przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Jadąc przez kraj, łatwo można przeanalizować wybory konsumpcyjne Polaków. Nie trzeba nawet zerkać na billboardy, wystarczy zatrzymać się przy drodze. Opróżnione butelki, paczki po papierosach, opakowania po prezerwatywach (rządy miłości znaczy się), wszystko to składa się na krajobraz Polski przydrożnej. Najłatwiej zaobserwować to na prowincji, szczególnie gdy w pobliżu mieści się dyskoteka czy poczciwy GS. Ale z kolei na wielkomiejskich chodnikach nie brak petów, psich odchodów no i ulotek. Bo przynajmniej w Krakowie tyleż stylowe, co mało pojemne kosze na śmieci nie są w stanie przyjąć obfitości ulicznego marketingu.
Gdy Polacy debatują o demokracji, życiu publicznym i sferze społecznej, często myślą o tym, co obejrzeli w telewizji, wyczytali w prasie lub Internecie. I zwyczajowo dotyczy to „onych”: polityków i/lub dziennikarzy. Korupcja, brak troski o dobro wspólne, tumiwisizm, zła wola – wszystko to wciąż „oni”, niemal jak za Polski Ludowej. Gdy już mówią o Polsce, czynią to na tak wysokim diapazonie i dyskutują o sprawach tak abstrakcyjnych, że można odnieść wrażenie, iż wykonują pompatyczny gest Piłata. Prokurator Judei także wypowiadał złote myśli, co w niczym nie zmieniło losów cieśli z Nazaretu. Szczególna cecha występująca wśród Polaków: nieumiejętność logicznego połączenia szacunku dla polskiej ziemi/przyrody, schludności w sferze publicznej z elementarnym patriotyzmem.
Warto wspomnieć, że kwestię polskiego patriotyzmu opisał niegdyś Jerzy Szacki, zauważając, iż najłatwiej przychodzi nam podniosłe świętowanie, apele ku czci, odsłanianie pomników i tablic, nadawanie ulicom nazwisk bohaterów narodowych (różnych w zależności od epoki), ale znacznie gorzej radzimy sobie z kultywowaniem i szacunkiem dla tradycji lokalnych, małych, swojskich. Jakbyśmy lepiej czuli się w stadzie, pod musztrą, ale na co dzień woleli nie wychylać się z inicjatywą. Znamienny materiał w tej kwestii, świadczący jak faktycznie traktujemy swoją kulturę, znalazłem niedawno na stronie internetowej „Obywatela”. Smutna lektura tutaj.
Te dwie kwestie: braku szacunku dla przestrzeni publicznej w jej wymiarze materialnym (choć to ona przesądza, jak wygląda nasze otoczenie) i niemożności zorganizowania przestrzeni kulturowej wokół nas, pokazują całą mizerię współczesnej polskości. Bo co z tego, że będziemy sobie wycierać gęby patriotyzmem, polskością i wieloma innymi szlachetnościami, jeśli równocześnie będziemy ślepi na fakt, że Polska nie fruwa pod obłokami, ale jest zupełnie ziemskim krajem. Że nie kończy się za naszą furtką, posesją, drzwiami samochodu, drzwiami mieszkania itp. Polak w tramwaju, autobusie, choćby pod nogami walała mu się gazeta albo puszka, nie schyli się i jej nie podniesie. Choćby jego pies srał na środku zatłoczonego chodnika, on pójdzie dalej z dumnie podniesioną głową, jakby Pimpek czy Atos właśnie zasadził fiołki na betonie.
