przez Oskar Ludwiczak | poniedziałek 7 listopada 2022 | opinie
Polska jest krajem, w którym patriotyzm został w dużej mierze zawłaszczony przez prawicę, a lewica nie jest z nim ani trochę kojarzona. Przyczyn tego zjawiska jest kilka. Największą szkodę przyniósł okres PRL. Używanie przez władze Polski Ludowej haseł socjalistycznych obciążyło niepodległościową lewicę negatywnymi stereotypami. To mogło być jednym z powodów słabych wyników wyborczych postsolidarnościowej lewicy w początkowym okresie przemian ustrojowych. Wszystko, co miało związek z marksizmem i socjalizmem – utożsamiano z ideologią i praktyką upadającego systemu. Emigracyjny socjalista Adam Ciołkosz przestrzegał, że urazy wyniesione z okresu rządów komunistycznych działać będą przeciwko socjalistom demokratycznym.
Jednak polska myśl lewicowa ma długie tradycje, a znaczna jej część odwoływała się do patriotyzmu. Do lewicy zalicza się polistopadowych radykałów działających na emigracji w Paryżu i Londynie. Najważniejszą organizacją tego środowiska było Towarzystwo Demokratyczne Polskie, założone w Paryżu 17 marca 1832 r. Działacze TDP zakładali transformację rzeczywistości. Czynnikiem sprawczym tej transformacji miał być lud. Miało to uczynić lud narodem, a narodowi przywrócić niepodległy byt. Myśl ta zakładała realizację idei żołnierza-obywatela, który walczyłby o niepodległość Rzeczpospolitej. Pomysł ten był oczywiście starszy, a nabrał znaczenia po 1789 r., a szczególnie w roku 1792, gdy francuska Legislatywa wydała słynny dekret La patrie en danger, w efekcie czego rewolucyjna Francja mogła powołać pod broń prawie 300 tysięcy żołnierzy-obywateli.
W myśli Towarzystwa Demokratycznego Polskiego idee egalitarne łączyły się z głębokim patriotyzmem, w odróżnieniu do elitarnego Hotelu Lambert. W gronie działaczy TDP przygotowywano powstanie, w które miały zaangażować się wszystkie warstwy społeczne. Po sukcesie powstania zakładano radykalne reformy społeczne, a przyczynę klęski powstania listopadowego upatrywano w zachowawczej polityce szlachty. Po niepowodzeniu powstania krakowskiego z roku 1846 i polskiej Wiosny Ludów z roku 1848, Towarzystwo Demokratyczne Polskie wyhamowało swoją działalność, a w 1862 r. zostało rozwiązane.
Pokoleniem, które ożywiło działalność polskiej lewicy patriotycznej, były osoby urodzone po klęsce powstania styczniowego. „Pokolenie niepokornych” interesowało się nowinkami ideowymi płynącymi z Zachodu. Jedną z nich był marksizm. Sam Karol Marks był zdecydowanym orędownikiem niepodległości Polski. Wiązało się to m.in. z nadzieją, że domniemana polska insurekcja mogłaby pogrzebać europejskie trony (szczególnie pruski, austriacki i rosyjski). Nie sposób wspomnieć wszystkich nurtów polskiej lewicy patriotycznej w tym okresie, ale na uwagę zasługuje wyjątkowa myśl Edwarda Abramowskiego. Ten myśliciel był gorącym zwolennikiem niepodległości Polski. Uważał również, że rewolucja socjalistyczna musi być oddolną rewolucją moralną. Głównym celem było stworzenie Rzeczpospolitej kooperatywnej, czyli ustroju opartego na zasadzie równości i braterstwa wszystkich warstw społecznych, gdzie dokonuje się intelektualne i moralne przeobrażenie ludzi z niewolników w wolnych twórców swojego życia.
Znaczącą kartę w historii rodzimej lewicy zapisała Polska Partia Socjalistyczna, założona w Paryżu w 1892 r. W okresie przed wybuchem Wielkiej Wojny narzędziem czynnej walki z zaborcą była Organizacja Bojowa PPS. Pierwszym wystąpieniem o charakterze zbrojnym z użyciem broni była akcja przeciwko mobilizacji do armii w związku z wojną rosyjsko-japońską na Placu Grzybowskim 13 listopada 1904 roku. PPS była targana konfliktami wewnętrznymi i w 1906 r. doszło do rozłamu na tzw. starych (PPS- Frakcja Rewolucyjna) i młodych (PPS-Lewica). PPS-FR otwarcie głosiła postulat walki o niepodległe państwo polskie. Działacze PPS stworzyli Związek Walki Czynnej (czerwiec 1908 r.). ZWC organizował i kierował organizacjami strzeleckimi, które po wybuchu I wojny światowej dały początek I Brygadzie Legionów Polskich.
7 listopada 1918 r. przez działaczy lewicy niepodległościowej został powołany rząd ludowy, na jego czele stał socjalista niepodległościowy Ignacy Daszyński. Drugim rządem, powołanym na mocy decyzji Józefa Piłsudskiego dnia 17 listopada 1918 r., był gabinet, na którego czele stanął również socjalista – Jędrzej Moraczewski. Rząd ten ogłosił m.in. powszechne prawo wyborcze, które obejmowało również kobiety, ustanowił 8-godzinny dzień pracy, zagwarantował legalność związków zawodowych i prawo strajku oraz ubezpieczenia chorobowe.
W okresie istnienia II Rzeczpospolitej PPS stanowiła jedną z głównych sił na polskiej scenie politycznej. Przełom nastąpił po zamachu majowym w 1926 r. Część działaczy PPS poparła sanację (m.in. Moraczewski), reszta przeszła do opozycji.
W okresie PRL polscy socjaliści, którzy w okresie II wojny światowej przewodzili PPS – Wolność, Równość, Niepodległość w ramach Polskiego Państwa Podziemnego, zostali skazani w tzw. procesie szesnastu. Kazimierz Pużak (lider PPS-WRN) został skazany w tym procesie, następnie zwolniony na mocy amnestii. Powrócił z Moskwy do Polski, gdzie został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na 10 lat więzienia. Zmarł 30 kwietnia 1950 r. w więzieniu w Rawiczu. Jego tragedia stanowi cezurę w historii polskiej lewicy patriotycznej. Polscy socjaliści zostali rozbici przez władze komunistyczne. Część z nich działała na emigracji, a część w opozycji w kraju. Komitet Obrony Robotników, który został założony po wydarzeniach czerwcowych w 1976 r., formalnie pozostawał organizacją odcinającą się od jakichkolwiek afiliacji politycznych, jednak, jak mówił znany działacz KOR Jan Józef Lipski, prawie połowa liderów była w jakiś sposób powiązana z tradycjami PPS. Z kolei 15 listopada 1987 r. ogłoszono odrodzenie Polskiej Partii Socjalistycznej w kraju, jednak już w 1988 r. doszło do rozłamu na PPS-Rewolucję Demokratyczną skupioną wokół Piotra Ikonowicza oraz na grupę Jana Józefa Lipskiego.
W okresie transformacji ugrupowania związane z lewicą patriotyczną/postsolidarnościową nie zdobyły szerszego poparcia społecznego. Stereotypy odziedziczone po okresie komunizmu negatywnie wpłynęły na odbiór haseł socjalistycznych mimo że były głoszone przez osoby związane z obozem antykomunistycznym. Dominacja neoliberalnego modelu transformacji Polski doprowadziła do licznych patologii w polskim społeczeństwie, takich jak zamykanie zakładów pracy, likwidacja PGR, masowe zamykanie kopalń, bezrobocie itp.
Polska lewica potrzebuje dziś odczarowania pojęcia patriotyzmu. Lewicowość go nie wyklucza, a wręcz go uzupełnia. Patriotyzm oparty na poczuciu wspólnoty i solidarności z własnym narodem/społeczeństwem, który nie wyklucza pokojowej koegzystencji z innymi narodami/społecznościami, jest uzupełnieniem lewicowych haseł o sprawiedliwości społecznej. Prawicowe zawłaszczenie patriotyzmu w polskiej przestrzeni publicznej jest ciosem wymierzonym w historię polskiej lewicy patriotycznej. Jak we wstępie do biografii Adama Ciołkosza pisze historyk Andrzej Friszke: „Popularne obecnie utożsamianie lewicy, czy socjalizmu, z komunizmem i praktyczną formą jego realizacji jest fałszowaniem historii”. Lewica ze swej natury powinna stać po stronie szerokich mas społeczeństwa (narodu), a nie po stronie partykularnych interesów elit społecznych i politycznych. Wrażliwość społeczna jest tym, co patriotyzm uszlachetnia.
Lewica w Polsce musi aktywnie włączyć się w proces kształtowania polityki historycznej. Nie chodzi o naginanie rzeczywistości. Nacisk należy położyć na odkłamanie historii polskiej lewicy niepodległościowej i przypominanie jej doniosłej roli w historii Polski. Działania takie podejmuje część środowisk lewicowych. Przykładem jest nadanie skwerowi w Gdańsku (pomiędzy ulicami Św. Trójcy, Okopowej i Toruńskiej przy wyjściu z przystanku SKM Gdańsk Śródmieście) imienia Ignacego Daszyńskiego. Jest to gest symboliczny, aczkolwiek symbolika odgrywa istotną rolę w budowaniu tożsamości. Przez lata jej budowanie za pomocą odwołań historycznych było charakterystyczne dla prawicy. Zaniedbana poczynione przez lewicę w tej sferze przyczyniły się do utożsamienia patriotyzmu z prawicą przez dużą część społeczeństwa. Na walkę o swoją tożsamość nigdy nie jest za późno, a żadna opcja w Polsce nie ma monopolu na patriotyzm. Zmiana w postrzeganiu historii przez lewicę może odebrać szeroko pojętej prawicy argument o antypatriotycznych/antynarodowych postawach środowisk lewicowych.
W Polsce akcenty patriotyczne są niezwykle silne, a połączenie ich z hasłami progresywnymi i socjalnymi może być receptą na sukces. Takie podejście może otworzyć lewicy dostęp do szerszych warstw polskiego społeczeństwa. Budowa własnej narracji oraz odkłamywanie historii polskiej lewicy to strategia na lata, jednak posiadanie własnej tożsamości jest istotne w życiu politycznym. Istotnym jest również zaangażowanie się w proces powstawania podręczników do historii. Próżno w nich szukać lewicowych akcentów w polskiej historii.
Podsumowując: polityka historyczna jest istotna, szczególnie jeśli debata publiczna została zdominowana przez jeden przekaz. Lewica powinna włączyć się w proces odkłamywania historii i zrównywania tradycji polskiej lewicy z komunizmem. Jednocześnie walka o historię nie powinna przyćmić problemów współczesności, gdyż nasze społeczeństwo obecnie zmaga się z dużym kryzysem (pandemia, inflacja, agresja rosyjska na Ukrainę). We wszystkim istotne jest zachowanie złotego środka.
Oskar Ludwiczak
Grafika w nagłówku tekstu: rys. Krystyna Herling-Grudzińska.
przez redakcja | niedziela 6 listopada 2022 | opinie
Z Gaborem i Danielem Maté rozmawia Chandler Dandridge
W swojej książce jednoznacznie określacie kapitalizm mianem źródła „toksycznej kultury”, o której wspomina podtytuł. Jakie mity ustroju kapitalistycznego sprzyjają owej toksyczności?
Gabor Maté: Po pierwsze: mit wolności. Ludzie wierzą, że żyją w społeczeństwie wolnych, choć w istocie mają bardzo niewielki wpływ na własny los. Władzę nad sektorami społecznie ważnymi realnie sprawuje wąska elita, którą za Karolem Marksem można by nazwać klasą rządzącą. Tak to właśnie wygląda na przykład w kwestii kontroli nad obiegiem informacji – no i, oczywiście, gospodarki. Decyzje, skutki których dotykają życia ogółu, podejmuje się nie ze względu na interes ogółu, ale wyłącznie ze względu na zysk. Na dodatek podejmuje je grupa nielicznych, schowana za fasadą tego, co nazywa się „wolnym społeczeństwem”.
Mit drugi to fundamentalne dla kapitalizmu założenie dotyczące natury ludzkiej: tego, jakobyśmy byli z natury egoistami, indywidualistami, jakobyśmy zachowywali się agresywnie i zawsze dążyli do rywalizacji. To nieprawda. Teza ta przeczy wszystkiemu, co wiemy na temat ewolucji człowieka i jego najbardziej autentycznych potrzeb.
Jest jeszcze kwestia rasizmu, w stworzenie którego system kapitalistyczny włożył tak ogromny wysiłek. Nie chcę szerzyć tutaj teorii spiskowej – narodziny rasizmu to proces w znacznej mierze organiczny. Im bardziej ludzie są podzieleni, im bardziej widzą oni siebie nawzajem jako swoich wrogów, tym mniej zwracają uwagę na to, kto naprawdę pociąga za sznurki. Dlatego też rozpowszechnione pośród białych robotników w Ameryce przekonanie, że wszystko, co złe, to przez czarnoskórych i imigrantów, że gdyby ci nie byli tak „bezczelni”, tak „roszczeniowi”, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej, to również mit. Ale mit bardzo cenny z punktu widzenia tych, którzy pragną odwrócić uwagę społeczeństwa od realnych źródeł naszych problemów.
Daniel Maté: Narodziny teorii rasowej zbiegają się w czasie z rozwojem kolonializmu i regularnymi grabieżami obcych ziem. Jeśli jakieś imperium – brytyjskie, hiszpańskie, holenderskie czy jakiekolwiek inne – chce usprawiedliwić i zracjonalizować swój modus operandi, polegający na wysyłaniu za siedem mórz militarnych ekspedycji, aby zabijały, gwałciły i paliły, dobrze jest, aby jego obywatele postrzegali ofiary tych wypraw jako kogoś, kto stoi na niższym od nich szczeblu rozwoju genetycznego, duchowego czy moralnego. System najpierw tworzy jakąś ideologię jako usprawiedliwienie dla swojej polityki, a potem ją normalizuje.
Tytułem uzupełnienia tego, co powiedział mój ojciec: sądzę, że istnieją także swoiste „pod-mity” kapitalizmu, te, z którymi możemy się zetknąć na każdym kursie ekonomii czy w dowolnym felietonie z „New York Times”. „Wzrost”, „konsumpcja” – pomyślcie o tych terminach. Wzrost jest celem. Ale co on właściwie oznacza? Jak najszybsze podbijanie pewnego ekonomicznego wskaźnika zwanego PKB. Z czym się to zaś wiąże? Z konsumpcją, czyli z kupowaniem i użytkowaniem różnych rzeczy. Ale konsumpcja to nie to samo, co zdrowe odżywianie czy dostarczanie człowiekowi tego, czego naprawdę potrzebuje. I sztucznie pompowany, zewnętrzny wzrost to nie to samo, co organiczny rozwój. Tego typu ideologiczne zniekształcenia potencjalnie zdrowych koncepcji stają się swoistą intelektualną fortyfikacją systemu, którego jedynym celem jest podtrzymywanie własnego istnienia.
Kilkakrotnie stwierdzacie w książce, że mity mogą pełnić bardzo pozytywną funkcję. Czy moglibyście podać przykłady takiej sytuacji?
D. M.: Sądzę, że musimy zacząć rozumieć „mit” w starym sensie tego słowa. W podtytule książki użyliśmy go w znaczeniu, jakie zazwyczaj nadaje się mu współcześnie: jako czegoś zmyślonego, nieprawdziwego, opowieści dziwnej treści, miejskich legend. Tym niemniej, do dziś legendy i mity stanowią fundament ludzkiego doświadczenia i bezcenne narzędzie wyprowadzania sensu z wydarzeń naszego skomplikowanego, chaotycznego świata, narzędzie, którego używamy właściwie od samego początku życia. Jesteśmy niemal maszynami do tworzenia mitów – i wiele kultur do dziś wiele zyskuje na tej aktywności.
Jeśli spojrzymy na to, w jaki sposób książka próbuje pokazać problemy takie, jak zdrowie i choroba, natychmiast dostrzeżemy, że dokonuje się to w horyzoncie mitycznym, według przeświadczenia, że wszystko ma sens. We wszystkim kryje się metafora. Wszystko się ze sobą łączy. Wszystko ma cel. Wszystko stanowi pewien etap wędrówki, w której znajduje się dusza, dążąca do tego, aby wrócić do siebie, próbująca przejść ze świata iluzji ku poznaniu. To co do jednego mityczne archetypy.
I jeśli popatrzymy na historie ludzi, którzy opowiadają o swoim wyzdrowieniu, każdy z nich odnalazł w pewnym momencie jakiś mityczny związek: ludzkiego „ja” z naturą, swych najcenniejszych zdolności z ranami wyniesionymi z dzieciństwa. Każda z tych opowieści nadaje się na fabułę wciągającej powieści czy emocjonującego filmu z Hollywood. Nieprzypadkowo zatem na końcu książki przypominamy naszym czytelnikom, że mit również ma swoje miejsce w życiu.
W książce sporo piszecie o kształceniu medycznym Gabora, podczas którego wielki nacisk kładziono na to, aby młody lekarz widział w chorobie zjawisko ściśle indywidualne. Jak wyglądałoby kształcenie lekarzy w nowym, bardziej wrażliwym społecznie systemie?
G. M.: Po pierwsze, opierałoby się na nauce, która nie pozostawia najmniejszych złudzeń w kwestii jedności ciała i umysłu. Przestalibyśmy wreszcie oddzielać od siebie życie emocjonalne i fizjologiczne. Zwracalibyśmy uwagę na to, iż na obydwa te wymiary ludzkiej egzystencji wywierają wpływ czynniki zewnętrzne – do tego stopnia, iż bezsensem jest widzieć w organizmie byt niezależny od swego środowiska. Innymi słowy, proszę spróbować wyobrazić sobie, co by się stało, gdybyśmy tak dla odmiany słuchali nauki, zamiast trzymać się utrwalonych przesądów, obyczajów czy…
D. M.: …ideologii.
G. M.: Tak, ideologii. Po drugie, na tych nowych studiach medycznych lekarze uczyliby się radzić sobie z własnym stresem, z traumą, zamiast ignorować ich istnienie, zamiast „zbierać się w sobie” i przeć ku coraz wyższej pozycji w systemie. Towarzyszyłaby temu, rzecz jasna, także edukacja psychologiczna w zakresie, jakiego wymaga od nas współczesna nauka, a to jednak zakres dość szeroki. Ogólnie mówiąc, uczylibyśmy lekarzy na temat traumy. Nie po to, aby zrobić z nich ekspertów, ale aby mieli ogólne pojęcie o tej kwestii.
Kolejno, rzecz jasna, powstaje pytanie: a co z organizacją służby zdrowia? Czy chcemy, aby dalej funkcjonowała na zasadzie pracy na akord, aby każdy pacjent był dla lekarza tylko kółeczkiem w maszynie, które musi się kręcić tak szybko, jak tylko się da? Czy to naprawdę system, jakiego pragniemy? Służba zdrowia działająca dla zysku zawsze będzie wymagała od swoich pracowników określonych zachowań, określonego sposobu działania. Każdy system naukowy, którego funkcjonowanie opiera się w znacznej mierze na dotacjach od firm farmaceutycznych, w naturalny sposób będzie selekcjonował pewne dane, a ignorował inne. Nowy system opieki zdrowotnej wymagałby od nas daleko idącej zmiany podejścia. Nie wspominając już o tym, że znacznie bardziej troszczono by się w nim o poczucie podmiotowości i sprawczości pacjenta, znacznie więcej by pacjenta słuchano.
D. M.: Od jakiegoś już czasu naukowcy z niemal wszystkich dziedzin czynią regularne obserwacje – intuicyjnie bądź oparte o dane i badania – które wyraźnie wskazują na organiczną jedność ciała i umysłu, na związek emocji ze zdrowiem fizycznym, biografii z biologią. Mówimy tutaj o postaciach takich jak, w dziewiętnastym wieku, William Osler z Kanady czy Soma Weiss, badacz z Harvardu, działający w pierwszej połowie wieku dwudziestego. Wszystkie one jednak wpadają do naukowej czarnej dziury.
Jak wyjaśniłby to zjawisko [Noam] Chomsky? Cóż, widzimy tutaj po prostu działanie pewnego aparatu ideologicznego, który odsiewa dane naukowe niepasujące do systemu. Antidotum na to zaś, jak również zauważył Chomsky, stanowi kurs intelektualnej samoobrony.
Wydaje mi się, że jedną z rzeczy, którą chcieliśmy zrobić w naszej książce, to zachęcić pacjentów, aby myśleli za siebie i korzystali z usług systemu opieki zdrowotnej znając tak jego zalety, jak i wady. Trwaj przy tym, co wiesz. Zdawaj sobie sprawę, że lekarz może nie zdawać sobie sprawy z tego, że powinien w określonej sytuacji zadać określone pytania. Uważaj na różne sztuczki systemu, który od długiego czasu uparcie, nieugięcie, a w tym momencie chyba również z pełną premedytacją ignoruje wszystkie dane na temat związku ciała i umysłu, wskazujące na konieczność podejścia holistycznego w medycynie – oto nasze przesłanie.
To, co pan powiedział, przywodzi mi na myśl fragment książki, w którym piszecie o procesie zdrowienia jako powrocie do pełni – swego rodzaju „samo-odzyskaniu”, a nie samo-doskonaleniu. Zastanawiam się, jakie skutki przyniosłoby przyjęcie takiej optyki, nie tylko w kontekście indywidualnym, ale i politycznym?
G. M.: Jak może pan wie, wśród wielu ludów autochtonicznych funkcjonuje pojęcie odzyskania duszy. Jak gdybyśmy tracili swoją duszę w pewnym punkcie życia i musieli jej na powrót szukać. Tak właśnie widzę naszą „wędrówkę ku pełni”. W sensie osobistym, oznacza ona pogodzenie się z własnym ciałem i własnymi uczuciami, zaprzestanie wypierania ich w imię bycia akceptowanym czy dowartościowywanym przez innych.
W sensie społecznym zupełnie zeszliśmy z kursu. Pewne ludzkie potrzeby są nienegocjowalne. Nie można wytłumaczyć sobie, że się ich nie ma. Możemy zrezygnować z ich zaspokajania, ale zawsze za to płacimy. Ignorowanie ich prowadzi wprost do cierpienia i chorób, we wszystkich możliwych sensach tego słowa. Chodzi o sprawy takie jak posiadanie celu w życiu, jak podmiotowość i sprawczość, jak poczucie związku z innymi ludźmi. Pełnia osobowości, pełnia zdrowia, wymaga niezbędnie zaspokojenia wszystkich tych braków. W kontekście społecznym oznacza to tyle, że wszelkie instytucje i struktury, które przyczyniają się do ich podtrzymania, muszą zostać zniesione albo głęboko zreformowane.
D. M.: Do tego trzeba być, jak to się dzisiaj mówi, „woke” w bardziej pierwotnym i, moim zdaniem, także praktycznym sensie tego terminu, to znaczy trzeba mieć świadomość, że obecny system będzie symulował zaspokajanie tych potrzeb, sprzedawał nam iluzje ich zaspokojenia. Proszę wskazać jakąkolwiek autentyczną ludzką potrzebę – podmiotowości, relacji, kontaktu, spełnienia, szczęścia, poczucia, że się żyje – gwarantuję, że bez problemu znajdzie pan w naszym systemie jej imitację marki Soylent Corporation.
Jeśli przyjrzeć się temu, jak funkcjonuje współczesna kultura, widać wyraźnie, że większość ludzi chce po prostu przetrwać. Każdy usiłuje znaleźć dla siebie choćby namiastkę podmiotowości, dumy, przynależności, plemienia – wszystkich tych podstawowych rzeczy, do których w zdrowym społeczeństwie mielibyśmy otwarty i bezpieczny dostęp, które moglibyśmy mieć bez popadania w konflikty i podziały.
Odzyskanie duszy jest procesem zbiorowym. Wystarczy popatrzeć wkoło i dostrzec, jak bardzo wszyscy pragną tego odrodzenia. Wyzdrowienie, jak pisaliśmy w książce, naturalnie „chce” się wydarzyć. Człowiek z natury dąży do powrotu do swego rodzaju duchowej homeostazy, fizycznej zresztą też. Musimy tylko nauczyć się rozpoznawać znaki – i szanse, kiedy się one pojawiają.
Dla wielu z nas kampania Berniego Sandersa, szczególnie w swej ostatniej odsłonie, zdawała się nieść nadzieję na przyszłość, w której potrzeby te zaczęłyby być zaspokajane, a przynajmniej system przestałby przeszkadzać w ich zaspokajaniu. Stało się jednak to, co się stało i można to analizować na najróżniejsze sposoby, tym niemniej, czymś niezwykłym było po prostu zobaczyć, jak bardzo wszyscy pragną normalności i przekonać się, jak to jest wysiąść z karuzeli polaryzacji i podziału, która kręci się coraz szybciej w imię zysków systemu.
Chciałbym zostać przy temacie kampanii Berniego. Czy jego porażka była traumatyczna? A jeśli tak, to jak lewica powinna internalizować ową traumę, jak wyzdrowieć?
G. M.: Nic nie jest traumatyczne samo w sobie. Zależy komu się przydarza i jak kto sobie z daną rzeczą radzi. Niektórych porażka Berniego istotnie mogła napełnić smutkiem, wpędzić w poczucie bezsilności, beznadziei – i jeśli tak, faktycznie możemy mówić o pewnej traumie politycznej. Dla innych wszakże mogła ona stanowić po prostu życiową lekcję na temat tego, co się sprawdza, a co nie i jak iść dalej naprzód, wyciągając wnioski z tego niepowodzenia. Traumatyczne czy nie – to zależy od tego, jak ludzie przeżyli to doświadczenie.
D. M.: Jako osoba znacznie bardziej, niż tata zaangażowana w funkcjonowanie lewicy „internetowej”, muszę jednak powiedzieć, że z moich obserwacji wynika, że to była ogromna trauma – i nie mówię tylko o jednostkach, ale ogólnie o całym spójnym, ideowym ruchu demokratyczno-socjalistycznym. I wydarzyło się to nieomal błyskawicznie. Po klęsce przyszedł moment rozpaczy, w którym wszyscy rozpełźli się z żalu po kątach. Widzimy to w powszechnym zjawisku rozluźnienia sojuszy między różnymi postaciami z mediów, prowadzącymi audycje w internecie, youtuberami… Może to wszystko wydawać się bardzo powierzchowne, nawet trochę głupawe, ale stanowi wyraz autentycznego zawodu.
Ludzie już ze sobą nie rozmawiają. Każdy zabarykadował się w swojej małej komórce, na swoim własnym podwórku. Poczucie istnienia wspólnego, jednoczącego sensu, wspólnej wizji, pod którą wszyscy mogli się podpisać, zanikło. Nie oznacza to jeszcze, że nigdy nie wróci, ale straty są ogromne. Porażka odsłoniła istniejące pęknięcia i jeszcze je pogłębiła. To, czego potrzebujemy, to proces wyzdrowienia, proces, dzięki któremu ludzie pogodzą się z życiem i wrócą do działań pozytywnych, bo aż żal patrzeć na to, jak wiele energii marnuje się na kłótnie, kalumnie i lajkowanie w internecie.
