Gilbert Keith Chesterton: Nie ma czegoś takiego, jak edukacja (1910)

Żyjemy w czasach bardziej niezwykłych, niż nam wszystkim się wydaje. To chyba jedyny dobry skutek, jaki instytucja wyborów powszechnych wywiera na ludzki umysł. Gdybyśmy zobaczyli starą pannę z anglikańskim modlitewnikiem w dłoni, zdziwiłoby nas to na pewno, a przynajmniej zaciekawiło, gdyby okazało się, że przy okazji praktykuje ona kanibalizm. Rozmowa z drobnym angielskim urzędnikiem zawsze jest ciekawsza, jeśli wychodzi w niej przypadkowo, że nasz interlokutor uważa się za prawowitego papieża. Otóż wierz mi lub nie, Czytelniku, ale nasza Anglia pełna jest takich osobliwych figur, które – same w sobie równie prozaiczne – wierzą w rzeczy równie niestworzone, a wręcz szalone. I prawdziwy i wieczny humor wyborów powszechnych polega dokładnie na tym, że ludzie ci zaczynają zabierać głos. Piszą listy. Zadają pytania. I człowiek zaczyna rozumieć nareszcie, że Anglia to naprawdę kraina elfów.

Moją tezę, że w angielskiej ignorancji tkwi jakiś element dziwny, nieomal magiczny, trzeba jednak dobrze rozumieć. Po pierwsze zatem: moja definicja ignorancji nie jest ani racjonalna, ani emocjonalna; krótko mówiąc: nie chodzi mi tutaj po prostu o różnicę zdań. Osobiście sądzę, że taki pan Haeckel [1] to wielki ignorant; każdy, kto zna trochę historię chrześcijaństwa widzi, że jego uwagi na temat historii chrześcijaństwa są takie, że – dosłownie – koń by się uśmiał. Idąc dalej: Lorda Milnera [2], na przykład, również mam za ignoranta – szczególnie w sprawie historii i kultury Anglii rzecz jasna, ale właściwie we wszystkich niemal sprawach z wyjątkiem dziennikarstwa. Ale to właśnie opinie, czy raczej przekonania. Nie fakty. Jak by nie spojrzeć, chrześcijaństwo i Anglia to jednak dość złożone problemy. W tym jednak przypadku chodzi mi właśnie wyłącznie o ignorancję faktyczną, ewidentną – taką, jak gdyby powiedzieć, że Dickens napisał „Targowisko próżności” albo że Shropshire jest wyspą.

Otóż natężenie owej niewątpliwej, jak moglibyśmy powiedzieć: biało-czarnej, ignorancji w życiu społecznym, to rzecz dosłownie nie do uwierzenia. Na przykład, niedawno „Daily News” zbeształo publicznie pewnego sympatycznego, starszego pastora, choć jego jedyną winą jest to, że wierzy we wszystko, co napiszą w „Daily Mail” [3]. Chodzi jednak o to, że dziennikarze „Daily News” przemilczeli jedyny bodaj naprawdę niezwykły fragment zupełnie zwyczajnej wypowiedzi tego zacnego jegomościa. Prawda, nazwał Lloyd George’a [4] „gryzipiórkiem”, a McKennę [5] „belfrem”, ale tylko dlatego, że przeczytał te określenia tego samego dnia w porannej gazecie. Zaraz potem jednak dodaje nasz śmiały gentleman coś własnego pomysłu – pisze: „Winston Churchill, dziennikarz”. Pewien jestem, że zrobił to zupełnie niewinnie. Że naprawdę święcie wierzył w to, że pan Churchill nadludzkim wysiłkiem wydźwignął się z biedy i błota Grub Street [6]. Że Winston Churchill tyle ma wspólnego z Randolphem Churchillem [7], co Will Crooks [8] z Sir Williamem Crookesem [9]. Otóż fakt, że pan Winston Churchill to polityk dziedziczny, członek jednego z najbogatszych i najpotężniejszych rodów Anglii, to po prostu fakt, który może się nam podobać bądź nie podobać. Możemy uważać, że jest dzięki temu urodzonym przywódcą albo zepsutym i leniwym pozerem. Ale to fakt; taki sam, jak to, że na wieży katedry św. Pawła stoi krzyż. I tego właśnie faktu okazał się nasz poczciwy, wiejski duszpasterz zupełnie i dziwnie nieświadom. Oto właśnie owa niebywała ignorancja i łatwowierność, o której mówię, że ujawnia się przy okazji wyborów powszechnych.

Kiedy indziej zgoła pewna szlachetna dama, gdy powiedziałem jej, że jestem liberałem, zupełnie poważnie zapytała mnie, czy naprawdę uważam, że lepiej by było, gdyby Anglią rządzili Niemcy. Sądząc, że to dobra polityczna satyra, odpowiedziałem w podobnym tonie. Powiedziałem jej, że przecież już i tak w znacznej mierze rządzą nami Niemcy – i czasami dostają za to tytuły szlacheckie. Jej riposta omal nie zwaliła mnie z nóg. Bo okazało się, że w przekonaniu mojej zacnej interlokutorki pan premier Asqhuit [10] naprawdę i dosłownie miał pewnego dnia domagać się, aby Kaiser został królem Anglii! Uważała, że to jego oficjalny postulat. Miała jednak pewne wątpliwości, czy aby nie trochę ryzykowny. Powtarzam: ponownie odkrywamy dla ludzkości krainę elfów.

Bardziej interesująca jest jednak druga cecha tej społecznej ignorancji. To, mianowicie, że nie przejawiają jej wyłącznie, nawet nie przede wszystkim, klasy biedniejsze. Przeciwnie: jeżeli się pojawia, to raczej u wykształconych. Częściej spotka się ją u księży, niż u krętaczy. U dam, niż u sprzątaczek. Trudno byłoby znaleźć w Londynie (a przynajmniej w okolicach Westminsteru) dorożkarza, który nie wiedziałby, że Winston Churchill jest arystokratą; gdybyśmy zapytali jednak duszpasterzy służących przy katedrze – strzelam, że z pięciu nie miałoby tej świadomości. I gdybym naprawdę chciał komuś wmówić, że jestem zwolennikiem aneksji Anglii przez Niemcy, najłatwiejszym celem byłyby tu wyfiokowane szlachcianki ze zubożałych rodów. Drobni arystokraci popierają protekcjonizm – w praktyce chodzi częściej o swoisty protekcjonizm intelektualny, którego muru nic nie przebije. Przede wszystkim jednak klasy wykształcone cechuje coś, co nazwać moglibyśmy ignorancją akcydentalną: londyńczycy nie wiedzą nic o angielskiej wsi, mieszkańcy wsi – o rozwoju miejskim, szeregowi politycy o tym, co się pisze w opozycyjnych gazetach, a twardogłowi księża o dogmatach innych religii. I wszystko to razem zlewa się w jedną oceaniczną masę nieporozumienia, w której dziennikarz może pływać całymi dniami.

Prawda jest bowiem taka, że nie ma czegoś takiego, jak klasy wykształcone; z tego prostego powodu, że nie ma czegoś takiego, jak edukacja. Są tylko różne rodzaje edukacji, a więc i różne typy, a właściwie style, ludzi wykształconych. Ktoś może dawać wykłady przed Królewskim Towarzystwem Jeździeckim i nie mieć pojęcia o tym, jak obstawiać na wyścigach – ba!, może przeprowadzać na koniach sekcje zwłok i kompletnie nie umieć na nich jeździć. Młody polityk może znać się bardzo na ekonomii, ale nie na gospodarce. I błędy popełnianie przez biskupów, bankierów czy biologów świadczą o ignorancji nie mniej, niż to, że dziecku mylą się litery alfabetu, a Indianin nie zna współczesnej astronomii. Każdy z nas jest ignorantem w jakiejś dziedzinie życia; większość z nas w większości z nich. Różnica między pychą a pokorą leży wyłącznie w świadomości – świadomości istnienia owych setek zawodów, w których by nam nie wyszło, tych setek egzaminów, których byśmy nie zdali. Nie mam nic przeciwko, aby taki hipotetyczny pan Roberts wiedział, że jest świetnym bilardzistą, a nawet zadzierał nosa aż do gwiazd na tę okoliczność. Chciałbym tylko, aby pamiętał przy tym, a raczej powtarzał sobie co dzień, jak litanię, że byłby także prawdopodobnie najgorszym puzonistą na świecie, słabym krawcem, trzeciorzędnym inżynierem okrętowym, nędznym mimem, rozczarowującym linoskoczkiem, podprzeciętnym komentatorem klasyki łacińskiej, no i, rzecz jasna, że nie najlepiej radziłby sobie na turnieju rycerskim. Być może trudno byłoby utrzymywać wszystkie te obrazy naszych potencjalnych niepowodzeń i klęsk przed oczyma wyobraźni przez dwadzieścia cztery godziny. Ale podobnie gigantyczna pokora ducha na pewno jest warta zachodu.

Jednym ze sposobów ułatwienia sobie tego zadania byłoby wprowadzenie do prawa angielskiego pojęcia stopnia ignorancji, podobnie jak teraz mamy stopnie wykształcenia. Moglibyśmy dostawać za to dyplomy. Na przykład, ktoś dostawałby piękny certyfikat potwierdzający, że na taki a taki temat nie wie zupełnie nic. „Dr. nauk humanistycznych” mógłby oznaczać nie doktora, a dramat nauk humanistycznych. „Lic.” – nie licencjat, a „licentia poetica” w jakiejś dziedzinie. Byłoby to dla nas wszystkich świeże i słodkie doświadczenie, gdybyśmy zaczęli umieszczać na naszych wizytówkach czy dokumentach oficjalne informacje na temat tego, na czym się najbardziej nie znamy. Ja musiałbym dopisywać przed swoim imieniem tak wiele liter, że mogłoby to okazać się trochę niepraktyczne.

Gilbert Keith Chesterton

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Illustrated London News” w dniu 5 lutego 1910 r. Tytuł polskiego przekładu pochodzi od tłumacza.

Przypisy tłumacza:

1. Ernst Heinrich Haeckel (1934–1919) – biolog niemiecki, próbujący transponować teorię ewolucji Darwina na grunt stricte filozoficzny.

2. Sir Alfred Milner (1854–1925) – brytyjski polityk, gubernator Transwalu i komisarz Afryki Południowej podczas II wojny burskiej.

3. Niestety, bez dostępu do archiwów nie sposób ustalić, do jakiego artykułu prasowego Chesterton się odnosi.

4. Lloyd George (1858–1945) – angielski polityk liberalny i ostatni premier Wielkiej Brytanii (w latach 1916–1922) z ramienia Partii Liberalnej.

5. Reginald McKenna (1863–1943) – angielski polityk liberalny, pełniący różne funkcje w różnych rządach Wielkiej Brytanii.

6. Ulica jednej z najbiedniejszych dzielnic w Londynie, słynna z tego, że mieszkało i pracowało tam wielu początkujących literatów aspirujących do normalnego życia.

7. Lord Randolph Churchill (1849–1895) – angielski polityk konserwatywny, zwolennik tzw. demokracji torysowskiej, ruchu politycznego w łonie Partii Konserwatywnej, głoszącego konieczność poparcia przez torysów demokratycznych reform w kraju i działania na rzecz tzw. mas. Ojciec Winstona.

8. Will Crooks (1852–1921) – angielski działacz związkowy, bardzo zasłużony dla sprawy robotniczej, członek Towarzystwa Fabiańskiego.

9. Sir William Crookes (1832–1919) – renomowany angielski fizyk i chemik, słynny z uznania realności zjawisk paranormalnych.

10. Herbert Asquith (1852-1928) – angielski polityk liberalny, premier Anglii w latach 1908–1916, słynny z rozległych reform (m.in. reformy ubezpieczeniowej).

Kim są „przyjaciele migrantów”?

Strzeżcie się owych kosmopolitów, co w swych książkach szukają dalekich obowiązków, których nie uważają za stosowne spełniać dokoła siebie. Niejeden filozof kocha Tatarów, aby być zwolnionym od obowiązku miłości względem sąsiadów swoich – Jean-Jacques Rousseau

Temat polityki migracyjnej ponownie znalazł się w centrum debaty publicznej. Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej mobilizuje środowiska liberalne i lewicowe. Aktywistów rozgrzewa pytanie, do czego jest zobowiązane państwo polskie względem obozowiska migrantów w okolicach Usnarza Górnego. Uczciwa odpowiedź wymaga znajomości kontekstu sytuacji. Ten został opisany przez Tadeusza Giczana. Białoruski dziennikarz przedstawia dowody, że zwiększona presja migracyjna na granicę Polski jest koordynowana przez Białoruś w ramach operacji Śluza.

To zdarzenie jest punktem odniesienia w tekście Szymona Gamsa. Autor analizuje środowiska – liberalne i lewicowe – pozycjonujące się jako sojusznicze wobec migrantów i stawia im zarzut, że liberałowie swoje wsparcie dla osób próbujących przekroczyć polską granicę ograniczają tylko do deklaracji. W praktyce niczym nie różnią się w takim razie od uszczelniającego obszary graniczne rządu Prawa i Sprawiedliwości. Drugie środowisko, według Gamsa groźniejsze, nawet jeśli faktycznie popiera przyjęcie migrantów do Polski, to jednocześnie przymyka oczy na sytuację wykluczonych w kraju. Wspiera politykę, która umożliwia własny uprzywilejowany styl życia oraz pozostaje ślepa na uprzedzenia względem klas ludowych. Zdaniem autora, tylko uznanie znaczenia obydwu grup – migrantów i obywateli w sytuacji ekonomicznej zbliżonej do migrantów – jest gwarantem promigranckiej polityki.

Otwarte granice? Propozycja braci Koch

Nie jest prawdą, że liberałowie wspierają politykę zamkniętych granic. Wspomniane przez Gamsa słowa Donalda Tuska należy odczytać w kontekście dość znamiennej wypowiedzi innego liberalnego celebryty – Tomasza Lisa: „Jest prosty sposób na wyleczenie się ze strachu przed uchodźcami i imigrantami. Zainstalować sobie w telefonie aplikację Uber Eats i zamówić burgera. Proste. Godzinka i po strachu”.

Migrant to przyszły pracownik jednej z cyfrowych platform opierających swój model biznesowy o prekarne zatrudnienie i niskie płace. Według Lisa rolą uchodźcy jest budowa ekonomicznego dobrostanu klas posiadających. Nie stoi to w sprzeczności ze słowami Tuska, który podkreśla znaczenie ochrony granic. Różnica dotyczy „jakości kapitału ludzkiego” – ile wysiłku należy włożyć, aby uczynić z przybysza część taniej siły roboczej. Akceptacja obozu liberalnego dla polityki otwartych (lub uchylonych) granic jest wyrazem interesu klasowego.

Wiedzieli o tym klasycy. Fryderyk Engels w rozprawie „Położenie klasy robotniczej w Anglii” poświęcił osobny rozdział zagadnieniu irlandzkiej imigracji i jej negatywnemu wpływowi na warunki życia angielskich robotników. Z kolei Marks w liście do Sigfrida Meyera i Augusta Vogta z 1870, pisał, że tylko powstanie niepodległej Irlandii jest w stanie zażegnać wrogość dwóch narodowości. Zatrzymanie napływu taniej siły roboczej wytrąci broń z rąk angielskiej burżuazji. Do tego samego odnosił się Bernie Sanders, nazywając agendę otwartych granic propozycją braci Koch, czyli amerykańskich miliarderów forsujących neoliberalny model gospodarczy.

Zgaduję, że tym samym przekonaniem kieruje się rząd duńskich socjaldemokratów, którego restrykcyjna polityka imigracyjna w 2020 doprowadziła do najmniejszej liczby wniosków o azyl od roku 1990. Premier Mette Frederiksen chce zmniejszyć tę liczbę do zera, zaś wnioskujących o azyl deportować do ośrodków poza granicami Danii, gdzie oczekiwaliby na wynik procedury.

Napływ taniej siły roboczej z zagranicy obok rezerwowej armii pracy (stałego zasobu bezrobotnych) były i wciąż stanowi najefektywniejszą broń kapitalistów przeciwko klasie robotniczej. Liberałowie popierają przyjmowanie migrantów nie z dobrego serca (chociaż takiego motywu też nie można wykluczyć), ale ze względu na konsekwencje dla rynku pracy, które zmuszą krajowych pracowników do silniejszej konkurencji z obcokrajowcami.

Polowanie na kozła ofiarnego drugiego stopnia

Co z lewicowymi „przyjaciółmi migrantów”? Współczesna lewica jest tworzona w znacznej mierze przez klasę menedżerów-specjalistów (Professional-managerial class), jej dolną część – absolwentów uczelni wyższych, zamieszkujących duże miasta, przeważnie zatrudnionych na stanowiskach nie wynagradzanych zbyt okazale, ale zapewniających status oraz autonomię osobistą. Nie kapitał ekonomiczny jest tu w centrum. Aktywiści lewicy dysponują kapitałem kulturowym, dzięki któremu próbują narzucić określoną interpretację sytuacji na granicy. Ich wiedza i humanitaryzm wskazują „właściwe” postawy i zachowania dla państwa, społeczeństwa i jednostek. W tym przypadku to polityka otwartych granic.

To stanowisko wykorzystuje znaczenie, jakie przypisujemy ofiarom w kulturze zachodniej – począwszy od ukrzyżowania Chrystusa po doświadczenie Holocaustu. Jak bardzo byśmy nie byli cyniczni, to czujemy się zobowiązani do współczucia ofiarom, a nawet podjęcia działań, które poprawią ich los.

Ten słuszny motyw może zostać postawiony na głowie. René Girard, autor koncepcji kozła ofiarnego jako mechanizmu przywracania społecznego pokoju poprzez skierowanie przemocy na niewinną jednostkę lub grupę, pisał: „Zamiast krytykować siebie, robimy zły użytek z naszej wiedzy – kierujemy ją przeciwko drugiemu i uprawiamy polowanie na kozła ofiarnego drugiego stopnia, polowanie na myśliwych kozła ofiarnego. W naszym społeczeństwie obowiązkowe współczucie upoważnia do nowych form okrucieństwa” (Girard, Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica, Warszawa 2002, s.171).

Ten mechanizm obrazuje sytuacja na granicy polsko-białoruskiej. Tak jak Łukaszenko wykorzystuje migrantów do wywierania presji na Litwę, Łotwę i Polskę, tak sami migranci stali się bronią w walce opozycji z Prawem i Sprawiedliwością. Lewicowo-liberalne środowisko zarzuca rządowi, że ten stworzył obóz koncentracyjny. Atakuje tę część społeczeństwa, która pozostaje sceptyczna względem agendy otwartych granic. Rzuca obelgami w kierunku Straży Granicznej.

Jednocześnie moralnie uwzniośla się tych, którzy przeprowadzają ataki. Udaremniony sprint posła Starczewskiego w kierunku białoruskiej granicy czy stanie na bosaka w imię solidarności z migrantami to akt moralnej wyższości, wolnej od narodowych ograniczeń i reakcyjnych poglądów. Przecież nie sposób pozyskania poklasku w mediach społecznościowych. Nie zgadzając się z lewicowymi aktywistami, nie tylko nie masz racji. Nie masz też sumienia.

Celem opozycji nie jest dobrostan migrantów, lecz atak na rząd. W innym przypadku można by w tej samej sprawie oczekiwać krytyki wymierzonej w Unię Europejską. Organizacje działające na rzecz uchodźców oficjalnie głoszą, że polityka migracyjna UE ma charakter rasistowski i stanowi spuściznę czasów kolonializmu. Nie mieści się to jednak w polskiej liberalno-lewicowej ortodoksji, wedle której instytucje unijne stanowią punkt oparcia do walki politycznej z rządem.

Szlachetny dzikus i bunt mas

Autor wspomnianego tekstu konfrontuje krótkowzroczność lewicowych i liberalnych aktywistów z sytuacją wykluczonych w Polsce. Uczciwa postawa ma wymagać wsparcia dla obydwu grup. Jednak, jak zauważył Slavoj Žižek, lewica beatyfikuje uchodźców jako wolnych od zła. Jakiekolwiek problemy są w tej optyce tymczasowe, a przyszłe wyzwania z integracją wskazują na defekty wspólnoty przyjmującej. Z drugiej strony, polska klasa ludowa wcale nie musi być postrzegana jako zasługująca na uznanie. W antyrządowej retoryce, beneficjenci reform dokonanych po 2015 roku są współwinni obecnej sytuacji w kraju. To przepełniona ksenofobią i patriarchatem czarna masa pełna zawiści. Jej zakorzenienie i mobilizacja polityczna są dla klas dominujących groźniejsze. Pokazały to doświadczenia Brexitu oraz wybory prezydenckie w USA z 2016 roku, gdy pierwszy raz od wielu lat demokratyczny werdykt zapadł w kontrze do oczekiwań rządzących elit (warto obejrzeć dokument filmowy poświęcony tym wydarzeniom). Dlatego klasy ludowe trzeba zdyscyplinować, a migrantów uczynić tanią siłą roboczą, która zahamuje wzrost płac przez szykujący się do przejęcia władzy obóz liberalny.

Moralne wzburzenie wokół sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, które porusza liberalną i lewicową opinię publiczną, nie służy poprawie sytuacji imigrantów. Ofiary są środkiem do celu. Wymóg współczucia ma legitymizować określone rozwiązania polityczne i atak na instytucje państwa. Zaś sam migrant jest tak dobry, jak szybko potrafi dowieźć burgera.

Kamil Sawczak

Inne teksty autora można przeczytać tu: https://sawczak.substack.com/

Make Life Harder to ***** *** i nic więcej

Make Life Harder to jeden z największych fenomenów internetu na lewo od centrum. Inne centrolewicowe memiarnie (PLwDD i Tygodnik NIE) próbują skopiować jego sukces, ale na razie są bardzo daleko. Jednak MLH, mimo przewagi w liczbie obserwujących, nie tylko jest daleko w tyle za swoimi konkurentami pod względem jakości treści, ale też zmienia się w niebezpieczną politycznie sektę, która po bliższym przyjrzeniu okazuje się też ideologiczną wydmuszką.

MLH zaczynał dziesięć lat temu jako fanpejdż na Facebooku całkiem zabawnie kpiący ze sztucznych obrazów życia celebrytek nowego wtedy w Polsce typu, czyli szafiarek, dziś zajmujących się nie tylko modą i nazywanych influencerkami. Przede wszystkim najbardziej wtedy znanej z nich – Kasi Tusk. Obecnie najprężniej marka MLH działa na Instagramie i, choć w sporadycznie udostępnianych postach nawiązuje niekiedy do dawnej konwencji, bardziej niż Kasią Tusk i jej koleżankami po fachu interesuje się teraz jej ojcem i jego obszarem działalności, wrzucając codziennie na InstaStories memy zarówno autorstwa własnego, jak i przeklejane, podsyłane przez obserwujących.
Prawie 800 000 followersów robi wrażenie – aż dwa procent populacji Polski śledzi profil na IG w sposób zdystansowany komentujący wydarzenia społeczno-polityczne. Obawiam się jednak, że popełniający przy tym wiele błędów tradycyjnych mediów i tworzący niebezpieczną bańkę, a do tego niewykorzystujący potencjału, jaki tkwi w młodych (no, powiedzmy…) ludziach rozczarowanych elitami odklejonymi od realiów życia w Polsce oraz ich rządami.

Po pierwsze, obawiam się, że MLH przy pomocy rytuału i rutyny tworzy bardzo uzależniające medium, które tysiące osób codziennie śledzą i, co do czego nie mam wątpliwości, traktują jako główne źródło wiedzy o wydarzeniach w kraju.

Rytuał MLH wygląda tak:

1. Przed rozpoczęciem pracy (treści pochodzą od typka, który nie pracuje na etacie) jakiś eskapistyczny, malowniczy landszaft ze ścieżką dźwiękową;

2. O 9:00 gif ze zwierzęciem przypominającym jakimś drobnym niuansem, gestem czy pozą człowieka zaczynającego pracę – najczęściej niewyspanego, nieszczęśliwego;

3. W ciągu dnia kilka memów na temat aktualnych wydarzeń w polskiej polityce; obowiązkowo ***** ***;

4. Zwierzątka;

5. „W mieście X w przejściu podziemnym prowadzącym na przystanek tramwajowy Y siedzi starsza pani i sprzedaje <wstaw cokolwiek>”, albo „Sklep z guzikami państwa Z nie poradził sobie z pandemią – przed wyprowadzką pozbywają się dobytku”;

6. MAKŁOWICZ;

7. ***** *** * ************;

8. Coś tam o tym, jak w Polsce jest do dupy;

9. SASIN!

10. Zwierzątka;

11. ***** ***;

12. „Czekając na 17:00” (przypominam – od typka, który nie pracuje na etacie);

13. Jeszcze ostatni mem z Czarnkiem/Sasinem/Kaczorem/Suskim;

14. 17:00 – gify z podekscytowanymi zwierzętami;

15. ***** ***;

16. Landszafcik z zachodem słońca.

Jak łatwo zauważyć, nie jest to zniuansowany przekaz oferujący jakiekolwiek diagnozy, lecz przestrzeń dla wylewania frustracji, oswajania śmiechem przygnębiającej rzeczywistości i odczuwania wspólnoty losów przez pokolenie milenialsów.

Najbardziej niepokojącymi mnie elementami przekazu oferowanego przez MLH są ***** *** oraz ogłoszenia wspomniane w punkcie piątym. Hasło swą wszędobylskością buduje szkodliwą narrację, bardzo źle diagnozującą problemy polskiej sceny politycznej, sprowadzającą je do „złego PiS-u”, w którym to momencie admin MLH może sobie podać rękę z TVN-em, Gazetą Wyborczą i innymi korporacyjnymi mediami głównego nurtu. Z kolei ogłoszenia bez odpowiedniego komentarza budują narrację indywidualistyczną, zrzucającą na społeczeństwo (czy, w tym przypadku, społeczność odbiorców MLH) ciężar rozwiązania problemów strukturalnych, dających się rozwiązać tak naprawdę jedynie u źródła – poprzez sprawne zarządzanie państwem, lepsze prawodawstwo, sprawiedliwszy podział owoców naszej pracy, instytucje zwrócone frontem do obywatela. Te posty aż proszą się o komentarz „Czy naprawdę chcecie żyć w państwie, w którym los staruszki, której nie stać na leki, zależy od admina memiarni, który udostępni jej łzawą historię oraz od jego odbiorców, którzy tłumnie ruszą kupić do niczego im niepotrzebne bibeloty oferowane przez ową staruszkę? Następnym razem przed skreśleniem kwadracika na karcie wyborczej zamknijcie oczy i wyświetlcie na wewnętrznej stronie powiek obraz tej kobiety!”.

Obawiam się jednak, że właśnie w owej ideologicznej miałkości tkwi powab MLH i przyczyna jego popularność wśród wielkomiejskich millenialsów. To moje pokolenie. Jego przedstawiciele niestety często, nawet ci określając się jako lewica, mają na myśli jedynie idpolowy aspekt tejże: poparcie dla ruchów LGBT+, aborcji, mniejszości etnicznych (których głównym problemem w Polsce jest, o ironio, niesprawiedliwy rynek pracy i śmieciowe albo w ogóle nielegalne formy zatrudnienia ich w charakterze kurierów rozwożących jedzenie najczęściej, statystycznie, właśnie grupie społecznej, z której rekrutują się odbiorcy MLH), praw kobiet i świeckiego państwa. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że profil nie byłby tak popularny, gdyby powodował u swoich followersów choćby najmniejszy dyskomfort.

Jakub Szymkowiak

Teologia polityczna Leszka Balcerowicza

Dlaczego Leszek Balcerowicz na Campus Polska Przyszłości podważał naukowy konsensus ws. przyczyn kryzysu klimatycznego?

Oczywiście istnieją powiązania, także finansowe, między negacjonistami klimatycznymi a organizacjami i wydarzeniami, którym patronuje wykonawca „terapii szokowej”. Fundacja FOR (Forum Obywatelskiego Rozwoju) promowała publikacje kluczowych sponsorów negacjonizmu klimatycznego braci Koch, właścicieli konglomeratu przemysłowego obejmującego sektor produkcji ropy naftowej, chemiczny, energetyczny, produkcji asfaltu, gazu ziemnego, nawozów sztucznych, wyrobów spożywczych i tworzyw sztucznych. Także Campus Polska Przyszłości był współfinansowany przez instytucje powiązane z rodziną Kochów. Fundacja Braci Koch w latach 1997–2008 wspomogła sumą prawie 48 milionów dolarów prace różnych ugrupowań, które kwestionują globalne ocieplenie lub jego przyczyny, w 2015 r. zatrudniała za pośrednictwem różnych instytucji trzy razy więcej osób niż Partia Republikańska, a rok później wydała w czasie kampanii wyborczej 800 mln dol.

Ale nie chodzi po prostu o to, że Balcerowicz czy jego think tank działają z prostej inspiracji finansowej. Ani tylko o to, że często (choć nie zawsze) „granice mojego finansowania są granicami mojego świata”.

Sprawa jest nieco głębsza. Pokonanie kryzysu klimatycznego wymaga współdziałania różnych podmiotów: publicznych i prywatnych, samorządowych i spółdzielczych, obywateli i biznesmenów, związkowców i ekologów, młodzieży i Kościołów. Musi to być wysiłek wspólny i celowy. Impuls do tego wysiłku to coś, co ożywia nowoczesną wspólnotę polityczną. Wspólnotę, która, jak pisze Rafał Matyja w swojej nowej pięknej książce „Miejski grunt”, próbując zadbać o zdrowie swoich obywateli, poziom ich wykształcenia czy stan środowiska, w którym żyją, mogłaby niejeden budynek państwowy opatrzyć hasłem: „Tutaj próbujemy zapanować nad swoim losem”.

Nic nie jest bardziej obce sposobowi myślenia, który reprezentuje Balcerowicz niż ta próba wspólnego zapanowania nad swoim losem.

Negacjonizm klimatyczny Balcerowicza nie jest wypadkiem przy pracy czy wynikiem niedoinformowania. Wynika z głębokiej, by nie powiedzieć dogmatycznej wiary w „rynek”, który „sam”, tj. bez udziału wspólnego, celowego i świadomego działania, rzekomo załatwia wszystkie problemy, samemu nie generując żadnych. Nie mogąc zatem także generować problemów z nadmiernymi emisjami gazów cieplarnianych.

„Rynek” wedle tej wizji nie może zagrażać naturze, bo sam jest najbardziej „naturalnym” ładem. Jest samym czystym stanem natury.

Oczywiście w rzeczywistości żaden rynek naprawdę nie działa „sam”, nie działa po prostu „automatycznie”. Jest zawsze wypadkową interakcji zespołów pewnych – politycznych – instytucji. Co na przykładzie „terapii szokowej” Balcerowicza i jej odgórnego, politycznego, centralistycznego wprowadzania, świadomego i celowego „ręcznego” sterowania, państwowego wytwarzania pewnego określonego systemu instytucjonalnego (łącznie z zaplanowanym i skutecznie wdrożonym spadkiem udziału płac pracowników i dochodów rolników w PKB) świetnie pokazał Tadeusz Kowalik, a spośród badaczy zagranicznych Lord Maurice Glasman w niestety wciąż nieprzetłumaczonej na polski fundamentalnej pracy „Unnecessary Suffering: Managing Market Utopia”, słusznie określając Balcerowiczowską inżynierię społeczną mianem „rynkowego leninizmu”.

Ale dla doktryny, którą reprezentuje Balcerowicz, niewidzialny jest ten polityczny, związany z polityczną wolą element tworzenia rynku. Nawet gdy sam polityk-ekonomista wdraża określony model rynku własnymi rękami, to i tak postrzega siebie jedynie jako narzędzie „niewidzialnej ręki”. W ramach tej doktryny „rynek” nie jest traktowany jako pewna pożyteczna, ale niedoskonała, ułomna ludzka instytucja czy zespół instytucji, które mają swoje wady i zalety, swoje potencjały, ale i ograniczenia, ale jako odpowiednik, a właściwie zastępnik Boga i Jego Opatrzności, jako źródło ostatecznych i nieomylnych wyroków.

Dlatego młodzieżówka partii Nowoczesna, Młodzi .Nowocześni, nieświadomie wyraziła dogmat swej doktryny, gdy spotkanie z Leszkiem Balcerowiczem zareklamowała hasłem „za chwilę spotkanie z Panem Bogiem”.

Mateusz Piotrowski

Brytyjscy związkowcy wobec „Solidarności”

Od tłumacza: W zeszłym roku przypadała okrągła, 40. rocznica utworzenia „Solidarności”. Z tej okazji powstał artykuł o wsparciu radykalnej lewicy dla „Solidarności” w Wielkiej Brytanii, opublikowany tutaj.

Dotyczył on okresu pomiędzy Sierpniem ‘80 a wprowadzeniem stanu wojennego, a jego treść skupiała się na ruchu trockistowskim. Przygotowując tamten tekst zebrałem więcej materiałów o współpracy brytyjskiej lewicy z „Solidarnością”. Za pośrednictwem polskich działaczy emigracyjnej „Solidarności”, związanych z lewicą, emigracyjnymi strukturami Polskiej Partii Socjalistycznej i ruchem robotniczym, skontaktowano mnie z młodym brytyjskim historykiem Tomem Palmerem, który pisał pracę magisterską na Uniwersytecie w Leeds na ten temat. Przekazałem mu zebrane materiały, licząc że zawodowy historyk lepiej je wykorzysta. Chciałby w 41. rocznicę Porozumień Sierpniowych zaprezentować publicystyczny skrót z jego pracy naukowej, poświęcony współpracy „Solidarności” z brytyjskim ruchem zawodowym i robotniczym. Należy pamiętać, że w Wielkiej Brytanii w tym okresie istniała tylko jedna centrala związków zawodowych (TUC), która była ściśle związana z Partią Pracy i liczyła w 1980 roku około 12 milionów członków. Stwarzało to m.in. problemy związane z szerokim spektrum politycznym w tej centrali związkowej. Oprócz socjalistycznego centrum, w poszczególnych związkach mieli wpływy zarówno prosowieccy członkowie Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii, eurokomuniści, jak i radykalni socjaliści trockistowscy z organizacji takich jak Socialist Workers Party, International Marxist Group czy Socialist Workers Alliance. Poniższy tekst częściowo ukazuje, jaki to szerokie spektrum lewicowych opcji ideologicznych miało wpływ na stosunek do robotniczej rewolty z lat 80. w Polsce.

Wstęp

„Jeżeli maszyna drukarska jest do zdobycia, to załatwcie to!” – polecił Lech Wałęsa, gdy poinformowano go, że John Taylor zlokalizował maszynę do druku offsetowo-litograficznego na Targach Poznańskich. Zafascynowany wydarzeniami w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980, Taylor, członek Partii Pracy z Dudley, przyjechał do Polski z dwutygodniową wizą turystyczną. W państwie komunistycznym, chcącym kontrolować dystrybucję wszelkich informacji, sprzęt drukarski był prawie niemożliwy do zdobycia. Taylor wprowadził więc w błąd komunistycznych urzędników, deklarując, że zakup jest przeznaczony na eksport. W ten sposób dostarczył „Solidarności” pierwszy profesjonalny sprzęt do powielania.

Ponieważ „Solidarność” była oficjalnie związkiem zawodowym, to dlatego właśnie ruch robotniczy i związki zawodowe były w Wielkiej Brytanii inicjatorem znacznej część akcji wsparcia dla niej. Wspomniany John Taylor uosabiał sympatię brytyjskiej lewicy wobec nowego polskiego związku. Historia pomocy udzielanej w latach 80. jest opowieścią o solidarności, ale i o kunktatorstwie i hipokryzji brytyjskiej lewicy. Żadna inna kwestia nie zyskała w tym okresie sympatii zarówno ze strony brytyjskiej premier Margaret Thatcher, jak i np. oddziału Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii (CPGB) w Cardiff. Jednak właśnie ta różnorodności poparcia dla „Solidarności” dowiodła lojalności dużej części lewicy wobec jej fundamentalnych wartości, gdy np. prosowieccy apologeci w brytyjskim ruchu robotniczym utrudniali pomoc.

Pochwały ze strony Thatcher pod adresem polskiego związku zawodowego odstręczały niektórych lewicowych aktywistów, ponieważ brytyjska premier tłumiła w Wielkiej Brytanii te same prawa, o które walczyła „Solidarność”. Dla innych ujawnienie hipokryzji brytyjskiej premier było natomiast motywacją do działania. Hipokryzja nie była zarezerwowana jednak tylko dla prawicy. Nacjonalistyczne wątki w „Solidarności” i jej bliskie relacje z Kościołem katolickim niepokoiły niektórych brytyjskich socjalistów. Jednak ci sami krytycy nie mieli problemu ze wspieraniem katolickiego nacjonalizmu w Irlandii Północnej.

Wielu zarzuca brytyjskiemu ruchowi robotniczemu bycie jednym z najbardziej niechętnych pomocy „Solidarności” w porównaniu z jego odpowiednikami w innych krajach Europy Zachodniej. Anita Prażmowska, profesor London School of Economics, w swojej książce „Solidarity with Solidarity: Western European Trade Unions and the Polish Crisis, 1980-1982” napisała, że „gdy przywódcy »Solidarności« zdecydowali się szukać poparcia u Margaret Thatcher, odcinali się w ten sposób od jakiegokolwiek dialogu z brytyjskimi przywódcami związkowymi”. Należy przyznać, że reakcja brytyjskiej centrali związków zawodowych TUC na powstanie „Solidarności” była ostrożna i to samo dotyczyło brytyjskiej Partii Pracy. Artykuł ten ma jednak na celu wykazanie, że powolna reakcja kierownictwa głównych organizacji pracowniczych nie miała odzwierciedlenia na poziomie oddolnym ani w poszczególnych związkach zawodowych, bo byli oni dalecy od unikania kontaktów z „Solidarnością” z powodu jej poparcia przez brytyjską prawicę (Thatcher). Nowy polski związek był odbierany przez wielu członków brytyjskiej lewicy jako ruch robotniczy domagający się prawa do istnienia jako niezależny od państwa związek zawodowy. Prawdziwe oddolne powiązania rozwinęły się między brytyjską i polską klasą robotniczą na poziomie regionalnym, branżowym, a nawet poszczególnych zakładów pracy.

Studium solidarności z Solidarnością ukazuje „przepuszczalność” żelaznej kurtyny i przyczynia się do zrozumienia roli, jaką w upadku Związku Radzieckiego i Bloku Wschodniego odegrały społeczno-polityczne interakcje Wschód-Zachód.

Niechciana emigracja

Chociaż od 1980 roku powstawały różne brytyjskie inicjatywy solidarnościowe z niezależnym ruchem zawodowym w Polsce, żadna z nich nie był oficjalnym przedstawicielem „Solidarności”. Formalnym przedstawicielstwem związku została dopiero Grupa Robocza NSZZ „Solidarność” w Wielkiej Brytanii (STUWG – Solidarność Trade Union Working Group), założona w grudniu 1981. W skład jej wchodzili członkowie „Solidarności”, którzy pozostali w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu stanu wojennego.

Od 1983 roku STUWG zostało zastąpione przez Biuro Informacyjne „Solidarności” w Londynie, kierowane przez Marka Garzteckiego, dziennikarza muzycznego znanego m.in. z Programu 3 Polskiego Radia, który utknął w Londynie po wprowadzeniu stanu wojennego. Świadomi znaczenia kontaktów międzynarodowych, liderzy podziemnej „Solidarności” w Polsce zezwolili na utworzenie oddziałów w kluczowych stolicach Europy Zachodniej jako oficjalnych przedstawicieli pod auspicjami Biura Koordynacyjnego Solidarności za Granicą, z siedzibą w Brukseli. Biuro Informacyjne w Londynie cieszyło się poparciem brytyjskich związków zawodowych. Oprócz wystąpień medialnych, kluczowym działaniem Biura Informacyjnego była organizacja programu „Adoptuj więźnia”, w ramach którego udzielano pomocy zatrzymanym i ich rodzinom w Polsce. Szczegółowe informacje o internowanych członkach „Solidarności” pojawiały się w różnych lewicowych publikacjach i ułatwiały oddolną akcję solidarnościową z więźniami politycznymi w Polsce.

STUWG poświęciła wiele wysiłków na szukanie wsparcia ze strony brytyjskiego ruchu związkowego. W 1982 zorganizowano objazd z cyklem przemówień w setkach lokalnych oddziałów związków zawodowych, fabrykach i zakładach pracy, w których wzięli udział Garztecki i Piotr Kozłowski. Kozłowski był robotnikiem, działaczem „Solidarności” z fabryki traktorów w Ursusie, który również utknął w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu staniu wojennego. Garztecki wspomina „fenomenalne” wrażenie, jakie robił Kozłowski na brytyjskiej klasie robotniczej. Pomimo przemawiania po polsku, Kozłowski był w stanie przekazać autentyczny głos polskiej klasy robotniczej. „Socialist Challenge”, pismo brytyjskich trockistów z Międzynarodowej Grupy Marksistowskiej, donosiło o „wielkim wpływie”, jaki Kozłowski miał „na górników, hutników oraz aktywistów związkowych i działaczy ruchu robotniczego”.

Wraz z brytyjskimi sympatykami, polscy związkowcy postulowali, aby NSZZ „Solidarność” wywoływała oddolną solidarność brytyjskiej klasy robotniczej z polskimi robotnikami. Chciano w ten sposób rozwiać obawy związane z kojarzeniem „Solidarności” z jej prawicowymi zwolennikami z brytyjskiego rządu i administracji USA; jednocześnie starano się obalić prosowiecką ideę, że to władze PRL są prawowitym i jedynym przedstawicielem polskiej klasy robotniczej. Emigrantom z „Solidarności” z ich brytyjskim sprzymierzeńcami udało się wywołać, oddolną, spontaniczną sympatię dla polskich robotników zarówno w ruchu robotniczym, jak i poza nim, w przeciwieństwie do niezdecydowanej postawy większych organizacji ruchu robotniczego, takich jak centrala związkowa – TUC. Powodzenie tej strategii lobbowania na lewicy najlepiej pokazał przypadek oddolnej solidarności zamanifestowanej w fabryce traktorów Massey Ferguson w Coventry.

„Solidarność” i brytyjski ruch związków zawodowych

W styczniu 1982, po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, Piotr Kozłowski apelował do pracowników Massey Ferguson, aby wyrazić solidarność ze swoimi polskimi odpowiednikami, odmawiając obsługi wysyłki podzespołów do licencyjnych ciągników w fabryce Ursus. Po wysłuchaniu apelu Kozłowskiego ponad trzy tysiące pracowników Massey Ferguson jednogłośnie go poparło. Podobne działania podjęto w zakładach Massey Ferguson w Manchesterze. Był to akt prawdziwej solidarności klasy robotniczej między robotnikami brytyjskimi i polskimi, jako oddolna inicjatywa wypracowana na poziomie miejsc pracy. „To był ogromny pokaz solidarności klasy robotniczej”, „wiec całym sercem poparł postulat” (bojkotu wysyłki do Polski części), relacjonował Les Hartopp, pracownik fabryki Massey Ferguson w Coventry.

Robotnicy Massey Ferguson nie byli osamotnieni w wyrażaniu solidarności. „Adopcje” internowanych po wprowadzeniu stanu wojennego było najbardziej rozpoznawalnym sposobem wspierania działaczy „Solidarności” przez organizacje lewicowe. Na przykład pracownicy brytyjskiej fabryki Leyland w Albion w Szkocji „adoptowali” więźniów politycznych, zapewniając pomoc materialną rodzinom internowanych. Inne związki zawodowe również często adoptowały swoich zatrzymanych polskich odpowiedników. Porozumienia partnerskie między brytyjskimi związkami zawodowymi a regionalnymi oddziałami „Solidarności” to kolejny przykład oddolnej solidarności. W 1987 roku Związek Zawodowy Urzędników Administracji Państwowej i Samorządowej (NALGO – National and Local Government Officers’ Association) nawiązał współpracę ze szczecińskim oddziałem „Solidarności”, pokrywając koszty prawne i wspierając finansowo rodziny związkowców osadzonych w obozach internowania.

Wiele wpływowych związków zawodowych, które wcześnie wyraziły solidarność z „Solidarnością”, natychmiast potępiło stan wojenny w grudniu 1981. Związki te wzywały swoją centralę – TUC, której dotychczasowe poparcie było mierne, do maksymalizacji pomocy dla „Solidarności”. Po wprowadzeniu stanu wojennego wyrażano szczególne zaniepokojenie losem Bogdana Lisa, wiceprzewodniczącego Komitetu Założycielskiego NSZZ „Solidarność”, ponieważ był on gościem zjazdu TUC w 1981. Podobnie NALGO napisało do polskiego ambasadora, zaniepokojone losem Mieczysława Kukuły, członka „Solidarności”, który uczestniczył w ich zjeździe w 1981. Ta troska o konkretne osoby jest reprezentatywna dla więzi osobistych, które uformowały się oddolnie pomiędzy brytyjskimi związkowcami a członkami NSZZ „Solidarność”, gdy współpraca zmieniła się z czysto politycznej, w osobiste relacje wsparcia i solidarności.

Omawiając wsparcie brytyjskiego ruchu zawodowego nie sposób, nie wspomnieć o EEPTU – The Electrical, Electronic, Telecommunications and Plumbing Union. To brytyjski związek zawodowy, który prawdopodobnie najbardziej żarliwie popierał „Solidarność”. Frank Chapple, sekretarz generalny związku, był jednym z najgłośniejszych zwolenników „Solidarności”. Jednak wsparcie Chapple’a nie zawsze było błogosławieństwem. Chapple, uważany za antysocjalistycznego „prawicowca” i przywódcę niedemokratycznego związku zawodowego, był postacią dzielącą ruch robotniczy, a jego poparcie szkodziło postrzeganiu „Solidarności” w innych środowiskach. Ta konfrontacja opinii wewnątrz ruchu związkowego wpłynęła na ostrożne podejście TUC. Zachowawcze stanowisko centrali brytyjskich związków stanowiło przeciwieństwo oddolnych wysiłków działaczy i poszczególnych związków zawodowych. Można to wyjaśnić tym, że podmioty stowarzyszone w TUC obejmowały całe spektrum opinii politycznych brytyjskiej lewicy.

Kongres Związków Zawodowych (TUC)

„Kim on jest? Co to jest?” – reagowała Magda Wójcik (jedna z dwóch pracowników Biura Zagranicznego przy Komisji Krajowej w Gdańsku) na list, który w styczniu 1981 otrzymał Lech Wałęsa od Lena Murraya, sekretarza generalnego TUC. To, że „Solidarność” nie wiedziała o brytyjskiej konfederacji związków zawodowych po czterech miesiącach swego istnienia, jest przykładem powolnej reakcji TUC, w przeciwieństwie do innych krajów. „Solidarność’ otrzymała niemal natychmiastowe poparcie wszystkich głównych francuskich konfederacji związków zawodowych oraz Amerykańskiej Federacji Pracy i Kongresu Organizacji Przemysłowych (AFL-CIO). Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU) i Europejska Konfederacja Związków Zawodowych, których członkiem była TUC, również złożyły natychmiastowe deklaracje poparcia. Kontrastowało to z postawą TUC, które na swoim dorocznym kongresie, odbywającym się we wrześniu 1980 roku, zaledwie tydzień po założeniu „Solidarności”, było uwikłane w spór o to, jakie stanowisko zająć wobec nowego polskiego niezależnego związku zawodowego.

Lata odprężenia, poprzedzające powstanie „Solidarności”, przyniosły rozwój dobrych stosunków między TUC a komunistycznymi związkami zawodowymi w Europie Wschodniej, w tym Centralną Radą Związków Zawodowych (CRZZ) w Polsce. Na przykład Wydział Ekonomiczny TUC miał zaplanowaną wizytę w Polsce, jako oficjalni goście CRZZ, na wrzesień 1980. Powstanie „Solidarności” zdyskredytowało roszczenia CRZZ do wyłącznego reprezentowania polskich robotników. Rodziło to pytanie, jak donosił brytyjski „Guardian”: „czy (w tej sytuacji) TUC (w ogóle) powinna jechać do Warszawy?”. Wizyta została odwołana przez CRZZ. Epizod ten przygotował grunt pod niejasne stanowisko zajęte przez TUC w pierwszych sześciu miesiącach istnienia polskiego niezależnego związku.

Pomimo odwołania wizyty przez stronę polską, Kongres TUC przyjął niejednoznaczny wniosek, który „wyrażał nadzieję, że rozmowy toczące się w Polsce doprowadzą do rozwiązania satysfakcjonującego wszystkich zainteresowanych”. Było to dalekie od jednoznacznego poparcia dla „Solidarności”. Charakterystyczne jednak dla prób zachowania przez TUC równowagi pomiędzy przyjaznymi stosunkami z komunistycznymi związkami zawodowymi a wiarą w wolny ruch związkowy.

Wewnętrzne dokumenty ujawniają, że chociaż TUC starała się nawiązać kontakt z „Solidarnością”, to była przekonana, iż „CRZZ powinien być (o tym) poinformowany”. O dwuznacznej odpowiedzi TUC świadczy to, że uznając, iż „Solidarność” walczy o niezależną reprezentację robotniczą, pozostali dalej kurtuazyjni wobec CRZZ, która po sierpniu 1980 przestała być realnym przedstawicielem polskiej klasy robotniczej [a w grudniu 1980 przestała istnieć – przypis tłumacza].

Jednak w organizacji o wielkości TUC sympatia pojedynczych liderów nie wystarczyła do określenia polityki całego Kongresu, ponieważ procedury podejmowania decyzji były dość skompilowane. Tom Jenkins, który zajmował się Europą Wschodnią w Dziale Międzynarodowym TUC, podkreślał, że dla małego Działu Międzynarodowego TUC Polska była tylko jedną z wielu spraw, którymi się w tym okresie zajmowano.

Warto zastanowić się, dlaczego reakcja TUC różniła się tak wyraźnie od innych konfederacji związkowych na Zachodzie. TUC starała się zrównoważyć napięcia wewnątrzzwiązkowe z pragnieniem utrzymania przyjaznych stosunków z komunistyczną Europą Wschodnią, jednocześnie nie sprzeniewierzając się ideom wolnego ruchu związkowego. Zakres poglądów politycznych w TUC, od prosowieckich członków partii komunistycznej po żarliwych antykomunistów, jak Chapple, oznaczał, że decyzje polityczne wymagały czasu i wymagały kompromisu. To w pewien sposób wyjaśnia początkową niejednoznaczność TUC.

Niemałą rolę odgrywało to, że TUC był jedyną w Wielkiej Brytanii konfederacją związków zawodowych. W przeciwieństwie do innych krajów Europy, brak konkurencji z innymi konfederacjami nie zmuszał TUC do zajmowania zdecydowanego stanowiska wobec „Solidarności”. Kwestia stosunku do NSZZ „Solidarność” była bardziej widoczna w krajach, w których istnieje wiele konfederacji związkowych, takich jak Belgia, Francja czy Włochy.

Dla tych działaczy TUC, którzy już byli podejrzliwi wobec „Solidarności” ze względu na poparcie jej przez Franka Chapple’a, fakt, że Thatcher patrzyła przychylnie na rozwój wydarzeń w Polsce stanowił kolejny powód do sceptycyzmu. W styczniu 1981 r. doradca „Solidarności” Jan Strzelecki spotkał się z posłami Partii Konserwatywnej w jej siedzibie. Tego samego dnia odwiedził przedstawicieli TUC w londyńskiej głównej siedzibie centrali. Potwierdzał w ten sposób wyjątkową zdolność „Solidarności” do zjednywania sobie poparcia opcji politycznych, które na krajowej scenie politycznej były sobie wrogie. Dlatego, biorąc pod uwagę wewnętrzne spory, jakie wywołała „Solidarność”, TUC wydawała się początkowo zadowolona z pozostawienia aktywizmu pro-solidarnościowego w rękach ICFTU, jako substytutu własnego działania [ICFTU – Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych, miała siedzibę w Londynie, była afiliowana przy Międzynarodówce Socjalistycznej – przyp. tłumacza].

Kolejnym czynnikiem wpływającym na politykę TUC była chęć utrzymania życzliwych stosunków z CRZZ i innymi związkami zawodowymi za żelazną kurtyną. To, że początkowo ostrożna polityka TUC była napędzana chęcią niezaostrzania napięć w okresie zimnej wojny, było widoczne w analizie Bogdana Lisa dotyczącej jego wizyty w Londynie w lutym i marcu 1981. Wyrażał on swoją frustrację częstotliwością, z jaką lider TUC Len Murray odnosił się do kwestii „troski TUC o niebezpieczeństwa dla pokoju na świecie, jeśli coś pójdzie nie tak w Polsce”.

Istniało jednak jeszcze inne wyjaśnienie chłodnej reakcji TUC. Należy wziąć pod uwagę osobiste relacje, które rozwinęły się między brytyjskimi działaczami i komunistycznymi państwowymi związkowcami w okresie odprężenia. Były to przyjaźnie nawiązywane na różnych spotkaniach towarzyskich i na wakacjach. Znany lewicowy publicysta Denis MacShane w swojej książce o „Solidarności” („Solidarity: Poland’s Independent Trade Unions”, 1981) zidentyfikował problem brytyjskich „przywódców związkowych o dobrych intencjach”. Zostali oni postawieni w niewygodnej sytuacji, gdy musieli przemyśleć, czy ich sowieccy gospodarze w „luksusowych kurortach nad Morzem Czarnym” faktycznie reprezentowali robotników z Europy Wschodniej.

Niejednoznaczna i zachowawcza polityka TUC wobec „Solidarności” utrzymywała się do końca lutego 1981. Punktem zwrotnym, kiedy to TUC formalnie nawiązała związki z „Solidarnością”, była oficjalna wizyta Bogdana Lisa. Tak jak Piotr Kozłowski miał głęboki wpływ na brytyjską klasę robotniczą, tak Lis na przywódców związkowych. Lis był młodym, charyzmatycznym inżynierem z bardzo dużą łatwością nawiązywania osobistych relacji ze związkowcami z klasy robotniczej. Był on przeciwieństwem polskich intelektualistów, którzy do tej pory kontaktowali się z TUC w imieniu „Solidarności”. Eugeniusz Smolar, który był tłumaczem Lisa podczas podróży, podkreślał znaczenie przedstawienia przez Lisa robotniczego oblicza „Solidarności”. Smolar podkreślał szok TUC, gdy Lis ujawnił, że jest członkiem rządzącej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), pokazując przywódcom związkowym, że „Solidarność” nie jest organizacją antykomunistyczną, lecz naprawdę robotniczym ruchem obejmującym zarówno komunistów, jak i niekomunistów. Na konferencji prasowej Lis starał się złagodzić zaniepokojenie charakterem postulatów „Solidarności”. Wyraził świadomość, że „warunki geopolityczne […] są takie, że musimy zachowywać poziom zdrowego rozsądku i umiaru w naszych żądaniach”. Pomogło to uspokoić obawy TUC, że powstanie „Solidarności” zagraża stabilności Europy oraz uspokoić brytyjski ruch robotniczy, że „Solidarność” jest przede wszystkim związkiem zawodowym, dążącym do obrony prawa do niezależnej reprezentacji pracowniczej.

Wizyta odniosła zamierzony skutek i uzyskano oczekiwane wsparcie TUC, a pomoc materialna znacznie wzrosła. Przekazano 20 000 funtów na sprzęt biurowy i drukarski, a także zaproponowano szkolenia związkowe dla członków „Solidarności”. Wizyta Lisa była jedną z wielu wizyt przedstawicieli „Solidarności” w całej Europie Zachodniej, które miały na celu nawiązać współpracę pomiędzy nowym polskim związkiem zawodowym a światowym ruchem związkowym. Chociaż często zakłada się, że to zachodni aktywiści zainicjowali wsparcie dla uciskanych ludzi w Bloku Wschodnim, w rzeczywistości często było odwrotnie; to oni potrzebowali działaczy „Solidarności”, takich jak Lis, odwiedzających Europę Zachodnią, aby uzyskać wsparcie od bardziej zachowawczych organizacji ruchu robotniczego.

Chociaż pomoc ze strony TUC wzrosła po wizycie Lisa, dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego poparcie stało się absolutne. Powaga sytuacji w Polsce spowodowała zmianę polityki w całej Europie. We wrześniu 1983 Departament Międzynarodowy TUC ogłosił, że „Solidarność” jest „jedyną organizacją w Polsce, którą uznajemy”, natomiast w listopadzie 1986 sekretarz generalny TUC Norman Willis złożył wniosek o członkostwo „Solidarności” na kongresie ICFTU [wzmocniło to symboliczną pozycję zdelegalizowanego przez władze PRL związku na arenie międzynarodowej – przyp. tłumacza]. TUC nie zerwało jednak po wprowadzeniu stanu wojennego relacji z reżimowymi związkami zawodowymi w Polsce (związki branżowe, OPZZ). Działo się tak, mimo że Polish Solidarity Campaign [związana z lewicowymi działaczami brytyjskimi oraz emigracyjnym PPS – przyp. tłumacza] naciskała wielokrotnie na TUC w kwestii zerwania kontaktów z koncesjonowanymi przez władze PRL związkami zawodowymi. TUC twierdziło jednak, że kontakty takie dają wyjątkową okazję do lobbowania u władz polskich w imieniu „Solidarności”. Pomimo tego, podczas wizyty w Londynie w 1989, Wałęsa wyraził wdzięczność TUC za całokształt wsparcia.

Krajowy Związek Górników

Postawa działaczy centrali związkowej TUC nie zawsze odzwierciedlała oddolną sympatię ruchu związkowego wobec „Solidarności”. Przypadek National Union of Mineworkers (NUM) może posłużyć jako doskonały przykład tego, że poglądy kierownictwa poszczególnych związków niekoniecznie oddawały odczucia jego członków. Opinie Arthura Scargilla, przewodniczącego NUM, groziły wrzuceniem tego związku do jednego worka z prosowieckimi przeciwnikami „Solidarności”. W liście do „News Line”, dziennika Workers’ Revolutionary Party (Robotnicza Partia Rewolucyjna, trockiści), Scargill wyraził swój sprzeciw wobec „Solidarności”, uznając ją za „organizację antysocjalistyczną, która pragnie obalenia państwa socjalistycznego”.

Krytyki Scargilla pod adresem „Solidarności” nie podzielali szeregowi członkowie NUM. Przykładem tego może być delegacja związku do Ambasady RP w lutym 1982 z żądaniem uwolnienia Józefa Patyny, polskiego górnika, który odwiedził NUM w 1981. Akcja ta pokazywała szczególną sympatię brytyjskich lewicowców wobec polskich związkowców, z którymi mieli osobisty kontakt.

Nieco ponad rok później, gdy strajk górników w Wielkiej Brytanii trwał, wątpliwości zasiane na lewicy przez działaczy typu Scargilla co do robotniczego charakteru Solidarności zostały rozwiane. „Do strajkujących górników Wielkiej Brytanii” – to tytuł oświadczenia podziemnej „Solidarności” z Górnego Śląska z czerwca 1984. Czytamy tam: „[…] Górnicy Solidarności przesyłają Wam braterskie pozdrowienia i naszą […] solidarność z Waszą walką”. Oświadczenie reprezentuje branżowe powiązania między szeregowymi związkowcami w Wielkiej Brytanii i Polsce. Poparcie polityczne udzielone „Solidarności” przez członków NUM w 1981 roku zostało odwzajemnione trzy lata później. Było to nie tylko kłopotliwe dla Scargilla, ale także obnażało hipokryzję poparcia Thatcher dla „Solidarności”. Rząd Thatcher był w konflikcie z NUM, który cieszył się poparciem „Solidarności”. Co więcej, jej rząd, aby złamać strajk górników, trzykrotnie zwiększył import węgla od polskiego reżimu – tego samego, który Thatcher potępiła po stanie wojennym. Związkowcy szybko wskazali na podwójne standardy Thatcher.

Strajk górników przyniósł jednak kolejne problemy w stosunkach między NUM a „Solidarnością”. W artykule opublikowanym w „Sunday Mirror” w lipcu 1984 roku Wałęsa wydawał się krytykować podejście Scargilla do strajku górników, jednocześnie chwaląc Thatcher. Pogorszyło to postrzeganie „Solidarności” w kręgach NUM. Wywiad Wałęsy, w kontekście ogromnej popularności Scargilla, osiągającej apogeum wśród związkowców podczas strajku górników, ponownie wywołał głośny sprzeciw części lewicy wobec „Solidarności”.

Generalnie jednak podczas gdy przywódcy brytyjskiego ruchu robotniczego często podchodzili do „Solidarności” z rezerwą, szeregowi działacze oraz poszczególne organizacje związkowe okazywały znaczną spontaniczną sympatię.

Podsumowanie

„Za waszą i naszą wolność” od dawna było to hasłem i wezwaniem Polaków wspierających walki wyzwoleńcze na całym świecie, czy to w solidarności z rosyjskimi dekabrystami w XIX wieku, czy w ramach Brygad Międzynarodowych walczących o republikańską Hiszpanię w XX wieku. W 1980 roku polska tradycja solidarności międzynarodowej została odwzajemniona, gdy polscy robotnicy otrzymali polityczne i materialne wsparcie od ruchu robotniczego w Europie Zachodniej.

Relacje między brytyjską lewicą a „Solidarnością” były hamowane ze strony głównych organizacji związkowych, przeciwieństwem były jednak prawdziwe wyrazy solidarności ze strony szeregowych związkowców. Oddolne ruchy solidarnościowe niestrudzenie lobbowały w kierownictwie brytyjskiej lewicy, by skoncentrowało polityczne działania na uciskanych polskich robotnikach oraz zaprzestało przyjaznych stosunków z ich ciemiężcami. Członkowie NSZZ „Solidarność”, którzy zostali w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu stanu wojennego, odegrali nieocenioną rolę jako jej przedstawiciele, prezentując robotnicze oblicze „Solidarności” wobec sceptycznych elementów w ruchu robotniczym.

Pomiędzy brytyjską i polską klasą robotniczą rozwinęły się autentyczne oddolne związki. Wielu brytyjskich związkowców wyraziło po wprowadzeniu stanu wojennego osobiste zaniepokojenie losem członków „Solidarności”, z którymi mieli wcześniej osobiste kontakty. Porozumienia rozwinęły się między brytyjskimi i polskimi pracownikami na poziomie regionalnym, branżowym i zakładowym.

Może byłoby zbędne mówienie o sukcesie działań brytyjskiej lewicy na rzecz solidarności z „Solidarnością”, ponieważ jej wkład w ostateczne osiągnięcie wolności w Polsce był nieporównywalny z ofiarą polskich robotników. Należy pamiętać jednak, że materialne i polityczne wsparcie ze strony brytyjskiego ruchu robotniczego i międzynarodowa solidarność były bez wątpienia ważną pomocą dla polskich robotników po stanie wojennym.

Tom Palmer

tłum. Marcin Guzek

Taliban 2.0

15 sierpnia afgańscy talibowie zakończyli rozpoczętą w maju ofensywę przeciwko wojskom rządowym. Wkraczyli bez walki do Kabulu, z którego umknął prezydent Aszraf Ghani. Pozbawiona zagranicznego, przede wszystkim amerykańskiego wsparcia, budowana od dwu dekad armia rządowa rozpadła się, nie stawiając oczekiwanego przez niektórych oporu. W ten sposób zakończyła się epopeja rozpoczęta trwającą od 7 października 2001 interwencją zbrojną w Afganistanie. Talibowie obecnie odzyskali, utraconą wtedy i dzierżoną od 1996, władzę nad większością kraju.

Odtworzenie Islamskiego Emiratu Afganistanu oznacza powrót do sytuacji sprzed 2001. Stanowi to kolejną oddaloną w czasie klęskę bushowskiej polityki „zbrojnych misjonarzy”. Łączne koszty ludzkie szacowane na ponad 200 000 zabitych (w tym 44 żołnierzy polskich) i finansowe wynoszące około biliona dolarów po stronie samych Stanów Zjednoczonych – poszły z tego względu na marne. Koncepcję budowy w Afganistanie państwa liberalno-demokratycznego na modłę zachodnią należało uznać za chimerę od samego początku. Stany Zjednoczone, opuszczając Afganistan, porzucają również cel uznawany za domyślny: szachowanie Chin od strony ich miękkiego podbrzusza. Dla Pekinu bowiem obecność sił amerykańskich tak w Afganistanie, jak i w związku z „wojną z terrorem” w Kirgistanie, Tadżykistanie i Uzbekistanie, stanowiła czynnik niekomfortowy i niepokojący, w szczególności w powiązaniu z zapoczątkowanym w roku 2000 przejściowym prozachodnim zwrotem Rosji. Jedynym zrealizowanym celem stało się zatem rozbicie afgańskich struktur Al-Ka’idy.

Koszty wojny i konieczność koncentracji wysiłków na Pacyfiku w celu przeciwstawienia się Chinom, które od roku 2001 w ogromnym stopniu wzmocniły się militarnie, w połączeniu z presją wewnętrzną na zakończenie niepopularnej interwencji skłoniły jednak Waszyngton do porzucenia Afganistanu. Proces rozpoczął się jeszcze za kadencji Baracka Obamy – w 2016 amerykański kontyngent zmniejszono z 30 000 żołnierzy do 13 000. Negocjacje podjęte z talibami doprowadziły do zawarcia pod koniec lutego 2020 w katarskiej Dosze porozumienia pokojowego przewidującego wycofanie reszty wojsk Stanów Zjednoczonych w zamian za zobowiązanie się afgańskiej formacji do niewspółpracowania z „międzynarodowym terroryzmem”. Ówczesny rząd afgański nie był stroną porozumienia, którego obowiązywanie było niezależne od jego stosunków z talibami. W tym aspekcie Amerykanie i talibowie co do zasady realizują zawartą umowę, a ewakuacja sił Stanów Zjednoczonych nie jest, jak to bywa postrzegane, paniczną ucieczką pod naporem triumfującego przeciwnika.

Odnośnie do przyszłych relacji między dotychczasowym rządem a talibami snuto różne scenariusze. Niektórzy analitycy pocieszali się, że jeszcze przed kilkoma miesiącami talibowie nie kontrolowali żadnego z głównych miast. Według niektórych przewidywań siłą stabilizującą względną równowagę miała po wyjściu Amerykanów stać się Turcja, prowadząc swoją „dyplomację Bayraktarów”. Niemniej jednak również i całkowite, szybkie zniesienie rządu było scenariuszem branym pod uwagę. Mimo wpompowania dziesiątków miliardów dolarów wojska rządowe odznaczały się niskim morale oraz, jak cały system ustanowiony po 2001, powszechną korupcją. Stąd nie mogły stanowić na dłuższą metę zapory przeciwko bojownikom zdeterminowanym i mającym autentyczne wsparcie społeczne. Nie były również w istocie silne ani nowocześnie uzbrojone.

Chociaż obrazy przejętych przez talibów składów sprzętu mogą tworzyć mylne wrażenie, Afgańska Armia Narodowa była przede wszystkim lekką piechotą zmotoryzowaną wspieraną przez lotnictwo zdatne przede wszystkim do zadań transportowych z ograniczonym liczebnie i jakościowo komponentem uderzeniowym. Sytuacja obecna jest diametralnie odmienna od mającej miejsce po wycofaniu się Sowietów. Wtedy rządowi afgańskiemu pozostała przynajmniej nominalnie silna jak na regionalne standardy armia dysponująca 170 odrzutowymi samolotami bojowymi (w tym jeszcze względnie nowoczesnymi MiGami-21bis i Su-22) oraz mniej więcej tysiącem czołgów i silną artylerią. Armia tworzona po 2001 nie otrzymała ani jednego nowego czołgu czy nowoczesnego systemu artyleryjskiego. W powietrzu reprezentowało ją 26 turbośmigłowych samolotów przeciwpartyzanckich A-29, 10 egzemplarzy uzbrojonej wersji cywilnej Cessny 208 oraz kilkadziesiąt wyremontowanych i zmodernizowanych śmigłowców UH-60 w wycofanej z lotnictwa amerykańskich wojsk lądowych starej wersji, nieśmiertelne Mi-17, lekkie MD-530 (z czego tylko część uzbrojonych) i garstka Mi-35. Siły te dysponowały co prawda pewnymi możliwościami wykonywania uderzeń bronią precyzyjną, jednak naprowadzanych laserowo bomb Paveway dla A-29 dostarczono ledwie 250… Masy dostarczonych pojazdów to przede wszystkim poczciwe HMMWV i niecałe 300 transporterów opancerzonych M-1117, w Stanach Zjednoczonych używanych przez żandarmerię, nie jednostki stricte bojowe. W związku z tym wycofanie dysponującego ogromnymi możliwościami kontyngentu amerykańskiego postawiło siły rządowe w sytuacji praktycznie beznadziejnej.

Przejęcie przez talibów władzy stawia przez nimi spore problemy wewnętrzne. Obecne wydanie ruchu prezentuje do pewnego stopnia „liberalne” oblicze – deklaruje tworzenie rządu z udziałem postaci spoza swojego spektrum, brak odwetu i amnestię czy otwartość na obecność kobiet w życiu publicznym, oczywiście na warunkach określonych przez prawo islamskie. Talibowie będą się jednak musieli mierzyć z pewnym zakresem sekularyzacji i okcydentalizacji indukowanej przez samą zachodnią obecność w kraju i choćby rachityczne próby instytucjonalne, pogłębiane też przez nowe technologie komunikacyjne. Ich kontrola nad krajem nie będzie też pełna z dwu powodów. Po pierwsze, opór zapowiadają Tadżycy pod wodzą Ahmeda Masuda, syna słynnego Ahmeda Szaha Masuda, do którego dołączył tytułujący się prezydentem po rejteradzie Ghaniego dotychczasowy wiceprezydent Ahrullah Saleh. Można oczekiwać, że Tadżykom uda się pozostać poza kontrolą talibów i że znajdą stosowne wsparcie za granicą. Po drugie, poważnym problemem dla kierownictwa ruchu będą wrogie ugrupowania fundamentalistyczne (międzynarodowe w kontraście do „narodowych” talibów), przede wszystkim lokalne odgałęzienie Państwa Islamskiego, które już dokonało potężnego zamachu na lotnisko w Kabulu, skierowanego w równej mierze przeciwko Amerykanom i talibom. Będą one z jednej strony destabilizować kraj, utrudniając drogę nowych władz do uznania międzynarodowego, a z drugiej usiłować siać ferment w bardziej radykalnych dołach ruchu talibańskiego, szukając zwolenników za pomocą oskarżania liderów o kolaborację z Zachodem.

Aspekt międzynarodowy jest obecnie zdominowany przez kwestię uchodźców. Jednak zasadniczą kwestią polityczną pozostaje kwestia wypełnienia przestrzeni pozostawionej przez Amerykanów. Najbliższymi aktorami są oczywiście Chiny i Rosja. Stawką pozostają zasoby surowcowe Afganistanu, spośród których największe zainteresowanie z uwagi na zapotrzebowanie na akumulatory budzi lit, oraz jego przestrzeń istotna dla Chin w związku z ich projektami szlaków handlowych wiodących na zachód. Jednak relacje Moskwy i Pekinu z nowymi władzami będą obciążone genetycznymi problemami z uwagi na kwestie islamskie obu tych stolic. Moskwa może obawiać się radykalizacji ruchów islamskich w sąsiadujących z Afganistanem krajach „bliskiej zagranicy” – Turkmenistanie, Uzbekistanie i Tadżykistanie. Pekin z kolei brutalnie tłumi odśrodkowe tendencje islamskich Ujgurów w Sinciangu i może spodziewać się, że przy „anarchistycznym” charakterze Afganistanu nawet porozumienia z liderami talibów nie zapobiegną współpracy dołów z rebeliantami walczącymi z chińskimi władzami. Inicjatywy chińskie w Afganistanie mogą być także torpedowane przez Amerykanów, którzy w ciągu dwu dekad wypracowali siatkę powiązań i wpływów, z której będą mogli w razie potrzeby korzystać. Nieuchronna słabość władzy centralnej niezależnie od barw ideowych i haseł, w tym jak wspomnieliśmy powyżej militarna, będzie sprzyjała obcym ingerencjom w różnej formie i na różnym poziomie. Trudno oczekiwać, żeby Afganistan zaznał wreszcie spokoju.

dr Jan Przybylski