzi, a wyróżnia. Tożsamość to unikalność, na którą składają się cechy zarówno osobowościowe, jak społeczne i kontekstualne. Tożsamość rozumiana jako marka, brand, jest pilnie strzeżoną, strategiczną właściwością, która ma jednostce dać przewagę konkurencyjną w rywalizacji z innymi jednostkami. W ostateczności każdy jest ze swoją tożsamością sam, często czuje się pokrzywdzony, osłabiony, aspirujący do czegoś więcej, bo skoro właściciel tożsamości Iks ma prawo do czegoś, to właściciel tożsamości Ygrek stoi w kolejce do tego prawa, które zmienia się tym samym w przywilej Iksa. Każdy rywalizuje z każdym. Jednak w działaniach politycznych i w ogóle społecznych konieczna jest jakaś wspólnota, jakieś poczucie więzi. Być może z tego powodu panuje obecnie obsesja na punkcie jednomyślności (znana jako „bańki”), w dodatku obsesja, o której nie wolno mówić. Jeśli się to robi, naraża się na ostracyzm, bardzo często rozpoczynający się od sformułowań takich jak „nie ma przymusu zgadzania się z poglądem x”, „oczywiście, możesz mieć poglądy, jakie chcesz”, „nikt cię nie zmusza do…”. „Tożsamość” oznacza wszak „identyczność”. I tak oto skrajny indywidualizm neoliberalnego kapitalizmu promuje z całą mocą urawniłowkę, której sam towarzysz Honecker głęboko by się pokłonił.

Jak pisze szkocki antropolog Tim Ingold, tożsamość budowana na identyczności rodzi pogłębiające się, niedające się przezwyciężyć dualistyczne i polaryzujące społeczność podziały. Tylko tożsamość niesprywatyzowana, oparta na różności jest zdolna, by w dłuższym okresie łączyć. Innymi słowy – gdy na dzielące nas wydarzenia reagujemy dalszym dzieleniem, przychodzi moment, gdy nic już nie jest w stanie połączyć obu stron. Tożsamość oparta na różności to tożsamość grupowa, zakładająca, że w systemie społecznym, który jest dobrem wyższym i wspólnym, istnieje wiele ról dostępnych dla osób – każdemu według potrzeb. Między tymi rolami trzeba budować mosty – i to jest kolejna ważna rola. Budowanie mostów nie polega na głaskaniu pięści tłukącej nas w twarz za naszą odmienność. Ale polega na szukaniu wspólnych wartości z przeciwną stroną, tak by ona była skłonna z nami rozmawiać, a nie przyłączyć się do tych z pięściami. Ci z pięściami istnieją zawsze, w każdym systemie. Zadanie dla budowniczego mostów, to doprowadzić do tego, by pięściowcy nie zbierali wokół siebie coraz większej grupy potencjalnie pokojowych, niepięściowych osób. Aby te potencjalnie pokojowe osoby wolały rozmawiać, nawet kłócąc się, niż przyłączyć do pięściowców, którzy potrafią wyraźnie wyznaczyć granice, zdefiniować tożsamość opartą na iluzorycznej identyczności. W dodatku ich obecność w tożsamościowym obozie zdaje się zwiększać prawdopodobieństwo, że własna grupa zwycięży w konkurencji z grupami wrogimi. Te cechy pięściowców stają się nie tylko nieistotne, ale i szkodliwe, gdy budujemy tożsamość opartą na różności – wówczas widoczne staje się, że one niszczą więzi, burzą delikatną tkankę społecznych mostów. Trzeba ich re-edukować lub izolować, nie zbierać się wokół nich w nadziei na zwycięstwo za każdą cenę.

Ruchy emancypacyjne dyskryminowanych strukturalnie grup społecznych powstały po to, by domagać się w systemie społecznym przestrzeni dla tych grup. Zbyt często zapominamy dziś o tym, traktując pozapatriarchalną tożsamość jak młotek do walenia po głowie wszystkich, którzy nie mają określonych genitaliów, koloru skóry bądź orientacji. A przecież nie o to chodzi – nie o odwrócenie hierarchii, lecz o zakwestionowanie reguł strukturalnego braku dostępu i braku głosu. Zrobienie miejsca do tworzenia wspólnot demokratycznych, równych, prawdziwych. Dwie uczone, panie profesor (tak! mamy prawo używać różnych rodzajów do określenia naszych profesji – polszczyzna na to pozwala, a społeczność oparta na różności czerpie z tego energię) zarządzania, feministki Maria Daskalaki i Marianna Fotaki, podkreślają, że feminizm polega na przeciwstawianiu się uciskowi kobiet z powodu tego, że są kobietami. Nie chodzi o to, by celebrować kobiety uciskające innych ludzi równie dobrze jak hegemoniczni faceci. Feminizm dotyczy równości wszystkich kobiet i ludzi, nie chodzi o to, by pojedyncze kobiety odtwarzały męskie wzorce przywilejów i sprawowały władzę nad wszystkimi innymi. Taki „feminizm” to czysty kapitalizm tożsamościowy – marka „kobiecości” idzie w górę, „zróbcie nam miejsce śledzie, bo pani jedzie, rynek mówi, że jesteśmy tego warte”. Brawo my. Tylko, jakie, jacy – „my”? Co takie „my” właściwie łączy, oprócz poczucia krzywdy traktowanego jako akcja lub obligacja, dającego uprawnienia? Czy dałoby się takim „my” razem iść na barykady? Konie kraść? Oddać efekty swojej ciężkiej pracy komuś z tej grupy? Dać się zwolnić z pracy? Zginąć za kogoś?

Filozof i poeta Franco „Bifo” Berardi pisze, że różnicująca tożsamość to rezultat zamrożenia procesu identyfikacji, które to zamrożenie polega na redukowaniu złożoności do dających się przewidzieć wzorców, zdefiniowanych potrzebami psychologicznymi lub poglądami politycznymi. Daje iluzoryczne poczucie przynależności do jakiejś wspólnej przeszłości. Utrwalana jest wyznaczaniem granic, które często przyjmuje postać przemocy, agresji. Tymczasem solidarność łączy wspólną wizją przyszłości, aktywnym należeniem do niej, działaniem na jej rzecz. Utrwala ją tworzenie przyjaźni, więzi braterstwa i siostrzeństwa. Tożsamość różnicująca zawsze w końcu będzie poszukiwać ojca lub matki, lidera, bo straciła zdolność do odczuwania siostrzeństwa i braterstwa. Jeśli będzie miała pecha, znajdzie Il Duce, Trumpa lub Thatcherową. A pech chodzi po ludziach.

Mam od jakiegoś czasu kontakt z grupą Reformisterna, lewym skrzydłem szwedzkiej socjaldemokracji. Z przyjemnością obserwuję, jak rosną w siłę, jak rozwijają wizje. Z wielką radością patrzę też na ich spontaniczną różnorodność. Nikt nie jest tam za stary, za młody, za męski, za biały, za imigrancki. Każdy i każda znajduje miejsce dla siebie Ekonomiści pracują nad programem ekonomicznym, poeta w moim wieku jest jednym z szefów ruchu, imigrant z obco brzmiącym nazwiskiem zajmuje kluczową pozycję w kontaktach z mediami. Nie będąc członkinią partii przyłączyłam się do nich głównie z powodu tego poczucia koleżeństwa – razem raźniej. To hasło, które nie przypadło do gustu pewnemu polskiemu ruchowi politycznemu, tam pasuje świetnie. Nie mierzymy sobie niczego, nie przeliczamy, staramy się tworzyć i rozwijać wspólne dobro. Ideał parytetów istnieje, ale jako przestrzeń, gwarancja, by dopuszczeni do głosu byli ci, których w patriarchalnym, hierarchicznym świecie z definicji się odrzuca; lecz istnieje nie jako cel, ale jako środek do celu, który jest wspólny. Jak to działa? Sama nie wiem. Solidarność jest stanem łaski, nie strategią.

Nie, identyczność nie jest naszą bronią. Nie bez powodu pieśń głosi, że jest nią solidarność. To ona broni prawdziwie i pokojowo. Nie musimy być identyczni, aby z sobą rozmawiać. Ba, rozmawiając nie musimy sobie przytakiwać. Niech pięściowcy zostaną sami, my mamy do zbudowania cały, złożony świat bez kapitalizmu.

prof. Monika Kostera

Zarządzanie bez podłości?

Zarządzanie bez podłości?

Zapewne każdy z nas spotkał się z niesprawnym systemem zarządzania. Począwszy od nowej dyrekcji, która rozpoczyna od redukcji etatów, poprzez folwarczno-sarmacki styl zarządzania zasobami ludzkimi, aż po hierarchie, gdzie często posłuszeństwo przełożonemu jest cenione wyżej niż litera prawa.

W tak zarządzanych organizacjach często dochodzi do błędów, mobbingu, uchybień czy jeszcze gorszych patologii, jak nepotyzm lub korupcja. Wiele firm czy organizacji funkcjonuje nie tylko pod tyranią rynków finansowych, zysku za wszelką cenę czy presji czasu. Stąd bierze się wiele kłopotów zdrowotnych, a czasem nawet kończy się falą samobójstw. Czy jest jakieś wyjście?

Obok amerykańsko-brytyjskiego modelu zarządzania nastawionego na zysk oraz japońskiego nastawionego na równość i paternalizm, istnieje jeszcze jeden: oparty na modelu sieciowym i samoorganizacji. Tę idee wypromował Frederic Laloux w książce „Pracować inaczej”. Ukazała się też książka polskiego autora Andrzeja Jacka Bliklego „Doktryna jakości. Rzecz o turkusowej samoorganizacji”. Po części model ten zawiera pomysły znane już wcześniej.

Laloux wymienia pięć modeli organizacji, przypisując im poszczególne cechy i barwy. Nas będzie interesować ta ostatnia. Czerwień charakteryzuje się systemem wodzowskim, opartym na lęku i posłuszeństwie – tak zorganizowane są mafia i gangi uliczne. Bursztynowy cechuje się sformalizowaną hierarchią i kodeksami, a oparty jest na tworzeniu podziałów – w taki sposób działają kościoły i armie. Pomarańczowy charakteryzuje się dynamiczną hierarchią, procedurami i kontraktami, premiowana jest skuteczność – to model korporacji. Zielony ma strukturę piramidalną, z podmiotową podstawą (dołem), oparta jest o demokratyczne reguły i decyzyjność – to zasady rodziny lub spółdzielni. Natomiast turkus cechuje się samoorganizacją i partycypacją, zarządzanie oparte jest na wartościach, zaufaniu i odpowiedzialności.

Podstawy zarządzania przedsiębiorstw turkusowych opierają się na czterech regułach dotyczących wykonywanych zadań przez pracowników: 1) robisz to, co potrafisz; 2 ) robisz to wtedy, kiedy jest potrzebne; 3) bierzesz za to odpowiedzialność; 4) możesz zawsze to zmienić, z zachowaniem zasad 1-3. Te cztery punkty zastępują kryteria zadaniowe i zakres prac. Przy założeniu, że nie wszyscy pracownicy potrafią coś zrobić, a są do tego delegowani przez kierownictwo często poza swój zakres obowiązków, jest to słuszny pogląd. Ewentualne różnice zdań rozwiązywane są za pomocą dialogu i argumentacji przy poszanowaniu godności ludzkiej. Przy takim modelu ryzyko popełnienia błędu jest mniejsze niż w większości wymienionych modeli. Gdy jednak taki wystąpi, należy naprawić obszar, w którym wystąpił problem i usunąć ewentualne skutki. Każdy pracuje też nad tym, co robi najlepiej. Każdy ma jakieś talenty. Jeśli ktoś potrafi dobrze obsługiwać klientów, skierujmy go do obsługi klientów. Ktoś dobrze pisze? Niech będzie redaktorem i korektorem. Jeśli ktoś jest analityczny i kreatywny, niech analizuje dane firmy i wymyśla nowe drogi rozwoju itd. Oczywiście każdy z pracowników może zastosować się do czterech punktów i wykonać inne zadanie po uzgodnieniu tego i dyskusji z innymi.

W turkusowych organizacjach panuje odmienny rodzaj komunikacji, przypominający non-violent communication (NVC – porozumienie bez przemocy) Marshalla Rosenberga. Nie jest to język oparty na agresji i manipulacji. To samo dotyczy stosunku załogi do kontrahentów, petentów i klientów. Druga strona powinna być traktowana podmiotowo, a nie przedmiotowo. Dzięki temu buduje się zaufanie nie tylko w obrębie przedsiębiorstwa, ale także poza nim. Jeśli obsługa, dajmy na to, banku inwestycyjnego manipuluje klientami, którzy mają mgliste pojęcie o ekonomii (np. sądzi, że kredyty we frankach szwajcarskich nie niosą żadnego ryzyka), to jest to firma bardzo toksyczna. Jeśli firma w ofercie pracy nie podaje stawki wynagrodzenia, to też nie jest to podejście fair.

W turkusowych organizacjach nie ma wygranych i przegranych. Nie ma sytuacji o sumie zerowej. Przy założeniu, że ludzie działają racjonalnie, stosując teorie gier liczbowych, należy zawsze doprowadzać do sytuacji zwycięzca-zwycięzca i należycie współpracować. Daje to więcej korzyści niż egocentryczne zachowania i wypinanie piersi o medal, podczas gdy konkurentem jest kolega.

Zarządzanie turkusowe nie należy do łatwych, choćby dlatego, że większości ludzi jest wychowywanych w egoizmie i współzawodnictwie, co zauważyła m.in. psychoanalityczka Karen Horney. Aby przejść z modelu współzawodnictwa do współpracy, nie należy: stosować porównań między pracownikami, zespołami i wydziałami; prowadzić rankingów i konkursów; stosować kar i nagród; premiować za wydajność. Powinno się także zrezygnować z poglądu, że ludzie są z natury nieuczciwi i leniwi, a zastąpić to wiarą w człowieka i zaufaniem. Drastyczny system nieustannego dozoru i kontroli też nie zdaje egzaminu, ponieważ traktuje dorosłych jak nieodpowiedzialne dzieci.

Długoletni pracownicy są potrzebni do dawania doświadczenia, swojej wiedzy i umiejętności. Samo odmłodzenie kadr może zapewni chwilowy sukces, ale w dłuższym okresie nierzadko okaże się klapą. To samo dotyczy zbyt dużej rotacji pracowników. Jak bardzo jedno i drugie nie jest efektywne kibice piłki nożnej mogli zobaczyć na przykładzie klubu Arsenal Londyn, a kibice koszykówki w przypadku Chicago Bulls.

W firmach zarządzanych turkusowo nie ma zaawansowanych hierarchii. Zarządzanie odbywa się przez sieć, w której każdy sam dla siebie jest szefem. Inaczej pisząc, każdy jest fraktalem. Nie ma żadnego z góry narzuconego systemu dowodzenia, co swoją drogą przypomina „Żółte kamizelki” we Francji – jeśli przywoływać polityczne skojarzenia. To dlatego piramidalnej strukturze z Macronem na czele tak bardzo ciężko z nimi rozmawiać. Taki jest obraz przestarzałych firm, organizacji, instytucji państwowych. Jak zauważył Slavoj Žižek podczas okupacji Parku Zuccotti przez protestujących w Nowym Jorku w 2011 r.: „Problemem nie jest korupcja, lecz system, który zmusza was do korupcji”.

Nie ma nic złego w zarabianiu pieniędzy czy w tym, że firma chce osiągać zysk. Problem w tym, że ścieżka obecnego systemu prowadzi jednych i drugich (pracodawców i pracowników) na manowce. Jak wskazuje Andrzej Jacek Blikle, ten anachroniczny model dochodzenia do zysków i samorealizacji wygląda mniej więcej tak: Sukces –> Pieniądze –> Dobre życie. Podczas gdy omawiany tutaj model wygląda tak: Dobre życie –> Pieniądze –> Sukces. Krótko pisząc, jeśli dobrze będzie się zarządzało i traktowało własną załogę i klientów, to sukces sam przyjdzie.

Taki model zarządzania może mieć też wady. Po pierwsze, sama teoria jest uboga w aspekty finansowe. „Godny zarobek” może być różnie rozumiany. Może warto byłoby pomyśleć nad starym partycypacyjnym pomysłem pracowników-akcjonariuszy lub jakąś dodatkową kwotą roczną wypłacaną załodze? Po drugie, w czasach robotyzacji i władzy algorytmów, nie wiemy, jaką one mają pełnić rolę. Czy powinny być stosowane umiarkowanie, czy jednak wykonywać taką pracę, która dla ludzi jest mało produktywna. Po trzecie, istnieje ryzyko rozmycia odpowiedzialności w takich organizacjach. Wreszcie po czwarte i chyba najważniejsze – wyzwanie dotyczy zmiany mentalności polskich menedżerów. Niektórzy polscy przedsiębiorcy czy dyrektorzy w instytucjach publicznych mają skłonność do folwarcznego stylu zarządzania. Innym problemem jest to, że model usprawnia biurokrację, lecz nie umniejsza jej wpływów.

Tego typu organizacje w Polsce oczywiście istnieją, ale dopiero raczkują. Może warto byłoby postawić na jakiś system szkolenia, zarówno w sferze instytucjonalnej (Urzędy Pracy mogłyby organizować takie szkolenia), jak i edukacyjnej. Kolejnym aspektem jest zniesienie hierarchii. Spłaszczone struktury winny działać jak kolegium zarządzające w bardzo szerokim porozumieniu z resztą pracowników. Zastosowanie modelu może być szerokie. Od średnich firm, po związki zawodowe i organizacje, aż po partie polityczne (sieciowe kolegia zarządzające zamiast partii wodzowskich). Faza eksperymentalna holistycznego modelu nadal trwa.

Jak twierdził znany działacz „Solidarności” Zbigniew Bujak, „Potrzeba godności jest celem i narzędziem wszystkich rewolucji, buntów, strajków. Znam to pragnienie. Godne podmiotowe traktowanie było źródłem i celem Solidarności”. Aktywistka i dziennikarka Naomi Klein w swojej „Doktrynie szoku” pisała o czasach transformacji ustrojowej w Polsce i alternatywach wobec liberalnego modelu wyjścia z PRL-u: „gdyby państwowe fabryki udało się przekształcić w robotnicze kooperatywy, istniała szansa, że znów staną się one rentowne – zarządzanie przez pracowników mogło być bardziej skuteczne, szczególnie bez dodatkowych kosztów generowanych przez partyjnych biurokratów”.

