Wędrowny zakład stereotypizacji

Wędrowny zakład stereotypizacji

Autorka „Wędrownego zakładu fotograficznego” mówi nam w swojej fotograficznej podróży na „dziki wschód” Polski, że będzie się stara unikać przedzałożeń, stereotypów, ocen. Jest etnografką, interesuje ją kultura wiejska, a na samej wsi bywała jako dziecko – co może ją negatywnie zaskoczyć? Po czym, opisując odbywane spotkania, łamie większość swoich założeń metodologicznych i moralnych.

Pomysł na fotograficzną podróż po kraju, zwłaszcza tak dużym jak Polska, jest prosty, ale chwytliwy. Jeden van, jeden aparat, jedna kobieta. Agnieszka Pajączkowska chce przywrócić społeczną funkcjonalność roli fotografa objazdowego. Pragnie przyjeżdżać do przypadkowej wsi leżącej na szlaku swojej podróży, rozwieszać przed sklepem lub czyimś domem białe prześcieradło, i robić zdjęcia ludziom, którzy na co dzień nie są fotografowani. Drukuje je potem od razu na podręcznej drukarce i wręcza „zdjętym” osobom. Wspaniały pomysł na podróż i książkę, prawda? Wymagający otwartości, odwagi, wyjścia do rozmówców, odnalezienia się w byciu „nie u siebie”. A przede wszystkim – odwieszenia własnych oczekiwań na kołek.

Historia przez prawie czterysta stron książki toczy się w podobny, raz senny, raz chwytający za serce sposób – autorka kogoś spotyka, robi mu/jej zdjęcie, rozmawia albo nie, wypija oranżadę w sklepie wiejskim, obszczekuje ją pies itp., a wszystko to mamy podane w formie literackich miniatur. Jednak, moim zdaniem, wbrew deklaracjom, ta książka nie jest o Podlasiu, ludziach, o wsi. To jest książka o autorce dużo bardziej niż o kimkolwiek innym. Z każdej miniatury, opisu spotkania czy upalnego południa niedaleko granicy białoruskiej, jak spod rogu niedokładnie przybitej na wiejskim stole ceraty, wystaje wciąż i wciąż postać samej autorki. Jej oczekiwania, jej uczucia (zwłaszcza w kółko opisywany strach, dyskomfort, niesmak), poczynione przez nią obserwacje. Zdaniem jednych czyni to książkę osobistą, bo reporterka wychodzi daleko poza „byłam/widziałam”. Zdaniem moim – daje pole do skierowania strumienia uwagi na przeżywane przez nią trudne chwile. Bo autorka musi być na wsi. Musi przemieszczać się po okolicach, o których pisze na przykład tak: „Gdy miałam trzy lata, w Polsce wiele się zmieniło. Na fali transformacji moi rodzice kupili wiejskie gospodarstwo oddalone pięćdziesiąt kilometrów od naszego mieszkania na warszawskim Grochowie. To była typowa nijaka mazowiecka wieś. Chwilę wcześniej zlikwidowano w niej PGR, po którym zostały dwa szare bloki pełne zaskoczonych ludzi mających w zwyczaju wylewać ścieki do ogrodu warzywnego, zostały też długie, puste chlewy z pustaków oraz sklep otwierany w niedzielę tuż po trzynastej, by można było się napić po mszy”. Niby wszystko prawda, jednak tak podana, że nie widzimy „w głowie” po prostu mieszkańców zostawionych na pastwę losu przez trąbę powietrzną transformacji. Widzimy wykrzywione, zapijaczone gęby tłuszczy, która dziwi się, że jak to zamknęli PGR, i nie umie iść z duchem czasu. I to wszystko już na stronie dwunastej.

Jednocześnie autorka w części książki, w której opisuje swój namysł, założenia i przygotowania do projektu, gani Zofię Rydet, legendarną polską fotografkę, której zdjęcia z nieistniejących już wsi i przysiółków podziwia się do dziś. Gani ją i napomina za „nadużycie miejsko-klasowej przewagi”, „wejście z butami biednym ludziom do chałup” i „wykorzystanie fotografii jako narzędzia ich egzotyzowania”. Jest więc świadoma, że kobieta z Warszawy, z aparatem fotograficznym i pewną dozą wścibskości, niekoniecznie musi mieć moralne prawo do zdobywania psim swędem zdjęć i osobistych historii ludzi o dobrych sercach, nawet jeśli obuduje to szyldem „badania etnograficzne”. W książce są momenty, gdy tę bezlitosną miarę przykłada także do siebie, jednak takie konstatacje w żaden sposób nie zmieniają sposobu narracji, który jest męcząco gazetowyborczy, nieczuły, skupiony na podświadomym podkreślaniu „wad” wsi i mieszkańców, którzy wpuścili Pajączkowską do swoich domów (brak zębów, brud, muchy).

Mam coraz większy problem z samym założeniem pisania reportażu, by pokazać, że „gdzieś mają gorzej”, bo to ze swej natury czynność pozbawiona wymienności i wzajemności. Mimo że autorka „Wędrownego zakładu…” opracowała, wydawałoby się, idealny pomysł na wymianę – osoby opowiadające jej swoją historię dostają zdjęcie – to trudno jest podczas pisania o miejscu, gdzie było się raz i pewnie już nigdy nie będzie, wyzbyć się miejskiej maniery reporterskiej. Wiele tego rodzaju tekstów brzmi jak reportaże z „Dużego Formatu” z lat 1995-2013, zanim liberalne redakcje odkryły wrażliwość społeczną. Niby nic, niby piszemy przecież, by pomóc, nagłośnić, interweniować, ale ze strzępków zdań i sposobu prezentacji języka opisywanych bohaterów przebija poczucie nieadekwatności, chęć zaakcentowania śmieszności sytuacji, a nawet pogarda. To się czuje. Zawsze mdliło mnie przy czytaniu takich tekstów.

Zastanawiam się od lat, jak pisać reportaże, by nie uchybić prawdzie i nie uchybić bohaterom. Staram się stawiać ich w centralnym, honorowym miejscu opowieści – ich, a nie samą historię, która, przefiltrowana przez ogląd reportera, traci znamiona obiektywizmu, mimo że usiłuje rozpaczliwie udawać, iż tak nie jest. Reportaż gazetowy czy książkowy to chyba ostatnie pole twórczości pisarskiej, które podejrzewamy o rozmaite nadużycia. Każe nam się wierzyć, że obraz wydarzeń przedstawiony przez autora jest jedynie słuszny, zgodny z rzeczywistością i wierny wydarzeniom. „Literatura faktu” to dla wielu wzór literackiej solidności; bardzo często słyszy się, jak w dyskusjach ktoś na poparcie tezy czy opinii o odległym miejscu czy ocenie wydarzenia stwierdza: „Było tak, bo tak napisał reporter w książce X”. Nie podsuwa badań, liczb czy choćby reportażu telewizyjnego, gdzie widać gołym okiem, jak wygląda „świat przedstawiony”. Podsuwa literacką, zbeletryzowaną wersję wydarzeń, widzianą okiem osoby, która każe nam wierzyć, że „właśnie tak jest w dalekim kraju”.

Z drugiej strony – w jakim sposób reportaż miałby być „obiektywny” i czy powinien? Dlaczego miałby nie ulegać literackiemu naginaniu świata, przyrodzonemu każdemu rodzaju pisania? Czemu miałoby nie być w nim widać autora? Uważam, że całkowity obiektywizm jest przereklamowany, a dążenie do niego – niemożliwe. Gorzej jednak, gdy autora widać w tekście aż za bardzo, gdy książka jest „o nim”, a nie „o sprawie”, a przy tym komentarz odautorski zmusza nas do wiary, że przedstawione wydarzenia miały miejsce dokładnie w takiej formie, w jakiej są opisane, a przytoczone słowa padły w spisanym kształcie. To właśnie przypadek Pajączkowskiej, która sama przyznaje, że dialogi przytacza z pamięci, a więc po literacku zmienia ich brzmienie, kształt i wydźwięk, a jednocześnie każe nam wierzyć, że na Podlasiu jest tak, jak mówi.

Reportaż jest z konieczności wycinkowy, a obraz przedstawianej rzeczywistości – niepełny. Jednak książka oparta na mnóstwie drobnych impresji, króciutkich miniatur, zaledwie cieni wrażeń, czyni go dalece wyszczerbionym. To znana literacka maniera: autor nie prowadzi linearnej (ani nawet kompletnej) narracji, lecz zarzuca czytelnika dłuższymi i krótszymi wyimkami ze swojej podróży. W „Wędrownym zakładzie…” to czasem kilka stron, a czasem tylko parę zdań, co czyni opowieść dość niestabilną – ciekawe historie, których chcielibyśmy posłuchać dłużej, czasem kończą się, zanim zaczną. Brak puzzli, z których czytelniczka mogłaby ułożyć sobie brakujące fragmenty.

Pajączkowskiej nie można odmówić oka do niektórych obserwacji, a odmalowywany przez nią krajobraz upalnego lata i zagubionych w lasach wiosek zamieszkanych tylko przez starych ludzi sprawia, że pewnie niejeden czytelnik chciałby „rzucić wszystko i uciec na Podlasie” lub zanurzyć się, jak sama krytycznie to określa, w „typowej wschodniopolskiej egzotyce oglądanej z podnieceniem przez mieszkańców Warszawy, bezkrytycznie zafascynowanych biedą oraz niezrozumiałym dla nich wiejskim folklorem”. Autorka bywa (bardziej bywa niż jest) zatem świadoma swojego przywileju i pewnej nieadekwatności podjętego przez siebie projektu. W książce co jakiś czas powracają pytania o to, czy w ogóle mamy prawo po prostu wchodzić komuś do domu i „żądać” czasu i opowieści od tej osoby, i kto nam naszym zdaniem to prawo przyznał? Nie przeszkadza jej to jednak popadać w kolejne etnograficzno-klasistowsko-historyczne klisze, opisywać własnego strachu, niesmaku czy zażenowania czyimiś poglądami. Moja „ulubiona” scena to ta, gdy wybiega z chałupy staruszki, bo ta wyraziła w rozmowie o dawnych czasach pogląd antysemicki – to wszystko bez refleksji, czy osoba w takim wieku i w takim miejscu miała kiedykolwiek szanse na edukację, poznanie narracji tolerancyjnej, przepracowanie stereotypów itp. Do autorki dociera powoli w trakcie podróży, że ludzie, których spotka, nie będą tacy, jak by chciała – uśmiechnięci, uskansenowieni, „biedni, ale szczęśliwi” – jednak wyciąga z tej konstatacji tylko połowiczne wnioski: „Dotarło do mnie, że przez miesiąc będę rozdawała raczej byle jakie zdjęcia, dostając w zamian sytuacje, które obtłuką mnie jak emaliowaną miskę, odrapią skutecznie z przyjemności sentymentalnego myślenia o wsi”. No tak, coś za coś. Na konfrontacji swoich wyobrażeń i poglądów z podlaską rzeczywistością się zresztą kończy – autorka w żaden sposób ich nie zmienia.

Bardzo ciężko czyta się tę książkę, jeśli posiadamy czuły barometr klasistowskiego bullshitu. A już zupełnie najgorsze są te klasizmy, które kryją się za „wrażliwością” i „postępowością”. Przykład – autorka podjeżdża vanem pod sklep wiejski i chce zapytać o drogę, ale tego nie robi, bo stoi przed nim trzech młodych facetów, którzy spojrzeli na auto, gdy podjeżdżała. „Nie wysiadłam, bo byłam w letniej sukience i nie chciałam usłyszeć pytania, za ile obciągam”, pisze autorka. W ciągu raptem kilku stron mamy przeskok od romantyzacji ubóstwa, więzi międzyludzkich i krajobrazu do odebrania mieszkańcom wsi cech ludzkich, a przypisania im zezwierzęcenia a priori i bez żadnych podstaw. Plot twist – kiedyś W DUŻYM MIEŚCIE mijany na ulicy facet zapytał mnie „Lubisz obciągnąć?”. I co teraz? Misterna konstrukcja się wali.

Co ujmuje w książce, to fakt, że autorka obiecała fotografowanym osobom, że ich zdjęcia nigdzie się nie ukażą – i, jak się wydaje, słowa dotrzymała. „Zakład…” to zatem historia o robieniu zdjęć ludziom, a nie album. W tym kontekście wymyślona przez nią filozofia wymiany – zdjęcie za opowieść – wydaje się bardzo ciekawym konstrukcyjnym kręgosłupem historii. Szkoda tylko, że jest najeżona minami uprzedzeń i przedzałożeń, z których samo doświadczenie (kilkuletnie) podróżowania i stykania się z ludźmi autorki niestety nie wyleczyło. Chociaż na ostatniej stronie książki pisze, że „zostawiła zdjęcia, ale dostała o wiele, wiele więcej”.

Magdalena Okraska

Agnieszka Pajączkowska, Wędrowny Zakład Fotograficzny, Czarne 2019, s. 384.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska

Najgorszy wiatr – wieje górnikom w oczy

Jaka jest sytuacja w górnictwie, to cała Polska widzi i komentuje po swojemu. Komentuje na tyle, na ile ma wiedzę z przekazów dnia mediów koalicji i opozycji. Komentuje z punktu widzenia liberalnej ekonomii skutecznie wbijanej ludziom do głów. W tej sytuacji jedyną obroną branży górniczej jest, górnolotnie mówiąc, „stanąć w prawdzie”. Najprawdziwsze jest zawsze to, co się wie i czuje z własnych doświadczeń. Tych doświadczeń branża górnicza i związkowcy mają aż za wiele. Czas wyciągnąć wnioski.

Powtarzać do znudzenia

Balcerowicz w energetyce i górnictwie nie ma prawa się powtórzyć, bo z założenia stracą na tym pracownicy branży, państwo i społeczeństwo. Pracownicy branży górniczej i energetycznej muszą zdecydowanie zakończyć grę z pozostałymi stronami „dialogu społecznego”, czyli rządem i zatrudnicielami, w której te strony w trakcie rozgrywki zmieniają jej reguły. Narzucona przez pozostałe strony reguła wyznacza oś konfliktu między interesami ekonomicznymi spółek górniczych czy pracowników poszczególnych spółek. A jeśli to nie działa, to zawsze można zrzucić winę na Unię Europejską czy ekologów, którzy o niczym innym nie marzą poza zamknięciem kopalń i paleniem importowanym węglem. To takie polityczne alibi zamiast planu dla pracowników: w razie czego miejcie pretensję do siebie nawzajem i do wszystkich, innych, tylko nie do tych, którzy sprawują rzeczywistą władzę. Nie. Nie możemy grać w grę pod tytułem „silniejszy przetrwa”. Oś podziału przebiega pomiędzy interesem społecznym a rachunkiem ekonomicznym.