G. M.: Dla mnie osobiście porażka Berniego nie była doświadczeniem traumatycznym, bo nie spodziewałem się niczego innego. Nie wierzę, aby kapitalizm pozwolił komukolwiek przegłosować swoje zniesienie. Bernie Sanders nigdy zresztą nawet nie zasugerował, że zlikwiduje obecny system. Mimo to jednak okazał się na tyle poważnym zagrożeniem, że nie miałem wątpliwości, iż zostanie w ramach naszej „demokratycznej” – w sensie nie partyjnym, ale bardziej ogólnym – praktyki politycznej zupełnie zmarginalizowany. Nie miał szans na wygraną. To zupełnie oczywiste. I każdy, to myślał inaczej, żył w świecie opowieści z mchu i paproci, takie jest moje zdanie.
W świecie iluzji młodości?
D. M.: Tak właśnie ojciec mi powiedział.
W książce wskazujecie Gretę Thunberg jako źródło inspiracji. Czy sądzicie, że aktywizm polityczny młodszych pokoleń, wzrastających w pierwszych, chaotycznych dekadach naszego wieku, niesie ze sobą nadzieję na przyszłość?
G. M.: Ech… Gdy działałem w ruchu studenckim w latach sześćdziesiątych, starsi lewicowy mówili o nas, że jesteśmy nadzieją przyszłości. Człowiek prawie zawsze patrzy na młodszych od siebie jako na tych, którym w końcu się uda. To nie takie proste. Zresztą, nie słyszymy już za wiele o Grecie Thunberg, prawda?
No nie.
G. M.: Właśnie. I Greta Thunberg bynajmniej nie jest pierwsza. W książce przywołuję postać Severn Cullis-Suzuki, której imienia pewnie pan nawet nie zna. A jednak wygłosiła ona bardzo słynną swego czasu przemowę podczas konferencji klimatycznej ONZ, jaka odbywała się w Ameryce Południowej w roku 1992. Miała wtedy dwanaście lat. Była błyskotliwa, elokwentna, wręcz hiper-elokwentna, bardzo wyważona, ale i bardzo zaangażowana. Mówiła o zmianach klimatu niemal to samo, co Greta dzisiaj. Zrobiła dużo zamieszania, bo młode, atrakcyjne i elokwentne kobiety zawsze robią dużo zamieszania. Co z tego wszystkiego zostało? Zupełnie nic.
Obecny system potrafi absorbować tę energię, a zatem wstrzymywać zmiany. Nie sądzę więc, aby to była kwestia pokoleniowa. W mojej opinii, to, czego potrzebujemy, to zmiana społeczna na wielką skalę, proces, w którym młodsze pokolenia mają do odegrania swoją rolę. Wątpię jednak, czy zdołamy jej dokonać wyłącznie siłą woli. Nie da się zmienić systemu tylko dlatego, że się chce. Zmiany systemowe rzeczywiście się zdarzają. Mają one jednak własną dynamikę historyczną. Nam zostaje tyle: określić, na jakim etapie jesteśmy i co możemy zrobić? Czy zdołamy działać, czy zdołamy wytrwać? Nie możemy sami zakręcić kołem historii. Przerasta to możliwości jakiegokolwiek pokolenia czy jakiejkolwiek grupy. Możemy jednak nieco w tym dopomóc. Mam nadzieję, że tym, co ludzie wyniosą z lektury naszej książki, będzie świadomość, że nie tylko mamy taką możliwość, ale również, że w zasadzie nie powinniśmy wymagać od siebie i od innych czegoś więcej. Nie wszystko jest w naszych rękach.
D. M.: Chciałbym dodać dwie rzeczy. Po pierwsze: jednymi z najważniejszych przejawów toksyczności naszej kultury są podziały międzypokoleniowe, to, jak bardzo pokolenia są od siebie odseparowane. W żadnej zdrowej kulturze nie mogłaby mieć miejsca sytuacja, by rodzice i dzieci nie umieli porozumieć się w jednym języku i by automatycznie zakładali, że niczego nie mogą się od siebie nauczyć. Starsi zawsze odgrywali kluczową rolę w przekazie tradycyjnej mądrości i obyczaju. Obecnie nie mamy starszych, tylko emerytów. Przeciwstawienie się tej postępującej alienacji stanowi nieodzowny warunek ponownej integracji świata. Widzimy to na przykładzie dobrze funkcjonujących ruchów politycznych. Zarówno nowa, jak i stara gwardia mają w nich sobie coś do powiedzenia.
Po drugie, chciałbym zaznaczyć, że choć zgadzam się z tatą co do tego, że romantyczne wyobrażenia w stylu „młodości, dodaj mi skrzydła” nie mają za wiele sensu, to jednak sądzę również, iż każde pokolenie ma pewne właściwe sobie talenty, które może wykorzystać. Tak, jak każde musi mierzyć się z pewnymi specyficznymi wyzwaniami. Ale obecne pokolenie? Sam należę do generacji X. Myślałem, że my mieliśmy ciężko. Ale obecne pokolenie, to, które teraz zaczyna wchodzić w pełnoletniość, nie ma już żadnych nadziei na to, że odziedziczy świat lepszy i bogatszy, niż ich rodzice. I to rozczarowanie, ta wyjściowa świadomość, może stać się także czymś w rodzaju super-mocy. Ci ludzie mogą wykorzystać swoje doświadczenia, aby rozwinąć bezwzględną czujność wobec wszelkiej fałszywej propagandy i fałszywego pojęcia normalności. To może pomóc im zbudować inny świat. Tym niemniej, istnieje także ryzyko, że przez te doświadczenia popadną w nihilizm, hedonizm, rozpacz, rezygnację, że całe życie będą tylko uciekać przed cierpieniem. Każda chwila dziejowa stwarza unikalne okazje do zmiany na lepsze i każda niesie ze sobą unikalne niebezpieczeństwa. Nie sądzę, aby ryzyko katastrofy kiedykolwiek było większe.
Byłem zachwycony, gdy przeczytałem w waszej książce cytat z niedawno zmarłego, wybitnego publicysty lewicowego, autora naszego czasopisma, Michaela Brooksa, dotyczący kwestii budowy mostu między sferą polityki a duchowością. Czy moglibyście powiedzieć nieco o tym, jaki wpływ wywarła na was myśl Michaela?
D. M.: Spotkałem go kiedyś na Harvardzie. To był taki ciepły i radosny człowiek. Słuchając jego wykładu naprawdę miało się poczucie sensu. Dużo znajdzie się na YouTube audycji, których autorzy są błyskotliwi, zabawni i do tego mają rację. Ale Michael był inny. Emanowała z niego jakaś dziwna energia, mówił na poziomie serca – zawsze wiedziało się, dlaczego mówi to, co mówi.
Nie żył z głową w chmurach. Potrafił jak nikt inny przejrzeć toksyczne machlojki systemu. Miał wielkie zdolności analityczne. Biła jednak od niego także pozytywna energia, stanowiąca, wydaje mi się, dobry przykład tego, co w tradycji hebrajskiej nazywa się tikkun olam, chęcią naprawy świata, powołaniem do tego, uczynieniem z tego naczelnej motywacji działań politycznych czy medialnych.
Gdy zmarł, bardzo mnie to dotknęło. Jak wielu innych, zresztą. Jak gdyby zgasło nagle jakieś jasne światło, obecnie bowiem jesteśmy raczej zblazowani i zamknięci w sobie. Kiedy więc pierwszy raz usłyszałem ten cytat z niego, który zamieściliśmy w książce, z ust jego siostry, Lishy, pomyślałem sobie: „No tak, przecież dokładnie o to chodzi!”. I co z tego, że powiedział to przedstawiciel mediów? Równie dobrze mógłby był to zrobić Thich Nhat Hanh. Michael Brooks pokazał nam, moim zdaniem, że duch i polityka, to, co wewnętrzne i to, co wewnętrzne, potrzebują się wzajemnie, funkcjonują najlepiej, jeżeli się przenikają.
Jako psychoterapeuta, bardzo interesuję się kwestią harmonizacji życia indywidualnego i społecznego. Gabor, bardzo osobiście opisujesz w tej książce swój własny proces wyzdrowienia. W jaki sposób wpłynęło ono na twoją działalność polityczną? Czy ta dialektyka jest istotna?
G. M.: Dla lewicy – bardzo. Od czasu, gdy byłem studentem-radykałem, nie zmieniłem właściwie poglądów politycznych. Może zacząłem myśleć w sposób nieco bardziej złożony i zniuansowany, ale w sensie ogólnym uznaję wciąż te same postulaty. To, co nie podobało mi się wtedy, nie podoba mi się także i teraz – wojna w Wietnamie, na przykład, to był według mnie po prostu wstęp do tych okropieństw, które dokonały się w Iraku, Afganistanie, Gazie czy gdziekolwiek indziej. Ale moje emocjonalne zaangażowanie, o którym zawsze sądziłem, że uzasadnia je szlachetność sprawy, w rzeczywistości stanowiło owoc nieprzepracowanego gniewu, niemającego zgoła nic wspólnego z polityką. I na tyle, na ile dawałem mojej wściekłości upust na zewnątrz, na przykład podczas demonstracji, nieświadomie sam sobie szkodziłem, zmniejszałem bowiem szanse na przekonanie do mojej perspektywy ludzi rzeczywiście inaczej myślących.
Zarówno lewica, jak i prawica mają swoje traumy, które wpływają na jej sposób działania. Na prawicy bardzo często znajdujemy ludzi, którzy doświadczyli w swoim życiu przemocy i identyfikują się z władzą w akcie obrony przed cierpieniem. Do tego to się sprowadza. Jak w przypadku wyborców Trumpa. Symboliczny „tatuś” mnie obroni, tak, aby nikt mnie więcej nie skrzywdził, jak mój prawdziwy tata. Tacy ludzie nienawidzą słabości. Przede wszystkim własnej. Atakują słabszych, bo nienawidzą słabości, którą noszą w sobie. To jest właśnie naczelna trauma prawicy, przynajmniej w ogromnej liczbie przypadków.
Ludzie lewicy, z drugiej strony, również bardzo często mieli trudne dzieciństwo i to, co robią, jest dokonywaniem projekcji swojego gniewu na politykę, co sprawia, że są niezbyt tolerancyjni – i, przy okazji, niezbyt skuteczni. Rozmawiając z kimś, kto patrzy na świat inaczej, kto nie ma świadomości istnienia pewnych problemów, a może nawet rozmyślnie nie chce ich dostrzec, kto nie ma kontaktu z realiami, bardzo często dają się ponieść wrogości, agresji, zaczynają wyśmiewać, poniżać. Oto nieprzepracowana trauma ludzi lewicy, z którą sam długo miałem problemy. Praca nad sobą, szczególnie w przypadku ludzi, którzy chcą coś zmienić w świecie, ma kluczowe znaczenie. Jeżeli nie pracujemy nad sobą, możemy przyciągnąć pewną liczbę innych ludzi mocą, na przykład, osobistej charyzmy, ale nie przekonamy do naszych racji nikogo, kto ich już wcześniej jakoś nie uznaje.
D. M.: I, skoro już o tym mówimy, nie zapominajmy o centrum, bo centrowcy też są pokiereszowani jak cholera. Częstokroć to przestraszone dzieci, które chcą tylko tego, aby mama i tata przestali się kłócić. Nie ryzykuj, nie pogarszaj sprawy. Tak zwany centryzm również ma swoje głębokie traumy, ze względu na które jego reprezentanci są często ślepi na bardzo realne problemy, podnoszone tak przez lewicę, jak i prawicę.
G. M.: Nie wiem, niestety, co oznacza „centrum” w obecnych czasach, ale fakt jest faktem, że mnóstwo ludzi ucieka przed rzeczywistością. A każda ucieczka przed realnym światem bierze się, w ostatecznym rozrachunku, z bolesnych doświadczeń osobistych.
Tłumaczenie: Maciej Sobiech
Powyższy wywiad ukazał się w październiku 2022 roku na stronie internetowej pisma „Jacobin”. Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.
Gabor Maté to światowej sławy pisarz i lekarz, najlepiej znany ze swych badań nad zagadnieniami traumy, uzależnienia i rozwoju dzieci. W swoich pracach łączy metodę naukową, badania nad mitem, studium przypadku oraz własną historię osobistą – od dzieciństwa, spędzonego w okupowanym przez hitlerowców Budapeszcie przez uczestnictwo w ruchu studenckim w latach sześćdziesiątych, po walkę z uzależnieniem i chorobami psychicznymi, jaką toczył w najbardziej potrzebujących społecznościach Vancouver. Uznaje dialektyczną i holistyczną koncepcję medycyny, zwracając uwagę także na społeczny, a nie tylko indywidualny, kontekst problemów zdrowotnych. Swoją najnowszą książkę, „The Myth of Normal: Trauma, Illness and Healing in a Toxic Culture”, napisał wspólnie z synem, Danielem, autorem musicali, zamieszkałym w Nowym Jorku.
Chandler Dandridge jest amerykańskim psychoterapeutą i pedagogiem. Jego zainteresowania badawcze dotyczą tematów takich, jak uzależnienie, niepokój i kreatywne metody poprawy społecznego zdrowia psychicznego.
przez dr Rafał Bakalarczyk | środa 2 listopada 2022 | opinie
Jednym z kontekstów polityki państwa (nie tylko) w obliczu wyroku TK zaostrzającego prawo w zakresie przesłanek przerywania ciąży jest to, na co mogą liczyć dzieci, matki i rodziny, w których urodzi się dziecko z wcześniej stwierdzonym trwałym i nieodwracalnym uszkodzeniem w okresie płodowym. Czy państwo, które restrykcyjnie reguluje warunki przerywania ciąży przynajmniej pomaga na kolejnych etapach życia?