Piotr Wildanger

Hostessy – wstydliwa lekcja wiedzy o społeczeństwie

Kobiety. Głównie w wieku między 20 a 30 lat. Wzrost około 170 centymetrów. Szczupłe, miłe, dobrze wyglądające… Hostessy, bo o nich mowa, to tysiące kobiet pracujących podczas wielkich wydarzeń, pokazów, targów, kongresów, akcji promocyjnych, koncertów i wielu innych. Znacznie rzadziej widzimy hostów. W tym zawodzie 1 mężczyzna przypada na 50 kobiet. Zatrudniane są przez około 100 agencji działających w kraju. W zdecydowanej większości pracują na podstawie umów cywilno-prawnych. To formalny stan rzeczy. Realny jest bardziej złożony.

Uczestnicząc w setkach wydarzeń biznesowych spotykam na nich wiele hostess i hostów. Od jakiegoś czasu zauważam, że nasze podejście, czyli uczestników i uczestniczek, do hostess pozostawia wiele do życzenia. Nazwałbym to zachowanie poznawczą przezroczystością. Widzimy wykonywanie tej pracy i nadużycia, do jakich w trakcie jej wykonywania dochodzi praktycznie wszędzie, ale jednocześnie zachowujemy się tak, jakbyśmy nie dostrzegali w tym wszystkim aspektu ludzkiego.

Dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się temu problemowi wspólnie z Moniką Kulik (koordynatorka), Anią Perlik-Piątkowską, Zuzanną Rudzińską-Bluszcz, Magdą Bigaj i Witoldem Drożdżem, osobami związanymi z Komitetem Dialogu Społecznego KIG i Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Przygotowaliśmy raport pt. „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje” (do pobrania tutaj). Praca nad nim była dla nas kopalnią wiedzy, ale też lekcją pokory, zawstydzenia i – mamy nadzieję – społecznej wrażliwości.

Przytoczę tu tylko kilka wniosków z raportu. Molestowanie seksualne, niestosowne, niegrzeczne i agresywne zachowania klientów należą do najtrudniejszych i dość powszechnych sytuacji, z jakimi mierzą się młode kobiety w swojej pracy. Co gorsze, nie za bardzo wiedzą, jak mogą reagować, bo jednocześnie skarga ze strony klientów oznacza dla nich poważne kary finansowe. To profesja z ogromną dominacją pracodawcy, gdzie istnieje znacząca uznaniowość w zakresie zmniejszania wynagrodzeń za niewłaściwe wywiązanie się z obowiązków. Powszechny jest także brak wsparcia podczas trudnych rozmów z klientami czy całkowita nieproporcjonalność zobowiązań. Jedna z badanych osób wprost relacjonowała, że za spóźnienie do pracy musi płacić tysiąc złotych kary. Jednak kiedy to agencja odwoła zlecenie w ostatniej chwili, pracownik nie otrzymuje za to żadnej rekompensaty. Dominuje forma umów cywilno-prawnych – umów zleceń, a także umów o dzieło (sic!). Często umowy podpisywane są po wykonaniu pracy. Rozmówczynie opowiadają, że zdarza się, iż nie otrzymują wynagrodzenia w ogóle.

Wspomniałem wcześniej, że w związku z brakiem wiedzy, mamy do czynienia z całym szeregiem krzywdzących stereotypów na temat tej profesji. Jedne kierują uwagę w stronę silnego podtekstu seksualnego i „pracy ciałem”. Co ciekawe, rozmówczynie podają, że spotykają się z formą pogardy także ze strony samych kobiet. Inne stereotypy przedstawiają tę pracę jako łatwą i lekką, a wykonujące ją osoby jako ładne, ale dość głupie. W rzeczywistości większość pracujących w taki sposób to studentki dorabiające dzięki elastycznemu czasowi pracy. Nie każda praca jest aż tak łatwa i bezrefleksyjna. Wykonujący ją muszą umieć nawiązywać kontakty i podtrzymywać relacje z ludźmi, charakteryzować się odpornością na stres, radzić sobie w niełatwych sytuacjach społecznych, czasami posiadać wiedzę specjalistyczną, a nawet kierunkowe wykształcenie. Praca ta wykonywana jest w bardzo trudnych warunkach. Wiele godzin spędzanych na nogach, w niewygodnym obuwiu, w ubraniu nieadekwatnym do temperatury (na przykład kara za ubranie bluzy w pracy wykonywanej obok lodówek).

Nieuczciwe byłoby twierdzić, że wszystko w tym zawodzie jest złe. Niesie on ze sobą także korzyści, jak choćby wskazana już wyżej elastyczność czasowa (praca w weekendy, wieczorami), a także zdarzające się naprawdę dobre wynagrodzenia. Same hostessy mówią, że może to być również szkoła umiejętności przydatnych na późniejszych etapach rozwoju zawodowego, poznawania ciekawych ludzi i miejsc, a nawet wiedzy, szczególnie pracując przy konferencjach i wykładach.

To wszystko jednak wiele mówi o nas jako o społeczeństwie, że wykonywana dorywczo praca nie jest dla tych dziewczyn powodem do szczególnej dumy. Mimo tego, że w wielu przypadkach to pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze, to pojawiają się świadectwa ukrywania informacji o formie zarobkowania przed rodzicami. Jedna z kobiet, studentka politechniki, przyznaje, że kiedy otrzymuje z agencji propozycje pracy przy wydarzeniach na jej uczelni, nawet ich nie czyta. Nie chce pokazywać się jako hostessa swoim koleżankom, kolegom i wykładowcom.

To, co wydaje mi się jednym z najpoważniejszych zagrożeń systemowych, to fakt, że dla większości z nich, to pierwsza praca. Doświadczenie tylko kilku z listy toksycznych zachowań może zbudować przekonanie o swoistej normalności tego rodzaju relacji, byciu gorzej traktowaną, arbitralnie ocenianą i karaną, nierzadko oszukiwaną. Wypowiedź badaczki:

„Rozmowy z hostessami uświadomiły mi jak bardzo młode osoby są zagubione na rynku pracy i jak ich brak doświadczenia i wiedzy jest często wykorzystywany przez innych. Hostessy nie wiedzą jak się bronić, bo brak im odpowiedniego przygotowania i odpowiednich narzędzi. Takie osoby łatwo wykorzystywać będąc na bardziej uprzywilejowanej pozycji”.

Naszą intencją nie jest doprowadzanie do zlikwidowania tego rodzaju profesji czy odmawianie prawa do jej wykonywania. Nie mamy jednak wątpliwości, że należy stworzyć uczciwe i godne warunki dla jej wykonywania, zbudować znacznie większą świadomość społeczną wokół bolesnych doświadczeń tysięcy osób, ukrócić całą masę nadużyć i ludzkiej nieuczciwości. Do podjęcia działań w kierunku zbudowania katalogu dobrych praktyk i kodeksu etyki przekonujemy przedstawicieli organizacji marketingowych i eventowych, pracodawców, biznesu i organizatorów wielkich wydarzeń, na rzecz których takie usługi są najczęściej świadczone. Uważamy też, że z punktu widzenia ideowej misji, powinien to być również temat zainteresowania związków zawodowych, a także osób zajmujących się społeczną odpowiedzialnością przedsiębiorstw czy tzw. zarządzaniem zasobami ludzkimi (HR), a więc najbardziej uspołecznionych funkcji wielu przedsiębiorstw i instytucji. Nie chcemy abstrahować od instytucji publicznych, urzędów, uczelni i szkół. Z punktu widzenia nadużyć i skali nieuczciwości związanych z łamaniem praw człowieka, brakiem zapłaty, wadliwymi umowami, nadużywaniem pozycji, liczymy na przyjrzenie się mu przez Rzecznika Praw Obywatelskich, a także Państwową Inspekcję Pracy i inne organy państwa, mające za zadanie ochronę pracowników i ich godności. Konstruktywna interwencja w tej sprawie to także kwestia zadbania o przejrzystość reguł życia społeczno-ekonomicznego.

Konrad Ciesiołkiewicz

Maria Dulębianka: Polityczne stanowisko kobiety [1908]

Maria Dulębianka: Polityczne stanowisko kobiety [1908]

Najznamienniejszym zjawiskiem w ogólnej, tak szybko, nawet gwałtownie dokonywującej się dziś ewolucji ludzkich pojęć jest niezawodnie coraz głębsze uświadamianie się w masach pojęcia równości obywatelskiej.

Jest to najdonioślejsze zwycięstwo obecnej chwili.

Atoli uświadomienia tego ostatnim wyrazem stanie się, a raczej staje się obywatelskie uświadomienie kobiety. Prawda, trzeba było bardzo silnego wstrząśnienia kajdanami wszechniewoli, ażeby i kobietę wyprowadzić z biernego poddaństwa i pchnąć ją do walki. Dziś już do walki pchniętą została. Uczuła nareszcie, że czas i jej stanąć do wspólnej pracy na wielkiej arenie publicznego życia. Że i jej należą się wszystkie obywatelskie prawa, wszystkie bez wyjątku, aby mogła spełniać wszystkie obywatelskie obowiązki.

I oto druga, epokowego znaczenia zdobycz dni naszych. Bo jeżeli przyszliśmy do przeświadczenia, że największym błędem naszej polityki przeszłości, błędem, który nas do upadku przywiódł i w niemocy pogrążył, było usunięcie ludu, uznawanego dzisiaj za fundament narodu, od współudziału w pracach tego narodu, to z równą pewnością twierdzić możemy, że drugim takim błędem dla pomyślności narodu nie mniej złowrogim, jest usuwanie od tej pracy kobiety. Im prędzej tedy błąd ten naprawionym zostanie, im prędzej tak nieopatrznie lekceważone i marnowane siły, których nie mamy za wiele, lekceważyć i marnować przestaniemy, tym prędzej zbliżymy się do urzeczywistnienia naszych narodowych i ogólnoludzkich ideałów. Bo choć zdobędziemy wolność, wolnym narodem się nie staniemy, dopóki połowa ludności praw obywatelskich pozbawioną będzie.

A któryż naród jest w tym stopniu powołany nieść przed innymi kaganiec wolności, jeżeli nie ten, co w tradycjach swych posiada tak wspaniały kult wolnego ducha, i nie ten, co tyle bojów za swoją i cudzą wolność toczył, i tyle bólu, i tyle męki, i tyle tortur przeżył? A przeżywała je z nim razem i kobieta i to jej całkiem szczególnej dostojności dodało. Kobieta polska wcześniej się rozwinęła, wcześniej dojrzała i wcześniej od innych otrzymała chrzest człowieczeństwa. Tedy śmielej niźli każda inna może żądać praw człowieka i dotkliwiej niźli każda inna odczuwać musi wszelką krzywdę i wszelkie bezprawie. Hasło: równe prawa wszystkim mężczyznom, wyższe jest niewątpliwie od kastowych haseł minionej epoki: „prawa szlachcie”, „prawa mieszczaństwu”, „prawa duchowieństwu”, ale zważmy, jaki niedostatek jeszcze i jaką ułomność wykazuje to na płci osobnika gruntujące się uprawomocnienie. O ileż wyższe jest i więcej demokratyczne i więcej ludzkie to hasło nowe, które idzie i rozbrzmiewa dookoła, a tu i owdzie już zwycięstwa święci: równe prawa wszystkim!

W imię hasła tego, z inicjatywy, rzuconej na Zjeździe w Krakowie w r. 1905, stanęły kobiety do nowej pracy. We wszystkich dzielnicach polskich postępowe żywioły jęły organizować swoje szeregi, zakładać związki, stowarzyszenia, pisma, zdobycie praw obywatelskich dla kobiet mające na celu.

Ale oto stało się, że młode te organizacje, zanim zdążyły jeszcze skonsolidować się, wypracować programy, nakreślić plan działania, do działania tego musiały przystąpić natychmiast, a mianowicie w Galicji, aby wziąć udział i stanowisko swoje zaznaczyć w walce o prawa polityczne, przy przygotowującej się w r. 1905 i 1906 reformie wyborczej w Austrii.

Ten pierwszy krok szerszej politycznej akcji kobiecej był nader ważny i nader trudny, dlatego chcę go tu bliżej omówić, aby następnie wyciągnąć wnioski ku pożytkowi dalszej naszej pracy, a także aby wykazać, jaką naglącą koniecznością jest objęcie ruchu naszego w bardzo ścisłe ramy stałej organizacji.

Otóż ważnym był ten pierwszy krok, albowiem przy dokonywującej się reformie wyborczej w Austrii, a dokonywującej się w tak doniosłym momencie historycznym, kobiety nie powinny były być pominięte; powinny były prawa polityczne uzyskać, zwłaszcza, gdy je przed reformą wyborczą w minimalnej mierze już posiadały. Jakimże tedy prawem logiki wówczas, kiedy ogół męskiej ludności prawa zyskiwał, one, najwięcej pokrzywdzone, traciły i te, które już posiadały? Wszystko jedno jakie były te utracone prawa, chodzi o fakt tej eksorbitancji prawnej, o fakt sprzeczności nawet z ustawowymi paragrafami państwa, według których to paragrafów obywatele mogą nowe prawa pozyskiwać, lecz raz pozyskanych nie mogą tracić.

Trudny zaś był ten pierwszy krok dla kobiet, gdyż do życia politycznego niezaprawione przystępowały do niego z całym dyletantyzmem, brakiem doświadczenia, przystępowały prawie po omacku. Popełniły też zaraz na wstępie kardynalny błąd, iż zamiast podjąć akcję samodzielnie, dobyć sił z siebie, pójść jakąś własną drogą, wstąpiły od razu na szlaki partyjne, oddały się pod partyjną komendę, odbierając w ten sposób agitacji swej całą powagę i niezależność.

Rzecz prosta, stronnictwa polityczne, o ile nie mogły ruchu tego stłumić, usiłowały objąć nad nim kuratelę, wyzyskać go dla własnych interesów i podporządkować własnej dyscyplinie; usiłowania uwieńczone zresztą dobrym skutkiem.

Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne początkowo, jak wiemy, odnosiło się bardzo nieprzychylnie do zawiązujących się organizacji równouprawnienia kobiet. Naturalnie nieoficjalnie, bo byłoby to dla nas za wiele honoru, lecz poufnie, za pośrednictwem żeńskich parlamentarzy mówiono, nam – jak mówiono i wam tu także: „teraz nie pora na walkę o prawa kobiety, kiedy się toczy walka o prawa narodu”.

Zaiste przyznać trzeba, że może żadne z panujących u nas pojęć nie jest równie bałamutne, mętne, równie nadużywane i równie bezmyślnie interpretowane, jak pojęcie, co jest narodową, a co nienarodową pracą lub walką. Roztrząsane przy każdej okazji, najważniejszej i najmniej ważnej, często pracy i usiłowaniom podejmowanym w najidealniejszych celach, staje się zatrutą strzałą bez pardonu godzącą i w pracę, i w pracownika. Nic też dziwnego, że godziła i w organizującą się pracę kobiety.

Otóż można by spytać, czyż ta kobieta stoi na zewnątrz swego narodu? A prawa jej czyż nie byłyby prawami jej narodu? Czyż do niego nie należy?

Nie przypuszczam złej woli, ale jest jakaś wielka pomyłka w tym twierdzeniu, jakieś wielkie nieporozumienie, a nieporozumienie to podnoszę tu z tym większym naciskiem, ile że mu ulegają i kobiety same, zwłaszcza mniej samodzielnie myślące, a zapatrzone w Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne. Pragnąc gorąco pracować dla swego społeczeństwa, nie zawsze i niedokładnie zdają sobie sprawę, co i jak czynić im należy, w ciągłej obawie pozostając, czy dana praca, do której zresztą pociąga je nawet jakieś wewnętrzne przekonanie, będzie dosyć narodową. Raz w raz na różnych zebraniach, zwłaszcza poufniejszej natury, z takim narodowym zakłopotaniem spotkać się można.

Gorzej jeszcze: i te kobiety nawet, które osobiście wyemancypowały się już z więzów niewolniczej przeszłości, skrzętnie powtarzają: „teraz szkoda czasu na walkę o prawa kobiety, potrzebnego na walkę narodową”.

Otóż w jakiż sposób wyizolować tę pracę narodową od wszelkiej innej? Gdzie oznaczyć granicę, u której kończy się praca dla narodu, a zaczyna jakaś praca odrębna, nie dla narodu? Jeżeli praca nad wyzwoleniem kobiety nie jest pracą narodową, to i praca nad wyzwoleniem ludu, nad wywalczeniem lepszej doli rzeszy robotniczej, nad podniesieniem jakiejkolwiek warstwy, jakiegokolwiek stanu ludności byłaby pracą nienarodową, na którą obecnie szkoda czasu. A jeżeli tak nie jest, jeżeli i walka o prawa chłopa i walka o prawa robotnika, o prawa dziecka, o prawa każdej gromadki ludzi jest pracą dla narodu, a jest nią niewątpliwie, bo do podniesienia tego narodu dąży, to jest nią także i walka o prawa kobiety, o jej wyzwolenie. A w jakiż inny sposób można wyzwolić i podnieść lud i w jaki sposób można wyzwolić kobiety, nie wyprowadzając ich z gnębiącej, długowiekowej niewoli. W jakiż sposób dać im możność pracowania dla narodu, gdy się im odmawia prawa tej pracy?

Jeżeli w znaczeniu ogólnym pracą narodową jest każda praca dodatnia dokonywana w narodzie i dla narodu, jakkolwiek bezpośrednio służy danej warstwie lub danemu odłamowi ludności, bo naród nie jest żadną abstrakcją, lecz zrzeszeniem tychże warstw i grup ludzkich i wszystko, co stanowi o szczęściu, wielkości, kulturze i moralności narodu, stanowi o kulturze, moralności itp. każdej odrębnej grupy ludności i wzajemnie, jest niewątpliwie dziedzina ściśle narodowej pracy, tej pracy, która bezpośrednio służy ogółowi, tj. całemu narodowi, a ma na celu obronę jego praw, jego bytu, ochronę jego całości, jego bezpieczeństwa i jego stanowiska na zewnątrz wobec innych narodów. W państwach konstytucyjnych prace te, jak wiemy, wykonują organy polityczne i ustawodawcze, zatem gdy kobiety dopominają się praw politycznych, tedy dopominają się właśnie udziału w tej najistotniejszej pracy narodowej.

Tu zaś, na tej ziemi, gdzie nikt z nas żadnych ludzkich praw nie posiada, my kobiety, żądając równouprawnienia, żądamy współudziału w walce o te prawa narodu, w pracy dla jego przyszłości, żądamy uczestnictwa w odbudowywaniu gmachu narodowego. A żądamy tego, bo mamy prawo sądzić, że ta budowa będzie lepsza i pewniejsza, i silniejsza, gdy i my rękę swą do niej przyłożymy. Bo czujemy się na siłach pracować na wszelkich posterunkach i na wszelkich polach, nie tylko na nieużytkach. Toteż pełne ironii wydają się nam słowa: „teraz szkoda czasu na walkę o prawa kobiety”.