Są tacy, co mówią, że zewsząd czyhają na Polaków wrogowie: Żydzi, Niemcy, Rosjanie. Kto wie, może nawet schludni Czesi, ze świetnie zorganizowaną, państwową jak najbardziej infrastrukturą kolejową, z solidnymi, bynajmniej nie prywatnymi autostradami. Zastanawia mnie, czy to Żydzi, Niemcy, Rosjanie nasyłają na Polaków zorganizowane grupy bałaganiarzy, czy – z innej beczki – te opryskliwe panie w urzędach to Żydówki, Niemki, Rosjanki; czy niesolidni fachowcy też są pochodzenia nie-polskiego? I prześladują nas, uciemiężonych Polaków, wszelkimi plagami życia społecznego, niby Amerykanie zrzucający stonkę w czasach słusznie minionych. A może to jednak coś w nas, coś przykrego, jakaś nie-wykorzeniona cecha po zaborach, która wciąż nie pozwala nam pojąć, że Polska, ta zwykła, codzienna, banalna jest „nasza”. Że nie ma już „onych”, ale jesteśmy przede wszystkim „my” i nikt tu za nas, dosłownie i w przenośni, porządku nie zrobi.
Żeby to zrozumieć, trzeba jednak lat edukacji, edukacji patriotycznej, osadzonej w tożsamości zarówno lokalnych wspólnot, jak szacunku dla polskości jako takiej. Ten model edukacji z powodzeniem wprowadzano w II Rzeczpospolitej. Tak dochowaliśmy się pokolenia Kolumbów. Ale tamto państwo poczuwało się do swoich obowiązków, gdy dzisiejsze stosuje taktykę: „mieć jak najmniej problemów na głowie”, czyli sprywatyzować wszystko. I tu zaczyna się nowy kłopot: dzisiejszy system edukacji, na szczeblu niższym i wyższym, jest zdolny stworzyć co najwyżej klasę technokratów i menedżerów na usługach globalnych korporacji, choć zdaje się, że za punkt honoru stawia sobie wyhodować lumpenproletariusza z ambicjami kulturalnymi na poziomie wypicia kubka lury ze Starbucksa.
A poza tym: żubr występuje przy drodze. I sporo tych żubrów spotkacie w te wakacje na drogach.
przez Anna Mieszczanek | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Komunikat zamieszczony na stronie www.com.plus.eu podaje, że zrozumiała jest dla Komanda Plus niemożność ustalenia w hipotece praw własnościowych. Willa ta bowiem została już kilkanaście lat temu przejęta przez tę tajną – do dziś – organizację, stworzoną w celu wspierania liderów i grup, których zadaniem jest stałe monitorowanie działań rządów, ze szczególnym uwzględnieniem przedsięwzięć, w które zaangażowane są pieniądze podatników. Grupa powstała w Brukseli dzięki dotacjom z funduszy europejskich, którymi dysponuje program Transparent i Miłość, z siedzibą na Antylach Holenderskich dla zmylenia przeciwnika.
Działania grupy przyczyniły się do ujawnienia tak wielu nieprawidłowości i na tyle poprawiły sytuację w obszarze monitorowanych działań, że dziś, w obliczu poważnego kryzysu spowodowanego niemożnością wyjaśnienia kwestii praw właścicielskich willi pod Krakowem, grupa postanowiła zakończyć działalność, ujawniając jednocześnie swoje istnienie.
Rzecznik prasowy grupy Komando Plus informuje jednocześnie, że planowane przez grupę na najbliższy czas działania, mające przeciwdziałać dalszej petryfikacji systemu politycznego, jako to:
1. wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych, żeby ludzie mieli jakiś wpływ, 2. likwidacja ZUS, no bo tego już się nie da wytrzymać, 3. zdecydowane wzmocnienie i poddanie społecznej kontroli władzy sądowniczej, bo ktoś przecież musi, do cholery, rozstrzygać te wszystkie spory. oraz 4. pozostawienie w spokoju telewizji publicznej bez reklam w środku filmów,
nie wymagają już nadzoru ze strony Komanda Plus, zostaną zrealizowane przez Rząd RP nie-na-uchodźstwie w najbliższym czasie, a w każdym razie tak ocenia to dziś kierownictwo grupy.
Jednocześnie kierownictwo grupy Komando Plus zapewnia, że wszelkie przeszkody na drodze do realizacji podanych wyżej działań zostaną przez grupę starannie przeanalizowane, a następnie podjęte zostaną odpowiednie działania.
