przez Jarosław Niemiec | niedziela 6 września 2020 | opinie
Dzięki zachwalanemu jako światły, rozsądny i ratujący gospodarkę planowi Balcerowicza i kolejnym jego mutacjom, Polska wyeksportowała już większość miejsc pracy w przemyśle. Oczywiście powiedziano nam, że powinniśmy się z tego cieszyć, bo mamy pełny wybór tanich towarów i nie musimy wykonywać żmudnej pracy w szwalniach, stoczniach, warsztatach i fabrykach. Koronawirus bezdyskusyjnie obnażył głupotę takiego rozumowania i zagrożenia, jakie dla kraju niesie wyzbycie się mocy produkcyjnych. Dobrze, że nie ma wojny, bo nawet onuc dla żołnierzy byśmy nie mieli. Okazuje się, iż nawet to „chińskie ostrzeżenie” nie podziałało na wyobraźnię, bo jesteśmy w przededniu utraty suwerenności energetycznej i eksportu miejsc pracy z sektora energetycznego.
Racjonalny i zawsze nieomylny wolny rynek podniósł ceny półmasek filtrujących ze złotówki z groszami do 40 zł w sprzedaży internetowej. Nagle zabrakło płynów do dezynfekcji, odzieży ochronnej, rękawiczek i co gorsza, nie było ich gdzie kupić, bo Chiny i inne kraje, gdzie to wszystko się produkuje, zablokowały import. W kraju nie rozpoczęto ich produkcji na masową skalę, bo po prostu nie było gdzie i komu tego robić. W pospolitym ruszeniu maseczki zaczęły szyć zakłady karne, zakony czy stowarzyszenia. Wielkim wydarzeniem ogłoszono lądowanie największego samolotu transportowego z Chin, jakby przytransportował bezcenne towary, a nie wątpliwej jakości maseczki i kombinezony z niepewnym certyfikatem. Wybitni ekonomiści ubolewali nad przerwaniem łańcucha dostaw, co w normalnym języku oznacza, że mogą pojawić się braki jak za PRL. I pojawiły się. W początkowej fazie pandemii przestraszeni ekonomiści półgębkiem wspominali coś o konieczności odtworzenia sektorów produkcyjnych, ale kiedy wszystko trochę się uspokoiło i znowu na rynku pojawiły się towary, szybko o tym ucichło.
Pod hasłem ochrony klimatu otrzymujemy teraz ofertę taniej, zielonej energii. I wszyscy takiej chcemy. Chcemy oddychać czystym powietrzem i płacić niskie rachunki za prąd, bez względu na to, ile nas to będzie kosztować – to taka trawestacja jednego z prześmiewczych haseł PRL: oszczędzajmy bez względu na koszty. A koszty będą, gdyż póki co obowiązuje druga zasada termodynamiki, mówiąca, że układ nie wykona pracy bez pobrania energii z zewnątrz. To tak jak z przerzuceniem miejsc pracy do krajów, gdzie koszt siły roboczej jest o wiele niższy, co nie wynika z ekonomicznego cudu wolnego rynku i niskich podatków, ale z bezwzględnej eksploatacji ludzi i zasobów najbiedniejszych krajów. Podobnie za takie obniżenie kosztów podnoszących zysk i nieco obniżoną cenę, żeby nabywca się cieszył i przestał czuć się pracownikiem, a zaczął konsumentem, pracownicy zapłacą dwa razy. Jedni utratą dobrej pracy i dochodu, drudzy niewolniczą pracą.
Ale co to ma wspólnego z ekologiczną energią? Niestety ma, bo jak się okazuje, zielona energia jeszcze długo nie wyprze węglowej z globalnej gospodarki, a prognozy przewidują w okresie przejściowym zastąpienie węgla wydobywanego w Europie węglem wydobywanym poza Europą. W chwili obecnej Europa i Polska bez problemu spaliłaby całe swoje zapasy węgla w okresie przejściowym do pełnej dekarbonizacji, ale zdecydowano się na węgiel z importu. Decyduje więc wyłącznie ekonomiczny interes.
Z rozwiązań proponowanych obecnie nie mogą się czuć zadowoleni ani szczerzy rzecznicy ochrony klimatu, ani pracownicy, ani odbiorcy/konsumenci energii. Cel ochrony klimatu nie zostaje osiągnięty, bo węgiel się nadal spala, tyle że przy okazji niszczone są dalsze tereny i zasoby, pod kolejne kopalnie, również odkrywkowe (bo i taką technologią wydobywa się węgiel kamienny na Syberii). Górnicy tracący pracę, tym bardziej. Początkowo zadowoleni odbiorcy będą srodze rozczarowani, jeśli okaże się, że rachunki za energię nie będą niższe. Czemu by miały nie być niższe? Bo kiedy Polska odejdzie od węgla, nie zapewniwszy sobie innych krajowych źródeł energii, wówczas utraci energetyczną niezależność i zapłaci tyle, ile dostawca zażąda.
Czy to się komuś podoba czy nie, Polska ma przyszłość tylko jako kraj przemysłowy i rolniczy, bo chyba ostatecznie upadł już mit o możliwości zmiany gospodarki na usługową. Turystyczną potęgę też sobie trudno wyobrazić. Wprawdzie np. Poleski Park Narodowy zachwyca bogactwem ekosystemu, ale laika bardziej zachwycą Chorwacja czy wyspy greckie. Wobec tego można podsumować, ile nas będzie kosztować „tania energia”: utratę stabilnych miejsc pracy nie tylko dla górników, ale i w całej gospodarce narodowej; utratę suwerenności energetycznej, na czym straci konsument i cała gospodarka krajowa; degradację kolejnych, znacznie ważniejszych dla ochrony klimatu ekosystemów niż europejski, na czym stracą wszyscy.
Obecnie uzasadnienie importu „taniej zielonej energii” może brzmieć jak kolejne prześmiewcze hasło z PRL: Tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie. Czy odpowiemy mądrością ludową: „chytry traci dwa razy”?
Jarosław Niemiec
przez redakcja | środa 2 września 2020 | klasyka, opinie
Wykład wygłoszony przez Thomasa Spence’a w Newcastle nad Tyne w roku 1775 na zebraniu Towarzystwa Filozoficznego, za który to rzeczone Towarzystwo postanowiło pozbawić go członkostwa.
***
Panie Przewodniczący! Skoro przyszła moja kolej, chciałbym w niniejszym wykładzie pochylić się nad następującą kwestią, mianowicie: czy ludzkość w stanie społecznym czerpie wszystkie możliwe korzyści ze swych równych i naturalnych praw do ziemi i wolności, których w tym stanie można by się spodziewać? Mając zaś mocną nadzieję, że Pan, Panie Przewodniczący, jak i wy, wszyscy tu zgromadzeni, jesteście prawdziwymi przyjaciółmi prawdy, pewien jestem, że nie urażę nikogo, jeśli będę bronić sprawy rodzaju ludzkiego z pełną śmiałością.
Że w stanie naturalnym własność ziemi i wolność powinny być równe, niewielu tylko, jak ktoś naiwnie mógłby się spodziewać, byłoby dość głupich, by zanegować. Przyjmując to więc za pewnik, stwierdzamy, że w stanie pierwotnym każdy kraj stanowi własność wspólną całego ludu, w której każdy ma równy udział – i pełną swobodę podtrzymywania życia swego i swojej rodziny przy pomocy mięsa zwierzęcego, owoców i wszystkiego, co ziemia tego kraju z siebie wydaje. Tak też w tym stanie wszyscy ludzie korzystają wspólnie z dóbr swojej ojczyzny i nikt, nawet najbardziej samolubni i zepsuci, nie podaje w wątpliwość ich prawa do tego. Czymże bowiem mieliby się żywić, jeśli nie naturalnymi owocami ziemi, na której mieszkają? W oczywisty sposób pozbawić ich tego prawa, to pozbawić ich prawa do życia. Czy pomylę się, jeśli powiem, że na pewno niektórzy już gotowi są wystąpić z następującą odpowiedzią, że wobec tego przecież sam rozum, prawo i sprawiedliwość podpowiadają nam, że skoro tak, to mają oni także prawo sprzedać czy nawet podarować i cały swój kraj komukolwiek, komu tylko zechcą, tak aby on i jego dziedzice rządzili nim choćby i do końca świata?
Na to odpowiem, że jeśli następne pokolenia nie potrzebowałyby do życia pokarmów bardziej konkretnych, niż powietrze, istotnie, błędem byłoby podważać prawo przodków do zrzeczenia się czegokolwiek, co mają, nawet jeśli ich potomstwo miałoby już tego nigdy nie zobaczyć; niemniej, skoro ludzkie dzieci to istoty tak samo „grube”, jak ich rodzice, aby utrzymać się przy życiu potrzebują tak samo grubych środków. I te środki należy im zagwarantować. Pozbawić je ich bowiem, to pozbawić je życia; a podobny czyn nie wchodzi w skład prerogatyw władzy rodzicielskiej.
Wynika stąd jasno, że ziemia, w jakimkolwiek kraju czy okolicy, ze wszystkim, co znajduje się na jej powierzchni i pod nią, czy w jakikolwiek sposób do niej przynależy, stanowi na wieczność wspólną i równą własność wszystkich żyjących tego kraju lub okolicy mieszkańców. Bo, jak powiedziałem, skoro nic nie może podtrzymać życia poza owocami ziemi, mamy do nich takie samo prawo, jak do własnego życia.
Idąc dalej, skoro społeczeństwo nie powinno być w sensie właściwym niczym innym, niż wolną umową zawieraną przez wszystkich członków celem wzajemnej obrony swych naturalnych praw i przywilejów przed zagrożeniami tak zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi, mógłby się kto spodziewać, że owe prawa i przywileje nie będą nigdy wśród ludzi nazywających się „cywilizowanymi” ograniczane bardziej, niż tego wymaga wyłącznie najwyższa konieczność. Powtarzam: mógłby się spodziewać. Obawiam się jednak, że spodziewając się tego, pozostawałby w błędzie. Ponieważ jednak znajomość tej prawdy, którą tutaj głosimy, to sprawa najwyższej wagi, walczmy o nią z otwartą przyłbicą; w której to walce opis początków obecnego systemu własności ziemi może okazać się wcale użytecznym narzędziem.
Jeśli spojrzymy na genezę współczesnych narodów, natychmiast dostrzeżemy, że w wypadku każdego z nich ziemię, jaką zamieszkiwał, wraz z wszystkimi przynależnościami, przywłaszczyła sobie w pewnym momencie i podzieliła między siebie garstka nielicznych, i to z taką zuchwałością, jak gdyby stanowiła ona ich wytwór, owoc pracy ich rąk; nie napotykając zaś na żaden opór, i nigdy nie zostawszy pociągniętymi za swój czyn do odpowiedzialności, zaczęli mniemać, że – względnie, podobnie zresztą jak cała reszta ludzkości, zachowywać się tak, jak gdyby – ziemia została stworzona przez nich i dla nich, bez skrupułów nazywając ją swoją „własnością”, z którą mogą obchodzić się jak chcą, bez względu na byt lub niebyt wszystkich innych żywych istot wszechświata. Zaczęli więc postępować zgodnie z tym przeświadczeniem; i odtąd żaden człowiek, ani żadnej inne stworzenie, nie mógł rościć sobie prawa do jednego źdźbła trawy, jednego orzecha czy żołędzia, jednej ryby czy ptaka, czy jakiegokolwiek innego dobra natury, nawet celem podtrzymania swego życia, bez zgody niby-właściciela; aż do ostatnich skrawków grunta, skały, ugory i wody zawłaszczone zostały przez tych samozwańczych „lordów”; w konsekwencji czego wszyscy ludzie, podobnie jak i zwierzęta, zaczęli „zawdzięczać” swoje istnienie innym, właścicielom, w związku z czym sami stopniowo stali się „własnością” – dokładnie tak, jak drzewa, zioła i tak dalej, wszystko, co rośnie w ziemi, i na pewno w sensie nie mniej ścisłym. Tak też przekonujemy się, że od tego momentu żyjąc, pracując, rodząc się i walcząc, wszystko to czynili wyłącznie dla korzyści swoich panów; którzy to (niech im Pan Bóg błogosławi), przyjmowali tę ofiarę z wielkim gestem, jako rzecz naturalnie im należną. Zapewniając bowiem swym poddanym środki do życia, zapewniali im życie; wyciągając stąd, oczywiście, wniosek, że w takim razie mają prawo korzystać swobodnie ze wszystkiego, co życie i śmierć tych ludzi mogą im przynieść.
Tak też tytuł „bogów” raczej niż ludzi bardziej odpowiadałby tak potężnym istotom; nie dziwi również bynajmniej, że nie ma poświęcenia, którego nie wymagaliby od zniewolonych, upodlonych nędzarzy podobnie wielcy i samowystarczalni panowie, w których poddani ich zdają się niemal żyć, poruszać się i mieć istnienie. Pierwsi ziemianie byli zatem uzurpatorami i tyranami; i wszyscy inni, którzy weszli od tamtego czasu w posiadanie ziemi, mogli to zrobić wyłącznie dziedzicząc po uzurpatorach i tyranach albo od nich kupując (i tak dalej); nie dziw zatem, że posiadacze obecni równie pysznią się swoim bogactwem; i tak samo odmawiają wszystkim innym prawa do najmniejszej choćby jego cząstki. I każdy z nich może, mocą prawa, które wymyślili sami na własny użytek, wyrzucić ze swojej ziemi każdego, kto akurat będzie im przeszkadzał (z której to możliwości, na nieszczęście całego naszego rodzaju, skwapliwie korzystają); w konsekwencji, gdyby wszyscy ziemianie postanowili pewnego dnia naprawdę wziąć sobie, co ich, cała reszta ludzkości mogłaby spokojnie pójść sobie do nieba – na ziemi bowiem, nie byłoby dla niej miejsca. Tak też nie możemy żyć w jakimkolwiek zakątku tej ziemi, nawet tam, gdzie się urodziliśmy, inaczej niż jako obcy, za pozwoleniem tych, którzy mienią się „właścicielami”; za które to pozwolenie w większości wypadków płacimy nieprawdopodobnie dużo, choć dla wielu ciężary z tym związane są tak ogromne, że – jak niektórzy przewidują – jeśli nic się nie zmieni, problem sam z siebie się skończy, a przynajmniej znacząco zmaleje. Ci zaś „stworzyciele ziemi”, jak można ich nazwać, usprawiedliwiają się przez analogię z rzemieślnikami, którzy zachowują przecież wszystkie zyski, jakie ich ręce zdołają wypracować; ponieważ zaś każdy powinien żyć z własnej pracy tak dobrze, jak umie, tak i posiadacze ziemscy. Otóż, biorąc pod uwagę, że – jak staraliśmy się wykazać – ludzkość ma tak samo równe i sprawiedliwe prawo do własności ziemi, jak do wolności, powietrza lub ciepła i światła słońca, a także jak trudno przychodzi jej cieszyć się tym powszechnym darem natury, jasne okazuje się, że bynajmniej nie czerpie ze swoich praw wszystkich korzyści, jakich można by oczekiwać.
Gdyby jednak upierał się ktoś, że systemu bardziej zgodnego z naturą społeczeństwa nie da się zaproponować, spróbuję oddać tutaj ogólny zarys sprawiedliwszych rozwiązań.
Załóżmy zatem, że cała populacja jakiegoś kraju, po długim namyśle i poważnej dyskusji, dojdzie do wniosku, że każdy człowiek tam, gdzie żyje, posiada równe prawo do własności ziemi. Naturalną konsekwencją takiego poglądu będzie wniosek drugi: że jeśli ludzie ci mają wieść życie prawdziwie wspólne, to po to tylko, aby każdy z osobna mógł czerpać jak najwięcej ze swoich naturalnych praw i przywilejów.
Ustala się zatem dzień, w którym mieszkańcy wszystkich parafii tej krainy [jednostki ówczesnego podziału administracyjnego Anglii – przyp. tłumacza] spotkają się celem odzyskania swych dawno utraconych praw i zrzeszą się w korporacje. Tak też każda parafia stanie się korporacją, a wszyscy jej mieszkańcy – tejże korporacji członkami lub obywatelami. Ziemia, ze wszystkimi przynależnościami, w każdej parafii staje się własnością korporacji lub parafii, która otrzymuje całkowitą władzę wynajmować, uzupełniać bądź zmieniać jakąkolwiek część tego majątku, sprawując nad nim jurysdykcję taką, jaką ziemianin sprawuje nad swoimi gruntami, budynkami, które się na nich znajdują i tak dalej; niemniej, prawo do zbycia na rzecz kogokolwiek i w jakikolwiek sposób choćby jednej piędzi parafialnych gruntów, zostaje teraz i po wsze czasy uchylone. Bo decyzją całego narodu parafia, która sprzeda bądź odda komukolwiek jakąś część swojej ziemi, będzie traktowana ze wstrętem i obrzydzeniem, ukarana i ubezwłasnowolniona, jak gdyby sprzedała wszystkie swoje dzieci handlarzom niewolników bądź rękami własnych mieszkańców je zamordowała. Tak też, nie ma już w państwie żadnego innego typu własności ziemskiej, niż parafie – każda z nich jako suwerenny władca swego terytorium.
Następnie, spójrzcie, jak dobrze wykorzystuje parafia czynsz, który ludzie dobrowolnie decydują się wpłacać do jej skarbców; jak sumiennie płaci ustalane co rok przez parlament lub zgromadzenie narodowe podatki na rzecz rządu centralnego; jak wspiera ubogich i bezrobotnych; jak opłaca urzędników, wykonujących konieczną pracę; wznosi, naprawia i ozdabia domy, mosty i inne elementy infrastruktury; patrzcie, jak buduje wspaniałe drogi, trakty i przejścia tak dla ruchu pieszego, jak kołowego; kopie i utrzymuje kanały, i dostarcza wszelkich innych udogodnień dla handlu i transportu; zakłada i prowadzi arsenały, oraz kupuje wszelkiego rodzaju broń, pozwalającą jej mieszkańcom stawiać czoła wrogowi; jak hojnie subwencjonuje rolników czy przedstawicieli jakiejkolwiek innej akurat niezbędnej profesji; słowem – wykonuje to wszystko, co ludzie uznają za pożyteczne; zamiast, jak dotąd, promować luksus, pychę i wszelki występek. Jeśli chodzi o korupcję podczas wyborów, nie ma na nią już więcej miejsca; wszystkie sprawy, które rozstrzyga się przez głosowania, czy to wszystkich mieszkańców parafii, czy to członków odpowiednich komitetów, czy posłów na parlament, rozstrzyga się tajnie, tak więc proces ten nie generuje już żadnych konfliktów, bo nikt nie wie, jak kto inny głosował; wszystko zatem, co można zrobić, aby uzyskać większość, to przedstawić swoje poglądy jak najlepiej w mowie lub piśmie. Rząd centralny nie miesza się do każdej błahostki, przeciwnie: pozwala on każdej parafii zająć się samodzielnie egzekucją prawa, interweniując wyłącznie, jeśli parafie działają wyraźnie przeciwko woli społecznej oraz przyrodzonym prawom i swobodom ludzkości, gwarantowanym przez doskonałą konstytucję i kodeksy tego państwa. Bo osąd parafii jest równie godny zaufania, jak osąd Izby Lordów – bo i równie wolny od strachu przed mówieniem prawdy.
Pewna liczba sąsiadujących ze sobą parafii, tych, na przykład, wchodzących w skład jednego miasta czy hrabstwa, wybiera także wspólnie swoich reprezentantów do parlamentu, kongresu czy senatu; po równo płacą one także na tych reprezentantów utrzymanie. Wybór ten przebiega w następujący sposób: kandydatów przedstawia się wszystkim parafiom tego samego dnia. Następnie, we wszystkich (celem uniknięcia niebezpiecznie dużych zgromadzeń w jakiejkolwiek z nich) przeprowadza się tajne głosowanie. Po gruntownym i pieczołowitym przeliczeniu głosów, ci, którzy otrzymali większość, stają się oficjalnymi reprezentantami regionu.
Jeśli ktoś spędzi w danej parafii przynajmniej rok, automatycznie staje się jej obywatelem bądź członkiem korporacji, którą ona stanowi; zachowując ten przywilej tak długo, jak długo nie spędzi przynajmniej roku w innej, z czym też natychmiast staje się obywatelem nowej, tracąc wszystkie prawa w tej, której obywatelem był poprzednio, o ile nie zdecyduje się ich odzyskać, znów żyjąc w niej przynajmniej pełen rok. Tak więc nie da się być obywatelem dwóch parafii naraz, a z drugiej strony nawet ci, którzy dużo się przemieszczają, zachowują przynależność do jednej konkretnej.
Jeśli znajdą się w jakiejkolwiek parafii przybysze pochodzący z obcych nacji, bądź ludzie z innych regionów, którzy ze względu na chorobę bądź inne podobne wypadki będą potrzebować wsparcia, nim zdołają spędzić w niej pełen rok – w takim wypadku parafia winna traktować ich jak pełnoprawnych obywateli, zająć się nimi z poczucia ludzkości, wszelkie zaś koszty generowane przez pomoc świadczoną przez parafię ubogim spoza niej odlicza Minister Skarbu z pierwszej wpłaty podatkowej, uiszczanej w danym roku przez parafie na rzecz rządu centralnego. Tak więc ubodzy obcy, znajdując się pod opieką państwa, nie budzą zazdrości, chyba że staną się dla wspólnoty ciężarem – ponieważ zaś nie grozi im nędza i śmierć, nie popełniają czynów desperackich, dzięki czemu nie stają się również, jak dzisiaj często są, zabawką w rękach pieniaczy i faryzejskich sądów.
Wszyscy mężczyźni z danej parafii, w dniach przez siebie ustalonych, udają się wspólnie na pobliskie łąki przeprowadzać manewry. Niosą sztandary, grają marsze bojowe, doświadczeni oficerowie przewodzą im – tak obywatele poznają stopniowo tajniki sztuki wojennej. Stają się żołnierzami. Nie po to jednakże, aby bez przyczyny gnębić swych sąsiadów, ale przeciwnie: aby móc bronić tego, czego nikt nie ma prawa im odebrać; biada tym, którzy ich do tego zmuszają – obejdą się z nimi gorzej, niż z bandami piratów i złodziei.
W czasie pokoju nie utrzymuje się żadnych sił wojskowych; ponieważ parafia stanowi wspólną własność wszystkich, wszyscy gotowi są chwycić za broń, gdy znajdzie się w niebezpieczeństwie; w wypadkach, w których trzeba wysłać siły wojskowe zagranicę, szybko się je zbiera – albo z ochotników, albo ciągnąc losy.
Poza tym, ponieważ każdy ma prawo głosu we wszystkim, co dotyczy jego parafii, i dla swojego własnego interesu musi troszczyć się o dobro wszystkich, grunta dzierżawi się pod bardzo małe gospodarstwa, co zapewnia pracę większej liczbie ludzi i znacząco zwiększa produkcję żywności.
Ani mieszkańcy, ani obcy nie muszą płacić żadnych podatków, poza wspomnianym już czynszem, którego wysokość zależy od ilości, jakości (i tym podobnych) ziemi, budynków i wszelkiej infrastruktury, którą użytkuje. Czynsz służy sfinansowaniu pracy administracji, utrzymaniu dróg, pomocy ubogim i tak dalej, i tak dalej, którymi to rzeczami, jak się powiedziało, zajmują się parafie. Z tego też względu, warsztaty, manufaktury oraz legalne sektory handlu wolne są od wszelkich opłat na rzecz państwa. Wolność wykonania wszystkiego, czego nie można kupić. Albo coś jest zupełnie zakazane, jak morderstwo czy kradzież, albo zupełnie dla wszystkich dozwolone, bez podatków i ceł, czynsz zaś nigdy nie osiągnie wysokości obecnych danin, służących tylko utrzymaniu garstki wyniosłych, niewdzięcznych lordów. Jeśli zaś chodzi o rząd centralny, tę studnię bez dna, to skoro nie będzie już musiał wydawać ogromnych sum na poborców podatkowych, celników, inspektorów, synekury, łapówki i całą tego typu zarazę, jego potrzeby uda się zaspokoić bardzo łatwo, szczególnie że urzędników, tak na szczeblu centralnym jak lokalnym, będzie tylko tylu, ilu niezbędnie potrzeba, pensje ich zaś stanowić będą po prostu sprawiedliwe wynagrodzenie, zapewniające im dobry poziom życia. Jeśli zaś chodzi o inne wydatki, to błahostki, i można je zwiększać lub zmniejszać wedle uznania.
Jeśli jednak czynsz, z którego pokrywa się wszystkie wydatki publiczne, trzeba będzie podnieść – co wtedy? Trzeba pamiętać, że obecnie wszystkie narody wydają ogromne pieniądze nie tyle na zaspokojenie potrzeb publicznych, co raczej utrzymanie niezaspokojonej w swej chciwości klasy obszarników; gdy tej klasy zabraknie, obciążenia publiczne będzie można zwiększać jeszcze długo, nim osiągną one poziom znany z krajów sąsiednich. I niewątpliwie bardziej praktyczne byłoby dla każdego zapłacić trochę więcej raz, jeśli to konieczne, niż po trochu od wszystkiego, co zarobi. Oszczędziłoby to wszystkim niepokoju i kłopotu, rządowi zaś sporo wydatków.
Tym wszakże, co czyni nasz projekt jeszcze wspanialszym, jest fakt, że gdy raz to imperium prawa i rozumu zostanie ustanowione, przetrwa na wieczność. Przemoc i zepsucie, które będą dążyć do jego obalenia, przegrają, wszystkie narody zaś, zachwycone stabilnością jego rządów i dobrobytem mieszkańców, pójdą ścieżką przez nie wyznaczoną. I tak nareszcie wszyscy ludzie osiągną szczęście, i zaczną żyć jak bracia.
Thomas Spence
Przeł. Maciej Sobiech
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie Chesterton Polska. Przedrukowujemy go w porozumieniu z tłumaczem.
Thomas Spence (1750-1814) – angielski radykał, komunista, reformator, filozof i działacz społeczny i pedagogiczny. Pochodził z ubogiej i licznej rodziny rzemieślniczej (był jednym z dziewiętnaściorga rodzeństwa). Zwolennik głębokiej przemiany społecznej, uniwersalnego prawa wyborczego (również dla kobiet), a także… reformy ortograficznej, która uczyniłaby literaturę bardziej przystępną klasom nieposiadającym (sam Spence był wybitnym samoukiem). Inwigilowany przez służby brytyjskie i wielokrotnie więziony w dobie antyjakobińskiego terroru rządów premiera Pitta Młodszego. Zmarł w nędzy. Obecnie promocją dzieł twórcy zajmuje się stowarzyszenie jego imienia działające w Anglii.
przez Marcin Rezik | niedziela 30 sierpnia 2020 | opinie
O tym, że publiczny system opieki zdrowotnej nie działa w Polsce najlepiej, przekonała się zapewne większość z czytających niniejszy tekst. Kolejki, utrudniony dostęp do specjalistów, słaba opieka w szpitalach – to najczęściej wymieniane trudności, na jakie napotykają pacjenci. W sytuacjach, gdy chorujemy czasowo i niezbyt poważnie, problemy te jedynie nas irytują. Polska jest jednak krajem jak z koszmaru dla osób trwale niepełnosprawnych.
Aby nie być gołosłownym, przedstawię historię mojej mamy, która od kilku lat zmaga się ze stwardnieniem zanikowym bocznym (SLA). Przez ten czas nasza rodzina wielokrotnie przekonywała się, że nie jest prawdą, iż system opieki medycznej ma luki. On przypomina raczej jedną wielką czarną dziurę. Co ciekawe, z systemowych braków doskonale zdają sobie sprawę medycy, choć raczej na większą otwartość pozwalają sobie w czasie wizyt prywatnych.
Moja mama była osobą aktywną. Zbliżając się do sześćdziesiątki jeździła na rowerze niemal codziennie, także zimą, nierzadko pokonując kilkadziesiąt kilometrów. Przed pięcioma laty musiała jednak zrezygnować z tych przejażdżek. Zaczęło się od tego, że czuła sztywnienie w lewej stopie. Nie zbagatelizowała objawów. Poszła do lekarza rodzinnego, który odesłał ją do neurologa. W międzyczasie nadal jeździła na rowerze, do momentu, kiedy bezwładnie z niego spadła, bo noga zwyczajnie się pod nią ugięła. Szczęśliwie skończyło się zaledwie na kilku siniakach, ale mama na rower już nie wsiadła. Neurolog, do którego trafiła na początku, zlecał badania, które nijak się miały do rzeczywistego schorzenia. Widząc, że lekarz czasem wręcz ostentacyjnie manifestuje swoją bezradność, mama poprosiła o konsultację neurochirurga, który kiedyś uratował ją przed operacją kręgosłupa. Tym razem jednak stwierdził, że interwencja chirurgiczna jest nieunikniona. Mama z wiarą zgodziła się na zabieg.
Po operacji, jak to po operacji, rehabilitacja i powolne dochodzenie do pełnej sprawności. Tak miało być, ale rzeczywistość okazała się okrutna. Tygodnie mijały, a mama wcale nie czuła się lepiej, dodatkowo odczuwała coraz większe zmęczenie. Wejście po schodach na pierwsze piętro stanowiło dla niej nie lada wyczyn. Postanowiliśmy poradzić się innego neurologa. Ten typował na początku polineuropatię. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że była to diagnoza arcyoptymistyczna. Skierował mamę do Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach-Ochojcu na szczegółowe badania. SLA brzmiało jak wyrok. Choremu systematycznie zanikają mięśnie, łącznie z mięśniem oddechowym. Po pewnym czasie nie może samodzielnie jeść (konieczność zainstalowania żywienia dojelitowego) ani oddychać (najpierw oddychanie wspomagane jest przez respirator, aż w końcu trzeba dokonać zabiegu tracheotomii, po którym chory oddycha przez specjalną rurkę, ale nie jest w stanie mówić). Długość życia od ujawnienia się pierwszych objawów choroby wynosi przeciętnie trzy lata, a chory umiera zazwyczaj przez uduszenie (spowodowane osłabieniem mięśni oddechowym). Oczywiście, jak przy każdej chorobie, a zwłaszcza neurologicznej, postęp objawów jest sprawą indywidualną. Stephen Hawking potrafił przeżyć z SLA ponad 50 lat.
Po kilku dniach badań mamę wypisano jedynie z receptą na lek, który działa bardziej jak placebo, niż rzeczywiście hamuje rozwój choroby. W aptece okazało się, że kosztuje ponad 1000 zł. Na szczęście uprzejma pani farmaceutka poinformowała nas o refundowanym zamienniku. Dlaczego takiej informacji nie uzyskaliśmy w klinice, nie mam pojęcia. Początkowo niewiele się zmieniło. Mama była w stanie samodzielnie chodzić, choć później już jedynie o lasce. Przez cały czas konsultowaliśmy się z różnymi specjalistami. Jeden z nich, patrząc na wypis z Katowic, stwierdził, że mamie nie zrobiono kilku kluczowych badań. Trafiła zatem do kliniki w Krakowie, gdzie niestety potwierdzono diagnozę z Katowic. Po pewnym czasie pojawiły się coraz większe problemy z oddychaniem, więc zaproponowano tzw. opiekę domową, w ramach której chory otrzymuje respirator. Oczywiście nie z dnia na dzień, bo trzeba poczekać w kolejce.
I teraz najciekawsze. Niepełnosprawny, przed zakwalifikowaniem do programu, musi spędzić kilka dni w szpitalu. Ot tak, nie wiadomo za bardzo po co. Wiadomo natomiast, że wizyta w szpitalu oznacza zwiększenie ryzyka zapalenia płuc, szczególnie przy obniżonej odporności, co u osób mających problemy z oddychaniem może okazać się zabójcze. Zgodnie z prawem Murphy’ego mama już pierwszego dnia pobytu w klinice nabawiła się zapalenia płuc i musiała zostać przewieziona na oddział intensywnej terapii. W szpitalu spędziła około dwóch tygodni. Lekarz prowadzący poinformował ją, że po przyjeździe do domu będzie musiała się przyzwyczaić, bo opiekować się nią ma cały sztab ludzi: anestezjolog, pielęgniarka, rehabilitant, a kiedy trzeba także psycholog. Mama żartowała, że czuje się jak VIP z tak kompleksową opieką. Rzeczywistość jednak zwykle rozmija się z oczekiwaniami. Tak było i tym razem.
Gdy przyjechała do domu karetką, oprócz nas (którzy wcześniej zostaliśmy przeszkoleni z obsługi respiratora) nie było nikogo, a transportujący ją ratownicy marudzili, że muszą wnieść mamę na pierwsze piętro. A dalej radź sobie człowieku sam. Po dwóch tygodniach, gdy nikt do nas nie przyjeżdżał – a teoretycznie lekarz powinien być raz w tygodniu, a pielęgniarka i rehabilitant dwukrotnie – zadzwoniliśmy do firmy organizującej opiekę dla mamy. Okazało się, że osoby za nią odpowiedzialne… nie dostały informacji, że pacjent już wyszedł ze szpitala (!). A mama potrzebowała opieki natychmiastowej, bo zapalenie płuc stało się przyczyną nagłego przyspieszenia choroby. Nie jest już w stanie samodzielnie chodzić, a pod respiratorem spędza całą noc i sporą część dnia.
To, co przedstawiłem powyżej, stanowi tylko wycinek tego, z czym musimy mierzyć się na co dzień. Myślę, że podobnymi doświadczeniami mogłaby podzielić się większość osób sprawujących opiekę nad niepełnosprawnymi. Jest to zajęcie wyczerpujące fizycznie i psychicznie, bo przy chorym trzeba czuwać 24 godziny na dobę. Pół biedy, jeżeli opiekunowi pomagają inni członkowie rodziny, jak jest w naszym przypadku. Jeżeli jednak zostaje on z chorym sam, to praktycznie nie ma nawet chwili, by zająć się swoimi sprawami. Wykonywanie obowiązków zawodowych staje się niemożliwe bez zatrudnienia osoby z zewnątrz do pomocy. A jeżeli decydujemy się zrezygnować z pracy, to opiekun osoby dorosłej może liczyć na zasiłek opiekuńczy w oszałamiającej kwocie 620 złotych miesięcznie.
Skandalem, na który w tym miejscu trzeba zwrócić uwagę, jest konsekwentne różnicowanie przez ustawodawcę niepracujących opiekunów niepełnosprawnych dzieci (którym przysługuje zasiłek pielęgnacyjny w wysokości wartości płacy minimalnej, bez kryterium dochodowego) oraz osoby sprawujące opiekę nad członkami rodziny, które stały się niepełnosprawne w dorosłym życiu (mają prawo do zasiłku w wysokości 620 złotych, ale jedynie pod warunkiem, że dochód na osobę w gospodarstwie domowym nie przekracza 764 złotych). Sprawa jest jeszcze bardziej kuriozalna, gdy wczytujemy się dokładniej w zapisy Ustawy o świadczeniach rodzinnych. W obowiązującym stanie prawnym wyższe świadczenie przysługuje też opiekunom znacznie niepełnosprawnych osób dorosłych, ale jedynie pod warunkiem, że owa niepełnosprawność powstała jeszcze w okresie dzieciństwa lub przed 24. rokiem życia w przypadku osoby uczącej się. I tak, gdyby studiujący 23-latek uległ wypadkowi skutkującemu niepełnosprawnością, jego opiekun otrzymywałby zasiłek pielęgnacyjny w wysokości płacy minimalnej. Opiekunowi osoby, która stałaby się niepełnosprawną w wieku 22 lat, ale zakończyła wcześniej edukację, przysługiwałoby natomiast zaledwie 620 złotych zasiłku. Trybunał Konstytucyjny już w 2014 r. jednoznacznie wskazał na niekonstytucyjność tych przepisów, które pomimo tego do dzisiaj pozostają w mocy.
Powyżej starałem się przedstawić dwie najbardziej widoczne patologie polskiego systemu opieki zdrowotnej w odniesieniu do chorób rzadkich i ciężkich. Po pierwsze fatalnie funkcjonująca kwalifikacja medyczna, skutkująca tym, że chory dowiaduje się o chorobie, którą rzeczywiście posiada zbyt późno, by wdrożyć jakieś sensowne leczenie. Jak w przypadku mojej mamy, nierzadko same procedury są bezpośrednią przyczyną pogorszenia się stanu zdrowia (dodatkowe wizyty w szpitalu). Można nabawić się depresji, patrząc na średni czas oczekiwania na realizację świadczeń specjalistycznych. Na wizytę do endokrynologa trzeba czekać średnio… ponad 11 miesięcy.
Coraz bardziej niepokojące dane płyną z corocznego raportu Barometr WHC. Kolejki do specjalistów z roku na rok się wydłużają. W 2019 r. przeciętny czas oczekiwania na gwarantowane świadczenie zdrowotne w Polsce wynosił 3,8 miesiąca. Dla porównania w 2015 r. było to 2,9 miesiąca.
Bezpośrednią przyczyną ograniczenia dostępności do świadczeń gwarantowanych są kurczące się kadry lekarzy specjalistów i, co może szczególnie alarmujące, rosnąca średnia wieku medyków. Obecnie wynosi ona 50 lat, a w przypadku specjalistów nawet 54 lata (!). Oficjalnie na tysiąc mieszkańców przypada w Polsce 2,4 lekarza, przy średniej europejskiej na poziomie 3,6. Dla porównania, w Austrii i Szwajcarii wskaźnik ten jest ponad dwukrotnie wyższy. Teoretycznie nie powinno być tak źle, biorąc pod uwagę, że z roku na rok rośnie liczba absolwentów studiów medycznych. Jednak aż 25 % z nich to obcokrajowcy, którzy po zakończeniu studiów najczęściej wracają do rodzimego kraju lub wyjeżdżają do miejsc, gdzie komfort pracy jest wyższy.
Po drugie finanse, czyli temat rzeka. O sposób finansowania służby zdrowia politycy różnych opcji spierają się od zawsze. Niewiele jednak dobrego z tego wynika dla samego pacjenta. Według Okręgowej Izby Lekarskiej co roku w Polsce z powodu braku funduszy na ochronę zdrowia umiera około 30 tys. osób. Przerażająca statystyka… To jednak nie powinno dziwić w sytuacji, kiedy znajdujemy się w ogonie państw Unii Europejskiej w zakresie wydatków na ten cel. Według danych Eurostatu w 2016 r. na ochronę zdrowia w przeliczeniu na jednego mieszkańca mniej od nas wydały tylko Grecja i Bułgaria. Z kolei zestawienie WHO wskazuje, że w 2017 r. Polska przeznaczyła na ochronę zdrowia 4,51% PKB, zajmując pod tym względem szóste miejsce od końca wśród państw UE. W tym roku po raz pierwszy wydatki na służbę zdrowia mają przekroczyć 100 mld złotych, co ma odpowiadać ponad 5% PKB i mają systematycznie rosnąć do poziomu 6 % PKB w 2024 r. To i tak jednak niewiele w porównaniu ze Szwecją, Niemcami czy Francją. Kraje te na ochronę zdrowia wydają około 9% PKB.
Jestem świadomy, że z dnia na dzień nie wykształcimy odpowiedniej liczby lekarzy ani nie zreformujemy całego systemu opieki zdrowotnej tak, żeby choroby były rozpoznawalne na początkowym etapie i nawet, jeżeli nie da się pacjenta z nich wyleczyć, to przynajmniej „komfort” chorowania stanie się wyższy. Są to procesy, które wymagają lat prowadzenia konsekwentnej i rozumnej polityki zdrowotnej. No właśnie, tyle że aby było to możliwe, ochrona zdrowia musiałaby się stać jednym z priorytetów polityki państwa. Przez lata takim się nie stała, pomimo zapewnień kolejnych ekip rządzących.
Z rozważań bardziej ogólnych wróćmy do sytuacji indywidualnej. Powyższe trudności nie są jedynymi, z którymi muszą mierzyć się osoby niepełnosprawne i ich opiekunowie. Z naszych doświadczeń to, co jest najbardziej irytujące, to poczucie osamotnienia w chorobie. Wszystkiego trzeba dowiadywać się na własną rękę, wszystko samemu załatwiać, tracić czas na pisanie wniosków itd. Rozwiązaniem, które znacznie ułatwiłoby życie osobie niepełnosprawnej i jej opiekunowi, a nie wydaje się jakoś specjalnie kosztowne, mogłoby być ustanowienie kogoś w rodzaju „menedżera” osoby niepełnosprawnej. Byłby to ktoś posiadający stosowne pełnomocnictwa do występowania w interesie chorego. To on, oczywiście po konsultacji z osobą niepełnosprawną, organizowałby dodatkową opiekę, składał wnioski o dofinansowanie do sprzętu medycznego, załatwiał te wszystkie formalności, którymi na co dzień musi sobie zaprzątać głowę opiekun. Niby takie proste, a jednak nikt do tej pory na to nie wpadł, a osoba sprawująca opiekę musi przyzwyczaić się, że zasada „umiesz liczyć, licz na siebie” – stanie się jej codziennością. A wystarczyłoby, gdyby Ministerstwo Zdrowia zorganizowało wielką konferencję z opiekunami osób niepełnosprawnych, na której ci mogliby przedstawić najbardziej palące problemy, z którymi nieustannie muszą się mierzyć. Następnie to wszystko spisać, opracować z ekspertami właściwe rozwiązania i przekuć je w konkretne akty prawne. No tak, chyba jednak zbytnio się rozmarzyłem… Tak byłoby w idealnej rzeczywistości, a polska nigdy taką nie była dla osób z niepełnosprawnościami.
W moim rozumieniu solidarne państwo to takie, które potrafi właściwie zatroszczyć się o swoich obywateli najbardziej potrzebujących opieki, a takimi są niewątpliwie osoby niepełnosprawne. Dla kogo, jak nie dla nich, nie powinno nigdy zabraknąć pieniędzy. Rozumiem, że środki są ograniczone, a potrzeby osób z niepełnosprawnościami ogromne. Nie zawsze jednak problemem są same pieniądze, ale raczej brak pomysłu i chęci, by zwiększyć komfort życia osób tak dotkliwie potraktowanych przez los.
Marcin Rezik
przez redakcja | czwartek 27 sierpnia 2020 | opinie
Poniższy tekst pochodzi z pierwszego numeru „Obywatela”, a przypominamy go dokładnie w dwudziestą rocznicę spotkania założycielskiego naszego pisma.
***
Kiedy w 1944 roku świat podnosił się po katastrofie II wojny światowej, przedstawiciele rządów narodowych spotkali się w Bretton Woods w Stanach Zjednoczonych i uzgodnili powstanie organizacji, które miały działać w interesie narodów i pomagać – zwłaszcza najbardziej potrzebującym. Były to MFW (Międzynarodowy Fundusz Walutowy), BŚ (Bank Światowy) oraz podwaliny tego, co później zaistniało jako WTO (World Trade Organisation – Światowa Organizacja Handlu). W następnych dekadach pozycja państw jako struktur organizacyjnych zaczęła tracić na znaczeniu, natomiast duże korporacje ponadnarodowe stopniowo zwiększały swoje wpływy. W grudniu 1999 r. wydarzenia w Seattle, tuż pod bokiem siedziby Microsoftu Billa Gatesa, zaszokowały sporą grupę ludzi, dla których globalizacja kojarzyła się dotąd tylko z komunikacją czy przepływem kapitału. Ale to nie we mgle gazu pieprzowego użytego na ulicach Seattle powstał globalny ruch sprzeciwu wobec modelu świata, którego symbolem są IMF, WB i WTO. Stało się to w dzień Nowego Roku 1994, w wilgotnej mgle górskiej dżungli Lacandon, w samym sercu meksykańskiego stanu Chiapas.
Realny świat
Globalizacja jest pojęciem tak szerokim, że trudno o niej mówić bez popadania w banał wynikający z przyjmowania skrajnego stanowiska, niepopartego trudnym zadaniem sprawdzenia, jak wygląda jej rzeczywiste oblicze. Wielu z nas, czekając na otwarcie drzwi wiodących do Zjednoczonej Europy, jest przekonywanych o jej sporych zaletach – dowiadujemy się na przykład, że ułatwia podróżowanie, że umożliwia studiowanie za granicą, że możemy dziś globalnie inwestować nasze własne pieniądze (no, do tego wprawdzie trzeba ich mieć trochę więcej). Z całą pewnością druga połowa XX wieku przyniosła krajom tzw. Zachodu ciągły wzrost dobrobytu, przynajmniej w kategoriach dóbr i usług, których ilość stale się powiększa. Nowe techniki łączności umożliwiły właściwie natychmiastową komunikację, choć niektórzy malkontenci stwierdzają, że jej jakość jakby trochę spadła. Od lat 80. zaczęły znikać instytucjonalne bariery dla przepływu kapitału, dzięki czemu jego właściciele nie odczuwają już związku ze skutkami inwestowania swoich pieniędzy, ponieważ najczęściej znajdują się na innym kontynencie. Na liście 100 największych organizmów gospodarczych 52 pozycje zajmują korporacje ponadnarodowe (przed Polską uplasował się bodajże koncern Mitsubishi), które tworzą własne systemy i sposoby działania, pozostawiając rządom iluzję rządzenia. Ludzie tacy jak Günter Grass mówią, że ekonomia zastępuje politykę i – ponieważ jako humaniści uważają prawa ekonomii za podobne prawom fizyki – boleją nad tym faktem. Wygląda na to, że globalizacja stała się słowem, które utraciło łączność ze światem faktów, a coraz więcej mediów mówi o niej jak o swego rodzaju kulturowej strukturze. Ma ona jednak swój realny wymiar, w którym są prawdziwa śmierć i prawdziwe pieniądze, wielkie bogactwo i ogromna bieda oraz wysiłek wielu ludzi, którzy stwierdzili, że nowe problemy potrzebują nowych rozwiązań.
Ya basta
1 stycznia 1994 r. w Meksyku wchodził w życie Północnoamerykański Układ o Wolnym Handlu, znany bliżej jako NAFTA. I tego dnia z górskich lasów wyszło 2000 zamaskowanych rebeliantów pochodzących z różnych tubylczych plemion, których zawołaniem było słynne „Ya basta” (Już dość). Rozpoczęło się powstanie, które wprawdzie topiono w krwi – najbardziej znaną tragedią było ludobójstwo w Acteal – ale nigdy nie zdołano stłumić. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze Zapatystom (taką przyjęli nazwę – od imienia Emiliano Zapaty, przywódcy powstania w Meksyku w 1910 r., które doprowadziło do powstania meksykańskiej Konstytucji) udało się dzięki pośrednikom przesłać za pomocą Internetu swój komunikat, usłyszany już następnego dnia. Po drugie, jego istotą był pewien fakt, który umknął uwadze mediów, bo zazwyczaj nie przytaczały komunikatu w całości. Zapatyści nie są rebeliantami w tradycyjnym ujęciu tego słowa, nie chcą przejąć władzy w stolicy. Twierdzą, że powstali przeciwko pewnej strukturze, która doprowadziła do dominacji korporacji ponadnarodowych realizujących swoją politykę poprzez jednoznaczne stawianie zysku ponad interesem ludzi i środowiska, dzięki któremu egzystują. W najważniejszej części swojego oświadczenia mówią, że nie tyle zależy im na wsparciu i pomocy, co na tym, aby każdy starał się zrobić to samo. Ich hasło brzmiało: „Nie przyłączaj się do nas, działaj u siebie”.
Zapatyści nie byli pierwsi, ale byli tymi, którzy zmieniając reguły gry sprawili, że coraz więcej historyków uważa dziś, iż XXI wiek zaczął się właśnie w Chiapas. Z zebranych przeze mnie informacji wynika, że w ciągu ostatnich 15 lat różne rodzaje dużych protestów i walk wynikających z tego samego powodu i podobnie tłumionych odbywały się przynajmniej w następujących krajach: Algieria 1988; Benin 1989; Boliwia 1985; Ekwador 1987 (marzec i październik), 1999, 2000; Jamajka 1985; Jordania 1989, 1996; Meksyk 1994, 1998; Niger, 1990; Nigeria 1986, 1988, 1989, 1990, 1992; Sudan 1987; Trynidad 1990; Uganda 1990; Wenezuela 1989; Zair-Kongo 1985; Zambia 1987 (nie zdążyłem dotrzeć do wiarygodnych materiałów dotyczących Azji).
Czy problemy krajów biednych lub przechodzących transformację wynikają tylko z ich niewiedzy, wrodzonego lenistwa czy nieprzystosowania do „globalnej gospodarki”? Niezupełnie. Kiedy jakieś państwo ma trudności gospodarcze, przechodzi transformację (jak Polska) czy poważny kryzys, pojawia się np. Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który proponuje pożyczkę, jednak pod warunkiem, że dany kraj zgodzi się na zmianę polityki społeczno-gospodarczej na taką, którą zazwyczaj określa tzw. program dostosowawczy zaprojektowany z kolei przez Bank Światowy. W dziesiątkach tzw. mniej rozwiniętych krajów, w których MFW oraz BŚ wprowadziły na przestrzeni ostatnich lat swe programy ekonomiczne, mieszkańcy tych krajów obserwowali pogorszenie swojego standardu życia, dewastację środowiska, spadające możliwości zatrudnienia. Wiele gazet, magazynów i pism naukowych (z tych, które potrafiły przetrwać w warunkach głębokiej recesji) zawierało analizy wpływu „nowej ekonomii” na kraje i społeczeństwa nią dotknięte.
Czemu dopiero po „wojnie w Seattle” zaczęto o tym pisać? Seattle dlatego wywołało tak wielki odzew, bo prawie nikt nie podejrzewał, że coś podobnego może się wydarzyć w jednym z najbardziej prężnych miast najpotężniejszego państwa na świecie. Do masowej widowni dotarły strzępy tamtych wydarzeń, ponieważ tym razem było wyjątkowo trudno zignorować ów protest jako bunt nieprzystosowanych. Seattle było po prostu momentem, kiedy mieszkańcy bogatego świata zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że coś nie gra w spektaklu globalnej wioski.
Czy to naprawdę jest ekonomia?
