Świętokrzyski Lunapark Narodowy

Świętokrzyski Lunapark Narodowy

Właśnie mijają dwa lata od czasu, gdy były minister środowiska Henryk Kowalczyk, następnie były minister środowiska Michał Woś, obecny minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka oraz wciąż pełniący funkcję dyrektora Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski pracują nad usunięciem z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego jego symbolicznego serca: fragmentu Łyśca z częścią pobenedyktyńskiego klasztoru. Sprawę obszernie opisywałem w cyklu artykułów. O sprawie pisali także dziennikarze innych mediów.

Park narodowy tworzy się w celu zachowania różnorodności biologicznej, zasobów, tworów i składników przyrody nieożywionej, walorów krajobrazowych, przywrócenia właściwego stanu zasobów i składników przyrody oraz odtworzenia zniekształconych siedlisk przyrodniczych, siedlisk roślin, siedlisk zwierząt lub siedlisk grzybów. W definicji nie ma nic o budowie farm fotowoltaicznych, wznoszeniu wież widokowych ani hoteli, parcelacji terenów czy oddawania ich fragmentów w użytkowanie związkom wyznaniowym. A takie są właśnie plany związane ze Świętokrzyskim Parkiem Narodowym. Plany Rady Ministrów, Ministra Klimatu i Środowiska, Dyrekcji Świętokrzyskiego Parku Narodowego, samorządów i posła Mariusza Goska z Solidarnej Polski.

Diabelski młyn

W ciągu tych niespełna dwóch lat mogliśmy być świadkami przedziwnych zachowań urzędników różnego szczebla, na czele z kolejnymi ministrami, ale nie wolno nam zapomnieć o szczególnej roli dyrektora ŚPN. Wszystko zaczęło się od słynnego oświadczenia dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego, który na łamach kieleckiej Gazety Wyborczej stwierdził, że obszar Łyśca jest pozbawiony wartości przyrodniczych. To był pierwszy obrót diabelskiego młyna. W kolejnych miesiącach pojawiały się kolejne projekty rozporządzeń planujących wyłączenie z granic ŚPN najpierw ponad 5 ha na Łyścu, a obecnie 1,3 ha.

Wskutek silnego oporu środowiska przyrodników i naukowców, ale też polityków kilku partii, którzy słali interpelacje w tej sprawie, do dziś sprawa nie jest zamknięta. Ale jej procedowanie trwa.

Wśród szczególnych, wartych zapamiętania zachowań urzędników państwowych wysokiego szczebla kilka trzeba przypomnieć. Poza kompromitująca wypowiedzią dyrektora Reklewskiego to poseł Mariusz Gosek z Solidarnej Polski najbardziej zadziwił wszystkich. Na pytanie zadane przez Stowarzyszenie MOST z Kielc o to, w jakim charakterze, po co i czy za zgodą przełożonego spotyka się z dyrektorem ŚPN, ministrem środowiska i ojcem Marianem Puchałą, superiorem klasztoru na Łyścu, odpowiedział w oficjalnym piśmie, że nie musi mieć niczyjej zgody na takie spotkania oraz że spotyka się w charakterze katolika. Pan Gosek w tamtym czasie był członkiem zarządu województwa świętokrzyskiego.

W panteonie twórców nowych granic ŚPN jedno z ważniejszych miejsc zajmuje obecny wiceminister sprawiedliwości, a wcześniej minister środowiska Michał Woś. Ten człowiek, odpowiedzialny dziś za stanowienie prawa w Polsce, a wtedy za respektowanie prawa ochrony przyrody, nigdy nie odpowiedział na żadne pismo skierowane do niego w sprawie ŚPN. Minister Woś ogłosił latem 2020 konsultacje społeczne w sprawie projektu rozporządzenia, zaprosił do rozmów kilka wybranych przez siebie organizacji, nie odpowiedział nigdy na ich uwagi do projektu rozporządzenia, z dnia na dzień zorganizował spotkanie w ministerstwie, na które nie przyszedł, zarządził niezgodny z ustawą termin składania uwag, po czym w ostatnim dniu swego urzędowania ogłosił własny projekt rozporządzenia dotyczący zmian granic ŚPN, w którym umieścił ważną zmianę w stosunku do poprzedniego projektu. Zawarł w nim zapis mówiący o włączeniu w granice ŚPN ponad 60 ha izolowanej enklawy leśnej pod Grzegorzowicami. Woś zmianę tę ogłosił tuż przed wyborami prezydenckimi. Wizytował wtedy Łysiec z prezydentem Andrzejem Dudą i dyrektorem ŚPN oraz Marianem Puchałą, superiorem klasztoru. Zabieg ten w oczywisty sposób był związany z kampanią wyborczą i miał prawdopodobnie na celu przekonanie opinii publicznej, że przecież 1,3 ha za 60 ha to dobry deal. Miał on jednak dużo poważniejsze konsekwencje, bo obecnie minister klimatu i środowiska piórem sekretarz stanu ministerstwa, Moniki Golińskiej, twierdzi, że zapisy ustawy o ochronie przyrody dotyczące warunków zmniejszenia powierzchni parku narodowego, nie stosują się. To jest najbardziej szalony obrót diabelskiego młyna i uważajcie, co czytacie. Pani Golińska w jednym z pism stwierdziła, że ŚPN nie jest zmniejszany, lecz powiększany i nie ma potrzeby badania wartości przyrodniczych i kulturowych fragmentu wyłączanego z granic parku. Oznacza to mniej więcej, że jeśli ktoś ukradnie ci rodowy klejnot po prababci, który jest bezcenny, ale da w zamian np. skrzynkę pełną pierścionków z odpustowej strzelnicy, to nie możesz się czuć okradziony – bo przecież podobno zostałeś obdarowany.

Trzeba tu przypomnieć, że w świetle polskiego prawa, aby zmniejszyć powierzchnię parku narodowego, czyli wyłączyć z jego granic jakiś fragment, należy wykazać bezpowrotną utratę wartości przyrodniczych i kulturowych tego fragmentu. Zresztą właśnie dokładnie to głosi dyrektor ŚPN oraz to pierwotnie głosił projekt rozporządzenia byłego ministra środowiska Henryka Kowalczyka. Skoro jednak nie udało się tej utraty wykazać, bo zespół przyrodników opublikował raport z wynikami badań, które na tym niewielkim kawałku 1,3 ha wykryły kilkanaście zagrożonych wymarciem gatunków, trzeba było obejść ustawę. Raport z badań, który jednoznacznie wykazuje, że 1,3 ha na Łyścu posiada unikalne wartości kulturowe i przyrodnicze można przeczytać tutaj. Otrzymali go zarówno minister Kurtyka, jak i dyrektor Reklewski. Do dziś się do niego nie odnieśli.

Nie ostatnim, ale jakże efektownym obrotem diabelskiego młyna na Łyścu jest oficjalna wypowiedź sekretarz stanu w ministerstwie klimatu i środowiska, Moniki Golińskiej, o tym, że to ona zdecyduje, co jest wartością, a co nie jest. Oto słowa pani sekretarz i zapamiętajcie je, bo to coś bardzo mocnego: „Ustawa o ochronie przyrody nie definiuje pojęcia wartości przyrodniczych oraz kulturowych. Z uwagi na różnorodność przyrody oraz dóbr kultury, nie wydaje się możliwe ustalenie takich definicji. Pojęcia te będą podlegały indywidualnej ocenie w zależności od sprawy”.

Pani Golińska tym jednym zdaniem demoluje kilka ustaw, dorobek naukowy, system wartości Polaków oraz podważa wartość historii Polski. Ale też wykazuje się niebywałą ignorancją, bo przecież wartości te są zdefiniowane i opowiedziane w wielu miejscach przez wielu ludzi, a opowieść tę zaczął Gall Anonim. Kilkaset lat dorobku historyków, kilku królów, wielu mądrych ludzi – trafia za jednym zamachem do wora z bezwartościowymi śmieciami.

Baba z wąsami i clown

Bezprawne działania dotyczące Łyśca i planów jego usunięcia z granic ŚPN mają na celu pozbycie się tego dobra ze Skarbu Państwa, aby można je było odsprzedać, pewnie po preferencyjnej cenie, zakonnikom. To trzeba jasno powiedzieć. O nic innego tu nie chodzi i wszyscy to wiedzą, a cała proceduralna igraszka ma służyć jedynie znalezieniu prawnego sposobu na to. No ale tego sposobu nie ma.

Pod zarządem Jana Reklewskiego ŚPN ma jednak nie tylko opisany wyżej problem. Trudno powiedzieć, co powoduje Janem Reklewskim, ale i on postanowił swoimi pomysłami i działaniami podważyć najwyższe wartości Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wycięcie Łyśca z jego granic to perła w koronie dyrektora. Ale są i inne plany. 24 listopada 2020 w „Gazecie Wyborczej Kielce” redaktor Grzegorz Walczak poinformował, że dyrektor Jan Reklewski ogłosił przetarg na 25-letnią dzierżawę działki z przeznaczeniem pod budowę farmy fotowoltaicznej. Do przetargu nikt się nie zgłosił. Działka przeznaczona przez Jana Reklewskiego do zabudowy solarną infrastrukturą jest własnością skarbu państwa w wieczystym użytkowaniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak informuje Gazeta Wyborcza „w sporządzonym operacie ewidencji gruntów do Planu Ochrony Świętokrzyskiego Parku Narodowego przy działce 654/4 (a zatem tej wystawionej w przetargu) jest informacja, że »proponuje się korektę polegającą na objęciu granicą ŚPN« m.in. tego terenu. Dokument przygotował Krzysztof Haczek z warszawskiego oddziału Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej”.

Okazuje się, że nie jest to zwykła działka, o której Jan Reklewski wypowiada się tak: „To dawne wyrobisko po kopalni w Rudkach. Taki grunt poprzemysłowy, który do niczego innego się nie nadaje. Leży poza granicami parku”. Na działce o powierzchni 4 ha o numerze ewidencyjnym 654/4 obręb Rudki znajduje się… rezerwat archeologiczny „Rudki” zlokalizowany w gminie Nowa Słupia w pobliżu miejscowości Rudki nad rzeką Pokrzywianką. Jest to najstarsza i zarazem jedyna znana w Europie poza granicami Imperium Rzymskiego głębinowa kopalnia rud żelaza. Kopalnia działała od I/II w. n.e. do 2. poł. III w. n.e. Złoże było też eksploatowane w czasach nowożytnych (XVIII i XIX w.) .

Na pytania w tej sprawie sekretariat ŚPN odpowiedział w mailu z dn. 14.11.2020 między innymi: „Inwentaryzacja przyrodnicza wykonana na potrzeby Planu Ochrony ŚPN nie wykazała na tej działce gatunków cennych przyrodniczo”. Wygląda na to, że dyrekcji ŚPN umknęło, że jest to rezerwat archeologiczny, chroniony prawem.

Stowarzyszenie MOST zapytało Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków o to, czy wydawał zgodę dyrekcji ŚPN na budowę farmy solarnej na tej właśnie działce. W odpowiedzi z dn. 14.12.2020 czytamy: „Odpowiadając na wniosek o udostępnienie informacji publicznej z dnia 08.12.2020 r. (wpływ 09.12.2020 r.), w sprawie planów budowy farmy fotowoltaicznej na działce ewid. nr 654/4 znajdującej się w obrębie rezerwatu archeologicznego »Rudki«, zgodnie z Ustawą z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej (t.j. Dz. U. z 2019 r. poz. 1429 z późn. zm.), informuję, że Świętokrzyski Park Narodowy nie zwracał się z wnioskiem do Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Kielcach o zezwolenie na budowę farmy fotowoltaicznej na wskazanej działce”. 22.02.2021 Stowarzyszenie MOST otrzymało pismo od Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, a w nim informację, że Konserwator Zabytków z urzędu wszczął postępowanie kontrolne dotyczące przestrzegania i stosowania przepisów ustawy o ochronie zabytków. Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego chyba nie zna wartości obiektów, którymi administruje i z łatwością i nonszalancją działa na rzecz ich zniszczenia lub usunięcia z granic parku.

