Dajcie nam odpocząć!

Dajcie nam odpocząć!

Godziwa emerytura, osiągnięta w dobrym stanie zdrowia, jest dla wielu polskich pracowników ekskluzywnym przywilejem. Polscy pracownicy pracują rocznie po 1900-2200 godzin, a rekordziści przekraczają i te nieludzkie normy. Europejska norma to ok. 1500 godzin, przy czym najwyższe wyniki krajowe rzadko przekraczają 1700 godzin, poza Grecją, w której pracuje się dłużej i, jak się okazało po kryzysie greckim, niepotrzebnie. Z tego wynika, że w 40-letnim okresie składkowym wyrabiamy ekstra 10 lat pracy w stosunku do naszych europejskich kolegów. Wiek emerytalny mamy podobny, ale brak emerytury stażowej w Polsce, w świetle powyższych danych, jest czymś nieludzkim. Nawet wyroki karne są określone w czasie. Wychodzi na to, że kariera zawodowa wielu z nas to dożywotni obóz wyniszczającej pracy bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

Rekordy tygodniowego i rocznego czasu pracy biją lekarze i może byłoby to godne uznania za heroizm, gdyby nie było niebezpieczne dla pacjentów. Kto chciałby być operowany przez lekarza po kilkudobowym dyżurze? Pewnie świadomie nikt, ale pacjent nie bardzo ma wybór. Lekarze znani są też z tego, że pracują znacznie dłużej niż do 65. roku życia. Zresztą większość ludzi nauki osiąga szczyt kariery zawodowej późno, bo wiedza i doświadczenie przychodzą latami. Ponadto zawody te wiążą się z prestiżem, samorealizacją w pracy i spełnieniem życiowym i każdy, kto ma na to szanse, chce pracować na tyle, na ile pozwolą mu siły. Nie tylko naukowcy czy twórcy.

Niestety samorealizacja zawodowa dotyczy znikomego, elitarnego grona pracowników. Dlatego argument, że są ludzie, którzy chcą pracować do późnej starości, należy odrzucić na wstępie, jako w żaden sposób nieodnoszący się do rzeczywistych warunków pracy najemnej. Sposobem na wydłużenie aktywności zawodowej wszystkich pracowników może być jedynie poprawa warunków pracy, skracanie krótkookresowego czasu pracy (dziennego, tygodniowego, rocznego) i stwarzanie możliwości samorealizacji zawodowej. Zmuszanie ludzi do pracy jak najdłużej nie działa. Kończy się skrajnym wyczerpaniem i utratą zdrowia.

Emerytury stażowe są konieczne jako zabezpieczenie na wypadek utraty sił i zdrowia. Absolutnie nie załatwiają tego renty. Dotyczą one bowiem konkretnych chorób i niepełnosprawności, wypadków losowych, są orzekane arbitralnie. Chodzi o to, że, mówiąc potocznie, pracownik wprawdzie ma obie ręce i nogi, ale nie ma siły nimi władać na tyle, by nie wyniszczać kompletnie organizmu. Najwyraźniej widać to na przykładach prac zaliczanych do kategorii stanowisk robotniczych, czyli w dawnym nazewnictwie pracy fizycznej. Nie każdy sześćdziesięcioletni budowlaniec będzie zdolny do tej ciężkiej pracy, do dźwigania, wspinania się po rusztowaniach, pracy w pozycji wymuszonej. Wielu to robi, bo musi, koszty zdrowotne są więc ogromne, bo ludzie ci pracują resztkami sił. Kpiną jest wymagać od górnika, żeby po 60. roku życia zjeżdżał na dół. Wyjątki, owszem, są, ale na podstawie wyjątków nie tworzy się norm, choć czasami można odnieść wrażenie, że argumentacja zwolenników podnoszenia wieku emerytalnego opiera się wyłącznie na wyjątkach i wybranych grupach zawodowych.

Skompromitowane porady w stylu „zmień pracę, weź kredyt, przekwalifikuj się” nie zasługują na kontrargumentację. Jak można wymagać od pielęgniarki, żeby pracowała więcej niż 40 lat, skoro mimo wybitnych kwalifikacji intelektualnych, jej praca jest i fizycznie ciężka, i bywa monotonna, i jest obciążona dużą odpowiedzialnością. Dodatkowo pielęgniarki czy salowe pracują zwykle w warunkach niedoboru kadr i ich tygodniowe czy miesięczne wymiary czasu pracy należą do najwyższych i urągają wszelkim standardom. Jak można wymagać pracy dłuższej niż przez 40 lat od pracowników ruchu ciągłego, wykonujących ciężką fizyczną pracę, monotonną, zmianową, co jeszcze dodatkowo wiąże się z zaburzeniami rytmu dobowego, powodującymi ogólne rozstrojenie organizmu, związaną jeszcze z tzw. warunkowaniem, bo taki pracownik znajduje się w stanie ciągłej gotowości, by reagować natychmiast na to, co się dzieje na linii produkcyjnej.

Większość pracowników energetyki i górnictwa pracuje rocznie 2100 godzin. Kto jeździ po kraju i widzi budowy dróg ekspresowych i autostrad, z pewnością zauważy, że prace trwają tam bez ustanku, łącznie z niedzielami. Wynika to także z wymogów technologicznych, bo np. czas betonowania, polewania przeciw pękaniu w czasie tzw. dojrzewania betonu, wykonywania dylatacji i konserwacji – jest ściśle określony, nie mówiąc już o terminach, które to wszystko jeszcze bardziej wymuszają. Hutnicy nie wygaszą pieca, energetycy nie zatrzymają turbogeneratorów i nie opuszczą stacji rozdzielczo-transformatorowych.

Łatwo powiedzieć: zmień pracę, ale ktoś to musi robić, żeby czcigodni mędrcy w ciepłych i czystych gabinetach, posprzątanych przez sprzątaczki, skanalizowanych przez pracowników służb komunalnych i zaopatrzeni w catering przez kucharzy i piekarzy, którzy zaczynali pracę o 3.00 nad ranem, mogli pouczać innych, że dłuższa aktywność zawodowa służy zdrowiu i długiemu życiu. Czyjemu? Chyba ich, bo gdy postawimy obok siebie spawacza po 40 latach pracy i menedżera z takim samym stażem, to każdy pozna kto jest kto, jeśli nawet ubierzemy ich w takie same drogie garnitury.

30 lat kapitalistycznego raju stworzonego przez Balcerowicza i spółkę doprowadziło do tego, że nawet okresy pozostawania na bezrobociu wyniszczały ciało i duszę. Wymagania postawione osobom pozbawionym pracy, starającym się o pomoc społeczną, były i są tak absorbujące, warunkujące i, używając ostatnio modnego określenia, triggerujące, czyli uruchamiające do ciągłej walki o byt bezrobotnego, że wyszło na to, iż bezrobocie to nieustanna harówa.

Warto tu przytoczyć pewien króciutki tekst sprzed lat, pisany na podstawie rozmów z osobami korzystającymi z pomocy społecznej: Przebywanie na bezrobociu i życie z zasiłków z pomocy społecznej wymaga bycia dyspozycyjnym, niesłychanego nakładu starań, chodzenia, dorabiania i kombinowania. Czyli jak to w pracy. Praca polega na graniu społecznej roli ofiary losu, którą kreuje polski system zabezpieczenia społecznego, uzależniając od siebie ludzi i utwierdzając ich w wykluczeniu, zamiast pomagać włączać się aktywnie w życie społeczne. I nie polega to na tym jak głosi prymitywny liberalny slogan, że gdy ludzie dostają pieniądze za darmo, to się uzależniają i nie chcą pracować. Podwójna bzdura. Jakie pieniądze i jakie za darmo? Walka o te parę groszy i nędzne świadczenia trwa przez cały czas i kosztuje więcej zdrowia niż dwunastogodzinna dniówka. Po pierwsze należy wziąć pod uwagę, że podopieczny pomocy społecznej, którym staje się każdy bezrobotny po utracie prawa do zasiłku, musi być do ciągłej dyspozycji pracownika socjalnego. Pracownik taki przeprowadza wywiady środowiskowe, wzywa podopiecznego do siebie co jakiś czas, wymaga wykonywania pewnych czynności formalnych po to, by sprawdzić, czy biedak prawidłowo korzysta z pańskich pieniędzy, które, proszę Czytelnika o wybaczenie za ten obrzydliwy, wypominkowy, wytarty cytat, „przecież idą z naszych podatków”. Nie jest to na pewno wymysł pracownika socjalnego, on tak musi robić, bo tak prawdopodobnie działa system, żeby naznaczone role społeczne były zachowane, to z kolei pozwala zachować status quo. Ludzie pozbawiani godności nie są skłonni do buntu i żądania zmian. Innego wytłumaczenia nie znajduję. Po drugie dzień wypełniają starania o zapewnienie opału, odebranie jedzenia z banku żywności, załatwianie darmowych obiadów w szkole, wizyta w PUP. Czasami łapie się robotę przy sprzątaniu, albo tam gdzie od ręki zapłacą. Żyje się z dnia na dzień. Czemu oni nie szukają pracy? – zapyta ktoś zdziwiony. A dlatego, że nie ma czasu. A nawet jak znajdzie czas i pójdzie do pracy, to wypłatę dostanie za miesiąc, a dzieci nie będą miesiąc czekać na jedzenie. Trzeba kombinować na dziś i jutro. To jest potrzask, szczególnie dla osób samotnie wychowujących dzieci. Żeby było śmieszniej i straszniej to bezrobotni i wykluczeni na jawie robią to, co w swoich szalonych snach widzą tacy Balcerowicze, Korwinowie-Mikke czy Winieccy. Pokazują prawdziwe podstawy przedsiębiorczości. W poszukiwaniu zarobku, jak pionierzy wchodzą w dziewiczy biznes segregacji i recyklingu odpadów. Tam, gdzie nikt inny się nie zapuszcza, organizują rynek, kiedy trzeba, jak pierwsi biznesmeni, stawiają czoło przyrodzie. Bez biurokracji, interwencji państwa, podatków i odgórnych regulacji. Wygrywają najszybsi, najwytrwalsi i najodporniejsi. Przeszukując śmietniki. To nie jest szyderstwo, to nazywanie po imieniu tego, co wolnorynkowi fundamentaliści ubierają w okrągłe frazesy, żeby nie wystraszyć wolnym rynkiem ludzi. A na śmietnikach jest prawdziwy wolny rynek. Trzeba wstać o 4 rano, żeby coś wartościowego znaleźć, coś, co da się sprzedać na złomie albo przerobić. To nie robota dla śpiochów. Też nie dla tchórzy. Kto się boi szczurów, niech nie zaczyna. Kto nie ma serca do walki, niech śpi dalej. Ci, którzy pierwsi wchodzą na śmietnik, solidnymi pałkami walą w kontenery, żeby przepłoszyć dziką zwierzynę – szczury, miejskie koty, lisy, które przyłażą z pobliskich lasów. Objuczeni zdobyczami, z wielkim wysiłkiem na wózkach i rowerach taszczą to wszystko na skupy. Inni z kolei walczą o możliwość prawdziwego wolnego rynku. Przy warszawskim metrze na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskich kilku gości sprzedawało jakieś kwiatki. Ładne, naturalne, rwane na łąkach gdzieś pod miastem i pachnące, nie tak bezwonne jak szklarniowe. Oni walczą na co dzień ze strażą miejską o przestrzeń do handlu. Na widok samochodu straży czy ochrony metra wykonują nieprawdopodobne manewry, uciekając z naręczami kwiatów w wiaderkach z wodą, nie uszkadzając przy tym ani płatka (http://lewica.pl/blog/niemiec/24692/).

Cóż to ma do rzeczy? Ma o tyle, że chociaż ci ludzie nie świadczyli pracy na czyjąś rzecz, nie opłacali składek, to jako rezerwowa armia pracy służyli zatrudniającym jako straszak. „Patrzcie na nich, za bramą czeka setka na wasze miejsce, wiec cicho bądźcie i róbcie co wam się każe”, „nie podoba się praca po dwanaście godzin, to idź na zasiłek”. Ma to do rzeczy tyle, że warunki pracy jeszcze bardzie pogarszała presja, która wywierała ogólna, beznadziejna sytuacja świata pracy, coraz bardzie degradowanego przez neoliberalną gospodarkę. Czy zatem sam fakt przeżycia tego obozu pracy zgotowanego przez kolejne neoliberalne rządy nie jest wystarczającym argumentem do zadośćuczynienia polskim pracownikom, choćby w formie emerytur stażowych? Bo dla rynku pracy to już stracone pokolenie.

Prawdą jest, że demografia nie sprzyja obniżaniu wieku emerytalnego, prawdą jest, że to obciążenie dla budżetu, ale czy to wina pracowników, że kolejne rządy zamiast starań o zwiększanie wpływów do budżetu coraz hojniej udzielały kolejnych ulg najbogatszym, zwalniając ich z podatków? Oczywiste jest, że żaden porządny system zabezpieczenia społecznego, którego częścią jest system emerytalny, nie ma prawa funkcjonować dobrze, bez odpowiedniej progresji podatkowej opartej o zasady solidaryzmu społecznego, według których najwięksi beneficjenci PKB płacą wyższe daniny publiczne, bo za luksus się płaci. Nakładająca się na to sytuacja demograficzna postawiła polski system emerytalny pod ścianą. Albo, jak do tej pory, będzie to nieustanna walka o to, by zmusić coraz starsze społeczeństwo do coraz dłuższej pracy z perspektywą głodowej emerytury, albo radykalnie trzeba zmienić myślenie o funkcjach państwa. Jedyną humanitarną drogą do zapewnienia stabilności gospodarczej, za którą ludzie nie będą płacić życiem i zdrowiem, jest sprawiedliwa dystrybucja płac i dochodu narodowego oraz poprawa warunków pracy tak, aby ludzie chcieli, a nie musieli pracować dłużej.

Polscy pracownicy chcą wreszcie odpocząć. Pracując po kilkanaście godzin dziennie, w soboty, niedziele i święta, nie mamy możliwości w pełni być obywatelami, małżonkami czy rodzicami, bo nie mamy na to czasu. Dajcie nam choć kilka lat, żebyśmy mogli przynajmniej pobyć dziadkami i babciami dla naszych wnuków.

Jarosław Niemiec

Thomas Paine: Sprawiedliwość agrarna (1797)

Thomas Paine: Sprawiedliwość agrarna (1797)

(przeciwstawna zarówno prawu agrarnemu, jak i agrarnemu monopolowi, stanowiąca plan poprawy warunków życia ludzkiego poprzez ustanowienie Funduszu Narodowego, mającego za cel wypłacanie każdej osobie, która ukończyła dwudziesty pierwszy rok życia, sumy piętnastu funtów szterlingów, aby umożliwić jej wejście w życie, a także dziesięciu funtów szterlingów co roku każdej osobie, która ukończyła już albo w przyszłości ukończy pięćdziesiąty rok życia, z zamysłem zapewnienia wszystkim takim osobom starości bezpiecznej od nędzy oraz możliwości godnego funkcjonowania w świecie.)

Wstęp

Niniejsza krótka rozprawa napisana została zimą, na przełomie lat 1795-1796; i choć długo wahałem się, czy opublikować ją w trakcie trwania obecnej wojny [1], czy poczekać na zawarcie pokoju, zawsze, od czasu, gdy ją napisałem, trzymałem ją blisko przy sobie.

Tym, co skłoniło mnie ostatecznie do jej publikacji, było kazanie wygłoszone przez biskupa Landlaff, Watsona [2]. Niektórzy z moich czytelników pamiętają zapewne dobrze, że to ten sam duchowny, który w odpowiedzi na moją „Epokę rozumu” napisał „Apologię Pisma Świętego”. Zdobyłem egzemplarz tej rozprawy, i doprawdy, może oczekiwać ode mnie rychłej reakcji.

Na końcu swojego traktatu, ksiądz biskup zamieścił listę innych swych prac, pośród których znajduje się i rzeczone kazanie; nosi tytuł „Na niezgłębioną dobroć i mądrość Boga, który uczynił biednego i bogatego; z dodatkiem, zawierającym refleksje na temat obecnego położenia Anglii i Francji”.

Oczywisty błąd, zawarty w powyższym tytule, popchnął mnie do przyśpieszenia druku „Sprawiedliwości agrarnej”. Nie jest bowiem prawdą, jakoby Bóg stworzył biednego i bogatego; Bóg stworzył mężczyznę i kobietę; i dał im ziemię jako ich dziedzictwo.

Zamiast zatem utwierdzać jedną część ludzkości w jej grzechu, kler dobrze by zrobił, gdyby spróbował uczynić kondycję ludzką mniej nędzną, niż ona obecnie jest. Religia praktyczna polega na czynieniu dobra; i jedyną możliwą służbą Bogu jest przymnażanie szczęścia jego stworzeniu. Każdy zaś inny sposób mówienia o religii to nonsens i czysta obłuda.

Sprawiedliwość agrarna

Zachować korzyści tego, co nazywa się „życiem cywilizowanym” i naraz zaradzić złu, które ono prokuruje – powinno to stanowić jeden z pierwszych celów nadchodzącej reformy prawnej.

Czy ów stan, życia, który z tak wielką dumą (i być może błędnie) nazywamy cywilizacją pomnożył czy pomniejszył szczęście rodzaju ludzkiego, to pytanie, na które bardzo trudno znaleźć odpowiedź. Z jednej strony, olśniewają nas cywilizacji szaty zewnętrzne; z drugiej: szokują skrajności nędzy i zła; i pierwsze, i drugie to owoc działań człowieka cywilizowanego. W tak zwanych „cywilizowanych” krajach żyją najbogatsi, ale i najbiedniejsi, najnędzniejsi przedstawiciele naszego gatunku.

Aby zrozumieć, jak w istocie powinno wyglądać życie społeczne, należy wyrobić sobie pewne pojęcie na temat pierwotnego stanu natury, który je poprzedza; takiego, w jakim żyją dzisiaj choćby Indianie Ameryki Północnej. Otóż wśród żyjących w tym stanie nie da się znaleźć niczego podobnego owym tragicznym spektaklom ubóstwa, jakie widujemy we wszystkich miastach i na wszystkich niemal ulicach Europy. Nędza, zatem, to wytwór tego, co zwykło nazywać się życiem cywilizowanym. W stanie natury nie istnieje. Z drugiej strony, stan natury pozbawiony jest wszystkich owych korzyści, jakie niosą rolnictwo, sztuki, nauki i przemysł.

W porównanie z życiem biednych Europejczyków, życie Indianina to wieczne święto; i, z drugiej strony, rzecz mało pociągająca, jeśli porównać je z życiem naszych bogatych. Cywilizacja, niniejszym, czy też to, co zwykło się nazywać cywilizacją, uczyniła jedną część społeczeństwa znacznie bardziej bogatą, a drugą znacznie bardziej nieszczęśliwą, niż byłyby one w stanie naturalnym.

Ze stanu natury do stanu życia społecznego przejść można zawsze, ze stanu społecznego do naturalnego jednak przejść się nie da. Powodem tego jest fakt, że człowiek w stanie natury utrzymuje się z polowań, tak też aby zapewnić sobie wyżywienie potrzebuje więc około dziesięć razy więcej ziemi, niż wystarczyłoby mu w stanie cywilizowanym, w którym się ją uprawia. Gdy zatem jakiś kraj dzięki dodatkowym osiągnięciom rolnictwa, sztuk i nauk staje się bardziej ludny, stan społeczny bezwzględnie należy zachować; z jego likwidacją starczyłoby żywności prawdopodobnie dla nie więcej niż jednej dziesiątej mieszkańców. To zatem, co trzeba teraz zrobić, to zaradzić złu, jakie pojawiło się wśród nas ze względu na przejście ze stanu natury do stanu tak zwanej cywilizacji, zachowując jednocześnie wszystkie korzyści, jakie ten proces ze sobą przyniósł.

Jeśli spojrzy się na problem z tej perspektywy, łatwo można dostrzec, że pierwszą zasadą życia cywilizowanego powinno było być, i wciąż powinno być, aby warunki życia każdego człowieka, który przychodzi na świat w stanie społecznym, nie były gorsze, niż gdyby był urodził się przed jego ustanowieniem. Fakty są jednak takie, że egzystencja milionów ubogich, w każdym zakątku Europy, jest znacznie gorsza, niż gdyby przyszło im urodzić się przed powstaniem cywilizacji czy pośród Indian amerykańskich. Wyjaśnię teraz pokrótce, jak do tego doszło.

Niekwestionowanym aksjomatem jest, że w stanie naturalnym, niecywilizowanym, ziemia była, i do dziś pozostawałaby, wspólną własnością całego rodzaju ludzkiego. W tym stanie zatem każdy człowiek z urodzenia jest posiadaczem. Współ-posiadaczem, wraz ze wszystkimi innymi, ziemi i wszystkich jej naturalnych owoców świata zwierzęcego i roślinnego.

Niemniej, w stanie naturalnym, jak powiedzieliśmy, ziemia może wyżywić ledwie niewielką liczbę ludzi w porównaniu do tej, którą potrafi wyżywić w stanie kultywacji. I ponieważ w oczywisty sposób nie da się oddzielić procesu kultywacji ziemi i jego skutków od samej ziemi, z tego nierozerwalnego związku narodziła się idea, że ziemię można posiadać prywatnie; prawda jest jednak taka, że to nie ziemia, ale wyłącznie wartość ulepszeń przynoszonych przez proces uprawy, może stanowić wartość stricte osobistą. Każdy zatem, kto posiada jakąś działkę, winien jest płacić od niej społeczeństwu swego rodzaju czynsz gruntowy (nie znajduję bowiem lepszego określenia na oddanie tego przedmiotu). To ten czynsz właśnie może stać się źródłem pieniędzy dla narodowego funduszu, którego ustanowienie nasz plan przewiduje.

Z samej natury rzeczy, a także ze wszystkich przekazanych nam danych historycznych, wysnuć można niezbity wniosek, że idea prywatnej własności ziemskiej narodziła się wraz z powstaniem rolnictwa, przedtem zaś nie istniała. Nie mogła istnieć na pierwszym etapie rozwoju człowieka, kiedy był myśliwym; ani na drugim, kiedy był pasterzem: ani Abraham, ani Izaak, ani Jakub ani Hiob, na tyle na ile historia biblijna przekazuje nam rzeczy prawdopodobne, a więc można jej zaufać, nie mieli własności ziemskiej. Ich majątek składał się, co się opisuje bardzo szczegółowo, zasadniczo ze stad zwierząt, z którymi przemieszczali się z miejsca na miejsce. Liczne, również szczegółowo opisane, konflikty o studnie, mające miejsce w jałowym kraju Arabii, w którym ci ludzie żyli, również jasno wskazują, że pojęcie osobistej własności gruntu ówcześnie nie istniało. Nikt nie uznawał ziemi za choćby możliwy przedmiot indywidualnego posiadania.

Pierwotnie pojęcie osobistej własności ziemskiej nie mogło zatem występować. Człowiek nie stworzył ziemi – i choć miał prawo na niej mieszkać, to nie miał najmniejszego prawa rościć sobie tytułu do jakiejkolwiek, najmniejszej nawet jej części; Stworzyciel świata zaś nie otworzył agencji nieruchomości, która mogłaby mu taki tytuł przyznać. Skąd zatem wzięła się idea prywatnej własności ziemi? Odpowiadam jak wcześniej: powstała ona wtedy, gdy zaczęto ziemię uprawiać; z powodu niemożliwości fizycznego oddzielenia od siebie działki i różnych udoskonaleń, jakie przyniósł danej działce proces kultywacji. Wartość tych technicznych udoskonaleń tak gigantycznie, w tamtych czasach, przerosła naturalną wartość ziemi, że ją wchłonęła; aż w rezultacie naturalne prawo wszystkich zaczęto mylić z prawem jednostek, które pojawiło się w efekcie rozwoju społecznego. Prawa naturalne i społeczne to jednak dwa zupełnie odmienne porządki prawa, i będą takie dopóty, dopóki świat trwa.

Wyłącznie śledząc rozwój pewnych spraw aż do samego ich początku możemy wyrobić sobie o nich właściwe pojęcia; i wyłącznie dzięki właściwym pojęciom o rzeczywistości możemy odnaleźć granicę oddzielającą dobro od zła i pozwalającą każdemu poznać, co do niego należy. Zatytułowałem niniejszy traktat „sprawiedliwość agrarna” po to, aby wyraźnie zaznaczyć, że nie chodzi mi tylko o prawo agrarne. Bo nie ma niczego bardziej niesprawiedliwego niż prawo agrarne w państwie z rozwiniętym rolnictwem; bo choć każdy człowiek, jako zamieszkujący ziemię, jest współ-właścicielem jej całej w jej stanie naturalnym, nie wynika stąd bynajmniej, że współ-posiada ją również, gdy znajduje się ona w stanie kultywacji. Wartość dodana, pochodząca z kultywacji, gdy system osobistej własności ziemi został ustanowiony, stała się własnością pierwszych rolników, tych, którzy po nich dziedziczyli, lub tych, którym zdecydowali się ją oni sprzedać. U samego zarania miała właściciela. Dlatego też, choć bronię praw i sprawy wszystkich tych, którzy przez wprowadzenie osobistej własności ziemi pozbawieni zostali swego naturalnego dziedzictwa, to z równym zapałem bronić będę prawa każdego właściciela do tego, co istotnie ma na własność.

Rolnictwo to jedno z największych, o ile nie największe, osiągnięcie ludzkiego rozumu. Pomnożyło wartość ziemi dziesięciokrotnie. Niemniej, monopol ziemski, którego powstanie spowodowało, przyniósł także największe w historii ludzkości nadużycia. Ponad połowa mieszkańców każdego kraju wywłaszczona została ze wspólnego wszystkim, naturalnego dziedzictwa, nie dostawszy w zamian, wbrew elementarnym wymogom sprawiedliwości, żadnego zadośćuczynienia; w ten sposób powstała wśród nas klasa nędzarzy, żyjąca w niespotykanie dotąd złych warunkach.

Broniąc sprawy tych ludzi, powołuję się nie na miłosierdzie – lecz na sprawiedliwość. Taką jednak sprawiedliwość, której, nie zadbawszy o nią u samego zarania, nie dało się zaprowadzić aż do teraz, gdy niebiosa otworzyły przed nami sposobność do rewolucyjnej zmiany ustroju. Oddajmy rewolucjom hołd wprowadzając sprawiedliwość na ziemi – błogosławieństwem przydajmy wiarygodności ich postulatom.

Nakreśliwszy tutaj zatem pokrótce kontekst problemu, przechodzę do omówienia planu, który proponuję, a który obejmuje:

Stworzenie Funduszu Narodowego, z którego to będzie wypłacać się każdej osobie, która osiągnęła dwudziesty pierwszy, sumę PIĘTNASTU FUNTÓW SZTERLINGÓW jako częściowe zadośćuczynienie za utratę swego udziału w naturalnym dziedzictwie ludzkości ze względu na wprowadzenie systemu własności ziemskiej; a także DZIESIĘCIU FUNTÓW SZTERLINGÓW per annum każdej osobie, która ukończyła pięćdziesiąty rok życia, jak również wszystkim, które osiągną ten wiek w przyszłości.

Środki, dzięki którym utworzenie Funduszu będzie możliwe

Sformułowałem już zatem zasadę mojego rozumowania, to znaczy: że ziemia w swoim stanie naturalnym była, i pozostawałaby do dzisiaj, wspólną własnością rodzaju ludzkiego – inaczej mówiąc: że w takich warunkach każdy człowiek rodziłby się posiadaczem – i że system własności ziemskiej, ze względu na swój nierozerwalny związek z procesem i skutkami kultywacji oraz tym, co nazywa się życiem cywilizowanym, pozbawił owej naturalnej własności wszystkich, którzy nie mają w nim części, bez zapewnienia im, jak to powinno było się uczynić, sprawiedliwego zadośćuczynienia.

Wina wszakże nie leży po stronie obecnych właścicieli. Nie mam zamiaru czynić im ani explicite, ani implicite, żadnego zarzutu, o ile nie wkroczyli na drogę przestępstwa, przecząc zasadom sprawiedliwości. Problemem jest system, który wziął się z czegoś, co można nazwać „niewidzialnym” aktem kradzieży, potem zaś wykuł na obronę swej niegodziwości miecz prawa agrarnego. Problemowi temu można jednak zaradzić bez najmniejszej szkody czy uszczerbku dla majątku któregokolwiek z żyjących ziemian, i nasz fundusz może nie tylko zostać ustanowiony, ale zacząć działać rok albo niewiele więcej niż rok od jego ustanowienia, co postaram się teraz tutaj wykazać.

Proponuję, jak już się powiedziało, aby pieniądze wypłacano wszystkim bez różnicy: ubogim i bogatym. Jest to najlepsze rozwiązanie, ponieważ unikamy w ten sposób podziałów wewnątrz społeczeństwa. A także po prostu sprawiedliwe: ponieważ udział w naturalnym dziedzictwie całej ludzkości przypada każdemu, niezależnie od własności, jaką wypracował lub odziedziczył w trakcie życia. Tacy, którzy nie będą chcieli otrzymywać tego świadczenia, będą mogli zwrócić je do wspólnej puli.

Uznając zatem za pewnik, że nikt nie powinien mieć się gorzej w stanie tak zwanej cywilizacji niż miałby się w stanie naturalnym, i że cywilizacja powinna była, i wciąż powinna, wytworzyć narzędzia realizacji tego podstawowego aksjomatu moralności, dochodzimy do wniosku, że można to uczynić wyłącznie przez odjęcie od prywatnych majątków wartości równej indywidualnemu udziałowi w naturalnym dziedzictwie, która się w nich zawiera.

Można proponować różne metody przeprowadzenia tej operacji, niemniej najlepsza – nie tylko dlatego, że najbezpieczniejsza dla własności i systemu podatkowego i kredytowego niezbędnych dla rządu i rewolucji, ale przede wszystkim dlatego, że naraz najprostsza i najskuteczniejsza, a także najodpowiedniejsza pod względem czasowym – wydaje się ta oparta na poborze podatku spadkowego. Spadkodawca nic nie traci; spadkobierca również. Jedyne, co się dzieje, to tyle, że rodzinny monopol na naturalne dziedzictwo ludzkości wygasa w jego pokoleniu. Hojny człowiek nie chciałby przecież, aby ten monopol trwał – sprawiedliwy będzie radował się z jego likwidacji.

Stan mego zdrowia uniemożliwia mi przeprowadzenie odpowiednich badań biorących pod uwagę teorię prawdopodobieństwa, dzięki którym wyłącznie mógłbym sformułować konkluzje o najwyższym możliwym stopniu pewności. To zatem, co tutaj proponuję, to bardziej kwestia osobistych obserwacji i refleksji, niż wiedzy; mniemam jednak, że zgodzi się z faktami wystarczająco dobrze.

Po pierwsze, choć za granicę wieku dorosłego przyjmujemy dwadzieścia jeden lat życia, cała własność narodu spoczywa w rękach osób starszych. Konieczne jest zatem ustalić średnią wieku, którego dożyją osoby starsze, niż dwadzieścia jeden lat. Przyjmuję za tę średnią lat trzydzieści: ponieważ choć wielu ludzi dożyje roku życia czterdziestego, pięćdziesiątego, a nawet sześćdziesiątego, inni umrą znacznie wcześniej, bo i zresztą ludzie umierają niezależnie od wieku.

Przyjąwszy zatem trzydzieści lat jako pewną średnią, otrzymamy w przybliżeniu czas, w którym cała własność czy cały kapitał narodu przejdzie cały cykl dziedziczenia, to znaczy: trafi w ręce nowych właścicieli po śmierci starych; bo choć w wielu wypadkach jakaś część tego kapitału będzie pozostawać w posiadaniu tej samej osoby przez lat czterdzieści, pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt, inne zostaną odziedziczone dwa lub trzy razy wcześniej, ze względu na co średnia się zgodzi; bo gdyby ledwie połowa narodowego kapitału przeszła z jednego pokolenia na drugie w ciągu tych trzydziestu lat, ale dwa razy, efekt będzie taki sam, jak gdyby stało się tak raz z całością.

Jeśli przyjmiemy zatem trzydzieści lat jako czas, w którym cały kapitał narodowy, albo równa mu wartość, przejdzie cykl dziedziczenia, jedna trzydziesta tej wartości będzie wartością dziedziczoną w społeczeństwie per annum; i to ta właśnie ostatnia wartość, w ten sposób określona, tudzież procent, na jaki należy ją opodatkować, będzie stanowić roczne źródło finansowania naszego funduszu, dzięki czemu będzie on mógł zacząć działać tak szybko, jak powiedzieliśmy.

W przemówieniu premiera angielskiego, Pitta [Młodszego], we fragmencie poświęconym temu, co w Anglii nazywa się budżetem, znajduję szacowaną wartość kapitału narodowego tego kraju. Ponieważ mam ten dokument pod ręką, posłużę się zawartymi w nim danymi. Gdy przeprowadzimy nasze kalkulacje w odniesieniu do kapitału i populacji jednego kraju, będą one potem mogły posłużyć jako wzór podobnych kalkulacji w odniesieniu do innych krajów, o kapitale i populacji proporcjonalnie mniejszych lub większych. Z szacunków premiera Pitta skorzystam przy okazji tym chętniej, że będę mógł dzięki temu pokazać, o ile lepiej można by wykorzystać publiczne pieniądze, niż na jego szalony projekt spreparowania nowej monarchii Bourbonów. Na cóż, na Boga, przydadzą się Bourbonowie ludowi angielskiemu? Lud angielski potrzebuje chleba, nie Bourbonów [Paine stara się wprost zaangażować w aktualne spory polityczne tamtego czasu, niemniej lawiruje, by uniknąć cenzury – przyp. tłumacza].

Tak też pan Pitt stwierdza, że kapitał Anglii, realny i osobisty, ma wartość miliarda trzystu milionów funtów szterlingów, czyli około jednej czwartej wartości kapitału Francji, wliczając Belgię. Ostatnie zbiory potwierdzają przy tym, że ziemia francuska jest znacznie bardziej żyzna, i lepiej jest w stanie wyżywić dwadzieścia cztery czy dwadzieścia pięć milionów swoich mieszkańców, niż ziemia angielska swoich siedem czy siedem i pół.

Jedna trzecia kapitału o wartości 1 300 000 000 wynosi 43 333 333, która to jego część stanowi ową sumę, jaka przejdzie każdego roku na nowych właścicieli; we Francji, suma ta wyniesie proporcjonalnie cztery razy więcej, czyli około 173 000 000 milionów funtów szterlingów. A zatem, od sumy 43 333 333 funtów szterlingów należy odjąć co roku wartość naturalnego dziedzictwa w niej zawartą, którą to uczciwie oszacować można, zdaje się, na nie mniej, ale i nie więcej, niż jedną dziesiątą tej sumy.

Trzeba przy tym wziąć pod uwagę, że każdego roku część tego kapitału dziedziczyć będą bezpośrednio synowie i córki, część zaś dalsi zstępni, w proporcji około trzy do jednego; tak też około trzydziestu milionów przejdzie na bezpośrednich spadkobierców, pozostałe zaś 13 333 333 na dalszych krewnych lub osoby spoza rodziny.

Człowiek zawsze pozostaje w związku ze społeczeństwem i związek ten zacieśnia się w miarę wzrostu odległości w relacjach naturalnych. Jest to zatem w zgodzie z zasadami życia cywilizowanego powiedzieć, że jeśli spadek nie przypada spadkobiercom bezpośrednim, społeczeństwa ma prawo do większej jego części, niż jedna dziesiąta. Jeśli ustalimy ową część na od pięciu do dziesięciu czy dwunastu procent (w zależności od natury i stopnia relacji spadkobiercy ze spadkodawcą), będziemy mogli – biorąc pod uwagę jeszcze tzw. majątek kadukowy, który zawsze powinien przypadać społeczeństwu, nie rządowi – doliczyć do naszych poborów kolejne dziesięć procent, tak że pobory z sumy 43 333 333 funtów szterlingów wyniosą rocznie:

z 30 000 000 – 10%, czyli: 3 000 000 funtów szterlingów;

z 13 333 333 – 10% i kolejne 10%, czyli: 2 666 666;

łącznie: 5 666 666 funtów szterlingów.

Obliczywszy zatem roczną wysokość Funduszu, przechodzę niniejszym do rozważenia sprawy pod kątem populacji i celów, do realizacji których został on powołany.

Populacja (angielska) nie przekracza siedmiu i pół miliona, liczba zaś osób, które osiągnęły pięćdziesiąty rok życia, wynosi około czterystu tysięcy. Nawet gdyby jednak było ich więcej, nie więcej niż czterysta tysięcy będzie pobierać proponowany przez nas zasiłek, nie umiem bowiem zrozumieć, po co byłoby potrzebne dziesięć funtów rocznie ludziom zarabiającym dwieście bądź trzysta funtów rocznie. Ponieważ jednak często widuje się w życiu przypadki, ze względu na które i bardzo bogaci nagle popadają w nędzę, nawet w wieku lat sześćdziesięciu, każdy miałby niezbywalne prawo ubiegać się z osiągnięciem odpowiedniego wieku o należną zapomogę, w razie potrzeby z wyrównaniem za lata poprzednie. Tak też zatem, rocznie z sumy 5 666 666 funtów szterlingów około czterech milionów potrzeba będzie na wspomożenie ludzi w podeszłym wieku.

Teraz zajmę się kwestią tych wszystkich, którzy osiągają rocznie dwudziesty pierwszy rok życia. Gdyby umierali tylko ludzie powyżej tej granicy, liczba rocznie osiągających ją musiałaby być równa rocznej liczbie zgonów, aby utrzymać populację na stałym poziomie. Niemniej, większość umiera nie osiągnąwszy wieku dwudziestu jeden lat – w związku z czym ostatecznie liczbę wchodzących per annum w pełnoletniość należy określić jako nieco mniej niż połowę rocznej liczby zgonów. W przypadku populacji liczącej siedem i pół miliona obywateli, liczba zgonów wynosiła będzie około 220 000. A zatem liczbę wchodzących w wiek dojrzały szacować można na mniej więcej 100 000. Nie wszyscy z tej liczby pobiorą oferowaną zapomogę, z przyczyn już tutaj wspomnianych, choć wszyscy będą mieli do niej prawo. Przyjmujemy, że odmawia jej jakaś jedna dziesiąta. Bilans wygląda tak:

Roczna wysokość Funduszu – £ 5 666 666

Wydatki

na 400 000 ludzi w wieku podeszłym (£ 10 na głowę) – £ 4 000 000

na 90 000 ludzi wchodzących w dorosłość (£15 na głowę) – £ 1 350 000

Razem: £ 5 350 000

Reszta: £ 316 666

W każdym państwie żyje pewna grupa osób ślepych czy chromych, kompletnie niezdolnych zarabiać na życie. Skoro jednak z pewnością znaczniejsza część ślepców należeć będzie do grupy ludzi powyżej pięćdziesiątego roku życia, będą mieli zapewnione utrzymanie z tego tytułu. Wynosząca £ 316 666 reszta pozwoli wspomóc ślepych i chromych poniżej tej granicy wiekowej sumą 10 funtów rocznie.

Dokonawszy zatem wszystkich niezbędnych kalkulacji i przedstawiwszy szczegółowe założenia mego planu, na koniec chciałbym dodać kilka obserwacji.

Domagam się tutaj nie miłosierdzia, a poszanowania praw – nie łaski, a sprawiedliwości. Obecny stan cywilizacji jest obrzydliwy i niegodny. Stanowi przeciwieństwo tego, czym być powinien, i musi zostać obalony na drodze rewolucji. Kontrast bogactwa i ubóstwa, który bez ustanku razi oczy postronnego obserwatora, przypomina dwa ciała, żywe i martwe, związane jednym sznurem. Choć sam dbam o majątek mniej, niż jakikolwiek chyba inny człowiek na świecie, w sensie społecznym nie mam nic przeciwko temu, aby ludzie byli zamożni, pozwala to bowiem uczynić wiele dobrego. Nie obchodzi mnie, ile ktoś ma pieniędzy, nawet jeżeli bardzo dużo – pod warunkiem, że zostały zarobione bez niczyjej krzywdy. Nie da się jednak cieszyć własnym majątkiem z należytą pogodą ducha, jeżeli wokół wciąż dzieje się tak wiele zła. Nieprzyjemne myśli, przychodzące na widok ludzkiej nędzy, które można zagłuszyć, ale które nigdy nie przestaną dręczyć uczciwego człowieka, stanowią tak ogromną przeszkodę na drodze do swobodnego cieszenia się bogactwem, że proponowany przeze mnie dziesięcioprocentowy podatek od własności wydaje się bardzo niską ceną za pozbycie się ich. Ten, kto nie chciałby jej zapłacić, nie ma miłości w sercu – nawet do samego siebie.

W każdym kraju istnieją znakomite instytucje dobroczynne, założone przez jednostki. Jednostka wszakże może bardzo, ale to bardzo niewiele, jeśli weźmie się pod uwagę całościową skalę nędzy, jakiej trzeba zaradzić. Może uspokoić sumienie – ale nie serce. Może rozdać wszystko, co posiada – pomoże ledwie bardzo niewielu. Wyłącznie organizując cywilizację na takich zasadach, aby funkcjonowała ona jako system dźwigni, uda nam się zdjąć z ludzkich barków ciężar tak gigantyczny.

Plan, którego realizację proponujemy, stanowi właśnie rozwiązanie całościowe. Wdrożenie go w życie natychmiast zaradzi problemom trzech najbardziej doświadczonych klas nędzarzy: ślepych, chromych i starych. Zabezpieczy młode pokolenia przed popadnięciem w biedę; wszystko to zaś bez jakiegokolwiek naruszenia czy choćby niebezpieczeństwa dla funkcjonowania instytucji narodowych.

Aby dostrzec, że tak się właśnie stanie, wystarczy zdać sobie sprawę, że przecież gdyby każdy obywatel dobrowolnie zbył taką właśnie część majątku, jaką proponujemy, na rzecz innych, efekt byłby dokładnie identyczny.

Plan nasz opiera się jednak nie na miłosierdziu, ale na sprawiedliwości. We wszystkich wielkich sprawach trzeba bowiem rozwiązań bardziej skutecznych i pewnych, niż miłosierdzie; sprawiedliwość zaś, nie powinna być zostawiona decyzji jednostek, niezależnie, czy by ją wykonały, czy nie. Z tego punktu widzenia egzekucja naszego planu powinna być aktem całości społeczeństwa, wypływającym spontanicznie z zasad rewolucji – powinna być sprawą narodową, a nie indywidualną.

Plan oparty o taką zasadę zasiliłby rewolucję energią wypływającą ze świadomości tego, co prawe. Pomnożyłby zasoby narodu; bo własność, jak życie wegetatywne, rozwija się najlepiej dzięki równowadze. Gdy para młodych ludzi zaczyna samodzielne życie, różnica jest ogromna, w zależności, czy mają na początek nic, czy piętnaście funtów na osobę. Dzięki takiemu wsparciu ci ludzie mogliby zakupić krowę i kilka akrów ziemi pod uprawę; i zamiast być ciężarem dla społeczeństwa, co dzieje się zawsze, gdy dzieci rodzą się szybciej, niż można je wykarmić, mogliby stać się użytecznymi obywatelami, przymnażającymi bogactwa ogółowi. Ziemia państwowa również sprzedawałaby się o niebo lepiej, gdyby dostarczyć finansowego wsparcia dla tych, którzy chcą ją nabywać w małych ilościach.

Istnieje pośród nas praktyka, niesłusznie nazywana „cywilizacją” (choć nie zasługuje ona nawet na imię miłosierdzia czy polityki), by nędzy zaradzać dopiero wtedy, gdy się ona pojawi. Tymczasem, czy nie lepiej byłoby, nawet z czysto ekonomicznego punktu widzenia, zapobiegać popadaniu w nędzę zanim ludzie w nią popadną? Najpewniejszym zaś środkiem dokonania tego jest wyposażyć każdego człowieka, który osiągnie dwadzieścia jeden lat, w konkretne środki, dzięki którym będzie mógł zacząć samodzielnie żyć. Zniszczone oblicze naszego społeczeństwa, przeorane skrajnościami bogactwa i ubóstwa, pokazuje nam jasno, że ktoś dopuścił się na jego ciele kiedyś strasznych czynów, i sama sprawiedliwość woła o poważną zmianę. Ubóstwo, we wszystkich krajach Europy dotykające tak wielu, stało się dziedziczne, i prawie niemożliwe jest dla kogokolwiek wyjść z tego stanu o własnych siłach. Warto także zauważyć, że liczba ubogich jest największa we wszystkich krajach, które zwykło się nazywać cywilizowanymi. W skali roku więcej ludzi w ubóstwo popada, niż z niego wychodzi.

Choć w przypadku projektów mających za swój fundament sprawiedliwość i człowieczeństwo, interes własny nie powinien grać żadnej roli, to dla każdej propozycji politycznej dobrze jest, by była po prostu korzystna. Sukces każdej z nich w ostatecznym rozrachunku zależy bowiem od liczby jednostek zainteresowanych jej przyjęciem, jeżeli faktycznie rozumieją one, że jest ona u podstaw sprawiedliwa.

Plan, który przedstawiamy, opłaci się wszystkim i nikt na nim nie straci. Zharmonizuje on interes jednostek z interesem republiki. Dla ogromnie licznej klasy wywłaszczonej przez system osobistej własności ziemskiej jego realizacja będzie aktem sprawiedliwości narodowej. W przypadku średnio zamożnych, lepiej zabezpieczy ona ich dzieci, niż gdyby nie wpłacili oni swojej części na jej sfinansowanie; zapewni także większą stabilność procesowi akumulacji bogactw, niż jakikolwiek ze starych rządów Europy, teraz chwiejących się w posadach, kiedykolwiek mógłby uczynić.

Nie sądzę, aby więcej niż jedna rodzina na dziesięć, w jakimkolwiek kraju Europy, dysponowała w momencie śmierci głowy rodziny na czysto własnością wartą pięćset funtów szterlingów. Dla takich rodzin nasz plan jest bardzo opłacalny. Wpłaciwszy na Fundusz pięćdziesiąt funtów, otrzymałyby w zamian (zakładamy, że jest dwoje dzieci) piętnaście na dziecko (trzydzieści łącznie), a po ukończeniu pięćdziesiątego roku życia przez jednego z jej członków – dziesięć rocznie. Fundusz utrzyma się dokładnie z przerostu akumulacji bogactwa; i wiem, że właściciele takich przerośniętych majątków, choć w ostatecznym rozrachunku nasz plan zapewniałby pełne bezpieczeństwo dziewięciu dziesiątym z tego, co mają, podniosą wielką wrzawę przeciw naszym zamysłom. Ale, nie wchodząc już w kwestię tego, w jaki sposób swe majątki zdobyli, niech ludzie ci pamiętają, że oni przede wszystkim parli do obecnej wojny, i że przez nowe podatki premiera Pitta płacą na obronę despotyzmu Austrii i Burbonów dużo więcej, niż płaciliby na utrzymanie naszego Funduszu.

W niniejszych kalkulacjach brałem pod uwagę nie tylko wartość własności ziemskiej, ale i tej, którą nazywa się osobistą. Kwestię własności ziemskiej już wyjaśniliśmy; opodatkowanie zaś własności osobistej jest równie zasadne, niemniej z innych powodów. Ziemia, jak już powiedzieliśmy, to darmo dany dar Stwórcy dla rodzaju ludzkiego. Własność osobista natomiast to skutek życia społecznego; i człowiek nie może wejść w posiadanie czegokolwiek bez pomocy reszty społeczeństwa, tak jak w stanie natury może swobodnie korzystać z owoców ziemi. Odizolujmy jednostkę od społeczności, umieśćmy ją na bezludnej wyspie, i możliwość posiadania czegokolwiek znika [jak rozumiem – chodzi o to, że traci sens, który jest relatywny: mam coś, bo inni tego nie mają, mam więcej, bo inni mają mniej itd. – przyp. tłumacza]. Człowiek całkiem sam nie może się bogacić. Z natury rzeczy środki i cele są ze sobą powiązane tak ściśle, że jeśli pierwsze mają wadę, drugich nie da się osiągnąć. Wszelka akumulacja własności osobistej, o wartości przekraczającej to, co człowiek może wykonać własnymi rękoma, bierze się zatem z faktu życia w społeczeństwie; i w oczywisty sposób, według wszelkich wymogów tak sprawiedliwości, jak i zwykłej wdzięczności, i wreszcie cywilizacji, każdy z nas winien jest oddać społeczeństwu cząstkę tego, co dzięki niemu zgromadził. To ujęcie problemu w kontekście ogólnym, być może najwłaściwsze; bo jeśli spojrzymy na kwestię bardziej szczegółowo, okaże się niechybnie, że w wielu wypadkach akumulacja bogactwa to po prostu skutek zaniżania zapłaty dla tych, którzy je wypracowali; skutkiem czego robotnicy na starość cierpią nędzę, a pracodawcy opływają w dostatki. Nie da się, być może, określić precyzyjnie sprawiedliwej wysokości wynagrodzenia za pracę w stosunku do zysków, jakie generuje; zaraz powie ktoś również na pewno (klasyczna apologia niesprawiedliwości), że gdyby wynagrodzenia pracowników rosły codziennie, nie oszczędzaliby oni wcale więcej na starość ani nie prowadzili się rozumniej w wieku średnim. Ależ tak! Samo społeczeństwo uczyńmy zatem dla nich skarbnikiem – wpłaćmy te pieniądze do jednej, wspólnej puli; bo nawet jeśli robotnik istotnie nie dysponuje swoimi pieniędzmi właściwie, nie daje to jeszcze nikomu prawa, by je sobie przywłaszczył.

Typ cywilizacji, jaki dominuje obecnie w Europie, jest równie niesprawiedliwy w swych zasadach, co obrzydliwy w skutkach; i to właśnie świadomość tego faktu, jak i zrozumienie, że państwo zorganizowane na podobnych zasadach nie może się ostać, gdy ludzie zaczynają zadawać pytania, stanowią powód, dla którego posiadacze drżą na samą myśl o rewolucji. To ryzyko związane z rewolucją, a nie zasady, na których się ona opiera, nie pozwala im uczynić kroku naprzód. Wobec powyższego, sprawą najwyższej konieczności jest, aby stworzyć system, który, z jednej strony broniąc części społeczeństwa przed nędzą, z drugiej zabezpieczy inną jego część przed grabieżą.

Zabobonny podziw, powierzchowne nabożeństwo, z jakimi dawniej ludzie patrzyli na bogatych, odchodzą w zapomnienie we wszystkich krajach kontynentu, zostawiając właścicieli na pastwę wypadków. Gdy bogactwo i splendor, miast fascynować masy, wywołują w nich tylko uczucie obrzydzenia; gdy, miast wzbudzać podziw, traktowane są jako oznaki moralnego upadku; gdy przepyszna gra pozorów, jaka wiąże się z wielkim majątkiem, służy za pretekst do podważenia prawa do jego posiadania, widać wyraźnie, że sprawa stanęła na ostrzu noża, i wyłącznie ustanowienie sprawiedliwego systemu społecznego może zapewnić posiadaczom spokój i bezpieczeństwo.

Usunąć niebezpieczeństwo można wyłącznie usuwając wzajemne antypatie, tego zaś dokonać można czyniąc własność narzędziem budowy dobrobytu narodowego, obejmującego wszystkie jednostki. Gdy pieniądze bogatszych zasilą narodowe fundusze proporcjonalnie bardziej, niż biedniejszych; gdy wszyscy przekonają się, że dobre funkcjonowanie systemu państwowego zależy od sukcesu jednostek; gdy doprowadzimy do sytuacji, w której im więcej człowiek będzie miał, tym lepiej będzie dla całego społeczeństwa; wtedy dopiero właśnie animozje społeczne zanikną, własność zaś oprze się na trwałym i wiecznym fundamencie naturalnego interesu i jego ochrony.

Nie mam żadnej własności we Francji, która mogłaby zostać użyta do realizacji planu, jaki proponuję. To, co mam, a nie jest tego wiele, znajduje się na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jeśli jednak podobny fundusz zostanie ustanowiony we Francji, natychmiast wpłacę nań sto funtów szterlingów; i tyle samo w Anglii, jeżeli Anglia również podąży tą ścieżką.

Rewolucja cywilizacyjna koniecznie towarzyszyć musi rewolucjom politycznym. Nieważne, czy jakaś rewolucja będzie dobra, czy zła – jeśli nie będzie towarzyszyć jej adekwatna zmiana cywilizacyjna, nie przyniesie żadnych efektów. Despotyzm utrzymuje się dokładnie dzięki obrzydliwym urządzeniom cywilizacyjnym, obliczonym na wypaczenie umysłu i wpędzenie mas w stan nędzy i poniżenia. Podobne rządy uważają człowieka wyłącznie za zwierzę; zwierzę, niezdolne używać rozumu; zwierzę, które ma nie interesować się prawem, tylko być mu posłuszne*; politycznie zaś zależą od demoralizacji przynoszonej przez nędzę tak bardzo, że ignorują wściekłość, jaką naturalnie rodzi w ludziach desperacja.

To właśnie rewolucja cywilizacyjna zwieńczy dzieło rewolucji francuskiej. Już dziś idea, że tylko rząd reprezentatywny jest rządem prawdziwym, zyskuje popularność na całym świecie. Rozumność jej, to rzecz oczywista dla wszystkich. Sprawiedliwość zasad, na których się opiera, wyczuwają nawet jej najzagorzalsi przeciwnicy. Lecz dopiero gdy system cywilizacji zrodzony z tego systemu rządów, system, w którym żaden mężczyzna i żadna kobieta, jacy urodzą się w republice, nie będą pozbawieni wsparcia na początku samodzielnego życia, bezpieczni od nędzy i upodlenia, jakie w innych ustrojach nieodłącznie towarzyszą latom podeszłym, zostanie ustanowiony, rewolucja francuska zacznie przemawiać do serc wszystkich narodów.

Armia zasad zwycięży tam, gdzie armia żołnierzy poniesie klęskę. Uzyska to, czego nie udało się uzyskać najświetniejszymi zabiegami dyplomatycznymi. Nie zatrzyma jej postępów ani Ren, ani Kanał La Manche, ani ocean. Pójdzie aż na kraniec świata i odniesie tryumf.

Thomas Paine

Tłum. Maciej Sobiech

 

Przypisy tłumacza:

1. Z Francją, rzecz jasna.

2. Richard Watson (1737-1816) – angielski duchowny, konserwatysta.

Przypis autora:

* Sformułowanie użyte przez biskupa Horsleya w parlamencie angielskim.

Thomas Paine (1737-1809) – angielski radykał, działacz polityczny, pamflecista. Deista, nieprzejednany krytyk anglikanizmu. Uczestnik Rewolucji Amerykańskiej, podczas której zasłynął jako pisarz rozprawą „Zdrowy rozsądek”. Jest uważany za jednego z ojców-założycieli USA. Do Anglii wrócił w roku 1787. Podczas Rewolucji Francuskiej udzielił rewolucjonistom poparcia, pojechał za kanał La Manche, został wybrany posłem do Zgromadzenia Narodowego. Kariera polityczna na obczyźnie zakończyła się więzieniem w czasie terroru rządów Komitetu Ocalenia Publicznego. Nie mogąc wrócić do Anglii wobec „białego terroru” Pitta Młodszego, popłynął znów do USA, gdzie zmarł w biedzie i niezasłużonym zapomnieniu, otoczony niesławą jako bluźnierca. W 1819 roku, jego szczątki wydobył z zaniedbanego grobu William Cobbett i przywiózł do Anglii, gdzie – jako iż na Paine’ie i w Anglii wciąż spoczywała niesława bluźniercy – nikt nie chciał zgodzić się na pochówek, w związku z czym Cobbett trzymał je u siebie na strychu. Po śmierci Cobbetta zaginęły, prawdopodobnie jeden z synów, również nie mogąc doprosić się normalnego pochówku, pochował je na własną rękę.

Płaca minimalna – godziwa jedynie w teorii

Płaca minimalna – godziwa jedynie w teorii

Jednym z priorytetów Komisji Europejskiej, której od dziewięciu miesięcy szefuje Ursula von der Leyen, jest wprowadzenie sprawiedliwej płacy minimalnej na terenie całej Unii. Koncepcja pojawiła się na początku roku, choć sformułowana w sposób bardzo ogólny. Hiszpański „El Pais” informował wtedy, że płaca minimalna według propozycji Komisji miałby stanowić co najmniej 60% średniej zarobków w danym państwie. To jednak tylko doniesienia medialne, w dodatku działo się to w czasie, gdy widmo pandemii w Europie nie było jeszcze łatwo dostrzegalne. Gdyby jednak taka regulacja została wprowadzona w formie dyrektywy ramowej, byłby to krok iście rewolucyjny.

Przedstawiciele Komisji Europejskiej, argumentując na rzecz projektu, często używają pojęcia „płacy godziwej”, chcąc niejako postawić znak równości pomiędzy oboma pojęciami. Tożsamość obydwu pojęć nie jest oczywista, o czym świadczy ustawodawstwo niektórych państw (przede wszystkim krajów anglosaskich, z USA i Wielką Brytanią na czele), gdzie „godziwa płaca” występuje niezależnie od wynagrodzenia minimalnego, a zatem musi oznaczać coś innego. Takie rozróżnienie może dziwić w świetle zapisów najważniejszych aktów prawa międzynarodowego tyczących się praw człowieka. Zgodnie z art. 23 § 3 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, która w opinii większości prawników ma dzisiaj charakter wiążącego prawa zwyczajowego dla państw członkowskich ONZ, „każdy pracujący ma prawo do odpowiedniego zadowalającego wynagrodzenia, zapewniającego jemu i jego rodzinie egzystencję odpowiadającą godności ludzkiej i uzupełnianego w razie potrzeby innymi środkami pomocy społecznej”. Pojęcie „godziwego zarobku” znalazło się także w art. 7 Międzynarodowego Paktu Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych. O zagadnieniu sprawiedliwej płacy traktuje również artykuł 4. Europejskiej Karty Społecznej przyjętej przez Radę Europy. W § 1 jest mowa o tym, że strony umowy zobowiązują się „uznać prawo pracowników do takiego wynagrodzenia, które zapewni im i ich rodzinom godziwy poziom życia”. W Polsce przynajmniej teoretycznie płaca minimalna powinna mieć charakter godziwej, o czym mówi art. 13 kodeksu pracy: „Pracownik ma prawo do godziwego wynagrodzenia za pracę. Warunki realizacji tego prawa określają przepisy prawa pracy oraz polityka państwa w dziedzinie płac, w szczególności poprzez ustalenie minimalnego wynagrodzenia za pracę”.

Tyle teorii. A jak to wygląda w praktyce? Jest już pewne, że płaca minimalna w Polsce od stycznia przyszłego roku będzie wynosić 2800 zł brutto. Taką propozycję strona rządowa zgłosiła do rozmów w Radzie Dialogu Społecznego. Nie zadowoliła ona ani pracodawców, ani przedstawicieli pracowników. Ci pierwsi chcieli, aby w związku ze skutkami pandemii koronawirusa płaca minimalna była zamrożona (choć zgodnie z mechanizmami ustawowymi musiałoby to być minimum 2720 zł). Związki zawodowe przypomniały natomiast obietnicę partii rządzącej dotyczącą zwiększenia poziomu najniższego uposażenia do 3000 złotych brutto (docelowo 4000 zł w 2023 r.). OPZZ i FZZ optowały nawet za wzrostem płacy minimalnej do 3100 zł od przyszłego roku. Rozbieżność zdań okazała się tak duża, że konsultacje nie mogły zakończyć się wypracowaniem kompromisowego stanowiska. W tej sytuacji rząd jest związany swoją propozycją, gdyż finalnie wprowadzona wartość płacy minimalnej nie może być niższa niż zaprezentowana na początku konsultacji. Trudno też było oczekiwać od rządzących zwiększenia tej kwoty, skoro poważnie rozważane było zamrożenie płacy minimalnej w całej gospodarce (tak jak to się stało w budżetówce).

Spójrzmy, jak wygląda mechanizm ustawowy, który wyznacza poziom absolutnego minimum możliwego wynagrodzenia. Kwestię tę reguluje art. 5 Ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Otóż pensja minimalna powinna wzrastać w stopniu nie niższym niż prognozowany na dany rok wzrost wskaźnika cen. Dodatkowo, jeżeli wysokość minimalnego wynagrodzenia będzie niższa od połowy wysokości przeciętnych zarobków, stopień wzrostu zwiększa się dodatkowo o 2/3 wskaźnika prognozowanego realnego przyrostu PKB. Dwa elementy są zatem kluczowe przy wyznaczeniu poziomu wzrostu minimalnego wynagrodzenia: stopień inflacji oraz wartość Produktu Krajowego Brutto. W sytuacji jednak, gdy nie mamy do czynienia z patologicznym wzrostem cen, algorytm ustawowy pozwala zwiększyć wartość płacy minimalnej raczej w stopniu niewielkim. I tak teraz zgodnie z prognozami rynkowymi, przy założeniu inflacji na poziomie 2% rok do roku i wzroście PKB 4% rok do roku, wzrost płacy minimalnej powinien wynieść 120 zł (50 zł w wyniku waloryzacji inflacyjnej i 70 zł po doliczeniu komponentu związanego z PKB). Oczywiście jest to tylko wskaźnik wyjściowy dla propozycji rządowej otwierającej konsultacje w Radzie Dialogu Społecznego. Tu jednak nie można mówić o pełnej równowadze sił z uwagi na mechanizm pozwalający rządzącym jednostronnie ustalić wysokość płacy minimalnej w sytuacji fiaska rozmów ze stroną społeczną, tak jak to się stało teraz. Pracownicy są zatem zdani trochę na łaskę władzy, bo rzecz jasna nie mają co liczyć na przychylne spojrzenie przedstawicieli pracodawców, którzy zwykle optują za jak najniższym wzrostem minimalnego wynagrodzenia.

Trzeba jednak przyznać, że w ostatnich latach dynamika wzrostu płacy minimalnej uległa radykalnemu przyspieszeniu. Porównując dwie pięciolatki ostatniej dekady, w latach 2015-2020 zwiększyła się ona o 850 złotych w porównaniu ze wzrostem o 433 zł w latach 2010-2015. Czy jednak kwota 2800 złotych, przy obowiązujących w przyszłym roku cenach, wystarczy polskiemu pracownikowi na zapewnienie godziwego bytu sobie i rodzinie? Póki co raczej nie może być mowy o stuprocentowej realizacji prawa zawartego w art. 13 kp. Gdyby europejska płaca minimalna została wprowadzona w wysokości, o której pisali hiszpańscy dziennikarze, oznaczałoby to wzrost minimalnego wynagrodzenia w Polsce do 3138 złotych.

A jak wysokość płacy minimalnej w Polsce wygląda na tle innych państw Unii Europejskiej? Plasujemy się obecnie w połowie stawki. Dotychczas 21 z 27 państw UE zdecydowało się na wprowadzenie minimalnego wynagrodzenia. Jak wynika z danych Eurostatu z tego roku, rozpiętość jest ogromna. Najniższa płaca minimalna jest w Bułgarii i wynosi 312 euro, a najwyższa w Luksemburgu – 2142 euro. Luksemburg zresztą zdecydowanie wyprzedza konkurencję. W pozostałych państwach znajdujących się w czołówce, tj. Irlandii, Holandii, Belgii, Niemczech i Francji, minimalne wynagrodzenie jest o 500-600 euro niższe. Na drugim biegunie z kolei plasują się państwa naszego regionu z płacą minimalną w granicach 400-600 euro. Polska aktualnie zajmuje 10. miejsce, wyprzedzając takie kraje jak Grecja, Malta czy Portugalia.

Sama jednak wysokość płacy minimalnej niewiele mówi, jeżeli nie odniesiemy jej do średnich zarobków w danym państwie. Im stosunek płacy minimalnej do średniego wynagrodzenia jest niższy, tym większe są nierówności płacowe, a w konsekwencji pogłębiające się rozwarstwienie społeczne. Pojawia się pytanie, czy płaca minimalna, jeżeli już ma być ustalana procentowo, winna być wyznaczona w odniesieniu do średniej czy do mediany zarobków. Pierwszy sposób będzie bardziej korzystny dla osób zarabiających najmniej, ponieważ średnia (zawyżana przez osoby zarabiające najwięcej) jest zawsze wyższa od mediany, która wyznacza kwotę zarobku „typowego pracownika”. Innymi słowy mediana mówi nam, że połowa pracowników zarabia więcej niż jej wartość, a połowa mniej.

Kiedy odniesiemy wartość płacy minimalnej do średniej zarobków w bogatych krajach UE, to już nie wygląda ona tak okazale. W Niemczech, Belgii czy Holandii ustawowe najniższe uposażenie nie przekracza nawet 40% wartości średniej krajowej. Z krajów starej UE najbardziej wyrównany poziom zarobków obowiązuje we Francji, gdzie płaca minimalna odpowiada obecnie około 50% wartości średnich zarobków. W całej UE najlepszy wskaźnik wartości płacy minimalnej do średniej krajowej ma natomiast Słowenia, zbliżając się do 52%. U nas, po znacznym kwotowym wzroście płacy minimalnej w ostatnich latach, obecnie najniższa pensja odpowiada mniej więcej połowie średniego wynagrodzenia. Jak zatem widać również na polu procentowych proporcji minimalnego do średniego uposażenia występują rozbieżności w krajach Unii, choć już znacznie mniejsze. To, co może budzić większy niepokój, to zbyt niski poziom najniższego wynagrodzenia we wszystkich państwach UE, gdzie taka granica została wprowadzona.

Właśnie na ten problem od początku swojej kadencji zwraca uwagę nowa komisarz Unii Europejskiej, Ursula von der Leyen, przedstawiając projekt sprawiedliwej płacy minimalnej. Jego wejście w życie nie jest jednak oczywiste, biorąc pod uwagę, jak dużo wątpliwości zgłaszają rządy państw członkowskich oraz przedstawiciele pracodawców.

Po pierwsze, sześć państw UE nie wprowadziło z różnych powodów płacy minimalnej i ciężko będzie wymusić na nich zmianę stanowiska. Kraje skandynawskie, charakteryzujące się dużym stopniem uzwiązkowienia, nie potrzebują nie tylko takich regulacji, ale nawet rozbudowanych kodeksów pracy, by właściwie chronić interesy pracowników. Tam wszystko negocjowane jest bowiem w ramach układów zbiorowych pracy. Może co prawda budzić wątpliwości trafność argumentów przywoływanych przez przedstawicieli tych państw, jakoby wprowadzenie odgórnie płacy minimalnej miało stanowić zagrożenie obniżenia płac w ich krajach. Przecież byłoby to jedyne absolutne minimum, a nikt nie ma zamiaru wtrącać się w ich świetnie działający model negocjacji uposażeń w poszczególnych branżach. Bardziej chodzi chyba o kwestie historyczne i kulturowe, czego dowodzi wypowiedź duńskiego ministra transportu Petera Hummelgaarda dla „Financial Times”, gdzie przekonywał, że ponad stuletnią tradycją w Danii jest brak ingerencji przez państwo w pertraktacje płacowe. Obawy krajów skandynawskich zdaje się rozwiewać Nicolas Schmit, komisarz UE ds. pracy i praw socjalnych, który przekonuje, że celem Komisji nie jest zastąpienie systemu negocjacji zbiorowych tam, gdzie funkcjonuje to dobrze. Zwraca też uwagę, że przykład krajów nordyckich udowadnia, iż można wynegocjować wysokie stawki minimalne bez ingerencji legislacyjnej państwa czy UE.

Przyjmując, że sprawiedliwa płaca minimalna objęłaby tylko te kraje, które zdecydowały się wprowadzić najniższe uposażenie, pojawia się problem ustalenia jej wysokości. Przypominając doniesienia „El Pais”, trzeba zacząć od tego, że w żadnym z państw UE wysokość płacy minimalnej nawet nie zbliża się do poziomu 60% średniej zarobków. Stąd oczywisty opór rządów i pracodawców, zwłaszcza w krajach najbogatszych, gdzie kwotowo nastąpiłby największy wzrost najniższego uposażenia. Również polski Związek Przedsiębiorców i Pracodawców sceptycznie odnosi się do propozycji KE, określając ją jako „porywanie się z motyką na słońce”.

Czas pokaże, czy sztandarowy projekt nowej Komisji zostanie na gruncie jedynie ciekawego, ale niezrealizowanego pomysłu na poprawę sytuacji najsłabiej zarabiających pracowników w UE. W czerwcu rozpoczęto drugi etap konsultacji z przedstawicielami pracodawców i związków zawodowych. Po ich zakończeniu, możliwości będą dwie. Na podstawie art. 155 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej może dojść do zawarcia umowy zbiorowej. Decyzję podejmuje Rada na wniosek Komisji, oczywiście za zgodą wszystkich stron porozumienia. Innym rozwiązaniem jest przedłożenie wniosku ustawodawczego przez Komisję, który następnie musi być przyjęty przez Parlament Europejski i Radę. Do tego konieczny jest szeroki konsens w ramach UE, o co może nie być łatwo. Już teraz słychać głosy, że rozważane są różne wskaźniki wyznaczania płacy minimalnej, w tym znacznie mniej korzystne dla pracowników.

Przypomnijmy, że jednym z głównych celów Unii Europejskiej jest wspieranie dobrobytu jej obywateli. Zgodnie z tym, godziwa płaca, dzięki której pracownik jest w stanie zapewnić byt sobie i rodzinie na odpowiednio wysokim poziomie, powinna być rozumiana jako jego elementarne i niepodważalne prawo. Jeżeli jednak minimalne wynagrodzenie nie odpowiada nawet połowie średnich zarobków w danym państwie, można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście ma ono charakter godziwy. Chciałoby się powiedzieć, że w końcu problem ten został dostrzeżony przez jedną z najważniejszych instytucji UE, która wcześniej skupiała się raczej na realizacji zasady swobodnego przepływu pracowników między krajami członkowskimi niż na warunkach ich zatrudnienia.

Marcin Rezik

Gates i strażnicy dziennikarstwa

W sierpniu ubiegłego roku NPR (National Public Radio, amerykańska organizacja medialna non profit, utrzymująca się ze środków publicznych i wsparcia prywatnych darczyńców) opublikowało analizę eksperymentu prowadzonego przez Harvard, którego celem było wsparcie rodzin o niskich dochodach w znalezieniu mieszkań w bogatszych okolicach, co dawałoby ich dzieciom dostęp do lepszych szkół oraz możliwość „przerwania cyklu ubóstwa”. Według badaczy cytowanych w artykule, dzieci te mogłyby liczyć w swoim dalszym życiu na zarobki większe o 183 000 dolarów – bardzo dziwna prognoza, biorąc pod uwagę, że dotyczy programu mieszkaniowego, który jest nadal w stadium eksperymentalnym.

Czytając ten materiał, zauważymy, że każdy zacytowany w nim ekspert ma powiązania z Bill and Melinda Gates Foundation, która to fundacja pomaga finansować wspomniany projekt mieszkaniowy. A jeśli naprawdę uważnie się wczytamy, zauważymy notę edytorską na końcu artykułu, z której wynika ze NPR również otrzymuje pieniądze od Gatesa.

Fundusze otrzymywane od Gatesa „nie były czynnikiem wpływającym na fakt lub sposób opisania tej historii”, mówi reporter Pam Fessler, i dodaje, że jej reporterska praca nie ograniczyła się wyłącznie do cytowania cudzych opinii w artykule. Nie zmienia to faktu, że ten materiał jest jednym z setek, jakie NPR zrobił o Gates Foundation czy też finansowanych przez nią projektach, włączając w to niezliczone przychylne artykuły pisane z perspektywy Gatesa lub odbiorców jego grantów.

To pokazuje nam szersze zjawisko – etyczny problem, który powstaje, kiedy to filantropijni miliarderzy finansują tworzenie i przekazywanie informacji. The Broad Foundation, do której filantropijnych celów zalicza się promocja tzw. charter schools (szkół, które otrzymują fundusze od rządu, lecz działają niezależnie od ustalonego systemu szkół państwowych), swego czasu finansowała dział „Los Angeles Times” odpowiedzialny za reportaże o edukacji.

Charles Koch przekazuje pieniądze takim instytucjom dziennikarskim, jak Poynter Institute, a także organizacji newsowej Daily Caller News Foundation. Obie popierają jego konserwatywne poglądy polityczne. Rockefeller Foundation funduje Vox’s Future Perfect, projekt reporterski, który opisuje świat „przez pryzmat efektywnego altruizmu” – często nagłaśniając postawy filantropii.

Bogaci darczyńcy coraz bardziej wypełniają luki w finansowaniu podmiotów newsowych – i jest prawie pewne, że ich rola będzie rosła, biorąc pod uwagę straty mediów wynikające z pandemii koronawirusa. Niepokojące jest, że nikt nie zbadał jeszcze, jak to wpłynie na sposób, w jaki newsroomy przedstawiają w mediach swoich darczyńców. Nigdzie ta kwestia nie jest wyraźniejsza niż w przypadku fundacji Gatesa, która jest wiodącym darczyńcą dla newsroomów i częstym obiektem przychylnego opisu prasowego.

Przeanalizowałem niemal 20 tysięcy dotacji, które Gates Foundation rozdała do końca czerwca 2020 roku i dowiedziałem się, że ponad 250 milionów dolarów zostało w ich ramach przeznaczonych na dziennikarstwo. Wśród obdarowanych znajdują się BBC, NBC, Al Jazeera, ProPublica, „National Journal”, „The Guardian”, Univision, Medium, „The Financial Times”, „The Atlantic”, „The Texas Tribune”, Gannett, „Washington Monthly”, „Le Monde” i Centrum Reportażu Śledczego, a także organizacje charytatywne powiązane z mediami, jak BBC I Media Action oraz „New York Times” i Neediest Cases Fund. Poza tym firmy medialne jak Participant, której dokument „Czekając na Supermana” wspiera agendę Gatesa w stosunku do charter schools. Dalej – organizacje dziennikarskie takie, jak Pulitzer Center on Crisis Reporting, The National Press Foundation i The International Center for Journalists; różne inne grupy, które tworzą treść newsów lub zajmują się dziennikarstwem, jak na przykład Leo Burnett Company, agencja reklamowa, którą Gates najął do stworzenia strony z wiadomościami, aby promowała sukcesy organizacji charytatywnych. W niektórych przypadkach otrzymujący granty mówią, że rozdzielili część funduszy jako mniejsze granty dla innych dziennikarskich organizacji – co bardzo utrudnia zobaczenie pełnego obrazu tego, w jaki sposób Gates finansuje czwartą władzę.

Fundacja pomogła nawet opłacić raport American Press Institute z 2016 r., który stał się podstawą opracowania wytycznych co do tego, w jaki sposób newsroomy mogą zachować edytorską niezależność od filantropijnych darczyńców. Najważniejszy wniosek raportu: „nie ma wielu dowodów na to, że darczyńcy mają jakikolwiek udział w redagowaniu treści lub nalegają, by go mieć”. Warto zauważyć, że dane z badania, które stało się podstawą tego studium, pokazuje, iż prawie jedna trzecia darczyńców potwierdza, że widziała przed publikacją co najmniej część materiałów, których powstanie opłacili.

Hojność Gatesa wydaje się wspomagać pielęgnowanie coraz bardziej przyjaznego środowiska medialnego dla najbardziej widocznej na świecie organizacji charytatywnej. 20 lat temu dziennikarze krytykowali Gatesa za wkroczenie w świat filantropii, traktując to jako narzędzie do wzbogacenia się jego firmy lub PR- owe ćwiczenie, ratujące jego reputację nadszarpnięta po zawziętej batalii Microsoftu z amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości w sprawie nielegalnych praktyk monopolistycznych. Dzisiaj fundacja Gatesa najczęściej jest tematem łagodnych artykułów i czołobitnych kolumn opisujących jej wspaniałą pracę.

W czasie pandemii media powszechnie traktowały Billa Gatesa jako eksperta od zdrowia publicznego w temacie COVID-19 – chociaż Gates nie ma wykształcenia medycznego ani też nie sprawuje publicznego urzędu. PolitiFact i USA Today (prowadzone przez Poynter Institute i Gannet, które otrzymały fundusze z Gates Foundation) użyły swoich „platform do sprawdzania faktów”, aby bronić Gatesa przed „fałszywymi teoriami spiskowymi” i „fałszywymi informacjami”, na przykład, że fundacja ma finansowe inwestycje w firmach, które pracują nad szczepionką i terapiami na COVID. W rzeczywistości strona internetowa fundacji i najnowsze zeznania podatkowe wyraźnie pokazują inwestycje w takie firmy, w tym Gilead i CureVac.

W ten sam sposób, w jaki media dały Gatesowi ogromny głos podczas pandemii, fundacja od dawna używała swoich charytatywnych datków do kształtowania debaty publicznej na przeróżne tematy, od światowego zdrowia do edukacji i rolnictwa – ten poziom wpływów zapewnił Gatesowi miejsce na liście najpotężniejszych ludzi na świecie według „Forbesa”. Gates Foundation może pochwalić się ważnymi charytatywnymi osiągnięciami w ciągu ostatnich dwóch dekad – jak np. pomoc w likwidacji polio i przeznaczanie funduszy na zwalczanie malarii – lecz nawet te wysiłki zostały poddane krytyce przez ekspertów. Twierdzą oni, że sposób działania Gatesa może właściwie powodować szkody lub odwracać uwagę od ważniejszych, ratujących życie projektów zdrowia publicznego.

W praktycznie każdym z dobrych uczynków Gatesa reporterzy mogą znaleźć problemy wynikające z nieproporcjonalnie wielkiej władzy fundacji, jeżeli oczywiście zechcą ich poszukać. Lecz czytelnicy nie słyszą tych krytycznych głosów w wiadomościach tak często lub tak głośno, jak słyszą głosy Billa i Melindy. Wiadomości o Gatesie są często pisane z perspektywy wielu ludzi nauki, organizacji non profit i think tanków, które Gates finansuje. Czasami wiadomości te są podawane przez media finansowo powiązane z fundacją.

Gates Founation odmówiła wielu prośbom o wywiad do tego artykułu i nie przedstawiła własnych rozliczeń co do tego, ile pieniędzy przeznaczyła na dziennikarstwo. W odpowiedzi na pytania wysłane w e-mailu, rzecznik fundacji powiedział, że przewodnią zasadą finansowania dziennikarstwa przez fundację jest „zapewnienie twórczej i wydawniczej niezależności”. Rzecznik dodał również, że z powodu ograniczeń finansowych istniejących w dziennikarstwie, wiele problemów, którymi zajmuje się fundacja „nie otrzymuje dogłębnej, stałej analizy w mediach, jaką dostawały w przeszłości. Kiedy powszechnie szanowane media mają możliwość zaprezentować materiał na temat niedostatecznie poznanych i niedostatecznie opisanych problemów, mają one władzę, aby wyedukować opinię publiczną i zachęcić do przyjęcia i wdrożenia polityki opierającej się na danych empirycznych, w obu sektorach, publicznym i prywatnym”.

W czasie, kiedy Columbia Journalism Review kończył sprawdzanie faktów z niniejszego artykułu, Gates Foundation zaoferowała bardziej dokładną odpowiedź: „Odbiorcami dziennikarskich grantów fundacji były i są nadal niektóre z najbardziej szanowanych na świecie organizacji medialnych. Sposób zadawania pytań dla potrzeb niniejszego artykułu sugeruje, że te organizacje naraziły swoją uczciwość i niezależność poprzez informowanie o zdrowiu, rozwoju i edukacji, a będąc finansowanymi przez fundację. Stanowczo sprzeciwiamy się takim sugestiom”.

Odpowiedź fundacji rzuca również światło na inne związki, które ma ona z mediami newsowymi, włączając w to „branie udziału w tuzinach konferencji, takich jak Perugia Journalism Festival, the Global Editors Network albo the World Conference of Science Journalism, jak również pomoc w tworzeniu takich możliwości poprzez miedzy innymi fundusz Innovation in Development Reporting”.

Pełny obraz darowizn Gatesa dla mediów newsowych pozostaje nieznany, ponieważ fundacja publicznie ujawnia pieniądze przyznane tylko poprzez charytatywne granty, a nie na podstawie umów. W odpowiedzi na pytania fundacja Gatesów ujawniła tylko jeden kontrakt, z „Vox” – ale opisała też, jak niektóre z kontraktowych pieniędzy są wydawane: na produkcję sponsorowanego materiału i okazjonalne fundowanie „pozamedialnych jednostek non profit służących do wspierania zadań takich jak szkolenie dziennikarzy, kongresy mediów i obecność na imprezach”.

W przeszłości reporterzy zauważyli bardzo oczywistą stronniczość w sposobie, w jaki Gates Foundation jest pokazywana w mediach newsowych, jednak taki rodzaj refleksji zanikł w ostatnich latach. W 2015 r. wspomniany „Vox” opublikował artykuł badający liczne bezkrytyczne doniesienia mediów otaczające fundację – pozytywny stosunek, który nie zmienia się nawet, kiedy wielu ekspertów i naukowców zgłasza poważne zastrzeżenia. „Vox” nie przywołał dotacji Gatesa dla organizacji newsowych jako czynnika sprawczego ani też nie odniósł się do trwającego miesiąc okresu, kiedy to Bill Gates był gościnnie wydawcą „The Verge”, który jest przybudówką „Voxa”. Mimo to jednak medium to zadało ważne pytania dotyczące panującej wśród dziennikarzy tendencji do przedstawiania Gates Foundation jako bezstronnej organizacji charytatywnej, a nie narzędzia wpływów.

Pięć lat wcześniej, w 2010 r., Columbia Journalism Review opublikował dwuczęściową serię, która zajmowała się między innymi badaniem sprawy milionów dolarów płynących do programu PBS NewsHour, który, jak dowiedziała się CJR, unika krytycznego przedstawiania Gatesa.

W 2011 r. „The Seattle Times” szczegółowo wyliczył powody do niepokoju i sposoby, w jakie opłacanie przez Gates Foundation może zrujnować niezależne dziennikarstwo: „Aby przyciągnąć uwagę opinii publicznej do spraw, na których jej zależy, fundacja zainwestowała miliony w szkolenia dla dziennikarzy. Funduje też badania dotyczące poszukiwania najbardziej skutecznych metod tworzenia przekazu medialnego. Popierane przez Gatesa think tanki produkują zestawy faktów medialnych i opiniotwórcze artykuły w gazetach. Eksperci wyszkoleni w fundowanych przez Gatesa programach piszą treści, które pojawiają się w mediach od »The New York Times« po »The Huffington Post«, a portale cyfrowe zacierają linię pomiędzy dziennikarstwem a propagandą”.

Dwa lata po publikacji tej historii „The Seattle Times” przyjął znaczące fundusze od Gates Foundation na projekt edukacji reporterskiej…

Wszystkie te historie wykazują kompleksowe dowody na wpływ Gatesa na świat dziennikarstwa, lecz nie pokusiły się o śledztwo nad całością zasięgu finansowego fundacji i jej wpływu na czwartą władzę. Dla porównania, 250 milionów dolarów to taka sama suma, jaką Jeff Bezos zapłacił za „Washington Post”.

Kiedy Gates daje pieniądze mediom, dyktuje też jak te pieniądze są używane – często ze wskazaniem tematów, takich jak globalne zdrowie i edukacja, nad którymi pracuje fundacja – pomaga to agendzie fundacji uzyskać prominentne miejsce w mediach i newsach.

W 2015 r. Gates przekazał 383 tys. dolarów Poynter Institute, która to organizacja jest szeroko cytowanym autorytetem w dziedzinie etyki dziennikarskiej (czasami też współpracuje z CJR) i przeznacza fundusze na „poprawę w światowych mediach ws. rzetelności informacji związanych z globalnym zdrowiem i rozwojem”.

Zastępczyni dyrektora Poyntera, Kelly McBride, powiedziała, że pieniądze Gatesa zostały przekazane do platform, które zajmują się sprawdzaniem faktów podawanych w mediach (fact checking), włączajac w to Africa Check; stwierdziła przy tym, że jest całkowicie pewna tego, iż nie wynikła z tego żadna stronniczość lub zatajanie prawdy, chociaż przyznała, że nie sprawdziła tego osobiście.

Tymczasem znalazłem 16 przykładów, gdy Africa Check sprawdza informacje medialne związane z Gatesem. Praca Africa Check w ogromnej większości wydaje się wspierać lub bronić Billa i Melindy Gates i ich fundacji, która wydała miliardy na rozwój Afryki. Jedyny przykład, jaki znalazłem, gdy Africa Check w minimalnym stopniu nie zgadza się ze swoim darczyńcą, to sytuacja, gdy pracownik fundacji zatweetował niepoprawne statystyki – że dziecko umiera na malarię co 60 sekund, a nie co 108.

Africa Check twierdzi, że otrzymała od Gatesa dodatkowe 1,5 miliona dolarów w latach 2017 i 2019.

„Nasi darczyńcy i ci, którzy nas wspierają, nie mają wpływu na to, jakie informacje sprawdzamy po kątem ich prawdziwości ani na wnioski, do jakich dochodzimy w naszych raportach” – powiedział Noko Makgato, dyrektor wykonawczy Africa Check w oświadczeniu dla CJR. „Do wszystkich fact checków związanych z naszymi darczyńcami dołączamy oświadczenie, aby poinformować czytelnika, o kogo chodzi”.

Wcześniej tego roku McBride dodała do listy swoich obowiązków stanowisko publicznej wydawczyni NPR, jako część kontraktu pomiędzy NPR i fundacją Poynter. Od 2000 r. Gates Foundation przekazała NPR 17,5 miliona dolarów w formie grantów – wszystkie one przeznaczone były na informowanie o globalnym zdrowiu i edukacji, czyli dokładnie o tych sprawach, nad którymi pracuje Gates.

NPR dużo miejsca poświęca Gates Foundation. Pod koniec 2019 r. rzecznik NPR powiedział, że NPR wspomniał fundację w swoich reportażach ponad 560 razy, włączając w to 95 razy na Goats and Soda, blogu poświęconemu zdrowiu i rozwojowi na świecie, prowadzonemu przez NPR, który Gates pomaga opłacać. „Finansowanie przez korporacyjnych sponsorów i filantropijnych darczyńców nie ma nic wspólnego z podejmowaniem decyzji przez wydawcę w newsroomie NRP”, przekonuje rzecznik.

Rzadkie są przypadki, gdy NPR przygląda się krytycznie Gates Foundation. We wrześniu zeszłego roku NPR donosiło o decyzji fundacji, by przyznać humanitarną nagrodę premierowi Indii Narendrze Modiemu, pomimo tego, że Modi ma fatalną kartę w zakresie łamania praw człowieka i wolności przekonań (ta sprawa była nagłośniona w mediach – to bardzo rzadki przypadek negatywnego opiniowania poczynań Gatesa).

Tego samego dnia fundacja pojawiła się w innym nagłówku prasowym NPR: „Gates Foundation twierdzi, że świat nie zbliża się do celu wyeliminowania biedy przed 2030 r.”. Ten reportaż przytacza tylko dwa źródła: Gates Foundation i przedstawiciela z Center for Global Development, finansowanej przez Gatesa organizacji pozarządowej. Braku niezależnej perspektywy nie sposób tu nie zauważyć. Bill Gates jest drugim najbogatszym człowiekiem świata i całkiem słusznie mógłby być postrzegany jako symbol nierówności ekonomicznej, jednak NPR przedstawia go jako moralny autorytet w kwestii biedy…

Biorąc pod uwagę znaczące finansowanie NPR przez Gatesa, można by sobie wyobrazić, że wydawcy nalegają, aby reporterzy szukali niezależnych finansowo głosów lub posługiwali się źródłami, które oferują krytyczną perspektywę. Wiele artykułów w NPR tego nie robi. Ponadto NPR mogłoby postarać się o niezależność od Gatesa poprzez odrzucenie darowizn przeznaczonych na robienie reportaży na ulubione przez Gatesa tematy.

Nawet kiedy publikuje krytyczne materiały na temat Gatesa, mogą się one wydawać wyreżyserowane. W lutym 2018 r. NPR opublikował historię zatytułowaną „Bill Gates odpowiada na trudne pytania o biedę i władzę”. „Trudne pytania”, jakie NPR zadało mu podczas sesji pytań i odpowiedzi, były w większości oparte na liście stworzonej przez samego Gatesa, odpowiedział on też na nie uprzednio w liście zamieszczonym na stronie własnej fundacji. W jednym z pytań reporter Ari Shapiro bez śladu ironii zwraca się do Gatesa: „Jak zachęca pan ludzi do szczerości z panem, nawet jeśli mieliby ryzykować zrażenie sobie darczyńcy?”. W tym samym wywiadzie Gates powiedział, że krytycy wyrażają swoje poglądy, a fundacja ich słucha.

W 2007 roku „Los Angeles Times” opublikował jedyną krytyczną serię śledczych artykułów na temat Gates Foundation, jaka kiedykolwiek powstała. Część serii analizowała udział kapitału fundacji w firmach krzywdzących tych samych ludzi, którym fundacja ma pomagać, jak na przykład firmy produkujące czekoladę, mające powiązania z wykorzystywaniem pracy dzieci. Charles Piller, główny reporter tej serii, mówi, że poczynił ogromne starania, aby otrzymać odpowiedź z Gates Foundation podczas śledztwa dziennikarskiego. „Przez większość czasu nie chcieli mieć ze mną nic do czynienia. Nie chcieli odpowiadać na pytania związane z moimi reportażami i w ogóle odmówili odpowiedzi, z wyjątkiem najbardziej lakonicznych”, mówi Piller. „To bardzo typowe dla wielkich firm, agencji rządowych – mają one nadzieję, że jakiekolwiek kontrowersyjne sprawy, które zostaną poruszone przez reporterów, wzbudzą tylko krótkotrwałe zainteresowanie, a potem będą mogli oni wrócić do swoich zwykłych zajęć”.

Zapytany o brak zaawansowanych reportaży na temat Gatesa, Piller mówi, że bycie finansowanym przez fundacje może spowodować, iż media będą wolały poszukać innych obiektów zainteresowania. „Myślę, że oszukiwaliby sami siebie, gdyby sugerowali, że te pieniądze dla ich organizacji nie mają wpływu na decyzje wydawnicze” – mówi. „Tak jest ten świat urządzony”.

Dwóch dziennikarzy, którzy niedawno prowadzili śledztwo na temat Gatesa, podaje przykład na to, co wydaje się metodą w egzekwowania takich wpływów. Piszący dla „De Correspondent”, Robert Fortner i Alex Park zbadali ograniczenia i niezamierzone konsekwencje nieprzerwanych wysiłków Gates Foundation, aby zwalczyć polio. W „HuffPost” ci dwaj dziennikarze pokazali, jak ogromne fundusze przeznaczane przez Gatesa na globalne inicjatywy zdrowotne przekierowały światowe programy pomocowe w kierunku partykularnych celów fundacji (jak zwalczanie polio) i tym samym powodowały ich odwrót od spraw takich, jak przygotowanie do nagłych wybuchów epidemii takich jak ebola. Tego typu zastrzeżenia nie są nawet wspominane w bieżących doniesieniach medialnych na temat COVID-19, ponieważ media przedstawiają Gatesa w kwestii pandemii jako wizjonerskiego lidera.

Podczas gdy Fortner i Park zajmowali się tymi kwestiami, fundacja Gatesa poprosiła ich przełożonych o rozmowę. Autorzy publikacji mówią, że rodzi to poważne pytania na temat prób wpływania przez Gatesa na decyzje dotyczące tekstów na jego temat. „Zbyli nasze pytania i starali się podważyć nasze reportaże” – mówi Park.

Podczas śledztwa Parka i Fortnera dla „De Correspondent” Rachel Lonsdale, szefowa zespołu do spraw komunikacji o polio w fundacji Gatesa, złożyła wydawcy dwóch dziennikarzy niezwykłą propozycję, pisząc: „Zwykle rozmawiamy przez telefon z wydawcą gazety zatrudniającej freelanceerów, z którymi mamy do czynienia, a czynimy tak z dwóch powodów – aby w pełni zrozumieć, jak możemy pomóc w tym specyficznym projekcie i aby zapoczątkować długoterminową relację, który mogłaby wykraczać poza wyznaczone zadanie freelancera”. Redakcja odrzuciła tę propozycję z powodu możliwości narażenia na szwank własnej niezależności i uczciwości ich pracy dziennikarskiej.

W wydanym oświadczeniu fundacja mówi, że Lonsdale „wykonywała swoje normalne obowiązki jako wyższy urzędnik programu współpracy z mediami. Jak napisaliśmy do Tima w grudniu 2019 r. – tak, jak w przypadku wielu organizacji, fundacja ma własny zespół do spraw kontaktu z mediami, który pielęgnuje związki z dziennikarzami i wydawcami, aby służyć im jako źródło informacji i ułatwiać dogłębne i rzetelne przedstawianie naszych spraw”.

Park twierdzi, że wydawcy byli po jego stronie, lecz nie lekceważy wysiłków fundacji, aby „wbić klin pomiędzy nas i redakcję, jeśli nawet nie po to, aby wpływać na nas od razu, to w celu otwarcia sobie takiej możliwości na później”.

Fortner tymczasem powiada, że stara się unikać sprzedawania artykułów do mediów fundowanych przez Gatesa z powodu powstającego w ten sposób konfliktu interesów: „Finansowanie mediów przez Gatesa sprawia, że oferowanie im przeze mnie w dobrej wierze materiału na sprzedaż jest niemożliwe’.

Fortner, który jest autorem materiału dla CRJ z 2010 r. na temat finansowania dziennikarstwa przez Gatesa, samodzielnie opublikował dalszy ciąg w 2016 r. Badał w nim, jak finansowanie przez Gatesa nie zawsze jest ujawniane w artykułach newsowych, włączając w to 59 historii, za które Pulitzer Center on Crisis Reporting zapłaciło częściowo pieniędzmi Gatesa. Organizacja ta odmówiła wyjaśnienia Fortnerowi, które z 59 artykułów powstały za pieniądze Gatesa.

Jeśli nawet krytyczne materiały na temat Gates Foundation są rzadkością, to i tak nie ma to znaczenia w „dziennikarstwie rozwiązań”, nowym rodzaju dziennikarstwa, który skupia się na rozwiązaniach problemów, a nie po prostu problemach samych w sobie. Ta optymistyczna orientacja przyciągnęła patronat Gates Founation, która skierowała 6,3 milionów dolarów do Solutions Journalism Network (SJN), aby szkolić dziennikarzy i finansować projekty reporterskie. Gates jest największym darczyńcą SJN – dostarczył około jednej piątej funduszy tej organizacji w ciągu całego czasu jej istnienia. SJN zdradza, że więcej niż połowa tych pieniędzy została rozprowadzona w formie subgrantów, włączając w to te dla Education Lab, jej partnerskiej inicjatywy z „Seattle Times”.

SJN przyznaje na swej stronie internetowej, że „potencjalny konflikt interesów jest nieodłączny”, jeśli chodzi o pobieranie filantropijnych funduszy, aby produkować „dziennikarstwo rozwiązań”, o czym współzałożyciel SJN David Bronstein wypowiadał się w wywiadzie. „Jeśli zajmujesz się globalnym zdrowiem lub edukacją i piszesz o interesujących modelach – mówi Bornstein – to istnieje bardzo duża szansa, że organizacja, którą się interesujesz, otrzymuje pieniądze od Gates Foundation. Dzieje się tak dlatego, że oni ze swoimi funduszami sięgają na cały świat i są poważnym inwestorem w tych dwóch dziedzinach”. Zapytany, czy może dać przykłady krytycznych reportaży o Gatesie pochodzących z SJN, Borstein miał problem: „Większość historii, które opłacamy, jest historiami obrazującymi wysiłki w kierunku rozwiązywania problemów, dlatego też nie są one aż tak krytyczne jak tradycyjne dziennikarstwo”, powiedział.

Tak też dzieje się w przypadku tekstów, które Bornstein i współzałożycielka SJN Tina Rosenberg tworzą dla „New York Timesa”. Jako kontraktowi autorzy „Fixes”, kolumny z opiniami, oboje przychylnie opisali fundowane przez Gatesa programy – edukacji, rolnictwa i globalnego zdrowia – na przestrzeni wielu lat, bez ujawnienia, że pracują dla organizacji, która otrzymuje miliony dolarów od Gatesa. Na przykład w 2019 r. dwa razy kolumna Rosenberga chwaliła World Mosquito Project, którego strona sponsorska po otwarciu prezentuje zdjęcie Billa Gatesa.

„Nie ujawniamy naszego związku z SJN w każdej kolumnie, zresztą darczyńcy SJN są wymienieni na naszej stronie internetowej. Masz rację, że kiedy piszemy o projektach, które funduje Gates, powinniśmy napisać też wyraźnie, że SJN także otrzymuje fundusze od Gatesa” – napisał Rosenberg w e-mailu. „Nasze zasady w »The New York Times« w przyszłości będą bardziej jasne i zapewniam, że to ujawnimy”.

Pobieżnie przejrzałem kolumnę „Fixes” i znalazłem 15 odcinków, gdzie autorzy wyraźnie wymieniają Billa i Melindę Gates, ich fundację lub organizacje fundowane przez Gatesa. Bornstein i Rosenberg mówią, że prosili swoich wydawców w „NYT”, aby ujawnili informację o źródłach finansowania i dodali ją, uaktualniając w ten sposób kilka ich kolumn. Wymieniają oni także sześć, co do których uważają, że nie potrzebują one takiej deklaracji. Tekst Rosenberga z 2016 r. na temat Bridge International Academies na przykład odnotowuje, że Bill Gates osobiście pomaga fundować ten projekt. Autorzy argumentują, że SJN ma związki z Gates Foundation, a nie z samym Billem Gatesem, zatem taka deklaracja nie jest potrzebna. „To bardzo znacząca różnica”, napisali w e-mailu Rosenberg i Bornstein.

Sporo czasu po tym, jak Bornstein i Rosenberg powiedzieli, że prosili swoich wydawców, aby dodali deklaracje o źródłach finansowania do ich kolumn, teksty te nadal nie zostały uzupełnione o takową deklarację. Marc Charney, wyższy rangą wydawca w „NYT”, powiedział, że nie jest pewien, czy i kiedy gazeta dodałaby takie deklaracje, wymieniał przy tym trudności techniczne i inne priorytety w newsroomie.

NPR również zapewniało, że doda deklarację finansową do artykułu o Gates Foundation z 2012 r., ale nie wywiązało się z obietnicy.

Nawet całkowite ujawnienie bycia finansowanym przez Gatesa nie oznacza, że pieniądze nadal nie spowodują stronniczości. Równocześnie sam fakt bycia opłacanymi przez Gatesa nie wyjaśnia w pełni, dlaczego aż tyle wiadomości o fundacji jest pozytywnych. Nawet newsy bez oczywistych finansowych powiązań z Gatesem – a trzeba dodać, że fundacja nie ma obowiązku publicznie ogłaszać wszystkich kwot, które przeznacza na dziennikarstwo, co sprawia, że całościowy obraz tego finansowania jest nieznany – mają tendencje do przychylnego traktowania fundacji. Przyczyną może być fakt, że rozdawanie pieniędzy przez Gatesa przez dziesięciolecia pomogło wpłynąć na ogólny ton mediów wypowiadających się na temat fundacji. Może być też tak dlatego, że newsowe media zawsze, a zwłaszcza teraz, szukają bohaterów.

Większym zmartwieniem jest to, że sposób przedstawiania Gatesa w mediach w jednym dominującym tonie stanowi precedens co do tego, jak wypowiadamy się na temat następnego pokolenia tech billionaires (technologicznych miliarderów), którzy zajmują się filantropią, włączając w to Jeffa Bezosa i Marka Zuckerberga. Bill Gates udowodnił, że możliwe jest, aby najbardziej kontrowersyjny z „kapitanów” tego przemysłu nowoczesnej technologii niepostrzeżenie zmienił swój publiczny wizerunek z czarnego charakteru epoki technologii w dobrodusznego filantropa.

Jeżeli my, dziennikarze, mamy za zadanie krytykować bogactwo i władzę, Gates prawdopodobnie powinien być jednym z najdokładniej obserwowanych ludzi na ziemi – nie zaś jednym z najbardziej podziwianych.

Tim Schwab

tłum. Magdalena Bieńczak

Tekst pierwotnie opublikowano na stronie internetowej Columbia Journalism Review 21 sierpnia 2020.

Audyt sumienia

Audyt sumienia

Heather była wielką uczoną i dobrym człowiekiem. Była jedną z osób, które głęboko kształtują zarówno idee, jak środowisko. Wiele osób uczyło się od niej, wiele osób ją kochało. Gdy zachorowała na nowotwór, była, jako profesor jednej z czołowych brytyjskich uczelni, promotorką kilku doktoratów. Jej choroba osłabiła ciało, ale w niczym nie umniejszyła jej umysłu i wiedzy. Heather chciała dalej prowadzić swoje doktorantki, a one chciały, żeby ona opiekowała się nadal ich pracą naukową. Jej choroba nie była wyrokiem. Uczona została poddana leczeniu, którego efekty początkowo były niezłe. Decyzją administracyjną pozbawiono Heather możliwości prowadzenia prac swoich doktorantek. Zostały one przydzielone innym promotorom. Gdy po przysługującym okresie zwolnienia lekarskiego wiadomo już było, że Heather nie wróci do pracy, przesunięto ją na rentę. Jednocześnie przestała być profesorem. W systemie post-profesji profesor to stanowisko takie jak menedżer i pozostaje w gestii zarządu. Ostatni tytuł, jaki należy do pracownika takiej akademii, to doktor. Heather umarła jako doktor.

Przez kilka dziesięcioleci trąbiono na prawo i na lewo o „zarządzaniu wiedzą” i o „gospodarce wiedzy”. Miała być lekarstwem na biurokrację i toporne korporacje starej daty, które borykały się z oporem wobec zmian. Korporacja przyszłości miała być inteligentna i miała cenić pracowników wnoszących w nią cenną wiedzę. W praktyce okazała się wielkim wampirem wysysającym wiedzę z człowieka i do końca odhumanizującym jego pracę. Człowiek ostatecznie tracił kontrolę nad swoją pracą, a jego wiedza przechodziła do dyspozycji struktur zarządzania.

Początkowo komentatorzy wyobrażali sobie, że ten trend dotyczy tylko wykonawczych stanowisk pracy. Jednak wkrótce okazało się, że dotyczy wszystkich: robotników i szefów, lekarzy i nauczycieli, wreszcie pracowników naukowych. Nastąpiła wielka deprofesjonalizacja. Osąd profesjonalny i osobistą relację z obszarem, za którą profesjonaliści są odpowiedzialni, zastąpiło coś w rodzaju egzoszkieletu złożonego z algorytmów, procedur, przepisów, apek, platform internetowych i reguł ingerujących w najdrobniejsze szczegóły pracy byłych profesjonalistów.

Szwedzko-amerykański doktor nauk medycznych Hans Duvefelt pisze o epidemii wypalenia zawodowego w dzisiejszych czasach, także wśród lekarzy. Pojęcie pojawiło się w naukowym dyskursie stosunkowo niedawno, lecz ostatnimi czasy stał się wszechobecne. Lekarze, którzy jeszcze niedawno byli autentycznie oddani swojej pracy, coraz częściej cierpią z powodu wypalenia, braku energii, braku poczucia kontaktu z zasadniczą treścią swojej pracy. Zamiast działać zgodnie ze swoją zawodową misją i umiejętnościami, czyli zajmować się pacjentami, poświęcać im czas i empatię, lekarze spędzają coraz większą ilość czasu wprowadzając dane do formularzy online w celach mających znikomy związek z relacją z pacjentem. Co więcej, obecnie te formularze są zasadniczym motorem działań, one definiują to, co pracownik ma robić i w jaki sposób. Pracuje się „pod tabelki”, bo na nic innego nie ma czasu ani sił. Możliwość spotkania pacjenta ogranicza się coraz bardziej, a możliwość dostosowania działań do jego czy jej potrzeb i oczekiwań maleje niemal do zera. Lekarze czują się bezsilni, pozbawieni władzy nad swoją pracą, coraz większa ich ilość deklaruje chęć odejścia z zawodu. Duvefelt diagnozuje tę przypadłość systemowo – to nie jest choroba dotykająca poszczególnych osób, lecz skutek deprofesjonalizacji medycyny.

Deprofesjonalizacja to odpływ odpowiedzialności i wiedzy z wewnątrz systemu, a co za tym idzie – dumy zawodowej, kiedyś ważnej kategorii w odniesieniu do wszelkiej wykwalifikowanej pracy, a definiującej w profesjach. Przy tym nikt nie wie, jak samodzielnie zorganizować swoją pracę, jak ją planować, jak dostosowywać do zmieniających się warunków. Mimo że ilość administratorów w neoliberalnych instytucjach postprofesjonalnych, takich jak uczelnie i służba zdrowia, ciągle rośnie i nieraz, np. w krajach anglosaskich, przekracza połowę zatrudnionych, to bynajmniej nie znaczy, że pozostali pracownicy są zwolnieni z administrowania. Prawda jest taka, że robią to przez większość czasu, ponieważ podsystemy administracyjne nie administrują – ich rolą jest nakłanianie merytorycznych pracowników do administrowania i do tłumaczenia wszelkiej swojej poza-administracyjnej pracy na język audytowalny.

Proces ten jest częścią większej, bardziej fundamentalnej dynamiki, zwanej audytyzacją społeczeństwa. W drugiej połowie lat 90. pisał o tym zjawisku brytyjski profesor finansów Michael Power, który zaobserwował eksplozję aktywności audytorskiej od lat 80., szczególnie w krajach anglosaskich. Oprócz audytów finansowych istnieją obecnie audyty medyczne, audyty technologiczne, audyty opłacalności, audyty środowiskowe, audyty jakości, audyty nauczania i wiele innych. Procedury audytu nie wspierają, nie wspomagają ani nie zastępują struktur profesji. Przekształcają je w twory audytowalne, zabierając pracownikom możliwość osobistego osądu i podejmowania odpowiedzialności w nietypowych sytuacjach, niezbędną do wykonania złożonej profesjonalnej pracy. Arcyważną częścią profesji jest samoorganizacja pracy. Każdy, kto ma za sobą doświadczenie pracy profesjonalnej wie, jak bardzo trudna jest samoorganizacja. Jak dostosować przygotowany wcześniej kurs do poziomu i oczekiwań studentów? Jak najlepiej ocenić ich prace, biorąc pod uwagę wymogi uczelni, kursu i sposób, w jaki pracowali przez cały semestr? Kiedy co przygotować, w jaki sposób, co można zmienić, a czego nie należy ruszać? Nic tego osądu nie zastąpi. Egzoszkielety administracji, obecnie pełniące te rolę, nie zastępują jej ani nawet nie chronią tego, co jest w środku – pracy profesjonalistów. Usunięcie uciążliwych i patologicznych egzoszkieletów nie sprawi, że stare profesjonalne struktury odżyją. Podobnie jak w przypadku niegdysiejszej tradycji wiązania stóp młodych dziewcząt w Chinach – stopa jest trwale zmiażdżona.

Jednym z narzędzi audytyzacji jest parametryzacja. Ma ona swoich zwolenników i przeciwników, chociaż wielu jej zwolenników zdaje się nie rozumieć szerszego kontekstu towarzyszącego parametryzacji. Na przykład niektórzy polscy uczeni, szczególnie młodzi, oczekują, że parametryzacja w jakiś sposób zobiektywizuje pracę na uczelni, że ich wysiłek wreszcie zostanie dostrzeżony i doceniony dzięki zaistnieniu obiektywnych miar. Jednak są to płonne nadzieje. Parametry nie powstają z niczego, tworzone są w określonych warunkach przez konkretnych ludzi. W tym przypadku ustalane są na zlecenie zarządów i administracji po to, by przetłumaczyć pracę niepoliczalną na język cyfr, co znacząco ułatwia rejestrację wykonanych zadań i podejmowanie decyzji zarządczych. Dzięki temu, administrowanie organizacją przekształca się w znacznie prostszy proces maksymalizacji rejestrowanych liczb, co podejmujący decyzje skwapliwie wykorzystują dla własnych celów, na swój sposób, bez refleksji nad zjawiskami, które liczby mają opisywać. Menedżerowie starają się gromadzić jak największą ilość punktów, które umożliwią im po kilku latach przeniesienie się dalej, przekazując następcom chaos i tysiąc nierozwiązanych problemów (których następca stara się nie rozwiązać, lecz przekazać dalej kolejnemu następcy wraz z nowymi). Czynią to zatrudniając, a potem pozbywając się pracowników, którzy przynoszą im upragnione punkty – po wpisaniu w odpowiednie zestawienia, pracownika się marginalizuje, zniechęca czy wręcz mobbinguje (by nie zyskał zbyt wiele władzy środowiskowej i nie zagroził ich pozycji).

Z kolei pracownicy rozgrywają parametry tak jak najlepiej umieją na swoją korzyść. Naukowcy, zamiast prowadzić żmudne badania mogące przyczynić się do rozwiązania istotnych problemów, szukają jak najkrótszych ścieżek prowadzących do publikacji (za to, wszak, przyznawane są punkty). Publikują w dużych ilościach raporty ze skleconych naprędce projekcików badawczych bądź miałkie, mało kontrowersyjne teksty. Łatwiej to zrobić, niż walczyć o czas na przeprowadzenie porządnych badań i o oryginalne i odkrywcze publikacje. Zmieniając treść tylko na tyle, by obejść lokalne reguły dotyczące autoplagiatu, publikują te same treści tyle razy, ile mogą. Zamiast prowadzeniem badań, zajmują się szlifowaniem pozycji w CV. Nie zajmują się natomiast niczym, czego parametryzacja nie obejmuje: krytycznym odczytem własnych badań, formułowaniem złożonych, niedających się szybko zbadać problemów badawczych, refleksją, bezinteresowną wzajemną pomocą, czytaniem. Skaczą między uniwersytetami, by awansować lub dostać podwyżkę. Umawiają się z kolegami o wzajemne cytowania, nawet jeśli teksty nie są tego warte. Cierpi na tym wszystkim nauka, nikt nie ma na nią czasu. Jak głosi tzw. prawo Goodharta: kiedy miara staje się celem, przestaje być dobrą miarą.

Audytyzacja nie wzięła się znikąd. Jest jednym z ważnych procesów definiujących późny, neoliberalny kapitalizm, umożliwiających przekształcenie gospodarek przemysłowych i przemysłowo-usługowych w system oparty w przeważającej mierze na finansach. Brytyjski profesor rachunkowości Prem Sikka argumentuje, że obecny system audytu nadaje się do głębokiej i pilnej reformy. Jego geneza wzięła się z przerzucania odpowiedzialności na zewnątrz na pracowników raportujących własną prace i na zewnętrzne firmy audytorskie. Odpowiedzialność tych ostatnich jest fikcyjna – w praktyce jest niemal niemożliwe wyegzekwowanie jakiejkolwiek odpowiedzialności przez interesariuszy, nawet jeśli same przyznają się do błędów. Co więcej, badania uczonego wskazują na istnienie głębokiej zależności firm audytorskich od korporacji poddawanych audytowi. Poza tym przedsiębiorstwa zdywersyfikowały się i stosują obecnie nowe formy inwestycji i złożone instrumenty finansowe, co sprawia, że niektóre transakcje mogą nie być poddane audytowi w tradycyjny sposób. Profesor Sikka komentuje: „Każdy, kto sprzedaje chipsy lub słodycze, musi upewnić się, że produkt jest odpowiedni do celu i nie wyrządzi krzywdy odbiorcom. Żadne z tych rozważań nie dotyczy audytorów, a branża audytorska nie wykazała skłonności do przyjęcia odpowiedzialności rutynowo akceptowanej w większości innych dziedzin”.

Brytyjska dziennikarka ekonomiczna Grace Blakely w swojej książce z 2019 roku „Stolen” argumentuje, że finansjalizacja, która po kryzysie 2008 właściwie całkowicie opanowała świat zarządczy, nic nie produkuje, nie tworzy trwałych wartości gospodarczych ani cywilizacyjnych. Co więcej, nie rozwiązuje żadnych problemów, a nawet pogłębia te, które zapoczątkowały kryzys: stagnacja płac, wzrost nierówności, kryzys ekologiczny. Jednak stworzyła coś w rodzaju wyizolowanego imaginarium, zamkniętego systemu komunikacji, w którym język parametrów i wyników finansowych zastępuje wszystkie inne formy wyrazu. Nasz świat został skradziony przez finansowy kapitalizm. Między innymi skradziono nam profesje. Dlaczego mamy ich żałować, gdy – dosłownie – płoną lasy?

Dlatego, że mogłyby pomóc zatrzymać pożary, nie tylko gasząc je punktowo tam, gdzie powstają, ale zajmując się oceną, osądem i proponowaniem rozwiązań w nietypowych, skomplikowanych sytuacjach. To jest ich rolą w społeczeństwach. Teraz, na przykład, mamy pandemię, która spowodowała ogrom nietypowych i skomplikowanych sytuacji w różnych obszarach życia, między innymi w edukacji. Hieronim był prodziekanem odpowiedzialnym za dydaktykę w jednej z polskich uczelni. Gdy nastała pandemia i ogłoszono wstrzymanie zajęć dydaktycznych, napisał e-mail skierowany do wszystkich profesorów, prosząc ich, by wykorzystali swoją profesjonalną wiedzę i osąd, aby uczyć studentów jak najlepiej się da w zaistniałych okolicznościach. W końcu to oni są fachowcami zatrudnionymi po to, by rozwiązywać złożone problemy, także te nieprzewidziane. Sporządził listę zasobów i technologii dostępnych na uczelni, a także podał ważne kontakty, takie jak personel IT i bibliotekarze. Poprosił ich o pomoc mniej doświadczonym nauczycielom, gdyby takiej pomocy potrzebowali i o przesyłanie regularnych ultrakrótkich raportów z zajęć. Tak więc pracownicy tej uczelni prowadzili zajęcia zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą i umiejętnością nawigowania w wydatkowej i trudnej sytuacji. Niektóre zajęcia były świetne. Sporo było niezłych, choć nie poruszających z posad bryły świata. Niektóre były słabe. Jednak studenci na ogół byli zadowoleni i doceniali te dziwne zajęcia, chwalili swoich nauczycieli, byli wdzięczni za to, że często okazywali empatię, reagowali na indywidualne problemy, takie jak brak dostępu do internetu i biblioteki, starali się im pomóc. Nawiązany został kontakt i budowane były relacje. W bardzo wielu innych uczelniach, gdzie natychmiast zastosowano ogólne twarde procedury, nic takiego nie miało miejsca. Za to poziom był bardziej wyrównany. Bez profesjonalnego osądu poziom jest wyrównany, to zasada którą pamiętamy z innej epoki: przyjdzie walec i wyrówna. Kiedyś kojarzyło się to ze słynnym „czy się stoi, czy się leży”. W obecnym systemie znaczy to, że przeciętnie jest nieźle albo dobrze. Nie ma odchyleń – działań wyraźnie słabszych ani działań wyraźnie lepszych. Innymi słowy, nie ma miejsca na wybitnie dobrą pracę.

Natomiast badania wykazują, że nie chroni to systemu przed oszustwem, zinstytucjonalizowaną psychopatią, nadużyciami i przemocą. Wyklucza tylko to, co nie da się sparametryzować. Czyni więc pracę, która była złożona, skomplikowana, miała potencjał do generowania nowości – mechaniczną i łatwą do kontroli. Na tym polega sedno deprofesjonalizacji. System jest niezdolny do rozwiązywania złożonych problemów. Lasy płoną, róże też, nie ma komu płakać, bo wszyscy są zajęci swoimi bullshit jobs – pracą bez sensu, ale za to niesłychanie absorbującą i zasobochłonną, której powszechność opisywał nieodżałowany David Graeber. Lub też kombinowaniem, jak wygrać w wielkiej grze w parametry. Problem pozostaje nierozwiązany, a jego przyczyny nietknięte.

Ale wielkie profesje to coś więcej aniżeli systemy do rozwiązywania problemów i świadczenia usług, choć stanowi to ich trzon. To bufor umożliwiający odnowę i regenerację społeczeństw, a także system ostrzegawczy, który m.in. pełni rolę społecznego sumienia. W naszych czasach przeprowadza się audyt sumienia, z którego wynika, że szkodzi ono marce firmy lub zagraża dobremu imieniu zatrudniającej instytucji.

prof. Monika Kostera

Po rozsypce ruchu progresywnego

Po rozsypce ruchu progresywnego

Na początku czerwca w swoim tekście na tych łamach opisywałem, jak za zgodą ostentacyjnie „radykalnych” działaczy amerykańskiego ruchu progresywnego wprowadzane są rozwiązania umacniające i tak już bardzo plutokratyczny charakter społeczeństwa i gospodarki USA. Pisałem wtedy również gorzko: „Z pewnością za jakiś czas progresywni parlamentarzyści i aktywiści będą proponować nałożenie podatku majątkowego od majątku, który pomogli przetransferować do najbogatszych”.

Na początku sierpnia senator Bernie Sanders wystąpił z inicjatywą jednorazowego podatku nałożonego na miliarderów, opodatkowującego 60% tej części ich majątku, która powstała w czasie pandemii. Sam pomysł oczywiście nie ma już dziś żadnych szans powodzenia, zaś amerykański ruch progresywny staje się radykalną na pokaz przystawką Partii Demokratycznej – jednej z dwóch grup zarządzających pseudopolitycznym teatrem i umacniających neoliberalną hegemonię kapitału. W nadchodzącym, 84. numerze „Nowego Obywatela”, opisuję, jak na pole walki z plutokracją, opuszczone przez ruch progresywny w USA (w tym jego „czerwoną”, socjalistyczną część) wchodzi nowa grupa, z bardzo ciekawym i ugruntowanym w rzeczywistości planem bitwy.

Jeszcze pół roku temu było to nie do pomyślenia. Wielu amerykańskich lewicowców deklarowało wstrzymanie się z poparciem Joe Bidena, kandydata Partii Demokratycznej na prezydenta, do momentu uzyskania od niego ustępstw. Bardzo szybko jednak okazało się, iż szlachetnie motywowani postępowcy w chwili próby wybrali toczenie symbolicznych sporów kulturowych, zamiast realnego sporu politycznego o władzę. Warto uważnie obserwować sygnały wskazujące, iż progresywiści z pozycji przeciwników oligarchii przechodzą do roli sojuszników centrowych neoliberałów.

Dla sił amerykańskiego i globalnego status quo, odpowiadających za nieograniczoną ekspansję kapitału kosztem zniszczenia wspólnot i środowiska, ma to olbrzymią zaletę. Neutralizuje bowiem zagrożenie socjaldemokratycznej korekty nakładającej twarde regulacyjne ograniczenia na antyspołeczne sposoby akumulacji kapitału. Takie zagrożenie, szczególnie w latach 2016-2017, było realne, czego wyraz stanowiły niedalekie od sukcesu kampanie Sandersa w USA i Partii Pracy w Wielkiej Brytanii. Dla oligarchii oczywiście nie ma znaczenia, czy u władzy jest osłaniający ich interesy projekt centrowo-neoliberalny, czy równie osłaniający ich interesy projekt prawicowo-neoliberalny. Problemem dotychczas była jedynie szybka „zużywalność” politycznych osłon. Politycy biorący na siebie niepopularną politykę musieli liczyć się z żywiołowymi protestami, a co gorsza z groźbą zorganizowanego ruchu politycznego walczącego przy urnach wyborczych.

Jakim cudem progresywni aktywiści z roli reformatorów mieliby przejść do roli pomocnika sił niszczących amerykańską wspólnotę? Właśnie powstają odpowiednie rynkowe zachęty dla zmęczonych ekonomiczną niepewnością głównie młodych wykształconych lewicowców. „Jeżeli tolerujesz rasizm, wykasuj sobie aplikację Uber” – brzmi treść billboardów firmy Uber, niedawno jeszcze będącej w defensywie, krytykowanej za praktyki zatrudnienia, dziś zaś, wraz z resztą korporacyjnej Ameryki raźno patrzącej na szanse oferowane przez wypranie reputacji na antyrasistowskim sentymencie. Skoncentrowany kapitał, nigdy przesadnie niezaaferowany czyimś kolorem skóry, może się ustawić „po jasnej stronie mocy” pomagając walczyć z innymi „złymi”. Chociaż miejsc pracy w działach HR i PR korporacji nie starczy dla zbyt wielu lewicowych aktywistów – to wspólny front już widać w zarysie.

Progresywni reformatorzy, jeżeli tylko uklękną i pocałują pierścień władców kapitału, w ramach centrowo-neoliberalnego obozu mogą objąć rolę tworzących i popularyzujących postępowe wykładnie w zakresie języka i obyczajów. Przykładowo, taką wykładnią jest zastąpienie słowa Latino (określającego populację latynoską) słowem Latinx. Spora część tych wysiłków ma swoje dobre uzasadnienie, ale istotne w tym zjawisku jest co innego. Przyglądając się dyskursowi korporacyjnych mediów USA zachodzi podejrzenie, iż celem obozu neoliberalnego jest stygmatyzacja członków klasy ludowej (nienależących do mniejszości) jako „niegodnych” i ksenofobicznych obywateli drugiej kategorii. Byłoby to przygotowanie gruntu pod odebranie klasie ludowej pełni praw człowieka i obywatela, w tym zmian w zakresie prawa wyborczego. W istocie byłaby to kara za asynchronię: niedopasowanie w czasie rzeczywistym do zmian zachodzących w kulturze.

Jeszcze pół dekady temu ruchy progresywnego sprzeciwu wobec status quo w USA i Europie miały ambicję politycznego działania nie tylko „dla” i „w imieniu” klasy ludowej, ale też razem „z” nią. Zbędny werbalny „czerwony” radykalizm nie pomagał im jednak w budowaniu szerokiego poparcia dla potrzebnych reformistycznych rooseveltowskich rozwiązań: marksizm jest obecnie dużo bardziej popularny na uczelniach niż w fabrykach. Antykapitalizm jest niezrozumiały dla klasy ludowej, często marzącej o karierze przedsiębiorcy, która to ścieżka (niewymagająca wykształcenia) jest dla nich jedyną dostępną możliwością znaczącego polepszenia swojej pozycji społecznej. W USA m.in. dlatego Donald Trump, niezależnie od ostatecznej wygranej lub porażki, w listopadowych wyborach może spodziewać się uzyskania najwyższego spośród republikańskich kandydatów ostatnich dziesięcioleci odsetka głosów populacji latynoskiej i czarnoskórej. O ile przedstawiciele klasy ludowej mogą jakkolwiek wyobrazić sobie siebie jako odnoszących sukces w obecnym systemie (ciężką pracą przy znaczącym udziale łutu szczęścia), to zawierzenie w projekty utopii podsuwane przez lewicowych inteligentów wymaga od nich bujnej wyobraźni. Można zresztą podejrzewać, że w teoretycznie niehierarchicznym społeczeństwie urządzanym przez demokratycznych socjalistów, faktyczny status i dostęp do pozycji władzy w dużej mierze opierałby się na wykształceniu.

A więc z progresywnego ludowego frontu nici, ale niezadowolenie społeczne jak było, tak narasta. W związku z tym tworzony jest nowy model zarządzania debatą publiczną i sferą wymiany myśli, zawierający antidotum na „zużywalność” polityków osłaniających korporacyjną eksploatację. Kluczem jest polaryzacja społeczeństw wokół dwóch obozów (dotyczy to również takiego systemu wielopartyjnego, jak polski), w której rola zderzaków biorących na siebie uderzenia walki politycznej przypadłaby samemu społeczeństwu en masse. Zarysowuje się nowym mechanizm walk obozów tożsamości, w którym do tradycyjnych bodźców represji i zagłuszania protestu (jak np. używanie propagandy medialnej podawanej w formie „informacji”) dochodzą nowe bodźce związane z „cyfrową smyczą”, na której poprzez tworzenie i uzależnianie od baniek społecznościowych trzymają nas możni. Robią to nie tylko amerykańskie korporacje technologiczne. Również polskie partie czy grupy interesu, mogą hurtowo kupować „boty” w mediach społecznościowych, oddziaływując psychologicznie: tworząc syntetyczne wrażenia „poparcia” bądź „osaczenia” własnych poglądów.

Wbrew pozorom, ludzie nie są dobrym materiałem na bezmyślnych sekciarzy, dla zachęt krzywdzących innych, chociaż w ekonomii przez długi czas czyniono założenie o instynktownie egoistycznych kalkulacjach człowieka. Homo economicus miał mieć na uwadze tylko swój interes, zaś szeroka sfera wspólna miała być tylko zachętą do oszukiwania i wykorzystywania wspólnoty przez egoistyczne jednostki. Ostatnie trzydzieści lat prac na marginesach głównego nurtu ekonomii zaowocowało nową dawką wiedzy z zakresu ekonomii behawioralnej czy też zwykłych eksperymentów. To, czego się dowiedzieliśmy, nie sposób pogodzić z neoliberalnym obrazem człowieka-egoisty. Samuel Bowles czy Rutger Bregman pokazali, że w praktyce ludzie są motywowani o wiele bardziej bezinteresownie i wspólnotowo.

Jednak długotrwałe inwestowanie w tworzenie własnych sekt, jakkolwiek na tym trudnym „materiale ludzkim” jest kosztowne, to warte każdej ceny, gdyż daje elitom status quo wspaniałe narzędzie uniknięcia odpowiedzialności. Nie lubisz Donalda Trumpa? To akceptuj korporacyjny program Partii Demokratycznej, cokolwiek by w nim było. Nie lubisz Demokratów? To głosuj na Trumpa, nie daj satysfakcji przeciwnej drużynie. Podobnie jest oczywiście na polskim podwórku. Nie podoba ci się planowana kradzież kolejnego skrawka ziemi pod deweloperski wieżowiec? Nie krytykuj decyzji samorządu, bo krytykując podważasz obóz demokracji. Kolejny partyjny nominat konsumuje finansowe konfitury z pomocą państwa? Nie krytykuj obozu przechowującego pamięć o śp. Lechu Kaczyńskim.

Kluczowe jest oczywiście, aby zadania policji dyscyplinującej „własny obóz” wypełniali sami w nim osadzeni. Ważne, aby kompletnie zamazać cokolwiek poza plemiennym tożsamościowym sporem: związki przyczynowo-skutkowe, fakty, teorie, a szczególnie wartości, stanowią zagrożenie i muszą być eliminowane. Liczy się pozostająca emocja. Fan PiS już nie pamięta, jak przekonywano go, że Tusk jest zdrajcą, który ma krew na rękach po spisku z Putinem. Smoleński przekaz zwinięto, gdyż wytłumaczenia są niepotrzebne. Bezrozumny fan PiS oddał swoją głowę niewiele mądrzejszym (lecz o wiele bardziej cynicznym) od siebie, i dla niego Tusk może być zdrajcą bez uzasadnienia. Podobnie fan PO i samozwańczego obozu demokracji już nie pamięta, że do czasu „afery taśmowej” w 2014 roku hołdował hipotezie „sprawiedliwego świata” i racjonalizował wszystkie mafijne aspekty rzeczywistości jako „teorie spiskowe”. Dziś już fałszowanie kart wyborczych przez złych ludzi nie jest w tych samych kręgach teorią spiskową, lecz szacowną hipotezą.

Ktoś powie: „Tacy fani obu środowisk nie mają w społeczeństwie większości! Nawet dziś przy tej polaryzacji ludzie mają o wiele większy dystans do tych spraw!”. To prawda, ale rzecz nie toczy się o przekonanie sceptyków, lecz o wymuszenie posłuszeństwa, o zdławienie krytyki w zarodku i uczynienie jej kosztowną. Dlatego „najniższy wspólny mianownik” przejmuje megafon w bańkach społecznościowych. Coraz częściej, tak w świecie cyfrowym, jak i na żywo, widzimy szokujące efekty odwrócenia procesu socjalizacji. A gdy nie wystarcza podłości i łajdactwa wśród żywych, dokupywane są na farmach botów. Ekonomia polityczna wzmaga ten proces: dwa obozy zarządzające podziałem hegemonizują niemal całość zasobów niebędących w dyspozycji prywatnego biznesu.

Dla środowisk rozumiejących konieczność antyoligarchicznej, solidarystycznej korekty, wnioski są jasne. Nie można przestawać mówić prawdy i nie można przystawać na reguły establishmentu dotyczące „dozwolonej krytyki”. Nie można dać sobie zabrać głowy, nawet gdy jest to wygodne. Inaczej… możemy kiedyś zatęsknić za choćby formalną demokracją.

A czy powinniśmy opłakiwać koniec ruchu progresywnego? Ten moment w historii jest już za nami i projekty z poprzedniej dekady załamały się w dużej mierze nie ze swojej winy. Oby kolejna antyoligarchiczna insurekcja, w której wielu progresywnych działaczy może mieć swój udział, miała więcej powodzenia.

Krzysztof Mroczkowski