przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 28 kwietnia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Każdy ma własne sposoby radzenia sobie ze stresem. W dzieciństwie groziłam: Będziesz się smażyć w piekle – i zaraz mi było lżej na duszy. Były to czasy, kiedy księża mówili o piekle, a nawet straszyli nim niegrzeczne dzieci. Teraz piekło się rozpłynęło. Kościół potępia zemstę i żąda przebaczenia przed ukaraniem winnego. Domaganie się sprawiedliwości brzydko pachnie żądzą odwetu i nienawiścią. Kto miłuje wroga, nie żąda kary. Na głodówce w obronie więźniów politycznych powiesiliśmy transparent z fragmentem ewangelii według św. Mateusza: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”. Biskup Gocłowski kazał transparent usunąć, a księdza Trybowskiego zdjął z funkcji proboszcza.
Na świeckim rynku idei sprawiedliwość też jest nisko notowana. Jest zarzewiem rewolucji i innych krzywd, które lud wyrządza bogatym, np. strajkując. Sprawiedliwość prowadzi do „urawniłowki”, ergo – komunizmu. Domagających się sprawiedliwości społecznej posądza się o zazdrość, o demagogię (hasło równych żołądków), o wszystkie grzechy główne przeciw wolności i odpowiedzialności. Dopuszczalne jest dochodzenie sprawiedliwości indywidualnej na drodze sądowej, ale praktycznie jest to niewykonalne i tylko pogłębia stres.
Koleżanki i koledzy opowiadali mi jakieś horrory, przez które musieli przejść na rozprawach sądowych, aby otrzymać rekompensatę za uwięzienie w stanie wojennym. Wielu więźniów politycznych jest w dramatycznej sytuacji finansowej i stara się jak może, aby uzyskać maksymalną kwotę – 25 000 zł. Koleżanka z Gołdapi radziła mi wziąć adwokata, powołać świadków, zgromadzić dokumentację lekarską. Adwokat kosztował ją 2000 zł, koleżanka-aktorka jako świadek odegrała dramatyczne sceny cierpień i represji i udało się. Wniosek do sądu złożyłam w ostatnim terminie. Moja sytuacja finansowa jest dobra, więc nie był on martyrologiczny – wymieniłam kolejne więzienia i ośrodki internowania. Naiwnie myślałam, że sąd we współpracy z IPN ustalił jakieś kategorie tych lokali, analogicznie do klas hoteli. Na przykład zastępca naczelnika więzienia sadysta – dwa punkty, nieosłonięty kibel w celi – jeden punkt itp. Urzędniczka w sądzie mnoży punkty przez ilość dni i mamy stawkę podstawową, którą sąd przyznaje bez rozprawy. Jeśli ktoś chce otrzymać więcej, przedstawia świadków lub zaświadczenia lekarskie.
Okazało się, że sąd w całym majestacie rozpatruje każdą sprawę, a co gorsze, jakiś diabeł sprawiedliwości kazał mi dodać, że w celi w Fordonie grasowały hordy pluskiew i prusaków i miałam zapalenia dziąseł wywołane paradentozą. Nic nie pomogło, że zostawiłam Wysokiemu Sądowi ustalenie stawki, zapewniałam, że z interny wyszłam w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej i prosiłam o wykreślenie z wniosku tych nieistotnych cierpień. Sąd żądał przedstawienia dowodów.
Skąd ja teraz wezmę te dowody? Zęby zaatakowane paradentozą wypadły, pluskiew nie udało się nam nałapać nawet w celu okazania ich lekarzowi w Fordonie, który czerwone cętki na skórze uparcie diagnozował jako uczulenie. Odmówiłam, ryzykując, że za fałszywe zeznania zostanę skazana na trzy lata więzienia, o czym Wysoki Sąd mnie pouczył i postanowił sam sprawdzić, czy mówię prawdę. Powstał ciekawy problem filozoficzno-prawny, czy jeśli teraz zamiast zadośćuczynienia dostanę trzy lata do odsiadki, to będę więźniem politycznym? Biorąc pod uwagę ciągłość prawną PRL i RP, nie powinnam dostać ani centa. Zeznałam, że po wyjściu z interny czułam się świetnie, zaraz wróciłam do pracy zawodowej i nielegalnej działalności. Cały wysiłek resocjalizacyjny władzy poszedł na marne i należałoby mnie teraz odesłać do więzienia do poprawki.
Niezawisłość sądów w III RP przekroczyła odporność społeczeństwa na podszepty diabła sprawiedliwości. Kiedy już dojdzie do rewolucji przeciw wymiarowi sprawiedliwości, proponuję, aby pierwszymi kandydatami do wywiezienia na taczkach byli sędziowie Trybunału Konstytucyjnego. Gdyby Trybunał nie zawetował ustawy otwierającej zawody prawnicze dla absolwentów prawa, może jakiś przytomny młody człowiek odradziłby mi wikłanie sądu w rozstrzyganie problemu owadów, których nie można złapać i chorób, których nie można stwierdzić. Ale stało się i naprawdę jest mi przykro, że naraziłam podatników na dodatkowe koszty. Niezawisłe sądy swobodnie oceniają świadków i dowody, a mimo to powołują wielu biegłych do rozstrzygania spraw dla laika oczywistych. Ten nadzwyczajny profesjonalizm powoduje, że sprawy ciągną się latami, kursują między instytucjami i tylko pieniacze i desperaci angażują sądy.
Może apele o przebaczanie krzywd i miłowanie wrogów mają jakiś sens? Jeśli nie ewangeliczny, to przynajmniej ekonomiczny. Domagając się sprawiedliwości, obywatele zrujnowaliby budżet, a w stresie trwającym latami nie mogliby wydajnie pracować. Ciekawe, że apele o przebaczenie zawsze są kierowane do ofiar. Zwróciła na to uwagę pani Fedyszak-Radziejowska w audycji „Warto rozmawiać”. Esbecy nigdy nie przebaczą mi, że naraziłam ich na stresy i wysiłki, utratę premii i awansów, pozbawiłam satysfakcji zawodowej. Co gorsze, wiem co wiem i chociaż w obawie przed odpowiedzialnością sądową tego nie mówię, oni będą żyć w stresie, dopóki prawdy ktoś nie ujawni. Wbrew powszechnej opinii uważam, że prawda i sprawiedliwość nie są wynalazkami szatana.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 28 kwietnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Przez wiele dekad w środowiskach, które można nazwać postępowymi, lewicowymi czy emancypacyjnymi, panowała zgodność w pewnej kwestii. Krytycy istniejących porządków upatrywali nadziei na ich zmianę w poparciu danej „Sprawy” przez masy społeczne – masy definiowane poprzez swoją pozycję zawodowo-klasową. Żeby coś zmienić, stopniowo lub nagle, trzeba było mieć oparcie w robotnikach, czy szerzej – w pracownikach najemnych.
Niektórzy dołączali do tej grupy chłopstwo lub bezrobotnych, ale zawsze to „człowiek pracy” stał w centrum zainteresowania. Chłop co prawda był posiadaczem gospodarstwa, więc ortodoksyjna część lewicy traktowała go podejrzliwie, ale pozostali uznawali, że drobny rolnik pracuje „na własnym”, nikogo nie wyzyskuje, a trud i znój nie są mu obce. Bezrobotnych z kolei traktowano jako zarazem ex-pracowników, jak i potencjalnych zatrudnionych, więc też mieścili się w owym zbiorze – nieprzypadkowo nazwano ich „rezerwową armią pracy”. Jeśli ktoś miał odmienić zły świat, to właśnie pracownicy.
Na pewno postrzeganie zorganizowanych mas pracowniczych jako potężnej siły nacisku miało niegdyś wiele sensu. Czy to marksizm, czy XIX-wieczny anarchizm, czy ujmując rzecz zbiorczo – różne odmiany myśli „socjalizującej”, wszystkie one odwoływały się do robotników lub pracowników najemnych. Spierano się o metody (rewolucja czy stopniowe reformy parlamentarne), o cele (silne państwo w służbie społeczeństwa lub zniesienie państwa) itp., natomiast archimedesowy „punkt oparcia” był wciąż ten sam.
Po pierwsze, pracownicy najemni, jako pozbawieni możliwości dyktowania warunków zatrudnienia (muszą sprzedać pracę temu, kto posiada środki produkcji), są zawsze w gorszym położeniu niż warstwy posiadające. Nawet jeśli ich położenie ekonomiczne nie zawsze jest złe – bo wyzysk zelżał wskutek oporu, niedoboru rąk do pracy czy ingerencji państwa – to pozostaje jeszcze aspekt psychofizyczny, jakim jest brak możliwości decydowania o sobie, swoiste mentalne niewolnictwo wobec tych, którzy zatrudniają. Po drugie, bunt tych grup jest nie tylko możliwy, ale i groźny dla istniejącego porządku. Na przykład masowa odmowa pracy – strajk – sprawia, że nie powstają jakieś produkty lub nie są dostarczane do sprzedaży, więc właściciele fabryk nie osiągają zysków. Gdy strajki są odpowiednio masowe lub przynajmniej skoncentrowane w szczególnie newralgicznych branżach (np. energetyka czy transport kolejowy), sparaliżowany zostaje nie ten czy inny zakład, lecz region lub kraj, a spore kłopoty ma już nie tylko fabrykant, ale cała warstwa posiadająca i klasa rządząca. Gdy na ulice wyjdzie demonstracja pracowników znaczącej branży, liczy ona dziesiątki lub setki tysięcy – to już jest masa groźna dla nawet najsilniejszej władzy, dysponującej sprawnym aparatem represji. Gdy pracownicy najemni pójdą gremialnie do urn i zgodnie wybiorą swoich reprezentantów, w parlamencie pojawia się siła walcząca o interesy tej właśnie warstwy, która za pomocą nowych ustaw może naruszyć porządek korzystny dla innych grup interesów.
Po stronie atutów tego ruchu widniały trzy kwestie – masowość, koncentracja i jednorodność. W epoce przemysłowej do pewnego momentu stale przybywało robotników. Skoncentrowano ich w dużych ośrodkach przemysłowych, które najczęściej były też znaczącymi punktami systemu ekonomicznego oraz siedzibami struktur władzy. A sami robotnicy przemysłowi byli do siebie podobni – czy to producent samolotów, czy producent mebli, wszyscy żyli w podobny sposób, mieli podobne wartości, a także podobną tożsamość, bo postrzegali samych siebie właśnie przez pryzmat tego, iż są robotnikami.
Myśliciele i działacze polityczni odwołujący się do pracowników najemnych bez wątpienia dobrze zdiagnozowali realia tamtej epoki. Do tego stopnia, że nawet w ustroju mającym być antytezą kapitalizmu, czyli w realnym socjalizmie, gros „zaburzeń” wymierzonych w system polityczny związany był albo z buntami pracowników najemnych, albo powstawał na styku działalności inteligenckich dysydentów z pozyskaniem poparcia mas robotniczych. Dopóki w Polsce krytyka real-socjalizmu przybierała takie formy, jak „List Otwarty do Partii” Kuronia i Modzelewskiego, włodarze systemu wsadzali do więzienia kilku niepokornych i problem był rozwiązany. Gdy jednak ten sam Kuroń i Modzelewski stali się częścią 10-milionowej „Solidarności”, bazującej na masach robotników i zakładach pracy, decydenci otrzymali znacznie twardszy orzech do zgryzienia.
Czy jednak dziś taki model oporu i dążenia do przemian społecznych zachował aktualność? Obawiam się, że nie, a jedną z przyczyn słabości lewicy (czy szerzej: środowisk prospołecznych) w świecie zachodnim jest właśnie zanik jej zaplecza społecznego. Pracowników najemnych mamy dziś co prawda więcej niż w czasach Marksa – bo koncentracja własności w miarę rozwoju kapitalizmu sprawia, że coraz mniej jest właścicieli środków produkcji (zwłaszcza drobnych właścicieli), a coraz więcej tych, których jedynym „kapitałem” jest własna praca na sprzedaż – jednak nie tworzą już oni żadnego „ruchu robotniczego”. I prawdopodobnie nie stworzą. Przemiany ekonomiczne, technologiczne i kulturowe sprawiły, że zbiorowość dawniej masowa i jednorodna, poszła w rozsypkę.
Globalizacja gospodarcza nie jest niczym nowym, ale niegdyś nie dotyczyła ona tak wielu produktów i ich składników. Obecnie nawet wyroby banalnie proste – jak choćby jogurty – są nierzadko stopniowo wytwarzane w oddziałach danej firmy oddalonych o setki kilometrów. Skutkuje to dekoncentracją klasy robotniczej – nawet jeśli w danym mieście istnieje wiele zakładów, to są one na ogół niewielkie i „nieprzystawalne” do siebie branżowo; coraz mniej regionów, które można określić mianem centrów przemysłu ciężkiego, spożywczego, elektronicznego itp. Z kolei te, które wciąż istnieją lub są tworzone od podstaw, z racji przemian technologicznych zatrudniają nieporównanie mniej osób niż dawniej – przy podobnej wielkości produkcji potrzeba od kilku do kilkudziesięciu razy mniej pracowników niż 20, a zwłaszcza 100 lat temu. Do tego dochodzą przeobrażenia form zatrudnienia – zamiast samych „etatowców”, istnieje wiele rodzajów stosunków pracy: etaty, pół- i ćwierćetaty, rozmaite umowy czasowe, praca zadaniowa, podwykonawstwo, świadczenie pracy na rzecz kilku podmiotów na raz itp. Zmiany te są nie tylko efektem – jak chcą „obrońcy robotników” – celowej strategii przedsiębiorców, pragnących zdezintegrować masy pracownicze, lecz również skutkiem wymuszonej realiami rynku i technologii większej elastyczności i „płynności” różnych rodzajów produkcji. Za tym idzie z kolei niestabilność zawodowa – o ile kiedyś większość pracowników była przez całe życie hutnikami, ślusarzami czy kierowcami, o tyle dziś czymś całkiem naturalnym są kilkakrotne zmiany fachu w okresie między pierwszym zatrudnieniem a emeryturą.
Nie rozstrzygniemy, czy pierwsze było jajko, czy kura, ale owe zmiany współgrają także z przemianami sfery kulturowej i stylu życia. Coraz mniej ludzi dokonuje autoidentyfikacji poprzez odniesienie do wykonywanej pracy. Zamiast tego postrzegają samych siebie przez pryzmat przeróżnych ról społecznych i postaw kulturowych. Wśród moich rówieśników znacznie rzadziej niż w pokoleniu naszych rodziców można usłyszeć definiowanie siebie w odniesieniu do wykonywanego zawodu – ludzie są raczej słuchaczami jakiejś muzyki niż hutnikami, albo adeptami jakiegoś hobby niż urzędnikami.
A przecież w Polsce mamy dopiero przedsmak tego, co się zapewne stanie. Z fazy industrialnej wychodzimy ze znacznym opóźnieniem w stosunku do krajów Zachodu, znacznie mniejsze znaczenie ma u nas konsumpcja symboliczna (i związane z nią nowatorskie sektory produkcji), nieporównanie mniejsza jest mobilność społeczna. Zacofana struktura ekonomiczna (układy oparte na „znajomościach” zamiast merytokracji) blokuje wiele ścieżek nie tyle awansu, co zmiany statusu. Do tego dochodzi znaczna skala szarej strefy itd. Prawie wszyscy jesteśmy pracownikami najemnymi – i coraz mniej z tego wynika.
Czy robotnicy/pracownicy ruszą z posad bryłę świata? Nie sądzę. Czy zatem nikt jej nie ruszy? Niekoniecznie.
Idee i wizje ruchu robotniczego były odpowiednie dla epoki industrialnej i słusznie uznano wówczas ich polityczną przydatność. Paradoksalnie, tej samej epoce zawdzięczamy jednak ideę, która wówczas była przedwczesna i niedopasowana do realiów, za to wydaje się mieć pewien potencjał na czasy obecne. Owa idea dopatruje się tych, którzy ruszą z posad bryłę świata nie w twórcach (pracownikach, którzy wytwarzają), lecz w konsumentach. Bo tak, jak wielu z nas jest pracownikami najemnymi, tak wszyscy jesteśmy konsumentami – mamy do dyspozycji ruch potencjalnie jeszcze bardziej masowy niż tamten.