Ewidentnie koncepcja zachowawczej ochrony parku narodowego to nie jest coś, co kręci Jana Reklewskiego. Gołoborza, przedchrześcijański wał kultowy, reliktowa roślinność i fauna, bór jodłowy, stary jak Polska klasztor, to nie są wystarczające atrakcje. Tej babie trzeba doprawić wąsy. Tą babą stała się Łysica. Drugi obok Łyśca symbol ŚPN. Wspaniała, masywna, mroczna góra, wyglądająca z odległości kilku kilometrów jak stara baba, bogini, wiedźma. To się nie może podobać. To trzeba poprawić. Jan Reklewski wymyślił, że na Łysicy, najwyższym szczycie Gór Świętokrzyskich, który wchodzi w skład Korony Gór Polski, postawi… wieżę widokową.

To się może wydawać ciekawe. Przecież w Górach Świętokrzyskich prawie nie ma rozległych panoram i wysokich punktów, z których można objąć spojrzeniem widnokrąg. No właśnie. Nie ma. Bo to góry niskie i kopulaste, a nie wysokie i strzeliste. To te właśnie warunki geologiczne ukształtowały charakter tutejszej przyrody, a ona tutejszych ludzi i ich charaktery i mentalność. Tak. Jesteśmy w Górach Świętokrzyskich przyzwyczajeni do łażenia po mrocznych, wilgotnych i chłodnych borach. Taka tu specyfika, że nie widzisz, co będzie za kolejnym zakrętem leśnej ścieżki. Budowa wieży na Łysicy wpłynie na krajobraz tej wspaniałej góry i całych Łysogór. Zwiększy presję turystyczną. A ta nie pozostanie bez znaczenia dla dzikiej przyrody. W niewielkiej odległości od Łysicy w 2016 roku stwierdzono pierwszy raz po długich latach obecność rysia, co zostało udokumentowane, potwierdzone przez krajowego eksperta, a materiał faktograficzny znajduje się w posiadaniu Stowarzyszenia MOST. Mały, pofragmentowany, poddany silnej presji park narodowy to nie jest dobre miejsce na stawianie wież widokowych, szczególnie w tak niezwykłym miejscu jak Łysica.

W katalogu absurdów do jakich dochodzi w Świętokrzyskim Parku Narodowym pozornie najmniej spektakularny, ale potencjalnie najbardziej dewastujący jest sposób traktowania Łyśca przez zakonników. Pośród licznych pomysłów niszczących zabytkową tkankę Księcia Gór trzeba powiedzieć o ogródku, który Oblaci założyli na Łyścu, w Świętokrzyskim Parku Narodowym, w obszarze Natura 2000 „Łysogóry”. Zakonnicy dokonali między innymi nasadzeń drzew na rozległej polanie oraz wprowadzili nawłoć, inwazyjny gatunek rośliny. Po stwierdzeniu 4 września 2020, że na Łyścu zakonnicy posadzili inwazyjną nawłoć, Stowarzyszenie MOST poinformowało o tym dyrekcję Świętokrzyskiego Parku Narodowego oraz Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. W piśmie z 18.09.2020 dyrekcja Świętokrzyskiego Parku Narodowego odpowiedziała: „Świętokrzyski Park Narodowy w dniu 09.09.2020 zwrócił się do Klasztoru Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej z żądaniem usunięcia z terenu Jałowych Łąk nawłoci, która jako gatunek obcy ma cechy inwazyjne i zagraża rodzimej florze (…). (…) nawłoć została usunięta i zutylizowana. Z przedstawionej informacji wynika, że nawłoć została wprowadzona dla ozdoby przez jednego z braci zakonnych, który nie miał świadomości destrukcyjnego wpływu tej rośliny na środowisko. Służby Parku potwierdziły usunięcie nawłoci”.

Zgodnie z art. 120 ust. 1 ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 r. o ochronie przyrody zabrania się wprowadzania do środowiska przyrodniczego oraz przemieszczania w tym środowisku roślin, zwierząt lub grzybów gatunków obcych. Gatunki inwazyjne należą obecnie do grupy trzech największych zagrożeń dla światowej bioróżnorodności.

To nie są wszystkie „atrakcje”, jakie dla zwiedzających Świętokrzyski Lunapark Narodowy zgotowali ministrowie, dyrekcja ŚPN i zakonnicy. Brakuje tu zlotów kilku tysięcy motocyklistów na Łyścu, policyjnej orkiestry dętej w tym samym miejscu czy pomysłu na zgromadzenie 120 000 pielgrzymów na 5 hektarach. Te „ambitne” plany pokrzyżowała pandemia.

Wyścig kwadryg i rzucanie sztyletami do żywego celu

W ciągu niemal dwóch lat rządowych planów zmniejszenia ŚPN o Łysiec, środowisko kieleckich przyrodników i aktywistów wykonało ogromną pracę, aby do tego nie dopuścić. Powstały liczne artykuły publicystyczne, raport z badań naukowych, dziesiątki pism, interpelacje poselskie, protest pod klasztorem, skargi do urzędów, apel podpisany przez naukowców, sprzeciw poparła między innymi Polska Akademia Nauk, złożono wniosek o kontrolę procedur do Najwyższej Izby Kontroli. W przygotowaniu są kolejne kroki prawne. Po drugiej stronie zaangażowany został aparat państwowy pracujący za pieniądze Polaków w sprawie, której celem jest odebranie Skarbowi Państwa jego własności, to jest własności Polaków i przekazanie jej związkowi wyznaniowemu za bezcen. Przy pomocy łamania polskiego prawa.

Nawet w czasach, gdy nie powstają parki narodowe ani nie da się ich powiększać, okazuje się, że Lasy Państwowe bez słowa sprzeciwu oddają ponad 60 ha lasu. W jakim innym przypadku leśnicy wyłączają z gospodarki 60 ha umiarkowanie ciekawego przyrodniczo lasu? W tej walce społecznicy dysponują wyłącznie własnym czasem, a decydenci majątkiem Polaków. Czy obok poświadczenia nieprawdy, przestępstwa urzędniczego i niegospodarności można będzie postawić jeszcze jakieś zarzuty?

Ekwilibrystyka i akrobatyka

Świętokrzyski Park Narodowy tylko jako całość stanowi unikat o najwyższych krajowych i międzynarodowych wartościach: „Gdyby uszeregować parki narodowe pod względem uzyskanych średnich wartości walorów przyrodniczych, to Świętokrzyski Park Narodowy razem ze Słowińskim plasują się na 7. pozycji w kraju, a według klasyfikacji IUCN (Światowa Unia Ochrony Przyrody), która wyróżnia 6 kategorii obszarów chronionych, ŚPN znajduje się w II, najwyższej kategorii obok takich obiektów jak np. Wielki Kanion” (Harabin 2000).

Upór i konsekwencja badaczy czyniących starania przez niemal pół wieku o objęcie ochroną całych Łysogór wraz z Łyścem jako perłą Świętokrzyskiego Parku Narodowego robi do dziś wielkie wrażenie. Ani niszczycielskie działania zaborców, ani czasy I wojny światowej i dewastacja klasztoru na Łyścu, ani okres sanacyjnego więzienia, ani nawet ciężkie bombardowanie przez Luftwaffe w 1939 roku, a później 6 długich lat II wojny światowej nie zniechęciły polskich naukowców-patriotów do objęcia ochroną Łysogór wraz z ich sercem, Łyścem. Następnie długie lata PRL również nie przyniosły wątpliwości co do konieczności ochrony Łysogór. Co więcej, czasy dzikiego kapitalizmu i III RP też nie doprowadziły do poddania w wątpliwość unikalnych wartości Łyśca jako integralnej części ŚPN.

Dopiero rządy Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski i trzech ostatnich ministrów środowiska (Henryk Kowalczyk, Michał Woś, Michał Kurtyka) poddały w wątpliwość sens 112-letnich zabiegów kilku pokoleń polskich naukowców i miłośników przyrody o zachowanie w całości Łysogór w ramach Świętokrzyskiego Parku Narodowego.

Łukasz Misiuna

Autor napisał powyższy artykuł w ramach projektu „#Korzenie. Projekt ochrony dziedzictwa przyrody i kultury Gór Świętokrzyskich” dofinansowanego przez program Aktywni Obywatele-Fundusz Krajowy.

Normalizacja nienormalnego

Normalizacja nienormalnego

Jutrowoj spędza dni w pracy, gdzie szef tyran ma zwyczaj skłócania ze sobą pracowników z każdej okazji. Wyniki pracy Jutrowoja bywają często doceniane – ale idą na konto szefa, który absolutnie bez wstydu przywłaszcza je sobie. Wszyscy niby wiedzą, co się dzieje, ale wszyscy sprawiają wrażenie, jakby wierzyli w ten świat pozorów. Jutrowoj też. Za to wieczory Jutrowoj spędza na facebooku, rugając znajomych i nieznajomych – a to za niewystarczająco postępowe słownictwo, a to za zbyt mały idealizm. Jutrowoj uzdrawia świat. Jutrowoj wypisuje na wallach kolegów i koleżanek trafne definicje każdej sytuacji i gani ich za brak logiki. Trzeba przyznać, że może brakuje mu empatii i radości życia, ale zdania kategoryzujące rzeczywistość buduje logicznie i spójnie.

Człowiek to istota, która do przeżycia potrzebuje sensu tak samo, jak pożywienia. Nie potrafi żyć tak bez jednego, jak bez drugiego. Długotrwały brak sensu nie przynosi może śmierci głodowej, ale powoduje odczłowieczenie, przerażający obłęd. Chaos nie jest właściwym środowiskiem do życia ludzkiego. Dlatego za każdą cenę szukamy sensu, tworzymy go – on jest zaprzeczeniem chaosu, zbawienną negentropią. Sprzyjają jej zwłaszcza takie działania jak kojarzenie, kategoryzowanie, postrzeganie wzorów, a także takie cechy jak poczucie równowagi i spójność. Jednak, jak powiada mój przyjaciel, mnich augustyniański z dalekiej Szkocji, spójność to jeszcze nie to samo, co prawda. Wszak jesteśmy gotowi o prawdzie zapomnieć, poświęcić ją, gdy zachodzi pilna potrzeba znalezienia sensu. Lub gdy myślimy, że zachodzi. Ze strachu przed bezdechem uspójniamy czasami to, co jest od prawdy bardzo odległe.

W imię spójności gatunek ludzki potrafi znormalizować wszystko. Absolutnie wszystko. Nie sądziłam, że z taką łatwością znormalizujemy codzienność śmierci, blisko, wokół nas. Myślałam rok temu, że pandemia wykolei system, który kilkadziesiąt lat temu wpadł w wir śmiertelnych błędnych kół: rosnących nierówności społecznych, rosnącej niesprawiedliwości, zmniejszającej się ludzkiej sprawczości, tragicznego wyniszczania środowiska naturalnego, wreszcie – pandemii, która wywróciła i rozbiła naszą codzienność, zniszczyła więzi międzyludzkie, zabiła radość. A jednak zrobiliśmy to, znormalizowaliśmy kolejną potworność, tym razem blisko, coraz bliżej naszego spokojnego domu. Tak jak znormalizowaliśmy ludzi tonących wciąż na Morzu Śródziemnym. Wyniszczające wojny bez końca, koszmar mieszkańców Syrii, takich samych ludzi jak my. Widok bezdomnych na ulicach nowoczesnych miast Wielkiej Brytanii – początkowo nieakceptowalny, niemożliwy, teraz nikt się nie dziwi namiotowym miasteczkom pod mostami, osobom żebrzącym na ulicy, coraz młodszym, po dwie przy bankomacie, każda z jednej strony. Gdy w płomieniach ginęły dziesiątki biednych mieszkańców londyńskiego wieżowca Grenfell z powodu, któremu łatwo można było zaradzić – przyczyną pożaru było łatwopalne (bo tak taniej) pokrycie budynku – ludzi ogarnęła zgroza. Organizowano akcje pomocowe, wzywano rząd do działań. Gdy potem jednak jedynym działaniem władz były „właściwe” deklaracje, stopniowo ta bezsensowna śmierć w płomieniach znormalizowała się, wrosła w krajobraz o wiele bardziej skutecznie niż pogorzelisko, które uprzątnięto. Ci, którzy przeżyli, do tej pory nie doczekali zadośćuczynienia. Tak, człowiek wszystko znormalizuje.

Obecne społeczeństwo, jak mawiał Zygmunt Bauman, społeczeństwo płynnej nowoczesności, pozbawione stabilnych struktur, jest pozbawione zbiorowej sprawczości. Ciężko jest podejmować jakiekolwiek kolektywne działanie, gdy nie ma struktur usprawniających wspólny wysiłek, dający zbiorową sprawczość. I tak można jednak nim kierować – pod warunkiem, że jednostki przyjmą na siebie moralny koszt władzy. To taki outsourcing – władza centralizowana jest w górę, która powoduje jednostronnie działania dołu, a moralne koszty decyzji spadają na pojedyncze osoby, których dotyczą. Władza nie ma żadnej moralnej odpowiedzialności: za bezrobocie, za nieszczęście podwładnych, za choroby spowodowane wypaleniem, za własne kłamstwa (pod warunkiem, że mówi „właściwie rzeczy”). Bauman nazywał ten stan rzeczy adiaforyzacją. To taka kondycja społeczna, gdy pewne stałe funkcje społeczne nie podlegają osądowi moralnemu, są wyjęte poza nawias moralności. Zniszczenie środowiska? To zależy od ciebie, obywatelko, bo używasz plastikowych słomek do picia soku. Faszyzm pasie się czerpiąc korzyści z firm, w które inwestują jego krzewiciele? To twoja wina, obywatelu, bo robisz zakupy w sklepach, które przynoszą dochód faszystom. Jesteś chory z przemęczenia? To twoja wina, pracowniku, nie dbasz o właściwy work-life balance. Słyszymy to na co dzień, codziennie tego doświadczamy. W ten sposób bierzemy na siebie moralną odpowiedzialność naszych przełożonych, władz naszych regionów, naszych państw. Władza natomiast podejmuje decyzje, jakie są dla niej dogodne i wypowiada okrągłe zdania pełne dobrych intencji i szlachetnych wartości.

Koszt adiaforyzacji dla jednostki jest potworny. Gdy łamiemy w sobie naszą ludzką kruchość, przezwyciężamy moralne opory, perswadujemy siebie, że coś, co jest głęboko nie-okej, jest całkowicie w porządku, ba, gdy akceptujemy patologiczną definicję „dorosłości” mającej niby polegać na tym, że własną moralną niewinność trzeba w sobie zgwałcić i zabić – wtedy dopuszczamy do władzy nad nami nasze wewnętrzne demony. Nasze dalsze zdrowie psychiczne zaczyna zależeć od tego, czy uda nam się zdehumanizować Drugiego, tego, którego opuściliśmy w potrzebie, obok którego zaczęliśmy przechodzić obojętnie, gdy żebrał przy bankomacie, gdy tonął na Morzu Śródziemnym. Ta, przeciwko zwolnieniu z pracy której nie protestowaliśmy, mimo że wiedzieliśmy, iż jest przewlekle chora. Ci chorzy pod respiratorem w szpitalu, których przecież nie ma, bo pandemia jest fikcją. Posiadający władzę i zasoby stają się zależni od swojej zdolności do znienawidzenia tych, których krzywdzą, spotworywozania ich, do pogardy. Im większą komuś wyrządzili krzywdę, tym bardziej tego kogoś muszą nienawidzić i nim pogardzać, bo tylko to zapewnia im moralną czystość, daje spójność ich opowieściom.

Coraz bardziej spójne muszą być historie o tym, że inne klasy społeczne to ciemna tłuszcza, że Arabowie to pośledniejszy naród, że kobiety to chodzące inkubatory, których trzeba pilnować, by nie zamordowały swoich niewinnych dziatek. Podwładni i rządzeni przyłączają się do tych epopei pogardy, bo spójność i klarowność jest im potrzebna do tego, by przetrwać w chaotycznym świecie. Dogmatyczne systemy wartości są czymś, na czym można się oprzeć. Niektórzy zwracają się z całą tą siłą nienawiści przeciwko samym sobie, muszą ciągle coś pić, coś wciągać, niszczyć w sobie wszystkie przejawy niewinności i tłuc w pysk wewnętrzne dziecko, które czasami próbuje się uśmiechnąć w niebo bez powodu. Jeszcze inni wbijają się w krwawe szaty permanentnej ofiary i czerpią z niej pogardliwe poczucie wyższości. Kat lub ofiara – przemoc płynie stale w krwioobiegu społecznym.

Nic dziwnego, że ta, która z jakiegoś powodu wyłamuje się z tego schematu, musi zostać wypchnięta poza margines, unicestwiona. Stąd ostracyzm, którego w ostatnich latach doświadczają osoby inne, niepasujące do zdefiniowanych ról kata i ofiary. Takie osoby trzeba usunąć z widoku – w imię spójności. To nic, że takie działanie zamyka i betonuje systemową adiaforyzację, sprawia, że zamykają się wszystkie możliwe drzwi wyjścia. Bo inność to często potencjalność znalezienia nowych drzwi, otwarcia nowych okien. Ale płynne społeczeństwo woli udusić się w swojej desperacji. Bo lepsza powolna śmierć z rozpaczy, niż szybkie szaleństwo z powodu braku sensu.

Na tę pierwszą szuka się leków, a właściwie szybkiego znieczulenia w chemicznych substancjach oferujących upragniony stupor lub w gotowych egzoszkieletach dogmatycznych systemów moralnych – im bardziej pustych w środku, tym lepiej: w kościołach bez miłości, w liberalizmach bez wolności myśli, w postępowości bez nadziei, we wspólnotowości bez ciepła. Tylu mamy świętych: obrońców uciśnionych, fajnościowców, pro-tolerantów, cały facebook pełen. Tylko czemu jest tak źle? Lewica ze swoimi zasadami buduje Zamek Wampirów. Kościół z nazwy powszechny, ze swoimi pustymi acz lodowatymi formułkami tworzy Pałac Wykluczenia. A pojedynczy człowiek bierze na siebie winy i coraz bardziej jawne świństwa władzy. Czyni to niemal chętnie, choć na ogół nieświadomie – wpuszcza te trucizny w swoją niczym niechronioną nieświadomość.

Wybiło szambo sumienia.

Dziennikarka Grace Blakeley pisze w swojej najnowszej książce o tym, jak bardzo pomyliła się anglosaska lewica sądząc, że przyciągnie do siebie ludzi obietnicami zniesienia polityki brutalnej oszczędności – austerity. To była piękna lewicowa idea, humanistyczna w najlepszym tego słowa znaczeniu, jednak ludzie zdają się aprobować austerity, wręcz pragnąć jej – za karę. To tak jakby przez zaostrzający się reżim ludzie, świadomie lub nie, pragnęli kary za rozpasanie polegające na pogłębiającym zadłużeniu gospodarstw domowych, pisze Blakeley, to ciągłe życie ponad stan wszystkich i wszędzie, za pożyczone na wieczne nieoddanie, na kredyt. Dodałabym do tego wątek adiaforyzacji. Żądamy dla siebie kary za zbiorową winę. Za tonących na morzu. Za bezdomnych w namiotach. Za sąsiada pod respiratorem. Za niepełnosprawną, na której wywalenie z pracy pozwoliliśmy. Czujemy, że ta kara nam się należy.

Futurologiczna książka Petera Frase’a przedstawia cztery możliwe scenariusze przyszłości – dwa pozytywne: komunizm powszechnej obfitości i socjalizm zrównoważonej sprawiedliwości. I dwa negatywne: rentyzm, czyli dostatek dla elit i dystopijny eksterminizm, będący ostatecznym rozstaniem z człowieczeństwem – decywilizacja, akceptacja śmierci, świat ekstremalnych nierówności. Mamy niewiele czasu na to, by uchronić ludzkość przez eksterminizmem. Trzeba koniecznie w jakimś ważnym instytucjonalnie miejscu, na przykład w Unii Europejskiej, wprowadzić reformy poluzowujące neoliberalne zadłużenie gospodarstw domowych, niwelujące uzależnienie jednostki od pracy coraz bardziej niegodnej człowieka. Ludzie we Francji doskonale wiedzą, że Macron ma znikome poparcie, że głosowano na niego wyłącznie dlatego, by zapobiec rządom Le Pen. Jeśli nic się nie zmieni, dokładnie wszyscy zobaczymy, czemu było to „mniejsze zło”. Wszyscy, którzy chorują i których nie będzie stać na coraz bardziej sprywatyzowaną służbę zdrowia (prywatyzacja radykalnie przyspieszy w eksterminizmie, bo zdrowie i życie przestaną być powszechnym prawem człowieka) będą po prostu umierać. To już obecnie jest normalizowane: „umarł, bo miał choroby towarzyszące”, „był stary to umarł” – wypowiadane coraz bardziej automatycznie w sytuacjach, gdy ewidentnie można było zapobiec śmierci nie indywidualnej, lecz masowej, zbiorowej. Pod rządami typu Le Pen stanie się to oczywiste. Tak samo jak Grenfell jest normalne, i bezdomni wokół bankomatu są normalni, i topielcy u wybrzeży Włoch są normalni.

Jest rozwiązanie i jest wyjście. Pisze o tym między innymi David Graeber – o konieczności powszechnego darowania długów. Piszą ekonomiści, socjologowie. Dochód podstawowy dla każdego pozwoli w dalszej kolejności oddalić groźbę odczłowieczenia i pomoże wspierać politykę przywrócenia dobra wspólnego jako ważnej kategorii ekonomicznej, argumentuje Guy Standing. To dwa pierwsze kroki, które pomogą ludzkości zawrócić z drogi moralnego koszmaru, na której się znajdujemy. Te dwa kroki musimy wykonać wspólnie, systemowo.

A w międzyczasie – dla tych z nas, którzy dadzą radę i chcą próbować działać we właściwą stronę, polecam działanie, które francuski profesor zarządzania Ghislain Deslandes nazywa słabym zarządzaniem. Jest o praktyka oparta na umiejętności, którą romantyczny poeta John Keats określił swego czasu jako zdolność negatywna – czyli dar niekategoryzowania od razu tego, co wokół się dzieje, pozostawiania przestrzeni na to, co jest niepojęte, miejsca na tajemnicę, na to, co niezrozumiałe. Dar przyznania się, że czegoś się nie wie lub nie umie, powstrzymanie się choćby na chwilę przed wydawaniem osądów. Keats twierdził, że tak czynią wielcy poeci. Deslandes mówi, że taka praktyka uczyni nam wszystkim dobrze. O ile możemy, o ile jesteśmy w stanie – przyznać, zatrzymać się, zawahać. Nie ocenić, choć raz, nie zmierzyć, nie zadecydować. Powstrzymać się od działania i mieć odwagę największą ze wszystkich – odwagę wątpienia.

Rzeczywistość jest nieskończona. Stąd zagrożenie chaosem aż tak realne. Jeśli otworzymy okna i drzwi – wiemy, czujemy, że otacza nas chaos. Ale nie musimy od razu pakować się w próżnię, lecz zamiast tego przyznać, że nie wiemy. Szambo, w którym się dusimy, wypłynie i użyźni pola, a na nich może wyrośnie coś nowego.

Skoro tak dużo potrafimy znormalizować, to przecież znaczy, że stać nas na wiele, jeśli udałoby się odzyskać, wypracować na nowo zbiorową sprawczość – cała ta w końcu przecież potężna twórczość mogłaby zostać zwrócona ku szczytnym celom. Moglibyśmy wtedy zacząć normalizować: współczucie, troskę o planetę, lekkość wyobraźni, niewinną ufność, radość, wiarę w lepsze jutro. Na tym polega negentropia.

Potrzebujemy poetów jak powietrza, dosłownie. Czas uwolnić poetów w każdej, w każdym z nas.

prof. Monika Kostera

Thomas Spence: Prawa dzieci (1796)

„Otwórz usta dla niemych” (Prz 31,8)

„A cóż to są, na Boga, prawa dzieci?”, zapytali wyniośli ARYSTOKRACI, uśmiechając się pogardliwie.

Kobieta: Zapytajcie niedźwiedzicę i matkę wilcząt polującą w borach – one powiedzą wam, czym są naturalne prawa młodych każdego gatunku pod słońcem. Słowem będzie je chwalić, czynem da o nich świadectwo.

Są to prawa do sprawiedliwego udziału w owocach ziemi.

Czy gdy sama rzeczywistość przemówiła, dalej pytać się nas będziecie, co to są prawa dzieci, jak gdyby one żadnych praw nie miały, jak gdyby to były wyrośla, poronione płody Natury? Jak gdyby nie przysługiwało im prawo ssać mleko naszych piersi? Nam zaś – czerpać swobodnie z darów przyrody, której zrządzeniem i siebie, i dzieci nasze możemy wyżywić? Jak gdyby nie należały im się sprawiedliwie opieka, czyste otoczenie, ubrania i dach nad głową? Niegodziwcy! Jak macie czelność zadawać takie pytanie? Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, a dzieci człowiecze nie znajdą miejsca, gdzie mogłyby głowę położyć? I wszystkie samice wszystkich gatunków mogą pożywać trawę z naszych pastwisk i łąk, aby mieć pokarm dla swoich młodych – czy nam odmawia się prawa nawet i do tego? Czy ziemia nie należy do nas wszystkich, skoro nawet bydlęta mogą według potrzeb korzystać z jej owoców? Czy jesteśmy niżej od nich, by nie wolno nam było jeść ziół, jagód i orzechów, gdy jesteśmy głodne? Niżej niż wilki, by zabroniono nam polowania? Niżej niż wydry, byśmy nie mogły posilać się mięsem ryb naszych jezior i rzek? Czy nie wolno nam ścinać drzew i kopać węgla na opał? Czyżby Natura przygotowała swą wspaniałą ucztę dla wszystkich swych dzieci poza człowiekiem? Czy po to tylko nasze potomstwo przychodzi na świat, byśmy mogli płakać jedni nad losem drugich, żyć i umierać w nędzy i rozpaczy?

Arystokraci (z pogardą): A czyż niewieścia to rzecz pouczać mężczyzn o prawach i obowiązkach?

Kobieta: Tak, Molochy! Wiedźcie, że my, kobiety, bronimy praw ludzkich od początku. I choć mężczyźni, podobnie jak w ogóle samce wszystkich gatunków, łatwo poddają się apatii i obojętnieją na los swego potomstwa, w nas ogień Natury nie gaśnie nigdy. Przekonacie się o tym prędko. Na własne oczy ujrzycie, że nie tylko znamy swoje prawa, ale także umiemy się o nie upomnieć, na zgubę waszą i wszystkich tyranów. I skoro nasi mężczyźni, jak zmęczone osły, pozwalają nakładać na siebie jarzmo czynszów, dziesięcin i innych podatków, na nas, kobiety, spada obowiązek upomnienia się o godność naszego rodzaju. To ród niewieści złamie wasze jarzmo i podepcze je w proch!

Arystokraci: Czyli chcecie w swych małych rozumach cywilizację na powrót w dzicz przemienić, jeść jagódki i polować jak barbarzyńcy, nieokrzesani Indianie?

Kobieta: Nie, sofiści, nie chcemy żyć jak Indianie. Ale skoro dary Natury stanowią niezaprzeczalnie własność wszystkich ludzi, mamy do nich niezbywalne prawo, i nie pozwolimy dłużej, by odbierano je nam, nie dając stosownej rekompensaty.

Arystokraci: Słusznie. I czyż nie otrzymujecie zamiast nich chleba, mięsa baraniego i wołowego, owoców pól i ogrodów, nadto wszelkich luksusów sztuki i przemysłu? Jakie powody macie, by narzekać?

Kobieta: Raczycie żartować, dostojni panowie. Naprawdę wierzycie, że nie mamy na co narzekać? Że te wszystkie dobra to rekompensata za naturalne bogactwa, z których nas odzieracie? Nikt nam nic nie dał – kupujemy je same, pracując w pocie czoła!

Arystokraci: Ależ niewiasto, z pewnością nie spodziewasz się otrzymać dzieł ludzkiej pracy i geniuszu za darmo! Czy gospodarze nie muszą płacić znacznych czynszów? Czy uprawa roli i doglądanie bydła to nie zajęcia trudne, wymagające dużych wydatków i jeszcze większego wysiłku? Nie możecie oczekiwać, że ci ludzie oddadzą wam owoce swego trudu bez żadnego zadośćuczynienia z waszej strony, to wbrew sprawiedliwości!

Kobieta: A któż, zacni panowie, mówił o czymś takim? Tylko klasy uprzywilejowane i ich wierni naśladowcy grasujący na gościńcach mają ten obyczaj, by zabierać innym co ich, nie dając nic w zamian. Dla nas to rzecz obca. Nie, nie – to nie rolnicy są tutaj problemem; tylko wy. Odpowiadajcie zatem, kto pobiera owe czynsze, które tak bardzo obciążają angielskich gospodarzy?

Arystokraci: Oczywiście my.

Kobieta: Oczywiście wy! A kimże wy, u diabła, jesteście, kto wam dał prawo pobierać podatki od wspólnej własności?!

Arystokraci: Miarkuj się, kobieto! Ojcowie nasi zapłacili za swą ziemię krwią albo pieniądzem!

Kobieta: Dobrze powiedziane, łotry! Według słów waszych sądzić was będę, Molochy, dzieciobójcy! A więc przyznajecie, że jesteście dziedzicami bandytów, którzy ogniem i mieczem przywłaszczyli sobie naszą wspólną ziemię, na płacz i nieszczęście dzieci i ich matek? Albo, w najlepszym wypadku, tych, którzy kupili te już wcześniej mordem opłacone grunta? Potwory! Niech krew tysięcy niewinnych dziatek, które umarły przez waszą chciwość, spadnie na wasze głowy! Pozbawiliście nas, matki, dostępu do darów Natury i zastrzegliście go dla tych, którzy mają dość, by wam zań zapłacić, jak sami zresztą bezczelnie to przyznajecie. Niegodziwcy! Skarbem waszym nie złoto, ale łzy i jęki umierających dzieci! Krwawi zdziercy! Bando rozbójników! Czemu nazywacie siebie mianem panów i pań, po co wam, bestie, te wszystkie tytuły? Wasze miękkie stroje i piękne ozdoby wołają pod niebiosa o waszych początkach, rodzie barbarzyńców! Niedługo jeszcze jednak owe gotyckie symbole rzezi i rozbojów, herby wyzyskiwaczy wśród wyzyskiwanych, będą razić oczy oświeconego ludu! Czy trzeba, abyście to wy pobierali czynsze od pracy na roli? Czy nie lepiej, by gospodarze płacili je nam, którzy jesteśmy naturalnymi i prawowitymi dziedzicami całej ziemi świata? Jeśli zgadzamy się odstąpić im pod uprawę nasze pierwotne dziedzictwo, nasze tereny łowieckie, łąki, sady i łowiska, nasz węgiel kopalniom i lasy tartakom, czyż nie mamy prawa domagać się zwrotu? Jeśli nie, jak inaczej ktokolwiek miałby czelność sprzedawać nam coś, co i tak do nas należy!

Wyzyskiwacze, usłyszcie mój głos! Wy, którzy każdy dzień zamieniacie w orgię luksusu! Wy, dla których, zda się, słońce wschodzi i zmieniają się pory roku, dla których pracują wszyscy ludzie i zwierzęta, wzdychając – na próżno! – choćby o okruszyny spadłe z waszych uginających się pod ciężarem jadła stołów! Wy, dla których tłustość ziemi i nieba! Wy, nienasyceni niby otchłań grobu! Wy, którzy byście każde serce zatruli i pogrążyli w rozpaczy, byle tylko wasz duch się weselił, powiadam: słuchajcie! Oto nadchodzi kres waszej tyranii, waszego dzieciobójstwa! Jęki niesprawiedliwie więzionych, jęki żołnierzy gnanych batogami, jęki chłopów zgiętych do ziemi pod ciężarem jarzma, które nałożyliście na ich plecy, niedługo jeszcze będą wołać o pomstę do nieba, bo oto cała ziemia śpiewać zaczyna pieśń nową, pieśń nowego stworzenia, pieśń na złamanie żelaznej rózgi arystokratycznego ucisku i wschód wiecznego słońca sprawiedliwości!

Czyście naprawdę mniemali się filarami i podporą świata? Czyście naprawdę sądzili, że nigdy nie zdobędziemy dosyć rozumu, aby się was pozbyć? Że nie umiemy bez waszego dozoru piec chleba, peklować mięsa, rąbać drew na opał? Biedni! Wasze zaklęcia zostały przełamane! Wasza magia, wasze czarnoksięstwo, rytuały waszej ciemnej religii, wszystkie owe sztuki oszustwa i iluzji przeminęły, ich czas się zakończył! I oto jaśnieje nad światem promieniste Słońce Wolności w tę południową godzinę, która rozprasza mgły barbarzyński epok, odsłaniając oczom ludzkich córek i synów cudowny błękit niezmąconej pogody rozumu.

Skoro zatem wy sami, nakładając na nas ciężary nie do uniesienia, zmuszacie nas do walki o wolność, o nasze prawa, rychło zaczniemy radzić sobie bez was i sami dogadamy się z gospodarzami, jak człowiek z człowiekiem. Za jedno im to przecież, komu będą płacić czynsze, nam czy wam, ba! – nam zapłacą je chętniej, bo są spośród nas! Jeśli zaś nasi mężowie okażą się zbyt głupi i gnuśni, by upomnieć się o dziedzictwo swych dziatek i żon, to my, kobiety, weźmiemy sprawy w swoje ręce – i zobaczymy, czy którykolwiek mężczyzna ośmieli nam się sprzeciwić! W naszych rękach gospodarka kraju rozkwitnie jak nigdy dotąd. Śmiejcie się, tyrani, śmiejcie się, dalejże, choć lepiej byłoby wam płakać! Bo wody wielkie nie zdołają ugasić owej miłości, którą sama Natura złożyła w piersi niewieściej: czystej i doskonałej miłości matki do dziecka. Miłości, której nie można kupić. Miłości, która nie boi się niczego. Bądźcie pewni, że staniemy w obronie naszego potomstwa bez względu na niebezpieczeństwo – a hańba, cierpienie i rozpacz staną się udziałem tych, którzy spróbują stanąć nam na drodze. Tak! Dla nich właśnie weźmiemy sprawy w swoje ręce i wywalczymy życie, które się nam należy. Jeśli odstępujemy innym naszą wspólną ziemię, aby mogli ją uprawiać, oczekujemy za to sprawiedliwej zapłaty, która pozwoliłaby nam wyżywić siebie i tych, za których jesteśmy odpowiedzialne. Czy to oznacza, że nie chcemy pracować? Ależ nie! Taki czynsz nie wystarczyłby na prawdziwie godną egzystencję dla nas i naszych dzieci, wiemy to – dlatego nie boimy się spróbować sił w różnych zawodach, które pozwoliłyby nam rozwinąć nasze liczne talenty i nadać życiu sens i smak. Nie chcemy świata bez pracy. Jedyne, co chcemy, to aby służyła ona nam, a nie nienasyconym w swej chciwości tyranom.

Aby przekonać was, że nasz plan jest dobrze przemyślany, pokrótce go tutaj przedstawię. Wyda się wam bardzo prosty, ale prostota to znak doskonałości. Jak powiedziałam, my, kobiety (na mężczyznach bowiem nie można polegać) powołamy do istnienia w każdej gminie specjalny komitet złożony tylko z przedstawicielek naszej płci (ufamy, że nasi szarmanccy i inteligentni oblubieńcy nie będą nam w tym przeszkadzać), którego zadaniem będzie pobieranie czynszu od gruntów i gospodarstw już dzierżawionych, a także organizowanie przetargów na siedmioletnią dzierżawę tych, które nie będą akurat użytkowane. Z tego czynszu, określony procent (w zależności od potrzeb) będzie odprowadzany jako składka na potrzeby rządu centralnego. Składka ta zastąpiłaby wszystkie istniejące podatki – w ten sposób pozbędziemy się konieczności utrzymywania urzędów podatkowych. Pozostała część posłuży w pierwszy rzędzie do sfinansowania budowy i naprawy domów; budowy, czyszczenia i oświetlenia ulic; a także pensji urzędników publicznych. Czynsz ów będziemy, my, kobiety, pobierać co kwartał, bez pośrednictwa banków, w pieniądzu realnym, nie papierowym, dzięki czemu ani państwo, ani gminy nie popadną w długi. Jeśli zaś po sfinansowaniu wszystkich niezbędnych wydatków pozostanie nadwyżka, zostanie ona sprawiedliwie podzielona między mieszkańców gminy, czy to płci męskiej, czy kobiecej, czy to pozostających w związku małżeńskim, czy nie, z prawego i nieprawego łoża, ledwo co urodzonych i matuzalemów, oddających gminie wiele, jak rolnicy czy kupcy, i symboliczny wdowi grosz, jak rzemieślnicy i najemni robociarze – głowa każdej rodziny dostanie tyle, ile będzie potrzeba na utrzymanie jej i wszystkim jej domownikom.

Ponieważ narodziny dziecka, pogrzeby i choroba to wszystko sytuacje generujące duże koszty, wydaje się właściwe, wypłacać tę rentę także na każde nowo narodzone dziecko, choćby urodziło się ostatniego dnia danego kwartału, jak i na każdą osobę starszą, choćby i ta dzień po rozpoczęciu tegoż zmarła.

Nadwyżka ta, rozdzielana kwartalnie między wszystkich mieszkańców gminy, wynosić będzie najprawdopodobniej około dwóch trzecich łącznych wpływów czynszowych. Niezależnie wszakże od jej wysokości, renta gruntowa, o której mówimy, to niezbywalne prawo każdego człowieka żyjącego w stanie cywilizowanym – jako sprawiedliwa rekompensata za utratę możliwości swobodnego korzystania z darów ziemi dzierżawionej na potrzeby rolnictwa lub przemysłu.

Widzicie zatem, drodzy panowie, że nasza chwalebna praca została wykonana, a prawa gatunku ludzkiego znalazły fundament tak mocny, że nawet największy paroksyzm waszej niegodziwości nie zdoła go wywrócić. Co więcej, gdy się już za was zabierzemy, wasza potęga runie cała naraz. Nie zamierzamy drażnić lwa, wyrywać mu zębów jeden po drugim, jak to nam radzą niektórzy, byśmy wasze przywileje znosiły powoli, co przecież naraz rozjuszyłoby was tylko i dało możliwości zorganizowania oporu. Nie; zaczniemy tam, gdzie chcemy skończyć – pozbawimy was za jednym zamachem wszystkich zysków z czynszów i danin, które w całości zasilać zaczną budżety gmin, aby służyły realnej korzyści ich mieszkańców, jak się już wcześniej powiedziało.

Nie obawiajcie się jednak, cios nie będzie za silny. Chodzi o to, by zbudować system, nie o zemstę. Nie zmienimy was w żebraków, przeciwnie: pozwolimy zachować wam wszystkie ruchomości i oszczędności, złoto i srebro, drogie ubrania i meble, zapasy zboża i bydło, i ten majątek nieruchomy, którego nie można zakwalifikować jako infrastruktury rolnej, bo ta w całości (co sami rozumiecie przecież) musi przejść na własność samorządu gminnego. Widzicie zatem, że nadal będziecie najbogatszą warstwą społeczeństwa, jeśli zaś radośnie i ze szczerym sercem włączycie się w nasze dzieło, wasze życie stanie się znacznie szczęśliwsze, niż jest teraz, w naszym opłakanym systemie powszechnej niesprawiedliwości. Gdybyście jednak w pysze i głupocie swojej próbowali stawiać opór, nie pozostanie nam nic innego, jak – w obronie własnej – skonfiskować i wasze bogactwa ruchome, a może nawet pozbawić was życia: wtedy jednak krew wasza spadnie na wasze głowy, nie nasze! Dobrze będzie więc dla was podporządkować się chętnie i złączyć się z ludem węzłem prawdziwego braterstwa. Zważcie bowiem, że to gminy będą dysponować tym bogactwem, które teraz pozwala wam zachować status państwa w państwie – państwa zdolnego prowadzić wojnę przeciwko całemu społeczeństwu. Jeżeli zaś chodzi o wasz majątek ruchomy, to szybko stopnieje on podczas zmagań z ludem – silnym, bo wyzwolonym spod ciężaru czynszów i dziesięcin. Przygotujcie się zatem szybko do nowego życia, bo bliskie jest jego nadejście. I gdy rozbrzmieją w waszych uszach owe błogosławione słowa, ogłaszające wszystkim, że oto cała ziemia Anglii staje się odtąd własnością gmin, przyłączcie się do śpiewu waszych braci i sióstr, wejdźcie do radości całego narodu!

Złoty wiek, przez poetów sławion w świecie całem,

przestanie być legendą, a stanie się ciałem.

Tygrys groźny przy wołu cicho się położy,

dziecko rączkę do leża wściekłej żmii włoży,

grzywę lwa pośród pląsów radosnych rozburzy –

i nie zmącą pogody serca wichry burzy!

Spełni się proroctw wielkich starodawne słowo,

pieśni wieków minionych rozbrzmieją na nowo,

szczęście z ziemi wyrośnie, to wiecznie zielone

drzewo, i ponad Anglią rozłoży koronę.

Chwalmy zatem Natury myśl, co jasno świeci:

nie tylko prawa ludzi, ale – prawa dzieci!

Refren (na melodię „Sally in the Alley”)

Chodźmy więc wszyscy, ręka w rękę,

z wyżyn i nizin, miast i wsi,

każdego wieku oraz stanu

i obydwojga płci.

Chodźmy przez Anglii piękny kraj,

przez góry, łąki, gaje –

chodźmy, by wieść radosną nieść,

że Złoty Wiek nastaje.

Zakończenie

Chwila jednak, spokojnie. Nie wypada wszak rozmawiać pod nieobecność gospodarza! Pan Thomas Paine zruga nas niechybnie za pomysł podobnie sprawiedliwej dystrybucji dochodu narodowego. Czyż nie pisze on, w swojej „Sprawiedliwości agrarnej”, że lud może domagać się nie więcej, niż jednej dziesiątej obecnej wartości gruntów i całej gigantycznie rozwiniętej infrastruktury rolniczej? Dlaczego jednak mielibyśmy zadowolić się takim ochłapem? Ponieważ, odpowiada pan Paine, w procesie kultywacji wartość ziemi wzrosła dziesięciokrotnie w porównaniu do stanu naturalnego. No dobrze, ale czyja praca, zapytajmy, napędzała ten proces? Obszarników? Czyżbyśmy my, robotnicy, oraz nasi ojcowie stali z boku i biernie patrzyli, jak jaśnie pan w pocie czoła uprawia niewdzięczną rolę, dająca mu tylko osty i ciernie? Nie sądzę. Przeciwnie – każdy uczciwy człowiek przyzna, że ta przemiana to w głównej mierze zasługa klas pracujących.

To wysiłek robotników tworzy dobra materialne, a potrzeby ich rodzin – rynek, na którym można je zbyć. Logicznie zatem, to wytwarzane przez rolników i rzemieślników rynki stanowią właściwą przyczynę procesu kultywacji. Zlikwidujmy je, albo pozwólmy klasom pracującym na podobieństwo Izraelitów wyjść z kraju swego wygnania, a przekonamy się, w czym tkwiło źródło naszego rozwoju i jak zbudowano nasze piękne miasta.

Możecie wmawiać sobie, że po emigracji tej rzeszy nędzarzy życie toczyłoby się dawnym torem: rolnik orałby, a obszarnik budował, jak dotychczas. Ale powiadam wam: nie. Bo bez biedaków gospodarze nie mieliby rąk do pracy w polu ani nabywców na swoje zboże i bydło. Podobnie wyglądałoby to w przypadku arystokratów, którzy również nie mieliby nikogo, kogo mogliby nająć do pracy, a przy okazji stracili dochody z czynszów.

Patrzcie na swych szlachciców, waszych dumnych możnych, jak wobec braku robotników znów muszą zamienić się w barbarzyńskich myśliwych, jakimi byli ich ojcowie. Patrzcie, jak ich pałace, świątynie i miasta w proch się obracają, a zadbane ogrody i łąki zamieniają się w dzicz.

Widzimy zatem, że nie tylko ręce klasy robotniczej są narzędziami postępu, ale przede wszystkim jej plecy – i żołądki! I że to daniny, które ona płaci, buduje miasta – nie okrutni obszarnicy w swych pałacach za murem. Nie dajmy się przeto w chwili słabości zwieść udawanej dobrej woli bogaczy i nigdy nie rezygnujmy ze swych naturalnych praw. I jeśli kraj faktycznie rozwinął się pod panowaniem tych chciwców, niech idą do diabła – działali bowiem w swoim interesie, nie w naszym, my zaś nie spoczniemy, dopóki nasze prawa nie będą na powrót szanowane!

Thomas Spence

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to pierwsze polskie tłumaczenie tekstu Spence’a „The Rights of Infants”, napisanego w roku 1796, a wydanego rok później. Pominięto apendyks.

Polecamy inny tekst Thomasa Spence’a: Prawdziwe prawa człowieka

Thomas Spence (1750-1814) – angielski radykał, komunista, reformator, filozof i działacz społeczny i pedagogiczny. Pochodził z ubogiej i licznej rodziny rzemieślniczej (był jednym z dziewiętnaściorga rodzeństwa). Zwolennik głębokiej przemiany społecznej, uniwersalnego prawa wyborczego (również dla kobiet), a także… reformy ortograficznej, która uczyniłaby literaturę bardziej przystępną klasom nieposiadającym (sam Spence był wybitnym samoukiem). Inwigilowany przez służby brytyjskie i wielokrotnie więziony w dobie antyjakobińskiego terroru rządów premiera Pitta Młodszego. Zmarł w nędzy.

Nowy ład i stare metafory

Nowy ład i stare metafory

Rządowa zapowiedź Nowego Polskiego Ładu zrywa z wizją państwa jako nocnego stróża, w której to sektor prywatny i mechanizmy rynkowe są jedynymi motorami zmian.

Nie znamy jeszcze szczegółów programu, ale jego autorzy deklarują, że ma być odpowiedzią na wyzwania post-pandemicznej rzeczywistości gospodarczej. Ostatni rok boleśnie udowodnił, że pogląd, wedle którego instytucje państwowe mają stać z boku – nie działa. Pandemia COVID-19 uwydatniła słabość neoliberalnego spojrzenia na gospodarkę. Przywiązanie do starego konsensusu oznaczałoby większą zapaść gospodarczą i więcej zgonów. Reakcja rządu Mateusza Morawieckiego pokazała, że odczytuje on zmiany i wyciąga wnioski dotyczące polityki gospodarczej. Dlatego jest szansa, że Nowy Polski Ład wyrazi ducha amerykańskiego New Deal.

Dotychczas opinii publicznej przedstawiono kilka elementów programowych: zwiększenie finansowania służby zdrowia, wzrost kwoty wolnej od podatku, zmniejszenie opodatkowania emerytur czy nowe inwestycje publiczne. Program natychmiast skrytykowała liberalna opozycja. Ma on być wedle niej populistyczny, zorientowany na „rozdawanie pieniędzy podatników” i zbudowany kosztem klasy średniej. Z drugiej strony lewica, uznając zasadność przynajmniej niektórych celów NPŁ, skupiła się na niemożności jego sfinansowania. Powodem tego ma być brak reform systemu podatkowego.

Stare idee, nowe wyzwania

Globalny kryzys finansowy z 2008 roku i recesja będąca jego następstwem podważyły neoliberalny kapitalizm jako jedyną możliwą opcję rozwoju. Masowe protesty społeczne umożliwiły ruchom sprzeciwu wobec tego modelu gospodarczego uzyskanie poparcia politycznego, a czasem nawet przejęcie władzy. W praktyce niewiele to zmieniło. Ponad 10 lat po kryzysie żadne reformy, które miałyby doprowadzić do ściślejszej regulacji świata finansów, nie zostały podjęte, zaś ryzyko kolejnego kryzysu finansowego rośnie. W przypadku pandemii COVID-19 jest odwrotnie. Prawdziwa zmiana dokonała się w obszarze praktyki. Covidowy rok umożliwił weryfikację tez, u podstaw których leży neoliberalne założenie, że państwo należy postrzegać jako gospodarstwo domowe w skali makro. Zweryfikowano dwa naczelne założenia głównonurtowej ekonomii.

Pierwszym z nich jest prymat polityki pieniężnej nad fiskalną. Zacznijmy od definicji. W ekonomii przez politykę pieniężną rozumiemy działania podejmowane przez bank centralny w celu kontroli podaży pieniądza w gospodarce. Z kolei polityka fiskalna dotyczy wydatków państwowych i poziomu opodatkowania. Ekonomiści neoklasyczni negatywnie zapatrują się na tę drugą, gdyż wpływa ona na rynek w dużo silniejszym stopniu. Właściwym narzędziem jest polityka pieniężna realizowana przez niezależny bank centralny. Poprzez oddziaływanie na stopy procentowe jest on w stanie doprowadzić gospodarkę do optymalnego stanu. Tyle w teorii. W praktyce rządy wielu państw podjęły szeroko zakrojone działania fiskalne w postaci transferów finansowych, pożyczek czy zwolnień podatkowych w reakcji na ekonomiczne spustoszenie poczynione przez pandemię. Zaś na okres popandemiczny przewidywane są pakiety stymulacyjne, które mają umożliwić powrót na tory wzrostu gospodarczego.

Drugie z założeń obejmowało rzekome zło deficytu publicznego i wynikające z niego ryzyko inflacji. Obsesja braku deficytu i niszczących skutków zadłużenia publicznego okazała się być najbardziej bezprzedmiotowa spośród wszystkich tez ekonomii neoklasycznej. Rządy sfinansowały wydatki właśnie poprzez zwiększenie długu publicznego bez konieczności podwyższania podatków, cięć wydatków publicznych czy zadłużania się u zagranicznych pożyczkodawców. Tarcze dla przedsiębiorców nie potrzebowały alternatywnych źródeł finansowania – wystarczyła większość parlamentarna i podpis prezydenta. Złudne okazało się również ryzyko inflacji. Globalnie rządy państw mają do czynienia z deflacją, a więc spadkiem cen ze względu na zmniejszony poziom aktywności gospodarczej. W przypadku Polski poziom inflacji nie budzi żadnych zastrzeżeń – mieści się w celu inflacyjnym banku centralnego – i kształtuje się poniżej mediany dla okresu po 1989 roku.

Wnioski są jednoznaczne. Żadne z zagrożeń głoszonych przez ortodoksyjnych ekonomistów nie spełniło się. Rządy zareagowały, by ograniczyć konsekwencje pandemii. Wymusiło to odrzucenie rekomendacji płynących z paradygmatu neoklasycznego.

Lewicowa nieporadność

Politycznie największą ofiarę takiego obrotu spraw stanowi lewica. Prominentnym przykładem jest postępowanie brytyjskiej Partii Pracy. Po nieudanym eksperymencie z Jeremym Corbynem jako liderem i przegranych wyborach parlamentarnych, przywództwo w partii objął mniej radykalny Keir Starmer. Dziś labourzyści są orędownikami konserwatyzmu fiskalnego. Atakują Torysów za rzekomo nierozsądną politykę finansów publicznych, która nomen omen służy zmniejszeniu nierówności międzyregionalnych, szczególnie w obszarze tzw. czerwonego muru, który do ostatnich wyborów stanowił elektoralne zaplecze Partii Pracy.

Na krajowym podwórku podobne zachowania ujawniają się przy ocenie polityki społecznej Prawa i Sprawiedliwości. Uprzywilejowane klasy społeczne oceniały program 500+ czy wydatki socjalne, takie jak dodatkowe świadczenia emerytalne, jako prowadzące do zadłużania się państwa i scenariusza drugiej Wenezueli (w domyśle hiperinflacji). W tej perspektywie próbowała odnaleźć się lewica, która wskazywała, że bez zmiany systemu podatkowego takie programy społeczne są nie do utrzymania. Żadne z tych opinii nie okazały się prawdziwe. Transfery społeczne wywołały wzrost konsumpcji gospodarstw domowych, a to przełożyło się na mocniejszy wzrost gospodarczy. Z kolei zmiany w obszarze płacy minimalnej pozwoliły równiej rozłożyć zyski z tego wynikające.

Liberalni komentatorzy malują reformy społeczne rządu w barwach rewolucji październikowej. Faktycznie stanowią one socjalną korektę polityki III RP. Nie w tym jednak tkwi ich przełomowość. Narracja rządu na temat 500+ różni się od standardowego opisu tego typu programów społecznych. Nie jest to już transfer socjalny ani pomoc dla potrzebujących. Jest to inwestycja państwa w rodzinę, co wywraca dotychczasową perspektywę. W potocznym myśleniu to, co jest inwestowane, w przyszłości przyniesie zyski. Takie metafory legitymizują działania rządu w obszarze polityki społecznej.

Metaforą w ekonomię polityczną

Dlaczego jest to tak ważne? Lingwistyka kognitywna tłumaczy, że ludzkie myślenie o pojęciach abstrakcyjnych jest silnie zapośredniczone w naszym codziennym doświadczeniu. Nie suche fakty i liczby, ale ramy interpretacyjne, tj. systemy metafor, determinują nasz odbiór koncepcji teoretycznych. Modele ekonomii neoklasycznej są nieefektywne w prognozowaniu zjawisk gospodarczych. Z drugiej strony, metafora gospodarstwa domowego, wedle której powinniśmy więcej oszczędzać i mniej wydawać, by żyć dostatnio, jest zdroworozsądkowa. Odnosi się bowiem do naszego codziennego doświadczenia. Bilansowanie swoich przychodów i wydatków na poziomie indywidualnym ma ogromny sens. Jednak dla państwa jest to przepis na stagnację gospodarczą, destrukcję usług publicznych i rozrost obszarów biedy. Tym właśnie była polityka zaciskania pasa, którą liczne państwa wdrożyły po globalnym kryzysie finansowym.

To nie kolejne książki, raporty czy badania pozwalają przesuwać debatę publiczną w bardziej progresywnym kierunku. Robią to metafory, których używamy do komunikowania tych faktów. Wynikają z tego dwie kwestie. Pierwsza to świadomość, że słowa, którymi się posługujemy, mają znaczenie: albo posłużą do umocnienia hegemonii kulturowej ekonomii ortodoksyjnej, albo będą elementem bardziej sprawiedliwej wizji gospodarki. Druga: alternatywna teoria pozostanie nieskuteczna bez własnego zestawu metafor.

Nowoczesna Teoria Monetarna

Progresywną alternatywą dla polityki opartej o ekonomię neoklasyczną jest Nowoczesna Teoria Monetarna (Modern Monetary Theory). Wskazuje ona na wyjątkową rolę państwa i odróżnia je od sektora prywatnego. Państwo suwerenne monetarnie jest monopolistą w obszarze kreacji pieniądza, a nie jego użytkownikiem, jak gospodarstwa domowe i firmy. Emituje walutę, a następnie ściąga ją z powrotem, domagając się określonych usług lub towarów ze strony sektora niepaństwowego. Pieniądz to twór państwa, a nie rynku. Rodzi to następujące konsekwencje:

1. Państwa suwerenne monetarnie są ograniczone finansowo nie przez podatki czy zdolność do pożyczania, lecz przez realnie istniejące zasoby.

2. Jesteśmy ograniczeni przez inflację, a nie przez dług finansowy.

3. Podatki nie finansują usług publicznych – nie potrzebujemy pieniędzy bogatych, aby budować państwo dobrobytu.

Metaforze gospodarstwa domowego w skali makro przeciwstawiamy metaforę państwa jako zbiorowego zobowiązania na rzecz dobra wspólnego. Pieniądz nie jest towarem, lecz narzędziem, dzięki któremu dostępne zasoby przeznaczane są na projekty służące całej wspólnocie.

Jak to interpretować w kontekście wydatków socjalnych? Osoba patrząca z perspektywy neoklasycznej będzie widziała w nich wyraz społecznej zależności – socjal, który uczy bezradności i wynagradza brak aktywności zawodowej. Dla zwolennika MMT sprawa wygląda inaczej: jako wspólnota troszczymy się o siebie, a państwo powinno wspierać swoje społeczeństwo. Świadczenia społeczne są więc wyrazem troski, zaś ci znajdujący się w gorszej sytuacji powinni otrzymać właściwe wsparcie. Bieda i bezrobocie to nie problem indywidualny, ale wyzwanie dla państwa, aby właściwie zarządzać dostępnymi zasobami. Zmiana językowa pozwala legitymizować politykę, która wcześniej prezentowana jako wyraz marnotrawstwa, teraz jest dowodem dobrego rządzenia.

W tej ramie interpretacyjnej mamy więcej pomocnych metafor:

• Państwo inwestuje w produktywne moce społeczeństwa.

• Wydatki państwa napełniają nasze portfele pieniędzmi.

• Deficyt publiczny to zysk gospodarstw domowych.

• Państwu nie mogą skończyć się pieniądze.

• Prawdziwym ograniczeniem są nasze narodowe zasoby.

Celem jest ugruntowanie progresywnego myślenia o gospodarce w pozytywnie odbieranych skojarzeniach.

Sprawa polska

W kontekście polskim ma to dla nas następujące znaczenie. Polityka fiskalna i pieniężna obecnego rządu odeszła od rekomendacji ekonomistów neoklasycznych. Działania państwa w dobie pandemii pokazały, że nawet konstytucyjny próg 60% długu publicznego do wartości rocznego PKB można łatwo ominąć. W raporcie Instytutu Obywatelskiego (think tanku Platformy Obywatelskiej), o złowieszczo brzmiącym tytule „Stracone cztery lata: polityka makroekonomiczna PiS 2016-2019 i jej konsekwencje dla Polski, ze szczególnym uwzględnieniem czasu pandemii”, punktowane są wszelkie naruszenia neoklasycznej ortodoksji. Autorzy wskazują, że „Rząd i NBP zareagowały zastąpieniem w znacznym stopniu banków komercyjnych w ich roli dostarczyciela finansowania do gospodarki […] Rząd w ramach tarcz antykryzysowych udzielał masowej pomocy – częściowo bezzwrotnej – przedsiębiorstwom. Pomoc tę finansowano, pogłębiając dług publiczny – częściowo poprzez emisję pieniądza polegającą na bezpośrednim zakupie przez NBP obligacji rządowych, a częściowo poprzez sprzedaż obligacji bankom komercyjnym, po cenie de facto wyznaczonej przez cenę, po jakiej NBP bezpośrednio je skupuje”. Co jest herezją w głównym nurcie, w MMT stanowi rekomendowany sposób działania.

Z drugiej strony w wypowiedziach przedstawicieli rządu wciąż silnie obecne są metafory naturalizujące neoliberalną ideologię: marketingowe dążenie do budżetu państwa bez deficytu jako czegoś wartościowego czy tłumaczenie cięć w administracji publicznej wydatkami antypandemicznymi. Tym bardziej wymaga to od nas języka, który ugruntuje prospołeczną agendę i wykaże bezzasadność polityk opartych na założeniach ekonomii neoklasycznej.

Nie znamy jeszcze szczegółów Polskiego Nowego Ładu, ale co wiemy na pewno to fakt, że liberalni politycy niczego się nie nauczyli – ich modele poznawcze pozostają odporne na doświadczenia transformacji ustrojowej, kryzysu finansowego z 2008 i globalnej pandemii. Ideologiczne okulary nie pozwalają dostrzec wyników weryfikacji empirycznej. Czy rząd wyciągnął właściwe wnioski z przebiegu pandemii to okaże się w przyszłości. Ekonomiczne mity mogą osłabić skuteczność programu. Tego, czego więc trzeba się domagać i co podkreślić, to fakt, że państwo suwerenne monetarnie jest w stanie sfinansować każdy wydatek. Podstawowe pytanie brzmi nie „Za co?”, lecz „Na co i dla kogo?”.

Kamil Sawczak

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Otto „Kleiner” Bauer: Chrześcijańska antymarksistowska psychoza (1930)

Otto „Kleiner” Bauer: Chrześcijańska antymarksistowska psychoza (1930)

Chrześcijańscy burżuazyjni politycy Austrii mają pewien cel, dla którego żyją: poskramianie marksizmu. Slogan walki z marksizmem panuje nad tutejszymi umysłami, jest on potrzebny, aby ożywić słabnący entuzjazm. Slogan ten działa niczym czerwona płachta na byka, która jest w stanie podnieść ciśnienie nawet najbardziej flegmatycznego drobnomieszczaństwa. Diabelskość marksizmu jest tutaj malowana wszędzie, stąd nie dostrzegają oni przyczyny swojego tragicznego przeznaczenia, jakim jest proletaryzacja i kapitalizm, dlatego też są gotowi podążać za tzw. politykami chrześcijańskimi, mimo wielkiego zamieszania, w imię zbawienia „zagrożonego społeczeństwa” oraz obrony „wiary przodków”. Faktem jest, że ci drobnomieszczanie – nawiasem mówiąc – nigdy nie nauczyli się niczego od Marksa oraz z dzieł jego życia, co właściwie nie odróżnia ich od większości ich polityków, którzy też nigdy nie byli obciążeni tą wiedzą, co jednak sprawia że polityka „antymarksizmu” jest dla nich tym łatwiejsza.

Psychoza antymarksizmu nie pozostaje tylko sprawą w zakresie chrześcijańskiej polityki, ostatnio zaczęła się rozlewać także na inne wymiary chrześcijaństwa. Mamy tutaj do czynienia ze starymi metodami walki oraz hasłami skierowanymi przeciwko socjalizmowi, które zostały zebrane pod szyldem „Walki z marksizmem”. Marksizm jest tutaj czerwoną płachtą, jednak nie taką, która ma wzbudzić morale do walki politycznej, lecz chrześcijański entuzjazm wiary.

A co teraz się dzieje z antymarksistami z burżuazyjnych i chrześcijańskich odcieni?

Jest kilka grup do rozróżnienia. Jedna z nich bezpośrednio reprezentuje politykę sił kapitalistycznych. Dla tej grupy marksizm jest zawsze niczym innym jak społecznymi oraz politycznymi dążeniami siły robotniczej do samoorganizacji. Ich walka z marksizmem jest walką z prawami ludzi pracy.

Druga grupa to burżuazyjni politycy, którzy jednocześnie są zatrudnieni jako przedstawiciele chrześcijaństwa. Ich celem jest zwalczanie politycznych przeciwników i temu celowi są oddani bez reszty.

Trzecia grupa to ci wśród chrześcijan, którzy w konfrontacji z nami mówią, że nie są „ani identyczni, ani spokrewnieni” z obiema poprzednimi grupami. Chcemy włączyć tę grupę w zasięg naszej dyskusji ponieważ takie zachowanie ujawnia płytką oraz nieskuteczną metodę obrony i utrzymania wartości religijnych i etycznych wobec współczesnego ruchu robotniczego.

Ta grupa, mówiąc o „antymarksizmie” – mówi po prostu o przezwyciężaniu tych tendencji w marksizmie, które wynikają z jego historycznych relacji z ideologicznym materializmem oraz ideami burżuazyjnego oświecenia, które odbijają się echem do dziś.

Takie intencje nie są niczym nowym. Wszystko to istniało na długo przed chrześcijańskim antymarksizmem. Musimy wskazać na religijno-socjalistyczne podejście, które było obecne w lewicowym ruchu robotniczym o wiele wcześniej niż pojawił się marksizm. Co więcej, możemy wskazać na pracę tych grup, które nie tylko z religijnego, ale również z punktu widzenia czysto etycznego i naukowego, przedstawiają swoją krytykę marksizmu w duchu robotniczym.

Jednak tym, co odróżnia te grupy od nowych chrześcijańskich antymarksistów, jest to, że ci pierwsi mając za punkt odniesienia socjalistyczny ruch robotniczy, chcą po prostu przezwyciężyć rzekome lub rzeczywiste błędy w nauce lub w fundamentach socjalizmu. Natomiast chrześcijańscy antymarksiści chcą przezwyciężyć sam socjalistyczny ruch robotniczy. Chcą wylać dziecko z kąpielą.

Czy to nie jest przesadą lub fałszerstwem?

Cóż, nie jest to trudne do udowodnienia. Religijni socjaliści są tymi, którzy chcą wnieść religijne i etyczne wartości do socjalizmu. Czy krytyka chrześcijańskich antymarksistów skierowana w stronę religijnych socjalistów nie koncentruje się właśnie na fakcie, że chcemy wypełniać nasze religijne obowiązki w oparciu o socjalistyczny ruch robotniczy? Jednak takie wytłumaczenie może być zasadne tylko wtedy, gdy krytycy chcą przezwyciężyć istniejące błędy socjalizmu poprzez przezwyciężenie socjalistycznego ruchu robotniczego w całości.

Tutaj ujawnia się fundamentalny błąd, który ma wpływ na stanowisko chrześcijan wobec socjalizmu: socjalistyczny ruch robotniczy jest widziany jako przyczyna, o której fałszywie przypuszcza się, że została zainicjowana przez program Karola Marksa. To, co jest niedostrzegane, to fakt, że socjalistyczny ruch robotniczy istniał na długo przed ogłoszeniem „Manifestu Komunistycznego”, że jego źródłem jest nędza klasowa oraz dziedzictwo religijne i etyczne, które zawsze było blisko klasy robotniczej, a które manifestuje się w jej sposobie życia i cierpieniu. W efekcie ruch ten zrodził się z elementarnej potrzeby swojego czasu, z historii, z Boga; stąd jego siła życiowa i stąd siły życiowe w historii będą większe i silniejsze niż wszelkie teorie, silniejsze niż prześladowania.

Jest to zatem główny punkt i tutaj nasze drogi się rozchodzą: dla chrześcijańskich antymarksistów i chrześcijaństwa jako takiego, socjalistyczny ruch robotniczy jest wytworem fałszywej doktryny. Widzimy tutaj, że głównym zadaniem, jak i celem jest pokonanie antykapitalizmu.

Oprócz tego jest jednak jasne, że pomija się osiągnięcia socjalistycznego ruchu robotniczego w walce społecznej, gospodarczej i politycznej ludu pracującego. Bo czym jest, gdy na przykład kardynał Piffl [1] powiedział niedawno w związku z reportażem dla „Reichspost” [2], że program socjaldemokracji „może wznieść niektórych jej przywódców, ale nie jest wstanie wyrwać mas ludzkich z nędzy ekonomicznej, pomimo wszystkich obietnic”? Rzeczywiste osiągnięcia socjaldemokracji jako przedstawicieli socjalistycznego ruchu robotniczego są tutaj po prostu pomijane, ich walka o najbardziej podstawowe prawa socjalne oraz polityczne w celu podniesienia poziomu życia oraz kultury ludu – także. I dlatego nawet historyczna funkcja socjalistycznego ruchu robotniczego jest tutaj lekceważona. Ponieważ broni się teraz – jak niedawno ustaliliśmy – jako „fałszywa doktryna”, broni się jako wynik swojej rzeczywistej pozycji władzy oraz społeczno-politycznych i państwowo-politycznych osiągnięć ludu pracującego, które zostały uzyskane dzięki niej.

Jeśli chrześcijanie, jak mówią, a nie partyjno-polityczni antymarksiści, byliby skupieni na walce z błędami, musieliby używać odpowiedzialnych metod w taki sposób, aby mogli wykluczyć jakąkolwiek szkodę na rzecz sytuacji robotników. Ale ponieważ nie oddzielają oni domniemanego lub faktycznego błędu od metody, którą stosują – odpowiedzialność ta nie została przez nich przyjęta. W związku z tym, interesy ludzi pracy są zagrożone, ponieważ w obecnych okolicznościach, poza partią socjalistyczną nie ma innego godnego uwagi ruchu robotniczego który stawiałby czoła kapitalizmowi. A tylko kapitalizm zyskuje na osłabionym ruchu robotniczym.

Dla każdego, kto chce walczyć z socjalistycznym ruchem robotniczym nie ma oczywiście innego środka jak polityczna, a nawet polityczno-partyjna walka przeciw niemu. I to właśnie widzimy u chrześcijańskich antymarksistów, którzy zgadzają się z antymarksistowską polityką pseudochrześcijańskich pseudosocjalistów. Jednakże nie mogą wyświadczyć gorszej przysługi chrześcijaństwu, które reprezentują. Nigdy, przenigdy nie możesz uratować wartości religijnych i etycznych, gdy bronisz ich w sojuszu z pseudochrześcijańskimi pseudosocjalistami. Takimi metodami nie można wyostrzyć sumienia socjalistycznego ruchu robotniczego (a więc mas ludzi pracy). Takimi metodami poszerzasz tylko istniejącą przepaść.

Jest to bardzo niebezpieczna i ryzykowna gra ostatnią kartą: antymarksizmem. Niebezpieczna gra o prawa i ostateczne wyzwolenie ludu pracującego tak samo jak o chrześcijaństwo, o samą religię.

Metody i polityka chrześcijańskiego antymarksizmu doprowadzą do tego, że pewnego dnia chrześcijańscy antymarksiści wszystkich odcieni – próbując walczyć o dwie sprawy jednocześnie – mogą zostać w sytuacji bez racjonalnego wyjścia. Socjalistyczny ruch robotniczy ma bowiem wystarczającą witalność, by dać początek odmłodzonemu ruchowi socjalistycznemu, stąd też chrześcijański antymarksizm będzie odgrywał rolę mimowolnego akuszera, co być może jest jego ostatnią rolą przed upadkiem. Socjalistyczny ruch robotniczy sam w sobie ma wystarczającą siłę, by bronić wartości religijnych i etycznych bez wątpliwej pomocy z zewnątrz. I stąd, wbrew fałszywym hasłom chrześcijańskich antymarksistów, stawiamy własne hasło dla chrześcijan, którzy naprawdę poważnie podchodzą do głoszenia wartości religijnych i etycznych oraz do podboju sumienia socjalistycznego ruchu robotniczego, dla nas samych. A brzmi ono: Nie walczyć przeciwko socjalistycznemu ruchowi robotniczemu, ale współdziałać w jego wysiłkach jako ruchu na rzecz obalenia kapitalizmu. Podejmować próby wyrażania w nim wartości religijnych i etycznych.

I wydaje się, że jest to dla nas podstawowa perspektywa chrześcijańska.

Otto „Kleiner” Bauer

tłumaczenie: Artur Matuszkiewicz; poprawki: Barbara Matuszkiewicz, Miłosz Matuszkiewicz.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w roku 1930 w czasopiśmie „Menschheitskampf”, organu Stowarzyszenia Socjalistów Religijnych (Bund Religiöser Sozialisten).

 

Otto Bauer (1897-1986) – aby odróżnić go od legendarnego lidera austriackiej socjaldemokracji o tym samym imieniu i nazwisku, nazywany był Otto Bauer „Kleiner” – Małym. Pochodził z wiedeńskiej rodziny robotniczej, pracował jako robotnik w przemyśle chemicznym i metalowym, socjalista, katolik. Jako 15-latek wstąpił do Bund der christlichen Arbeiterjugend – Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Robotniczej, bliskiego socjal-chadecji. Pod koniec I wojny światowej zaczął sympatyzować z lewicą, a po wojnie wstąpił do Sozialdemokratische Arbeiterpartei – głównej lewicowej partii austriackiej. Łączył katolicyzm i religijność z socjalizmem i marksizmem, odrzucając zarówno antymarksowskie poglądy socjal-chadecji, jak i antyreligijność i antykatolicyzm części lewicy. W roku 1926 należał do założycieli Bund Religiöser Sozialisten i został redaktorem naczelnym organu tego ugrupowania, pisma „Menschheitskämpfer“. Organizacja miała status grupy autonomicznej w łonie partii socjalistycznej i starała się oddziaływać w duchu tonowania w głównym nurcie ruchu socjalistycznego nastrojów antyreligijnych i antykatolickich. Starała się także oddziaływać na kręgi kościelne i tonować w ich łonie postawy antylewicowe oraz przeciwdziałać sojuszowi Kościoła z prawicą polityczną. Był krytykiem austrofaszyzmu, a po objęciu władzy przez skrajną prawicę Bund Religiöser Sozialisten został zdelegalizowany jako pierwsza z autonomicznych organizacji w łonie socjaldemokracji. Po zdławieniu demokracji przez austrofaszystów działał w nielegalnej organizacji Revolutionären Sozialisten Österreichs. Po zajęciu Austrii przez hitlerowców uciekł z rodziną z kraju i przez Zurych i Paryż emigrował w roku 1940 do USA. Od końca II wojny do emerytury pracował na Manhattanie w bibliotece ufundowanej przez jednego z jego przyjaciół.

Przypisy:

[1] Friedrich-Gustav Piffl – arcybiskup Wiednia, duchowny katolicki. Wspierał Chrześcijańską Partię Społeczną (Christlichsoziale Partei) oraz Chrześcijańskie związki zawodowe oraz prasę. 15 maja 1927 miało miejsce podpalenie Pałacu Sprawiedliwości w Wiedniu przez robotników, którzy protestowali przeciw uniewinnieniu dwójki nacjonalistów, którzy byli oskarżeni o zabójstwo dwojga działaczy socjalistycznych. Dodatkowo robotnicy podpalili siedziby gazety „Reichspost”. Chrześcijański ruch robotniczy i jego prasa popierały egzekucje uczestników zamieszek (skazano 84 osoby) oraz nie potępiały nacjonalistycznych morderców. To wydarzenie sprawiło że drogi Chrześcijańskiego ruchu robotniczego oraz socjalistów religijnych rozeszły się ostatecznie. Po zamieszkach chrześcijański ruch robotniczy założył paramilitarne bojówki przeciw socjalistom (Freiheitsbund).

[2] „Reichspost” – wydawana w Wiedniu między 1894 a 1938 gazeta codzienna związana z Chrześcijańską Partią Społeczną.

Rezerwat przyrody zamiast lotniska!

Rezerwat przyrody zamiast lotniska!

W 2008 r. powołano Spółkę Port Lotniczy Kielce S.A. Zadaniem Spółki jest „wybudowanie Regionalnego Portu Lotniczego w miejscowości Obice, gmina Morawica”. Obecnie prezydent miasta Bogdan Wenta zwraca się z prośbą do radnych miejskich o likwidację spółki. Likwidacja ma kosztować około 50 000 zł. Ile kosztuje rocznie funkcjonowanie spółki, która przez 13 lat istniała bez najmniejszego uzasadnienia? Bo lotnisko przecież nie powstało i nie powstanie, o czym wiadomo na pewno przynajmniej od 2013 r., gdy Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Warszawie uchylił w całości decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach budowy Regionalnego Portu Lotniczego Kielce, wydaną przez Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Kielcach. Następnie decyzję tę podtrzymał Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie. O sprawie pisałem tutaj.

Dlaczego lotnisko w Kielcach nie powstało?

Pomijając nierealistyczne i nieekonomiczne założenia całego pomysłu, które potwierdziła Komisja Europejska odmawiając finansowania go, podstawą wizji stworzenia lotnika było istnienie bogatego złoża wapieni na tzw. Kamiennej Górze niedaleko Obic. To właśnie eksploatacja tych złóż była głównym celem ówczesnego prezydenta Wojciecha Lubawskiego. Zyski dla miasta i firm miały być zapewnione dzięki zbytowi surowca mineralnego. A budowa lotniska miała zapewnić rynek zbytu.

Raport o środowiskowych oddziaływaniach na środowisko dla lotniskowej inwestycji zakładał, że konieczne jest zdjęcie około 1,6 m warstwy ziemi i torfu na powierzchni kilkuset hektarów. Następnie sprzedaż wapieni miała pozwolić na sfinansowanie budowy portu lotniczego i zapewnić wpływy dla miasta i inwestorów. Wybór lokalizacji koło Obic był powodowany nie racjonalnymi względami, lecz nierealistycznymi koncepcjami Wojciecha Lubawskiego i jego środowiska politycznego, a miejscową społeczność potraktowano całkowicie instrumentalnie. Trzeba dodać, że raport opracowany przez ekipę Lubawskiego był bezprawny, bo łączono w nim analizę dwóch inwestycji: budowę lotniska i właśnie uruchomienie kopalni wapienia. Na takie rozwiązanie nie zezwala prawo, co zostało potwierdzone przez GDOŚ i NSA.

Lubawski i jego ekipa nie interesowali się wartościami przyrodniczymi wybranego przez siebie terenu. Miasto kupiło ziemię za około 30 mln zł, prawdopodobnie po zaniżonej cenie, i wywłaszczyło z niej mieszkańców, a dopiero później zleciło wykonanie raportu oddziaływania na środowisko. Oznacza to, iż z góry założono, że dokumentację się „uszyje” pod plany, a nie plany pod rzeczywistość. Skutki tego sposobu myślenia pokutują w Kielcach do dziś i to nie tylko w sprawie Obic.

4 marca 2021 marszałek województwa świętokrzyskiego wraz z prezydentem Kielc oraz gminami Chmielnik i Morawica podpisali list intencyjny w sprawie Obic. Ma to być krok w celu utworzenia terenów inwestycyjnych na gruntach, na których miało powstać lotnisko. Miasto ma „oddać” marszałkowi Obice, a marszałek miastu – pozostałości po szpitalu na Langiewicza. W ani jednej wypowiedzi urzędników nie pada nawet słowo dotyczące prawa ochrony przyrody i przyrodniczych uwarunkowań lokalizacji pod Obicami.

Obszar „polotniskowy” pod Obicami leży na terenie Chmielnicko-Szydłowskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu, gdzie chroni się wyróżniający się krajobraz o zróżnicowanych ekosystemach pełniących funkcję korytarzy ekologicznych.

Stwierdzono tu między innymi 8 siedlisk wymienionych w Dyrektywie Siedliskowej UE (chronionych także prawem Unii Europejskiej) i ponad 70 gatunków grzybów, roślin, ryb, płazów, ssaków i ptaków oraz bezkręgowców zagrożonych wymarciem w skali Polski i Europy. Przyrodnicy dysponują szczegółową dokumentacją z rocznej inwentaryzacji. Podobnymi wynikami badań z wcześniejszego okresu dysponuje Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Kielcach. Wystarczy o nie zapytać.

Co teraz?

Skoro Miasto Kielce stać było na zakup 600 ha ziemi, posiadanie jej bez użytkowania przez 13 lat oraz na utrzymywanie za pieniądze kielczan przez 13 lat spółki miejskiej, która nie wykonała żadnej pracy, to z pewnością miasto stać teraz na podjęcie mądrej i odważnej decyzji.

Wydaje się, że jedną z najlepszych i najbardziej roztropnych decyzji, jaką można podjąć, jest decyzja o utworzeniu na tych terenach… rezerwatu przyrody. Wszystko pasuje. Jest porozumienie gmin, właściciela terenu i marszałka województwa. Trzeba zaprosić jeszcze wojewodę i RDOŚ. Badania są przeprowadzone, ale trzeba je uzupełnić i tu deklaruję, że mój zespół przyrodników wykona to dla miasta za darmo. Tak. Miasto nie zapłaci za to ani złotówki i to będzie pierwsza w historii tej sprawy sytuacja, w której kielczanie nie poniosą żadnych kosztów w związku z tym, że ktoś za ich pieniądze zakupił mokradła na wsi.

Ostatni rezerwat przyrody w naszym województwie powstał 10 lat temu. Czas najwyższy powołać nowy. Tereny pod Obicami to idealny kandydat.

Łukasz Misiuna