przez redakcja | środa 11 listopada 2020 | klasyka, opinie
Zarzut, że socjaliści są „beznarodowcami”, gorzej, że są „wrogami narodowości”, jest tak stary, jak starym jest socjalizm sam. O ile zarzut ten podnoszą nasi przeciwnicy polityczni w celach agitacyjnych lub ze względów taktycznych wobec bezkrytycznych mas, to popełniają świadome oszustwo i polemizować z nimi lub ich przekonywać byłoby bezpłodną pracą.
O ile zaś powtarzają ten zarzut i wierzą weń ludzie zbałamuceni, to obowiązkiem naszym jest powiedzieć im prawdę. Prawdę tę odsłonić i wskazać drogę do jej bezstronnego zbadania jest celem niniejszej rozprawki.
Zanim jednak przystąpimy do rzeczy, zwrócić chcemy uwagę na znamienny dla agitacyjnych metod naszych „patriotycznych” przeciwników moment, który polega na tym, że np. we Francji wrogami ojczyzny są tylko socjaliści francuscy, podczas gdy socjaliści niemieccy są tam uważani za szowinistów narodowych, oczywiście niemieckich, że w Niemczech znów za wzór patriotów przedstawia się socjalistów francuskich w przeciwieństwie do beznarodowych socjalistów niemieckich i że w Polsce również uznaniem, jako najgorętsi i najkonsekwentniejsi obrońcy interesów swego narodu, cieszą się w oczach „patentowanych patriotów” socjaliści – ale jeno u wrogich nam sąsiadów, podczas gdy socjalistów polskich wciąż jaszcze podejrzewa się jako zdrajców własnego narodu. Metoda ta, jakkolwiek haniebną jest w zastosowaniu i ze względów na cele, dla których bywa stosowaną, to jednak ma ona swoje głębsze, w historii uzasadnione pochodzenie, jak to w dalszym ciągu wykażemy.
Przede wszystkim stwierdzić należy, że wielcy politycy i teoretycy socjalizmu, a w ich rzędzie na pierwszym miejscu twórcy socjalizmu naukowego Karol Marks i Fryderyk Engels, przez całe swe życie, ze znaną i uznaną u tych myślicieli konsekwencją i energią domagali się odbudowania Polski niepodległej i wielkiej. Już w dziewięć miesięcy po napisaniu „Manifestu komunistycznego” Karol Marks w szeregu artykułów programowych i polemicznych, drukowanych w sierpniu i wrześniu roku 1843 w „Nowej Gazecie Nadreńskiej”, dowodził, że Polska nie tylko musi być na powrót do niepodległego bytu państwowego wskrzeszoną, ale, że musi ona odzyskać rozległość co najmniej tę, jaką jej zakreślały granice z roku 1772, to jest przed pierwszym rozbiorem, musi posiadać nie tylko dorzecza, ale także ujścia swoich wielkich rzek, oraz przynajmniej nad Morzem Bałtyckim wielki pas wybrzeża [Reger myli się w tym miejscu i przypisuje Marksowi pogląd sformułowany w niemal dokładnie takim samym brzmieniu przez Engelsa na łamach „Neue Rheinische Zeitung” w wydaniu z dnia 22 sierpnia 1848 roku; nie zmienia to faktu, że Marks formułował podobne wizje – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”].
Żądanie to ponawiali Marks i Engels przy każdej nadarzającej się sposobności, uzasadniając je ściśle naukowo koniecznościami rozwoju ekonomicznego Europy Środkowej, Polski i Rosji, który to rozwój uważali znów za konieczny warunek wzmocnienia się klasy robotniczej, mającej być nosicielką przyszłej rewolucji socjalnej na zachodzie i na wschodzie, a popierali to żądanie niestrudzenie przez cały ciąg życia swego nie tylko piórem i słowem, ale także czynem.
Gdy Adam Mickiewicz założył w Paryżu dziennik „Trybuna ludów” dla propagandy idei socjalizmu i niepodległości Polski, Marks stał się współpracownikiem tego pisma i ofiarował swe oszczędność dla jego podtrzymania. Gdy zaś w czasie wojny turecko-rosyjskiej A. Mickiewicz pospieszył do Konstantynopola, aby tam organizować legion polski, Marks popierał go, czym mógł, wydając wspólnie z Engelsem odezwy do „Międzynarodówki” wzywające do walki z Moskalami, a za wolność Polski, posyłając mu ochotników i pieniądze [nieścisłość Regera: Międzynarodówka Socjalistyczna powstała dopiero 8 lat po śmierci Mickiewicza, a Marks i Engels we wzmiankowanej sprawie apelowali nie do Międzynarodówki, lecz do postępowej części międzynarodowej opinii publicznej – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] .
W roku 1863, w czasie powstania polskiego, K. Marks czynił starania, aby nabyć dla powstańców polskich broń od zdetronizowanego księcia Brunszwiku, mieszkającego na wygnaniu w Paryżu. Po ostatecznym upadku powstania polskiego, gdy w Polsce szerzy się biały terror carski i reakcja, współpracownik i przyjaciel Marksa, Engels, w płomiennych artykułach, zamieszczanych w angielskim czasopiśmie „The Commonwealth” („Dobro publiczne”) w roku 1866 ponownie żąda odbudowania Polski, dowodząc, że leży to w interesie klas robotniczych całej Europy. Po upadku Komuny paryskiej w roku 1871, w czasie której rewolucjoniści polscy pod wodzą Jarosława Dąbrowskiego zorganizowali obronę Paryża i nią kierowali, K. Marks oddaje hołd bohaterstwu Polaków i ostro gani Francuzów i Napoleona III za to, że Polskę zdradzili i znów upomina się o odbudowanie Polski. W roku 1874 Engels w niemieckim organie socjalno-demokratycznym „Volksstaet” („Państwo ludowe”) nazywa odbudowanie Polski „koniecznością”. W roku 1884 obydwaj uczeni, K. Marks i F. Engels, odpowiedź swą komunistom-kosmopolitom polskim, wydawcom „Równości” genewskiej, kończą okrzykiem: „Niech żyje Polska!” [znowu ewidentna pomyłka Regera – Marks zmarł w roku 1883 – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. W roku 1892 w przedmowie do drugiego polskiego wydania „Manifestu komunistycznego” Engels raz jeszcze dowodzi, że „robotnicy całej pozostałej Europy potrzebują niezależności Polski również jak sami polscy robotnicy”.
Znakomity wódz niemieckiej socjalnej demokracji, świetny mówca i wytrawny parlamentarzysta Wilhelm Liebknecht, oprócz szeregu artykułów w obronie sprawy polskiej, napisał doskonałą broszurę pod tytułem „Czy Europa ma skozaczeć?”, w której dowodzi niezbicie, że jeżeli rewolucja socjalna w Europie ma mieć widoki powodzenia, to najpierw musi runąć carat rosyjski, ten „żandarm Europy”, i musi powstać Polska wielka, niepodległa, której historycznym posłannictwem jest stać na straży kultury i cywilizacji zachodu przed barbarzyństwem wschodu. Ten pogląd Liebknechta zyskuje dziś nowe, nieco odmienne znaczenie: oto, jak niegdyś Polska szlachecka przedmurzem była chrześcijaństwa, zasłaniając je piersiami swych pancernych rycerzy przed nawałą Turków i Tatarów, tak dziś jedynie wolna, niepodległa, demokratyczna i socjalistyczna Polska, Polska robotnicza i chłopska, potrafi uratować zdobycze rewolucji europejskiej przed potopem bolszewizmu, który grozi zagładą nie tylko zdobyczy kultury i cywilizacji, ale przede wszystkim zniszczeniem lub znacznym opóźnieniem ostatecznego zwycięstwa dokonywującej się w oczach naszych rewolucji socjalnej.
Poprzestajemy na tych kilku przykładach, albowiem na wołowej skórze nie spisałby samych tylko tytułów dzieł i artykułów licznych wybitnych pisarzy socjalistycznych obcych narodowości, jak np. Kautsky, Bebel, dr Wiktor Adler, Pernerstorfer, Jaurès i wielu, wielu innych, którzy w tej lub inne formie protestowali przeciwko ujarzmieniu narodu polskiego i domagali się odbudowania Polski.
Oczywiście, że nie inne stanowisko zajmowali zawsze i zajmują socjaliści polscy, z wyjątkiem nielicznych grupek i jednostek, których zacofanie myślowe zatrzymało się na pierwotnych poglądach kosmopolitycznych jaskiniowców, a zacietrzewienie partyjne zaprowadziło ich na manowce „ugodowości” i „organicznego wcielenia się” z najeźdźcami. Do takich zacofanych i zacietrzewionych należą niedobitki dawnych partii SDKPiL (czyli Socjalnej Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy) oraz tak zwanej lewicy PPS, którzy obecnie utworzyli wspólnie partię komunistyczną jako cześć składową takiej samej partii wszechrosyjskiej.
Polscy socjaliści nieśli zawsze wysoko sztandar walki o niepodległość i zjednoczenie całego narodu. Oto zaraz na pierwszym międzynarodowym Kongresie robotniczym i socjalistycznym w Paryżu w roku 1889 delegaci socjalistów polskich ze wszystkich ówczesnych trzech zaborów ukonstytuowali się jako osobna grupa i oświadczyli, że nie uznają rozdzielających ich granic państw zaborczych, że uważają się za odrębną reprezentację narodową i że dążyć będą do wywalczenia całkowitej niepodległości dla swojego narodu. Kongres to uznał i przyznał Polakom w Międzynarodówce własną stałą reprezentację, chociaż nie przyznał tego prawa np. Czechom, których delegaci na Kongresach międzynarodowych wchodzili w skład delegacji austriackiej, a w biurze międzynarodowym socjalistycznym reprezentowani byli przez delegatów z Austrii.
W kilka lat później, na międzynarodowej konferencji przygotowawczej do nowego Kongresu światowego socjalistów, która się odbywała w tymże samym czasie i w tym samym miejscu (w Hadze), gdzie obradował pierwszy międzyrządowy Kongres pokojowy, zwołany za inicjatywą cara rosyjskiego Mikołaja II, uchwalono na wniosek delegata polskich socjalistów, że „jedynie zniesienie panowania klasy nad klasą, a w pierwszym rzędzie upadek caratu i całkowita niepodległość żywych narodów mogą rozwiązać kwestię pokoju międzynarodowego”.
Uchwała powyższa jest dla nas bardzo ważną, albowiem wskazuje nam ona, że punktem wyjścia musi być dla nas, jako socjalistów i Polaków, w naszej polityce wewnętrznej i zagranicznej żywy naród i interes ludu polskiego, a nie państwo, że nie możemy się zadowolić i nie zadowalamy się jakąś „autonomią” kulturalną czy administracyjną, czy by ona pochodziła z łaski samodzierżawnego cara, czy też wszechrosyjskiego, choćby komunistycznego sowietu, lecz że niepodległość narodu polskiego musi być całkowita, całkowita co do treści i co do obszar, na który się rozciąga, to znaczy, że musi ona obejmować cały zjednoczony naród polski. Tak uchwaliła Międzynarodówka socjalistyczna już lat temu dwadzieścia, a uchwaliła na wniosek delegata polskich socjalistów. Zapamiętajmy to sobie i nie dajmy sobie tego nikomu wydrzeć ani sfałszować.
Zresztą wszelkie fałszerstwo na nic się nie przyda wobec bardzo jasnego brzmienia programu Polskiej Partii Socjalistycznej (zaboru rosyjskiego i pruskiego), który obowiązywał przez cały dotychczasowy ciąg istnienia, z górą lat trzydziestu. Zaraz w pierwszym ustępie tego programu jest powiedziane, że Polska Partia Socjalistyczna, będąc wyrazicielką potrzeb i ideałów klasy robotniczej w Polsce i organizacją polityczną tej klasy, dążąc do wyzwolenia całego ludu z niewoli ekonomicznej, politycznej i narodowej, stawia sobie za cel zasadnicze przekształcenie ustroju społecznego, oparcie społeczeństwa na nowych – socjalistycznych – podstawach, w dziedzinie zaś narodowej „zniesienie wszelkiego ucisku narodowego, zjednoczenie Polski”. Dalej zaś znajdujemy stwierdzenie: „dlatego też PPS, stawiając sobie za cel republikę demokratyczną, łączy ten cel z niepodległością, walczy o niepodległą Republikę Demokratyczną i Ludową”.
Równie wyraźnie i silnie sprawa niepodległości całego zjednoczonego narodu polskiego stawianą była od samego początku przez Polską Partię Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska (PPSD).