Sekwencja ostatnich zdarzeń w branży górniczej oraz publikacje medialne nie pozostawiają wątpliwości, jaką wizję górnictwa mają ośrodki władzy i środowiska opiniotwórcze, oraz, pożal się Boże, „publicystyka”. Nie pozostawiają też złudzeń, że na energetykę nie ma w Polsce ani pomysłu, ani planu, zaś wszelkie działania w tej branży są doraźnymi reakcjami na tendencje z zewnątrz. Suwerenną polityką nie można tego nazwać, choćby rząd nie wiadomo jak bojowo ogłaszał nieugiętą walkę o nasze górnictwo i energetykę w ogóle. Dziś mamy do czynienia z gaszeniem kolejnego pożaru, a komunikaty o sytuacji górnictwa przypominają komunikaty z oblężonej twierdzy, w której oblężeni powinni zastanawiać się, kogo rzucić na ofiarę, żeby uratować resztę. Oblegają nas Unia Europejska, ekolodzy, Greta Thunberg, granicę szturmują kolejne importy taniego węgla, wydobywanego po skandalicznie dumpingowych cenach, z terenu UE płynie darmowa energia, krasnoludki do mleka sikają i ogólnie świat się uparł, żeby nas wykończyć. Niestety, jest to tylko część prawdy. W rzeczywistości światowe tendencje i rynki wymuszają na Polsce podjęcie zdecydowanych działań, a nie buńczucznych oświadczeń, że się nie dajemy i będziemy dzielnie odpierać napór. Nie, nie damy rady odpierać tego naporu w nieskończoność, bo wystarczy mocniejszy wiatr, żeby nas zdmuchnąć.

Najgorszy wiatr

Teraz, za przeproszeniem, będę pisał w pierwszej osobie, bo nie sposób inaczej przekazać refleksji i wniosków, jakie nasuwają się przy stole negocjacyjnym bezpośredniemu uczestnikowi negocjacji zarówno płacowych, jak i tych w Komisji Trójstronnej.

Po pierwsze, można odnieść wrażenie, że praca górnicza staje się pracą sezonową, co w ogóle zaprzecza standardom tej pracy, zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa, jak i fachowości. Większość spółek węglowych uzależnia płace nie tylko od wyników ekonomicznych, ale i od aktualnej sytuacji na rynku węgla, a ta jest w tej chwili taka, że zwały są zasypane, bo była ciepła zima i nie spalono zapasów, a ponadto zaczęło mocniej wiać i energia wiatrowa oddawana jest do Polski nie tylko za darmo, ale np. Dania nawet dopłaca za odbiór, byle tylko odciążyć sieć. Strona rządowa zaczyna mówić prawie jak w znanym skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Parafrazując: „Najgorszy wiatr, bo nawet jak jest zimno i jest wiatr to mamy energię za darmo i jest ciepło, ale jak jest ciepło i nie ma wiatru, to możemy spalać węgiel”. Tak się już wisielczo dowcipkuje przy stołach negocjacyjnych. Mamy zapasy, nie ma gdzie sypać, wypadałoby wstrzymać produkcję. I to byłoby najrozsądniejsze.

Niestety, spółki górnicze podlegają tym samym regułom, co reszta gospodarki, więc muszą wyprodukować odpowiedni wolumen i go sprzedać, żeby mieć dochód. Na wypadek niesprzyjających warunków pogodowych nie ma bufora w postaci rekompensat za postój. Nie ma wystarczających składów węgla, zresztą nie wiadomo, czy więcej dałoby się składować jako zapas, gdyż węgiel za długo składowany po prostu się utlenia, traci wartość energetyczną, dostaje samozapłonu i emituje trujący tlenek węgla. Jedynym wyjściem jest planowe i regulowane wydobycie dostosowane do potrzeb. I tu pojawia się paradoks. W zeszłym roku padły tu i ówdzie rekordy produkcji. Po co? – pytają górnicy. Po co harowaliśmy na granicy ludzkich możliwości? Po to, żeby się zasypać, wstrzymywać produkcję i nie mieć szans na podwyżkę płac, które w części spółek stoją w miejscu, a ich siła nabywcza znacznie spadła? Odpowiedź jest prosta. Musieliśmy tak ostro fedrować, żeby utrzymać przyzwoite wyniki ekonomiczne w zeszłym roku. Niektóre spółki, jak np. Polska Grupa Górnicza, nawet nie walczyły o jakiś superwynik ekonomiczny, lecz o przetrwanie. Musimy dużo fedrować, żeby utrzymać firmę, ale czasami, ze względów od nas niezależnych, fedrować nie możemy i wtedy zaczynają się kłopoty. Najgorszy wiatr, ale w czerwcu czy lipcu może się okazać, że Wisła wyschnie i zabraknie wody na chłodzenie turbogeneratorów, mimo szczytu energetycznego, który powoduje coraz powszechniejsze użycie energochłonnej klimatyzacji. Co wtedy? Wtedy energię będzie się importować. A co z górnikami? Brać płace, jakie dają i czekać na lepsze czasy, kiedy zaczną potrzebować węgla? Może wtedy dostaniemy jakieś premie specjalne na koniec roku. Niestety tak się w górnictwie dzieje od kilku lat.

Pracownicy sezonowi czy freelancerzy?

O górniczych płacach krążą legendy. Podobnie jak o przywilejach nauczycieli, kolejarzy czy kogokolwiek, kto zaczyna upominać się o swoje. W rzeczywistości nie ma jednolitej płacy górniczej w skali kraju. Są spółki, w których górnicy zarabiają wyraźnie lepiej od średniej płacy robotniczej, a są i takie, gdzie ledwo się z tą średnią równają. Ponadto płace górników nawet w skali zakładu są zróżnicowane. Na oddziałach wydobywczych, gdzie praca przypomina bardziej sport ekstremalny uprawiany wyczynowo, te płace są wyższe, chociaż wątpię, żeby jakiś wyczynowy sportowiec chciałby tyle trenować za takie pieniądze.

Z kolei płace na oddziałach pomocniczych spadają w miarę oddalania się od ściany czy przodka, aż do płac zdecydowanie niższych od średniej krajowej na powierzchni, która też ma zadania ściśle związane z produkcją. Dziś tym ludziom próbuje się wmówić, że jak będzie kasa, to się podzielimy na koniec roku albo na świętego Idziego. W szaleństwie rynkowej propagandy, w ogłupiającej narracji o wspólnym interesie „pracodawców” i pracowników, zrównuje się robotników z przedstawicielami klasy średniej, którzy istotnie mają dochody zmienne, ale na tyle wysokie, żeby poczekać na zastrzyk ekstra gotówki.

Do tego dochodzi czynnik motywacyjny. Oczywiście w indywidualistycznym szaleństwie paradoksalnie nie patrzy się na przynależność do klasy społecznej czy grupy zawodowej. Uznano, że na motywację pracownika wyższego szczebla i robotnika mają wpływ takie same czynniki. No cóż, z pijakiem nie wygrasz i kłócić się z oczadziałymi od tych teorii haerowcami nawet nie mam ochoty. Wystarczy powiedzieć, że z punktu widzenia robotnika najlepszą motywacją jest stała pewna płaca i bezpieczeństwo. Żaden z nas nie chce ekstra dochodów na nowy jacht, lecz pewności, że co miesiąc dostaniemy tyle, żeby przyzwoicie żyć. Nie ma solidnej fachowej roboty bez zachowania tego standardu, a przy dzisiejszych technologiach i wymogach bezpieczeństwa inna nie wchodzi w grę w górnictwie. Obiecankami większych wypłat w bliżej nieokreślonej przyszłości nie zapłacimy rachunków i kredytów (tak, górnicy kupują mieszkania, bo wszyscy to robią i nie jest to objaw bogactwa, lecz konieczność, bo gdzieś mieszkać każdy musi, a zakup to dziś właściwie jedyny sposób na w miarę bezpieczne mieszkanie). Koszty życia rosną i w tej sytuacji proponowanie płac zadaniowych zamiast stałych jest dla każdego robotnika nie do przyjęcia. Zresztą i te zadaniowe są mocno wątpliwe, bo jak jest strata, to ich nie ma, a jak jest zysk… to też ich nie ma, bo w przyszłości może być strata i trzeba oszczędzać.

Często mówi się, że górnictwo samo się zwinie, bo ludzie przestaną przychodzić do zawodu. O ile będzie alternatywa innej, lepszej pracy, to nie będę rozpaczał. Będziemy rozpaczać wszyscy, gdy stracimy resztki niezależności energetycznej i okaże się, że węgiel jednak w przyszłości może być potrzebny, a przez następne 30 lat będzie potrzebny jako paliwo stabilizujące system energetyczny. Może się okazać, że ten tani węgiel z importu nie będzie tani, bo kiedy naszego zabraknie, to ceny wzrosną. Może się okazać, że energetyka węglowa będzie pracować w trybie szczytowym lub podszczytowym. Może się okazać wszystko, bo informacje strony rządowej przekazywane stronie związkowej na razie mają się nijak do obecnej sytuacji. Czy receptą na to jest praca sezonowa dla górników, czy utrzymywanie branży niskimi kosztami pracy? Bo już zaczyna się straszenie, że jeśli nie ograniczymy naszych żądań płacowych, to upadniemy, przy czym, jak sytuacja obecna pokazuje, upaść możemy niezależnie od naszych płac.

Marzeniowe planowanie

Termin ten pochodzi z terapii psychologicznej. Oznacza on, że człowiek w trudnej sytuacji, uzależniony, neurotyk czy ktokolwiek dotknięty jakimś poważnym psychicznym kryzysem, na co dzień posługuje się mechanizmami obronnymi w postaci iluzji, zaprzeczeń, racjonalizacji, natomiast na przyszłość ma wielkie plany, którym brakuje dwóch szczegółów, żeby można je było zrealizować: odniesienia do rzeczywistości i pomysłu na pierwszy krok. Jesteśmy właśnie w tej sytuacji. Tkwią w niej strona rządowa i strona społeczna. Oznacza to niemoc obu stron i brak pomysłu na ten pierwszy krok. Zamiast tego mamy zaprzeczenia, że energetyka nie ma wpływu na klimat i racjonalizację, że ocieplenie i susze to jakieś cykle klimatyczne niezależne od człowieka, racjonalizowanie, że Niemcy są hipokrytami i sami palili węglem i dalej kupują rosyjski, czy iluzje, że górnictwo będzie można utrzymać w tym stanie na wieki wieków.

Jeśli nie pomoże i to, to zawsze można nie przyjmować niewygodnych faktów do wiadomości. Przykładem może tu być rosnąca wypadkowość w zakładach górniczych, gdzie jest największy poziom wydajności. Można stosować tysiąc zabezpieczeń, a one i tak nie wyeliminują czynnika ludzkiego, którym jest zwyczajne przemęczenie. Górnik pracujący pod presją wyników we wszystkie soboty i większość niedziel będzie mniej więcej tak czujny wobec zagrożenia, jak koń w kieracie. Niby wszyscy to wiedzą, a jakoś nie widać w raportach wzmianki, że jedną z przyczyn wysokiej wypadkowości jest przepracowanie.

Marzeniowe planowanie to założenie, że jak się coś tam wywalczy w UE w kwestii emisji czy trochę wstrzyma import węgla, zrobi nowe składy, zrestrukturyzuje – to będzie można założyć takie czy inne wydobycie i można spać spokojnie. Niestety nie, bo dochodzą kolejne czynniki, np. wiatr. Jak się okazuje, już nie normy emisyjne, nie import węgla, ale import gotowej energii wygasza nasze górnictwo. Nie dali rady normami, to zaleją nas tanią albo darmową energią. Pamiętam, jak w 2012 roku mówił o tym, co teraz się dzieje wykładowca na zajęciach z gospodarki energetycznej. Mówił mianowicie, że całkowita rezygnacja z górnictwa w Polsce na rzecz OZE jest mrzonką i że jeśli to się stanie, to nie w najbliższych 30 latach, ale o ile tak się stanie, to albo będziemy mieli własne źródła energii alternatywnej, albo będziemy stać w kącie i patrzeć jak inni handlują energią, którą mają za darmo. Wróć, nie za darmo. Żeby pracował na nich wiatr, woda i słońce, wyłożyli mnóstwo pracy, a przede wszystkim pieniędzy.

To dlatego ileś lat temu górniczy związkowcy w Niemczech manifestowali nie w obronie kopalń, lecz domagali się pełnego udziału w procesie transformacji, co oznaczało korzystanie z wyłożonego na ten cel kapitału. U nas nie widać takiej perspektywy, żeby górnicy w zamian za kopalnie dostali udział w jakimś kapitale, z którego będą żyć też następne pokolenia. U nas każdy kapitał, jaki się pojawia, trafia zwykle do tych, którzy już mają kapitał.

Marzeniowe planowanie widać po Polskiej Grupie Górniczej. Po wielu restrukturyzacjach powstała grupa, która przejęła kilka dobrych kopalni, żeby podciągnąć te słabsze. Winą obarcza się dziś związki zawodowe, zarzucając im, że parły do takiego rozwiązania, bo dzisiaj zamiast silnej spółki mamy wielki kryzys, gdyż zamiast poprawiać wskaźniki techniczno-ekonomiczne – ratowano co się da. A co mieli zrobić z kilkunastoma tysiącami górników? Kto miał na nich pomysł? Jednorazowe odprawy można sobie darować. Może rzeczywiście zrobiono górnikom krzywdę, przyjmując ich do pracy. No ale jak już wcześniej wspominałem, trzeba było więcej fedrować, żeby ratować, a żeby fedrować, trzeba przyjmować pracowników, i tak wkoło Macieju. Z pewnością górnicy z PGG nie usłyszeli słowa, że mają takie same czy lepsze perspektywy, bo ich nie ma. Z pewnością usłyszeli: fedrujcie solidnie, my was uratujemy, a jak będzie dobrze to dostaniecie pieniądze. No i nie dostali.

Publicystyka i pucublistyka

To, co dostajemy na temat górnictwa w przekazach medialnych, to już nie jest dziennikarskie niedbalstwo. Już nikt nie udaje, że coś relacjonuje. Dostajemy gotowe tezy bez specjalnego „napracowania”, żeby cokolwiek uzasadniać. Jeśli jakiś górnik brał udział w szczuciu na nauczycieli w czasie ich strajku, jakie to roszczeniowe nieroby, to teraz poczuje to samo, co oni wtedy. Może nawet nie poczuje aż tak, bo nie musi na co dzień spotykać się z rodzicami, którzy w internecie wylewali pomyje na nauczycieli. Ja już poczułem jako związkowiec, po arcyciekawym reportażu TVN na temat patologii związkowych w JSW. Nie dlatego arcyciekawym, że coś wyjaśniał, a dlatego, że nienowym i odgrzanym po roku. Arcyciekawym, bo wyemitowanym dokładnie wtedy, kiedy w górnictwie jest ostry kryzys, a związki protestują, ponieważ pracownicy nie chcą za niego płacić. Arcyciekawym, bo jeśli rząd jest stroną sporu z górnikami, to TVN, w całej nienawiści do pisowskiego rządu, gra z nim do jednej bramki. Właśnie wskazuje rządowi: winni są związkowcy, którzy robili machlojki, oraz pracownicy, którzy przehulali pieniądze na wypłaty.

W lokalnych portalach to już zupełnie jak kto chce i np. w portalu łęczna24 jakiś publicysta robi z siebie pożytecznego idiotę i kleci tekst z tezą, że „Bogdanka dostaje po d…pie żeby ratować Śląsk?”. Nie ma o czym pisać, bo głębia myśli jest tak porażająca, że autor musiał dać w nawiasie dopisek przy tytule, że to „publicystyka”. Wystarczy powiedzieć, że pisze on jak lokalny Warzecha: „górnicy, waszym przeciwnikiem są górnicy ze Śląska, niech spadają na drzewo i ich zamkną to wam będzie lepiej, wasz węgiel będą kupować”. Jeśli nawet by tak było, to należy mieć pretensje jedynie do rządu, że dziadowskimi zabiegami chce łatać dziury i stwarza sytuację, w której rywalami jednych górników mają być inni górnicy, ale broń Boże nie rząd i „pracodawcy”.

