przez Bartosz Migas | środa 5 lutego 2020 | opinie
Temat dostępu do pornografii ostatnio powrócił na fali decyzji brytyjskiego rządu o wycofaniu się z pomysłu obowiązkowej weryfikacji wieku przed uzyskaniem dostępu do internetowej pornografii, oraz polskim pomysłem Stowarzyszenia Twoja Sprawa, który opierał się o to samo rozwiązanie. Powszechnie uznano, że idea powstania rządowego rejestru wydającego klucze na dostęp do porno rodzi więcej zagrożeń dla prywatności niż korzyści z punktu widzenia celów regulacji. Polski internet odtrąbił sukces i orzekł „nie da się”. Czy to zamyka sprawę? Bynajmniej.
Because it is 2020
Dlaczego w ogóle temat internetowej pornografii jest istotny? Ponieważ jest 2020 rok. Według różnych badań ponad połowa dzieci w wieku lat 12 ma za sobą pierwszy kontakt z pornografią, natomiast liczba osób po inicjacji seksualnej przekracza połowę dopiero w okolicach 16. roku życia. Możemy podważać wiarygodność i metodę badań, ale trend jest jasny – pornografia dociera do dzieci bardzo wcześnie i znacznie wyprzedza wiek inicjacji seksualnej. Oznacza to, że osoba bez własnych doświadczeń seksualnych pozostaje przez długi okres pod wpływem treści pornograficznych, które nierzadko formatują seksualność młodej osoby i rzutują na jej dalsze życie. Uzupełnimy ten obraz o informację, że ponad połowa dzieci w wieku lat 14-16 ogląda regularnie pornografię oraz o aktualne treści pornograficzne i ich dostępności w sieci. Musimy sobie to uzmysłowić bardzo wyraźnie, że o ile w okolicach 2000 roku kontakt nastolatków z pornografią polegał na czytaniu gazetek znalezionych na dnie szafki w pokoju rodziców lub trzymania płyty cd z kilkoma filmami w tapczanie (gdy komputery już się upowszechniły), to teraz dziecko w podstawówce ma w swoim telefonie drzwi do internetowego hipermarketu wypełnionego po brzegi najróżniejszymi rodzajami porno, którego nigdy nie szukało lub nawet nie zdawało sobie sprawy z jego istnienia, a to wszystko jest dostępne po kilku kliknięciach. Mówimy więc nie o marginalnym problemie, lecz o całym pokoleniu, którego życie seksualne jest od najmłodszych lat inwazyjnie formatowane przez branżę pornograficzną. Przez branżę, nad którą nie ma żadnej kontroli zarówno w kwestii prezentowanych treści, jak i dostępu do nich. I tylko aktualne trendy strony decydują o tym, czy pierwszy filmik obejrzany przez 12-latkę będzie nosił tytuł „teen gangbang party” czy „drunk girl forced to have sex”.
W ślepym zaułku
Problem zbyt szerokiego dostępu do pornografii jest realny i coraz częściej dostrzegany. Zasadnicza większość opinii publicznej zdaje się być zgodna co do tego, że dostęp ten należy ograniczyć, zwłaszcza w przypadku dzieci. Deklaracje te nie przekładają się póki co na działanie, bo wszelkie pomysły rozbijają się o brak technicznych możliwości kontrolowania treści w internecie. Rzecz w tym, że dotychczas patrzymy na problem tylko od jednej strony. Zastanawiamy się, jak rodzice mogą najlepiej zabezpieczyć dzieci przed ekspozycją na pornografię, jak nałożyć blokady rodzicielskie na urządzenia, jak monitorować aktywność dziecka w sieci. Sporadycznie zastanawiamy się, jak blokować dostęp do stron osobom niepełnoletnim. Zupełnie jednak nie bierzemy pod uwagę spojrzenia na problem nie od strony odpowiedzialności odbiorców, lecz producentów i dystrybutorów za treści umieszczane i rozpowszechniane w sieci.
Kiedy my zastanawiamy się, jak ustawić blokady na dziecięcym smartfonie tak, żeby zabezpieczenia nie były banalnie łatwe do obejścia, w tym czasie branża pornograficzna we współpracy z innymi cyfrowymi gigantami gromadzi, przetwarza i wykorzystuje dane osobowe i zachowania w sieci milionów ludzi, przy użyciu nowoczesnych rozwiązań IT poszerzają działania swoich serwisów i grupę odbiorców swoich produktów, monitorują każdą naszą minutę spędzoną na stronie w celu zbudowania profilu, dzięki któremu będą mogli jeszcze lepiej i dokładniej proponować nam kolejne produkty i wiązać nas jeszcze mocniej z pornograficznym biznesem. Wszystko to odbywa się zupełnie poza kontrolą, mimo że branża ta ma gigantyczny zasięg i generuje bardziej niż przyzwoite dochody. Utknęliśmy w martwym punkcie, stojąc na rozdrożu pomiędzy ochroną prywatności osób korzystających z porno a ochroną dzieci przed pornografią, tak jakby zasięg i zakres branży pornograficznej był stałą kosmiczną, której ruszyć nie można. Tymczasem właśnie tutaj tkwi, moim zdaniem, rozwiązanie problemu – w położeniu chociaż części ciężaru społecznej odpowiedzialności za pornografię w sieci na jej producentów i dystrybutorów.
Wielkie pieniądze to wielka odpowiedzialność
Po pierwsze regulacja. Chcesz robić biznes pornograficzny w Polsce? Dobrze, ale na naszych zasadach. Pornografia internetowa jest legalna, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by uzależnić ją od otrzymania licencji, która będzie obwarowana obowiązkami np. w zakresie podjęcia działań zmierzających do ochrony dzieci przed dostępem do treści. Ot choćby weryfikacja wieku, nieużywanie linków, które przenoszą do stron pornograficznych z innych miejsc w internecie, wymóg rejestracji na stronie przed korzystaniem z serwisu (nawet rejestracji bez danych osobowych, tylko po to, aby wymóc dodatkowe działanie, które dziecko musiałoby podjąć), „schowanie” głębiej na stronie najmocniejszych treści, zakaz publikacji i dystrybucji materiałów prezentujących przemoc czy poniżenie, albo zapewnienie na stronach porno rzetelnych ostrzeżeń i pomocy dla osób uzależnionych. Do tego oczywiście regularne kontrole zabezpieczeń danych osobowych, opłata za licencję i uczciwe podatki, z których choć częściowo będzie można pokryć koszty infrastruktury publicznego nadzoru nad branżą. Wraz z prawem do prowadzenia działalności i zarabiania pieniędzy na pornografii zainteresowani otrzymaliby też pakiet obowiązków, które muszą wypełnić na własny koszt. Strony bez licencji należałoby w takim przypadku jak najskuteczniej blokować (np. za pomocą lokalnych dostawców internetu). Należałoby także nałożyć obowiązki zmniejszenia dostępności do pornografii za pośrednictwem popularnych wyszukiwarek czy eliminacji treści pornograficznych z social mediów. Modele biznesowe większości z działających w tej branży spółek opierają się na wykorzystywaniu najnowszych narzędzi IT do budowania skomplikowanych profili i ulepszanie za ich pomocą lepszej dystrybucji i marketingu pornografii, nie powinniśmy więc wierzyć, że spółki te nie są w stanie poradzić sobie z wdrożeniem narzędzi do ograniczania dzieciom dostępu do pornografii.
Oczywiście nie zmienia to faktu, że nadal potrzebujemy powszechnej edukacji seksualnej, kontroli rodzicielskiej i narzędzi technicznych ograniczających dostęp do pornografii od strony użytkownika. Te działania muszą być podejmowane łącznie, aby dziecko miało jednocześnie rzetelną wiedzę na temat seksualności, utrudniony dostęp do pornografii przez blokady urządzeń z których korzysta, a jeśli już nawet trafi na strony pornograficzne, to ich najbardziej niebezpieczna treść będzie głębiej ukryta, a samo korzystanie utrudnione przez np. obowiązek założenia konta czy nawet weryfikację wieku. Nie oszukujmy się – sama edukacja seksualna i czuła opieka rodziców nie wystarczą, jeśli internet będzie nadal oferował pełną gamę pornograficznych produkcji na wyciągnięcie ręki dla każdej osoby zdolnej obsługiwać komputer czy telefon w podstawowym zakresie.
Co z ochroną danych?
Część narzędzi ograniczających dostęp do internetu leżących po stronie producentów i dystrybutorów pornografii nie stanowi zagrożenia dla danych osobowych (np. ograniczenie widoczności w wyszukiwarkach, ograniczenie treści, ograniczenie widoczności treści szczególnie groźnych na stronie). W wielu miejscach jednak ochrona prywatności musi w pewnym zakresie ustąpić ochronie dzieci.
Odnotujmy jednak, że wiele danych o użytkownikach pornografii jest gromadzonych nawet teraz, przed wprowadzeniem ograniczeń. Serwisy monitorują naszą aktywność na ich stronach, zbierają informacje na temat naszego IP, rodzaju urządzenia z jakiego korzystamy, jakie treści wyszukujemy, kiedy, ile czasu, skąd trafiamy na strony porno. Wiele stron oferuje także usługi premium, które wiążą się z opłatami, a te wymagają procesowania płatności w systemach transakcyjnych, które z kolei wiążą się z przetwarzaniem informacji na temat naszego konta bankowego, karty kredytowej czy innego środka płatności. Dane te są zbierane i przechowywane obowiązkowo choćby z uwagi na regulacje AML. Trzeba pamiętać, że bez weryfikacji tożsamości możemy być anonimowi, ale nie jesteśmy niewidoczni.
