Gustaw Morcinek: Kataryniarz (1934)

Wszyscy martwili się szczodrze, tylko Kalabus bez nogi wcale się nie martwił.

– Jeszcze nigdy nie było, żeby jakosi nie było! – mawiał z namaszczeniem, a górnicy słuchali go z szacunkiem, ponieważ nie miał nogi.

Kopalnia wyludniła się już dawno. Kilka miesięcy temu, jak ostatni wagonik węgla wydobyto ze szybu. Odtąd maszyny spoczywały, rozwalone niedbale na lśniącej, kamiennej posadzce. Szmatłał się koło nich krzywy Ciuszek, wycierał zwitkiem konopi, smarował i nie dozwalał rdzewieć. Raz w tygodniu tylko nastawało w hali maszynowej wielkie święto, a w kotłowni czynił srogi hałas łysy Kuboszek. Siedem kotłów stało bezczynnie, pod ósmym od wczesnego rana palił i doglądał, czy manometr się rusza. A gdy się ruszał, gdy wskazówka opadła na czerwoną kresę, a z kotłowego cylindra zaczynała bzykać para, otwierał wentyl z paradą na wyświechtanym wysokim krześle, ujmował poziome lśniące koło jak szofer kierownicę i czekał. A gdy mu nad głową zajazgotał dzwonek, jął powoli kręcić kołem, a wtedy maszyna budziła się.

Do kopalni zjeżdżali dozorcy ze sztygarami. Wędrowali przez kilka godzin po dudniących gankach, zaglądali do wszystkich przodków, oświecali stropy, patrzyli na stemple, włazili na czworakach do zawalisk, podziwiali spustoszenie, łypali niespokojnie po ścianach, a potem z ulgą wracali pod szyb i pospólnie wyjeżdżali na powierzchnię. Następnie w kancelarii pisali sążniste raporty, radując się poniewoli, że pan zawiadowca będzie się drapał po głowie, ze będzie wędrował od okna do okna, przeżuwał jakieś niemieckie przekleństwa i martwił się jeszcze szczodrzej, aniżeli górnicy.

Przed bramą czekali górnicy.

– Jak tam, panie sztygar, z moim pokładem? – pytali.

– Już jest po nim. Zaciśnięty, żeby nawet mysz nie wlazła.

– A w pokładzie Hildy?

– Ho, ho!… Po pas wody!

– Pierona jasnego!

– Tak!… Do pasa, a nawet może wyżej!…

– A co na pochylni pod trzecim zjazdem?

– Nic. Stoi, jeny stemple obrosły grzybami!…

– A kiedy się toto skończy?

Popatrzył się sztygar z politowaniem, wstrząsnął ramionami, splunął niechętnie i prychnął krótkim śmiechem.

– To się zapytej, pieronie głupi, swojej baby!… – i odchodził statecznie, przekonany, że dobrze powiedział. Bo skąd on może wiedzieć, kiedy skończy się bezrobocie?… Głupie pytanie!…

Kalabus bez nogi pytał się sztygarów, co tam się dzieje w kopalni, chociaż od roku przeszło pracował już na powierzchni w markowni. A kiedy kamraci martwili się, że kopalnia niszczeje, on się wcale nie martwił. Nawet się radował.

– A niech bestię zawali!… – i stukał drewnianym kikutem o kamienistą drogę.

Wtedy wszyscy patrzyli na nogę jego i uznawali, że Kalabus ma słuszność.

Spod pomiętej nogawki wysterkał drążek, okuty niezdarnie na końcu, czarny i ogryziony. Ponad kolanem zaś nogawka wydymała się nieznacznie. Każdy wiedział, że tam kończy się drewniany kikut, a rozpoczyna prawdziwa noga.

– Kalabusie, a jak to było z ty waszą nogą? – pytali kamraci.

– Dyć wiecie.

– No wiemy, ale ten tu oto nie wie! – i wskazywali na kogoś, który istotnie nie znał tej historii.

– A na śliwkę dosz?

– Dóm!

– No, to dowej! – i wyciągał łakome paluchy po pęcherz z tytoniem. Nabierał spory zwitek, utoczył w gałkę i wsuwał do ust. Potem miesił go ze smakiem, spluwał gęsto żółtą, cuchnącą śliną i opowiadał. A tamci czekali na samo zakończenie, gdyż to było najciekawsze i najbardziej śmieszne.

– …i dobrze. Zdawało się, że już szlus ze mną. Noga leży pod kamieniem, a kamień taki wielki jak sto diabłów. Kamraci się mordują, a kamień ani rusz. A pan inżynier powiada, że źle. Ale potem przylecioł ten chudy Wytrzens i mówi, że mo radę. Tóż mów, pieronie!… – powiada pan inżynier. I co zrobiła ta bestia?… Wziął taki flaszencug… pan inżynier to nazywoł jakimi wielokrążkiem… No dyć wiecie, co się podnosi ciężary, albo wagon, albo co!…

– Wiemy, wiemy.

– … no, tóż!… I dobrze. Ten wielokrążek uwiązali do stempla, łańcuch przeciągnęli do nogi…

– A czemu nie rozsadzili kamienia dynamitem?…

– Głupie jak cap. Jakby odstrzelili, toby mnie zabiło, ni?… Tóż jako powiadom!… Tą nogę przywiązali do łańcucha, a potem zaczęli tym wielokrążkiem toczyć. Ciągną, ciągną… To wrzeszczę jak dziki osieł!… Ale potem mnie zamroczyło… A kiedy mnie w szpitolu wskrzesili, już było po nodze!… Urwali mi ją powyżej kolana jakby była z ciasta ulepiono!

– A co potem?…

– Potem przychodzi ten chudy pieron Wytrzens i pyto się, jak się mom. A jo nic, jeny mówię: Schyl się, pieronie, to ci powiem!… – On się schylił, a jo go pras w pysk!… – Tu masz, pieronie morski, za tę moją nogę, coś mi ją urwoł…

– Nie mówcie!… Tak zrobiliście?

– Jako prawiem! Takżech zrobił!… A Wytrzens się dziwo jak głupi, a jo po drugi roz pras go w pysk!… A mosz pieronie morski za moją nogę!…

Górnicy zanosili się śmiechem, bo ich to ogromnie bawiło, że Kalabus w taki sposób odwdzięczył się Wytrzensowi za wyratowanie go z opresji.

Wypadek ów przez długi czas był głośny na kopalni. Wszyscy górnicy omawiali go żywo, a każdy się dziwił niezwykłemu pomysłowi Wytrzensa. Ci, co byli obecni przy ratowaniu Kalabusa, wyjaśniali, że istotnie nie było innego wyjścia. Były tylko raczej dwa wyjścia. Albo otruć Kalalmsa, stękającego na spongu w okrwawionym pyle, z prawą nogą przywaloną olbrzymim blokiem piaskowca, albo też nogę mu urwać.

– To mógł to przecież lekarz uczynić! – mówili ci, co nigdy nie byli w kopalni.

– Głupiś – tłumaczyli górnicy. – Jak tu ściągać lekarza do kopalni, kiedy daleko od szybu, człowiek już ledwie zipie, krew odchodzi, a na głowy posypuje się miał z oberwanego stropu. Tylko czekać, a zawali się do reszty i biedoka przysypie i życie wydusi. I tak groziło niebezpieczeństwo tym, co go ratowali…

– A Kalabus wcale nie wrzeszczoł – wyjaśniali drudzy – bo gdy nim prasło o spong, a nogę przygniotło, to już był bezprzytomny. Stękoł jeny jak krowa przy ocieleniu!…

Tamci kiwali głowami w niedowierzaniu, górnicy zaś triumfowali w duchu, że z nich tacy ludzie.

Od tego czasu minął rok przeszło, a Kalabus nie mógł przebaczyć Wytrzensowi urwanej nogi. I chociaż mu drudzy tłumaczyli, że gdyby nie Wytrzens, to nie wyszedłby z życiem spod kamienia, wciąż żywił zemstę w swoim chropowatym sercu.

– Nie podaruję pieronowi – mawiał zajadle. – Nie podaruję tego ani za diabła!…

Poza tym żywił nienawiść do kopalni. Teraz radował się, że wskutek bezrobocia zarywają się stropy na chodnikach, że stemple kładą się pokotem miażdżone ciężarem obwału, że woda zalewa niższe pokłady i że jeżeli tak jeszcze poczekać z rok – kopalnia „zdechnie”, jak mawiał.

Po wyleczeniu przydzielony został do markowni na powierzchni, gdzie odbierał i wydawał znaczki górnikom. A kiedy wszyscy górnicy zjechali już do kopalni, zdawał raport sztygarowi.

– Numer 87 pijany, na szychtę nic przyszoł!… Numer 112 noga złomano… Numer 378 baba jego porodziła dziecko, musioł doma zostać!… Numer 35 zaś strzelił szychtę!… Ani na słoną wodę nie zarobi pieron!. A numer 521, panie sztygar, to kocynder!… Polazł kańsi ku dziousze, dzioucha mu nogi przyległa i na szychtę nie przyszoł!… Numer 201 wczoraj zabity w 3 poziomie!…

Wyliczał po kolei każdy numer znaczka, co w osamotnieniu błyszczał na czarnym haku na ogromnej czarnej tablicy, sztygar zaś zapisywał nazwiska ich właścicieli w umorusanej księdze.

Kalabus nie pominął żadnej sposobności, żeby dokuczyć Wytrzensowi. Kiedy go dojrzał kroczącego z lampą do okienka markowni, wszyscy górnicy, co opodal się znajdowali, czekali na wynik. Kalabus zawsze coś takiego zmajstrował, że można było się uśmiać do woli. Raz podał mu jego znaczek posmarowany od dołu ludzkim łajnem, drugi raz zanurzył go w przygotowanym kwasie siarkowym, innym razem znów rozpalił go w płomieniu lampy, a kiedy Wytrzens wyciągnął łapę, Kalabus zdejmował drutem znaczek i rzucał mu go na środek dłoni, Wytrzens wtedy sypał pieronami, wydziwiał ogromnie, nóg połamanie obiecywał, a Kalabus rechotał ubawiony i stukał hakiem po drewnianej nodze.

– To za moją nogę, fideuszu zatracony!… – wołał za nim. – To za moją nogę!…

Potem nastało bezrobocie i Kalabus już nie miał sposobności, żeby Wytrzensowi dokuczyć.

– Ho, ho… – mawiał w gospodzie między kamratami. – To nic!… On jeszcze mnie kiedyś popamięto!…

Górnicy zastanawiali się, co by Kalabus mógł uczynić złego Wytrzensowi. Znali wszyscy Kalabusa i wiedzieli, że niezdolny do takiej zemsty, która by przerażenie budziła.

– Nie zabije go – pocieszali się – no, bo nie zabije. Za dobry z niego człowiek. Nabić mu także nic może, bo nie da rady z drewnianą nogą. Chyba okna mu może wytłuc kamieniami lub psa otruć. Lecz i to nie, bo Kalabus mo dobre serce…

Potem górnicy zaczęli grzebać w ziemi za węglem.

Poza kopalnią, na bezpańskiemu wydmuchowisku, tuż obok hałdy kopali biedaszyby. Ogromny obszar nieużytków, rozorany wędolcami i zapadliskami, wypełniony miejscami gnijącej wody, w której dzieci się taplały i zdechłe psy gniły, gdzie nawet mizerna trawa nie chciała uróść, a chłopcy prowadzili tam srogie batalie, rozbijając sobie głowy kamieniami i czyniąc piekielny wrzask, ogromne to wydmuchowisko bezpańskie zaludniło się czarnym mrowiem ludzkim. Górnicy kopali głębokie studnie, stawiali nad nimi proste kozły zbite z desek, na kozłach umieszczali kołowroty, na kołowroty nawijali liny, a na linach zawieszali stare kubły i spuszczali je do biedaszybów. Na dnie mozolili się wytrawni, starzy kopacze. Kuli ganki w odkrytym pokładzie węgla, podcinali ściany, zbijali klinami, urobek wsypywali w kubły, a kubły wędrowały wąską gardzielą studni, wynurzały się na powierzchnię i radowały ludzkie oczy nadzieją uciszenia parszywego głodu. Tamci zaś pod ziemią podbijali strop nielicznymi stemplami, dyszeli utrudzeni w słodkawym zaduchu, pocili się nadzy do pasa, a co raz spoglądali na strop, czy się nie rysuje, czy nie leci na głowy. Strop zaś błyszczał w rudym świetle karbidówek jakby powleczony czarnym szkliwem, i pękał nieznacznie.

Potem pojawił się dwutlenek węgla. Dwóch górników wydobyto bez życia z podziemia. Wówczas przy wejściach do biedaszybów pojawiły się wymyślne wentylatorki, zmajstrowane z dużych puszek po śledziach, toczone nogą lub ręką, warczały śmiesznymi skrzydłami blaszanymi, a starymi, zardzewiałymi rurami wsączał się do kopaleńki słaby wicherek, sycił zmęczone płuca zapachem powietrza i rozrzedzał dwutlenek węgla.

Kalabus także miał swój biedaszyb. Nazwał go szumnie: Prezydent, i pospólnie z trzema kamratami wydobywał węgiel. Dwaj z nich ślęczeli pod ziemią, on zaś z młodym Wawrzyczkiem kręcił kołowrotem. Najczęściej czynił to jednak sam, bo Wawrzyczek musiał „robić wiater na wentyla to roku”. Zapierał się więc drewnianą nogą w ziemię, zapierał ramionami w rękojeść kołowrotu i toczył ciężko.

Po węgiel przyjeżdżali chłopi, kupowali go za bezcen, a Kalabus poklinał ciężko i zżymał, że mało zarabia.

Potem jednak zdarzało się, raz i drugi, że zamiast węgla wydobywano z biedaszybu ludzkie zwłoki. Jedne strute brakiem tlenu, inne znowu ukrwawione i dyszące resztką wyciekającego życia, inne zaś zniekształcone i zmiażdżone. Często zdarzało się takie żniwo. Równocześnie zarządy kopalń jęły czynić starania, by władze zlikwidowały biedaszyby.

– Konkurencję, nam czynią!.. – skandali panowie z dyrekcji kopalni.

– Za dużo śmiertelnych wypadków! – wołała prasa.

Przyszła policja, przyszli z nią sztygarzy z ładunkami dynamitowymi i biedaszyby zostały zniszczone. Wsadzono po jednym ładunku do ziemi na każdym rogu szybika, zapalono lont i uchodzono. Lont jarzył się rudym płomieniem, pełzał po ziemi, sypał ciemnymi iskrami, a potem znienacka wybuchała pod niebo ciężka chmura czarnej ziemi.

Po kilku dniach na bezpańskim wydmuchowisku szczerzyły się ogromne wyrwy, większe zapadliska i jeszcze głębsze wądolce.

Opodal zaś stali górnicy, zaciskali pięści i ciężko pieronowali.

U Kalabusa nastał głód. Parszywy, po trzykroć przeklęty głód. Kalabuska beczała i głośno wyrzekała na swoją dolę, Kalabus teraz dopiero zaczął się martwić, a dwunastoletni synek hasał po wędolcach i rozbijał głowy kamratom, a oni zaś jemu, co miało oznaczać wojnę między Niemcami a Polakami.

– Wiesz staro, co? – rzekł pewnego razu, kiedy już naprawdę nie było co do ust włożyć.

– Co?… – zachlipała przez łzy Kalabuska.

– Pójdę po fechie! Mom nogę drzewnianą, to mi ludzie prędzej daję jakiś grosz! Ni?…

I poszedł.

Kusztykował powoli po wsiach, zaglądał do chałup, dopraszał się chleba, kilku groszy, a wieczorami noclegu. Z początku nie mógł się zżyć z nowym zawodem. Wchodził więc nieśmiało do chałup, pukał również nieśmiało, a gdy mu ktoś otworzył drzwi, mamrotał swoją prośbę i stukał drewnianą nogą o posadzkę w sieni. Potem jednak nabrał już wprawy. Umiał odgadnąć za pierwszym spojrzeniem, czy go odprawią z niczym, czy też obdarzą kilku groszami. Gryzło go to jednak, że zeszedł na dziady.

– Pierona! – mruczał do siebie, kiedy wygrzewał się pod drogą i zliczał miedziaki. – To jo stary górnik, a teraz muszę klamki czyścić!… Szpetny koniec człowieku pisany!…

Ulżyło mu dopiero wtedy, kiedy przybłąkał się do samotnej chałupy pod lasem i poprosił o nocleg. Gospodarz nie chciał go przyjąć, lecz w końcu zmiękł na sercu i wezwał do izby.

– Nie chciołech was przyjąć, bo u mnie w stodole leży już jeden… – tłumaczył się.

– Co za jeden?…

– A diabli go tam wiedzą!… Stary dziod jakiś!… Przyszoł z kataryną, legnął mi pod stodołę i uświerknął. Była komisja, powiedzieli że kaput!… Kozali mi go do stodoły włożyć, a jutro po niego przyjadą z Katowic.

– A katarynka?…

– A jest tam w stodole przy nim!…

– To se ją wezmę!…

– A biercie!…

Nazajutrz poszedł do stodoły, zmówił pacierz nad zwłokami, podniósł starą suknię, którą był nieboszczyk nakryty, westchnął! żałośnie, potem wziął na plecy katarynkę i poszedł. Po drodze spotkał karetkę jadącą po umarłego dziada.

Odtąd już nie miał wyrzutów sumienia. Stawał przed upatrzonym domem i grał. Katarynka była dychawiczna i nie grała żadnych pobożnych kawałków, żadnych pieśni kościelnych, tylko jakieś cudaczne melodie, które słyszał kiedyś z okna pana inżyniera, kiedy stał na drodze, a w oknie siedziała córka pana inżyniera i kręciła małą korbką u gramofonu. Nuciła przy tym coś o jakiejś tęsknocie, o bubliczkach, o Rebece i o tym, że się boi sama spać.

Baby wtedy załamywały dłonie i długo obiecywały jej wieczne potępienie, a chłopcy gromadzili się pod oknami i nucili tamte piosenki. A potem je świstali.

Melodie te, wygrywane bez ustanku na katarynce, podobały się Kalabusowi. Były jakieś smętne, a jednak taneczne, tak bardzo taneczne, że podczas grania kiwał w takt głową i kołysał się miarowo w biodrach i na drewnianej nodze. Koło niego zaś tłoczyła się zawsze ogromna gromada dzieci, dziewczyny wychodziły z domów i wynosiły mu chleb smarowany masłem lub zgoła kęs kiełbasy i kilka groszy, co starsi strzygli zaś oczyma po dziewczynach, opierali się niedbale o płoty, kołysali również głowami i świstali do wtóru.

Po tygodniu wrócił do domu. Przyniósł kilkanaście złotych, spory kęs słoniny, wieniec kiełbasy i flachę gorzałki.

Zeszli się górnicy, wszyscy ogromnie zdziwieni, że Kalabus przyszedł z katarynką. Na podorędziu mieli słowa najeżone pieronami, słowa gorzkie i pełne wymyślania na głód i bezrobocie, chcieli pomstować przed nim na psie życie, ale Kalabus nie słuchał. Nie chciał zresztą słuchać, bo wiele widział i wiele słyszał podczas swojej niedługiej wędrówki.

Ustawił więc na koźle katarynkę i zaczął grać. Umilkli górnicy, zaczęli słuchać. Potem przybiegły dzieci, a za dziećmi przyczłapały baby, chude i biedą zgryzione, za babami dziewczyny i chłopcy. Otoczyli Kalabusa wielkim kołem i słuchali. A Kalabus stukał drewnianą nogą do taktu, uśmiechał się do wszystkich i kiwał głową.

Katarynka piszczała i łapała oddech jak człowiek krztuszący się pyłem węglowym, a spoza czerwonych firaneczek, naciągniętych na przedniej ściance, kuśtykała cudaczna melodia i pozwalała ludziom zapominać o wszystkim, co serce toczy. Zapalały się przygaszone oczy, podnosiły skołatane głowy, przed człowiekiem otwierał się jakoby daleki świat, gdzie nie ma bezrobocia i gdzie nie ma głodu.

Starsi przypominali sobie dawne lata, kobiety wzdychały, bo widziały się w jakąś noc wiosenną, młode i ponętne, o pełnych piersiach i gorącej krwi, lezące na sianie, w słodkim omdleniu grzebiące palcami we włosach na pacholęcej głowie. Dziewczyny przeciągały się leniwie a nieznacznie, i spod oka patrzyły na chłopców i taksowały ich ramiona i barki. Chłopcy zaś patrzyli na dziewczyny, uśmiechali się i również się przeciągali.

Potem Kalabus poszedł ma drugi koniec osady górniczej.

– A co słychać z Wytrzensem? – zupytał kamrata, co go odprowadzał, a z którym kiedyś w jednym filarze pracował.

– Hm… Wytrzens… Czy nie wiecie?…

– Ni…

– Hm… Wytrzens niezadługo pojedzie!

Przystanął Kalabus, spojrzał na kamrata.

– To za moją nogę urwaną – mruknął…

– Ech, nie plećcie, ni!…

Uszli kęs drogi w milczeniu. Kalabus myślał o Wytrzensie, co niezadługo pojedzie. Nie wiedział teraz, czy się radować, czy go żałować. Nogi szkoda, ale Wytrzensa też szkoda! Jego niechęć do niego stawała się podobna do zakurzonego szkła, które słońce podświeca. A może to nie była niechęć?… Żal tylko, że…

Zamyślił się Kalabus, bo nie mógł znaleźć odpowiedzi, jaki to był żal.

– To mówicie, Kopoczku, że Wytrzens pojedzie?…

– Yhy!…

– A cóż mu tak dojęło?

– Suchoty! – mówił dochtór, że jakieś galopujące suchoty!…

– A z czego?

– Z głodu… Przeziębił się, gdy z biedaszybu wyjechoł spocony na wierzch… Było to jakosi zaroz z początku, jakżeśmy je zaczęli kopać!… Było jeszcze zimno. Wyjechoł spocony, bez koszuli… No, taki błozen!… No i pojedzie!

Kalabus już nie czuł niechęci do Wytrzensa.

Kalabus nie czuje już nawet żalu do Wytrzensa.

– To jest prowda!… – mruczy. – Gdyby nie Wytrzens, nie byłoby mnie na świecie!…

Pożegnał się z kamratem na rozstajnej drodze i zawrócił w kierunku Wytrzensowego domu.

Przed sienią ujrzał Wytrzenskę. Pod słoneczną ścianą leżały oparte części łóżka. Wytrzenska lała wrzącą wodę w ich szpary i szczeliny.

– Dzień dobry, Wytrzensko!… Jak się mocie? – zapytał.

Chuda Wytrzenska wytarła nos do fartucha, westchnęła żałośnie:

– Jak groch przy drodze…

– A co robicie?

– Pluskwy parzę, bo bestie chcą mi chłopa zeżreć.

Stanął obok niej i przypatrywał się, jak cienką trzaskę wpychała w szczeliny łóżka. Ze szczelin wyłaziły grube, opasłe, rude pluskwy. Wówczas Wytrzenska porywała garnek z wodą i chlusnęła na nie. Woda była wrząca, więc pluskwy spadały na ziemię bez życia. Dwie kury zbierały je łakomie i połykały ze smakiem.

– A co stary?

– Podziwejcie się na niego!…

Wszedł do izby i znowu wyczuł, że nie ma już u niego ani niechęci, ani żalu do Wytrzensa. Bo oto leży na wznak w łóżku i dyszy. Twarz ma żółtą, zapadłą, oczy płonące i głębokie. Tli się w nich resztka życia.

– Jak się mocie, Wytrzensie?…

Wytrzens odwrócił z wysiłkiem głowę i zakrztusił się kaszlem. Wypluł czarną grudkę krwi, a potem legł z powrotem i patrzał na powałę.

– Już pójdziecie?

Wytrzens kiwnął głową, że pójdzie.

– No, nie starejcie się. Każdy tam pójdzie. Jo też!…

Wytrzens podniósł nieznacznie dłoń i opuścił ją ciężko. Kalabus zrozumiał, że Wytrzens lekceważy sobie jego pociechę.

– Chcecie gorzoły?

Wytrzens potrząsnął głową, że nie chce.

– A pamiętocie?… Nogi mi urwaliście! Oto tą!… – i wysunął swój drewniany kikut.

Spojrzał Wytrzens na Kalabusową drewnianą nogę i nic nie powiedział. Kalabus zaś postawił swoją katarynkę na koźle, nastawił mechanizm na najpiękniejszą melodię.

– Chcecie to wóm zagrom…

Wytrzens skinął z wysiłkiem głową.

Uradował się Kalabus, bo zdawało mu się, że jeżeli zagra mu przed śmiercią na katarynce, to dusza jego nie będzie się męczyła w piekle ani w czyśćcu, lecz pójdzie prosto do nieba. Jakby po równym przekopie pod szyb. Nawet bez lampy można trafić. A potem stanie pod szybem, spojrzy w górę, stanie w windzie i fiu pod górę. Jak prawdziwy górnik, wracający ze szychty na powierzchnię. A na powierzchni świeci słońce!…

Kalabus uśmiechnął się do tych myśli, rad bardzo, że je tak składnie ułożył. Potem stanął za katarynką, oparł się lewym łokciem o jej wierzch, prawą rękę ujął za korbę.

– Tóż posłuchajcie, Wytrzensie!… Bydzie piekno muzyka!… A wom bydzie się lepiej umierało!…

I zaczął grać. Katarynka najpierw skrzypnęła przeciągle, potem zadyszała piskliwie, a następnie już potoczyła się na izbę posuwista, rytmiczna, tęskna melodia tanga. Tańczyła po izbie, posuwała się lekko i jakby na palcach, miękka i pieszczotliwa, wypełniała zaduch pokoju jakby zapachem nieznanych kwiatów, czasem zaskrzypiała zepsutym mechanizmem, czasem sapnęła ciężko, potem znów płynęła jednostajnie, cicho, usypiająco.

Wytrzens słuchał. Łypał najpierw powiekami, wykręcił głowę na poduszce, żeby lepiej słyszeć patrząc na katarynkę, a następnie jął szybko oddychać. Jakby się mocował z jakimś ciężarem. Suche, wychudłe palce splotły się, potem opadły wyczerpane na kołdrę.

Kalabus zaś grał. Zasłuchany w znajomą sobie melodię, ulegał złudzeniu, że w tej chwili kroczy po tamtym przekopie w kopalni, o którym poprzednio myślał, że kołysze miarowo a posuwiście płomykiem lampy, cienie skaczą w półkroku, a za nim stąpa dusza Wytrzensa. Idzie zielonkawa po gębie, wycieńczona i chwiejąca się z wysiłku, jak górnik wyczerpany do ostatka, pod szyb wracający…

Skończył. Zaskrzeczała resztka melodii, urwała się i nastała cisza.

Kalabus spojrzał na Wytrzensa.

Wytrzens leży na wznak w łóżku, podobny już do trupa, dyszy ciężko, a powiekami przygniata powieki, mocno i z wysiłkiem, jakby dłonie zaciskał, w których zamknął umykające życie.

Gustaw Morcinek

 

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w książce „Przedmieście”, Zespół Literacki „Przedmieście”, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1934. Był to zbiór tekstów autorów sięgających po tematykę robotniczą i społeczną. O historii i założeniach ZL „Przedmieście” pisaliśmy w „Nowym Obywatelu” przed kilkoma laty. Powyższy tekst publikujemy w 130. rocznicę urodzin Gustawa Morcinka. 

W nagłówku tekstu wykorzystano obraz autorstwa Normana Cornisha, angielskiego artysty, który pracował jako górnik, a jako malarz i grafik portretował życie przedstawicieli tego zawodu oraz społeczności przykopalniane.

 

Gustaw Morcinek (1891-1963) – urodzony w robotniczej ubogiej rodzinie, rok po narodzinach syna zmarł jego ojciec, co skutkowało życiem rodziny w biedzie. Urodził i spędził dzieciństwo w hutniczo-górniczej Karwinie, dziś na terenie Czech, wówczas z ludnością większościowo polską. W wieku 16 lat rozpoczął pracę w kopalni. Gdy zauważono jego zdolności i chęć nauki, górnicy z zebranych składek opłacali wysłanie i utrzymanie go w Białej (dziś Bielsko-Biała), gdzie uczęszczał do seminarium nauczycielskiego. W czasie I wojny przymusowo wcielony do wojska austriackiego. Tuż po zakończeniu wojny brał udział w działaniach na rzecz przyłączenia Śląska Cieszyńskiego do Polski. Od roku 1919 do 1935 pracował jako nauczyciel w Skoczowie. Od początku lat 20. zajmował się aktywnością dziennikarską, publicystyczną i literacką. Szybko zyskał uznanie krytyków literackich i czytelników. W swoich tekstach łączył perspektywę patriotyczną z wyraźnym rysem prospołecznym i sympatyzowaniem z lewicą. Autor licznych powieści i opowiadań; w jego utworach z akcją dziejącą się w środowisku górniczo-hutniczym zagłębia karwińsko-ostrawskiego wielokrotnie pozytywnie portretował działaczy i aktywność polskiej lewicy niepodległościowej. Reprezentował poglądy antyniemieckie oraz krytykował zaborczość czeską wobec większościowo polskich terenów Śląska Cieszyńskiego. Oprócz literatury pięknej i publicystyki pisał także teksty historyczno-krajoznawcze, był zamiłowanym turystą pieszym i miłośnikiem krajobrazu Beskidzkiego. W czasie hitlerowskiej okupacji więziony w obozach koncentracyjnych, odmówił podpisania volkslisty.

Wszyscy jesteśmy uchodźcami dla sytych salonów, czyli o hipokryzji liberałów

Fryderyk Engels w roku 1872 dokonał analizy kryzysu mieszkaniowego w powojennych Niemczech. Głównym powodem tego, co filozof określał jako głód mieszkaniowy, był napływ mas robotników rolnych do miast. Europa po roku 2015 musiała stawić czoło podobnemu wyzwaniu, czyli tak zwanemu kryzysowi migracyjnemu. Naukowcy podkreślali, że w roku 2015 Unia Europejska została postawiona przed największym od czasów II wojny światowej wyzwaniem, związanym z napływem ludności. Thomas Nail, amerykański profesor filozofii, stwierdził, że wiek XXI jest wiekiem uchodźcy. Masy ludowe nadal są dziś straszone sofizmatami dotyczącymi groźnych uchodźców-terrorystów. A co, jeśli w obrębie polityki neoliberalnej każdy reprezentant klas niższych jest takim „innym”, „terrorystą” rozbijającym skrzętnie broniony ład społeczny? Czy to właśnie nie teraz – gdy debata o uchodźcach znowu wraca do łask – powinniśmy odpowiedzieć sobie na to pytanie?

Migranci są dziś ciałem, które jest niejako oderwane od polityki. Nie mogą decydować o swoim losie i zdani są na dyrektywy UE czy państw członkowskich. Retoryka „odpolitycznienia” migrantów widoczna jest choćby w wypowiedziach Donalda Tuska, tego samego Tuska, który znany jest z odpolityczniania biedoty: „Nawet przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk opisał niedawnych uchodźców tymi samymi […] militarnymi metaforami, których Rzymianie używali do odpolitycznienia barbarzyńców: uchodźcy to »wielka fala; która zalała Europę; powodując chaos; który należy powstrzymać i którym należy zarządzać«. »Powoli stajemy się świadkami narodzin nowej formy nacisku politycznego«, twierdzi Tusk, »a niektórzy nazywają to wręcz rodzajem nowej wojny hybrydowej, w której fale migracyjne stały się narzędziem, bronią przeciwko sąsiadom«” – pisał Thomas Nail.

Symptomatyczna jest niedawna wypowiedź Tuska ws. sytuacji na granicy z Białorusią: „Polskie granice muszą być szczelne i dobrze chronione. Kto to kwestionuje, nie rozumie, czym jest państwo”. Jego język się zmienił, bo sam autor cytatu podkreślał, że na granicy znajdują się już „biedni ludzie” zamiast „złych migrantów”. Jak jednak widać, sama zmiana semantyczna nie doprowadziła do realnej zmiany poglądów politycznych.

Kwestia odpolitycznienia migrantów i grodzenia się przed nimi nie jest niczym nowym. Aktualna forma polityki migracyjnej jest tylko rozwinięciem tego, co na świecie dzieje się jeszcze od czasów neolitu, bo to wtedy budowano pierwsze zasieki przed obcymi. Dziś kraje europejskie „grodzą się” przed migrantami, np. przy pomocy instytucji takich jak Frontex czy poprzez druty kolczaste widoczne choćby na granicy polsko-białoruskiej. Ale te same kraje grodzą się również przed własnymi obywatelami – za pomocą praw uderzających w klasę niższą i pompowania pieniędzy w wybryki klas średniej i wyższej.

Inność jest zagrożeniem dla już wręcz sakralnej hierarchii społecznej. To właśnie w obrębie różnicy wobec stylu życia klasy średniej klaruje się argumenty przeciwne wobec władzy i kapitału. Przestrzeń fortyfikowana przez klasę średnią, gentryfikacja czy eksperymenty społeczne na biedocie, w stylu osiedla na Dudziarskiej, są formą dodatkowych grodzeń wewnątrz już odciętego państwa. Dziwnym zdaje się więc, że najwięcej o etycznym rozwiązaniu sprawy uchodźczej mówią te same osoby, które niczym Frontex wprowadzają dynamikę my-obcy w strukturze społecznej wewnątrz kraju.

Istnieją dwa rodzaje liberała „obrońcy” migrantów.

Pierwszym jest Tusko-europejczyk. Ten rodzaj podejścia do problematyki migracyjnej odznacza się świątobliwym oburzeniem wobec „faszystowskiej” polityki partii będącej obecnie u władzy, przy jednoczesnym nawoływaniu do obrony granic i przestrzegania wyznaczonych linii przeciw-uchodźczych. Jest to osobnik, który zdaje sobie sprawę z tego, że na Zachodzie mówi się o estetycznej kryminalizacji migrantów, dlatego stara się kontrolować swój język i semantycznie wzbogaca wypowiedzi, wspominając już o „biednych migrantach” zamiast o „nieludziach”, jak faktycznie uważa. Najlepiej określa go wewnętrzna dychotomia, bo z jednej strony wyznacza schmittański podział na my (liberałowie) – oni (faszyści) wobec partii rządzącej i jej prawicowej polityki, a z drugiej strony poglądami od niej (przynajmniej w sprawach migracji) zbytnio nie odbiega, poza estetycznym unormowaniem swojego języka. Jego kluczowym mechanizmem obronnym jest to, żebyś nie uwierzył w potrzebę walki o prawa migrantów – walka powinna zacząć i zatrzymać się na poziomie języka i nic ponadto.

Drugim jest liberał faryzeusz. Znasz go z tego, że średnio raz na miesiąc zmienia nakładkę na swoim facebookowym zdjęciu profilowym – od Black Lives Matter przez tęczę, a skończywszy na wsparciu uchodźców z Afganistanu. Takie kompasy moralne klasy średniej. Z boku wygląda nawet dość radykalnie robiąc sobie zdjęcia telefonem kosztującym tyle, co trzy twoje wypłaty. Przy tych wszystkich wzniosłych aktach politycznej agitacji ciężko jednak dostrzec powody, dla których ten twój kolega o cokolwiek walczy. Po chwili namysłu przypominasz sobie jednak, że to właśnie on promował sklep z tęczowymi ciuchami szytymi przez dzieci w Bangladeszu, później przypomina ci się, że to właśnie on co dwa dni wstawia na swojego instagrama fotki z „egzotycznych” lunchów w jakiejś warszawskiej knajpie. Zawsze jednak łatwo mogłeś dostrzec, że przy jego towarzyskiej licytacji na facebookową progresywność, jest ci on obcy. Może dlatego, że to ta sama osoba, która uwielbia swoje życie w osiedlu za grubymi murami osłaniającymi go przed, jak sam mówi, śmierdzącymi menelami z ulicy, czy może dlatego, że to ta sama osoba, która nie przeżyłaby dnia bez obiadu zrobionego przez migrantkę zatrudnioną na umowie śmieciowej. Ten typ liberała jest groźniejszy od pierwszej opisanej figury, gdyż ma on zdolności kamuflowania się – niczym kameleon. Kryje się w lewicowych partiach, gdzie odrzuca progresję podatkową, koczuje on w niektórych kolektywach anarchistycznych, które propagują prymat walki o tożsamość nad walką z marginalizacją ekonomiczną, stając się kolejnym Stop Bzdurom zamiast inicjatywą wyrażającą radykalizm społeczny.

Dużo bardziej niebezpieczne od brutalnej antyimigranckiej retoryki jest fałszywy liberalny dyskurs udający wsparcie wobec osób znajdujących się na granicach państw. Bo to właśnie przez ten dyskurs zwraca się na problem migracji uwagę wyłącznie wtedy, gdy mowa o „kolejnych falach” lub gdy na granicy rzeczywiście umierają ludzie. Z jednej strony źródłem migracji są imperialistyczne praktyki światowych elit, z drugiej strony sama polityka wewnętrzna krajów, do których migranci przemierzają – o tym fałszywe liberalne głosy nie będą wspominały, bo uderza to w stosunki produkcji i światowych hegemonów. Łatwiej jest sprowadzić cały problem do „faszystowskich rządów” i ciał znajdujących się na granicy, dużo trudniej natomiast przeprowadzić rachunek sumienia, by wreszcie zdać sobie sprawę, że:

a) w obrębie samego państwa istnieją formalnie pełnoprawni obywatele, których sytuacja faktyczna sprawia, że bliżej im do statusu migranta;

b) polityka krajów Zachodu wznieca zarówno migracje do jakiegoś kraju, jak i wewnątrz kraju tworzy obywateli statusie podobnym do migrantów.

Najłatwiej będzie to wszystko wytłumaczyć na podstawie fałszywej dychotomii, która operuje wizją uchodźców zabierających „pełnoprawnym” obywatelom mieszkania. W skrócie: albo mieszkania, albo uchodźcy. Tyle że w takim modelu faktycznym uchodźcą wewnątrz państwa są każda uboga osoba i cała klasa ludowa – grupy nie wpasowujące się w schemat i wizję klasy średniej. Czy klasośrednie oburzenie wobec powstania nowego osiedla socjalnego, które wywoła spadek cen nieruchomości, nie jest tym samym, co strach przed „grabieżą mieszkań”, których i tak nie ma, przez „złych” migrantów? Schemat jest ten sam: salony odbierają komuś prawo do dachu nad głową ze względu na własny interes i kategorie „inności”, bo przecież wszyscy w mieszkaniach socjalnych to groźni przestępcy, a każdy uchodźca to terrorysta. Znamy to bardzo dobrze, np. ostatnia sprawa wokół warszawskiego centrum ReStart w pobliżu stacji metra Dworzec Wileński, gdzie politycy związani z lokalną oligarchią byli przeciwni wybudowaniu ośrodka pomocy społecznej.

Dlatego właśnie ci wszyscy, którzy korzystając ze swojego klasowego przywileju marginalizują innych, sami działają w modelu Frontexu. Wszystkie realnie wrażliwe społecznie osoby wiedzą przecież, że liberałowie pragną się grodzić przed biednymi, wypędzać ich z zajętego przez siebie terenu czy wreszcie budować im getta, jak na wspomnianej wcześniej Dudziarskiej. Ci wszyscy, którzy sprzeciwiają się progresji podatkowej (z Lewicą uśmiechającą się do Tuska na czele), rozbudowie usług publicznych i walce o prawa lokatorów, sami prowadzą do powstawania coraz większej grupy „migrantów” wewnątrz samego państwa.

Wrogowie nie przybywają w zatłoczonych łodziach, lecz w wygodnych limuzynach.

Szymon Gams

David Graeber: Po pandemii nie możemy znowu zapaść w letarg

W pewnym momencie w ciągu najbliższych kilku miesięcy zostanie ogłoszone, że kryzys został przezwyciężony i będziemy mogli wrócić do naszych „nieistotnych” miejsc pracy. Dla wielu będzie to jak przebudzenie z letargu.

Media i klasa polityczna z pewnością będą nas zachęcać do takiego myślenia. Tak już było, po krachu finansowym z 2008 roku. Nastąpił wtedy krótki moment kwestionowania zastanego porządku: czym właściwie są „finanse”? Czy to nie są tylko długi innych ludzi? Czym są pieniądze? Czy to też tylko dług? Czym jest dług? Czy to coś więcej niż tylko obietnica? Jeśli pieniądze i dług to tylko zbiór obietnic, jakie czynimy sobie nawzajem, to czy nie moglibyśmy równie łatwo składać innych? To okno zostało niemal natychmiast zatrzaśnięte przez tych, którzy nalegali, abyśmy się zamknęli, przestali myśleć i wrócili do pracy, a przynajmniej zaczęli jej szukać.

Wtedy większość z nas się na to nabrała. Tym razem bardzo ważne jest, abyśmy na to nie poszli.

Bo w rzeczywistości kryzys, którego właśnie doświadczyliśmy, był przebudzeniem ze snu, konfrontacją z prawdziwą rzeczywistością ludzkiego życia, która polega na tym, że jesteśmy zbiorem kruchych istot opiekujących się sobą nawzajem, a ci/te, którzy wykonują lwią część prac opiekuńczych i utrzymujących nas przy życiu, są nadmiernie opodatkowani, niedopłacani i codziennie upokarzani, tymczasem inna część populacji nie robi nic poza snuciem fantazji, pobieraniem czynszów i przeszkadzaniem tym, którzy produkują, transportują i naprawiają przedmioty, a także zaspokajają potrzeby innych. Niezbędne jest, abyśmy nie popadli z powrotem w rzeczywistość, w której wszystko to ma jakiś niewytłumaczalny sens, tak jak często w snach, gdzie potrafią dziać się bezsensowne rzeczy.

A co powiecie na to: dlaczego nie przestaniemy traktować jako całkowicie normalnego, że im bardziej czyjaś praca przynosi korzyści innym, tym mniej za nią zapłacimy? Dlaczego nie uznamy za idiotyczne upierania się, że rynki finansowe są najlepszym sposobem na ukierunkowanie inwestycji długoterminowych, mimo że napędzają zniszczenie większości życia na Ziemi?

Dlaczego, zamiast tego, gdy tylko obecny stan wyjątkowy zostanie zakończony, nie przypomnieć sobie, czego się nauczyliśmy: że jeśli „gospodarka” cokolwiek znaczy, to jest to sposób, w jaki zapewniamy sobie nawzajem to, czego potrzebujemy do życia (w każdym sensie tego słowa)? Że to, co nazywamy „rynkiem”, jest w dużej mierze tylko zestawieniem zagregowanych pragnień bogatych ludzi, z których większość jest przynajmniej nieco patologiczna, a najpotężniejsi już kończą projekty planowanych przez siebie bunkrów, do których pragną przed nami uciec? Nie bądźmy na tyle głupi, by wierzyć w ich pouczenia, że wszyscy jak jeden mąż jesteśmy pozbawieni zdrowego rozsądku i nie możemy nic zrobić ze zbliżającymi się katastrofami.

Czy tym razem możemy ich po prostu zignorować?

Większość pracy, którą obecnie wykonujemy, to praca wyobrażona (dream work). Istnieje tylko dla samej siebie – albo po to, by bogaci czuli się dobrze ze sobą lub po to, żeby biedni czuli się źle ze sobą. Gdybyśmy po prostu przestali pracować, możliwe byłoby złożenie sobie znacznie rozsądniejszego zestawu obietnic: na przykład stworzenie „gospodarki”, która pozwoli nam faktycznie zaopiekować się tymi ludźmi, którzy opiekują się nami.

David Graeber

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w marcu 2021 r.

Marek Has: Sprawiedliwy świat

Można zaryzykować twierdzenie, że większość ludzi chciałaby żyć w sprawiedliwym świecie i przedkłada poczucie sprawiedliwości nad idee postępu lub dobra powszechnego. Kierując się poczuciem sprawiedliwości, nie wymagają oni wcale, by świat miał być lepszy pod każdym możliwym względem. Wręcz przeciwnie, mógłby być pod pewnymi względami gorszy, byle był bardziej sprawiedliwy. Problem pojawia się jednak, gdy przychodzi im odpowiedzieć na pytanie, na czym właściwie polega sprawiedliwość i czym miałby się charakteryzować sprawiedliwy ustrój społeczny.

W starożytności sprawiedliwość uważano za cnotę, czyli cechę charakteru. Według Platona, sprawiedliwość polegała na wewnętrznej harmonii władz – uczuć, rozumu i woli. Człowiek sprawiedliwy cechował się tym, że w każdej sytuacji starał się postępować mądrze i nieegoistycznie, stawiał sobie racjonalne cele, z którymi jego uczucia i czyny pozostawały w zgodzie. Platon stworzył całą wizję państwa, na czele którego mieli stać sprawiedliwi mędrcy. Uważał taki ustrój społeczny za najlepszy z możliwych, najbardziej korzystny dla wszystkich i najbardziej sprawiedliwy.

W czasach nowożytnych nastąpiło przesunięcie akcentów w etyce – od pojęcia cnót, czyli cech podmiotowych, w stronę zasad, czyli bezosobowych reguł. Filozofowie porzucili język cnót i zaczęli budować teorie społeczne odwołując się do języka zasad, choć oczywiste jest, że żadna zasada nie stanowi wyczerpującego opisu cnoty i może jedynie przybliżyć jej sens. Być może jednym z powodów było to, że cnota nie podlega kontroli rozumu, a zasady – tak. Zasady można interpretować, poddać dyskusji, uczynić regułą społeczną lub hasłem ideologii. Ponadto łatwiej jest głosić zasady niż świecić przykładem własnych zalet. Dlatego nadmierny racjonalizm z jednej strony oraz upadek obyczajów z drugiej, prowadzą w naturalny sposób do faworyzowania zasad, a nie cnót.

Etyka cnót tym różni się od etyki zasad, że określa, jaki człowiek powinien być, podczas gdy etyka zasad mówi jedynie, co powinien robić. W etyce zasad obojętne jaki jest człowiek, wystarczy, że jego czyny mieszczą się w granicach pewnego kodeksu zasad. Postawa taka często łączy się z poglądem zwanym formalizmem etycznym, wedle którego w moralnym sensie liczy się wyłącznie substancja czynu, nie zaś motywy czy skutki. Nie są ważne ani subiektywne stany duszy, zwane intencjami, ani to, co faktycznie dzieje się z bliźnimi.

Zasadę sprawiedliwości da się sformułować następująco: „Sprawiedliwość polega na tym, że każdy otrzymuje to, co mu się należy”. Definicja jest jasna i prosta, jednak pytanie, co się komu należy, otwiera dyskusję, której końca nie widać. Niektórzy uważają, że każdemu należy się tyle samo, co w konsekwencji prowadzi do egalitarystycznych koncepcji społecznych.

Społeczeństwa są na ogół zbudowane hierarchicznie, a różne pozycje społeczne mają przypisane różne przywileje. Społecznością homogeniczną, w której wszyscy pełnią tę samą funkcję, jest tłum. Zanikają w nim zarówno indywidualne cechy jednostek, jak i cechy struktury społecznej. Tłum jest więc idealnym modelem dla idei równości rozumianej jako jednakowość wszystkich. Jeśli ten sposób myślenia skojarzymy z materialistyczną koncepcją życia, gdzie celem człowieka jest wyłącznie konsumpcja przyjemności, otrzymamy taką formułę sprawiedliwości, wedle której polega ona na równej dystrybucji wytwarzanych dóbr.

Można jednak upierać się, że istotą bycia człowiekiem nie jest konsumpcja przyjemności, lecz pewien trwały stan ducha, zwany szczęściem. Jeśli każdy człowiek ma równe prawa do szczęścia, to zarówno system praw, jak i sieć relacji społecznych powinny to uwzględniać. Z doświadczenia wiadomo jednak, że istnieją zadowoleni szewcy obok niezadowolonych ministrów, a więc żaden szewc nie musi otrzymywać dodatkowej rekompensaty z tego tytułu, że nie jest ministrem. Z drugiej strony, nie powinien być jednak zmuszany do pracy niewolniczej, która czyni go nieszczęśliwym i obniża jego poczucie osobistej godności.

System społeczny jest więc w miarę sprawiedliwy, jeśli z każdą pozycją społeczną związane jest odpowiednie quantum satysfakcji, którą może odczuwać jednostka w miarę normalna. Sprawiedliwość wymaga przede wszystkim równości moralnej, a sprawiedliwy system umożliwia każdej jednostce realizację osobistych wartości i uzyskanie dla nich społecznej akceptacji. Podział produktu jest kwestią drugorzędną, istota tkwi przede wszystkim w warunkach godnego istnienia. A więc nie dystrybucja dóbr materialnych, lecz przede wszystkim dystrybucja wartości moralnych, czyni system społeczny sprawiedliwym lub niesprawiedliwym.

Wolność i istnienie

Istnieje pogląd, że jedyna sprawiedliwość w sensie społecznym, jaka się ludziom należy, to równa wolność dla wszystkich. Specjalizują się w tego rodzaju stwierdzeniach rozmaite ideologie skrajnie liberalne. Koncepcje te ignorują fakt, że ludzie są bardzo różni i realne osoby nie są odbiciem „idealnej natury ludzkiej”. Ludzie przychodząc na świat, nie wybierają swego temperamentu, charakteru czy predyspozycji. Jedni z natury są agresywni i źli, inni są łagodni, ufni i prostolinijni. Świat ludzki zawiera w sobie bogactwo postaw i charakterów, a za fasadą ubrań kryją się zarówno wilki, jak i owce. Każde z nich chciałoby mieć zagwarantowaną wolność postępowania zgodnie ze swą naturą.

Jeśli jednak pozostawimy wilka z owcą w warunkach pełnej wolności, wilk natychmiast zje owcę i na tym zakończy się ich wspólna przygoda. Pełna, nieograniczona wolność wilka stanowi śmiertelne zagrożenie dla owcy. Tak więc, jeśli jedno i drugie ma takie samo prawa, wspomniana sytuacja nie jest sprawiedliwa. Z moralnego punktu widzenia wilk nie ma prawa zjeść owcy, ponieważ owca nie ma zamiaru zjeść wilka, jej istnienie dla niej samej jest tak samo cenne, jak istnienie wilka dla niego samego. Poczucie sprawiedliwości nakazuje więc ograniczać wolność pewnym istotom, pozostawiając wolność innych bez zmian. Źródłem tego ograniczenia są prawa podmiotu do istnienia.

Pojęcie moralnego podmiotu jest kluczowe dla zrozumienia idei moralnych w ogóle, a sprawiedliwości szczególnie. Jeśli patrzymy na świat jako na całość, wówczas możemy oceniać go estetycznie, ale świat jako całość nie ma żadnych moralnych właściwości. Wartości moralne istnieją jedynie w świecie indywidualnych istot, które mają moralną wartość jako jednostki. Można mówić sensownie o sprawiedliwości tylko tam, gdzie istnieją podmioty, które mają poczucie wartości własnego istnienia, nie zaś tam, gdzie wszystko stanowi jedną spójną całość.

Taki punkt widzenia ma oczywiście swoje konsekwencje, których liberalne ideologie, afirmujące wartość jednostki, zdają się często nie widzieć. Jeśli każdy podmiot moralny jest wartością, wtedy musi istnieć pewne minimum dóbr, które należą mu się z racji tego, że istnieje. Jest to minimum, które umożliwia mu w ogóle istnienie. W sprawiedliwym świecie istota ludzka powinna móc przeżyć i przetrwać, zachowując swą godność.

Niektórzy liberałowie o rodowodzie protestanckim argumentują, że jest to nieetyczne, nikt nie ma prawa do minimum dóbr, które stanowiłoby niezasłużoną korzyść, gdyż byłoby to niesprawiedliwe. Taka argumentacja brzmi może sensownie w języku biznesu, ale istnienia nie można rozpatrywać w kategoriach korzyści. Nikt nie przychodzi na świat z własnej woli, a narodziny nie są przychodem ani zyskiem. Istnienie jest dobrem samym w sobie. W świecie ludzkim istoty kochane otrzymują rzeczy, na które wcale nie zapracowały. Otrzymują je nie dlatego, że coś czynią, ale dlatego, że są takie, jakie są. Miłość wyraża się troską i afirmacją czyjegoś istnienia oraz wolą, by jakaś istota nie przestała istnieć. Stąd bierze się nakaz, by głodnego nakarmić, chorego leczyć, a słabego wesprzeć. Sprawiedliwość nacechowana troską nie musi być przeciwieństwem miłości bliźniego, a wręcz przeciwnie – może wypływać z niej. Teologia protestancka i wywodząca się z niej doktryna liberalna (na której oparł się kapitalizm) wyniosły samolubstwo do rangi cnoty. Tego rodzaju postawa nie wynika bynajmniej z istoty sprawiedliwości, lecz z dogmatycznych uprzedzeń, ukrywających obojętność i egoizm. Poczucie sprawiedliwości oparte na empatii może uwzględniać obiektywne potrzeby innych. Znany filozof, Kazimierz Ajdukiewicz, tego rodzaju sprawiedliwość nazywał „sprawiedliwością miłosierną”. Nie jest wtedy bierną akceptacją świata wraz jego cynicznym okrucieństwem, ale aktywną wolą uczynienia go lepszym.

Ideologia i manipulacja

Idea sprawiedliwości jest wpisana w naturę podmiotu i stanowi ideę, do której każdy może dojść swoim rozumem. Dochodzimy do niej z chwilą uświadomienia własnego istnienia we wspólnym świecie wielości podmiotów i faktu, że żaden podmiot nie jest podmiotem w sensie obiektywnym. Podmiotowość jest czymś subiektywnym, bo każdy podmiot ma wewnętrzne poczucie własnej wartości i sam siebie uznaje za wartość, ale nie istnieją żadne obiektywne racje pozwalające uzasadnić tę wartość. Z drugiej strony właśnie dzięki temu, nie da się także różnicować praw podmiotu, które mu przysługują. Jeśli mówimy o prawach jednostki wynikających z tego, że jest ona podmiotem moralnym, nikomu nie przysługują żadne wyjątkowe prawa, a tylko takie, które przysługują wszystkim. Poczucie sprawiedliwości oznacza świadomość tego faktu.

Poczucie sprawiedliwości jest z natury czymś subiektywnym, a ta subiektywność sprawia, że jest ono podatne na manipulację. Przede wszystkim zależy w dużym stopniu od indywidualnej interpretacji zdarzeń. Ludzie odczuwają jakiś stan rzeczy jako niesprawiedliwy nie tylko z powodu jego obiektywnych właściwości, ale najczęściej w wyniku porównania go do innego stanu – rzeczywistego lub wyobrażonego. Dokonując odpowiedniej interpretacji, łatwo jest nim manipulować i na nie wpływać. Manipulując ich wyobraźnią, można sprawić, że potrafią być subiektywnie zadowoleni z gorszych warunków lub niezadowoleni z lepszych. Taka manipulacja jest charakterystyczną cechą rozmaitych ideologii nawołujących ludzi do rewolucji bądź zmian zastanej rzeczywistości.

Ideologia, która wyjaśnia człowiekowi, że nie posiada on czegoś, na co naprawdę zasługuje, może łatwo wywołać ruchy społeczne w daleko większym stopniu niż próba odwołania się do konkretnych ideałów i wartości. Ponadto subiektywne poczucie sprawiedliwości wywołuje na ogół ostrzejszą reakcję niż obiektywne straty lub korzyści. Liczy się przecież nie tyle stan faktyczny, ile nasze wewnętrzne przekonanie, że coś się nam słusznie należy. Jeśli nie otrzymujemy tego, o czym sądzimy, że jest nam należne, wówczas mamy wrażenie, że została złamana jakaś uniwersalna zasada, której istnienie wszyscy akceptują. Nasze poczucie krzywdy przestaje być tylko naszym osobistym problemem, staje się skazą i rysą na doskonałej strukturze świata.

Korzystając z tego mechanizmu, różne ideologie usiłują zawładnąć duszą ludzką, a wśród nich dwa podstawowe rodzaje można określić ideologią bogatych i biednych. Obie opierają się na mechanizmie psychologicznym, który sprawia, że uprzywilejowani bagatelizują swoje niezasłużone korzyści, a poszkodowani mają wyolbrzymione poczucie krzywdy. Jedni i drudzy, uwięzieni we własnym subiektywizmie usiłują swoją ideologią sterroryzować innych. Ideologia bogatych sprowadza się do stwierdzenia, że bogactwo bez względu na swój rozmiar nie wymaga usprawiedliwienia, a biedni są winni własnej sytuacji. Ludzie uprzywilejowani niechętnie też przyznają, że istnieje coś takiego, jak niesprawiedliwość strukturalna, z góry faworyzująca pewne grupy społeczne. Ideologia biednych tłumaczy świat w ten sposób, że wszelki dobrobyt i bogactwo są niezasłużone i niemoralne. W tym przypadku odwołuje się też często do ewangelicznej przypowieści o uchu igielnym i królestwie niebieskim.

Na tym tle osobną kategorię stanowią ideologie deprecjonujące jednostkę w ogóle. Są to ideologie odwołujące się do społeczeństwa jako całości, w których liczy się przede wszystkim całość i jej bezosobowa wola życia. W przypadku tego rodzaju ideologii pojęcie sprawiedliwości przestaje mieć sens, ponieważ przestają być w nich istotne losy jednostek. Indywidualne krzywdy i cierpienia na ogół nie interesują twórców totalnych systemów, tak jak rolnika nie interesują pojedyncze kłosy zboża, lecz ogólna wartość plonów. Wartością społeczną staje się w tym przypadku bezosobowa masa, a wraz z apoteozą masy pojawia się pogarda dla praw podmiotu. Lekceważone jest jego poczucie sprawiedliwości, wartości życia i sensowności istnienia. W stosunku do całości wszystkie świadome siebie podmioty tracą autonomiczną wartość, ich istnienie staje się iluzoryczne, a wartość relatywna.

Taka totalna wizja świata, pomimo drastycznych przykładów z historii, posiada jakiś dziwny, atrakcyjny walor i sprawia, że powraca raz po raz w formie lewicowej lub prawicowej. Wizja taka stanowi doskonałą pożywkę dla neurotycznych osobowości, gdyż umożliwia ich ekspansję. Jednostka wyznająca tego rodzaju ideologię może poprzez identyfikację z pewną abstrakcyjną ideą dobra przeżywać coś w rodzaju kosmicznego orgazmu. Często jednostka taka ma skłonności przywódcze, a język uniwersalnej całości jest jedynie kamuflażem mającym umożliwić jej osobistą karierę. Destrukcyjny charakter tego rodzaju filozofii wynika głównie stąd, że jest ona oparta na miłości do abstrakcyjnych pojęć, przy całkowitej negacji i pogardzie dla tego, co realne i jednostkowe. Jest to filozofia wilków, które chciałyby być pasterzami owiec.

Zasada równości

Sprawiedliwość jako zasada etyczna posiada cechy wszystkich zasad etycznych, które z natury swej odwołują się do równości i uniwersalności. Wszystkie prawa moralne mają ten sam uniwersalny charakter, obowiązują i dotyczą wszystkich w jednakowym stopniu. Można powiedzieć, że ten podstawowy fakt moralny stanowi także istotę sprawiedliwości.

Z pojęciem równości wiąże się jednak pewien kłopot, ponieważ doświadczenie uczy, że równe traktowanie różnych zachowań nie jest na ogół sprawiedliwe. Równe traktowanie przestępcy i ofiary nie miałoby nic wspólnego ze sprawiedliwością. Stawianie jednakowych ocen uczniom w szkole albo uznanie wszystkich za zwycięzców w zawodach sportowych, stanowiłoby jawne pogwałcenie sprawiedliwości. Nierówne traktowanie wydaje się należeć do istoty sprawiedliwości. W końcu jej formuła jest właśnie taka: każdemu to, co mu się należy, niekoniecznie równo.

Jeśli jednak przyjrzymy się wyżej podanym przykładom uważnie, to zauważymy, że w przypadkach tych występują uzasadnione powody nierównego traktowania. Innymi słowy, nierówności sprawiedliwe zawsze są jakoś uzasadnione. Niesprawiedliwe natomiast wydają się nierówności, dla których nie ma żadnych racji. Na przykład za niesprawiedliwe uchodzi traktowanie kogoś inaczej niż innych, w sytuacji, gdy nie ma żadnych przesłanek uzasadniających taką wyjątkowość.

Równość, o której jest mowa przy okazji sprawiedliwości, dotyczy czegoś, co przysługuje świadomym siebie podmiotom a priori, niejako w sensie formalnym. Można powiedzieć, że równość ta ma charakter transcendentalny, a nie empiryczny. Równość oznacza jedynie brak dyskryminacji powziętej z góry. Można by w tym miejscu przywołać pojęcie równej troski, które również nie oznacza równości w sensie ilościowym. Matka z taką samą uwagą troszczy się o swoje dzieci, co nie oznacza, że choremu dziecku nie poświęca więcej uwagi i czasu. Także sprawiedliwy sędzia, wymierzając karę sprawcy i uznając krzywdę ofiary, nie jest neutralny i nie traktuje obu stron równo, lecz – przeciwnie – podziela uczucia i poglądy jednej ze stron, natomiast nie podziela poglądów i odczuć strony drugiej. Podobnie, nikt przy zdrowych zmysłach nie domaga się, by w procesach karnych w skład ławy przysięgłych wchodzili przestępcy, aby werdykt ostateczny był bardziej sprawiedliwy.

Podatek progresywny

W mediach, a zwłaszcza w Internecie, pełno jest radykałów protestujących przeciwko egalitarnym koncepcjom społecznym. Co ciekawe, radykałowie ci – kiedy pojawia się temat podatków – argumentują, że podatek progresywny jest niesprawiedliwy, ponieważ łamie zasadę równości. A przecież, skoro równość nie ma żadnego uzasadnienia, to tym samym chyba także równość w skali podatkowej. Jeśli uznajemy nierówności społeczne za naturalne, to nie ma nic dziwnego w fakcie, że system podatkowy także oparty jest na nierówności.

Wydaje się oczywiste, że w hierarchicznym społeczeństwie obok nierównej dystrybucji dóbr musi pojawić się niejednakowa dystrybucja odpowiedzialności. W sprawiedliwie urządzonym społeczeństwie z każdą wyższą pozycją społeczną wiąże się większa odpowiedzialność i większe obowiązki. Innymi słowy, bogaci mają obowiązek moralny wobec biednych, a nie odwrotnie. Jeden z takich obowiązków jest realizowany w formie podatku.

Co ciekawe, nie trzeba przy tej okazji wcale sięgać do argumentów socjalistów. Wystarczy przywołać przedstawicieli anglosaskiej myśli liberalnej, J. S. Milla czy J. Rawlsa. Według Milla, uzasadnieniem społecznych nierówności jest wspólna korzyść wszystkich. Jeśli nierówności nie są z korzyścią dla wszystkich, wtedy są niesprawiedliwe. Pogląd identyczny zawarł w swojej „Teorii sprawiedliwości” Rawls. Możemy tam przeczytać, że „niesprawiedliwość to nierówności, które nie są z korzyścią dla wszystkich”.

W krytyce podatku progresywnego zawarty jest jeszcze jeden błąd, natury bardziej fundamentalnej. Wynika on z iluzorycznego przeświadczenia, że dochody indywidualne są pierwotne w stosunku do struktury społecznej, która je umożliwia. Liberalni dogmatycy traktują mianowicie podatki jako rodzaj indywidualnej transakcji z państwem, w wyniku której zabiera ono komuś jego własne, zarobione pieniądze. Ten rodzaj myślenia wynika z nieświadomości faktu, że zarówno pieniądz, jak i wszystkie relacje związane z nim są kwestią umowy społecznej, a wyliczenie podatku jako procentowej kwoty od dochodu ma taki sam konwencjonalny charakter, jak sposób numeracji kapeluszy.

Oczywiście zawsze będą istnieć egoiści, którzy bogacąc się nie zechcą przyjąć większej odpowiedzialności i ponosić dodatkowych kosztów. Tym osobnikom, głośno protestującym przeciwko socjalnej polityce państwa, można odpowiedzieć argumentem Rawlsa, że ludzie egoistyczni, obojętni na dobro wspólne, nie powinni się skarżyć, gdy spotyka ich niesprawiedliwość. Jeśli więc uważają progresywne obciążenia podatkowe za niesprawiedliwe, to mają problem, z którym powinni udać się do psychologa, a jeśli przypadkiem znajdą się u władzy, nie powinni liczyć na społeczny poklask.

Kultura i natura

Prawa moralne są częścią kultury, a nie czymś, co jest naturalne. Wedle praw natury, każde dzikie zwierzę może pożreć inną żywą istotę wbrew jej woli. Człowiek swoim rozumem odkrywa, że nie jest to całkiem w porządku i we własnym świecie ustala prawa zabraniające takiego procederu. Kultura stanowi tę przestrzeń, w której dokonuje on ingerencji w świat naturalny. Jest tą domeną rzeczywistości, w której człowiek sam ustala prawa.

Pojęcie kultury, jak wiadomo, pochodzi od uprawy roli i w swoim źródłowym sensie zawiera coś takiego, jak koszenie trawy i wyrywanie chwastów. Jeśli ktoś uważa, że nie wolno ograniczać nierówności społecznych, to powinien być także przeciwnikiem strzyżenia żywopłotu oraz podważać sens kultury w ogóle. Będąc konsekwentnym, powinien dążyć do zakazu ingerencji w naturalny bieg rzeczy w każdym przypadku, np. nie korzystać z lekarstw w razie choroby i nie sprzątać chodników w zimie. Jest to w gruncie rzeczy pogląd tak idiotyczny, że dziw bierze, iż jest w ogóle formułowany. Człowiek biologicznie nie jest w stanie istnieć bez minimum cywilizacji i ingerencja w naturę jest dlań koniecznością. Ponadto, strzyżenie trawy nie oznacza wyrywania jej z korzeniami, a wyrównywanie rozwarstwienia społecznego nie musi oznaczać zniesienia wszelkiej hierarchii.

Prawa moralne nie stanowią części natury. Są one projekcją świata umysłu i pochodną jego idei. Zwierzęta przyjmują świat takim, jaki jest, natomiast człowiek dzięki rozumowi odkrywa, jaki on być powinien. Wszelkie idee moralne, jakich uczymy się w szkole, w domu czy na lekcjach religii, są w oczywisty sposób sprzeczne z prawami natury. Są bowiem normatywne – mówią nie jak jest, ale jak być powinno. Przy czym rzeczywistość na ogół nie spełnia zawartych w nich postulatów. Zwolennicy postaw naturalistycznych chcieliby wszystko pozostawić tak, jak jest. W takim myśleniu wyraża się bezwład i lenistwo, charakterystyczne dla postaw liberalnych. Liberałowie charakteryzują się tym, że umieją ładnie mówić i niewiele robić. Społeczeństwo zmęczone jakąś agresywną ideologią głosuje czasem na nich, głównie po to, aby psychicznie odpocząć i poddać się autoterapii. Na dłuższą metę taki wybór bywa jednak niebezpieczny. Cywilizacja wymaga nieustannego poprawiania tego, co w naturalny sposób się psuje. Dotyczy to także ustrojów społecznych.

W przyrodzie nie ma sprawiedliwości, bo żadna jednostka nie ma tam specjalnej wartości. Naturalistyczny punkt widzenia prowadzi do tego, że jednostce odmawia się praw i akceptuje niesprawiedliwy kształt świata mimo oczywistych możliwości jego poprawienia. W ten sposób podważa się także prawa moralne, gdyż mają one sens tylko wraz z przyznaniem jednostce wartości, tylko wtedy, gdy uzna się, że zasługuje ona na swoje życie, na własne istnienie.

Jeśli można i wręcz trzeba poprawiać świat, to w jaki sposób to robić, jak uczynić go lepszym? Istnieją dwie postawy wobec świata jako całości, które mają związek z poczuciem sprawiedliwości. Jedna z nich polega na przekonaniu, że świat jest z istoty sprawiedliwy, więc można go zostawić takim, jaki jest. Wedle tego poglądu, naturalny bieg rzeczy wyrównuje krzywdy i jest optymalny dla wszystkich. Postawie takiej towarzyszy często wiara w jakiś głębszy mechanizm kontrolujący przebieg zdarzeń, pozwalająca uzasadnić bezczynność i obojętność. Wedle zwolenników tego poglądu, niczego nie trzeba poprawiać, bo wszystko reguluje się samo. Przyjmując taki punkt widzenia trzeba jednak pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze, systemy samoregulujące dbają przede wszystkim o to, by zachować same siebie, a więc samoregulacja dotyczy całości, a nie jednostek, które są poświęcane. Po drugie, wiara w samoregulujące siły tkwiące w strukturze społecznej, pozostaje najczęściej ślepa na fakt, że system, aby osiągnąć homeostazę, może wygenerować z siebie także zjawiska patologiczne. Takim zjawiskiem patologicznym, pełniącym pozytywne funkcje, jest np. przestępczość, wpływająca na integrację społeczną. Jej istnienie umożliwia wspólne przeżywanie strachu. Dlatego wiara w sprawiedliwy świat idzie często w parze z akceptacją przemocy i gwałtu. Wreszcie na koniec, wiara, że wszystko naprawi się samo, przypomina postawę człowieka, który modli się o wygraną na loterii, nie zakupiwszy wcześniej losu. Zakłada on błędnie, że ingerencja sił wyższych w świat jest nieograniczona i nie jest konieczne jego zaangażowanie, by ją uczynić możliwą.

Wciąż jednak pozostaje otwarte pytanie: jeśli trzeba coś robić ze światem, to co? Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, bo nie ma w przyrodzie punktu odniesienia do tak postawionych pytań, a wszelkie uzasadnienia, jakie odkrywamy umysłem, można poddać krytyce. Być może nie da się skonstruować sprawiedliwego świata według jakiejś prostej formuły. Być może kształtowanie sprawiedliwego świata jest pewnym procesem i wymaga stałego wysiłku w określonym kierunku. Ważna jest jednak świadomość i społeczna zgoda, czy mamy moralny obowiązek to czynić. Akceptując niesprawiedliwy świat, ponosimy także odpowiedzialność za to, że jest właśnie taki.

Marek Has

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 40, wiosną 2008 roku.

Stanisław Posner: Droga do pokoju (1920)

Przyjaciołom i towarzyszom z 201 pułku piechoty na pamiątkę dni sierpniowych 1920 r. ofiaruje 
AUTOR

 

Nie spełnić obowiązku do końca, to tyle, co go wcale nie spełnić. Trwać i wytrwać – to zadanie godne człowieka i obywatela. Przemóc zmęczenie, wyczerpanie, zniechęcenie – iść do końca po kamienistej drodze, pomimo ran w nogach – to zadanie, godne wysiłku. Ktokolwiek ścigał się kiedy, bądź jako piechur, bądź na bicyklu, bądź na koniu, bądź w rzece, wie, jak w toku wyścigu przychodzą chwile, kiedy już się „nie chce” biec dalej, kiedy spływa na biegnącego zniechęcenie, drętwieją mu nogi, gaśnie żądza zwycięstwa… W takich chwilach współzawodnicy spadają z koni, łamią bicykle, mdleją w wodzie. Są to słabi ludzie, słabi – nie fizycznie, ale pod względem charakteru i nie powinni byli właściwie nigdy byli siadać na konia ani stawać w liczbie współzawodników. Wola ich była żadna. Nie mieli tej siły, która znamionuje pełnego i odpowiedzialnego człowieka: nie mieli charakteru.

Wielki patriota japoński, marszałek Nogi, zwycięzca carskich generałów i admirałów, uczył swoich żołnierzy, że w wielkiej bitwie ostatni o wszystkim decyduje kwadrans. Kto kogo przetrzyma o piętnaście minut! Kto potrafi dłużej nerwy swoje trzymać na uwięzi, kto nie podda się zmęczeniu, zniechęceniu, kto dłużej o chwilę tylko niż przeciwnik obroni siebie przed trującym gazem gnuśności – ten zwycięży!
Wielka to prawda i każdy z nas w zwykłem naszym życiu, pracą wypełnionym, sto razy ją stwierdzić miał sposobność.

Żołnierz bije się, aby zwyciężyć. Po to znosi wszystkie trudy, wszystką mękę, wszystkie znoje służby na froncie, wszystkie niebezpieczeństwa ataków i kontrataków. Chce zwyciężyć! Życie oddaje, aby bronić piędzi ziemi, na której się urodził, gdzie na cmentarzu rodzice jego spoczywają, gdzie rodzeństwo jego, albo i dzieci własne się chowają, gdzie żyje jego przyjaciel i towarzysz. Chce zwyciężyć! Takie jego prawo i taka wola. Wróg mu kraj najechał, pali wsie i miasta, uprowadza ludzi w niewolę, zabiera dobytek. Żołnierz wie, że czeka go nędza, głód, poniewierka. Wie, że czeka go nowa niewola. Pamięta dobrze tę niedawną, od której jęczał w więzieniach, w cytadelach, w katordze pod okiem carskich gubernatorów. Nazywano ich Skałłonami, Brusiłowami. Dziś znowu ci sami Brusiłow, Poliwanow zajmują ziemię, która już była od cara wyzwolona, pędzą przed siebie dobrze znanych od zarania dzieciństwa kozaków dońskich i kubańskich, niszczą i palą. Żołnierz słyszy, że wróg, dokąd przyjdzie, mężczyzn w wieku poborowym do wojska swego wciela, a kolejarzy w Białymstoku, w Brześciu, do brygad robotników zmilitaryzowanych wcielił i na koleje pognał syberyjskie.

Żołnierz myśli o jutrze. Nie chce niewoli. Brzydzi się niewolą. Chce być wolnym. Chce wolnym oddychać powietrzem. Chce być wolnego państwa wolnym obywatelem. Będzie pracował z całej siły nad zreformowaniem tego państwa. Zbierze siły, aby reformy w nim wprowadzić, aby rządy klasy wyzyskiwaczy ukrócić, aby paskarzom na wsi i w mieście rogi pousuwać, aby i tu do głosu dochodził ten, kto pracuje i ten tylko, kto pracuje. Ale te reformy, te wielkie przeobrażenia on tylko, polski robotnik, tu w Polsce zaprowadzić może. Tych reform nie zaprowadzi cudzoziemiec, nie zaprowadzi przy pomocy bagnetów zwycięzca na kozackim koniu.

Żołnierz tedy chce zwyciężyć i aby zwyciężyć, musi trwać, musi wytrwać.

W chwili zmęczenia odzywa się w nim głos, który mówi: „Dosyć już będzie, pojechali pokój robić. Są tam i moi towarzysze. Po co bić się? Po co dłużej się męczyć? Będzie pokój! Odetchniemy nareszcie po tylu latach wojny”. Żołnierz ciężko wzdycha, kładzie karabin, wypręża ramiona. Ale wnet odzywa się rozwaga. „Cóż, że pojechali? Mogą wrócić z niczym. Mogą nie przyjąć warunków, które wróg będzie chciał narzucić. A może to tylko podstęp wojenny ze strony wroga? A może ten wróg, który tyle razy oszukiwał, mówiąc o pokoju, wołając o rozejm, a może ten wróg i teraz i dzisiaj po to tylko zgodził się na propozycje nasze, żeby zyskać na czasie, żeby uśpić naszą czujność, żeby wykorzystać moją dobroduszność, moją dobrą wiarę i podejść nas z tyłu”.

Żołnierz słucha i zamyślił się.

Po chwili głos, zawsze żywy, nawet w zmęczonym człowieku ciągnie dalej: „Pokój pisać, to znaczy pisać umowę. Idziesz nająć mieszkanie. Ile razy zdarzy się, że już masz wynająć, gdy umowa nie dochodzi do skutku. Tu paskarz, gospodarzem zwany, powie ci nagle, że masz za dużo dzieci, albo dowiesz się, że woda nie dochodzi na twoje piętro. Umowa, co już miała być spisana, nie dochodzi do skutku… I wcale w tym twojej nie było winy. I znowu trzeba chodzić i szukać, rozpytywać się, a nieraz i zapłacić, aby mieszkanie wolne znaleźć i znowu zacząć się układać. Albo też i wrócić do dawnego gospodarza, wymóc naprawę podłogi, tapety w jednym pokoju, przyrzeczenia naprawy wodociągu… Wtedy pójdziemy znowu pisać kontrakt…”.

Tak mówi Rozwaga. Stara to przyjaciółka człowieka. Mówi przez nią mądrość pokoleń długich, nieskończonych, których żołnierz zmęczony jest dziedzicem, mówi też doświadczenie i obserwacja życia. Żołnierz zamyślił się i przypomniał sobie raz jeszcze wszystko, co wie, co słyszał o tych, z którymi walczyć o ziemię swoją musi.

Mija zmęczenie. Żołnierz rozumie, że od jego trwania i wytrwania zależy ten upragniony Pokój. Im więcej będzie trwał, im więcej wróg będzie z nim się musiał liczyć, tym warunki pokoju będą lepsze, tym pokój będzie trwalszy, tym zapłata za trudy, za znoje, za mękę, będzie poważniejsza. Inaczej będą o pokój pertraktowali ci, którzy się tam głowią nad tym, aby z honorem wojnę zakończyć i niepodległe istnienie nasze zawarować i umocnić, jeżeli czuć będą za sobą niezwalczoną wolę robotnika, który kości położy, a karabinu z dłoni nie wypuści. Ta świadomość, że robotnik stoi murem, doda im siły i otuchy. I wróg inaczej z nami będzie mówił, jeżeli poczuje, że mówi z nim Siła.

Żołnierz zapomina o zmęczeniu, odpędza od siebie precz Gnuśność, Zniechęcenie. Głęboko nabiera w piersi powietrza. Myśli o swoich, których w domu zostawił. Myśli o tym, co wczoraj w „Robotniku” czytał, o francuskim, o belgijskim towarzyszu broni, takim samym, jak on, robotniku.

Dziwna rzecz! Ten robotnik nienawidził wojny, zawsze przeciwko niej wojował, groził, że nie pójdzie na wojnę, że rzuci karabin, a gdy wróg mu kraj najechał i gdy mu broń w rękę dali, poszedł na front i walczył, i ginął w ciągu całych czterech lat. Tysiąc pięćset dni i nocy na froncie, w obozie i w polu! Tysiąc pięćset dni! Toć to szmat życia cały spędzony z dala od swoich, od miasta rodzinnego i wsi rodzinnej, od matki, od żony, od dziecka. Ile w tych długich miesiącach tygodni spędzonych na szpitalnym łożu! Ilu z kompanii padło, ilu pozostało!

Przecież i we francuskim i w belgijskim żołnierzu budził się głos nieraz na pewno, który mówił: „Dosyć, niech pokój piszą! Dosyć tej męki, tej poniewierki, tej nędzy, tych chorób, tych ran! Ja też żyć chcę. Co będzie, to będzie. Nie mogę dłużej!”.

A jednak ten żołnierz belgijski trwał i wytrwał do końca. Wróg mu kraj obrócił w perzynę. Zniszczył przemysł, zniszczył handel. Namawiał robotników, aby szukali pracy w Niemczech. Robotnik odmówił. Socjaliści niemieccy przyjeżdżali popierać te namowy. „Co was obchodzi – mówił w Domu Ludowym w Brukseli znany socjalista niemiecki, Herman Wendel, – niepodległość Belgii? Praca jest pracą. Robotnicy są braćmi. Pracę bierze się tam, gdzie się praca znajduje. Czy lepiej umrzeć z głodu, niż pracować w Hamburgu czy w Kolonii?”.

Robotnik odmówił. Wendel był w mundurze oficera niemieckiego, a ci, których zastał w Domu Ludowym, w sekretariacie Związków Zawodowych, wyprosili go za drzwi… Robotnik nie chciał pracy od Niemca. Nękał go głód, żył wyłącznie prawie z tego, co dawały komitety amerykańskie – a z kraju się nie ruszał. Niemiec pędził go do robót publicznych, porywał mu żony i córki, wywoził, katował, gwałcił – uparty Belg nie ustępował. Gdzie mógł, tam szkodził Niemcom. Urządzał zamachy. Roznosił po kraju listy i konspiracyjnie wydawane dzienniki antyniemieckie. Tracił [w rozumieniu: likwidował – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] szpiegów niemieckich, a sam tropił tajemnice i rządowi swemu przekazywał. Pod tym względem dokazywał cudów. Jego spryt, jego przenikliwość, jego odwaga budziły podziw wszystkich sztabów Ententy. Alianci wiedzieli wszystko, co się w Belgii dzieje, w całej Belgii, na całej przestrzeni zajętej przez wroga.

Od sierpnia 1914 aż po listopad 1918 roku, w ciągu tysiąca pięciuset z górą dni i nocy, stał w polu, leżał w okopie strzeleckim żołnierz francuski. Przetrzymał wszystko: nędzę i poniewierkę okupacji, mękę i niedolę okopu strzeleckiego, niebezpieczeństwo służby na froncie w ciągu długich czterech okresów zimowych. Przetrzymał i okupację północnych departamentów. Przetrzymał niedolę służby na froncie. Przetrzymał dwa blisko miliony strat w ludziach na froncie, milion zmarłych w szpitalach!

Cała Francja nosiła żałobę i wytrwała. Zapomniała o bólach, których serce matki przeboleć nie zdolne, w pracy. Te matki, te żony i siostry orały, siały, służyły na kolejach, dźwigały tłumoki, nosiły listy. Francja w ciągu tych czterech lat była tylko obozem, szpitalem, fabryką. W fabrykach broni pracowało trzysta tysięcy kobiet. Nie [da się] policzyć strat w ludziach, które ta ciężka, odpowiedzialna i niebezpieczna praca pochłonąć musiała.

Z frontu przychodził żołnierz i opowiadał, jak Niemiec zniszczył Francję, jak ją „zamordował” po prostu, jak obalił kominy fabryk w sześciu departamentach, jak miasta obrócił w perzynę, jak nie rozpoznasz w tych miastach ani ratusza, ani kościoła, ani rynku, ani ulicy. Jak trawa porosła ruiny, jak rozwalone, zdeptane, znieważone pociskami są nawet cmentarze. Jak pociski rozorały pola, wydobyły na wierzch podglebie, tu białe kredowe, ówdzie czerwone – w pasie glin urodzajnych. Jak sady wszędzie spiłowane, jak lasy w pół drzewa pościnane kulami armatnimi. Jak boleśnie razi oko widok lasu poranionego szrapnelami. Jak rzeki pod wpływem tych zmian, od pocisków tysiące razy powtarzanych, zmieniają koryta.

Wszystko to żołnierz widział. Zaciskał pięści i czekał. Zabijał w sobie tęsknotę do życia na wolności. Zabijał znużenie. Prowadzono go do ataku. Szedł posłusznie za oficerem, który mu drogę wskazywał, nie z tyłu, a przed nim. Ofensywy roku 1915, 1916, 1917 nie miały powodzenia. Przynosiły wielkie straty, nie posuwały sprawy naprzód.

Zniechęcenie mówiło w żołnierzu: „Dosyć, niech robią pokój! Nic z tego nie będzie!”. Znaleźli się i doradcy, dobrze schowani w bezpiecznych kancelariach na tyłach, którzy po cichu szeptali, jak gdyby wtórując znużeniu: „Trzeba pokój robić! Już robią pokój! Po co dłużej gnić błocie!”.

Żołnierz siedział wciąż w okopie. Brał cięgi od silniejszego wroga, zdarzało się, że brał i niewolnika. Od jeńców słyszał, że tam u wroga nie wszystko jak najlepiej stoi. Nędza, zmęczenie, amunicja na wyczerpaniu. Wróg udaje tylko, że zwycięża. Nadrabia miną.

Żołnierzowi francuskiemu i belgijskiemu w pomoc przyszli Amerykanie. Przywieźli pieniądze, armaty, przysłali milion żołnierza.

Ci, co chcieli za każdą cenę pokój zawierać, wołali: „Cóż nam po Amerykanach? Kiedyż z nich żołnierze będą! Lat na to trzeba. Francja trzy razy zginie, zanim pierwszy Amerykanin z amerykańskiej wystrzeli armaty!”.

Wróg rozumiał, że nie ma czasu zwlekać. Musi ostatni atak dopuścić, zanim żołnierz amerykański stanie w szeregu. Zebrał tedy wszystkie siły. Ściągnął z rosyjskiego frontu wszystkie swoje armie. Uderzył z całej siły. Zdawało się, że przychodził koniec Francji. Front angielski rozdarty. Front francuski rozdarty. W ciągu dwu miesięcy wróg posunął się tak daleko, jak nigdy od początku wojny nie był. Znowu setki tysięcy cywilnej ludności zapędzone na tyły niemieckie. Znowu wróg jest tuż u progu Paryża. Uciekają znowu tłumy paskarzy i nie paskarzy, armia zjadaczy chleba, co w herbie nosi zajęcze ucho.

A żołnierz, a robotnik paryski, ten rewolucjonista z powołania, ten wróg wojny z zawodu – siedzi wciąż w okopie! Nie ogląda się na pesymistów. Czyta wesołe gazety, które żołnierze wydają. Robi karykatury oficerów i generałów. Żartuje z oficerami, którzy mu odważnej dotrzymują kompanii. Wydrwiwa cywilów stroskanych, o długich nosach, o głowach zwieszonych, gdy na wypoczynek przychodził na tyły, cały w błocie, nie myty od tygodni, cały we wszach i od robactwa toczony. Cały świat nad nim łzy ronił. Gazeciarze dwu półkul świata podziwiali jego bohaterstwo, żałowali jego krwi, jego wysiłku. Mówili, że to bohaterstwo jest nadaremne, że Niemca żadna siła nie zmoże. Z wielkiej czułości serca płakali nad biedną Francją, której ostatnia przychodziła godzina.

Aż tu nagle świat dowiedział się, że się Niemiec cofa. Drgnął nad Marną, cofnął się o staję i znowu o staję i znowu o dziesięć kilometrów. Nie minęło dwa miesiące i Niemca już we Francji nie było. Prosił o pokój. Wnet o łaskę prosić był zmuszony.

To prosty żołnierz wygrał wielką wojnę na francuskim froncie. Na nic byłyby talenty wodzów, wielka nauka generałów, rozum polityków, gdyby ten prosty żołnierz nie był tej wojny wytrzymał. Gdyby ulegając zniechęceniu, zmęczeniu, wyczerpaniu fizycznemu i moralnemu, nie był usiedział w okopie. Czynił Niemiec wszystko, co mógł, aby żołnierza zniechęcić. Namawiał go do dezercji, nadsyłał agitatorów za pokojem, z aeroplanów sypał ulotki. Żołnierz nie dał się. Robotnik paryski poznał się na podstępnej grze nieprzyjaciela. Po tysiąc razy powtarzał sobie: trwać!

Trwać i wytrwać!

„Wojnę prowadzi się dla pokoju i pokój będzie zawarty, ale ja chcę takiego pokoju, który by zamykał ostatnią wojnę. Musimy wojnę skończyć tak, aby się nigdy więcej nie powtórzyła”.

Trwał tedy, aż przyszła chwila Pokoju, który był tryumfem.

Japończyk miał rację. Najczarniejsza noc bywa przed świtaniem! Wtedy przed samym końcem zwycięskim opanowuje żołnierza zmęczenie największe. Karabin nie chce strzelać. Wszyscy wkoło są zdenerwowani. Wtedy największa sztuka opanować siebie, odpędzić od siebie precz smutek i gnuśność i niewiarę. Stanąć mocno na posterunku, niesłabnącą ręką przyciskać karabin do ramienia i bronić ziemi rodzonej, ojczystej, domu, rodziny, a także ideałów Wolności i Równości i Braterstwa, za które się tyle lat przesiedziało w carskich więzieniach!

Żołnierz, co w okopie cierpi i ginie, za Wolność ginie. On, chłop i robotnik, jest gospodarzem tej ziemi, której broni. On ją urządzi. On jej reform przysporzy. On jej da szczęście i dobrobyt. On sam tylko, a nie bagnety cudzoziemców. Dziś robotnik broni nie tylko Ojczyzny, nie tylko prawa do Wolności, ale i prawa do Rewolucji Społecznej, która tylko jego rąk, jego mięśni, jego ofiary nieskończonej dziełem być może.

Stanisław Posner

Powyższy tekst to broszura wydana kilkakrotnie w czasie wojny polsko-bolszewickiej, w tym w sierpniu 1920 roku przez Komitet Robotniczy Obrony Warszawy, związany z Polską Partią Socjalistyczną. Była wydawana anonimowo. Rozpoczynająca ją dedykacja jest oczywiście sztafażem autora, mającym uwiarygodnić jej treść w oczach czytelników-żołnierzy; Posner faktycznie nie brał udziału w żadnych walkach ze względu na wiek i stan zdrowia. Od tamtej pory tekst broszury nie był wznawiany, poprawiono pisownię według obecnych reguł. Oprócz niej autor w czasie powojennych walk o ustalenie granic Polski napisał jeszcze dwie inne broszury skierowane do żołnierzy: „Rozejm” oraz „Żołnierz-obywatel”. Autorstwo Posnera dla tych anonimowo wydanych publikacji potwierdza m.in. partyjny i prywatny kolega autora, Feliks Perl, który z racji funkcji redaktorskich w wydawnictwach PPS posiadał w tej kwestii informacje z pierwszej ręki.

Stanisław Posner (1868-1930) – polski działacz socjalistyczny pochodzący ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. Na początku lat 90. XIX wieku związał się z nielegalnymi inicjatywami lewicowymi w zaborze rosyjskim. Był publicystą legalnych pism postępowych, w których promował rozmaite rozwiązania, m.in. spółdzielczość, związki zawodowe, prawa człowieka, samostanowienie narodów podbitych i uciskanych, zwalczanie prostytucji. W okresie rewolucji 1905 wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a po rozłamie w niej związał się z niepodległościową Frakcją Rewolucyjną. Od roku 1910 przebywał na emigracji politycznej we Francji, z której powrócił w roku 1919. W roku 1921 należał do grona pomysłodawców i założycieli Ligi Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od roku 1922 przez dwie kadencje był senatorem RP wybranym z listy Polskiej Partii Socjalistycznej w okręgu Kielce; w drugiej kadencji pełnił przez dwa lata, do śmierci, funkcję wicemarszałka Senatu. Autor setek artykułów i wielu większych publikacji.

Richard Henry Tawney: Przeciwko prawu absolutnej własności (1920)

Stosowanie tej doktryny [chodzi o doktrynę absolutnych praw jednostki, opisaną w rozdziale poprzednim – przyp. tłumacza] poddawano co prawda w praktyce, to znaczy w konfrontacji z pewnymi wyjątkowymi problemami społecznymi, pewnym ograniczeniom, tym niemniej, wszelkie takie ograniczenia miały właśnie wyłącznie charakter wyjątku. Co do istoty, koncepcję absolutnego charakteru praw jednostki uznaje się za rzecz samą przez się oczywistą i aż do wybuchu wojny [I wojny światowej] stanowiła ona podstawowe credo współczesnej cywilizacji przemysłowej. Jej najważniejszą implikacją jest zaś przekonanie, że podstawę i zwornik życia społecznego stanowią nie funkcje, lecz prawa; że prawa te nie wynikają z działalności społecznie celowej, ale są dane naturalnie. Stąd choć gromadzenie majątku i dysponowanie nim w oczywisty sposób zależą od świadczenia innym pewnych usług, a zatem są od nich zależne, to w sensie głębszym każda jednostka, która przychodzi na świat, ma przyrodzone prawo do swobodnego posługiwania się tym, co posiada, celem realizacji własnego interesu ekonomicznego. Przy czym prawo to ma charakter fundamentalny i pozostaje zupełnie niezależne od tego, jakie konkretnie usługi świadczyć będzie owa jednostka swym współobywatelom. Oczywiście, towarzyszyło temu założenie, że wolne korzystanie z tego prawa naturalnie doprowadzi do zaspokojenia realnych potrzeb społecznych. Zaspokojenie owo nie stanowi jednakże bynajmniej motywu i kryterium oceny produkcji, ale wtórną jej ledwie konsekwencję, osiąganą do tego niejako „przy okazji”, właściwie bez udziału świadomej intencji. Nie jest ono zasadą i standardem gospodarki, lecz produktem ubocznym, tak jak smoła jest produktem ubocznym procesu odgazowania węgla. Pojawienie się lub nie produktu ubocznego nie ma żadnego związku z oceną procesów zasadniczych. Jednostka jest bowiem w tym przypadku poniekąd absolutem, i choć społeczeństwo ma prawo domagać się od niej pewnych ustępstw w sytuacjach wyjątkowego zagrożenia, to gdy stan wyjątkowy mija, sprawy wracają do normalnego biegu, w warunkach normalnych zaś bezwzględny charakter praw jednostki jest poza dyskusją.

Przekonanie to odcisnęło w XIX wieku ogromne piętno na historii tak Anglii, jak Ameryki. Do odziedziczonej po przeszłości koncepcji absolutnego charakteru prawa własności dołożono drugą, której źródła również można szukać w historii, ale która prawdziwą popularność zyskała dopiero wraz z narodzinami gospodarki kapitalistycznej. Chodzi o koncepcję, że jakakolwiek interwencja państwowa ograniczająca w pewien sposób możliwości indywidualnego zysku musi być z gruntu nieroztropna lub niesprawiedliwa. Dlatego też każda próba uczynienia odpowiedzialności społecznej warunkiem korzystania z prywatnego majątku czy realizacji indywidualnego interesu gospodarczego spotykała się za każdym razem ze zdecydowanym oporem. Wszyscy znamy opowieść o owej wielkiej walce, jaką stoczyły ze sobą w dziewiętnastym stuleciu humanitarystyczny sentymentalizm i osiemnastowieczna teoria własności. Nigdy nie zapomnimy sprzeciwu, jaki podnoszono w imię prawa własności wobec wszystkich propozycji reformy prawa pracy, reformy mieszkaniowej, zakazów spekulacji, a nawet wprowadzenia obowiązku podłączania domów czynszowych do kanalizacji. „Czy nie mogę robić ze swoim tego, co mi się podoba?” – taką odpowiedź słyszało państwo angielskie od prywatnych właścicieli zawsze, gdy próbowało zapewnić minimum bezpieczeństwa i higieny lokatorom i pracownikom fabrycznym. Nawet dziś jeden angielski landlord może zablokować, a przynajmniej znacznie skomplikować plany rozwoju infrastruktury miejskiej ustalając zaporowe ceny gruntów, ponieważ naszym samorządom brak odpowiednich instrumentów prawnych do przeprowadzenia wykupu przymusowego, stają zatem przed dylematem: bankructwo czy przeludnienie? Procedury wykupu ziemi, czy ogólnie zwiększenia prerogatyw jakiejkolwiek instytucji publicznej, zostały obwarowane dziesiątkami kruczków prawnych w taki sposób, aby jak najbardziej chronić posiadaczy i uniemożliwić podporządkowanie ich praw interesowi publicznemu – dokładnie dlatego, że w mentalności przeciętnego Anglika prawa jednostki wciąż zachowują status naturalnego absolutu, dobro społeczne zaś uważa się za wtórne i względne.

Nikomu też zapewne nie trzeba przypominać, jaki wpływ wywarła ta doktryna na prawo podatkowe. Podatki dochodowe dopuszczano wyłącznie jako środek tymczasowy, ponieważ w ogólnym przekonaniu jednostka powinna w normalnych warunkach wydawać swoje pieniądze wyłącznie na własne potrzeby, bez oglądania się na społeczeństwo. Podatek spadkowy denuncjowano jako kradzież, ponieważ samo jego istnienie implikuje, że prawo dziedziczenia zależy od sankcji społecznej. Budżet roku 1909 wywołał tak ogromną awanturę wcale nie ze względu na wysokość podatków gruntowych – w liczbach bezwzględnych przychody z nich przedstawiały się wprost śmiesznie – ale dlatego dokładnie, że w odczuciu ogólnym opierał się on na koncepcji, wedle której prawo własności nie ma charakteru absolutnego i korzystanie z niego może wiązać się z pewnymi specjalnymi zobowiązaniami wobec innych, co wiedzie – jeśli przemyśleć to stanowisko logicznie i do końca – w prostej linii do jego relatywizacji.

Relatywny charakter prawa własności to rzecz nie do przyjęcia dla tych, którzy wychowani zostali w przekonaniu, że swoboda dysponowania własnym majątkiem i prawo do nieograniczonej ekspansji ekonomicznej to święte i niezbywalne prerogatywy człowieka. Ogólnie biorąc, takie pojmowanie prawa własności miało do niedawna w Anglii ledwie kilku poważnych przeciwników. W efekcie nie kwestionowano absolutnego charakteru prawa własności nawet w tych przypadkach, w których korzystanie z niego nie przynosiło żadnej zgoła korzyści społecznej ani bezpośrednio, ani nawet pośrednio. Nikt przecież nie uważa, że właściciel ziemski qua właściciel pełni jakąkolwiek funkcję społeczną. Pobiera prywatne podatki, to wszystko. A jednak prywatna własność gruntów miejskich ma się w Anglii tak dobrze, jak sto lat temu. I tak Lord Hugh Cecil [1], w swojej niezwykle interesującej książeczce na temat kapitalizmu otwarcie stwierdza m.in., że niezależnie od tego, czy ze swojej własności korzystamy w sposób godziwy, czy niegodziwy, społeczeństwo nie ma prawa interweniować, każda interwencja w procesy ekonomiczne bowiem to de facto kradzież, a kradzież jest grzechem. Nie ma chyba ani jednego człowieka na świecie, który twierdziłby, że marnowanie tak ogromnych obszarów na prywatne parki czy tereny łowieckie w jakikolwiek sposób przyczynia się do pomnożenia dobra publicznego. Mimo to jednak nasi mali monarchowie trzymają się mocno na swoich lokalnych stolicach i wciąż kładą dla zabawy na łowach tysiące zajęcy. Nikt już nie może twierdzić, że „niewidzialna ręka rynku” zmusza monopolistę do działania w interesie ogółu. Tym niemniej, w wielu sektorach naszej gospodarki (jak pokazują to niedawne raporty państwowe), konkurencja właściwie nie istnieje. Przerodziła się w monopolistyczne kombinaty, korzystające z prawa własności w sposób równie swobodny, co jednostki. I nikt nie może utrzymywać, że górnictwo upadnie bez płacenia prywatnemu ziemianinowi za licencję na wydobycie, albo że statki handlowe przestaną pływać, jeśli ich właściciele nie będę zarabiać na każdym kursie 50% włożonego kapitału. A jednak kopalnie wciąż muszą płacić wysokie odstępne, a właściciele okrętów wciąż zarabiają fortuny i otrzymują tytuły szlacheckie.

W tym właśnie momencie, gdy wszyscy debatują nad koniecznością zwiększenia społecznej produkcji bogactwa, ostatnią rzeczą – jak się wydaje – jaka może przyjść do głowy przeciętnemu angielskiemu urzędnikowi, jest postawić pytanie, dlaczego tak wiele z tego bogactwa powinno marnować się w przedsięwzięciach bezsensownych czy służyć pokryciu nieproporcjonalnie wielkich kosztów generowanych przez inicjatywy przynoszące znikomą ledwie korzyść społeczną – albo nieprzynoszące wręcz żadnej. Płacenie prywatnym właścicielom za użytkowanie ich majątku, nawet jeśli oni sami w całej sprawie ani palcem nie kiwną, stało się w Anglii rzeczą tak naturalną, że gdy – w momencie zagrożenia samego bytu narodowego – wystąpiła konieczność rozpoczęcia eksploatacji nowych złóż ropy naftowej, nasz rząd zupełnie na serio zobowiązał się płacić właścicielom ziemskim, na których majątkach miano rozpocząć wydobycie, specjalną daninę od każdego galonu surowca, choć właściciele owi do tego czasu nie mieli nawet pojęcia, że pod ich gruntami znajduje się ropa. Na każdą zaś wypowiedź podającą w wątpliwość, czy podobny idiotyzm naprawdę stanowi kwestię „moralnego obowiązku narodu”, reaguje się dzisiaj świętym oburzeniem! Takie prawa to nie prawa – to zwykłe przywileje. Bo przywilej właśnie można zdefiniować jako prawo nieskorelowane z funkcją społeczną.

Krótko mówiąc: w powszechnym przekonaniu dysponowanie prywatnym majątkiem i posunięcia ekonomiczne nie muszą być społecznie sensowne, ponieważ stanowią kwestię absolutnych prerogatyw jednostki, nieskorelowanych z żadną funkcją użyteczną dla ogółu. I nawet jeśli w sensie intelektualnym doktrynę tę udało się już obalić, to jednak w sensie praktycznym właśnie na niej wciąż opiera się nasza organizacja społeczna. Jak wolno ulega ona nawet najbardziej niepodważalnym i oczywistym argumentom wskazującym na jej nieadekwatność, widać dobrze na przykładzie stosunku liderów świata biznesu do wojennych regulacji gospodarczych. Państwowa kontrola nad koleją, górnictwem i transportem morskim, wyjęcie dystrybucji surowców spod praw konkurencji handlowej i powierzenie jej publicznym instytucjom, regulacja cen, próby ukrócenia spekulacji – wszystkie te środki w konkrecie praktyki mogły okazać się skuteczne lub nieskuteczne, przemyślane bądź nieprzemyślane. Więcej nawet – istotnie, wiemy, że niektóre okazały się po prostu głupie, jak choćby zakaz importu, wprowadzony w momencie, w którym trzeba odbudować kraj po pięciu latach ruiny, że inne z kolei, nawet jeśli teoretycznie jak najbardziej właściwe, w praktyce zostały błędnie wykorzystane. Gdyby atakowano je dlatego, że utrudniają skuteczne pełnienie funkcji społecznych – gdyby wszyscy potentaci gospodarczy świata porozumieli się i powiedzieli opinii publicznej to, co powiedziało ledwie kilku z nich (ku swojej wielkiej chwale): „Akceptujemy politykę państwa, kwestionujemy jedynie sposób jej realizacji; zgadzamy się, że transakcje powinny być czyste: konkretna suma pieniędzy za konkretną usługę, co więcej – sami dołożymy starań, aby takie właśnie były” – gdyby tak się stało, powiadam, moglibyśmy spierać się o fakty, co do zasad wszakże, panowałaby pełna zgodność.

W rzeczywistości jednak, lwia część krytyki kierowanej pod adresem polityki państwowej prowadzonej podczas wojny, miała naturę zupełnie przeciwną. Protestowano nie dlatego, że restrykcje gospodarcze ograniczały możliwości działań społecznie użytecznych, lecz ponieważ ograniczały one indywidualne zyski – nie dlatego, że przez nie handlowcy nie mogli pomóc swemu społeczeństwu, ale dlatego, że utrudniono im akumulację kapitału. Krótko mówiąc: nie dlatego, że uniemożliwiały przekształcenie procesów gospodarczych w sensowne funkcje społeczne, ale dlatego właśnie, że o mały włos się to udało! Jeżeli wierzyć raportom doradców komisarza do spraw górnictwa węglowego, akcjonariusze naszych kopalni mieli się podczas wojny zupełnie dobrze. A jednak próba ograniczenia ich dochodów o 50% została określona przez Lorda Gainforda [2] mianem „pospolitej konfiskaty, grabieży w biały dzień”. Potentaci przemysłowi (znów: z kilkoma chwalebnymi wyjątkami) wyraźnie oczekują, że po normalizacji warunków ponownie będą mogli prowadzić swoje interesy wyłącznie dla własnego zysku, to znaczy że nie zostaną one podporządkowane (jak stało się to częściowo podczas wojny) korzyści społecznej.

Przyznać bowiem, że zaspokojenie potrzeb społecznych to właściwy standard oceny działań gospodarczych, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pozbawić prawo własności jego absolutnego charakteru i ujrzeć je takim, jakim jest – to znaczy jako wtórne i względne: skorelowane z funkcją społeczną, a zatem możliwe do zawieszenia w wypadkach, w których korzystanie z niego takiej funkcji nie służy. Krótko mówiąc: w milczący sposób przyjąć zasadę, że aktywność gospodarcza i własność istnieją dla dobra społecznego, choć w dotychczasowej mentalności świata biznesu sprawy miały się dokładnie na odwrót, i to społeczeństwo traktowano wyłącznie jako narzędzie pomnażania prywatnych majątków. Dla tych, którzy uznają te archaiczne poglądy nie jak wielu, bo muszą – ale dlatego, że pozwoliły im one zgromadzić fortunę i wspiąć się na szczyt drabiny społecznej, podobne odwrócenie relacji środków i celów musi wydawać się niczym innym, jak rewolucją. Oznaczałoby ono bowiem dla nich konieczność usprawiedliwiania przed (jak moglibyśmy powiedzieć) trybunałem zbiorowości korzystania z tych praw, które dotąd uważali za święte i nienaruszalne.

Przez większą część wieku XIX owo napięcie, istniejące między prawami jednostki a funkcją społeczną, ukrywano za parawanem doktryny o „naturalnej harmonii” między korzyściami indywidualnymi a dobrem ogółu. Konkurencja, utrzymywano, stanowi dobry substytut osobistej uczciwości. Dziś, po dekadach krytyki, z tego intelektualnego ersatzu nie zostało już praktycznie nic i niewielu znajdzie się takich, którzy wciąż trwaliby przy owej przedziwnej mieszance optymizmu i moralnego bankructwa, która pozwalała osiemnastowiecznym ekonomistom stwierdzać: „Chciwość ogranicza chciwość, a żądza zysku nakłada sama sobie odpowiednią miarę”. Czynienie z praw jednostki osi i centrum życia społecznego wciąż stanowi najistotniejszy element polityki i organizacji społecznej industrializmu. Ogromna praca, jaką intelektualiści europejscy wykonali w celu obalenia naiwnego przekonania, że interesy publiczny i prywatny naturalnie się pokrywają, a ludzki egoizm jest narzędziem Bożej Opatrzności, stanowiącego w ubiegłym stuleciu usprawiedliwienie ekonomicznego egotyzmu, przyniosła zaskakująco mizerne skutki. Ekonomiczny egotyzm to wciąż współczesna religia państwowa; jest zaś tak dokładnie dlatego, że doktryna o naturalnej harmonii interesów nie stanowi bynajmniej istoty leseferyzmu. Była ledwie jego „barbakanem”, nie twierdzą. Twierdza wciąż pozostaje niezdobyta.

Tym, co nadało systemowi przemysłowemu jego moc i charakter, jego zwartą strukturę i niebywałą twardość, nie jest bynajmniej teoria harmonii interesów, nie. Jest nią doktryna o przedustawności praw jednostek wobec funkcji społecznych, czyniąca je jakością samą w sobie, niewymagającą sankcji wyższego autorytetu. Czyli głosząca, w sensie praktycznym, że można z nich korzystać bez oglądania się na dobro ogółu. Dzisiaj pogląd ten przynosi skutki jeszcze gorsze, niż we wczesnym wieku XIX. Bo nasi lordowie biznesu już nie konkurują między sobą, a zamiast tego zawiązują kombinaty, wygasł również stary spór kapitału ruchomego i nieruchomego. Raison d’etre nowego konserwatyzmu wydaje się zorganizowanie społeczeństwa – tak przy pomocy środków politycznych, jak stricte ekonomicznych – w taki sposób, by niezależnie od przyszłych zawirowań zabezpieczyć możliwie najpełniej zyski czerpane obecnie przez wielkich potentatów nie za konkretne usługi, ale dlatego, że mają oni do nich „prawo”. Stąd unia dwóch partii „starego porządku” [liberałów i konserwatystów – przyp. tłumacza], propozycje wzmocnienia Izby Lordów, powrót do protekcjonizmu, szybkie tworzenie nowych monopoli i nieustanne próby kupienia przy pomocy szklanych paciorków bardziej wpływowej części klasy robotniczej. Rewolucje, jak pokazują to liczne gorzkie doświadczenia przeszłości, niemal zawsze upodabniają się do rządu, który obaliły. I czy naprawdę powinno nas to dziwić, że doktrynę absolutnych praw właścicieli zastępuje coraz częściej doktryna absolutnych praw pracowników – mniej szkodliwa i nieludzka, prawda, ale równie dogmatyczna i głupia?

Społeczeństwo, które chciałoby uczynić akumulację kapitału zależną od wypełniania obowiązków wobec ogółu, które płaciłoby tylko za konkretne, pożyteczne społecznie usługi, a nie tym, którzy żadnej usługi nikomu nie świadczą, dla którego najważniejsze byłoby nie to, ile człowiek ma, ale w pierwszym rzędzie to, co może zrobić, stworzyć lub osiągnąć, moglibyśmy określić mianem społeczeństwa funkcjonalnego – bo główny nacisk padałby w nim właśnie na pełnienie funkcji społecznych. Takie społeczeństwo wszakże nie istnieje obecnie nigdzie na świecie, choć jego miraż – istotnie – migotał w przeszłości na horyzoncie myślenia. Społeczeństwa współczesne dbają przede wszystkich o zabezpieczenie praw jednostek, funkcje zostawiając – chyba że w sytuacjach wyjątkowych – własnemu losowi. Główną motywacją, nadającą charakter i koloryt ich instytucjom publicznym, ich polityce i politycznej refleksji, jest nie pragnienie zrobienia czegoś dla dobra ogółu, lecz bezustanne dążenie do ułatwienia jednostkom osiągania tych celów, które one uznają za słuszne dla siebie. Jeśli zapytalibyśmy dowolnego przedstawiciela takiego społeczeństwa o cel czy zasadę życia zbiorowego, bez wątpienia otrzymalibyśmy jakąś luźną trawestację Benthamowskiej maksymy o „możliwie największym szczęściu możliwie największej liczby obywateli”. Powiedzieć wszakże, iż celem życia społecznego jest szczęście, to pozbawić go w ogóle jakiegokolwiek celu. Szczęście bowiem, z konieczności ma naturę indywidualną i czynić je naczelną zasadą życia wspólnego to w praktyce wydawać owo życie na pastwę nieokiełznanych ambicji jednostek, z których każda dąży wyłącznie do jakiegoś celu osobistego.

Tego typu społeczeństwo z kolei nazwać można społeczeństwem akumulacji kapitału – bo jego jedyny cel, ich raison d’etre, stanowi właśnie samo dla siebie bogacenie się. Koncepcja ta musi poruszać w duszy ludzkiej jakąś czułą strunę – nieprzypadkowo przecież uległ jej urokowi cały świat współczesny. Odkąd industrializm po raz pierwszy ujawnił w Anglii swą porażającą siłę, idzie przez świat dosłownie jak taran, zapuszczając korzenie nawet w tych państwach, których do niedawna był jeszcze kompletnie obcy, czego przykładami są Rosja, Japonia, Indie i Chiny, tak że każda dekada właściwie staje się świadkiem rozrostu jego wpływów. Sekret zaś tego triumfu jest jasny. Polega on na stworzeniu ludziom nieograniczonych niemal możliwości korzystania z tych mocy sprawczych, w które wyposażyły ich natura czy społeczeństwo, wrodzony talent, energia czy egotyzm, albo po prostu ślepy los, bez oglądania się na to, czy przynosi to komukolwiek innemu jakąkolwiek korzyść. Industrializm usprawiedliwia determinowane klasowo różnice w sprawczości społecznej jako „konieczny element życia” i całą energię kieruje ku wzmocnieniu pozycji tych, którzy władzę już mają, względnie mogą ją łatwo zdobyć, tak aby mogli oni bez przeszkód używać jej do realizacji własnego interesu i wzmocnienia swojej pozycji. Skupiając uwagę społeczeństwa nie na wywiązywaniu się ze zobowiązań wobec zbiorowości – które w sposób istotny ograniczają pole indywidualnego działania, ale jednocześnie nadają owemu działaniu sens i celowość – lecz na realizacji interesu indywidualnego, otwiera możliwość nieograniczonego niemal gromadzenia dóbr, a zatem folguje jednemu z najpotężniejszych instynktów ludzkiej natury. Silnym oferuje zupełną swobodę używania własnej siły, słabym – nadzieję, że kiedyś oni także staną się silni. Przed oczyma wszystkich stawia złoty puchar, wspaniałą nagrodę, którą nie wszyscy rzecz jasna zdobędą, ale o którą wszyscy mogą przynajmniej walczyć – zawrotną wizję nieograniczonej ekspansji ekonomicznej. Mówi każdemu człowiekowi: „Nie ma potrzeb poza twoimi potrzebami, nie ma praw poza twoją chęcią, nie ma żadnych ograniczeń poza tymi, które sam sobie nałożysz”. W ten sposób czyni jednostkę centrum jej własnego, subiektywnego wszechświata, a wszystkie zasady moralne sprowadza do kalkulacji kosztów. Dodatkowo niesłychanie upraszcza najważniejsze dylematy życia w dużych wspólnotach – jako iż likwiduje kompletnie rozróżnienia między typami działalności gospodarczej, źródłami dochodu, między godziwym zyskiem a niemoralną zachłannością, między przedsiębiorczością a chciwością, własnością nabytą godziwie a tą pochodzącą z kradzieży, normalnym cieszeniem się owocami własnej pracy a pasożytniczym życiem milionera, ponieważ wszystkie zjawiska ekonomiczne traktuje dokładnie tak samo i wszystkim wpaja przekonanie, że nadmiar lub niedomiar, marnotrawstwo czy niekompetencja, nie wymagają interwencji państwowej, która zapobiegałaby ich katastrofalnym skutkom, ponieważ automatycznie niemal reguluje je mechaniczna gra sił rynkowych.

Pod wpływem podobnych idei ludzie nie stają się bynajmniej, jak się nam czasem wmawia, mądrzejsi, wrażliwsi czy bardziej religijni. Bo religia, mądrość i wrażliwość implikują akceptację ograniczeń. Stają się za to potężni i bogaci. Biorą ziemię w dziedzictwo i odmieniają oblicze świata, nie zważając na to, że stracili duszę. I wciąż cieszą się owym nędznym kikutem wolności, jaki oferuje im rzeczywistość, w której nic nie stoi na drodze między bogactwem a tymi, którzy – z urodzenia, talentu bądź wyroku fortuny – mają dość siły, aby po nie sięgnąć. Ani społeczeństwu, ani jednostce nietrudno bowiem wcale osiągać wyznaczone cele – pod warunkiem, że są one odpowiednio uproszczone, no i że nie rozprasza ich uwagi przesadnie refleksja nad innymi wymiarami życia. Ktoś, kto za jedyny cel istnienia stawia sobie wykorzystanie możliwości życiowych, kwestię odpowiedzialności zaś bierze w nawias, wyznacza sobie zadanie naraz zrozumiałe i w pełni wykonalne. Wiek osiemnasty je wyznaczył. Wiek dwudziesty o mały włos go nie wykonał. A nawet jeśli nie wykonał, to na pewno przygotował grunt. Narodową produkcję bogactwa per capita szacowało się w 1914 roku w Anglii na dwieście funtów. I jeżeli rodzaj ludzki nie zdecyduje się oddać swego materialnego dobrobytu ambicjom i terrorowi partykularystycznych nacjonalizmów, wszystko wskazuje na to, że do roku 2000 suma ta się podwoi.

Richard Henry Tawney

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to II rozdział książki autora pt. „Acquisitive Society” z roku 1920. Tytuł polskiego tłumaczenia pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Richard Henry Tawney (1880-1962) – angielski historyk idei, religii i życia gospodarczego. Absolwent Oxfordu. Żołnierz podczas pierwszej wojny światowej, ranny w bitwie pod Sommą. Po wojnie pracował naukowo na różnych uniwersytetach brytyjskich i gościnnie zagranicą. Ceniony i renomowany historyk zajmujący się związkami sfery religijnej z życiem gospodarczym, autor m.in. głośnej książki „Religia a powstanie kapitalizmu” (jedynej jego pracy przełożonej na polski), polemizującej ze znanymi tezami Maxa Webera. Za działalność naukową otrzymał tytuł doktora honoris causa 8 uniwersytetów, w tym Oxfordu i Sorbony. Przez niemal całe dorosłe życie związany z brytyjskim ruchem socjalistycznym. Od roku 1906 należał do Fabian Society, po I wojnie działał w Niezależnej Partii Pracy, a następnie w Partii Pracy, aktywność naukową i edukacyjną łączył z zaangażowaniem jako ekspert i negocjator w brytyjskich związkach zawodowych, szczególnie w górnictwie. Był wpływowym orędownikiem bezpłatnej edukacji na szczeblach wyższych niż tylko podstawowy. Należał do nurtów w ruchu robotniczym zwanych „socjalizmem chrześcijańskim” i „socjalizmem etycznym”. Był przyjacielem i współpracownikiem arcybiskupa Williama Temple’a oraz głównego twórcy brytyjskiego państwa dobrobytu Williama Beveridge’a.

Przypisy:

1. Hugh Richard Heathcote Gascoyne-Cecil, pierwszy baron Quickswood (1869–1956) – konserwatywny polityk angielski, zwolennik wolnego handlu i przeciwnik rozluźnienia unii z Irlandią, Walią i Szkocją.

2. Joseph Albert Pease, pierwszy baron Gainford (1860–1943) – angielski polityk liberalny, minister w rządach premiera Asquitha, potentat węglowy.