Michał Matuszak: Rymy bojowe

Michał Matuszak: Rymy bojowe

***

Chłopska nędza

 

Z bólem prostuje kręgosłup styrany od wysiłku

Znój podejmuje dla marnego posiłku i czyjegoś zysku

O godność upomnieć się trudniej, gdy z pogardy co rusz praskają po pysku

I tną batami do krwi skórę

Ten co odmawia posługi ten nierozumny dureń

Młódka nie chciała ulec, więc splugawił przed rodziną siostrę i córę

Nie mogłem nic począć, ojciec przyjął to z ogromnym bólem

Co pozostało biedocie? Ukorzyć się przed jaśnie królem

Dobra ziemskie i majątki wielkie wzniesione czyimś trudem

Upodleni nędzarze smrodem i brudem

Gdy chłodny pot spływa po rozżarzonym ciele

Gdzie wzrokiem sięgnąć rodzina i przyjaciele

Miejsce od dziecka znane, po kres życia dane

Bieda jak znamię, upokorzenie zbyt dobrze zna je

Dzień rozpoczyna się wraz z wczesnym ranem

Świt przypomina, że żywot to boskie skaranie

Należycie oddaj pokłon panu prostacki chamie

Chłopa wzgarda bo dwór ścielą gęby niegodne i cwane

Pisk rodzi szmer, szmer a po nim szepty

O rety, to nie są już sekrety

Szept do szeptu w sumie robi się już szumnie

Ponad szum wyrastają krzyki

Głosy krytyki zlewają się we wrzask przeciw katom

Wojna pałacom, a pokój chatom

Żyłę na czole rozsadza niepohamowana furia

Powiada: dosyć mam traktowania jak zwykłego durnia

Żądzy gniewu nie stępi pleban ani też liturgia

Wieści w karczmie niosą upojone podszepty

Do momentu, gdy tenże chłop korpulentny

Wykrzyczał: burżuje to niegodziwe mendy

We wsi larum i jazgot

Ktoś bez rozsądku wypowiedział posłuszeństwo panom

Siekierę z drwa wyrwał jednym szarpnięciem

Zimny trzonek mocniej zacisnął w ręce

Tępe ostrze w pniu wyżyna wcięcie

Kładzie się modrzew głuchym skrzypnięciem

Myśli krążą bez ładu zanurzone w odmęcie

Od rodzimej ziemi nie da się odwrócić na pięcie

Nawet wtedy, gdy szachuje państwo nadęte

Tfu, więcej czapkował nie będę

Ani z uniżenia ściskał mycki w dłoniach

To chłopa przesłanie, nie przebierał wysłańcowi w słowach

Oddala się dworska gnida w mrok cichnącym tętentem konia

Szlachta zniewagą uczyniła z chłopa niepokornego woja

Honor to pancerz chroniący jak zbroja

 

 

Ciągle na parterze

 

Wszystko można dziś skomercjalizować

Twarze i symbole, młodzieżowe roku słowa

Religia i bunt także mogą być towarem

Dewocjonalia, a na koszulkach noszą Che Guevarę

Być gdzieś pomiędzy zawsze się starałem

Zdrowy rozsądek pokierował mnie na lewą flankę

Tutaj jest już spoko, choć ulegam ciągłym szokom

Kryzysom finansowym i dziurom ozonowym

Zagrożeniem wojnami, społecznymi zmianami

Drogimi mieszkaniami i majątkowymi dysproporcjami

Wyzwań co niemiara do rozwikłania, więc może starczy już teoretyzowania

Spokrewniony z anarchizmem, lecz zdaję sobie sprawę, że problemy te są polityczne

Wytyczne elastyczne, układane tak by nie strącić im włosa z głowy

No co wy? Nie udawajcie zgrai niewiniątek

Pod tym kątem, jesteście niewyobrażalnie chujowi

Odchodzą starzy, a ich miejsce wypełniają nowi

Kontynuatorzy neoliberalnego pochodu zwycięzców

Choć to nie wojna na froncie, oni wciąż biorą jeńców

Grodzenie i dzielenie tego co niegdyś łączyło

Niektórym portfelom się solidnie przytyło

Opłotowań i kamer w nowych czasach przybyło

Choćby wszystko propagandą sukcesu się okryło

To co się mogło to się spierdoliło

Budzik dzwoni, wstaje dzień w świecie który nie jest rajem

Inne były obietnice, siostro, bracie się zdaje

Gorzka, czarna kawa ociepla zimne jak lód wnętrze

Znów trzeba się wspinać piętro po piętrze

Pomimo wysiłku i starań wciąż jestem na parterze

Ha, ha, ha czego oczekiwałeś jebany frajerze?

Żyjemy w świecie gdzie wolność jest taka dokąd sięga

Własność prywatna i ile aktywów się w kieszeni posiada

A ten co nie ma spłaca dobytek w ratach

Ta relacja jest jak syndrom sztokholmski

Musisz dalej w tym trwać, pomimo że grunt jest grząski

Wyprowadzam lewy sierpowy i kończę z nimi potężnym prostym

Ten system promuje panów wyniosłych, co brzuchy sadłem im obrosły

I konkurencję, w której należy wyciąć w pień rywala

Winny każdy z tych co się na szczycie nie znalazł

Nie do wywabienia skaza w życiorysie jak tłusta plama

Każdy musi sam przetrawić swój życiowy dramat

Napięcia eskalują, w końcu rozsadzą porządek jak granat

To normalne, że poczciwemu w biedzie i tak się nie powiedzie

Rodziny w komunalkach wychudzone jak po cud diecie

Z drogi śmiecie, bo panicz Lexusem jedzie

Uśmiechnięty i przystojny, bo takiemu inaczej nie przystoi

Doprawdy piękne słowa w szczerbatym uśmiechu tracą powab

Ci którym poskąpiono urody mogą mieć na świat focha

Dziś nikt nie wznosi myśli, wszyscy chcą się wyróżniać na fotach

Do wypowiedzi nie agora, a w sieci fora

Instagram, Tik-Tok albo patobójki w oktagonach

Odlatuję stąd czym prędzej jak kapitan Wrona

 

 

Tak pięknie, globalnie

 

Jestem uczestnikiem skomplikowanych globalnych więzi

Mimo prawa do wolności czuję się jak na uwięzi

Układają świat krwawi dyktatorzy i marionetkowi prezydenci

Polityczna sitwa całe życie na debacie spędzi

Jak czarownice z Salem oni są jacyś przeklęci

Zabawa czyimś kosztem, może ich to zwyczajnie kręci

Dysydenci schodzą do podziemia jak czeski Krecik

To Squid Game, świat wszechmogących jak Bruce

Shell zostawia za sobą wycieki i gruz

Jak przy ludzkim dramacie zachować luz?

W Chinach zeskrobują z ulicy robotnika mózg

Który nie podołał niewolniczej pracy dłużej już

Zginął przez telefon, który ktoś wyrzuci po roku i gra blues

Znudzony szejk wytarł gębę pobrudzoną przez humus

Z klima-loży zerkał na roboli rozpływających się jak owocowy mus

Stadion na mundial w Katarze musi być panie, wiesz konkret luksus

Będziemy emocjonować się meczami

Zawodnicy znów będą bohaterami

W sklepach gadżeciarski szał

Wszyscy jesteśmy biało-czerwonymi orłami

Nie bądź malkontent, konsumuj razem z nami

Globalny świat drynda w kieszeni

Globalne ciuchy, cuda wprost nie z tej ziemi

Globalne media, one wpływają na dyskurs

Globalną żywność leniwie przeżuwam w pysku

Trujące toksyny połykam z każdym oddechem

Zagrożenia klimatyczne prezydent w Brazylii zbywa śmiechem

Więc karczują puszczę pod kolejne uprawy soi dla wołowinki

Zanieczyszczenia i fermy to wysoki koszt taniej wędlinki

Co wyląduje na moim talerzu zależy od chińskich fosforanów

I czy w Ameryce Południowej Stany nie zaprowadzą rabanu

Dla przykładu, Fruit Company zabijał dla zysku z bananów

Chamów czas pożegnać już, co wy robicie ciągle tu?

Przeorał masową kulturę odważny ruch MeeToo

Teraz mówi się głośno, że trzeba jebać seksistów

Odtąd wyważać muszę bardziej słowa

I dobrze

Niemożność pierdolenia byle czego odbierana jest jak nowomowa

Totalitaryzm albo cenzura, co za bzdura

Wreszcie skończyły się czasy, że wstydzi się nie oprawca, a ten upokarzany

Typ co się w tym nie łapie stoi jak tryk zbaraniały

Widziały gały co brały

Chyba że akurat robisz zakupy w markecie

Z wierzchu wygląda pięknie jak w żurnal-gazecie

Glutaminian, barwniki, spulchniacze ze sobą w komplecie

W takim żyjemy świecie, monokultury i rzęsiste opryski

Nie po to by karmić, a osiągać kolosalne zyski

Kształt owoców i warzyw ocenia estetów komisja

Ogromne marnotrawstwo, a nie taka ponoć była wizja

 

 

Płonące butle

 

Gdy się wkurwiam, taaa, to temperaturą wrzenia

Nienazwany gniew nie robi na władzy wrażenia

Kompatybilny tłum idzie z postulatami

Wiedz, że wówczas nie chcą już zadzierać z nami

Siła rewolty zwiastunem zmiany

Jak pobudzony Krakatau sejsmicznymi wstrząsami

A psami mogą szczuć, to początek jatki

Nadrzędna zasada: nie trafić za kratki

Oczy dookoła miej jak Inspektor Gadżet

Pięści, w nich kamienie, to dżungla bez maczet

Prośby nie poskutkowały, grzecznie to już było

Nie ma tu baranów, robi się już bydło

W starciu wizerunków zero do jednego dla was

A małe uciechy dla wielu jak awans

Między problemami sztuką jest zachować balans

Szczęściarze z tych, których życie to nie marazm

Odpowiedzią na wzgardę są płonące butle
Pytanie, czy ryzykować przejebanym jutrem

Jesteśmy niezadowoleni i mamy już dosyć

W końcu wasze mordy dosięgną z ulicy ciosy

Niszczycie wspólnotę bo bez niej czujecie bezkarność

To czego się boicie, solidarność, to jest prawdziwa wartość

Dlatego krzyczymy to głośno w grupie

Jebać polityków, mamy was kurwy w dupie

W starciach ulicznych nowy świat wciąż będzie się wyłaniać

Choć obwieścił koniec historii Fukuyama

Gdy jesteś przydatny, po wpadce dadzą szansę do pokajania

By odzyskać zaufanie będzie trzeba się nachapać

Komentariat żeby istnieć musi dalej gadać

A pomiędzy ludźmi wspólnej sprawy nadal będzie trwała sztama

Zatrzymujemy policyjny pochód jak weselników brama

Choć na co dzień rozpierzchnięci zlejemy się w jedność jak woodstockowe pogo

Wiesz co oni wtedy nam mogą? Naskoczyć

A batalia od propagandy po fizyczny kontakt będzie się toczyć

Pycha kroczy ponoć chwilę przed upadkiem

Systemu sługusy taszczą typa z wykręconym karkiem

Rozbiegany wzrok jak tłum, lecz nie ma mowy o popłochu

Mamy swoje prawa, choć twierdzą, że my to ci z motłochu

Dlatego świszczą kule w górze, demokracja ma konflikt w naturze

Więc spokoju nie może być tutaj dłużej

Zwłaszcza, gdy nie odpowiada nam misja rządu

Jesteś z nami człeku, to jesteś mordo w porządku

 

 

Projekty nowego życia

 

Audyt na rejonie, śledzi ruch monitoring

Nie ma już oprychów, którzy bili się jak Torin

Mało co zostało po nich, towar ktoś inny goni

Nikt już nikogo nie kroi, dawni jak dzieje z kronik

Żaden w brokat się nie stroi jak na stole stroik

Żyją już gdzieś indziej, jeszcze nie złożyli broni

Zjawili się nowi, którzy przyszli z hajsem po nich

Jeśli chcesz przejrzystości to to miejsce lepiej pomiń

Świat należy do tych co trupami swój ścielą pomnik

Jeden rozbija się mercem, drugi głowy rozbija o chodnik

W hajsy płodni są ci zimni jak w talerzu chłodnik

Mający za sobą grupę szanse swe zwielokrotni

Szczególnie, gdy ta grupa grupę wpływu stanowi

Działanie ponowi, rekin, który nie przyjmie odmowy

Nawet, gdy dobiega skowyt i sypią się na łeb gromy

Nowe konstrukcje ponad marność wznoszą się jak drony

Śmierdzi szwindlem ale wszystko legal jak towar oclony

Patodeweloperka zasysa tkankę miejską i zbiera plony

Zaprojektują nowe życie dookoła kiedy wyniuchają w potencjale zyski

Jeśli nie dorównasz wzrostom możesz w poduszkę kwilić bo już jest po wszystkim

Stało się ładnym to co wcześniej było brzydkim

Nieregulaminowi muszą opuścić miejsce to krokiem szybkim

Projekty nowych dzielnic

Obietnice lepszego życia

Gentryfikacja ma stare do ukrycia

I cel w podnoszeniu dla snobów prestiżu

Miejsce to samo, już bez biedoty i kiczu

Przyszło pokolenie nowe schowane za domofonem

Z zamykanym szlabanem i agencją co zapewnia ochronę

Wyjątkowi jak monarcha noszący na głowie koronę

Skoro w niej wielu upatruje celu

Zadowoli ich tylko to co jest marką deluxe

Tych obciążonych długami pochłania czeluść

Bo polityka mieszkaniowa brzmi jak oksymoron

Nigdy nie będzie cię stać, chyba że masz hajs jak Joanna Moro

Co chcą to biorą, więc mają sporo

Przestrzenny horror jest miejską zmorą

Jak Neapol z Camorrą wieczorną porą

Rachunki cię do łysa wygolą

Jak skalp, alternatyw brak, nowy miasta ład

Więc trafia cię szlag i więdniesz jak flak

Wyrosło piękne i sterylne, a dookoła toporna nijakość

Co kłuje w oczy jak starca nagość

A miało być słodko jak z kremem ciasto

Długie cienie brył padają półmrokiem na miasto

Zagęszczonego od mikro-przestrzeni niczym w chowie klatkowym

Przelazły głowy jak u kotów, no to luz, mówić nie ma o czym

 

Michał Matuszak

Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

 

Zbrojeniowe Eldorado szansą dla przemysłu?