Weryfikację wieku także da się przeprowadzić technicznie z dużo mniejszym zagrożeniem dla bezpieczeństwa danych osobowych niż proponowany w polskiej regulacji. Słusznie podnosi się, że baza informacji na temat naszej aktywności na stronach porno w połączeniu z danymi osobowymi niezbędnymi do weryfikacji stanowi poważne zagrożenie dla prywatności w przypadku wycieku. Można jednak zaprojektować weryfikację wieku w taki sposób, aby np. po założeniu konta w serwisie i podaniu danych osobowych niezbędnych do weryfikacji np. imię, nazwisko, dokument tożsamości z numerem pesel, wykorzystano te dane to wygenerowania unikalnego klucza (np. druga litera imienia + trzy ostatnie cyfry pesel + druga litera nazwiska + unikalny kod klienta nadany przez serwis + dwie pierwsze cyfry numeru dowodu) przypisanego do konkretnego konta użytkownika, a po wygenerowaniu klucza usunięcie danych osobowych z rejestru. W taki sposób można przeprowadzić weryfikację prowadzącą do uzyskania klucza, który jest wystarczająco unikalny, żeby był osobistym potwierdzeniem wieku danego użytkownika, a jednocześnie na tyle zanonimizowany, że na jego podstawie nie da się zidentyfikować tożsamości osoby. To trochę jak w przypadku uzyskiwania dostępu po użyciu odcisku palca, kiedy na podstawie odcisku system uwierzytelniający generuje unikalny kod złożony z określonej liczby punktów odcisku (nie zapisując pełnego obrazu linii papilarnych), który zapewnia rzetelną weryfikację, a jednocześnie nie da się na jego podstawie odtworzyć danych biometrycznych w postaci pełnego odcisku palca. Dzisiaj taka technologia bez problemów jest w zasięgu technicznym i finansowym dla biznesu pornograficznego.
Olaboga, szara strefa
Oczywiście nie ma idealnych rozwiązań. Zawsze znajdzie się sposób na obejście zabezpieczeń, oszukanie systemu lub jego ominięcie i uzyskanie dostępu do pornografii przez dzieci lub korzystania z szarej strefy, która nie zastosuje się do rynkowych regulacji i nie zostanie skutecznie i w całości zablokowana. To, że szara strefa będzie sporą częścią rynku, jest niemal pewne. Niemniej jednak pomiędzy pełną, niczym nieograniczoną dostępnością do treści pornograficznych, przez nikogo nie kontrolowanych, a zablokowaniem całego internetu i wydawaniem przez rząd kartek na filmy porno, jest całe spectrum działań. Można i należy je podjąć, żeby choć w części przesunąć rynek w kierunku regulacji i ochrony dzieci. Jeśli więc kogoś martwi, że szara strefa i tak będzie istnieć, to warto wziąć pod uwagę, że w świecie bez regulacji nie obowiązują zasady i wszystko jest niejako tą groźną szarą strefą. Jeśli więc na skutek podjętych działań uda się uregulować największych graczy i uporządkować choć 30% rynku, to będzie to zawsze duży sukces, biorąc pod uwagę, że obecne startujemy z poziomu 0%.
Podsumowując: pornografia internetowa istnieje i będzie istnieć. Będzie wpływać nie tylko na psychikę dzieci, ale i całego pokolenia, które wejdzie w dorosłość po edukacji seksualnej serwowanej przez branżę porno. Bez wątpienia będziemy odczuwać skutki społeczne tej sytuacji. Jeden czy drugi pomysł, który upadnie z powodu zbyt dużego ryzyka dla prywatności lub brak technicznych możliwości nie powinien nam zamykać oczu na problem, z którym musimy się jakoś zmierzyć, bo osiągnął rozmiary, których nie da się dłużej ignorować. I to jest odpowiedzialność nas wszystkich, osób korzystających z internetu, osób działających w branży, osób działających w polityce, rodziców i opiekunów, osób działających na rzecz edukacji seksualnej czy środowiska seksuologicznego.
Obowiązkiem nas wszystkich jest działać na rzecz uporządkowania tej sfery, a nie wiecznego rozkładania rąk i poddawania się nieskrępowanemu biznesowi bo podobno „się nie da”.
Bartosz Migas
Tekst jest prywatną opinią autora i nie wyraża stanowiska żadnych partii czy organizacji.
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 2 lutego 2020 | opinie
Łukasz Warzecha napisał ostatnio tekst, w którym tłumaczy, dlaczego on, samozwańczy liberał, popiera wydawanie publicznych pieniędzy na utrzymanie monarchów. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, wszak w Polsce liberała najlepiej poznać po tym, jak bardzo narzeka na wydawanie pieniędzy z budżetu państwa na jakąkolwiek pomoc. Wiecie, „nic nie ma za darmo”, „każdy sam musi sobie zapracować” i tym podobne formułki.
Wydawałoby się, że członkowie rodziny królewskiej, którzy mają ogromne przywileje i pieniądze, są wzorcowym przykładem ludzi „dostających coś za darmo”, za sam fakt należenia do określonej linii rodowej. A jednak polscy liberałowie nie kwapią się do ich krytyki, wolą pomstować na propozycję podwyższenia emerytur czy płacy minimalnej. Część z nich, jak wspomniany Warzecha, wręcz wychwala instytucję monarchii. O co chodzi?
Publicysta „Do Rzeczy” pisze, że docenia monarchię, ponieważ ta „pełni rolę stabilizującą”, zapewniając państwu mocniejsze podstawy. Są ludzie, którzy twierdzą – ba, mają nawet na to badania i statystyki – że aktywne zmniejszanie nierówności, inwestowanie w edukację, pracowników czy służbę zdrowia też może „pełnić rolę stabilizującą”. Zaryzykowałbym tezę, że takie inwestycje robią to znacznie lepiej niż sponsorowanie monarchów. Ale kiedy słyszę, że ktoś przedstawia się jako liberał, to prędzej spodziewam się po nim zachwytów nad monarchami, ewentualnie nad ludźmi o „szlachetnym pochodzeniu” (przypomnijcie sobie ekscytację „genami Kidawy-Błońskiej”) niż propozycji zwiększenia inwestycji publicznych w dobra wspólne. Dlatego nie bardzo kupuje tę opowieść o „roli stabilizującej”.
Moim zdaniem istnieje lepsze wyjaśnienie. Jest nim zachwyt nad osobami, które mają władzę i pieniądze. Ludźmi, których można ubóstwiać i wynosić ponad „motłoch”. Przez wiele lat taką rolę odgrywali monarchowie, dziś coraz rzadziej, a ich miejsce zajęli bogaci biznesmeni i szefowie korporacyjni. Dlatego też ludzie, którzy tak jak Warzecha lubią określać się mianem „liberałów”, gdy akurat nie są zajęci wychwalaniem monarchii, to angażują się całym sercem w obronę systemu, w którym ci biznesmeni znajdują się na górze hierarchii społecznej.
To jest szerszy trend kulturowy: podziwiamy bogatych biznesmenów, utożsamiamy się z nimi, bronimy ich do utraty tchu przed podatkami i pragniemy być tacy jak oni. Stąd popularność wszelkiego rodzaju poradników z serii „Bądź jak Bezos/Jobs/Trump”. Spójrzcie jak wypowiada się autor książki „Umysł miliardera” w wywiadzie dla „Forbesa”: „Miliarderzy to ludzie, którzy prowadzą armie pracowników na różnych szczeblach odpowiedzialności. Bardzo łatwo jest odpaść na którymś szczeblu i nie dotrzeć do miliardera”. To wspinanie się po szczeblach, aby spotkać na samej górze miliardera i choć na chwilę dotknąć jego boskich szat, ma wyraźny posmak religijny. Nie jesteśmy wcale tak daleko od popularnych kiedyś panegiryków, w których wychwalano ponad wszelki rozsądek królów i innych władców.
W jednym i drugim przypadku, królów i bogatych biznesmenów, mamy do czynienia z zabobonem, a dokładniej z ideologią, której podstawową funkcją jest utrzymanie ściśle hierarchicznej struktury społecznej. Trafnie opisują to Peter Bloom i Carl Rhodes, badacze społeczni, w książce „Świat według prezesów”: „Dawno już zauważono, że zaufanie pokładane w wolnym rynku ma charakter nie tylko naukowy, ale także (a może przede wszystkim) religijny. Opiera się ono na przywiązaniu do dogmatycznej wizji człowieka i świata; na czymś, co ekonomista Joseph Stiglitz nazywa wszechobecnym „fundamentalizmem rynkowym”. Prawdopodobnie ten pierwiastek religijny jest jeszcze silniejszy w hiperkapitalizmie. Reprezentuje on niebiański porządek rzeczy, w którym prezesi są wszystkowiedzącymi, potężnymi, świeckimi bogami, odbierającymi należną cześć od mniej utalentowanych, ale oddanych wiernych. Taka idealizacja utwierdza prawomocność współczesnego, boskiego uniwersum kapitalistycznego i służy do wypierania jakichkolwiek faktów dotyczących korporacyjnych nadużyć, bezwzględnego dążenia do zaspokajania interesów własnych, przemysłowych zniszczeń środowiska oraz globalnych nierówności, które wymknęły się spod kontroli”.
Kiedy pada pytanie, dlaczego właściwie mamy godzić się na świat, w którym kilkadziesiąt osób ma większy majątek od biedniejszej połowy ludzkości, to kapłani wolnego rynku mają nie lada problem z udzieleniem sensownej odpowiedzi. Na początku próbują przekonywać, że to kwestia pracowitości, ale szybko zdają sobie sprawę z tego, jakim absurdem jest stwierdzenie, że kilkadziesiąt osób pracuje więcej niż kilka miliardów ludzi. Więc przerzucają się na argument z produktywności, ale on też jest nieprzekonujący, bo nie tłumaczy, czemu jeszcze kilkadziesiąt lat temu prezes w USA zarabiał 30 razy więcej od przeciętnego pracownika, a tuż przed kryzysem finansowym z 2008 roku prawie 400 razy więcej. Ostatecznie więc wyznawca kultu miliarderów jest zmuszony stwierdzić „Rynek tak zdecydował”. Ale taka odpowiedź ma dokładnie taką samą wartość, jak próba przekonania ludzi, że muszą godzić się na rządy monarchy, bo „Bóg tak zdecydował”. To tylko wybieg, który służy do zachowania dotychczasowych struktur władzy.
Właśnie dlatego ten kapitalistyczny zabobon jest niebezpieczny. Jako członkowie demokratycznych społeczeństw mamy pełne prawo dociekać, czy tak ogromna przepaść między najbogatszymi a całą resztą jest uzasadniona i czy powinniśmy się na nią godzić. W pełni zasadne jest pytanie, które tak bardzo godzi w uczucia religijne sporej części osób: „Czy w ogóle ktokolwiek powinien być miliarderem?”. Andrew Sayer słusznie pisze, że po prostu nie stać nas na takie fanaberie jak krezusi, którzy zgarniają lwią część globalnego majątku. W dodatku mają ogromną władzę, bo stać ich na własne media, na lobbing, na reklamę, na najlepszych prawników. Jak zauważa George Monbiot, w czasach kryzysu klimatycznego ludzie kierujący największymi firmami paliwowymi dosłownie decydują o przyszłości całej ludzkości. Choć nie wygrali żadnego powszechnego głosowania, które dawałoby im prawo do takiej władzy. Każda próba ucięcia tej dyskusji za pomocą zaklęć o rynku i wybitnych biznesmenach jest gestem antydemokratycznym i tak należy go nazywać. Oczywiście, zakładając, że traktujemy demokrację na poważnie, a nie jako fajne hasło do skandowania na manifestacjach.
Tomasz Markiewka
przez Tomasz Gromadka | środa 29 stycznia 2020 | opinie
Wychowałem się na warszawskim Gocławiu, w 1989 miałem 4 lata, jestem świadkiem awansu klasowego mojej mamy, a choć z tatą nadal mieszkają razem, to o nim nie powiedziałbym, że awansował. Ale najpewniej go nie doceniam. To jednak tata zaszczepił we mnie ideę czytania książek, która przez długi czas przeczyła mojemu doświadczeniu – on nie czytał, tylko „Wyborczą” w piątki. Idea jednak tliła się we mnie podtrzymywana przez niego, co skutkowało sporadycznym sięganiem po książki (a na półkach serie o Tomku i o Panu Samochodziku) a w liceum pełną parą połączyła mnie z rzeczywistością inteligencką, nie tylko samego czytania, ale także przeżywania i odnoszenia do siebie oraz – pisania na własną rękę.
Jako socjaliście parzy mi trochę mordkę ten poprzedni akapit afirmujący wartości inteligenckie i awans klasowy. Czy mogłem stać się pełniejszy dopiero, gdy (puste) wezwania ojca do sięgania po książki natrafiło na opowiadania Sartre’a? Smutne to, ale nie było innej możliwości (nie dziwię się też, że tata przestał czytać, gdy serce i głowę miał zajęte bezrobociem od Balcerowicza). To strasznie smutne, że ówczesne państwo, podobnie jak obecne państwo, nie daje dzieciom z klas ludowych twórczej dumy, a jedynie zadania, jak w RPG-u. Kiedyś: zostań pięknym/ą i bogatym/ą; teraz: zostań pięknym/ą i bogatym/ą patriotą/ką. A najgorsza, najbardziej dewastująca w tym procesie dzikiej socjalizacji jawi mi się alienacja wobec rodziców, która w moim przypadku pogłębiła się, gdy zacząłem czytać, a oni dalej raczej nie czytali albo czytali coś dziwnego (mama – rosyjskiego bioenergoterapeutę). Moje nawiązanie kontaktu ze światem inteligenckim wyżłobiło między nami dotkliwe różnice, dając mi również arsenał do sprawniejszego bombardowania naszej relacji, bo rodzice są głupsi, wierzą w boga, małżeństwo i nie czytali Gombrowicza.
A jaki był ogromny, bezpowrotnie utracony potencjał tego, co nazwałbym twórczą, ludową dumą, otwarciem się na to, co chłopskie, robotnicze, wykorzystaniem wiedzy, umiejętności i spojrzenia na świat, wszystkich szkalowanych jako wieśniaków czy roboli? Gdy dorastałem w latach 90. na Gocławiu cały nasz blok był ludowy – wyrósł na ulicy imienia przedwojennego komunisty, Sylwestra Bartosika, przemienionej za dekomunizacji na Przemyka. Mama kolegi i tata koleżanki handlowali na Wiatracznej. Żyli wśród nas sprzątaczki, mechanicy, pomocnice laboratoryjne, kasjerki, elektrycy, pielęgniarki, tokarze, rencistki, bezrobotni. Zaraz jedni mieli wystrzelić w przedsiębiorców, inne umrzeć, stracić pracę, nie zmienić się o milimetr.
Długo miałem problem z moim pochodzeniem. Podczas ponad dwuletniej terapii dużo złości uruchomiłem wobec rodziców i byłem w stanie im ją wyrazić – pierwszy raz bez wulgaryzmów, spokojnie, zdecydowanie. Jednak złość wyłowioną w pokoju terapeutki i zapuszczoną w relacje teraz poszerzam o coś więcej, co wynikało z tła społecznego, co tłem nie było, a realnym inkubatorem postaw wobec świata. Pisali o tym w niedawno wydanych po polsku książkach – James Baldwin w „Zapiskach syna swego kraju” i Didier Eribon w „Powrocie do Reims”.
Mówię o wstydzie.
Wieść o edukacji
Moi rodzice z klasy ludowej i ja z niej, ale częściowo, ponieważ wychowywałem się w procesie ich walki (bardziej walki mamy) o zmianę pozycji społecznej. Na sztandarach umieścili edukację dzieci jako absolutny priorytet i nie szczędzili korepetycji, lekcji gry na keyboardzie, wakacji z rakietą tenisową, kaset do nauki języka angielskiego. Wszystko po to, żebyśmy z siostrą mieli dobrą pracę, a z niej dobre pieniądze.
Ze znacznym uporem negowałem zarówno ich dążenia społeczno-ekonomiczne, jak i ludowość sposobu bycia. Od piętnastego roku życia miałem wyraźny cel – zostać genialnym (lub przeklętym) poetą i przeżyć wielką miłość. Inteligencki romantyzm wcielił się we mnie – brzydziła mnie praca fizyczna, straszyły wszelkie zajęcia manualne, techniczne, nie interesowała technologia, wkurzało codzienne oszczędzanie, bo nie było nas stać. Zarazem chłonąłem wulgarność rodzicielskich kłótni oraz uzależnienia ojca i babci kopcącej na potęgę.
Z ludu rodzice bez wątpienia mieli i nadal mają wiele. Mama: siarczystość języka i uległość wobec wszelkich wpływów; tata: nieufność, strach wobec świata. Mama ćwiczyła i stopniowo stawała się coraz bieglejsza w mieszczańskich pozycjach ciała i minach. Nie garbić się, uśmiechać się, nie kląć. Teraz tylko, gdy wróci od rodziny z Borów Tucholskich, przez parę dni mówi „jo” zamiast „tak” i kurwy używa jak ciszy.
Przebyła niezwykłą drogę społeczną. Z chłopskiej rodziny trafiła na fotel dyrektorki przedszkola. Zacytowałbym serial „Mad Man”, w którym o sekretarce agencji reklamowej pracującej w wysokim wieżowcu mówi się „astronautka”, bo życie zaczęła w stodole na prowincji. O mojej mamie bym tak jednak nie powiedział – umiejętności potrzebne do współpracowania z ludźmi nabyła już w dzieciństwie, opiekując się młodszymi braćmi, gdy babcia była w polu, a dziadek pod sklepem. Tata z kolei, elektryk, doświadczony służbą wojskową podczas stanu wojennego, od maleńkości wciągający alkoholowo-papierosowe opary środowiska robotniczego – zachował w sobie coś z marzyciela. Jako nastolatek czytał Karola Maya i jeździł na kolarzówce, a teraz potrafi pisać wybujałe opisy przyrody w esemesach z wyjazdów. Po 40-tce skończył płatne studia i został niskopłatnym urzędnikiem. Wrócił jednak do pracy fizyczno-technicznej – obecnie jako dozorca oraz konserwator w bibliotekach. Nieskory do zmian, skory do nieskrępowanych zachowań ciała w swoim mieszkaniu.
A ja dorastając, stawałem się coraz bardziej rozdarty. Chłonąłem ambicje matki i apatię ojca. Zaważyło to na moim życiu i w dużej mierze stworzyło mnie. Mój społeczny dramat zaczął się w liceum, do którego bez większych problemów zdałem, ale ledwo je skończyłem. W podstawówce na Przyczółku Grochowskim byłem całkiem dobrym uczniem. W ogólniaku okazało się, że uczyłem się w innej, gorszej galaktyce. Wszystkie przedmioty wydawały mi się prowadzone w obcym dialekcie i wymagały wiedzy, w którą nie zostałem wyposażony. Nigdy nie nadgoniłem tej różnicy, popadłem w używki, nastoletni bunt. Polonistka z liceum powiedziała o mnie na forum klasy: „cicho mówi, brzydko pisze – na odstrzał!”.
W obecnym kształcie nauczyciel to nikt inny jak namiestnik państwa ds. egzekwowania granic społecznych. Szkoła zamiast mi pomóc, starała się mnie pozbyć. Rodzina przekazywała ambitne cele awansu, ale nie dawała poczucia bezpieczeństwa i kapitału kulturowego. Jedynie przypadek sprawił, że poszedłem na studia – wsparli mnie nastoletnia relacja miłosna i krytyk teatralny, który mieszkał w bloku mojej dziewczyny.
Pokochać lud i nie stracić go z oczu
Bardzo późno zacząłem rozwijać w sobie twórczą dumę z pochodzenia klasowego. Dopiero po 30-tce. Od razu popadłem też w nutę nostalgii za minionym PRL-em. Dziadka, którego jako konserwatywny student ganiłem za antysemityzm i podważanie roli AK w polskiej historii, teraz pokochałem jako robotniczą sól tej ziemi i chłonąłem jego zawodowe przechwałki. Pewnego razu podczas lekko ironicznej rozmowy rodzinnej powiedziałem o nim i o sobie: my, komuniści… oburzył się! Stwierdził stanowczo, że jest robotnikiem, a nie komunistą.
Przyjąłem to zdanie dziadka z niepokojem, który później pomógł mi doprecyzować Didier Eribon, m.in. pisząc: „Uważałem się za marksistę, ale mój marksizm za czasów studiów i moje goszystowskie poglądy były jedynie sposobem idealizowania klasy robotniczej, przemienienia jej w mistyczną istotę, w porównaniu z którą życie moich rodziców wydawało się godne potępienia”.
Obecnie największym wyzwaniem dla mnie jako artysty i aktywisty jest twórcze podjęcie pochodzenia mojego i innych przeciwko toksycznej chłopomanii tak samo, jak i klasistowskiej pogardzie. To, skąd jestem, od zawsze wołało do mnie politycznie, ale dopiero od niedawna wyraźnie słyszę ten głos. Długo nie rozumiałem, kim jestem, bo długo byłem znikąd, tej krainy pełnej lęku, którą tak trudno wypowiedzieć. Gdy ustami mojej mamy, taty, babci, dziadka dochodzą do mnie teraz głosy z przeszłości to chcę wysłuchać, spisać, przetworzyć, zachować, nadać im nowe znaczenia.
Inną strategię obrała moja siostra. Do dziś krytycznie podchodzi do naszych korzeni. Skrupulatnie pilnuje zachowania rodziców podczas rodzinnych obiadów. Wszelkiego rodzaju niefrasobliwe sposoby poruszania ciałem, zgarbienia, mlaskanie, wzdęcia, stara się błyskawicznie wyrugować, przywołując rodzinę do pionu i porządku. Piszę o tym trochę ironicznie, ale widzę w wymaganiach mojej siostry przejawy wypierania ludowości, którą sam aktywnie pogardzałem, wstydziłem się jej, może i nienawidziłem.
Nie chcę jak James Baldwin rozpaczliwie stwierdzić po śmierci ojca: „żałowałem, że nie mam go obok siebie, by w jego twarzy szukać odpowiedzi, które od tej chwili mogła przynieść mi już tylko przyszłość.”. W twarzach mojej rodziny są rysy mojej twarzy, w ich społecznie ukształtowanych ciałach, myślach, działaniach – przyczyny mnie. Z odcisków ojca od narzędzi i kabli – moje gładsze, nie imające się młotka, dłonie; z czarnych od nikotyny zębów babci i jej dymnych pocałunków – moja skłonność do uzależnień; z pracowitości drugiej babci – moja energia do działania; z ambitnych planów oszczędzania mamy – moja oszczędność i umiejętności organizacyjne; z powierzchownej wiary mojej rodziny – mój ateizm.
Powstałem z nich. Klasa ludowa daleka jest od jednoznaczności. Bywa bardzo sprawcza, wpływowa, zaradna. Też pełna strachu i uprzedzeń. Frustracji. Głupoty. Pełna tajemnic i uroku.
Tomasz Gromadka
przez Monika Kostera | niedziela 26 stycznia 2020 | opinie
Adam był młodym ambitnym pracownikiem firmy szkoleniowej. Był to czas transformacji, lata 90., złote czasy dla takich firm i jej pracowników. Adam miał wiele marzeń i talentów, wierzył, że szkolenia są potrzebne w czasach przemian, tak ludziom, jak i firmom oraz całej gospodarce. Opublikował książeczkę o tym, jak najlepiej szkolić i jak korzystać ze szkoleń wspomagających przestawienie gospodarki na warunki rynkowe. Książeczka dobrze się sprzedawała – zarówno szkoleniowcy, jak i kursanci, których w tamtych czasach były rzesze przeogromne, chętnie po nią sięgali. Adam zaczynał mieć nazwisko. Była przed nim wielka przyszłość – wszyscy mówili, że daleko zajdzie. Pewnego razu jego firma dostała zlecenie szkolenia dla pracowników kopalni. Mieli być kształceni z marketingu. Adam z entuzjazmem udał się na Śląsk. Przywitał go smutny ośrodek wczasowy, zdewastowane pokoje, zapuszczone korytarze, niedoglądany od dawna teren zielony wokół budynków wczasowiska. W sali konferencyjnej poszarzałe twarze sztygarów i szeregowych pracowników, charakterystyczny zapach słabo przetrawionego alkoholu, zaczerwienione białka oczu, wpatrzone w niego z wyrazem być może beznadziei, może zmęczenia, może po prostu smutku. I on, Adam, mający poprowadzić dla nich szkolenie z nowoczesnych metod marketingu. Wziął głęboki oddech… I opowiadał im o reklamach, ale bardzo szybko przeszedł do opowieści o serialach: Dynastii, Dallas, potem wszyscy razem przeszli do Borewicza i tak upłynął cały szkoleniowy dzień. W autokarze do domu Adam czuł, że coś w nim pękło. Patrzył na zniszczony i zaniedbany krajobraz wokół. W głębi trzewi miał wrażenie, jakby coś go paliło i szarpało, jakby miał z siebie coś wyrzucić, wyrzygać sumienie… Kilka dni później przyszły wyniki ocen kursantów. Jego kurs został oceniony najwyżej ze wszystkich. Szczególnie dużo punktów zebrał za „przydatność praktyczną”. Adam złożył wymówienie z firmy i nie zajmuje się już szkoleniami. Został księgowym.
Na jego miejsce przyszedł Adonis, młody, ambitny, pełen entuzjazmu. Gdy wysłano go, by prowadził szkolenia dla pracowników likwidowanej fabryki porcelany, przeżył to ciężko. Wszak miał oczy, miał serce, widział, co się dzieje. Jednak przekonał siebie, że jeśli nie on, to ktoś inny zagarnie tę kasę, ktoś gorszy, głupszy od niego. Napili się później z kolegami wódki i pośmiali z „zarządzania karierą” brygadzistek, które kończyły przyzakładową zawodówkę. Dziś Adonis jest sławny, zamożny, ma własną firmę, chętnie wspiera organizacje pozarządowe działające w słusznej sprawie. Jest wzorem dla innych. Adam nie jest żadną z tych rzeczy. Jest dobrym księgowym.
Adam i Adonis studiowali razem. Koledzy mówią o Adamie, że był za słaby, nie dał rady, pękł. A przecież mógł tak pięknie poszybować – po takim starcie… Adamowi to nie przeszkadza, ma co robić i ma wielu innych przyjaciół. Adonis ma depresję, łyka piguły, gnębi go coś, nie wie co, pewnie wypalenie zawodowe, pewnie zbyt ciężko pracuje, ma zbyt mało czasu dla siebie. Dawni znajomi mówią o nim głównie z zawiścią, nie ma przyjaciół starych ani nowych. Jeden jest rzetelnym fachowcem nikomu nieznanym, drugi słynną gwiazdą. Jednak żaden nie jest wielkim draniem ani bohaterem.
Bohaterowie się zdarzają. Zdarzają się i dranie. Większość z nas, ludzi, znajduje się gdzieś pomiędzy, jak Adam i Adonis. W efekcie dużo zależy od nas, zwykłych ludzi. Nie jest tak, że naśladujemy bohaterów czy drani – w większości nie stać nas na to inaczej, niż w marzeniach (i w komciach na fejsbuku). Pożyczamy od nich język, uzasadniamy tym językiem nasze wybory. To bardzo dużo, ale nie wszystko. Serce ludzkiej sprawczości jest gdzieś indziej. Dla sporej ilości osób jest taki próg, którego nie widać i o którym w czasach postoświeceniowych w ogóle mało wiemy, ale który w jakimś momencie daje znać o sobie. Niektórzy nazywają to sumieniem. Częściej jednak słyszy się o tym obecnie jako o rodzaju słabości. Myślę, że jedno i drugie jest prawdą. To coś daje znać o sobie w momencie, kiedy czuje się, że coś bardzo kruchego trzaska w środku i nie da rady iść dalej w tę samą stronę. Tak jak Adam, można „nie dać rady” i zawrócić. Można też, jak Adonis, zebrać się w sobie i brnąć lub nawet energicznie kroczyć dalej. Raz przekroczona, ta kruchość nie regeneruje się. Jest wiotka i delikatna, ale wrażenie spotkania z nią jest mocne, wyraźne. Adam pamięta tamtą podróż autokarem wyraźniej, niż cokolwiek innego, dobrego i złego, co spotkało go w pracy. Adonis często czuje tamten lepki mrok, choć robi wszystko, by nie kojarzyć go z niczym konkretnym, co się wydarzyło. Został obraz pod powiekami – do zapicia lub zamedykalizowania.
Serce ludzkiej sprawczości jest w naszej słabości i kruchości. Świadomość istnienia tego czegoś, kruchości czy sumienia, to rodzaj wrażliwości. Wrażliwość można rozwijać, można też niszczyć. Można marginalizować, można na wrażliwości innych wygrywać, gdy pokona się własną.
Alisia była kiedyś młodą osobą z otwartą, wrażliwą twarzą. Miała oczy szeroko otwarte, łatwo było ją zranić i łatwo ucieszyć. Miała wielu przyjaciół, także w korpo, gdzie pracowała od ukończenia studiów. Między innymi było to dwoje przyjaciół na śmierć i życie, takich, dla których oddałaby serce i którym pomagała, jak umiała: Anastazja i Andrzej. Jednak korporacja nie sprzyjała tej wrażliwości. Alisia obserwowała i uczyła się. Po kilku porażkach, coś w niej się przełamało. Teraz pora na nią, teraz pora na sukces. Wiedziała, że będzie z tym problem, więc gdy jej stara szefowa odchodziła z pracy, ona na pożegnanie przyszła nakrzyczeć na nią. Stała nad jej biurkiem i czerwona na twarzy wrzeszczała, że co ona teraz biedna zrobi, kto będzie ją popierał i pisał pozytywne opinie.
Szybko znalazła innych szefów mogących przejąć tę rolę, choć w zasadniczo inny sposób. Nowi szefowie byli lodowaci, socjopatyczni, skuteczni jak maszyny i pod względem poziomu empatii podobni do maszyn. W firmie coraz częstsze były czystki i diaboliczne rozgrywki. Pozycja Alisi rosła. Gdy wyleciała Anastazja, osoba z poważną przewlekłą chorobą, znakomita profesjonalistka, ale potrzebująca do funkcjonowania stosunkowo mało stresującej atmosfery, cała firma huczała o tym, jak bardzo jest winna sama sobie, nieudaczna, pozbawiona przebojowości, po prostu psychicznie słaba. Anastazja potwornie irytowała szefostwo tą swoją rozlazłością – i to całkowicie zrozumiałe, że trzeba się było jej pozbyć. Alisia uczestniczyła gorliwie w tych rozmowach. Po kilku latach poleciał Andrzej. Z Andrzejem był ten problem, że był fachowcem w zasadzie nie do zastąpienia i to irytowało menedżerów. Zawsze spokojny i pogodny, nie nadawał się do pracy w nowoczesnej firmie. Alisia żałowała kolegi, ale nie powiedziała słowa w jego obronie. W ogóle nic nie powiedziała. Przecież inaczej nie mogła. W tym momencie sama była już szefową wysokiego szczebla, osobą zamożną, a w miejscu pracy zatrudnione były liczne osoby z jej rodziny bliższej i dalszej. Alisia czasami spotyka Andrzeja w swej ulubionej kawiarni. Żali mu się wtedy na to, jak jest niezrozumiana, jak jej ciężko i jaką okropną ma depresję. Nigdy nie spytała jak Andrzej, jedyny żywiciel rodziny, poradził sobie po zwolnieniu. Nigdy nie spytała, co z Anastazją. Czy żyje jeszcze.
Łatwo jest moralizować, łatwo mówić, że Alisia jest zdrajczynią bez kręgosłupa, albo że jest po prostu głupia. Pewnie jest karierowiczką, osobą głęboko zakłamaną. Ale pewnie jest też rzeczywiście głęboko nieszczęśliwa. To nie na złudzenie musi brać prochy. Nie złudzenie sprawia, że nie może spać i że zabija ją kręgosłup, którego niby nie ma. Jako teoretyczka zarządzania nie muszę jednak moralizować. Mogę szukać kontekstu. Mogę zajmować się tym, co profesor antropologii społecznej Tim Ingold nazywa „supełkami”, czyli refleksją naukową polegającą na rozplątywaniu ludzkich sytuacji w miejscu i czasie. Mogę, z jednej strony, pamiętać, że Alisia była kiedyś młodą osobą z okrągłą buzią i otwartymi szeroko oczami. Z drugiej strony, może mnie interesować to, w jakim środowisku dojrzewała jako człowiek i jako pracowniczka korporacji, menedżerka. Poza tym pewnie rzeczywiście nie mogła inaczej. W jej korpo, podobnie jak w przeciętnej neoliberalnej organizacji, jest coraz mniej przestrzeni na wrażliwość. Jeśli ktoś upiera się przy niej, może odejść, jak Adam, lub wylecieć, jak Andrzej i Anastazja. Nie da się wrażliwcom awansować. Coraz trudniej jest w ogóle utrzymać się w środku.
W jednej ze swoich najnowszych książek, „Sugar Daddy Capitalism”, profesor zarządzania Peter Fleming pisze o tym, jak w miejscach pracy neoliberalny kapitalizm wydobywa z ludzi wszystko to, co w nas najgorsze. Człowiek nie jest aniołem, ale nie jest też diabłem. Ma w sobie coś z obu, ma też potencjał, by rozwijać w sobie jedną bądź drugą stronę. Neoliberalne miejsca pracy systemowo wspierają te osoby, które potrafią zdobyć się na promowanie swojej diabelskiej strony. Psychopaci mają na wejściu ogromną przewagę, dlatego jest ich obecnie tak wielu wśród dyrektorów wyższych szczebli. Niezdolność lub brak chęci do pokonywania ograniczeń wynikających z wrażliwości prowadzi do marginalizacji, ostracyzmu, sprawia, że kariera pracownika cierpi, że nie jest on szanowany. Bezwzględność jest wymogiem neoliberalnej kariery – bardziej, niż wcześniej, ponieważ neoliberalny kapitalizm zaciera granice między pracą a tym, co osobiste i nie istnieje przestrzeń, w której można swoją wrażliwość ochronić. W ostateczności każde niepowodzenie jest sprowadzane do osobistego feleru, osobistej słabości, niezdolności do radzenia sobie w rynkowej konkurencji – „zbyt wielkiej” wrażliwości. W działaniu obowiązuje bezosobowa efektywność. Jednak jednocześnie intensywna deformalizacja współczesnych organizacji – czyli zastępowanie relacji opartych o role organizacyjne nieformalnymi, indywidualnymi więziami pomiędzy pracownikami – a także indywidualizacja – akcentowanie osobistego wkładu zamiast grupowych sukcesów – odzierają pracowników z osłon, jakie kiedyś dawały im role i przepisy. Każe im stale wykazywać entuzjazm, szczerość, autentyczność. Odarty z ról pracownik jest zdany na osobistą łaskę innych, którzy nie chcą lub nie umieją być łaskawi, bo byłaby to z ich strony niebezpieczna słabość. Wrażliwość rzeczywiście jest groźną lekkomyślnością, wystawianiem się razem ze swoją najbardziej wewnętrzną prywatnością na działanie bezwzględnego świata, gdzie wszystko ma swoją cenę, wszystko można kupić, sprzedać, lub – jeśli jest „niczyje” – zabrać. Jeśli ktoś podstawia pod nos komuś swoją słabość, to obowiązkiem wynikającym z neoliberalnej kultury jest wykorzystać to. Na tym polega spryt i dorosłość. To powinno słabeusza nauczyć, a za tę cenną nauczkę powinien, w ostateczności, być wdzięczny.
To miejsce pracy, jego twarde reguły awansu i jego nieformalna kultura z zasadą „poznaj łaskę pana”, nauczyło Alisię mieć w pogardzie swoją wrażliwość, swoją czułość. To neoliberalna praca wyrobiła w niej odporność na sumienie, na empatię, umiejętność oderwania się od swoich reakcji współczucia, buntu i odrazy. To doświadczenie z pracy popchnęło Adonisa w objęcia narcyzmu. Ba, nawet szefowie Alisi kiedyś byli ludźmi, śmiali się do omdlenia, flirtowali, zabiegali o przyjaźń i uznanie innych. Zdarzało im się pokazywać swoją delikatność, także innym osobom, także w pracy. Ale szybko się uczyli, jak należy działać w dorosłym świecie. Wrażliwości można się oduczyć.
A przecież jest ona nam bardzo potrzebna, jak przekonuje profesor socjologii Magdalena Szpunar w swoich najnowszych publikacjach. W książce poświęconej stanowi współczesnego społeczeństwa badaczka pisze, że empatia jest niezbędna do rozwoju wrażliwości. Konieczna jest umiejętność wczuwania się w sytuację drugiego człowieka i pozwolenie – tak psychologiczne, jak i społeczne – na reagowanie zgodne z wrażliwością. Magdalena Szpunar podkreśla, że wrażliwość nie ogranicza się jednak do tego współodczuwania i reagowania, ale staje się motorem i motywatorem poszukiwania zrozumienia Drugiego, a równocześnie powstrzymania się od moralizowania i oceniania. Daje energię do budowania mostów między ludźmi. Te mosty są nam bardzo potrzebne. Może dziś bardziej, niż kiedykolwiek – nie dlatego, że nasze czasy są szczególnie brutalne, ale dlatego, że istniejące w wielu systemach społecznych instytucjonalne bufory zmiękczające społeczne skutki podziałów i kategoryzacji, takie jak choćby uniwersytet, karnawał, misteria przejścia, zostały obecnie wyeliminowane bądź wyjałowione w swej roli źródeł liminalności. Jesteśmy zdani na nasze ostre i chłodne podziały. Jeśli nie zaczniemy dbać o naszą wrażliwość, która jest strażnikiem sumienia, to historia ludzkości zbliży się do końca – i nie będzie do happy end.
Wrażliwość jest reakcją wywołującą potencjalnie współreakcję. Delikatność wobec wrażliwości to czułość, o której pięknie mówiła w swoim przemówieniu noblowskim Olgę Tokarczuk. Papież Franciszek jakiś czas temu mówił o rewolucji czułości – odwadze do tego, by spotkać Drugiego z życzliwością i wrażliwością. To słowo bardzo zasługuje, by wejść do codziennego słownika zarządzania. Musimy z czułością odważyć się uszanować i zrozumieć wrażliwość. Myślę, że nie jest nam do tego potrzebna wiedza o gigantach, dobrych czy złych. Musimy znaleźć i rozwinąć wiedzę o ludzkiej słabości. Także w korporacjach, w miejscach pracy, wśród pracowników i wśród szefów, w codziennym życiu, którego żaden Netflix nie przedstawi. Bądźmy wrażliwi, chrońmy naszą kruchość przed pustką. Bądźmy wobec naszych wrażliwości wzajemnie czuli. Podajmy sobie ręce i w ten sposób pokonajmy „nie można inaczej” naszą solidarnością – odpalmy wielką rewolucję czułości. Bądźmy ludźmi.
prof. Monika Kostera
przez Karol Trammer | czwartek 23 stycznia 2020 | opinie
Od ostatniej reaktywacji połączeń dokonanej przez Koleje Mazowieckie minęło 10 lat. Tymczasem kolejne miasta i powiaty chcą powrotu kolei.
1 stycznia 2020 r. minęło 15 lat od rozpoczęcia działalności przez Koleje Mazowieckie. W materiale rozesłanym mediom spółka chwali się, że „pojawienie się na torach nowego przewoźnika oznaczało pozytywną zmianę w pasażerskim transporcie kolejowym na Mazowszu”. Jedną z pozytywnych zmian było odwrócenie trendu ograniczania sieci połączeń: niemal do samego końca funkcjonowania na Mazowszu spółki PKP Przewozy Regionalne, a wcześniej niepodzielonych jeszcze na spółki Polskich Kolei Państwowych, z kolejnych linii w województwie znikały pociągi. Jednym z elementów renesansu kolei, o którym tak lubiła mówić pierwsza prezes Kolei Mazowieckich Halina Sekita, było przywracanie połączeń. Od ostatniej reaktywacji dokonanej przez mazowieckiego przewoźnika minęło jednak już ponad 10 lat.
Wszędzie tam, gdzie to możliwe
Kolei Mazowieckich pociąg do reaktywacji zatrzymał się w czerwcu 2009 r. po dojechaniu do Góry Kalwarii. Wcześniej, w 2007 r., połączenia wróciły na trasy Płock – Sierpc oraz Radom – Przysucha – Drzewica. Pierwszą reaktywacją przeprowadzoną pod banderą Kolei Mazowieckich był powrót pociągów na linię Nasielsk – Płońsk – Raciąż – Sierpc w czerwcu 2006 r. Wszystkie reaktywacje miały miejsce w czasach, gdy Kolejami Mazowieckimi kierowała Halina Sekita. Na początku działalności spółki zadbała ona między innymi o zapewnienie spółce taboru niezbędnego do reaktywacji ruchu na niezelektryfikowanych liniach Nasielsk – Sierpc i Płock – Sierpc: sprowadzonych z Niemiec używanych szynobusów VT627 i VT628.
Pierwsze lata funkcjonowania Kolei Mazowieckich dały nadzieję, że odbudowa mocno przerzedzonej na przełomie XX i XXI wieku sieci połączeń będzie – obok zakupów taboru – znakiem firmowym samorządu województwa mazowieckiego i stworzonej w tym regionie spółki kolejowej.
Na przełomie 2019 i 2020 r. minęło nie tylko 15 lat od rozpoczęcia działalności przez Koleje Mazowieckie, ale również aż 18 lat od objęcia przez Adama Struzika funkcji marszałka województwa mazowieckiego. Polityk Polskiego Stronnictwa Ludowego często wskazuje Koleje Mazowieckie jako jeden z głównych sukcesów swoich rządów w największym polskim regionie. Tak mówił, gdy spółka w 2018 r. zawarła kontrakt z firmą Stadler na dostawę 71 elektrycznych zespołów trakcyjnych Flirt: „Rozwój Kolei Mazowieckich ma strategiczne znaczenie, jeśli chodzi o rozwój całego Mazowsza. Jesteśmy regionem policentrycznym, dlatego dobre skomunikowanie w obszarze metropolitalnym, jak i na granicach województwa ma niezwykle istotne znaczenie”.
Choć Adam Struzik mówi, że Koleje Mazowieckie są czynnikiem rozwoju całego województwa, to w kolejnych częściach regionu niewykorzystywane przez spółkę tory coraz bardziej rzucają się w oczy mieszkańcom oraz lokalnym władzom. Tym bardziej, że przywracanie ruchu kolejowego ma być znakiem firmowym województw, w których rządzi PSL – tak wynika ze słów szefa partii Władysława Kosiniaka-Kamysza. Jesienią 2019 r. oznajmił on, że należy reaktywować połączenia na liniach pozbawionych pociągów pasażerskich: „Trzeba puścić pociągi wszędzie tam, gdzie jest to możliwe”.
Tymczasem samorząd województwa mazowieckiego – na czele którego już od prawie dwóch dekad stoi jeden z czołowych działaczy PSL – od ponad 10 lat nie przywrócił do życia żadnego połączenia kolejowego.
Czas reaktywacji
Na prymusa w reaktywacjach wyrosło województwo dolnośląskie. W tym regionie tylko w 2019 r. ruch przywrócono na ponad 90 km linii – pociągiem znów da się dojechać do Milicza, Lubina czy Bielawy.
W czerwcu 2019 r. połączenia kolejowe wróciły do liczącego 73 tys. mieszkańców Lubina, który od wycofania pociągów w 2010 r. był drugim co do wielkości polskim miastem pozbawionym połączeń kolejowym (pierwszą lokatę na tej niechlubnej liście od 2001 r. zajmuje 90-tysięczne Jastrzębie-Zdrój w województwie śląskim). Najpierw reaktywowano połączenia na linii Legnica – Lubin, następnie w grudniu 2019 r. przywrócono ruch na dalszym odcinku z Lubina w kierunku Głogowa. W efekcie trzy największe ośrodki Zagłębia Miedziowego – Legnica, Lubin i Głogów – znów są skomunikowane koleją. Reaktywację ruchu na tym ciągu poprzedziła modernizacja, którą w latach 2017-2019 zrealizowała spółka PKP Polskie Linie Kolejowe, mając na celu wprowadzenie prędkości 120 km/h i poprawę przepustowości tej linii, ważnej nie tylko z punktu widzenia przewozów pasażerskich, ale także transportu towarów.
Pod koniec 2019 r. pociągi wróciły również do liczącej 30 tys. mieszkańców Bielawy. W grudniu 2018 r. samorząd województwa dolnośląskiego przejął od PKP nieczynną linię biegnącą do tego miasta z pobliskiego Dzierżoniowa. W styczniu 2019 r. Dolnośląska Służba Dróg i Kolei – instytucja zarządzająca drogami wojewódzkimi oraz przejętymi przez samorząd liniami kolejowymi – ogłosiła przetarg na rewitalizację 6-kilometrowej linii Dzierżoniów – Bielawa. Prace remontowe trwały od marca do października 2019 r.
Na mapę połączeń kolejowych Bielawa wróciła 15 grudnia 2019 r.: z miasta położonego pod Górami Sowimi wyrusza 11 pociągów dziennie, z których większość zapewnia bezpośrednie połączenie z Wrocławiem. Do Bielawy pociągi wróciły po aż 42 latach – miasto zostało bowiem pozbawione połączeń kolejowych w 1977 r.
Również w grudniu 2019 r. pociągi wróciły na trasę Głogów – Wschowa – Leszno. Ta 45-kilometrowa linia – biegnąca przez województwa dolnośląskie, lubuskie i wielkopolskie – była pozbawiona połączeń od 2011 r. Gdy samorządy wreszcie porozumiały się w kwestii wspólnego finansowania przewozów, spółka PKP PLK przeprowadziła szybki remont fragmentów linii znajdujących się w złym stanie.
Możliwość podjęcia działań
Urzędnicy samorządu województwa mazowieckiego zapewniają, że także w tym regionie pociąg do reaktywacji jeszcze się rozpędzi. Jak informuje Marta Milewska, rzeczniczka prasowa marszałka województwa, w planach samorządu jest reaktywacja połączeń na trasach Małkinia – Czyżew, Ostrołęka – Chorzele oraz Pilawa – Góra Kalwaria – Czachówek – Mszczonów – Skierniewice (obecnie jest ona wykorzystywana w ruchu pasażerskim tylko na krótkim odcinku od węzła Czachówek do Góry Kalwarii przez pociągi łączące to miasto z Warszawą).
Powrót pociągów na te ciągi samorząd uzależnia od ich zmodernizowania przez PKP PLK. Modernizacja linii Skierniewice – Pilawa planowana jest na lata 2022-2025. Finansowana z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego rewitalizacja linii Ostrołęka – Chorzele już się rozpoczęła. Trasa ma być przejezdna w 2022 r. – „Założenia oferty uwzględniające liczbę uruchamianych pociągów, ich relacje i możliwości skomunikowań zostaną sformułowane przed zakończeniem prac remontowych” – mówi Milewska.
W przyjętym w listopadzie 2014 r. uchwałą sejmiku wojewódzkiego „Planie zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla województwa mazowieckiego” lista zamierzeń w zakresie wznawiania przewozów jest nieco dłuższa i obejmuje także takie linie jak Siedlce – Sokołów Podlaski czy Ostrołęka – Małkinia. W kwestii reaktywacji połączeń dokument ten używa jednak jakże niezobowiązującego zaklęcia, że samorząd „przewiduje możliwość podjęcia działań”.
Prawie pięć lat po uchwaleniu planu transportowego z wnioskiem o podjęcie działań zwróciły się do samorządu województwa mazowieckiego władze powiatów ostrowskiego i ostrołęckiego. Ich starostowie w połowie 2019 r. skierowali pismo do marszałka Adama Struzika, w którym domagają się uruchomienia połączeń na linii Ostrołęka – Małkinia: pociągi pasażerskie przestały nią kursować w 1993 r. i od tego czasu jest wykorzystywana tylko przez składy towarowe. Na linii Ostrołęka – Małkinia leży licząca 23 tys. mieszkańców Ostrów Mazowiecka. To największe w województwie mazowieckim miasto powiatowe, do którego nie da się dojechać pociągiem. Marta Milewska z samorządu województwa: „W sprawie linii Ostrołęka – Małkinia została wysłana do spółki PKP PLK prośba o przekazanie informacji dotyczących czasu, w jakim zarządca infrastruktury kolejowej, uwzględniając kwestie formalno-prawne, byłby w stanie przygotować infrastrukturę liniową i punktową do obsługi pasażerskich połączeń kolejowych”.
Linia Ostrołęka – Małkinia znajduje się w nienajgorszym stanie technicznym: dla składów towarowych obowiązuje na niej prędkość 60 km/h, która dla szynobusów mogłaby zostać podwyższona bez konieczności przeprowadzania generalnego remontu. Ważnym atutem linii z punktu widzenia ruchu pasażerskiego jest dobre położenie zarówno przystanku Ostrów Mazowiecka Miasto (1,5 km od centrum), jak i stacji Ostrów Mazowiecka (w pobliżu węzła drogi ekspresowej S8 z drogami wojewódzkimi 627 i 677). Atutem tej niezelektryfikowanej linii jest ponadto bliskość Tłuszcza, gdzie stacjonują wszystkie szynobusy Kolei Mazowieckich.
Czekając na kolej
Na powrót kolei liczą również Kozienice. – „Miasto Kozienice, położone w odległości około 90 km od Warszawy, pozostaje bez połączenia kolejowego. To często jest hamulcem rozwojowym dla wielu przedsięwzięć. Stworzenie połączenia kolejowego, bardzo pozytywnie wpłynie na rozwój Kozienic” – mówi burmistrz tego 18-tysięcznego miasta Piotr Kozłowski. Jego wizja nie opiera się jednak na istniejących liniach, lecz na nierealistycznej koncepcji budowy nowej linii kolejowej, która miałaby połączyć miasto z magistralą Warszawa – Radom. Tymczasem wzdłuż zachodniej granicy Kozienic biegną wykorzystywane w ruchu towarowym tory łączące linię Radom – Dęblin z elektrownią w Świerżach Górnych. W podkozienickim Janikowie od tego ciągu odbija nieczynna dwukilometrowa odnoga do centrum Kozienic – pociągi pasażerskie przestały nią kursować w 1969 r. Odtworzenie tej odnogi umożliwiłoby uruchomienie pociągów zarówno do Radomia przez Pionki, jak i do Warszawy przez Dęblin, Pilawę i Otwock. Z Kozienic do Radomia pociągi przyspieszone mogłyby dotrzeć w około 40 min., a do Warszawy w około 1 godz. 40 min.
Przywrócenia pociągów od lat nie mogą się doprosić mieszkańcy gmin Zaręby Kościelne i Szulborze Wielkie, które choć leżą na magistrali Warszawa – Białystok, to od 2009 r. pozbawione są połączeń. Przez świeżo zmodernizowane przystanki przemykają bez postojów pociągi PKP Intercity, a składy Kolei Mazowieckich z Warszawy kończą bieg w Małkini – 20 km przed granicą województwa mazowieckiego. Już od dekady samorząd wstrzymuje się z podjęciem decyzji o wydłużeniu relacji części pociągów przez Zaręby Kościelne i Szulborze Wielkie do Czyżewa, pierwszej stacji na terenie województwa podlaskiego. Wymówką są kolejne etapy modernizacji magistrali Warszawa – Białystok, która ma potrwać do 2023 r. – „Reaktywację połączeń na odcinku Małkinia – Czyżew zakłada się po zakończeniu modernizacji stacji Czyżew, gdy możliwa będzie tu niezakłócona zmiana czoła składu pociągu” – mówi Marta Milewska. I dodaje, że na przeszkodzie przywracania połączeń stoją też pieniądze: „Dodatkowe połączenia to dodatkowe koszty, na pokrycie których konieczne jest zabezpieczenie środków w budżecie województwa”.
Gdy rzeczniczka marszałka Adama Struzika wypowiadała powyższe słowa, on sam po posiedzeniu sejmiku w połowie grudnia 2019 r. chwalił się przyjęciem rekordowo wysokiego budżetu regionu na 2020 r. – „To najlepszy budżet w 21-letniej historii województwa mazowieckiego. Ten budżet tylko potwierdza, że sytuacja finansowa Mazowsza jest stabilna”.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/105 styczeń-luty 2020); www.zbs.net.pl
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Marek Hałubiec | poniedziałek 20 stycznia 2020 | opinie
Książka Rafała Wosia „Zimna trzydziestoletnia. Nieautoryzowana biografia polskiego kapitalizmu” to jedna z zaledwie kilku pozycji, jakie po 1989 r. krytycznie podjęły zagadnienie polskiej transformacji ustrojowej, w wyniku której wprowadzony został w Polsce kapitalizm, a raczej jego najbardziej ortodoksyjna odmiana.
Jeżeli istnieje coś wspólnego dla wszelkich definicji krytycznego myślenia, to z pewnością to, że oparte jest ono o mechanizm stawiania zasadniczych pytań, bez których nie tylko nie można wyciągnąć właściwych wniosków, ale w dodatku ich brak uniemożliwia jakąkolwiek realną zmianę. Jest to o tyle ważne, że tych pytań w Polsce po 1989 roku nie stawiano lub były w różny sposób skutecznie zagłuszane. Woś przygląda się polskiej transformacji gospodarczej właśnie z tej pozycji, krytycznego podejścia, które przejawia się w szukaniu odpowiedzi na niełatwe pytania o genezę polskiego ustroju gospodarczego oraz przedstawieniu ogromnych kosztów społecznych tej zmiany, które odczuwamy do dzisiaj.
Taka perspektywa była przez długi czas marginalizowana przez elity, które stały za zmianą ustrojową. Z oczywistych względów skłania to do postawienia pytania, co zadecydowało o takim stosunku twórców III Rzeczpospolitej do najważniejszych kwestii społeczno-gospodarczych, a także o charakterze wprowadzanych zmian i sposobie ich wdrażania. Dlaczego jako jedyny kraj w regionie zdecydowaliśmy się na taką, a nie inną wersję kapitalizmu?
Woś uważa, że proces zmian ustrojowych z końca lat 80. obarczony był przede wszystkim deficytem demokracji. Projekty reform, a potem same reformy były wynikiem uzgodnień w zaciszu gabinetów, co przeczy zasadzie transparentności w demokratycznym państwie prawa. W ciągu zaledwie dwóch dni zmieniono ustrój gospodarczy, uchwalając przez sejm (w dodatku sejm kontraktowy, nie posiadający legitymacji demokratycznej) pakiet 10 ustaw, w żaden sposób nie konsultowany ze społeczeństwem. Jak pisze Woś: „Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że dialog społeczny był przez elitę reformującą kraj traktowany jako potencjalne utrudnienie”.
Wprowadzane zmiany dodatkowo uniemożliwiały lub znacznie utrudniały budowanie społeczeństwa obywatelskiego, czego przykładem będzie ustawa o związkach zawodowych, poważnie utrudniająca samoorganizację świata pracy. Decydenci, którzy niegdyś walczyli z reżimem w strukturze związku zawodowego „Solidarność”, po zdobyciu władzy zaczęli zwalczać samorządność pracowniczą. Gdyby tego było mało, rząd Mazowieckiego wysyłał policję przeciwko strajkującym i protestującym grupom zawodowym. Na ulice ludzie wychodzili z powodu niezgody na brak możliwości partycypacji w budowie nowego porządku, którego architekci wcale nie zamierzali słuchać głosu obywateli. Głosem krytycznym mówiła nie tylko „ulica”, ale także część inteligencji, w osobie choćby prof. Tadeusza Kowalika. Warto zacytować słowa Wosia o Jacku Kuroniu, uważanego przez środowiska liberalne za lewicowca: „Wielu działaczy dawnej opozycji protestuje […]. Inni, jak Jacek Kuroń, popierają nowy antypracowniczy kurs Solidarności”.
Przemiany ustrojowe, polegające na zmianie stosunków własnościowych, spowodowały, w imię wychwalanej własności prywatnej, wyprzedawanie polskiego majątku. Szczególnie mocno dotyczyło to przemysłu. Te niezwykle ważne aspekty zmian przełomu lat 80. i 90. opisuje Woś: „…czerwiec 1990 – pierwsza fala protestów społecznych […] Rząd Mazowieckiego decyduje się na siłowe rozwiązanie kryzysu. Tylko wicepremier rządu Janicki z ZSL w geście protestu podaje się do dymisji. […] lipiec 1990 – z inicjatywy rządu Mazowieckiego zostaje uchwalona ustawa prywatyzacyjna. Sankcjonuje ona uwłaszczenie nomenklatury oraz otwiera drzwi do sprzedaży majątku narodowego inwestorom zagranicznym”.
W konsekwencji ludzie tracili pracę, a państwo nic w zamian im nie oferowało, poza tandetnymi hasłami typu „wolny rynek to dla przedsiębiorczych ludzi prawie raj”. A skoro ma być raj, to najlepiej jeśli państwa na tym rynku nie będzie w ogóle. Od teraz problemy bezrobocia, wyzysku, warunków pracy i zasad bezpieczeństwa pracy to w zasadzie domena graczy rynkowych, państwo ma się ograniczać do roli gwaranta bezpieczeństwa publicznego, a więc bezpieczeństwa postrzeganego prymitywnie, bo jedynie w postaci bezpieczeństwa fizycznego, ale już nie np. bezpieczeństwa na rynku pracy.
W obliczu procesu prywatyzacji pracodawcą staje się kapitał prywatny, często zagraniczny, nakierowany zazwyczaj na doraźny i szybki zysk, a taki kierunek musi prowadzić do maksymalizacji przychodów i minimalizacji kosztów. Biorąc pod uwagę wejście do polskiej gospodarki ogromnych podmiotów ekonomicznych, pracownik wystawiony przez państwo na ich łaskę musiał gromadzić w sobie ogromne pokłady negatywnych emocji, których upust za pewien czas da o sobie znać. Brak jawności oraz debaty nad wprowadzanymi reformami gospodarczymi stworzył podatny grunt dla rozmaitych teorii spiskowych, które funkcjonują do dzisiaj i są instrumentalnie rozgrywane przez niektóre ugrupowania polityczne. Właściwie nie ma w tym nic dziwnego: teorie spiskowe zawsze stanowią wypadkową braku jawności i transparentności ośrodków decyzyjnych oraz niedostatecznego poziomu wiedzy dotyczącej mechanizmów sprawowania władzy.
Ta postać deficytu demokracji przyniosła ogromne konsekwencje społeczne. Deficyt demokracji, skorelowany z wzrastającymi napięciami społecznymi, przybrał postać tykającego ładunku wybuchowego, z czasem zaczyna rozsadzać III RP. Należy stwierdzić po 30 latach istnienia nowej Polski, że jednym z jej fundamentów był ogromny deficyt demokracji, a każda debata na ten temat była marginalizowana. Najbardziej wymownym faktem świadczącym o tym, że ten margines to jednak większość społeczeństwa i nie można go już dłużej zamiatać pod dywan, był wynik wyborów w 2015.
Opowieść o polskim kapitalizmie Rafał Woś zaczyna od przemian roku 1989, skupiając się na przedstawieniu jego głównych autorów, wcześniej walczących w formule „Solidarności” z reżimem komunistycznym. Dla autora najważniejsze jest ukazanie ówczesnych decydentów politycznych w roli osób stanowiących o kształcie polskiej transformacji gospodarczej. Obraz będący wynikiem tej analizy jest w swej istocie zaprzeczeniem obrazu, który od 1989 r. dominuje w ogólnopolskich mediach (publicznych i prywatnych), co nie oznacza, że głosów takich jak Wosia wcześniej nie było, bo oczywiście były. Problem polega na tym, że największe media, odpowiedzialne za kształtowanie światopoglądu, a właściwie cały establishment zdecydowanie takie głosy zwalczał, sięgając po koronny argument w postaci zarzucania takim głosom populizmu.
Zaskakująco na tym tle wypada narracja i program polityczny „Samoobrony” Andrzeja Leppera, które przypomina Woś. Zaskakująco w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lepper skutecznie mobilizuje tę część społeczeństwa, która bardzo wiele straciła na przemianach własnościowych. Mobilizuje ją przeciwko Balcerowiczowi, który miał w zwyczaju pozostawianie ofiar przemian samym sobie. Znamienne, że Balcerowicz nie potrafi rozmawiać z drugą stroną przy pomocy argumentów, łatwo zaczyna się złościć, przy okazji robiąc się z tej złości purpurowym. Woś pisze, iż „Krytyk Balcerowicza z definicji musi być ignorantem. A już na pewno spieranie się z nim to strata czasu”.
To właśnie w programie ugrupowania Leppera znalazły się postulaty prowadzenia polityki społecznej przez państwo czy rozumienie suwerenności jako niezależności od ponadnarodowych korporacji. Niestety, popularność Andrzeja Leppera doprowadza do akcji przeprowadzonych niemal równolegle przez „Gazetę Wyborczą” oraz PiS (seks-afera i afera gruntowa), których skutkiem była cywilna śmierć Leppera, od tej pory uważanego przez opinię publiczną za osobę skompromitowaną.
W tym samym czasie establishment polityczny zamyka oczy na ogromne koszty społeczne podejmowanych decyzji, a jednocześnie narracja, którą upowszechnia, jest mniej więcej taka: „wprowadziliśmy wolny rynek, czyli przestrzeń, gdzie człowiek może w najbardziej pełny sposób się realizować, a jeżeli komuś się nie powiodło nawet przy stworzeniu tak przychylnych warunków, to oczywiście jest to przykre, ale nie ma lepszego rozwiązania, nie ma lepszego sposobu na pomoc ludziom, a my nic więcej nie możemy dla nich zrobić, nawet jeśli byśmy chcieli”. Czyli, mówiąc inaczej, ktoś, kto sobie nie poradził w brutalnym kapitalizmie, niech zdycha, bo widocznie jest za słaby i niegodny funkcjonowania w tak wspaniałej rzeczywistości.
Cała ta machina trzymała się bardzo dobrze aż do momentu, gdy kosztów społecznych nie można już było przykryć nieuprawnioną narracją o sukcesie gospodarczym. To, że prędzej czy później niezadowolenie społeczne zostanie w ten czy inny sposób zinstytucjonalizowane, było oczywiste. Niezadowolone społeczeństwo, nieznające wartości demokratycznych, których nie szanowali ojcowie założyciele, dało władzę populistom. A oni zrobili coś, co wcześniej nie miało miejsca – uczciwie trzeba im to oddać i wyciągnąć z tego wnioski. Mianowicie pierwszy raz w historii III RP społeczeństwo zobaczyło, że transfer społeczny i redystrybucja dochodów są możliwe i że nie jest wcale tak, iż Polska jest biednym krajem, którego na to nie stać. Zamiast wyciągnąć z tego lekcję i przestać wielbić wolny rynek, opozycja parlamentarna już ma odpowiedź, a pobrzmiewa ona w dość eufemistycznych sloganach, że wszystko, co robi PiS, jest złe. Swoją drogą to nieco zaskakujące, żeby opozycja nie miała do zaoferowania nic ponadto. A może zaskakujące tylko na pierwszy rzut oka? Może są gorliwymi uczniami swoich okrągłostołowych nauczycieli?
À propos tezy, zgodnie z którą liberałowie legitymizują obecny stan, traktując go jako najlepszy z możliwych, a mianowicie, że Polska jest za biedna np. na podniesienie płacy minimalnej, warto przypomnieć, że w USA 32% pracowników to tzw. pracujący biedni. Natomiast jeśli spojrzeć na poziom PKB, to jest on najwyższy na świecie. Problemem więc nie jest biedne państwo, lecz niesprawiedliwy podział owoców wzrostu gospodarczego. Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w Polsce, gdzie ojcowie założyciele o proweniencji liberalnej panicznie lamentowali, że program 500 plus rozsadzi budżet, podczas gdy sami dokonywali nieporównanie większego w swej skali transferu kierowanego do największych podmiotów ekonomicznych, stawiając Polskę na ostatnim miejscu w Europie biorąc pod uwagę wysokość opodatkowania korporacji.
Rafał Woś wobec tego w pełni zasadnie pyta zatem, dlaczego intelektualiści tacy jak Michnik, Mazowiecki, Kuroń, Kaczyńscy, Tusk, Balcerowicz, Geremek, Tischner, a także działacze wywodzący się z klasy robotniczej, jak Frasyniuk czy Wałęsa, z tak zadziwiającą łatwością, bez specjalnie głębszych przemyśleń, oddali polską gospodarkę zagranicznemu kapitałowi, który mógł wybrać najlepsze kąski ze stołu naszej gospodarki, oraz technokratom pokroju Balcerowicza, dla których wprowadzenie książkowego modelu neoliberalnej gospodarki było ważniejsze niż jego korekta, którą uzasadniał ogromny kryzys społeczny, skutkujący pozostawieniem za burtą polskiego życia społeczno-ekonomicznego znacznej części społeczeństwa. Może tutaj należy szukać rodowodu absencji połowy społeczeństwa w życiu demokratycznym państwa? Rafał Woś pisze: „Nie ma odpowiedzi na pytanie, jak ten chrześcijański personalista (czytelnik Maritaina i Mouniera), chadek typu Ludwika Erharda […] mógł stać się patronem radykalnie niesolidarnej transformacji?”; „Dlaczego syn komunistycznego aparatczyka, jeszcze ok. 20 roku życia deklarujący się jako marksista, staje się w czasach transformacji najbardziej gorliwym zwolennikiem skrajnie antyspołecznej terapii szokowej?”.
Autor przywołuje licznych ekspertów ekonomicznych związanych z politykami przełomu roku 1989, co wyklucza tezę o braku orientacji w mechanizmach rządzących gospodarką przez wspomnianych polityków, uważanych przez niemałą część społeczeństwa za tuzy intelektu. Co ważne, ekonomiści ci prezentowali różne paradygmaty ekonomii, a więc nie można im zarzucić braku wiedzy związanej choćby ze skutkami wprowadzanych reform. Jeśli zatem dysponowali niezbędną wiedzą ekonomiczną i wiedzą o konsekwencjach wprowadzenia poszczególnych modeli, na których oparta będzie transformacja ustroju gospodarczego, to dlaczego wybrali kierunek najbardziej dewastujący społeczeństwo? Dlaczego spośród różnych narzędzi wybrali walec, który rozjechał demokrację? Zdrowy rozsądek zapewne wykluczyłby powyższy wybór, a zatem czy kluczową rolę odegrały tutaj emocje? A może interesy? Albo ugruntowana w głowach intelektualistów przez ekonomistów przybyłych z Zachodu wizja amerykańskiego snu? Woś pisze: „W dojrzałym procesie politycznym taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca. Sachs oraz pośrednio Soros skorzystali z tej samej ścieżki, którą w następnych latach będą szli inni lobbyści, mając w pierwszej fazie przemian wręcz nieograniczony dostęp do nieopierzonych solidarnościowych decydentów”.
Pytania, które mało kto odważył się wprost zadać architektom Polski po 1989 r., to właśnie najmocniejsza strona książki Wosia. Pytania oraz próba odpowiedzi, ale próba nie obarczona piętnem znajomości ani interesownością, co powodowałoby jej stronniczość lub nieobiektywność. Odpowiedź musi uwzględniać wszystkie istotne elementy, przy czym na tle powyższej książki można je ująć w postaci kontekstu społecznego, ekonomicznego i politycznego. Odpowiedź osadzona w takim kontekście pod względem merytorycznym nawet nie może zostać porównana z twierdzeniami tzw. głównego nurtu, że „nie było innej drogi”. Taka odpowiedź środowisk liberalnych i prawicowych otwiera i jednocześnie zamyka dyskusję na temat polskiej transformacji gospodarczej.
Ta książka jest dla mnie ważna jeszcze z jednego powodu. Przez pewien czas pracowałem w markecie za stawkę 3 zł za godzinę. Gdy w Stanach Zjednoczonych wybuchł kryzys, polski rząd w poszukiwaniu oszczędności obniżył mi stypendium naukowe, a jednocześnie (co w ramach modelu, który faworyzuje wielki biznes, jest paradoksalnie naturalne) z tak zgromadzonych oszczędności dokapitalizował banki, których kadra zarządzająca miała środki na wypłacanie sobie premii, a która to kadra menedżerska do tego kryzysu doprowadziła. Jak zatem widać, dla twórców III RP oraz ich uczniów w postaci kolejnych premierów i prezydentów, bardzo ważne były wartości. Ale jakie? Egoizm, kult rywalizacji w postaci wyścigu szczurów, rozbicie solidarności społecznej, dewastacja społeczeństwa obywatelskiego czy święte i nienaruszalne prawo własności to fundamenty nowego ładu. Zabrakło natomiast miejsca na zdecydowanie bardziej ludzkie wartości o znaczeniu społecznym, jak wrażliwość czy solidaryzm. To wszystko stanowiło dla mnie asumpt do przyjrzenia się tej sytuacji, szczególnie gdy premier Tusk wychodząc na kolejną konferencję jedyne co miał do powiedzenia w sprawach gospodarczych, to tyle, że właściwie nic nie może zrobić. Czy naprawdę nic? Z kolei przyzwolenie na upowszechnienie umów śmieciowych czy specjalnych stref ekonomicznych, gdzie funkcjonują ponadnarodowe korporacje nie płacące w Polsce podatków i gdzie istnieją zmowy płacowe, przyszło jemu i podobnym z lekkością.
Osobie, która interesuje się zagadnieniami transformacji gospodarczej roku 1989, „Zimna trzydziestoletnia” przynosi wiele nowych informacji, szczególnie nowe spojrzenie na twórców nowego ładu gospodarczego, sposób wprowadzanych zmian oraz skalę skutków wprowadzonego modelu gospodarczego. Obraz tych skutków jest przytłaczający. I nie może być inny, skoro w ramach nowego ładu uprzywilejowuje się tylko jedną grupę, którą stanowi biznes (głównie wielki), a większość społeczeństwa zostaje pozostawiona sama sobie, za burtą liberalnego okrętu. Którego kapitanowie jedyne co mają im do zaproponowania, to skrajnie fałszywe i po ludzku bardzo krzywdzące stwierdzenia, w tym najbardziej powszechne, mówiące, że jeśli ktoś nie radzi sobie na wolnym rynku, to sam jest sobie winny.
Marek Hałubiec
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska