Gilbert Keith Chesterton: Czego ludzie chcą, czyli demokracja (1919)

Gilbert Keith Chesterton: Czego ludzie chcą, czyli demokracja (1919)

Powiadają oto, że nasz chodzący paradoks, znany wszystkim gentleman o nieznanym nazwisku, twórca głośnej rubryki „Cichy jak kot” [prawdopodobnie William E. Johnson (1862-1945), amerykański prohibicjonista, policjant i okazjonalnie autor o tym pseudonimie – przyp. tłumacza], poczynił w swoim ostatnim artykule pewne interesujące uwagi. To przez wybraną przez niego metaforę nie mogę powstrzymać się i nie powiedzieć, że pokazał pazur, ale niekoniecznie już kocią przebiegłość. Powiadają otóż, jakoby stwierdził, że nie dba o to, czego ludzie chcą, ponieważ i tak są zbyt niedoskonali, by wiedzieć, co dla nich dobre. Na ile widzę, wychodzi on po prostu z akceptowanego powszechnie dzisiaj aksjomatu, że wolność, obywatelstwo i wszystkie tego typu rzeczy to czyste nonsensy; i że jeśli Ameryka naprawdę jest, jak niektórzy o niej mówią, demokracją, to musi być też domem wariatów. Według przekazów, drugi element jego przesłania stanowi zaś teza, iż nie istnieje i nie może istnieć coś takiego, jak wolność osobista, chyba że w dżungli. Istotnie, prawdziwa wolność osobista zdarza się rzadko – ale szukać jej trzeba w najbardziej zaawansowanych cywilizacjach, a nie w dżungli. Tak czy owak wszakże, obrazy, jakich używa, wyjątkowo nie nadają się do obrony sprawy, której broni. Słysząc bowiem, że wolność może narodzić się tylko w dziczy, automatycznie niemal przypominamy sobie, że ta szczególna forma tyranii, której tak bardzo broni, również narodziła się w dziczy. Tyrania abstynencji ma swoje źródło w fakcie, że nie wolno pić wina na pustyni. Dzikie, wędrowne ludy Arabii postanowiły po prostu w pewnym momencie narzucić swoje mniej lub bardziej konieczne negacje szczęśliwszym ludom, siedzącym pod własną winoroślą i drzewem figowym. Ze swojej strony zauważam zaś, nikomu nie uwłaczając, że nowe restrykcje również pojawiły się w tych rejonach globu, które dopiero niedawno zostały ucywilizowane – w Ameryce, na przykład, oraz angielskich koloniach. Bo w Ameryce prohibicji naprawdę jakoś można bronić. W Europie nie można. Dla prohibicjonisty z nowego świata to Anglia, o całym Starym Kontynencie nie wspominając, będzie nowym światem. I nie chodzi mi bynajmniej o kwestię napojów wyskokowych, których spożycie prohibicjonista w oczywisty sposób zwalcza; ale o samą kwestię wolności, którą to wolność zwalcza dużo bardziej zaciekle. I, powtarzam, muszę przyznać, że jest to walka jakoś tam szlachetna, że cechują naszego przeciwnika przynajmniej typowo amerykańskie cnoty: prostoty i szczerości. Powiedzieć tak otwarcie, krótko i węzłowato: „Wolność to bzdura i ludziom nie wolno dawać tego, czego chcą” – to jest coś. Myśli tak bowiem dzisiaj bardzo wielu średnio rozgarniętych ludzi, nie mają jednak moralnej odwagi wyrazić swoich poglądów w sposób równie przejrzysty. W tym sensie, usprawiedliwiona jest zaiste Ameryka od dzieci swoich. Oto jej nieodrodny syn niszczy demokrację z ludowym zapałem prawdziwego demokraty. I tutaj właśnie dochodzimy do punktu, który naprawdę mnie interesuje; do drugiej tezy, którą ponoć wygłosił – że to, czego ludzie chcą, się nie liczy, bo są zbyt niedoskonali, aby wiedzieć, co dla nich dobre. Otóż z logicznego punktu widzenia ma ten krystalicznie jasny argument ledwie jedną wadę; niedostrzegalną zresztą najwyraźniej, z jakichś tajemniczych przyczyn, dla wszystkich, którzy go używają. Przyjmijmy, jako pierwszą przesłankę sylogizmu, że wszyscy ludzie są niedoskonali. Tym, co trzeba przyjąć następnie, jest bez wątpienia fakt, że wszyscy prohibicjoniści są ludźmi. Wniosek tej dedukcji brzmi zaś tak strasznie, tak szokująco, że omal nie zawahałem się, czy go tutaj wyciągać. Wielu jednak, pozbawionych mojej wrodzonej delikatności, wyciągnie go bez problemu, i na pewno bez wahania. Oto bowiem okazuje się, że amerykańscy prohibicjoniści również są niedoskonali; powiedziałby ktoś pewnie, że w tym sensie, iż mają niedoskonałe mózgi; ja powiem może tyle, że na pewno niedoskonałe argumenty. Najbardziej niedoskonałym zaś z ich argumentów jest ten dotyczący niedoskonałości. Jeśli ludzie nie wiedzą, co dla nich dobre, w oczywisty sposób abstynenci również nie wiedzą, czy abstynencja jest dla nich dobra. Niemniej, błąd ten widać w bardzo wielu różnych kwestiach, nie tylko abstynencji, i ogólnie chodzi o sprawy znacznie większe, niż czy pić czy nie pić. Wielu eugeników twierdzi na przykład, że wszystkie małżeństwa powinny być aranżowane i kontrolowane naukowo. Przygotowują plany, czasami bardzo szczegółowe, i zawierające wszystko, poza listą osób, którzy mieliby zajmować się tym naukowym nadzorem w praktyce. Wiedzą wszystko na temat człowieka i jak kierować jego życiem; ale już chyba mniej na temat nadczłowieka, który miałby być kierownikiem. Jeśli ci panowie naprawdę uważają, że najlepszym możliwym ustrojem jest arystokracja natchnionych swatów, w naturalny sposób powinni umieć powiedzieć nam, kim owi swaci są i dlaczego. Jeśli zaś nie chcą przyznać się do poglądów arystokratycznych i wolą chować się za fasadą demokracji, to mają problem. Oto bowiem wszyscy okazujemy się za głupi, by zajmować się własnymi sprawami; i dość mądrzy, by zajmować się sprawami innych.

Na przykład widziałem niedawno sporządzony przez jakichś urzędników raport, w którym najróżniejsi, żywi i prawdziwi ludzie płci obojga rozbierani byli na czynniki pierwsze i klasyfikowani jako „dobrze przystosowani”, „źle przystosowani”, i tak dalej. Podstawą klasyfikacji były zaś to, jakich odpowiedzi udzielili wypełniając swego rodzaju krótką ankietę dotyczącą ich gustów estetycznych, poglądów na obecne spory partyjne i tak dalej. Otóż mam do podobnych egzaminów, jakie często dzisiaj przeprowadza się wśród warstw uboższych, sporo zastrzeżeń, pierwszym z nich jest zaś to, że nie mamy możliwości przeegzaminować egzaminatorów. Nie wiemy, dlaczego wybrali te akurat, a nie inne pytania; z jakich przyczyn, z dobrej czy złej woli. A przecież oni sami mogą wykazywać spory poziom „nieprzystosowania” w różnych ważnych sprawach; takich jak poczucie humoru i doświadczenie ludzkiej natury. Ani im nie zaświta, na przykład, że kiedy jakiś robotnik na pytanie, jakie kupuje dobra drugiej potrzeby, uznał za stosowne odpowiedzieć krótko: „piwo”, to mógł tak zrobić dokładnie po to, aby odpowiedzieć krótko. Albo że kiedy na pytanie o to, jak spędza czas wolny, odparł: „palę papierosy”, mogło to wynikać z jego przemożnej chęci, by nie spędzać go odpowiadając na osobiste pytania zadawane przez kompletnie obcych ludzi. Nie jest również wykluczone, że odpytywani postanowili, specjalnie dla swych egzaminatorów, ludzi pewnej klasy, miłośników Botticellego i adeptów Londyńskiej Szkoły Ekonomicznej, popisać się wysmakowaną ironią wyższego rodzaju. Poza tym, można wyobrazić sobie przecież całe mnóstwo pytań, na które robotnicy umieliby odpowiedzieć, egzaminatorzy zaś nie; ze względu na co nie zostały one zadane. Gdybyśmy jednak oni i ja, jak również egzaminatorzy i egzaminowani, słowem: my wszyscy, znaleźli się nagle w nowej sytuacji, w innym stosunku tak do siebie jak otaczającego nas świata, to sądzę, że wielu z nas czekałoby nie lada zaskoczenie. Gdybyśmy na przykład obudzili się pewnego dnia na bezludnej wyspie, to wątpię, czy wszyscy egzaminatorzy okazaliby się tak perfekcyjnie przystosowani, wszyscy egzaminowani zaś tak nieprzystosowani, jak się niektórym (zwłaszcza egzaminatorom) wydaje. Przypuszczam, że przekonalibyśmy się, że jest coś takiego jak praktyczne doświadczenie i sposób radzenia sobie z życiem niekoniecznie identyczny z wysublimowaną kulturą klasy średniej. I że nawet indywidua tak żałośnie niezaradne, jak te, które skręcają nam krzesła, wożą nas w taksówkach, czy budują domy, w których mieszkamy, wiedzą o świecie jedną czy dwie rzeczy, których nie ujęto w naukowym kwestionariuszu. I bardzo wątpię, czy uda nam się kiedykolwiek znaleźć egzaminatorów odpowiednich, aby sprawdzić coś takiego, przynajmniej dopóki nie osiągniemy dużo większej niż dzisiaj prostoty ducha – i nauczymy się egzaminować ludzi z pokorą i poczuciem humoru.

Gilbert Keith Chesterton

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Illustrated London News” w dniu 27 września 1919 r. Powyższe tłumaczenie opublikowano na stronie Chesterton Polska, a u nas ukazuje się w porozumieniu z tłumaczem.

Robota czy praca?

Robota czy praca?

Jarosław Niemiec: Moniko, mam pewien problem. Czasami po pracy czuję się jak Charlie Chaplin w tym filmie, gdzie grał robotnika na taśmie produkcyjnej, który jak automat skręcał dwie śruby przez całą dniówkę. Po wyjściu z fabryki pozostawał mu tik nerwowy i jego ręce mimowolnie wykonywały ten ruch skręcania przez resztę dnia. Wszyscy wiemy, że było to wynikiem utopijnej wiary w automatyzację, podział pracy na proste czynności, wykonywane powtarzalnie przez jednego człowieka, co miało usprawnić produkcję i wydajność. W teorii i praktyce twórców systemu fabrycznego, H. Forda i F. W. Taylora ich idee miały pomóc w stworzeniu pewnego typu idealnego społeczeństwa przemysłowego, świetnie zorganizowanego, sprawnego i racjonalnego. Oczywiście natychmiast zwróciło to uwagę ludzi, którzy dostrzegli dehumanizacyjny i totalitarny charakter tej teorii – pisarzy i dyktatorów. Pisarze, przerażeni tym, co może ludzkości zgotować system fabryczny, tworzyli mrożące krew w żyłach literackie dystopie. Wystarczy wymienić choćby „Nowy wspaniały świat” Huxleya czy „Pianolę” Vonneguta. Wyżej wspomniany film Chaplina był satyrycznym obrazem takiej dystopii. Dyktatorzy wręcz przeciwnie. Zobaczyli w tym szanse na całkowite podporządkowanie sobie społeczeństwa. W gabinecie Hitlera wisiał portret H. Forda nie tylko z powodu antysemickich poglądów amerykańskiego przemysłowca. Hitler widział w Fordzie genialnego inżyniera, również społecznego, dlatego wysyłał swoich inżynierów do USA na praktyki. To samo robił Trocki po rewolucji, gdyż był on pod ogromnym wpływem zimnego modernizmu.

Doprowadziło to do takiego absurdu teoretyczno-praktycznego, że w społeczeństwie komunistycznym, które miało w założeniu pokonać alienację pracy i dać robotnikowi poczucie kontroli i sprawczości, pojawiły się ni stąd, ni zowąd trójki murarskie, w których jeden kładł zaprawę, drugi rozkładał cegłę, a trzeci układał ją pionowo i poziomo. Marzenia o końcu pracy wyalienowanej zakończyło współzawodnictwo pracy socjalistycznej. Nie musimy sięgać do filmu „Człowiek z marmuru”. System korporacyjny działa mniej więcej jak wielki kołchoz. Gdzie tu jest sens, gdzie logika i po co te urojenia o poczuciu sprawczości i kontroli pracownika nad procesem pracy? Przecież w świecie opętanym manią zysku i wydajności, najbardziej pożądane cechy pracownika najemnego to powtarzalność i wydajność, czyli krótko mówiąc stosunek ilości pracy do czasu jej wykonania. Jak to pogodzić z pięknymi teoriami o kreatywności, sprawczości i kontroli?

Monika Kostera: Jarku, dokładnie – tego się nie da pogodzić i na tym polega paradoks pracy w epoce industrializacji, która, tak jak mówisz, zawiera w sobie i kapitalizm, i państwowy komunizm. Jednym z jej fundamentów jest podział procesu pracy. Pomysł, żeby dzielić proces pracy na drobne elementy składowe i każdy z tych elementów przydzielić do wykonania innej osobie, był zalecany jak bardzo efektywny przez Adama Smitha. W „Bogactwie narodów” Smith opisywał małą fabrykę szpilek zatrudniającą dziesięciu robotników, z których każdy wykonywał jedną prostą czynność. Dzięki podziałowi procesu pracy produktywność pracy wzrosła niemal niebotycznie – produkowała czterdzieści osiem tysięcy szpilek dziennie zamiast dwudziestu tysięcy. Później Frederick Taylor i inni przedstawiciele tzw. naukowego zarządzania stworzyli na bazie tej zasady cały system pracy, ogromnie efektywny i bardzo tani. Lenin, który przed rewolucją potępił tayloryzm, po rewolucji propagował zastosowanie systemu Taylora i zalecał wdrożenie akordu opartego o system taylorowski. Podobnie jak w zachodniej wersji, kierownicy wyższego szczebla mieli zapewnić dyscyplinę i zajmować się zarządzaniem rozumianym jako planowanie i kontrolowanie, pozbawione rzemieślniczego wymogu zdobywania „zawodowej dojrzałości”, „wyczucia pracy”. Praca robotnika pozbawiona była nie tylko wyczucia, ale także wszystkich elementów polegających na planowaniu, myśleniu, podejmowaniu decyzji. Stała się pracą bezmyślnie wykonawczą.

Dodajmy, że nie chodzi tu o społeczny podział pracy, który w takiej lub innej formie istniał od zawsze, czyli, mówiąc słowami Juliana Tuwima: „Murarz domy buduje, / Krawiec szyje ubrania, / Ale gdzieżby co uszył, / Gdyby nie miał mieszkania?”. Różne grupy społeczne i zawodowe wykonują różne prace – to jest podział pracy i bywa on mniej lub bardziej tradycjonalistyczny, mniej lub bardziej sprawiedliwy, ale jest w zasadzie wszędzie, we wszystkich kulturach i społecznościach. Tayloryzm to podział procesu pracy – nowatorski wówczas system zarządzania, niewywodzący się z tradycji kulturowych, a będący podstawą epoki opartej na imperatywie wzrostu produktywności i efektywności, nawet kosztem jakości, zadowolenia, wręcz poczucia sensu. W efekcie prace zmieniły się w powtarzane stale, w bardzo szybkim tempie, bezsensowne proste czynności, tak jak Chaplin w filmie, o którym wspominasz, grający robotnika przy taśmie produkcyjnej.

W czasach, gdy film był realizowany, myślano, że taki system dotyczy tylko robotników. Jednak bardzo szybko okazało się, że praca biurowa poddana została dokładnie tym samym reformom – firmy zaczęły zatrudniać w biurach pracowników niewykwalifikowanych, głównie kobiety, do wykonywania pracy równie podzielonej i ściśle określonej czasowo, wprowadzono nawet taśmy produkcyjne w takich biurach. Oczywiście płacono im bardzo niewiele i często praca była akordowa. I tak to sobie dalej postępowało. Dzisiaj z robotnikiem granym przez Chaplina identyfikować się może niemal każdy: robotnik, pracownik obsługi, pielęgniarka, lekarz, nauczyciel, naukowiec. Wszyscy mamy niezłe przykłady tego, jak to działa. Może opowiedz coś ze świata robotników i techników, a ja odwzajemnię się przykładem ze świata administratorów i nauczycieli akademickich.

J. N.: Przykład może anegdotyczny, ale w pewnym momencie zaczynałem przypominać postać graną przez Chaplina. Zresztą nie tylko ja. Pracując przez wiele lat w ruchu ciągłym w trybie zmianowym, często zdarzało mi się nawet w weekendy budzić w środku nocy, w panice, że jest cicho. To na nocnej zmianie zwykle oznaczało kłopoty. Jeśli jest cicho, to zakład stoi, czyli zasnąłem na stanowisku, nie dopilnowałem i jest awaria, a wtedy zaczyna się prawdziwa panika. Zasnąć na zmianie nie było trudno. Robota monotonna, powtarzalna i do tego monotonny odgłos maszyn. Nerwica gwarantowana. Czasami woleliśmy iść do jakichś robót porządkowych czy remontowych, gdzie zajęcia było więcej, ale przynajmniej było to jakieś urozmaicenie. Operatorzy sprzętu ciężkiego, spycharek czy ładowarek, pracujący na hałdach węgla czy kamienia, często zsuwali się z hałd nawet w dzień, bo po prostu zasypiali w maszynach od jazdy w notorycznym trybie pchanie do przodu, cofanie itd. A to nie dotyczy tylko pracowników niewykwalifikowanych, większość operatorów maszyn i urządzeń musi mieć wysokie kwalifikacje. Problem w tym, że wynika to z technologii i w zasadzie nie da się ominąć. Teoria organizacji pracy mówi o rotacjach, przerwach, zmienianiu pracy co jakiś czas, niestety to się zwykle wiąże dla pracownika ze stratami finansowymi albo po prostu nie ma takich możliwości, gdyż są one za drogie dla zatrudniającego. Dawno temu kopalnie i w ogóle duże firmy miały wiele oddziałów pomocniczych i obsługujących, możliwości było więcej. Dzisiaj ze względów ekonomicznych i rachunkowych pozbyły się wszystkiego, co nie wiąże się bezpośrednio z produkcją, a prace pomocnicze i obsługowe zlecają podmiotom zewnętrznym i każdy ma tylko bardzo wąski zakres zadań.

M. K.: Też miałam pracę, w której czułam się jak Charlie i nie mam na myśli pracy na zmywaku podczas studiów, która pomogła mi zrozumieć Marksa lepiej, niż naprawdę świetne zajęcia z socjologii organizacji. W pewnej brytyjskiej uczelni, należącej do Top-100, żeby nie było, że byle dziadostwo – to dokładnie tak ma być, to jest przykład, który inni naśladują, tzw. benchmark – bałam się odbierać e-maile. Wiem, jak to brzmi i uprzedzę uśmieszki stwierdzeniem, że na ogół radzę sobie z pocztą elektroniczną bardzo dobrze, a może nawet troszkę lepiej. Otóż gdy pracowałam na tym „doskonałym” uniwersytecie, przychodziły do mnie e-maile od losowych osób z administracji, nadawcy byli wciąż inni. Gdy odpowiadałam, dostawałam odpowiedź od kogoś całkiem innego, niż osoba, do której wysłałam mojego e-maila. Każdy e-mail nakazywał mi wykonanie jakiejś czynności, która wydawała mi się bezsensowna, w formacie, który wymuszał na mnie ten czy inny algorytm; na ogół była to tabelka online, w którą musiałam wtłoczyć jakąś część mojej skomplikowanej pracy. Wyglądało to mniej więcej tak: przychodzi e-mail, że mam spotkać się z magistrantami, którzy zostali mi losowo przydzieleni, na każdą osobę mam 15 minut, muszę wpierw zabukować pokój na spotkania i ustalić z nimi terminy. Na moje pytanie, jak mam zabukować pokój, odpowiadała inna osoba z administracji, odsyłając mnie do jakiejś strony, gdzie były administracyjnym językiem zapisane niezgłębione zasady bukowania sali oraz ostrzeżenie ostrym tonem, że nie wolno umawiać się nigdzie indziej, a już zwłaszcza w kawiarni lub bibliotece. Następnie od innej osoby przychodził bardzo kategorycznie sformułowany e-mail, że absolutnie nie wolno mi rekomendować moim magistrantom literatury oraz metodologii badań (co kłóci się z moją najbardziej podstawową etyką zawodową – to tak jakby lekarzowi zabronić ratowania życia człowiekowi umierającemu na ulicy). Potem dostawałam wielki plik z przepisami dotyczącymi prowadzenia spotkań, poprzedzony e-mailem od jeszcze innej osoby, w którym wyszczególnione były surowe konsekwencje niestosowania się do zaordynowanych reguł. Te reguły były rzeczywiście egzekwowane, co miałam przykrość kiedyś przetestować. Po każdym takim spotkaniu spędzałam co najmniej pół godziny na księgowaniu każdego spotkania w języku ściśle zdefiniowanym przez algorytm i załączone zasady. Dodam, że pracowałam na tej uczelni jako zatrudniony na stałe profesor, kierownik katedry i osoba z pensją z najwyższego przedziału przewidzianego dla pracowników naukowo-dydaktycznych. W pewnym momencie zauważyłam, że właściwie nie jest mi potrzebny do wykonania tej pracy żaden element mojej wiedzy zdobytej po doktoracie.

Ale to tylko jedna strona opowieści. Rok wcześniej byłam profesorem na innej wzorowej brytyjskiej uczelni i w tej roli nie musiałam nikogo uczyć i utyskiwałam jedynie nad wypełnianiem tabelek dotyczących projektu naukowego. Były koszmarem, ale naprawdę drobiazgiem w porównaniu z tabelkami dydaktycznymi. Wtedy wpadałam często z prośbą o pomoc do zaprzyjaźnionej administratorki, bardzo doświadczonej w swojej roli, która prawie z płaczem opowiadała mi o kolejnych „usprawnieniach”, które dotyczyły jej pracy. Bardzo lubiła swoją pracę, a najbardziej lubiła w niej to, że polega na budowaniu relacji z innymi osobami. Przerażenie w niej budziło to, co się z jej stanowiskiem pracy działo. Najpierw zabrali jej własny zakres obowiązków i wrzucono na tzw. pool, czyli cała administracja dostawała e-maile według algorytmu i nikt nie mógł już odpowiadać osobiście, przychodziły losowe e-maile od losowych osób. Potem przeniesiono administratorów do oddzielnego budynku, do wspólnej sali. Gdy odchodziłam z tamtej uczelni, nie można już było odwiedzić administratorów, bo zostali odcięci elektronicznymi bramkami, do których pozostali pracownicy nie mieli już dostępu. Wszyscy jesteśmy Chaplinami.

Od czasów „naukowego zarządzania” walczyły z takim ubezwłasnowolnieniem pracowników związki zawodowe. Bywały okres, zwłaszcza na Zachodzie w czasach państwa dobrobytu, gdy były one naprawdę skuteczne – np. w Szwecji w latach 70. związki były wielkim motorem ruchu w kierunku reintegracji procesu pracy. Znakomitym przykładem był np. system produkcji gniazdowej w fabryce Volvo, gdzie pracownicy mieli możliwość uczestniczenia w całym procesie pracy. A jak jest teraz?

J. N.: Prawdę mówiąc trochę mnie zamurowało. Nie znam realiów pracy akademickiej, ale tak z boku wygląda to na Panopticon zarządzany przez sztuczną inteligencję. Zresztą przypomina to wszystko, czym straszyli twórcy dystopii. I Matrixem, i Nowym Wspaniałym Światem. I właściwie to prawie gotowy temat na jeden z tych przerażających dystopijnych seriali na Netflixie. Prawdę mówiąc nie rozumiem jak to ma pomóc nauce w docieraniu do prawdy, skoro zamiast poszerzać, drastycznie zawęża perspektywę badacza. Jak dla mnie, naukowiec staje się w tym systemie tylko „nośnikiem” wiedzy. Sprostuj, jeśli się mylę.

W pracy na liniach produkcyjnych, np. wspomnianych przez ciebie fabrykach samochodów, paradoksalnie system fabryczny, polegający na wykonywaniu prostych wystandaryzowanych czynności przez jednego człowieka, zanika. Przyczynił się do tego postęp technologiczny. Po prostu całe linie produkcyjne są automatyzowane i robotyzowane i ogrom czynności wykonują maszyny. Operator linii ma w zasadzie pełną kontrolę nad całością i jako całość widzi swoją pracę. Z drugiej strony wystandaryzowanie widać w zakresie tzw. kompetencji miękkich. Tu dobry będzie przykład serwisantów. Jedna z dużych niemieckich firm elektrycznych montowała swoje systemy sterowania w naszym zakładzie pracy. Serwisant, który przybył na szkolenie dla pracowników obsługujących ten system, przedstawił się jako „kierownik produktu”. Ta dziwna nazwa w pełni oddaje charakter jego pracy, ponieważ zapytany o matematyczny model obliczania pewnego parametru, odpowiedział: „Panie, ja się nie znam na całkach, lecz na tym, jakie funkcje ma spełniać ta szafa sterownicza i jak ją zaprogramować”. Można powiedzieć, że działa tu słynna heglowska teza o chytrości ludzkiego rozumu, który trudne operacje wykonuje za pomocą narzędzi, dziś głównie cyfrowych, ale można też dostrzec tu pewne zawłaszczanie wiedzy i umiejętności, które duże koncerny sprzedają potem jako serwis.

Tak czy inaczej, jest na końcu ekonomiczne drugie dno. Czy to w zakresie wiedzy akademickiej, czy też czysto aplikacyjnej, inżynierskiej. Ale nawet nie wdając się w takie rozważania, chytrość, a wręcz perfidię takiego systemu dostrzeże każdy, kto ma nieprzyjemność załatwiać coś przez telefoniczne biura obsługi. Ile trzeba wybrać opcji, by trafić na właściwego konsultanta np. od faktur. I zazwyczaj nie zdarza się dodzwonić dwa razy do tego samego. W przypadku sytuacji problemowych i niestandardowych zupełnie niemożliwe jest załatwienie czegokolwiek tą drogą. Nikt nie ma kompetencji, żeby problem rozwiązywać całościowo. Wygląda na to, że gdzie postępują automatyzacja i cyfryzacja pracy, tam wąskie wyspecjalizowanie i standaryzacja zaczyna obejmować kompetencje miękkie. Pytanie brzmi: czy to jeszcze są kompetencje miękkie, praca umysłowa, czy już zwykłe, proste posługiwanie się narzędziami według algorytmów, tym razem cyfrowymi? Wyzwania, którym związki zawodowe i świat pracy muszą stawić czoła w epoce cyfrowej właściwie są te same, jakie były w epoce przemysłowej.

M. K.: Dobre pytanie. A jednocześnie jaka trafna ilustracja słynnego wiersza niemieckiego teologa luterańskiego, Martina Niemöllera, zaczynającego się od strofy: „Najpierw przyszli po komunistów, / ale się nie odezwałem, / bo nie byłem komunistą”. Jeden z wersów mówi o związkowcach. Wiersz kończy się „Wreszcie przyszli po mnie, / i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną”.

Na samym początku liczni intelektualiści, także naukowcy, byli wręcz entuzjastyczni wobec systemu taylorowskiego. Spośród uczonych zajmujących się zarządzaniem wyraźniejszą krytykę wyrażała Mary Parker Follett, może nie była jedyną, ale jej słowa o pierwszoplanowej roli człowieka w pracy zdają się ginąć w strumieniu entuzjazmu dla systemu „nowoczesnego zarządzania”. Polemizowali uczeni z innych dyscyplin, między innymi amerykański filozof John Dewey, który jako jeden z niewielu naukowców z tamtych czasów pojął, jak dużym i bardzo realnym zagrożeniem jest ten system i jak bardzo patologiczne konsekwencje ma podział procesu pracy na „robienie” i „myślenie”. Nie negował przy tym znaczenie efektywności – ale wskazywał na wybitnie negatywne skutki zarządzania na zasadzie one best way, „jedynie słusznego” sposobu. Na tej zasadzie opierał się tayloryzm – konsultant ustala optymalny sposób wykonania pracy, dzieli proces pracy na drobne składniki i normatywnie opisuje każde zadanie, każdą czynność. W ten sposób praca zmienia się, używając określenia Deweya, w „mechaniczną toporność”, staje się działalnością umysłowo martwą, wypaczając życie ludzkie uczuciowe. A przecież, jak podkreślał Dewey, praca może przynosić poczucie spełnienia i zadowolenia.

W tamtych czasach nikt chyba nie przypuszczał, że problem ten może dotyczyć kogokolwiek poza tak zwanymi pracownikami wykonawczymi, czyli robotnikami. Jednak ich grono szybko się powiększało. Dzisiaj wszyscy jesteśmy pracownikami wykonawczymi, tylko termin „robotnik” zniknął z przestrzeni publicznej. Teraz mówi się o kreatywności, sprawczości i kontroli, jak wspomniałeś wcześniej. O empowermencie, o turkusowych organizacjach, o zarządzaniu wiedzą i o klasie średniej. Każdy jest liderem i menedżerem na wizytówce, ale praca, którą wykonuje, coraz bardziej przypomina to, co nakazywał robotnikom robić Taylor. Uczeni też – również uczeni od zarządzania. „I nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną”.

J. N.: Ruchowi związkowemu nie pozostaje nic innego, jak zwrócić się ku tradycyjnym jego wartościom: solidarności, klasowości, czyli jasnemu określeniu, kto jest dawcą, a kto biorcą w społecznym podziale pracy, oraz do tego, co się czasem nazywa kulturą robotniczą, a więc pewnymi umiejętnościami rozpoznawania swojego interesu, sojuszników i przeciwników. Do tej kultury zaliczyłbym też pewien wysoki poziom samooceny, a wręcz dumy z przynależności klasowej. Nie wyklucza to związków chadeckich, jakim jest np. polska „Solidarność”, która mimo że głosi solidaryzm społeczny a nie antagonizm klasowy, nie musi odrzucać istnienia klas w ogóle. Oni mogliby na tym zyskać bez odwoływania się do kontrowersyjnej dla polskiego chrześcijaństwa teologii wyzwolenia. Wystarczy dać klasie robotniczej poczucie własnej wartości. Wtedy nurt odżegnywania się od klasy robotniczej i aspirowania za wszelką cenę do klasy średniej może się odwrócić na korzyść poszerzenia wpływów ruchu związkowego.

Dziś tym wyzwaniem dla związków zawodowych są korporacje. W korporacjach związki zawodowe są czymś zupełnie obcym z zasady, gdyż korporacja funkcjonuje na zasadach całkowitej indywidualizacji i rywalizacji wszystkich z wszystkimi, a de facto większość z nich wykonuje proste czynności, zgodnie algorytmem narzuconym z góry. Związki zawodowe odniosą sukces, jeśli będą umiały pokazać dawców i biorców pracy i to, co odróżnia jednych od drugich.

Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?

6 października 2020 roku z funkcji ministra środowiska został odwołany Michał Woś. W ostatnim dniu urzędowania podjął kilka decyzji osłabiających system ochrony przyrody w Polsce. Jedną z nich była decyzja o zmianie granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wbrew opinii przyrodników i działaczy społecznych opracował projekt rozporządzenia w tej sprawie, zakładający usunięcie z granic ŚPN 1,3 ha na Łyścu oraz włączenie do ŚPN ponad 60 ha izolowanej enklawy leśnej pod Grzegorzowicami.

Manipulacje czy błędy ministra środowiska?

25 czerwca 2020 r. na stronie Rady Ministrów ukazał się projekt rozporządzenia w sprawie zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. To już druga próba rządzącej koalicji, mająca na celu usunięcie z granic ŚPN terenu na Łyścu o unikatowych walorach kulturowych i przyrodniczych.

8 września 2020 r ówczesny minister środowiska swoje plany zmniejszenia ŚPN rozesłał w formie projektu rozporządzenia do 9 organizacji pozarządowych. Minister zaprosił również na „konsultacje społeczne” tych dziewięć wybranych przez siebie organizacji pozarządowych. „Konsultacje” miały się odbyć 10 września w ministerstwie środowiska. Strona społeczna i przyrodnicy mieli dwa dni na zapoznanie się z całością sprawy, która swój początek ma w kwietniu 2019 r. O konsultacjach i terminie spotkania oraz pełnym tekście projektu rozporządzenia nie zostało poinformowane Stowarzyszenie MOST, które prowadzi tę sprawę od samego jej początku i koresponduje z ministerstwem. Stowarzyszenie MOST wysłało do ministra środowiska pismo z pytaniem, z jakiego powodu jego przedstawiciele nie zostali zaproszeni na „konsultacje” oraz wysłało zgłoszenie swojego przedstawiciela mimo braku zaproszenia. Do dziś Michał Woś nie odpowiedział na żadne z tych pism.

Stowarzyszenie MOST skierowało do ministra szereg pytań i uwag dotyczących kontrowersyjnej treści projektu. Odpowiedź do dziś nie została udzielona. Natomiast minister Woś napisał w swoim piśmie do stowarzyszenia, że z uwagi na złożony charakter sprawy musi zaangażować w odpowiedź kilka komórek organizacyjnych ministerstwa i potrzebuje więcej czasu niż ustawowe 30 dni.

Co do trybu prowadzenia konsultacji społecznych, to zgodnie z art. 10 ust 2 ustawy o ochronie przyrody, „Określenie i zmiana granic parku narodowego może nastąpić […] po zaopiniowaniu, w terminie 30 dni od dnia przedłożenia tych zmian, przez zainteresowane organizacje pozarządowe”. Nie ma tu mowy o tym, że minister środowiska może sobie dowolnie decydować, z kim się konsultuje. Informacja o konsultacjach społecznych ma być powszechna i dostępna dla wszystkich. Natomiast pozostawienie 2 dni na zajęcie rozsądnego stanowiska to zupełne kuriozum. Tym bardziej, że sobie minister daje mnóstwo czasu na odpowiedzi. Albo nie odpowiada wcale.

Ostatecznie na spotkanie z ministrem Wosiem przybył zgłoszony przez Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot jeden człowiek. Ja. Reprezentowałem stanowisko Pracowni, ale też… Stowarzyszenia MOST, którego jestem prezesem. Poinformowałem o tym fakcie przedstawicieli ministerstwa. Bo samego ministra nie było. Na piśmie i w wystąpieniu zgłosiłem szereg uwag do projektu rozporządzenia. Pierwszą uwagą była ta o niezgodnym z prawem trybie ogłoszenia konsultacji społecznych w sprawie zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W świetle prawa konsultacje nie odbyły się, a spotkanie było okazją do wygłoszenia stanowiska dwóch organizacji pozarządowych w tej sprawie. Cały komentarz dyrektora Departamentu Ochrony Przyrody Ministerstwa Środowiska Łukasza Rejta można skrócić do zdania: teraz muszą się tym zająć nasi prawnicy. Żadne konsultacje więc się nie odbyły.

Swoje uwagi na piśmie złożyły też dwie inne organizacje: Klub Przyrodników i PTOP Salamandra. Interpelacje poselskie w tej sprawie złożyli też posłowie Koalicji Obywatelskiej i Lewicy.

Michał Woś w sierpniu 2020, po wielu miesiącach starań, zezwolił Stowarzyszeniu MOST na prowadzenie badań naukowych na Łyścu, które miały ustalić faktyczny stan przyrody i środowiska. W zespole znaleźli się krajowi i międzynarodowi niezależni eksperci kilku dziedzin. Badania miały trwać do końca 2021 r. Jednocześnie Michał Woś zaplanował zmianę granic na IV kwartał 2020 r., czym wyraźnie dał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany wynikami badań.

Rzeczywistość ministra i rzeczywistość

Minister Woś po byłym ministrze Henryku Kowalczyku i dyrektorze ŚPN Janie Reklewskim jest już trzecią osobą publiczną, która uważa, że fragment ŚPN na Łyścu „bezpowrotnie utracił wartości przyrodnicze i kulturowe”. Wprawdzie żaden z nich nie wspomniał w swoich dokumentach i wypowiedziach o wartościach kulturowych, ale tak właśnie, nierozłącznie, należy traktować wartości Łyśca zgodnie z ustawą o ochronie przyrody. Ustawa wprost mówi o trzech warunkach, które muszą zajść łącznie, aby móc planować wyłączenie danego terenu z granic parku narodowego. Jeśli chodzi o „bezpowrotność” utraty wartości, to minister środowiska i dyrektor parku narodowego powinni jednoznacznie udowodnić, że na danym terenie, tu na Łyścu, wartości przyrodniczych nie da się przywrócić. Zgodnie z art. 8.1. ust. 2. „Park narodowy tworzy się w celu zachowania różnorodności biologicznej, zasobów, tworów i składników przyrody nieożywionej i walorów krajobrazowych, przywrócenia właściwego stanu zasobów i składników przyrody oraz odtworzenia zniekształconych siedlisk przyrodniczych, siedlisk roślin, siedlisk zwierząt lub siedlisk grzybów”. To oznacza, że pierwszym krokiem, jaki powinien zostać podjęty w przypadku domniemania utraty wartości jakiejś części parku narodowego, jest podjęcie prób przywrócenia tych wartości. Jeśli jednak faktycznie jest to niemożliwe, to minister powinien podjąć kroki mające na celu ustalenie, co zaszło i kto za to odpowiada. Kiedy w 2019 r. zadałem to pytanie dyrektorowi Reklewskiemu, odpowiedział w piśmie, że nie podjęto kroków w celu ustalenia tego. Natomiast były minister środowiska Kowalczyk w odpowiedzi na interpelację poselską w tej sprawie starał się przekonać społeczeństwo i przyrodników, że już w XIX wieku Austriacy i benedyktyni poddawali Łysiec antropopresji. Tyle że rezerwat przyrody powstał w tym miejscu w 1924 r., a park narodowy w 1950 r. Przez kolejnych 69 lat nikt nie sygnalizował, że dzieje się tu coś złego z przyrodą. Ciekawe też, że po okresie wielowiekowej obecności benedyktynów, a następnie zaborców, którzy mieli tu swoje więzienia, po zburzeniu wierzy klasztornej przez Austriaków, po okresie istnienia na Łyścu sanacyjnego ciężkiego więzienia, po bombardowaniu niemieckim w 1939 roku, kiedy to zniszczeniu uległa część klasztoru oraz po okresie istnienia hitlerowskiego więzienia przez okres wojny, już w 1950 roku powołano tu park narodowy. A przecież pierwszy postulat jego powołania pochodzi z 1908 roku. Mimo tak trudnej historii i stałej, intensywnej i zapewne uciążliwej dla przyrody i klasztoru ludzkiej obecności dopiero w 2019 r. okazało się, że… teren ten utracił swoje wartości. Co więcej, nikt wcześniej tak nie uważał i nikt nie domagał się usunięcia tego terenu z granic parku narodowego. Ani wcześniejsi ministrowie środowiska, ani wcześniejsi dyrektorzy ŚPN. Zadziwiające.

Jeśli chodzi o kontrowersje co do obszaru planowanego do wyłączenia z granic ŚPN, to najpierw mówiono o około 5 ha. Obecnie minister Woś mówi już tylko o około 1,3 ha. Co to za teren? W większości to działki, na których posadowiono fragment klasztoru, obecnie będący w rękach Skarbu Państwa. Wchodzą tu też zadrzewienia strefy ekotonowej oraz trawnik z parkingiem i fragmentem drogi pod Muzeum Przyrodniczym ŚPN. Może się wydawać, że tak mały fragment to mała strata dla ŚPN. Ale na tych działkach od kilkuset lat stoi klasztor, a trawnik i zadrzewienia wyglądały podobnie jak dziś, zanim powołano tu rezerwat i park narodowy. 11 lat po niemieckim bombardowaniu klasztoru, w 1950 r. uznano, że teren ten musi zostać włączony w granice nowo powstającego, trzeciego w historii Polski parku narodowego. Czyżby w latach 2019-2020 na Łyścu stan środowiska był gorszy niż po nalocie bombowym? Ważne jest też to, że ministrowie Woś i Kowalczyk oraz dyrektor Reklewski nigdy nie odpowiedzieli, z jakimi danymi pozwalającymi ocenić zmiany w wartości przyrodniczej porównywali stan obecny. Aby stwierdzić utratę czegoś, trzeba najpierw stwierdzić obecność tego czegoś. Takiej analizy porównawczej nie ma.

Oszustwo i kradzież

Tuż przed wyborami prezydenckimi minister Woś pojawił się na Łyścu w towarzystwie prezydenta Andrzeja Dudy oraz dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego. Minister w Radio Kielce ogłosił, że zamierza powiększyć ŚPN o około 60 ha lasu pod Grzegorzowicami. Nie było mowy o planach wycięcia z granic ŚPN Łyśca z klasztorem. Co to za 60 ha pod Grzegorzowicami ? Kto słyszał o tym wyjątkowym kompleksie leśnym, ponoć cenniejszym niż wzgórze Łyśca i wartym włączenia do ŚPN? I z jakiego powodu nigdy wcześniej nikt tego lasu do parku nie włączył? No więc ten las stanowi izolowaną enklawę znacznie oddaloną od zwartego obszaru ŚPN. Włączenie tego lasu w granice parku narodowego niesie ze sobą potencjał konfliktów społecznych oraz problemów przyrodniczych trudnych do rozwiązania. Ponadto zgodnie z istniejącą dokumentacją, obszar ten w najmniejszym stopniu nie nawiązuje wartościami przyrodniczymi i kulturowymi do terenu na Łyścu, który został przeznaczony do usunięcia z granic parku. Las pod Grzegorzowicami wymaga wielospecjalistycznego, długotrwałego przebadania przyrodniczego oraz analizy z punktu widzenia problematyki planowania i zagospodarowania przestrzennego, a także potencjalnych trudności z zachowaniem spójności i integralności parku narodowego oraz skutecznej możliwości ochrony jego przedmiotów ochrony. Stwierdzono tam bobra, wydrę i grąd subkontynentalny. Kiedy przyrodnicy alarmują, że jakiś teren jest cenny, bo są tam bóbr i wydra, leśnicy i urzędnicy kpią z nich, mówiąc, że te zwierzęta są pospolite i czynią rozmaite szkody. Tym razem jednak, z jakiegoś nieodgadnionego powodu, las, na skraju którego są bóbr i wydra, wart jest włączenia w granice parku narodowego.

W Polsce narzeka się, że nie powstają nowe parki narodowe, że nie da się ich utworzyć z uwagi na opór zarządców i właścicieli terenu. Tu okazuje się, że powiększenie parku narodowego to żaden problem. Leśnicy z ochotą oddali ponad 60 ha lasu pod ochronę w ramach parku narodowego. Taki pomysł ogłoszony niemal w przeddzień wyborów prezydenckich to zwykła próba przekupienia Polaków. Przecież nie ma o co się kłócić. O 5 ha albo o 1,3 ha? Dajemy w zamian ponad 60 ha. Kto by na to się nie zgodził dla świętego spokoju?

Zwracam jednak uwagę, że Świętokrzyski Park jest Narodowy, zabudowania na Łyścu należą do Skarbu Państwa, a las pod Grzegorzowicami też jest państwowy. Nie partyjny, nie rządowy, nie kościelny. Narodowy. Minister środowiska Michał Woś chce okraść Polaków z ich własności – i to dwukrotnie: planując przekazanie całego klasztoru i ziemi zakonnikom oraz wyłączając z gospodarki leśnej 60 ha lasu. To podwójna niegospodarność, podwójna strata dla budżetu państwa, podwójna strata dla przyrody i kultury tego kraju.

Skutki

Gdy podejmuje się jakieś działanie, warto się zastanowić nad jego długoterminowymi skutkami. Łysiec, Łysa Góra, Święty Krzyż − to ciągle symbol Świętokrzyskiego Parku Narodowego, jego serce. To także jeden z głównych symboli całego województwa świętokrzyskiego.

Wygląda jednak na to, że nowymi symbolami mają szansę stać się bóbr i wydra.

Jeśli ministrowi środowiska uda się usunąć z granic ŚPN fragment Łyśca, to dojdzie do nieuzasadnionej i bezprawnej ingerencji w polski system ochrony przyrody. W wielu, może we wszystkich parkach narodowych znajdują się tereny prywatne, parkingi, budynki, kościoły. Powstanie precedens, który może spowodować lawinę roszczeń i falę destrukcji. Jeśli nie da się powołać Turnickiego Parku Narodowego, ale da się włączyć las pod Grzegorzowicami do granic parku narodowego, to jest to dowód na to, że prawo traktowane jest instrumentalnie, a argumenty naukowe nic nie oznaczają. Jeśli minister środowiska wybiera sobie, z kim chce rozmawiać, zamiast stosować odpowiednie ustawy i procedury, to nie ma już miejsca na społeczeństwo obywatelskie i żyjemy w kraju o systemie autorytarnym, a nie demokratycznym. Jeśli poseł Mariusz Gosek publicznie twierdzi, że nie musi się tłumaczyć z tego, że lobbuje za zmniejszeniem ŚPN, bo jest Polakiem-katolikiem, to oznacza, że w Polsce nie obowiązuje prawo.

Prawdopodobnie mało kto w rządzie orientuje się w tej sprawie i nikomu by nie przyszło do głowy zajmowanie się jakimś małym parkiem narodowym na polskiej prowincji. Sądzę, że motorem całej operacji jest właśnie Mariusz Gosek z Solidarnej Polski, pupil Zbigniewa Ziobro. Obecny rząd z łatwością przeprowadzał operacje nieporównanie bardziej medialne i kontrowersyjne. Prawdopodobnie nikt nie ma energii ani woli w tym rządzie, aby zajmować się czymś tak brudnym i w zasadzie mało ważnym z punktu widzenia warszawskich pryncypiów. Nawet wśród katolików ten pomysł jest oceniany fatalnie, a poseł Gosek odbierany jak niebezpieczny fanatyk.

To wszystko oznacza także, iż nie ma takiej wartości, której nie byliby w stanie zlekceważyć i zniszczyć politycy z obecnej koalicji rządzącej. A to jest bardzo zła wiadomość dla wszystkich, nie tylko dla przyrodników.

Post scriptum

Organizacjom pozarządowym i wszystkim obywatelom zostało 10 dni na przesłanie swoich uwag do fatalnego projektu rozporządzenia. Termin mija 16 października 2020. Jeśli uwagi nie wpłyną, Świętokrzyski Park Narodowy utraci bezcenny fragment swojego terenu objęty ochroną od 1924 roku.

Tu można znaleźć szczegóły wraz z dokumentami i treścią uwag, które można przesłać na adres ministerstwa środowiska: http://mostedu.pl/byly-minister-michal-wos-w-ostatniej-decyzji-zmniejsza-swietokrzyski-park-narodowy/

Łukasz Misiuna

 

Poprzednie teksty autora na ten temat:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?

Moczar – reaktywacja? (2008)

Moczar – reaktywacja? (2008)

W 2003 r. znany francuski filozof Alain Finkielkraut wydał książkę „Au nom de l’Autre. Réflexions sur l’antisémitisme qui vient”. Postawił w niej tezę, że dotychczasowy antysemityzm, będący domeną skrajnej prawicy, jest dziś zjawiskiem dużo mniej groźnym niż nowe oblicze antysemityzmu – lewicowe.

Prowadzona z lewicowych pozycji krytyka państwa Izrael staje się bowiem pożywką dla coraz bardziej agresywnych teorii wymierzonych w Żydów. Żydzi w Izraelu i poza nim (np. „lobby syjonistyczne” w USA) są przedstawiani jako wcielony diabeł, który ma na sumieniu wyłącznie liczne zbrodnie. Z kolei świat arabski i ugrupowania islamskie prezentowane są wyłącznie w jasnych barwach, jako ofiary agresji żydowskiej oraz „imperializmu”. Na tym tle wyrasta nowy antysemityzm – znów Żydzi przedstawiani są w czarno-białych barwach, stają się kozłem ofiarnym.

Książka Finkielkrauta ukazała się w polskim przekładzie w 2005 r., pt. „W imię Innego. Antysemicka twarz lewicy”. Wydawać by się mogło, że w naszym kraju jest to problem egzotyczny. Tak jednak nie jest. Coraz bardziej agresywny lewicowy „antysyjonizm” istnieje także w Polsce. Czterdziesta rocznica wydarzeń marcowych jest dobrą okazją, by przyjrzeć się temu zjawisku.

SS – „Spisek Syjonistyczny”

W numerze 14 pisma „Lewą Nogą” (redaktorzy: Stefan Zgliczyński, Przemysław Wielgosz; wydawca: Instytut Wydawniczy Książka i Prasa) można znaleźć opinie, których nie powstydziłyby się periodyki skrajnej prawicy.

Szczególnie wymowny jest tekst Israela Shamira. Nawiązując do antysemickich prześladowań w carskiej Rosji i w Związku Radzieckim, Shamir ocenia, że prezentują się one „bardzo blado” na tle sytuacji w dzisiejszym Izraelu. W tym ostatnim „goje są zamknięci w rezerwatach i obozach koncentracyjnych”. Shamir twierdzi, że „wieki antyżydowskich pogromów spowodowały mniej ofiar niż to do czego jesteśmy zdolni w jeden tydzień”. Swoim bagatelizowaniem antysemityzmu obejmuje również zbrodnie hitlerowskie. Stawia on ciągle znak równości między władzami Izraela i III Rzeszy. Pisze, iż „Palestyńczyk nie może udać się do wioski obok bez ausweisu w żydowskiej wersji”. Propozycje pokojowe, z którymi wobec Palestyńczyków występowali przywódcy izraelscy, porównuje natomiast do nazistowskiej strategii zamykania Żydów w gettach i obozach koncentracyjnych: „/…/ najbardziej liberalny żydowski plan przewiduje stworzenie szeregu gett dla gojów, ogrodzonych drutem kolczastym, otoczonych przez żydowskie czołgi, z żydowskimi fabrykami u wejścia. W nich Arbeit uczyni gojów Frei”.

Kulminacją takich wywodów w tekście Shamira jest jednak stwierdzenie: „Co nas właściwie denerwowało w postępowaniu niemieckich nazistów? Ich rasizm? Nasz rasizm nie jest mniej rozpowszechniony ani mniej śmiercionośny”. Tak oto z łamów rzekomo lewicowego czasopisma możemy się dowiedzieć, że hitlerowski rasizm (mający na koncie ludobójstwo 6 milionów Żydów i milionów przedstawicieli innych narodowości) nie jest bardziej śmiercionośny niż polityka państwa Izrael.

Kim jest autor tych wywodów? Jak ujawniło kilka pism monitorujących skrajną prawicę, m.in. „Expo” i „Monitor”, Israel Shamir współpracował np. z wieloletnim przywódcą Ku Klux Klanu, Davidem Duke’em czy z Martinem Websterem, znanym działaczem neofaszystowskim z Wielkiej Brytanii. Tłumaczem tekstów Shamira na norweski jest Hans Olaf Bendberg, znany z krytyki pamiętników Anny Frank, którym zarzucał, że nie wspomniano w nich „milionów dobrych Niemców”. Jego szwedzki sojusznik, Lars Adelskog, jest autorem książki „argumentującej”, że Holocaust faktycznie nie miał miejsca.

Shamir zarzucał brytyjskiemu dziennikowi „Times”, że stał się częścią „światowej konspiracji syjonistycznej”, zmierzającej do zniszczenia Arabów i muzułmanów. Narzędziem tej konspiracji ma być również administracja prezydencka USA, którą Shamir – wykorzystując terminologię amerykańskich ugrupowań neonazistowskich – określa jako „syjonistyczny rząd okupacyjny” (Zionist Occupation Government). Twierdzi też, że w legendach o popełnianiu przez Żydów tzw. mordów rytualnych mogło być „wiele prawdy”. Uważa ponadto, iż „Protokoły Mędrców Syjonu” należy traktować jako poważne źródło historyczne. Żydzi – twierdzi Shamir – są wrogami ludzkości co najmniej od czasów ukrzyżowania Chrystusa, które popełnili w imię swojego religijnego „kultu mamony”. Niezbędne jest, wobec tego – dodaje, posługując się osławioną formułą nazistów – „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Nastąpi ono, gdy Żydzi, naśladując samego Shamira, nawrócą się na prawosławie, a ich państwo w Palestynie zostanie zlikwidowane.

Zdaniem Shamira, antysemityzm był i pozostaje mitem, który stworzyli sami Żydzi, aby odwrócić uwagę od swoich knowań. Taką funkcję – głosił on na konferencji w Bejrucie, gdzie negacjoniści z całego świata podważali istnienie komór gazowych w Auschwitz – pełni również „mit Holocaustu”. Nic dziwnego, że od poglądów i osoby Israela Shamira publicznie odcięło się wielu zadeklarowanych przeciwników polityki państwa Izrael. Radykalnie lewicowy działacz i publicysta Lenni Brenner określił go mianem „oszczercy i politycznego głupca”. Współpracy z Shamirem odmówili izraelscy aktywiści antywojenni z organizacji Matzpen (m.in. znany izraelsko-brytyjski dysydent i wybitny uczony Moshe Machover).

W Polsce oprócz redakcji „Lewą Nogą” promotorem wywodów Shamira jest jawnie antysemicki portal internetowy www.polonica.net – jego „motto” to „Przeciwko żydokracji! Polska bez żydostwa i żydzizmów!”. Portal ten publikuje teksty Shamira od roku 2001. W Internecie można także znaleźć polski przekład innego z tekstów Shamira, w którym czytamy: „Na początku XX wieku, dziecko z mieszanego małżeństwa prawie zawsze identyfikowałoby się z rdzenną ludnością swojego kraju. Lecz tendencja ta napotkała na przeciwdziałanie historii Holokaustu, ideologicznej konstrukcji wszczepiającej potomkom Żydów fatalistyczne wrażenie »braku ucieczki«. »Nie ma znaczenia czy jesteś Żydem pełnej krwi czy też masz tylko kroplę krwi żydowskiej, czy jesteś ochrzczony czy też nie – mógłbyś tak samo być zamordowany przez hitlerowskich nazistów. Dlatego przyłącz się do Żydów i popieraj Żydów« – oto, w skrócie, idea lansowana przez Żydów w celu utrzymania, w swym dalszym otoczeniu, potomków tychże Żydów. Tak więc Żydzi, reprezentowani przez ideologów Holokaustu, zrobili z Adolfa Hitlera i jego nazistów swoich najlepszych sojuszników”. Tako rzecze „antysyjonista” Israel Shamir, autor lewicowego pisma „Lewą Nogą”…

„Żydzi rządzą Ameryką…”

Na łamach „Lewą Nogą” równie kuriozalne wywody są normą. Dobrym ich przykładem są dwa artykuły amerykańskiego publicysty Jamesa Petrasa.

W artykule „Izrael a Stany Zjednoczone – unikalne stosunki” („Lewą Nogą” nr 14) Petras oskarża swój kraj o „serwilizm wobec Izraela”. Jego zdaniem, Żydzi izraelscy posiadają w Stanach „lobby”, na które składają się „strategicznie usytuowani w systemie gospodarczo-politycznym /…/ kongresmani, media i magnaci z Wall Street”. Petras określa chętnie aktywistów owego „lobby” jako żydowskich „osadników kolonialnych” w USA. „Lobby” kontroluje obie główne partie polityczne, finansując – jak „wyliczył” Petras – Demokratów w 50%, a Republikanów w 35%. „Lobby” zdobyło władzę nad Kongresem, za czego dowód służą Petrasowi przychylne dla Izraela wyniki głosowań w tej izbie. „Lobby” ma na swoich usługach „superbogatych oszustów finansowych /…/ a nawet gangsterów i morderców”, którym zapewnia całkowitą bezkarność.

Nie zadowalając się osiągnięciami swego „lobby”, Izrael ma na dodatek penetrować USA za pośrednictwem „siatki agentów”, oplatającej „bazy wojskowe, Urząd do Walki z Narkotykami, Federalne Biuro Śledcze (FBI), /…/ dziesiątki innych instytucji państwowych, a nawet /…/ tajne biura i mieszkania prywatne personelu policji i wywiadu”. Ta „siatka” działać ma ponoć również „na terenie Pentagonu”. Próby jej zdemaskowania są z góry skazane na niepowodzenie, ponieważ – jak obwieszcza Petras – kontroluje ona policję, kontrwywiad, wymiar sprawiedliwości i media, które mogłyby ją ścigać. To wszystko Petras pisze całkiem serio.

Nic dziwnego, że dysponując prawie nieograniczonymi możliwościami, „izraelscy agenci” na długo przed 11 września zdobyli „informacje o przygotowaniach do zamachów”, którymi jednak „nie podzielili się ze swoim sojusznikiem w Waszyngtonie”. Nie jest jasne, czy Izraelczycy zawinili jedynie tym, że zaniedbali ostrzec Amerykanów o planowanych atakach na World Trade Center. Petras sugeruje bowiem – powołując się tym razem na pogłoski krążące po „całym Wschodzie arabskim” – że same te zamachy „były wynikiem spisku izraelskiego”, który „miał nakłonić Waszyngton do ataku na arabsko-muzułmańskich przeciwników” państwa żydowskiego. Nie wyklucza, że pomogli je zorganizować wywiadowcy Mossadu, którzy „przeniknęli do grupy” zamachowców z Al-Kaidy…

O ile, według Petrasa, Izrael i USA podejmują kroki na rzecz zapewnienia sobie bezpieczeństwa bezpodstawnie i zbrodniczo, to akcje terrorystów uważa on za całkowicie usprawiedliwione. Oceniając sytuację międzynarodową, w artykule „11 września – rok później” („Lewą Nogą” nr 14), przepowiadał „pospieszny schyłek” imperium USA. Jako narzędzie jego przyspieszenia zalecił globalną walkę zbrojną, której terenem są – w jego przekonaniu – „przystanki autobusowe, deptaki, pięciogwiazdkowe hotele, pizzerie i wszystkie granice Izraela”.

Wywody Petrasa o wszechpotężnym lobby żydowskim/syjonistycznym uznał za kompletną bzdurę Noam Chomsky, znany lewicowy intelektualista, od wielu lat krytykujący politykę Izraela i USA wobec Palestyńczyków i krajów arabskich.

Nowotwór, syfilis i bomby

Teorie Petrasa wziął sobie natomiast do serca Zbigniew Marcin Kowalewski, który na łamach pisma „Rewolucja” (z „Lewą Nogą” łączy ją wspólny wydawca i niemal identyczny zestaw autorów, w tym Kowalewski, który jest redaktorem naczelnym „Rewolucji” oraz stałym współpracownikiem redakcji „Lewą Nogą”) z aprobatą przyjmował metody zamachów terrorystycznych, przeprowadzanych przez „islamski ruch oporu” na przypadkowych żydowskich cywilów. W nr 3 „Rewolucji” prezentował bez śladu dezaprobaty takie organizacje islamistyczne, które deklarują: „zastrzegamy sobie prawo do atakowania wszystkiego, co syjonistyczne na terytoriach okupowanych od 1967 r.” oraz „prawo do uderzania w syjonizm w obrębie terytoriów okupowanych od 1948 r.”. Należy tu wyjaśnić, że przywołany rok 1948 oznacza, iż ofiarą zamachów może paść w zasadzie każdy izraelski Żyd-cywil, bowiem to właśnie w tym roku powstał Izrael – państwo syjonistyczne…

Znamienny jest nie tylko dobór metod przywoływanych w „Rewolucji”, ale także używana terminologia. Kowalewski porównuje państwo Izrael do… nowotworu. W nr 2 „Rewolucji” pisał: „Rola Izraela jako »raka« na ciele świata islamu polega na tym, że na wszystkich kierunkach zagraża on otoczeniu arabskiemu i islamskiemu”. W nr 3 tego samego pisma Ibrahim Nadżi Allusz pisze z kolei o „ideologicznym syfilisie »kompromisu z Izraelem«”.

Najmłodszym dzieckiem wydawnictwa Książka i Prasa jest polska edycja międzynarodowego miesięcznika „Le Monde Diplomatique”. O ile jego wersja francuska i angielska znane są z nasilonej krytyki polityki Izraela, o tyle polska redakcja (sami swoi: „dyrektorem publikacji” jest Zgliczyński, redaktorem naczelnym – Wielgosz, a zastępcą redaktora naczelnego – Kowalewski) wniosła tu specyficzny wkład. Np. w numerze 5/2006 jeden z tekstów redakcja pisma zaanonsowała na pierwszej stronie ramką z wymienionymi ugrupowaniami spod znaku „terroryzmu grup i ludów uciskanych”. Wśród różnych ruchów narodowowyzwoleńczych, w tym takich, które walczą z tyrańskimi i autorytarnymi reżimami, wymieniono tam również… Al-Kaidę.

Viva fantasmagorie!

Kolejny element tej układanki to portal internetowy „Viva Palestyna”. Choć deklaruje obronę praw Palestyńczyków i krytykowanie nadużyć polityki izraelskiej, pełen jest teorii z pogranicza absurdu. I bynajmniej nie tylko o Palestynę tu chodzi – można tu znaleźć np. przedruk artykułu o tym, że „młodzi Żydzi rozrabiają w Polsce”. W „Oświadczeniu w szóstą rocznicę powstania Viva Palestyna: Walczymy w światowej intifadzie”, redaktorzy portalu napisali: „W poczynaniach Izraelczyków, którzy jeszcze trzy lata wcześniej doświadczali tragedii holokaustu, a sami dokonali równie skutecznej destrukcji całej społeczności narodowej, rysują się analogie z polityką realizowaną przez Trzecią Rzeszę”.

Jednym z głównych ideologów „Viva Palestyna” jest Paweł Michał Bartolik z Poznania. To on zaprosił do współpracy wspomnianego Kowalewskiego, pisząc doń (list zamieszczono na tym portalu): „Nader interesujące wydawałyby się materiały dotyczące /…/ siatki szpiegowskiej Mossadu, której obecność zbiega się czasoprzestrzennie z obecnością w USA późniejszych zamachowców 11 września 2001 r. /…/ Osobiście uważam, że Mossad prawie na pewno wiedząc co się święci z premedytacją nabrał wody w usta, a z ponad pięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem dbał o mylne tropy i inne informacyjne śmieci dla policji, FBI, CIA etc., by udaremnić zapobieżenie zamachom. /…/ Powstaje też pytanie, kto z izraelskiej wierchuszki, jeśli choć część tych podejrzeń miałaby okazać się prawdą, należał do grona osób dobrze poinformowanych”.

Teksty Bartolika roją się od tego typu wywodów. Zacytujmy jeszcze znamienne fragmenty dwóch z nich. „Był tylko jeden holokaust – nigdy więcej! Tak mówi dziś lotnik bombardujący arabskie osiedla. Tak przemawia operator buldożera dostarczonego w ramach intratnego kontraktu armii izraelskiej przez firmę Caterpillar. /…/ Takie przesłanie /…/ niósł pilot izraelskiego F16, dokonujący przelotu nad obszarem hitlerowskiego obozu zagłady w Oświęcimiu. Tyle znaczą słowa scholastycznego pismaka Commentary Magazine i tuby skrajnej prawicy syjonistycznej, Edwarda Alexandra, o »zakumulowanym kapitale moralnym«, jakim pozostaje zagłada Żydów w okresie drugiej wojny światowej. Hienom wyjącym w bankach i na giełdach – takim jak te z Caterpillara – lubią wtórować hieny wyjące w grobach. By bez wstydu i cienia wahania pozbawiać dorobku życia i samego życia mieszkańców współczesnych gett i bantustanów, by – jakby na hitlerowskie zawołanie »Siła poprzez radość« – kolonizować i eksterminować” – przekonuje Bartolik.

A następnie wyciąga „oczywisty” wniosek: „Dlatego właściwym jest całkowicie antysyjonistyczne stanowisko, uznające, że Izrael nie miał prawa powstać, gdyż jego powstania nic nie usprawiedliwia; stanowisko, które uznaje to państwo za niewarte i niegodne przerażającej ceny, jaką przyszło zapłacić regionowi i całemu światu za utrzymywanie tego rasistowskiego reżimu. /…/ gdy David Irving jest /…/ ścigany przez policje dziesiątek krajów i musi mierzyć się z pozwami sądowymi i aresztowaniami, podobni mu w swej istocie negacjoniści syjonistyczni mają co najwyżej problem z tym, że czerwony dywan, który przed nimi rozwinięto na lotnisku, był o zgrozo zakurzony”.

„Antysyjonizm” i jego krytycy

Na początku 2003 r. publicysta Michał Bilewicz, jako bodaj pierwszy, zwrócił uwagę na problem lewicowego „antysyjonizmu” w Polsce. Na łamach pisma „Słowo Żydowskie” (periodyk Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce) opublikował tekst będący analizą artykułów zamieszczanych w „Lewą Nogą” i „Rewolucji”. Pisząc swój tekst z pozycji lewicowych i bynajmniej nie broniąc całokształtu polityki Izraela, dokładnie przeanalizował treści wspomnianych czasopism.

O artykule Stefana Zgliczyńskiego pisał tak: „autor sugeruje, że specjalni wysłannicy Mossadu niebezpiecznie kombinowali przy zamachach na WTC z 11 września, a już na pewno wiedzieli o nich wcześniej i nie poinformowali opinii publicznej. Inny fragment, jak gdyby nigdy nic, informuje nas, że oto zamachy 11 września były na rękę gabinetowi Szarona, który mógł bez obaw rozpocząć swoją kampanię naznaczoną »torturami i mordami z zimną krwią niewinnych starców, kobiet i dzieci«. Aby uwiarygodnić moc swoich słów redaktor Lewej Nogi zaznacza, że w Dżeninie Izraelczycy korzystali z »doświadczeń SS tłumiącego w 1943 roku powstanie w getcie warszawskim«”.

Zrównywania Izraela z III Rzeszą, a konfliktu żydowsko-palestyńskiego z Holocaustem nie zdzierżyło też inne żydowskie pismo, „Midrasz”. W maju 2006 r. na jego łamach ukazał się tekst Michała Otorowskiego, poświęcony wywodom autorów „Lewej Nogi” i „Rewolucji”. Autor pisał: „/…/ już na pierwszy rzut oka widać, że ten nowy przeciwnik polskiego, inteligenckiego filosemityzmu do złudzenia przypomina marcowy antysyjonizm /…/. Wystąpienia polskiej lewicy przeciwko Izraelowi budzą szczególny niesmak. Tak jak antysemicki negacjonizm jest o wiele bardziej naganny tutaj, na ziemi, na której dokonał się Holocaust, tak też skandalicznie brzmią głosy Polaków, którzy odmawiają Żydom w ten czy inny sposób prawa do posiadania państwa /…/”.

Cios z lewej

Do dyskusji wywołanej tekstem Otorowskiego włączyli się dwaj wieloletni działacze lewicy, a przy tym naukowcy zajmujący się zawodowo problematyką rasizmu i antysemityzmu – dr August Grabski z Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz dr Piotr Kendziorek, autor cenionej książki „Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie”.

W numerze „Midrasza” z lipca-sierpnia 2006 r. dokonali oni szczegółowej analizy wywodów Zgliczyńskiego i Kowalewskiego. Kendziorek i Grabski pisali: „W /…/ trąbkę radykalnie antyżydowskiego nacjonalizmu palestyńskiego dmie ile sił w płucach Kowalewski, któremu spędza sen z powiek myśl, że skrajna prawica palestyńska mogłaby organizować mniej zamachów na Żydów, niż czyni to obecnie. Dlatego z dezaprobatą pisał o palestyńskiej petycji z 2003 r., której sygnatariusze wzywali do /…/ zaprzestania zamachów na cywilów”. Zwrócili też oni uwagę, że w „antysyjonizmie” tego rodzaju, jaki propagują redaktorzy „Lewą Nogą” i „Rewolucji”, ma miejsce „przejęcie całego szeregu tez o charakterze bliskim antysemityzmowi”. Wytknęli również, że teksty sławiące „islamski ruch oporu” przeciwko Izraelowi, przedstawiają bardzo wyidealizowany obraz zjawiska –przemilcza się w nich jawnie antysemickie tezy islamistów, w tym twierdzenie w tzw. Karcie Hamasu, że „Protokoły Mędrców Syjonu” są… autentycznym wyrazem „żydowskich knowań”.

Ci sami autorzy zabrali wkrótce głos na łamach lewicowego tygodnika „Przegląd”. Pisali tam: „Tylko w /…/ klimacie intelektualnym, nasyconym demagogią i idealizacją islamistycznej skrajnej prawicy, mógł się zrodzić gest poparcia dla samobójczych zamachów palestyńskich /…/ wobec nie tylko żołnierzy, lecz także cywilów, który otwarcie wyraził redaktor naczelny »Rewolucji« i czołowy publicysta »Lewą nogą« Zbigniew M. Kowalewski. Idea zabijania przypadkowych izraelskich cywilów, ubrana w lewicowy język przez Kowalewskiego, licytuje swoim radykalizmem wiele numerów pism antysemickiej radykalnej prawicy typu »Szczerbiec« /…/. Po poparciu przez pismo »Rewolucja« takich aktów przemocy, »humanitarna« wydaje się nawet antysemicka kampania propagandowa i czystki w aparacie przeprowadzane w Polsce w marcu 1968 r. Nie szokują już również obecne na łamach periodyków wydawnictwa Książka i Prasa teksty usprawiedliwiające typowe dotychczas tylko dla skrajnej prawicy porównywanie realiów izraelskiej okupacji do komór gazowych Auschwitz”.

Po doświadczeniu krytyki „antysyjonistycznych” tekstów w „Lewą Nogą” i „Rewolucji”, redaktorzy polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” sięgnęli po zabieg posługiwania się nazwiskami lewicowych i liberalnych intelektualistów typu Zygmunt Bauman i Jerzy Jedlicki w komentarzach na temat antysemityzmu w Polsce. Bynajmniej nie przekreśliło to jednak ich ideologicznego szaleństwa wobec Izraela. W „Le Monde Diplomatique” nr 2/2008 znajdziemy np. laurkę na cześć „prawdziwego rewolucjonisty”, czyli Georga Habasha, przywódcy organizacji terrorystycznej, zabijającej izraelskich cywilów.

Insynuacje dobre na wszystko

Prawdziwą furię środowiska Książki i Prasy wywołała jednak inna publikacja. Wspomniany A. Grabski zredagował i wydał pod szyldem Żydowskiego Instytutu Historycznego pracę zbiorową pt. „Żydzi a lewica”. W książce tej, poruszającej rozmaite tematy, opatrzonej pozytywnymi recenzjami wybitnych naukowców, zamieszczono anglojęzyczną wersję wspomnianego tekstu Grabskiego i Kendziorka z „Midrasza”.

Zgliczyński zareagował na ten fakt bardzo nerwowo. W polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” z czerwca 2007 r. w tekście o znamiennym tytule „Publikacja ze skandalem w tle”, napisał, w dobrze już znanym stylu, że Grabski i Kendziorek „wpisują się tym tekstem w szereg publikacji skrajnie prawicowych rasistów, którzy pod pozorem obrony Izraela uprawiają – z morderczym skutkiem – prowojenną politykę szczucia na Irak, Liban, Syrię, czy obecnie Iran”.

Oprócz tego bzdurnego stwierdzenia – wszak Grabski i Kendziorek nie tyle bronili Izraela, ile krytykowali paranoiczny sposób, w jaki np. Kowalewski pozytywnie ocenia zamachy na żydowskich cywilów, a Shamir zrównuje Izrael z III Rzeszą i ludobójstwem w Auschwitz – ze strony Zgliczyńskiego nie pojawiła się żadna merytoryczna odpowiedź na stawiane zarzuty. Natomiast wspomniany Paweł Michał Bartolik z „Viva Palestyna” na portalu Indymedia szczerze oznajmił, co sądzi o krytykach lewicowego antysemityzmu: „nie zamierzamy odpowiadać merytorycznie na jad nędznego doktorzyny, /…/ nie zamierzamy tłumaczyć się z intencji przed ludźmi, którzy są niegodni obmywać nasze stopy. /…/ rezygnujemy z polemiki z wami – nie jesteście bowiem partnerami do dyskusji, lecz, delikatnie mówiąc, gnojem historii”.

Tym jawnym nagonkom na krytyków „antysyjonizmu” towarzyszą mniej cywilizowane próby ich zaszczucia. Pod przedrukami tekstów Kendziorka i Grabskiego, zamieszczanymi na lewicowych portalach internetowych, regularnie pojawiają się anonimowe insynuacje i wulgarne wyzwiska pod adresem autorów.

Jad salonowy

Przywołany na wstępie Finkielkraut zauważył, że nowy, lewicowy antysemityzm jest obecnie znacznie bardziej groźny niż antysemityzm skrajnej prawicy. Ten drugi jest na szczęście, po doświadczeniach Holocaustu, całkowicie skompromitowany i pozostaje zjawiskiem marginalnym, powszechnie potępianym, wegetującym w niszy małych grupek politycznych i niskonakładowych gazetek. Natomiast obsesyjne ataki na Żydów i Izrael w wykonaniu lewicy (które – w takiej formie i treści, jak cytowano wyżej – w żaden sposób nie przyczyniają się do rzetelnego poznania konfliktów bliskowschodnich i ich rozwiązania czy wsparcia dla ofiar), są traktowane znacznie bardziej wyrozumiale, często przenikają do głównego nurtu dyskursu publicznego, na łamy poważnych czasopism i do środowisk uznawanych za wiarygodne. To sprawia, że ich zasięg i oddziaływanie społeczne są znacznie większe, a przez to groźniejsze.

Tak dzieje się właśnie z autorami cytowanych wywodów. Postać publiczna tej rangi, co prof. Karol Modzelewski, publicznie debatuje z Kowalewskim, który bez cienia krytyki prezentuje najbardziej skrajne antyżydowskie ugrupowania terrorystyczne i nie protestuje przeciwko ich zamachom na przypadkowych izraelskich cywilów. Wielgosz, który na łamach „Le Monde Diplomatique” prezentuje Al-Kaidę jako ugrupowanie „ludów i narodów uciskanych”, bierze udział w debatach z Leszkiem Millerem i publikuje na łamach „Dziennika”. „Lewą Nogą” było kilkakrotnie w pozytywny sposób prezentowane przez „Gazetę Wyborczą”, a „Le Monde Diplomatique” jest kolportowany w głównej siedzibie SLD. Tak oto wspierani i legitymizowani są promotorzy teorii o „spiskach syjonistów”, „lobby żydowskim” rządzącym Ameryką, powtórce z Auschwitz w Palestynie, udziale Mossadu w zamachach na World Trade Center itp. Ci sami ludzie, którzy z oburzeniem – skądinąd słusznym – potępiają kserokopiowane biuletyny skrajnie prawicowych antysemitów, wywody księdza Jankowskiego i hasła bazgrane na murach przez małoletnich skinów, ułatwiają przenikanie do głównego nurtu debaty publicznej osób głoszących wyżej cytowane brednie.

Można się zastanawiać nad granicami wolności słowa i uznać, że nawet największe absurdy zasługują na prawo do publikacji. Zgoda – nie zmienia to jednak faktu, że nie należy ich popierać i promować. Problem nie dotyczy krytyki Izraela i jego polityki, lecz tego, w imię czego i jak jest ona prowadzona. Gdy konkretne argumenty zastępowane są przez paranoję i teorie z pogranicza antysemityzmu, jest to moralnie nie do zaakceptowania.

Wiktor Sadłowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Obywatelu” nr 40, wiosną 2008 r.

Dopisek od redakcji „Nowego Obywatela” z października 2020 roku: wydawnictwo Książka i Prasa, które wydawało periodyki publikujące brednie cytowane w powyższym tekście, jest także wydawcą książek, których autor to „antyfaszysta” Przemysław Witkowski. Jak widać, „tropiciel faszyzmu” przez długie lata nie wytropił szmatławych wywodów – zapewne całkowicie przypadkiem tylko dlatego, że wypisywali je jego koledzy i wydawcy. Do tej postaci i innych jej mało znanych poczynań prawdopodobnie wrócimy w przyszłości.

Teoria skapywania cynizmu

Teoria skapywania cynizmu

Na pewno znacie ten argument przeciwko progresji podatkowej: to nie ma sensu, bo tak naprawdę wyższe kwoty zapłacą ludzie zarabiający dziesięć tysięcy złotych na rękę, czyli marne dwa i pół tysiąca euro, a prawdziwi bogacze i tak się wywiną. Pomińmy na chwilę fakt, że dziesięć tysięcy złotych w Polsce to dużo, a ta chęć do przeliczania złotówek na euro jest stosowana wybiórczo – jakoś mało kto podaje w euro kwoty zasiłków dla bezrobotnych albo pensji dla pielęgniarek, żeby pokazać, jak marne są to pieniądze.

Prawdą jest, że pozwalamy najbogatszym – osobom na poziomie Kulczyków – unikać podatków na najprzeróżniejsze sposoby, a potem jeszcze sławimy ich dobroczynność. Celowo piszę „pozwalamy”, bo to nie jest żadne prawo przyrody, lecz skutek naszych decyzji politycznych. Problem dotyczy nie tylko Polski, o czym najlepiej świadczą ostatnie doniesienia na temat Donalda Trumpa: „New York Times” ujawnił, że amerykański prezydent w dziesięciu z ostatnich piętnastu lat nie płacił żadnych podatków dochodowych.

To zjawisko niebezpieczne nie tylko dlatego, że szkodzi finansom publicznym i potęguje nierówności społeczne, ale również z tego powodu, że prowadzi do skapywania cynizmu. Ludzie wiedzą, że ci na samej górze mają raje podatkowe i armie prawników specjalizujących się w „optymalizacji podatkowej”. No więc jak reagują ci na niższym poziomie? Oczywiście też się nie palą do płacenia podatków i głosują przeciw próbom zwiększenia progresji. A czasami dostają namiastkę raju podatkowego – w Polsce jest to na przykład możliwość fikcyjnego samozatrudnienia. Ci na najniższych poziomach mają znikome narzędzia do przeprowadzania takich sztuczek, mogą co najwyżej zatrudniać się na czarno, choć często jest to nie tyle ich wybór, ile przymus. Pozostaje im zatem złość na cały ten system i poczucie, że są ogrywani przez własne państwo.

W ten sposób otrzymujemy popękane społeczeństwo, z marniejącą służbą zdrowia, niedofinansowanym transportem publicznym i z ludźmi, którzy nawzajem sobie nie ufają.

Emmanuel Saez i Gabriel Zucman w książce „The Triumph of Injustice” przypominają, że gdy Stany Zjednoczone wprowadzały podatki progresywne, a najwyższa stawka podatku dochodowego sięgała tam w pewnym momencie nawet 90%, to jedną z motywacji dla tego rozwiązania było przekonanie społeczeństwa do pomysłu wspólnego składania się na państwo. Progresja podatkowa stanowiła rodzaj deklaracji polityczno-etycznej: tak, wiemy, że wielu z was zarabia mało, ale chcemy, aby wszyscy składali się na dobro wspólne, i zobaczcie, ci na górze hierarchii dołożą się w sposób proporcjonalny do swojej lepszej sytuacji. W ten sposób budowano zaufanie do państwa – nie na wzniosłych nawoływaniach do odpowiedzialności, ale dzięki wprowadzaniu rozwiązań, które większość społeczeństwa mogła odczytać jako działające w ich interesie.

Dziś idziemy inną drogą – drogą cynizmu. Z jednej strony pozwalamy garstce wybrańców grać wedle innych reguł niż reszta z nas, z drugiej – udajemy, że każdy ma równe szanse w tej ustawionej grze. Sztuczki podatkowe bogaczy są tego najjaskrawszym przykładem, ale samo zjawisko sięga dalej.

Porozmawiajcie z ludźmi na temat zdobywania pracy. Wszyscy – od menedżerów po osoby na śmieciówkach – wiedzą, jak dużą rolę odgrywają znajomości, a bogaci mają ich więcej niż biedniejsi. A jednak ten temat niemal nie istnieje w przekazie medialnym. Słyszymy zamiast tego, że wszystko zależy od nas: gdy ktoś jest zaradny i przedsiębiorczy, to świat stoi przed nim otworem, a jeśli sobie nie radzi, to najwyraźniej jest roszczeniową łamagą. Nie tylko karcimy ludzi, którzy nie potrafią wygrać w tej nierównej grze, ale dodatkowo sławimy jako półbogów tych, którzy czerpią największe korzyści z obecnego systemu.

To samo z równością wobec prawa. Wszyscy wiemy, że pieniądze dają dostęp do najlepszych prawników i ta równość działa tylko w teorii, ale już nie w praktyce. Niestety jakoś niewiele się o tym mówi w kontekście praw człowieka, sprawiedliwości, prawa i tym podobnych kwestii. Dopiero przy okazji jakiejś głośnej afery możemy zajrzeć za kulisy całego systemu. Ostatnio wyszła w Polsce książka „Złap i ukręć łeb” o Harveyu Weinsteinie, znanym producencie filmowym, skazanym za gwałt i napaść seksualną. Możemy się z niej dowiedzieć między innymi tego, że Weinstein miał świetne kontakty w świecie prawniczym i wykorzystywał je do uciszania poszkodowanych kobiet. Bogaty i wpływowy facet korzysta ze swojego majątku i wpływów, aby uniknąć konsekwencji swoich czynów? Żadne zaskoczenie, prawda? Wiemy, że tak jest, a jednak często zachowujemy się, jakby nie było problemu.

To rodzi frustrację w ludziach, którzy mają świadomość, że mimo oficjalnych zapewnień o demokracji i równości niektórzy mogą więcej niż inni. Ta frustracja łatwo przekształca się w cynizm. W Polsce powinniśmy wiedzieć najlepiej, jak to działa. Choć mamy w Konstytucji zapis o sprawiedliwości społecznej, to przez lata spora część klasy politycznej i mediów podchodziła do niego cynicznie, na zasadzie „He he, no niby jest coś takiego, ale wiadomo, że to bajka dla dorosłych, a life is brutal”. No więc czy to naprawdę takie dziwne, że w końcu przychodzi ktoś, kto rozszerza ten cynizm na inne zapisy i stwierdza „He he, niby jest coś w Konstytucji o trójpodziale władzy i innych takich pięknych rzeczach, ale wiadomo, że to bajka dla dorosłych, a life is brutal”?

Tak się kończy promowanie i sankcjonowanie cynizmu społecznego przez ludzi, którzy powinni stać na straży demokratycznego i sprawiedliwego społeczeństwa.

dr Tomasz Markiewka

Edukacja bez sensu: dlaczego unieszczęśliwiamy dzieci?

Edukacja bez sensu: dlaczego unieszczęśliwiamy dzieci?

Nieustanne reformy szkolnictwa towarzyszą nam w zasadzie od 1989 roku. Wdrażane są różnorodne zmiany, chociażby niedawne odejście od gimnazjów. Teoretycznie mają one na celu doskonalenie procesu kształcenia na różnych poziomach. Mają również na celu bardziej efektywne wykorzystywania środków przeznaczanych na edukację (podobne tendencje mają miejsce we wszystkich krajach UE). Często też jakość kształcenia jest wskazywana jako powód zmian w edukacji, szczególnie w szkolnictwie wyższym. Jednak brak rozumienia intencji tych zmian, coraz większy rozdźwięk między światem gospodarczym a edukacyjnym, prowadzą do tego, że zmiany w szkolnictwie mają charakter iluzyjny – nie rozwiązują fundamentalnych problemów społecznych, nie przygotowują młodych ludzi do funkcjonowania w społeczeństwie.

Można zauważyć, że zarówno w Polsce, jak i na Litwie, a także również w innych krajach UE, nie zmniejsza się zasadniczo przestępczość młodzieży, nadal szerzą się wśród niej alkoholizm, narkomania oraz nowe rodzaje uzależnień – chociażby od smartfonów. Co gorsze, nawet ta część młodzieży, która zdoła ominąć „socjalne pułapki” okresu dorastania do dorosłości i samodzielnego życia, coraz częściej przeżywa „kryzys wieku młodego” (zwany też: „kryzysem ćwierćwiecza” – quarter-life crisis) [1]. Lęki egzystencjalne i strach o przyszłość dotykają już nawet 20-latków. Kryzys ćwierćwiecza najczęściej odczuwają osoby w wieku 25-30 lat. Kończą studia, wyprowadzają się od rodziców i zderzają z często brutalną codziennością, która ma niewiele wspólnego z tym, co było im przekazywane w szkołach i na uczelniach i co stało się częścią ich wyobrażalnej rzeczywistości [2]. Badania pokazały, że takie osoby odczuwają lęki egzystencjalne równie silnie, co 40-latkowie z kryzysem wieku średniego. Boją się o własną przyszłość, nie umieją wyznaczyć nawet krótkoterminowych celów. Nie wiedzą, jak planować przyszłość. Czy iść w znane z własnej rodziny wzorce, czy wręcz odwrotnie? Często zastanawiają się, dlaczego życie nie wygląda tak, jak wymarzyli to sobie w dzieciństwie i nie umieją poradzić sobie z nową rzeczywistością. Są rozdarci pomiędzy tym, na co ich stać, a tym, czego chcą i na co są gotowi.

„Kryzys wieku młodego” badał brytyjski psycholog Oliver Robinson (a w Polsce m.in. Katarzyna Kucewicz, Joanna Gutral). Według badań Robinsona przytaczanych przez Katarzynę Michalik: „ponad połowa spośród badanej przez niego grupy millenialsów w wieku 25-35, zmaga się z problemami natury egzystencjalnej. Główne problemy dotyczyły pieniędzy (wskazało na nie aż 53 proc. osób), których millenialsi więcej wydają niż zarabiają. Na dalszych miejscach pojawiły się trudności ze znalezieniem właściwego partnera i odpowiedniej, satysfakcjonującej pracy” (Michalik 2020).

Gdy obserwujemy sytuację młodzieży w Polsce, szczególny niepokój budzi fakt, że wciąż aktualny pozostaje problem zachowań dewiacyjnych i przestępczych, których sprawcami są osoby nieletnie. Od końca XX w. znacznie obniżyła się dolna granica wiekowa osób wchodzących w konflikt z prawem. Wydaje się, że wiek inicjacji przestępczej ustabilizował się obecnie w granicach 12-13 lat. Dodać jednak trzeba, że również młodsze dzieci wchodzą w konflikt z prawem. Za Moniką Noszczyk-Bernasiewicz z Uniwersytetu Śląskiego można stwierdzić, że „spadek liczby nieletnich ogółem w statystyce sądowej w latach 2000-2014, uznać należy za pozorny (spadek jedynie nominalny) z uwagi na zjawisko depresji demograficznej, tj. zmniejszenia się liczby dzieci urodzonych pomiędzy 1983 a 2001, które w analizowanym okresie 2000-2014 stanowiły kategorię osób, z której rekrutowały się osoby nieletnie” (Noszczyk-Bernasiewicz 2016). W związku z powyższym niepokoi ogólna liczba czynów karalnych popełnianych przez nieletnich, jak rownież wzrost czynów noszących znamiona brutalności i przesyconych agresją i przemocą. Ponadto widoczne jest również współwystępowanie przestępczości z innymi rodzajami patologii społecznej.

Kolejnym obszarem, który jest analizowany pod kątem kondycji dzieci i młodzieży, są uzależnienia. Za raportem ESPAD (2020) w Polsce: „Rozpowszechnienie picia wykazuje trend spadkowy. (…) Spadają także frakcje badanych deklarujących łatwy dostęp do napojów alkoholowych, zmniejsza się ekspozycja na propozycje alkoholu oraz zakupy napojów alkoholowych. Badani w coraz większych odsetkach oceniają picie alkoholu jako zachowanie ryzykowne. Powoli przeformułowują swoje entuzjastyczne oczekiwania wobec alkoholu. Dynamika wszystkich tych tendencji pozostawia jednak wiele do życzenia”. Kluczowe jest ostatnie zdanie w powyższym cytacie – nadal nasze statystyki w tym obszarze nie kształtują się na pożądanym poziomie.

Na złą kondycję psychiczną naszych dzieci i młodzieży wskazują z kolei alarmujące statystyki prezentuje UNICEF w zakresie samobójstw młodzieży w krajach bałtyckich i w Polsce:

Wykres 1. Liczba samobójstw osób w wieku 15-19 lat na 100 tys. mieszkańców.

Źródło: Worlds of Influence. Understanding What Shapes Child Well-being in Rich Countries, UNICEF, 2020, s. 13.

 

Wśród specjalistów ds. zachowań dewiacyjnych i przestępczych młodzieży panuje mniemanie, że na większość z tych czynników szkoła nie ma wpływu. Na samobójstwa młodzieży również. Czy rzeczywiście, skoro podstawą każdego czynu ludzkiego jest motywacja osoby czyniącej, czyli system wartości, który przecież jest też formowany w szkole. Szkoła ponosi również odpowiedzialność za tę sytuację, choć zaraz zostanie nam zarzucone, iż szkoła jest bezsilna, bo wszystko przychodzi z rodziny. Tak, wpływ rodziny na wychowanie dziecka i jego system wartości jest ogromny, ale czy współczesna pedagogika jest w tej dziedzinie zupełnie bezradna? Posiadamy szeroko rozbudowany system oświaty i corocznie wydajemy miliardy złotych na jego działalność. Dodatkowe miliony wydajemy na reformowanie tego systemu, aby naszej młodzieży żyło się lepiej. A jednocześnie wciąż bulwersuje nas przestępczość młodzieży, wszelkiego rodzaju uzależnienia i szerzące się objawy „kryzysu wieku młodego”. Powstają następujące pytania:

− Czy nasze wysiłki w doskonaleniu systemów edukacyjnych są prawidłowo ukierunkowane?

− Czy podstawowym obiektem reform szkolnictwa (również wyższego) rzeczywiście jest uczeń, student i pomyślna kariera każdego uczestnika systemów edukacyjnych, czy raczej administracyjno-finansowe interesy systemów biurokratycznych?

− Dla kogo i w jakim celu przeprowadzamy reformy?

− W jakim stopniu szkoła i uczelnie odpowiadają za anomalie społeczne wśród młodzieży?

− Czy nastał czas, aby radykalnie zmienić kryteria nauczania, na pierwszym miejscu stawiając pomyślną integrację społeczną każdego ucznia i studenta, czyli perspektywę jego szczęśliwego (w szerokim tego słowa znaczeniu) życia i rozwoju, a nie degradacji z dyplomem studiów wyższych?

Rozumiemy, że nie ma jednoznacznych odpowiedzi na postawione pytania, jednak zdecydowanie twierdzimy, że dotychczasowa praktyka doskonalenia systemu oświaty nie odpowiada współczesnym wyzwaniom. Więcej wysiłków i środków należy kierować na kształcenie kapitału emocjonalnego i społecznego, przy większym zróżnicowaniu procesu nauczania i oceny osiągnięć (zwłaszcza w szkole podstawowej). Na swoim poziomie zdolności i w kręgu swoich (społecznie akceptowanych) zainteresowań każdy uczeń powinien uzyskiwać wysokie oceny. Jednak na poziomie szkoły podstawowej nie o wysokie oceny należy dbać najbardziej, lecz o wartości, zaufanie we własne siły, o samoakceptację oraz zdolności empatii i pracy w grupie. To są kompetencje, bez których dalszy pomyślny (społecznie zharmonizowany) rozwój młodej osoby może być bardzo ograniczony. Powiemy więcej: jeśli absolwent kończy szkołę bez społecznie ukierunkowanej wizji własnego szczęśliwego życia, jego proces edukacyjny należy uznać za niepomyślny. W kontekście tego założenia, zdobywanie nowej wiedzy i kompetencji musi zwiększać pewność siebie młodego człowieka, jego satysfakcję ze środowiska społecznego (a nie stres, który redukuje alkoholem lub narkotykami), a zwłaszcza jego perspektywy na przyszłość. Oświata XXI wieku, szczególnie szkoła podstawowa, powinna koncentrować się na osobistej perspektywie dobrostanu (personal well-being) danej osoby (ucznia), czyli skutecznej samorealizacji osoby szkolonej. W tym świetle możemy wyróżnić trzy cele oświaty (szkolnictwa w węższym zakresie):

1) wszechstronne rozpoznanie osoby nauczanej pod kątem predyspozycji (silnych i słabych stron);

2) zapewnienie zdolności akceptacji własnej osoby oraz kompetencji do efektywnego funkcjonowania w społeczeństwie (samorealizacji, ze szczególnym ukierunkowaniem na wspieranie silnych stron u dziecka);

3) uzbrojenie w wiedzę i kompetencję dla zapewnienia samorealizacji na rynku pracy i w różnych dziedzinach życia społecznego.

Teoria samorealizacji [3] nie jest jakimś novum w psychologii i naukach pedagogicznych, jednak czas, aby znalazła ona realne odzwierciedlenie w polityce oświaty w Polsce i na Litwie. Aby szkoła rzeczywiście stała się kuźnią twórczych i radosnych serc, każde dziecko, niezależnie od jego społecznego otoczenia, musi przy pomocy szkoły budować perspektywę swego szczęśliwego życia (chociaż na wiele jego czynników, szkoła nie ma bezpośredniego wpływu).

Istotną dźwignią dobrej edukacji jest kwestia poczucia sensu, a w szczególności sensu tego, co się robi. W dzisiejszych czasach sens staje się dobrem deficytowym. Pisze o tym Monika Kostera (Kostera 2020), pisał też o tym niedawno zmarły David Graeber. Ten ostatni podkreślał, że większość obecnych zawodów ma charakter sztuczny i nie generuje wartości dla społeczeństwa. W dodatku te zawody, które są potrzebne, np. pielęgniarki, pracownicy zakładów oczyszczania, kasjerki w sklepach, właśnie nauczyciele itd., są przeważnie zdecydowanie gorzej wynagradzane, niż zawody, bez których być może jako społeczeństwo moglibyśmy istnieć, np. analitycy finansowi, prawnicy specjalizujący się w wąskich obszarach, część badaczy… David Graeber twierdzi, że system tworzy tak zwaną „przemoc psychologiczną o głębokich skutkach” (Graeber 2013). Zadaje on pytanie fundamentalne z punktu widzenia poczucia sensu istnienia: „Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć?”.

Czy szkoła wspiera dzieci w szukaniu odpowiedzi na powyższe dylematy? Czy daje im narzędzia, które zapewnią im poczucie sensu? Obecne reformy edukacji w Polsce są często nazywane „deformami”. Bez jakichkolwiek dyskusji, bez refleksji, politycy, którzy w przestrzeni publicznej podważają fakty i deprecjonują naukę, zwiększają rozchwianie systemu. Podstawa programowa w Polsce obejmuje szereg szczegółowych danych i informacji, które zadaje się dzieciom bez wyjaśnienia im, jaki jest sens ich nauki. Najnowszy raport UNICEF z 2020 roku podkreśla, że czym bardziej dziecko widzi sens w uczęszczaniu do szkoły, tym lepsze są jego wyniki szkolne oraz wyższy stopień ogólnej satysfakcji (UNICEF 2020, s. 26).

Brak sensu może się objawiać nudą. Badania doktorskie Igi Kazimierczyk dotyczące „nudy” w szkole (Kazimierczyk 2020) wskazują, że nuda jest problemem pomimo tłumaczenia sobie, iż „przecież to, że dzieci się nudzą to dobrze, bo to prowadzi do kreatywności”. Kazimierczyk zapraszała dzieci do narysowania obrazka przedstawiającego nudę. Rezultaty tego badania są przygnębiające – okazuje się, że dzieci odbierają nudę jako coś bardzo złego. Większość obrazków była bardzo smutna, co wskazuje na to, że nuda jest problemem. Innymi słowy, dzieci w szkole nie są szczęśliwe. Czy dyrektorzy szkół, kuratoria i ministerstwa odpowiedzialne za edukację mają świadomość tej sytuacji? Czy podejmują w tym obszarze jakieś systemowe działania?

Twierdzimy, że na pewno niektórzy dyrektorzy mają taką świadomość, być może również indywidualne jednostki w kuratoriach czy ministerstwach, ale system edukacji jako całość nie ma takiej świadomości. Nauczyciel, którego pensja jest ułamkiem pensji radcy prawnego czy analityka ryzyka w firmie ubezpieczeniowej, sam ma dylematy, na ile jego praca ma sens. W efekcie wśród nauczycieli jest wiele sfrustrowanych jednostek, którzy tę frustrację mogą przelewać na dzieci. Dziecko nie jest w stanie rozdzielić pewnych spraw, przyjmuje sprawy całościowo – gdy jest szczęśliwe, to całym sobą, a gdy jest nieszczęśliwe, to również przeżywa to totalnie. W efekcie jeden „toksyczny” czy sfrustrowany nauczyciel może skutkować tym, że dziecko jest całościowo nieszczęśliwe i m.in. zwiększać ryzyko, iż będzie ono działać autodestrukcyjnie (np. popełniać przestępstwa, popadać w nałogi czy podejmować próby samobójcze).

Podsumowując, pragniemy podkreślić, że absolutnie nie negujemy wartości systemu oświaty w kształceniu dzieci i młodzieży. System oświaty ma bezwarunkową wartość i stale powinniśmy doskonalić metody przekazywania wiedzy oraz sposoby pozyskiwania kompetencji przez młodych ludzi (i nie tylko). Zwracamy jednak uwagę, że tradycyjne formy nauczania i zdobywania/przekazywania wiedzy coraz bardziej nie odpowiadają potrzebom młodego pokolenia. Niedostateczne rozwijanie kapitału emocjonalnego oraz kompetencji społecznych sprawia, że edukacja dla wielu grup młodzieży jest bez sensu, stanowi synonim nudy, a na dłuższą metę, w najgorszym wypadku, jest jedną z przyczyn destrukcji społecznych i nieszczęśliwego życia na poziomie indywidualnym. Dlatego twierdzimy, że reformowanie systemu oświaty powinno przede wszystkim prowadzić do tego, aby edukacja miała sens: dla dzieci, ale również dla rodziców i dla społeczeństwa. W efekcie, w systemie szkolnym będą przebywać szczęśliwe dzieci, uczone przez szczęśliwych nauczycieli, które staną się pełnymi energii dorosłymi zorientowanymi na szukanie rozwiązań, współpracę, wzmacnianie innych, wspierającymi lepszych od siebie, zakładającymi dobre intencje u innych, o wysokim poziomie zaufania społecznego. Nie będą natomiast wchodzić w dorosłość wypaleni 20-latkowie w kryzysie wieku młodego, zorientowani na problemy i podcinający skrzydła wszystkim tym, którzy nie są podobnie sfrustrowani.

Pierwszym krokiem w kierunku edukacji zwiększającej szczęście dzieci (przynajmniej w obszarze wpływu szkoły) jest zmiana traktowania uczniów z przedmiotowego na podmiotowe, a więc takie, które zapewni im między innymi samorealizację.

prof. Bogusław Grużewski, dr hab. Jakub Brdulak

 

Przypisy:

1. https://www.collinsdictionary.com/dictionary/english/quarterlife-crisis, patrz również (Robbins 2004).

2. Jednym z piewszych badaczy tego fenomenu był amerykański psycholog Erik Erikson (1968). Jednak do początku XXI wieku był on znany wyłącznie w środowisku psychologów, psychoterapeutów oraz specjalistów dziedzin spokrewnionych.

3. Kwestię samorealizacji poruszali już starożytni filozofowie (Platon, Epikur), chociaż bezpośrednio tego terminu nie używali. W psychologii pierwszy go zastosował Kurt Goldstein, a bardzo rozwinął i uzasadnił Abraham Maslow, zaliczając potrzebę samorealizacji do potrzeb najwyższego stopnia/poziomu.

Źródła:

Erikson E. H. (1968), Identity Youth and Crisis, W. W. Norton & Company

Graeber D. (2013), Fenomen gówno wartych prac.

Kazimierczyk I. (2020) Nuda szkolna i jej oblicza, doktorat, Uniwersytet Warszawski, https://depotuw.ceon.pl/handle/item/3640, dostęp: sierpień 2020.

Kostera M. (2020), Audyt sumienia.

Michalik K., „Kryzys wieku młodego” to nowa zmora ludzi w wieku 25-35. Brzmi zabawnie, ale jest jak najbardziej prawdziwy https://natemat.pl/232819,kryzys-wieku-mlodego-dotyka-wieku-millenialsow-czym-sie-objawia , dostęp: wrzesień 2020.

Noszczyk-Bernasiewicz M., Demoralizacja i czyny karalne wśród nieletnich – dynamika i rozmiary, w: Resocjalizacja polska, nr 11/2016, s. 145-162.

Robbins A. (2004) Conquering Your Quarterlife Crisis: Advice from Twentysomethings Who Have Been There and Survived, Perigee.

Sierosławski J. (2020), Używanie alkoholu i narkotyków przez młodzież szkolną – raport z ogólnopolskich badań ankietowych zrealizowanych w 2019 r., Europejski Program Badań Ankietowych w szkołach ESPAD, Warszawa.

Worlds of Influence. Understanding What Shapes Child Well-being in Rich Countries (2020), UNICEF.