Zbrojeniowe Eldorado szansą dla przemysłu?

Ostatnie dni sierpnia przyniosły podpisanie przez wicepremiera Błaszczaka umów wykonawczych na pierwsze elementy pakietu sprzętu, który ma zostać dostarczony Wojsku Polskiemu przez przemysł Korei Południowej. Chodzi w tym przypadku o 180 czołgów K2 (dostawy w latach 2022–25) i 212 armatohaubic samobieżnych K9A1 (2022–26). Według planów ma to stanowić dopiero preludium znacznie większych dostaw. Wojsko Polskie ma pozyskać łącznie aż 1000 K2, a K9 – w liczbie 672. Koszt umowy na pierwszą transzę czołgów wynosi 3,37 miliarda dolarów, armatohaubice będą kosztować 2,4 miliarda dolarów. W obu przypadkach umowy obejmują pakiety szkoleniowe, logistyczne oraz znaczące zapasy amunicji (100 000 sztuk obu kalibrów).

Dostarczane po roku 2026 czołgi miałyby być już opracowaną z uwzględnieniem polskich wymagań wersją K2PL. Zakładany jest szeroki zakres produkcji w Polsce, obejmujący według wstępnych deklaracji przedstawicieli MON nawet silniki. Na marginesie warto dodać, że na podstawie początkowych przecieków już pierwsza transza K2 miała być wersją nie podstawową, a zbliżoną do oferowanej Norwegii. Z wyraźnie poprawionym opancerzeniem, które w standardowej Czarnej Panterze w europejskich warunkach jest oceniane jako zdecydowanie niewystarczające. Stało się jednak inaczej, najprawdopodobniej z uwagi na czas potrzebny na wdrożenie do produkcji wariantu zmodyfikowanego niemożliwy do pogodzenia z naciskiem MON na jak najszybsze rozpoczęcie dostaw wypełniających wraz z kupowanymi w Stanach Zjednoczonych 226 używanymi Abramsami w wersji M1A1SA lukę po przekazanych Ukrainie T-72M1/M1R oraz pierwszej, zapewne nie ostatniej transzy PT-91.

W pierwszym etapie objętym podpisaną umową w Polsce ma zostać stworzone zaplecze serwisowe dla K2, umożliwiające prowadzenie obsługi bieżącej. Według wiarygodnych, jak się wydaje, spekulacji to właśnie czynnik dotyczący budowy zaplecza tego rodzaju zdecydował o zarzuceniu pozyskania większej liczby używanych Abramsów (według deklaracji MON na bardzo korzystnych warunkach finansowych w odniesieniu do pojazdów jako takich) na rzecz opłacanej żywym pieniądzem oferty koreańskiej. Powszechnie przyjmowany stosunek kosztów zakupu sprzętu nowego do kosztu późniejszej obsługi wynosi bowiem około 1:2 – w przypadku używanego, częściowo wyeksploatowanego i bardziej awaryjnego siłą rzeczy jest o wiele gorszy, zatem maksymalizacja krajowych zdolności serwisowych ma istotne znaczenie gospodarcze. Amerykanie znani są z małej elastyczności w wypuszczaniu z ręki przyszłych zysków, w szczególności w przypadku przewagi pozycji negocjacyjnej związanej ze sprzedażą sprzętu za tylko ułamek nominalnej wartości.

Z partnerem koreańskim (w przypadku czołgów jest to firma Hyundai Rotem) wiązane są natomiast duże nadzieje. W kwestii krajowego udziału w produkcji po 2026 wersji K2PL – której konfiguracja nie jest jeszcze znana, acz wydaje się, że również i w tym wypadku może mieć miejsce rezygnacja z dość wyśrubowanych postulatów takich jak przede wszystkim pełna izolacja amunicji od załogi – w razie realizacji zapowiedzi nastąpi de facto odtworzenie zdolności wytwarzania w Polsce czołgów. Ta bowiem została utracona po realizacji kontraktu na czołgi PT-91M dla Malezji. Brak dalszych zamówień spowodował daleko posuniętą degradację zakładów Bumar Łabędy, które straciły zasadniczą część wykwalifikowanych kadr. Ciosem śmiertelnym stał się upadek zakładów PZL-Wola pod koniec pierwszej dekady obecnego stulecia – wytwarzających jako jedyne w kraju silniki czołgowe. Od tej pory wszelkie propozycje modernizacji (czy potencjalnie odtworzenia produkcji) czołgów rodziny T-72/PT-91 musiały zakładać już zastosowanie importowanej jednostki napędowej.

Na obecnym etapie, kiedy jedynym pewnikiem jest zakup gotowych maszyn w Korei, trudno wyrokować na temat szans realizacji ogłaszanych zamierzeń, obejmujących nawet współpracę z Koreańczykami przy opracowywaniu czołgu kolejnej generacji, domniemanego KPL-3. Jednak samo stworzenie bazy serwisowo-remontowej dla zamówionych K2 będzie musiało oznaczać istotne poszerzenie zaplecza serwisowego. Zakłady Bumar Łabędy są bowiem obciążone niesprawnie przebiegającą modernizacją czołgów Leopard 2A4 do standardu PL, która może zakończyć się dopiero w roku 2027 lub nawet 2028. Krajowy potentat w dziedzinie sprzętu ciężkiego, Huta Stalowa Wola, jest obciążony obecnymi i przyszłymi zamówieniami. Wiele wskazuje na to, że pod kątem czołgów koreańskich zostanie stworzony nowy ośrodek lokalizowany w okolicach Poznania, przy czym niekoniecznie musi on pokrywać się z zakładami H. Cegielski włączanymi właśnie do struktur Polskiej Grupy Zbrojnej. Wraz z również poznańskimi Wojskowymi Zakładami Motoryzacyjnymi (które prowadzą i będą prowadzić obsługę serwisowo-logistyczną Leopardów) Cegielski może ułatwić stworzenie kolejnego ośrodka. Jego potrzeby kadrowe w przypadku samego serwisu, który w normalnych warunkach będzie musiał być realizowany przez nie mniej niż 40 lat, można szacować na co najmniej kilkaset osób, odpowiednio więcej w przypadku realizacji planów dotyczących produkcji na tak dużą jak zapowiadana skalę.

O ile zakup koreańskich czołgów nie jest przedmiotem istotnych kontrowersji, o tyle kwestia armatohaubic budzi żywe emocje. Kupowane obecnie gotowe K9A1 są bowiem odpowiednikami Krabów – wytwarzanych w Polsce i zyskujących bardzo dobre opinie podczas wojny ukraińskiej. Gąsienicowy nośnik jest zasadniczo identyczny i również w Krabie pochodzi z Korei (obecnie z produkcją licencyjną w Polsce), co stanowi pokłosie trwającego kilka lat zamrożenia programu. Huta Stalowa Wola jakoś przetrwała odwlekanie zamówień, jednak dla Bumaru i PZL-Wola stało się ono w praktyce gwoździem do trumny. W rezultacie do podwozia, które miało być produkowane praktycznie w całości w kraju, chociaż stanowiąc rozwinięcie jeszcze sowieckich technologii, w momencie, kiedy faktycznie zamierzano uruchomić produkcję seryjną brakowało polskiego silnika, a wydrenowany z kadr Bumar miał ogromne problemy ze sprostaniem wymogom jakościowym. Faktem niezaprzeczalnym pozostaje, że koreański nośnik jest znacznie doskonalszy technicznie i pod względem kluczowych dla przetrwania na polu walki dynamiki oraz zdolności manewrowych zdecydowanie góruje nad pierwotnie planowanym. Jednak stanowiąca rozwinięcie brytyjskiego AS-90 wieża problemów nie sprawia i na bazie doniesień z Ukrainy spisuje się doskonale. K9A1 sumarycznie nie powinna być od Kraba w istotny sposób gorsza ani lepsza.

W tej sytuacji musi budzić wątpliwości fakt, że oprócz trwającej produkcji rozwiązania spolonizowanego (mimo istotnego udziału komponentów zagranicznych) wprowadza się gotowy sprzęt zagraniczny tej samej klasy. MON ma tu istotny argument – HSW jest obłożona bieżącą produkcją Krabów na potrzeby krajowe (planowane jest zamówienie obok obecnych dodatkowych 48 egzemplarzy) oraz ukraińskie. W linii trzeba czymś zastąpić armatohaubice skierowane na Ukrainę, a także starsze haubice samobieżne 2S1. Resort wymaga bardzo szybkich dostaw, czemu krajowy producent nie jest w stanie sprostać przy istniejących możliwościach. Można przypuszczać, że decydenci polityczni nie działają pochopnie i na ślepo, lecz kierują się nieupublicznianymi prognozami rozwoju sytuacji wojennej na wschodzie, zakładającymi mimo potężnych strat Rosji konieczność bardzo szybkiego odtworzenia w zakresie zredukowanym transferami na Ukrainę i wzmocnienia potencjału Wojska Polskiego. Pytanie, czy podobnymi prognozami nie dysponowano już od czasu pierwszej rundy rosyjskiej inwazji na Ukrainę i czy w związku z tym nie można było w ciągu siedmiu lat znacząco zainwestować w moce produkcyjne, pozostanie już bez odpowiedzi…

Nieco inaczej ma się sprawa perspektywy po 2026 dotyczącej produkcji i zakupów wersji określanej jako K9PL. Ma to być spolonizowana odmiana konstrukcji K9A2. Jej najważniejszym ulepszeniem wobec A1 będzie automat ładowania działa. Sądząc po zapowiedziach, zgodnie z którymi również K9PL będzie początkowo produkowana w Korei, trudno oczekiwać istotnego zakresu polonizacji konstrukcyjnej tego zdefiniowanego już przez Koreańczyków, rozwijanego od kilku lat projektu. Tymczasem na bazie kompetencji badawczo-rozwojowych nabytych podczas polonizacji zagranicznych rozwiązań wiodącej do Kraba w obecnej formie można by oczekiwać już właśnie istotnego udziału polskich konstruktorów. HSW dzięki opracowaniu bojowego wozu piechoty Borsuk miałaby coś do powiedzenia również w obszarze podwozi. Postawienie na konstrukcję de facto koreańską rodzi pytanie, co stanie się z potencjałem badawczo-rozwojowym.

Warto przy okazji zauważyć, że HSW już przed kilku laty proponowała wojsku opracowanie wersji Kraba ze zautomatyzowanym ładowaniem, co jednak nie budziło żadnego zainteresowania. Można spodziewać się, że własne projekty rozwojowe Huty pójdą w tej sytuacji do kosza, a inżynierom przypadnie rola kopistów wdrażających rozwiązania opracowane gdzie indziej. Co prawda Koreańczycy anonsują dalszą ewolucję systemu K9, ale czy kilka lat praktycznego zawieszenia przez HSW badań i rozwoju nie spowoduje utraty przynajmniej znaczącej części zdolności z tym zakresie i potencjału podjęcia ewentualnej współpracy? Fatalna komunikacja między MON a przemysłem i stawianie tego drugiego w obliczu faktów dokonanych oraz bardzo zaskakujących żądań doprowadziły do dymisji powszechnie wysoko ocenianego prezesa HSW Bartłomieja Zająca. W powyższej raczej niewesołej sytuacji warto docenić, że według opublikowanych doniesień dostarczane K9A1 mają być od samego początku wyposażone w polskie Zintegrowany System Zarządzania Walką Topaz i system łączności Fonet. Czy jednak radość będzie pełna, okaże się dopiero po ujawnieniu stopnia funkcjonalności Topaza w koreańskich działach. Również w tym przypadku na temat miejsca produkcji K9PL pozostają póki co spekulacje. Naturalnym wyborem wydawałaby się HSW, jednak przecieki informacyjne z MONu potrafią zaskakiwać.