Tym, co przestaje grać, jest globalny model ekonomiczny – u podstaw problemów związanych z globalizacją leżą skutki bezmyślnego powielania tych samych wzorców niezależnie od kultury, tradycji, lokalnej gospodarki czy środowiska naturalnego. Paradygmat ekonomiczny stojący za Bankiem Światowym czy Międzynarodowym Funduszem Walutowym kruszył się wyraźnie od wielu lat, ale w ostatnim czasie nawet ci, którzy stanowili doktrynalną podporę liberalnego modelu ekonomii, zaczynają opuszczać tonący statek.
Joseph Stiglitz jest jednym z najbardziej znanych ekonomistów głównego nurtu, niektórzy twierdzą, że ma szansę na Nagrodę Nobla. Stiglitz był naczelnym ekonomistą Banku Światowego do grudnia 1999 r., kiedy to został zmuszony do rezygnacji z powodu krytyki działań Międzynarodowego Funduszu Walutowego, głównie jeśli chodzi o jego politykę w Rosji. Wkrótce po opuszczeniu Waszyngtonu, w jednym z wywiadów, tak wypowiedział się o ekonomistach MFW: „Kiedy MFW decyduje się pomagać jakiemuś krajowi, wysyła »misję« ekonomistów. Ekonomistom tym często brak wystarczającej wiedzy o tym kraju; będą raczej posiadali wiedzę o jego pięciogwiazdkowych hotelach, niż o wsiach, które leżą na jego terenie. Ciężko pracują, sprawdzając rzędy liczb do późnej nocy. Ale ich zadanie jest niemożliwe do wykonania. Mają wypracować spójny program – odzwierciedlający potrzeby kraju – w okresie kilku dni lub najwyżej tygodni”. Stiglitz przyznał nawet, że zdarzały się przypadki kopiowania części raportu dotyczącego jednego kraju do raportu tworzonego dla innego państwa, które zostały przypadkiem wykryte, ponieważ edytor tekstu nie zadziałał dokładnie i nie wszędzie zmienił nazwę oryginalną na nową.
Jednak sam Bank Światowy ma nie lepszą kartotekę. Ravi Kanbur był autorem specjalnego raportu na temat ubóstwa, przygotowanego w 1998 r. Kanbur podkreślił w raporcie, że twórcy polityki ekonomicznej powinni raczej badać wpływ swoich działań na prawdziwych ludzi, niż polegać na generalnych zasadach ekonomicznych. Zrezygnował ze swojej funkcji, kiedy Larry Summers bezpośrednio zaangażował się w zmianę części raportu krytycznie oceniającej efekty globalizacji, aby zapewnić świat o pozytywnej roli wzrostu ekonomicznego w procesie redukcji ubóstwa oraz o wadze reform rynkowych w tworzeniu tego wzrostu.
Coraz więcej ludzi nie wierzy w to, że można zreformować ludzi i sposób pracy ekonomicznej Świętej Trójcy – MFW, BŚ i WTO – która w iście maoistowski sposób chce założyć ten sam uniform, w postaci tych samych zasad rozwoju, całemu światu. Retoryka i propaganda tych instytucji są niesamowite – widziałem okładkę jednej z broszur Banku Światowego, której nie powstydziłaby się któraś z głównych organizacji ekologicznych lub zajmujących się dziećmi. O tym, jak wielki jest to humbug, przekonał się pewien człowiek, który nazywa się Leon Galindo.
Opowieść Galindo
Leon Galindo jest obywatelem Boliwii, który został nielegalnie aresztowany wraz z setkami protestujących podczas demonstracji w kwietniu tego roku w Waszyngtonie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Galindo jest… konsultantem Banku Światowego.
Galindo został aresztowany na ulicy wraz z innym haitańskim konsultantem oraz grupą turystów w momencie, gdy chciał osobiście przekonać się, na ile rozsądnie brzmią argumenty przeciwko instytucji, dla której pracował. Po dniu spędzonym w areszcie, rozmawiając z wieloma protestującymi, z których większość była wykształcona, zrozumiał, że ich punkt widzenia jest dość rozsądny i uzasadniony. Uważali, że instytucje światowe oraz korporacje stojące w ich cieniu posiadają zbyt duży wpływ na ich losy, oraz że ignorują fundamentalne zasady i wolności, które stanowią warunki sine qua non wolnego społeczeństwa i swobodnej ekonomii. Galindo pisze: „MFW i BŚ trafnie lub błędnie są identyfikowane jako symbole globalnego kapitalizmu. Jako konsultant Banku i ktoś, kto wierzy w jego misję uważam, że wielką pomyłka jest podtrzymywanie radykalnych twierdzeń tych, którzy wrzucają MFW i BŚ do tego samego worka co »chciwe korporacje«. Jednakże to właśnie stało się w Waszyngtonie. Przez ignorowanie demonstrujących, brak woli komunikacji i oddanie pośrednictwa w ręce policji, instytucje te nie chcą wziąć pod uwagę różnicy zdań i to stanowi największy ich błąd. Jeśli w taki sposób radzą sobie z różnicą zdań w Waszyngtonie, któż miałby zapewnić, że BŚ i MFW nie będą przymykać oczu na podobne praktyki używane przez rządy i policje w krajach rozwijających się. Jeśli instytucje te oraz rządy państw odmawiają wysłuchania i jeśli protesty uliczne, więzienia i użycie sił policji są narzędziami preferowanymi w celu uniknięcia dialogu, to znaczy, że jesteśmy na niebezpiecznym szlaku”. Z całą pewnością nie wszyscy protestujący są niewinni, pomiędzy nimi są też zwyczajni ignoranci i tacy, którzy hołdują przemocy. Ale pomimo tego, jak niespójne mogą na pierwszy rzut oka wydawać się argumenty protestujących, ich postawa polega na przeciwstawieniu się temu, co Galindo usłyszał w areszcie z ust komisarza policji: „Tutaj nie ma żadnej demokracji. To miejsce jest dyktaturą, a ja jestem Bogiem. Jeśli jeszcze raz otworzysz usta, skopię ci dupę, aż będziesz błagał o litość”.
Leon Galindo dopiero po aresztowaniu i spędzeniu siedemnastu godzin w kajdankach za przestępstwo, którego nie popełnił, zdał sobie sprawę, że globalna sprawiedliwość, o której mówią protestujący, nie jest „mglistą rzeczą”, jak to przedstawiał czołowy tygodnik ekonomiczny „The Economist”. Najprościej rzecz ujmując, jest to wezwanie wszelkich globalnych instytucji do uszanowania i podtrzymywania zasad, bez których nie mogą istnieć wolne i zdrowe społeczeństwa.
Konkrety
Media nie mogą już przedstawiać protestujących jako bandy chuliganów i bezrobotnych (przynajmniej na Zachodzie – w Polsce z zadziwiającym uporem przedstawia się ich wg schematu „anarchistów nieprzystosowanych do rzeczywistości”). W związku z tym próbują szkicować obraz grupy ludzi, którzy nie mają złych zamiarów, martwią się o innych, ale – ponieważ nie rozumieją realiów ekonomii globalnej – ich starania są jałowe i szkodliwe. Po zamieszkach w Waszyngtonie „Rzeczpospolita” zamieściła wypowiedź prof. Rudiego Dornbuscha, doradcy BŚ i MFW. W związku z tym, że Dornbusch jest również współautorem jednego z podstawowych podręczników ekonomii używanych w Polsce, jego wypowiedzi stanowią obowiązującą wykładnię.
Dornbusch zapewnia czytelników, że „powinniśmy ignorować te wrzaski” przede wszystkim dlatego, że ich siłą napędową jest amerykański ruch związkowy (nie jest to prawdą – choć ruch ten stanowi jeden z elementów protestu, nie był jego inicjatorem ani nie stanowi o jego sile). Celem związkowców ma być poprawa warunków pracy w krajach Trzeciego Świata tylko po to, aby tamtejsi pracownicy stali się zbyt kosztowni i stracili zatrudnienie. Co więcej, Dornbusch stwierdził, że „politycy biednych krajów od dawna rozumieją, że ich głównymi wrogami są zwolennicy »uczciwego handlu« w USA, związkowcy i zwolennicy ochrony środowiska”.
To stwierdzenie jest piramidalnie niezgodne z prawdą. Przedstawiciele rządów krajów rozwijających się, dotychczas w stu procentach podporządkowani partyturze MFW-BŚ ze względu na korzyści osobiste lub zadłużenie swoich krajów, w Seattle po raz pierwszy wspólnie wycofali się z obrad na znak protestu przeciwko sekretnym i niedemokratycznym praktykom Światowej Organizacji Handlu.
Zawartość merytoryczną protestu Dornbusch podzielił na cztery „NIE”:
1. NIE wobec programów MFW i BŚ, które szkodzą pracownikom i zwiększają nędzę w krajach Trzeciego Świata.
Chodzi tu głównie o większą kontrolę przepływu kapitału (zaakceptowaną już przez część ekonomistów głównego nurtu) oraz o oparcie programów finansowanych przez te instytucje na nowych kryteriach (ekologicznych i społecznych). Dornbusch uważa te idee za „księżycowe”, już sprawdzone i odrzucone. Idee te jednak nigdy nie zostały sprawdzone.
2. NIE wobec zanieczyszczenia środowiska.
„Demonstranci wyobrażają sobie idylliczny świat, kraje słabo rozwinięte pełne wiatraków, wokół których szczęśliwi rolnicy i ich osły żyją w samoodnawiającej się naturze. Byłaby to wspaniała wizja – gdyby nie prowadziła do nędzy na wielką skalę”. Cóż, Dornbusch prawdopodobnie czerpie swoją wiedzę o ekologii z „ekologicznych” reklam Banku Światowego.
3. NIE – wobec długu.
Chodzi o uwolnienie najuboższych krajów od niemożliwych do spłacenia i wciąż narastających długów. Dowiadujemy się od Dornbuscha, że bezwarunkowe oddłużenie pogorszyłoby ocenę kredytową tych krajów, odcinając je od inwestycji i możliwości poprawy gospodarczej, natomiast obwarowanie pomocy warunkami przynosi minimum stabilizacji i postępu. Owo obwarowanie postępu oznacza przeznaczanie coraz to nowych kredytów przyznawanych przez wspomniane instytucje na „rozwojowe” inwestycje, jak np. budowa rurociągów w lasach Amazonii. Taka polityka gospodarcza doprowadziła w ciągu ostatnich 20 lat do potężnej spirali zadłużenia w krajach Trzeciego Świata.
4. NIE – wobec tajemniczych instytucji globalnych.
W innym artykule natknąłem się na następujące stwierdzenie: „Reprezentanci MFW i BŚ są mianowani przez mniej lub bardziej demokratyczne rządy, podczas gdy członkowie organizacji społecznych nie pochodzą z demokratycznego wyboru”. Jest to definicja demokracji, która naśladuje definicję seksu Billa Clintona: demokrację mamy tylko wtedy, gdy karta do głosowania wpada do urny wyborczej. Każdy politolog zajmujący się oceną stanu demokracji w danym kraju zaczyna swoje badania od najważniejszej składowej miary demokracji – ilości i aktywności organizacji obywatelskich. MFW, BŚ oraz Światowa Organizacja Handlu są traktowane jako tajemnicze i odporne na demokrację z powodu swych własnych działań i niechęci czy wręcz niemożności rozpoczęcia prawdziwej debaty z przedstawicielami tych organizacji.
Koniec historii?
Same organizacje pozarządowe, każde na swoim polu oraz łącząc swe wysiłki, mają teraz bardzo wiele do zrobienia. Po pierwsze, powinny dostrzec, że sami politycy, którzy szafują hasłem „globalizacji z ludzką twarzą”, nie mają pojęcia o tym, o czym mówią, i na razie nie powinny liczyć na to, że mają oni jakiś sensowny plan i wolę zmiany. Po drugie, muszą zaakceptować fakt, że stosowanie konwencjonalnych metod wywierania presji na polityków, po to, aby zmienili coś, nad czym już stracili kontrolę, jest daremne. Część z nich już zaczyna dostrzegać, że nie mogą siedzieć i czekać, aż politycy nagle doznają olśnienia albo na jakiś rewolucyjny ruch, który wszystko przewróci do góry nogami. Zamiast tego powinni zacząć współdziałać, tworząc kampanie, które w różnych kwestiach uświadamiają ludziom podstawowe przyczyny społecznego, ekonomicznego i ekologicznego kryzysu, jednocześnie starając się wymuszać kreowanie nowej architektury ekonomicznej. Im bardziej będzie rosnąć świadomość współzależności różnych problemów, tym mocniejsze będzie poczucie, że obecny stan rzeczy trzeba zmienić.
Wielu inteligentnych ludzi w Polsce nie jest zadowolonych z tego, co widzą, ale przekonano ich, że powstał pewien trwały układ, którego mogą być beneficjentami albo przegranymi i myślą, że wszędzie na świecie jest tak samo – albo będziesz „globalny” i się dostosujesz, albo skończysz w nędzy. Tymczasem „wszędzie na świecie”, zarówno wśród amerykańskich programistów komputerowych, jak i hinduskich rolników, jest coraz większa liczba ludzi, którzy są świadomi swej lokalnej przynależności w ramach systemu planety. Jedni i drudzy byli na ulicach Pragi, ponieważ dla jednych i dla drugich pomysł ujednolicania płynnego i różnorodnego świata przyrody i ludzkich relacji w imię czyichś krótkookresowych korzyści jest aberracją chorego umysłu. Jedni wyczuwają to intuicyjnie patrząc na ziemię, którą uprawiają; inni intelektualnie – czując różnicę podczas dyskusji, w której nie ma „jedynie słusznych teorii” i korzystając z sieci, która przypomina im o tym samym.
Jedni i drudzy zdają sobie sprawę z tego, że prawdziwa różnorodność oznacza ład i harmonię, a „to samo marzenie dla wszystkich” oznacza wieżę Babel. I kiedy Fukuyama zapewnia nas o końcu Historii z determinizmem godnym Marksa, oni właśnie przekraczają jej kolejny Rubikon.
Maciej Muskat
przez Jan Przybylski | środa 26 sierpnia 2020 | opinie
Ogłoszenie na początku czerwca bieżącego roku zamiaru zakupu przez Siły Zbrojne Republiki Czeskiej 52 francuskich armatohaubic samobieżnych kalibru 155 mm na podwoziu kołowym CAESAR tylko z pozoru było wydarzeniem ściśle „branżowym”, dotyczącym obronności, o kontekście zamykającym się w relacjach bilateralnych między państwami-stronami. Jednak spojrzenie z szerszej perspektywy uświadamia jego symboliczny charakter dla stosunków w obrębie Grupy Wyszehradzkiej.
Francuskie działa zastąpią jeszcze czechosłowackie Dany, a w pokonanym polu zostawiły stanowiące ich daleką ewolucję o nazwie Zuzana 2. W efekcie każde z czterech państw Grupy będzie dysponowało zupełnie odmiennym podstawowym systemem artyleryjskim. Polska rodzimymi, choć stanowiącymi w istocie składankę wieży o brytyjskiej genezie z południowokoreańskim podwoziem Krabami. Czechy wspomnianymi CAESARami. Węgrzy niemieckimi PzH 2000. Słowacja rodzimymi Zuzanami 2. Systemy te łączyć będzie tylko kaliber i zdolność strzelania taką samą amunicją spełniającą normy NATO. Gorzej być nie może. I nie jest to w kontekście Grupy wyjątek, lecz stan standardowy.
Państwa powołanej do życia 15 lutego 1991 Grupy Wyszehradzkiej teoretycznie były predestynowane do szeroko zakrojonej współpracy w dziedzinie obronnej. Wszystkie wyszły z Układu Warszawskiego z bardzo podobnym wyposażeniem wojsk, głównie produkcji lub konstrukcji sowieckiej, jednak z pewnymi interesującymi wyjątkami, do których należały wspomniana czechosłowacka armatohaubica Dana zakupiona w latach 80. przez PRL, wspólnej polsko-czechosłowackiej konstrukcji transporter opancerzony SKOT czy samoloty szkolno-treningowe (Czechosłowacja produkowała maszyny L-29 Delfin i L-39 Albatros stanowiące standard w Układzie Warszawskim z wyjątkiem Polski, która postawiła na konstrukcje własne, najpierw TS-11 Iskra, a później I-22 Iryda oraz mającej również własne ambicje Rumunii). Polska, Czechy i Słowacja miały też pewien potencjał produkcyjny. Polska i dawna Czechosłowacja produkowały używane we wszystkich krajach późniejszej Grupy czołgi T-72M1, przy czym sowieccy licencjodawcy dbali o to, żeby nie przydzielić jednemu krajowi całej zdolności wytwórczej, stąd Polska nie produkowała armat (zdolność tę po CSRS odziedziczyła Słowacja), ale za to południowi sąsiedzi musieli korzystać z importowanych z Polski silników. Czechosłowacja wytwarzała ponadto bojowe wozy piechoty BMP-2, była też liczącym się ośrodkiem produkcji artyleryjskiej (ten potencjał również pozostał na Słowacji). Polacy produkowali ponadto śmigłowce, radary i przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe. Do tego dochodziły używane w całej czwórce systemy sowieckie, np. obrony przeciwlotniczej wyższych szczebli, które ze względów ekonomicznych musiały pozostać w eksploatacji. Kraje łączył też, mimo pewnych meandrów polityki słowackiej, wspólny cel, jakim było zbliżanie się do NATO z perspektywą członkostwa w Pakcie, co w dziedzinie zbrojeń oznaczało stopniowe przyjmowanie tamtejszych standardów i zakupy nowego sprzętu zastępującego czy uzupełniającego dotychczas eksploatowany.
Większość lat 90. nie sprzyjała współpracy zbrojeniowej ze względów ogólnych. Kraje Grupy redukowały odziedziczone armie i przechodziły szok transformacyjny, który siłą rzeczy nie sprzyjał większym inwestycjom w sprzęt. Rok 1995 przyniósł jednak ciekawą transakcję: Polska pozyskała od Czech 10 samolotów myśliwskich MiG-29 w zamian za 11 śmigłowców W-3 Sokół. Można ją było uznać za dobry prognostyk właściwej współpracy, jednak okazała się jedną jaskółką, która wiosny nie uczyniła. Bowiem przełom mileniów przyniósł z jednej strony poprawę sytuacji makroekonomicznej i rozpoczęcie przez kraje Grupy modernizacji sił zbrojnych, z drugiej jednak nie przełożyło się to na współpracę regionalną.
Gdy w 1997 Polska ogłosiła przetarg na nowoczesny system wieżowy do działa samobieżnego, mimo udziału postępowaniu słowackiej Zuzany wybór padł na oferowany przez Brytyjczyków AS-90, z którego po licznych perturbacjach po niemal dwu dekadach powstał Krab w ostatecznej seryjnej postaci. Czesi, pracując w latach 90. nad modernizacją czołgów T-72M, opracowali rozwiązanie równoległe do istniejącego polskiego PT-91. Efekt w postaci T-72M4CZ, w którym zastosowano brytyjski silnik, amerykański system przeniesienia napędu, włoski system kierowania ogniem i czeski pancerz reaktywny (chociaż Polska miała w ofercie zmodernizowany silnik S-12, system kierowania ogniem Drawa i należący do światowej czołówki pancerz reaktywny ERAWA), był fatalny pod względem stosunku koszt-efekt i doprowadził do ograniczenia zakresu programu ze 140 do 30 egzemplarzy, które powstały równolegle z najdoskonalszą wersją PT-91 opracowaną dla Malezji. Brak koordynacji prac w połączeniu z korzystnym ze względów operacyjnych, ale bardzo złym z punktu widzenia interesów przemysłu pozyskaniem przez Polskę na początku nowego milenium używanych niemieckich Leopardów 2A4 uniemożliwił powstanie na bazie T-72 wyszehradzkiego odpowiednika rosyjskiej ewolucji tego typu, T-90A, który byłby wystarczający w aspekcie wartości bojowej, a przy okazji dawał znaczące korzyści lokalnym zakładom. Nowe wielozadaniowe samoloty bojowe Polska, Czechy i Węgry pozyskały w pierwszej dekadzie osobno (nasz kraj F-16 C/D Block 52+, sąsiedzi znacznie gorsze Gripeny), również bez realnych korzyści gospodarczych. Analogicznie wyglądała polityka względem kołowych transporterów opancerzonych/bojowych wozów piechoty: Polska wybrała fińskie pojazdy Patria AMV, znane pod nazwą Rosomak, Czesi w równoległym programie Pandury II zakupili oferowane przez austriackiego Steyra przejętego przez amerykański koncern General Dynamics Land Systems.
Próby współpracy w grupie czterech państw były jednak podejmowane. W pierwszej połowie pierwszej dekady stulecia chodziło o modernizację używanych we wszystkich krajach Grupy śmigłowców Mi-24. W dekadzie drugiej powstały dwa projekty: budowy wspólnego mobilnego trójwspółrzędnego radaru obrony powietrznej oraz równie wspólnego nowego gąsienicowego bojowego wozu piechoty. Cóż jednak z tego, skoro żaden z nich nie zakończył się powodzeniem. Wymagania i interesy okazywały się nie do pogodzenia. Mniej czy bardziej zakulisowe doniesienia mówiły, że potencjalni partnerzy próbowali forsować maksymalizację własnych udziałów w produkcji wobec deklarowanej wartości zamówień na poziomie, który czynił przedsięwzięcie nieopłacalnym dla strony polskiej, która tak czy inaczej zawsze wnosiłaby najwięcej w sensie wydatków. Takie samo podejście storpedowało zakup przez Słowację polskich Rosomaków – mimo ogłoszenia w roku 2015 podpisania umowy, południowi sąsiedzi ostatecznie zdecydowali się na fińską wersję AMV.
Można ciągnąć dalej nużącą (choć i tak niewyczerpującą) wyliczankę kolejnych zakupów nieskoordynowanych w żaden sposób w ramach Grupy z ostatnich lat mimo pojawienia się wspólnego frontu w ramach UE w rozmaitych drażliwych kwestiach: F-16V dla Słowacji, czołgi Leopard 2A7+, armatohaubice PzH 2000 oraz prawdopodobnie niedługo rakietowe systemy OPL NASAMS dla Węgier, wreszcie CAESARy dla Czech. Polska, mająca największe potrzeby zakupowe, przestała oglądać się na sąsiadów i składa samodzielne zamówienia za granicą (systemy OPL średniego zasięgu w ramach programu Wisła, kiedyś być może również zasięgu krótkiego w programie Narew, samoloty F-35, systemy artylerii rakietowej HIMARS), samodzielnie też opracowuje gąsienicowy bojowy wóz piechoty Borsuk. Realizowane w ramach grupy zakupy, takie jak przyjęcie przez Węgry i Słowację do uzbrojenia czeskiej broni strzeleckiej czy ostatnio zamówienie przez Polskę węgierskich radarów pola walki, są swoistymi kwiatkami do kożucha, albowiem ich wartość jest znikoma w porównaniu z programami strategicznymi, w odniesieniu do których współpraca nie istnieje.
Konsekwencje braku przemyślanej strategicznej współpracy regionalnej w połączeniu z błędami wewnętrznymi są dość smutne. Żaden z krajów Grupy nie ma już zdolności produkcji czołgów – Polska utraciła ją pod koniec pierwszej dekady wieku. Prawdopodobnie perspektywy słowackiego przemysłu artyleryjskiego nie są świetlane – mały kraj ma znikomą polityczną siłę przebicia, bez której niezwykle ciężko zdobyć rynki zbytu; skoro nie wystarcza ona na powiązanego historycznymi więziami sąsiada, to gdzie indziej będzie jeszcze gorzej. Pozycja pojedynczych krajów w negocjacjach z potężnymi koncernami zachodnimi i stojącymi za nimi rządami jest słaba, co przekłada się na zagadnienie lokalnej obsługi serwisowej, bardzo ważne, ponieważ koszt zakupu szacuje się w uśrednieniu na ledwie 35% całkowitych kosztów eksploatacji nowoczesnych systemów.
Zasadniczą przyczyną braku wspólnej polityki zbrojeniowej jest brak poważnego długookresowego myślenia strategicznego. Poszczególne państwa realizują swoje interesy wobec krajów Centrum – Polska wobec Stanów Zjednoczonych, Węgrzy za zakup czołgów i armatohaubic zapewne otrzymają pewien zasób przychylności Niemiec, podobnie jak Czesi od Francji, obok nadziei na stosowanie własnych podwozi w innych kontraktach eksportowych. Jednak we wszystkich tych relacjach kraje naszego regionu występują jako słabi, peryferyjni klienci, nie zaś realni partnerzy. Nie można zapomnieć i o interesach najprzyziemniejszych – z czeskim zakupem Pandurów wiązała się afera korupcyjna. Biorąc pod uwagę realia branży i akcent na ostatnie słowo sentencji „per fas et nefas”, wypada zakładać, że stanowiła wierzchołek góry lodowej.
Powyższy obraz przedstawia stan zamknięty na dekady. Poszczególne kraje Grupy Wyszehradzkiej przeprowadziły w kluczowych aspektach modernizację sił zbrojnych lub prowadzą stosowne procesy bez koordynacji regionalnej. Co prawda wspomniana modernizacja jest procesem ciągłym, jednak zakupy „strategiczne” takie jak dotyczące samolotów bojowych, systemów OPL czy czołgów są dokonywane na co najmniej 30 lat. Podsumowując taki właśnie czas funkcjonowania Grupy, trzeba stwierdzić, że okazała się ona tworem fasadowym, niezdolnym do wykorzystania szans stosunkowo łatwych do skonsumowania – dość dobrze widocznych, leżących w obszarze, w którym spore znaczenie miała wola polityczna.
W najbardziej optymistycznym scenariuszu efektem synergii mógłby być nawet wspólny ponadnarodowy koncern obronny zdolny do skutecznego zaspokajania wielu potrzeb udziałowców i konkurowania z producentami z Zachodu czy Wschodu. Tymczasem nawet stosunkowo najlepiej stojąca zbrojeniówka polska jest graczem dość słabym i ułomnym. A Grupa Wyszehradzka okazała się tworem przede wszystkim frazesowym, tkwiącym w letargu, budzącym się z rzadka w celu realizacji ad hoc pewnych interesów, niemal zawsze o charakterze negatywnym, w sensie zapobiegania czemuś, nie pozytywnym, polegającym na budowie i osiąganiu zysków. Trudno wiązać z nią jakieś istotne nadzieje na przyszłość. Tym mniej oczywiście z fantazjowaniem o Międzymorzu…
dr Jan Przybylski
przez dr Łukasz Moll | niedziela 23 sierpnia 2020 | opinie
Próby wyjaśnienia fenomenu populizmu, który daje o sobie znać od Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii po Brazylię i Filipiny, zazwyczaj traktują go w kategoriach choroby, która trapi współczesne demokracje. Jak głosi dobrze znana opowieść, populiści manipulują ludem, uruchamiają w nim najgorsze instynkty, żerują na jego niezadowoleniu, brakach w wykształceniu czy destrukcyjnym wpływie mediów społecznościowych. Sięgają po język dyskryminujący, który dzieli społeczeństwa po liniach rasy, pochodzenia, płci czy orientacji seksualnej. Dla liberalnych komentatorów wyrazicielami populistycznej choroby nie są wyłącznie politycy prawicowi, tacy jak Donald Trump, Boris Johnson, Marine Le Pen czy Jair Bolsonaro. Populizm ma mieć także lewicowe oblicze, które reprezentują Bernie Sanders, Jeremy Corbyn, Jean-Luc Mélenchon czy Andrés Manuel López Obrador. Dla krytyków populizmu istotniejsze niż różnice między jego prawicową a lewicową odmianą są punkty wspólne: odwoływanie się do emocji, wodzowskie przemówienia czy przekładanie konfliktu ponad konsensusem.
W swojej najnowszej książce amerykański publicysta Thomas Frank dokonuje przesunięcia perspektywy. Zamiast pytać o źródła populizmu, zastanawia się „skąd się wzięli i w jakich okolicznościach pojawili się antypopuliści?”. Z czym konkretnie walczyli i jakimi argumentami? Jakie były i są ich cele? Krótka historia antypopulizmu, którą wykłada Frank w książce „The People, NO”, pozwala przy okazji odgrzebać zapomniane dzieje populizmu jako ruchu konsekwentnie demokratycznego, reformistycznego i progresywnego. Ruchu, którego potrzebujemy dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek.

Na wstępie trzeba zaznaczyć, że rozczaruje się ten, kto oczekiwałby od Franka wielowiekowej i globalnej w swych ramach historii antypopulizmu. Autor nie sięga tak daleko, jak zazwyczaj czynią to filozofowie polityki chcący badać genezę populizmu i reakcje, jakie ten historycznie wyzwalał. Nie uświadczymy tu więc powrotów do świata antycznego z jego walkami patrycjuszy z plebejuszami. Nie cofniemy się do wczesnej nowożytności, gdy feudalizm trząsł się w posadach od insurekcji, żakerii, rebelii i odmowy pracy. Ani nawet do bardziej nowoczesnych i znanych antyplebejskich reakcji, które towarzyszyły wielkim rewolucjom w Anglii, Francji, Stanach Zjednoczonych czy Rosji. Jak na dobrego Amerykanina przystało, Frank nie wyściubia nosa poza opłatki swojego kraju. Niekiedy tylko czyni aluzje do innych części obszaru anglosaskiego – do Wielkiej Brytanii czy Australii. Pomimo tego, śledząc wraz Frankiem kolejne manifestacje populizmu i antypopulizmu w USA od końca XIX wieku po czasy obecne, zyskujemy ramę poznawczą, która z powodzeniem daje się zaaplikować także do innych państw. Szczególnie adekwatna i aktualna wyda się ona czytelniczce z Polski.
Farmerzy z Omaha nominują „człowieka ludu”…
Trzeba przyznać, że Frank ma mocny argument, żeby historię antypopulizmu zamknąć właśnie w granicach Stanów Zjednoczonych. Jest tak dlatego, że to właśnie tam istniał poważny ruch, który otwarcie identyfikował się z pojęciem populizmu. The People’s Party (Partia Ludu), znana także jako Populist Party (Partia Populistyczna) czy – w skrócie – Populists (Populiści), była głośnym zjawiskiem w polityce amerykańskiej w ostatniej dekadzie XIX wieku. Wyrosła ona przede wszystkim z ruchu, który grupował niezadowolonych farmerów, którzy domagali się ekonomicznych reform wzmacniających pozycję drobnych wytwórców względem korporacji, monopoli czy magnatów kolejowych i prowadzących do niezbędnego interwencjonizmu państwa w interesie ludu, a nie wielkiego kapitału. Populiści próbowali jednak wyjść poza swoją bazową grupę wsparcia i szukali poparcia wśród ruchu związkowego pracowników fabrycznych z miast, a także wśród czarnoskórych rolników i biedoty, z którymi chcieli budować wspólny front po liniach klasowych.
Frank postanowił na początek sprawdzić, na ile ówcześni Populiści przystają do wizerunku, jakim cieszą się współcześni populiści pokroju Trumpa. Okazuje się, że związki między nimi są bardzo niewielkie. Chociaż wśród aktywistów The People’s Party pojawiały się ekscesy rasistowskie i antysemickie, nastroje antyinteligenckie i słabość do teorii spiskowych, a także brak zaufania do władz publicznych i pragnienie deregulacji gospodarki, to miały one – jak udowadnia Frank – marginalny charakter. Zwłaszcza na tle swojej epoki Populiści okazywali się ugrupowaniem jednoznacznie progresywnym: domagającym się nie tylko równości ekonomicznej, ale rozumiejącym, że uda się to osiągnąć jedynie poprzez oddolną demokratyczną mobilizację i daleko posunięte samokształcenie. Nie odrzucali wiedzy i kultury – odrzucali głupie rady „mądrych głów” i snobizm. Nie dawali się rasistowskim demagogom, lecz przerzucali mosty między ludźmi pracy w poprzek podziałów rasowych, pomiędzy miastem a wsią czy Południem i Północą. Choć nie kupowali wycyzelowanych ideologicznych opowieści o postępie technologicznym, to w żadnym razie nie byli tradycjonalistami – nowe wynalazki chcieli wprowadzać w interesie ludowym, a nie korporacyjnym.
…szacowni obywatele wpadają w panikę
Dlaczego w takim razie termin „populista” kojarzymy dziś z diametralnie przeciwnymi własnościami niż te, których wyrazicielami byli jego protoplaści? Czy to tylko świadectwo naszej historycznej ignorancji? A może po prostu należy uznać, że w kolejnych dziesięcioleciach populizm przeszedł metamorfozę? Frank pokazuje, że negatywne skojarzenia wiązane z populizmem pojawiły się już w odpowiedzi na rosnące znaczenie The People’s Party. Osiągnęły one apogeum podczas kampanii prezydenckiej w 1896 roku, kiedy Populiści wsparli kandydata Partii Demokratycznej, reformatorsko nastawionego Williama Jenningsa Bryana. Polityk, któremu nadano przydomek „The Great Commoner” („Wielki człowiek ludu”) został nominowany dzięki frakcjom przychylnym farmerom, a w szczególności opowiadającym się za odejściem od polityki monetarnej wspierającej się na parytecie złota, na której cierpieli szczególnie mocno ludzie pracy. W swojej kampanii Bryan uderzał w jawnie populistyczne tony, przeciwstawiając ciężko pracujący lud próżniaczym elitom. Jego wystąpienia były jednak wolne od szczucia jednej grupy obywateli na innych. Tej ostatniej zasady nie potrafili natomiast wcielić w życie przeciwnicy Demokraty.
Kontrkandydatem Bryana był Republikanin William McKinley. Na plakacie wyborczym stoi na amerykańskiej złotej monecie, podtrzymywanej przez ręce białych, elegancko ubranych mężczyzn. Rzeczywiście, podporą McKinleya były klasy posiadające, które obficie finansowały jego kampanię i użyły wszelkich dostępnych środków medialnych, żeby zdyskredytować Bryana. W gazetach skierowanych do białych szacownych obywateli Bryan był portretowany jako awanturnik stojący na czele motłochu, niebezpieczny anarchista, którego poczynania zrujnują amerykańską gospodarkę i wyniosą do władzy ludzi najgorszego sortu. Co istotne, przeciwko Bryanowi występowały nie tylko – co zrozumiałe – elity pieniądza, ale także elity wykształcenia. Czołowi ekonomiści podnosili larum, że gospodarcze idee Demokraty i Populistów są na bakier ze świętymi i nienaruszalnymi prawidłami ekonomii. Tymczasem Populiści świetnie rozumieli, że idee warstw wykształconych są ideami klasy panującej.
Anty-populistyczna krucjata przyniosła efekty. McKinley pokonał Bryana, a rozbici Populiści, który nadszarpnęli swoją niezależność i włączyli się w rywalizację dwóch głównych partii, znaleźli się w odwrocie. Ich głównymi kontynuatorami była robotnicza lewica i ruch związkowy, ale na kolejną panikę przeciwko populiście trzeba było czekać aż do lat 30.
Populizm Nowego Ładu…
Tym razem w roli demonizowanego demagoga wystąpił nie kto inny niż sam Franklin Delano Roosevelt, który w wyborach prezydenckich 1936 roku walczył o reelekcję w cieniu Wielkiej Depresji. Demokrata FDR nie tylko postanowił walczyć z recesją poprzez prospołeczny interwencjonizm państwowy, czym naraził się tym samym potężnym siłom, które 40 lat wcześniej zatopiły kandydaturę Bryana. Roosevelt wyciągnął lekcję z tamtych wydarzeń. Rozumiał, że musi otwarcie wystąpić przeciwko finansjerze, wydawcom gazet czy dyżurnym ekonomistom, by zdemaskować ich „prawdy” jako przesiąknięte partykularnym interesem. Stąd w jego przemówieniach pełno było zawołań do tego, by lud zgromadził się wokół niego w obronie przed tymi, którzy chcą zawiadywać państwem, gospodarką i kulturą we własnym interesie.
Tak jak Bryan miał za sobą zbuntowanych farmerów, tak Roosevelt mógł oprzeć się na związkowych i pracowniczych walkach lat 30. Dekada Wielkiego Kryzysu sprzyjała populizmowi nie tylko w polityce. Od twórców Hollywood po autorów ballad, trud, krzywda i solidarność zwykłych ludzi były opiewane z całą ich szlachetnością. W tej atmosferze trudniej było zdyskredytować populistyczną politykę jako wyraz dążeń zapijaczonych, ignoranckich mas.
Choć stare schematy argumentacyjne nadal żyły z całą mocą, to dołączono do nich nową melodię. Teraz Roosevelt i jego otoczenie krytykowani byli jako wrogowie wolności, będący po jednych pieniądzach z radzieckimi i nazistowskimi planistami. Chociaż klasy posiadające bały się wzmocnienia pozycji klas zdominowanych, to zarazem próbowały dyskurs walki klas równoważyć narracją o wspólnym wrogu każdego porządnego Amerykanina – złym rządzie, który odbiera konstytucyjne wolności. Grunt pod wydarzenia powojenne został przygotowany: stopniowo to prawica uczyła się przejmować populizm do własnych celów (mobilizacja szaraczków przeciwko establishmentowi rządowemu), podczas gdy lewica stawała się coraz bardziej antypopulistyczna, aż w końcu wylądowała na pozycjach elitarystycznych. Podstawą tej nowej lewicowej elitarności w znacznie mniejszym stopniu niż majątek miało być wykształcenie i kapitał kulturowy.
…i antypopulizm Nowej Lewicy
Do istotnego przewartościowania doszło, gdy antypopulistyczne głosy zaczęły coraz częściej pojawiać się nie tylko po stronie bogaczy, bankierów z Wall Street czy usłużnych im dziennikarzy. Drugą nóżką antypopulizmu zostać mieli specjaliści i elity kulturalne, mocniej związani z lewicą. Już powojenne lata makkartyzmu, gdy intelektualistów i artystów oskarżano o komunistyczne powiązania, prowadziły do pogłębionej refleksji nad „autorytaryzmem ludowym”. Wizerunek agresywnego rednecka ze strzelbą, chcącego strzelać do Czarnych, Żydów, lewaków, hipisów, feministek i gejów, umocniły niepokoje lat 60. i 70. wokół wojny w Wietnamie, ruchu praw obywatelskich czy kontrkultury.
Stało się tak, pomimo że Martin Luther King, którego poczynania na gruncie walki o równość ekonomiczną i o budowę wspólnego frontu niezamożnej większości często są dziś zapominane, zdawał sobie jasno sprawę, że podejmuje dziedzictwo Populistów z końca XIX wieku. King podkreślał, że był to ruch, którego aktywiści rozumieli konieczność mobilizacji ludzi pracy bez względu na kolor skóry.
Jednocześnie jednak dyżurni akademicy snuli zupełnie inną opowieść o populizmie. Zdaniem takich badaczy zjawiska jak Richard Hofstader czy Seymour Martin Lipsed populizm był bolączką Ameryki, która gnieździła się wśród prostych ludzi. To tam kryły się pokłady rasizmu, antysemityzmu, militaryzmu, seksizmu, skłonności do myślenia w kategoriach spisku, niechęć do edukacji i inteligentów, gloryfikacja prostych wartości tradycyjnej, wiejskiej Ameryki… Również modne nowolewicowe teorie, choć często nie wprost, skłaniały do dyskusji o osobowości autorytarnej, ucieczce od wolności i tym podobnych fenomenach, które w kręgach uniwersyteckich i kulturalnych rodziły poczucie osaczenia środowisk progresywnych przez konserwatywny lud. Dodatkowo, wraz z powojennym boomem edukacyjnym rosły szeregi osób z wyższym wykształceniem, dla których model społeczeństwa, w którym specjaliści zarządzają nieznającymi się na polityce masami, leżał po prostu we własnym interesie klasowym. Wynaturzenia zbiurokratyzowanego rządu, kompleksu militarno-przemysłowego czy służb specjalnych powołanych do infiltracji nowych ruchów społecznych, wiodły z kolei bardziej radykalnych lewicowców na pozycje, wedle których imperialistyczne, rasistowskie władze są emanacją woli farmerów, robotników i biedoty o autorytarnych ciągotach. Wszystko to do kupy, jak pokazuje Frank, pchało lewicę i Partię Demokratyczną na pozycje antypopulistyczne. Jednocześnie do ważnych przesunięć dochodziło na prawicy.
Populizm reaganizmu i trumpizmu…
Pomimo osiągnięć ery Nowego Ładu Roosevelta i Harry’ego Trumana, a następnie programów Walki z Biedą i Wielkiego Społeczeństwa prezydentów Kennedy’ego i Johnsona, populistyczne marzenia The People’s Party, idealistów lat 30. czy Martina Luthera Kinga, dalekie były od ziszczenia. Nierówności, militaryzm, rasizm, alienacja, degradacja środowiska pozostawały nierozwiązanymi i nabrzmiałymi problemami Ameryki. Istotna zmiana polegała na tym, że polityka progresywna, która miałaby je rozwiązać, coraz rzadziej opierała się na mobilizacji niezamożnej większości i na zdrowym plebejskim rozsądku. Kiedy w latach 60. i 70. lud ogłoszono raczej częścią problemu, a nie jego rozwiązania, odpowiedzią na ten antypopulizm elit – w tym elit lewicowych – mógł stać się nowy populizm, o proweniencji prawicowej.
Z pierwotnym populizmem łączyły go odwołania do ludowej mądrości, deklaracje uznania dla ciężko pracujących Amerykanów czy potępienie dla wyalienowanych ludzi przywileju. Jednak pomimo podobieństw retorycznych, ostrze prawicowego populizmu było zupełnie inne. Nie chodziło już o redystrybucję bogactwa przez rząd, lecz o maksymalne osłabienie władzy federalnych biurokratów, którzy marnują pieniądze podatników i tuczą nimi samych siebie. Celem nie było wzmocnienie związków zawodowych w kontrze do kapitału, ale pokazanie robotnikom, że ich fabryki są przenoszone do Azji przez niepatriotycznych polityków. Z kolei dążenie do masowego samooświecenia zastąpiła pogarda dla wykształciuchów, którzy promują dziwne, nieamerykańskie z ducha koncepcje, na których tracą prości ludzie.
Populizm, który przyniósł dwukrotne zwycięstwo Ronaldowi Reaganowi w latach 80. – i którego spadkobiercą pozostaje dziś Donald Trump – był więc prawicową odpowiedzią na antypopulizm liberałów i lewicy. Frank opowiedział już kiedyś tę historię w pomniejszonej skali, na przykładzie stanu Kansas, który z dawnego bastionu zorganizowanego świata pracy stał się twierdzą konserwatywnych, probiznesowych Republikanów. W obliczu polityki skoncentrowanej w rękach technokratów i liberalnego obyczajowo establishmentu, amerykańskiej prawicy łatwo jest odbijać robotniczy elektorat hasłami wymierzonymi w rozpasany rząd i styl życia wielkomiejskiej bohemy.
…i antypopulizm clintonizmu
Dzieje się tak tym bardziej, że Demokraci począwszy od drugiej połowy lat 70. obrali kierunek partii, która obiecuje realizację polityki opartej na sprawdzonych receptach, raportach i ekspertyzach. Masowy interes i emocje mają być świadectwem niekompetencji, albo – co gorsza – uprzedzeń i faszyzmu. Należy wobec tego odwoływać się do rozumu wykształconej jednostki i wnosić wobec niej pewne oczekiwania: „Jeśli chcesz, żebyśmy Cię reprezentowali, najpierw musisz reprezentować nasze wartości”. Demokraci nie próbują reprezentować interesów i sentymentów ludowych. Odwrotnie – to lud ma przyjąć w swe progi idee i mody płynące z wiodących kampusów uniwersyteckich, uczonych think tanków czy innowacyjnych klastrów z Doliny Krzemowej.
Skoro lud jest siedliskiem obskurantyzmu, populistyczna polityka na lewicy zostaje zastąpiona przez politykę moralnie słusznych tożsamości. Interesy Afroamerykanów mają być wspierane nie przeciwko rasistowskiemu kapitaliście, ale rasistowskiemu białemu sąsiadowi. Podstawowym pogwałceniem dla praw kobiet są maczystowskie zachowania w rodzaju rozsiadania się przez mężczyzn w autobusach, a nie patriarchalny podział pracy. Mniejszości należy gettoizować wokół partykularnych spraw, zamiast integrować w uniwersalistycznym horyzoncie emancypacji niezamożnej większości. Kto zaś nie zdaje egzaminu z postępowego katechizmu, ten jest przez Demokratów porzucany jako niegodny bycia reprezentowanym.
Typowa dla prezydentury Billa Clintona w latach 90. czy dla kampanii jego żony, Hillary w 2016 roku wizja polityczna oparta jest na ideale merytokracji z równością szans. To znaczy, należy usunąć dyskryminację, która uniemożliwia jednostkom realizację ich aspiracji ze względu na rasę, płeć czy orientację seksualną. Marzenia o wyniesieniu ludu, który wywalczy równość występując przeciwko kapitałowi i jego funkcjonariuszom, zostały zaś wyklęte jako populistyczne – ale już nie w dobrym sensie, bliskim dawnej The People’s Party, tylko w rozumieniu, w jakim populistą jest Donald Trump. Każdy, kto chce sprzyjać ludowym instynktom, osuwa się w autorytarną demagogię. Stąd takie przerażenie wśród partyjnego establishmentu budziły prezydenckie próby Berniego Sandersa – populisty w starym, dobrym znaczeniu tego słowa, którego próbowano dyskredytować wysilonymi porównaniami do Trumpa.
Przeciwko antypopulistycznemu praniu mózgów
Historia antypopulizmu pióra Franka, choć rozgrywa się za wielką wodą, brzmi znajomo. Utyskiwania na ciemny lud, który daje się kupić dyktatorowi i w głębi duszy marzy tylko o biciu kobiet, gejów i muzułmanów, są nad Wisłą wszechobecne. Pod tym względem ostatnie wybory prezydenckie były imponującą manifestacją „nienawiści do demokracji”. Chociaż wszyscy zatrwożeni werdyktem większości mają na ustach „obronę zagrożonej demokracji”, w gruncie rzeczy marzą o tym, żeby wyboru dokonali ci, którzy nie dają się bakcylowi populizmu (pisałem o tym szerzej w „Kieszonkowym atlasie klasizmu polskiego”). Myśl, że można by wyborcom PiS zaproponować coś innego niż antypopulistyczny kordon sanitarny – jakąś pozytywną, porywającą wizję – okazuje się zbyt rewolucyjna. Nic dziwnego, ponieważ zbudowanie takiej wizji nie jest kwestią słusznej idei. Zwłaszcza na lewicy widoczne jest poczucie, że zasiewanie jej idei wśród klasy ludowej czy na polskiej prowincji byłoby jak rzucanie ziarna między chwasty. Alienacja reprezentantów od tych, których mieliby reprezentować, jest na to zbyt wielka. Wobec tego polska lewica abdykuje ze swojej historycznej roli i próbuje grać rolę przedstawicielki dobrze wykształconych mieszkańców dużych miast o liberalnych poglądach – nie tylko na kwestie kulturowe, ale i gospodarcze. W ten sposób, podobnie jak jej amerykańska odpowiedniczka, przechodzi na pozycje antypopulistyczne. Tym silniejsze, że polska lewica ochoczo kalkuje zza oceanu tematy, którymi chciałaby się zajmować oraz postulaty, jakie chciałaby realizować. W jeszcze większym stopniu niż beznadziejnie skażonej centryzmem lewicy parlamentarnej dotyczy to wielu (pseudo)radykalnych środowisk, kanap i nisz: toczących niekończące się dyskusje o „słowach, które ranią”, spisujących dekalogi konsensualnego seksu, demaskujących w swoich szeregach „skrajną transfobię”. Taką postawę można uznać już programowym antypopulizmem, ponieważ jej konsekwencją zawsze będzie oskarżenie zwykłego Polaka czy Polki, że nie spełnia antyprzemocowych norm frazesowo-zradykalizowanej bańki lewicowej.
W konkluzji swojej książki Frank przekonuje, że to właśnie populizm może być jedyną skuteczną odpowiedzią na polityków pokroju Trumpa czy Reagana z jednej strony, ale i na kawiarniany antypopulizm dzisiejszej lewicy z drugiej. Co ważne, autor daje historyczne argumenty przeciwko tezie, że postawienie na równość ekonomiczną i zaangażowanie w ruch na jego rzecz szerokich mas, oznacza konieczność rezygnacji ze sprawy antyrasizmu, równości kobiet czy praw mniejszości. Ruchy populistyczne wielokrotnie były wyrazicielami szerokiej agendy równościowej. To, że utraciły w tym zakresie zaufanie elit lewicowych, wynika z oderwania się od swojej bazy społecznej. Z wyżyn awansu klasowego, kulturowego i edukacyjnego patrzą one na klasy niższe z podejrzliwością, jeśli nie z inkwizytorskim zapałem. Jak pisała włoska feministka marksistowska Mariarosa Dalla Costa: „Dziecko z europejskiej klasy robotniczej, podobnie jak dziecko z czarnej klasy robotniczej, widzi w nauczycielu kogoś, kto uczy je czegoś, co ma być przeciwko jego matce czy ojcu, nie po to, by bronić tego dziecka, lecz po to, by zaatakować klasę, do której ono przynależy. Kapitalizm to pierwszy system produkcji, w którym dzieci wyzyskiwanych są dyscyplinowane i edukowane w instytucjach organizowanych i kontrolowanych przez klasę posiadającą. Ostatecznym dowodem na to, że ta obca indoktrynacja, która rozpoczyna się w przedszkolu, jest oparta na rozdzieleniu rodziny, jest to, że ta (garstka) robotniczych dzieci, która dostaną się na uniwersytet, ma tak wyprane mózgi, że nie są już w stanie rozmawiać ze swoją społecznością”.
Przepracowanie tego antypopulistycznego zaczadzenia i odzyskanie tego, co w populizmie najbardziej wartościowe, jest warunkiem odrodzenia lewicy.
dr Łukasz Moll
Thomas Frank, The People, NO. A Brief History of Anti-Populism, New York 2020.