Odpowiedź na to pytanie nie jest i nie może być zero-jedynkowa, ale z pewnością wsparcie to jest dalece niewystarczające. Wskazują na to zarówno świadectwa samych matek, jak i analizy eksperckie, zaś polityce publicznej na tym polu brakuje zdecydowania. Właśnie tego zdecydowania tym bardziej należałoby oczekiwać w sytuacji, gdy decydenci (wprawdzie rękami TK) gorliwie przystąpili do regulacji delikatnej materii, powołując się na ochronę życia. Skoro rzeczywiście chodzi o ochronę życia, trzeba pytać, czy i jak jest to realizowane poprzez wsparcie dzieci, które się urodziły, a także ich matek, ojców i innych osób z otoczenia, biorących na swoje barki konsekwencje zaistniałych okoliczności.
Kontekstów, w jakich możemy patrzeć na wyrok Trybunału z 2020 roku i jego następstwa – jest wiele. Od praw kobiet, dyskusji bioetycznych na temat statusu życia w okresie płodowym i warunków jego ochrony, przez wpływ na decyzje prokreacyjne i tym samym procesy demograficzne (wiele wskazuje, że wyrok TK może mieć efekt mrożący i zwiększać obawy przed zachodzeniem w ciążę), aż po wsparcie i opiekę wobec dzieci, które już na świat przyszły (choćby było to przyjście na bardzo krótko), a także ich matek i szerzej rodzin. Niezależnie od tego, jak w przyszłości unormuje się prawo w kwestii przerywania ciąży, na świat będzie przychodzić mniejsza lub większa liczba dzieci wymagających długotrwałej rehabilitacji, leczenia, opieki czy wsparcia, którym powinni być otoczeni także ich rodzice (aczkolwiek część z nich raczej akcentuje potrzebę nie tyle wsparcia, ile umożliwienia godnego, niezależnego życia).
Od czasu do czasu w debacie pojawia się kwestia obecnie obowiązującego zakazu pracy dla osób pobierających świadczenie pielęgnacyjne. Choć kwestia ta ma szereg negatywnych następstw ekonomicznych, zdrowotnych i psychospołecznych, stanowi ona „jedynie” wycinek problemu niewystarczającego lub wadliwie skonstruowanego wsparcia dla tej grupy. W obliczu tak złożonych doświadczeń konieczne są także inne instrumenty, wspomagające, lecznicze, opiekuńcze, rehabilitacyjne etc. Im głębsza niepełnosprawność, tym bardziej ich rola rośnie. Na ile wsparcie jest kompleksowe, adekwatne i w ogóle dostępne?
Za życiem – jako odpowiedź na potrzebę wsparcia?
Odpowiedzi na to pytanie częściowo dostarczają treść kompleksowego programu „Za życiem” i wiedza na temat jego dotychczasowej realizacji. Program ów, przyjęty pod koniec 2016 roku, miał wyznaczać nowy etap w polityce wsparcia państwa wobec kobiet w ciąży i ich rodzin oraz dzieci z niepełnosprawnościami. Przewidziano w nim rozłożone na kolejne lata cele i instrumenty realizacji, pogrupowane wedle szeregu obszarów priorytetowych. Należały do nich: 1. wsparcie dla kobiet w ciąży i ich rodzin, 2. wczesne wspomaganie rozwoju dziecka i jego rodziny – skierowane do dzieci ciężko chorych, 3. usługi wspierające i rehabilitacyjne, wsparcie mieszkaniowe rodzin z osobami niepełnosprawnymi, 4. koordynacja, poradnictwo, informacja oraz 5. pozostałe instrumenty wsparcia. Założenia i ich konkretyzacja brzmiały obiecująco, a sam program przyjęto raczej życzliwie w środowiskach z niepełnosprawnościami. Choć już na starcie ujawnił się swoisty grzech pierworodny – program nie był poprzedzony dłuższymi i szerszymi konsultacjami ani ze środowiskiem osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin oraz ich sojuszników, ani z podmiotami mającymi później współodpowiadać za realizację programu, m.in. samorządami. Przy tak złożonym i szerokim programie było to bardzo wskazane, a nieuwzględnienie perspektywy osób znających z praktyki potrzeby i/lub uwarunkowania ich zaspokojenia mogło skutkować niedopasowaniem założeń do możliwości wykonawczych. Tak się zresztą stało, choć przyczyn częściowego fiaska programu z perspektywy pierwszych lat realizacji zapewne było znacznie więcej.
Ile na papierze, ile w realu
Jaki był stan osiągnięcia celów i wdrożenia założonych instrumentów w okresie 2017 do pierwszej połowy 2020 roku, a więc niemal do czasu nieszczęsnego wyroku TK, pokazał ogłoszony pod koniec 2021 roku raport Najwyższej Izby Kontroli. Jego ustalenia okazały się mało optymistyczne. Pokażmy to na przykładach. Tzw. hospicja perinatalne, działające sporadycznie już wcześniej, ale za sprawą programu „Za życiem” mające stać się rozwiązaniem lepiej dowartościowanym i upowszechnionym, w analizowanym okresie nadal pozostały nieosiągalne w dużej części kraju. W 1/4 województw nie było ani jednej placówki mającej podpisany kontrakt z NFZ. Zresztą i tam, gdzie udało się finansowanie, środków ledwie starcza na realizowanie szlachetnej, ale i trudnej misji towarzyszenia i wsparcia wobec samego dziecka, które odchodzi krótko po urodzeniu, a także wobec rodziców przeżywających żałobę.
Program, obok działań wspierających rodziny z dziećmi z niepełnosprawnościami lub ciężko i przewlekle chorymi, miał też stanowić sposób roztoczenia opieki nad kobietą w ciąży, zwłaszcza powikłanej. Nierzadko ciąża taka kończy się poronieniem, co stanowi ogromny dramat kobiet, ale też ojca dziecka i innych bliskich. Jest to zresztą newralgiczna sfera, którą powinniśmy widzieć i łagodzić szerzej niż tylko za sprawą programu „Za życiem”, w ramach gwarantowanej opieki medycznej i respektowania oraz podnoszenia standardów opieki okołoporodowej. Skalę problemów na tym odcinku pokazał inny raport NIK. Okazuje się, że w skontrolowanych placówkach kobietom, które poroniły lub urodziły martwe dziecko, często zapewniano jedynie podstawowe wsparcie medyczne, a już nie psychologiczne. Jak czytamy w komunikacie NIK: „Organizacja sal porodowych i pokojów badań w czterech szpitalach nie zapewniała pacjentkom prawa do intymności i godności. Na przykład gabinety zabiegowe nie były zabezpieczone przed wejściem osób postronnych, a fotel ginekologiczny nie był osłonięty od strony wejścia do gabinetu”. Kobiety po poronieniu przebywały w wieloosobowych salach wraz z kobietami w połogu lub po urodzeniu zdrowego dziecka, co mogło pogarszać ich stan psychiczny, a w jednym ze skontrolowanych szpitali kobieta, która poroniła – była hospitalizowana na korytarzu!
Choć program „Za życiem” przewidywał utworzenie 30 ośrodków DOK (dziecięcej opieki skoordynowanej), zapewniających specjalistyczną opiekę neonatologiczno-pediatryczną nad dziećmi z najcięższymi schorzeniami – powstało ich raptem 6. Na kolejnych etapach życia rolę odgrywać miały także – po raz pierwszy przewidziane właśnie w programie „Za życiem – ośrodki rehabilitacyjno-koordynacyjno-opiekuńcze (ORKO). Choć miały działać w każdym powiecie, z planowanych 380 w skali kraju powstało do końca okresu kontrolnego 307, a więc w ponad 70 powiatach nie utworzono ich wcale. Nie powstał też Centralny Ośrodek Rehabilitacyjno-Koordynacyjno-Opiekuńczy ani też centralny portal dla rodziców z informacją o dostępnych placówkach i formach pomocy. Z tego, co mi wiadomo, nie powstał on do dziś.
Na szczeblu najniższym wiodącą funkcję wspierającą w koordynacji opieki i informacji rychło po otrzymaniu diagnozy mieli pełnić asystenci rodzinni. To zadanie zostało zrealizowane jedynie połowicznie. Okazało się, że samorządy dostały w latach 2017-2020 na ten cel o 100 mln mniej niż zakładał program i w wielu gminach realny dostęp do tego typu wsparcia był ograniczony.
Z kolei wsparcie wytchnieniowe – realizowane w ramach corocznego programu z Funduszu Solidarnościowego – choć z roku na rok obejmuje większą liczbę społeczności, wciąż działa, jak wynika ze świeżego raportu NIK, w niespełna 700 gminach. Oznacza to, że ogromna część kraju pozostaje poza zasięgiem tego typu wsparcia. Program przewidywał także rozwiązania mogące okazać się ważnymi na późniejszych etapach życia, zwłaszcza gdy rodzic-opiekun odejdzie lub nie jest w stanie świadczyć intensywnej opieki – chodzi o dostęp do mieszkalnictwa wspomaganego. Tego typu formy mieszkaniowe, dostosowane i połączone ze wsparciem usługowym, stanowiące alternatywę dla instytucjonalnej opieki całodobowej, działają jednak w skali kraju w niewielkim wymiarze, stanowiąc kroplę w morzu potrzeb.
Czy cokolwiek się udało?
Nasuwa się zatem pytanie, czy cokolwiek z przyjętych na starcie założeń udało się wprowadzić na względnie satysfakcjonującym poziomie? O sukcesie możemy mówić w kontekście jedynie pojedynczych instrumentów. Jednym z nich są choćby tzw. banki mleka kobiecego, dla kobiet, które nie mogą karmić piersią. Na plus – mimo wszystko – można zapisać to, że jednak pewne nowy formy wsparcia, jak te wymienione wyżej, powstały lub rozszerzyły zakres. Choć ich zasięg i dostępność są dalece niesatysfakcjonujące, trzeba pamiętać, że wcześniej były nieobecne. Obecnie mamy chociaż zaczyn tego, co trzeba rozbudowywać, usprawniać i upowszechniać.
Innym osiągnięciem programu jest przyjęcie w jego ramach szeregu zmian prawnych w Kodeksie Pracy oraz w Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, mających na celu większe wsparcie członków rodzin dzieci niepełnosprawnych w wejściu lub powrocie na rynek pracy oraz w godzeniu aktywności zawodowej z obowiązkami opiekuńczo-wspierającymi. Te zmiany weszły na trwałe do porządku prawnego i jest to pozytywny efekt programu (nawet gdyby on sam nie był kontynuowany), jednak dotychczasowe wykorzystanie narzędzi wspierających okazało się marginalne. Jednym z powodów jest zakaz godzenia pracy z pobieraniem świadczeń z tytułu opieki. Sprawia to, że wiele rodzin pozostaje poza sferą zatrudnienia i jego poszukiwania, a tym samym nie będą one zainteresowane korzystaniem z form wsparcia przewidzianych w programie „Za życiem”.
Poza głównym nurtem zainteresowania
Trudno powiedzieć, czy autorzy programu wierzyli na starcie w jego powodzenie, a później wskutek różnych przewidzianych i nieprzewidzianych barier – wyszło jak zwykle, czy też mieliśmy do czynienia z polityką, w którą już na starcie wpisany był scenariusz niechybnej porażki (by użyć kategorii z monografii P. Kubickiego na temat polityki publicznej wobec niepełnosprawności), a relatywnie skromne rezultaty nie były zaskoczeniem, gdyż nie dołożono dość starań by ten program działał lepiej. W każdym razie bardzo umiarkowane efekty przekładały się też na to, że i rządzący niechętnie brali na sztandar ten program w założeniach sensowny i potrzebny. Ostatecznie stał on się w debacie publicznej niejako „bezpański”, lądując na jej marginesie i niemal poza społeczną świadomością. Być może przyczyniała się do tego także bardzo duża złożoność programu i przynależność jego elementów do różnych resortów i dziedzin polityki państwa. Gdy niedawno we wrocławskim okręgu Klubu Jagiellońskiego zorganizowaliśmy dyskusję na ten temat (nie przyciągającej – co niestety znamienne – szerszej publiki, choć było to zapewne jedno z niewielu spotkań poświęconych zagadnieniu), w czasie dyskusji pojawiła się opinia wyrażona w pytaniu, czy rzeczywiście hasło przewodnie programu – „Za życiem” – jest trafnie dobrane i bardzie służy promocji jego treści czy jej szkodzi?
Wydaje mi się, że program w niezbyt dużym stopniu rezonuje z tym, o co aktualnie walczą same osoby z niepełnosprawnościami oraz ich bliscy. Niezależne życie, przeciwdziałanie wykluczeniu, równe, podmiotowe traktowanie, prawa człowieka, znoszenie barier i wyrównywanie szans/możliwości – to krąg pojęć i kryjących się za nimi wartości, które wyraża główny nurt działań rzeczniczych. Program „Za życiem”, przy wszystkich swoich zaletach i potencjale odpowiedzi na część realnych potrzeb, odsyła w pierwszej kolejności do nieco innych pojęć: troska, opieka, diagnozowanie i leczenie, rehabilitacja, niekiedy doświadczenie cierpienia fizycznego i psychicznego, a także perspektywa choroby, śmierci, żałoby. Już sam ten krąg pojęciowy wskazuje, że mówimy o nieco innych płaszczyznach. Wymiary te nie są przeciwstawne, a zwolennicy walki o niezależność i normalizację życia osób z niepełnosprawnościami i ich rodzin również popierają, często bardzo aktywnie, rozwiązania o charakterze medycznym czy opiekuńczym. Nie sposób jednak nie dostrzec (i należy to zrozumieć), że domena programu „Za życiem” siłą rzeczy może zajmować niekoniecznie pierwszoplanowe miejsce w działaniach rzeczniczych skupionych dziś wokół nieco innych postulatów i wartości przewodnich.
Perspektywy na przyszłość
Na przełomie lat 2021 i 2022 przyjęto uchwałę przedłużającą program o kolejne 5 lat, zwiększające jego budżet (przez 5 lat było to łącznie 3,5 mld, a w obecnej perspektywie przewidziano na realizację 6 mld do końca 2027 r.). i modyfikujące lub uzupełniające o dodatkowe elementy. Wiele rozwiązań stanowi kontynuację tego, co było założone pierwotnie. Czy skoro wówczas udało się co najwyżej połowicznie osiągnąć zakładane cele, to teraz będzie inaczej? I co musiałoby się zdarzyć, żeby tak się stało? Sam wzrost nakładów daje tylko częściową nadzieję, zważywszy, że duża część środków ma pójść na wsparcie dla kobiet w ciąży i opiekę okołoporodową, czyli na to, co powinno w zasadzie być gwarantowane przez państwo w ramach generalnej polityki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Nakłady na całą resztę nie są już tak imponujące, zwłaszcza w świetle dużej inflacji. Ponadto, patrząc na wnioski z poprzedniego okresu, widać, że nie tylko w niewystarczającym ogólnym poziomie nakładów na program tkwiły przyczyny poszczególnych niepowodzeń. Część problemów wynika z niewystarczającej kontroli, jakości zarządzania i współpracy, braku sprawności przepływu środków i informacji, trudności organizacyjnych i kadrowych na niższych szczeblach czy z ograniczonej świadomości poszczególnych uprawnień i obowiązków, a także – jak sądzę – z niskiej kontroli społecznej i jej miejsca w całościowej agendzie programu. Za rzadko lub zbyt cicho wybrzmiewa słowo „sprawdzam”. Za mało rozmawialiśmy jeśli nie o całości realizacji programu, to choćby o jego wybranych segmentach. To zresztą uwaga do wszystkich uczestników sporu, bez względu na stronę barykady.
Oczywiście są posłanki, które trzymają rękę na pulsie i podejmują liczne interwencje w tej materii, jak Jagna Marczułajtis-Walczak czy Iwona Hartwich z Koalicji Obywatelskiej, ale brakuje chyba – także po stronie opozycyjnej – całościowego spojrzenia na politykę publiczną, jaką jest kompleksowy program „Za życiem”, wraz z propozycją tego, jak ów program zmienić. Chlubnym wyjątkiem jest przygotowana wiosną 2022 ekspertyza Strategii 2050, choć i w tym przypadku trudno powiedzieć, na ile ustalenia, wnioski i propozycje z opracowania mogą zostać wprzęgnięte w działania polityczne i legislacyjne środowiska Polski 2050, np. po kolejnych wyborach i uzyskaniu bardziej bezpośredniego wpływu na politykę państwa. W każdym razie tego typu analizy, których jest wciąż niewiele, są na wagę złota i już dziś warto z nich czerpać. Wśród wielu ciekawych spostrzeżeń mamy tam zwrócenie uwagi m.in. na jedną rzecz: poszczególne instrumenty w ramach programu „Za życiem” są dedykowane głównie rodzinom z dziećmi, których wady rozwojowe pojawiły się w okresie prenatalnym. Tymczasem często z bardzo podobnymi problemami zmagają się rodziny, w których niepełnosprawność lub choroba pojawiły się już później, po urodzeniu, niekiedy w kolejnych miesiącach czy latach życia. Warto byłoby więc krąg potencjalnych odbiorców wsparcia rozszerzyć, by przeciwdziałać dyskryminacji i ograniczeniom dostępu dla osób w potrzebie.
Przy wszystkich zastrzeżeniach do programu i niepowodzeniach w jego realizacji, wydaje się, że nie należy go wyrzucać do kosza czy pominąć. Trzeba raczej dbać o to, aby był on konstruktywnie i krytycznie analizowany na różnych etapach wdrażania i w różnych jego aspektach. Także wówczas, jeśli nie jesteśmy sympatykami obecnych rządów. Oprócz spojrzenia nań całościowo jako jedną z polityk publicznych, trzeba już podejmować konkretne kwestie. Oto przykład: odnowiona agenda programu „Za życiem” przewiduje, że od 2023 r. funkcje koordynacyjne wsparcia rodziny z dzieckiem niepełnosprawnym ma przejąć nowa instytucja – doradca rodziny. Tak stanowi uchwała z końca 2021 roku. Do 2023 roku zostało już niewiele czasu. Czy stworzono podstawy prawne, w ustawie i aktach wykonawczym? Czy stworzono i uruchomiono mechanizmy przeszkolenia w tym kierunku? Czy gminy dysponują kadrami, które będą realizować te funkcje i czy oraz w jakiej wysokości popłyną do samorządów środki na ten cel? To wszystko bardzo konkretne pytania, które wymagają podjęcia w debacie publicznej, jeśli nie chcemy powtórki z tego, co było przez minione lata, gdy nie udało się (wówczas w oparciu o funkcję asystenta rodziny) zapewnić powszechnego dostępu do tego typu, w założeniach słusznej i potrzebnej, pomocy.
W szerszej perspektywie
Na koniec zauważmy, że tematyka wsparcia dzieci z niepełnosprawnościami, a także dzieci z przewlekłymi, poważnymi chorobami i ich rodzin, jest szersza niż tylko to, co obejmuje program „Za życiem”. Poza jego nawiasem są choćby kwestia kształcenia (zarówno specjalnego, integracyjnego, jak i edukacji włączającej), system orzekania o niepełnosprawności czy też częściowo powiązane z nim zasady zabezpieczenia finansowego osób niepełnosprawnych i ich rodzin. Te wszystkie obszary zresztą rzutują na skuteczność realizacji programu (np. zakaz pracy dla pobierających świadczenie pielęgnacyjne wpływa na wsparcie w powrocie na rynek pracy rodziców czy opiekunów).
Po drugie, konieczna jest ciągłość myślenia i działania w perspektywie całego biegu życia osób z głębokimi niepełnosprawnościami i ich rodzin oraz różnych jego faz. Wiele problemów opiekuńczych nie ustaje na dalszych etapach, a niektóre się pogłębiają lub pojawiają nowe, mniej widoczne w dzieciństwie. Przychodzą momenty, że rodzice dziecka (niekiedy już pełnoletniego) sami w związku z wiekiem czy chorobą wymagają opieki medycznej czy długoterminowej, a z takimi złożonymi sytuacjami i potrzebami opiekuńczo-wspierającymi system nie radzi sobie w zasadzie w ogóle. Przypomnijmy też sprawę wykluczonych opiekunów, na próżno od 8 lat czekających na wyrównanie świadczeń wedle wyroku TK z 2014 roku, którego uporczywe niewykonanie skutkuje głębokim wykluczeniem społecznym tych ludzi oraz osób znajdujących się pod ich opieką. W tle jest jeszcze będąca na skraju zapaści, nie dość dostępna i niedofinansowana opieka hospicyjna (nie tylko wspomniana wcześniej perinatalna) oraz paliatywna, która – jak w niedawnym apelu stwierdzają przedstawiciele tego środowiska – umiera powoli. I poza debatą publiczną.
Po trzecie, gdy wiążemy kwestie wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2020 roku z problematyką niepełnosprawności (choć zaznaczmy, iż bardziej pożądany kontekst mówienia o niej to kwestia praw człowieka niż dylematów okołoaborcyjnych), warto otworzyć się na spojrzenie nieco inne. Od początku myśleniu i dyskusji na ten temat towarzyszy domyślny schemat: pełnosprawna matka – niepełnosprawne lub dotknięte przewlekłą chorobą dziecko. A przecież czasem sytuacja jest odmienna. Zdarza się, że to matka doświadcza niepełnosprawności lub też kobieta z niepełnosprawnością staje w obliczu decyzji związanych z zachodzeniem w ciążę oraz z jej kontynuacją. Czy prawa i potrzeby oraz głos tych kobiet są słyszane, zauważane i respektowane? Temat ten krótko po wyroku TK podejmowały aktywistki z niepełnosprawnościami i ich sojuszniczki, a problematyka uwarunkowań korzystania z aborcji wśród kobiet z niepełnosprawności i jej dostępności doczekała się raportu „Aborcja bez barier”. Okazuje się, że powody, dla których kobiety z niepełnosprawnościami myślą o aborcji, są wielorakie i nierzadko wiążą się po prostu z ogólniejszą sytuacją kobiet z niepełnosprawnościami i z zakresem ich wsparcia. Część badanych kobiet wskazywało m.in. na strach o własne zdrowie, życie, obawy o bezpieczeństwo i zdrowie dziecka; że nikt im nie pomoże, że same będą musiały wychowywać dziecko, że również je dotknie niepełnosprawność, że otoczenie jest trudne i nieprzyjazne rodzicom z niepełnosprawnościami, wreszcie – że nie ufają instytucjom zdrowotnym. Te ostatnie źródła niepokoju, związane z niewystarczającym wsparciem ze strony otoczenia i należytą opieką zdrowotną, niestety korespondują z płynącą też z innych źródeł wiedzą na temat dostępności opieki zdrowotnej, w tym ginekologicznej, dla kobiet z niepełnosprawnościami. Raport sprzed paru lat na temat dostępności opieki ginekologicznej dla kobiet z niepełnosprawności ukazał mnóstwo barier, w zwielokrotnionym stopniu uderzających te z nich o niższym statusie społeczno-ekonomicznym. Najnowsze badanie Gedeon Richter Polska, pokazujące problemy w dostępie do ginekologii i ograniczone z niej korzystanie wśród kobiet ogółem, również potwierdziło, że szczególnie rzadko korzystają z opieki ginekologicznej właśnie kobiety z niepełnosprawnościami(ponad 3/4 z nich nie chodzi do ginekologa regularnie, a ponad 1/5 nie była na wizycie nigdy). Przy okazji kolejnych kolejnych rocznic wyroku Trybunału Konstytucyjnego może warto podjąć głośno w agendzie publicznej i te zagadnienia, a przede wszystkim wsłuchać się w głos – i stworzyć przestrzeń do jego wyrażania – tych, których to wszystko dotyczy najbardziej i bezpośrednio.
dr Rafał Bakalarczyk
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Beccalee from Pixabay.
przez Wojciech Ganczarek | wtorek 25 października 2022 | opinie
Strona jest dobrze wypozycjonowana: pojawia się jako jeden z pierwszych wyników zapytania grounds Paraguay for sale. Technicznie nic specjalnego: prosty html, kolumna ogólnych informacji po lewej, po prawej kilka pocztówkowych fotografii z regionu. Szczegółowe dane dotyczące kolejnych ofert umieszczono w prostokątnych segmentach uporządkowanych jeden pod drugim w środkowej części witryny. Tekst widnieje w języku angielskim. Podano dwa numery telefonów: jeden paragwajski, drugi dla klientów z Urugwaju.
Wstęp stanowi opis warunków naturalnych. Dowiadujemy się, że centralną, północną i zachodnią część regionu charakteryzuje półsuchy klimat stepowy z roczną sumą opadów między 550 a 1000 mm na metr kwadratowy. Roślinność zmienia się od niskich, kolczastych zarośli na zachodzie po gęsty las suchy na północy.
„Przeważająca część środkowego i północnego Chaco nadaje się doskonale do hodowli bydła. Wystarczy tylko wyczyścić [podkreślenie moje – W. G.] naturalny drzewostan i wysiać pożądane gatunki traw”. Z tym czyszczeniem nie chodzi o zebranie śmieci, tylko karczowanie lasu. Następnie pojawia się informacja, że w niektórych zakątkach regionu – przede wszystkim na krańcach północno-wschodnich – wyższe opady pozwalają na rozwój plantacji zbóż i soi.
Powyższy opis ilustrują fotografie z prawej kolumny. Na pierwszej z nich widzimy samochód terenowy, który brnie piaszczystą drogą wyrżniętą wśród pożółkłej roślinności. Na kolejnej: stado krów kryje się przed palącym słońcem w obszernym cieniu samotnego drzewa. Umieszczone poniżej zdjęcie lotnicze oferuje panoramiczny widok na serię świeżo wylesionych, prostokątnych działek, ułożonych w idealnym porządku jedna obok drugiej. Ogranicza je dookoła gęsty las.
Po zachęcającym wprowadzeniu dostajemy krótki akapit analizujący ewentualne wady inwestycji w regionie. Ze względu na globalne ocieplenie w ostatnich latach wylesianie staje się tematem kontrowersyjnym, przyznaje autor. „Należy wziąć pod uwagę, że w niedalekiej przyszłości może pojawić się wymóg ekocertyfikatów dla wszystkich, którzy chcieliby eksportować mięso do krajów pierwszego świata”. Podejrzewam, że ta uwaga o „pierwszym świecie” ma zasugerować czytelnikowi, że jeśli ma on zamiar wysyłać wołowinę do Chin czy Rosji, nie musi się martwić o nic, a już na pewno nie o globalne ocieplenie. Tak czy inaczej rekomendacja jest jedna: karczować do gołej ziemi i czerpać zyski pełnymi garściami.
Druga uwaga dotyczy pożądanych charakterystyk samego inwestora: „Chaco nie jest miejscem na rodzinną farmę”, informuje podtytuł. „Wielkie dystanse, brak szkół, sklepów czy wiosek sprawiają, że życie rodzinne w Chaco może okazać się zbyt trudnym wyzwaniem”, tłumaczy szczegółowo autor. I za chwilę dodaje, że typowi kupcy chakeńskich ziem to międzynarodowe korporacje sektora agro, spekulanci rynku nieruchomości (czy jak przetłumaczyć land bankers?) oraz indywidualni posiadacze ziemscy mieszkający w Asunción lub zagranicą.
Wspomniane wielkie dystanse ukrywają dodatkową zaletę: „oferowane ziemie nie wymagają ochrony ani dozoru”. Wyprzedawane tereny leżą tak daleko, że bezrolni i niezmotoryzowani chłopi ze wschodu kraju nie mają jak tam dotrzeć, by ewentualnie je okupować.