Już na pierwszym ogólnoaustriackim zjeździe socjalistów w Hainfeidzie w r. 1889 socjaliści polscy z Galicji przyłączyli się wprawdzie do nowo powstałej Robotniczej Party Socjalno-Demokratycznej w Austrii, lecz oświadczyli równocześnie, że nie czują się przez to w żaden sposób skrępowani w swym dążeniu do połączenia się z socjalistami polskimi z innych zaborów, ani też w swym dążeniu do odzyskania niepodległości narodowej.
W dziesięć lat później na ogólnym Kongresie socjalistów austriackich w Brnie w 1899 r., przy sposobności uchwalania tak zwanego Programu narodowościowego, który przewidywał przebudowę monarchii Habsburgów na demokratyczne narodowościowe państwo związkowe, składające się z autonomicznych terytoriów poszczególnych narodów zamieszkujących to państwo, delegacja polska złożyła deklarację, w której powiedziano: „polscy socjalni demokraci niezmordowanie dążą do tego, aby w przyszłości naród polski należał do ogólnej rodziny narodów jako wolny i zjednoczony”.
Warto przy tej sposobności przypomnieć, że socjaliści czescy złoży równocześnie (w r. 1899) deklarację, w której oświadczyli, że stojąc na gruncie praw żywych narodów, odrzucają wszelkie prawa historyczne; mieli na myśli osławione „historyczne czeskie prawo państwowe”, którego rodowód, sięgający wstecz poza rok 1335, wywodzi się od średniowiecznych stosunków dynastycznych i lennych, a na podstawie którego młodziutka, bo dopiero 28 października 1918 roku narodzona demokratyczna republika czesko-słowacka nie może rościć sobie żadnych praw do panowania nad polskim Śląskiem lub niemiecką częścią Czech i Moraw, nie mówiąc już o Słowacji i innych nie-czeskich krajach.
Ważniejszą jednak od pisanych programów była cała działalność socjalistów polskich, dążąca wytrwale i nieugięcie do wywalczenia ludowi polskiemu nie tylko praw ludzkich i obywatelskich, ale także narodowej wolności, niepodległości i zjednoczenia. Żadne prześladowani, niszczenie egzystencji, więzienia, ni katorga, ni Sybir, ani nawet szubienice nie potrafiły odstraszyć bojowników proletariatu polskiego, ani złamać ich ofiarnej energii. Stanisław Kunicki, Bardowski. Pietrusiński, Ossowski, Okrzeja, Montwiłł i tylu, tylu innych ginęli na carskich szubienicach z okrzykiem: „Niech żyje socjalizm! Niech żyje Polska!”. Z tym samym okrzykiem na ustach szli w bój z caratem w czasie rewolucji 1905 i 1906 roku robotnicy polscy w byłym Królestwie Polskim, to samo hasło zagrzewało robotników i młodzież socjalistyczną w Galicji i na Śląsku, gdy organizowano Związek Strzelecki, a następnie Legiony Polskie do walki o Niepodległą Polskę.
A co wcisnęło broń do ręki w styczniu 1918 roku górnikom karwińskim i hutnikom trzynieckim, by odeprzeć bohatersko a skutecznie zbrodniczy najazd Czechów na Śląsk Cieszyński, co wywołało powstanie Górnoślązaków przeciwko hordom krzyżackiego Grenzschutzu? Tęsknota do zjednoczenia się z odradzającą się Ojczyzną, tęsknota naturalna dzieci do połączenia się z Macierzą! Ale tęsknotę tę rozbudziło i wzmocniło uświadomienie klasowe, spotęgowała ją zaś i ujawniła dopiero łączność organizacyjna i ideowa z polskim socjalizmem.
A kiedy z pożogi i oparów krwi wielkiej wojny powstała Wolna i Niepodległa Polska, zebrał się w Krakowie zjazd ogromny około 500 delegatów socjalistów z całej Polski, aby utworzyć już jedną wspólną zjednoczoną (z PPS i PPSD) Polską Partię Socjalistyczną, której naczelnym, najważniejszym i najpilniejszym zadaniem jest w myśl uchwalonego na tym zjeździe programu: utrwalić i ugruntować niepodległość, dokonać dzieła zjednoczenia całkowicie rozdartej ongiś Polski.
***
Zapytajmy teraz, czy takie stanowisko PPS zgodne jest z wyznawaną równocześnie przez nią międzynarodową solidarnością? Bo samo powoływanie się na to, że Marks, Engels i inni koryfeusze socjalizmu stanowisko to podzielają, jeszcze niczego nie dowodzi, a może być co najwyżej wymówką, mającą nas ratować z kłopotu.
Na samym początku, kiedy ruch robotniczy był w powijakach, a robotnik, zupełnie jeszcze nieuświadomiony, nie rozumiał ani swego położenia, ani interesu klasowego, kiedy w warsztatach, fabrykach i kopalniach czas pracy trwał po 12 do 16 godzin na dobę, a traktowanie „wolnego najmity” gorszym było, aniżeli niewolników, wówczas trudno było wzywać robotników do walki o niepodległość narodu. Robotnik ciemny, głodny i nagi, ogłupiały z nadmiernego przemęczenia, nieczuły był w swej masie na nic, co nie dotyczyło bezpośrednio polepszenia jego ciężkiej doli. Nie zrozumiałby on nawet takiego wezwania. Musiano więc zrazu w agitacji uwzględniać sprawy i hasła najprostsze i najbardziej dostępne masie robotniczej. W miarę jednakowoż, jak ruch robotniczy rósł i wzmacniał się, a masa robotnicza przychodziła do poznaniu i zrozumienia swego stanowiska klasowego i swej siły, gdy obok najprymitywniejszych żądań polepszenia bytu klasy robotniczej zaczęto wykuwać żądania trwałych ustawowych reform socjalnych w dziedzinie ochrony robotniczej, szkolnictwa itp., a dla ich zdobycia lub zabezpieczenia już zdobytych ulg i reform okazała się konieczność wywalczenia dla klasy robotniczej praw politycznych, samorządu, demokracji, w miarę tego znikał z ruchu proletariackiego polskiego dawny, przez Bakunina głoszony „kosmopolityzm”. Twierdził on, że dla proletariatu, który jest międzynarodowym, jak międzynarodowym jest kapitał, obojętne jest terytorialne ukształtowanie państw. Bakunizm zbankrutował, a miejsce jego zajęło z żywiołową swą świadome i celowe dążenie do uzyskania niepodległości narodowej. Dlaczego? Oto dlatego, że bez demokracji, bez udziału klasy robotnicze w rządach zarówno w państwie, jak i w samorządzie lokalnym, bez prawa wykonywania ze strony robotników kontroli nad dochodami i wydatkami państwa, kraju i gminy, jako też nad wykonywaniem ustaw przez urzędników, nie może być mowy o zdobyciu trwałym, drogą ustawową, najkonieczniejszych reform socjalnych i szkolnych itp. i o ich dotrzymywaniu. Toteż żądanie wprowadzenia powszechnego głosowania i zdemokratyzowania całego życia publicznego w państwie, w kraju i w gminie jest najważniejszą częścią wszystkich programów socjalistycznych. Ale doświadczenie nas nauczyło, że nigdzie na świecie urzeczywistnienie tego podstawowego żądania demokracji i postępu nie napotykało na tyle tak nieprzezwyciężonych trudności, jak w Polsce pod rządami obcych najeźdźców. Tylko w Galicji i na Śląsku Cieszyńskim w ostatnich latach panowania Austriaków udało się nam częściowo przełamać opór rządu i klas panujących, uzyskaliśmy w roku 1907 powszechne i równe prawo wyborcze do centralnego parlamentu wiedeńskiego. Lecz było ono tylko względnie równym, o tyle, że wszystkie głosy w tym samym okręgu wyborczym miały jednakową wartość, ale okręgi nie były równe: gdy w okręgach zamieszkałych przez polskich lub ruskich robotników i chłopów wypada jeden poseł na 20 do 50 tysięcy głosujących „równouprawnionych” obywateli, to w okręgach niemiecko-burżuazyjnych już 2500 lub 3000 wyborców wybierało sobie własnego posła. W ten sposób 9 milionów Niemców w Austrii miało w wiedeńskiej izbie posłów tyleż głosów i władzy, co 20 milionów wyborców sześciu innych narodowości austriackich. W Niemczech było jeszcze gorzej, tam Polakom wprost odmawiano prawa wybierania własnych posłów. W Rosji zaś po wyborach do pierwszej dumy bez ceremonii okrojono ilość mandatów tak, że odtąd robotnicy polscy nie mogli zdobyć ani jednego mandatu. Samorządu ziemskiego, który od dawna istniał w krajach rdzennie rosyjskich, w Królestwie Polskim w ogóle nie zaprowadzono, miasta polskie wydano w całości na łup złodziejskich czynowników carskich, ludowi wiejskiemu pozostawiono tylko z konieczności pozory samorządu.

fot. Remigiusz Okraska
Ale bądźmy sprawiedliwi i przyznajmy, że Moskale, Prusacy i Austriacy musieli tak postępować w obronie własnych interesów. Nie ulega bowiem wątpliwość iż ludność polska, uzyskawszy prawo rządzenia sama sobą, w pierwszym rzędzie byłaby wyrzuciła obcych urzędników, byłaby się zabrała do wzmocnienia rodzimego przemysłu i szkolnictwa narodowego i byłaby skorzystała z uzyskanej swobody, aby prędzej czy później zrzucić obce jarzmo, tak, jak to się w części działo w Galicji. Widzimy więc, że rządy demokratyczne nie dadzą się pogodzić z panowaniem najeźdźców. Z tego wynika, że niezbędną częścią składową demokracji jest niepodległość narodowa; nie może być bowiem mowy o demokracji tam, gdzie panują ucisk i niewola narodowa. W interesie każdego najeźdźcy – wszystko jedno, czy to jest Moskal, Niemiec czy Czech – jest skrępowanie rozwoju gospodarczego, oświatowego i politycznego narodu ujarzmionego Przeciwnie zaś, prawdziwie demokratycznym może być tylko naród oświecony, wolny i niepodległy, który sam również nikogo nie uciska ani nad nikim nie panuje.
Rozwijający się kapitalizm państw najezdniczych rozbudził w masach robotniczych i chłopskich polskich, wraz ze świadomością klasową i demokratyczną, także świadomość narodową. Pod szponami kapitalizmu obcego i swojskiego uświadomił sobie proletariusz polski, że jest człowiekiem, dziś i jutro może jeszcze cierpiącym i wyzyskiwanym, ale mającym pewne prawa obywatelskie. W tym samym procesie duchowym uświadomił sobie dość rychło, że ma także pewne prawa narodowościowe. Od tej świadomości do postanowienia walczenia o te prawa był już krok tylko jeden, gdy siła i klasowy charakter polskiego ruchu socjalistycznego i zarazem demokratycznego były już o tyle dojrzałe i świadome swoich dróg celów, że wyrazy „Ojczyzna” i „Niepodległość” nie tylko przestały być dlań wstrętnym straszakiem, lecz stały się częścią tej świadomości. Od tej chwili stały się one programem naszym i hasłem bojowym, ukochanym, dla którego nie poświęciliśmy nigdy i nie poświęcimy naszych ideałów socjalistycznych, ale poświęcamy pracę, siły, pieniądze i życie… Dlatego to z pogardą i politowaniem odrzucamy bez odpowiedzi podstępne i ciasne pytanie: Czy zdążacie przez niepodległą Polskę do socjalizmu, czy też przez socjalizm do niepodległej Polski? Walczymy równocześnie i z równym zapałem o niepodległą Polskę i o socjalizm, albowiem nie ma i być nie może na polskiej ziem wolności, demokratyzmu ani socjalizmu bez niepodległości, albowiem Niepodległa Polska jest jedną ze stron i polskiego i międzynarodowego ideału socjalistycznego i to jedną z najważniejszych.