Kontakt z grupą dla chętnych liderów i grup: zrobmycoswreszcie@com.plus.eu
przez Joanna Duda-Gwiazda | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Joanna Duda-Gwiazda
Nowe plecaki są ciężkie, wisi z nich mnóstwo dziwnych troczków i nie chcą stać, więc trzeba rzucać je w błoto.
Z mojej praktyki filozoficznej wynika, że przed wycieczką w nowe wysokie góry dobrze jest poprawić sobie nastrój. Zawsze trochę się boję, czy dam radę. Kiedyś na wykładzie prof. Wolniewicza, zawodowego filozofa, dowiedziałam się, że jedynym źródłem poczucia religijnego jest lęk przed śmiercią albo piękno i potęga dzikiej przyrody. Niezupełnie zgadzam się z profesorem, ponieważ przeczucie Boga wydaje mi się stałą cechą ludzkiej natury, ale jest tu jakaś analogia ambiwalentnych uczuć: lęku i uwielbienia.
Podbudowana filozoficznie, nadal zwyczajnie się boję, czy nie spadnę na słabo zabezpieczonych szlakach i nie wiem jak poczuć się macho, bo wtedy wszystko się udaje. Nawet komercyjni uzdrowiciele duszy zalecają podobną filozofię. W wersji dla ubogich brzmi ona tak: myśl zawsze o pieniądzach i tylko o pieniądzach, a będziesz ich miał dużo. Dla ambitniejszych zamiast pieniędzy wstawia się słowo „sukces”. Nie jest to zła rada przed wakacjami, bo trzeba myśleć jak zaopatrzyć się w pieniądze i jak ich nie stracić, czyli nie dać się okraść, co w podróży może się zdarzyć.
Plecak szyje się mozolnie, a mnie myślenie o pieniądzach wpędza w jeszcze większą frustrację. Nie martwię się o pieniądze, bo w górach do życia potrzebna jest mi woda. Pieniądze mogłyby się przydać tylko do rozpalenia ogniska, jeśli zabraknie benzyny do juwla. Myślę o pieniądzach, których biednym ludziom brakuje na najskromniejsze choćby wakacje.
Na takie zmartwienie żadna filozofia nie ma recepty. W lipcowym numerze miesięcznika „Niezależna Gazeta Polska” Andrzej pisze o tajdze: „tajga wyżywi”, „step wyżywi” – ale teraz za darmo na Sybir nie wożą. Trzeba mieć na bilet i strzelbę, bo żywienie się dzikimi roślinami jest marne. Kiedy byliśmy na Syberii, Andrzej zachęcał mnie do jedzenia swoich pyszności, zajadał się dzikim czosnkiem, ale mnie tylko dzika truskawka, kłubienika, wydawała się jadalna.
Przeglądam dalej miesięcznik porządnej, chrześcijańskiej polskiej prawicy w poszukiwaniu jakiegoś sposobu na smutki egzystencjalne, ale nie smutki Sartre’a czy innych egzystencjalistów, tylko ludzi, którzy nie mają pieniędzy na bilet. Znalazłam artykuł „Polityczna poprawność niszczy brytyjskie kino”. Dramaty społeczne zawsze były mocną stroną brytyjskiego kina, ale autorka twierdzi, że pojawiły się dopiero po zwycięstwie Partii Pracy w 1997 roku. W epoce Margaret Thatcher filmy brytyjskie jeszcze sławiły tradycję, patriotyzm, brytyjski styl życia i cywilizacyjną misję imperium. Podobno dramaty społeczne, niszczące brytyjskie kino, wyrażają światopogląd „liberalnej klasy średniej, wciąż oglądającej się na »Kapitał« Marksa, antyamerykańskiej i zdecydowanie probrukselskiej”.