Z zakończenia dowiadujemy się, że nie istnieją żadne ograniczenia prawne, jeśli chodzi o nabywanie ziem przez obcokrajowców. Nic tylko kupować.
Cztery tysiące hektarów w Palmar de las Islas za niewiele ponad milion dolarów. Pięć tysięcy hektarów w okolicach La Patria za trzy miliony. Osiem tysięcy trzysta hektarów w Agua Dulce – pięć milionów czterysta tysięcy. Oferty są zaopatrzone w zdjęcia satelitarne i szczegółową charakterystykę lokacji: dostęp (lub nie) do słodkiej wody, stopień wylesienia i ewentualna obecność twardego drewna (jeśli chciałbyś zająć się jego sprzedażą, można się domyślać).
Ceny zaskakują. Od 200 do 1100 dolarów za hektar, czyli półdarmo w porównaniu do bajońskich sum, jakie należałoby zapłacić na wschodzie kraju. Ale jako że wśród oferowanych terenów nie ma ani małych, ani średnich – mowa nie o jednostkach czy dziesiątkach, tylko od razu o tysiącach hektarów – potencjalni kupcy muszą dysponować kwotami od miliona dolarów w górę.
W ten sposób Chaco zamiast stać się możliwym miejscem do życia dla ubogich Paragwajczyków, trafi w całości w ręce obcokrajowców: wielkich hodowców bydła i spekulantów. A kiedy, spóźnieni, w głąb Chaco dotrą bezrolni chłopi z protestami i żądaniem paragwajskiej ziemi dla Paragwajczyków, będą musieli zapłacić już nie 200 a 20 000 dolarów za hektar, tak jak dziś na wschodzie kraju. To chyba jest ta cała gospodarka oparta na wiedzy, o której tyle mówi się w XXI wieku: ci, którzy wiedzą, nikomu nic nie mówią, a potem wykorzystują niewiedzę tych, którzy nie dowiedzieli się na czas.
Na koniec czytamy: „Jesteśmy agencją nieruchomości specjalizującą się w sprzedaży pastwisk i lasów pierwotnych w Paragwaju z piętnastoletnim doświadczeniem działalności w Ameryce Południowej”. „Jesteśmy”, czyli jest ich kilku. Wierzą, jak piszą w dalszej części prezentacji, że ziemie niepoddane jeszcze eksploatacji człowieka – takie jak wspomniane lasy pierwotne, które wciąż czekają na kogoś, kto je wspaniałomyślnie wykarczuje i zrobi z nich pastwisko – oferują możliwość największych zysków (pieniądze, więcej pieniędzy!). I że – w to również wierzą, znaczy się ludzie bardzo wierzący – „aktualnie to właśnie w paragwajskim Chaco czekają najkorzystniejsze okazje biznesowe w całej Ameryce Łacińskiej”.
Może pod warunkiem, że nie jesteś Paragwajczykiem. […]
Trasa Transchaco – tych siedemset kilometrów asfaltu różnej jakości rozciągających się między Asunción a granicą z Boliwią – jest jak proste cięcie w żółtawej magmie nieprzebytego suchego lasu. Podróżny brnie między dwoma kurtynami drzew jak w monotonnym filmie: tysiące identycznych jadłoszynów, pejzaż, który nie zmienia się nigdy. I pewnie tego właśnie spodziewaliśmy się po sercu Ameryki: imponującego ogromu natury w stanie nietkniętym.
Bogata fauna potęguje żywe wrażenie intymnej bliskości dzikiej przyrody. Wyobrażasz sobie pedałować samotnie po bezludnej puszczy z tysiącem papużek wirujących ci nad głową? Te zielone ptaszki o kanciastych główkach zbudowały sobie obszerne gniazda na szczytach słupów energetycznych, które ciągną się nieprzerwanym rzędem wzdłuż wielokilometrowej drogi. Atmosferę wypełnia krzykliwe, a zarazem słodkie szczebiotanie. Im bardziej oddalić się od stolicy, ptasi zgiełk potężnieje. Oto niezłomna żywotność przyrody: Gran Chaco Americano w całej okazałości, drugi największy las kontynentu zaraz po Amazonii (i zaraz po tym jak Puszcza Atlantycka, wycięta w pień w przeszło dziewięćdziesięciu procentach, spadła w leśnym rankingu na dalsze pozycje).
– „Gdy przychodzi sezon na guajawy, wyżerają mi wszystko” – skarży się Sara Fischer, dyrektorka radia Paí Pukú. – „To już kilka lat jak nie jem guajaw z przydomowego ogrodu” – kręci głową i dodaje: „Dawniej tak nie było”.
Nie potrzeba specjalistycznych narzędzi. Każdy może wziąć do ręki telefon komórkowy, wejść w jedną z aplikacji z mapami, wybrać widok satelitarny i zobaczyć, jak paragwajskie Chaco pełne jest bladożółtych prostokącików, które dziurawią jak durszlak zmizerniałą zieloną chmurę reprezentującą las. Prostokąty skupiają się przede wszystkim w środkowej części regionu wokół menonickich kolonii, tworząc sporej wielkości owal, gdzie naturalną roślinność wycięto niemal w stu procentach.
– „Chodzi o to, że papugi nie znajdują już wysokich drzew w okolicy – tłumaczy Sara – i dlatego zbliżają się do ludzkich osad. I do drogi, gdzie przynajmniej mają do dyspozycji betonowe słupy”.
Wąskie pasma lasu pozostawiono po obu stronach asfaltu, byśmy nie zauważyli, że dalej od szosy nie ma nic prócz pastwisk.
Nieregularna plama deforestacji rozgałęzia się na cztery strony świata, pozostawiając w stanie nietkniętym – póki co – zielony obszar na północno-zachodnim krańcu kraju. To Park Narodowy Obrońców Chaco. Zabawne, że patrząc na sam tylko obraz satelitarny, moglibyśmy z łatwością wytyczyć granice między państwami. Tam, gdzie wylesianie wygasa powoli w kierunku północnym, to już Boliwia. Miejsce, gdzie las gęstnieje na południu – to Argentyna.
– „W Paragwaju jest dużo łatwiej” – mówił mi argentyński hodowca z Formosy, prowincji graniczącej z Paragwajem i stanowiącej naturalne przedłużenie regionu Chaco.
Władze Formosy wprowadziły ograniczanie na wyrąb lasów i co miesiąc analizują zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu właścicieli przekraczających dopuszczalne normy. Reguły nie są przestrzegane zbyt restrykcyjnie, ale przynajmniej istnieją.
– „Brazylia też zaczyna się interesować tematem ochrony środowiska” – mówi mężczyzna. – „Dlatego ludzie kupują ziemię w Paragwaju, gdzie nie masz ograniczeń, limitów. Nawet podatków nie płacisz”.
Z jakiegoś powodu media na całym świecie obrały sobie boisko futbolowe za uniwersalną miarę deforestacji. Wykarczowano powierzchnię odpowiadającą tylu to i tylu boiskom piłkarskim, słyszymy. Wydaje mi się, że w przypadku Chaco warto byłoby wybrać większą jednostkę miary. Na przykład: księstwo Monako. Według danych dostarczanych przez organizację Guyrá Paraguay w 2015 roku karczowano średnio cztery księstwa dziennie: 782 hektary, czyli około jednego Gibraltaru. Rekord padł w lipcu, kiedy wycinano przeciętnie osiem księstw na dobę, dwieście czterdzieści pięć Monak – lub jedną Andorę – na przestrzeni miesiąca. W ciągu roku: powiat krakowski, powiat kaliski i Miasto Stołeczne Warszawa razem wzięte.
W oparciu o obrazy dostarczane przez satelitę LANDSAT ocenia się, że w pierwszych osiemnastu latach XXI wieku paragwajskie Chaco straciło 44 tysiące kilometrów kwadratowych lasu. To blisko 20% powierzchni regionu: nieco więcej niż cała Szwajcaria, nieco mniej niż dwie Macedonie.
– „I dopiero zaczynamy!” – drwi z gorzką ironią Miguel, który administruje salonem sprzedaży maszyn rolniczych na wschodzie kraju.
Chociaż kolonizacja zachodniej części Paragwaju ruszyła po wojnie z Boliwią, prawdziwy boom na chakeńskie ziemie to kwestia ostatnich lat. Zdjęcia satelitarne z 1985 roku oferują nam obraz regionu w stanie niemal nietkniętym. Tymczasem do dziś zachowało się jedynie 13 milionów hektarów, zaledwie połowa naturalnego drzewostanu. Przy obecnym tempie wylesiania ostatnie drzewo w Chaco zostanie wycięte za 53 lata. Do startu, gotowi, ciąć.
– „I nie potrafimy się opamiętać” – dodaje Miguel, po czym powraca wzrokiem w kierunku ekranu komputera, kręci głową i wskazuje na krótki akapit wyedytowany małą czcionką na dole strony. – „To pisze człowiek, który żyje z karczowania lasów” – mówi.
Wewnętrzną korespondencję firmy, w której pracuje Miguel, opatrzono informacją o tym, jak bardzo administracji zależy na dobru środowiska naturalnego i że w związku z tym odbiorca powinien dwa razy pomyśleć, zanim zdecyduje się wydrukować e-maila.
Właścicielem przedsiębiorstwa jest król soi, Tranquilo Favero.
– „Dawniej karczował puszczę na wschodzie kraju, wyrównywał grunt i tak przygotowane pola przekazywał plantatorom” – mówi Miguel. – „Jeśli rolnikowi, który zamówił usługę, szło dobrze w kolejnych żniwach, płacił gotówką. Jeśli nie, Favero zabierał ziemię. Nigdy nie tracił”.
Teraz, gdy Puszcza Atlantycka przestała istnieć, firma przeniosła się do Chaco. I nie jest jedyną.
Jeśli przyjrzymy się z bliska satelitarnym obrazom, region przypomina skrupulatny rysunek techniczny albo topografię układów scalonych komputera. W każdym razie bardziej jakiś teoretyczny plan niż makroskopową rzeczywistość, która przecież zwykła wymykać się geometrycznym formom i idealnemu porządkowi. Bladożółte prostokąty – świadectwa o wykarczowanych lasach – okazują się doskonale uporządkowane jeden obok drugiego, formując długie rzędy gigantycznych pastwisk, wyciętych z precyzją chirurgiczną, zaskakującą, bezlitosną.
Zdumiewa żarłoczna pazerność, z jaką się postępuje. Bierze się w ręce region wielkości sporego europejskiego kraju i w sposób zaplanowany, z zimną krwią, niszczy się go kawałek po kawałku. Patrzysz na to i pytasz: co czują operatorzy buldożerów, którzy dzień w dzień zwalają drzewa, wyrywają z korzeniami krzewy, widzą paniczną ucieczkę zwierząt i czują smród spalonego mięsa węży czy pancerników, które nie oddaliły się na czas? Jakie wrażenie ich ogarnia, gdy skończywszy pracę, oglądają jej efekt: długi na kilometr martwy płat sczerniałej ziemi w miejscu, które jeszcze kilka dni wcześniej tętniło życiem? Czy chociaż przez chwilę pomyślą o sobie: winni? Zabójcy? Przyjdzie im do głowy wątpliwość, wyrzut sumienia? A z drugiej strony: czy to nie oni jako pierwsi spotkają się z ostatnimi grupami etni Ayoreo z tych, które zdecydowały się nie wchodzić w interakcję z tak zwaną cywilizacją? Ich również stracimy: Ayoreos to jedne z ostatnich nieskomunikowanych grup na kontynencie. Na świecie. A kiedy już wytniemy wszystkie drzewa, kiedy odnajdziemy wszystkich przedstawicieli ludności rdzennych i pokażemy im, co to jest własność prywatna, kiedy damy im iPhony, coca-colę i zasiłek dla bezrobotnych; kiedy wybijemy wszystkie pszczoły i wszyscy razem zachorujemy na raka albo inne choroby powodowane nadmiernymi dawkami toksycznych związków chemicznych i metali ciężkich; i kiedy nawet rumianek za domem rolnika – o ile na świecie będą jeszcze domy i rolnicy – zostanie genetycznie zmodyfikowany, to wtedy co? Co zrobimy później? Co jeszcze będziemy w stanie zniszczyć? Rozumiem, że Elon Musk razem z firmą SpaceX ucieknie na Marsa. A reszta?
Żółtawe prostokąty są zwykle dość sporej wielkości: kilometr na dwa z wąziutkim pasem lasu dookoła. To pewnie tak, żeby nikt się nie czepiał. Znów: podróżny, który przemierzałby krzyżujące się pod kątem prostym piaszczyste ścieżki regionu, wyjedzie z przekonaniem, że właśnie oglądał dziewiczy las serca Ameryki. Zazwyczaj pośrodku każdego z terenów zachowuje się niewielki kwadracik lasu, prawdopodobnie z przeznaczeniem na lokalizację siedziby posiadłości.
Działki są identyczne i przygotowano ich tysiące. Czytelnik musi jedynie zdecydować, która podoba mu się najbardziej, zapłacić odpowiednią liczbę milionów dolarów, przywieźć rasowe krowy i zacząć zliczać zyski z eksportu wołowiny.
To chyba dlatego patrzę na deforestację Chaco z dużo większym zniesmaczeniem niż na tę przeprowadzoną na wschodzie kraju. W tym drugim przypadku ci, którzy karczowali puszczę, przyjechali do Paragwaju z rodzinami, wymęczeni przeciwnościami losu, poszukujący swojego miejsca na świecie. Innymi słowy: tragedia ekologiczna, jaką spowodowali, miała uzasadnienie w instynkcie przetrwania. Mam na myśli: przynajmniej w pierwszych latach, później nieco przesadzili. Tymczasem Chaco znika wyłącznie w wyniku ludzkiej chciwości: mam dużo pieniędzy, kupię sobie pięćdziesiąt tysięcy hektarów taniej ziemi na zachodzie Paragwaju, wykarczuję ją do zera, zacznę eksportować mięso i będę miał jeszcze więcej pieniędzy. […]
Stalowy, biały kadłub statku brnie na północ, rozcinając na dwoje równą taflę wody. To długo oczekiwane wydarzenie: okręt odchodzi jedynie raz w tygodniu z portu w Concepción i w swoim powolnym rejsie odwiedza nieliczne miasteczka uśpione na obu brzegach rzeki Paragwaj. W czasie pory deszczowej gruntowe drogi stają się absolutnie nieprzejezdne. Pasy startowe lokalnych lotnisk zamieniają się w błotniste kałuże i odmawiają przyjmowania kilkuosobowych awionetek latających nieregularnie z Asunción. Wówczas transport rzeczny jest jedynym sposobem na dotarcie w te odległe zakątki kraju.
Na dziobie piętrzą się materiały budowlane: lśniące płaty blachodachówki, zwoje siatek i drutów kolczastych oraz plastikowe rury kanalizacyjne. Jest jedna lodówka, pralka i długi rząd butli gazowych okrytych niebieską plandeką, mającą chronić je przed tropikalnym słońcem. Żywność jest przewożona pod dachem. Także pod dachem, na parterze, na dwóch korytarzach biegnących wzdłuż kadłuba, funkcjonuje pływający targ, do którego schodzą w poszukiwaniu przekąsek pasażerowie ściśnięci na pierwszym piętrze i gdzie zaopatrują się mieszkańcy nabrzeża podczas krótkich postojów okrętu przy wiejskich pomostach.
Oprócz niewielkich miasteczek, jak Puerto Pinasco czy Puerto Casado z ich kilkutysięczną populacją, od czasu do czasu na zielonym brzegu rzeki pojawiają się pojedyncze domy, czasem dwa czy trzy naraz, zawsze małe i zbite z desek. Wówczas statek zwalnia, hałaśliwy motor diesla zawiesza na kilka chwil nieustanne kołatanie. Z prawej burty odchodzi nieduża motorówka, brudna i zniszczona, zabierając kilku pasażerów o ciemnej skórze, spranych ubraniach i rozczochranych włosach. To scenariusz, który powtarza się zawsze, gdy na brzeg wysiadają pasterze z gospodarstw lub ludność rdzenna. W przypadku, gdy pokład chce opuścić właściciel ziemski, statek posłusznie zbliża się do nabrzeża, umożliwiając, by jeden czy dwóch mężczyzn o skórze zdecydowanie jaśniejszej, w porządnych jeansach i białych koszulach zeszło wygodnie na suchy ląd po drewnianej kładce mocowanej naprędce przez personel pokładowy. Na panów czeka już służba (ciemnoskóra, o spranej odzieży i rozczochranych włosach), gotowa by nosić na grzbiecie worki z zaopatrzeniem na kolejne tygodnie. […]
Jorge siedzi przy barze jadłodajni funkcjonującej na tyłach statku. Trzydziestolatek notuje coś leniwie w niewielkim notesie. Może dla zabicia czasu: jeszcze trzy dni rejsu do Bahía Negra. Pochodzi ze wschodniej części kraju, ale w ostatnich latach jego rodzina zajęła się handlem na dalekiej chakeńskiej północy. Otworzyli sklep z elektroniką.
– „Głośniki, radia, telefony” – precyzuje. – „Na dniach otwieramy filię w Toro Pampa”.
Zazwyczaj podróżuje samochodem, ale po tygodniu intensywnych deszczów, zdecydował się – jak wielu – na rejs statkiem.
Chaco jest jak północnoamerykański Dziki Zachód przeniesiony na południe kontynentu i w XXI wiek: kraj bezprawia, ziemia obiecana awanturników, gdzie jedynymi zasadami są odwaga, siła fizyczna, polityczna lub finansowa. Na zuchwałych czekają góry złota lub śmierć z pragnienia. Zuchwali mówią w różnych językach, bardzo często po portugalsku. I to nie tylko ci najzamożniejsi.
– „W Bahía Negra powstała cała fawela przybyszów z Mato Grosso – opowiada Jorge. – Ludzi, którzy sprowadzili się w ślad za właścicielami ziemskimi. Liczą na pracę”.
Brazylijskie Mato Grosso nie jest już dziką puszczą zamieszkaną przez nieznane ludy, jak opisywali je podróżnicy sprzed półwieku. Dziś to tylko kolejne megapastwisko na mapie kontynentu.
Do Brazylijczyków w Chaco dochodzą Holendrzy, Koreańczycy, latyfundyści z Argentyny czy Urugwaju. Szacuje się, że ci ostatni zgromadzili już w sumie 2 miliony hektarów, czyli 5% paragwajskiego terytorium. Eksportem mięsa produkowanego na wylesionych terenach zajmują się przede wszystkim przedsiębiorstwa brazylijskie, takie jak JBS czy Minerva. Działalność tych ostatnich finansują czołowe korporacje międzynarodowe, wśród nich JP Morgan Chase, Goldman Sachs, HSBC czy Santander Bank.
W Chaco nie mogło zabraknąć również byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a W. Busha. To nawet zrozumiałe, że człowiek, który w swojej karierze politycznej zajmował się wywoływaniem wojen gdzie popadnie, usłyszał głos analityków zapewniających, że następny konflikt o znaczeniu światowym będzie spowodowany wyścigiem o dostęp do wody pitnej. W związku z tym – i tak na wszelki wypadek – Bush zakupił 40 tysięcy hektarów ziemi, położonych dokładnie ponad Acuífero Guaraní, uważanym za jeden z największych na świecie rezerwuarów wód podziemnych, przebiegający przez pogranicze Boliwii, Paragwaju i Brazylii.
Nie tylko posesja Bushów, ale i wiele innych działek sprzedawanych obcokrajowcom znajduje się w strefie bezpieczeństwa, zdefiniowanej jako pas o szerokości 50 kilometrów od granicy państwa. W 2005 roku weszła w życie ustawa, która zabrania sprzedaży tych terenów nie-Paragwajczykom. Ponownie mamy więc do czynienia z masowymi przypadkami nielegalnego handlu ziemią. Ale po wyczerpującej podróży przez historię i aktualne problemy społeczne śródlądowej republiki, wyobrażam sobie, że nikogo to już nie dziwi.
Prawdziwy problem pojawi się, gdy nowi właściciele Chaco powołają Niezależną Republikę Krów czy coś w tym rodzaju, pozbawiając Paragwaj sześćdziesięciu procent jego terytorium. Można sobie wyobrazić, że taka decyzja spotkałaby się z poparciem ludności rdzennej regionu, którą paragwajska administracja publiczna interesuje się niewiele. Jeśli dodamy do tego prawo do samostanowienia narodów i ewentualne poparcie międzynarodowych kupców chakeńskiej wołowiny, może bylibyśmy świadkami powstania nowego kraju na mapie kontynentu.
Na szczęście są jeszcze paragwajscy feudałowie, którzy zjawiają się w samą porę, by konkurować z obcokrajowcami w procesie rozbioru Chaco. Deputowani partii rządzącej, senatorowie i ich dzieci, były prezydent Horacio Cartes z rodziną, jego wice, José Afara, inny eksmandatariusz, Juan Carlos Wasmosy, i byli wojskowi z otoczenia dyktatora Stroessnera również dopisują na swoje konta dziesiątki tysięcy hektarów w zachodnim Paragwaju. Technika jest znana, bo ponownie mamy do czynienia z terenami Skarbu Państwa teoretycznie przeznaczonymi na reformę rolną. Ale jako że na odległych rubieżach chakeńskich nie ma rolników, którzy mogliby się domagać przestrzegania prawa, czy w ogóle nikogo, kto by się mógł o sprawie dowiedzieć, prawdopodobnie współczesne rozkradanie Chaco jest najmniej znanym z długiej listy oszustw paragwajskiej klasy politycznej.
Drugiego dnia pod wieczór statek dopływa do Carmelo Peralta, paragwajskiej miejscowości położonej naprzeciw brazylijskiego Porto Murtinho. Istnieją zaawansowane plany konstrukcji mostu, jednak póki co niewielkie motorówki kontynuują wahadłowy ruch od brzegu do brzegu, przewożąc nielicznych pasażerów. Jednym z nich jest Edicarlos, brazylijski dziennikarz radiowy, który co rano rozpoczyna program informacyjny nadawany po portugalsku na antenie radia Alto Paraguay FM z Carmelo Peralta.
Alto Paraguay (Górny Paragwaj), przepastny kawał ziemi na północno-zachodnich kresach, to najrzadziej zaludniony i jednocześnie drugi co do wielkości departament kraju, zajmujący jedną piątą narodowego terytorium. Według danych za rok 2008 aż 34% powierzchni regionu znajdowało się w rękach obcokrajowców. Ten odsetek z pewnością wzrósł.
– „Brazylijscy hodowcy bydła zainteresowali się kupnem ziemi po drugiej stronie rzeki dopiero w ostatnich pięciu, może dziesięciu latach” – zapewnia urodzony w Paragwaju, a wychowany w Brazylii właściciel hotelu dla wędkarzy w Porto Murtinho. – „Dzisiaj w północnym Chaco Brazylijczycy są samowystarczalni: mają swoje drogi, własne linie energetyczne, słupy telefoniczne, wszystko”.
– „W ostatnich latach 90% terenów sprzedanych w departamencie Alto Paraguay trafiło w ręce Brazylijczyków” – ocenia Nerry Chamorro z organizacji Guyrá Paraguay. – „Z ich punktu widzenia tamte ziemie to już nie jest Paragwaj – stwierdza, przełyka ślinę i dodaje: to nie są żarty. To się dzieje na naszych oczach”. […]
To, co wydarzyło się na wschodzie Paragwaju w XX wieku i co w Chaco dzieje się obecnie, nie odbiega znacznie od sytuacji z wieku XVI, kiedy hiszpańscy konkwistadorzy zakładali pierwsze kolonie za oceanem. W obu przypadkach mamy do czynienia z inwazją ludzi dysponujących odmienną technologią i mentalnością, którzy w sposób mniej lub bardziej niesprawiedliwy zawłaszczają ziemie i zasoby naturalne, i narzucają model gospodarczy oparty na ekstrakcji i eksporcie surowców, dzieląc się zyskami w wąskim gronie. Różnica jest czysto techniczna: tym razem to nie srebro i złoto spływają do portu w Kadyksie – to mięso i soja wypływają na szerokie wody rynku światowego. Paragwaj, który w dziewiętnastym stuleciu przestał być kolonią hiszpańską, dziś stał się kolonią nas wszystkich. Kolonią świata.
Wojciech Ganczarek
Powyższy tekst to fragment książki autora, zatytułowanej „Sprzedam kraj. Reportaże z Paragwaju”. Ukazała się ona w latach 2021 (e-book) i 2022 (edycja papierowa). Otrzymała Nagrodę Magellana w kategorii „książka reportażowa”, przyznawaną przez „Magazyn Literacki KSIĄŻKI”. W wybranym fragmencie poczyniliśmy skróty większe (zaznaczone symbolem […]) oraz mniejsze (niezaznaczone, dotyczące krótkich odwołań do innych wątków książki).
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Markus Spiske from Pixabay.
przez Natalia Bała | środa 19 października 2022 | opinie
W dzielnicy czwartej Krakowa – Prądniku Białym – znajdują się Bronowice Wielkie. Tam zaś, przy ulicy Stawowej, wznoszą się dwa niepozorne bloczki. Plakietka na bramie informuje gości i przechodniów, że jest to Osiedle Młodopolskie. Jego kameralna zabudowa wydaje się tym skromniejsza, że sąsiaduje z prawdziwymi mercedesami wśród grodzonych osiedli. A tych, przy samej tylko Stawowej, jest chyba z osiem. Mamy tu, wzbudzający onieśmielenie już samą nazwą, Imperial Stawowa Residence, z wielkimi przeszkleniami i modernistycznymi bryłami budynków. Siedem Życzeń – duże osiedle wyglądające jak żywcem wyjęte z Simsów. Zawsze gdy na nie patrzę, wydaje mi się, że nad głowami mieszkańców powinny pojawiać się ikonki informujące o tym, że muszą coś zjeść, albo że są zakochani. Ku mojemu zdziwieniu, nic takiego jednak nie następuje. Jest też Stawowa Przystań, czyli rząd białych, niedużych szeregówek. Mamy również Osadę Rzymską, gdzie, jak sądzę, mieszkają nieugięci Galowie, warzący magiczny napój i mężnie stawiający opór najeźdźcy.
Trzeba przyznać, w takim sąsiedztwie nasze dwa trzypiętrowe bloczki wyglądają jak ubodzy krewni. Nie mamy nawet garaży podziemnych, co już zakrawa na skandal. Tak przynajmniej sądziliśmy, nim okazało się, że sąsiedzi z Imperialu co prawda mają, ale ze względu na podmokły teren ciągle im zalewa te piękne miejsca postojowe. Cieszyć się z ich nieszczęścia byłoby małodusznie, jednak odczuliśmy pewien rodzaj ulgi.
Przy naszej ulicy nikt nie czuje się samotny. Odległości między osiedlami są tak małe, że moglibyśmy z łatwością, jak dzieci z Bullerbyn, rozciągnąć sznurki między balkonami i przesyłać sobie liściki. Tak wymienialibyśmy się informacjami na temat najmodniejszych wakacyjnych „destynacji”, omawiali modele wyciskarek wolnoobrotowych lub dyskutowali o wyższości ekspresów ciśnieniowych nad kolbowymi.
Swego rodzaju architektonicznym i filozoficznym paradoksem są dzielące nas płoty. Każde osiedle ma własny płot i własną bramę, co jest w swej wymowie nieco melodramatyczne. Tak blisko, rozdzieleni na zawsze.
Płoty nad płotami i wszędzie płoty. Aby zrobić zakupy, krążę jak satelita okołoziemski w drodze do promu gwiezdnego Biedronka lub stacji kosmicznej In Post. Ciśnienie w skafandrze spada. Konstelacja dyskont już blisko. W labiryncie grodzeń motam się jak księgowa w Polskim Ładzie. Gdy już dotrę do naszej lokalnej Biedy, która jest, patrząc na liczbę osiedli w okolicy, bardzo nieduża, mogę doświadczyć adekwatności potocznej nazwy tej sieci sklepów. Bywa tak, że wszystko jest gruntownie wyjedzone i mamy do czynienia z biedą w Biedzie. Wówczas slalom gigant między paletami po ostatnią kiść bananów Chiquita jest konkurencją obowiązkową. Wieczorami w sobotę przed niehandlową niedzielą, zakupy w tym miejscu z pewnością nie są dla słabych.
Nasza Biedronka jest areną zmagań nie tylko między sobą nawzajem, ale też człowieka z nim samym oraz z technologią. Gdy już zapełnisz koszyk hummusem o smaku papryki, luksusowymi bo po 1,49 zł za sztukę, bułkami z pradawnej pszenicy, oraz ravioli o smaku truflowym, które zostało z włoskiego tygodnia i dogorywa na regale wyprzedażowym między zmywaczami do paznokci i plastikowymi klapkami na basen, wtedy należy zapłacić. Jeżeli jesteś osobą powolną i niezborną, a to się zdarza, zawsze wybierzesz kasę samoobsługową. Dlaczego? Ponieważ w zwykłej kasie pracują panie, które przerzucają towar z szybkością Neo uchylającego się przed kulami. A ty, choćby przyszło tysiąc atletów i zjadłbyś tysiąc kotletów, nie zdążysz spakować swoich łupów do torby, nim zacznie się kasowanie osoby stojącej w kolejce za tobą. W efekcie narazisz się na co najmniej dwa karcące spojrzenia: osoby aktualnie kasowanej oraz samej kasjerki, że lelum polelum z ciebie.
Idziesz tedy do kas automatycznych. I tu dzieją się rzeczy, o których naprawdę nie śniło się nikomu. Jeśli przyjmiemy, że cała Biedronka jest jak grecki teatr antyczny, to rola chóru z pewnością należy do tych przebiegłych maszyn. W odstępach mniej więcej trzysekundowych odzywają się, jakby odpowiadając sobie nawzajem bardziej niż kierując swe komunikaty do nas – ludzi. Potrzebne informacje! – woła jedna. Wyjmij produkt ze strefy pakowania! – wtóruje jej druga. Potrzebne zatwierdzenie! – odzywa się od razu trzecia. Pik, pik, pik – monotonny dźwięk skanowania towarów nakłada się na dziarski kobiecy głos, którym wszystkie władają. Potrzebne informacje! Ta komenda dominuje i trudno oprzeć się wrażeniu, że choć może informacji mamy wszyscy aż w nadmiarze, to zazwyczaj nie tych i nie wtedy, gdy jest to niezbędne.
W naszym mikrokosmosie nic do siebie nie pasuje. Każde osiedle zostało wzniesione na własną modłę. Każde jest oddzielnym bytem, rządzącym się własnymi prawami.
Sensowność istnienia ogrodzenia wokół naszej posesji zakwestionowano tylko raz. Okazało się, że osoby w kryzysie bezdomności zaczajają się na nasze śmieci i podważają skobelek w furtce, uszkadzając go, by dostać się do wiaty śmietnikowej. Z tego powodu ciągle wymieniamy go na nowy, ale i tak wiecznie jest uszkodzony, a śmieci wiecznie są przegrzebane. Ktoś z sąsiadów poruszył ten temat, lecz szybko podniesiono kontrargumenty. Przed kim lub czym się chronimy? Nie wiadomo. Podobno jednak w Imperialu ktoś niedawno ukradł rower i, co zmroziło nas wszystkich, jakaś tajemnicza postać w kapturze obserwowała mieszkania. Wychodzi więc na to, że strzeżemy, za pomocą biednego skobelka, który można podważyć scyzorykiem, swych, na wysoki procent zakupionych, mebli od stolarza oraz wielkich jak pół świata telewizorów przed zakapturzoną grozą. Niech i tak będzie.
W przypadku naszych Bronowic im dalej w las, tym wcale nie jest ciemniej. Przeciwnie. Jakieś dwie minuty drogi dla pięknego SUV-a, a 10 minut dla niezmotoryzowanej lebiegi, jaką jestem, mieści się Galeria Bronowice, potocznie zwana po prostu Brono. Jej wielobarwna elewacja mieni się kolorami. Jest niczym wesołe miasteczko na psychodelikach skrzyżowane z obrazem Beksińskiego. W ten sposób kusi, by zajrzeć do środka. Czegóż tam nie ma? Już mówię. Nie ma Zary, na co wszyscy solidarnie narzekają. Jest za to większość innych sieciówek, pralnia chemiczna, Empik, apteka, małe kino oraz ogromnych rozmiarów Auchan, po którym, zwłaszcza jak się jest nowym na dzielnicy, krąży się jak Don Kichot z La Manchy, ponieważ, z nieznanych przyczyn, ostatnio usunięto wszystkie podwieszone pod sufitem tabliczki z opisem regałów. W Brono działa też klub fitness i siłownia, gdzie jest cała na różowo „strefa kobiet” oraz gdzie odbywają się najlepsze zajęcia z zumby w całym Krakowie.
W sąsiedztwie Galerii znajdują się też dwa markety budowlane: Obi oraz Castorama. A to nie koniec. Nasza okolica jest też uświetniona przybytkiem unikatowym na skalę miasta. Ta mekka wielbicieli mebli do samodzielnego złożenia, fanatyków stolików Lack i regałów Billy przyciąga ludzi z całego Krakowa i okolic. Do Ikei peregrynują wszyscy. A już koniecznie świeżo zakredytowane pary, chcące swoje nowo zakupione M ozdobić perłami szwedzkiego dizajnu. Jesteśmy więc tu, na Bronowicach, umiejscowieni strategicznie pod względem aprowizacji spożywczo-meblowej.
W temacie punktów handlowych trzeba wspomnieć jeszcze jedną miejscówkę. Jak sobota, to wiadomo co. A w zasadzie wiadomo gdzie. Tylko do Lidla, do Lidla. Pobliski market tej sieci mieści się przy nieodległym od nas Rondzie Ofiar Katynia. Okolica ronda wygląda równie optymistycznie, co jego nazwa. Do tego jest jak wyjęta z głębokich lat 90. Szwarc, mydło i powidło. Wszystkiego jest nadmiar i nic do niczego nie przystaje. Tu spory hotel, obok dwa fast foody, tam pełno różnych pawilonów oraz Makro Cash – sklep, który jest pełnoprawnie duchologicznym, majaczącym w pomroce dziejów, bytem. Gdy wracam obładowana zakupami jak wielbłąd w karawanie, mijam też zawsze postój tirów oraz przylegającą do niego przedpotopową stację benzynową. Mogłaby ona zagrać w filmie, którego akcja dzieje się w przydrożnym barze, zapomnianym przez Boga i ludzi, gdzieś na pustyni w USA. Brakuje tylko miotanych wiatrem kul z gałęzi i kurzu. Reszta się zgadza.
Poruszanie się pieszo po naszej ulicy to sprawa wysoce ryzykowna. Zwłaszcza na przednówku, gdy topniejący śnieg odsłania skalę niesprzątania mieszkańców po ich golden retrieverach. Chociaż i w pełni lata zdarza się, że na chodniku można poczuć się jak saper na polu minowym. Jednak wtedy łatwiej jest przejść przez nie bez szwanku, bo zagrożenie jest lepiej widoczne. Nie na całej długości Stawowej jest chodnik. Gdy pójdziemy w stronę ulicy Ojcowskiej, trzeba spory kawałek dreptać poboczem. Warto jednak się wybrać. Bo jeżeli ktoś zastanawia się, gdzież na Bronowicach są malwy i dziewanny, to właśnie tam. W pewnym momencie nowoczesna, turbo ściśnięta, zabudowa deweloperska kończy się. Zaczynają się stare domki jednorodzinne z ogródkami. Przydrożne kapliczki i stragany warzywnicze. Są nawet gdzieniegdzie najprawdziwsze bronowickie chaty. Cisza i spokój. Nie ma symultanicznie otwierających i zamykających się bram, kursujących tam i z powrotem kurierów z Glovo i DHL-u oraz spacerujących gęsiego niań i babć z dzieciakami w wózkach. Ruchu i zamętu nowych osiedli, który wzmaga się jak przypływ na morzu rano i popołudniu, gdy mieszkańcy wychodzą i wracają ze swych prac. Tu tempo zwalnia. Wdech i wydech. Jak cofanie się w czasie o nie wiadomo ile lat.
Najbardziej mi smutno, gdy patrzę na te nieliczne domy, które tu i ówdzie ostały się z deweloperskiej pożogi. Otoczone wysokimi blokami wydają się z jednej strony nie na miejscu, samotne, reprezentujące ginący świat. Z drugiej, są płynnym przejściem od starego, tego, co było tu „od zawsze”, do nowego, które przyszło kilka lat temu. Synkretyzm ten jest z jednej strony spokojny i harmonijny. Koegzystencja dwóch porządków przebiega sprawnie. W zasadzie, jak to w Krakowie. Siedzimy i nic się nie dzieje. Jednak walka trwa. I wiadomo, że kwiaty i chaty jej nie wygrywają.
Natalia Bała
Tekst został nagrodzony w drugiej edycji konkursu „Bronowickie Malwy”.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Manfred Richter from Pixabay.
przez dr Mateusz Piotrowski | środa 12 października 2022 | opinie
Polscy komentatorzy pytają czasami ze zdziwieniem: dlaczego kraje tzw. Globalnego Południa wahają się między Rosją (i wspierającymi ją wciąż Chinami) – a Ukrainą (i Zachodem)?
Najczęściej podawanym wyjaśnieniem jest podatność na rosyjską propagandę. To, jak Rosja i Ukraina próbują opowiedzieć tę wojnę, jest oczywiście istotne dla jej wyniku. Dlatego ukraińskie koleżanki i ukraińscy koledzy, których spotykam na swoich aktywistycznych drogach, przedstawiający walkę Ukrainy jako walkę antyimperialną – mają rację. Podobnie jak Polka, która – zaproszona do Parlamentu Europejskiego na przemówienie Ursuli von der Leyen i wywołana przez Cesarzową Europy w tymże przemówieniu – wystąpiła w koszulce z napisem „decolonise Russia”.
Walka informacyjna jest ważna. Ale nie wystarcza. Jeśli kraje Globalnego Południa mają poważnie potraktować przekaz o konieczności solidarności z Zachodem i Ukrainą, to – po inwazji na Irak i Afganistan, w wyniku których zginęło licząc ostrożnie jakieś 500 000 ludzi i po innych nieprzyjemnych doświadczeniach z Zachodem, chociażby postawie UE wobec patentów na szczepionki – muszą zobaczyć leżący na stole konkretny deal. Także ekonomiczny.
Co mogłoby być elementem takiego dealu? Na początek anulowanie lub restrukturyzacja długu Ukrainy. Za którym poszłaby restrukturyzacja systemowego długu państw Południa wobec ich dawnych kolonialnych wierzycieli. Kościół katolicki wzywa do takiej decyzji co najmniej od czasów Jana Pawła II i 2000 Roku Jubileuszowego.
Innym sposobem na zbliżanie światowego Południa do geopolitycznego Zachodu jest realny transfer zielonych technologii, bo to, co zakłada Europejski Zielony Ład w tej sprawie, stanowi kroplę w morzu. Na marginesie: kto – jak wielu polskich konserwatywnych komentatorów – twierdzi, że Globalnego Południa nie obchodzi kryzys klimatyczny i że walka ze zmianą klimatu to wymysł bogatych dzieciaków z Zachodu, niech obejrzy relacje z niedawnej katastrofalnej powodzi w Pakistanie i posłucha komentarzy ludzi tam mieszkających.
Zaproponowanie przez Zachód realnej oferty światowemu Południu to nie tylko kwestia elementarnej sprawiedliwości. To także pragmatyka w geopolitycznej konfrontacji z blokiem chińsko-rosyjskim. Która to konfrontacja – nie oszukujmy się – nie skończy się wraz z ukraińską kontrofensywą ani nawet wraz z rosyjską klęską. Najprawdopodobniej czeka nas długa zimna wojna.
Konieczność wyłożenia przez Zachód realnej oferty dla Globalnego Południa w konfrontacji z ZSRR widział już „pragmatyk z zasadami”, adwokat niepodległości Ukrainy, najbliższy polityczny przyjaciel Giedroycia – Juliusz Mieroszewski. Jego teksty z lat 60. powinniśmy sobie odkurzyć, jeśli na geopolityczne zmagania, których jesteśmy częścią, chcemy nauczyć się patrzeć z mniej zaściankowej perspektywy. Dziś jest to jeszcze prawdziwsze, niż gdy pisał to Mieroszewski bo zupełnie inna jest rola Chin i inny ekonomiczny i militarny potencjał Indii, RPA, Brazylii i innych krajów tzw. Południa. Byłoby dobrze, gdyby Południe znalazło się na radarze polskich ekspertów doradzających rządom w sprawach polityki zagranicznej. I żeby polscy politycy, eksperci, instytucje, liderzy opinii, a także polska dyplomacja ekonomiczna mieli dla światowego Południa realną ofertę.
Mówiąc krótko, w polskim i ukraińskim interesie jest, aby kraje Globalnego Południa dostały od Zachodu propozycję realnego dealu.
Bo inaczej zapiszą się po prostu na deal rosyjsko-chiński.
dr Mateusz Piotrowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Christel from Pixabay.