Rodzina państwem silna

Jest takie powiedzonko, popularne wśród prawicy, że lewica dość często trafnie rozpoznaje problemy, lecz proponuje złe środki zaradcze. Nie będę się w tym miejscu wdawał w ocenę prawdziwości owego bon motu. Zaproponuję inny: współczesna prawica, oddająca hołdy tyleż Panu Bogu, co Panu Dolarowi, nawet jeśli przypadkiem trafnie rozpozna jakiś problem, to pewne jest, że zaproponuje takie jego rozwiązanie, które być może miałoby sens, ale co najmniej 200 lat temu.

Szczególnie zabawne – choć to czarny humor – efekty przynosi to wtedy, gdy tego rodzaju prawica zaczyna „analizować” zjawisko tzw. rozkładu rodziny. Pomijam w tym miejscu sam sens owej diagnozy, bo pogłoski o zapaści życia rodzinnego są mocno przesadzone, podobnie jak mocno przesadzony w swym idealizmie jest obraz rodziny w „starych dobrych czasach”. Ważniejsze od tych opowiastek, śmiesznych dla każdego, kto choć otarł się o nauki społeczne, jest co innego – zdefiniowanie zagrożeń czyhających na życie rodzinne. Otóż wedle prawicy, nic tak nie zagraża rodzinie, jak ingerencja państwa.

Argument żelazny, to oczywiście podatki. Prawica rynkowa jest święcie przekonana, iż gdyby nie obowiązek płacenia podatków, wówczas każde małżeństwo miałoby co najmniej czwórkę dzieci i bez trudu utrzymywało je na odpowiednim poziomie. Że jest to bzdura, można stwierdzić przy pomocy kalkulatora w 3 minuty. Już tu kiedyś pisałem i nie chce mi się powtarzać, że nawet gdyby przeciętni małżonkowie odprowadzali w postaci podatków pośrednich i bezpośrednich po 1500 czy 2000 zł miesięcznie, to w przypadku konieczności sfinansowania z pensji wszystkich usług – od szkolnictwa i opieki medycznej po opłaty za przejście każdym chodnikiem, z którego zechce się skorzystać (wszak gdyby nie były one publiczne, lecz prywatne, to właściciel pobierałby opłatę za użytkowanie!) pochłonęłyby one znacznie większe kwoty.

Mniejsza jednak o ekonomię, choć i tu warto byłoby prawicowców zapytać, dlaczego w „socjalistycznej”, „bezbożnej” i „aborcyjnej” Szwecji jest wyższy przyrost naturalny niż w liberalnej, rozmodlonej i „chroniącej życie” Polsce. I bynajmniej nie jest to kwestia wysokiej rozrodczości imigrantów – jak lubi sobie tłumaczyć problem prawica – bo stanowią oni zaledwie ok. 5% społeczeństwa, a jeszcze mniej ci z krajów o „płodnej” kulturze i stylu życia. Jakim cudem Szwedzi, płacący wysokie podatki, a w dodatku liberalni obyczajowo i dysponujący prawem do legalnej aborcji, w ogóle się jeszcze rozmnażają, w dodatku sprawniej niż Polacy? Przecież gdyby prawicową bajkę potraktować serio, Szwecja powinna być krajem opustoszałym, za to w Polsce średnia ilość potomstwa powinna oscylować w okolicach czworga dzieci na rodzinę, a w USA wynosić co najmniej sześcioro. Oczywiście dodam dla jasności, że przyrost naturalny jest wypadkową bardzo wielu cech, w tym tak nieuchwytnych jak „klimat kulturowy” – w każdym razie sprowadzanie go do wysokości podatków niczego na serio nie wyjaśnia, a na każdy przykład „za” można bez trudu znaleźć taki kraj, który podważy ową rzekomą zależność podatkowo-rozrodczą.

Tym jednak, co szczególnie uderza w prawicowych połajankach, jest sprzeciw wobec „ingerencji państwa w życie rodzinne”. Ingerencje te są straszliwe, bo dotyczą np. objęcia 6-latków obowiązkiem szkolnym (nazywa się to „odrywaniem dzieci od matek”), przymusowych szczepień i innych okrucieństw. U nas i tak nie jest jednak najgorzej, bowiem w takiej właśnie Szwecji, totalitarne państwo obiera potomstwo rodzicom, gdy owi rodzice dzieci biją, należą do jakiejś paranoicznej sekty albo lubują się w narkotykach. A przecież polski prawicowiec wie, że rodzina święta rzecz, państwo zaś to potwór-Lewiatan, który żywi się ciałami małolatów oderwanych od matki-alkoholiczki albo od ojca – adepta sekty „Niebo”.

W tym wszystkim uderzają nie tylko ideologiczne klapki na oczach, ale przede wszystkim niezrozumienie podstawowego problemu czasów nowożytnych. Oczywiście, że państwo czy jego biurokracja popełniają błędy, rozrastają się w sposób niekontrolowany, mają zakusy na kontrolowanie dziedzin, w których są zupełnie niepotrzebne. Piszę to nie pro forma, aby mieć alibi, gdy ktoś skontruje moje wywody jakimś drastycznym przykładem nadużycia biurokracji wobec rodziny, lecz dlatego, że faktycznie tak bywa, a my, obywatele, powinniśmy przeciwdziałać nadmiernym zakusom „urzędasów” na nasze życie. Jednak rozrost państwa, choć czasem przesadny, nie jest dopustem bożym ani efektem tajemniczych knowań „lewaków”. Stanowi on odpowiedź na zniszczenie tradycyjnych form życia nie przez socjalizm, lecz przez kapitalizm.

Gdyby prawica rynkowa czytała coś więcej niż „Najwyższy Czas!”, „Frondę” i dzieła von Misesa, to mogłaby przeżyć szok podczas lektury tego, co o skutkach kapitalizmu pisali 150 lat temu Marks i Engels. Twórcy „socjalizmu naukowego”, choć kapitalizm krytykowali bez pardonu i wieszczyli jego śmierć, wychwalali go właśnie za to, czego rynkowa prawica nie cierpi. Cieszyli się bowiem, że dynamika procesów rynkowych, niehamowanych żadną ingerencją, rozbija w proch i pył „świętą rodzinę” czy „idiotyzm życia wiejskiego”, że – jak głosi słynna sentencja Marksa – „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”.

Gdyby ta sama prawica zechciała czasami myśleć w sposób, który wykracza poza schematy Korwina-Mikkego, być może zastanowiłaby się, dlaczego pierwszy nowoczesny system przymusowych ubezpieczeń społecznych (na wypadek chorób, wypadków przy pracy, inwalidztwa i starości) wprowadzili nie socjalistyczni radykałowie, nie intelektualiści zapatrzeni w utopijne wizje, lecz tak trzeźwy i odległy od rewolucyjnych pomysłów polityk, jak Otto von Bismarck. Oczywiście częściowo można to tłumaczyć naciskiem ruchu robotniczego i chęcią rozładowania radykalnych nastrojów społecznych, ale u podłoża owego pomysłu legła znacznie bardziej poważna i długofalowa refleksja. Kanclerz Niemiec zrozumiał wiele dekad temu to, czego do dziś nie są w stanie pojąć zapalczywi chłopcy-korwinowcy.

Otóż Bismarck dostrzegł, że za sprawą ekspansji kapitalizmu po dawnym ładzie społecznym nie został ślad. To właśnie dynamika tego systemu gospodarczego sprawia, że wspólnoty naturalne tracą siłę i znaczenie, że przestają zapewniać człowiekowi oparcie i schronienie, że dawne mechanizmy obronne już nie wystarczają w społeczeństwie masowym. Dlatego też, aby zapobiec stale rosnącej skali krzywd i wykluczenia, a także aby uchronić społeczeństwo przed rozpadem i chaosem, konieczne jest wkroczenie państwa i przejęcie przez nie ról, które dawniej spełniały rodziny, sąsiedztwa, parafie, cechy itp. Nie ma przy tym znaczenia, czy dawne realia oceniamy jako lepsze, czy jako gorsze – rzecz w tym, że pozostały po nich smętne resztki. Wzdychanie dziś za „starymi dobrymi czasami” wspólnot lokalnych, wielodzietnych rodzin, sąsiedzkich kręgów itp., które obywały się bez pomocy państwa, może być szlachetne, ale w sensie społecznym jest dokładnie tak samo przydatne i twórcze, jak westchnienia za „twardym, prawdziwym życiem” w epoce jaskiniowej.

Wiara w to, że gdyby nie ingerencja państwa, życie rodzinne rozkwitałoby w najlepsze, znamionuje nie tylko myślenie życzeniowe, ale również całkowite oderwanie od rzeczywistości. Widać to zresztą w Polsce jak na dłoni. Gdy prawicowi doktrynerzy narzekają, że wskutek wysokich podatków, libertynizmu oraz spisków gejów i lesbijek rodzi się w Polsce niewiele dzieci, badania socjologiczne wskazują, że potencjalni rodzice narzekają na coś zgoła odmiennego. Na brak przedszkoli tanich i położonych w pobliżu mieszkania lub miejsca zatrudnienia. Na niemożność pogodzenia wymogów rynku pracy z macierzyństwem. Na niedostępność – bez morderczych kredytów spłacanych do emerytury – mieszkań, w których byłoby można kultywować „wartości rodzinne” itp. Innymi słowy, Polacy narzekają na to, na co nie narzekają np. wspomniani Szwedzi, którzy te problemy mają rozwiązane. Ale facetów, którzy w „Rzeczpospolitej” publikują tyrady przeciwko „spiskom wymierzonym w rodzinę”, biorąc za jeden taki płaczliwy tekścik honorarium równe przeciętnej miesięcznej pensji 3/4 „głów rodziny” w Polsce, trudno podejrzewać o jakikolwiek związek z realiami.

O tym, jak w kapitalizmie nieskrępowanym ingerencją straszliwego państwowego Lewiatana wyglądało „życie rodzinne”, świetnie pisał już w roku 1937 Feliks Gross – działacz socjalistyczny i jeden z niewielu polskich humanistów, którzy zyskali światową renomę naukową. W PPS-owskim miesięczniku „Światło” (nr 6/1937), ten znakomity socjolog tak pisał w tekście „Rodzina robotnicza”: Rewolucja przemysłowa XIX stulecia zniszczyła dotychczas panujące systemy wytwórcze, upadł dotychczasowy ustrój gospodarczy. Z powstaniem fabryk zjawia się i proletariat fabryczny. Dotychczas rzemieślnik był właścicielem warsztatu, dzień cały spędzał u siebie w domu oraz z rodziną, gdyż i warsztat w domu się znajdował. Teraz warsztaty zaczynają się gwałtownie wyludniać, zapełniają się hale fabryczne. Przemysł ściąga do pracy wszystkich, zarówno mężczyzn, jak i kobiety czy dzieci. /…/ Przy produkcji koronek w Nottingham w 1860 roku, dzieci 9 i 10-letnie pracowały od 2, 3, 4 rano do 10, 11, 12 w nocy, w przemyśle ceramicznym od 6 rano do 9 wieczorem. /…/ Niskie zarobki zmuszały całą rodzinę do pracy fabrycznej. Pracował więc ojciec, matka, a najczęściej i starsze dzieci. W tym stanie rodzina ulegała automatycznie procesom rozkładowym. Czas pracy dochodził często do 16 godzin na dobę, niskie zarobki zmuszały do zatrudniania rodziców i dzieci. /…/ Jak mogło wyglądać w takich warunkach życie robotnicze? Rodzina stała się tylko zespołem „odświętnym” – w święta i niedziele widywali się za dnia dzieci, mąż i żona. /…/ Stronnictwa reakcyjne zarzucają z reguły natrętnie ruchowi robotniczemu, że „rozbija” rodzinę. /…/ Otóż stwierdzić możemy, że sam rozwój przemysłu i wyzysk przyczynił się do rozluźnienia więzów rodzinnych – a zdobycz praw ochronnych w stosunku do pracy kobiet i młodocianych, o przedłużenie wieku szkolnego itd., a więc zdobycze ruchu robotniczego, wzmocniły jej węzły.

Warto pamiętać o tych słowach, gdy jakiś prawicowo-rynkowy doktryner zacznie dowodzić, że „państwowy moloch” rozbija rodzinę. Warto mu wówczas przypomnieć, że gdyby nie ingerencja państwa w XIX-wieczny kapitalizm – tak bardzo wychwalany przez to towarzystwo – rodzina byłaby dzisiaj mniej więcej tak potężną instytucją, jaką są w XXI wieku cechy rzemieślnicze.

Nowa logika

Zdumiewające fakty, szokujące opinie pchały się pod pióro niemal nachalnie i dopóki ich nie opisałam, rosły stosy nie załatwionych papierów, nie oddzwonionych telefonów, nie wyprasowanych koszul. Od pewnego czasu wydajność producentów absurdów przekroczyła moje możliwości percepcji. Nie wiem co wybrać i jak to skomentować. Oto kilka próbek.

Komisja sejmowa do sprawy nacisków na wymiar sprawiedliwości przesłuchiwała prokuratora na okoliczność zorganizowania konferencji prasowej. Prokurator cytował chronologicznie wypowiedzi dziennikarzy i polityków szkalujących prokuraturę. Wyglądało to na zorganizowaną nagonkę, której celem było zaniechanie śledztwa, a przynajmniej jego utrudnienie. Prokuratura odwołała się do opinii publicznej. Trochę pomogło, po konferencji prasowej nacisk zelżał. Komisję sejmową te zeznania bardzo zdenerwowały. Chciała wykryć naciski, ale nie te, o których mówił prokurator, jakieś inne. Przewodniczący, poseł Karpiniuk, wpadł w trudny do zdefiniowania stan ducha i umysłu. Kompromitował się na wszystkie możliwe sposoby, ponieważ, jak twierdził, jest przewodniczącym i może mówić i robić, co zechce. W serwisach informacyjnych królował komentarz – przesłuchiwany prokurator reagował emocjonalnie, groził komisji skargą za naruszenie jego dóbr osobistych, a Jacek Kurski został wykluczony ze składu komisji.

Reagowanie emocjonalne jest najcięższym zarzutem, ale poprawne złe emocje zasługują na najwyższą pochwałę. Na przykład używanie rynsztokowych wyzwisk w słusznym gniewie na szarganie narodowych świętości i pozycji Polski na świecie, jest dowodem przynależności do sfer wyższych. Podobnie jest z tolerancją. Jest to cnota najwyższa, ale wiadomo, że nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji.

Najdoskonalszym produktem nowej logiki jest Lech Wałęsa, pogromca komunizmu, Logo Polski i przemian w Środkowo-Wschodniej Europie. Opanował zasady nowej dialektyki perfekcyjnie. Jako klasyk jest często cytowany – „za, a nawet przeciw”, „plusy dodatnie, plusy ujemne”, „nie chcę, ale muszę”. Wałęsę lubimy i szanujemy ponad podziałami. Kto nie pała miłością do Wałęsy, grzeszy emocjonalnym stosunkiem do naszego dobra narodowego. Nie wierzycie? – to posłuchajcie.

„Dziennikarz: Ale w tych podsumowaniach widać, że nie pała pan miłością do swojego bohatera. Paweł Zyzak: Nie zgadzam się, nie zawarłem w nich ocen moralnych. Dziennikarz: Czyli lubi pan Wałęsę? Jest to dla pana postać pozytywna? Paweł Zyzak: Nie mam do niego stosunku emocjonalnego. Odnoszę się do Wałęsy z szacunkiem jako do człowieka i byłego prezydenta mojego kraju. Zaletą mojego wieku jest natomiast to, że mogę na niego spojrzeć chłodnym okiem”.

Zaletą mojego wieku i wieku Wałęsy jest to, że nie musimy patrzeć na siebie chłodnym okiem. To znaczy on nie musi, a ja owszem, powinnam, a nawet muszę. Wypowiedzi Wałęsy nikogo nie szokują – przecież to nasz milusiński, a „Kaczory to obciach”. Na szczęście tyle demokracji jeszcze zostało, że mogę na Wałęsę w ogóle nie patrzeć, tzn. wyłączyć telewizor, kiedy mówi coś o mnie, albo o prezydencie mojego kraju. Nie muszę też chodzić na akademie ku czci Wałęsy, chociaż jest to bardzo źle widziane. W stosunku do Wałęsy naród powinno połączyć jedno uczucie – wdzięczności za obalenie komunizmu. Kiedyś organizowano akademie wdzięczności za pokonanie faszyzmu, ale też nie chodziłam. W Radzie Mędrców Europy Lech Wałęsa jest symbolem wyzwolenia z komunizmu i tak być powinno. To jedna z nielicznych decyzji premiera, którą popieram bez zastrzeżeń.

Jeśli jesteśmy przy Europie, muszę się przyznać do nieuctwa. Dopiero z okazji kongresu Europejskich Partii Ludowych w Warszawie dowiedziałam się, że PO należy do tego klubu. Byłam przekonana, że to „L” znaczy Liberalny, czyli postępowy ekonomicznie i światopoglądowo. Kiedy politycy omawiali szczytne ideały, świetlane perspektywy i znaczące osiągnięcia, lud roboczy na ulicach Warszawy dawał upust swoim emocjom. Pewnie też nie wiedział, że obradują jego przyjaciele. Może chodzi o to, że Platforma reprezentuje interesy ludu jako ogółu, tzn. akcjonariuszy, biznesmenów, urzędników, aktywistów z organizacji pozarządowych, a lud roboczy to przypadek szczególny? Może ludem roboczym zainteresują się partie zielonych, bo to gatunek wymierający?

Gdy pojawiła się informacja o świńskiej grypie, zadzwoniła moja siostra: „Nie wiesz, o co chodzi? Przy ptasiej grypie chcieli sprzedać szczepionkę z magazynów koncernu Dicka Cheneya, ale tym razem mówią, że szczepionkę trzeba wyhodować”. – „Może chodzi o wyeliminowanie meksykańskiej wieprzowiny z amerykańskiego rynku?” – próbowałam zgadywać i czekałam na reportaże z niechlujnych ferm w Meksyku, widoki stosów padliny i służb sanitarnych w ubraniach kosmitów. Zamiast tego pojawili się dwaj robotnicy meksykańscy i powiedzieli: „Wszyscy, którzy pracowali na amerykańskiej fermie świń, po powrocie do domu zachorowali”. Zrozumiałam, że to ferma w USA, chociaż niekoniecznie. Tej informacji nie powtórzono i żaden dziennikarz nigdy nie zapytał, gdzie znajduje się źródło epidemii, jak chorują świnie, czy zostały wybite i jakie straty ponieśli hodowcy. Prezydent Meksyku mówił tylko o wielkich stratach w branży turystycznej. Jak udało się osiągnąć taką cenzurę?

Dlaczego nikt się nie dziwi, chociaż wszyscy widzą to samo, co ja?

Obywatelu, stul gębę!

Transformacja ustrojowa dała wielu Polakom poczucie, że teraz wszystko będzie już dobrze. Rządzić będą nasi, polityka nie będzie sztuką samą dla siebie na usługach sprawujących władzę, wolne/niezależne media zagwarantują jawność i powszechną dostępność do życia publicznego, instytucje państwowe będą przyjazne obywatelom, a rynek, uwolniony od absurdów tzw. realnego socjalizmu, da możliwość wolnej konkurencji, podniesie jakość usług, towarów, pracy i płacy. Jednym słowem: powróci normalność.

Oczywiście, co to jest tzw. normalność, to już temat na osobną dyskusję między różnymi opcjami ideowo-polityczno-ekonomicznymi. W każdym razie, o czym Polaków zapewniano, wreszcie będą mogli dyskutować o tym wszystkim otwarcie, publicznie i bez skrępowania. Oczywiście, byli i tacy, którzy twierdzili, że to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe i że coś tu skrzeczy, ale tych, niezależnie, czy byli z prawa, czy z lewa, sprawnie spacyfikowano, etykietkując jako oszołomów i mniej lub bardziej grzecznie wypraszając poza nawias tzw. opinii publicznej.

Gdy dziś mówimy o III RP, tego entuzjazmu jest już jakby mniej. Cenzurę PZPR-owską zastąpiły różne formy cenzur środowiskowych. Każdy mainstreamowy, opiniotwórczy tytuł i medium elektroniczne mają własną ulicę Mysią. Cenzorów zastąpili reklamodawcy, presja towarzyska, zależności polityczne, czasem tępy duch sekciarstwa. Bo cenzura nie polega jedynie na tym, że przemilcza się rzeczy niewygodne, ale i na tym, by odpowiednio zinterpretować fakty, aby nie sprawiały niepotrzebnych kłopotów. A że ludzie lubią być oszukiwani i lubią mieć słuszne poglądy na wszystko, to każdy znajdzie tu coś dla siebie, co utwierdzi go w jego racjach. Jednym zdaniem: oto Hyde Park w krzywym zwierciadle.

Co do polityki, to i owszem, kto chce i lubi może brać udział w wyborach, referendach. I są to wydarzenia niepomiernie bardziej demokratyczne niż „wybory” i „referenda” czasów PRL. Ale i tu wskazać można na liczne mankamenty: sposób finansowania partii, który kilku najważniejszym ugrupowaniom daje szansę na największy udział w politycznym marketingu (nazywanym czasem dla niepoznaki „debatą publiczną”), koteryjność ugrupowań partyjnych, nawet tych największych, medialno-polityczne zblatowanie. Tu dodam, że osobiście jestem zwolennikiem takiej sytuacji, sięgającej korzeniami XIX wieku, w której każde ugrupowanie miałoby własny, utrzymywany ze swoich środków, jawnie określający się tytuł prasowy. PO mogłoby wydawać „Biuletyn Obywatelski”, PiS „Gazetę Prawych”, a SLD i PSL zwyczajowo „Trybunę” i „Zielony Sztandar”. Dziś jest zaś tak, że poważne pisma i media elektroniczne udają bezstronność i obiektywizm, choć kładę dolary przeciw orzechom, że same w tę iluzję nie wierzą.

Zresztą, owa bezstronność i niezależność instytucji publicznych w Polsce to istne targowisko hipokryzji: od KRRiTV po spółki skarbu państwa. Po każdych wyborach słyszymy te same śpiewki o przywracaniu właściwych proporcji, bezpartyjnych fachowcach czy – jak ostatnio – dożynaniu watah. A to przecież jedne wilki w owczej skórze zastępują inne, im podobne niewiniątka. I zawsze niezależni publicyści (tyle że różnych opcji) podnoszą rejwach i krzyk, że znów psują nam państwo. Ale czy można zepsuć coś, co już nie działa? Oczywiście, stuprocentowa apolityczność instytucji państwowych i jej biurokracji to utopia. Ale po co łgać ludziom w żywe oczy, że np. w IPN nie mają swoich sympatii politycznych, albo że sympatia „GW” czy PO wobec Wałęsy motywowana jest olbrzymim szacunkiem dla tej persony? Myślałby kto, że obiektywizm i niezależność sądów to jakiś polski fetysz, ba, naczelna wartość narodowa, gdy jest to po prostu listek figowy chorego na trąd nepotyzmu, układzików, korupcji, kolesiostwa i stadnego myślenia człowieka.

Dlaczego o tym piszę? Bo zastanawia mnie, czy przy okazji budowania III RP nie stracono z oczu człowieka. I nie chodzi o to, żeby dać mu za darmo kiełbasę i co tydzień wysyłać z Belwederu lub URM-u umyślnego z pytaniem, czy aby mu czego nie brak. Ani żeby robić za „gęby za lud krzyczące”. Jak lud chce, niech sam krzyczy, także na ulicach. Nawet lepiej, gdyby krzyczał sam, niż mieliby to robić w jego imieniu różni „zawodowi rewolucjoniści”.

Zastanawia mnie natomiast, czy dzisiejszą Polskę zbudowano dla ludzi, czy znów dla tzw. elit: politycznych, biznesowych, medialnych, a także kościelnych. Oczywiście są to już elity znacznie bardziej cywilizowane i humanitarne, często z solidarnościowym rodowodem, z pięknymi kartami w życiorysach. Te elity, mówiąc w dużym skrócie, pod sejm kontraktowy podjeżdżały trabantami, w wyciągniętych swetrach, w niemodnych, rogowych oprawkach okularów, a odjeżdżały porządnymi samochodami, w dobrych garniturach, „obznajomione” z meandrami polityki. I już mniej czułe na los tych na dole, na których plecach, często też sinych od milicyjnych pał, wybiły się na dobrobyt, po drodze często-gęsto przepijając bruderszafty ze swoimi dawnymi przeciwnikami. I tak już zostało. Dziś już nieliczni ludzie z tamtej epoki, jak Zbigniew Romaszewski, mają odwagę i chęć, ale też moralne prawo, by mówić językiem „ideałów Sierpnia”, językiem wspólnych wartości. Językiem, w którym czuć coś więcej, niż obecność pieniądza.

Elity zawsze wiedzą lepiej. Trywialnym, ale nigdy nie dość wartym przypominania przykładem jest fakt, że żaden z projektów Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej (i tak potraktowanej po macoszemu przez ustawodawców) nie został ani w większym stopniu nagłośniony przez media, ani nie znalazł uznania w oczach większości parlamentarnej kilku kadencji. Nie dość zatem, że współczesny Polak jest dość leniwy na niwie publicznej i swoje pasje obywatelskie ogranicza co najwyżej do niezobowiązującej paplaniny/stukaniny. Nie dość, że traktowany jak mięso wyborcze i konsument marketingu politycznego, któremu przed wyborami do europarlamentu zamiast rzeczowej dyskusji podrzuca się durne filmiki, to non stop odbiera od własnego państwa ten jeden podstawowy komunikat: obywatelu, stulcie lepiej gębę! Ale koniecznie idźcie na wybory…

Deliberata

Zrewitalizowała go sprawna ekipa, którą wynajęła –wybrana przez Ciebie! – administracja samorządowa.

No dobra, powiem jak jest naprawdę: jeszcze nie zrewitalizowała, tylko ma właśnie w planach. W ostatniej chwili się dowiedziałeś, bo komuś tam przysłali przez pomyłkę informację o tym, co ma się dziać. Lokalna gazeta o tym napisała i alarmuje*. Park Skaryszewski. Warszawa – Saska Kępa.

Gdy wybierałeś swój samorząd – jeśli w ogóle wybierałeś – to sądziłeś, że będą podejmować decyzje dla wspólnego dobra. A oni ci mówią, że koniecznie trzeba wyciąć 250 starych drzew w parku, bo po rewitalizacji na alejkach musi się zmieścić ciężki sprzęt do sprzątania, więc korzenie starych drzew przeszkadzałyby w ułożeniu odpowiedniej nawierzchni.

Do tej pory mogłeś sądzić, że park jest po co innego niż po to, żeby alejkami jeździł ciężki sprzęt sprzątający.

Błąd.

Park jest po to, po co może być potrzebny urzędnikowi. A urzędnik, wiadomo, swój rozum ma. Na pewno jest szkolony za europejskie pieniądze w sprawnej realizacji zadań związanych z obsługą mieszkańców, więc wie.

No ale Ty, Czytelniku, też jesteś trochę szkolony, parę organizacji pozarządowych już zaliczyłeś, więc robisz z tego użytek. Skrzykujesz ludzi. Sprawdzacie, czy wymagane były konsultacje społeczne. Jeśli były, ale właśnie minął termin – piszecie wniosek o przywrócenie terminu. Drugi wniosek – o uwzględnienie opinii mieszkańców, którzy korzystają z parku. Piszecie też parę komunikatów prasowych i rozsyłacie e-mailami po lokalnych redakcjach. Gdy redakcja przyśle kogoś, to tłumaczycie jak normalnym ludziom, że do parku chodzi się, żeby odpocząć w cieniu starych drzew, a nie po to, żeby słuchać jazgotu maszyny sprzątającej.

Potem idziecie do burmistrza albo innego ważnego rządzącego dzielnicą i mówicie do niego to samo, co do kamery. On swoje – że musi wjechać sprzęt i że posadzą przecież nowe drzewa, które już za 40 lat będą tak samo piękne, jak te ścięte.

Sprawdzacie, kogo i co jeszcze można zaskarżyć, może nawet robicie zrzutkę i wynajmujecie prawnika, żeby popisał wnioski gdzie tam trzeba.

Tak mija wiosna, lato i jesień, nadchodzi zima. Drzewa jeszcze stoją, Ty nie możesz już patrzeć na segregatory pełne Twoich pism do urzędu i urzędowych odpowiedzi na te pisma. Półki odmawiają współpracy. Nawet Twoja własna drukarka nie chce już drukować kolejnego wniosku o wzięcie pod uwagę opinii społecznej…

Więc w końcu dajesz spokój. Przychodzi wiosna – drzewa wycinają. Całą starą aleję, stanowiącą oś parku. Wkrótce potem znani publicyści ubolewają na łamach, że społeczeństwo obywatelskie nam się nie zbudowało, że ludzie nie chcą się angażować.

Ale w końcu: ile można? – pytasz sam siebie. Ile czasu i własnej energii można tracić, żeby coś, co dla normalnego człowieka jest oczywiste – ochronić przed inwazją szkolonych biurokratów w służbie samorządowej. Kto ma na to siłę?

***

Teraz będzie cytat. Ze strony Laboratorium Monitoringu Budżetu**. O konferencji z listopada 2008.

Marek Ziółkowski, wicemarszałek Senatu RP podkreślił, że „demokracja posiada słabości, których nie można usunąć w całości”. Są to m.in. biurokracja, struktury oligarchiczne, zakulisowe podejmowanie decyzji. Demokracja często ograniczona jest do sfery instytucjonalno-politycznej. – „Innowacje demokratyczne mogą zwiększyć świadome uczestnictwo obywateli we władzy” – podkreślił Ziółkowski. Dużo prościej zastosować nowe rozwiązania w samorządach, niż na szczeblu centralnym. Wśród innowacji demokratycznych naukowcy obecni na konferencji wymienili m.in. przedsięwzięcia demokracji deliberatywnej, technologiczne panele, partycypacyjne zarządzanie budżetem, losowo-amerykańską selekcję. Narzędzia te wprowadzane od kilkunastu lat m.in. w Danii i Stanach Zjednoczonych pozwalają na większe zaangażowanie obywateli i rozwiązywanie lokalnych konfliktów. – Większość z tych rozwiązań jest do wprowadzenia na poziomie samorządowym, np. myślenie o tym, żeby ludzie partycypowali w wydawaniu budżetów lokalnych…

Socjolog, Radosław Markowski, mówił o europejskich innowacjach w demokracji, m.in. o – skandynawskich głównie – próbach wprowadzania modelu demokracji deliberatywnej, gdzie próbuje się na serio poznać rozkład opinii obywateli na konkretny temat, a potem wypracować wspólne – mimo różnic w poglądach – stanowisko, które stanie się rekomendacją dla władz samorządowych.

Jego zdaniem, bardzo dobrym pomysłem jest też zastosowanie w Polsce testów dla kandydatów do pełnienia funkcji w samorządzie stosowanych w procesie selekcji przedstawicielstwa, tzw. cywilokracji. Chodzi o testy mierzące z jednej strony umiejętności merytoryczne i poprawnego rozumowania kandydatów na przedstawicieli, a z drugiej test określający etyczne standardy kandydata.

Mierzyć naszym samorządowcom umiejętności merytoryczne i poprawnego rozumowania? Yes, yes, yes!

Czytajcie ludzie Markowskiego***. Tekst jest długi, ale inspirujący. Deliberatywnie.

* http://miasta.gazeta.pl/warszawa/1,95190,6592470,Chca_wyrabac_250_drzew_z_Parku_Skaryszewskiego.html

** http://www.lmb.lgo.pl/node/43

*** http://www.samorzad.pap.pl/palio/html.run?_Instance=cms_samorzad.pap.pl&_PageID=6&_media_id=21553&_filename=RM_innowacje_doc&_mimetype=application/msword&_CheckSum=-1031189798

Bardzo długi marsz?

Wydawałoby się, że najbliższe wybory są mało istotne w porównaniu z np. dwoma ostatnimi wyścigami do polskiego parlamentu – tymi z lat 2005 i 2007. Tymczasem ilość pytań o to, „kogo popieram”, „co zrobi »Obywatel«” itd., jest znacząco większa niż wówczas. Na pewno jest to zrozumiałe ze względu na profil naszego pisma – jego czytelnicy i sympatycy rekrutują się spośród przeciwników gospodarczego liberalizmu, a zatem dominacja rządzących liberałów z PO niepokoi ich znacznie bardziej niż gdyby rządził ktokolwiek bardziej prospołeczny.

Ale mnie z kolei niepokoi ten sposób myślenia, który towarzyszy autentycznej – co do tego nie mam wątpliwości – trosce o to, jak odsunąć owych liberałów od władzy. Coraz bardziej bowiem utwierdzam się w przekonaniu, że ani te, ani kilka najbliższych wyborów niczego istotnego nie zmienią. Owszem, lepiej byłoby odsunąć PO od władzy, gdyż bez wątpienia szykuje ona wiele szkodliwych posunięć. Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? – jak śpiewał artysta. Ano spieprzą jeszcze zapewne to i owo: skomercjalizują do reszty służbę zdrowia, kto wie, czy podobny los nie spotka szkolnictwa, w ramach tzw. partnerstwa prywatno-publicznego wielkie firmy, w tym zagraniczne koncerny, będą „kręciły lody” za pieniądze budżetowe, w kolejce jest jeszcze liberalizacja kodeksu pracy, pogłębianie przepaści cywilizacyjnej między kilkoma ośrodkami wielkomiejskimi i subregionami a prowincją (gdyby były inne plany, to zamiast budowy „szybkich kolei” i autostrad między aglomeracjami, reanimowano by lokalne linie kolejowe i takież drogi), dalsze urynkowienie systemu emerytalnego itd. Strach się bać – mnie też przeraża taka wizja.

Nie potrafię jednak uznać, że jakimś istotnym zwrotem mogą stać się któreś wybory. Nie podzielam też wiary moich różnych znajomych w bunt społeczny, który radykalnie zmieni wizje, cele i mechanizmy polskich społeczno-gospodarczych. Siła neoliberałów bierze się ze słabości alternatyw wobec nich, a te z kolei są słabe, gdyż słabe jest społeczeństwo. Oczywiście łatwiej byłoby je umocnić, gdyby nie rządzili liberałowie i gdyby nie rozmontowywano kolejnych elementów tkanki społecznej – bo wszak do tego sprowadza się pochód neoliberalizmu – ale oni rządzą dlatego, że już dziś nie sposób stworzyć trwałej bazy społecznego poparcia dla innej polityki.

Być może za jakiś czas będzie ją stworzyć jeszcze trudniej. Ale być może jedynym sposobem, aby ona jednak powstała, jest mozolna, długotrwała praca, pozbawiona emocji związanych z wyborami, oszczędnie gospodarująca niewielkimi zasobami – nie tylko kadrowymi czy finansowymi, ale także zasobami emocji, bo nic tak nie niszczy ludzkiej aktywności, jak obietnice triumfów i następujące po nich spektakularne klęski.

Choć PO i podobne jej ekipy neoliberałów z lewa i prawa – dość wspomnieć SLD czy niesławnej pamięci AWS – są lokalną emanacją ogólnoświatowej tendencji, to jednak polska specyfika ma wpływ na taki rozwój wydarzeń, jaki obserwujemy. Ta specyfika to natomiast nieistnienie w naszym kraju zorganizowanego społeczeństwa. Neoliberalizm wszędzie działa podobnie i prowadzi do jednakich następstw. Jeśli jednak w USA możliwy jest triumf Obamy, jeśli w Wielkiej Brytanii po wieloletnich ekscesach thatcheryzmu (także tego w wykonaniu New Labour) – a pamiętajmy, że jego twórczyni wsławiła się wyjątkowo kretyńskim stwierdzeniem, że „nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo” – nadal istnieją tysiące aktywnych inicjatyw obywatelskich, jeśli we Francji czy w Niemczech demonstracje przeciwko zamachom na dobro wspólne gromadzą nie setki, lecz setki tysięcy ludzi, jeśli w Skandynawii niemal nikt nie traktuje serio bredni o konieczności prywatyzacji i „deregulacji”, to widać jak na dłoni, że reakcje na tenże neoliberalizm są rozmaite. A polska reakcja jest z nich najgłupsza.

To nie jest żaden przypadek. Jedna sprawa to tzw. charakter narodowy. Z górą sto lat temu trafnie opisał go Aleksander Świętochowski w lapidarnym stwierdzeniu, że Polacy są narodem, który dla odzyskania niepodległości rzuci się na komendę tłumnie, aby wypić wodę z Wisły, ale za żadne skarby nie chodziliby w tym samym celu regularnie przez rok, aby codziennie wypijać z niej szklankę. Nie jestem zwolennikiem kurczowego trzymania się „pracy organicznej”, która poza swym logicznym i rozsądnym aspektem bywa mocno podszyta cynizmem, tchórzostwem i lenistwem intelektualnym. Pewne jest jednak, że same wielkie zrywy, wielkie hasła i wielkie ofiary nie wystarczą, gdy nie towarzyszy im – przed i po – wytężona, mozolna, regularna, choć mało widowiskowa praca.

Przede wszystkim wynika to wprost z ludzkiej psychiki, która nie jest w stanie długofalowo funkcjonować na najwyższych obrotach w kwestii zaangażowania w życie publiczne. Na tym „przejechali” się wszyscy rewolucjoniści. Rozmaite buntownicze zrywy były w swej większości romantyczne, piękne i wyzwalały w ludziach ogromne pokłady szlachetnych uczuć, ale po nich następował albo marazm, albo na ich fali wypływały przeróżne kanalie, którym bez większego sprzeciwu pozwalano robić rzeczy daleko odbiegające od haseł wyjściowych. Tylko tam, gdzie grunt był przygotowany i gdzie istniała sieć inicjatyw umożliwiających mniej spektakularną kontynuację owych buntów – lub gdy buntownicy zadbali o jej szybkie stworzenie – owe rewolucje nie zamieniały się w swoje przeciwieństwo lub nie kończyły nostalgicznymi wspominkami o bardzo krótkim okresie „burzy i naporu”.

W Polsce tego wszystkiego brak. Rozumieli to także krytycy Świętochowskiego, którzy w swej większości uważali, że jakkolwiek „praca organiczna” nie wystarczy, to jednak te wszystkie pozornie niewielkie sprawy – spółdzielnie, kółka rolnicze, kursy kształceniowe, niszowe wydawnictwa, kółka dyskusyjne itp. – nie są przeciwieństwem, lecz dopełnieniem Wielkich Rzeczy. Jeśli rewolucja ma nie stać się nieudolną błazenadą lub – co gorsza – szkodliwą i zbrodniczą jatką pogarszającą sytuację, powinna wyrastać z setek małych „ewolucji”. Jeśli spojrzymy na to, kto w Polsce przed I wojną światową lub w II RP tworzył zręby różnych mikroinicjatyw społecznych, to zobaczymy tam wielu radykalnych wizjonerów, którzy o lata świetlne odlegli byli od drobnomieszczańskiej ideologii „pracy organicznej”.

Być może udałoby się przeorać „zrywową”, niechętną wobec systematycznej pracy mentalność Polaków, gdyby nie PRL. Nie mam ochoty na znęcanie się nad truposzem, ani nad jego coraz mniej licznymi nekrofilskimi zwolennikami, ale jeśli dziś nurtuje nas problem mizernej aktywności społeczeństwa, to nie sposób uniknąć krytyki powojennego 45-lecia, nawet gdybyśmy uznali, że tylko to obciąża komunistyczne władze. Centralizm polityczny, zamordyzm, faktyczne upaństwowienie wszelkich form aktywności, fasadowość wielu instytucji – musiały oduczyć ludzi autentycznego zaangażowania w życie publiczne, zwłaszcza, że reżim nie ulegał stałej liberalizacji, lecz okresowo „zaostrzał kurs” wobec inicjatyw choć trochę niezależnych i samodzielnych. Żeby nie było tak antykomunistycznie sztampowo, dodam, że pewne negatywne zjawiska w tej kwestii miały miejsce również wraz z rosnącym autorytaryzmem sanacyjnej ekipy w międzywojniu.

PRL zrobił jednak coś więcej niż tylko stłumił rozwój autentycznego społeczeństwa obywatelskiego. Izolacja od świata i zachodzących w nim przeobrażeń sprawiła, że to, co na Zachodzie trwało lata i było rozłożone w czasie, nam spadło na głowę nagle i w wielkim stężeniu. Pozytywnych rozwiązań i mechanizmów nie mieliśmy czasu się nauczyć, zaś wobec negatywnych zjawisk nie wypracowaliśmy mechanizmów obronnych. Efektem jest dzisiejszy stan życia publicznego, cechującego się mizernym poziomem kapitału społecznego (niemal nikt nikomu nie ufa), ucieczką w konsumpcyjną prywatność, ogromną podatnością na najgłupsze trendy popkultury, ostentacyjnym wręcz „olewactwem” wszystkiego, co wykracza poza czubek nosa i próg „własnego M”. Oczywiście na taki stan rzeczy złożyło się wiele zjawisk, nie tylko spuścizna PRL-u. Swoje zrobiła „zdrada elit” opozycyjnych, które wypięły się na masy popierające je swego czasu. Ale nie bądźmy dziećmi – w krajach Zachodu elity też nie raz i nie dwa zdradzały masy, a mimo to nie są one do tego stopnia zdemobilizowane, jak w Polsce. Ktoś inny powie z kolei, że przyczyną mizernej aktywności Polaków jest niezamożność, konieczność walki przede wszystkim o przetrwanie. Bądźmy jednak poważni – stokroć silniejsze ruchy i inicjatywy społeczne niż w Polsce istnieją choćby w Brazylii czy Argentynie, przy których my jesteśmy może nie rajem finansowym, ale na pewno znajdujemy się kilka pięter wyżej pod względem stabilizacji społecznej i tej zwykłej, życiowej. Poza tym, gdy słyszę, że większości Polaków nie stać na 5 złotych miesięcznej składki, na niezależny kwartalnik za 7 czy 10 złotych albo na bilet autobusowy lub litr benzyny, by dojechać na demonstrację, to pukam się w czoło, bo na moim niezamożnym osiedlu w jeszcze bardziej niezamożnym mieście natrafiam niemal za każdym razem, gdy wynoszę śmieci, na kolejne pudło po nowym wielkim telewizorze.

Czy emigranci z przedmieść Paryża są o wiele bogatsi od Polaków, by mieć środki na udział w życiu politycznym? Czy niemiecki urzędnik pracuje znacząco krócej od polskich „budżetowców” i dlatego ma czas na aktywność społeczną? Czy na polskich studentach ktoś wymusza zainteresowanie niemal wyłącznie alkoholem, muzyką i podróżami, więc dlatego nie mogą się zdobyć na choćby takie inicjatywy, jakie podejmują ich rówieśnicy ze Szwecji, Hiszpanii czy USA? Czy nad Polską ciąży jakieś fatum, które sprawia, że ludzie po zawarciu małżeństwa i dorobieniu się dzieci ograniczają swoją aktywność do grillowania z podobnymi małżeństwami? Czy jakiś zły duch sprawił, że akurat Polakom tyłki przyrosły do krzeseł i za szczyt aktywności społecznej uchodzą tutaj jałowe pyskówki w Internecie?

Nie chodzi o to, by obwiniać kogoś personalnie i rozliczać z tego, co robi lub czego zaniechał. Nie ma też sensu pojawiająca się czasem u różnych „weteranów” aktywności społecznej nuta cynizmu połączonego z rozczarowaniem, która prowadzi ich do wniosków, że „mają to, na co zasłużyli”, „chcą być kopani w tyłek, to proszę bardzo”, „wybrali liberałów, to niech teraz płaczą, gdy są wywalani z pracy” itd. Problem tkwi w czymś innym. W tym mianowicie, że dopóki nie odtworzymy tkanki publicznego zaangażowania, dopóty nie ma co marzyć o istotnych zmianach, a już na pewno nie o tym, że wykroczą one poza chwilowy triumf. Społeczeństwo, które nie jest zorganizowane, nie dysponuje własnymi kanałami komunikacji i forami debaty, nie ma nawyków brania przynajmniej części spraw we własne ręce, nie obawia się podnieść głowy – zawsze padnie łupem inwazji kolorowych billboardów, kampanii tandetnych obietnic, zagrywek spin-doktorów itp. I będzie święcie przekonane, że miły, wygadany facet w fachowo dobranym krawacie chce dobrze właśnie dlatego, że dobrze wygląda. Nawet jeśli tacy ludzie zagłosują czasem na „partię protestu”, to ich sympatia potrwa tylko do czasu, aż oligarchiczne media nie przypuszczą na nią zmasowanego ataku pod byle pretekstem. A wymyślić pretekst, który trafi w gusta bezkrytycznej, tabloidowo-telewizyjnej publiczności, jest doprawdy nietrudno.

Nie ma drogi na skróty. Dziś i jutro najważniejsze nie są wybory do któregoś z ciał przedstawicielskich, nie mają większego znaczenia doraźne polityczne pyskówki, nie ma żadnego sensu emocjonowanie się kolejnymi Inicjatywami Zbawczymi Dla Polski. Nie pomogą nam żadni Oni, żaden Wódz, Geniusz i Wybawiciel. Jeśli nie nauczymy się pomagać sobie sami, krok po kroku, dzień za dniem, ziarnko do ziarnka – to nie pomoże nam nikt.

Solidarność w Instytucji Totalnej

Stojąc tuż nad moim łóżkiem, krzyczała w przestrzeń ile sił w płucach: „Mieszczanek!!! Do zabiegowego!!!”. O siódmej kończyła swój szpitalny dyżur i do tego czasu musiała pobrać komu tam trzeba krew do badania i napisać ładny raport z nocnego dyżuru. Laboratorium zaś musiało wyrobić się z wynikami badań przed obchodem o ósmej. Obchód musiał być o ósmej, żeby lekarze mogli odpowiednio szybko podiagnozować i poleczyć pacjentów przy pomocy swojej kosmicznej technologii Szpitala Najlepszego w Rankingach i żeby zdążyli wyjść przed 14, bo inaczej spóźniliby się do swoich drugich prac w prywatnych przychodniach i klinikach. Stąd ta piąta trzydzieści pięć.

Większość z tych miłych zapewne na co dzień kobiet, krzyczących skoro świt – ale i w ciągu dnia, przez korytarz – „Mieszczanek!!!” – miała na szczęście talent do wkłuwania się w pochowane głęboko żyły, wybaczone im więc bywało szybko owo uprzedmiotawiające pokrzykiwanie. Choć to wybaczanie nie wykluczało z kolei niezbyt głębokiej – z powodu chwilowego otumanienia na szpitalnym łóżku – ale jednak refleksji o tajemniczym sposobie, w jaki instytucje, mające z definicji pomagać i służyć człowiekowi, gdzie tylko mogą, traktują go jak powietrze lub zbędny element zakłócający pracę systemu.

W naszym, zachodnim społeczeństwie, możemy wyodrębnić pewną klasę instytucji, które stwarzają większe ograniczenia niż inne – pisał pół wieku temu w klasycznej pracy o szpitalach, przytułkach, domach opieki, więzieniach i zakonach amerykański socjolog Erving Goffman. Ich ograniczający charakter symbolizują często fizyczne bariery, uniemożliwiające kontakt ze światem zewnętrznym: zamknięte drzwi, wysokie mury, zasieki z drutu kolczastego. … Nazywam je instytucjami totalnymi…

Między „totalną instytucją” a „systemem totalitarnym” rozciąga się zwykle całkiem spora przestrzeń. W systemach totalitarnych życie ludzi podporządkowane jest całkowicie wszechobecnej kontroli ze strony władzy, która wyznacza standardy i normy zachowania, określa status socjalny obywateli, ustala kierunki, obszary i granice aktywności publicznej oraz kształtuje wzorce życia osobistego. W „totalnej instytucji” bywa podobnie. Ale choć całe życie ich mieszkańców toczy się w jednym i tym samym miejscu i podlega tej samej władzy…; choć we wszystkich fazach codziennej działalności ich członkowie pozostają w bezpośrednim towarzystwie dużej liczby innych członków…; choć cały ich dzień jest ściśle zaplanowany…; choć plan ten narzucony jest z góry przez system formalnych rozporządzeń, a jego przestrzegania pilnuje zespół nadzorców…; choć poszczególne czynności są przymusowe i stanowią część jednego planu ogólnego, którego celem jest realizacja oficjalnych zadań danej instytucji… – jednak istnieją poza nią spore enklawy wolności. Z instytucji totalnej można się po pewnym czasie wydostać. Ale warto obserwować reguły w niej działające.

***

Nowicjusz przychodzi do instytucji totalnej z ukształtowaną już osobowością i powiązaniami ze środowiskiem, które pozwalały mu istnieć. Więzi te zostają przecięte już w początkowych fazach pobytu w instytucji, kiedy to jego osobowość zostaje poddana systematycznemu, choć często niezamierzonemu procesowi degradacji. Procesy deprywacji osobowości, w których jest ona systematycznie znieważana, są w naszych instytucjach totalnych powszechne. … Następuje dzięki nim usunięcie elementów warunkujących identyczność podwładnego, pozbawia się go bowiem przedmiotów, z którymi mógłby się utożsamić. Typowym przykładem jest tu przechowywanie jego rzeczy osobistych w magazynie, do którego nie ma dostępu. … Namiastką tego, co zostało mu odebrane są przedmioty, które otrzymuje od instytucji. … Efektem tego jest standaryzacja i depersonalizacja. Ograniczona zostaje również niezbędna dla osobowości jednostki separacja od współtowarzyszy. … Zbiorowa realizacja codziennych zajęć według narzuconego z góry planu pozbawia ich możliwości swobodnej decyzji.

Ja, mniej więcej równocześnie z założeniem szlafroka, przydzieleniem mi osobistego termometru i podaniem pierwszej kroplówki, przestałam być panią Anną Mieszczanek, panią Anną, panią Anią czy nawet zwykłą Anną. Zostałam nazwiskiem, przekręcanym kreatywnie na najdziwniejsze sposoby, co w sumie rozumiem, bo nazwisko mam takie, że żaden Amerykanin go nie wymówi. Choć mogło być gorzej. Mogłam jeszcze zostać numerem pesel, który i tak podawałam przy kolejnych badaniach, za co byłam chwalona jako dobry pacjent – że pamiętam.

Ludzie są tu materiałem, z którego coś się wytwarza, a więc nabierają poniekąd charakteru przedmiotów nieożywionych. Podobnie jak wyprodukowanie w fabryce jakiegoś artykułu musi pozostawić ślad na papierze, wskazujący kto i co z nim zrobił, co jeszcze należy zrobić i kto ponosił za niego ostatnio odpowiedzialność, tak i przedmiotom-ludziom, przechodzącym przez poszczególne ogniwa w systemie szpitala … musi towarzyszyć łańcuch dokumentów informacyjno-diagnostycznych, w których szczegółowo opisuje się co pacjentowi już zaaplikowano i kto był za niego ostatnio odpowiedzialny.

Sześcioosobowa sala. Najpierw pięcioosobowa. Ale któregoś dnia wparowały – z hukiem jak to zwykle, bez „dzień dobry” i bez chwili choćby spojrzenia na nas – dwie salowe z łóżkiem. Bez słowa ścieśniły nasze łóżka, przesuwając dziarsko co tam trzeba razem z lokatorkami i dostawiły szóste. Szafki szóstej nie było, więc nasza nowa towarzyszka dostała dla siebie tylko krzesełko, na którym miała zmieścić swoje osobiste zasoby.

Salowe to dobre kobiety. Poproszone – zwykle pomagały. Kubek pożyczyły. Wodę dały zagotować. Zawartość popielniczki z nielegalnej, choć koedukacyjnej palarni w męskiej toalecie wyrzuciły, a i papierosa potrafiły pożyczyć, jak się komuś skończyły i nie mógł kupić, bo przecież w szpitalnym kiosku nie ma. Tak samo jak siostry w białych fartuchach. Jak już się wkłuwały, to z determinacją. Jak leciały wieszać kroplówki, to nieważne – śniadanie czy obiad. – „Siostra poczeka?” – popiskiwał pacjent niesubordynowany. – „No, jeśli dla pani ważniejszy od leczenia w szpitalu jest obiad, to poczekam” – wygłaszała zwłaszcza jedna z nich i zamierała w niemym oczekiwaniu na reakcję.

Jedną z najważniejszych cech instytucji totalnych jest podział na personel i podwładnych. … Każda z tych grup ocenia członków drugiej grupy na podstawie ciasnych i wrogich stereotypów. Personel uważa, że podwładni są zatwardziali, zdradzieccy i spiskują, ci natomiast przypisują personelowi pogardliwość, wywyższanie się, despotyzm i nikczemność. … Personel czuje się wyższy i prawy, natomiast podwładni, przynajmniej w niektórych przypadkach, uważają się za niższych, nędznych i winnych. … Dystans społeczny jest tu szczególnie duży, a często wręcz oficjalnie nakazany. Nawet rozmowy między przedstawicielami jednej i drugiej grupy prowadzone są z określoną intonacją głosu.

Święte słowa. Gdyby siostra poszarpująca nas co czas jakiś i pokrzykująca szczególnie donośnie (to co, że ze szczególnym talentem do wyłapywania schowanych żył) wiedziała, że mówimy o niej Siostra-Kapo – lepiej nie wyobrażać sobie, co by mówiła na nasz temat w lokalu z dumną wywieszką „Pokój socjalny pielęgniarek”.

***

Święta były. Siostra gospodarcza zamknęła na kluczyk oddziałowy magazyn, poszła świętować i cały oddział nie miał w toaletach papieru. Ech, te nieustające reminiscencje peerelowskie…

Drugiego dnia Świąt o czwartej po południu podano kolację, bo dziewczynka, która ją rozwoziła, miała dwie godziny drogi do domu, a przecież też chce poświętować, chyba rozumiemy… Po kolacji szybki obchód lekarza dyżurnego. Zamykając drzwi, mówi miło: „Dobranoc paniom”. Krzyczę za nim: „Panie doktorze, proszę się nie wygłupiać, jeszcze nie ma piątej po południu”. – „ Ano tak” – mówi zafrasowany – „ano tak”. I zamyka za sobą drzwi.

Do procesu degradacji … nowicjusz musi się w pewien sposób przystosować. … Może przyjąć taktykę „wycofania się z sytuacji”. Przestaje się wówczas interesować czymkolwiek poza tym, co go bezpośrednio otacza i nie zwraca uwagi na obecność innych. … Można przyjąć taktykę „buntu”. Podwładni świadomie prowokują wówczas władze instytucji i odmawiają wszelkiej współpracy z personelem. … Jednym z typowych sposobów przystosowania jest „zadomowienie”. Wycinek świata, jaki stwarza instytucja, zostaje wówczas utożsamiony przez podwładnego z całością. Stara się on zbudować sobie – w ramach możliwości stwarzanych przez instytucję – stabilną, dającą względne zadowolenie egzystencję. … Kolejnym sposobem adaptacji do warunków życia w instytucji totalnej jest „konwersja”. Podwładny-konwertyta stara się grać rolę podwładnego doskonałego, … przyjmuje postawę zdyscyplinowaną i moralistyczną. … Większość podwładnych w większości instytucji totalnych stosuje „taktykę zimnej kalkulacji”. Polega ona na oportunistycznej kombinacji różnych elementów adaptacji wtórnej: konwersji, zadomowienia, i lojalności wobec współtowarzyszy, zależnie od okoliczności. Daje ona najwięcej szans na ewentualne wyjście z instytucji bez szkód fizycznych i psychicznych.

A jednak trafił mi się lekarz prowadzący, który przyniósł mi książeczkę z obrazkami i pokazywał cierpliwie te tajemnicze przewody w środku człowieka, które u mnie się pochorowały. Jak nie do końca rozumiałam, brał kartkę i rysował jeszcze jedną wersję.

Na własne uszy słyszałam też, jak lekarz z sąsiedniej sali mówi do swoich pacjentek: „Chodźcie dziewczyny, zaprowadzę was na to USG, żebyście się nie pogubiły”.

Jedna Siostra kończąca dyżur zajrzała do naszej sali któregoś wieczoru i powiedziała: – „Dobranoc, do jutra!”. Jak człowiek.

No i zrobili mi mnóstwo poważnych badań na super sprzęcie, postawili diagnozę, choć było naprawdę trudno, zaordynowali leczenie.

A także – co ważne – już po dziesięciu dniach moje nazwisko było wykrzykiwane w poprawnej formie, co mogło tylko dobrze rokować na przyszłość. Choć do końca nie sprawdziłam. Po 14 dniach znalazłam się w domu. Opuściłam moją Najlepszą w Rankingach Instytucję Totalną.

***

Może zaplanuję warsztat komunikowania się z pacjentami i zaproponuję dyrektorowi, żeby przeszkolił personel? Gdyby zechciał, uczylibyśmy się tam mówić pacjentom „dzień dobry”, budzić po ludzku o siódmej rano i zapamiętywać imiona.

Póki nie zrobię tego warsztatu, nie będę mogła pójść solidaryzować się z Siostrami do najbliższego Białego Miasteczka.

To lepiej zrobię, bo zawsze mnie ciągnie.