Nawet jeśli obecny kryzys jakoś szczęśliwie się rozwiąże, to nawet na krok nie poprawi sytuacji górników. Pozostajemy przy oparciu górnictwa o realnie coraz niższe płace, żeby konkurować z dumpingiem energetycznym, oraz mówieniu górnikom, żeby byli odpowiedzialni i niezbyt pazerni, a wtedy utrzymamy kopalnie. To muszą zakwestionować związkowcy. Podziękować za marzenia, zażądać bezpieczeństwa, planów i gwarancji, że pracownicy nie zostaną na lodzie. Zażądać pełnej interwencji państwa i długoletnich rządowych programów nawet za cenę, że ktoś nam zarzuci powrót do centralnego planowania, My tego nie tylko chcemy – my bez tego nie przetrwamy nie trzydziestu lat, ale nawet najbliższych kilku.

Jarosław Niemiec

Między Jezusem, Marksem i Gają (2005)

Między Jezusem, Marksem i Gają (2005)

Przy okazji śmierci Jana Pawła II i typowania jego następcy pojawiły się w polskich mediach wzmianki o rzadko przywoływanym przez nie zjawisku – teologii wyzwolenia. Związane one były z prezentowanymi przez niektórych południowoamerykańskich kandydatów na głowę Kościoła poglądami, a także z dyskusjami o „postępowości” i „społecznym zaangażowaniu” współczesnego katolicyzmu. Temat ten znikł z mediów równie nagle jak się w nich pojawił – warto jednak nieco uważniej przyjrzeć się teologii wyzwolenia.

I. Kontekst społeczny, polityczny i ekonomiczny

Teologia wyzwolenia (TW), czyli ruch Kościoła zaangażowanego społecznie, narodziła się w Ameryce Łacińskiej w rewolucyjnej dekadzie lat 60. i 70., w konkretnej rzeczywistości społeczno-politycznej.

Globalnym tłem politycznym TW jest Zimna Wojna między blokami zachodnim i sowieckim. W styczniu 1949 r. Harry S. Truman w swej prezydenckiej mowie inauguracyjnej wprowadza pojęcie „rozwój”. Zauważa, że 2/3 planety to „obszary niedorozwoju” i deklaruje, iż „dawny imperializm – eksploatacja dla zysku podmiotów zagranicznych nie ma miejsca w naszych planach” oraz zapowiada nowy „program rozwoju opartego na koncepcji demokratycznego i sprawiedliwego traktowania”. Odtąd USA inwestują w zwalczanie „niedorozwoju” poprzez szkolenie kadr i wielkie programy, takie jak np. „Sojusz dla Postępu” J. F. Kennedy’ego dla Ameryki Łacińskiej. Dzięki zastrzykowi technologii i inwestycjom każdy kraj mógłby – wedle teorii „rozwojowego skoku” – powtórzyć drogę lidera rozwoju, USA, w trybie przyspieszonym. ZSRR podejmuje rzuconą rękawicę i jak zauważa Wolfgang Sachs, „rozwój przez ponad 40 lat był bronią w rywalizacji między systemami”.

Ani Korpus Pokoju, ani Bank Światowy nie spełniły w Ameryce Płd. obietnicy zaprowadzenia „dobrobytu dzięki rozwojowi”. Na początku lat 60. Komisja Ekonomiczna ONZ dla Ameryki Łacińskiej (CEPAL) dokonała podsumowania dekady programów rozwojowych. Eksperci wypunktowali: rozrost obszarów ubóstwa, eskalację wyzysku, brak reform strukturalnych (zwłaszcza reformy rolnej), powiększenie dystansu między krajami „rozwiniętymi” i „rozwijającymi się”. Andre Gunder Frank diagnozował: „Niedorozwój nie jest konsekwencją przeżytków instytucji archaicznych ani braku kapitału w regionach oddalonych od głównego nurtu historii świata, lecz wręcz przeciwnie, niedorozwój był i jest stwarzany przez ten sam proces historyczny, który rodzi rozwój ekonomiczny kapitalizmu”. Powstają różne odmiany tzw. teorii zależności, akcentujące strukturalny charakter „niedorozwoju” (podział „centrum – peryferie”). Ekonomiści zauważają, że państwa produkujące surowce pierwotne, zwiększając eksport, jednocześnie w większym stopniu intensyfikują import dóbr przetworzonych, uzależniając się od niego, co prowadzi do redukcji zysków.

Okres powojenny w głównych krajach Ameryki Płd. to epoka rządów populistycznych, które uwiedzione obietnicą Trumana dokonują nieudanych „skoków” w stronę rozwoju, aby w latach 60. skorzystać ze strategii gospodarczych CEPAL-u, który proponował industrializację jako sposób na zastępowanie importu. Niektórzy autorzy teorii zależności opowiadali się za bardziej radykalnymi rozwiązaniami – wspomniany Frank za rewolucją socjalistyczną, Samir Amin za „wyłączeniem się” z globalnego systemu produkcji.

Teoria zależności miała znaczny wpływ na przemyślenia twórców teologii wyzwolenia. Również populizm był ważnym zjawiskiem, które miało wpływ na kontekst, w jakim powstała TW. Jak ocenia J. Libano, „populizm stworzył dialektykę oczekiwań i żądań”. Oczekiwania rosły jednak szybciej niż „zdobycze społeczne”, prowadząc do niezadowolenia. W przypadku Brazylii w okresie populizmu rozkwitło życie obywatelskie, ruchy społeczne, związki zawodowe – tworząc bazę instytucjonalną dla przyszłego rozwoju ruchu TW.

Teologia wyzwolenia ma swoich symbolicznych rodziców. Na miano matki zasługuje, według M. Löwy’ego i innych autorów, Rewolucja Kubańska z 1959 r. Jej przywódcy, Castro i Guevara, odwoływali się do specyfiki i kontynentalnej świadomości latynoamerykańskiej, stwarzali nadzieje na „rdzenny” marksizm, niezależny od Moskwy. Konsekwencją tej rewolucji było pojawienie się radykalnych ruchów społecznych oraz partyzantek miejskich i wiejskich w wielu krajach Ameryki Płd. Mniej lub bardziej realne zagrożenie z ich strony i przyjazna wobec Kuby polityka rządów populistycznych, dostarczały pretekstu do zamachów stanu, z których najważniejszy w 1964 r. położył kres populistycznym rządom J. Goularta w Brazylii. Władzę w tym kraju przejęli wojskowi, którzy krwawo rozprawili się z działaczami lewicy. Kościół jednak nie był obojętny wobec poczynań państwowego aparatu przemocy i przyjął rolę parasola ochronnego dla działaczy ruchu oporu. Jako że guerilla marksistowska została utopiona we krwi, Kościół stał się jedynym punktem oporu wobec dyktatury.

II. Kontekst doktrynalny

Z Rewolucją Kubańską (1959) i zamachem stanu w Brazylii (1964) zbiegło się szczególne wydarzenie w łonie Kościoła katolickiego. Za symbolicznego ojca TW uznaje się trwający w latach 1962–1965 Sobór Watykański II, określany jako „otwarcie Kościoła na znaki czasu”. J. Libano określił ten sobór jako „prawdziwą rewolucję kopernikańską”, dzięki której „człowiek przestał być obiektem świata i stał się jego podmiotem”. Kościół otwiera się na „Ciało Boże”, co oznacza pewne ograniczenie roli kleru i przyznanie głosu laikatowi. W ramach Soboru pojawiają się debaty na temat celibatu, rozwodów, punktów wspólnych z marksizmem. Warto wspomnieć o międzynarodowej grupie roboczej, poświęconej problemom Trzeciego Świata, w której główną rolę odgrywał kardynał Helder Cámara, brazylijski rzecznik katolicyzmu społecznie zaangażowanego.

Decydującą rolę w otwarciu Kościoła na problematykę społeczną odegrał papież Jan XXIII i jego encykliki Mater et magistra i Pacem in terris. W swym posłaniu z 11.09.1962 r. papież ten pisał: „Wobec biednych Kościół ukazuje się takim jakim jest, Kościołem wszystkich, szczególnie Kościołem biednych”. Nawiązując do tych znamiennych słów, duchowni latynoamerykańscy zaczęli tworzyć „Kościół Biednych”. Kolejnym ważnym dziedzictwem Soboru jest konstytucja duszpasterska Gaudium et spes, która zaleca metodologię „patrz, sądź i działaj”. Teolodzy z Ameryki Płd. interpretują to jako wezwanie do krytycznej oceny sytuacji społecznej oraz podejmowania działań reformatorskich. Sobór Watykański II wytworzył klimat „fali ewangelizacyjnej”. Jak wspomina J. Libano, „wracając z Soboru, wielu biskupów zostawiało swe pałace, zakonnice i zakonnicy opuszczali zamożne i wielkie zgromadzenia, przeprowadzając się do biednych obszarów wielkomiejskich peryferii i stref wiejskich”.

Papież Paweł VI dał się poznać jako kontynuator linii Jana XXIII, szczególnie zainteresowany był „kontynentem nadziei” – Ameryką Łacińską. Jego encyklika Populorum progressio wsparła narodziny TW na Konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej CELAM w Medellin w roku 1968. Konferencja ta rozszerzyła zadanie chrześcijańskiego wyzwolenia od grzechu także na społeczną działalność człowieka, przyjmując istnienie „grzechów strukturalnych”. Konferencja CELAM w Puebla w 1979 r. przynosi deklarację „opcji na biednych”, która była rezultatem kompromisu między kręgami konserwatywnymi Kościoła (nacisk na miłosierdzie i jałmużnę) i teologami społecznie zaangażowanymi (aktywny udział w walce o wyzwolenie biednych).

III. Na lokalnym gruncie

Tradycja społecznie zaangażowanego chrześcijaństwa europejskiego, szczególnie silna we Francji i Belgii (ruch księży-robotników, personalistyczny kooperatyzm Mouniera), miała wpływ na „otwarcie społeczne” w czasie Soboru Watykańskiego II. Podobna tradycja istniała również w Ameryce Płd. W Brazylii od 1950 r. istniał ruch Chrześcijańska Młodzież Uniwersytecka (JUC), inspirowany Mounierem i Lebretem, poszukujący „świadomości transformującej struktury społeczne” i „ideału historycznego chrześcijanina”. Jako że idee te zalecają analizę konkretnej sytuacji społeczno-politycznej, w 1960 r. członkowie JUC publikują dokument, w którym stwierdzają, iż „kapitalizm zasługuje na potępienie z punktu widzenia świadomości chrześcijańskiej”. W Brazylii działał również Ruch Edukacji Bazy (MEB), który inspirował się ideami „pedagogiki wyzwoleńczej” Paulo Freire (alfabetyzacja plus uświadomienie). Z połączenia tych ruchów, w 1962 r. powstaje Akcja Katolicka, która promuje reformę rolną oraz krytykuje kapitalizm i kolonializm – zostaje rozwiązana przez hierarchię kościelną. Tradycje tych ruchów kontynuuje jednak sieć Komitetów Eklezjalnych Bazy (CEB), czyli komitetów parafialnych, które pierwotnie organizowały wydarzenia stricte religijne (odmawianie różańca, pielgrzymki, procesje, obchody świąt patronów), lecz pod wpływem Akcji Katolickiej stopniowo zaczęły się angażować w walkę o poprawę sytuacji społecznej (akcje budowy szkół, punktów pomocy medycznej). Nastanie dyktatury prowadzi do radykalizacji CEB, które zaczynają walczyć przeciwko represjom. Warto jednak podkreślić, że CEB nigdy nie zrezygnowały z działalności typowo religijnej. Liczbę tych komitetów szacuje się na kilkadziesiąt tysięcy, a ich członków na kilka milionów osób.

To właśnie Brazylia jest krajem, w którym ruch TW osiągnął największe rozmiary i aż do końca lat 70. był główną siłą w Episkopacie Brazylii. Czasopismo „Teologia i Wyzwolenie” i oficyna wydawnicza braci Boff „Głosy” (Vozes) stały się najprężniej działającymi i najbardziej prestiżowymi instytucjami teologicznymi w kraju. Michael Löwy wskazuje wyjątkowe czynniki, które przesądziły o sukcesie TW w Brazylii: silne związki kulturowe z Francją (napływ misjonarzy z Francji, kraju z tradycją społecznego zaangażowania Kościoła) i mądra strategia członków ruchu – unikanie konfrontacji z hierarchami kościelnymi (taki błąd popełnił argentyński odłam ruchu).

IV. Kilka uwag definicyjnych

Niektórzy autorzy dokonują rozróżnienia między TW a ruchem „chrześcijaństwa wyzwoleńczego”. Mianem TW określają tylko awangardę szerokiego ruchu chrześcijaństwa wyzwoleńczego – zaangażowanych duchownych i intelektualistów, tworzących refleksję teologiczną w oparciu o własne praxis w ramach ruchu. Ruch chrześcijaństwa wyzwoleńczego jest więc pierwotny wobec TW. Jednak określenie „teologia wyzwolenia” w odniesieniu do całego ruchu społecznie zaangażowanych chrześcijan w Ameryce Płd. ma swoje logiczne uzasadnienie, gdyż pozostaje w zgodzie z egalitaryzmem samych teologów. Potężnym instrumentem walki jest wedle nich lektura i dyskusja wspólnotowa – zatem nie tylko wykształcony zakonnik, ale i bosy członek dyskusyjnego koła biblijnego jest teologiem.

TW nie jest ruchem, który ogranicza się do Kościoła katolickiego. Istnieje teologia wyzwolenia rozumiana także jako refleksja teologiczna oraz ruch społeczny w ramach tradycyjnych kościołów protestanckich. Jest to istotne zastrzeżenie, gdyż liczba protestantów w Ameryce Płd. wskutek aktywnej polityki misyjnej wzrosła z zaledwie 7 tys. w 1900 r. do 30 milionów w 1990 r.

TW wpisuje się w nurt teologii liberalnych XX w., które zrywają z tradycją scholastyczną badania relacji pomiędzy dogmatami wiary. Wśród najważniejszych jej twórców warto wymienić Gustavo Gutiérreza, Hugo Assmana, Leonardo i Clodovisa Boff, Pedro Casaldáligę. Publikacje Brazylijczyka Hugo Assmana (1970) i Peruwiańczyka Gustavo Gutiérreza (1971) uznaje się za pierwsze systematyczne wykładnie TW. Niemal wszyscy czołowi twórcy TW odbyli studia teologiczne na uczelniach europejskich, a część z nich to Europejczycy wysłani na misje do Ameryki Łacińskiej.

Jak stwierdza Leonardo Boff, TW jest owocem „utopijnej i demaskatorskiej lektury Ewangelii”, będącej próbą odpowiedzi na pytanie „Jak w świecie nędzarzy głosić, że Bóg jest życiem i pokojem?” oraz refleksją teologiczną płynącą z doświadczenia życia „między Bogiem, ubogimi i nędzarzami”. Istnieją ważne różnice między teologami wyzwolenia, jednak wspólnym czynnikiem wydaje się obranie „opcji na biednych” i przeciwstawienie się „opcji na Cezara”. Jak pisze J. Vigil, opcja na biednych ma swój wymiar polityczny, etyczny i religijny, zakłada „zmianę miejsca fizycznego i społecznego”, „wcielenie i identyfikację – żyć jak biedny wśród biednych, przyjęcie na własny bark przeznaczenia biednych wraz z ryzykiem śmierci przedwczesnej i niesprawiedliwej”. Aby przyjęcie takiej opcji stało się prawdziwym „historycznym praxis wyzwolenia”, należy wyzbyć się „paternalistycznego stosunku do biednych”. Chcąc tworzyć TW, trzeba przyjąć jako punkt wyjścia refleksji teologicznej aktywne zaangażowanie w wyzwolenie biednych i zwalczanie niesprawiedliwości.

V. Doktryna teologii wyzwolenia

Czym jest dla TW „wyzwolenie”? W fundamentalnym dziele Gutiérreza znajdujemy taką definicję: „rewolucja społeczna która radykalnie i jakościowo zmieni warunki, w jakich żyją obecnie ubodzy”. Chodzi o wyzwolenie „ze wszystkich form wyzysku, możliwość życia bardziej ludzkiego i bardziej godnego, stworzenie nowego człowieka poprzez walkę”. Gutiérrez przeciwstawia wyzwolenie – rozwojowi. Rozwój ogranicza się do poprawy warunków życia, wyzwolenie ma uczynić z człowieka podmiot swego przeznaczenia. Twórcy TW pragną dostrzec integralność ludzkiego bytu w przypadku ubogich, sprzeciwiając się redukcjonizmowi teorii rozwoju i licznych lewicowych krytyków „niedorozwoju”. Krytykują traktowanie biednych jako have-nots, czyli jednostek, które są definiowane poprzez swe braki. Jak pisze L. Boff, „biedny ma kulturę, zdolność do pracy, współpracy, organizacji i walki”, przeto może stać się podmiotem własnego wyzwolenia.

Boff w niedawno udzielonym wywiadzie dystansował się od tych osób w Kościele, które krytykują biedę z pozycji abstrakcyjnych, takich jak „godność ludzka”. TW przeciwstawia im konkretne działania – teoria musi być poddawana ciągłemu egzaminowi z praktyki i zdatna do zastosowania w konkretnej sytuacji społecznej, historycznie zdeterminowanej. Nazywany niekiedy „ojcem teologii wyzwolenia”, G. Gutiérrez uznał, że to nie wiara powinna kwestionować praxis, lecz praxis powinna kwestionować wiarę. Takie podejście spotkało się z ostrą krytyką Watykanu – kardynał Ratzinger stwierdził, że jest to „instrumentalne poddawanie wiary osądowi jedynej praktyki, jaką uznają za uprawnioną”, a L. Mateo Seco w swej krytyce TW oskarża jej twórców o posługiwanie się „produktywistyczną koncepcją prawdy”.

Michael Löwy wyróżnił 7 najważniejszych idei TW:

1. Chrześcijaństwo i Bóg będący Życiem nie odnajdują swego wroga w ateizmie, lecz w „fałszywych bożkach” śmierci, jakimi są deifikowane Mammon, Rynek, Państwo, Bezpieczeństwo Narodowe czy Cywilizacja Chrześcijańska Zachodu.

2. Wyzwolenie historyczne jako antycypacja zbawienia ostatecznego w Chrystusie – Królestwa Bożego.

3. Krytyka tradycji dualistycznej jako dziedzictwa Grecji i filozofii platońskiej, obcej tradycji biblijnej, w której historia Boża i ludzka są nierozdzielne. Sprzeciw wobec dualizmów obecnych w chrześcijaństwie: teoria – praktyka, sacrum – profanum, ciało – dusza, mężczyzna – kobieta…

4. Nowa lektura Biblii, szczególnie istotna nowa interpretacja Księgi Wyjścia, uznanej za paradygmatyczny archetyp walki o wyzwolenie ludu zniewolonego. W ujęciu Gutiérreza biedni Ameryki Płd. są na wygnaniu we własnej ziemi, zdominowanej przez obcy kapitał i posiadaczy ziemskich.

5. Kategoryczne potępienie moralne kapitalizmu jako „grzechu strukturalnego”.

6. Korzystanie z marksizmu jako instrumentu analizy społecznej.

7. Życie wspólnotowe, doświadczenie wiary wspólnotowej i solidarnej jako alternatywa kulturowa dla zindywidualizowanej religii.

Opowiedzenie się TW po stronie wspólnotowości zbiega się z radykalną krytyką indywidualizmu. Gustavo Gutiérrez w swej sztandarowej pozycji „Beber en su propio pozo” stanowczo sprzeciwia się „prywatyzacji duchowości”, czyli „rozwojowi cnót i zdolności, które mają niewielki lub żaden związek ze światem zewnętrznym”. W innym miejscu zaznacza, że „indywidualizm i duchowość ramię w ramię zubożają, a nawet deformują znaczenie tego, co oznacza naśladowanie Chrystusa”.

VI. Marksizm i/kontra chrześcijaństwo

Czy można być chrześcijaninem i marksistą? Wedle dekretów Kongregacji Doktryny Wiary podpisanych przez Josepha Ratzingera, stanowiska te są ontologicznie sprzeczne. Pius XII na początku Zimnej Wojny nawet ekskomunikował marksizm. Jednak istnieją także pewne podobieństwa między chrześcijaństwem i marksizmem. Nawiązując do terminologii Karla Mannheima, chrześcijaństwo ma swój aspekt ideologiczny (usprawiedliwianie istniejącego porządku), a także utopijny (projekcja innej przyszłości), pozostające w zależności dialektycznej. Sam Marks czasem używał języka religijnego, np. określając kapitalizm „bogiem pogańskim, który chce pić nektar wyłącznie z czaszek zmarłych”, co stanowi prefigurację idei rozwiniętej przez TW. Antonio Gramsci natomiast przezwyciężył „ekonomicystyczną” perspektywę Marksa i stworzył typologie różnych rodzajów wiary (liberalna, fundamentalistyczna, burżuazyjna itp.), do której nawiązał Gutiérrez proponujący „wiarę latynoamerykańską” jako szczególny typ wiary. Związany z marksizmem filozof Ernst Bloch zaproponował heterodoksyjną interpretację Biblii, tzw. biblia pauperum, która stawia czytelnika przed rozłącznym wyborem: aut Ceasar aut Christus.

TW zainspirowana była jednak nie klasycznym marksizmem, lecz zachodnim neomarksizmem (Bloch, Althusser, Marcuse, Lukács, Gramsci, H. Lefebvre, L. Goldmann, E. Mandel), a przede wszystkim „rdzennymi” marksistami Latynoameryki. Peruwiańczyk José Carlos Mariátegui, marksista heterodoksyjny okresu międzywojennego o odcieniu neoromantycznym, potępiony przez sowiecką ortodoksję, stanowi wielką inspirację Gutiérreza. Mariátegui głosił, iż „siła rewolucjonistów nie zasadza się na nauce, lecz tkwi w wierze, pasji i ich woli”. Był on autorem koncepcji „komunizmu Inków”: „Powinniśmy stworzyć odpowiadający naszej własnej rzeczywistości i naszemu językowi socjalizm indo-amerykański”.

M. Löwy wskazał sześć punktów zbieżnych między marksizmem i chrześcijaństwem:

1. Krytyka jednostki jako fundamentu etyki, wiara w wartości transcendentne wobec jednostek.

2. Uznanie biednych za ofiary niesprawiedliwości.

3. Uniwersalizm – substancjalna jedność rodzaju ludzkiego ponad etnicznymi i religijnymi partykularyzmami.

4. Wspólnota jako alternatywa dla alienacji i rywalizacji.

5. Krytyka kapitalizmu z perspektywy dobra wspólnego.

6. Nadzieja na przyszłe królestwo sprawiedliwości, wolności, pokoju i braterstwa.

Clodovis Boff wyróżnił natomiast cztery cechy marksizmu, które mogły mieć wpływ na rozwój TW:
1. Jest jedną z nielicznych teorii i praktyk tworzonych z perspektywy uciskanych.

2. Wyjaśnia społeczeństwo w jego całości.

3. Jest teorią zorientowaną na działanie i wymaga zgodności idei z praktyką.

4. „Utopijny wymiar marksizmu w najlepszym znaczeniu tego terminu”.

Hugo Asman uznaje marksizm za najlepszą współczesną teorię społeczną, ale zaznacza, że istnieją sprawy fundamentalne dla ludzkiej egzystencji, o których marksizm nie ma nic ważnego do powiedzenia i przyjmuje, iż chrześcijaństwo potrafi uzupełnić marksizm w tych właśnie aspektach (np. problem śmierci jednostkowej jako najwyższej formy alienacji). Większość teologów wyzwolenia odrzucała jednak etykietkę marksisty – na gruncie języka hiszpańskiego istnieje nawet specjalny termin marxianos, którym określa się myślicieli używających „narzędzi” marksizmu, ale nie przyjmujących marksizmu jako wiary.

VII. Praxis ruchu

Teologowie wyzwolenia brali udział w walce o społeczne wyzwolenie – część z nich pozostała wierna zasadzie niestosowania przemocy, inni natomiast poszli śladem księdza Camilo Torresa, słynnego uczestnika kolumbijskiej guerilli, zamordowanego w 1966 r., przed powstaniem ruchu TW. W Chile w czasie rządów Allende został powołany ruch Chrześcijanie na rzecz Socjalizmu, skupiający znaczną część tamtejszego kleru. Przypadki udziału ruchu w wojnie w Salwadorze i Nikaragui w latach 80. są szczególnie skomplikowane. W tejże dekadzie ruch TW został określony przez administrację Ronalda Reagana jako „zagrożenie, które musi napotkać aktywną przeciwwagę”. Tak w pierwszej deklaracji z Santa Fe z 1980 r. (rząd Reagana), jak i w drugiej, z 1988 r. (kadencja Busha seniora), pojawia się slogan o teologach wyzwolenia jako sowieckich agentach przebranych w habity. Casus Nikaragui jest szczególnie bolesny, gdyż część księży i wiernych zaangażowało się w walkę po obu stronach konfliktu. Strategią marksistowskiego Sandinowskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FSLN) było przyjmowanie w swe szeregi chrześcijan bez nawracania ich na marksizm. W rewolucyjnym rządzie Nikaragui teki ministerialne przyjęło kilku duchownych, którzy zostali za to potępieni przez Jana Pawła II.

W ruchu TW szczególnie istotną rolę odegrali męczennicy. Gutiérrez tak oto określa znaczenie męczenników dla konsolidacji ruchu: „Wedle najdawniejszej tradycji chrześcijańskiej, krew męczenników daje życie wspólnocie eklezjastycznej, zgromadzeniu uczniów Chrystusa. To jest właśnie przypadek Ameryki Łacińskiej”. Pewnym archetypem męczennika jest arcybiskup Salwadoru Oscar Romero, duchowny w młodości związany z kręgami konserwatywnymi Kościoła, który obserwując dokonywane przez wojsko morderstwa zaangażowanych kapłanów, coraz bardziej radykalnie domagał się powstrzymania przemocy i ukarania sprawców, bezskutecznie apelował do Jana Pawła II o potępienie salwadorskiego reżimu. Romero został zamordowany przez wojskowych w 1980 r. w czasie odprawiania mszy. 10 lat później został zamordowany wybitny teolog Ignacio Ellacuria – będący mediatorem w konflikcie – wraz z grupą jezuitów i zakonnic, w budynku uniwersytetu Salwadoru.

W Ekwadorze biskup Leonidas Proaño i kontynuator jego dzieła po śmierci w 1988 r., biskup Victor Corral, znacząco wpłynęli na proces samoorganizacji ruchu Indian Keczua. Corral był także czołową postacią dwutygodniowej rebelii, która w 1994 r. doprowadziła do wycofania neoliberalnego prawa ziemskiego, przyznającego silne gwarancje własności prywatnej, poddającego rolnictwo wyłącznie logice rynku i dopuszczającego prywatyzację wody. Również z ruchem TW związany jest biskup Samuel Ruiz, który w meksykańskim stanie Chiapas stworzył sieć blisko 8000 lokalnych katechetów i 2000 „komitetów bazowych”, dających schronienie dla uciekinierów z ogarniętej wojną domową Gwatemali. Choć nie promował walki zbrojnej, był odpowiedzialny za uświadomienie rdzennej ludności, co na pewno miało wpływ na wybuch powstania zapatystów w 1994 r. Podjął się także mediacji z rządem Meksyku.

W Brazylii działa najprężniejsza sieć komitetów związanych z TW, istnieją struktury podejmujące działania gospodarcze, takie jak tworzenie przy użyciu skromnego kapitału spółdzielni zatrudniających jak najwięcej osób, działa też samopomoc wspólnotowa przy budowie domostw. Komitety prowadzą mobilizacje przeciwko dużym i szkodliwym projektom inwestycyjnym, takim jak np. tamy na rzekach – co ciekawe, dawniej protestowano wyłącznie ze względu na szkody, jakie inwestycja może przynieść biednym, dziś odwołują się w równym stopniu także do argumentów ekologicznych, w myśl książki Leonarda Boffa identyfikując krzyk biednych z krzykiem Ziemi. Teolodzy Leonardo Boff i Pedro Casaldalagia założyli Duszpasterską Komisję Ziemi, stanowiącą „parasol ochronny” dla Ruchu Chłopów Bez Ziemi, propagując reformę rolną. Inną instytucją związaną z ruchem TW jest Komisja Rdzennych Misjonarzy, biorąca w obronę rdzenną ludność Brazylii, nagłaśniając i krytykując mordy dokonane na liderach tej ludności, chroniąc ich kulturę i zwalczając szkodliwe projekty typu Strefa Wolnego Handlu Obu Ameryk.

VIII. Teologia wyzwolenia a Watykan

G. Guttieréz w swej pracy mało uwagi poświęca zmianom w strukturze Kościoła, uznając, że zaprowadzając zmiany w świecie zewnętrznym Kościół siłą rzeczy zmieni się. Z kolei Leonardo Boff walczy o Kościół, który powróci do ducha Soboru Watykańskiego II, o Kościół „wolny od strachu przed kobietami, laikatem i Trzecim Światem”.

Jan Paweł II w liście do Konferencji Episkopatu Brazylii (9 IV 1986), który obudził duże nadzieje w Ameryce Łacińskiej, stwierdził, że „teologia wyzwolenia, zakorzeniona w żywej i stałej tradycji Magisterium Kościoła, jest nie tylko właściwa, ale użyteczna i konieczna”. Z drugiej strony, Jan Paweł II przyznawał ważne stanowiska konserwatywnym duchownym, wrogim TW. Joseph Ratzinger jako szef Kongregacji ds. Doktryny Wiary konsekwentnie krytykował TW, pozostając wiernym opinii wyrażonej w dekrecie z 1981 r.: „Koncepcja Chrystusa jako polityka, rewolucjonisty, wywrotowca z Nazaretu, nie jest zgodna z katechezą Kościoła”.

Za swą opublikowaną w 1984 r. książkę „Kościół: Władza i Charyzma” Leonardo Boff został ukarany przez Watykan rocznym zakazem nauczania, a w 1992 r. zdecydował się porzucić habit, aby móc korzystać ze swobody wypowiedzi. Również Gutiérrez i – według różnych źródeł – od 140 do 500 teologów wyzwolenia zostało w różny sposób skarconych przez Watykan.

IX. Perspektywy teologii wyzwolenia

Po upadku bloku sowieckiego pojawiły się głosy o zmierzchu TW. L. Boff zareagował na te opinie potępiając reżim sowiecki za „grzech strukturalny mordów na wołających o wolność” i argumentował, że socjalizm radziecki nigdy nie był wzorcem dla teologów z Ameryki Łacińskiej. Problem stanowi na pewno przyjaźń niektórych przedstawicieli TW z Fidelem Castro i dwuznaczne dziedzictwo zaangażowania TW w reżim sandinistów.

Przy okazji wyboru nowego papieża pojawiły się ciekawe opinie o przyszłości TW. Kardynał z Hondurasu, Rodríguez Maradiaga, uznawany za jednego z faworytów sfer liberalnych Kościoła na urząd papieski, tak określił perspektywy TW: „Skończyła się pewna teologia wyzwolenia dwuznaczna, oparta na marksistowskiej analizie rzeczywistości. Lecz żyje inna [TW], ponieważ bez sprawiedliwości nie ma pokoju. I w całej Latynoameryce jest mnóstwo świeckich zaangażowanych we wspólnoty bazowe, które są naszą siłą ewangelizacyjną”.

Od jakiegoś czasu widoczny jest nowy trend w łonie TW – marksizm staje się bardziej stonowany, a rozwija się refleksja ekologiczna. Szczególnie widać to w dorobku Leonardo Boffa, który w ostatniej dekadzie napisał kilka książek poświęconych ekologii i etyce środowiskowej; w podobnym kierunku podąża także Enrique Dussel. Boff w swej książce „Ekologia: krzyk biednych – krzyk Ziemi” akceptuje hipotezę Gai autorstwa Jamesa Lovelocka i potępia grzech antropocentryzmu. Jego zdaniem, nastała godzina spotkania ekologii i TW. Te dwa prądy łączy wspólny wróg, którym jest logika „akumulacji i organizacji społecznej”, uznająca środki ze cele i stosująca przeciwko biednym „agresję ekologiczną”. Wspólne jest wołanie o podporządkowanie tychże środków nadrzędnemu celowi, jakim jest dobra kondycja Ziemi.

Boff stwierdza, iż „najbardziej zagrożonym bytem stworzenia nie są wieloryby, lecz biedni”. Krytykuje jednak koncepcje „zrównoważonego rozwoju”, uznając, iż „możliwy do zaakceptowania jest jedynie rozwój jakościowy i nielinearny” i nazywając „wielką pomyłką” wiarę w możliwość pogodzenia rozwoju gospodarczego z równowagą ekosystemów. Prezentuje nową wizję utopijną, którą jest „biokracja” lub „demokracja socjokosmiczna” – „demokracja, która jest skoncentrowana na życiu, która wychodzi od życia ludzkiego najbardziej poniżonego, która uwzględnia elementy przyrody, takie jak góry, rośliny, rzeki, zwierzęta, atmosferę, krajobrazy, jako nowych obywateli uczestniczących w ludzkiej uczcie i ludzi jako uczestników wielkiej uczty kosmicznej”.

Teologia wyzwolenia jest propozycją bardziej radykalnej krytyki kapitalizmu niż ideologia europejskiej lewicy – kwestionuje bowiem samą wiarę w postęp. Zasługą latynoskich teologów jest przywrócenie Ewangelii w obszar idei i działań politycznych oraz przypomnienie, że uciekając od ziemskich bolączek nie dostąpimy niebios.

Piotr Bielski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 24, wiosną 2005 r.

Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie

Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie

Bob był pracownikiem jednego z brytyjskich uniwersytetów. Pewnego razu zmienił się zarząd i ogłoszono, że teraz będą wdrażane bardzo potrzebne, projakościowe reformy, „w najlepszym interesie Uniwersytetu i całej społeczności lokalnej”. Zapewniono, że „bolesne zmiany kulturowe”, jakie będą miały miejsce, są niezbędnym „sprawdzianem naszej determinacji, by stać się naprawdę wyróżniającym się uniwersytetem światowej klasy”. Pierwszą zmianą w miejscu pracy Boba były elektroniczne bramki. Blokowały one dostęp pozostałym pracownikom do pomieszczeń, w których pracowali administratorzy. Bob dowiedział się, że można wejść na teren administracji, jeśli umówi się w konkretnej sprawie e-mailem, ale, generalnie, wszelkie sprawy administracyjne należy od teraz starać się załatwiać on-line. Miało to być ogromne uproszczenie, odbiurokratyzowanie, unowocześnienie i znaczący krok w kierunku efektywności pracy.

Pierwszym efektem było to, że Bob nie mógł już wpaść na pogawędkę do zaprzyjaźnionej doświadczonej administratorki, Bethany. Drugim było wypowiedzenie, które wpłynęło do kadr od Bethany, o czym dowiedział się od wspólnej znajomej. Spotkał się z Bethany w kawiarni, wręczył jej kwiaty, powiedział, że chce podziękować za tyle lat dobrej wspólnej pracy. Bethany wzruszyła się, powiedziała mu, że cieszy się, iż ktoś o tym pamięta. Opowiedziała mu, jak administratorzy zostali przeniesieni do wielkiej wspólnej hali, odcięci od kontaktu z pozostałymi pracownikami, zmuszeni do rejestrowania obecności i nawet wyskoczenie na kawę do pracowego bufetu było odhaczane i rejestrowane centralnie. „Ta praca była kiedyś moim domem”, powiedziała Bethany, ocierając łezkę z policzka, „a stała się elektronicznym więzieniem”.

Dla Boba wkrótce stało się jasne, że na tym właśnie polega wprowadzana reforma. Coraz więcej czasu poświęcał na wklepywanie różnych danych do tabelek według wyznaczonych twardych reguł. Pojęcia, które doskonale znał i kojarzył, bo pracował z nimi przez całe życie, takie jak ocena prac studenckich, rozliczenie projektu badawczego, przygotowanie programu zajęć – teraz zmieniły się nie do poznania, przybierając kształt zamkniętych, opisanych urzędowym językiem kategorii. Także oceny studentów musiał teraz wklepywać on-line, według takich samych schematów. Nie mógł dodać od siebie rad ani spostrzeżeń odbiegających od rygorystycznych kategorii. Studenci wysyłali do niego e-mailem anonimowe zapytania; często nie kojarzył nadawców osobiście ani oni jego. Domagali się właściwego „obsłużenia” – i tyle. Oczekiwali, że odpowie natychmiast, w dzień czy w nocy.

Jego kontakt z pracownikami administracji stał się równie anonimowy. Dostawał e-maile domagające się urzędowym, suchym językiem określonych działań w określonym terminie. Gdy sam wysyłał e-mail w jakieś administracyjnej sprawie, takiej jak prośba o radę w sprawie o zwrot kosztów konferencji czy zapytanie o warunki zatrudnienia doktoranta, jego korespondencja szła na „pool”, czyli odbierała ją osoba, która akurat w systemie pojawiała się, jako „wolna”. Za każdym razem musiał od początku tłumaczyć swoje sprawy. Nikt nie wykazywał już żadnego współczucia, nie przejawiał żadnej ludzkiej reakcji. Cała korespondencja odbywała się w formalnym sztywnym języku. Wielokrotnie mówiono mu, jak ważne jest to, by nie wykraczać poza te ramy – wszystkie komunikacje e-mailowe są dostępne dla odpowiednich instytucji uczelni. W przypadku zaskarżenia przez studenta np. o dyskryminację wszystko, cokolwiek pracownik napisał w swoim e-mailu, poddawane jest szczegółowemu śledztwu, a fragmenty przekazywane dalej do odpowiednich organów. Wszystkie e-maile, te do i od studentów, te do i od administratorów, do i od zarządzających, są adresowane imiennie. „Hi, Bob!”, pisze student, „czy sprawdziłeś już moją pracę?”. „Hi Bob!”, pisze dział kadr (HR), „wczoraj minął deadline drugiej tury anonimowego sprawdzania pracy. Przypominamy, jak ważne jest terminowe rozliczenie zaliczeń. Nie możemy dopuścić do tego, by studenci byli niezadowoleni. Prosimy o raportowanie jakichkolwiek problemów w trakcie postępu prac. Wyślij mi draft feedbacku, jaki wysyłasz studentom. Załączam proformę”. „Hi Bob!”, pisze Bill, dyrektor kadr, „w związku z brakiem obciążenia w twoim planie w lecie proponujemy, byś przeszedł na wcześniejszą emeryturę w maju”. Bob poszedł do związków zawodowych. Odszedł z pracy po swoim ostatnim urlopie, we wrześniu. Udział pracowników administracji w całkowitym zatrudnieniu uczelni Boba wynosi obecnie 67%.

Bethany i Bob, mniej lub bardziej dobrowolnie, odeszli z pracy, w której byli dobrzy i która była dla nich ważna. Jednak oboje wiedzieli, że nie musi tak być, bo pamiętali inne czasy i inne zasady. Wiele osób przyjmuje „elektroniczne więzienie” jako coś oczywistego, jedynie możliwego. Boguwłość pracuje w takim miejscu i nie widzi w tym nic dziwnego. Nie jest może szczęśliwa, ale daje radę. Nawet całkiem nieźle, gdyby nie ciągłe awarie a to nadgarstka, a to kręgosłupa, a to powracająca depresja. W wolnych chwilach Boguwłość jest mścicielką internetu. Twitter i Facebook to pola bitew, które nieustannie stacza z zacofaniem i miernotą. Atakuje, komentuje, zawstydza, szturmuje. Pod jej trafnymi komciami padają co dzień bastylie faszyzmu i ciemnoty. Byłaby rycerzem niezłomnym, gdyby nie to, że to określenie ma męskie końcówki, z którymi walczy i dotyczy czasów ciemnych, irracjonalnie romantycznych, nienaukowo bezrozumnych, którymi pogardza. W każdym jej spostowanym zdaniu jest precyzja i klarowność, rzucająca na kolana tłumy tępaków i idiotów. Wieczorami, przy drinku, Boguwłość szarżuje memami, spokojnie i rozważnie decyduje, kto jest spoko, a kto nie.

Gdy zmarł znany człowiek, przyłączyła się do komciów odsądzających go od czci, że opresyjny potwór, że ona jest jedną z jego ofiar. Nie była, w ogóle w życiu go nie spotkała. To był akurat poczciwy człowiek, przeżył życie nie powodując ofiar. Związany był jednak z instytucją, która w świecie Boguwłości jest bastionem zła i zacofania. To był człowiek, który miał w sobie czułość, której – to prawda – nie miało tak wielu ważnych ludzi z tej instytucji. Mówił jej językiem, ale mówił też często przeciwko niej. Wreszcie, był człowiekiem, był śmiertelny, właśnie umarł i różne ludzkie kultury nakazują godne pożegnanie zmarłego przynajmniej w tej jednej chwili. To rytuały refleksji i szacunku, osadzone bardzo głęboko w naszej świadomości. Antygona ginie, bo musi pochować zmarłego brata Polyneikesa: nie dlatego, że go podziwia, nie dlatego nawet, że był jej bratem – dlatego, że zmarłego pochować trzeba. To jest moment pokory i świadomości naszych granic, a także tradycyjny wzajemny obowiązek wobec siebie uczestników ludzkich społeczności. Nasza śmiertelność sprawia, że pojmujemy, iż jesteśmy w gruncie rzeczy równi sobie w obliczu śmierci. Wszyscy jesteśmy siostrami i braćmi, jak Polyneikes i jak Antygona, bo jesteśmy ludźmi, jesteśmy śmiertelni. W świecie Boguwłości nie ma jednak miejsca na rytuały refleksji. W nim śmiertelność istnieje wyłącznie jako wyrok – wielki, symboliczny, sprawiedliwy, jako coś, co jest karą, co się wymierza.

Boguwłość walczy z pewnym znanym reżyserem. Głosi, że jest potworem. Że powinien zostać ukarany śmiercią. I że tak powinien uważać każdy, bo to, co zrobił, jest straszne i było przestępstwem już wtedy, gdy to zrobił, a więc żadne pitolenie o kontekście (to znienawidzone słówko używane przez romantycznych oszołomów!) nie powinno w ogóle mieć miejsca. Jaki tam czas? Jakie warunki? Wszystko nieważne, ważna sprawiedliwość. Faktycznie reżyser zrobił coś strasznego, ale jednak Facebook nie jest sądem, zwłaszcza ostatecznym, a kontekst pozostaje kontekstem. Jeden z ulubionych bohaterów Boguwłości też został skazany prawomocnym wyrokiem za coś, co było w jego czasie przestępstwem. Akurat w tym przypadku było to podłe prawo. Jednak człowiek ów w kategoriach imaginarium moralnego, z którym identyfikuje się Boguwłość, też nie był aniołkiem. Dziś wiemy, że nie zasłużył sobie na karę, jaką poniósł. Wiemy też, że jeszcze potworniejszy, niż ten wyrok, ten sąd, ta kara, był wtedy tłum świętych i oburzonych wiktoriańskich moralistek i moralistów. Ich obrzydzenie, ich determinacja, ich święty płomień w oczach, które zniszczyły życie tego dobrego człowieka, jego żony i jego dzieci. On wyszedł z więzienia i nie napisał już nic z tego, co mógłby, umarł młodo i w biedzie. Rodzina biedowała na emigracji, żona marniała z rozpaczy, w końcu też przedwcześnie umarła; musieli zmienić nazwisko, bo świat nie dawał im spokoju. Świat wiedział, co jest dobre, a co złe. Świat sądził i wyrażał swoje sądy głośno. Miał moc, i to niezależnie od prawa i sądów, choć, w tym przypadku, zgodnie z nimi. Nie miał tylko jednej rzeczy do pełni doskonałości – internetu. A dziś ma.

W swojej najnowszej książce „The twittering machine” (komu ten tytuł kojarzy się z przejmującym obrazem Paula Klee z 1922 roku, ten ma całkowitą rację, to skojarzenie zamierzone) socjolog i dziennikarz Richard Seymour opisuje dramatyczny stan współczesnej kultury, wyjałowiony z wartości społecznych i uczuć wyższych przez masowe używanie tzw. mediów społecznościowych w późnokapitalistycznym kontekście. Ten kontekst sprawia, że stały się one platformą sfragmentaryzowanej komunikacji społecznej, kształtowanej na obraz i podobieństwo idealnie wolnego rynku, zdominowanej przez konkurencję, a jednocześnie będącą platformą bardzo uzależniającą, wzmacniającą narcyzm, uprawomocniającą komunikacyjną przemoc bez żadnych konsekwencji. Autor przytacza znaną trollowską maksymę: none of us is as cruel as all of us; nikt z nas nie jest taki okrutny, jak wszyscy z nas. Na internetowych formach i platformach, zwłaszcza pod osłoną anonimowości, ludzie są w stanie pokonać w sobie opory, które chronią przed traktowaniem innych okrutnie, a wspólne działanie wyzwala potężne moce. Seymour ostrzega przed interakcją z internetowymi trollami, ale ostrzega także przed moralizowaniem – to części tej samej spirali. W książce opisuje przykłady ludzkich tragedii: samobójstw, załamań, życiowych porażek, które spotkały osoby będące obiektem ataku internetowych trolli i moralistów.

Media społecznościowe dają poczucie mocy i sprawczości, a także poczucie moralnej wyższości. W efekcie stają się nieraz czymś w rodzaju linczującego tłumu, bez żadnych zahamowań, nawet fizycznych odruchów oporu czy choćby odrazy, które niejedną osobę powstrzymują od uczestniczenia w takich działaniach w materialnym świecie. Dynamika wymyka się bardzo szybko spod kontroli nawet w cywilizowanych poniekąd kręgach, między osobami dobrej woli i dobrych manier. Medium internetowej komunikacji w swojej kapitalistycznej krasie powoduje, że rozkręca się wymiana, której nikt z uczestników nie zamierzał rozpętać. Sama w czymś takim uczestniczyłam kilka dni temu – bardzo niemiła rozmowa na jednej z facebookowych stron rozszalała się z powodu zwykłego nieporozumienia. Jedna osoba myślała, że pisze jedno, a druga, że napisane jest coś zupełnie innego. Kwestia mogła rzeczywiście być czytana na te dwa sposoby. Każda ze stron miała na uwadze kontekst dla niej oczywisty. Tylko dobra wola obu stron i rozmowy poza forum sprawiły, że nieporozumienie dało się wyjaśnić. Nieprecyzyjne sformułowanie zostało przeredagowane na forum, a dynamika antypatii zatrzymana.

Jednak stało się tak za sprawą osób, które znały się fizycznie, poza internetem. Seymour opisuje przypadki bez takiego happy endu. Poleganie na komunikacji w sieci prowadzi prostą drogą do nihilizmu: „platformy wydestylowały ideę przewagi w doskonale abstrakcyjną metrykę uwagi i uznania”. Jest to efekt kombinacji kapitalizmu i jakiejś właściwości internetowych mediów. Ale jakiej? Skąd ona się wzięła?

Myślę, że wzięła się stąd, iż coś znacznie wcześniej z ludzkością poszło źle. Zaczęło się już dawno temu, przybierając postaci różnych dualizmów, takich jak manicheizm i pewne nurty chrześcijaństwa, zaprzeczające, jakoby cokolwiek dobrego mogło wiązać się z materią. Nabrało rozpędu w epoce Oświecenia, gdy człowiek stwierdził, że rozum istnieje niezależnie od ciała, jest wyższy i szlachetniejszy od niego i wszystkiego, co zeń pochodzi, czyli od ograniczeń, słabości, emocji. To, co pochodzi od rozumu, zostało uhonorowane jako wiedza, a to, co pochodzi od ciała zostało zdegradowane do pozycji nieracjonalności i niewiedzy. Zaczęto wierzyć, że rozum powinien zostać oderwany od świata odczuwania, że reakcje pochodzące z ciała są pośledniejsze, że są zakłóceniami czystego, prawdziwego myślenia. Wreszcie przyszła epoka internetu i postawiła sto kropek nad i. Ludzie ostatecznie uznali, że możliwe jest oderwanie się od materialnego świata i zachowują się tak, jakby stało się to faktem. Jednocześnie w szlachetnej sferze nauki, w tak zwanych poważnych mediach i odpowiedzialnej polityce, umacnia się redukcjonistyczny model w pełni racjonalnego rozumu. Wszystko, co jest poza nim, jest zabobonem, pseudonauką, populizmem.

A jednak ten „nieracjonalny” świat istnieje i przypomina o sobie. Boguwłość ciągle leczy się na jakieś problemy z kręgosłupem i nadgarstkiem, jej ciągły smutek wszak jest emocją, jakkolwiek naukowo by tego nie nazywała. Klimat się zmienia: płoną lasy, szaleją powodzie, wichury, ciągły nowoczesny postęp nie daje ludziom szczęścia, a planecie warunków do życia. Mamy racjonalną odpowiedź na wszystko, ale zgubiliśmy poczucie sensu. Wreszcie, żebyśmy nie wiem jak ględzili, że supermoce internetu, że algorytmy przyszłości, to świadomość poza ciałem na tej planecie nie istnieje. Wszyscy rodzimy się, jemy, śpimy, pracujemy. Wszyscy kiedyś umieramy. Jesteśmy ludźmi, nie rozumami wywalonymi w stratosferę. Wie o tym Bratomiła, która bardzo lubi internet i udziela się chętnie na facebooku (choć wykasowała jakiś czas temu konto na twitterze). Podobnie jak wiele organizacji alternatywnych, które badam, działających na granicach kapitalizmu lub poza nimi, Bratomiła stosuje zasadę sofy – nie pozwala, by ktokolwiek zachowywał się w jej facebookowej przestrzeni tak, jak nie zgodziłaby się pozwolić zachować gościowi siedzącemu na sofie u niej w domu. Ona też zachowuje się w taki sposób. A więc przede wszystkim nie zaprasza anonimów. Czasami zaprasza osoby, z którymi nie spotkała się w świecie fizycznym – wówczas, gdy ma nadzieję, że w ten sposób nawiąże kontakt i spotka się w niezbyt odległej przyszłości. Gdy to się nie udaje (a dzieje się tak dość często), Bratomiła kasuje taki kontakt. Natychmiast wyłącza się z wątków, które zaczynają mieć charakter trollingu. Po pocieszenie dzwoni do przyjaciółki, podobnie wtedy, gdy zależy jej, by ktoś ją pochwalił – nie próbuje uzyskać tego przez publiczny post chwały na facebooku. Facebook jest dla niej narzędziem komunikacji, plotkowiskiem, troszkę taką meta-gazetą, podpowiedzią, co gdzie przeczytać, co nowego, co modnego. Mój teren badawczy, organizacje alternatywne, ponadto korzystają zeń często jak z dobrego – bo darmowego – medium reklamy i informacji. Jedna z nich, szczególnie zaawansowana technologicznie, posiada własne niekapitalistyczne platformy i programy, a jednak korzysta z nich wyłącznie w sposób instrumentalny, do wykonania określonych zadań. Wtedy, gdy trzeba się naradzić, porozmawiać, spółdzielcy spotykają się przy stole, w fizycznej przestrzeni. Uważają to za jedną z fundamentalnych zasad, choć nie zawsze jest im z nią wygodnie, a sprawność podejmowania decyzji mocno cierpi.

W swojej najnowszej książce, „Revolutionary love”, aktywista, filozof i rabin Michael Lerner, pisze, że aby zaradzić kryzysom i zapobiec zbliżającym się milowymi susami katastrofom, ludzie powinni zrobić wszystko co mogą, by pielęgnować nasze człowieczeństwo, jego najczulszą stronę. Powinniśmy patrzeć sobie w oczy więcej, niż patrzymy na komcie w internecie. Lerner mówi o zagrożeniu, jakie dla człowieczeństwa niesie błędne redukcjonistyczne materialistyczne przekonanie, które stało się aksjomatem w cywilizacji kapitalizmu, a przybrało postać kultu w jego obecnej, neoliberalnej fazie. Nawołuje do budowania socjalizmu opartego na życzliwości i empatii. Media społecznościowe, twierdzi Lerner, same w sobie nie są złe, ale używane tak jak obecnie stały się częścią dynamiki okrucieństwa i przemocy, które ukryte są w opakowaniu racjonalnej komunikacji. Lerner uważa, że wielu tych reakcji by nie było, gdybyśmy stanęli fizycznie w jednym pomieszczeniu. Owszem, istnieją ludzie agresywni i wrodzy, ale nie wszyscy tacy jesteśmy. Bardzo potrzebne są nam rytuały refleksji, przywołujące świadomość wspólnego człowieczeństwa i wspólnych granic ludzkiego losu – dzięki nim okrucieństwo trzymane jest przez społeczności w ryzach braterstwa i siostrzeństwa.

Lerner jest zdania, że wiele zła, które emanuje z współczesnej kultury, wynika z samotności, izolacji, oddzielenia, wyobcowania. Do tego, by uzdrowić ludzkość z kultury strachu i przemocy konieczny jest kontakt twarzą w twarz, konieczne jest uznanie, że nasze uczucia, emocje są równie ważne i mądre, jak nasz rozum. To one od dawna mówią, krzyczą, ogłaszają prawdę: że lepiej jest pod drzewem nad jeziorem niż w zasmogowanym mieście pełnym błyszczących wieżowców. Że dobrze, ach jak dobrze, być pogłaskanym po ramieniu przez przyjaciela, kiedy jest nam smutno. Że e-mail od HR powoduje uczucie, jakby coś walnęło nas w mostek i uchodzi z płuc powietrze, gdy go otwieramy. Że moment, w którym zaczyna się internetowy lincz za coś, co napisaliśmy, wywołuje szaleństwo pulsu, pocenie się dłoni, mrowienie w okolicach żołądka. Że nos wbity w książkę daje coś w rodzaju rauszu, czego nie daje czoło w ekranie. Że po dziesięciu godzinach pracy zmęczenie jest jak grypa, nie ma miejsca nic, ukojenie daje tylko porządny, pachnący obiad. Nie wypowiedź mądrego pana o tym, że trzeba pracować, to osiągnie się sukces. Wreszcie, to one mówią nam, że nigdy nie poszlibyśmy do kina, ba, nie odpalilibyśmy na netfliksie czy jutubie, filmu „Dwunastu gniewnych ludzi na fejsie”.

prof. Monika Kostera

Józef Piłsudski: Strajki pod caratem (1904)

Józef Piłsudski: Strajki pod caratem (1904)

Gdy się mówi o strajkach, socjalista europejski natychmiast przedstawi sobie wszystkie akcesoria strajkowe, a więc związek zawodowy, który strajk uchwalił i nim kieruje; wyobraża sobie mniej lub więcej obfity zapas pieniężny, zebrany w kasie związku i w razie potrzeby zwiększający się przypływem funduszów z kas innych związków lub ze składek publicznych od towarzyszy, mieszkających nieraz w innym państwie, a nawet innych częściach świata; przekonany jest przy tym, że wiadomość o strajku może być natychmiast opublikowana we wszystkich pismach, że zatem pomoc, gdy ją kto zechce okazać, na czas zdąży i wpływ swój na przebieg strajku wywrze. Pod caratem o tych pięknych rzeczach nikt nie wie i strajki muszą się odbywać w całkiem innych warunkach.

Przede wszystkim więc o związkach zawodowych nie ma w całym państwie rosyjskim ani mowy. Wszystkie próby w tym kierunku czynione przez najrozmaitsze organizacje socjalistyczne, nie doprowadziły do dłuższego trwania szerszego nieco związku. Pochodzi to stąd, że niepodobna w Rosji utworzyć na dłuższy czas organizacji obejmującej zbyt szerokie koła ludzi. Organizacja taka z konieczności korzystać musi z materiału ludzkiego mało przygotowanego na próby, które każdego członka organizacji robotniczej czekają przy zetknięciu się z więzieniem i żandarmerią. Następnie trudno sobie wyobrazić związek zawodowy bez rachunków, jakiego takiego spisu członków, publicznej kontroli rachunkowej i temu podobnych rzeczy, które stanowią ogromny materiał śledczy dla policji i szpiegów. Skoro się nie ma związku zawodowego, nie ma też i kasy, nie ma zapasu gotówki na wypadek strajku.

Równie utrudnioną i prawie uniemożebnioną jest pomoc zewnętrzna. Już sama wiadomość o strajku w jakimkolwiek miejscu wobec zakazu drukowania o tym w pismach niełatwo się przedziera do innych miejscowości. Każdy Europejczyk z trudnością pojąć może takie stosunki, a jednak mieliśmy np. takie wypadki, że gdy w Białymstoku, odległym od Warszawy mniej więcej tak, jak Rzeszów od Krakowa, wybuchł strajk powszechny, w którym brało udział dwadzieścia kilka tysięcy ludzi, w Warszawie w kilka dni po rozpoczęciu strajku prawie nikt o nim nie wiedział. Jeśli nawet dzięki wypadkowi wieść o strajku prędko dojdzie i ludzie potrafią w krótkim czasie zebrać cokolwiek na strajkujących, to nie zawsze łatwo pomoc tę przesłać do odpowiednich rąk. Wreszcie niełatwo jest przy większym strajku podzielić zebrane pieniądze pomiędzy strajkujących, gdyż przy podziale łatwo natrafić na ludzi niepewnych, nawet agentów policyjnych, pracujących w fabrykach, i naraża się na aresztowanie i więzienie.

Widzimy więc, że strajkujący w Rosji są pozostawieni najzupełniej własnym siłom i liczyć mogą jedynie na siebie, a w najlepszym razie na pomoc najbliższego otoczenia. Cóż więc robią strajkujący? Odpowiedź łatwa. Przejadają oszczędności, zastawiają lub sprzedają wszystko, co mają w domu, głodzą się, otrzymując od czasu do czasu niewielką pomoc lub pożyczkę od któregoś ze znajomych robotników z innej fabryki lub warsztatu. Z tego położenia wynika, że w porównaniu z Europą strajki pod caratem trwać muszą znacznie krócej i w ten sposób robotnicy są pozbawieni najpoważniejszej rękojmi powodzenia strajku – możności walczenia przez czas jak najdłuższy.

Rzecz prosta, że w tych warunkach najtrudniej jest przeprowadzić i utrzymać strajk w dużej fabryce z setkami lub tysiącami uczestników, często nie znających się wzajemnie. W takich wypadkach strajkujący są najliteralniej na łasce własnych, bardzo szczupłych, zasobów i, naturalnie, przetrzymać długo nie mogą – strajki w większych fabrykach, trwające tydzień, należą do nadzwyczajnych wyjątków. Przeciwnie, strajki drobne, osobliwie w warsztatach rzemieślniczych, są najłatwiejsze do przeprowadzenia, tym bardziej, że w tym wypadku mogą być użyte wszelkie sposoby perswazji opornego „pracodawcy”. Szczególnie w większych ośrodkach przemysłowych, gdzie nie tylko o pomoc finansową łatwiej, lecz istnieje możność znalezienia chwilowego chociażby zarobku, strajki w warsztatach rzemieślniczych trwać mogą bardzo długo i w istocie trwały nieraz miesiąc i więcej.

Lecz poza strajkującymi robotnikami i mniej lub więcej opornymi „pracodawcami” istnieje jeszcze osoba trzecia – rząd z całym swym aparatem wojskowo-policyjnym. Ten, naturalnie, nie drzemie. Polityka rządowa w Rosji w ostatnich czasach, gdy rozwój ruchu robotniczego w całym państwie zatrważa carat zupełnie serio, jest skierowana ku temu, by w każdym sporze pomiędzy pracą a kapitałem umaczać ręce i w razie potrzeby wziąć na barki rządowe jego rozwiązanie. W wielu więc wypadkach rząd całkowicie zasłania sobą fabrykanta lub zarząd zakładu przemysłowego i robotnicy mają wówczas do czynienia jedynie z rządem i jego agentami.

Prawo rosyjskie obowiązuje fabrykanta zawiadamiać natychmiast inspektora fabrycznego o wszelkich nieporozumieniach pomiędzy nim a robotnikami. Inspektor zaś, który jakoby wyczuwać może nastrój wśród robotników, musi zawiadomić policję, ta zaś żandarmerię, o każdym nieporozumieniu grożącym strajkiem. Rola tych trzech władz jest rozmaita. Inspekcja fabryczna występuje jako pośrednik pomiędzy walczącymi stronami i stara się doprowadzić do pokojowego załatwienia sprawy. Policja jest powołana do pilnowania, by porządek publiczny nie został zakłócony, żandarmeria zaś ma za obowiązek wywęszyć, czy w danym wypadku nie działała jaka tajna organizacja oraz w razie znalezienia jej śladów musi ją wytropić i wyłapać. W poważniejszych wypadkach wszystkie te władze działają łącznie i pod prezydencją gubernatora dają inicjatywę do zastosowania poważniejszych środków – wojska i kozaków.

Tak wygląda interwencja władzy rządowej na papierze, lecz w rzeczywistości jest ona nieco inna. Przede wszystkim wyznać trzeba, że działa ona nadzwyczaj opieszałe i bodaj każdy strajk zastaje ją nieprzygotowaną do akcji. Składa się na to mnóstwo przyczyn, główną jednak jest niesłychane niedbalstwo, lenistwo i niezdolność do szybkich poruszeń, którymi to cechami odznacza się w ogóle czynownictwo moskiewskie. Do jakiego stopnia opieszałość ta jest posunięta, sądzić można z faktu, że registracja strajków w statystyce rządowych inspektorów fabrycznych grubo się różni od tejże registracji naszej partii, która przecież nie jest w stanie działać z dokładnością urzędową. Różnica ta jest tak wielka, że dla niektórych lat inspekcja fabryczna podaje dwa razy mniejszą liczbę strajków, niż to zostało skonstatowane przez partię na podstawie danych zasięgniętych od robotników. W ogromnej więc ilości wypadków strajki nie doprowadzają nawet do interwencji inspektorów fabrycznych. Kiedy jednak wkracza pan inspektor, odbywa się to zwykle według następującego szablonu. Przede wszystkim p. inspektor odwiedza zarząd fabryki lub mieszkanie fabrykanta, gdzie zbiera informacje oraz zasila się obfitym śniadaniem, obiadem lub kolacją, odpowiednio do pory dnia, i wreszcie wychodzi do zebranych robotników. Przeważnie radzi robotnikom zaprzestać walki dla tych lub innych powodów, straszy kozakami, Sybirem i policją, przy czym nieraz obłudnie udaje, że sam chciałby umknąć interwencji policyjnej, następnie wysłuchuje żądań robotniczych, tłumaczy ich niestosowność, a niekiedy dla pozyskania zaufania robotników uznaje za słuszne niektóre z żądań i namawia fabrykanta, by ustąpił i zgodził się na nie. Tymczasem policja, która nieraz wie o wybuchu strajku wcześniej od inspektora, rozpoczyna swą działalność. Zajmuje ona posterunki na zewnątrz i wewnątrz fabryki, notuje osoby wśród robotników, straszy ich, grożąc okropnymi karami, nieraz aresztuje za głośniejszy okrzyk, rozpędza grupki, które się zatrzymały dla rozmowy, słowem, uważając strajk za zakłócenie spokoju i porządku publicznego, przypuszcza szturm na buntowników ze wszystkich stron. Żandarmeria też nie próżnuje. Wyszukuje ona w swych spisach osób podejrzanych, czy nie ma kogo z nich wśród strajkujących, otacza ich baczniejszą uwagą i notuje sobie ludzi, z którymi owi podejrzani mają w tym czasie stosunki, robi rewizje, więzi nieraz całymi dziesiątkami i napastuje zarząd fabryki, by wskazał inicjatorów strajku.

Wreszcie w wypadkach, gdy władza uzna za stosowne to zrobić, występuje wojsko. Tutaj fabrykant lub zarząd fabryki znika zupełnie; cały interes przechodzi do rąk rządu i wszystko zależy od jego decyzji. Dzieją się wówczas rzeczy niesłychane. W Warszawie w czasie strajku sierpniowego w 1899 r., gdy połowa fabryk stała bezczynnie, kozacy i policjanci biciem zmuszali robotników do podjęcia roboty. W fabryce Szlenkiera okładano robotnice nahajami dopóty, dopóki nie wzięły w ręce narzędzi pracy, w innych miejscach łapano robotników na ulicy i wciągano ich przemocą do fabryki, gdzie gwałtem wpychano im w ręce instrumenty. Gubernator piotrkowski, Miller, nieraz już przy większych strajkach ogłaszał plakatami urzędowymi, że nie pozwoli na to, by zarząd fabryki lub kopalni zrobił jakie ustępstwa strajkującym. Aresztują wówczas setkami, wyrzucają z miejsca, gdzie się strajk odbywa, masy robotników, zaczepiają i biją najspokojniejszych przechodniów, rewizje zaś nabierają charakteru epidemicznego.

Naturalnie, opisany powyżej aparat przeciwstrajkowy nie zawsze bywa puszczony w ruch. Przede wszystkim sami fabrykanci nieraz wolą uniknąć najazdu czynowniczego na swą fabrykę, chociaż ten najazd staje po ich stronie. Pochodzi to stąd, że dzięki specyficznym właściwościom urzędnictwa moskiewskiego, wszelkie zetknięcie się z nim oznacza kłopot, często kosztowny, a zawsze prawie niemiły. W czasie strajku oraz dłuższy czas po nim zarząd fabryki jest narażony na większe i drobniejsze łapówki, którymi zaspakajać trzeba apetyty różnych przedstawicieli władzy, na ciągłe traktamenty, zaczynając od kieliszka wódki dla jakiegoś stójkowego, kończąc sutym śniadankiem z szampanem dla wyższych urzędników i oficerów. Jak wysokimi są nieraz te koszty, sądzić można z tego, że w czasie dużego strajku w Hucie Bankowej, gdy żołdacy zastrzelili kilku robotników, na samo wino szampańskie dla oficerów i gubernatora zarząd fabryki wydał do 10 tysięcy rubli. Wreszcie przez dłuższy czas, po strajku nawet, zarząd fabryki ma wciąż do czynienia z policją i żandarmami, którzy ściągają niezliczoną moc protokołów i zeznań, odrywając robotników i majstrów od pracy na kilka często godzin. Samo aresztowanie kilkunastu lub więcej robotników, często najbardziej wykwalifikowanych i niezbędnych dla fabryki, przynosi ciężkie straty i kłopoty. Gdy zaś w poważniejszych wypadkach na fabrykę spada i utrzymanie wojska operującego przy strajku, i łagodzenie różnych komisji, kilkakrotnie najeżdżających fabrykę dla zbadania przyczyn i powodów zaburzeń, to zaiste pożałowania godnym jest los biednych „pracodawców”. Nic też dziwnego, że nieraz sami fabrykanci zawahają się poruszyć gniazdo os czynowniczych i śpieszą załatwić jak najprędzej sprawę z robotnikami, żeby uprzedzić najazd policyjno-żandarmeryjny. W takich wypadkach dosyć bywa energiczniejszego i zgodnego wystąpienia ze strony robotników, by od razu tegoż dnia uzyskać takie lub inne ustępstwo.

Oprócz tych wypadków interwencja władzy nie następuje nieraz z innych powodów. Czy to dlatego, że w danej chwili policja i żandarmeria ma pilniejsze sprawy do załatwienia, czy też dlatego, że strajk wybuchnął gdzieś na prowincji, gdzie pogotowie policyjne nie może wystąpić w całej okazałości, czy wreszcie dlatego, że strajk jest zbyt drobny lub trwa zbyt krótko, dosyć, że wielka część strajków unika opieki argusowych oczu policji carskiej. I pod tym względem najbardziej uprzywilejowanymi są niewielkie strajki w dużych miastach, które, jakeśmy to wykazali wyżej, i pod względem finansowym najłatwiejsze są do utrzymania.

Przejdźmy teraz do zachowania się robotników w czasie strajku i techniki, że się tak wyrażę, strajkowej. Strajk jest najpierwotniejszą, najpowszechniejszą bronią robotniczą w walce z wyzyskiem, spotykamy się więc z nim zaraz przy pierwszych krokach ruchu robotniczego. Nosi on wówczas piętno żywiołowego poruszenia ludowego, nieraz bez określonego planu i żądań, i jest wyrazem pierwszego fermentu wywołanego w masie ludu pracującego przy zetknięciu się jego z ideą socjalizmu. W wielkich organizacjach przemysłowych nabiera on cech epidemicznych i z łatwością przenosi się z jednej fabryki do drugiej, a gdy następuje interwencja ugodowa, siłą rozpędu żywiołowego nie zatrzymuje się przed tą zaporą i zamienia się w krwawe nieraz utarczki z policją i wojskiem. Zwykle w tym początkowym stadium znaczenie strajku jest przeceniane, a nadzieje pokładane przez robotników na tego rodzaju wystąpienia, są tak wygórowane, iż rzeczywistość nigdy im odpowiedzieć nie może. Zresztą realne ślady po takich występowaniach w postaci powiększenia płacy lub skrócenia dnia roboczego zostają zwykle jedynie w drobnym przemyśle, w wielkim natomiast następuje pewne rozgoryczenie i uczucie zawodu. O jakiejkolwiek technice strajkowej mowy na tym stadium być nie może, organizacje zaś istniejące wśród strajkujących albo rozsypują się bez śladu, albo też, jeśli stanowią część organizacji ogólnokrajowej, starają się wykorzystać te poruszenia dla pogłębienia świadomości robotniczej przez rozpowszechnienie rozchwytywanych zwykle w takiej chwili wydawnictw socjalistycznych.

Z czasem jednak wyrabia się pewna technika, pewien zbiór prawidełek, których się ludzie trzymają przy strajkach. Agitacja przedstrajkowa prowadzona jest przez organizację fachową po porozumieniu się z miejscowym komitetem partyjnym. Zwykle na krótko przed strajkiem zwołuje się liczniejsze zgromadzenie, na którym się omawia szczegółowo punkty żądań robotniczych, lub też gdy zgromadzenie jest dla czegokolwiek niemożliwe, zwołuje się kilka mniej licznych kółek w tym samym celu. Przy tej agitacji unika się ludzi niepewnych lub mało znanych agitatorom w danym fachu lub fabryce i co do nich, liczy się zwykle, że w pierwszej chwili pójdą zawsze za innymi. W istocie bezwiedne uczucie koleżeństwa i solidarności z kolegami z pracy jest zwykle tak silne, że łamistrajki zjawiają się dopiero po pewnym czasie.

Przed samym strajkiem najlepiej, gdy to jest możliwe, rozpowszechnić krótką odezwę, streszczającą żądania robotnicze w takiej formie, by je można było przedstawić zarządowi zakładu przemysłowego lub władzy. Chociaż taka odezwa zwraca uwagę władzy na przygotowujący się strajk, ma jednak tę dobrą stronę, że wszyscy robotnicy mający strajkować, wiedzą od razu, o co chodzi, bez osobistej rozmowy z kimkolwiek spomiędzy agitatorów. Na czas strajku wszyscy ludzie partii, pracujący w danym fachu czy fabryce, oczyszczają swe mieszkania z wszelkich śladów roboty partyjnej. W razie potrzeby na czas strajku formuje się komitet strajkowy, do którego się wciąga ludzi uczciwych, chociaż i nie należących do organizacji partyjnej; naturalnie, komitet taki jest tajny i służy jedynie do tego, by, o ile to się da, kierować strajkiem, wyszukiwać pomoc pieniężną dla potrzebujących, namawiać chwiejnych lub karać łamistrajków. Wreszcie przy rozmowach z władzą robotnicy starają się nie wystawiać nikogo spomiędzy siebie na sztych i wszędzie występują gromadnie, nie zgadzając się na wybór delegacji lub czegoś podobnego, zwykle bowiem tacy delegaci są uznani przez władzę za inicjatorów strajku i jako tacy są potem prześladowani. Gdy strajk obejmuje sobą jaki fach rzemieślniczy, kierownictwo jest bardziej potrzebne, niż przy strajku w fabryce. Tu bowiem powstaje zawsze kwestia, czy fach ma strajkować od razu we wszystkich warsztatach, czy też kolejno; w tym zaś ostatnim wypadku trzeba określać tę kolej. Trzeba też przyznać, że najbardziej prawidłowymi, najbardziej, że się tak wyrażę, europejskimi były dotąd zawsze strajki rzemieślnicze. Szewcy w czasie strajku 1890 r. urządzili nawet pikiety stawiane przed warsztatami objętymi strajkiem, które to pikiety badały każdego wchodzącego do warsztatu i ostrzegały kandydatów na łamistrajków.

Naturalnie, wszystko to, com powiedział, tyczy się strajków, które są przygotowywane przez organizację. Wiele jednak walk odbywa się tak nagle i niespodzianie, zwłaszcza, jeśli są skutkiem jakiej zmiany w regulaminie fabrycznym, że nie sposób zawczasu je przewidzieć.

Przechodząc do wniosków, przede wszystkim zwrócić należy uwagę na nieznane gdzie indziej postępowanie rządu carskiego względem strajkujących. Przy większych strajkach carat nadaje im cechę walki politycznej, która odsuwa na dalszy plan zdobycze ekonomiczne, w ogóle zaś wprowadza w grę czynnik zupełnie nieobliczalny, robiący ze strajków coś w rodzaju gry hazardowej. Nigdy bowiem zawczasu przewidzieć nie można, jaką ilość energii dla stłumienia strajku użyją przedstawiciele władzy, kierujący się nie czymś stałym, jak prawo, ale najrozmaitszymi względami, osobistej nieraz natury. W każdym razie przegrana w strajkach w ogromnej większości jest spowodowana przez presję rządową. Wobec hazardowości strajku oraz przeszkód stawianych przez rząd, bezrobocia [termin „bezrobocie” w tamtym okresie rozwoju polskiego ruchu robotniczego był synonimem słowa „strajk” – przyp. redakcji NO] są często wynikiem pewnej lekkomyślności, która jest stałym zjawiskiem w początkach ruchu lub też zjawia się w czasie niezwykłego ożywienia przemysłowego. W zwyczajnych zaś czasach strajki wymagają ogromnego wydatku energii, siły i ofiarności robotników. Strajki w większych fabrykach albo są wygrane prawie natychmiast, albo prowadzą przy dłuższym trwaniu do nieuniknionej prawie przegranej. Wszędzie w warunkach politycznych rosyjskich losy najłaskawsze są dla robotników pracujących w drobnych warsztatach rzemieślniczych w wielkich ogniskach przemysłowych.

Na zakończenie słów parę o powodzeniu walki strajkowej pod caratem. Statystyki zupełnie ścisłej pod tym względem nie mamy, gdyż registracji naszej przeważnie podlegają strajki i wystąpienia uwieńczone powodzeniem. Te cyfry, które posiadamy, dowodzą, że 2/3 strajków są wygrane w całości lub częściowo, wnosząc zaś poprawkę z powodu wyżej wskazanego, możemy bez wielkiego błędu powiedzieć, że połowa strajków nie jest bezowocną dla robotników. Najlepiej udaje się walka o dzień roboczy, znacznie gorzej o płacę, a najgorzej obrona wyrzucanych z roboty towarzyszy. Najsmutniej się przedstawiają strajki duże, te w ogromnej większości są przegrane całkowicie. Nie należy jednak sądzić, że pozostają one bez śladu dla strajkujących. Wywierają one tak silny wpływ na fabrykantów i zarządy zakładów przemysłowych, że podnosząc w ich oczach znaczenie robotników, zmuszają do ustępstw już po strajku, przy żądaniach tak pojedynczych robotników, jak zarówno i poszczególnych grup fachowych w fabryce.

Józef Piłsudski
_________________
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Kalendarzu Robotniczym” Polskiej Partii Socjalistycznej na rok 1904. Przedrukowujemy go za „Pisma zbiorowe Józefa Piłsudskiego” tom II, Instytut Józefa Piłsudskiego, Warszawa 1937.

Dziura w samolocie – i w kapitalizmie

Przed niespełna dwoma laty napisałem tekst przedstawiający sytuację na rynku samolotów pasażerskich, zdominowanym przez duopol Boeing-Airbus. Pozycja gigantów ze Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej wydawała się w przewidywalnym horyzoncie czasowym niezagrożona. Potencjalni konkurenci byli albo pożerani, albo dopiero raczkowali. Od tego czasu zaszło jednak sporo dramatycznych wydarzeń stanowiących próbę dla postawionej tezy o trwałości duopolu.

Początek okresu między momentem powstania poprzedniego tekstu a chwilą obecną wzmacniał rzeczoną tezę. Dokonało się faktyczne przejęcie działu samolotów pasażerskich brazylijskiego Embraera przez Boeinga. W powstającej, oczekującej na aprobatę organów antymonopolistycznych spółce joint venture Boeing Brasil–Commercial podmiot amerykański będzie miał 80% udziałów, Embraer zachowa ich zaledwie 20%. Airbus z kolei stał się większościowym udziałowcem analogicznego działu kanadyjskiego Bombardiera – samoloty, które zaczęły żywot jako Bombardiery CS są oferowane już jako Airbusy A220.

Zwiastunką problemów Boeinga była katastrofa samolotu 737 MAX 8 linii Lion Air. Rozbił się on 29 października 2018 na Morzu Jawajskim, grzebiąc w nim wszystkich 189 ludzi obecnych na pokładzie. Chociaż maszyna była niemal nowa, a piloci przed rozbiciem się jej zgłaszali kłopoty techniczne, producent nie poniósł jeszcze konsekwencji. Jednak kolejnej katastrofy identycznego i równie nowego samolotu, tym razem linii Ethiopian Air, w której 10 marca 2019 w podobnych okolicznościach zginęło 157 pasażerów, nie dało się już zlekceważyć. Przewoźnicy oraz krajowe organy nadzoru lotnictwa pasażerskiego zaczęli masowo uziemiać floty 737 MAX.

MAX to czwarta generacja wąskokadłubowego samolotu pasażerskiego średniego zasięgu, który pierwszy lot wykonał 9 kwietnia 1967 i powstał dotychczas w liczbie 10 571 egzemplarzy. W ciągu 39 lat dzielących pierwsze loty modelu 737-100 i MAXa maszyna przeszła gruntowną metamorfozę. Jej maksymalna masa startowa zwiększyła się z 50 ton przy długości 29 m do niemal 90 w wersji MAX 10 mierzącej 43,8 metra. Maksymalna liczba pasażerów wzrosła ze 124 do 230. Ciąg silników na początku wynosił 62 kN, teraz najmocniejsze jednostki napędowe rozwijają 130 kN. Pierwszy 737 był w stanie przelecieć 2850 km, najnowsi członkowie tej rodziny mają zasięg wynoszący do 7130 km.

Mimo tak wielkich postępów oraz różnorakich zmian technicznych i technologicznych samolot pozostał co do zasady tą samą platformą. Takie podejście z uwagi na upływ czasu od początku życia konstrukcji może wydawać się kontrowersyjne, jednak jest przez producentów amerykańskich dość szeroko stosowane. Nie tylko w lotnictwie cywilnym. Nowe wersje transportowego C-130 Herculesa, którego prototyp po raz pierwszy wzniósł się w powietrze w roku 1954, wciąż znajdują nabywców. Należy do nich między innymi Francja, zamawiająca tego typu maszyny mimo równoległego użytkowania konstrukcyjnie o ponad pół wieku młodszego Airbusa A400M. Lotnictwo samych Stanów Zjednoczonych wprowadzi z kolei w najbliższych latach do eksploatacji samoloty myśliwskie F-15EX, chociaż prototyp pierwszej wersji wzleciał w powietrze jeszcze w roku 1972. Filozofia zakładająca bardzo długi żywot platformy zapewnia niezaprzeczalne korzyści, przede wszystkim w aspekcie całkowitego kosztu posiadania danej maszyny. Ciągłość konstrukcyjna umożliwia utrzymywanie, choć oczywiście z pewnymi zmianami wynikającymi z postępu technicznego, tej infrastruktury obsługowej i zasadniczych zrębów procedur eksploatacyjnych. W porównaniu do wprowadzania zupełnie nowych typów radykalnie ogranicza to koszty utrzymania, w tym w aspekcie szkolenia specjalistów. Nic zatem dziwnego, że linie lotnicze nie zraziły się w najmniejszym stopniu kalendarzowym wiekiem rodziny 737 i złożyły na MAX-a ogromne zamówienia. Do feralnego roku 2019 wyniosły one aż 5005 sztuk, z których producent zdążył dostarczyć 387.

Analizy przyczyn katastrof wydają się jednak wskazywać, że Boeing poszedł o przysłowiowy jeden most za daleko. Model 737 urósł w porównaniu do pierwotnej postaci za bardzo. W szczególności dotyczyło to jego silników, których ciąg zwiększył się ponad dwukrotnie. To z kolei przełożyło się na masę i średnicę gondol. Ta zmiana, skutkująca przesunięciem środka ciężkości, wpłynęła na zachowanie się samolotu w powietrzu, powodując niestabilność podczas lotów przy niskich prędkościach. Konstruktorzy starali się zaradzić problemowi przez wprowadzenie elektronicznego systemu poprawy charakterystyki manewrowej (MCAS). Działanie systemu powodowało jednak zachowanie samolotu zaskakujące i niepokojące dla pilotów przesiadających się na MAXy ze starszych wersji, którzy z winy producenta nie byli w tym zakresie stosownie przeszkoleni z uwagi na stanowiącą marketingowy atut ciągłość platformy, pozwalającą w założeniu na przejście na nowszą wersję „z marszu”. Nie znali specyfiki systemu i nie potrafili wyłączyć go w sytuacjach awaryjnych. Efektem były wspomniane katastrofy.

Dochodzenia, które nastąpiły po nich, ujawniły bardzo przykry i niepokojący stan rzeczy odnośnie do praktyk producenta oraz, co gorsza, amerykańskich organów nadzorczych. Okazało się, że niedofinansowana i zmagająca się z brakami kadrowymi amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa (FAA), naciskana przez Boeinga dążącego do jak najszybszej certyfikacji MAXa, przekazała znaczącą część prac w ramach procedury… samemu producentowi. Weryfikacja przedłożonych przez niego analiz bezpieczeństwa konstrukcji wykazała, że zawierały poważne błędy, m.in. dotyczące funkcjonowania feralnego systemu. Wady te nie zostały w porę wykryte i certyfikat dopuszczający do eksploatacji uzyskała maszyna, jak się okazało, niebezpieczna. Raporty badających sprawę organów dochodzeniowych wskazują, że kierownictwo koncernu wywierało „nieuzasadnioną presję” na swoich pracowników posiadających uprawnienia FAA do zatwierdzania zmian projektowych. Cały proces certyfikacji określono jako naruszający stosowne procedury oceny maszyny. Okazało się również, że Boeing zatajał przed FAA informacje o problemach z MCAS, którymi dysponował już w roku 2016.

W wyniku katastrof Boeingi 737 MAX na całym świecie nie latają od połowy marca ubiegłego roku. Termin ponownego dopuszczenia ich do eksploatacji, uwarunkowanego usunięciem wad systemu MCAS oraz innych wykrytych podczas analiz po katastrofach wad samolotu, ulegał kolejnym przesunięciom w stosunku do nadziei producenta i wciąż pozostaje nieznany. Obecne przewidywania producenta mówią o połowie 2020, FAA jest nieco bardziej optymistyczna. W styczniu bieżącego roku została w związku z tym wstrzymana ich produkcja – na dostawę oczekuje ponad 400 już wyprodukowanych maszyn o wartości około 50 miliardów dolarów. Koncern utracił na rzecz Airbusa dzierżoną od 2012 palmę pierwszeństwa wśród producentów samolotów pasażerskich. Wstrzymanie dostaw MAX-ów spowodowało w roku 2019 spadek ich wielkości do zaledwie 380 maszyn w porównaniu z 806 w 2018. Natomiast Airbus dostarczył w 2019 roku 863 samoloty. Boeing ponadto traci złożone już zamówienia na MAX-y, musi wypłacać liniom lotniczym, poddostawcom oraz rodzinom ofiar katastrof odszkodowania idące w miliardy dolarów, a także ponosić koszty składowania samolotów. Kurs jego akcji spadł z 440 dolarów na początku marca 2019 do niecałych 317 28 stycznia 2020.

Nie są to jedyne problemy amerykańskiego producenta. Z powodu poważnej usterki technicznej podczas prób oraz kłopotów dostawcy silników, firmy GE Aviation, z największym w historii silnikiem odrzutowym, o co najmniej kilka miesięcy opóźni się rozpoczęcie dostaw modelu 777X, który będzie z kolei największym dwusilnikowym samolotem pasażerskim, zabierającym do 415 pasażerów i śrubującym ekonomikę eksploatacji. Jeszcze przed katastrofą MAX-a Ethiopian Air Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych wstrzymały odbiory latających zbiornikowców KC-46 (wersja Boeinga 767) z powodu znajdowania przez załogi pozostawionych przez robotników narzędzi i śmieci, zagrażających bezpieczeństwu (piloci odmawiali lotów na maszynach). Mimo to problem świadczący o złym stanie procedur wewnątrz koncernu i skutkujący kolejnym wstrzymaniem dostaw powtórzył się na początku kwietnia. Co gorsza, we wrześniu 2019 podczas przeglądów wykryto pęknięcia krytycznego dla struktury samolotu okucia mocowania skrzydła do kadłuba w starszych maszynach 737 NG. Chociaż powinny one przetrwać 90 000 cykli lotów, okazały się wadliwe już po 35 000. Gdyby problem miał mieć szerszy zakres, byłby on dla Boeinga gigantyczny, zważywszy na wielkość produkcji maszyny (ponad 7000 sztuk od 1996, w większości pozostających w eksploatacji) oraz trudność naprawy.

Utrata zaufania spowodowana nadużyciami podczas certyfikacji MAX-ów nie dotyczy jedynie Boeinga. Chociaż FAA wyeliminowała koncern z prac przy ponownej certyfikacji, jej wizerunek został zszargany. Własne, niezależne od amerykańskich procedury weryfikacji modelu 777X i zapewne kolejnych zamierzają wprowadzić Europejska Agencja Bezpieczeństwa Lotniczego (EASA) oraz jej odpowiednik ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich wspierany przez potężną linię lotniczą Emirates.

Długofalowe skutki opisanych wydarzeń trudno przewidzieć. Bieżące straty Boeinga są ogromne, zapłacił za nie stanowiskiem dotychczasowy (od lipca 2015) prezes koncernu Dennis A. Muilenburg. Całość kosztów kryzysu związanego z MAX-ami może według analityków przekroczyć dla koncernu 25 miliardów dolarów, co odpowiada zyskom z trzech lat sprzed jego wybuchu (w latach 2017 i 2018 wzrosły one niemal dwukrotnie względem 2016, głównie za sprawą przeforsowania wbrew problemom wprowadzenia do sprzedaży feralnego modelu). Koncern dotknie głęboki kryzys zaufania, poważnie rozważana jest kwestia rezygnacji z nazwy MAX. Przed jego następcami stanie ogromne zadanie uporządkowania wewnątrzfirmowych procedur, które jednak i tak będzie niewielkie wobec wyzwania ogólniejszego, związanego z samą filozofią obecnego wcielenia kapitalizmu.

Otóż w pogoni za krótkoterminowym zyskiem oraz windowaniem bieżących wyników Boeing zatracił się jako producent bardzo określonego wyrobu, od którego sprawności w wynoszącym kilkadziesiąt lat przewidywanym okresie eksploatacji zależy życie wielu tysięcy pasażerów. Tu fałszywie rozumiane oszczędności, pośpieszne opracowywanie modelu w celu poprawy kwartalnych czy rocznych bilansów prezentowanych udziałowcom, a co gorsza celowe tuszowanie wad mają fatalne konsekwencje, których nie da się uniknąć żadnymi manipulacjami. Jest to oczywiście lekcja nie tylko dla Boeinga – i można mieć ogromne, lecz uzasadnione wątpliwości, czy zostanie prawidłowo zrozumiana. W przypadku FAA widoczne są efekty „taniego państwa” z niedofinansowaniem agencji i określanymi jako żałosne wynagrodzeniami funkcjonariuszy wykonujących odpowiedzialne zadania. Outsourcing obowiązków kontroli do podmiotów jej podlegających jest tak groteskowy, jak się wydaje. Potężni gracze potrzebują prężnego, kompetentnego i rygorystycznego nadzoru, którego nie zapewni żadna niewidzialna (rzeczy urojonych zwykle nie widzi nikt poza rojącymi…) ręka.

Sam duopol powinien jednak przetrwać tę próbę. Airbus przejmie część zamówień na MAX-y, jednak nie jest w stanie samodzielnie spożyć tortu liczącego wiele tysięcy maszyn. Moce produkcyjne i obsługowe oraz zasoby specjalistów są przecież ograniczone. Przy tym monopolizacja niezwykle ważnego segmentu rynku nie leżałaby w żadnej mierze w interesie linii lotniczych. Poziom skomplikowania produktu i długotrwałość jego opracowywania wyklucza natomiast pojawienie się jakiegoś nowego gracza ex nihilo. Embraer i Bombardier, które ewentualnie mogłyby skorzystać, rozszerzając na bazie posiadanego doświadczenia swoje gamy, straciły podmiotowość. Aspirujący producenci z Eurazji nadal wegetują na marginesie. Katastrofy rosyjskiego Suchoja SSJ100 w październiku 2018 oraz maju 2019, wraz z problemami eksploatacyjnymi, poderwały udzielone przeważnie na politycznie motywowany kredyt zaufania do tej maszyny, jej i tak niewielka produkcja spada, a zamówienia ciekną cienkim strumykiem. Źle to wróży znacznie bardziej ambitnemu przedsięwzięciu producenta – większemu samolotowi MC-21, który dotychczas nie wzbudził istotnego zainteresowania poza Rosją. Konkurujący bezpośrednio z Boeingiem 737 chiński COMAC C919 jest dotychczas opóźniony już o pięć lat względem pierwotnego harmonogramu, istnieje ryzyko zwiększenia poślizgu o kolejne 2–3 lata, ponadto na jego perspektywy wpływa konflikt handlowy między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Boeing ma w zanadrzu projekt zabierającego 220–270 pasażerów samolotu NMA (być może przyszłego 797, jeśli nie zostanie wybrana opcja symbolicznego „nowego otwarcia”), który według ostatnich doniesień nabrał impetu, zapewne w ramach ucieczki do przodu. Poza wszystkim, gdyby kondycja Boeinga w dłuższym okresie miała ulec groźnemu pogorszeniu, jest on z jednej strony za duży, żeby upaść, a z drugiej również jego część cywilna (w związku z kryzysem pojawiły się informacje o możliwości podziału koncernu na piony wojskowy i komercyjny) dostarcza produkty o znaczeniu strategicznym dla amerykańskich sił zbrojnych. Należą do nich wspomniane latające zbiornikowce, skądinąd wybrane w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach, związanych z wyraźnym faworyzowaniem Boeinga, mimo że Airbus oferował produkt oceniany powszechnie jako nowocześniejszy i doskonalszy, oraz oparte na 737 samoloty patrolowe. Stąd, nawet gdyby bieg spraw stał się dla koncernu bardzo zły, może być praktycznie pewny rządowej kroplówki, która zostanie podana niezależnie od ewentualnych zagranicznych oskarżeń o nieuczciwą konkurencję. Dla amerykańskiej gospodarki będzie to zresztą długofalowo dobrym interesem. Pod warunkiem trwałego zerwania z współudziałem organów rządowych w szkodliwych praktykach producenta oraz wymuszenia jego głębokiej sanacji.

dr Jan Przybylski