Żeby skończyć z tą kwestią, dodam jeszcze, że jedyne momenty, w których nie szkoda czasu, lecz nie ma czasu na walkę o żadne inne prawa oprócz praw całego narodu, to są momenty czynnych ruchów rewolucyjnych. W tych momentach atoli kobieta staje się niemal więcej równouprawnioną niźli w innych, no i widzieliśmy i widzimy, że z tego równouprawnienia często w bohaterski sposób korzysta.

Takie było pierwotnie względem nas stanowisko Narodowej Demokracji.

Pod wpływem ożywionego ruchu kobiecego w Galicji w ostatnich paru latach, a zwłaszcza pod groźbą skłaniania się licznych grup kobiecych ku stronnictwom radykalnym, oświadczającym się za prawami politycznymi dla kobiet, Narodowi Demokraci zaczęli ustępować, w końcu nawet oświadczyli, że nie są wcale przeciwnikami praw politycznych dla kobiet, i owszem, gotowi je popierać, ale rzecz prosta nie na zasadzie jakiejś powszechności głosowania, bo to przecież dla nas kobiet nie miałoby żadnego sensu, ale na starej, z dawna wypróbowanej a w skutkach niezawodnej zasadzie kurialnej. Poseł Głąbiński, jako przedstawiciel Stronnictwa, zobowiązał się też przemawiać w naszej sprawie w komisji reformy wyborczej w Wiedniu. Zobowiązał się i na tym poprzestał, bo jak się następnie okazało, ani myślał zobowiązaniu temu zadośćuczynić. Natomiast z wielką gotowością, oddajmy mu sprawiedliwość, wniósł jedną z naszych petycji o prawa polityczne do Rady Państwa.

Pomimo tego na pozór już życzliwego stanowiska Stronnictwa Narodowej Demokracji dla naszego ruchu o prawa polityczne, odłam kobiet sympatyzujący z tymże stronnictwem, wbrew wszelkim usiłowaniom nie dał się przecież skłonić do zorganizowania związku równouprawnienia kobiet, lękając się, aby taka organizacja nie stała się zamachem na dobro narodowe.

Natomiast i w Krakowie i we Lwowie organizacje takie zawiązały żywioły radykalniejsze, ciążące ku stronnictwu socjalnej demokracji.

Niestety, kobiety od wieków hodowane do posłuszeństwa, zawsze jeszcze komuś posłuszne być muszą. Z nielicznymi wyjątkami wyłamującymi się spod tej reguły, jedne słuchają SND, drugie słuchają PPSD [Polska Partia Socjalno-Demokratyczna]. Temu też stronnictwu tym razem podporządkowały zupełnie robotę swoją, a zwłaszcza całą akcję około reformy wyborczej.

Byliśmy też świadkami całego szeregu agitacyjnych wieców kobiecych zwoływanych w sprawie tejże reformy wyborczej, na których to wiecach o własnych prawach kobiety mówiły, ale mówiły raczej pobieżnie i okazjonalnie tylko, natomiast i przede wszystkim silnym głosem dopominały się o równe prawa wyborcze dla proletariatu męskiego, który pomimo tak krzywdzącej go jeszcze naówczas ordynacji wyborczej, w prawa polityczne w każdym razie lepiej był wyposażony niźli one same. A czyniły to w przeświadczeniu, że w ten sposób właśnie najlepiej i najskuteczniej służą sprawie ogółu i sprawie ogólnego postępu. Stanowisko pełne idealizmu (wyznać trzeba!), zaprzeczające też kategorycznie charakterystyce kobiety skreślonej przez czcigodnego autora „Duchów” w przemówieniu na Zjeździe: „kobiety odgradzającej się ostrokołem od całego obszaru życia, walczącej o własne wyzwolenie, a obojętnej na niewolę innych”. Ja śmiem twierdzić, że my takich kobiet nie posiadamy wcale w naszym społeczeństwie. I owszem, nasze kobiety wpierw walczyły o prawa dla wszystkich innych, zanim podniosły głos o prawa dla siebie. Dlatego też tak się opóźniły w walce o własne wyzwolenie. Więcej nawet powiedzieć można, dziś właściwie jedne kobiety tylko, te które walczą, walczą o wolność i wyzwolenie wszystkich. Podczas kiedy stronnictwa męskie na pierwszy plan wysuwają swoje interesy i interesy warstw, które reprezentują, kobieta, jak widzimy i w omawianym tu wypadku, w każdej chwili gotowa poświęcić ten własny swój interes dla dobra ogółu.

Ale czy istotnie służyła ona dobru ogółu zaprzestając – choćby tylko chwilowo – walki o prawa własne? Czy istotnie dopominaniem się o te prawa dla siebie przeszkadzałaby w uzyskaniu tychże praw męskiemu proletariatowi, jak to twierdzili socjaliści? Ja sądzę wprost przeciwnie. Im powszechniejsze i szersze jest żądanie, tym pewniejsze do zrealizowania. „Nie można odmawiać jakiejkolwiek warstwie ludności męskiej praw, o które dziś dopominają się już nawet kobiety”. Oto zdanie dające się dziś słyszeć po parlamentach, sejmach europejskich, a zbijające twierdzenie socjalistów. Mówiły dalej kobiety: czym szersze kręgi ludności obejmie reforma wyborcza, tj. im powszechniejsze i równiejsze będą prawa mężczyzn, tym większe widoki uzyskania tychże praw i dla nas. Niezawodnie. Tak przynajmniej należałoby się spodziewać… Zwycięstwo idei demokratyzacji politycznej musi stać się w następstwie zwycięstwem idei równouprawnienia kobiet, ale musi i stanie się o tyle tylko, o ile kobiety o to równouprawnienie walczyć będą. Bez tego nigdy nic nie uzyskają. Bo nigdy bez ich współudziału nie nastąpi moment takiego „optimum” dla sprawy równouprawnienia, żeby im prawa polityczne ofiarowano bez względu na to, czy ich żądają lub nie. Oto niedawno w Londynie minister Asquith oświadczył deputacji kobiet, że nie jest w zasadzie przeciwny nadaniu im praw wyborczych, lecz tylko w takim wypadku, gdyby to było zgodne z życzeniem większości kobiet, o czym wszakże nie jest przekonany.

Również nie jest rzeczą pewną, żeby proletariat męski, zdobywszy prawa dla siebie, zechciał tak chętnie i bez oporu dzielić się nimi z kobietami, jak to one mniemają. Zwracam uwagę, że w krajach, gdzie prawo powszechnego głosowania dla mężczyzn dawno istnieje, walka kobiet nie stała się przez to łatwiejszą. Widzimy, że ani we Francji, ani w Niemczech, ani nawet w większości Stanów Zjednoczonych kobiety praw politycznych nie posiadły dotąd, bo nie walczyły o nie dostatecznie.

To były pobudki, jakimi się kierowały kobiety wybierając taką a nie inną taktykę podczas agitacji o reformę wyborczą w Galicji. Jakie pobudki powodowały kierownikami tej akcji kobiecej do rekomendowania wstrzemięźliwości wyborczej, wiadomo nam wszystkim. PPSD pilnuje przede wszystkim interesów męskiego proletariatu. O interesy kobiet, o ile te nie są ściśle z ich własnymi związane, troszczy się niewiele i pomimo wszelkich w tym kierunku oświadczeń, na razie przynajmniej praw politycznych dla kobiet nie pragnie, przewidując, co przewidują i socjaliści innych krajów, że kobiety, jako żywioły konserwatywniejsze, przyszedłszy do głosu, oddziaływałyby źle i szkodliwie na ruch postępowy.

Pod pewnym względem mają rację, ale tylko pod pewnym. Bo naprzód jest rzeczą niezawodną, że proletariat żeński, tj. ogromna większość kobiet, uzyskawszy prawa wyborcze będzie się solidaryzować z proletariatem męskim. A jeżeli pomiędzy kobietami znajduje się, a znajduje się niewątpliwie, dużo żywiołów wstecznych, reakcyjnych, to tych reakcyjnych żywiołów nie brak również i pomiędzy mężczyznami wszelkich warstw, zwłaszcza między ludem, a i między robotnikami także. A przecież nikomu z PPSD nie przychodzi do głowy, ażeby na tej zasadzie odmawiać im lub też nie żądać dla nich równych praw wyborczych. Zasada jest zasadą. Albo się ją wyznaje, albo nie. Wyznawać ją tylko o tyle, o ile odpowiada naszym chwilowym życzeniom lub naszym chwilowym widokom, jest to oportunizm z najelementarniejszymi pojęciami etyki, a nawet logiki niezgodny, jest to taktyka małej miary. Nie przeszkadza to, że taką taktykę uprawiają szeroko wszystkie nasze stronnictwa. Surowo piętnując ją u drugich, uprawiają stale u siebie. I na tym polu najkrańcowiej przeciwne partie są sobie bliskie, pokrewne i śmiało sobie ręce podać mogą. Konserwatywni i SND zwalczają proletariat w imię dobra ogółu, lękają się żywiołów nieoświeconych, nie patriotycznie usposobionych, lękają się tak nazwanej zarazy socjalistycznej. Socjaliści powstrzymują kobiety od walki o równouprawnienie polityczne również w imię dobra ogółu; i lękają się znowu zarazy wstecznictwa kobiecego. SND mówią do walczącego ludu: najprzód prawa dla narodu, potem dla was. PPSD mówią do kobiet: najprzód zdobędziemy prawa my, potem walczyć będziemy o prawa dla was.

Może to i prawda. Ale w takim razie prawdą może być i jedno, i drugie. Wszelako jedno postępowanie warte drugiego; przyczyny ich jednej natury. Notabene, i jedni i drudzy bardzo chętnie do posług swych zaprzęgają kobiety. Chcąc niecierpliwszym żywiołom skrócić czas oczekiwania tych błogich chwil, kiedy to na walkę o ich prawa kolej przyjdzie, każą im tymczasem sobie pomagać, każą im na rzecz swoją agitować. I kobiety agitują. Agitacja taka, wciągając kobiety do pracy politycznej, z praktycznych względów mogłaby nie być bez korzyści. Mówię „mogłaby”, gdyby kobiety nie usiłowały naśladować agitacyjnej taktyki mężczyzn, namiętnej, bezwzględnej, częstokroć brutalnej bardzo. Taktyki, która bodaj czy nie stanowi właśnie zasadniczej przeszkody, opóźniającej zwycięstwo najpiękniejszych postulatów w ten sposób bronionych.

Wszyscy, którzy mamy oczy otwarte ku prawdzie, a serca wrażliwe na nędzę i krzywdy pracującego ludu, wiemy i czujemy doskonale, iż to, o co walczy dziś ten lud, wcześniej czy później musi być uwieńczone zwycięstwem, że wszystkie twierdze przywilejów muszą runąć jedna za drugą, a przecież wyznać musimy, że hasła, jakimi tę walkę się prowadzi i oręże, jakimi się w niej posługuje, całą wielkość wielkim ideom odbierają. Idee socjalizmu są godne wielkiego ludu, ale taktyka jego przedstawicieli bywa często godną tylko gawiedzi.

Idea narodowości jest siłą potężną, ale nie w rękach drobnych kramarzy ducha, handlujących nią, jak się handluje świętościami pod murami Częstochowy. Patrząc na to – jak niegdyś Diderot wołał do współczesnych – „rozszerzcie wy tego swego Boga, bo taki jakim go czynicie, może bóstwo zohydzić” – tak my mamy ochotę wołać: rozszerzcie wy tego boga narodowości, bo taki jakim go czynicie może narodowość zohydzić.

Nie mówiąc o tym, co się dzieje tu, do jakiego zamętu i rozkiełznania wszelkich pojęć moralnych doprowadzają walki partyjne, bo tu warunki zupełnie wyjątkowe i zamęt nieunikniony, zwracam uwagę na systemy agitacyjne pokojowe, stronnictw politycznych w Galicji, na ten cały szereg nadużyć, gwałtów, fałszerstw dokonywanych przy wyborach i to przez frakcje, jak teraz przy ostatnich, zjednoczone w Radzie Narodowej, które powinny stać się dobrym przykładem tej młodej, świeżo w polityczne życie wchodzącej rzeszy polskiego ludu. Albo z drugiej strony, te najwyższym niesmakiem przejmujące różne alokucje zwracane do tego ludu przez PPSD, te wszystkie suche wierzby wyciągające ramiona po ciała szlachciców, te wizje płonących wsi i dworów szlacheckich i tym podobne bardzo lichego gatunku parabole, rozbrzmiewające w mowach przywódców tego stronnictwa, i często do najwspanialszych przemówień np. takiego Daszyńskiego wprowadzające w jednej chwili atmosferę budy jarmarcznej. Aż trudno zrozumieć, że mówca tej miary i działacz mający do spełnienia takie ważne i piękne zadania, na równie tandetne, ku schlebianiu dzikim instynktom tłumu obliczone frazesy, pozwalać sobie może!

Niezawodnie łatwiej jest podziałać na niski instynkt ciemnego tłumu, bo tylko na ciemny tłum takie środki działać mogą, niźli ten tłum podnieść, uszlachetnić i innymi motywami do walki pobudzić. Więc panowie agitatorzy chwytają z pośpiechu roboty łatwiejsze, ale czyniąc tak, lud ten krzywdzą, bo zamiast budzić w nim człowieka, budzą zwierzę. A krzywdzą go i tym, iż odbierając mu wiarę w siłę walki uczciwej, prawej, honorowej, która jest potęgą wszechmocną, rzucają mu podniecające frazesy, że kiedy przeciwnika nie można zwalczyć, to nie pozostaje nic innego jak spalić go lub powiesić na suchej wierzbie.

Czy do takiej walki stanąć ma kobieta? Ta, od której oczekujemy, że będzie nam zwiastunką pokoju, pogody, harmonii? Że przyjdzie nie rany zadawać, ale rany koić; że wniesie do życia publicznego jakiś element szlachetności, tak odeń dziś jeszcze daleki; że uprawniona nie tylko podniesie liczbę uprawnionych, lecz podniesie ich wartość, ich dostojność obywatelską?

Nie do takiej walki stawać nam, ale przeciwko niej. Nie od powtarzania starych błędów zaczynać nam, ale naprawę wszelakich brać na siebie. Nie w stare łożyska zwracać nowe fale!

Jeżeli mamy dokonać jakichś doniosłych, samodzielnych czynów, musimy za wszelką cenę wyzwolić się z tego dreptania po cudzych szlakach. Musimy się zdobyć na niezależność i sądów, i czynów. Musimy sobie stworzyć własną komendę i własny kierunek. Musimy sobie znaleźć własną drogę. Inaczej z niepełnoletności i poddaństwa i niedojrzałości nie wyemancypujemy się nigdy.

Jakąż ma być ta przyszła droga nasza?

Można by powiedzieć, że dziś, kiedy nie posiadamy jeszcze żadnych praw politycznych, nie pora zastanawiać się, jakimi drogami pójdziemy, gdy je uzyskamy, do jakich celów zdążać będziemy, jakimi środkami się posługiwać, że nie pora jeszcze na kreślenie programów politycznych, ale raczej wszelkie usiłowania skierować należy ku zdobyciu praw i przygotowaniu terenu do przyszłej pracy. I my tak sądziliśmy. I tak sądząc przy omawianiu organizacji równouprawnienia kobiet postanawialiśmy oprzeć ją na zasadzie zupełnej bezpartyjności politycznej, wychodząc z założenia, iż ponieważ nie mamy praw we wszystkich warstwach społecznych, tak niższych jak i wyższych, walką naszą objąć je musimy wszystkie, objąć wszelkie dziedziny interesów i pracy kobiecej i w ten sposób zgrupować około akcji politycznej jak najszersze koła wszelkich kierunków i przekonań.

W myśl tego postanowienia w pierwszych programach stowarzyszeń równouprawnienia kobiet i tu i u nas w Galicji, przyjęty został paragraf politycznej bezpartyjności.

Bardzo prędko atoli okazało się i tu i tam, że kiedy toczy się walka o prawa polityczne, niemożliwe jest stanowisko takiej zupełnej politycznej abstynencji. Cały szereg doświadczeń ubiegłych paru lat przekonał nas o tym bardzo dowodnie. Kiedyśmy mówiły: żądamy tych samych praw, jakie posiadają lub posiądą mężczyźni, odpowiadano nam z ironią: „więc jest wam wszystko jedno, jakie prawa polityczne otrzymują mężczyźni, więcej czy mniej sprawiedliwe, bylebyście wy tylko otrzymały takie same?”.

I w tej odpowiedzi mieścił się pewien zarzut słuszny.

Niezawodnie nam nie było wszystko jedno, jakie prawa otrzymają mężczyźni, i owszem, stawiając żądanie nasze stawiałyśmy je właśnie na zasadzie przygotowującej się naówczas reformy wyborczej, według której było już niewątpliwym, że uzyskają prawa polityczne wszyscy mężczyźni bez wyjątku, tedy tym samym oświadczałyśmy się za tą nową ordynacją wyborczą, żądając rozszerzenia jej i dla kobiet. I nasi oponenci doskonale o tym wiedzieli, ale ponieważ to oświadczenie nasze z powodu braku wszelkiej barwy politycznej miało charakter trochę luźny i nieokreślony, partii politycznych nie mogło ono rzecz prosta zadowolić. Toteż i stowarzyszenia i grupy kobiet chcące wyjść z tej trudności przyłączyły się do najbliższych, tj. najpokrewniejszych przekonaniami stronnictw męskich, bez względu na to, czy te stronnictwa zupełnie lub niezupełnie odpowiadały ich interesom, potrzebom, a nade wszystko ich społecznym, narodowym i humanitarnym ideałom.