Powyższe plany nie wyczerpują całości wojskowych inwestycji oraz ich kontekstu przemysłowego. Niektóre kwestie, takie jak systemy HIMARS i Narew (CAMM), omówiłem we wcześniejszych tekstach na stronie Nowego Obywatela. Ważnym uzupełnieniem wydaje się ogłoszenie zamiaru polonizacji przeciwpancernych (i nie tylko) pocisków rakietowych Brimstone. Wytwarzaniem ich elementów w zakresie swoich kompetencji zająć się mają zakłady Mesko. Z Mesko należy również wiązać ewentualną polonizację koreańskich systemów artylerii rakietowej K239, wydaje się, że MON poszukuje rozwiązania rezerwowego dla HIMARSów, których dostępność w oczekiwanych liczbach może być bardzo problematyczna. Rozwój zdolności produkcyjnych dotyczy również projektów realizowanych od wielu lat. Według informacji ogłoszonych w wywiadzie prasowym przez członka zarządu spółki Mesko produkcja przenośnych zestawów przeciwlotniczych, która jeszcze przed kilku laty wynosiła maksymalnie 300 egzemplarzy, w roku bieżącym ma sięgnąć 600, a w przyszłym niemal 1000. Firma prowadzi również projekty Piorun Plus/Piorun 2, mające odznaczać się odpowiednio poprawionymi lub jakościowo nowymi (w kwestii zasięgu) parametrami. Co interesujące, prace te prowadzi z własnych środków, nie mogąc być w żadnej mierze pewna zainteresowania resortu obrony.

Z kolei w związku z zapotrzebowaniem na bezzałogowe statki powietrzne, systemy elektroniczne oraz realizacją programu Gladius, firma WB Electronics buduje w Skarżysku-Kamiennej centrum produkcyjne, które ma zatrudnić około 200, w perspektywie może nawet 400–500 osób. W odniesieniu do zatrudnienia, tajemnicą poliszynela jest, że ogromne zapotrzebowanie Ukrainy na środki bojowe przekłada się na potrzeby kadrowe polskich firm z branży, które na wszelkie sposoby starają się rekrutować pracowników. Szczególne znaczenie społeczne ma to w przypadku HSW i produkującego amunicję Dezametu – leżących w województwie podkarpackim, mającym należące do najwyższych w kraju wskaźniki bezrobocia. Również produkcja i plany zakładów Mesko oraz WB poprawią także niewesołą sytuacją na rynku pracy w sąsiednim województwie świętokrzyskim.

To, czy zajmujące większość niniejszego tekstu plany związane z Koreą przyniosą kreślone przez przedstawicieli MON korzyści przemysłowi i społecznościom, w których działa, pokaże przyszłość. Z jednej strony zamierzenia są imponujące, z drugiej póki co jednym twardym konkretem pozostają zakupy sprzętu za granicą i pewny, choć niewiadomy zakres lokalizacji jego obsługi serwisowej w kraju. Ambitne plany odtworzenia produkcji czołgów czy kontynuacji wytwarzania artylerii samobieżnej mogą zostać pokrzyżowane przez różne czynniki: recesję, zmianę polityczną, rozbicie się planów rozwoju liczebnego armii o kwestie demograficzne, w najgorszym wypadku o niekorzystny rozwój sytuacji geostrategicznej. Dalsze zakupy mogą też zostać ograniczone, co w sytuacji niekoniecznie dobrej współpracy MON-u z przemysłem i traktowania przez wojsko krajowych zakładów nieraz jako zła koniecznego, skrzeczącego i utrudniającego wygodny zakup z półki za granicą, nie wyklucza negatywnych konsekwencji. W przypadku K2 prawdopodobny nowy ośrodek nawet przy znacząco mniejszych zakupach pozostanie centrum serwisowym. Jednak w przypadku artylerii może dojść do sytuacji, w której Krab zostanie „zarżnięty” przez samo zaniechanie jego dalszego rozwoju, a znacznie ograniczonego zakupu K9PL nie będzie się już opłacało polonizować w odniesieniu do wieży.

Wypada życzyć sobie realizacji scenariuszy korzystnych, jednak nie sposób nie uwzględniać też negatywnych.

dr Jan Przybylski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Gerrit Burow from Berlin, Deutschland – Tag der polnischen Streikräfte, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81634766

Edward Carpenter: Społeczeństwo samorządne (1917)

Edward Carpenter: Społeczeństwo samorządne (1917)

Większość ludzi zgadza się obecnie, iż rozrost biurokracji i administracyjnego formalizmu we współczesnym państwie to rzecz bardzo niepokojąca, zwiększenie zaś wpływu władzy centralnej na życie społeczne i multiplikacja praw stanowią bardzo poważne zagrożenie. Wszyscy wiemy, że instytucje sądu i prawa w istocie skutkują pojawieniem się najprzeróżniejszych rodzajów zła: przekupstwa, szantażu, krzywoprzysięstwa, szpiegostwa, kłamstwa, fałszywych oskarżeń – całej masy niepotrzebnych cierpień, których ludzie przysparzają sobie nawzajem. Że sankcjonują i systematyzują używanie przemocy, niekiedy skrajnie brutalnej. I że w jawny i bezpośredni sposób podtrzymują istnienie niesprawiedliwych urządzeń społecznych, na przykład monopolu ziemskiego. Że ich funkcjonowanie pełne jest absurdów i sprzeczności, zarówno w teorii, jak i praktyce. Że (jak na to zwracał uwagę wielokrotnie Herbert Spencer) paraliżują one życiowo tych, którzy się im poddają i wierzą w nie. I że, wreszcie, w większości przypadków działają tak archaicznie, że niemożliwe chyba byłoby przeprowadzenie takiej ich reformy, by zestroić je chociaż trochę z wymaganiami zdrowego rozsądku – nawet gdybyśmy istotnie chcieli taką reformę przeprowadzić.

A jednak, gdy tylko zaczynamy o nich rozmawiać, zazwyczaj bronimy ich dzielnie, twierdząc, że ich istnienie przynosi nam także pewne korzyści, co najmniej równoważące ich wpływ negatywny, że są – mówiąc krótko – złem koniecznym, bez którego nie możemy funkcjonować i usunięcie którego przyniosłoby tylko erupcję chaosu, przemocy i konfliktów społecznych.

Warto, być może, przyjrzeć się tutaj tej argumentacji nieco bliżej. Co ciekawe bowiem, dzieje najprzeróżniejszych ludów i narodów wskazują bowiem na coś przeciwnego. Nie tylko wszystkie plemiona przeszłości żyły w zgodzie i przyjaźni społecznej bez choćby śladu pisanych przepisów, ale nawet wiejskie społeczności dnia dzisiejszego, takie jak istniejące w różnych zakątkach Irlandii, Szwecji, Szwajcarii czy Chin, funkcjonują według dokładnie tej samej zasady. Prawo państwowe, jego ustanowienie i egzekwowanie, odgrywają w ich życiu rolę zaledwie marginalną. Oczywiście, we wszystkich tego rodzaju zbiorowościach wielkie znaczenie posiada obyczaj, ów niezbędny kręgosłup życia wspólnego. Ale obyczaj różni się znacznie od prawa, stanowi – jak moglibyśmy powiedzieć – prawo w formie zarodkowej, słabe, rudymentarne. I istotnie, jakkolwiek surowe, sztywne czy wręcz głupie byłyby przeróżne obyczaje plemion prymitywnych, to i tak niepomiernie łatwiej je zmienić, jeżeli nie skostniały jeszcze w formę pisaną, z towarzyszącym jej w sposób konieczny przepychem historii i ceremoniału – a także armią niebezpiecznych ludzi, zawodowo pilnujących jego przestrzegania [1].

Czy ludzkie społeczeństwa mogą istnieć bez rozbudowanej struktury obyczaju? Wątpię. Nie ma jednak żadnej wątpliwości co do tego, że mogą nie tylko istnieć, ale funkcjonować świetnie i w dobrym zdrowiu, bez prawa pisanego. I kiedy obyczaj przyjmuje – wśród ludów rozumnych i bardziej zaawansowanych, które wyszły ze stanu barbarzyństwa – formę łagodną i, wciąż wywierając pewną presję na sumienie jednostek, staje się dość elastyczny, aby zmieniać się w zależności od wymagań życia – wtedy właśnie widać wyraźnie, iż stanowi on szlachetniejszą siłę społeczną, niż prawo, przewyższając je tak, jak żywy organizm przewyższa martwą maszynę. Zresztą, przecież i znaczna część naszych relacji społecznych funkcjonuje na zasadzie zwyczajowej, niektóre z tych obyczajów zaś, jak widzimy choćby na przykładzie mody czy „prestiżu społecznego”, mają wielką moc. Żadne prawo, na przykład, nie reguluje kwestii zakładów sportowych, a jednak oszustwa w tej materii zdarzają się bardzo rzadko.

Oczywiście, ludziom tak przyzwyczajonym, jak my, by do każdej byle bzdury „wzywać policję”, trudno wyobrazić sobie życie bez tej instytucji. Ponieważ zaś od jej istnienia faktycznie zależy spora część naszego życia, jej likwidacja wywołałaby pewien chaos, to znaczy – może inaczej – ponieważ bez niej nie dałoby się utrzymywać ani obecnego systemu wyzysku, ani owych nieprawdopodobnych różnic majątkowych, jakie zachodzą między klasami, nasze społeczeństwo, oparte przecież właśnie na tych dwóch sztucznych fundamentach, z konieczności musiałoby się rozpaść [2]. Tym niemniej, twierdzić, że coś jest konieczne społecznie w ogóle tylko dlatego, że nie może bez tego istnieć społeczeństwo nienormalne, nienaturalne, jest czymś podobnie absurdalnym. To tak, jak gdyby powiedzieć, że ponieważ każda chińska arystokratka musi przejść proces krępowania stóp, wszystkie kobiety świata powinny mieć okaleczone stopy. I istotnie, tego nam właśnie potrzeba – zrozumieć, że nasz stan społeczny jest czymś tak samo strasznym i nieludzkim, jak okaleczona stopa. Jeśli zaś zdołamy to uczynić, zrozumiemy także, jak zbędne są wszystkie owe instytucje – takie właśnie, jak sądy i policja – za swój jedyny cel mające podtrzymywanie jego istnienia.

Z tej też przyczyny wszelkie wątpliwości, jakie pojawiają się w ludzkich umysłach w związku z propozycją stworzenia społeczeństwa ludzi wolnych – społeczeństwa bez rządu, a więc samo-rządnego – dotyczą nie tyle tego, czy powinniśmy to zrobić (tutaj raczej wszyscy się zgadzamy), ale tego, czy można to zrobić. Chodzi o kwestie praktyczne. Ale w tym wypadku większość trudności, jakie zachodzą, wynika nie z czego innego, jak z istnienia naszej obecnej patologii. Ludzie widzą więc, na przykład, że główną siłą napędową współczesnego życia jest bratobójcza walka o przetrwanie i wnoszą stąd, że bez rządu społeczeństwo pogrąży się w chaosie mordów i grabieży z jednej – oraz biernego próżniactwa z drugiej strony [3].

Choć sąd ten może wydać się bardzo twardy, tym, co napędza nasze życie społeczne w jego warstwie zewnętrznej, jest strach. Od nędznego niewolnika swego pracodawcy, który wstaje przed świtem, przeciska się przez nasze zatłoczone ulice do swego miejsca pracy, aby od pierwszego gwizdka przez dziewięć, dziesięć, dwanaście godzin wykonywać tę samą, monotonną czynność za śmieszne pieniądze; który wraca późnym wieczorem, by ucałować swoje śpiące dzieci, zjeść kolację i, w śmiertelnym zmęczeniu, zwalić się na łóżko, znów wstać i następnego dnia powtórzyć w każdym punkcie ten wycieńczający rytuał; i który godzi się na takie właśnie, nieludzkie i podłe życie, wyzute kompletnie z godności i sensu tylko dlatego, że boi się umrzeć z głodu; po wielkiego potentata, który wiedząc, że majątek zrobiony na przekrętach i spekulacji to dom zbudowany na piasku, który w każdej chwili może się zawalić; który im więcej ma pieniędzy, tym bardziej boi się je stracić; i który bez ustanku musi walczyć o pozycję, nawet uciekając się do najbardziej niegodziwych zagrywek; słowem, od najbiedniejszych do najbogatszych, całe nasze społeczeństwo drży o swój byt, nad wszystkimi straszliwy demon strachu rozpostarł swoje czarne skrzydła. Nieustanna gorączka to znak naszego życia. Nie ma w nim miejsca na naturalne zadowolenie i pogodę ducha. Jak ulice naszych miast długie i szerokie, nie znajdzie się na nich nikt, kto śpiewałby jakąś piosenkę (może z wyjątkiem gliniarzy). Nawet chłopcy pracujący w polu nie nucą już swoich słynnych przyśpiewek – no, nie wspominając nawet o tym, że gdyby robotnik w nowoczesnej fabryce śpiewał podczas pracy, zostałby natychmiastowo i brutalnie „wylany”. Przypominamy rozbitków, ostatkiem sił wspinających się na przybrzeżne skały. Pod nami szaleje ciemna i wściekła kipiel. Każdy stara się za wszelką cenę dokonać ledwie jednej rzeczy – nie spaść. Jeśli zaś w przypływie paniki wykona jakiś nieostrożny ruch i zepchnie w dół jednego ze swoich towarzyszy? No cóż, w takich warunkach podobnie przykre wypadki są rzeczą nieuniknioną.

Ale taki stan rzeczy nie jest normalny. I choć historia rodzaju ludzkiego niezbicie dowodzi, że walka o byt stanowi konieczny element życia, to nie znajdujemy w niej żadnych zgoła przykładów – może z wyjątkiem przypadków naprawdę skrajnych – podobnie wszechobecnego i miażdżącego niepokoju. Obserwacja plemion prymitywnych, z naszej perspektywy skrajnie „biednych”, odsłania przed nami obraz egzystencji zbiorowej zasadniczo odmienny od warunków naszego, jak moglibyśmy powiedzieć, imperium strachu. Proszę teraz moich Czytelników, aby na moment spróbowali wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby zdjęto z naszych barków to nieludzkie brzemię – i jakie byłyby tego skutki praktyczne.

Wyobraźmy sobie zatem, że jakiś dobry mag – jakiś, powiedzmy, transcendentalny minister finansów – machnął różdżką i wyczarował świat, w którym mielibyśmy nie tylko dobrą emeryturę na stare lata, ale także godne zabezpieczenie materialne na całe życie, no – może, aby nie przesadzić: gwarantowany dostęp do artykułów pierwszej potrzeby, tak iż w przyszłości nikt nie odczuwałby już owego stale towarzyszącego nam niepokoju o byt materialny swój i swojej rodziny. Jakie skutki miałoby to dla naszego życia?

Być może, jak wielu utrzymuje, że się stanie, dziewięć dziesiątych z nas powiedziałoby sobie: „Prędzej mi głowa odpadnie, niż kiedykolwiek jeszcze w życiu choćby kiwnę palcem”. Jak ten kataryniarz ze znanej anegdoty, który, doszedłszy do pewnego majątku, rozwalił swoje stare narzędzie pracy siekierą, wrzeszcząc: „No, to teraz sobie graj! Teraz sobie graj!”, czulibyśmy zapewne do naszej pracy tak ogromny wstręt, że rzucilibyśmy ją na zawsze. Jak powiadam, byłoby to bardzo prawdopodobne – i, co więcej, bardzo racjonalne! „Praca” bowiem oznacza współcześnie zazwyczaj zajęcie tak poniżające i bezsensowne, że najlepszym i najbardziej męskim, co można z nią robić, to jej nie wykonywać!

Załóżmy jednak, iż – mając zapewnione przynajmniej minimum egzystencji i wolność od zagrożenia śmierci głodowej – istotnie wszyscy udalibyśmy się na długi wypoczynek, z pietyzmem dbając przede wszystkim o to, aby nic nie robić. Że poleżelibyśmy sobie do góry brzuchem przez dwa, trzy, czy nawet sześć miesięcy. Czy to nie oczywiste, że po takim czasie dla większości z nas ta bezczynność stałaby się po prostu nie do zniesienia, w związku z czym wzięlibyśmy się do jakiejś roboty, tej lub innej, w każdym razie choćby po to, aby stworzyć coś ponad minimum – jakiś przedmiot użyteczny lub piękny, dla nas albo i naszych sąsiadów, albo i nawet dla społeczeństwa jako takiego? Że mówiąc najprościej, po pewnym czasie rozpocząłby się spontaniczny i szeroko zakrojony proces produkcji najprzeróżniejszych rodzajów dóbr, z towarzyszącym mu w naturalny sposób procesem wymiany, i ani byśmy się obejrzeli, a nieomal na naszych oczach powstałoby nowe, samowystarczalne społeczeństwo, działające nie ze strachu i niepokoju, ale raczej wspólnego dążenia do szczęścia i pełni?

Fakt, iż jeśli ulżyć im codziennych trosk, ludzie sami z siebie zaczynają zajmować się czymś pożytecznym, widać najwyraźniej na przykładzie klas posiadających. Nie da się wszak zaprzeczyć, że ich przedstawiciele, mając zapewnione nie tylko minimum egzystencji, ale dużo, dużo więcej, cechują się wielką energią i chęcią działania. Kilka dekad, ba, kilka lat, wystarczyło, aby sfalsyfikować pryncypia wykwintnej teorii socjologicznej o pikniku jako naczelnym celu ludzkiej egzystencji i teraz obserwujemy przecież prawdziwy wysyp najprzeróżniejszych stowarzyszeń, lig, organizacji charytatywnych, inicjatyw w stylu „sztuka dla ubogich”, krucjat antyalkoholowych i tego typu rzeczy, stanowiących po prostu naturalny wyraz twórczych energii człowieka, szukających dla siebie ujścia na niwie społecznej. Oczywiście to wielka szkoda, że, w związku z niezwykle niedoskonałym wykształceniem bogatych, inicjatywy te są zazwyczaj po prostu niewydarzone. Tym niemniej, niewątpliwie w przyszłości uda się to naprawić. Chodzi mi tutaj jednak wyłącznie o to, abyśmy dostrzegli, że skoro bogaci, choć tak źle przygotowani do tego przez tradycje i mentalność swojej klasy, spontanicznie podejmują podobne działania, nie ma niczego absurdalnego w założeniu, że zwykli ludzie, znacznie mocniej przecież stojący na ziemi, zrobią to samo.

Jeśli zaś ktoś jeszcze ma wątpliwości, niech przypomni sobie tylko wszystkie owe tysiące mieszkańców naszych ogromnych miast, którzy daliby sobie odciąć dwoje uszu w zamian za możliwość pracy na roli – przecież nie z nadziei na zbicie majątku, ale dlatego, że kochają to życie. Albo którzy hobbystycznie zajmują się uprawą działek czy ogródków. Albo których prawdziwe życie zaczyna się po zakończeniu pracy zawodowej, którzy zajmują się po godzinach ciesielką, rzeźbieniem w drewnie, kowalstwem artystycznym czy czym tam jeszcze, słowem: to niepoliczone mnóstwo urodzonych ogrodników, stolarzy, ślusarzy – i potem, po prostu, spróbuje wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby ci wszyscy ludzie mogli nagle, w pełnej wolności, poświęcić się swojemu ulubionemu zajęciu.

Wydaje mi się to zatem przynajmniej możliwe, iż społeczeństwo wolne od przymusowej tresury i brutalnej kontroli, spontanicznie zaczęłoby wytwarzać dobra najcenniejsze dla siebie. Nie wynika stąd bynajmniej, rzecz jasna, iż taki stan rzeczy natychmiast wydałby z siebie idealną harmonię i powszechny pokój. Przyniósłby jednak zapewne przynajmniej kilka zmian na lepsze, które to również pragnąłbym tutaj pokrótce omówić.

Po pierwsze zatem, każdy człowiek kierowałby się przy wyborze zawodu głównie świadomością własnych upodobań i talentu, przynajmniej w stopniu znacznie większym, niż to ma miejsce obecnie. W związku z tym łatwiej byłoby mu znaleźć zajęcia, w których byłby dobry. Wzrost produktywności i efektywności, jaki ta zmiana wywołałaby, byłby wprost gigantyczny, a do tego uwolnienie naturalnej różnorodności smaku i inwencji jednostek skutkowałoby proporcjonalnym zwiększeniem różnorodności i indywidualności wytwarzanych dóbr.

Po drugie, praca w tym nowym systemie byłaby użyteczna. Na pewno nikt nie kopałby dołków w ziemi tylko po to, aby je za moment zakopać – no a przecież nie ma najmniejszych wątpliwości, że większa część pracy wykonywanej w naszym obecnym systemie ma mniej więcej tyle samo sensu. Indywidualny stolarz, składając komódkę dla siebie czy sąsiada, dba przede wszystkim o to, aby całość się trzymała, a szuflady otwierały i zamykały. A jednak w dziewięciu na dziesięć komód wytwarzanych w komercjalizmie, szuflady z ledwością da się otworzyć, a potem jeszcze trudniej zamknąć. Nie chodzi bowiem o to, aby dany mebel spełniał swoją funkcję, ale aby się sprzedał. Sprzedał i przyniósł zysk. No a skoro tak, to lepiej, aby – zachowując pozory jakości – był zwykłym badziewiem, bo wtedy klient szybciej będzie musiał kupić nowy i znów napychać kieszenie pośrednika czy fabrykanta. Stopień marnotrawstwa, jakie dokonuje się w warunkach naszego obecnego systemu, jest wprost gigantyczny. Nie ma to jednak najmniejszego znaczenia, dopóki pieniądze trafiają do tych, do których powinny.

W wolnym społeczeństwie praca byłaby wykonywana ze względu na swoją użyteczność. Ciekawe, że jeśli się nad tym zastanowić, nie ma żadnego zgoła innego powodu, aby w ogóle pracować. Rzecz jasna, w tym wypadku przez „użyteczność” rozumiem też, na przykład, piękno – bo nie ma, zresztą, żadnej przyczyny, dla której zaspokajanie jednej ludzkiej potrzeby, choćby potrzeby piękna właśnie, traktować specjalnie i wynosić ponad inne, na przykład taką potrzebę jedzenia. Chodzi mi o to, że każdą pracę, w istocie, wykonujemy tylko dlatego, że jej owoce służą zaspokojeniu jakiegoś ludzkiego braku. Z tajemniczych powodów wszakże, w społeczeństwie handlowym wcale to tak nie wygląda. Praca służy tylko wytwarzaniu czegoś, co się sprzeda i przyniesie zysk. Nie ma znaczenia, czy dany produkt jest wykonany dobrze, czy źle, o ile wypełnia to jedno naczelne zadanie. Łatwo na tej podstawie zorientować się przy tym, że nawet gdyby – w wyniku naszej reformy – skala produkcji spadła, nawet znacząco, i ludzie nie pracowali już tak długo, jak obecnie (co jest stanem nader pożądanym), to i tak w związku z zawrotnym wzrostem jakości i praktyczności wytwarzanych dóbr, jej wartość per saldo byłaby i tak dużo wyższa.

Po trzecie, z kolei, zmiana, którą tutaj postulujemy, poskutkowałaby tym, że praca sama z siebie – jak o tym często i mądrze pisał William Morris – stałaby się rodzajem przyjemności, prawdopodobnie największą przyjemnością życia. To zaś, zmieniłoby zupełnie jej naturę. Dzisiaj na pewno nie możemy powiedzieć, że praca stanowi przyjemność. Ilu znajdzie się dzisiaj ludzi, którzy czerpią realną satysfakcję ze swojego zawodu? Czy nie dałoby się ich policzyć w każdym hrabstwie dosłownie na palcach jednej ręki? A jednak, czym może być nasze życie, jeśli jego większość spędzamy robiąc coś, do czego czujemy wyłącznie odrazę? Nie – na miano prawdziwej ekonomii może zasługiwać tylko taka idea, która pozwoliłaby nam zmienić stan społeczny w taki sposób, aby praca zawodowa znów stała się źródłem radości. Tylko pragnąc tej zmiany, stoimy naprawdę po stronie człowieka, po stronie życia. Jeśli zaś pracujemy radośnie – pracujemy pięknie. Bolesny rozdział piękna i użyteczności znika, a wszystkie owoce ludzkiego wysiłku stają się także dziełami sztuki. Sztuka zaczyna być współrozciągła z życiem.

Nietrudno chyba zatem dostrzec, że podczas gdy społeczeństwo obecnie opiera się na fundamencie utrzymywanego przemocą systemu własności prywatnej, w którym z konieczności najwyższą pozycję zdobywają ludzie twardzi i bezwzględni, by potem żerować na innych, skutkiem zaś tego jest brutalna i nieustanna walka o byt, w której rolę najważniejszego czynnika psychologicznego odgrywa strach – my proponujemy wizję społeczeństwa, w którym własność prywatna – o ile w ogóle by istniała – stanowiłaby skutek spontanicznej zgody, wynikającej nie z lęku czy żądzy pieniądza, ale raczej poczucia realnej wspólnoty celu i życia, w którym ludzie pracowaliby dlatego, że lubiliby swoją pracę, że czuliby, iż umieją ją wykonywać i że jej owoce przyniosą pożytek im oraz ich bliźnim.

Jakże utopijnie to wszystko brzmi! Jakież to absurdalnie proste, wręcz naiwne – pracować dlatego, że się to lubi i chce się zrobić coś pożytecznego. Jak piękna jest ta koncepcja – i jak absolutnie „niepraktyczna”, niemożliwa do zrealizowania!

Niemożliwa? Doprawdy? Od Salomona po Isaaca Wattsa [4], mędrcy wszystkich epok radzą nam: uczcie się od mrówki – uczcie się od pszczoły! I – och! – jakże utopijne, jak niepraktyczne jest życie tych niemądrych stworzeń! Czy można wyobrazić sobie głupszą postawę, niż choćby ta pszczoły właśnie, naiwnej istoty, która nie tylko nie zawaha się oddać życia za rój, ale jeszcze zanosi owoce swojej pracy do wspólnych magazynów, zamiast schować je za wielkim murem i bramą zamkniętą na cztery kłódki, aby w odpowiednim momencie zbić majątek na handlu miodem? Głupie zwierzę, przyjdzie jeszcze dzień, że pożałujesz swego braku przedsiębiorczości, gdy – sama umierając z głodu – ujrzysz jak inni przejadają to, co w pocie czoła stworzyłaś!

A ciało ludzkie, owo cudowne zwieńczenie i lustro całego wszechświata – co z nim? Czyż ono również nie dostarcza przykładu najczystszej utopii? Żywa całość, złożona z miriadów komórek, członków, narządów – wszak zdrowe ciało to najdoskonalsza społeczność, jaką tylko można sobie wyobrazić. Co mówi dłoń, gdy musi coś chwycić? Czy zaczyna od targowania się, jaką zapłatę otrzyma za swój wysiłek i odmawia kiwnąć palcem, dopóki nie dowie się, co z tego będzie mieć? Oczywiście, że nie – przecież wiemy, iż każdy członek robi to, co do niego należy i (takie prawo utopii) tym samym podtrzymuje obieg krwi, dzięki któremu zostaje zaopatrzony w składniki odżywcze, jakich mu akurat potrzeba. W naturalny sposób pojawia się pytanie: czy zdrowe ludzkie społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować na podobnych zasadach? Czy sam fakt robienia czegoś dla ogółu, nawet rzeczy najbardziej niepozornej, to nie dość, aby człowiek miał zabezpieczone przynajmniej materialne minimum swego istnienia? Czy zdrowa wspólnota pozwoliłaby któremukolwiek ze swych członków umrzeć z głodu? Przecież to tak, jak gdyby ktoś pozwolił uschnąć i odpaść jednemu ze swych palców. I, wreszcie, czy nie jest możliwy taki stan społeczny, w którym ludzie przestaliby czuć niepokój o wynagrodzenie za pracę, ale raczej pracowali w pierwszym rzędzie dla przyjemności robienia czegoś pożytecznego, mając pewność, że nie pozostanie to bez godnej rekompensaty?

Bo istotnie, instynkt wykonywania zajęć potrzebnych, czyli takich, które trzeba zrobić, działa w człowieku z wielką siłą. Nawet dzieci, owe „dzikusy wieku”, odczuwają wielką dumę z bycia pożytecznym, no i przecież można chyba wyobrazić sobie, że moglibyśmy kiedyś, zamiast – jak teraz – wtłaczać im do głowy, że „trzeba sobie radzić”, robić pieniądze, „być szybszym” i, miażdżąc głowy swoich bliźnich piąć się na „szczyt”, na którym nie będzie już konieczności pracować – że zamiast tego, powiadam, moglibyśmy uczyć je, jak stać się szanującym siebie obywatelem dojrzałej wspólnoty, która – zapewniając swoim członkom materialne bezpieczeństwo – w naturalny sposób oczekiwałaby czegoś w zamian. Nawet małe dzieci rozumieją te sprawy. Czy naprawdę dorośli ludzie nie potrafiliby?

Ale absurdem jest w ogóle debatować nad kwestią możliwości, skoro samo życie dostarcza tak wielu konkretnych przykładów jej urzeczywistnienia. Herman Melville, w swoim pierwszym, pięknym dziele „Typee”, podaje opis życia rdzennych mieszkańców Markizów na Oceanie Spokojnym, wśród których spędził znaczną część roku 1846. Pisze: „Przez cały czas trwania mego pobytu ani jedna osoba nie została osądzona za przestępstwo wobec ogółu. Nie zauważyłem też żadnych śladów istnienia formalnych sądów czy skodyfikowanego prawa, ani żadnej formy »policji«, która łapałaby włóczęgów i naruszających spokój publiczny. Krótko mówiąc: plemię to nie ma żadnych oficjalnych instytucji na ochronę zgody i dobrobytu społecznego, owej korony wszystkich oświeconych cywilizacji”. A jednak, mimo dostrzeżenia tej „niedoskonałości”, dzieło to stanowi właściwie jedną wielką laudację ku czci Polinezyjczyków, ocierającą się momentami o romantyczny ferwor. Dodajmy, że świadectwo Melville’a jest wiarygodne i potwierdziło je wielu podróżników. Panował łagodny komunizm. Jeśli rybacy mieli dobry połów, nie zatrzymywali jego owoców dla siebie, ale dystrybuowali równo między wszystkich, sobie zostawiając taką samą część. Gdy jakaś rodzina potrzebowała nowej chaty, wszyscy pomagali przy budowie. Znajdujemy taki opis: „Przez cały dzień około setka ludzi znosiła na miejsca potrzebne materiały: niektórzy po jednej czy dwóch trzcinach do budowy ścian, inni – liście palmowe nabite na łodygi hibiskusa (z tego robi się tutaj dachy). Każdy trochę pomógł. W ten sposób, właściwie bez wysiłku, pracę zakończono przed zachodem słońca”.

Te same komunistyczne obyczaje istnieją, rzecz jasna, w niemal wszystkich plemionach kuli ziemskiej, na kulturach których nie odcisnęła jeszcze piętna cywilizacja komercjalistyczna. Ślady ich można odnaleźć jeszcze wcale blisko nas, na przykład na szkockiej wyspie St. Kilda, gdzie obyczaj dzielenia się owocami połowu, bardzo podobny do tego opisanego przez Melville’a, utrzymuje się do dnia dzisiejszego [5] – i, zresztą, trwają one, rozproszone, na obrzeżach naszej cywilizacji, wśród pracowitych „pszczół” naszych bujnych lasów i prastarych wsi. I, istotnie, możemy zasadnie zadać tutaj pytanie nie o to, czy taka forma życia społecznego jest możliwa, ale raczej, czy nie stanowi ona jedynej możliwej formy życia społecznego w ogóle? Bo to przecież oczywisty, czysty i ponury absurd, określać owe współczesne hordy ludzkie, w których wszyscy bezustannie walczą ze sobą o fizyczne przetrwanie, zaganiani do tej walki ciężką pałką praw i kar, mianem społeczeństwa. Równie dobrze można by uważać za „społeczeństwo” owych wygłodzonych nieszczęśników z „czarnej dziury” w Kalkucie [6]. Każdy, jeżeli spróbuje – chociażby na moment – przeniknąć myślą swoją najgłębszą naturę, pojmie w lot, że jedyną wspólnotą, w której mógłby się naprawdę spełnić, byłoby ta, która – z jednej strony – dawałaby mu pełną wolność, z drugiej wszakże: łączyła go mocnymi więzami zaufania ze wszystkimi współobywatelami. A także, iż w pełni wolni stajemy się wyłącznie troszcząc się o innych jak o siebie samego. To nie są skomplikowane zasady. I skoro zdołały je urzeczywistnić tak liczne plemiona, które nie wyszły jeszcze ze stanu prymitywizmu, z pewnością nie sprawiłoby to trudności ludziom cywilizowanym. Powie ktoś jednak (zupełnie, zresztą, zgodnie z prawdą): „Ależ, społeczeństwa europejskie są o wiele bardziej złożone, niż plemiona!”. Na to odpowiadam tylko tyle, że jeśli człowiek współczesny, ze swoją nauką i radami pedagogicznymi, ze swoim mózgiem, przez wieki ćwiczonym do naukowego myślenia, nie nauczył się rozwiązywać problemów bardziej skomplikowanych, niż „dzikusi” – to cóż; lepiej będzie, jeśli wrócimy do stanu „dzikości”.

Czas jednak powiedzieć kilka rzeczy bardziej praktycznych.

Jeśli zatem chodzi o samą możliwość stworzenia wolnego i prawdziwie wspólnotowego społeczeństwa, to nie mam – powtarzam – co do niej żadnych wątpliwości. Pozostaje jednak znacznie bardziej paląca kwestia tego, jak tę zmianę przeprowadzić – jaka droga mogłaby zaprowadzić nas do krainy wolnych ludzi?

Zaczęliśmy od wyobrażenia sobie ludu oswobodzonego spod tyranii strachu i niepokoju, ale w długiej perspektywie ewolucyjnego wzrostu, takie nagłe zmiany się nie zdarzają. Z tej przyczyny nie należy spodziewać się, że przejście do nowej formy społecznej nastąpi szybko. Grupy, które nauczyły się funkcjonować w warunkach „wolnej przedsiębiorczości” i bezustannej konkurencji tak świetnie, jak narody Europy, muszą się tego wpierw oduczyć. Poczucie wspólnego życia, z którego obecnie nie zostało niemal nic, musi mieć czas i przestrzeń do regeneracji. Mamy również pełną świadomość tego, że – w związku z tym właśnie – pewna pośrednia faza rozwoju gospodarczego będzie niezbędna.

Spoglądając na te zgliszcza społeczne, jakie komercjalizm zostawia w dziedzictwo przyszłym pokoleniom – te bezradne, wiecznie pijane, niewydarzone, niezdolne masy, przemierzające Londyn i hrabstwa wiejskie od przytułku do przytułku, albo równie niezdolnych i jeszcze bardziej bezużytecznych leniwców z klas wyższych, rozumiemy, iż tylko dyscyplina, skądinąd dość ścisła (taka, na przykład, jaką zaprowadzono nas czas wojny) może opanować nieco ten potworny chaos. Naród już został zmuszony do uczestnictwa w całej masie pożytecznych przedsięwzięć, takich jak odtworzenie rolnictwa, nacjonalizacja ziemi, zalesianie, budowa i naprawa szlaków wodnych, i tak dalej, których owocem jest daleko posunięte uspołecznienie gruntów i środków produkcji. Jednocześnie centralizacja przemysłu w coraz większe i większe trusty pozwala znacznie łatwiej kontrolować jego funkcjonowanie i zmuszać do pracy na rzecz dobra publicznego.

Z drugiej strony, rozwój związków zawodowych i spółdzielni, jak również intensyfikacja wymiany dóbr między tymi instytucjami, przynoszą podobne rezultaty. Instytucje owe tworzą zarodki nowego społeczeństwa, w którym bogactwo wytwarza się nie dla zysku jednostek, lecz dla dobra wielu. Ten swego rodzaju kolektywizm ochotniczy rozwija się równolegle do kolektywizmu państwowego.

Wraz z postępami tych nowych form gospodarki kolektywistycznej spekulacja stanie się stopniowo coraz bardziej i bardziej nieopłacalna. I choć, oczywiście, wielki biznes zrobi wszystko, aby storpedować program robót publicznych dla bezrobotnych (ponieważ poprawiając ich sytuację materialną, redukuje on odsetek taniej siły roboczej, na której opiera się system komercjalistyczny), to konieczności istnienia takiego programu nie da się już dłużej negować. Wraz zaś z jego realizacją, będzie on wywierał także coraz większy i większy wpływ na sytuację zatrudnionych – i ona również zacznie się poprawiać. Oprócz tego można mieć zasadną nadzieję, że równolegle do tych dwóch czynników pojawi się jeszcze coś trzeciego, czego zwiastuny widzimy zresztą omalże na każdym kroku – nowe poczucie odpowiedzialności społecznej, nowe rozumienie naszej religii i, co za tym idzie, nowa opinia publiczna, których to pojawienie się dałoby nowy impuls i nową żywotność procesom zmiany, której pragniemy. Jeśli zaś nasze przewidywania są prawdziwe, to być może już niedługo powszechny dostęp do pracy, wzrost pensji, w połączeniu ze stopniową humanizacją warunków i przebiegu procesu produkcyjnego, wydadzą z siebie coś w rodzaju powszechnej zamożności, a przynajmniej zlikwidują nędzę. Upokarzający strach, który ciąży na sercach dziewięciu dziesiątych populacji, niepokój żebraka o fizyczne przetrwanie, zniknie, przynajmniej w znaczącej części – a wraz z nim także szalony koszmar bezustannej rywalizacji i walki o byt. Nawet stosunek do własności uległby pewnemu uzdrowieniu. Dzisiaj, instytucja własności przypomina stalową barierę, o którą ludzie co chwila rozbijają sobie głowy, ale która chroni nas przynajmniej przed upadkiem w przepaść. Jutro wszakże, gdy przepaść ubóstwa zostanie niemal zupełnie zasypana, granica między człowiekiem a człowiekiem nie będzie musiała być grubsza, niż bandaż elastyczny [7]. Obudzimy się, po prostu, pewnego dnia i ze zdumieniem stwierdzimy, że nie potrzeba nam niczego innego, jak tylko być człowiekiem.

