przez Łukasz Misiuna | niedziela 9 października 2022 | opinie
Od kwietnia 2019 roku trwa bezprawna procedura prowadzona przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska, której celem jest usunięcie z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego bezcennego przyrodniczo i kulturowo fragmentu o powierzchni 1,35 ha na szczycie Łyśca. W piątek 30 września 2022 roku Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła raport, w którym stwierdza, że rządowe prace legislacyjne nad tym projektem są „nieuprawnione” i wzywa premiera polskiego rządu do przywrócenia stanu zgodnego z prawem. Wniosek o przeprowadzenie kontroli złożyło kieleckie Stowarzyszenie Społeczno-Przyrodnicze MOST. Autorem wniosku byłem ja. Wniosek został złożony za pośrednictwem kancelarii prawnej adwokata Andrzeja Gąsiorowskiego.
Nieutracone wartości Łyśca
O sprawie wielokrotnie pisałem na różnych jej etapach. Przypomnę, że kolejni ministrowie resortu środowiska począwszy od Henryka Kowalczyka przez Michała Wosia i Michała Kurtykę po Annę Moskwę twierdzili, jakoby najpierw 5 ha, a później już tylko 1,35 ha na Łyścu utraciło swoje wartości przyrodnicze i kulturowe. Bowiem tylko w takich okolicznościach możliwe jest zgodne z polskim prawem zmniejszenie obszaru parku narodowego.
Kluczowy w tej kwestii jest spójnik „i”. Zgodnie z ustawą, która nadal obowiązuje, tylko nierozłączne wystąpienie obu okoliczności (utraty wartości kulturowych i przyrodniczych) pozwala na usunięcie z granic parku narodowego danego terenu.
Pozostaje jeszcze kwestia wykazania utraty wartości. Tu ministerstwo nie popisało się. Nie wykonano żadnej oceny wartości przyrodniczych ani ich utraty w odniesieniu do stanu wcześniejszego. Tylko porównując stan „sprzed” i „po” można wskazać ewentualną różnicę. Nie wykonano tego. Nawet gdyby jednak dokonano takiej oceny, należałoby – w przypadku stwierdzenia utraty wartości – wskazać, co lub kto odpowiada za tę utratę. Mimo że ministerstwo twierdziło przez trzy lata, iż teren utracił wartości przyrodnicze, nigdy nie przedstawiono stosownej dokumentacji. Mimo że zadawałem oficjalne pytania o to, kto w takim razie jest odpowiedzialny za tę rzekomą utratę, albo nie uzyskiwałem odpowiedzi, albo – w przypadku ministra Henryka Kowalczyka – dowiedziałem się, że odpowiedzialny jest… zaborca austriacki. Absurd tego twierdzenia odbiera mi możliwość polemiki z nim.
Co do wartości kulturowych, to nikt nie twierdził, że utraciły swoje wartości. Na działkach przeznaczonych do usunięcia z granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego znajduje się bowiem zabytkowy, pobenedyktyński klasztor. Zresztą znaczna część wierzchowiny Łyśca objęta jest ochroną konserwatora zabytków, klasztor jest Pomnikiem Historii ustanowionym przez Prezydenta RP, a cały teren jako rezerwat przyrody chroniony jest od 1924 roku i nawet niemieckie, ciężkie bombardowanie w 1939 roku nie uczyniło tam takich szkód, które uniemożliwiłyby powołanie tu parku narodowego w 1950 roku, trzeciego w Polsce. Obecnie teren ten jest też chroniony w ramach obszaru Natura 2000 Łysogóry.
Chcąc pomóc ministrom, zorganizowałem na Łyścu badania naukowe. Jednoznacznie wykazały one, że teren ten zachowuje wysokie, unikalne wartości przyrodnicze. Na badania otrzymałem stosowne zgody. W zespole badawczym znaleźli się uznani krajowi eksperci. Ministerstwo i dyrekcja ŚPN nie przejęły się dokumentem.
Zarzewie konfliktu
Na czele powodów konfliktu w opisywanej sprawie oraz kryzysu prawa ochrony przyrody stoją zakonnicy zajmujący obecnie klasztor. To Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Kiedy kilka lat temu ówczesna dyrekcja ŚPN rozpoczęła prace nad Projektem Planu Ochrony ŚPN, to właśnie zakonnicy sprzeciwili się proponowanym zapisom mówiącym o limitowaniu dewastującego Łysiec masowego ruchu pielgrzymkowo-turystycznego. Zresztą w opinii organizacji pozarządowych na Łyścu należało wprowadzić wiele innych restrykcji, których celem miało być zachowanie przyrody Parku w dobrym stanie. Stało to i stoi w sprzeczności z biznesowymi zamierzeniami Oblatów, o czym świadczą przypadki organizowania na Łyścu, w samym sercu ŚPN, takich imprez, jak zlot kilku tysięcy motocyklistów ze swoimi maszynami.
Wykorzystując „dobrą zmianę”, zakonnicy rozpoczęli lobbing na rzecz wyłączenia szczególnie interesującego ich fragmentu na Łyścu, co doprowadziło do wstrzymania prac nad kluczowym dla Parku dokumentem, jakim jest Plan Ochrony.
Wskutek moich intensywnych działań (pisma, artykuły prasowe, organizacja manifestacji, petycje, powiadomienie instytucji państwowych, udział w bezprawnych konsultacjach społecznych, list do papieża itp.) minister Michał Woś wymyślił, że skoro nie da się sprawy załatwić samym wycięciem z granic ŚPN 1,35 ha i w ten sposób zmniejszeniem jego powierzchni, to… zwiększy powierzchnię Parku o 62,5 ha w innym miejscu. To w oczywisty sposób manipulacja obowiązującym prawem, bo nie da się amputować ręki i doszyć garbu, a potem twierdzić, że ma się większe i zdrowsze ciało.
Głos NIKu
Wobec głuchoty na głos społeczny oraz głos środowiska naukowców oraz wobec arogancji kolejnych ministrów środowiska, a później klimatu i środowiska, zdecydowałem, że sprawę należy zgłosić do Najwyższej Izby Kontroli. Pismo słane za pośrednictwem kancelarii prawnej datowane jest na 1.01.2021 roku. Odpowiedź na nie została opublikowana dopiero 30.09.2022. Swoją drogą NIK w raporcie dezinformuje, pisząc, że sprawą zajął się z własnej inicjatywy. Jestem w posiadaniu złożonego przeze mnie i mecenasa Gąsiorowskiego pisma alarmującego tę instytucję o całej patologii.
Niezależnie od tego, NIK nie zostawia suchej nitki na bezprawnej procedurze dopychanej kolanem przez ponad trzy lata. NIK tak komentuje te ekwilibrystyki Michała Wosia, sekretarz stanu Małgorzaty Golińskiej i następców:
„Ustawa o ochronie przyrody (dalej: uoop) w art. 10 ust. 1a stanowi, że likwidacja lub zmniejszenie obszaru parku narodowego może nastąpić wyłącznie, gdy dany obszar bezpowrotnie utracił wartości przyrodnicze i kulturowe. W trakcie prac nad projektem przedmiotowego rozporządzenia minister właściwy do spraw środowiska nie wykazał zaistnienia tej przesłanki wobec planowanego do wyłączenia z obszaru ŚPN terenu położonego na wzgórzu Święty Krzyż o pow. ok. 1,35 ha, co Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie”, oraz: „Resort podczas prac legislacyjnych argumentował, że ŚPN nie ulegnie zmniejszeniu, albowiem do jego obszaru planowanie jest włączenie innych działek o łącznej powierzchni 62,5 ha. Zdaniem NIK, takie podejście może doprowadzić do wystąpienia niebezpiecznego precedensu, bowiem pod pretekstem powiększenia granic parku narodowego będzie możliwie wyłączanie z jego granic obszarów cennych przyrodniczo i kulturowo”.
NIK wskazał też, że nie podważono wartości kulturowych Łyśca, co uniemożliwia wyłączenie tego fragmentu z granic ŚPN. Tym samym powtórzono wszystkie najważniejsze argumenty, które podawałem od samego początku tej sprawy, gdy nikt nie traktował jej poważnie i nie starał się zbić na niej własnego kapitału.
Na koniec swojego raportu NIK wzywa premiera Morawieckiego: „Jako że wyniki kontroli wskazują na brak przesłanek do wyłączenia trzech działek z obszaru ŚPN, Najwyższa Izba Kontroli wnosi o podjęcie działań mających na celu nowelizację rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 10 grudnia 2021 r. w sprawie Świętokrzyskiego Parku Narodowego, polegającą na ponownym włączeniu w granice ŚPN działek ewidencyjnych stanowiących własność Skarbu Państwa, leżących na terenie gminy Nowa Słupia, o nr 2039/1, 2039/2, 2039/3 o łącznej powierzchni 1,3447 ha, tworzących enklawę na wzgórzu Święty Krzyż” oraz ministra klimatu i środowiska: „wydanie rozporządzenia ustanawiającego plan ochrony dla ŚPN, na podstawie art. 19 ust. 5 uoop”.
Co teraz?
Niedawno zakończyły się kolejne konsultacje społeczne Projektu Planu Ochrony Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W nich nie wziąłem udziału. Uważam, że nie wolno konsultować dokumentu, który ma sankcjonować bezprawie. Bo w nowym Projekcie PO ŚPN nie przewidziano miejsca dla 1,35 ha na Łyścu.
Dysponując krytycznymi opiniami Państwowej Rady Ochrony Przyrody, Polskiej Akademii Nauk, Rady Naukowej Świętokrzyskiego Parku Narodowego, a teraz Najwyższej Izby Kontroli w sprawie ministerialnych pomysłów bezprawnego zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego, można oczekiwać, że ten lub któryś kolejny rząd przywróci na Łyścu prawo. To nadal własność Skarbu Państwa, a nie jednej z grup religijnych.
NIK jest organem konstytucyjnym i niewykonanie jego zaleceń będzie przypadkiem złamania ustawy zasadniczej.
Tymczasem Oblaci wystąpili do Starosty Kieleckiego z wnioskiem o nieogłaszanie przetargu na sprzedaż 1,35 ha na Łyścu i domagają się prawa zakupu tego terenu z 99-procentową bonifikatą.
Łukasz Misiuna
Autor na naszych łamach prezentuje sprawę od kilku lat, w tym zamieścił tutaj pierwszy w Polsce artykuł opisujący ten problem:
Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?
Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)
Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu
Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?
Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?
Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym
Świętokrzyski Lunapark Narodowy
Przemoc instytucjonalna w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Z Parku znika fragment Łyśca
Śmierć w borze jodłowym
przez Karol Trammer | wtorek 20 września 2022 | opinie
Między Polską a Czechami brakuje lokalnych połączeń kolejowych. Planowana budowa kolei dużych prędkości nie rozwiąże tego problemu.
Spółka Centralny Port Komunikacyjny oraz czeski zarządca sieci kolejowej Správa Železnic zapowiadają, że w 2029 r. pociągi pomkną nowym ciągiem z Katowic przez Jastrzębie-Zdrój, Bohumín, Ostrawę do węzła Přerov, gdzie rozdzielają się linie w kierunku Pragi, Brna i Wiednia.
CPK obiecuje też, że już w 2027 r. gotowa będzie szprycha z Warszawy przez Łódź do Wrocławia i dalej przez Wałbrzych do czeskiej granicy. Czesi owszem zamierzają podłączyć się do tej linii, lecz zapowiadają, że budowę linii dużych prędkości z Pragi przez Hradec Králové i Trutnov do granicy zaczną po 2040 r.
Plany budowy szybkiej kolei mającej połączyć Polskę i Czechy budzą coraz większe emocje po obu stronach granicy. Jednocześnie zapomina się o roli, jaką w codziennej komunikacji między dwoma krajami powinny odgrywać lokalne linie.
Powoli do granicy
W Sudetach Środkowych, nieopodal punktu, w którym miałaby zetknąć się tory dużych prędkości z Warszawy przez Wrocław oraz z Pragi przez Hradec Králové, przechodzą przez granicę linie Sędzisław – Kamienna Góra – Trutnov oraz Boguszów-Gorce – Mieroszów – Meziměstí.
To właśnie przez Mieroszów do 2002 r. kursował pociąg Wrocław – Praga. Obecnie miasta te nie mają bezpośredniego połączenia kolejowego. Linia przez Mieroszów jest wykorzystywana tylko w sezonie wiosenno-letnim przez pociągi Kolei Dolnośląskich, które w soboty i niedziele łączą Wrocław ze stacją Adršpach przy Skalnym Mieście.
Komisja Europejska w 2018 r. wydała raport o liniach kolejowych przekraczających wewnętrzne granice unii. W tym dokumencie linia przez Mieroszów została wymieniona wśród 19 transgranicznych ciągów z całej Europy, które cechują się największym potencjałem i potrzebą poprawy połączeń pasażerskich. Nie przełożyło się to jednak na konkretne decyzje. Na 12-kilometrowym odcinku między Boguszowem-Gorcami a granicą pociągi wleką się 30 km/h (dopiero po wjechaniu do Czech mogą przyspieszyć do 70 km/h).
Wykorzystanie linii Sędzisław – Kamienna Góra – Lubawka – Královec – Trutnov jest większe. Od 2018 r. odbywa się tu codzienny ruch, ale oferta transgraniczna pozostawia wiele do życzenia. I to mimo kooperacji Kolei Dolnośląskich z czeskim przewoźnikiem GW Train Regio, który zapewnia tabor i personel do obsługi całej trasy. Czeski szynobus rano rusza z Trutnova do Sędzisławia, następnie przez cały dzień kursuje wahadłowo na trasie Sędzisław – Královec, po czym wieczorem wraca do Trutnova. Więcej połączeń w pełnej relacji Sędzisław – Trutnov kursuje tylko w sezonie od majówki do końca września. Sędzisław jest stacją węzłową na linii Wrocław – Wałbrzych – Jelenia Góra, a Trutnov to 29-tysięczne miasto i ważny węzeł (co godzinę odjeżdżają stąd pociągi do Hradec Králové i co dwie godziny do Pragi). Tylko pociągi w pełnej relacji Sędzisław – Trutnov spajają ze sobą polską i czeską sieć połączeń. Pociągi w relacji Sędzisław – Královec nie spełniają tej funkcji, albowiem Královec to tylko pierwsza czeska stacja za granicą, zlokalizowana we wsi liczącej niespełna 200 mieszkańców, z której nie ma innych pociągów w głąb Czech. Poza sezonem szynobus, zamiast jechać do Trutnova i z powrotem, stoi w tym czasie na stacji Královec. – „Przyczyna leży głównie po stronie czeskiej. Tamtejszy organizator nie widzi potrzeby kursowania tych pociągów poza sezonem” – mówi Krzysztof Kociołek, który prowadzi serwis Kolej na Śląsku Kamiennogórskim i od lat walczy o rozwój kolei w tym rejonie. – „Mieszkańcy powiatu kamiennogórskiego pracują w czeskich zakładach, nie tylko w Trutnovie, ale też w innych miejscowościach. Ze względu na to, że jest to głównie praca zmianowa, oferta musiałaby zapewniać dojazd na 6:00, 14:00, 18:00, 22:00 i powrót po tych godzinach”.
Pociąg do turystyki
Według statystyk czeskiego Ministerstwa Pracy i Spraw Społecznych, w Czechach pracuje 48,2 tys. obywateli Polski. I liczba ta rośnie – jeszcze w 2015 r. wynosiła 21,8 tys. Wciąż jednak to turystykę uznaje się za cel uruchamiania połączeń transgranicznych.
Nawet na liniach z całorocznym ruchem i najbogatszą ofertą przewozową kursowanie pociągów zaczyna się dopiero po 8:00. Przed tą godziną nie da się przejechać ani z Międzylesia do Lichkova, ani ze Szklarskiej Poręby do Harrachova.
Odcinek ze Szklarskiej Poręby do granicy został w 2008 r. przejęty od PKP przez samorząd województwa dolnośląskiego. Wiosną 2009 r. rozpoczęto rewitalizację 16-kilometrowego ciągu do stacji Harrachov. Warta 5,1 mln euro wspólna polsko-czeska inwestycja uzyskała 85% dofinansowania w ramach unijnego programu współpracy transgranicznej Interreg. Połączenia ruszyły latem 2010 r. Pociągi do Czech odjeżdżają ze Szklarskiej Poręby od 8:30 do 20:30 co dwie godziny, a w zimowym i letnim sezonie turystycznym nawet co godzinę. Ich stacją docelową jest liczący 103 tys. mieszkańców Liberec, będący największym miastem na terenie rozciągającego się na pograniczu Polski, Czech i Niemiec Euroregionu Nysa.
Trójstyk problemów
Na styku trzech państw linie kolejowe i granice tworzą mozaikę. Na przykład pociągi przewoźnika Trilex łączące czeski Liberec z Zittau i Dreznem w Niemczech na krótkim odcinku przejeżdżają przez terytorium Polski. Choć ten tranzytowy tor nie łączy się z resztą polskiej sieci, to jego zarządcą jest spółka PKP Polskie Linie Kolejowe.
Na terenie Czech i Niemiec pociągi relacji Liberec – Zittau – Drezno osiągają prędkość 100 km/h, ale w granicach Polski muszą mocno zwolnić. „Fragment linii na terenie Polski, mający 2,7 km długości, jest w tak złym stanie, że pociągi mogą nim jechać maksymalnie 40 km/h. Ta sytuacja, 15 lat po rozszerzeniu Unii Europejskiej, rozczarowuje mieszkańców” – czytamy w liście otwartym, który samorządowcy z Czech, Niemiec i Polski podpisali w 2019 r. w Porajowie. Tranzytowa linia biegnie przez środek tej 1,5-tysięcznej miejscowości. Politycy z trójstyku chcieli zwrócić uwagę nie tylko na zły stan tranzytowego odcinka, ale także przypomnieć o potrzebie zbudowania w Porajowie przystanku. Starania o to trwają od kilkunastu lat. – „Codziennie do pracy w Libercu dojeżdża około 100 mieszkańców Porajowa. Zabiegam o to, żeby powstał u nas przystanek kolejowy, ale zewsząd słyszę, że się nie da” – mówił w 2007 r. „Gazecie Wrocławskiej” ówczesny sołtys Porajowa Tomasz Froński. Do dziś nic się tu nie zmieniło: przystanek Porajów nie powstał, a na polskim odcinku pociągi muszą zwalniać do 40 km/h.
Ogromny potencjał
Kolejną koncepcją na trójstyku, której najsłabsze ogniwo stanowi Polska, jest stworzenie bezpośrednich połączeń Liberca ze Zgorzelcem i Görlitz.
Kursujące raz na godzinę pociągi z Liberca kończą bieg w położonej tuż przed granicą i zamieszkałej przez około 300 osób wsi Černousy. Tor wcale się tu jednak nie kończy – wjeżdżają nim do Polski pociągi towarowe. Prowadzi przez Zawidów do linii Bogatynia – Zgorzelec, na której ruch pasażerski został zlikwidowany w 2000 r. Plan jej rewitalizacji trafił na listę podstawową programu Kolej Plus. Remont 5-kilometrowej odnogi przez Zawidów do stacji Černousy mógłby stanowić uzupełnienie tego przedsięwzięcia. W kwietniu 2019 r. odbył się nawet specjalny przejazd szynobusu Trilex na trasie Liberec – Frýdlant – Černousy – Zawidów – Sulików – Zgorzelec – Görlitz. Do stacji Černousy pociąg jechał 80 km/h, lecz po wjechaniu do Polski zwolnił do 30 km/h. – „Musimy przekonać rządy, że nasze granice nie są stacjami końcowymi. Pieniądze na infrastrukturę kolejową są konieczne i przyniosą korzyści” – mówił Jiří Hruboň ze spółki KORID, która organizuje przewozy w regionie libereckim. – „Istnieje ogromny potencjał dla transportu pasażerskiego”.
Zszywanie sieci
Wciąż jest problem z wykorzystaniem tego potencjału. Obecnie pod Górami Izerskimi trwają prace mające na celu przywrócenie do życia linii Gryfów Śląski – Mirsk – Świeradów-Zdrój, przejętej od PKP przez samorząd Dolnego Śląska. Od tej linii w Mirsku odchodziła odnoga do Pobiednej, którą po wojnie wykorzystywano tylko w ruchu towarowym (do 1987 r.). W 1992 r. odnogę rozebrano. Po czeskiej stronie jej przedłużeniem jest czynna linia Jindřichovice pod Smrkem – Frýdlant. Przed wojną stanowiły one jeden ciąg. Od Mirska do stacji Jindřichovice pod Smrkem jest 10 km. Jednak dolnośląskie plany rewitalizacji linii kolejowych nie obejmują tego odcinka.
To niejedyny przypadek luki między sieciami Polski i Czech, istniejącej aż od II wojny światowej. Na przykład stacja w Kudowie-Zdroju kiedyś nie była końcowa. Linia biegła kiedyś dalej do miasta Náchod, leżącego tuż za granicą. Tuż po II wojnie światowej tor został zdemontowany. Po wojnie przerwane na granicy zostały też linie Głubczyce – Krnov czy Baborów – Opava.
Podobnie zresztą stało się na granicy Czechosłowacji z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Gdy jednak w latach 90. w Polsce na ślepych liniach urywających się przed granicą likwidowano połączenia i demontowano tory, to na pograniczu czesko-niemieckim zabrano się za rewitalizację styków. Na zamkniętych tuż po wojnie odcinkach Potůčky – Johanngeorgenstadt i Vejprty – Cranzahl ruch reaktywowano już w latach 1991-1993. Na czesko-niemieckiej granicy odtworzonych zostało łącznie siedem lokalnych odcinków.
W 2014 r. odbudowano nieczynny od 1945 r. odcinek Dolní Poustevna – Sebnitz o długości zaledwie 1,2 km. Niewielkie zszycie dwóch sieci umożliwiło uruchomienie połączeń na trasie Rumburk – Šluknov – Dolní Poustevna – Sebnitz – Bad Schandau – Děčín. Kursujące co dwie godziny pociągi łączą Cypel Szluknowski, najbardziej na północ wysuniętą część Czech, z 47-tysięcznym miastem i ważnym węzłem Děčín, jednocześnie zapewniając połączenia między miejscowościami leżącymi po dwóch stronach granicy w rejonie Czesko-Saskiej Szwajcarii. Prawie połowa trasy przebiega bowiem przez Niemcy. Obsługa pociągów jest wspólna: szynobusy są zapewniane przez DB Regio, a personel przez České Dráhy. Przy tranzytowym przejeździe przez Niemcy honorowana jest czeska taryfa.
Pociągi są, peronów brak
Tranzytem przez Polskę kursują czeskie pociągi łączące Krnov i Jeseník. Zmieniają one kierunek jazdy na stacji Głuchołazy – mogłaby ona więc stanowić węzeł między czeską a polską siecią połączeń. Problem w tym, że polskie pociągi docierają do Głuchołaz jedynie w soboty i niedziele (tylko dwa razy dziennie), a przy tym nie są skomunikowane z czeskimi pociągami. W efekcie kolejowe powiązanie województwa opolskiego z graniczącymi z nim czeskimi regionami ołomunieckim i morawsko-śląskim jest tylko teoretyczne.
Stacja Głuchołazy położona jest na peryferiach miasta. I choć czeskie pociągi przejeżdżają także przez jego centrum, to tu się nie zatrzymują. Przystanek Głuchołazy Miasto obsługiwany jest tylko przez weekendowe polskie pociągi, ponieważ przy torze, którym jeżdżą czeskie składy, nie ma peronu. W „Rządowym programie budowy lub modernizacji przystanków kolejowych na lata 2021-2025” znalazła się koncepcja wybudowania tego peronu, lecz stoi ona pod znakiem zapytania. – „Lokalizacja znalazła się na liście rezerwowej w związku z brakiem deklaracji organizatora publicznego transportu zbiorowego” – informuje Szymon Huptyś z Ministerstwa Infrastruktury.
Problem w tym, że organizatorem kursujących przez Polskę pociągów w relacji Jeseník – Krnov jest nie samorząd województwa opolskiego, lecz regiony ołomuniecki i morawsko-śląski. Tymczasem rządowy program nie przewiduje tego, aby deklaracje o korzystaniu z przystanków składali organizatorzy transportu z zagranicy.
Władze powiatu prudnickiego chciałyby, aby tranzytowe pociągi – które przez Polskę pokonują 17 km – zatrzymywały się też na granicy Moszczanki i Pokrzywnej w dolinie Złotego Potoku. – „Planujemy wybudowanie tam jako powiat przystanku kolejowego” – zapowiadał w lutym 2022 r. na antenie Radia Park starosta Radosław Roszkowski, chyba nie mając wówczas świadomości, z jak dużymi komplikacjami może wiązać się samorządowa inwestycja na linii kolejowej zarządzanej przez PKP PLK, po której kursują pociągi zagranicznego przewoźnika. Wygląda na to, że starosta prudnicki szybko stracił złudzenia, bo dziś już nie chce się wypowiadać o planach budowy przystanku.
Brak połączeń
Strategia rozwoju Euroregionu Silesia wskazuje, że słabą stroną pogranicza województw opolskiego, śląskiego i regionu morawsko-śląskiego jest brak połączeń transportem autobusowym i kolejowym. – „W Czechach jest mniejsze bezrobocie, dlatego pracownicy są poszukiwani w Polsce” – mówi Daria Kardaczyńska z Euroregionu Silesia.
Gdy w 2017 r. spółka PKP PLK zbierała propozycje inwestycji na lata 2021-2027, śląski euroregion zgłosił odbudowę odcinka Racibórz – Krzanowice. To część dawnego 33-kilometrowego ciągu łączącego Racibórz z Opawą. O ile na polskim odcinku ruch pasażerski został zlikwidowany w 1993 r. i obecnie linia jest nieprzejezdna, o tyle od położonej niespełna kilometr za granicą stacji Chuchelná pociągi w kierunku Opawy kursują co godzinę między 4:30 a 23:30. Koncepcja rewitalizacji polskiej części ciągu Racibórz – Opawa nie została uwzględniona w planach inwestycyjnych PKP PLK.
Problemem okazuje się jednak nie tylko przywracanie transgranicznych linii do życia, ale nawet funkcjonowanie połączeń na tych istniejących.
Pociągi Kolei Śląskich z kierunku Katowic, Rybnika i Raciborza kończą bieg w liczącym 1,6 tys. mieszkańców miasteczku Chałupki i nie przejeżdżają przez granicę, mimo że tuż za nią leży węzeł Bohumín oraz Ostrawa, która liczy 280 tys. mieszkańców i jest trzecim co do wielkości miastem Republiki Czeskiej.
Jesienią 2015 r. Koleje Śląskie i České Dráhy zawarły umowę o ruchu transgranicznym, zgodnie z którą polskie pociągi zaczęły dojeżdżać do stacji Bohumín, a czeskie do stacji Cieszyn. Po nastaniu epidemii połączenia zawieszono. České Dráhy już przywróciły pociągi na trasie Frýdek-Místek – Český Těšín – Cieszyn, a Koleje Śląskie nadal nie wjeżdżają do Czech. – „Z racji niewystarczającej liczby wniosków podróżnych, naszych analiz popytowych i przede wszystkim na podstawie prognoz dotyczących intensywności przebiegu szóstej fali koronawirusa, jesteśmy zmuszeni przedłużyć zawieszenie” – mówi Patrycja Tomaszczyk z Kolei Śląskich. – „Jeśli tylko ponowne kursowanie do Bohumina będzie uzasadnione, połączenie zostanie przywrócone”.
W 2017 r. Euroregion Silesia zwracał uwagę na to, że godziny kursowania pociągów Kolei Śląskich nie są dopasowane do potrzeb osób pracujących w Czechach, a także postulował wydłużenie tras pociągów do Ostrawy, gdzie pracuje kilka tysięcy osób z Polski. Osoby codziennie dojeżdżające za granicę narzekały na brak transgranicznych biletów okresowych. Zamiast jednak rozwiązać te problemy, uznano, że łatwiej będzie wykorzystać pretekst koronawirusa i nie wznawiać połączeń.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 5/120 wrzesień-październik 2022; http://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Karol Trammer.
przez Taras Bilous | niedziela 18 września 2022 | opinie
Jako socjalista i internacjonalista brzydzę się wojną. Ale podstawowa przesłanka samostanowienia uzasadnia opór zwykłych Ukraińców wobec brutalnej inwazji Władimira Putina na nasz kraj.
Piszę z Ukrainy, gdzie służę w Wojskach Obrony Terytorialnej. Rok temu nie mogłem się spodziewać, że będę w takiej sytuacji. Podobnie jak miliony Ukraińców, poczułem, że moje życie zostało wywrócone do góry nogami przez chaos wojny.
Przez ostatnie cztery miesiące miałem okazję spotykać ludzi, których w innych okolicznościach raczej bym nie poznał. Niektórzy z nich przed 24 lutego nigdy nie myśleli o chwyceniu za broń, ale inwazja rosyjska zmusiła ich do rzucenia wszystkiego i udania się do walki, by chronić swoje rodziny.
Często krytykujemy działania rządu ukraińskiego i sposób organizacji obrony. Ale nasi odbiorcy nie kwestionują konieczności oporu i dobrze rozumieją, dlaczego i o co walczymy.
Jednocześnie w ciągu tych miesięcy starałem się śledzić dyskusje międzynarodowej lewicy o wojnie rosyjsko-ukraińskiej i uczestniczyć w nich. Jednak najważniejszą rzeczą, jaką odczuwam po tych dyskusjach, jest zmęczenie i rozczarowanie. Zbyt dużo czasu na obalanie w oczywisty sposób fałszywej rosyjskiej propagandy, zbyt wiele wysiłku na wyjaśnianie, dlaczego Moskwa nie miała „uzasadnionych obaw o bezpieczeństwo”, by usprawiedliwiać wojnę, zbyt wiele czasu na udowadnianie podstawowych przesłanek samostanowienia, z którymi każdy lewicowiec powinien się już zgodzić.
Być może najbardziej uderzające w wielu z tych debat na temat wojny rosyjsko-ukraińskiej jest ignorowanie opinii Ukraińców. Ukraińcy są nadal często przedstawiani w lewicowych dyskusjach jako bierne ofiary, którym należy współczuć, lub jako naziści, których należy potępić. Ale skrajna prawica stanowi wyraźną mniejszość ukraińskiego ruchu oporu, podczas gdy absolutna większość Ukraińców popiera ruch oporu i nie chce być tylko biernymi ofiarami.
Negocjacje
Nawet wśród wielu ludzi o dobrych intencjach słychać w ostatnich miesiącach coraz głośniejsze, ale ostatecznie niejasne wezwania do negocjacji i dyplomatycznego rozwiązania konfliktu. Ale co to dokładnie oznacza? Negocjacje między Ukrainą a Rosją trwały kilka miesięcy po inwazji, ale wojny nie przerwały. Wcześniej negocjacje w sprawie Donbasu trwały ponad siedem lat z udziałem Francji i Niemiec, ale pomimo podpisanych porozumień i zawieszenia broni, konflikt nigdy nie został rozwiązany. Z drugiej strony, w wojnie między dwoma państwami nawet warunki kapitulacji są zwykle ustalane przy stole negocjacyjnym.
Wezwanie do dyplomacji samo w sobie nic nie znaczy, jeśli nie zajmiemy się stanowiskami negocjacyjnymi, konkretnymi ustępstwami i chęcią stron do przestrzegania podpisanego porozumienia. Wszystko to bezpośrednio zależy od przebiegu działań wojennych, który z kolei zależy od zasięgu międzynarodowej pomocy wojskowej. A to może przyspieszyć zawarcie sprawiedliwego pokoju.
Sytuacja na okupowanych terytoriach południowej Ukrainy wskazuje, że wojska rosyjskie starają się tam o stałą pozycję, ponieważ zapewnia to Rosji lądowy korytarz na Krym. Kreml wykorzystuje zrabowane na tych terenach zboże do wspierania swoich klientelistycznych reżimów w różnych częściach świata i jednocześnie grozi głodem całemu światu, blokując ukraińskie porty. Umowa o odblokowaniu eksportu ukraińskiego zboża podpisana 22 lipca w Stambule została złamana przez Rosję dzień po jej podpisaniu, gdy zaatakowała ona rakietami Morski Port Handlowy w Odessie.
Tymczasem wysocy rangą politycy rosyjscy, jak były prezydent i obecny wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew czy szef Roskosmosu Dmitrij Rogozin, nadal twierdzą, że Ukraina musi zostać zniszczona. Nie ma podstaw, by sądzić, że Rosja zaprzestanie ekspansji terytorialnej, nawet jeśli kiedyś korzystne dla Kremla będzie podpisanie tymczasowego rozejmu.
Z drugiej strony 80 proc. Ukraińców uważa ustępstwa terytorialne za niedopuszczalne. Dla Ukraińców rezygnacja z okupowanych terytoriów oznacza zdradę współobywateli i krewnych oraz znoszenie codziennych uprowadzeń i tortur dokonywanych przez okupantów. W tych warunkach parlament nie ratyfikuje złożenia broni, nawet jeśli Zachód wymusi na ukraińskim rządzie zgodę na straty terytorialne. To tylko zdyskredytowałoby prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i doprowadziłoby do reelekcji bardziej nacjonalistycznych władz, podczas gdy skrajna prawica zostałaby nagrodzona korzystnymi warunkami dla rekrutacji nowych członków.
Rząd Zełenskiego jest oczywiście neoliberalny. Ukraińscy lewicowcy i związkowcy szeroko organizowali się przeciwko jego polityce społecznej i gospodarczej. Jednak pod względem wojny i nacjonalizmu Zełenski jest najbardziej umiarkowanym politykiem, który mógł dojść do władzy na Ukrainie po aneksji Krymu w 2014 roku i rozpoczęciu wojny w Donbasie.
Istnieje też pewne nieporozumienie dotyczące jego poczynań. Na przykład wielu publicystów obwinia Zełenskiego za nacjonalistyczną politykę językową, skoncentrowaną wokół ograniczania zasięgu języka rosyjskiego w sferze publicznej i m.in. ograniczenia szkolnictwa średniego w językach mniejszości narodowych. W rzeczywistości te językowe ustawy zostały uchwalone w poprzedniej kadencji parlamentu, a poszczególne zapisy tych ustaw weszły w życie po objęciu urzędu przez Zełenskiego. Jego rząd wielokrotnie próbował je złagodzić, ale za każdym razem wycofywał się po nacjonalistycznych protestach.
Widać to po rozpoczęciu inwazji w jego częstych apelach do Rosjan, zaproszeniu na Kreml do negocjacji, a także w jego oświadczeniach, że armia ukraińska nie będzie próbowała odbić terytoriów znajdujących się pod rosyjską kontrolą przed 24 lutego, ale będzie starała się o ich powrót na drodze dyplomatycznej w przyszłości. Gdyby Zełenskiego zastąpił ktoś bardziej nacjonalistyczny, sytuacja znacznie by się pogorszyła.
Nie muszę chyba wyjaśniać konsekwencji takiego wyniku. W naszej polityce wewnętrznej byłoby jeszcze więcej autorytaryzmu, przeważałyby nastroje odwetowe, a wojna by się nie skończyła. Każdy nowy rząd znacznie mniej powstrzymywałby się przed ostrzałem rosyjskiego terytorium. Z ożywioną skrajną prawicą nasz kraj zostałby wciągnięty coraz głębiej w wir nacjonalizmu i reakcji.
Jako ktoś, kto widział okropności tej wojny, rozumiem pragnienie, aby jak najszybciej się skończyła. Nikt nie jest bardziej chętny do zakończenia wojny niż my, którzy mieszkamy na Ukrainie, ale dla Ukraińców ważne jest też, jak dokładnie ta wojna się skończy. Na początku wojny również miałem nadzieję, że rosyjski ruch antywojenny zmusi Kreml do zakończenia inwazji. Ale niestety tak się nie stało. Dziś rosyjski ruch antywojenny może wpływać na sytuację jedynie poprzez sabotaż na małą skalę: na kolei, w fabrykach amunicji itp. Coś większego będzie możliwe dopiero po militarnej klęsce Rosji.
Oczywiście w pewnych okolicznościach może być właściwe wyrażenie zgody na zawieszenie broni. Ale takie zawieszenie broni byłoby tylko tymczasowe. Każdy rosyjski sukces wzmocniłby reżim Władimira Putina i jego reakcyjne tendencje. Nie oznaczałoby to pokoju, ale dziesięciolecia niestabilności, partyzanckiego oporu na okupowanych terytoriach i powtarzających się starć na linii demarkacyjnej. Byłaby to katastrofa nie tylko dla Ukrainy, ale także dla Rosji, gdzie reakcyjny dryf polityczny nasiliłby się, a gospodarka ucierpiałaby z powodu sankcji, z poważnymi konsekwencjami dla zwykłych obywateli.
Porażka militarna rosyjskiej inwazji leży zatem również w interesie Rosjan. Tylko masowy wewnętrzny ruch na rzecz zmian może w przyszłości otworzyć możliwość przywrócenia stabilnych stosunków między Ukrainą a Rosją. Ale jeśli zwycięży reżim Putina, ta rewolucja będzie niemożliwa przez długi czas. Jego porażka jest konieczna dla możliwości zaistnienia postępowych zmian na Ukrainie, w Rosji i w całym obszarze postsowieckim.
Co powinni zrobić socjaliści
Skupiłem się w dużej mierze na wewnętrznym wymiarze obecnego konfliktu – zarówno dla Ukraińców, jak i Rosjan. Dla wielu lewicowców za granicą dyskusje skupiają się na szerszych implikacjach geopolitycznych. Ale moim zdaniem, oceniając konflikt, socjaliści powinni przede wszystkim zwracać uwagę na osoby bezpośrednio w niego zaangażowane. Po drugie, wielu lewicowców nie docenia zagrożeń, jakie stwarza możliwy sukces Rosji.
Decyzji o przeciwstawieniu się rosyjskiej okupacji nie podjęli ani Joe Biden, ani Zełenski, lecz naród ukraiński, który masowo powstawał w pierwszych dniach inwazji i ustawiał się w kolejce po broń. Gdyby Zełenski wtedy skapitulował, zostałby tylko zdyskredytowany w oczach większości społeczeństwa, ale opór trwałby dalej w innej formie, kierowany przez twardogłowe siły nacjonalistyczne.
Poza tym, jak zauważył Wołodymyr Artiuch w „Jakobinie”, Zachód nie chciał tej wojny. Stany Zjednoczone nie chciały problemów w Europie, bo chciały skupić się na konfrontacji z Chinami. Jeszcze mniej chciały tej wojny Niemcy i Francja. Chociaż Waszyngton zrobił wiele, by podważyć prawo międzynarodowe (na przykład my, jak socjaliści na całym świecie, nigdy nie zapomnimy zbrodniczej inwazji na Irak), wspierając ukraiński opór wobec inwazji, postępuje słusznie.
Ujmując to w kategoriach historycznych, wojna na Ukrainie nie jest wojną zastępczą, tak jak wojna wietnamska była wojną zastępczą między Stanami Zjednoczonymi z jednej strony a Związkiem Radzieckim i Chinami z drugiej. A jednocześnie była to także wojna narodowo-wyzwoleńcza narodu wietnamskiego przeciwko Stanom Zjednoczonym oraz wojna domowa między zwolennikami Wietnamu Północnego i Południowego. Prawie każda wojna jest wielowarstwowa; jej natura może się zmieniać w trakcie trwania. Ale co to mówi nam w praktyce?
Podczas zimnej wojny internacjonaliści nie musieli wychwalać ZSRR, aby wspierać walkę Wietnamczyków przeciwko Stanom Zjednoczonym. I jest mało prawdopodobne, by jakikolwiek socjalista doradzał lewicowym dysydentom w Związku Radzieckim sprzeciwianie się wspieraniu Wietkongu. Czy należy się opierać sowieckiemu wsparciu militarnemu dla Wietnamu, ponieważ ZSRR zbrodniczo stłumił Praską Wiosnę 1968 roku? Dlaczego więc, jeśli chodzi o wsparcie Zachodu dla Ukrainy, mordercze okupacje Afganistanu i Iraku mają stanowić kontrargument?
Zamiast postrzegać świat jako złożony wyłącznie z obozów geopolitycznych, socjalistyczni internacjonaliści muszą oceniać każdy konflikt w oparciu o interesy ludzi pracy i ich walkę o wolność i równość. Rewolucjonista Lew Trocki napisał kiedyś, że hipotetycznie, jeśli realizując swoje interesy, faszystowskie Włochy poparły antykolonialne powstanie w Algierii przeciwko demokratycznej Francji, internacjonaliści powinni byli poprzeć włoskie uzbrojenie buntowników. Brzmi całkiem dobrze, a to nie powstrzymało go od bycia antyfaszystą.
Walka Wietnamu przyniosła korzyści nie tylko Wietnamowi; porażka Stanów Zjednoczonych miała znaczący (choć tymczasowy) efekt odstraszający dla amerykańskiego imperializmu. To samo dotyczy Ukrainy. Co zrobi Rosja, jeśli Ukraina zostanie pokonana? Co uniemożliwiłoby Putinowi podbicie Mołdawii lub innych państw postsowieckich?
Hegemonia Stanów Zjednoczonych miała straszne konsekwencje dla ludzkości i na szczęście teraz podupada. Jednak koniec amerykańskiej supremacji może oznaczać albo przejście do bardziej demokratycznego i sprawiedliwego porządku międzynarodowego, albo wojnę wszystkich przeciwko wszystkim. Może też oznaczać powrót do polityki imperialistycznych stref wpływów i militarnego przerysowania granic, jak w poprzednich stuleciach.
Świat stanie się jeszcze bardziej niesprawiedliwy i niebezpieczny, jeśli niezachodni imperialistyczni drapieżcy wykorzystają amerykański upadek do normalizacji swojej agresywnej polityki. Ukraina i Syria są przykładami tego, jak będzie wyglądał „świat wielobiegunowy”, jeśli apetyty niezachodnich imperializmów nie zostaną zmniejszone.
Im dłużej trwa straszny konflikt na Ukrainie, tym bardziej powszechne niezadowolenie w krajach zachodnich może wzrosnąć wskutek trudności gospodarczych wojny i sankcji. Kapitał, który nie lubi utraty zysków i chce wrócić do „business as usual”, może próbować tę sytuację wykorzystać. Mogą z niego korzystać także prawicowi populiści, którym nie przeszkadza dzielenie się „sferami wpływów” z Putinem.
Gdyby jednak socjaliści wykorzystali to niezadowolenie do domagania się mniejszej pomocy dla Ukrainy i mniejszej presji na Rosję, byłoby to odrzuceniem solidarności z ciemiężonymi.
Taras Bilous
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w lipcu 2022 r.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Jean-Louis SERVAIS from Pixabay.
przez Maciej Anczyk | wtorek 13 września 2022 | opinie
Po pół roku od rosyjskiej agresji na Ukrainę wojna spowszedniała polskiemu społeczeństwu. Już nas tak nie gorączkuje, na co dzień żyjemy swoim życiem i od czasu do czasu sprawdzimy newsy, jak ma się sytuacja na froncie. Tyczy się to szczególnie debaty politycznej, w której bieżące starcia wyjęte są często z całego międzynarodowego kontekstu, a tak trapiące Polaków problemy jak drożyzna i coraz wyższe rachunki stanowią niezrozumiały dla wielu festiwal wzajemnych oskarżeń.
Ukraińcy płacą daninę krwi, my na szczęście nie musimy ponosić najwyższej ofiary. Płacimy jednak cenę wojny w postaci nomen omen cen w sklepach. Warto więc zrobić przegląd tego, w jaki sposób półroczne działania wojenne na Ukrainie wpływają na ceny produktów. Niektóre z nich mogą być nieoczywiste.
1. Osłabienie złotego
Waluty krajów położonych w pobliżu sfery konfliktu zbrojnego straciły na wartości i mają gorszy kurs. Stało się tak, ponieważ spadło bezpieczeństwo inwestycji z powodu zagrożenia wojną. Rynek od razu zareagował na rosyjską agresję tuż obok, bo staliśmy się obszarem podwyższonego ryzyka. Inwestorzy przerzucają się też w takiej sytuacji na waluty pewniejszych krajów, jak na przykład dolar amerykański. To wszystko powoduje, że kurs złotego wobec dolara orbituje obecnie w granicach 4,75 zł za dolara, przy około 4 zł tuż przed wojną. Podobny proces nastąpił w stosunku do euro, które notabene samo również straciło w stosunku do dolara. W tej chwili cena za euro dochodzi do 4,75 zł (na początku marca w pewnym momencie cena za jedno euro oscylowała wręcz wokół 5 zł), przy niespełna 4 zł w dniach poprzedzających atak na Ukrainę. To znaczące różnice.
Im gorszy kurs wobec dolara i euro, tym wszystko, co sprowadzamy, jest droższe, więc cena końcowa i ogólna inflacja są wyższe. Im kraj jest mniej samowystarczalny i więcej importuje produktów i półproduktów, tym większy będzie mieć wzrost cen w takiej sytuacji.
Na wartości straciły także wszystkie inne waluty krajów w pasie przyfrontowym. W zbliżonym stopniu osłabły czeska korona i bułgarska lewa, odrobinę mniej, ale wciąż odczuwalnie został osłabiony rumuński lej. Na łeb i szyję poleciał węgierski forint, tracąc dokładnie dwadzieścia pięć procent wartości w stosunku do dolara (w lutym za tysiąc forintów można było kupić 3,2 dolara, pod koniec sierpnia już tylko 2,4 dolara). Waluta krajów nadbałtyckich, będących w strefie euro, siłą rzeczy tak nie osłabła, nie uchroniło ich to jednak przed pojawieniem się wzrostu cen innymi kanałami i najwyższą inflacją w Unii Europejskiej.
Pewien wpływ na kursy walut będą oczywiście miały działania banków centralnych, na czele z podnoszeniem stóp procentowych. Jednak wpływ ten w aktualnej sytuacji na świecie jest mocno ograniczony, a cały rejon dotyka zbliżona inflacja mimo różnie prowadzonej polityki pieniężnej. Żaden bank centralny nie jest w stanie w pełni zniwelować skutków wojny, stąd nie należy się w najbliższym czasie spodziewać, że za dolara czy euro będziemy płacić tyle, co na początku roku.
2. Szoki podażowe
Rosja jest nie tylko czołowym eksporterem ropy, gazu czy metali rzadkich, co jest dość powszechną wiedzą, ale także żywności i przede wszystkim nawozów. Ukraina też plasuje się wysoko, szczególnie jeśli chodzi o zboża. Rosja jest największym eksporterem pszenicy na świecie, a Ukraina piątym, razem odpowiadają za istotną część światowej podaży pszenicy i nagle obydwa te państwa wypadają z rynku. Rosja przez sankcje, a Ukraina przez fakt, że na jej terenie toczą się działania wojenne, a porty takie jak Odessa, gdzie odbywa się eksport zbóż, są zablokowane. Pojawia się więc szok podażowy: jeśli czegoś jest mniej lub są trudności z dostępem do produktu, to ceny idą w górę. W skrajnych przypadkach mogą wystąpić niedobory produktów na rynku (choć scenariusz totalnego braku żywności bardziej dotyczy Afryki Północnej niż naszego regionu). Globalizacja i silnie urynkowienie wielu sektorów gospodarki powodują, że nawet jeszcze bez fizycznych problemów z dostawami czy ilością produktu na rynku ceny wielu podstawowych rzeczy na giełdach światowych – od ropy po zboża – poszybowały do góry zaledwie kilka godzin po ataku na Ukrainę. Tak zglobalizowana gospodarka rynkowa reaguje na kryzysy.
Już w marcu 2022 r. światowy indeks cen żywności wzrósł do 159,3 pkt., osiągając najwyższy poziom w historii. Najbardziej odczuwaliśmy to we wzroście cen zbóż i olejów, który podwyższa też ceny pasz, a w konsekwencji ceny mięsa. Nie będzie przesadą stwierdzić, że w wyniku szoków podażowych wywołanych wojną na Ukrainie drożeją praktycznie wszystkie produkty żywnościowe.
Czynnikiem, który jednak wydaje się kluczowy w kwestii cen żywności zarówno teraz, jak i na przyszłość, są nawozy. Znacząca rola Rosji, a także Białorusi w dostarczaniu nawozów, szczególnie na rynek europejski, już teraz odbija się problemem z dostępnością i znacznym skokiem ceny. W dodatku szaleją ceny gazu, który jest niezbędny przy procesie produkcji nawozów. Razem tworzy to combo determinujące wysokie ceny żywności. Według wyliczeń Polskiego Funduszu Rozwoju w 2021 roku nasz import nawozów z Rosji to 27 procent rynku nawozów w Polsce, a z Białorusi 14 procent. Łączny import od wschodnich sąsiadów to niewiele mniej niż połowa wszystkich nawozów używanych w naszym kraju. Z chwilą wybuchu wojny i nałożenia następnie sankcji doszło więc do nawozowego armagedonu. Sytuacja na rynku jest bardzo trudna. W chwili, gdy piszę te słowa, polskie zakłady produkujące nawozy, które i tak nie są w stanie zaspokoić wewnętrznego zapotrzebowania, robią przerwy przygniecione cenami gazu.
3. Surowce energetyczne
Surowce są zazwyczaj kluczowym elementem, który napędza inflację. Czemu surowce mają tak duży wpływ na ceny w sklepach?
Ponieważ rozlewają drożyznę na kolejne sektory gospodarki. Wzrost kosztów w jednej branży generuje wzrost kosztów w drugiej. Tworzą się całe łańcuchy zależności, np. droższy gaz = droższe nawozy = droższa żywność w sklepie. Firma dostająca wyższy rachunek za prąd czy gaz będzie także zmuszona podnieść końcową cenę towaru lub usługi.
Warto zaznaczyć, że problem z rosyjskimi surowcami nie zaczął się 24 lutego. Rosjanie już od połowy 2021 roku zmniejszali przesył gazu do krajów UE, tworząc sztuczną sytuację rynkową i podbijając wzrost cen. Obecnie również mamy obniżone przesyłanie surowców do Europy, a nawet przerwy w ich dostarczaniu, co jest celowym działaniem mającym podbić ceny na rynku i nakręcać drożyznę w krajach uznawanych za nieprzyjazne.
Nasz kraj, w przeciwieństwie do na przykład Węgier, próbuje iść drogą pełnego embarga i rezygnacji z rosyjskich surowców, co sprawia, że musimy to odczuć w portfelu. Zmiany dostawców zazwyczaj nie da się zrobić szybko i bezboleśnie, szczególnie w takiej sytuacji politycznej i przy tak dużych wzrostach cen. Polska przez odmowę zapłaty w rublach została już 27 kwietnia odcięta od rosyjskiego gazu dostarczanego Gazociągiem Jamalskim. W tej chwili musimy kupować gaz z innych źródeł za cenę, którą dyktuje rozhuśtany rynek. Co prawda ceny gazu są częściowo mrożone przez państwo, by chronić społeczeństwo przed nagłym wzrostem i te podwyżki, choć dotkliwe, są i tak mniejsze niż aktualna cena na wolnym rynku. Jednak im dłużej będzie trwał taki proceder, tym trudniej będzie abstrahować od realiów rynkowych. Osłona nie dotyczy też wszystkich, a wyłącznie klientów indywidualnych albo jednostek specjalnego znaczenia, np. szpitali czy hospicjów.
Pojawia się tu również kwestia ropy i cen na stacjach benzynowych, żywotnie dotykająca wiele osób i firm. Niestety jesteśmy całkowicie zależni od cen na rynkach światowych i niekorzystnego po osłabieniu złotego kursu walutowego. Trwa oczywiście dyskusja, na ile rodzime spółki paliwowe mogłyby zrezygnować z marży (i nie być przy tym oskarżone o dumping cenowy), ale byłyby to niewielkie różnice.
Ważnym sektorem, dla którego istotne są ceny surowców, jest cały obszar energetyki i związana z nim dekarbonizacja i transformacja energetyczna, którą w dużej mierze mamy jeszcze przed sobą. Mamy w tej dziedzinie wiele lat zaniedbań, co obciąża wszystkie ekipy rządzące w Polsce po 1989 roku, włącznie z obecną. Posiadamy niewielki procent odnawialnych źródeł energii w naszym miksie energetycznym, a tak ważne dla suwerenności energetycznej elektrownie atomowe są od dekad wyłącznie na papierze. Można zauważyć, że kraje z rozbudowaną energetyką jądrową, a co za tym idzie większym bezpieczeństwem energetycznym i mniejszą zależnością od kopalin, mniej odczuwają wzrost cen, nie będąc tak podatne na wywołane przez Rosję szaleństwo cenowe na rynku surowców.
Prezes Urzędu Regulacji Energetyki w ostatnich dniach zarekomendował rządowi mrożenie taryf energii i ciepła dla wybranych grup klientów w 2023 roku. Mimo tego i tak czekają nas podwyżki – pytanie tylko, czy kilkusetprocentowe czy „zaledwie” kilkudziesięcioprocentowe, wszystko zależy od przyjętej strategii. Eksperci mBanku szacują, że przy obecnych cenach zamrożenie w 2023 roku ceny prądu i gazu dla gospodarstw domowych kosztowałoby koncerny energetyczne nawet 90 mld zł. Wydaje się, że państwo nie będzie w stanie tego sfinansować.
Miejmy też świadomość, że zamrożenie ceny nie obejmuje w dużej mierze biznesu, który od początku odczuwa skoki cen wszystkich surowców energetycznych na giełdach światowych, co przekłada się na ceny towarów i usług nad Wisłą.
4. Kilka milionów uchodźców
Ilość produktów jest ograniczona, a nagle przewija się kilka milionów nowych konsumentów (oni też przywożą swoje pieniądze i wymieniając je, wprowadzają do naszego obiegu). Zwiększona liczba osób musi skutkować zwiększonym zapotrzebowaniem na produkty. Mimo że obecna inflacja ma głównie charakter podażowy, to chcąc być uczciwym w przedstawieniu wieloaspektowego wpływu wojny na ceny, trzeba odnotować, że nagła migracja tak dużej liczby osób też dokłada popytową cegiełkę proinflacyjną, a przynajmniej utrudnia opanowanie sytuacji. Nie jest to najważniejszy faktor, ale warto pamiętać, że Polska jako słusznie przyjmująca najwięcej uchodźców z Ukrainy, odczuwa bardziej skutki wojny niż większość krajów w Europie.
5. Marże i panika
Spirala cenowo-marżowa to pojęcie, na które zwracają uwagę ekonomiści związani z Polską Siecią Ekonomii, na czele z Janem Zygmuntowskim czy Michałem Możdżeniem. Polega ona na tym, że firmy wykorzystują wojnę i inflację do windowania cen. Czemu? Bo mogą. Społeczeństwo i tak jest spanikowane drożyzną, że przyjmie każdą cenę.
Dochodzi do sytuacji, w której obiektywne warunki i ponoszone koszty nie uzasadniają aż takiego wzrostu cen, a ceny wciąż rosną, bo rynek przyzwyczaił się do drożyzny. W ostatnich miesiącach ceny niektórych półproduktów spadły, a mimo to wiele firm nie wróciło już do dawnych cen, cały czas pchając je w górę. Tyczy się to głównie tych sektorów gospodarki, które są zdominowane przez kilku dużych graczy, oligopole mogące narzucić cenę rynkowi. W konsekwencji także małe firmy mają wtedy tendencję do podciągania z cen do góry. Niedawno głośna była sprawa działania mafii węglowej, podmiotów, które wykorzystując sytuację na rynku i fakt, że ludzie czymś muszą palić w zimie, żeby nie zamarznąć, dyktują horrendalne ceny węgla z gigantycznymi marżami.
Również obniżki czy wręcz zawieszenie na pewien czas VAT-u w ramach tarczy antyinflacyjnej na różne produkty było wykorzystywane przez sklepy do podwyższania cen tuż przed wejściem przepisu w życiu, by potem, nawet po usunięciu podatku z ceny produktu, wciąż notować dodatkowy zysk. Znamienny jest tu przykład sieci Biedronka, której iluzoryczne promocje związane z inflacją stały się przedmiotem postępowania Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Taka sytuacja jest możliwa najczęściej wtedy, gdy jest duża przestrzeń do podwyżek w społeczeństwie. To znaczy im więcej jest paniki, inflacyjnej histerii w mediach, pokazywania paragonów grozy, straszenia drożyzną i przekonania ludzi o inflacyjnej hekatombie. Tym łatwiej przepychać wtedy firmom wysokie ceny i utrzymywać je, nawet gdy obiektywnie nie ma ku temu przesłanek. Zachowania konsumentów, którzy wpadają w panikę i wykupują na zapas jakiś towar (sytuacja z benzyną na początku wojny czy niedawne zawirowania z cukrem), stwarzają idealne warunki do tego typu praktyk.
Spirala cenowo-marżowa to bardzo niepokojące zjawisko i niestety prawie niezauważalne w mainstreamie naszej debaty ekonomicznej, zdominowanej przez paradygmat wiary w racjonalność rynków, podnoszone na forum publicznym jedynie przez kilku działaczy i polityków, głównie z lewej strony.
Podsumowanie
Jak widać, wpływ wojny obejmuje wiele aspektów i odbywa się na różnych poziomach. Wyraźnie można zauważyć, że cała Europa Środkowo-Wschodnia ma mniej więcej taką samą inflację albo nawet wyższą niż nasz kraj. Ostatnie odczyty inflacyjne: Estonia 23,2%, Litwa 21,6%, Łotwa 21,5%, Polska 16,1%, Czechy 17,5%, Słowacja 13,6%, Rumunia 15%, Bułgaria 17,3%, Węgry 13,7% (w praktyce 16,7% po usunięciu cen administrowanych na podstawowe produkty), Mołdawia 33,5%. Uściślijmy też, że dane z Polski są świeże, zaś z większości krajów nie ma nowszych danych niż inflacja lipcowa, stąd z dużą dozą prawdopodobieństwa kolejne odczyty w tych państwach będą wyższe o kolejne punkty procentowe.
To nie jest przypadek, że dosłownie wszystkie kraje naszego regionu co do jednego, mając takie położenie geopolityczne i zbliżony model gospodarczy, zmagają się z wysoką inflacją, bo jesteśmy bardziej narażeni na skutki wojny niż np. Szwajcaria czy Dania.
Na koniec warto pamiętać, że mamy tu pewien efekt nakładania się dwóch dużych procesów: znaczący wzrost cen w wyniku wojny na Ukrainie nałożył się na wcześniejszy wzrost cen wywołany pandemią. Nastąpił rozjazd między pocovidowym odbiciem się gospodarek a problemami podażowymi wynikającymi z przytkania i wydłużenia się łańcuchów dostaw. Co można było zaobserwować w różnym nasileniu zarówno w Polsce, jak i na całym świecie. Zatem wojenny wzrost cen padł na już rozbudzone oczekiwania inflacyjne i rozregulowany pandemią globalny rynek.
Prognoza opublikowana przez departament analiz ekonomicznych NBP, która pokrywa się w znacznym stopniu z przewidywaniami analityków największych banków, wskazuje, że wzrost cen osiągnie jednocyfrowy poziom pod koniec przyszłego roku i spadnie w okolice celu inflacyjnego, czyli 3,5 procent, w ostatnim kwartale 2024 roku. Będzie to wymagało zaistnienia światowych procesów dezinflacyjnych i bacznego przyglądania się przez instytucje państwowe sytuacji na rynku, szczególnie energetyki. To wszystko przy założeniu, że nie wydarzy się nic znaczącego i nieprzewidzianego, a wojna na Ukrainie nie będzie miała jakiegoś zaskakującego i jeszcze bardziej dramatycznego przebiegu, w szczególności eskalacji na inne obszary.
Wówczas prognozy mogą okazać się pisane patykiem na wodzie. Będzie towarzyszyła nam niepewność.
Maciej Anczyk
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Gerd Altmann from Pixabay.
przez redakcja | środa 7 września 2022 | opinie
Media w zasadzie każdego dnia grzmią o zbrodniach. Taka ich uroda. Gdy pracowałam w jednej z dużych redakcji, nauczono mnie, wedle jakiego klucza dobiera się newsy. Wzór jest prosty. A zwie się zasadą „trupo- kilometrów”. Im więcej zwłok im bliżej Polski, a gdy w Polsce to im bliżej grupy odbiorców – tym lepiej. Dla newsa rzecz jasna. Dzieci w tym równaniu liczą się podwójnie, lepiej się klikają. I to widać. Informacje o morderstwach czy znęcaniu się nad dziećmi pojawiają się często. I nie zrozumcie mnie źle: uważam, że o przemocy trzeba mówić. Jest to naszym obowiązkiem, by ją dostrzegać i reagować. Szkopuł jednak w tym, jak i co się o niej mówi. I jak skorelowana jest z tym mówieniem cena za metr kwadratowy mieszkania w okolicy, gdzie doszło do tragedii. A jest.
Gdy ostatnio gruchnęła wieść, że kobieta zabiła miesięczną córeczkę, a dwóch starszych synków próbowała uśmiercić, przeczytałam tekst na ten temat w „Gazecie Wyborczej”. Oraz komentarze pod tym tekstem. Tragedia niby podobna do innych tego typu, wielokrotnie opisywanych w mediach. Niby podobna, lecz niepodobna. Bo wydarzyła się w Miasteczku Wilanów. Turbomodelowym osiedlu grodzonym w Warszawie, gdzie mieszkają wzorcowi konsumenci. Przedstawiciele klasy średniej po tuningu, ciułający na swe kredyty we franku, słuchających dla szpanu jazzu i podający na wieczornych posiadówkach deskę serów. No wiecie, jak graliście w Simsy, to mniej więcej tak.
Lektura tekstu przypomniała mi inne teksty o podobnych zdarzeniach z ostatniego czasu. Tylko że tamte rozgrywały się zazwyczaj we wsiach na Podlasiu czy w miasteczkach podkarpackich. I to było widać już w samych tekstach. W sprawie z Wilanowa jest łagodniej. Czuć, że dziennikarka stara się jakoś zrozumieć, jak do tego doszło. Może depresja poporodowa, może licho wie co. I bardzo dobrze. Tak powinno być. Ale czemu tej samej subtelnej troskliwości w opisie brak, gdy chodzi o Grudziądz czy Chałupki nad Sanem? Zajrzyjcie do dowolnego artykułu o zbrodni na prowincji. Jak w kodeksie Hammurabiego. No mercy. Nawet na poziomie języka użytego do opisu wydarzeń widać, że jest to podane ma miękko.
Same teksty to jednak nic, gdy popatrzymy na ich recepcję, czyli na komcie. W przypadku matki z Wilanowa mamy całe epistoły o tym, jak to depresja i inne choroby doprowadzają ludzi do ostatnich granic. O tym, że nikt tej biedaczce nie pomógł. Padają z wielu stron pytania: czemu była z tym sama? Gdy to samo dzieje się w innym, powiedzmy że mniej prestiżowym anturażu… No cóż. Może już Wam świta. MADKA POTWÓR! Jeb… PiSiory tam mieszkają. Wiadomo, bezmózgi z zadupia! Pińcet plusy i patola. Podkarpacie i wszystko jasne. Tam takie świry pisowskie mieszkają.
Zastanawiam się więc i pytam: czemu kobiecie z Wilanowa potrafimy współczuć, mimo tego co zrobiła, a osobom z klas nieuprzywilejowanych nie potrafimy i nie chcemy potrafić?
Co więcej, osobom biednym odmawia się w takich sytuacjach po prostu człowieczeństwa. Prawa do tego, żeby być podmiotem, a nie przedmiotem, który się etykietuje jak rzecz w markecie. A odmawiają i etykietują najczęściej ci, którzy najgłośniej i najbardziej zapalczywie bronią Konstytucji, Wartości Europejskich i ogólnie wiecie… Demokracji. Demokracja fajna rzecz. Ale jak rządzą fajni. A niefajni japa w kubeł, a jak nie pasuje to fora ze dwora.
Ronja
Autorka ze względów zawodowych pragnie zachować anonimowość.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Foundry Co from Pixabay.
przez Cristina Suárez Vega | niedziela 4 września 2022 | opinie
Młodzi ludzie na południu Europy po ukończeniu szkoły mierzą się z niepewnymi perspektywami na przyszłość. Bezrobocie wśród młodych w regionie utrzymuje się na niepokojąco wysokim poziomie jeszcze od czasu kryzysu finansowego. Zaoferowanie im narzędzi rozwoju jest w tym kontekście niemałym wyzwaniem – szczególnie biorąc pod uwagę, że wielu szkołom brakuje odpowiednich zasobów oraz poczucia podążania w sensownym kierunku. Czy hiszpańskie inwestycje w kształcenie zawodowe mogą nauczyć nas czegoś o tym, jak łączyć ze sobą kwestie edukacji, sprawiedliwości społecznej oraz zielonej transformacji?
Przywracanie dinozaura do życia nie jest prostą sprawą – wymaga niemałych umiejętności i sporego wysiłku. Specjalista do spraw edukacji, José Antonio Marina, w swojej wydanej w roku 2015 książce „Despertad al diplodocus” (Wskrzeszanie diplodoka) przekonuje, że taką skamieliną jest dziś hiszpański system edukacyjny. To potężne stworzenie o wielkiej sile, które jednak pozostaje w uśpieniu. Podczas gdy świat się zmienia, krajowa oświata trzyma się fundamentalnych zasad państwa dobrobytu, opracowanych wiele lat temu. Bez większego sukcesu próbuje kształcić młodych ludzi, którzy mają kreować przyszłość Hiszpanii.
Od czasu kryzysu finansowego powiązania krajowego systemu edukacyjnego ze światem stały się jeszcze bardziej wątłe. W roku 2022 stopa bezrobocia w Hiszpanii wśród osób młodych wynosiła 29,4% i była drugą (po Grecji) najwyższą w Unii Europejskiej. Według danych Eurostatu co czwarta osoba, która ukończyła uniwersytet w ciągu ostatnich 3 lat pozostawała – pomimo swoich kwalifikacji – bezrobotna. W roku 2007 poziom zatrudnienia osób kończących edukację sięgał 87,7% – nieco powyżej europejskiej średniej, wynoszącej wówczas 86,9%. Dziś jest on o 10 punktów procentowych niższy niż średnia w UE, a Hiszpania osiąga pod tym względem jedne z najgorszych wyników na kontynencie.
Wykształcenie wyższe nie jest więc gwarantem znalezienia godnej pracy. Kluczowa obietnica systemu edukacyjnego została złamana, a młodzi ludzie odkrywają, że przygotowują się do karier, które nie są już dla nich dostępne. Doszło do rozdziału między edukacją a gospodarką. Podczas gdy ta druga podlega nieustającym zmianom, a nowe sektory generują zapotrzebowanie na nowe umiejętności, system edukacyjny trzyma się odziedziczonego po epoce rewolucji przemysłowej merytokratycznego założenia, że dyplom uniwersytetu (pomimo wszelkich dowodów na to, że tak nie jest) stanowi gwarancję solidnej przyszłości finansowej.
Czas na skręt?
Ten dinozaur może się jednak jeszcze obudzić. Spustoszenie, jakie uczyniła w Hiszpanii pandemia, postawiło rynek pracy w skrajnie trudnej sytuacji. Bezrobocie wśród osób młodych w jej szczycie sięgnęło poziomu 42%, a kraj raz jeszcze znalazł się na szczycie tabeli z najwyższym bezrobociem w tej grupie wśród krajów OECD.
W tym samym czasie mieliśmy również do czynienia ze wzrostem ilości osób poszerzających swą wiedzę w ramach szkolnictwa zawodowego (formación profesional). Dane za rok szkolny 2020-2021 wskazały wzrost o 5,2 procent w porównaniu z poprzednim, a tysiącom zainteresowanych osób nie udało się zapisać na szkolenia. Po dekadach lekceważącego traktowania jako „opcja zapasowa” dla osób, którym nie udało się dostać na uniwersytet (Hiszpania jest krajem OECD o najniższym odsetku osób korzystających z kształcenia zawodowego – wynosi on 12%) ten format edukacyjny zaczyna być uznawany za ważniejszy niż kiedykolwiek. Istnieje szereg przesłanek na rzecz tego, by kontynuować poszerzanie jego dostępności. Według rządowych statystyk bezrobocie wśród osób młodych, mogących pochwalić się takim właśnie wykształceniem, nie sięga nawet 7%.
Skoro zatem kształcenie zawodowe może zaoferować większą stabilność zatrudnienia w przyszłości, to dlaczego uniwersytety wciąż uważane są za lepszą opcję? Mierząc się z tym głęboko zakorzenionym przekonaniem socjalistyczny rząd Pedro Sáncheza – który, po raz pierwszy, składa się również z osób reprezentujących lewicową partię Podemos – zdecydował się na przeznaczenie części środków z unijnego Funduszu Odbudowy (2 miliardy euro) na modernizację kształcenia zawodowego w celu walki z bezrobociem wśród osób młodych.
Myśląc już o okresie postpandemicznym Hiszpania przyjęła ambitny – w ujęciu globalnym i europejskim – cel dekarbonizacji gospodarki przed rokiem 2050 w celu ograniczenia najgorszych skutków zmiany klimatu. Poradzenie sobie z taką transformacją wymaga całościowej przemiany systemów społecznych i ekonomicznych – szczególnie jeśli chcemy uniknąć negatywnych skutków społecznych tej zmiany. Sprawiedliwa, niwelująca nierówności (a nie przyczyniająca się do ich wzrostu) transformacja zakłada przemyślenie fundamentalnych zasad, na których opierają się wszystkie instytucje społeczne i ekonomiczne.
Sprawiedliwa transformacja dzięki edukacji
Hiszpania opublikowała swoją strategię zielonej transformacji w roku 2019. Jej elementem jest zestaw działań, które mają zostać zrealizowane na szczeblu krajowym oraz za pośrednictwem różnych wspólnot autonomicznych, reprezentujących różne regiony i narodowości zamieszkujące ten kraj. Celem jest wykorzystanie zielonej transformacji do stworzenia nowych sektorów zatrudnienia. Sprawiedliwa transformacja, wraz z przyjętym wcześniej prawem klimatycznym (Ley de Cambio Climático y Transición Energética) oraz narodowym planem energetycznym i klimatycznym, kładzie szczególny nacisk na tworzenie zielonych miejsc pracy poprzez promowanie energetyki odnawialnej (OZE) oraz opracowywanie porozumień dotyczących jej rozwoju i wsparcia publicznego dla szczególnie wrażliwych sektorów oraz firm. Poruszana jest tu również kwestia edukacji – zmiany w programach nauczania na każdym jej szczeblu mają przybliżyć osobom uczącym się przyszłość zielonej gospodarki, w tym poprzez kształcenie zawodowe.
Transformacja energetyczna, na której opiera się zielona strategia rządu, wymagać będzie sporej ilości pracowników, posiadających rzadko dziś spotykane umiejętności. – „W najbliższych latach mówimy o podwojeniu liczebności tej grupy. Obecne badania wskazują na to, że przeszło połowa nowych miejsc pracy wymagać będzie osób o takich właśnie kompetencjach” – tłumaczy Clara Sanz, odpowiadająca w rządzie za szkolnictwo zawodowe.
Europejskie Centrum Rozwoju Kształcenia Zawodowego (Cedefop), szacuje, że Europejski Zielony Ład przyczyni się do utworzenia ponad 2,5 miliona nowych stanowisk w zielonych sektorach gospodarki do roku 2030. Hiszpańskie Obserwatorium Kształcenia Zawodowego i Szkoleń prognozuje z kolei, że w kraju tym trzeba będzie obsadzić nawet 10 milionów wakatów do roku 2030, powstałych głównie z powodu przechodzenia osób pracujących na emeryturę.
Zdaniem Marty Suárez-Vareli, ekonomistki w Banku Hiszpanii, dla zielonej transformacji kluczowy będzie odpowiedni popyt na umiejętności potrzebne przy termomodernizacji budynków oraz instalowaniu odnawialnych źródeł energii. Hiszpański rząd mocno stawia na OZE, głównie dzięki dużemu potencjałowi wykorzystania dostępnych tu zasobów, takich jak słońce, wiatr, biomasa czy lit. Kraj ten jest zdaniem amerykańskiej firmy z branży nieruchomości, CBE Group, trzecim najbardziej atrakcyjnym na świecie państwem dla inwestycji w zieloną energię.
Ekspansji ulegać będą powiązane z nią branże, takie jak budownictwo, instalowanie systemów technicznych, zielone finanse, ale również wschodzące technologie w rodzaju zielonego wodoru, samochodów elektrycznych czy związanych z poprawą efektywności energetycznej. – „Inwestycje w szkolenia są kluczowe dla efektywności funduszy europejskich. Dualny system kształcenia zawodowego, łączący edukację z odbywaniem stażu w firmie, odgrywa tu kluczową rolę” – zauważa Suárez-Varela. – „Dostosowanie potrzeb w zakresie szkoleń do oczekiwanych przez firmy umiejętności pozwoliłoby na lepsze ukształtowanie rynku pracy. Dziś, mimo wysokiego poziomu bezrobocia, wiele wakatów pozostaje nieobsadzonych z powodu braku odpowiednio wykwalifikowanych pracownic i pracowników”.
Powyższe wnioski potwierdza Cedefop: „W Hiszpanii mamy do czynienia z pewnym poziomem przekwalifikowania. Młodzi ludzie otrzymują dyplom ukończenia studiów, ale znajdują zatrudnienie w zawodach wymagających umiejętności na poziomie szkolnictwa średniego” – tłumaczy Ernesto Villalba, ekspert z departamentu organizacji odpowiadającego za kształcenie zawodowe i politykę szkoleniową. – „Łączą się tu dwie fundamentalne kwestie: edukacja musi być powiązana z otaczającym ją światem, a fakt, iż mierzymy się z tak wymagającym, gwałtownie zmieniającym się rynkiem pracy, udowadnia potrzebę ciągłego uczenia się”.
Poza nowym ustawodawstwem w zakresie kształcenia zawodowego, dającego silniejszą podbudowę kształceniu dualnemu, nowy plan rządu stawia za cel modernizację systemu szkoleń i stworzenie 28 nowych stopni naukowych powiązanych ze wschodzącymi sektorami gospodarki – w tym tymi zielonymi i cyfrowymi, takimi jak dane, cyberbezpieczeństwo, sztuczna inteligencja czy robotyka. Dedykowane fundusze pozwolą na utworzenie 200 tysięcy nowych miejsc pracy oraz wsparcie uznania profesjonalnych umiejętności dla tych, którzy zdobyli je w swoim miejscu pracy. Celem ma być zwiększenie odsetka obywateli i obywatelek mogących pochwalić się kształceniem na poziomie ponadpodstawowym (szkoły średniej lub zawodowej) w ciągu najbliższych 10 lat z dzisiejszych 24% do 49%. Najpierw jednak musimy obudzić tego dinozaura.
Sprawiedliwa, niwelująca nierówności transformacja zakłada przemyślenie fundamentalnych zasad, na których opierają się wszystkie instytucje społeczne i ekonomiczne.
Bieg z przeszkodami
Choć na papierze plany te zasługują na pochwałę, eksperci nie są pewni tego, w jaki sposób będą one kompatybilne z istniejącym systemem edukacyjnym – głównie z powodu oddzielenia pracy i edukacji, będącego skutkiem głęboko zakorzenionej tradycji. W porównaniu do innych krajów Europy Zachodniej, Hiszpania przeszła przez proces uprzemysłowienia relatywnie późno. W efekcie do roku 1975 nie było tu formalnych ram kształcenia zawodowego – później zaś zostały one wpisane w obręb dobrze znanej, humanistycznej tradycji uniwersyteckiej.
Rezultatem tego stanu rzeczy było społeczne niedowartościowanie zawodów technicznych, wynikłe ze stawiania przez prawo edukacyjne przede wszystkim na zdobywanie dyplomów uniwersyteckich. Obecne propozycje rządowe z zakresu kształcenia zawodowego odwołują się nawet do skończenia z „modelem diabolo” – określeniem stosowanym niekiedy do opisu hiszpańskiego modelu edukacji. Niczym zręcznościowa zabawka, której krańce są znacznie szersze niż środek, w Hiszpanii mamy do czynienia z dużym gronem osób z wykształceniem wyższym oraz równie sporą grupą o bardzo niewielkich kwalifikacjach, np. kończących jedynie pierwszy etap edukacji ponadpodstawowej. W wąskim środku tkwi niewielki odsetek osób, które czynnie zdobywają kompetencje zawodowe.
Hiszpania, w przeciwieństwie do Finlandii czy Japonii, nie może pochwalić się żadnym publicznym paktem na rzecz edukacji, który chroniłby ją przed politycznymi zawirowaniami w kolejnych kadencjach. Nie ma tu również gwarancji odpowiednich środków, przeznaczonych na jej rzecz. Tego typu pakt mógłby zapobiec pokusie ciągłych, destabilizujących zmian w systemie. Według danych niezależnego start-upu medialnego Newtral, Hiszpania przyjmuje nowe prawo dotyczące szkolnictwa średnio co pięć lat, co przekłada się na osiem jego reform od czasu powrotu do demokracji w roku 1975. Ekspert do spraw edukacji, José Antonio Marina, zajmował się tym sektorem przez wiele dekad. – „Przyjmowaliśmy zbyt wiele zmian prawnych, a równocześnie nie byliśmy w stanie zainteresować społeczeństwa tematem edukacji. W najnowszym CIS – rządowym badaniu opinii publicznej, sprawdzających wagę, jaką przykłada do poszczególnych spraw – jedynie 7% ankietowanych stwierdziło, że martwi się stanem systemu edukacyjnego” – tłumaczy.
Brak konsensusu napędza jeszcze trudniejszy do rozwikłania problem – niedofinansowania szkół publicznych. Wydatki na edukację w Hiszpanii nie sięgają nawet 5% PKB. Dla porównania wydatki te w Danii wynoszą 6,3%, w Belgii 6,2%, w Estonii 6% PKB. Brak publicznego porozumienia, które gwarantowałoby odpowiedni poziom wydatków sprawia, że strumień środków nie jest stabilny, co generuje sporą niepewność w systemie. Kolejnym aspektem tej sytuacji jest fakt, iż niskim wydatkom publicznym towarzyszą wysokie prywatne (szczególnie na poziomie edukacji szkolnej), co prowadzi do większych nierówności w dostępie do kształcenia.
Kontrola nad edukacją znajduje się w rękach społeczności autonomicznych. Różnymi rejonami kraju rządzą różne partie, odpowiadające w nich za politykę budżetową. Jako że mogą również zmieniać elementy programów nauczania, nie ma barier chroniących przed sporami ideologicznymi w obrębie tak szerokiego tematu, jakim jest edukacja. Gdy w roku 2020 przyjęte zostało prawo oświatowe, które stawiało sobie za cel m.in. odejście od konieczności powtarzania klasy przez uczennice i uczniów, siedem wspólnot autonomicznych sprzeciwiło się temu i zaprezentowało własne rozwiązania.
Tego typu wahnięcia komplikują rozwijanie programów nauczania, co z kolei generuje kolejne problemy dla nauczycielek i nauczycieli. – „To kwestia stabilności: zarówno ekonomicznej, jak i edukacyjnej. Działania partii politycznych nie powinny wpływać na to, co nauczane jest w szkołach” – uważa Alejandra Cortés, profesorka Uniwersytetu w Saragossie oraz badaczka UNESCO w zakresie komunikacji i wartości edukacyjnych. Komitet Praw Dziecka ONZ jasno apeluje o polityczny konsensus, umożliwiający zabezpieczenie odpowiednich poziomów finansowania oraz powiązanie programów nauczania z zapotrzebowaniem rynkowym. Podkreśla również pilność rozwiązania innego, istotnego problemu hiszpańskiego systemu edukacyjnego – szybkiego wypadania z niego.
Choć wskaźnik przedwczesnego opuszczania murów szkoły osiągnął w roku 2021 najniższy poziom od czasów wprowadzenia jego pomiarów (13,3%), to Hiszpania wciąż nie osiągnęła europejskiego celu jego zmniejszania do 10%. – „Do wypadania przez uczennice i uczniów z systemu przyczynia się program nauczania, który odwraca się plecami od potrzeb społecznych” – przyznaje sekretarz stanu ds. edukacji, Alejandro Tiana. – „Zauważamy również brak miejsc w placówkach kształcenia zawodowego. Większość z osób, które wypadły z systemu, ma niewielkie kwalifikacje i nie ma możliwości znalezienia miejsca, w którym może kontynuować kształcenie” – dodaje.
Alejandra Cortés krytykuje obsesję dyktand i uczenia się na pamięć – elementów od zawsze cechujących hiszpańską szkołę. Zgadza się również z poprzednimi uwagami. – „Dobry rozwój oznacza, że już od wczesnego poziomu opieki i edukacji szkolnej muszą one uwzględniać kwestie techniczne. Musimy uczyć możliwych do odtwarzania umiejętności, które nie ograniczają się wyłącznie do teorii. Mówię tu o zdolnościach technicznych, ale i o rozwiązywaniu konfliktów czy umiejętnościach komunikacji” – tłumaczy. Zmiany społeczne zostawiać mają miejsce dla nadziei w tym zakresie. – „Kształcenie zawodowe zaczyna cieszyć się coraz lepszą opinią. Rodziny, uczennice i uczniowie patrzą na nie życzliwszym okiem. Powinniśmy skorzystać z tego faktu” – apeluje. Nie chodzi tu o dyskredytowanie uniwersytetów, ale od znalezienie drogi środka między różnymi podejściami. – „Wiele osób studiujących, z którymi mam do czynienia, najpierw decyduje się na kształcenie zawodowe, a następnie o zapisanie się na uniwersytet, zdobywając praktyczne umiejętności na pierwszym etapie i wiedzę akademicką na kolejnym. To bardzo ubogacająca ścieżka” – uważa.
Edukacja dla przyszłości
Ryzyko związane ze zmianą klimatu, ale również polityczne zobowiązania w zakresie dekarbonizacji gospodarki, pozwoliły rzucić światło na dotychczas niezauważany aspekt hiszpańskiego systemu edukacyjnego – powiązania między jego kształtem a sprawiedliwą transformacją. Wskaźniki przedwczesnego opuszczania systemu edukacyjnego oraz bezrobocia wśród osób młodych jasno wskazują na to, że potrzebne jest inne podejście. Proponowane zmiany, zamiast jedynie „uczyć, by produkować”, powinny sygnalizować potrzebę uczynienia z sali szkolnej miejsca, które zmienia się wraz z otaczającym światem.
– „Pęknięcia w różnych systemach edukacyjnych mają miejsce wtedy, gdy istotne zmiany społeczne nie znajdują odzwierciedlenia w wiedzy, umiejętnościach i podejściach, które zdaniem społeczeństwa powinny zostać przekazane młodym ludziom. Naszym zadaniem jest uczyć wartości, umiejętności, motywacji oraz postaw, które pomogą byciu aktywną obywatelką i obywatelem, częścią społeczeństwa, w którym będzie się żyło” – mówi Tiana.
Czy wzmocnienie systemu kształcenia zawodowego w celu wsparcia zielonej transformacji odegra również rolę w szerszym przemyśleniu naszych systemów edukacyjnych, a tym samym również modelu państwa dobrobytu? Każde źródło tego, co definiuje nasze społeczeństwa – podobnie jak korzenie w drzewie – odgrywa fundamentalną rolę w jego rozwoju. Ewolucja jednego z nich oznaczać musi zmiany całej reszty. Skończenie z założeniem „uniwersytet = zatrudnienie” i otwarcie się na inne ścieżki może pomóc w upowszechnianiu się innych wzorców pracy, pozwalających odpowiedzieć na kolejne wyzwania. Wśród wzorców tych znajdziemy m.in. skrócenie czasu pracy, czterodniowy tydzień pracy, dłuższe urlopy ojcowskie czy zwrócenie większej uwagi na sektory pozostające na uboczu uwagi systemów edukacyjnych, takich jak opieka czy turystyka. Oba z nich stanowią istotny wkład w dobrobyt gospodarczy Hiszpanii.
Aby tak się stało, politycy muszą podjąć niezbędne kroki na rzecz stworzenia warunków do tych zmian. Rezygnacja z głęboko zakorzenionych przekonań wymaga współpracy ponad podziałami. To rzecz jasna skomplikowana sprawa, ale ewolucja stanowi klucz dla dobrostanu społeczeństw. Wszystko zaczyna się od edukacji. Jeśli diplodok w końcu otworzy swoje oczy i wykona pierwszy krok, jego ślad będzie nie do przeoczenia. Kolejne pokolenie będą uczyć się o tej zmianie przez stulecia.
Cristina Suárez Vega
Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek
Artykuł pierwotnie ukazał się na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Maddy Bris from Pixabay.