I tak widzieliśmy, że jedne grupy przyłączyły się do SND, drugie do ludowców, trzecie do PPSD. Z rozlicznych atoli dyskusji prowadzonych na ten temat, z rozlicznych badań, rozpatrywań, wynurzeń przyszliśmy jednak do przeświadczenia, że żadne z obecnie istniejących stronnictw politycznych psychicznym aspiracjom większości kobiet nie odpowiada w tym stopniu, aby się całkowicie z nimi zjednoczyć chciały lub mogły. W żadnym z nich nie znajdują one urzeczywistnienia istotnie wyższych a szczerych pojęć braterstwa i sprawiedliwości; nie znajdują tej atmosfery prawdy i prawości, gdzie słowo odpowiada czynowi a czyn słowu. Te kobiety nawet – a jest ich większość – które nie posiadają żadnego politycznego uświadomienia, to jedno uświadamiają sobie doskonale, że zasady ciasnego egoizmu klasowego rządzące naszymi stronnictwami wyłączają tę prostą, a przez kobiety wyżej cenioną i powszechnie wyznawaną zasadę: „nie czyń bliźniemu twemu co tobie niemiłe”. Kobieta jako organizacja bądź co bądź subtelniejsza, więcej uczuciowa i więcej etyczna, nie może przystosować się do karbów, jej właściwości psychicznych nie uwzględniających dostatecznie. Ona wchodząc w to życie polityczne musi sobie stworzyć szranki odpowiednie, w których łatwo i chętnie obracać się będzie. Musi, rozpatrzywszy programy wszystkich frakcji obecnych, wszystkie ich za i przeciw, zastanowić się, co może zachować dla siebie, a co jej usunąć należy, aby na miejsce tego usuniętego stworzyć coś nowego, coś lepszego przede wszystkim. Jeżeli ma się stać pożyteczną pracownicą, musi ona wnieść z pracą swoją jakąś nową cyfrę, nową wartość, jakiegoś nowego ducha.

I oto kierunek jej drogi i oto istota jej programu: do życia politycznego wprowadzić czynnik, dotąd jeszcze na międzynarodowym indeksie jako apolityczny pozostający: czynnik etyczny. Jednocząc wszelkie żywioły stojące na tym stanowisku, stworzyć stronnictwo tak silne, aby nie lękało się wyzwać do walki wszystkie ciemne potęgi świata i stawić czoło wielkim ewangeliom politycznym Talleyrandów, Napoleonów, Fryderyków, Bismarcków i im podobnych wielkich i mądrych drapieżników nauczających, że zasady państwa nie potrzebują wcale godzić się z zasadami moralności, że i owszem wszelka moralność musi być podporządkowana wymaganiom polityki; że największą cnotą polityczną jest egoizm narodowy, a największym politycznym rozumem – silna pięść.

Do jakich potworności doprowadzają owe ewangelie politycznego rozumu, wyzute i wyzuwające z wszelkich humanitarnych uczuć, wiemy wszyscy doskonale. Nie patrząc daleko, na zamorskie kolonie, gdzie państwa europejskie w rzekomo cywilizacyjnych celach poczynają sobie jak dzikie barbarzyńskie hordy, dość spojrzeć na to, co się dzieje w Wielkopolsce pod rządami państwa „dobrych obyczajów”. Czyż nie potworne jest to wydzieranie przemocą polskiej ziemi z polskich rąk, to wydzieranie przemocą ojczystej mowy dziecku, co zaledwie z powijaków wyszło!

Jeżeli wieki kultury doprowadziły do równie niecnych rezultatów, takie trujące chwasty wyhodowały, to pola tej kultury głęboko przeorane, a chwasty gruntownie wyniszczone być muszą, a dokonać tego może tylko współudział innych, nowych czynników, bo te, które dotąd czynne były, okazały dostatecznie i niemoc swoją i swoje znużenie.

Tym kategorycznie nowym, świeżym czynnikiem będzie i musi być kobieta. Ona na swoim sztandarze musi położyć hasło i nad realizowaniem hasła tego pracować każdego dnia i na każdym miejscu. „Sprawiedliwość wszystkim – krzywda nikomu i wszystkim równe prawa – nikomu przywilej”.

Z takiego założenia nietrudno wyprowadzić i określić zasadnicze stanowisko, jakie naszym organizacjom zająć należy odnośnie do głównych postulatów narodowych, społecznych i państwowych. Stanowisko tak wyraźne, aby wykluczało wszelkie konflikty pomiędzy prawem a obowiązkiem, pomiędzy dobrem ogółu a dobrem poszczególnych grup i jednostek, pomiędzy postępem a poszanowaniem dziedzictwa historycznego, tj. pomiędzy przeszłością a przyszłością, a na chwilę obecną i każdą sytuację, aby było jasnym drogowskazem naszym czynom.

Pierwszym celem i pierwszym obowiązkiem narodu jest praca nad pozyskaniem wolności obywatelskiej. Ku temu celowi zwracać winien wszystkie swoje siły i wszystkie swoje zabiegi. I polityka, i ekonomia społeczna, i pedagogika narodu, powinny być specjalnie do potrzeb jego przystosowaną. W imię tego dążenia do wolności i ścisłego zjednoczenia powinna być podejmowana każda jego praca.

A czynić tak jest obowiązkiem wszystkich i każdego z osobna. Zatem i każde stronnictwo, i każde stowarzyszenie, i każda instytucja zawiązująca się na naszej ziemi, pełniąc swe cele poszczególne, ku temu naczelnemu usiłowania swe zwrócone mieć winny. Z tym celem w duszy i na oczach pracować muszą i nasze organizacje równouprawnienia, przez podniesienie kobiety dążyć i przyczyniać się do podniesienia narodu. Wywalczać dla niej równouprawnienie na wszelkich polach pracy i życia, aby na wszelkich polach społeczeństwu i postępowi służyć mogły.

My, Polacy, mamy obowiązek i mamy przyczynę ojczyznę naszą kochać jeszcze więcej niźli Francuz kocha Francję, Szwed Szwecję, lub Anglik Anglię. Ale równocześnie im więcej ją kochamy, im więcej pragniemy mieć ją wielką i szlachetną, i wolną, tym więcej strzec ją musimy od skazy wszelkiej. Niech pod dachem tej naszej ojczyzny nie dzieje się krzywda nikomu a będzie sprawiedliwość wszystkim. Niech panuje równe prawo dla wszystkich – dla nikogo przywilej.

Więc nie wyznawajmy egoizmu narodowego, który jak każdy egoizm jest czynnikiem niskim i bezdusznym. Jeżeli sami naród własny kochamy, pozwólmyż innym kochać swój także.

Nie znaczy to, iżbyśmy bez obrony zostawiali i bez walki na łup wydawali jakiekolwiek dobro nasze, ale znaczy, że pilnie rozważać musimy, co jest dobrem naszym własnym, a co dobrem cudzym. I nie znaczy to, abyśmy lekkomyślnie marnotrawili nasze dorobki cywilizacyjne i nasze zdobycze, ale iżbyśmy się nie kusili o zdobywanie tego, co jest cudzą własnością. Silni, nieugięci i oporni względem tych, co nas gnębić usiłują, bądźmy pobłażliwi i wyrozumiali, a do pomocy skłonni słabym, których losy w naszym ręku. Wyznawcy egoizmu narodowego często wprost przeciwne stanowisko zajmują. Silni, despotyczni wobec słabych bywają ulegli, pokorni, do ustępstw i kompromisów skłonni tam, gdzie czują siłę. Nie tylko nie posługiwaliśmy się dosyć egoizmem, który żąda zawsze więcej niźli mu się należy, lecz nie umieliśmy nawet wyzyskiwać należycie tych praw obrony na wszelkich drogach i wszelkimi sposobami, jakie nam do rozporządzenia służyły.

Ale jeżeli chronić się nam trzeba od egoizmu narodowego tak pojętego, to również chronić się nam należy od drugiej ostateczności: lekceważenia i bagatelizowania spraw narodowych, jak to czynią niektóre grupy PPSD w Galicji. A czynią to w moim rozumieniu nie z pobudek uczuciowej natury, nie z powodu jakiejś rzeczywistej obojętności dla swego narodu, jak to skłonne twierdzić przeciwne obozy. Bo przywiązanie do swej ojczyzny nie jest bynajmniej cnotą i nie jest zasługą, lecz właściwością tak głęboko wrodzoną człowiekowi, jak wrodzoną jest matce miłość do dziecka. Niezawodnie można bardzo kochać wszystkie dzieci, a jednak swoje własne kocha się więcej, głębiej, inaczej. Tak i w znaczeniu narodowym można się uczuciowo czuć bliskim wszystkim narodom, a jednak najbliższym swojemu. Jest to prawo ludzkiej natury, czasem i przestrzenią ograniczonej, a nie ulegają mu zaledwie wyjątkowe jednostki. Tedy ta pozorna, powiedzmy teoretyczna obojętność narodowa, dawniej całego stronnictwa PPSD, dziś tylko pewnego jej odłamu, wynika z fałszywego podłoża i jednostronnie snutych rozumowań, a nade wszystko ze sztucznego bodaj w pierwszej fazie rozwoju ruchu socjalnego i ograniczenia zakresu aspiracji rzesz robotniczych do postulatów natury ekonomicznej. Niezawodnie dla tego, który cierpi niedostatek, często głód, a pozbawiony bywa najniezbędniejszych warunków znośnego bytu, kwestia chleba staje się koniecznie kwestią pierwszorzędną, do walki najsilniej pobudzającą. Atoli nie ulega wątpliwości, że z chwilą, kiedy kwestia ta o tyle o ile złagodzoną zostaje, powstają inne postulaty walki, w miarę budzących się i rozwijających potrzeb intelektualnych i moralnych, które również zaspakajane a nie tłumione być powinny.

Odbierając jednostce uczucia narodowe ubożymy ją niezawodnie. Tłumimy jej indywidualność, odbieramy jej jeden z zasadniczych elementów psychicznego bytu, jakim jest to czucie się cząstką całości, to uczucie przynależności do niej, oparcia na jej sile, a podpieranie jej siłą własną, to braterstwo tyczące towarzyszy spod jednego znaku. Tych węzłów nic nie zastąpi. Daremnie mówić robotnikowi: twoja ojczyzna to proletariat całego świata. Jest to abstrakcja. Zapewne wspólność pracy i wspólność celów walki to także węzły, ale luźniejsze, gdy na odległość zasnute. Powiedzmy człowiekowi, nie mającemu żadnej rodziny: twoja rodzina to społeczeństwo, w którym pracujesz, kiedy on od tej pracy powraca w puste, zimne, samotne ściany. Albo przerzućmy polskiego robotnika, jednego z tych, co mu to ojczyzną międzynarodowy proletariat, między proletariat angielski lub hiszpański, obcy językiem i obyczajem, i zobaczmy jak on się tam w tej międzynarodowej ojczyźnie czuć będzie. A potem dalszy eksperyment: pchnijmy za nim kilku jego druhów-rodaków, a ujrzymy, iż momentalnie, jak rozdzielone cząsteczki rtęci, spłyną się w jedną całość, w jedną odrębną grupę. Jest to prawo powinowactwa chemicznego. Dobrze to marzyć o międzynarodowej ojczyźnie, żyjąc wśród swojej.

„Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się” było takim samym hasłem do wspólnej, wzmożonej i przez to skuteczniejszej walki o lepsze warunki bytu, jakim dziś jest hasło: kobiety wszystkich krajów, łączcie się, aby wzmożonymi siłami walczyć o wyzwolenie. Ale wspólna, solidarna walka w danej chwili nie wymaga zrywania węzłów ze swoim narodem, jak to długo sądzono, ani nie wyklucza przywiązania do kraju rodzinnego. Przeciwnie, kto nie umie być dobrym dzieckiem swej matki, dobrym synem swego narodu, nie będzie dobrym towarzyszem żadnej korporacji, żadnej zbiorowości, nie będzie pożyteczną, dzielną jednostką żadnej całości.

Widzimy też, że właściwie nigdzie PPSD nie przeciwstawia się narodom, do których należy, jak to czyni często jeszcze nasza plus catholique que le pape. Na ostatnim kongresie PPSD we Lwowie uważano za potrzebne tłumaczyć się z rzekomego przewinienia, że na Śląsku partia zmuszona była występować pod firmą polskiej partii socjalistów. Nie wiem, czy podobny fakt, w podobnych okolicznościach i warunkach mógłby zdarzyć się również we Francji, w Niemczech lub w którymkolwiek innym kraju. Ale gdyby nawet kwestia narodowości była dla nas obojętną, gdyby nawet fizycznie było możliwe, a praktycznie dla spraw lepszego bytu robotnika pożyteczne, wyzucie się z więzów narodowości i gdyby się z niej wyzuwali robotnicy wszystkich innych krajów, to i tak jeszcze polski robotnik przez samą godność, ambicję i dumę czynić tego nie może i nie powinien.

Nam, kobietom, należy pracować nad przyśpieszeniem takiego momentu psychologicznego, w którym by sprawami ludzkimi rządziły nie egoizmy narodowe czy klasowe, ale szlachetniejsze czynniki honoru i sprawiedliwości. Strzec nie tylko interesów narodu, lecz strzec jeszcze usilniej jego cnoty, jego honoru, jego prawości, pamiętając, że z dwojga złego godniejszym jest narodu krzywdy ponosić, niźli krzywdy wyrządzać.

A jeżeli do stosunków politycznych i narodowych pragniemy wprowadzić tę samą etykę opierającą się na poszanowaniu wszelkich praw bliźniego, jaka obowiązuje w stosunkach osobistych, to tenże sam czynnik musi być dla nas decydującym w każdej dziedzinie, więc i w dziedzinie spraw społecznych.

Nie mogąc tu rozpatrywać poszczególnych zagadnień społecznych zaznaczę najogólniej, że w walce klas słabsi i pokrzywdzeni znajdować w nas mają bezwzględnych obrońców. Bo choć szeregi nasze organizujemy do walki o równouprawnienia kobiety, jako najwięcej pokrzywdzonej w obecnym tak politycznym, jak i społecznym ustroju, to przecież równie blisko na sercu leżeć nam będzie sprawa wyzwolenia ludu i rzesz robotniczych ze wszelkiego materialnego lub moralnego ucisku. Wyznawcy równości i braterstwa, popierajmy wszystko to, co dąży do zatarcia i zniesienia wszelkich różnic stanowych i klasowych pomiędzy ludźmi, a uczyni naród zbiorowiskiem równych obywateli pracujących w różnych zawodach, wedle swoich uzdolnień i upodobań.

Dziś stronnictwa poszczególne zwalczają często przywileje przeciwników w tym celu tylko, aby te przywileje pozyskać dla swoich. I tak: stronnictwo ludowe, mówiąc nawiasem najsympatyczniejsze ideowo i taktycznie – mówi do włościan: „teraz wy musicie ująć ster rządów w swoje ręce; teraz wam należy buława przewodnictwa narodu”, czyli mówi: teraz wy musicie być uprzywilejowanymi. PPSD mówi do robotników: „teraz wy pójdziecie na czele, jako głowa narodu, a inteligencja, jako ciury, za wami” (dosłowne przytoczenia z przemówień partyjnych wodzów.) SND mówi zaś: „Polska to my” – reszta to nie-Polacy, pół-Polacy, jeżeli nie zgoła nieprzyjaciele narodu.

Tak się dziś jeszcze zwalcza przywileje.

Każde z tych stronnictw dla siebie też anektując wszelkie cnoty i zasługi, wszystko złe niepodzielnie przypisuje i oddaje tym, co stoją poza jego szeregami. Dla narodowego demokraty tylko narodowy demokrata może być porządnym człowiekiem; dla ludowca tylko ludowiec, dla socjalisty tylko socjalista. Tymczasem w rzeczywistości wiemy, że we wszystkich stronnictwach znajdujemy ludzi dobra swego narodu nade wszystko pragnących i takich, którym oprócz dobra własnego wszystko obojętne, bo ludzie wszystkich warstw są sobie dosyć podobni, z jednej gliny ulepieni. Widzimy tak samo u chłopa, gdy się dorobił sporego kawałka, ziemi ten sam arystokratyzm, tę samą dumę, tę samą skłonność do ucisku i wyzysku słabszych, mniej zamożnych, jak i w sferach najzamożniejszych. Widzimy, jak najzapamiętalszy przeciwnik kapitalizmu z chwilą, gdy zdobędzie majątek, staje się typowym kapitalistą. Widzimy też na odwrót, jak potomkowie herbowych rodów popadłszy w ubóstwo, stają się, przy sprzyjających okolicznościach, całkiem porządnymi demokratami, przemysłowcami, nawet robotnikami. Anormalne stosunki wyrabiają anormalnych ludzi, tedy nie przeciwko ludziom, lecz przeciwko anormalnym stosunkom walczyć nam trzeba. Dla samej opozycji nie zwalczajmy nikogo, żadnego stronnictwa, żadnego przeciwnika i owszem, oddajmy każdemu, co mu się należy, ale zwalczajmy do upadłego wszystko to, co staje na przeszkodzie ku postępowi i uregulowaniu stosunków ludzkich na zasadzie sprawiedliwości.

Więc z całą energią zwalczajmy kapitalizm, jako pierwszą przyczynę wszelkich anormalności społecznych, a przede wszystkim przyczynę upośledzenia klas pracujących. Obecny ustrój kapitalistyczny poniża i degraduje pracę: obracając ją w swoją pokorną służebnicę i staje się jej samowładnym panem.

Najmniej uspołecznieni z nas i najmniej humanitarni przyznać musimy, że stosunek ten kapitału do pracy z brutalnego panowania siły nad prawem wynikający, jest antyspołeczny i antyetyczny. Że stosunek ten powinien i musi stać się wręcz odwrotnym, panem musi stać się praca ludzka – jej sługą kapitał.

Zwalczajmy militaryzm jako największą klęskę narodów, rujnującą je ekonomicznie i moralnie, a stanowiącą najcięższe okowy dla ogólnej cywilizacji.

Nic i to, że bojownicy wolności ludu wolność z militaryzmem godzić pragną. Że socjaliści niemieccy wznoszą okrzyki na cześć armii, że socjaliści francuscy wyprzysięgają się na wyścigi wszelkich słów, myśli i uczynków antymilitarnych, że nawet nasze stronnictwo ludowe oświadcza się przeciwnikiem antymilitaryzmu – my, kobiety, gdy wejdziemy do parlamentów musimy militaryzm zwalczać.

Ale nad militaryzm i nad kapitalizm, wrogiem większym, bo bliskim i codziennym, jest nam każda krzywda, każdy ucisk, każdy fałsz i każda nieprawość, przeciwko tym wrogom wielką i wytrwałą wieść nam krucjatę.

Więc mając takie zadania organizujmy się szybko, zgodnie, jednolicie. Niech nas nie dzielą małostki i drobne spory, a łączą wielkie cele.

Pamiętając słowa: „pierwszy krok do zrzucenia niewoli jest odważyć się być wolnym, pierwszy krok do zwycięstwa jest poznać własną siłę”.

Odważmy się być wolnymi, poznajmy naszą siłę!

Maria Dulębianka
___________________________
Powyższy tekst Marii Dulębianki to cała broszura z serii „Biblioteka Równouprawnienia Kobiet”, Warszawa 1908. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Broszura była napisana przez autorkę działającą w Galicji na potrzeby wydania w Królestwie Polskim podczas pewnej liberalizacji politycznej w toku rewolucji 1905 roku, stąd formuła niektórych jej fragmentów.