Jednocześnie (to znaczy wraz z procesem spadku mocy pieniądza jako narzędzia zysku i spekulacji), ów koszmar, który nas dzisiaj prześladuje, ten straszny demon, jakim jest „biznes”, ze swoją syzyfową pracą, obsesyjnym poszukiwaniem nowych rynków zbytu, brutalną eliminacją konkurencji, ze swymi akwizytorami, reklamą, armią księgowych, bankami i giełdami, kontami i sprawdzaniem wyciągów z kont – on również osłabnie i straci na znaczeniu, by pewnego dnia umrzeć zupełnie i pogrążyć się w otchłani niepamięci. Uwolnione od stresu i marnotrawstwa obecnego systemu, społeczeństwo ozdrowieje jak człowiek po ciężkiej chorobie, i odnajdzie w sobie pokłady energii twórczej, których istnienia nawet nie podejrzewało.

Tymczasem w wielkich organizacjach gospodarczych, tworzonych oddolnie lub odgórnie, ludzie będą z powrotem uczyć się radości wspólnego życia – radości wspólnego działania dla realizacji wspólnych celów, radości czucia wspólnego interesu. Gdy zaś się jej już nauczą, reszta dokona się sama.

Być może w toku tych zmian, wiodących nas do ostatecznego celu, jakim jest społeczeństwo wolne, samorządne, pewne instytucje oparte na własności osobistej, jak na przykład system płacowy, choć dalekie od ideału, będą musiały zostać utrzymane – i to przez długi czas. Zresztą można zasadnie twierdzić, że jakaś forma wymiany na zasadzie „płaca za pracę”, oczywiście bardziej ludzka, niż obecnie (taka, choćby, jak tak, którą przedstawił w swoim dziele „Communal and Commercial Economy” Carruthers [8]), oparta na fundamencie prawdziwie demokratycznym, da jednostce więcej wolności, niż spontaniczny anarchizm, bo w warunkach pierwszego, jeśli A chce pracować dwie godziny, a B osiem, to mogą to robić w spokoju sumienia, otrzymają bowiem wynagrodzenia proporcjonalne do swego wysiłku, natomiast w anarchizmie, A (niezależnie, jak wielkim byłby leniem) prawdopodobnie czułby, że oszukuje swoje społeczeństwo, pracując tak mało – i ono również mogłoby czuć się oszukane, i to niezręczne napięcie utrzymywałoby się tak długo, jak długo nie zacząłby pracować więcej, tak jak reszta [9].

Niewątpliwie, sprawdziłby się na tym etapie także jakiś system „gildii narodowych” [10], które, z jednej strony, zapewniłyby robotnikom możliwość samostanowienia, a z drugiej – sprawiedliwy (ale właśnie: sprawiedliwy) udział w dochodzie narodowym. I znów, chociaż system pieniężny będzie trwał niewątpliwie jeszcze bardzo długo (w formie pensji, wynagrodzeń, rekompensat, cen, i tak dalej), to z pewnością wraz z daleko idącą zmianą mentalności społecznej, musi on z czasem stracić swą stalową twardość i przyjąć formę bardziej elastyczną, z jednej strony chronioną mocą obyczaju, z drugiej jednak – dopuszczającą mnóstwo wyjątków, koniecznych ze względu na warunki życia. Własność prywatna straci w ten sposób obecny nieludzki charakter i stanie się kwestią pożytku, swoistej praktyczności, transfery pieniężne zaś zaczną przypominać zwykłą formalność, jak to już zresztą ma miejsce między przyjaciółmi.

W fazie końcowej zostanie natomiast już tylko obyczaj. Zanik prawa własności spowoduje także równoległy zanik opartego na przemocy prawa, którego własność jest głównym generatorem. Tym niemniej, ludzie zaangażowani w funkcjonowanie różnych skomplikowanych struktur gospodarczych nie przestaną robić tego, co do nich należy, tylko już nie z przymusu, ale głównie ze względu na osąd własnego rozumu.

Tak, obyczaj będzie trwał – i zmieniał się (powoli, powoli). Forma zaś, jaką przyjmą społeczeństwa przyszłości, okaże się znacznie lepsza, żywsza, bardziej ludzka niż cokolwiek, co mogłaby stworzyć zbiorowość przyduszona do ziemi ciężkim butem prawa.

Edward Carpenter

Przeł. Maciej Sobiech

Źródło tekstu do tłumaczenia: The Anarchist Library

Ilustracja w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay

Edward Carpenter (1844-1929) – angielski poeta, prozaik, filozof, anarchosocjalista, a także jeden z pierwszych obrońców praw mniejszości seksualnych do równego traktowania. Najbardziej słynny ze swojego filozoficznego eseju „Civilisation: Its Cause & Cure” (1889). Za życia bardzo poczytny, wywierał ogromny wpływ nie tylko na cały ruch anarchistyczny i socjalistyczny, ale także na wielu artystów modernistycznych (m.in. D. H. Lawrence’a i E. Fostera), niedługo po śmierci popadł w niemal zupełne zapomnienie. Obecnie zainteresowanie jego myślą zaczyna przeżywać renesans.

Przypisy:

1. Patrz niżej. Spencer i Gillen, w swej niedawno wydanej książce „The National Tribes of Australia” twierdzą, że wśród Aborygenów nie ma instytucji „wodza”. Jest tylko rada starszych, zajmująca się wymierzaniem kar za „przestępstwa”, pilnująca przestrzegania prawa małżeńskiego i okazjonalnie przeprowadzająca drobne reformy. [Wszystkie przypisy pochodzą od autora, chyba, że zaznaczono inaczej – tłumacz]

2. Należy przy tym zauważyć, że – jak pokazuje przykład społeczeństw prymitywnych – istnienie drobnych nierówności, wynikających z różnicy talentu i indywidualnej pracowitości, zawsze będzie czymś nie tylko normalnym, ale i pożądanym.

3. Chociaż trzeba tu dodać, gwoli obiektywizmu, że na trudność tę zwracają przede wszystkim uwagę przedstawiciele tych klas, które same prowadzą próżniacze i bierne życie „dekoracji społecznej”.

4. Isaac Watts (1674-1748) – angielski kongregacjonalistyczny pastor, autor m.in. licznych hymnów religijnych – oraz wiersza dla dzieci „Against Idleness and Mischief”, za przykład pracowitości podającego młodemu czytelnikowi właśnie pszczołę (przypis tłumacza).

5. Patrz: rozdział IX dzieła „Poverty and the State” H. V. Millsa.

6. Niezwykle mały loch w należącym do Kompanii Wschodnioindyjskiej Fort William w Kalkucie, gdzie w 1756 roku zwycięskie wojska radży Sirad Ud-Daulaha spędziły około 64 pojmanych Anglików (szacuje się, że około 43 z nich zmarło). (Przypis tłumacza).

7. Zmiany w tej dziedzinie już się zresztą dokonują. Czterdzieści lat temu nieliczni ubierali się w stroje z popeliny, innym zostawał barchan. Dzisiaj jednak, gdy jedwab wytwarza się z celulozy drzewnej, wszyscy mogą nadążyć za modą i drogi ubiór właściwie niczego nie zmienia. Jaki pożytek z bycia bogaczem, jeśli ktoś zarabiający trzy funty tygodniowo, może robić wokół siebie tyle samo szumu, co ty?

8. John Carrtuthers (1836-1914) – brytyjski ekonomista i inżynier, socjalista, przyjaciel Williama Morrisa (przypis tłumacza).

9. Dodajmy, że trudno wyobrazić sobie, jak instytucje takie jak kolej czy fabryki, jeśli zdecydujemy się je zachować, mogłyby funkcjonować bez jakiejś formy systemu płacowego i powinności wykonania określonych funkcji, jakiej istnienie ów system implikuje.

10. Aluzja do rdzennie angielskiej myśli tzw. socjalizmu gildyjnego (przypis tłumacza).

Polska Partia Socjalistyczna o wojnie z bolszewicką Rosją [1920]

Polska Partia Socjalistyczna o wojnie z bolszewicką Rosją [1920]

Towarzysze i towarzyszki!

Najazd wojsk rosyjskich staje u wrót Polski. Armie polskie cofnęły się na zachód. Projektowany rozejm postawić może wojska rosyjskie u granic Rzeczypospolitej i gotowe one będą w każdej chwili przenieść w głąb kraju pożogę wojenną.

Nie myślcie, że przyniosą ze sobą nowe prawa dla polskiej klasy robotniczej i dla chłopów. „Biada zwyciężonym!” to jest hasło wypisane od początku świata na sztandarach wszystkich narodów.

„Biada zwyciężonym” to znaczy śmierć dla mężczyzn, gwałcenie kobiet, śmierć głodową dzieci, rabunek wszystkich środków wytwórczości, surowców, zboża, bydła, wszystko co się da wynieść, to znaczy panowanie bezprawia, panowanie brutalnej, pełnej pogardy dla słabych, siły reprezentowanej przez pijaną zwycięstwem soldateskę, to znaczy zabór, to znaczy panowanie jednego narodu nad drugim, to znaczy utrwalenie panowania jednej uprzywilejowanej klasy wewnątrz narodu zwyciężonego i zwycięskiego.

Walkę klasową z polską burżuazją musi przeprowadzić aż do rozstrzygnięcia polska klasa robotnicza wyłącznie swoimi własnymi siłami. Wygra ją, jeżeli będzie od burżuazji silniejszą, przegrywać będzie dopóki będzie od niej słabszą. Obcy najazd najbardziej czerwonej armii to nieprzemijająca fala wygłodzonych ludzi chcących się najeść, to ponowny zabór.

Niepodległość dziś zagrożona. Trzeba jej bronić. Trzeba całego wysiłku klasy robotniczej dla odparcia najazdu, dla uniknięcia zaboru. Interes klasy robotniczej i sprawa niepodległości Polski powiązane są ze sobą tak silnie, że nie dadzą się od siebie oderwać. Kto w tej rozstrzygającej chwili wytworzy siłę, odeprze najazd i zawrze sprawiedliwy pokój, ten tą samą zorganizowaną siłą ujmie w Polsce władzę.

Prawa trzeba zdobywać przez spełnianie obowiązku. Lud polski musi w chwili groźnej spełnić powinność odżegnania niebezpieczeństwa ponownego zaboru, aby raz jeszcze stwierdzić swoje prawo do gospodarzenia na swej ziemi, do ujęcia władzy w Polsce w swoje ręce.

Ale musi być silnym wiarą w swe własne siły. A wtedy nie złudzi go fakt, że w tej chwili władzę w Polsce sprawuje reakcja. Polska reakcja jest słabą, bo po jej stronie nie stoi wojsko, ta najlepiej w Polsce zorganizowana siła. Wojsko tworzone przez powszechny pobór nie może być reakcyjne. Wszak to synowie chłopów i robotników, kość z kości, krew z krwi ludu polskiego. Kto wierzy w świadomość robotnika i chłopa, w jego wyzwolenie się z pęt moralnej niewoli, ten nie żąda gwarancji, że rządy przejdą w ręce ludu, bo ten widzi siłę ludu, w ludowym wojsku. Ale wojsko się krwawi w ciężkim wysiłku odpierania najazdu, trzeba mu pomóc własną piersią, własną świadomością, własną ideologią. Niech wstaną te lwy, przed którymi drżały serca Brusiłowych, Kuków, dawniej carskich, a dziś sowieckich oficerów – i niech dokończą swą walkę.

Rozumie sytuację doskonale nasza burżuazja, widzi to jasno dzisiejszy rząd, a chcąc przedłużyć swą władzę wolą zawrzeć pokój zamiast oprzeć się na wysiłku ludowym. Tym szczerzej, że pokój z Rosją to niezmierzony rynek handlowy z całym wschodem, to wielkie źródło olbrzymich stałych zysków dla polskiego kapitalizmu.

My z innych powodów dążymy do pokoju. Wojna to mord, powietrze, ogień i głód. Pokój to praca twórcza, dobrobyt ludu, panowanie praw ludzkości. Dość wojny! Dość tego krwawego szału, który opanował świat przed sześciu laty i zaledwie ustał na zachodzie, ale w którym wiruje dotąd cały wschód i Polska.

Więc pokój! Ale pokój sprawiedliwy, bez zaborów, bez gwałtu kryjącego w sobie zarodki przyszłych wojen. Ani Litwa, ani Białoruś, ani Ukraina nie są rosyjskimi ziemiami. Narody tych ziem mają prawo stanowienia o swoim losie bez przymusu ani ze strony rosyjskiej, ani ze strony polskiej. A pokój zawarty pod protektoratem Anglii podsyca żądze imperialistyczne Rosji.