Powiedzmy od razu, że nie chodzi o zwykły ruch konsumencki. W epoce industrialnej różni wizjonerzy zmiany społecznej dostrzegali interesy konsumentów. O ile jednak dbałość o interesy pracowników postrzegano w kategoriach zarazem etycznych (zniesienie lub ograniczenie wyzysku, jaki ich dotykał), jak i pragmatycznych (to oni są siłą zdolną obalić istniejący system), o tyle konsumentów traktowano wyłącznie w kategoriach etycznych. Uważano, że ponieważ ich prawa są w różny sposób naruszane, należy wspierać ich organizacje i żądania, ale nie można wiązać z nimi nadziei na fundamentalne zmiany. Ruch konsumencki postrzegano jako inicjatywę o charakterze samoobrony, np. gdy protestował przeciwko pogorszeniu jakości produktów spożywczych. Nieco później uznano go za partnera w dążeniu do zmian o szerszym charakterze, ale wciąż o ograniczonych możliwościach oddziaływania. Od kilkudziesięciu lat istnieją inicjatywy, które dbają o „etyczną” konsumpcję – np. bojkotują producentów zatruwających środowisko czy wykorzystujących pracę w warunkach „trzecioświatowych” – lecz nie naruszają w ten sposób samego porządku ekonomicznego. Owszem, to miłe i szlachetne jeść jajka od kur żyjących „po ludzku” zamiast od stłoczonych w gigantycznych fermach hodowlanych. Owszem, lepszy jest pracodawca, który szanuje i zatrudnia również niepełnosprawnych niż taki, który bez pardonu wyciska siódme poty z osób stuprocentowo zdrowych. Owszem, lepsze są meble z drewna pozyskanego z lasów gospodarczych, niż wytworzone w efekcie wycinki bezcennych obszarów przyrodniczych. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że wciąż jesteśmy jako konsumenci pozbawieni większego wpływu na całokształt systemu.
A gdyby tak odwrócić optykę? Gdyby uznać, że o pracowników należy dbać wyłącznie ze względów etycznych (bo są ludźmi mającymi prawo żyć godnie, natomiast nie są potencjalnym rdzeniem reform społecznych), natomiast dbałość o konsumentów można uzasadnić zarówno etycznie, jak i strategicznie, bo tylko oni są dziś zdolni zmienić system całkowicie lub choć trochę go ulepszyć?
W roku 1928 Oskar Lange napisał rozprawę „Socjologia i idee społeczne Edwarda Abramowskiego”. Czytamy w niej: Abramowski przypisuje największą wagę kooperatywom spożywczym. Idea jego polega na zaatakowaniu kapitalizmu nie od strony produkcji /…/, ale od strony konsumpcji, przez zorganizowanie rynku. Zdaniem jego jest to najczulsza strona kapitalizmu. Przerwa pracy spowodowana strajkiem nie jest dla kapitalistów bardzo groźna, nieraz nawet podczas kryzysu może im być na rękę. Jeżeli jednak „przedsiębiorca widzi się zaatakowanym nie w produkcji, lecz w sprzedaży swoich towarów”, może to spowodować skutki o wiele poważniejsze. Zaatakowanie kapitalizmu od tej strony jest właśnie zadaniem kooperatyzmu. Zasadą kooperatywy spożywczej jest „oszczędzanie przez wydatki”. Chodzi o to, że kooperatywa usuwa pośrednictwo sklepikarzy, zakupując towary wprost u hurtowników. /…/ Zazwyczaj kooperatywy sprzedają swe towary jednak po tej samej cenie, co prywatny handel detaliczny, osiągając przy tym zysk równy różnicy między ceną detaliczną a ceną hurtową. Znaczy to, że kooperatywa zgarnia zyski, które w razie jej nieistnienia przypadłyby sklepikarzom. /…/ Ale na tym kooperatywy nie poprzestają. Dążą one do całkowitego usunięcia skomplikowanego i kosztownego kapitalistycznego aparatu dystrybucyjnego i do zakupywania wprost u wytwórców. W tym celu organizują się w związki zakupów hurtowych. Związki te przyjmują zamówienia od należących do nich kooperatyw i kierują je wprost do wytwórców z pominięciem kupców hurtowych. W ten sposób kooperatywy zagarniają nie tylko zyski kupców detalicznych, ale także zyski wielkiego handlu. Nagromadzają wskutek tego znaczne kapitały, będące wspólną własnością członków. W tym kierunku według Abramowskiego następuje rozwój kooperatyzmu. Zrzeszeni konsumenci stają się potęgą coraz większą, z którą produkcja kapitalistyczna już dzisiaj musi poważnie się liczyć, a z biegiem czasu opanują całkowicie kapitalistyczny rynek zbytu. /…/ Przypuśćmy, że kooperatywy spożywcze zdołają zorganizować w swoich szeregach znaczną większość ludności /…/ Pociągnęłoby to za sobą bardzo daleko idące skutki. Cały system dystrybucji kapitalistycznej, tak bardzo kosztowny i nieproduktywny, zostałby usunięty, a miejsce jego zajęłaby dystrybucja planowa, przeprowadzana i kontrolowana przez zorganizowanych konsumentów. „Przede wszystkim zanika cała klasa kupiecka, od największych hurtowników do najmniejszych sklepikarzy; olbrzymi i pasożytniczy dla społeczeństwa zastęp tych pośredników handlowych musiałby zwinąć swoje interesy i pracować w kooperatywach. Kapitalizm poniósłby tutaj swą pierwszą śmiertelną porażkę, skurczyłby się o całą połowę swego dzisiejszego królestwa”. /…/ Potęga rynku zorganizowanego idzie jednak dalej, dosięga również produkcji. Producenci nie mają już więcej przed sobą wielkiej, nie zorganizowanej masy klientów, ale tylko jednego klienta: związek kooperatyw, do którego wymagań muszą się stosować. /…/ Przedsiębiorstwa kooperatywne są punktem wyjścia dla przyszłej produkcji socjalistycznej. Konkurencja z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi jest łatwa, ponieważ mają zapewniony z góry rynek zbytu, dla którego pracują. /…/ Produkcja kooperatywna będzie stanowiła dla produkcji kapitalistycznej niezwalczonego konkurenta, ponieważ kooperatywy będą zaopatrywały się w potrzebne towary przede wszystkim w fabrykach własnych, a do producentów kapitalistycznych będą się zwracały tylko wówczas, jeżeli produkcja kooperatywna nie zdoła pokryć całkowitego zapotrzebowania. Dlatego coraz to większy rozwój produkcji kooperatywnej będzie szedł w parze z kurczeniem się produkcji kapitalistycznej. Bankrutujące wskutek tego procesu przedsiębiorstwa kapitalistyczne będą wykupywane przez kooperatywy i zamieniane na przedsiębiorstwa kooperatywne.
Abramowski zaczerpnął tę teorię od myślicieli i liderów światowego ruchu spółdzielczego. Jeden z jego nestorów, Charles Gide, przekonywał, że tym, co łączy interesy wielu ludzi ponad podziałami klasowymi czy zawodowymi, jest rola spożywcy, czyli konsumenta. Wszyscy jesteśmy spożywcami, a ogół spożywców, poza garstką tych, którzy jednocześnie są właścicielami wielkich środków produkcji, ma podobne interesy. Chcemy konsumować jak najlepiej, lecz aby to osiągnąć nie wystarczy nacisk na indywidualnych producentów, nie wystarczy typowy ruch konsumencki. Aby mieć jak najlepsze warunki konsumpcji i jak najlepsze warunki bytowania, należy opanować sektor handlu, uspółdzielczyć go, przejąć w zbiorowe władanie, a w ten sposób oddziaływać także na sferę produkcji/zatrudnienia.
Gide pisał: Położy się siłą rzeczy kres temu wiekuistemu zatargowi pomiędzy sprzedającym a kupującym, właścicielem domu a lokatorem, wierzycielem a dłużnikiem w dniu, w którym w wyniku rozpowszechnionej spółdzielczości my, spożywcy, będziemy swoimi własnymi kupcami, własnymi bankierami, własnymi przedsiębiorcami /…/ Dopóki robotnik może się zjawiać na rynku tylko jako najemnik oddający swoje ręce na licytację, jego wielka liczebność czyni go słabym, gdyż los jego zależy od uznania przedsiębiorcy; ale w dniu, w którym stanie on tam jako spożywca, liczebność będzie jego siłą i zapewni mu zwycięstwo. /…/ kooperatyzm, posunięty do swych granic ostatecznych, skończyłby na organizacji społecznej, mającej wielkie analogie z ideałem kolektywistycznym. /…/ Uspokaja mnie /…/ to, że nie oczekujemy realizacji naszego ustroju społecznego /…/ ani od interwencji państwa, ani od jakiejkolwiek władzy przymusowej, tylko od swobodnej inicjatywy indywidualnej, działającej przez dobrowolne stowarzyszenia i występującej na rynku według zasad prawa powszechnego. /…/ Jest /…/ zasadnicza różnica między [liberalnymi] ekonomistami a nami, spółdzielcami: oni uczą, że laisser-faire, wolna gra konkurencji wystarcza do zagwarantowania interesów spożywców, podczas gdy my oświadczamy, że jeżeli spółdzielcy nie zorganizują się i nie zbuntują, staną się ofiarą. /…/ Ekonomiści ze szkoły liberalnej stawiają zarzut, że ta forma kolektywizmu spółdzielczego zniszczy wszelką inicjatywę indywidualną /…/. Jest to twierdzenie bardzo pesymistyczne, zwłaszcza w ustach ekonomistów, którzy za każdym razem, kiedy państwo /…/ zamierza interweniować w obronie spożywcy /…/, protestują przeciwko tej opiece i oświadczają, że „spożywca jest najlepszym sędzią swych interesów”. A więc, skoro jest najlepszym sędzią swych interesów, dlaczego nie oddać ich kierownictwa w jego ręce?
Jeszcze jedną ważną rzecz dodawał „ojciec” pan-kooperatyzmu, bo tak zwano wówczas ten nurt: Stowarzyszenia spółdzielcze są odpowiednikiem w ustroju gospodarczym głosowania powszechnego w ustroju politycznym, ponieważ wszyscy są spożywcami tak samo, jak każdy jest obywatelem.
Tak pomyślany ustrój, w którym kluczową rolę odgrywają konsumenci-spożywcy, zrzeszeni w spółdzielczości, miałby zatem zalety liberalizmu i socjalizmu – wolny wybór oraz wyeliminowanie prywatnego (wy)zysku. Romuald Mielczarski, twórca polskiej spółdzielczości spożywców o nazwie „Społem” (nie mylić z jej wersją wypaczoną i upaństwowioną przez komunistów po II wojnie światowej) pisał w roku 1923: Kooperacja twierdzi, że jakkolwiek to może się wydawać na pierwszy rzut oka bardzo dziwne, istnienie kapitalizmu jest całkowicie w ręku spożywców /…/ całe to bogactwo, jakim rozporządza kapitał, nie jest niczym innym, jak nagromadzonym zyskiem. Niech tylko spożywcy, organizując się we własne stowarzyszenia, krok za krokiem pozbawiają kapitał zysku i niech tylko zysk ten zamienią na kapitał wspólny, a stosunek sił zmieniać się będzie /…/ na korzyść spożywców. /…/ u krańca tej drogi ujrzymy Rzeczpospolitą Spółdzielczą, nowy ustrój, w którym cała działalność gospodarcza zamiast na zysk będzie obliczona na zaspokojenie potrzeb społecznych. Sześć lat wcześniej przekonywał: Zorganizować spożywców, aby ująć w swe ręce wymianę i produkcję i tym sposobem interes prywatny podporządkować interesom publicznym /…/ – „Spożywcy łączcie się, aby stać się własnymi kupcami i fabrykantami” – oto nasze hasło. Kooperacja nie odkłada przebudowy społecznej do czasów przyszłych i nie uzależnia jej od jakiegoś przewrotu, który ma rozsypać w proch kapitalizm. Kooperatyści nie śpiewają „my nowe życie stworzym sami”, lecz tworzą to nowe życie dziś, zaraz.
przez Krzysztof Wołodźko | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Nie sposób odnieść wrażenia, że około-solidarnościowe wydarzenia mają dziś charakter wyłącznie wspominkarski. Do „Solidarności”, podobnie jak do postaci Jana Pawła II wraca się pamięcią zbiorową przy okazji rocznic, okrągłych dat. I po wszystkim zostaje nieco wzruszeń, albo, co gorsza, rozdrapane na nowo rany. Strajk sierpniowy, gdańskie postulaty, „karnawał”, kilka medialnych obrazków i klisz oraz poczucie, że to dawno za nami, że to sprawa zaprzeszła, szacowna pamiątka, której się nie rusza, nie dotyka, jak wciąż nie zdjętego ze ściany obrazka Papieża.
Bo też i dzisiejsi Polacy kilkadziesiąt lat od pierwszej „Solidarności” są dziś zupełnie innymi ludźmi, z problemami i radościami, których wtedy nie można sobie było wyobrazić. Bo też i ci, co niegdyś „Solidarność” tworzyli, mają te trzydzieści lat więcej na karku. Kto w sierpniu 1980 miał lat dwadzieścia, dziś jest pięćdziesięciolatkiem, kto pięćdziesiąt, dziś stoi nad grobem. Twarze z siateczką zmarszczek lub zupełnie pobrużdżone wiekiem, twarze dziś zmęczone i przygasłe lub syte władzą, splendorami i pieniądzem – co mają wspólnego z tamtymi twarzami?
Nie myślę tu wcale o Wałęsie, Joannie i Andrzeju Gwiazdach, o Adamie Michniku, ani Annie Walentynowicz. Bo choć w nich, niczym w ikonach skupia się treść losów „Solidarności”, to przecież znaczna część wysiłku tworzenia i funkcjonowania związku zależała od anonimowych dziś, zwykłych ludzi, szeregowych działaczy. I to właśnie oni nie mają swojej legendy, nie mają swoich opowieści, brak dla nich miejsca w życiu i pamięci zbiorowej III RP. Owszem, mają prywatne wspomnienia, jakieś półsłówkami opowiadane historie, momenty wzlotów i upadków, swoje radości i traumy, ale to wszystko przykryte piachem czasu, poupychane po kątach, niewyartykułowane publicznie, więc de facto nieobecne. Ukradziono im publiczną pamięć. I może to właśnie oni najboleśniej przeżyli upadek solidarnościowego mitu. Dlatego nie dziwi mnie, że tak często w ludziach, którzy z tamtą „Solidarnością” się utożsamiali, jest czasem tylko złości albo rezygnacji. Bo jeśli Ikar przeżył upadek w locie ku słońcu, to cóż mu pozostało poza bezsilnym wygrażaniem niebu?
Oczywiście, ktoś powie, nie ma sensu nadto dramatyzować, ludzie pierwszej „Solidarności” jakoś tam ułożyli sobie życie w III RP. Czy jest krajem na miarę ich marzeń? Nie wiem, nie mam prawa odpowiadać w cudzym imieniu. Kusi mnie jednak czasem, by zapytać tak w miejscu publicznym, na oślep, przypadkowego przechodnia: „co Pan robił w tamtych latach, co Pan myślał, w co wierzył, co czuł, jakiej chciał Polski, jakiego ustroju, jakiej gospodarki, jakiej władzy, jakiej przyszłości dla siebie i najbliższych?”. Tak, wiem, równie dobrze mógłbym natknąć się na emeryta zasłużonego dla utrwalania albo kapusia. Ale pokusa pozostaje.
Rzecz nie w czczej ciekawości, ale w nienasyceniu: brak tych opowieści, filmów, książek, spektakli, która przywróciłaby nam „Solidarność”. Zwykłą, przyziemną, pewnie i banalną, ale najbardziej żywą i treściwą, nie posypaną lukrem, cynizmem, nie usadowioną na zabrudzonym piedestale, „Solidarność”, której Duchowi nie rzuca się rocznicowych ochłapów, by uspokoić wyrzut sumienia, by kadłubkowi pamięci umilić dogorywanie.
Im dalej od pierwszej „Solidarności”, tym częściej kwiaty pod jej pomnikami będą składać ludzie coraz bardziej odlegli od tamtych wydarzeń, coraz mniej współodczuwający, czy może nawet obojętni. I właściwie trudno oprzeć się wrażeniu, że historię „Solidarności” z całą przenikliwością opowiedział poeta: „tak zdobędziesz królestwo, którego nie zdobędziesz”. Bo jeśli przyjąć, że ludzie walczyli o coś więcej niż wolne soboty i Msze w radio w niedzielę, że walczyli o godność, o podmiotowość, o szacunek dla siebie i dla innych, to ile z tego osiągnięto? O to też chciałbym pytać ludzi tamtej „Solidarności”, jej anonimowych herosów, Ikarów z przyciętymi skrzydłami. Ilu z nich pamięta, ilu wolało zapomnieć, ilu się złajdaczyło, ilu wyparło, ilu zmarło na zawał, ilu z najniższymi emeryturami czeka w kolejkach do lekarzy, ilu czuje się spełnionych? Ilu nigdy nie wróciło i nigdy już do nas nie wróci? Ilu dziś nienawidzi Polski za to, co się z nią stało, a ilu odczuwa wdzięczność za to, że jest choć taka, jaką widzimy? Ilu ich jest? Pewnie coraz mniej…
„Solidarność obumarła”. „Solidarność” żyje. Może jest jak ziarno rzucone w ziemię? Może czeka na swój czas? Może wnuki szarych ludzi spod sztandaru przygarbionej panny „S” schylą się kiedyś ku ziemi, zobaczą kiełkujące nasionko i zapytają, skąd się tu wzięło. Może zrobią z niego pożytek. Bo jeśli nie, to prawdę wyśpiewał Kaczmarski: „Z tej mąki nie będzie chleba, / Z tych prac nie będzie korzyści, / Z tych świątyń nie widać nieba, / Z tych snów już się nic nie ziści. /…/ Z tych ziaren nie będzie mąki, / Nie będzie ciała z tych słów, / Z tych modlitw nie będzie świątyń, / Z tych czasów nie będzie snów”…
Tylko jak my wtedy spojrzymy w twarz swoim zmarłym?
przez Anna Mieszczanek | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Gnać do sukcesu, bo przecież on jest najważniejszym wyznacznikiem prestiżu nowoczesnego społeczeństwa, a że należy go osiągać, wie każdy nowo urodzony. Książkę Malcolma Gladwella, „Poza schematem”, właśnie wydano też w Polsce. Autor stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego niektórzy ludzie odnoszą sukces, analizuje ich życiorysy, tropi okoliczności, które im sprzyjały i ich ograniczały. Cały jego wywód sprowadza się w sumie do tezy, że „bez pracy nie ma kołaczy”. I nie byłoby w tym nic interesującego, gdyby nie wyrazistość, z jaką autor prezentuje jedną ze stron cywilizacyjnego starcia, którego świadkami jesteśmy już oficjalnie od chwili, gdy mainstreamowe media uroczyście odtrąbiły początek kryzysu.
W „Gazecie Wyborczej” z Gladwellem rozmawia Vadim Makarenko (27 marca 2009):
V. M.: A czy kryzys nie przynosi nowych definicji tego, co jest, a co nie jest sukcesem? Jeszcze rok temu praca w banku inwestycyjnym Lehman Brothers była czymś pożądanym, a dziś – gdy bank zbankrutował – to poważna rysa w życiorysie.
– Kryzys może przynieść pewne roszady. Zawód bankiera inwestycyjnego już nie jest tak atrakcyjny jak kiedyś. Być może tradycyjne zawody wrócą do łask? Może teraz bycie lekarzem, nauczycielem czy inżynierem będzie więcej znaczyć? Możemy też rewidować swoje wydatki i wyobrażenia o ilości pieniędzy, którą potrzebujemy na życie. Możemy zastanawiać się, jak bardzo sukces w ogóle wiąże się z pieniędzmi.
Ale w każdej epoce były okresy, w których żyliśmy ponad stan tak długo, aż w końcu wszystko straciliśmy. Ale potem zbieraliśmy się do kupy i wracaliśmy do poprzednich zwyczajów. Nie wierzę w trwałe przewartościowanie.
A więc bieg po sukces wyrażony milionową premią wciąż pozostaje ideałem sporej grupy myślących zza Wielkiej Wody, którzy z wielką siłą narzucają swoje standardy chętnej reszcie świata. Bo książka Gladwella od tygodni jest na pierwszym miejscu listy bestsellerów „New York Timesa”.
Na tej liście bestsellerów chyba nigdy nie znalazł się za to „Koniec świata, jaki znamy” amerykańskiego socjologa Immanuela Wallerstaina, którego przywoływałam w „Obywatelu” w 2006 roku. Wallerstein uważa – a ja podzielam tę opinię – że mamy obecnie do czynienia z początkiem końca kapitalizmu, który przekształci się za kilkadziesiąt lat w nową, bardziej sprawiedliwą, formację społeczną. Polityka świata zachodniego przez ostatnie 500 lat opierała się na podbijaniu nowych terenów, w celu pozyskania tanich pracowników i surowców oraz znalezienia nowych rynków zbytów. Obecnie skończyły się możliwości ekspansji, a biedne kraje Południa (peryferia) domagają się równego dostępu do korzyści z wymiany handlowej i sprawiedliwego podziału zasobów. Spotyka się to ze sprzeciwem bogatych krajów Północy, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, próbujących zachować pozycję hegemona, co spowoduje nasilenie konfliktów. Koniec kapitalizmu nastąpi nie w wyniku rewolucji, ale w wyniku obiektywnych zmian: zmniejszenia się rezerwuaru taniej siły roboczej, zamieszkującej typowe tereny rolnicze, demokratyzacji życia (robotnicy oczekują godziwego wynagrodzenia i zabezpieczenia na starość, dostępu do odpowiedniej opieki zdrowotnej i edukacji dla dzieci), kryzysu państwa i wzrostu tendencji antypaństwowych, (co ma zagrozić np. monopolom) oraz zanieczyszczenia środowiska (dalszy dynamiczny rozwój gospodarczy może zagrozić równowadze ekologicznej świata).
Co myśli o tym najnowszy guru nowojorskich inteligentów, Malcolm Gladwell?
V. M.: Jakiej wiedzy i umiejętności potrzebuje dziś Ameryka, żeby dźwignąć się z kryzysu?
– Historycznie rzecz ujmując, Ameryka wygrzebywała się z kryzysów, uwalniając wyobraźnię i w dużej mierze robiła to z pomocą imigrantów. Trochę niepokoi mnie, że tym razem stosunek wielu Amerykanów do imigrantów jest wrogi. Przybysze nie są postrzegani jako potencjalna deska ratunku, ale jako źródło kłopotów.
Uważam, że zastrzyk ciężko pracujących ludzi spoza Ameryki może pomóc odbudować ten kraj. To oni przynoszą nową energię i nowe pomysły, a Ameryka zawsze była na tym budowana. Dlatego dziś chciałbym tu każdego, kto ma ochotę przeprowadzić się do Ameryki właśnie teraz, gdy jej gospodarka nie przypomina rozgrzanego do białości silnika.
Czy ktoś z Czytelników się wybiera, żeby ratować innowacyjny i kreatywny kapitalizm? Czy ktoś wierzy, że ci, którzy spowodowali kryzys, mogą znaleźć narzędzia, by z niego wyjść?
W połowie lat 90. Heidi i Alvin Tofflerowie, w książce „Budowa nowej cywilizacji. Polityka trzeciej fali”, zwracali uwagę na prosty fakt:
…każda polityczna struktura – nawet jeśli wyposażona jest w rozbudowaną sieć komputerową – może zawsze przetworzyć i zużytkować tylko określoną ilość informacji, może uporać się tylko z określoną liczbą decyzji o określonym charakterze, obecne zaś instytucje rządowe bezradnie uginają się pod brzemieniem wyraźnie dla nich zbyt wielkim.
Więc choćby z tego powodu wyjście z kryzysu musi dokonać się inaczej niż z błogosławieństwem obecnie rządzących.
Wallerstein mówił w 2006 r. w wywiadzie dla „Polityki”:
Wyczerpaliśmy te mechanizmy rozwoju, które przez 500 lat pchały nas do przodu. /…/ Dopóki źródła wzrostu się nie wyczerpały, jakoś się udawało. System gospodarczy hierarchizował i różnicował ludzi, a system polityczny demokratyzował i egalitaryzował procesy społeczne Teraz to stało się trudne i na coś trzeba się będzie zdecydować… Ludzie już to widzą albo przeczuwają i jedni próbują skręcić w jedną, a drudzy w druga stronę. Stąd to napięcie, które widzimy dokoła. /…/ Są poszukiwania, których ogólny kierunek wyznacza hierarchiczny, elitarny duch Davos albo demokratyczny, egalitarny duch Porto Allegre, ale nikt nie może przewidzieć, jak ten nowy system będzie wyglądał. /…/ Dopóki system funkcjonuje normalnie, ludzka wola może go moderować, ale te możliwości są bardzo ograniczone przez możliwości systemu. Gdy zaczyna się transformacyjny chaos, wola nabiera znaczenia. Od tego, co zrobimy teraz, zależy dużo więcej niż od tego, co ludzie robili 100 czy 200 lat temu.
Tofflerowie:
Fabryka stała się jednym z podstawowych symboli społeczeństwa industrialnego, a nawet więcej: stała się modelem instytucji powstałych w warunkach drugiej fali. Widzieliśmy już jednak, że czas fabryk się kończy, albowiem stanowią one ucieleśnienie takich zasad jak standaryzacja, centralizacja, maksymalizacja, koncentracja i biurokracja.
Wytwórczość trzeciej fali opiera się na innych zasadach, a rozwija się w miejscach mało podobnych do fabryk. Coraz więcej produktów trzeciej fali rodzi się w domach, urzędach, samochodach czy samolotach.
Najłatwiejszym sposobem na ustalenie, czy jakaś inicjatywa – obojętne, w Kongresie czy w korporacji – należy do świata drugiej fali, jest zadanie sobie pytania, czy nie odwołuje się ona do modelu fabryki. Przykładowo więc, amerykańskie szkoły ciągle poczynają sobie jak fabryki, w których surowiec (uczniowie) poddawany jest standardowej obróbce przy rutynowej kontroli. Ilekroć przeto spotykamy się z jakąś inicjatywą edukacyjną, wystarczy zapytać: Czy jej celem jest usprawnienie działania fabryki, czy też zamierza ona uwolnić się od systemu fabrycznego, aby zastąpić go kształceniem bardziej zindywidualizowanym, bardziej dostosowanym do osobowości uczniów? Podobne pytania stawiać trzeba tam, gdzie chodzi o ochronę zdrowia, zasiłki społeczne czy reorganizację biurokracji federalnej. Ameryce potrzebne są nowe instytucje, których podstawą są modele post-biurokratyczne, post-fabryczne. Propozycji, których intencją jest usprawnienie bądź rozbudowanie poczynań fabrycznych, może być bardzo dużo, niemniej zawsze będą mieć ze sobą coś wspólnego: nie będą należały do cywilizacji trzeciej fali.*
Wallerstein, w bieżącym komentarzu z lutego 2009:
Co się tyczy naszych bezpośrednich, krótkoterminowych i tymczasowych perspektyw, to, co się dzieje, nie wymaga chyba komentarza. Zmierzamy w stronę świata protekcjonistycznego (zapomnijcie o tak zwanej globalizacji). Mamy do czynienia ze zdecydowanie większą niż wcześniej bezpośrednią rolą rządu w sferze produkcji. Nawet Stany Zjednoczone i Wielka Brytania częściowo nacjonalizują banki i upadające wielkie gałęzie przemysłu. Wkraczamy w obszar populistycznej redystrybucji sterowanej przez rząd, która może przyjąć zarówno formy lewicowe, socjaldemokratyczne, jak i skrajnie prawicowe, autorytarne. Na horyzoncie czekają ostre wewnątrzpaństwowe konflikty społeczne, bo wszyscy walczą ze sobą o kurczące się zasoby. Najbliższa perspektywa bynajmniej nie rysuje się różowo.
Możemy z pewnością stwierdzić, że obecny system nie przetrwa. Czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, to tego, który spośród nowych porządków zostanie wybrany w jego miejsce, ponieważ wybór ten stanowić będzie efekt nieskończonej ilości indywidualnych napięć. Wcześniej czy później jednak nowy system zostanie powołany do życia. Nie będzie to system kapitalistyczny, ale może okazać się zarówno nieporównywalnie odeń gorszy (jeszcze bardziej polaryzujący i hierarchiczny), jak i zdecydowanie lepszy (względnie demokratyczny i względnie egalitarny). Wybór tego systemu stanowi największe polityczne wyzwanie naszych czasów.**
Jest pewnie tak, że kryzys już transformuje naszą rzeczywistość – inaczej niż byśmy się tego spodziewali. Trochę niezależnie od naszej woli.
Immanuela Wallerstaina inspirowały prace rosyjskiego wicehrabiego Ilyi Prigogine’a, chemika, który w 1977 r. otrzymał Nagrodę Nobla za pracę na temat termodynamiki układów działających dynamicznie w warunkach nierównowagi. Jego badania doprowadziły do podważenia modelu nauki klasycznej, koncentrującej się na analizowaniu procesów deterministycznych i do odejścia od deterministycznego modelu rzeczywistości na rzecz modelu świata, w którym regułą jest przypadkowość i nieodwracalność. Prigiogine sformułował jedną z podstawowych teorii procesów nierównowagi, a jego prace dały podstawy do nauki o chaosie.
Prigogin udowodnił, że układy dalekie od równowagi, z dużym przepływem energii, mogą produkować wyższy stopień porządku.
Mamy dziś układ daleki od równowagi. Mamy duże przepływy energii. Możemy się spodziewać powstania wyższego stopnia porządku.
Ja pozostaję z nadzieją, że w tym „wyższym porządku” skala będzie ludzka i że wolno tam będzie chodzić tylko tak szybko, żeby zauważać mijane po drodze drzewa.
* http://www.geocities.com:80/Athens/Forum/5921/books/toffler/
** http://www.recyklingidei.pl:80//wallerstein_kryzys_perspektywa_dlugofalowa
przez Joanna Duda-Gwiazda | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Ze 120 000 osób głosowało na niego ponad 50 000. Internautom najbardziej podobało się, że pytał prezydenta o problemy alkoholowe, nazwał go chamem i przyniósł do studia telewizyjnego ociekający krwią łeb świni jako prezent dla prezesa PZPN.
Świnia jest poręcznym zwierzęciem politycznym. Świnia pomalowana w czerwone paski z napisem „Głosuj na mnie” spacerowała kiedyś po Długim Targu w Gdańsku. Nie wyglądała na zestresowaną, a przechodnie traktowali ją życzliwie. Świnia podłożona burmistrzowi przez Mariana Zagórnego wprawdzie kwiczała, gdy znalazła się w gabinecie, ale podobno była to porządna świnia, która protestowała przed wejściem do klasy politycznej. Obaj autorzy tych happeningów zostali aresztowani. Zwierzęta były dobrze traktowane, farba nieszkodliwa i zmywalna, nic nie kojarzyło się z rzeźnią. Mariana Zagórnego oskarżono o znęcanie się nad zwierzętami, pomimo że świnię przewoził na miękkich siedzeniach samochodu osobowego. W happeningu posła Palikota odwrotnie – świnia straciła życie, na szczęście nie na oczach telewidzów, autor został Człowiekiem Roku. Taka jest różnica między happeningiem z prądem i happeningiem pod prąd.
Prawdziwego happeningu nie zobaczy się siedząc przed telewizorem lub komputerem. Trzeba wyjść na ulicę, ponieważ najważniejszym elementem tej sztuki jest zaplanowanie udziału przechodniów i sił porządkowych. Przed referendum w sprawie UE, na Długim Targu odbywała się wielka spontaniczna manifestacja entuzjastów z tysiącami błękitnych baloników, w trakcie której kręcono reklamowy spot Donalda Tuska. Przed kamerami nieoczekiwanie pojawiali się gdańscy anarchiści z niewłaściwymi transparentami. Zrozpaczeni operatorzy błagali policjantów – zabierzcie ich chociaż na chwilę. Przepędzeni anarchiści przenieśli się przed budkę telefoniczną. Ustawili drewnianą ramkę z napisem UE i komentowali: Pan do Europy nie wejdzie, za wysoki, a pani jest szersza niż dopuszcza europejska norma. Na protesty odpowiadali – tylko znormalizowanych wpuszczą do Europy. W pierwszy dzień wiosny na sopockim molo młodzież znęcała się nad słomianą zimą w ciemnych okularach i generalskiej czapce. Milicja, czy może już policja, biła młodzież i ratowała kukły generała przed utopieniem lub spaleniem. Uliczne happeningi pod prąd są niebezpieczne. Jednak przeżycia są niepowtarzalne – milicja szturmuje Pancernik Potiomkin albo wyłapuje na ulicach krasnoludki lub Mikołaje.
Zawód polityka jest trudny i niewdzięczny. Trzeba nieustannie grubiańsko atakować konkurencję i podlizywać się wyborcom. Specjaliści od politycznego marketingu na podstawie różnych badań określają grupy targetowe (proszę podziwiać, jak uczenie się wyrażam) i stosownie do ich gustów i zainteresowań dobierają sposoby skaptowania. Nie da się do wszystkich trafić jedną reklamą wyborczą. Zwolennicy posła Palikota to nawet nie wszyscy internauci, ale już wiadomo, że błaznowanie i chamstwo polityków jest przez elektorat wysoko cenione. Janusz Palikot prywatnie jest producentem wódek, więc zapraszany jest do telewizji jako poseł.
Wspólne zainteresowania dla wszystkich grup elektoratu, jak słusznie ktoś zauważył, to tylko pieniądze i kobiety, ewentualnie mężczyźni. Dlatego przesłanie adresowane do wszystkich to miłość, godność, entuzjazm, piękno we wszystkich postaciach, no i oczywiście pieniądze, dużo pieniędzy.
W szczególnej cenie jest subtelny, pełen melancholijnego współczucia i filozoficznej zadumy nad głębią przeżyć człowieka uwikłanego w historię, stosunek do tajnych współpracowników służb specjalnych PRL. Sięgnęłam po recenzję biografii pisarza Ryszarda Kapuscińskiego w nadziei, że autor choć odrobinę zdoła mnie, zjadacza chleba, w anioła przerobić. Tytuł obiecujący „Cena podróży”, a źródło, „Tygodnik Powszechny”, gwarantujące najwyższe rejestry duchowych wzlotów. Nie rozczarowałam się. Przeczytałam, że „cena miłości do świata i wiecznego reisefieber może być wysoka. Rzecz nawet nie w chorobach i wycieńczeniu fizycznym – o tych szczegółach również wiemy sporo. Ważniejsze wydaje się pytanie, jak rodzina Kapuścińskich potrafiła sobie poradzić z trudem nieustającej rozłąki”. Naprawdę się wzruszyłam. Wiem, co to jest reisefieber, gdy plecak okazuje się za mały i bilety na autobus w Pireneje za chwilę przepadną. Nie przyznaję się do tego, bo objawy tego stanu ducha są mało eleganckie. Wiem też, co to jest trud rozłąki, gdy mąż przez trzy lata podróżuje od więzienia do więzienia. Do Kapuścińskiego mam stosunek osobisty. Dzięki niemu moja szwagierka Ajka Gwiazda, utalentowana malarka i grafik, dodatkowo przeszła do historii literatury. Ryszard Kapuściński, który wspierał strajkujących w Stoczni Gdańskiej, uwiecznił rozmowy z Ajką w utworach literackich, które znajdują się w zasobach IPN.
Polityków cechuje jeszcze jedna anielska właściwość – nie obrażają się na wyborców. Miota nimi burza urażonych uczuć, gdy obrazi ich polityk-konkurent lub jakiś pismak i biegną do sądu bronić dobrego imienia. Szaremu wyborcy wolno więcej i słusznie, ponieważ ma on mniejsze możliwości. Musi swoją opinię wyrazić skrótowo i z większą ekspresją. Dlaczego dziennikarzom prowadzącym popularne audycje w telewizji też wolno rugać polityków? Polityk w telewizji to potencjalny Człowiek Roku, nawet jeśli wypije koktajl ze zmiksowanych dżdżownic, co też widziałam na własne oczy w jakimś programie.
przez Remigiusz Okraska | piątek 3 kwietnia 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Od kilku miesięcy trwają przymiarki do sprzedaży państwowych udziałów w dzienniku „Rzeczpospolita”, a właściwie w Przedsiębiorstwie Wydawniczym Rzeczpospolita, które jako mniejszościowy udziałowiec spółki Presspublica wydaje oprócz tego czasopisma jeszcze dzienniki „Parkiet” i „Życie Warszawy” oraz zajmuje się pomniejszą działalnością wydawniczo-handlową. Dziś Skarb Państwa posiada 49% udziałów w PWR. W chwili obecnej zaawansowane są prace nad ich sprzedażą prywatnemu podmiotowi – wstępnie zaakceptowano oferty dwóch chętnych na zakup mniejszościowego pakietu, z którego państwo chce się pozbyć 85% udziałów.
Jestem zwolennikiem tej prywatyzacji, mimo iż zazwyczaj sceptycznie lub wręcz negatywnie oceniam sprzedaż mienia publicznego i pozbywanie się przez państwo kontroli nad kolejnymi podmiotami, które dotychczas stanowiły narzędzie jego polityki w jakiejś istotnej dziedzinie życia. Są takie sytuacje, gdy nawet „etatysta” i przeciwnik urynkowienia czego się da, uważa, że sprywatyzowanie jakiegoś podmiotu będzie lepszym rozwiązaniem.
Obecna sytuacja związana z „Rzepą” jest bowiem absurdalna. Państwo posiada niemal połowę udziałów w tej gazecie, a w dodatku „zapewnia” jej znaczną część czytelników i dochodów. Formuła gazety „państwowej”, przez lata zamieszczającej jako jedyna istotne informacje formalno-prawno-instytucjonalne, przekłada się wprost na sprzedaż czasopisma. Przy sprzedaży na poziomie 130-150 tys. egz. każdego numeru, około 95-100 tysięcy nabywców gazety stanowią instytucje i firmy. Czyli na „naprawdę” wolnym rynku po „Rzepę” sięga jakieś 30-50 tysięcy osób (co oznacza, że chyba tylko „Trybuna” ma wśród dzienników niższą sprzedaż). A mimo to spośród dużych ogólnopolskich dzienników właśnie ten najmocniej promuje wolny rynek. Poza sporadycznymi artykułami autorów „z zewnątrz”, gros komentatorów i publicystów „Rzepy” forsuje liberalne, nierzadko skrajnie, poglądy w kwestiach gospodarczych. Równie dobrze państwo mogłoby zatem zostać udziałowcem i „promotorem” czasopisma anarchistycznego, które wzywa do likwidacji owego państwa.
Oczywiście sprawa prywatyzacji „Rzeczpospolitej” ma, jak wszystko w Polsce, wymiar skrajnie upolityczniony. Po objęciu stanowiska redaktora naczelnego przez Pawła Lisickiego, dziennik ten coraz bardziej ewoluował w kierunku konserwatywno-liberalnym, tzn. konserwatywnym w sferze kulturowej i liberalnym w kwestiach gospodarczych. Nic dziwnego, że z takim profilem i doborem autorów, „Rzepa” postrzegana jest jako pismo „pisowskie” – jeśli nie wprost wspierające Prawo i Sprawiedliwość, to przynajmniej spośród dzienników najbardziej przychylne temu ugrupowaniu. Dlatego też prywatyzacja PWR traktowana jest przez wiele środowisk – „pisowskich” i „antypisowskich” – jako posunięcie, które sprawi, iż rząd PO wytrąci swemu konkurentowi prasowy oręż z ręki. To z kolei u sympatyków PiS-u skutkuje protestami przeciwko „zamachowi” na „niezależną prasę”. Oczywiście daleko posuniętą naiwnością byłoby nie branie pod uwagę scenariusza polityczno-pragmatycznego, wedle którego ekipa Tuska faktycznie zamyka usta czasopismu przychylnemu swemu najgroźniejszemu przeciwnikowi. Ale nie to stanowi sedno problemu. „Rzepę” należy sprzedać – obojętnie, czy zrobi to obecny rząd, czy któryś z kolejnych.
Nie wiem, czy flagowy okręt firmy PWR jest „pisowski”. Czytam „Rzepę” regularnie i oczywiście postrzegam ją jako bliską ideowo PiS-owi, aczkolwiek nie posunąłbym się do twierdzenia, że stanowi ona nieformalny organ partyjny. Co więcej, uważam, że jest to dziennik dobry. Jego linię konserwatywno-liberalną „skonstruowano” na przyzwoitym poziomie, a liczne „pozapolityczne” teksty i działy sprawiają, że sięgam po to pismo bez poczucia odrazy, mimo że moje poglądy są niemal przeciwieństwem opcji konserwatywno-liberalnej. Nie zmienia to faktu, że obecna „Rzeczpospolita” – wyraźnie sprofilowana ideowo – nie powinna być w żadnej mierze powiązana własnościowo z państwem.
Po pierwsze, liberalne „przegięcie” w kwestii poglądów na tematy gospodarcze nie powinno odbywać się w oparciu o państwowe mienie. Dlatego choćby, że jeśli ktoś wielbi wolny rynek i ograniczoną rolę państwa w gospodarce, to w imię elementarnej zgodności poglądów z postępowaniem, powinien taką gazetę wydawać całkowicie prywatnie. Ale także dlatego, że ideologia neoliberalna ma niewiele wspólnego z troską o państwo i jego kondycję. Nie miejsce tu na rozważania o różnych aspektach liberalizmu gospodarczego – nawet gdyby przyjąć, że jest on, w co bardzo wątpię, optymalny z punktu widzenia interesów społecznych, to jednocześnie ideologia ta wprost godzi w etos państwowy. Neoliberałowie zajmują się głównie krytyką rozmaitych funkcji państwa – nie tylko faktycznych błędów tego, co Amerykanie nazywają „wielkim rządem”, ale podważaniem sensu samej aktywności państwa i jego agend. Państwo jest złe, państwo się wtrąca, państwo jest niesprawne, państwo jest niepotrzebne – to neoliberalna mantra. Doprawdy, trudno o większy absurd niż taki właśnie profil ideowy gazety postrzeganej jako „państwowa”.
Po drugie, o ile trudno od prywatnych gazet domagać się owego sloganowego „pluralizmu opinii” albo zarzucać im „wybiórczość” (w „Obywatelu” nie promujemy neoliberałów czy lewicy feministyczno-gejowskiej i jest to nasze dobre prawo) – bo niby czemu ktoś miałby za własne pieniądze prezentować poglądy, których nie podziela – o tyle od gazety „państwowej” mamy pełne prawo oczekiwać, że będzie na równych zasadach przedstawiała poglądy, wizje i pomysły jak najszerszego spektrum ideowo-politycznego. Z tego też względu wyżej ceniłem „Rzepę” sprzed „epoki Lisickiego” – była wówczas bowiem znacznie bardziej różnorodna ideowo i środowiskowo niż np. „Gazeta Wyborcza”. Gdyby ewoluowała ona jeszcze bardziej w takim kierunku, byłbym przeciwny prywatyzacji czasopisma. Jeśli natomiast „państwowy” dziennik ma forsować linię konserwatywno-liberalną, a pluralizm rozumieć tak, że na każdych dziesięć komentarzy Ziemkiewicza przypada jeden autorstwa dyżurnego lewicowca Sierakowskiego, a na pięć artykułów Wildsteina – jeden równie dyżurnej Magdaleny Środy, to taka farsa nie powinna być w żaden sposób kojarzona z państwem i wspierana przez nie.
Taką „Rzepę” trzeba sprzedać – i to całość państwowych udziałów. Niech prywatny właściciel decyduje, czy utrzymać obecną ekipę redaktorów i dziennikarzy oraz profil pisma, czy też dokonać personalnego i ideowego zwrotu, choćby o 180 stopni. Na własną odpowiedzialność i ryzyko. Niech sprywatyzowana „Rzepa” głosi dowolne poglądy, choćby najbardziej skrajnie liberalne gospodarczo. Ale niech nie kojarzy się ani trochę z państwem. Bo państwo to my, wszyscy obywatele, z lewa, prawa i z centrum, skrajni i umiarkowani, filo- i antykomunistyczni, socjaliści i libertarianie, „aborterzy” i „obrońcy życia”, tradycyjni katolicy i żydowscy postmoderniści, geje i ojcowie wielodzietnych rodzin, sympatycy Michnika i Macierewicza, itd., itp.
Sprzedaż „Rzepy” to jedyny realny dziś scenariusz. Ale jest jeszcze scenariusz inny, idealny, czyli zapewne niemożliwy do realizacji. Alternatywą wobec prywatyzacji byłoby utrzymanie kontroli państwa nad dziennikiem, wykupienie z rąk prywatnego udziałowca większościowego jego aktywów, a następnie taka zmiana profilu pisma, aby służyło ono interesowi państwa i obywateli. Taka „Rzepa”, zamiast ścigać się z innymi dziennikami o to, kto pierwszy ujawni tajnego współpracownika SB albo zaprezentuje dekolt kochanki ex-premiera, mogłaby stać się forum debaty o państwie. Mogłaby zarówno rządowi, jak i opozycji umożliwiać rzeczową dyskusję o konkretnych problemach – rzeczową, czyli pozbawioną tabloidowych pyskówek i PR-owych zagrywek. Mogłaby rzetelnie przedstawiać realia tej Polski – Polski prowincjonalnej – która w mediach nie gości wcale lub jedynie jako migawkowa ciekawostka na kształt relacji z egzotycznej krainy. Mogłaby tłumaczyć czytelnikom-obywatelom, jak są wydawane budżetowe środki i ile jest prawdy w liberalnej propagandzie o marnotrawstwie np. ZUS-u, który „pożera” na własne koszty mniejszą część naszych składek niż czynią to prywatne OFE. Mogłaby prezentować masowemu czytelnikowi mało znane ciekawe inicjatywy i idee, nie zaś – jak dzisiaj – po znajomości recenzować niszowe prawicowe periodyki. Mogłaby umożliwić debatę nie zawodowym politykom, medialnym „ekspertom” i „spin-doktorom”, lecz np. działaczom społecznym, ludziom kultury (niekoniecznie tym z „warszawki”) czy faktycznym fachowcom z istotnych dziedzin życia, dziś zepchniętym na forum niszowych konferencji, na łamy niewielkich czasopism lub w najlepszym razie do 10-sekundowych migawek telewizyjnych czy radiowych „debat”, podczas których wszyscy się przekrzykują. Mogłaby też taka nowa, państwowa „Rzepa” służyć debacie ideowej – ale takiej, w której biorą udział przeróżne środowiska i ich odłamy: jeśli prawica, to nie tylko konserwatywny liberał Ziemkiewicz, ale także zwolennik katolickiej nauki społecznej czy krytyk kapitalizmu z pozycji podobnych do Chestertona; jeśli lewica, to nie tylko Sierakowski, ale także radykał-marksista Ikonowicz czy ktoś spod znaku antykomunistycznego etosu emigracyjnego PPS-u.
Taka „Rzepa” miałaby sens jako pismo „państwowe”. Obecna sensu nie ma, niech więc zostanie sprzedana. Niech wolny rynek nas wyzwoli – chociaż raz skutecznie i sensownie.