Niestety utrudniały zrazu ruchowi socjalistycznemu w Polsce „unarodowienie się” – jeżeli to tak nazwać wypada – burżuazja, szlachta i urzędnikieria polska, które nie wahały się każde, choćby najskromniejsze żądanie podwyższenia zarobków lub skrócenia czasu pracy, a zwłaszcza wszelkie żądanie reform demokratycznych, piętnować, jako czyn wysoce „niepatriotyczny”, używając natychmiast przeciwko „zbuntowanym” robotnikom pomocy carskich, pruskich i austriackich żandarmów i prokuratorów. Z drugiej jednak strony codzienne doświadczenia, że rządy najezdnicze utrudniały lub wręcz uniemożliwiały robotnikom organizowanie się i nieraz z góry nie pozwalały przedsiębiorcom na żadne ustępstwa na ich korzyść, umacniało klasę robotniczą w tym przeświadczeniu, że walka z najazdem jest tak samo dla niej ważną, a może nawet pilniejszą, aniżeli walka z wyzyskiwaczami. Jednym słowem robotnicy zrozumieli, że Polska niepodległa jest koniecznym warunkiem swobodnego rozwoju ich klasy. Ruch rewolucyjny narodowy zyskał w ten sposób w ruchu robotniczym socjalistycznym potężnego i pożądanego sojusznika. Dlatego mogliśmy zauważać, że – zwłaszcza pod naborem rosyjskim – socjaliści cieszyli się długo uznaniem i poparciem szczerych patriotów spośród burżuazji – dążących do rewolucji narodowej.
Znamienną jest niezmiernie rzeczą; iż stosunek ten pogorszył się, aż w końcu zepsuł się na dobre, właśnie wtedy, gdy socjaliści polscy wyraźnie wywiesili sztandar walk o niepodległość narodową, a burżuazja polska przestała marzyć o rewolucji narodowej. Nas to nie zadziwia, nie boli ani nie oburza. Stwierdzamy natomiast z dumą, że zasługą polskiego socjalizmu nie tylko wobec polskiej klasy robotniczej, ale wobec całego narodu polskiego i wobec całej międzynarodówki socjalistycznej, pozostanie na zawsze to, iż dokonał on wielkiej i płodnej syntezy, łącząc ideały patriotyzmu z ideałami socjalizmu. Że stworzył nowe pojęcie, tyle razy przez swoich niestety i przez cudzych wyszydzanego: socjalisty-patrioty.
Do istoty kapitalizmu należy, że jest on zawsze zaborczym. Dąży on do coraz większego rozszerzenia kręgu swoich poddanych przez to, że coraz szersze warstwy dawniej samodzielnych przedsiębiorców przemysłowych i drobnych chłopów wywłaszcza z środków produkcji, zakuwając ich, jako robotników najemnych, oficjalistów albo dłużników, w bezpośrednią lub pośrednią zależność od kapitalistów, a równocześnie i przez to, że usiłuje jak najbardziej rozszerzyć koło swoich odbiorców. Kapitalizm, aby mógł się rozwijać, spełnić swoją rolę dziejową – czyli aby mógł przygotować dane społeczeństwo pod względem rozwoju ekonomicznego, to jest względem rozwoju techniki przemysłowej i handlowej ich organizacji za pomocą karteli i trustów, przy równoczesnym sproletaryzowaniu przeważającej większości danego społeczeństwa, oraz podniesieniu stopnia oświaty i kultury w masie narodu, musi mieć, jako naturalną podstawę operacyjną (to jest jako punkt wyjścia, oparcia się, czerpania nowych sił do obrony lub dalszych zaczepnych działań), im szerszą, tym lepiej oczywiście, własny silny rząd narodowy, własny rynek wewnętrzny, oparkaniony cłami handel protegowany przez rząd i przezeń na zewnątrz reprezentowany, a w razie potrzeby lasem bagnetów osłaniany i rozszerzany. Naturalną tedy tendencją rozwoju ekonomicznego jest wytworzenie państw wewnętrznie spoistych i silnych, z dobrą administracją, ładem i spokojem, wolnych od wszelkich tarć wewnętrznych, aby zaspokoić potrzebę kapitalizmu posiadania wolnych i zjednoczonych państw narodowych. Nie jest to wynikiem żadnej przypadkowości, że właśnie w dobie rozkwitu kapitalistycznego powstały państwa narodowe Anglii, Francji, Niemiec, Włoch itd. i że właśnie w tych państwach narodowych kapitalizm doszedł do najwyższych szczytów swej potęgi. Dlatego też nie jest zaprzeczeniem teorii materializmu w dziejach, lecz jest raczej jej potwierdzeniem, zjawisko, iż dawne prowincje Austrii – Wenecja i Lombardia – po wiekach należenia do niej, właśnie w tej dobie oderwały się od monarchii Habsburgów, aby się przyłączyć do swej macierzy, do zjednoczonych Włoch. Dopiero od tej doby Wenecja i Lombardia zakwitły na nowo, a Włochy stały się państwem nowoczesnym, na wskroś kapitalistycznym i zaborczo imperialistycznym. Naturalną tedy i zgodną zupełnie z zasadami naukowego socjalizmu jest nie tylko dążność do utworzenia państw jednolitych pod względem narodowym, do zgromadzenia w jednym państwie narodowym wszystkich współplemieńców, lecz także wynikająca z tego założenia chęć wynarodowienia innoplemieńców, którzy by się w takim państwie znaleźli. Z tego wynika jednakowoż jeszcze dalsza konsekwencja, że nie leży w interesie kapitalistów wzmacniać rynek wewnętrzny, bo to podnosi stopę życiową ludu i podnosi płace zarobkowe. Dlatego kapitaliści w każdym kraju są wrogami ruchu robotniczego u siebie w domu, a natomiast tęsknią i dążą do podbojów, do zagarnięć cudzych krajów, które by im dostarczały tanich materiałów surowych, a równocześnie zabezpieczały im wolny od zagranicznej konkurencji rynek zbytu dla ich własnych towarów. Dlatego to niemieccy kapitaliści w Austrii z takim uporem sprzeciwiali się najpierw przez sto lat uprzemysłowieniu, a następnie wyodrębnieniu Galicji, chociaż wyodrębnienie takie pożądanym było dla panowania Niemców nad Czechami i resztą ludów austriackich.
Tak wyglądają w świetle prawdy tajemnicze źródła, z których bije miłość ojczyzny, patriotyzm gorący i ofiarny burżuazji, krzepiący i zasilający jej apetyty imperialistyczne i aneksjonistyczne… Jeżeli jakaś siła zewnętrzna – np. najazd obcy, jak to było w Polsce – zamąci kryształową toń owych źródeł, wówczas muszą się wydobywać z nich wstrętne opary targowicy, trójzaborowej lojalności narodowo-demokratycznego moskalofilizmu albo organicznego wcielania się w panslawizm lub we wszechruskij-sowieckij komunizm. Nie przeczymy, że mogą istnieć też dla działań patriotycznych inne pobudki idealnej, uczuciowej natury, lecz istnieją one zawsze tylko u jednostek, u bohaterów, nigdy u klas, i nie mogą odegrać wielkiej roli. Względy natury ekonomicznej, materialnej, są silniejsze od ideałów – one tylko rządzą losami świata.
Burżuazja polska nie spełniła niestety swego historycznego zadania, nie zbudowała w swoim czasie niepodległego państwa polskiego. Przeszkodziły jej w tym własny niedorozwój i przemoc zaborczych sąsiadów. Skutkiem tego opóźnił się o znaczny etap rozwój całego naszego życia społecznego, a tym samym opóźnił się w Polsce rozwój klasy robotniczej, która w dobie dokonywującego się przełomu nie jest ani tak liczną w stosunku do reszty społeczeństwa, ani wewnętrznie tak przygotowaną do uskutecznienia już teraz rewolucji socjalnej, jak u naszych sąsiadów niemieckich lub czeskich, chociaż – to musimy stwierdzić – i tam jeszcze nie wybiła godzina socjalizmu. Ale zadanie tworzenia jednolitego państwa narodowego polskiego, zupełnie niepodległego i zjednoczonego ze wszystkich części narodu polskiego, musi być spełnione, tak samo dokonanymi muszą być inne zadania. Spełnienie tego zadania pozostawiły pokolenia poprzednie nam i w pierwszym rzędzie klasie robotniczej. Klasa robotnicza polska stała się spadkobierczynią ideałów i celów dawniejszych warstw pokoleń rewolucyjnych, więc i walkę o niepodległość od nich przejęła. Zanim pójdziemy dalej na drodze do socjalizmu, który uważamy jako wynik musowego, nieodzownie koniecznego rozwoju ekonomicznego w pewnym określonym kierunku, musimy ten dług spłacić, którego sami nie zaciągnęliśmy, musimy odbudować Polskę wolną, niepodległą, zjednoczoną.
Więc nie jest to objaw żadnego wykpiwanego „socjal-patriotyzmu”, lecz naturalny wynik stosunków, mus dziejowy, że o zjednoczenie z niepodległą Polską, która powstała nareszcie z oparów krwi wojny światowej, Śląska Cieszyńskiego i Górnego, Spisza i Orawy, Lwowa i Wilna i zagłębia naftowego borysławskiego oraz reszty ziem polskich, walczyli i walczą w pierwszym szeregu robotnicy socjalistyczni i że w Legionach Polskich” większość, większość świadomą, stanowili robotnicy i inteligencja socjalistyczna, że twórcą tych bohaterskich Legionów nie był nikt inny tylko socjalista, założyciel, długoletni wódz i bojownik Polskiej Partii Socjalistycznej, pierwszy naczelnik Wolnej, Niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej – Józef Piłsudski.
Tadeusz Reger
Powyższy tekst Tadeusza Regera to cała broszura, wydana nakładem redakcji tygodnika „Prawo Ludu”, Kraków 1919. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.
przez Monika Kostera | wtorek 10 listopada 2020 | opinie
„Odmłodzi się społeczeństwo”. „No żal, ale przecież gospodarka”. „Ten wirus już z nami będzie i musimy się nauczyć z nim żyć”. „Ofiara przyczyni się do polepszenia gene pool”. „Choroby współistniejące, trudno”. To tylko przygarść haseł, pierwszych z brzegu, jakie pojawiają się w związku z epidemią. Może nie z tak wielką intensywnością jak inne rzeczy pojawiały się wcześniej, które oswajały rzeczy nie do przyjęcia: niedożywione dzieci, bezdomność, przejmowanie miast przez deweloperkę. Ale jednak teraz także pojawia się ten typowy dla neoliberalnego kapitalizmu trend – próba normalizacji tego, co głęboko, bulwersująco, odrażająco anormalne.
Ta próba jest wybitnie desperacka, choć widziałam już grubą desperację. W czasie 6 lat, gdy mieszkałam w Sheffield, miasto zapełniało się bezdomnymi. Początkowo ludzie mobilizowali się, by im pomóc. Potem stopniowo sytuacja się normalizowała. Służby porządkowe likwidowały ich miasteczka namiotowe, żeby nie obniżać wartości gruntu i sąsiednich nieruchomości. Ale oni sami byli coraz mocniej obecni, często po dwie osoby wokół każdego bankomatu, przy każdym sklepie. Kiedyś, dawno temu, na ulicach miast pomieszkiwali kloszardzi (raczej na ulicach miast, gdzie jest cieplej niż w Sheffield), z różnych powodów, czasami dlatego, że tak sami chcieli. Teraz jest całkiem inaczej. Wiem, bo rozmawiałam z sheffieldzkimi bezdomnymi. Dan pomieszkiwał po różnych schroniskach, ale ponieważ są one tak zorganizowane, że trzeba wciąż od nowa starać się o miejsce, nie można mieć psa, nie można mieszkać z narzeczoną ani nawet z żoną, ta możliwość jest mocno ograniczona. Dave spędzał dni czytając książkę w przejściu podziemnym i zbierając monety do pudełka. Noc po nocy odprawiano go z kwitkiem ze schroniska. Mówiono, że są bardziej potrzebujący: kobiety, także w ciąży, a on jest młody i silny i radzą mu znalezienie zadaszonego przystanku. Deb i Dylan to młoda para, która szczęśliwie dla siebie znalazła ściśle tajne miejsce (stary magazyn) do nocowania. Stracili mieszkanie, gdy umarł ojciec Dylana, z którym mieszkali. Mieszkanie po prostu zabrano, a jako że nie mieli środków na nowe miejsce pobytu, zabrano również wszystkie ich rzeczy.
Jeszcze kilka lat wcześniej takie traktowanie ludzi budziło spontaniczne akcje i protesty. Jednak ludzie zaczęli powoli normalizować te ludzkie losy poprzez różne wytłumaczenia. Na przykład, że to dlatego, iż bezdomni piją. Tak, ci ludzie piją. Bo jest cieplej. Bo jest przez chwilę mniej beznadziejnie. Bo jest wtedy o czym rozmawiać z innymi. Społeczność zaczęła tłumaczyć sobie, że to przez to że psychicznie chorzy. Ale jeśli są chorzy, to, do cholery, tym bardziej nie powinni być na ulicy. Tak czy owak, ludzie próbują tłumaczyć. Teraz też próbują, ale już wyłącznie poprzez głośne wyrzeczenie się chęci do życia. Akceptacja przez otwarty nihilizm. Czarnia dziura w środku serca.
To jest druga strona tego pociągu dziejów, o którym pisałam kilka miesięcy temu – to telepiące się wagoniki. Pisałam o jadących na lokomotywie zwycięzcach, którzy głoszą, jak będzie, definiują naszą przyszłość – nie dlatego, że umieją ja proroczo lub naukowo przewidzieć, ale dlatego, że wiedzą, dokąd zmierza unosząca ich dynamika. Niezależnie od tego, jak bardzo jest szkodliwa dla planety, dla najbliższych, dla znajomych, dla nieznanych im ludzi, jak bardzo jadowita dla duszy, niszcząca dla jakiejkolwiek radości życia – oni głoszą, że tak będzie i że trzeba się do tego dostosować, bo tak im wygodnie. Bo koniec dziecinady. Bo teraz dojrzałość. Gotowi są walić tą „dojrzałością” w twarz wszystkim, którzy nie chcą się na nią zgodzić, bij zabij, pora przecież zaakceptować. Dla podróżnych w wagonikach „zadaszony przystanek”, a dla nich? Szmal, władza, sukcesy. A przecież dojrzałość nie polega na tym, że poświęca się swoje odczucia i preferencje dla celów ludzi z władzą. Ani dla kariery. Ani dla szmalu. Dojrzałość polega na tym, że poświęca się swoje odczucia i preferencje dla ważnych wartości, które się wyznaje. Jeźdźcy lokomotywy neoliberalizmu nie wyznają żadnych wartości. To wyznawcy radykalnego nihilizmu.
Skąd więc to absolutne oddanie pędzącej w przepaść lokomotywie, skąd determinacja, by zniszczyć i splugawić wszystko, co w nich i w nas ludzkie i kruche? Myślę, że pewnie z nadmiaru ambicji i niedostatku dyscypliny, z chciwości, z braku empatii, z niedojrzałości. Ale nie o tym powinnam tu pisać. Jako naukowczyni od zarządzania powinnam raczej skierować moją uwagę na powtarzające się wzorce, systemy – kontekst. Jest to kontekst zarazem ciekawy, jak i mroczny. Bo w nim wyraźnie czegoś brakuje. To naprawdę jest tak, jakby ludzie na ogół nie wierzyli w istnienie alternatywy, od kilkudziesięciu lat, jakby – mimo wszystko – sentencja premier Thatcher, że there is no alternative – była klątwą z nieodwołalną mocą działania. Gdy czyta się historyczne teksty z czasów plag, epidemii, wojen, nawet ostatniej wielkiej wojny światowej – na ogół było w systemie jakieś przeświadczenie, że to stan przejściowy. Bo potem przyjdzie zbawienie, będzie niebo, będzie Sąd Ostateczny, będzie koniec wojny. W czasie II wojny światowej w niezmienność hitlerowskiego ładu wierzyli chyba tylko naziści i folksdojcze. Inni, nawet jeśli śmiertelnie się bali, że tego się nie da odkręcić, że ta wojna zniszczy świat, nie przyjmowali do wiadomości, że to tak ma być.
A teraz? Co straciliśmy, czego nam brak, co powinno być tam, gdzie jest w sercu wielka czarna dziura? Indywidualnie – pewnie jakieś poczucie ciepła. Ale nie powinnam o tym pisać jako naukowczyni od zarządzania. Powinnam zająć się tym, co na poziomie wyżej, w kontekście, w systemie wokół. Tam też czegoś brakuje, co tworzyło kiedyś ciepło, a teraz łączy ze sobą te czarne dziury – to, co w statystykach wygląda jak wielka postępująca pandemia depresji, jak czarna śmierć ludzkich wartości, jak systemowa niedojrzałość przejawiająca się eksplozją socjopatii w strukturach społecznych i na stanowiskach przywódczych. Dziennikarz Johann Hari tropi te trendy jeżdżąc po świecie, przeprowadza wywiady z fachowcami, szuka w literaturze naukowej. I znajduje wspólny mianownik, wyrażony w tytule jego książki: utracone więzi, lost connections. Czujemy się tak bardzo źle, bo, jako ludzkość, jesteśmy bardzo chorzy. Jesteśmy oderwani od sensownej pracy, od innych ludzi, od sensownych wartości, od świata natury, od nadziei na dobrą przyszłość. Staliśmy się wolni tak jak wolne są drobiny pyłu w kosmosie. W kosmosie nie ma życia; nic dziwnego, że cierpimy – tak się żyć nie da.
Brytyjski socjolog Guy Standing opisuje od już dość dawna nową, wyłaniającą się klasę społeczną, potencjalnie groźną dla ładu społecznego, afirmującego swoją nieuchronność. Nazwał ją prekariatem. To ludzie bez stałego zatrudnienia, bez zabezpieczenia socjalnego, bez możliwości stabilizacji na tymczasowych kontraktach, tak zwanych śmieciówkach, pracownicy sezonowi, bez żadnej gwarancji, jaką dawało kiedyś – i nadal daje mniej licznym pracownikom stałym – zatrudnienie. W odróżnieniu od tradycyjnego proletariatu ta klasa nie ma jednak zbyt oczywistych dróg do samo-organizacji – jest rozproszona, często przeładowana obowiązkami i bez przestrzeni na poszukiwane kontaktu z innymi w podobnej sytuacji i organizowanie się. Co gorsza, politycy odwołujący się do niej nie umieją jej połączyć i wydobyć z nich tej wywrotowej siły, o jakiej pisze Standing. Holenderski profesor zarządzania Hugo Letiche przypuszcza, że dzieje się tak, ponieważ politycy odwołują się do zbiorowości niemających ze sobą związków solidarności, bo to, co oni na ogół nazywają prekariatem, to zarówno pozbawieni jakiejkolwiek kontroli nad swoją pracą i życiem biedacy rodem z filmu Kena Loacha „Sorry we missed you”, jak i zadowoleni z siebie, zamożni wolnozawodowcy bez zatrudnienia, którym nie chce się płacić do wspólnej puli świadczeń społecznych i wolą bujać się na projektach, wiecznych chałturach bardzo często na szaro lub wręcz na czarno. Ich nieszablonowo ufryzowane czachy dymią frazesami, gdy wlewają w siebie kolejne modne płyny w drogich kawiarniach i pogardzają nami wszystkimi pozostałymi, pozbawionymi szyku i humoru. Dopóki ktoś nie wymyśli sposobu na wytrząśnięcie tych Piotrusiów Panów rynku pracy ze zbioru zwanego prekariatem, nie można marzyć o wytworzeniu się więzi solidarności – oni wszystkie je natychmiast wysadzą.
Z kolei tradycyjne grupy oferujące więzi mają problemy w dostosowaniu się do różnorodności i złożoności naszych czasów, więc często starają się je sztucznie wypreparować, inność wyprosić, odciąć, konstytucyjnie zakuć w kajdany. To nie szkodzi, że mamy nowoczesną medycynę – kobiety mają być zdane na łaskę i niełaskę natury i zabobonne brednie jak 500 lat temu. To nieważne, że ludzie są różni: bi-, hetero- homoseksualni. Będziemy udawać, że normalna rodzina to chłopak i dziewczyna. Co tam, że współczesna Europa to strumienie migracji i podróżników, często składające się zresztą z Polaków. Będziemy wrzeszczeć Polska dla Polaków (nie mając bynajmniej na myśli polskich Tatarów ani Polaków-Żydów – tylko jakiś fantazmatyczny naród, którego w tym kraju nigdy nie było, chyba że za czasów Króla Popiela, który jednakowoż nie wsławił się zbyt wielką roztropnością). Nieistotne, że duchowość jest wrażliwością i że ekumenizm, o czym nawet pięknie mówi katolicki papież. Będziemy dukać te same martwe formułki, bez przekonania, bez wiary, krztusić się nimi nawet bez przestrzegania ich we własnym życiu i doznawać agonii na myśl o pomniku przysłoniętym flagą, nie unosząc nawet jednej brwi, gdy publicznie pomiata się dzieciakiem w szkole za to, że jest zbyt mało „męskie”. To są przykłady zjawiska, które socjolog Zygmunt Bauman określał mianem retrotopii – sztuczne i pozbawione wyobraźni i rozwagi wtłaczanie złożonego świata w proste rozwiązania, których czas minął. Tymczasem nie da się cofnąć czasu. Łatwiej polecieć na Księżyc, niż cofnąć czas (w razie potrzeby można też wysłać na Księżyc tych którzy nam czas próbują cofać). Ale te obłędne próby, często podbudowane przemocą państwową i biznesową, nie są szaleństwem ani brakiem „edukacji” czy „kultury”, bo są zbyt globalnie powszechne, to są obecnie prawdziwe megatrendy. To zjawisko systemowe, odpowiedź na utracone więzi. To desperacka próba wymuszenia więzi tam, gdzie kiedyś były, gdzie być powinny, a jest ich coraz mniej (również dlatego, że przywołuje się je przemocą).
Francuski filozof Edgar Morin podpowiada w swojej najnowszej książce, „Changeons de Voie” – wirus zajął miejsce tych nieistniejących więzi. Wypełnił puste miejsca. Zmroził strachem, bezradnością instytucji społecznych, niekompetencją polityki, morderczą agresją wielkiego kapitału, który na tym nieszczęściu skorzystał, beznadziejnością losu drobnych firm, rzemieślników, totalną bezsilnością pracowników i bieda-prekariuszy. Rozlał się jak płyn kontrastowy po organizmie świata. Teraz widać, czego nam brak, wystarczy prześledzić te tropy i wyciągnąć z nich naukę.
Po to, by zmienić, póki jeszcze czas, póki jeszcze żyjemy. Nie po to, by przyzwyczajać się do śmierci ludzkości i całej planety. To byłby ostateczny krok w mroki czarnej dziury. Oczywiście, że możemy to zrobić, to nawet jest prawdopodobne. Ale możliwe też, że tego nie zrobimy. Morin radzi pobieranie lekcji od wirusa, uważne przyglądanie się temu, co on wypełnia, co ujawnia. Nie indywidualnie, lecz politycznie. Ja dodam, że można także organizacyjne. Organizujmy się przeciwko śmierci, nie z nią, nie dla niej. To nie jest stan do kolejnego znormalizowania, ale naprawdę wielki Wielki Post. Nie wmawiajmy sobie, że jest inaczej, nie róbmy z siebie samych idiotów. Nic nie zastąpi obrony magisterskiej twarzą w twarz, czekoladek w dziekanacie, uczniów na szkolnej dyskotece, uścisku dłoni, twarzy przy twarzy drugiego człowieka, żywego teatru, koncertu rocka. To nie znaczy, że musimy to robić za cenę śmierci tysięcy, milionów ludzi. Nośmy maseczki, uczmy zdalnie, zachowujmy dystans. Ale nie wmawiajmy sobie, że tak ma być, że tak musi być, że przyszłość i przetrwają tylko ci, którzy to znormalizują lub zapłacą miliardy za odłączenie się od losu ludzkości. To nie jest normalność i nigdy nie będzie. To wielki, bardzo wielki post, który, jak każdy post, polega na wyrzeczeniu się tego, co najlepsze. Tak, cierpienie jest wartością, zapomnieliśmy o tym, ale jest tak, w wielu religiach i nie tylko. Tak, cierpliwość jest cnotą. Nie pamiętamy o tym, ale łatwo to sobie przypomnieć, gdy stoimy samotni i cholernie smutni pod znów zamknięta kawiarnią po kawę na wynos. Nie, jaruzelski wyrób czekoladopodobny nigdy czekolady nie zastąpił – wręcz przeciwnie – każdy z nim kontakt wzmagał jeszcze bardziej pragnienie czekolady.
A więc post. Ale co będzie dalej? Wszak pości się nie po to by zrobić sobie przerwę i wrócić po więcej tego samego, tylko (w teorii) po to, by się nauczyć i zreflektować. Żeby potem żyć lepiej.
prof. Monika Kostera
Autorem grafiki w nagłówku tekstu jest Javier Muñoz.
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 8 listopada 2020 | opinie
Drogie liberałki i szanowni postępowcy – odłóżcie szampana. Wygrana Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA tylko pozornie przypominać może powrót na utarte tory prezydentury Baracka Obamy. Czteroletnia prezydentura Trumpa miała być wzięta w nawias i uznana za niestosowny psikus wyrządzony przez historię naturalnemu porządkowi rzeczy. Ale kolejne cztery lata prawdopodobnie będą w amerykańskiej i światowej polityce bardziej historycznie znaczące niż poprzednie cztery. Przypieczętowany zostanie koniec świata liberalnego.
Jednym z owoców kadencji Bidena będzie powstanie w najsilniejszym państwie świata Zachodu „superestablishmentu” poprzez zrośnięcie się politycznego establishmentu władzy z prywatnym establishmentem cenzury. Platformy technologiczne, media, rząd, instytucje, organizacje pozarządowe, wielkie korporacje, opiniotwórczy intelektualiści, uniwersytety – wszystkie ośrodki władzy grać będą do jednej bramki, odgrywając niewiarygodną scenkę oporu wobec bliskiej faszyzacji. Rosnący sprzeciw wobec superestablishmentu, nie mającego nic wspólnego z politycznym liberalizmem, spowoduje, iż prawicowy populizm zamiast zasłużenie zniknąć, przeżywać będzie renesans.
Joe Biden, w przeciwieństwie do Baracka Obamy i Hillary Clinton, nie jest neoliberałem z przekonań. W swojej pięćdziesięcioletniej karierze politycznej kierował się niemal wyłącznie interesem własnej politycznej przyszłości. Był jako senator w latach 90. współautorem prawicowej ustawy, która doprowadziła do wzrostu liczby osób (szczególnie czarnoskórych) osadzonych w więzieniach. Jako senator ze stanu Delaware (będącego rajem podatkowym) promował interesy sektora finansowego, np. w zakresie niemożności ogłoszenia bankructwa długu studenckiego. Jednak nigdy nie był ideologiem, a pomoc korporacji w finansowaniu własnych kampanii wyborczych traktował transakcyjnie. Pomimo iż wielomilionowe rachunki za leczenie chorego na nowotwór syna niemal doprowadziły rodzinę Bidenów do bankructwa, ten nadal popiera sektor prywatnej służby zdrowia.
W przeciwieństwie jednak do większości polityków Biden nie miałby nic przeciwko prowadzeniu polityki bardziej postępowej – o ile korzyści dla jego kariery byłyby większe niż koszty. Prawa ręka Bidena, Ted Kauffman, nominowany do senatu po objęciu przez Bidena wiceprezydentury, był współautorem projektu ustawy o przywróceniu regulacji Glass-Steagall, czego niestety nie udało się uchwalić. Na tle układającego skład rządu pod dyktando prywatnego banku Baracka Obamy, Biden może się wydawać wręcz neutralnym wyborem.
Zresztą, również lepsza część posunięć zagranicznych Baracka Obamy – umowy z Iranem i Kubą, prawdopodobnie celowe przeciąganie decyzji o ataku na Syrię celem wzmocnienia oporu opinii publicznej wobec interwencji – cieszyła się poparciem Bidena, przy bardziej agresywnej postawie szefów dyplomacji USA.
Dobiegający za kilka lat osiemdziesiątki Biden nie kontroluje jednak procesów, które uruchomiła opozycja względem Donalda Trumpa. Tworzący się superestablishment całkowicie porzucił nawet wyrywkowe traktowanie serio liberalnych wartości. Trump uruchomił w dawniej liberalnej amerykańskiej burżuazji pokłady „religijności” wyrażającej się w świętym oburzeniu wobec „heretyków”. W związku z tym cenzura wypowiedzi Trumpa, jego urzędników i sprzyjających mu gazet przez stacje telewizyjne i media społecznościowe spotkały się nie z oburzeniem wobec ataku na wolność słowa, lecz z wiwatami postliberałów. Nawiasem mówiąc, problem „fake newsów” jest realny i przyczynia się do rozpadu wspólnot. Sposobem na walkę z nim nie jest jednak coraz bardziej prewencyjna cenzura, lecz rozbicie i uregulowanie oligopoli mediów społecznościowych. Należy uniemożliwić sprzedawanie czasu uwagi użytkowników oraz algorytmizowanie ich preferencji.
Amerykańska prawica podczas czteroletniego polowania na czarownice dostanie drugie życie. Niezasłużenie. Kontrolowany przez Partię Republikańską senat będzie się starał torpedować jakiekolwiek progresywne posunięcia Bidena, wpływając na przedłużenie się światowej dekoniunktury. Prawica będzie jednak mogła przedstawić się jako atrakcyjna alternatywa. Jak przewidywano na tych łamach, Trump uzyskał w tych wyborach bezprecedensowo wysokie jak na kandydata prawicy poparcie wśród mniejszości etnicznych. Wszystko dzięki coraz mocniej uwypuklającemu się konfliktowi klasowemu między wykształconą a mniej wykształconą częścią społeczeństwa.
O konflikcie klasowym między górnymi 10-15% najbogatszych (z wyłączeniem multimilionerów i miliarderów) a resztą społeczeństwa pisało w ostatnim czasie wielu autorów. Obyczajowo liberalna burżuazja przeciwstawiana jest klasie ludowej. Konflikt ten ma potencjał ograniczania praw ekonomicznych i obywatelskich klasie ludowej uznanej za „niegodną” pod względem moralnym. W kontekście międzynarodowym warto zauważyć potencjał imperialistyczny takiej narracji. Za oczywiste uznaje się, przykładowo, iż ogólnoświatowe standardy co do właściwego przedstawiania i traktowania osób czarnoskórych wypracowywane są nie na kontynencie afrykańskim, lecz w Stanach Zjednoczonych.
Dawną kolonialną „misję cywilizacyjną” wobec tubylców oraz późniejsze „polityki rozwojowe” pod dyktando technokratów z cywilizacyjnego Centrum, mogą zastąpić sankcje nakładane na kraje i korporacje dowolnie uznane za naruszające imperialny standard w jakimś kulturowym zakresie. Efektem takiej polityki mogłoby być wzmocnienie siły największych ponadnarodowych korporacji, wypracowanie elementów protekcyjnych wobec nich oraz narzędzi dyscyplinowania i unieszkodliwiania potencjalnej nieimperialnej konkurencji.
W istocie test nowego systemu widzieliśmy już podczas głosowania 3 listopada. Równocześnie z wyborami prezydenckimi stan Kalifornia przeprowadził głosowanie nad „propozycją 22”, nadającą prawa kierowcom Ubera i Lyfta. Giganty technologiczne wydały 200 milionów dolarów na kupienie progresywnych organizacji i przedstawienie propozycji jako aktu rasistowskiego i skierowanego przeciw mniejszościom (co jest dokładną odwrotnością samej propozycji). Liberalni Kalifornijczycy zagłosowali zgodnie z umoralniającymi nawoływaniami progresywnych liderów i odrzucili propozycję – co spowodowało wielki oddech ulgi u korporacji. Postliberalne radio NPR nazwało ten rezultat „zwycięstwem sprawiedliwości społecznej”.
Nadejście ery superestablishmentu spowoduje więc ponowne wejście do gry prawicowych populistów, dzięki cenzorskim zapędom postliberałów wiarygodnie przedstawiających się w przebraniu obrońców klasy ludowej. Jednak hegemoniczna ofensywa postliberalnej burżuazji, poza irytującą wyższościową manierą i wzmacnianiem prawicowych ściemniaczy, ma jeszcze jeden istotny minus. Konflikt postliberalnej burżuazji i klasy ludowej zaciemnia kwestię oligarchiczną, to jest istnienie wąziutkiej warstwy beneficjentów hiperakumulacji kapitałowej ze wszystkimi tego zgubnymi skutkami.
Górne 15% społeczeństwa bierze na siebie, chętnie co prawda, odgrywanie roli złych, kierujących się resentymentem autokratów. Sedno sytuacji jest jednak nieco inne. W 2011 roku koncern VW wyemitował telewizyjną reklamę volkswagena passata, która dobrze ilustruje istotę tych relacji. W reklamie kilkuletnie dziecko przebrane za Lorda Vadera z „Gwiezdnych Wojen” próbuje siłą woli przemieszczać przedmioty. W końcu udaje się: VW passat zareagował na komendę małego Vadera. Widz reklamy dowiaduje się, iż wszystko za sprawą mającego kluczyki ojca małego Vadera. Dziecko, niczym postliberalna burżuazja, ma dzięki temu poczucie sprawczości i satysfakcję. W istocie jednak działają tylko te komendy, które aprobuje właściciel. Pozostaje pytanie, czy Amerykanie skupią się na przebranym „Lordzie Vaderze”, czy może zorientują się, kto trzyma kluczyki?
Krzysztof Mroczkowski
przez Jarosław Niemiec | środa 4 listopada 2020 | opinie
Jeśli transformacja energetyczna ma mieć sens, to musi ona służyć ludziom i klimatowi, a nie zyskom. Jeśli Nowy Zielony Ład ma ocalić ludzkość, to musi on zadziałać w skali globalnej, w sposób zrównoważony i systemowy. Jeśli energetyka węglowa ma być wygaszana, niech odbędzie się to w cywilizowanych warunkach. Nowy Zielony Ład musi się przejawiać w rosnącym dobrostanie ludzkości, a nie w postaci wykresów ekonomicznych.
Wiele jest kwestii z pogranicza energetyki i ekologii, które co dociekliwsi wykorzystują jako argumenty jedni przeciw drugim, ale kiedy na nie popatrzeć i nie oddzielać ekonomii od ekologii, technologii i spraw społecznych, to czasem widać co może się kryć za pięknym hasłem o ochronie klimatu. I nie są to miłe perspektywy.
Dlaczego ekologom powinno zależeć na obronie polskiego górnictwa tak jak górnikom?
Podstawowym problemem, jaki dotknie Polskę w procesie transformacji energetycznej, która już wydaje się przesądzona, niezależnie pod jakimi hasłami przebiegnie, będzie konieczność wygaszenia górnictwa. Tak przynajmniej wynika z celów klimatycznych postawionych przez UE. Wydaje się to dzisiaj dogmatem nie do podważenia i chyba nawet górnicze związki zawodowe przyjęły to wiadomości. Ale nie takie dogmaty obalano, kiedy ktoś podrążył temat. Na pewno jest kilka przesłanek, które każą się zastanowić, czy na pewno trzeba wygaszać polską energetykę węglową tak szybko. Przede wszystkim węgiel nie zniknie z europejskiego miksu energetycznego natychmiast po zamknięciu polskich kopalń. Potrwa to wiele lat i w tym czasie węgiel będzie spalany w polskich i europejskich elektrowniach. Będzie to węgiel spoza Europy. Koszty przyrodnicze i społeczne tego importu są ogromne. Wskazuje je Związek Zawodowy „Przeróbka” w swoim „Manifeście na rzecz sprawiedliwej transformacji energetycznej. Właściwie dość powszechna jest już wiedza, że chodzi o to, aby węgiel był tani, nawet za cenę naruszania praw człowieka, pracownika i dewastacji kolejnych kluczowych obszarów przyrody. Jeśli więc odchodzimy od węgla, niech stanie się to w cywilizowanych warunkach, a takie mimo wszystko jeszcze w polskim górnictwie panują, choć prawie wszystko jest do poprawy. A może ten proces wymaga ściągnięcia cugli, bo likwidatorów chyba konie poniosły.
Do czego ekonomizm sprowadził Nowy Zielony Ład
W powszechnej opinii przyjęła się alternatywa kusząca prostotą: albo klimat, albo węgiel. Podzieliła ona ekologów i górników na dwa przeciwstawne obozy, które mają cele nie do pogodzenia. Ekonomizm Nowego Zielonego Ładu pozostaje tutaj w ukryciu. Wychodzi na jaw dopiero, gdy odrzuci się tę nieprawdziwą alternatywę i postawi pytanie: „jakie jest miejsce węgla w transformacji energetycznej?”. Odpowiedzi są oczywiste, bo powszechnie wiadomo, że w dość długim okresie przejściowym będzie on paliwem zapewniającym stabilność systemów energetycznych. Po tym czasie z pewnością stanie się surowcem przemysłowym i należy przypuszczać, że jego cena, jako surowca, znacznie wzrośnie, gdyż inwestycje w złoża będą musiały się co najmniej zwrócić w cenie, a ponieważ wolumen wydobycia spadnie, to cena jednostkowa wzrośnie. W unijnych planach jest wyznaczenie europejskich rezerw surowców, w czym upatruje się szans dla polskiego górnictwa. Mówił o tym komisarz UE Thierry Breton. Nawiasem mówiąc, złoża węgla koksowego Jastrzębskiej Spółki Węglowej już znalazły się na europejskiej liście surowców strategicznych (za: Rzeczpospolita, Anna Słojewska: „Europejski głód krytycznych surowców”, 4 września 2020). Nie ulega wątpliwości, że ogromną, o ile nie pierwszorzędną rolę gra tu interes ekonomiczny i byłoby głupotą rezygnować zbyt szybko z czegoś, co za jakiś czas okaże się surowcem przemysłowym.
Z drugiej strony przemysł OZE, jeśli jest ukierunkowany głównie na korzyści ekonomiczne i technologiczne, przynosi więcej szkody niż pożytku. Przykład Kalifornii pokazuje, że takie inwestycje podejmowane bez uwzględnienia całego ekosystemu przynoszą skutki katastrofalne. Dziś Kalifornię dręczą susze i pożary m.in. dlatego, że swego czasu stawiano tam bez opamiętania wiatraki, których potężne fundamenty „wycisnęły’ resztki wód gruntowych i zamieniły w pustynię wielkie połacie stanu. To, co się dzisiaj dzieje, to konsekwencje. Drugą konsekwencją jest konieczność czerpania dodatkowej mocy z energetyki konwencjonalnej, pod groźbą blackoutu, gdyż zwiększyło się zapotrzebowanie na moc z powodu coraz większego zapotrzebowania do zasilania urządzeń klimatyzacyjnych. Cel ekologiczny okazał się klapą. Całą inwestycję stanu Kalifornia i buńczuczne zapowiedzi, że będzie to stan w 100% bezemisyjny można byłoby uznać za nadgorliwość tamtejszych władz, gdyby nie to, że rynek energii odnawialnej jest rynkiem innowacji, atrakcyjnym miejscem zarobku i ciągle się rozwija, więc tego aspektu nie sposób pominąć.
Nowy Zielony Ład jest wzniosłym hasłem. Ale pod równie wzniosłymi hasłami wolności i demokracji dokonywano skoku na rynki ropy na Bliskim Wschodzie i nie tylko. Czy nie powinno się najpierw zweryfikować, czy Nowy Zielony Ład nie jest skokiem na kasę w wykonaniu światowych gigantów? Bo gdy się weźmie pod uwagę, że do tej pory nie ma podatku od śladu węglowego oraz systemu globalnej subwencji dla krajów, które będą utrzymywały na swoich terytoriach nienaruszone ekosystemy, to trudno o zaufanie. Przecież na zdrowy rozum od tego powinno się zacząć. Ale podatek od śladu węglowego podniesie ceny towarów i nie będą już tak dobre, bo tanie. A bogata część Europy chce mieć towary dobre, bo tanie i nie ponosić przykrych skutków ubocznych ich produkcji. Żeby było miło, tanio, czysto i zdrowo. Sprawa śladu węglowego odwraca dyskusję.
Nawet ta taniość energii odnawialnej nie przekonuje, bo wypada zapytać, ile skorzystali na niej polscy odbiorcy. Kiedy w styczniu i lutym do polski płynęły nadwyżki energii z krajów UE, podobno prawie za darmo, nie skorzystał na tym ani jeden odbiorca. Nie odczuli tego ci, który mają wielkie trudności z płaceniem słonych rachunków za prąd, nie odczuli ci, którym już prąd wyłączono. A podobno było za darmo? Nie można było dać skorzystać ludziom? No raczej nie, z tego samego powodu, z którego lepiej zniszczyć żywność niż oddać potrzebującym. To jest biznes, a nie filantropia.
Czego nie wolno nam stracić?
Przede wszystkim suwerenności energetycznej i stabilności systemu energetycznego. To są sprawy fachowe, ale wiadomo, że energia z OZE jest kapryśna tak jak żywioły, z których pochodzi. Stabilne źródła są potrzebne. Niektórzy mówią o atomie, inni o gazie, ale pokazały się technologie (m.in. w Japonii) bezemisyjnego spalania węgla, odgazowywania go itd. Póki co Polska dysponuje tylko węglem i byłoby samobójstwem uzależnić się od surowców krajów trzecich, póki nie mamy nic innego. W każdym razie utrata suwerenności energetycznej uczyni gospodarkę Polski jeszcze bardziej peryferyjną, a kraj właściwie bezbronny przed dywersją energetyczną.
Nie wolno utracić tradycji i kulturowego dziedzictwa regionów górniczych, głownie Górnego Śląska. Kultura tego regionu oparta jest na węglu. Nie może dojść do utraty takiej cywilizacji jak nie przymierzając wyginięcia górników-Krasnoludów z ksiąg Tolkiena. Należy tradycje górnicze kultywować, na nich budować region i nie wyrzekać się górnictwa, choćby dało się je utrzymać tylko w niedużej części.
Nie wolno utracić miejsc pracy i dochodu. Choć w polskim górnictwie jest sporo do poprawy, to utrata miejsca pracy o europejskim standardzie stworzy miejsca pracy, gdzie prawa pracownicze i prawa człowieka nie będą w ogóle przestrzegane, a tak dzieje się w większości krajów, z których płynie tani węgiel,
Co powinien nam dać Nowy Zielony Ład?
Celem NZŁ powinny być dobrostan społeczny i bezpieczeństwo, a nie zyski graczy rynkowych. Gwarantowany dostęp do możliwie czystej energii, poprawa stanu klimatu oraz korzyści dla pracowników i polityki społecznej. Brzmi jak sielanka, ale wystarczy podjąć temat wykluczenia energetycznego i jak na dłoni widać, że w Polsce mamy ukryte zapotrzebowanie na energię. Jest to 14% wykluczonych potencjalnych odbiorców, zatem jest dla kogo budować wiatraki i panele bez konieczności drastycznego ograniczania mocy z węgla. To tania energia – nie dość, że zielona, to jeszcze z wymiarem socjalnym. Oczywiście można mnożyć listę życzeń wobec sprawiedliwej transformacji, która chwilowo przyjmie wszystko bez konsekwencji, bo i tak rządzi głownie ekonomia. Gdyby można wybierać, czyją znaną twarz powinien mieć Nowy Zielony Ład, to lepiej, żeby miał łagodne i społeczne oblicze papieża Franciszka, niż złą, bezwzględną i zawziętą twarz Leszka Balcerowicza.
Jarosław Niemiec
przez Łukasz Misiuna | niedziela 25 października 2020 | opinie
„Uruchomienie wydobycia złóż wapienia „Ruda Kościelna” w miejscowości Ruda Kościelna, gm. Ćmielów, eksploatacją powierzchniową w odległości zaledwie ok. 150 m od granicy obszaru kompleksu kopalń »Krzemionki«, będącego dobrem światowego dziedzictwa, oraz 25 m od kopalni krzemienia pasiastego »Księża Rola«, wpisanej do rejestru zabytków, będzie nie tylko jednoznacznym zaprzepaszczeniem prac kilku pokoleń archeologów, geologów i przyrodników, ale przede wszystkim będzie działaniem niezgodnym ze statutem dobra światowego dziedzictwa. Złamanie tych warunków może w konsekwencji doprowadzić do wykreślenia Krzemionkowskiego Regionu Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO” –
Instytut Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk, prof. dr hab. Marian Rębkowski
Pradziejowe kopalnie krzemienia pasiastego koło Ostrowca Świętokrzyskiego, tzw. Krzemionki, są zagrożone planami utworzenia kopalni wapienia pod Rudą Kościelną. Świętokrzyskie Kopalnie Surowców Mineralnych chcą rozpocząć eksploatację złoża zlokalizowanego w otulinie światowego obiektu UNESCO, w bezpośredniej bliskości obszaru Natura 2000 i rezerwatu przyrody. Aby to się stało, muszą odkupić teren od lokalnych biznesmenów. Inwestycja grozi utratą statusu obiektu UNESCO, zniszczeniem cennego zimowiska nietoperzy, zabytkowych kopalń, krajobrazu kulturowego oraz strategicznego zbiornika wód podziemnych. Pomysłowi sprzeciwiają się dyrekcja Krzemionek, mieszkańcy Rudy Kościelnej oraz środowisko naukowe w Polsce.
Dlaczego Krzemionki są unikatem na skalę światową?
W 1922 r. pod Ostrowcem Świętokrzyskim prof. Jan Samsonowicz dokonał niezwykłego odkrycia. W czasie swoich prac pod Krzemionkami natrafił na ślady prehistorycznych kopalń. W ciągu kolejnych lat odnaleziono tu około 4000 kopalń krzemienia pasiastego datowanych na okres ok. 3900–1600 lat p.n.e. Pole eksploatacyjne w Krzemionkach jest umiejscowione na obszarze wychodni wapienia górnojurajskiego. Ma ono kształt paraboli o długości 4,5 km i szerokości 20–200 m, a powierzchnię – ok. 78,5 ha. Większość szybów powstała w wyniku działalności górników w latach 2900–2500 p.n.e. Wytwarzane przez nich krzemienne siekiery były rozprowadzane w promieniu aż 660 km.
Ten niezwykły obiekt szybko stał się miejscem pielgrzymek archeologów kilku pokoleń, a następnie wielu turystów. Świetnie zachowane kopalnie wraz z krajobrazem kulturowym zostały uznane za jeden z najważniejszych tego rodzaju obiektów na świecie.
Walory archeologiczne współwystępują tu z przyrodniczymi. Zostało to docenione poprzez objęcie Krzemionek Opatowskich różnymi formami ochrony: 16 września 1994 r. zarządzeniem Prezydenta RP Krzemionki zostały uznane za Pomnik Historii Polski; powołano rezerwat przyrodniczy „Krzemionki Opatowskie” zarządzeniem Ministra Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa z dnia 27 czerwca 1995 r.; utworzono Obszar Chronionego Krajobrazu Doliny Kamiennej rozporządzeniem wojewody kieleckiego z dnia 29 września 1995 r.; powołano obszar Natura 2000 „Krzemionki Opatowskie” PLH260024 w 2011 r.; wpisano Krzemionkowski Region Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO 6 lipca 2019 r.
Obecnie trwa proces powołania parku kulturowego, w którym biorą udział władze gmin Bodzechów, Ćmielów i Ożarów. Podpisały one list intencyjny w tej sprawie.
Niektóre z istniejących, znanych pól górniczych nadal czekają na przebadanie archeologiczne. Zostały rozpoznane przy zastosowaniu skanów laserowych i też są wpisane do rejestru zabytków. Tak właśnie jest w przypadku pól pod Rudą Kościelną.
Starosta Powiatu Ostrowieckiego Marzena Dębniak: „Zachowanie i ochrona dziedzictwa kulturowego, chociażby ze względu na jego znaczenie dla rozwoju cywilizacyjnego, stanowi jedno z podstawowych zadań państwa, co podkreśla Konstytucja RP”.
Splot warunków i światów Górnego i Dolnego
Niemal 100 ha pól pokrytych jest pozostałościami neolitycznej działalności górniczej. Archeolodzy dyrektor dr Andrzej Przychodni i Artur Jedynak z krzemionkowskiego muzeum wskazali mi, w czasie wizji terenowej, fragmenty narzędzi wykonanych przez pradziejowych górników, których pozostałości zwozi się na skraj uprawianych pól. W latach 60 XX wieku w tym miejscu potwierdzono obecność dużych złóż wapieni. Okazuje się jednak, że cała ta powierzchnia znajduje się w zasięgu Głównego Zbiornika Wód Podziemnych GZWP nr 420 Wierzbica-Ostrowiec. Wody podziemne znajdują się tu na głębokości około 30 metrów. Oddalone o niecały kilometr podziemia muzeum archeologicznego sięgają nawet 10 metrów w głąb ziemi, a stabilna i wysoka wilgotność powietrza, niezbędna do zachowania dobrych warunków mikroklimatycznych wewnątrz, zależy również od wód podziemnych. Taka wilgotność i temperatura są niezbędne do zachowania w dobrym stanie podziemnych chodników. Co więcej, podziemia neolityczne stanowią ważne lokalnie zimowisko nietoperzy, w tym gatunków wymienionych w Dyrektywie Siedliskowej. To oznacza, że niejako z automatu zimowisko to jest chronione na mocy prawa unijnego, ale też międzynarodowego porozumienia o ochronie nietoperzy Eurobats, którego sygnatariuszem jest Polska. Zimą 2019 r. zinwentaryzowałem nietoperze na terenie „Krzemionek Opatowskich”.
Uniwersytet Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie, Instytut Archeologii, dr hab. Piotr Łuczkiewicz: „Ten najstarszy, autentyczny, unikatowy w skali światowej obiekt z ziem polskich można porównać w skali rozpoznawalności z francuskim Lascaux czy brytyjskim Stonehenge. (…). Krótkowzroczne cele i zyski ekonomiczne nie mogą przysłonić wartości dumy polskiej archeologii oraz światowej spuścizny kulturowej”.
To, co znajduje się na powierzchni, jest zrozumiałe dla specjalistów albo po wyjaśnieniu. Na pierwszy rzut oka ta okolica to pola i lasy. Jednak kiedy już wiesz, na co patrzeć, zauważasz wszechobecne ślady życia i pracy ludzi z 4000–2000 r. p.n.e. To czasy starożytnego Egiptu, Mezopotamii, pierwszej ekwadorskiej ceramiki, tabliczek glinianych w Babilonii, ale też początek epoki Kalijugi w hinduizmie i buddyzmie, epoki końca znanego nam świata. To również czasy wynalezienia koła, koła garncarskiego, udomowienia konia i… wynalezienia piwa. Krzemionki są rówieśnikami Stonehenge. Ta świadomość pozwala nam zrozumieć, na co patrzymy. Na część globalnej całości wielkich kultur i cywilizacji, które uczyniły z dzikiego łowcy i koczownika człowieka współczesnego – istotę twórczą, religijną, innowacyjną i… w pełni społeczną. Kontakt z kopalniami, z podziemiami w Krzemiankach to doznanie mistyczne. Niby wiemy, że to tylko kopalnia „półdzikich” ludzkich istot, ale kiedy poruszamy się te 7–10 metrów pod ziemią, pamiętamy, że nie było tu światła elektrycznego, że górnicy rozświetlali chodniki ogniem, ozdabiali węglem ściany malując jakieś prawdopodobnie religijne znaki, zaczynamy czuć zapachy, słyszeć dźwięki, rozumieć trud tych istot, determinację i kunszt. Widzimy w białej toni kredowych ścian ławice buł krzemiennych i już sam ten widok kontaktuje nas z obszarami, których normalnie nie dotykamy. Zniszczenie krzemionek to zniszczenie możliwości kontaktowania się z tymi właśnie światami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Nieustanne schodzenie do tego podziemnego świata, ciężka praca narzędziami z poroży zwierząt, wydobycie urobku na światło dzienne, transport i produkcja narzędzi. Wielki, wspaniały cykl życia, pracy i śmierci ludzi współczesnych wielkiemu Egiptowi i Babilonii. Gdyby mieli internet, zamówienia byłyby realizowane tą drogą.
Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, Instytut Archeologii, prof. dr hab. Paweł Valde-Nowak: „Nie można (…) doprowadzić do naruszenia unikatowej, bezcennej substancji zabytkowej z systemem szybów i podziemnych wyrobisk a także widocznych na powierzchni terenu pozostałości szybów i hałd, kopalnia krzemienia w Krzemionkach Opatowskich jest jednym z nielicznych europejskich obiektów o takich cechach”.
Współczesność nie jest sentymentalna
Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego dla tego terenu został uchwalony 13.03.2003, czyli nie uwzględnia zarówno faktu powołania obiektu UNESCO, planów utworzenia parku kulturowego, jak i uchwalenia ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z dn. 2.07.2003 r. Zatem plan ten jest anachroniczny i wymaga pilnej aktualizacji. Co więcej, jest niezgodny z obowiązującym obecnie prawem i stanem wiedzy naukowej. Niestety dopuszcza eksploatację złoża wapieni, aczkolwiek nie obliguje do tego.
Jak napisał archeolog Artur Jedynak w opinii zatwierdzonej przez dyrektora Muzeum Ostrowieckiego z siedzibą w Krzemionkach „plan nie wypełnia również wymagań ochrony, które są konsekwencją wpisania Krzemionkowskiego Regionu Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego na Listę światowego dziedzictwa UNESCO wraz ze wskazanymi tzw. strefami buforowymi dla objętych tym wpisem zabytków. W strefach tych wg zasad przyjętych w Wytycznych operacyjnych do realizacji Konwencji Światowego Dziedzictwa, par. 103-107 powinno się dążyć do wprowadzenia komplementarnych restrykcji prawnych lub zwyczajowych, nałożonych na sposób użytkowania i rozwoju tego obszaru w celu uzupełnienia ochrony dobra światowego dziedzictwa o dodatkową warstwę. W przypadku KRPGKP strefy buforowe, zgodnie z zasadami określonymi w cytowanych wytycznych, obejmują bezpośrednie otoczenie dobra, ważne widoki i obszary mające funkcjonalne znaczenie dla dobra i jego ochrony. Omawiany obszar jest elementem krajobrazu kulturowego ukształtowanego przez człowieka kilka tysięcy lat temu i zachowanego do dnia dzisiejszego oraz stanowi ważne świadectwo minionej epoki, którego zachowanie leży w interesie społecznym”.
Jak wspomniałem, teren ten podlega rozmaitej ochronie prawnej, zarówno krajowej jak i międzynarodowej, zarówno jako obiekt kultury, jak i przyrody o ponadprzeciętnych wartościach, porównywanych np. do słynnego Stonehenge. Trudno sobie wyobrazić, aby 100, 200 czy 500 metrów od Stonehenge ktoś utworzył kopalnię. W Polsce, w województwie świętokrzyskim, na taki pomysł wpadło dwóch ostrowieckich biznesmenów. Doprowadzili do uchwalenia MPZP dla terenu, którego stali się właścicielami. Wiedząc o istniejącym złożu i zapewne planując jego eksploatację.
Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk, prof. dr hab. Sylwester Czopek: „Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk wyraża głębokie zaniepokojenie informacjami na temat planowanej eksploatacji wapieni górnojurajskich w miejscowości Ruda Kościelna, gmina Ćmielów, w bezpośrednim sąsiedztwie rozległego, pradziejowego pola górniczego, na którym od około 4 tys. do 2 tys. lat p.n.e. człowiek prehistoryczny na wielką skalę wydobywał i przerabiał na narzędzia miejscowy krzemień, tzw. pasiasty. Po zapoznaniu się z dokumentacją planowanej inwestycji Komitet wyraża zdecydowany sprzeciw wobec przemysłowej eksploatacji wapienia w bliskim sąsiedztwie zabytkowej kopalni krzemienia”.
Co więcej, swoimi cennymi działkami zainteresowali Świętokrzyskie Kopalnie Surowców Mineralnych, które to przedsiębiorstwo jest spółką Skarbu Państwa. Tego samego państwa, które postanowiło w szczególny sposób chronić Krzemionkowski Region Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego światowy obiekt UNESCO, rezerwat przyrody, obszar Natura 2000 i Pomnik Historii. Jest jasne, że zakład górniczy chce kupić te działki, aby eksploatować złoża, a nie żeby chronić pradziejowe świadectwa górnictwa.
Marszałek Województwa Świętokrzyskiego Andrzej Bętkowski: „Samorząd Województwa popiera starania Muzeum o zachowanie i zabezpieczenie w jak najlepszym stanie obszaru będącego pod ochroną konserwatorską i przedmiotem wpisu na Listę UNESCO oraz przychyla się do stanowiska Muzeum. Wszelkie czynności zmierzające do naruszenia obszaru chronionego należy uznać za nieprawidłowe i niepożądane. Dobra Światowego Dziedzictwa podlegają szczególnej ochronie i opiece przed utratą wyjątkowej i oryginalnej wartości”.
Napięcie rośnie
Od około roku rośnie napięcie wokół sprawy. Odbywają się spotkania z mieszkańcami Rudy Kościelnej, którzy protestują przeciwko planom utworzenia zakładu uciążliwego dla zdrowia i przyrody. Mieszkańcy podkreślają, że liczą na zyski z prowadzonej działalności turystycznej i przyrodniczej dzięki niezwykłemu i cennemu sąsiedztwu. Burmistrz Ćmielowa Joanna Suska, zapytana przez nas kilka miesięcy temu o stan procedowania sprawy, odpowiedziała w piśmie, że urząd nie zajmuje się tą sprawą. Oficjalnie nikt niczego nie zgłosił. Natomiast na spotkaniach ze społecznością lokalną przedstawiciele Świętokrzyskich Kopalni Surowców Mineralnych dość szczegółowo opowiadali o założeniach realizacyjnych i planach wydobycia. Szczegółowo, ale nierzetelnie, często dezinformując mieszkańców co do rzeczywistego wpływu tego rodzaju zakładu na zdrowie, mienie, krajobraz, zabytki i środowisko, a także strategiczne zasoby wód podziemnych. Co więcej, dyrekcja Krzemionek koresponduje polemicznie ze Świętokrzyskimi Kopalniami Surowców Mineralnych, które reprezentuje firma zajmująca się wykonywaniem raportów oddziaływania na środowisko (GeoEko Ochrona Środowiska i Planowanie Przestrzenne).
Państwowe Muzeum Archeologiczne w Warszawie, mgr Witold Migal: „Trzeba podkreślić, że wspomniane kopalnie objęte ochroną są dotychczas jedynymi na świecie, gdzie takie struktury odkryto i opisano. (…). W świetle obecnej doktryny konserwatorskiej nie uważa się aby jakiekolwiek czynniki ekonomiczne mogły być wystarczającą przesłanką dla niszczenia otoczenia obiektów o światowym znaczeniu, zarówno naukowym, jak krajobrazowym i turystycznym”.
Już na pierwszy rzut oka widać, że pomimo oczywistych, niepodważalnych wartości kulturowych i przyrodniczych, górnicy chcą rozpocząć eksploatację złoża, co z bardzo dużym prawdopodobieństwem przyniesie niepowetowane, trwałe i długoterminowe szkody w strategicznych zasobach wodnych, w świecie przyrody, w krajobrazie, w zdrowiu i mieniu mieszkańców. Proszę sobie wyobrazić około 80-hektarowy kamieniołom z ciężkim sprzętem i innymi maszynami, z siecią dróg technologicznych. A wszystko to… w otulinie światowego obiektu UNESCO, w bezpośrednim sąsiedztwie obszaru chronionego i kilkaset metrów od zabudowy mieszkaniowej. Taki absurdalny scenariusz wydaje się być niemożliwym. Pani burmistrz Ćmielowa pytana o zdanie odpowiada, że ważne jest dla niej dobro mieszkańców. Nie wiadomo jednak, jak to dobro rozumie i czy dopuszcza eksploatację tego złoża, a w konsekwencji utratę statusu obiektu UNESCO, konflikt i sprawę przed Komisją Europejską (z uwagi na wpływ kopalni na przedmioty ochrony obszaru Natura 2000), zniszczenie pradziejowych kopalni, dewastację unikalnego na skalę światową krajobrazu kulturowego oraz zniszczenie Pomnika Historii ustanowionego przez Prezydenta Polski?
Eksploatacja tych złóż doprowadzi do zakłóceń stosunków wodnych, co może grozić odwodnieniem okolicznych wiosek, zniszczeniem mikroklimatu podziemi, zimowiska nietoperzy, zapyleniem, dewastacją okolicznych, chronionych lasów, emisją spalin i hałasu.
Tak inwazyjna inwestycja naruszy wszystkie trzy filary konstytucyjnej zasady zrównoważonego rozwoju oraz unijną zasadę przezorności wyrażoną w Traktacie Europejskim, Dyrektywie Siedliskowej oraz ustawie z dnia 27 kwietnia 2001 r. Prawo ochrony środowiska Art. 6. (Zasada zapobiegania i przezorności).
Żaden zysk z eksploatacji wapieni nigdy nie będzie w stanie zrekompensować trwałych strat kulturowych, przyrodniczych, społecznych i wizerunkowych dla Polski. Co prawda nie ma w Świętokrzyskiem wielu zakładów przemysłowych, ale zawsze można do nas przyjechać zobaczyć przemysłowe i religijne początki Europy i kupić je sobie, aby je zdewastować.
Łukasz Misiuna
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Krzemionki. Pawilon naszybowy „Wojciech” z rekonstrukcją otoczenia wyjścia z szybu 7/610, fot. Krzysztof Pęczalski
Artykuł powstał na podstawie analizy dokumentów będących w posiadaniu Stowarzyszenia MOST, wizji lokalnych, rozmów z osobami zaangażowanymi w sprawę, dostępnej literatury naukowej, doniesień medialnych.
przez Edward Hockings | środa 21 października 2020 | opinie
Kończy się okres, gdy głos opinii publicznej był słyszany. To niebezpieczne.
Wielu ludzi sądzi, że majstrowanie przy ludzkim DNA jest równoznaczne z „zabawą w Boga” i że to granica, której nie można przekroczyć. Ostrożność w obliczu nieznanego doprowadziła do ogólnego zakazu stosowania niektórych technologii z dziedziny genetyki. Niemniej jednak nasze rozumienie genetyki zmienia się w zawrotnym tempie. Doprowadziło to do rozwoju nowych technologii, które umożliwiają bezpośrednie „edytowanie” ludzkiego kodu genetycznego.
Poza międzynarodowym moratorium na modyfikowanie ludzkich komórek rozrodczych, regulacja technologii genetycznych jest o wiele mniej restrykcyjna niż była zaledwie dekadę temu. Wiele krajów na całym świecie konkuruje o pozycję lidera technologii genetycznych i czynione są ogromne postępy. Dziesięć lat temu niewielu wyobrażało sobie, że wkrótce urodzą się pierwsze genetycznie modyfikowane istoty ludzkie, albo że komórki krwi i skóry mogą być przeprogramowane tak, aby udało się stworzyć z nich jakikolwiek inny typ komórek ciał. Ani że nowo urodzone dzieci będą miały swój genom sekwencjonowany w momencie urodzenia.
Nie ma wątpliwości, że jesteśmy świadkami znaczącego momentu w historii ludzkości; te nowe „moce” niosą ze sobą wielką odpowiedzialność. Zaczyna się pojawiać znajomy schemat, który nie wróży zbyt dobrze na przyszłość. Sektor technologii genetycznej stał się oczkiem w głowie polityki ekonomicznej państw. Wielkie decyzje są podejmowane przez małą grupę ludzi, często mających w tym własny interes, włączając w to przedstawicieli rządu, poszczególnych naukowców i tych, którzy pracują w tej branży. Nie unikniemy technologii genetycznych, jednak dopiero przyszłość pokaże, jaki zrobimy z nich użytek. Komercyjnie motywowane podejście do technologii genetycznej stosowane przez rządy pociąga za sobą niebezpieczeństwo utraty przez opinię publiczną szansy na bycie wysłuchaną.
Najbardziej obiecującą ze wszystkich nowych technologii jest CRISPR – Cas9, narzędzie które pozwala na bezpośrednie edytowanie DNA. W przyszłości mogłoby być użyte do leczenia różnych chorób dziedzicznych, od mukowiscydozy po anemię sierpowatą. Jednak niektórzy z naukowców odpowiedzialnych za stworzenie technologii edytowania genów martwią się, że będzie ona użyta do tego, by wybierać lub nawet poprawiać specyficzne cechy, takie jak inteligencja. Doprowadzi to ostatecznie do manipulowania genetyczną konstrukcją dzieci – tak zwane „designer babies” (dzieci na zamówienie) staną się nową normalnością.
Najwybitniejsi intelektualiści, tacy jak nieżyjący już fizyk teoretyczny Stephen Hawking i historyk Yuval Noah Harari, autor książek „Sapiens (krótka historia ludzkości)” i „Homo Deus (krótka historia jutra)”, wyrazili podobne obawy wobec technologii genetycznych. Jak pisze Hawking w „Brief Answers to the Big Questions” („Krótkie odpowiedzi na ważne pytania”), ludzkość wkracza w „nową fazę rozwoju, która może być nazwana samodzielnie zaprojektowaną ewolucją, dającą nam możliwość zmiany i ulepszenia naszego DNA. Zmapowaliśmy DNA, co znaczy, że przeczytaliśmy »księgę życia«, i możemy zacząć nanosić poprawki”.
Hawking był przekonany, że tylko bogaci będą mieli dostęp do technologii edycji genów, co spowoduje „poważne polityczne problemy z niepoprawionymi ludźmi, którzy nie będą w stanie z nimi konkurować”.
Sekwencjonowanie genomu – proces ustalania kompletnej sekwencji DNA znajdującej się w genomie każdego z nas – może stać się kluczem do poprawy naszego rozumienia wielu chorób. Analizowanie czyjegoś genomu może pokazywać prawdopodobieństwo wystąpienia pewnych przewlekłych lub śmiertelnych chorób i pomóc w opracowaniu zindywidualizowanego leczenia opartego na czynnikach genetycznych. W krajach takich jak Irlandia, Wieka Brytania, Francja i Stany Zjednoczone, rządy sekwencjonują i przechowują genomiczne profile własnych obywateli. Firmy zajmujące się genomiką, takie jak 23andMe, również gromadzą ogromne bazy danych z osobistymi informacjami na temat klientów, którzy kupują od nich testy genetyczne – Direct-to-consumer (DTC) (prosto do klienta).
Ludzki genom zawiera bogactwo poufnych informacji, które mogą być wykorzystane na wiele sposobów. Poniższy przykład wskazuje na to, jak dane genomiczne mogą być użyte i jakie decyzje mogą być podjęte. Mylilibyśmy się, zakładając, że największe do tej pory badanie genetyczne, przeprowadzone przez grupę 80 naukowców w 2018 r., zajmuje się wyłącznie wpływem czynników genetycznych na zdrowie; skupiało się ono także na stopniu, w jakim geny określają rezultaty społeczne, takie jak wyniki w nauce. Badacze używali czegoś, co nazywa się polygenic scoring, punktacją wielogenową. To nowy rodzaj analizy genomu, mierzący podatność na choroby i warianty genetyczne powiązane ze złożonymi ludzkimi cechami, takimi jak na przykład inteligencja.
Ten sam rodzaj testu genetycznego będzie wkrótce oferowany ogółowi populacji przez rząd UK. Odkryto, że uczestnicy znajdujący się w górnej jednej piątej wyników punktacji wielogenowej mieli 57% szansy na zdobycie dyplomu ukończenia wyższych studiów, natomiast ci z najniższej jednej piątej mieli tylko 12% szansy.
Uważa się, że punktacja wielogenowa może mierzyć IQ osoby, a zatem przewidzieć jej sukces edukacyjny. Niektórzy uważają, że taka punktacja będzie wkrótce używana w klinikach in vitro, by wybierać embriony na podstawie czy to wzrostu, czy koloru skóry, a w końcu także IQ. Firmy zajmujące się ubezpieczeniami na życie już teraz uczyniły obowiązkowym ujawnianie jakichkolwiek poprzednio wykonanych testów genetycznych. W przyszłości pracodawcy i instytucje edukacyjne mogą uważać, że informacja genetyczna posiada wartość prognostyczną i dlatego wymagać poligenicznej punktacji (polygenic scores) dla potrzeb własnej oceny kandydatów.
Czy system edukacji oparty na genetyce – nowy rodzaj eugeniki – byłby czymś pożądanym? Harari ostrzega, że, mając do dyspozycji algorytmy przyszłości i ogromne ilości danych, które gromadzą, rządy i korporacje będą wiedziały więcej o przyszłej populacji niż obywatele wiedzą o sobie samych. Łatwo odrzucać takie ostrzeżenia, ale nie pozwólmy sobie zapomnieć, co ujawnił Edward Snowden. Niech posłuży to za potężne ostrzeżenie, że nie zawsze możemy ufać rządom, iż używają one technologii w sposób korzystny dla nas.
Zaniepokojenie Hawkinga czy Harariego szerszą perspektywą stoi w wyraźnym kontraście do podejścia „cała naprzód”, jakie cechuje obecnie rządy i wielkie biznesy. Sądzę, że brakuje tu dobrze poinformowanej opinii publicznej, której głos powinien być słyszany, gdy podejmuje się decyzje o dalekosiężnych skutkach. Opinia publiczna mogłaby znaleźć kompromis pomiędzy obawami Hawkinga czy Harariego a technokratycznym optymizmem, karierowiczostwem czy planami komercyjnego wykorzystania sprawy, jakie obecnie dominują. Bez włączenia opinii publicznej ryzykujemy stracenie z oczu kluczowych etycznych i społecznych obaw wywołanych przez technologie genetyczne.
Czy system edukacji oparty na genetyce – nowym rodzaju eugeniki – byłby czymś pożądanym? Istnieją dowody, że już teraz sprawy społeczne i etyczne są zaniedbywane. Po naszym udziale i wkładzie w parlamentarne śledztwo Izby Gmin na temat Edytowanie Genów i Genomiki, Komitet Parlamentarny przyjął do wiadomości, że rządowi Wielkiej Brytanii nie można zaufać, iż poradzi sobie ze społecznymi i etycznymi problemami wynikającymi z użycia technologii genetycznych.
Badania opinii publicznej konsekwentnie potwierdzają, że jest ona zaniepokojona społecznymi skutkami i etycznymi problemami, jakie powstaną wskutek stosowania technologii genetycznych. Głos społeczny prezentuje różnorodne perspektywy i wartości. Ciągły dialog pomiędzy rządem, sektorem nauk biologicznych i opinią publiczną mógłby być bardzo pomocny w zapewnieniu, że technologie genetyczne będą używane w sposób zgodny z szeroko rozumianym interesem społecznym. W jaki sposób sprawić nie tylko to, żeby takie decyzje konsultowano ze społeczeństwem, ale też miało ono bezpośredni wpływ na przepisy dotyczące technologii genetycznych? Należy pamiętać, że technologie genetyczne – czy to w wymiarze naukowym, czy etycznym – są niezwykle skomplikowane. Dlatego, jeśli społeczeństwo ma w tym brać udział, będzie musiało być o wiele lepiej niż obecnie informowane o szczegółach takich kwestii.
Potrzebny jest Nowy Kontrakt Społeczny dla Technologii Genetycznych. Zostałby on zawarty pomiędzy rządami, firmami zajmującymi się technologią genetyczną a społeczeństwem – zapewniając większą równowagę sił i wsłuchanie się w głos opinii publicznej. Co najważniejsze, Nowy Kontrakt Społeczny dla Technologii Genetycznych będzie wymagał od rządów i firm technologii genetycznych, aby przeznaczyły 1% wydatków ponoszonych na prace badawczo-rozwojowe – na opracowywanie nowych sposobów konsultowania, angażowania i edukowania opinii publicznej na temat technologii genetycznych poprzez:
– kampanie informacyjne, włącznie ze skoordynowanym, ciągłym narodowym wysiłkiem, by edukować społeczeństwo, tak, aby było ono odpowiednio poinformowane, kiedy przystępuje do decydowania, w jaki sposób technologie te są używane;
– zajęcia, które ożywią debatę w szkołach, college’ach i na uniwersytetach – bez opłat za wstęp i udostępnione online dla zwiększenia zasięgu;
– telewizyjne i internetowe kampanie informacyjne oraz programy pokazujące niektóre z najwspanialszych umysłów, które pracują w tej dziedzinie i poza nią, a które mają potencjał, aby skupić na sobie uwagę opinii publicznej, zainspirować ją i ostatecznie wyedukować tak, aby mogła ona za nimi nadążyć;
– niezależną organizację, która zajęłaby się społecznymi i etycznymi problemami powstającymi w wyniku sekwencjonowania genów na skalę przewidywaną przez rząd. Ta organizacja musi mieć reprezentantów spośród „niespecjalistów”, a także być niezależna od rządu i sektora prywatnego; powinna być w stanie zapewnić tak bardzo potrzebny niezależny etyczny nadzór nad genomiką i edytowaniem.
To kompromis, który z założenia zapewnia, że każdy – włączając w to tych, którzy mają zastrzeżenia wobec nowych technologii z omawianego zakresu – może brać czynny udział w toczącej się debacie, pomimo że wiele jest już faktów dokonanych.
Impuls do tych działań musi wyjść od organizacji społeczeństwa obywatelskiego i opinii publicznej. Kraje z długą tradycją demokracji muszą odgrywać wiodącą rolę, jednak nie do każdego rządu można mieć w tej sprawie zaufanie. Być może zajdzie potrzeba zmuszenia rządów do udzielenia głosu opinii publicznej, co może ostatecznie doprowadzić do powstania globalnych standardów zarządzania technologiami genetycznymi. My, w EthicsAndGenetics, planujemy zwrócić się do Światowej Organizacji Zdrowia i UNESCO z propozycją Nowego Kontraktu Społecznego. Nasza kampania Nowy Kontrakt Społeczny dla Technologii Genetycznych – zaczyna się od ciebie.
Edward Hockings
Tłum. Magdalena Bieńczak
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej https://www.opendemocracy.net/