Rząd sowiecki chce pozyskać rosyjską burżuazję blichtrem odbudowania zaborczej Rosji w granicach szerszych niż była za caratu Mikołaja II.

Pisma partii rządzącej w Rosji zioną jadem nienawiści przeciw Polsce. Przechwalają się, że pokój podyktują na gruzach Warszawy. Że zostawią załogi dla ochrony utworzonego przez siebie, powolnego Rosji rządu komunistów, a zarazem dla dopilnowania wywiezienia żywności, bydła, surowców, maszyn, roli i taboru kolejowego. Od waszej stanowczości i woli, od waszej ofiarności zależy, czy rozejm i rokowania skończą się pokojem sprawiedliwym czy dalszą wojną. Chcecie mieć pokój sprawiedliwy zabezpieczający niepodległość, musicie wrogowi okazać siłę narodu, jego hartowną wolę do obrony przed najazdem i zaborem.

Towarzysze żołnierze! Musicie wytrwać w szeregach. Cały naród pogardą otoczy szerzących panikę generałów i oficerów, odepchnie od siebie dezerterów. Bez litości. Wytrwać. Kraj się rusza. Lud ławą ruszy wam z pomocą!

Pamiętajcie, że rozejm to jeszcze nie pokój.

Rozejm może być zerwany przez jedną z obu stron. Gdy wojska stoją naprzeciw siebie, karabiny same mogą zacząć strzelać. Pokój narzucony, może być przez jedną ze stron odrzucony. Narady pokojowe potrwają kilka miesięcy, w tym czasie front musi być utrzymany. Im większe siły nagromadzimy, tym prędzej uzyskamy pokój sprawiedliwy.

Towarzysze i towarzyszki! Centralny Komitet Wykonawczy PPS wzywa was do pracy, do ofiarności, do walki. Chcąc celowo zorganizować wysiłek zbrojny klasy robotniczej, utworzył Wydział Wojskowy, który wzywa was dzisiaj do wielkiej ofiarności. Kto to rozumie, kto czuje jak my, kto zdolny jest do znoszenia trudów wojennych, kto gotów życie położyć w obronie niepodległości i świętych praw klasy robotniczej, ten stawi się do szeregu, zgłosi się do naszych biur werbunkowych, które ułatwią mu dostanie się do szeregów wojska liniowego. Wydział wojskowy dopilnuje, aby rodziny walczących otrzymały ustawowy zasiłek, aby żołnierz po wojnie nie został ukrócony w swych prawach.

A nad tym, żeby wysiłek klasy robotniczej nie poszedł na marne, czuwa wypróbowana siła PPS.

Niech żyje niepodległość!

Do broni!

Aby odeprzeć najazd!

Aby zawrzeć pokój sprawiedliwy!

Aby władzę w Polsce ujął lud roboczy!

Niech żyje socjalistyczna Polska ludowa!

Wydział Wojskowy Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS

Powyższa odezwa ukazała się około 20 lipca 1920 roku. Opublikowano ją na plakatach, ulotkach i w prasie socjalistycznej. Jej treść przedrukowujemy za pismem „Robotnik Śląski” – organem Polskiej Partii Socjalistycznej na Śląsku Cieszyńskim, nr 156/1920, Frysztat, 22 lipca 1920 r.

Gerd-Klaus Kaltenbrunner: Grzech śmiertelny: hałas (1977)

Gerd-Klaus Kaltenbrunner: Grzech śmiertelny: hałas (1977)

Hałas jest jedną z najstraszliwszych plag naszego życia. Hałas to akustyczne śmieci, szczególnie dotkliwa forma stresu. Niszczy nie tylko nasz słuch, lecz szkodzi krążeniu krwi, oddychaniu i systemowi nerwowemu. Terroryzuje nasze zmysły i naszą duszę, zakłóca trawienie, wprowadza nieład w pulsowanie krwi i bicie serca. Do hałasu nie można się przyzwyczaić, chyba że przez otępienie, skrajną utratę witalności, a w końcu poprzez głuchotę. Wielki lekarz i odkrywca zarazków gruźlicy Robert Koch już w XIX stuleciu stwierdził, że pewnego dnia hałas zwalczać się będzie tak, jak cholerę i dżumę. Tego samego zdania był filozof Theodor Lessing, który w 1908 roku opublikował pracę „Przeciw hałasom naszego życia”.

Co powiedzieliby Koch i Lessing, gdyby żyli dzisiaj? Maszyny budowlane, młoty pneumatyczne, piły mechaniczne, turbiny, samochody, motocykle, samoloty, pociągi, kosiarki do trawników – wszystko to i jeszcze wiele innych rzeczy wytwarza hałas. Wielkie miasta są obozami koncentracyjnymi, w których miliony ludzi poddawanych jest torturom przy pomocy hałasu, hałasu w pracy i w czasie wolnym. Gdzie w miastach istnieją strefy rzeczywiście wolne od hałasu? Prawie wszyscy lokatorzy nowo budowanych mieszkań skarżą się na ściany, przez które wszystko słychać. Studiowanie praw akustyki i zwalczania hałasu nie należy do obowiązkowych przedmiotów studentów architektury. Kto z tych, którzy planują i budują domy, zważa na to, żeby jedna z dwóch naprzeciw siebie położonych ścian pochłaniała dźwięk?

Hałas szkodzi nie tylko naszemu zdrowiu fizycznemu. Niszczy on również naszą równowagę duchową. Nie tylko przeszkadza nam myśleć i dziwić się, lecz także patrzeć i marzyć. Rujnuje naszą kulturę i sprawia, że obumierają najbardziej elementarne warunki każdej wyższej kultury – religii, sztuki i filozofii. Albowiem każda kultura spoczywa na przezwyciężonym hałasie, na owym „niesłyszalnym centrum”, w którym, jak mówi Rilke, milkną wszystkie dźwięki i z którego rodzi się śpiew Orfeusza.

Hałas kaleczy nasze zdrowie i naszą wewnętrzną integralność, powoduje, że wysychają nasze twórcze talenty, wyobcowuje nas z natury. Jak okrutnie może działać na człowieka hałas, wiedzieli już dawni Chińczycy, którzy niekiedy dokonywali egzekucji przestępców przy pomocy bezustannych, ogłuszających dźwięków. Każdy wie, że nawet jeden głośny huk może nas na jakiś czas ogłuszyć, że długotrwały hałas powoduje nie tylko uszkodzenia słuchu, ale wywołuje również inne schorzenia. A przecież na naszej planecie z każdym rokiem ogromnieje lawina szkodliwych i nieprzyjemnych dźwięków. We wszystkich zakątkach i na wszystkich krańcach ziemi bez przerwy coś wrzeszczy, wydziera się, warczy, zgrzyta, brzęczy, trzeszczy, huczy. Dokądkolwiek przybywają ludzie, tam krzyczy się na cały głos i czyni zgiełk. Dziki, prymitywny, nieopanowany człowiek, taki, jakim jest z natury, okazuje się zawsze bezlitosnym „zakłócaczem” spokoju.

Dlaczego określenie „spokój cmentarza” wywołuje u większości współczesnych ludzi nieprzyjemne skojarzenia? Czy rzeczywiście spokój i cisza cmentarzy są czymś tak odpychającym? Czy ta cisza nie może być przynoszącą ukojenie okazją do skupienia i namysłu? Ale to właśnie przeraża stuprocentowo demokratycznego i wyemancypowanego obywatela. Jego rolą jest być głośnikiem. Rzeczą dlań niezrozumiałą jest fakt, że prawdziwy autorytet nie polega na przekrzykiwaniu innych, lecz na ciszy, która włada bez dyskusji. Na zdolności milczenia i zyskiwania milczącego posłuchu. Wszyscy ludzie, którzy coś znaczą, w wysokim stopniu mają udział w tej ciszy. Wszystko, co wielkie, rośnie w ciszy. Nie ma duchowej iluminacji, nie ma słowa brzemiennego w sens, które nie zawdzięczałyby siebie ciszy starszej niż świat. Język, który waży, otoczony jest wielką ciszą. Język nie składa się tylko ze słów, lecz ze słów oraz milczenia. Tak, jak ukwiecona gałąź wiśni narysowana tuszem na japońskich rysunkach, pozornie izolowana drży na tle białego papieru. Ta odrobina autorytetu, odrobina mądrości; ośmielę się powiedzieć: także ta odrobina chrześcijaństwa, którą dziś jeszcze posiadamy, zasadza się na tej ciszy.

Wypełniona cisza jest czymś więcej niż tylko brakiem hałasu. Jednak nieobecność hałasu jest nieodzownym warunkiem tej ciszy. Jesteśmy dumni z postępów w prawie karnym i ze złagodzenia warunków odbywania kary. Tortury zostały zniesione. Nadużycia władzy przez policję są piętnowane w najostrzejszych słowach. Jednak tylko niewielu buntuje się przeciw biczowi hałasu, którym każdego dnia bezlitośnie smagane są miliony ludzi, przeciw brutalnej torturze, którą dla niezliczonych mieszkańców wielkich miast jest huk, łoskot i warkot. Na tysiąc inicjatyw obywatelskich przeciw elektrowniom atomowym przypada jedna walcząca o stłumienie hałasu! A przecież techniczne możliwości zwalczania hałasu jak najbardziej istnieją i wykorzystywane są w dalece niewystarczającym stopniu. Budowa dźwiękochłonnych ścian i okien, produkcja ciszej jeżdżących samochodów i ciszej latających samolotów – wszystko to jest technicznie możliwe. Ten, kto wysuwa przeciw temu argument, że pełne wykorzystanie możliwości technicznych jest zbyt kosztowne, ten przyznaje, że współczesny człowiek zawiódł, gdy chodzi o sensowne wykorzystanie techniki.

Cisza jest nie tylko problemem technicznym, lecz także – i przede wszystkim – celem etycznym. „Etyka”, „etyczny” pochodzą od greckiego słowa „ethos”. W filozoficznych leksykonach tłumaczy się je jako „moralność”, „moralna postawa”, „moralny charakter”. Te tłumaczenia nie oddają pierwotnego znaczenia tego słowa, które ma kosmiczną aurę. „Ethos” znaczy mianowicie: „pobyt”, „miejsce zamieszkiwania”. To jest obszar, na którym człowiek żyje, przebywa, zamieszkuje. Etyka byłaby więc rozważnym namysłem nad przynależnym człowiekowi miejscem pobytu i wskazówką dla takiego postępowania, które odpowiada zamieszkiwaniu człowieka dojrzałego. Do dobrego życia, do właściwego zamieszkiwania należy cisza. Hałas, pośpiech i zgiełk niwelują, kolektywizują i wywłaszczają człowieka. Cisza natomiast oznacza wolność, dojrzałość, indywidualność.

Nie tylko maszyny i aparaty plują hałasem. W każdym człowieku tkwi szalejąca, wrzaskliwa istota, która łaknie wrzawy. Wystarczy tylko bez sentymentalnego uprzedzenia spojrzeć na hordę szalejących dzieci. Lub na młodocianych chuliganów, którzy pędzą przez noc na swoich warkotliwych motocyklach. Albo na wyjących i gwiżdżących kibiców piłkarskich. Jakże wielu z tych, którzy latem uciekają z miast, aby znaleźć odpoczynek i spokój, jest całkowicie niezdolnych do tego, aby na krótko znieść samotnie prawdziwą ciszę. Poirytowani biciem dzwonów kościelnych (bo przeszkadzają im w spaniu), nie są nawet w stanie wędrować przez las bez tranzystorowego radia.

Spędzamy nasze lata jak gadanie, mówi Psalm 90. Spędzamy je w piekielnej maszynie hałasu nabierającej coraz bardziej demonicznych rozmiarów. Tęsknimy za ciszą i wpadamy w panikę, kiedy muśnie nas ona pośród wielkiej, nieskalanej natury, która nie zna hałasu, lecz podniosłą ciszę lub raz gwałtowne, raz łagodne tony. Burza, morska kipiel nie hałasują. Ich dźwięki są tylko kontrapunktem owej wszechobejmującej ciszy, pierwotniejszej niż wszystkie zjawiska we wszechświecie. Kto się ku niej zbliży, zrozumie słowa proroka Izajasza, które tak lubił Goethe: „W spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności jest siła wasza”.

Gerd-Klaus Kaltenbrunner

tłumaczył Tomasz Gabiś

Powyższy tekst Gerda-Klausa Kaltenbrunnera pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Zeitbühne”, lipiec 1977. Polski przekład zamieściliśmy w piśmie „Obywatel” nr 5 w roku 2002.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. by Mimzy from Pixabay.

Koszty ubóstwa

Koszty ubóstwa

Od podstawowych towarów po mieszkania, koszty zadłużenia i podwyżki podatków, nasza gospodarka to fałszywa gra: życie jest droższe, gdy jest się biednym.

Bank of England, pod rosnącą presją sekretarza skarbu Rishi Sunaka, po raz piąty podniósł stopy procentowe, starając się położyć kres najwyższej inflacji, jakiej doświadcza Wielka Brytania od 40 lat. Przed podwyżką stóp bank wydał oświadczenie, iż jego zdaniem nominalny wzrost płac będzie przebiegał w „niemożliwym do utrzymania tempie” i że bezrobocie będzie musiało wzrosnąć, jeśli inflacja ma powrócić do celu na poziomie 2% w średnim okresie.

Ale płace nie napędzają inflacji. Ledwo za nią nadążają. Pomimo rekordowej liczby wolnych miejsc pracy i niskiego bezrobocia, wzrost płac obniżył się w kwietniu o 4,5%, co jest najszybszym spadkiem, od kiedy zaczęto go analizować w 2001 roku. Pracownicy doświadczyli największej obniżki płac realnych od 20 lat. Mimo to pojawiają się wczesne oznaki, że podwyżki stóp Bank of England zaczynają przynosić pożądany efekt, a bezrobocie sięga w kwietniu 3,8%, w porównaniu z 3,7% w marcu.

Ten atak na miejsca pracy i płace ma miejsce w chwili, gdy wskaźnik ubóstwa w Wielkiej Brytanii w przypadku gospodarstw domowych złożonych z osób pracujących osiąga 17,4%. Oznacza to najwyższy poziom w historii. Niemal jedno na troje dzieci żyje w ubóstwie. Jesienią ogólny koszt regulowanych cen energii ma wzrosnąć o kolejne 800 funtów, co oznacza, że wiele gospodarstw domowych pogrąży się jeszcze głębiej. Rząd zareagował na to rosnące ubóstwo skromnymi obniżkami podatków za nośniki energii i nędzną ulgą w podatku komunalnym w wysokości 150 funtów, która niewiele pomaga najbiedniejszym gospodarstwom domowym. Na przykład New Economics Foundation oszacowała, że tylko 7% obniżki opłaty paliwowej trafia do najbiedniejszej piątej części gospodarstw domowych – dzieje się tak ze względu na fakt, że wiele osób w tym przedziale dochodów nie posiada samochodu.

W tym samym czasie korporacje były hojnie dotowane, np. 130-procentową ulgą dotyczącą kwot przeznaczanych na inwestycje i wzrost produkcji [pozwalało tofirmom odliczyć od podatku każde 25 pensów z zainwestowanego 1 funta – przyp. tłum.]. Pomimo przekazania niektórym największym brytyjskim firmom miliardów funtów w ulgach podatkowych, inwestycje biznesowe faktycznie spadły o ponad 0,5% w pierwszym kwartale 2022 r. i pozostają o 9% poniżej poziomu sprzed pandemii.

Ta oczywista niesprawiedliwość – subsydia dla przedsiębiorstw, podwyżki kosztów dla pracowników – to tylko jeden przykład rzeczywistości, która mości się w naszym systemie gospodarczym: życie w ubóstwie jest znacznie droższe niż bycie bogatym.

Teoria „o butach i niesprawiedliwości społecznej”

Aby zrozumieć, dlaczego bieda jest tak droga, możemy zwrócić się ku Samuelowi Vimesowi, kapitanowi Straży Miejskiej i bohaterowi powieści Terry’ego Pratchetta „Zbrojni”. Vimes wykorzystuje swoją „teorię o butach i niesprawiedliwości społeczno-ekonomicznej”, aby nakreślić, w jaki sposób szlachta z jego miasta, Ankh-Morpork, mogła żyć dwa razy wygodniej niż on, a przy tym wydawać połowę pieniędzy, które on sam wydawał. Vimes zarabiał 38 dolarów miesięcznie jako kapitan straży. Naprawdę dobra para butów, taka, która przetrwałaby około 10 lat, kosztowałaby około 50 dolarów – znacznie więcej niż jego miesięczna pensja. W efekcie musiałby kupić tańsze, gorszej jakości buty za 10 dolarów; starczyłyby najwyżej na rok. W ciągu 10 lat Vimes wydałby 100 dolarów na 10 par butów (i nadal miałby mokre stopy), podczas gdy szlachcic wydałby tylko 50 dolarów na jedną parę butów w tym samym okresie.

Oczywiście nie tylko buty kosztują ubogich ludzi więcej. Koszty mieszkań wzrosły dla prywatnych najemców o prawie 50% powyżej ogólnej stopy inflacji w ciągu ostatnich 25 lat. Ceny domów również poszybowały w górę, a mimo to posiadanie domu pozostaje często tańszą opcją. Ponieważ ludzie ubodzy nie mają wystarczająco wysokich pensji lub oszczędności (zwykle zjadanych przez czynsz), nie kwalifikują się do kredytu hipotecznego. Zamiast tego, jako najemcy muszą spłacać hipotekę wynajmującego i dać mu jeszcze dodatkowy zysk. Do niedawna właściciel lokalu mógł również ubiegać się o zwrot całości lub części odsetek od kredytu hipotecznego, jeśli zakupił mieszkanie na wynajem, jako ulgę w podatku dochodowym, a także o zwrot innych kosztów.

Koszty pożyczek są również znacznie wyższe dla osób ubogich. Osoby takie są postrzegane przez pożyczkodawców jako bardziej ryzykowne w kwestii spłaty, co oznacza, że płacą wyższe odsetki od zadłużenia, takiego jak kredyty na rachunku bieżącym i karty kredytowe. Gdy ceny rosną, ale płace stoją w miejscu, gospodarstwa domowe są zmuszone do zaciągania pożyczek, aby związać koniec z końcem. Według sondażu przeprowadzonego przez Debt Justice w 2021 roku, 1,3 miliona ludzi pogrążyło się w długach z powodu rosnących kosztów życia; w ciągu ostatnich 12 miesięcy samo zjawisko zaciągania kredytów na kartach kredytowych wzrosło o ponad 11%. Wyższe odsetki od zadłużenia utrudniają spłatę, w wyniku czego 2,8 miliona osób w Wielkiej Brytanii płaci więcej w odsetkach, opłatach i prowizji niż w samym długu.

Dla pokazania kontrastu: bogaci ludzie lub bogate firmy są postrzegani przez pożyczkodawców jako osoby o niskim ryzyku, a więc mogą pożyczać bardzo tanio – tj. banki będą pożyczać z niższymi odsetkami pieniądze bogatym osobom i dużym korporacjom. Te korporacje i bogaci mogą następnie pożyczyć pożyczone pieniądze biedniejszym ludziom na wyższe odsetki lub zainwestować je w aktywa, takie jak akcje, obligacje lub nieruchomości, które zapewnią im wyższą stopę zwrotu. Zwroty z tych inwestycji i późniejszy zysk inwestora odbywają się kosztem utraty dochodu pożyczkobiorcy w dłuższej perspektywie – w postaci odsetek od długu, czynszu dla właścicieli lub obniżonych płac, w celu wygenerowania wyższych zysków dla korporacji, dzięki czemu mogą one wypłacać akcjonariuszom wyższe dywidendy.

Społeczeństwo ponosi koszt ubóstwa

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie jest zaskakujące, że torysowski minister George Eustice został uznany za „pozbawionego kontaktu z rzeczywistością” na początku tego roku, kiedy wzywał zmagające się z problemami bytowymi gospodarstwa domowe, by przestawiły się na zakup podstawowych produktów w supermarketach, zamiast kupować markowe produkty spożywcze. Biedniejsze gospodarstwa domowe już kupują produkty „podstawowe”, a ich ceny od lat rosną. Działacz społeczny Jack Monroe, orędownik stworzenia „Indeksu butów Vimesa”, napisał na Twitterze w styczniu 2019 r., że ceny w jego lokalnym supermarkecie wzrosły znacznie powyżej 5% CPI zgłoszonego przez ONS: najtańszy makaron podskoczył o 141%, najtańszy ryż o 344%, a pieczona fasolka w puszce o 45%. W tym roku ceny podobnych produktów wzrosły o około 50%.

Ponieważ ceny nawet najbardziej podstawowych artykułów spożywczych będą nadal rosły, rodziny żyjące w ubóstwie będą miały trudności ze znalezieniem środków w swoich i tak już napiętych budżetach, aby utrzymać zdrową dietę. W 2021 r. badanie przeprowadzone przez Food Foundation wykazało, że najbiedniejsza jedna piąta społeczeństwa brytyjskiego musiałaby wydać 40% swoich dochodów, by spełnić rządowe wytyczne dotyczące zdrowego odżywiania. Chroniczne niedożywienie spowodowane ubóstwem pociąga za sobą długoterminowe koszty, zarówno dla jednostek, jak i dla całego społeczeństwa.

Badanie z 2016 r., przeprowadzone przez Joseph Rowntree Foundation, wykazało, że wydatki na opiekę zdrowotną stanowiły największą część dodatkowych wydatków związanych z ubóstwem, wynoszącą 29 miliardów funtów. Po ponad dziesięciu latach chronicznych niedoborów kadrowych spowodowanych realnymi cięciami płacowymi i rosnącym poziomem stresu, NHS ma teraz do czynienia z rekordowo długą listą oczekujących. „British Medical Journal” ostrzegł, że jeśli rząd nie podejmie działań w celu rozwiązania problemu kryzysu kosztów utrzymania, ubóstwo, a co za tym idzie nierówności zdrowotne, a także koszty związane z leczeniem i zarządzaniem – wzrosną.

Ubóstwo żywnościowe wpływa również na wyniki edukacyjne dzieci. Badanie przeprowadzone przez Centre for Educational Neuroscience wykazało, że gdy dziecko nie zje śniadania, wyraźnie wpływa to na jego wydajność, jeśli zadania szkolne są bardziej wymagające umysłowo. Pomimo całej rządowej retoryki wyrównywania i pobudzania gospodarki z „gwarancją umiejętności na całe życie”, jeśli rząd nie jest w stanie poradzić sobie z powszechnym niedożywieniem, z jakim borykają się dzieci w ubóstwie, to ucierpią ich wyniki w nauce, co zaszkodzi perspektywom życiowym całego pokolenia.

Kto zapłaci tę cenę?

Pomimo że od ponad dekady rośnie ubóstwo, a usługi publiczne są słabo finansowane i wyeksploatowane do granic możliwości, podatki w Wielkiej Brytanii są na najwyższym poziomie od ponad 70 lat. Obciążenie to spada nieproporcjonalnie na ubogie i pracujące gospodarstwa domowe. Górne 10% gospodarstw domowych posiada 43% całkowitego bogactwa kraju, ale płaci tylko 33,5% swoich dochodów w podatkach bezpośrednich i pośrednich; dolne 10%, które praktycznie nie posiada żadnego majątku, płaci prawie 50% swoich dochodów w postaci podatków, składek, akcyz itp. I podczas gdy główna stawka podatku od osób prawnych wzrasta do 25% z 19% (wciąż jest to jedna z najniższych w OECD i poniżej poziomu z 2008 r.), to korporacje są w stanie zrekompensować sobie ten wzrost, wykorzystując hojne ulgi kapitałowe i ulgi podatkowe.

Raport opublikowany niedawno przez Unite the Union’s Profiteering Commission ujawnił, że średnia marża zysku FTSE 350 (największych 350 firm w Wielkiej Brytanii) wzrosła o ponad 70% w 2021 r. w porównaniu z 2019 r. Raport wykazał również, że podczas gdy płace realne spadły, jeśli skorygować je o inflację, to zyski biznesu skorygowane o inflację wzrosły o 8%. Szacuje się, że gwałtowny wzrost korporacyjnych spekulacji odpowiada aż za 50% obecnego poziomu inflacji. Związki zawodowe zaczynają odpowiadać na te korporacyjne spekulacje, domagając się reformy płac i podejmując akcje strajkowe. Ich żądania stanowią podstawę do naprawy tej zmanipulowanej gospodarki: na początek płaca minimalna w wysokości 15 funtów na godzinę przywróciłaby wzrost płac do poziomu sprzed krachu finansowego z 2008 r. i spowodowała, że najbiedniejsze 70% gospodarstw domowych doświadczyłoby siedmioprocentowego wzrostu zarobków.

Mówiąc najprościej, przestępstwem jest to, że w piątym najbogatszym kraju świata prawie 33% dzieci żyje w ubóstwie, a coraz większa liczba gospodarstw domowych jest zależna od banków żywności. Nadszedł czas, aby bogaci płacili w podatkach to, co są winni, a korporacje płaciły swoim pracownikom to, na co zasłużyli, w zamian za bogactwo, które dla nich wypracowują. Byłby to krok w kierunku powstrzymania narastającej spirali nierówności, która sprawia, że koszty biedy tak silnie spadają na barki tych, którzy ją klepią. Ale celem nie jest tylko przeniesienie tego ciężaru – jest nim całkowite zlikwidowanie ubóstwa.

Rae Deer

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu Tribune w czerwcu 2022.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski