przez Katarzyna Szopa | wtorek 23 marca 2021 | opinie
Kilka dni temu na jednej z zamkniętych grup na facebooku, zrzeszającej kobiety chorujące na endometriozę, poprosiłam jej członkinie o podzielenie się doświadczeniami z kontaktów z ginekologami. Chodziło mi konkretnie o sytuacje ignorowania i lekceważenia kobiet, które skarżą się na niepokojące objawy i potworne bóle. Oto niektóre z wypowiedzi lekarzy, przytoczone przez członkinie grupy:
„No, ma to Pani”; „Boli, bo taka Pani uroda”; „To normalne, że boli”; „Pani matkę i babcię też bolało”; „To proszę wziąć tabletkę, jak boli”; „Aż tak znowu nie boli”; „Boli? Bo musi boleć. Taka pani uroda, nie szukać sobie choroby”; „Ja nie jestem od leczenia bólu”; „Jak urodzisz to przestanie boleć”; „Urolog: »co pani za głupoty opowiada, endometrioza nie ma nic wspólnego z pęcherzem«”; „Im bardziej panią boli tym płodniejsza jest pani”; „Wszystkie was boli, wszystkie jęczycie, a nie macie pojęcia o niczym. Inne mają gorzej”; „Ja tutaj widzę, że pani jest straszną histeryczką”; „Ja też się czuję zmęczony”; „Nie rodziła to Pani nic o bólu nie wie! Może to są urojone bóle?!”; „Jajniki bolą, bo pracują”; „Jak boli, to po to są proszki przeciwbólowe, sporo tego reklamują, proszę sobie wybrać”; „No cóż, każdy dźwiga swój krzyż”; „No niechże pani nie przesadza, większych głupot nie słyszałam, żeby taka torbielka w jajniku bolała”; „Kobiety anatomicznie nie są zaprojektowane do seksu. Budowa kobiet nie pozwala na częsty seks, dlatego im więcej seksu, tym bardziej boli”; „Ma pani endometriozę, poczyta pani sobie w internecie na temat tej choroby”; „Niektóre w Pani wieku to już czworo dzieci mają”; „Pani choruje na depresję, a nie na chorobę ginekologiczną”; „Usłyszałam kiedyś od jakiejś lekarki, żebym nie płakała z bólu, bo płakać będę mogła tylko przy porodzie”; „Mówiłam że mnie boli. Lekarz na to: »jak Panią boli, to może usunąć wszystko, zmienić płeć to przestanie boleć«”; „Proszę iść do seksuologa i psychiatry, skoro Panią tak boli, ja nie mogę Pani pomóc, tutaj jest czysto”; „Wymyślasz sobie choroby, może pora abyś odwiedziła psychiatrę”; „Proszę zajść w ciążę, to bóle się skończą”; „Choruje Pani na endometriozę, bo nie lubi Pani mężczyzn. Proszę przepracować swoje problemy z psychologiem, to nie będzie Pani chorować”; „Proszę nie dramatyzować, niech Pani nie przesadza, kobiety muszą swoje wycierpieć, na endometriozę chorują starsze kobiety, nie takie młode jak Pani”; „»Pani choroba tkwi w głowie, powinna pani zgłosić się do psychiatry«. No i mąż w to uwierzył, a ja nikomu nie mogłam udowodnić, że odczuwam potworny ból”.
Statystyki podają, że co dziesiąta kobieta w Polsce choruje na endometriozę, zaliczaną przez National Health Service do dwudziestu najbardziej bolesnych chorób świata. Endometrioza to choroba układu hormonalno-immunologicznego, polegająca na obecności tkanek podobnych do endometrium poza macicą, co powoduje tworzenie się torbieli i zrostów, a w zaawansowanych przypadkach nacieków na okoliczne narządy wewnętrzne (najczęściej na jajnikach, pęcherzu moczowym, w otrzewnej wyściełającej jamę miednicy, wyrostku robaczkowym i w jelitach). Choroba objawia się chronicznym bólem, który uniemożliwia codzienne funkcjonowanie, wywołuje niepłodność, depresję i przewlekłe zmęczenie. Przeciętnie diagnoza pacjentki chorującej na endometriozę trwa od 7 do 10 lat. W praktyce oznacza to, że przez cały ten czas kobiety nie tylko walczą z przewlekłym bólem, ale też zmagają się z niezrozumieniem ze strony lekarzy, współpracowników i osób z najbliższego otoczenia. Duża część z nich nigdy nie zajdzie w ciążę. Większość przejdzie kilka, a nawet kilkanaście wyniszczających operacji.
Szybką i trafną diagnozę oraz odpowiednią profilaktykę uniemożliwiają nie tylko brak środków, wyspecjalizowanej kadry, sprzętu czy niska świadomość lekarzy i pacjentek. Powyższe wypowiedzi lekarzy, z jakimi kobiety mają do czynienia, również mają ogromny wpływ na przebieg dalszego leczenia. Wpływa na to w równym stopniu kulturowe podejście do bólu menstruacyjnego, który uważany jest za zjawisko naturalne, a często nawet wyolbrzymiane przez same pacjentki. Kobieta w gabinecie ginekologicznym wciąż bywa traktowana tak samo, jak przed ponad stu laty „histeryczka” na kozetce psychoanalitycznej – lekarze nie słuchają tego, co mówi, nie dają wiary jej słowom i odczuciom, bagatelizują objawy, na które skarżą się kobiety. Relacje panujące w wielu gabinetach ginekologicznych nadal bazują na absolutnej podległości kobiety wobec lekarza i aktualizują minione formy przemocy, których celem było i jest dyscyplinowanie kobiecego ciała i utrzymanie pełnej kontroli nad procesem reprodukcji.
Jedną z najbardziej utajonych form przemocy wobec kobiet jest wywłaszczenie ich z wiedzy na temat własnej cielesności. Kobiety, na skutek wielowiekowej opresji i wyzysku, jakim poddawane są zwłaszcza od czasów kapitalistycznej akumulacji, zostały w rażący sposób pozbawione dostępu do podstawowej wiedzy medycznej. W licznych wypowiedziach kobiet chorujących na endometriozę uwidacznia się ten sam mechanizm: początkowo jest to głęboka nieumiejętność rozpoznawania prawidłowych i nieprawidłowych reakcji własnego ciała. Wiele z moich rozmówczyń wciąż powtarza, że przez lata żyły w przekonaniu, że ból, jakiego doświadczają, jest czymś normalnym. Remedium na wszelkie dolegliwości bagatelizowane przez lekarzy stanowić ma przemysł farmaceutyczny, oferujący całą gamę środków przeciwbólowych i rozkurczowych, a także nieskutecznych suplementów na wzdęcia, zaparcia, problemy z oddawaniem moczu etc. (te ostatnie są najczęstszymi objawami rozwijającej się choroby). Wszystko to powoduje, że kobiety na własną rękę poszukują informacji na temat choroby i sposobu łagodzenia jej przebiegu. Z czasem ich wiedza na temat endometriozy, zdobywana samodzielnie, ale też dzięki wymianie doświadczeń z innymi kobietami, przewyższa wiedzę i świadomość samych lekarzy.
Leczenie endometriozy jest długie i kosztowne, gdyż wymaga holistycznego podejścia. Trwa ono przez całe życie kobiety, ponieważ choroby nie da się wyleczyć. Do najpowszechniejszych metod zalicza się dziś leczenie metodą laparoskopową, która polega na usunięciu guzów oraz uwolnieniu zrostów, a nawet histerektomię i długą kurację hormonalną, wprowadzającą kobietę w stan sztucznej menopauzy. Nie sposób wymienić skutków ubocznych wszystkich tych metod leczenia, przy czym pierwsza – czyli leczenie operacyjne – jeśli wykonana zostaje w sposób nieodpowiedni przez lekarzy niemających doświadczenia w leczeniu endometriozy, często pogarsza stan pacjentki i przyspiesza rozwój choroby. Wiele kobiet wybudzonych z narkozy nie ma kontaktu z lekarzem, który je operował. Część z nich opuszcza szpitale, nie mając pojęcia, jaka jest diagnoza i co dokładnie zoperowano.
Ta skrócona i pobieżnie opisana historia przebiegu choroby, którą może podzielić się znakomita większość kobiet dotkniętych endometriozą, ma swoje drugie, coraz mroczniejsze oblicze. Na skutek braku specjalistów, całkowitej prywatyzacji usług ginekologicznych, braku refundacji leków, braku świadomości i edukacji seksualnej tworzą się idealne warunki dla powstawania tzw. prywatnych „klinik”, oferujących kobietom kosztowne leczenie operacyjne i obiecujących uzdrowienie. Koszt takiej operacji w jednej z klinik we Wrocławiu waha się od 40 do 70 tys. zł, nie gwarantuje jednak pełnej skuteczności, bowiem endometrioza jest chorobą nieuleczalną, dlatego możliwe jest jedynie złagodzenie jej bolesnego przebiegu.
Przeniesienie diagnostyki i leczenia endometriozy do sektora prywatnego ma poważne konsekwencje dla życia i zdrowia kobiet. Coraz większa liczba zdesperowanych kobiet, chcąc uwolnić się od paraliżującego je bólu uniemożliwiającego codzienne funkcjonowanie, organizuje zrzutki, ale też zaciąga długi i bierze kredyty, by pokryć koszty leczenia operacyjnego. Dzieje się to przy jednoczesnym rezygnowaniu z pracy lub konieczności jej ograniczenia, czego skutki są – jak można się domyślać – opłakane. W warunkach całkowitej prywatyzacji opieki zdrowotnej mamy do czynienia z jedną z najbardziej drastycznych form przemocy, a mianowicie przerzucaniem kosztów związanych ze zdrowiem reprodukcyjnym i codziennym funkcjonowaniem na kobiety chore i pozbawione możliwości leczenia.
Od lat 70. feministki marksistowskie mówią o podwójnym obciążeniu kobiet pracą na dwa, a nawet trzy etaty: chodzi o nieopłaconą pracę w domu, pracę najemną poza domem i pracę emocjonalną. Wyobraźmy sobie, że ten sam ciężar dźwigają kobiety chorujące na endometriozę, tyle że przez kilka, kilkanaście, a często nawet kilkadziesiąt dni w miesiącu towarzyszy im ból, który bywa tak silny, że wywołuje wymioty i omdlenia. Taki poziom odczuwania bólu uniemożliwia wykonywanie jakiejkolwiek pracy, zwłaszcza fizycznej, a tym bardziej emocjonalnej i opiekuńczej.
Całkowita prywatyzacja leczenia chorób takich, jak endometrioza, to nowa odsłona tego samego mechanizmu przemocy, z jakim mamy do czynienia od czasów polowań na czarownice, tępienia akuszerek i zielarek, a także ugospodynniania i udomowiania kobiet. Stawką jest tu przejęcie pełnej kontroli nad całą sferą reprodukcji, począwszy od reprodukcji biologicznej i pokoleniowej, aż po edukację, opiekę zdrowotną, opiekę nad osobami zależnymi i chorymi. Prywatyzacji usług medycznych towarzyszy neokonserwatywny, pronatalistyczny zwrot, który w Polsce skutkuje całkowitym zakazem aborcji przy jednoczesnym usunięciu leczenia niepłodności z listy celów Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021-2025. Szacuje się, że ponad połowę pacjentek leczących niepłodność stanowią kobiety chorujące na endometriozę. Ta sprzeczna logika bierze się z mechanicznego podejścia do ciała i seksualności kobiety, które postrzegane są wyłącznie przez pryzmat prokreacji i reprodukcji siły roboczej. W przeciwieństwie do kobiety zdrowej, ciało kobiety chorującej na endometriozę i zmagającej się z niepłodnością postrzegane jest jako nieproduktywne, a tym samym – niewarte leczenia.
Atak na kobiece zdolności reprodukcyjne, jak dowiodły feministki marksistowskie, m.in. Silvia Federici, Mariarosa Dalla Costa czy Maria Mies, bierze się przede wszystkim z tendencji kapitału do niszczenia wszystkiego, co wymyka się bezpośredniej kontroli, a co jest mu najbardziej potrzebne dla jego dalszej reprodukcji. Przyczyną opresji kobiet w patriarchalnym kapitalizmie jest więc nie tyle nieopłacona praca reprodukcyjna, ile strukturalna relacja między kapitałem a społeczną reprodukcją. Relację tę Lise Vogel określiła niezbędną-lecz-konfliktową, opartą na „niechętnej zależności” kapitału od tych ciał, które odpowiadają za reprodukcję i podtrzymywanie życia. Nie trzeba przytaczać bogatej literatury feministycznej zgłębiającej ten temat. Wiadomo bowiem, że ciało kobiety należy do tych obszarów, na których najbardziej odciska się piętno patriarchalno-kapitalistycznej przemocy. Medycyna, jak pisały przed laty Barbara Ehrenreich i Deirdre English, pozostająca w dużej mierze na usługach kapitału, ma swoją mroczną historię, nieodłącznie powiązaną z przemocą wobec kobiet, ubogich, mniejszości etnicznych, rasowych, seksualnych. Nie tylko przestała dążyć do poprawy naszego zdrowia i samopoczucia, ale też przyczyniła się do utowarowienia ludzkiego życia i zdrowia. Poddana całkowitej monopolizacji politycznej i ekonomicznej, stanowi ona dziś realne narzędzie władzy, decydujące o tym, kto ma żyć, a kto nie; kto ma być płodny, a kto wysterylizowany; kto jest niepoczytalny, a kto może odpowiadać za siebie; kto zostanie zaszczepiony, a kto nie.
Należy podkreślić to wyraźnie: brak dostępu do bezpłatnej i bezpiecznej opieki medycznej, a co za tym idzie – prywatyzacja leczenia chorób takich, jak endometrioza, są zamachem na warunki reprodukcji. Uniemożliwiają kobietom, ich dzieciom i społecznościom reprodukcję życia na jego najbardziej podstawowym poziomie. Są bezpośrednim atakiem na ciała kobiet i skazywaniem ich na wieloletnie tortury. Tymczasem zdrowie reprodukcyjne kobiet, obok dostępu do bezpiecznej, legalnej aborcji i opieki okołoporodowej, jest i powinno być jednym z podstawowych postulatów ruchów feministycznych. Po pierwszej fali protestów, będących reakcją na wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, u wielu rozgoryczonych kobiet, w tym aktywistek i publicystek, można było przeczytać, że od tej pory tylko kobiety bezpłodne mogą czuć się bezpiecznie i być pełnoprawnymi obywatelkami. Trudno o większą ignorancję. Bezpieczna i legalna aborcja jest bowiem nieodłącznie związana ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Wiele z nich na co dzień zmaga się z okaleczającym bólem, ze stresem, depresją i brakiem możliwości uzyskania realnej pomocy. Brak dostępu do odpowiedniej diagnostyki i leczenia powoduje, że kobiety skazane są na życie w męczarniach, a to rzutuje na ich bezpośrednie relacje z najbliższym otoczeniem: ma zasadniczy wpływ na utratę pracy, pogorszenie sytuacji ekonomicznej i w efekcie skutkuje wpędzeniem kobiety w długi. Walka o zdrowie reprodukcyjne jest jednym z kluczowych elementów stawiania oporu kapitalistycznej akumulacji, która w warunkach neoliberalnej polityki cięć dąży do obniżania kosztów społecznej reprodukcji przy maksymalizacji wyzysku.
Stawką jest więc odzyskanie dostępu do podstawowej wiedzy medycznej, którą gwarantuje w głównej mierze dostęp do bezpłatnej opieki zdrowotnej. Prywatyzacja ginekologii powoduje, że pacjentki zmagające się z endometriozą – zwłaszcza te, których nie stać na koszty leczenia w prywatnych gabinetach i klinikach – nie tylko będą skazane na życie w męczarniach. Staną się bowiem nosicielkami ucieleśnionego długu, zmuszonymi do ponoszenia eksternalizowanych kosztów, jakie wytwarza neoliberalna polityka cięć i prywatyzacji. Bezpośrednim skutkiem tej polityki jest całkowita entropia ciała kobiety: jego fizyczne wyczerpanie, wyniszczenie i rozpad.
Katarzyna Szopa
przez dr Mateusz Piotrowski | niedziela 21 marca 2021 | opinie
Słyszałem ostatnio od kilku znajomych osób, osób które swoją drogą za różne rzeczy szanuję, że „musimy się nauczyć żyć z wirusem”. Od innej osoby, którą bardzo cenię, słyszałem, że powinniśmy pogodzić się z tym, iż „ludzie umierali, umierają i będą umierać”.
Nauczyć się z tym żyć, to znaczy przede wszystkim nauczyć się żyć ze śmiercią innych. Pogodzić się, to znaczy pogodzić się z kilkudziesięcioma tysiącami dodatkowych zgonów. W Polsce mieliśmy w tym roku najwięcej dodatkowych zgonów od zakończenia II wojny światowej, w 2020 roku zanotowano ich ponad 76 tys. więcej niż w poprzednich latach – 2017, 2018 i 2019. W USA liczba ofiar COVID prześcignęła liczbę amerykańskich ofiar wojny w Wietnamie.
COVID można więc potraktować jako ćwiczenia z przyzwyczajania się do umierania – innych. Ćwiczenia bardzo przydatne władzy, która chce utrzymać się na powierzchni, decydując, o tym, kto ma prawo do życia. Można to widzieć jako ćwiczenia w tym, co Tomasz Kozak nazwał (afirmatywnie i w kontekście dehumanizacji tzw. płodów) eugeniką. Ćwiczenie przed katastrofą klimatyczną i innymi katastrofami.
Widzieć w tym można ćwiczenia z wypisywania z życia, wpisywania w koszty, spisywania na straty określonych grup, w przypadku COVID – przede wszystkim osób starszych. Godzenia się z tym, że „niestety nie wszystkich da się uratować, nie dla wszystkich znajdzie się miejsce na łodzi, z kogoś musimy zrezygnować”.
Niewiele rzeczy budzi mój gniew tak bardzo, jak ta kolaboracja z duchem śmierci.
Niewiele jest też rzeczy bardziej krótkowzrocznych niż taka kolaboracja, o czym dobrze wie Pismo: „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się z zagłady żyjących. Ci zaś którzy uważają ją za przyjaciółkę, i zawierają z nią przymierze – stają się jej własnością” (Księga Mądrości).
Dlaczego powiedziałem, że takie myślenie, taka próba zaprzyjaźnienia się ze śmiercią innych, zawarcia z nią sojuszu – jest krótkowzroczna?
Dlatego, że powiedzenie „wszyscy jesteśmy połączeni” lub „jesteśmy członkami/organami jedni drugich”, to nie tylko pewna etyczna wizja, ale w warunkach pandemii to też po prostu opis struktury rzeczywistości. Naprawdę wszyscy jesteśmy „jednym ciałem”.
Wprawdzie bogatym państwom Północy i korporacjom nie zależy na umożliwieniu dostępu do szczepionki biednym krajom Południa, a Izraelczycy nie chcą szczepić Palestyńczyków. Ale wirus nie zwraca uwagi na to, kto jaki ma paszport. Krótkowzroczność takich rozwiązań jest więc nie tylko, mówiąc łagodnie, nieetyczna; jest też samobójcza.
Podobnie powtarzane nam ciągle przeciwstawienie życia ludzi, którzy umierają na COVID – „gospodarce”, życiu ludzi, którzy tracą pracę czy swoje małe firmy, nie bardzo trzyma się kupy. Bo najlepiej z gospodarczą stroną kryzysu radzą sobie nie te kraje, które udawały, że pandemii nie ma (jak Szwecja, notująca dziś równie słabe wyniki gospodarcze, co jej skandynawscy sąsiedzi i przerażająco wysokie wskaźniki śmiertelności wśród ludzi starszych mieszkających w domach opieki), lecz te państwa, które – jak Australia, Singapur czy Korea Południowa – potraktowały i walkę z wirusem, i wsparcie ludzi w kryzysie poważnie i systemowo.
Skoro pozwalanie na panoszenie się wirusa nie ma sensu ani epidemicznego, ani ekonomicznego, to dlaczego się na to pozwala?
Zgadzam się z Marcinem Kędzierskim, że na razie nic się z tym nie robi, bo politykom nie chce się, nie opłaca się działać inaczej. Bo politycy liczą, że obywatele się przyzwyczają i jakoś będą żyć z tymi kilkudziesięcioma tysiącami dodatkowych śmierci.
Wiele osób obawia się dziś wszechmocy władzy. Rozumiem to. Wcale tych lęków nie lekceważę myśląc o tym, co z naszymi danymi już dziś robią firmy i państwa. Ale tym, z czym ja się zetknąłem przyglądając się, jak na COVID i jego ekonomiczne i społeczne skutki reagowała większość (na szczęście nie wszyscy) przedstawicieli władz europejskich i krajowych, było czymś zupełnie innym niż wszechwładza. Spotykałem się przede wszystkim z bezwładem. Z braniem na przeczekanie. Z niechęcią do działania. Z niechęcią do podejmowania nowych i trudnych zadań, które generują ryzyko niepowodzenia – zwłaszcza niepowodzenia medialnego.
Jednym z najgorszych produktów obecnej sytuacji – oprócz tego, że ludzie umierają, tracą bliskich lub zdrowie – jest to, co dzieje się z nami, zdrowymi i żywymi. Bo to nasze „serca” się „zatwardzają”, tracą wrażliwość.
***
Dobrze, ale czy są jakieś alternatywy?
Tak, bo są kraje które mimo błędów i trudności doprowadziły do punktu bliskiego „ZERO COVID”. Kraje które zmobilizowały swój potencjał solidarności i obroniły zarówno gospodarkę, jak i życie i zdrowie swoich obywateli.
Ale co można zrobić konkretnie, w Polsce?
Można zacząć od prostej rzeczy.
Kluczowe w tym momencie jest m.in. wsparcie Sanepidu. Sanepid potrzebuje wsparcia w monitorowaniu zakażeń i przeprowadzaniu wywiadów telefonicznych z osobami, które powinno się kierować na kwarantannę.
Sanepid mogą w tym wesprzeć szybko przeszkoleni ludzie; w pierwszej kolejności studenci odpowiednich kierunków, a w dalszej kolejności odpowiednio przeszkoleni ludzie, którzy stracili pracę.
Wesprzeć nie jako wolontariusze – ale za pieniądze. W ten sposób walka z pandemią zacznie generować nowe miejsca pracy w ramach wdrażanej na niewielką, testową skalę Gwarancji Zatrudnienia.
Jednocześnie osoby kierowane na kwarantannę nie mogą bać się utraty wynagrodzenia. Bo właśnie ten lęk jest jednym z ważnych powodów, który skłania je do niemówienia ankieterom prawdy. Ludzie na kwarantannie muszą mieć zapewnione 100% postojowego, a nie jedynie 80% jak do tej pory (bo to, zwłaszcza przy niskich pensjach, robi realną różnicę, gdy ktoś nagle traci 1/5 wynagrodzenia). Muszą mieć zapewniony dochód (100% miesięcznego świadczenia dla bezrobotnych) także wtedy, gdy byli bezrobotni w momencie, kiedy zachorowali i gdy, jak zdecydowana większość polskich bezrobotnych, nie byli uprawnieni do żadnego świadczenia.
Tak widzę pierwszy prosty i konkretny krok.
***
Wniosek na koniec.
Z pandemiami, ze skutkami kryzysu klimatycznego będą umiały sobie radzić te społeczeństwa, które nie będą naturalizować nienaturalnych katastrof. Społeczeństwa, które nie będą się z pokornie godzić z tym, że „tak już widocznie musi być”. Społeczeństwa, które będą umiały mobilizować, orkiestrować zbiorowy wysiłek i skutecznie nim dowodzić.
Coś z tej intuicji uchwycili doświadczony senator Edward Markey i młoda kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez, pisząc w swojej pierwszej rezolucji o Nowym Zielonym Ładzie, że pokonanie kryzysu klimatycznego będzie wymagało „mobilizacji niewidzianej od czasów II wojny światowej i Rooseveltowskiego Nowego Ładu”.
Takie postawienie sprawy jest ważne – z punktu widzenia zupełnie pragmatycznego, a nie idealistycznego. Hasło „Green New Deal” zażarło także dlatego, że Markey i AOC nie obiecali tylko dobrych i stabilnych miejsc pracy. Nie obiecali tylko lepszych pensji. Nie obiecali tylko bezpieczeństwa, odsunięcia groźby katastrofy. Zaproponowali coś więcej – udział w zbiorowym wysiłku, w czymś, co ma znaczenie.
Zapewniając ludziom stabilną ekonomiczną podstawę, „budując podłogę”, takie rozwiązania antykryzysowe jak Antypandemiczny Dochód Podstawowy czy Gwarancja Zatrudnienia, mają zapewnić, że zbudowany zostanie fundament, zbyt często przywoływanej, „piramidy Maslowa”.
Ale w rzeczywistości piramida Maslowa zawsze stała na głowie. Jednym z powodów, dla których wielu ludzi tak ciężko znosi kwarantannę, jest nie tylko to, że stracili pracę czy rozrywkę. Powodem jest też to, że musieli, że musieliśmy zawiesić wiele naszych wolności i zrezygnować z rzeczy, które czynią nasze życie wartościowym, z bycia razem. Z tego, co jest na szczycie, a nie tylko w podstawie „piramidy”.
Jeśli wojna z COVID-em nie ma zostać przegrana – i przez tych, którzy zupełnie niepotrzebnie umrą, bo spiszemy ich na straty – i przez tych, którzy przeżyją, ale z efektem śmierci innych zapisanym w ciele, z „twardymi sercami” – to trzeba zbudować obie piramidy naraz. Zapewnić podstawę: odszkodowanie za utracone wolności i podstawę utrzymania. I jednocześnie zaproponować udział, chociaż mały, w zbiorowym wysiłku i potencjalnym zwycięstwie nad wirusem.
To znaczy: w małym zwycięstwie ludzi nad śmiercią.
dr Mateusz Piotrowski
przez Marcin Rezik | środa 17 marca 2021 | opinie
Dostrzegalny jedynie w badaniach laboratoryjnych pod mikroskopem wirus SARS-COV-2 od ponad roku paraliżuje życie społeczne i ekonomiczne na całej kuli ziemskiej. Światowa nauka rzuciła wszystkie siły i zasoby na wynalezienie skutecznej szczepionki, chroniącej ludzkość przed tym śmiertelnie groźnym patogenem. I udało się, w iście rekordowym tempie. Samo jednak wykrycie skutecznego antidotum to jedno. Można powiedzieć, że dopiero początek w walce o uzyskanie zbiorowej odporności przez ludzkość.
Mimo że na świecie dostępnych jest już kilkanaście szczepionek przeciwko Covid-19, wciąż zaszczepiony jest niewielki procent światowej populacji. W Afryce, gdzie na szczepienia czeka 1,3 mld ludzi, do tej pory dostarczono szczepionki w ilości, które nie są w stanie nawet zabezpieczyć personelu medycznego. Akcja COVAX Światowej Organizacji Zdrowia, mająca być globalnym programem dostaw szczepionek dla krajów, których nie stać na ich wykupienie od firm farmaceutycznych, rozkręca się bardzo powoli. Teoretycznie do końca roku na Czarny Kontynent ma trafić 2,3 mld szczepionek. Założenie te wydają się jednak nad wyraz optymistyczne. Problemy z dostawami mają też kraje Ameryki Południowej, gdzie przecież zanotowano 15% wszystkich zakażeń koronawirusem na świecie. Takie kraje, jak Brazylia, Argentyna czy Boliwia, nie mając szans na zakup zachodnich szczepionek, próbują ratować się dostawami z Rosji i Chin. Pewne wsparcie zapowiedział też COVAX, ale obietnica dostawy kilkudziesięciu milionów dawek do końca czerwca, jest raczej symbolicznym gestem, biorąc pod uwagę 650 milionów ludzi zamieszkujących tamten kontynent.
Na przeciwnej szali znajdują się państwa, gdzie proces szczepień przebiega w iście imponującym tempie. Niekwestionowanym liderem pozostaje Izrael, gdzie niemal połowa populacji przyjęła dwie dawki szczepionki. Podobnie sytuacja wygląda w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Bahrajnie. Jeśli chodzi o półkulę zachodnią, to tu palmę pierwszeństwa dzierży Wielka Brytania, a premier Boris Johnson deklaruje, że do Świąt Wielkanocnych zaszczepieni będą wszyscy chętni mieszkańcy, którzy ukończyli 40. rok życia. Szybkie tempo szczepień utrzymuje się też w USA, gdzie liczba podanego preparatu przekroczyła 100 mln, a dziennie podaje się tam ponad dwa miliony dawek.
Nie trzeba wyjątkowej przenikliwości, żeby stwierdzić, iż szczepionki stały się dzisiaj najbardziej pożądanym zasobem. O dostęp do niego toczą bój państwa rozwinięte, bo tylko takie mają szansę na zakup preparatu, a firmy farmaceutyczne w pierwszej kolejności dostarczają dawki tym, którzy są w stanie za nie więcej zapłacić. Doskonale ilustruje to problem z dostawami szczepionek AstryZeneci do krajów Unii Europejskiej. W styczniu koncern poinformował, że dostarczy zaledwie część tego, co obiecał w umowie z Komisją Europejską. Nie jest tajemnicą, że Wielka Brytania i USA zapłaciły więcej za szczepionki, więc prawdopodobnie do tych państw trafiły one w pierwszej kolejności, mimo że oficjalnym powodem opóźnień są niesprecyzowane problemy z produkcją preparatu. Gdy chodzi o zysk, nie ma zatem sentymentów, nawet w tak, wydawałoby się, szczególnych czasach. Komisja Europejska próbuje bronić się przed nieuczciwą praktyką koncernów, wprowadzając mechanizm autoryzacji eksportu szczepionek przeciw Covid-19. Zgodnie z nim firmy, które są zobowiązane dostarczać szczepionkę na teren UE, muszą wnioskować o specjalne zezwolenie na wywóz produktu poza Unię Europejską.
To jednak tylko problem bogatych, którzy, być może z pewnymi opóźnieniami, ale jednak dość szybko otrzymają pożądaną ilość preparatu, co pozwoli ich społeczeństwom uzyskać odporność populacyjną. Tym bardziej, że nowe firmy otrzymują zgodę Europejskiej Agencji Leków na dystrybucję szczepionki. W porównaniu z sytuacją krajów rozwijających się, które skazane są na oczekiwanie, aż coś skapnie im z pańskiego stołu, te chwilowe trudności wyglądają śmiesznie. Tu na marginesie trzeba nadmienić, że Polska znajduje się w dużo lepszej pozycji, będąc członkiem Unii Europejskiej. Samej Unii należy się wiele krytycznych słów za początkową bezradność w walce z pandemią, ale akurat mechanizm wspólnych dostaw jest korzystny, zwłaszcza dla państw naszego regionu. Aby uzmysłowić sobie, jak mogłaby wyglądać nasza sytuacja, gdybyśmy znajdowali się poza UE, spójrzmy na Ukrainę. Pierwsze dawki szczepionek AstraZeneci dotarły tam dopiero pod koniec lutego, a kraj rozpaczliwie próbuje kontraktować szczepionki w Chinach.
Biorąc pod uwagę zapowiadane tempo dostaw, ostrożnie kalkulując, do końca roku każdy chętny obywatel państwa Unii Europejskiej, USA czy Wielkiej Brytanii powinien zostać zaszczepiony. Czy to jednak da nam pełne poczucie bezpieczeństwa i będziemy wolni od zagrożenia śmiercionośnym wirusem? Naiwnością byłoby tak sądzić. Nie stanie się tak, dopóki zdecydowana większość światowej populacji nie otrzyma szczepionki, w tym 70-80% mieszkańców kontynentu afrykańskiego i południowoamerykańskiego. Mutacje południowoafrykańska i nigeryjska SARS-COV-2 dowodzą, że wirus nieustannie próbuje znaleźć skuteczny oręż do walki z ludzkim układem odpornościowym. Znamienne, że nowe odmiany wirusa pojawiły się właśnie na kontynencie afrykańskim. Przy otwartych granicach i nieograniczonej mobilności społeczeństw, jedynie kwestią czasu jest, gdy mutacje powstałe na dalekim lądzie dotrą do Europy. I może okazać się, że szczepionka, którą przyjęliśmy, nie będzie w stanie ochronić nas przed nowym wariantem wirusa. Operację szukania skutecznego antidotum trzeba będzie zacząć od nowa, ale wielce wątpliwe, by gospodarka światowa przeżyła kolejny lockdown.
Im szybciej do rządów krajów rozwiniętych dotrze, że szczepionki nie są takim samym rodzajem zasobów, jak kruszce, ropa czy gaz, dzięki którym ich posiadacze mogą utrzymywać przewagę ekonomiczną nad tymi, którzy są ich pozbawieni, tym lepiej dla ich obywateli. W ich bowiem żywotnym interesie leży, by do tego zasobu był dostęp powszechny, i to w możliwie jak najkrótszym czasie.
Marcin Rezik
przez Austen Ivereigh | niedziela 14 marca 2021 | opinie
Kiedy prowadzący „The Late Show” zapytał Joego Bidena tuż przed Bożym Narodzeniem, w jaki sposób drugi katolicki prezydent Stanów Zjednoczonych będzie otrzymywał od papieża wytyczne jak rządzić, Biden nie zrozumiał żartu. „Sam do mnie zadzwonił żeby mi pogratulować”, powiedział skwapliwie Stephenowi Colbertowi, dodając, że właśnie rozmawiał przez telefon z arcybiskupem Waszyngtonu, Wiltonem Gregorym, a ten powiedział mu, że Franciszek złożył autograf na książce, którą chce mu podarować.
Książka, o której mowa, to „Powróćmy do marzeń: droga do lepszej przyszłości”. Pomagałem w jej tworzeniu. Zawiera ona refleksje Franciszka na temat pandemii i możliwości wprowadzenia zmian, jakie kryzys oferuje ludzkości. Kończy ją wizja nowego rodzaju polityki. Wizja ta okazała się być bardzo na czasie przed wyborami w listopadzie 2020 r., w związku z wiecami wyborczymi Trumpa i protestami Black Lives Matter. Teraz, po „marszu jerychońskim” i szturmie zwolenników Trumpa na Kapitol 6 stycznia 2021, mocna krytyka skierowana przez papieża w stronę zjawisk takich, jak chrześcijańsko-narodowy populizm i to, co nazywa on „menedżeryzmem technokratycznym”, nie mogłaby być bardziej aktualna.
Tak samo, jak encyklika „Fratelli tutti”, tak i „Powróćmy do marzeń” otwiera przestrzeń poza obecną polaryzacją zachodniej polityki. Franciszek robi dla naszych czasów to, co Pius XI usiłował osiągnąć swoją encykliką „Quadragesimo anno” w 1931 r. – a ten czas także był okresem autorytarnego populizmu i kryzysu demokracji. Obaj namawiają nas do niezgody na status quo i poszukiwanie nowego sposobu uprawiania polityki, który będzie doceniał godność ludzką każdej jednostki i na tej podstawie budował społeczeństwo i gospodarkę.
Chociaż obydwie te encykliki zwracają się w stronę ludzi, istnieje wielka przepaść pomiędzy przedstawianym w nich „populizmem integracyjnym” (inclusive populism), jak nazywa go w swojej najnowszej książce pod tym samym tytułem Angus Ritchie, a „populizmem wykluczenia” (exclusivist populism) połączonym z nienawiścią i podziałami, do którego podjudzają Trump i inni demagodzy. Zrozumienie tej różnicy, i tego, że angażują się tu przeciwne sobie postawy duchowe, jest kluczowe dla znalezienia drogi wyjścia z obecnego kryzysu politycznego.
Dla Franciszka przyczyną kryzysu liberalnej demokracji jest neodarwinowska ideologia rynkowa, która traktuje ludzi jak towar. W „Powróćmy do marzeń” pokazuje on, że kiedy bezdomni zamarzają na śmierć na tyłach pustego hotelu, nie powoduje to u nikogo większego poruszenia w porównaniu np. z szokiem wywołanym przez nagły spadek na giełdzie. Przywołując interpretację Wieży Babel autorstwa średniowiecznego rabina, wedle której cegły były uważane za bardziej wartościowe niż niewolnicy, Franciszek zauważa, że ekonomia, której obsesjami są wzrost i konsumpcja, jest w zasadzie ekonomią ofiar z ludzi. „Ludzie czy cegły” – mówi Franciszek. – „Pora wybrać”.
Franciszek rozumie ból i rozczarowanie polityką, które doprowadziły do wzrostu populizmu, „kontrast pomiędzy świadomością społecznych praw z jednej strony, a z drugiej – dostępem do prawdziwych możliwości skorzystania z nich”, jak również złość tych „zepchniętych na margines przez bezwzględny taran zglobalizowanej technokracji”. Złość z powodu utraty perspektyw i możliwości skutecznego wpływu na własny los, poczucie wykluczenia, które powoduje, że ludzie kurczowo trzymają się swoich tożsamości – wszystko to zapewnia urodzajny grunt autorytarnym liderom chcącym rozbudzać lęki i wywoływać poczucie bycia ofiarą.
W „Powróćmy do marzeń” Franciszek wyraża żal z powodu „często okrutnej retoryki populistycznych liderów oczerniających »obcego« po to, by bronić narodowej lub grupowej tożsamości”. W oświadczeniu dla włoskiej telewizji z 9 stycznia powiedział, że atak na Kapitol pokazał, iż kiedy ludzie działali „przeciw społeczności, przeciw demokracji, przeciw wspólnemu dobru”, to był to znak, że chodzi tu walkę sił duchowych. „Dzięki Bogu, że to wybuchło i mieliśmy szansę dobrze się temu przyjrzeć” – dodał, „bo teraz można postarać się to załagodzić”.
Duch sprawczy stojący za trumpowskim populizmem jest opisany w części drugiej „Powróćmy do marzeń”. Zawiera ona wspaniałe nauczanie na temat duchowego osądu: jak możemy odkryć, co jest zgodne z boskim prawem, a co przeciwne Bogu, zdemaskować złego ducha, kiedy pojawia się on sub angelo lucis – w przebraniu anioła światłości. Chrześcijański nacjonalizm jest pełen odwołań do dobra i do Boga, do Jezusa i moralności, lecz jego prawdziwy duch jest łatwy do zdemaskowania. Wykorzystuje on lęki i podejrzliwość, obwinia innych i rozdrapuje stare rany. Polaryzuje i dzieli świat na nas (dobrych) i innych (złych), „zamykając nas w naszych własnych zainteresowaniach i punktach widzenia, ograniczonych poprzez podejrzliwość i bezpodstawne uprzedzenia”.
Franciszek opisuje tego ducha opozycji wobec wspólnego dobra i jedności jako „odizolowane sumienie”, pokusę, która prowadzi do poczucia wyobcowanej wyższości od reszty (w tym przypadku od demokratycznego społeczeństwa) i zmienia ludzi w „skarżące się na swój los jednostki z kompleksem oblężonej twierdzy, które gardzą innymi, wierząc, że tylko one znają prawdę”. Trudno o lepszy opis tłumu, który Trump posłał na Kapitol – to ludzie rozgniewani, pełni poczucia moralnej wyższości i wietrzący wszędzie zdradę, powtarzający dziwaczne oskarżenia o skradzionych wyborach i twierdzący że mają boskie przyzwolenie na swoje działania. („kiedy Bóg zsyła ci wizję, nie musisz wiedzieć nic innego” powiedział mistrz ceremonii „marszu jerychońskiego”, Eric Metaxas.)
U podstawy „odizolowanego sumienia”, mówi Franciszek, jest zawsze to, co Św. Ignacy Loyola nazywał „rzeczą nabytą” (cosa adquisita), szczęściem nabytym lub jakimś poczuciem przywileju czy specjalnego uprawnienia do czegoś. Strach przed utratą tego nabytego szczęścia prowadzi ludzi do kurczowego trzymania się go w czasie, gdy „duch podejrzliwości i uprzedzeń podpowiada powody, by się powstrzymywać, ukrywając własne poglądy, a przy tym usprawiedliwiając je poprzez wskazywanie na winy innych ludzi”, pisze Franciszek. Ludzie myślący w tym duchu mogą uwierzyć prawie we wszystko, co mówią ci, którzy podzielają ich poglądy, i nie ufać dowodom lub argumentom wskazywanym przez tych, których uważają za wrogów. Stąd wziął się ruch „stop the steal” (powstrzymać kradzież).
W otwarcie rasistowskim, wypełnionym pretensjami dyskursie Trumpa i jego zwolenników, w broni i flagach Konfederacji, które nieśli, to „szczęście nabyte” jest bardzo zauważalne: to mit Lost Cause (przegranej sprawy), chrześcijański nacjonalistyczny mit Południa jako strażnika amerykańskiej wyjątkowości i wyższości moralnej. Wszystko to jest powiązane z poczuciem krzywdy i zdrady, do którego odwołuje się retoryka Trumpa o „uczynieniu Ameryki ponownie wielką”. Budowa muru, żeby powstrzymać „Meksykanów”, szturm na Kapitol, by unieważnić „skradzione” wybory, które przegrał – Trump podburza do wyrażania pretensji i apeluje do poczucia wyższości „odizolowanych sumień” jak nikt inny, jest przy tym obojętny wobec jakiegokolwiek poczucia wspólnego dobra lub braterstwa.
Jeżeli Jonasz jest biblijnym przykładem „odizolowanego sumienia”, mówi Franciszek, wówczas Zacheusz – poborca podatkowy niskiego wzrostu, odmieniony przez łaskę Boga – jest wspaniałym przykładem człowieka, który porzuca swoją izolację, by służyć ludziom. Powodem tej przemiany jest jego odpowiedź dana Chrystusowi: zamiast oskarżać innych, oskarża on siebie. Pokora, jak mówi Franciszek, jest odtrutką na „odizolowane sumienie”. Poprzez zniżenie samych siebie – nie wobec innych, lecz z bojaźni bożej – robimy miejsce dla dobrego ducha, aby mógł w nas działać. Wówczas „raczej niż szukam win w moim bracie lub siostrze, widzę w nim lub niej kogoś, kto też walczy z trudnościami, kto potrzebuje pomocy i tę pomoc im oferuję”.
Pokora jest podstawą braterstwa przedstawionego we „Fratelli tutti”. Widzimy ją w przypowieści o Dobrym Samarytaninie, którego tożsamość nie jest zagrożona przez bliźniego w potrzebie. Papież wskazuje na konieczność politycznego sumienia, które odzwierciedla troskę o potrzeby innych, bez względu na to, gdzie leży ich lojalność i komu służą, i na chęć organizowania naszej gospodarki w sposób, który umożliwi spełnienie tych potrzeb.
To sposób prowadzenia polityki, który wznosi się ponad gorączkę polaryzacji, mając świadomość, jak zaraźliwe bywają oskarżenia. Zamiast karmić tę bestię, pozwala jej odsłonić prawdziwą naturę, a potem uschnąć samoistnie – tak jak Biden zrobił w odpowiedzi Trumpowi. „Podobnie jak koronawirus, jeśli wirus podziałów nie może przedostać się z jednego organizmu na drugi, to powoli zniknie”, zauważa Franciszek.
Jednak papież nie chce, byśmy uciekali przed konfliktem. Część druga „Powróćmy do marzeń” opisuje dynamiczną, stworzoną przez Boga rzeczywistość wypełnioną przez przeciwstawne siły i napięcia, które domagają się ujścia. Papież nazywa je „żyjącymi przeciwieństwami” lub „antytezami”.
Takimi napięciami – pomiędzy tym, co jest, a tym, co być powinno, pomiędzy różnymi poglądami i interesami – zajmuje się polityka. Ucieczka przed nimi, szukanie spokoju za wszelką cenę, oznacza odmowę zaakceptowania rzeczywistości. Tym, co jest tu diabelskie, jest próba wykorzystania tych napięć poprzez zamianę ich w sprzeczności, redukowanie skomplikowanych rzeczywistości do prostych czarno- białych różnic (na przykład: lud kontra wrogowie ludu), i domaganie się, byśmy wybrali jedną stronę, a walczyli z drugą.
Zamiast tego, Franciszek namawia nas, by „przeczekać” napięcie różnic, stawić mu czoła i otworzyć obie strony na nowy sposób patrzenia na świat, który chroni to, co dobre w każdej ze stron, równocześnie wyrastając ponad obie. Takie przełomy mają miejsce „wtedy, gdy prowadzimy dialog, kiedy ludzie ufają sobie nawzajem i pokornie szukają razem dobra”, mówi Franciszek.
To tylko jeden z wymiarów polityki służby – taki, który nie zajmuje się wyłącznie zarządzaniem aparatem państwa i kampanią wyborczą, lecz promuje dobre postawy i powstawanie więzi społecznych. Ta, jak ją nazywa, „polityka przez duże P”, jest „najważniejszym powołaniem dla wszystkich zaniepokojonych stanem społeczeństwa”, dla tych, którzy „palą się dla sprawy”, chcąc zapewnić swoim ludziom dostęp do ziemi, pracy i mieszkania. Tacy politycy – lub przywódcy społeczności – „niosą ze sobą zapach okolicy, której służą”. To kobiety i mężczyźni zdolni do współczucia, szanujący kulturę i godność tych, których reprezentują.
To właśnie o ten kluczowy składnik odrodzenia polityki zabiega papież. Tak w Laudato si’, jak i w „Powróćmy do marzeń”.
Franciszek ma dużo do powiedzenia na temat potrzeby ustalenia przez rząd nowych celów dla gospodarki, poza nieustanną pogonią za wzrostem gospodarczym, a także o polityce, która zwiększy dostęp do pracy i ochroni planetę. Rząd ma dużo do zrobienia. Jednak radykalizm polityki papieża leży w wierze, którą pokłada on w oddolnych ruchach mających kwestionować i wpływać na to, co robi rząd. „W świecie po covidzie”, jak mówi, „nie wystarczy technokratyczne poleganie na zawodowych menedżerach czy populizm. Tylko polityka zakorzeniona w ludziach, otwarta na samoorganizowanie się, będzie w stanie zmienić przyszłość”.
W 1931 r., w obliczu polaryzacji pomiędzy liberalizmem a kolektywizmem, w czasie demokratycznej zapaści, Pius XI także nawoływał do odrodzenia społeczeństwa obywatelskiego od dołu, do tego, by „instytucje same składające się z ludzi i zwłaszcza instytucje życia społecznego” odbudowywały „porządek prawny i społeczny, który zawsze nadaje formę i kształtuje całe życie ekonomiczne” (Quadragesimo anno). Jednak żaden papież przed Franciszkiem nie podkreślał tak mocno tego, co sam nazywa „ruchami ludowymi” złożonymi z osób spoza głównego nurtu polityki.
W części trzeciej „Powróćmy do marzeń” pisze on o ruchach społecznych zakorzenionych w szkołach i parafiach w biednych dzielnicach, pomagających ludziom organizować się w walce o godne wynagrodzenie, bezpieczne ulice i przyzwoite warunki mieszkaniowe. W Stanach Zjednoczonych nazywa się to organizacją społeczną o szerokiej bazie lub wyznaniową organizacją sąsiedzką. Ten rodzaj organizacji jest promowany i tworzony przez Catholic Campaign for Human Development (CCHD) – Katolicką Akcję na Rzecz Rozwoju Ludności. Papież organizował i zachęcał od spotkań tych „ruchów ludowych” w Rzymie i poza nim, wzywa też Kościół do „otwarcia drzwi” dla nich – nie po to, by je przejąć czy kontrolować, ale aby im towarzyszyć i wspierać je. To, jak mówi, coś zupełnie odwrotnego niż podejście elit, które żartobliwie charakteryzuje jako „wszystko dla ludzi, ale nigdy z ludźmi”.
Wspominając własne zaangażowanie w takie ruchy w Buenos Aires – zwłaszcza cartoneros, zbieraczy tektury – Franciszek opisuje odprawianie w każdy rok ogromnej polowej mszy na jednym z placów miasta, który z biegiem czasu stał się miejscem zgromadzeń tysięcy wykluczonych. Ludzie przyszli, by „prosić Boga o rzeczy, których potrzebowali”, przypominając mu tłum, który szedł za Jezusem i jednoczył się myśląc o Bogu, i „nie była to masa jednostek zahipnotyzowanych przez zręcznego mówcę, lecz ludzie z historią, pielęgnujący w sobie nadzieję”.
W Ewangelii tłum szedł za Jezusem, mówi Franciszek, ponieważ jego nauczanie przywoływało w nich głębokie wewnętrzne przekonanie o bliskości Boga i własnej godności. Franciszek widział tego samego ducha w tłumach na Plaza Constitución i w ruchach ludowych. „W mobilizacji na rzecz zmian, w ich poszukiwaniu godności, widzę źródło moralnej energii, rezerwę obywatelskiej pasji, zdolną do ożywienia naszej demokracji i przeorientowania ekonomii”, pisze. To polityka, która zwraca się w stronę ludzi, nie po to, by posypywać solą rany, ale aby pomóc im odzyskać należną im godność; która widzi osobę wyrzuconą na margines nie jako zagrożenie, ale jako zasób dla pomocy innym, która przychodzi nie po to, by narzucać, ale by służyć; która nie wprowadza odgórnych podziałów, lecz buduje jedność od podstaw. Ten rodzaj polityki jest nam teraz bardzo potrzebny.
Austen Ivereigh
tłum. Magdalena Bieńczak
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej commonwealthmagazine.org 7 lutego 2021 r.
przez Adam Suraj | środa 10 marca 2021 | opinie
Internetowe środowiska lewicy okrążył niedawno sondaż, z którego wynika wprost, że Lewica, a zwłaszcza jej wyborcy, ma gorsze zdanie na temat wpływu zasiłków socjalnych na ludzi niż środowiska prawicowe. Dziwić może to szczególnie, kiedy widzimy, że niektóre środowiska Lewicy nie wstydzą się PRL-u. Przykładowo 6 stycznia na fanpage’u Lewicy opublikowano post upamiętniający Gierka, a młodzieżówka partii napisała spory poemat wychwalający jego postać. Więc jak to jest możliwe, że z jednej strony Lewica jest zafascynowana PRL-em i uwielbia prostego człowieka, któremu Gierek miał pomóc, a z drugiej strony nie cierpi, gdy obecny rząd choćby przez 500+ robi to samo? Chcielibyśmy się zastanowić nad tym paradoksem.

Na pewno na Lewicy są ludzie, którzy chcą dobrze. Jesteśmy o tym przekonani, kilku takich działaczy sami personalnie znamy. Jednak często brakuje im teoretycznego przygotowania i mogą być naprawdę przekonani, że Lewica powinna się skupić na usługach publicznych i być przeciw zasiłkom, i że dzięki takiej polityce ludziom będzie żyło się lepiej. Pomijają choćby to, że naprawa usług publicznych pomoże konkretnym grupom, a innym nie (osobom mieszkającym na wsi nic nie da program budowy tanich mieszkań), a naprawa wielu z tych usług będzie trwała nawet dekadę, podczas gdy ludziom już w tym momencie jest źle. Wtedy, zamiast skupić się na klasowym aspekcie polityki, ulegają złudzeniom serwowanym przez politykę tożsamości. Zaczynają większość swojego czasu poświęcać tematom, które prostych ludzi, do których ponoć chcą trafić, najzwyczajniej w świecie nie interesują albo są do nich wrogo nastawieni. Nie można jednak odmówić im chęci czynienia dobra i poprawy świata.
Charakter klasowy Lewicy
Jesteśmy jednak przekonani, że tak ogromna niechęć elektoratu Lewicy do zasiłków nie bierze się tylko z braków teoretycznych i z chęci czynienia dobra, ale ukierunkowanego w zły sposób. Karol Marks zauważył bardzo trywialną rzecz, która jednak bardzo często umyka – jest nią to, że ludzie mają swoje klasowe interesy i co do zasady głosują zgodnie z nimi. Zastanówmy się w takim razie, kto jest elektoratem Lewicy. Jak możemy zauważyć, według statystyk wyborca Lewicy jest osobą wykształconą, z miasta i to raczej dużego, do tego jest osobą młodą (19-29 lat), przed którą otwiera się świat. Czy taką osobę dotyczy choćby takie 500+, czy może ona coś na tym zyskać?
Typowy wyborca Lewicy nie ma zbyt wielu wspólnych interesów z polskim pracownikiem. Jest zainteresowany przede wszystkim programem obyczajowym, który oferuje mu partia. Moglibyśmy posunąć się do stwierdzenia, że większość aktywistów Lewicy chciałaby, zgodnie z opisem Mouffe, bezklasowego zjednoczenia we wspólnym froncie walki. Gdzie o swoje interesy walczyliby zarówno pracownicy, grupy związane z feminizmem czy wysuwające postulaty ekologiczne. Niestety, jak pokazuje nam dobitnie historia, jest to niemożliwe. Nie da się wprowadzić lewicowego populizmu, który pogodzi interesy ludu „omamionego prawicowym populizmem” (posłowie do polskiego wydania książki Marka Fishera „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?”). Klasyczny elektorat, który kiedyś głosował na partie socjaldemokratyczne, nie jest zainteresowany w zasadzie żadnym z postulatów dotyczących choćby mniejszości seksualnych czy uprzywilejowania Kościoła. Zamiast tego, pozostając przy przykładach z Polski, woli zagłosować na PiS, który co prawda dużo mówi o tematach światopoglądowych, jednak oferuje także zmiany gospodarcze, które poprawią los tego elektoratu. Co równie ważne, sama Zjednoczona Prawica bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że to realne zmiany gospodarcze dają poparcie. Przed wyborami do Europarlamentu na początku próbowali straszyć LGBT i ideologią gender, jednak dało to mierne wyniki w sondażach, a dopiero podwyższenie płacy minimalnej oraz wprowadzenie 500+ na pierwsze dziecko, dało partii Jarosława Kaczyńskiego późniejsze zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Co równie istotne, PiS jest partią, której zwykły pracownik może zaufać. Podczas swoich pierwszych rządów obiecali obniżenie wieku emerytalnego, wprowadzenie zasiłku socjalnego w wysokości 500 zł na drugie dziecko – i tych obietnic dotrzymali. Z kolei elektorat ten nie ma żadnego powodu, aby zaufać Lewicy.
Partia średniej klasy wielkomiejskiej
Patrząc na postulaty, które zostały ustalone na nowym konwencie Lewicy, możemy zauważyć kilka punktów niezwykle ważnych dla tolerancyjnych ludzi z dużego miasta,. Ta właśnie grupa jest niezwykle ważna w elektoracie partii. Ewa Marciniak stwierdza na podstawie badań, że elektorat Lewicy jest jednym z najbardziej proeuropejskich i najbardziej negatywnie nastawionym do Kościoła katolickiego. Popiera liberalizację ustawy antyaborcyjnej oraz zalegalizowanie związków partnerskich. I to są idee, które łączą ten elektorat. Wśród tych idei nie znajduje się chęć zmniejszenia nierówności społecznych, wiara w zbudowanie lepszego i bardziej sprawiedliwego państwa czy też nawet wiara w to, że ubogim należy się pomoc. Nawet postulaty prospołeczne są bardzo mocno skierowane do średnioklasowego miejskiego wyborcy. Mamy np. chęć odejścia od energii wytwarzanej w oparciu o węgiel, nie przejmując się przy tym kosztami społecznymi (jest proponowana zielona energia, nie ma propozycji, jak pomóc pracownikom likwidowanych branż).
Chcielibyśmy zadać pytanie: gdzie są progresywne podatki, gdzie jest lepsza służba zdrowia, gdzie jest lepsza publiczna komunikacja, gdzie jest cokolwiek dla ludzi, którzy nie mieszkają w większych miastach i mają słaby dostęp do dobrej edukacji – czy naprawdę dla nich największym problemem jest religia w szkołach? Czemu z programu Lewicy, który jest umieszczony na stronie Lewicy, postanowiono wybrać akurat te punkty jako najważniejsze?

Lewica radykalna w słowach, nie w działaniu
Można spróbować podważyć nasze argumenty odnośnie do programu, mówiąc, że na stronie Lewicy jest zapisane podniesienie płacy minimalnej, milion tanich mieszkań, dofinansowanie służby zdrowia itd. Co prawda są to raczej hasełka, ale jednak jest to propozycja. Po pierwsze to nie są hasła, ale baśnie. Program wiele obiecuje, ale nie mówi, skąd wziąć na to pieniądze. W programie nie ma nawet jednego zdania o podatkach. Do tego niektóre postulaty są trudne do wykonania z przyczyn technicznych, choćby zwiększenie liczby lekarzy o 50 tysięcy. W Polsce mamy obecnie 140 tysięcy lekarzy, więc oznaczałoby to przyrost liczby lekarzy w ciągu 6 lat o niemal połowę. Realność takiej zmiany jest zerowa. Lewica twierdzi, iż „Zwiększymy liczbę miejsc na kierunku lekarskim docelowo o 50%. Ułatwimy młodym lekarzom kształcenie w deficytowych specjalizacjach. Uprościmy podejmowanie w Polsce pracy lekarzom z zagranicy (prostsza nostryfikacja, zniesienie obowiązku odbywania stażu podyplomowego, wsparcie w nauce języka polskiego)”. Czy naprawdę ta jedna zmiana spowoduje, że przyrost lekarzy zwiększy się parokrotnie w stosunku do stanu obecnego ?
Lewica obecnie protestuje przeciwko podatkowi medialnemu i twierdzi, że ona sama proponowała podatek od globalnych korporacji oraz chwali się, że oni by zrobili więcej i lepiej. Tylko czemu wyborca choćby PiS-u miałbym im wierzyć? Partia ta była w Koalicji z PO do Parlamentu Europejskiego, ba, niedawno okazało się, że Czarzasty otwarcie mówi o prowadzeniu rozmów z PO w sprawie koalicji do najbliższych wyborów parlamentarnych. Z dokładnie tą samą partią, która doprowadziła do rozpadu usług publicznych (za które to zjawisko tak często Lewica krytykuje PiS), obcięła pomoc socjalną najbardziej potrzebującym, partii, której jednym z najważniejszych ekonomistów jest Andrzej Rzońca, najpilniejszy uczeń Balcerowicza. Jak można nie odnieść wrażenia, że postulaty tej partii są jednym, a realna polityka drugim? Nie bez powodu tak ciężko jest przekonać do siebie Lewicy pracowników i grupy wykluczone przez system.
Zderzenie z pracownikami
To, o czym piszemy, najłatwiej zauważyć właśnie podczas rozmów z robotnikami i patrząc na sondaże. Dla większości lewicowców pracownicy przynajmniej w teorii są lub powinni być głównym elektoratem. Elektorat ten w Polsce jest zagospodarowany głównie przez PiS, który wśród robotników nieprzerwanie zwycięża w sondażach. Wystarczy przywołać wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych oraz prezydenckich. W tych pierwszych na partię rządzącą oddało głos 57,9%, w prezydenckich natomiast 65,9% robotników.
Widać to chociaż to po tym, że Lewica nie stara się w żaden sposób przyciągnąć do siebie i rozmawiać z ruchami ludzi odrzuconych. Ostatnimi czasy bardzo głośnym ruchem stała się Agrounia, której przewodniczący Michał Kołodziejczak twierdzi, że Lewica nawet nie próbowała porozumieć się z tym ruchem. Co więcej, wśród wielu facebookowych lewaków można było usłyszeć o tym, jak bardzo grubiańskie jest palenie opon w centrum Warszawy albo blokowanie ruchu. Do tego obecnie sam Kołodziejczak bardzo celnie punktuje Lewicę w swoim niedawnym wpisie na Facebooku. Chodzi o temat wolnych mediów, dla których podatek jest ogromnym problemem, ale temat traktowania pracowników najlepiej zamieść pod dywan. Jak ujmuje to Kołodziejczak: „Jeśli to, co pisze były pracownik #TVN jest prawdą, możemy mówić, że potęga telewizji TVN zbudowana jest z desek zakrwawionych przez pracowników”. Lewica, która powinna stawać za słabszymi, nie poruszyła do tej pory tego tematu w żaden sposób – wygodniej jest usiąść w cieple lamp telewizji albo pojawić się w artykule Wyborczej.
Lewica jako Zamek Wampirów
Lewica i jej młodzieżówka stała się w pewien sposób stylem życia. Spędziliśmy sporo czasu na lewicy, którą krytykujemy. Byliśmy członkami zarówno partii Razem, jak i jej młodzieżówki. Mieliśmy również krótki romans z Federacją Młodych Socjaldemokratów, będącą młodzieżówką Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jako byli członkowie młodzieżówek zauważyliśmy, że młodzieżówki i partie często mają charakter spotkań towarzyskich. To taka forma wspólnych wyjść, tyle że zamiast do pubu – na tęczowy marsz albo na protesty przeciwko niszczeniu wolnych mediów. W grupach tych często ludzie nie przychodzą bronić swojego interesu, ale po prostu spotkać i zawiązać grupę znajomych. Tworzą się kółka znajomych, którzy między poszczególnymi grupkami nie lubią się i wzajemnie rzucają na siebie zarzuty. Dochodzi tutaj do zjawiska, które Mark Fisher w swoim znanym artykule nazwał „Zamkiem wampirów”, czyli do tworzenia się grup, których głównym zadaniem jest moralizowanie i szukanie wśród działaczy „odchyleń prawicowych” i wydawanie osądów wobec tych, którzy rzekomo mają być seksistami, transfobami etc. W partii Razem największą ilość czasu działacze poświęcali na nieistotne kłótnie i szukanie rzekomych „przemocowców”, kiedy mechanizmy, które miały sobie radzić z prawdziwymi przemocowcami, nie działy sprawnie. Skupienie się na kłótniach i szukaniu czarownic było tak ogromne, że po przegraniu wyborów w 2019 roku na kongresie dyskusja nie dotyczyła tego, że trzeba zmienić zarząd krajowy partii, wprowadzić realne zmiany w taktyce, nic z tych rzeczy. Głównym tematem tamtejszego kongresu było zmiana w programie, aby udowodnić wyższość moralną partii Razem – miało dojść do zmiany w programie określenia „kobieta” na „osoba z macicą”. Dzięki temu, że dyskusja wyglądała tak, jak wyglądała, zarząd mógł być spokojny i w następnych wyborach startować z dobrych miejsc i wejść do parlamentu. Mimo sloganów o tym, że inna polityka jest możliwa, partia Razem udowodniła, że takie rzeczy, jak demokratyczne wybieranie osób oraz dobra komunikacja, są niemożliwe. Często zarząd sam podejmował decyzje, przed którymi potem była stawiana Rada Krajowa, która musiała je akceptować, bo inaczej wyszłoby co najmniej niepoważnie, gdyby się okazało, że organy partii nie są w stanie się dogadać. Zarząd był nienaruszalny, żadna siła na niebie i ziemi nie mogła go zmienić ani zmniejszyć wpływu jego członków na partię. Po zniechęceniu się do Razem, postanowiliśmy działać w FMS-ie. Niestety zauważyliśmy, że tutaj schemat działania jest taki sam. Góra dyktuje warunki, doły muszą się podporządkować.
Znamy działaczy ze wszystkich tych środowisk i wiemy, że wielu z nich to świetni ludzie. Niestety pomimo tego nie mają oni żadnego wpływu na to, jak partia wygląda, jak działa i czyich interesów broni. A partie będące w koalicji Lewicy poza mówieniem o sobie, że są partiami pracowników najemnych, mało z tymi pracownikami mają wspólnego.
Globalne wymieranie socjaldemokracji
Kłopoty, z którymi mierzy się nasza Lewica, nie są wyjątkowe na tle świata. W ogromnej liczbie państw dochodzi do osłabienia partii socjaldemokratycznych, tracą one swój naturalny elektorat, a kiedy nawet wygrywają wybory, nie mają bladego pojęcia, co zrobić i nie potrafią się wyrwać z realizmu kapitalistycznego, nie potrafią przełamać myślenia tylko w kontekście wolnorynkowym i na końcu realnie nic nie zmieniają, ponieważ są przekonane, że można trochę ludziom pomóc, ale rynki muszą działać nieskrępowanie. Termin ten profesjonalnie nazywa się Pasokifikacją i wziął nazwę od lewicowej partii PASOK, której przykład świetnie pokazuje obraz obecnej socjaldemokracji. Partia ta w 6 lat spadła w sondażach z 43,9% do 4,7%. Rządziła ona podczas kryzysu związanego z zadłużeniem Grecji i wprowadzała politykę zaciskania pasa, opierającą się na zmniejszaniu wydatków państwa (przez odcinanie socjalnych zasiłków, zmniejszenie wydatków na usługi publiczne etc.). Neoliberalizm jako ideologia nieskrępowanych rynków po upadku ZSRR stał się tak silny, że większość partii lewicowych uległa jego urokom i przekonaniu, że kapitalizm będzie wieczny. O tym, jak ogromny wpływ miało to na partie lewicowe, bardzo dobrze mówi znana wypowiedź Margaret Thatcher, która zapytana o swoje największe osiągniecie odparła: „Tony Blair i Nowa Partia Pracy. Zmusiliśmy oponentów do zmiany ich poglądów”. Rząd New Labour był dla wielu działaczy Partii Pracy klęską i zmuszeniem ich do przyjęcia obcego dla większości lewicy neoliberalizmu. Niestety nie skończyło się tylko na przyjęciu umiarkowanego liberalizmu Blaira. Partia New Labour dalej się radykalizowała, ale niestety w kierunku niepożądanym przez większość społeczeństwa.
Przesiąknięcie neoliberalizmem dało o sobie znać również na gruncie polskiej polityki. SLD podczas swoich rządów zaoferował politykę zaciskania pasa. Patrząc na działaczy i polityków, którzy do tej pory się nie zmienili, trudno odnieść wrażenie, że po przejęciu przez nich władzy miałoby być inaczej. Jednym z haseł maja’68 było „bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego!”, natomiast hasłem obecnych partii lewicowych mogłoby być „bądźmy realistami, nie żądajmy niczego!”.
Podsumowanie
W Polsce potrzeba partii lewicowych, które otwarcie będą mówić o tym, że zasiłki są dobre, że potrzebujemy sprawnego państwa, które nie będą potępiać w czambuł PiS-u za każdą jego decyzję, bo mogła być bardziej radykalna (jak w przypadku podatku od mediów) albo bo ma na celu „kupić głosy”, a tak w sumie to „500+ jest na kredyt i w ogóle nie powinno istnieć” (posłanka Joanna Scheuring-Wielgus wielokrotnie tak właśnie krytykowała ten program). Partia lewicowa powinna celować w kierunku większości społeczeństwa i jej realnych problemów, a nie w kierunku wielkomiejskiej klasy średniej, która chce komuś pomóc, bo szlachectwo zobowiązuje, ale najlepiej w taki sposób, aby nic ich to nie kosztowało.
Zamiast mówić o pracownikach na konwencjach, proponowalibyśmy jednak najpierw szersze wyjście do ludzi. Spróbować odrodzić lewicowe partie jako te, które stoją za interesem robotników, inicjują strajki, wspierają negocjowanie korzystnych układów zbiorowych. A także, co wydaje się chyba najważniejsze i lewica powinna od tego zacząć – to próba oderwania się od liberalnych mediów dyktujących jej warunki. Tańczenie do tego, co zagrają Gazeta Wyborcza czy Krytyka Polityczna powoduje niezdolność do odróżnienia się lewicy od liberalnego mainstreamu, a to oznacza śmierć lewicowych projektów. Partie lewicowe muszą na nowo określić się w późnym kapitalizmie. Potrzebujemy zakończenia z marazmem i budowania nowej wizji. Wizji, która sięga daleko poza kapitalizm.
Adam Suraj, Mateusz Jurewicz
przez redakcja | poniedziałek 8 marca 2021 | klasyka, opinie
Przy codziennej walce o każdy kawałek chleba, przy ciągłym niedostatku, szczególniej licznych rodzin po wsiach, jak i w miastach, nie zawsze stroskani rodzice mają czas i chęć, by głębiej zastanowić się nad niesprawiedliwościami wynikającymi z ustroju społecznego.
Jedni znoszą swą niedolę w obojętności i pokorze, przemęczeni pracą i trudem ponad siły, a drudzy, inteligentniejsi szukają poprawy, wytężając wszystkie swe siły, oszczędzając co się tylko da – a tylko uświadomiony człowiek rozumie, że oprócz tego konieczna jest solidarna praca w związkach i ciągłe dopominanie się lepszych praw i ciągłe żądanie spełnienia już wywalczonych praw, bo tylko w ten sposób można i trzeba stale i wytrwale niszczyć wyzysk i niesprawiedliwość społeczną.
Jedne z tych praw obejmują sprawy dotyczące całego państwa – to są prawa polityczne, inne, dotyczące codziennego życia ludu pracującego, jego dobrobytu i zdrowia, to są prawa społeczne.
Choć sprawy polityczne są trudniejsze do zrozumienia, ale jednak trzeba najważniejszymi się interesować, tak samo na wsi, jak i w mieście, tak samo mężczyźni, jak i kobiety; bo wszyscy jesteśmy obywatelami Państwa polskiego, bo wszyscy płacimy podatki na utrzymanie i rozwój naszego państwa, bo wszyscy, przez głosowanie do Sejmu i do rad miejskich i do rad gminnych, głosujemy i wybieramy posłów i radnych.
Toteż, kiedy teraz jest postanowione, że zmieniać ma Sejm prawa, które rządziły dotąd Polską przez te 8 lat, to powinniśmy wszyscy żądać, żeby te prawa, nazwane Konstytucją, nie tylko nie były pogorszone, ale przeciwnie, żeby były polepszone – dla tej najważniejszej części narodu, która daje swą pracę i swój rozum. To znaczy dla ludu pracującego na wsi i w mieście i dla inteligencji pracującej, a dla tych, co nie pracują ani mózgiem, ani rękoma, a tylko żyją kosztem pracy innych i opływają w bogactwa, to takie prawa powinny być zmienione, by wszyscy musieli pracować.
Oprócz niepogorszenia praw musimy dopominać się, by dobre prawa już uchwalone przez Sejm były nareszcie dobrze wykonywane. Jak Ochrona pracy, która ma bronić pracujących od niszczenia swego zdrowia w brudzie i zaduchu i złych wyziewach fabrycznych; jak przestrzeganie 8-godzinnego dnia pracy, żeby nie zamęczać się długą pracą i mieć czas na odpoczynek, na dalszą naukę i na przyjemności kulturalne, jak różne ubezpieczenia społeczne od bezrobocia, od choroby, od kalectwa itp., a oprócz tego powinny być prawa zabezpieczające starość ludziom pracy.
Wiele, wiele jest tych różnych praw, ale tu chcę specjalnie mówić o tych, które są najpilniejsze dla szczęścia rodziny, dla dobra dzieci, dla wyswobodzenia kobiety z jej codziennych cierpień, trosk i straszliwego przemęczenia w pracy.
Chyba na pierwszym punkcie postawić tu trzeba tę straszną klęskę, która po wojnie nastała i do dziś tak trapi biedne i mniej biedne rodziny robotnicze po miastach, miasteczkach i po wsiach – to klęska mieszkaniowa, to ten straszliwy brak dachu nad głową, gdy parę rodzin musi często razem mieszkać, albo rodzice z 4, 5 i 6 dzieci gnieżdżą się w ciasnocie i zaduchu w suterynach, na poddaszach, albo w wilgotnych, ciemnych, nieludzkich norach. A z tej ciasnoty powstają różne kłótnie, demoralizacja i pijaństwo. Mąż ucieka do karczmy, bo nie ma domów ludowych, by odpoczął i poczytał po pracy, a kobieta – matka, gospodyni to męczennica od świtu do nocy, a dzieciska nieszczęśliwe źle chowane. Zdrowe, tanie, wygodne mieszkania to szczęście, zdrowie, i moralność całych rodzin – ludu pracy.
Na drugim miejscu żądać musimy, żeby była dobra, sprawiedliwa uczciwa opieka nad matką i dzieckiem. Przecież taki wyzysk pracy, jaki istnieje dziś dla kobiety, która rodzi dzieci, karmi je, wychowuje, prowadzi całe gospodarstwo, a oprócz tego jeszcze musi zarabiać poza domem, czy jako wyrobnica, czy jako robotnica fabryczna – toż to okropna niesprawiedliwość!
A to dlatego, że mężczyźnie, ojcu rodziny za mało płacą, albo biedaczysko traci zupełnie robotę i jako bezrobotny szuka na próżno lub źle szuka i niedbale. A cały kłopot na barkach biednej matki i żony! Tak być dalej nie może! A jeszcze teraz od panów i pań rozpustnych przyszła do proletariatu moda rzucania swych żon z małymi dziatkami – by z młodymi dziewczętami szukać zadowolenia.
Nieszczęsne te opuszczone rodziny pozostają w nędzy, matka rozpacza – nie może sobie dać rady – a na opuszczającego rodzinę ojca i męża nie ma dotąd żadnego prawa. A jeszcze gorzej ma matka nieślubna z dzieciątkiem przy piersi: nikt jej nie chce wspomóc, wszyscy potępiają, dziecko ginie z głodu.
Trzeba z tą niesprawiedliwością skończyć! Powinno być nareszcie w Polsce takie prawo, jak już w wielu narodach, że ojciec musi płacić część swego zarobku na utrzymanie nieślubnego dziecka, o ile nie chce z tą matką się żenić.
Ot wiele, wiele innych niesprawiedliwości dokucza kobietom, jeszcze więcej jak mężczyznom, a ta najgorsza z nich niesprawiedliwość to taka niska płaca za pracę. Nawet gdy kobieta pracuje tak dobrze, jak mężczyzna, a nawet lepiej – to i tak jej mniej fabrykant płaci. Niemądre są robotnice, że na taką małą płacę się zgadzają, a to dla tego, że są nieuświadomione, że nie należą do związków klasowych, że słuchają różnych rad swoich wrogów, którzy je wyzyskują. Powinny kobiety zawsze i wszędzie żądać równej płacy z mężczyznami, o ile spełniają tę samą pracę.
Trzeba także walczyć, by była prawem ustalona najniższa płaca i mniej nie wolno by było żadnej robotnicy płacić…
Ponieważ kobiety są więcej wyzyskiwane od mężczyzn, to powinny się jeszcze silniej organizować i dodawać sobie otuchy i zachęty, i o wszystkie prawa się dopominać. Patrzcie! Teraz są w Polsce ustanowione Sądy pracy, żeby pilnować sprawiedliwych wyroków, jak wam majster, albo fabrykant zrobi jaką krzywdę, jaki wyzysk, jaką niesprawiedliwość, a wiecie, że choć w Polsce kobieta ma te same wszystkie prawa co i mężczyzna – jednak kobiety w Polsce minister sprawiedliwości nie dopuścił, żeby była ławnikiem przy sądach pracy… Wasi koledzy, i towarzysze mogą być, a my kobiety, obywatelki nie… Żadna kobieta nie będzie pilnować spraw kobiet wyzyskanych, oszukanych, omamionych, skrzywdzonych, zhańbionych; taka to równość, taka to sprawiedliwość.
Tyle, tyle do zrobienia! – program nasz kobiecy duży, ogromny! A jeżeli jeszcze dodać te wszystkie nieszczęścia i hańby, które pchają młode dziewczęta do prostytucji, do sprzedawania swego ciała za pieniądze…
Jeżeli wspomnieć te przeogromne cierpienia kobiet, których szczęście rodzinne ginie z powodu pijaństwa męża, ojca, syna…
Jeżeli zakończyć tę listę cierpień wielką śmiertelnością ukochanych dziatek, które matka wydaje na świat w cierpieniach, by trumna za trumienką szła na cmentarz, – to naprawdę każda z kobiet powinna dobrze się zastanowić, czy dla szczęścia własnego i dla dobra Ojczyzny jest lepiej urodzić i wychować dwoje lub troje zdrowych dziatek – móc je dobrze wykształcić na pożytecznych ludzi – niż rodzić i rodzić bezliku w niedostatku, ciasnocie i ciągłych cierpieniach, by nawet połowy nie zostało przy życiu.
Nad tym wszystkim trzeba się dobrze zastanowić, o tych wszystkich brakach i niesprawiedliwościach trzeba mówić teraz, gdy idzie 1 maj – dzień święta robotniczego, a następnie przyjdzie dzień specjalnie przyznany dla wysuwania żądań kobiecych, to „Dzień Kobiet”, w którym wszystkie stańcie w szeregu!
dr Justyna Budzińska-Tylicka
Powyższy tekst Justyny Budzińskiej-Tylickiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Głos Kobiet. Wydawnictwo Polskiej Partii Socjalistycznej”, numer 4-5/1929, Warszawa, kwiecień-maj 1929 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.
Grafika w nagłówku tekstu: MOM from Pixabay.