Trochę skomplikowana ta figura światopoglądowo-polityczna – przez prawe ucho do lewej nogi. Na szczęście autorka na przykładach wyjaśnia, o co jej chodzi. Jako czołówkę filmów poprawnych politycznie wymienia „Orkiestrę”, „Trainspotting” i „Goło i wesoło”. Jej zdaniem, w tych filmach „ekrany zaroiły się od typów spędzających większość czasu w pubie, których jedyną aktywnością jest bicie żon i dzieci i którzy za swą nędzną wegetację winią kapitalizm, Margaret Thatcher i wszystkich świętych, ale palcem nie ruszą by zmienić sytuację na lepsze”.
Nie bronię „Trainspottingu”, chociaż pewnie jest to też dramat społeczny. Wyszłam z kina po obejrzeniu narkomana bardzo artystycznie nurkującego w kiblu. Gust mam trochę staroświecki, ale to nic dziwnego, ponieważ do klasy średniej się nie zaliczam, ani tej liberalnej, poprawnej politycznie, ani niepoprawnej. Nie te pieniądze, czytanie „Kapitału” nic mi nie pomoże.
„Orkiestrę” i „Goło i wesoło” obejrzałam z zapartym tchem, a po latach jeszcze raz w telewizji. Wzruszyły mnie opowieści o ludziach w małych miasteczkach północnej Anglii, gdzie wszyscy stracili pracę po zamknięciu hut i kopalń. Stracili źródło utrzymania, sens życia, ale nie poddali się, ratowali godność, odnaleźli radość wspólnego działania. Jeśli autorka pisze, że nie ruszyli nawet palcem, to nie wiem, czy widziała te same filmy, co ja. W „Goło i wesoło” ruszali nie tylko palcem.
W pierwszej chwili poczułam zazdrość. Oto pogląd na świat prosty jak drut. Nawet w komunizmie czasami winien był sekretarz albo politruk. A tu nic, żadnych okoliczności łagodzących. Źle ci się wiedzie, to wyjdź z pubu, nie bij żony i rusz palcem.
Zazdrość mnie opuściła, kiedy za chaotycznym atakiem na tych, „którzy za swą nędzną wegetację winią kapitalizm”, dostrzegłam strach przed buntem. Autorka pociesza się, że te filmy „szeroka publiczność najoczywisciej ignorowała” i chociaż poprawne politycznie, „do multipleksów nie miały wstępu”.
Niewielka to pociecha. Nie widziałam jeszcze demonstracji wychodzącej z kina. A jak się lud zbuntuje, to i z kościoła wychodząc burdy będzie wzniecać i szkody czynić. To już nawet widzieliśmy. Ciężki jest los intelektualistów broniących burżujów przed Marksem. W razie czego burżuje wyjadą na Seszele, a oni zostaną sam na sam ze swoim strachem przed ulicą. A u mnie odwrotnie, tradycyjnie pozostał mi strach przed policją.
W lecie rewolucji nie będzie, bo nikomu nie chce się fatygować w upały. Wracam do szycia plecaków. Wyjeżdżamy.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 16 lipca 2009 | Felietony - Remigiusz Okraska
Histeria wokół niedawnych wyborów szefa Parlamentu Europejskiego nie była niczym szczególnie nadzwyczajnym – naród pozbawiony realnych sukcesów, chwyta się czego się tylko da. Nie ma już Papieża-Polaka, więc pozostają pomniejsze sukcesy. Nie spełnił jednak oczekiwań Bokser-Polak, nie zawojowali Europy Piłkarze-Polacy nawet z pomocą Holendra, Kierowca-Polak i Narciarz-Polak też wypadają słabiej. Ba, Hydraulik-Polak również już nie cieszy się takim powodzeniem jak niedawno, bo mamy kryzys. Nic dziwnego, że narodowa duma znalazła nową nadzieję – jest nią Polityk-Polak.
Żarty żartami, ale mnie wcale nie jest do śmiechu. Wręcz przeciwnie. Popularność Jerzego Buzka to wymowny dowód, że moi rodacy mają silne natężenie ciągot masochistycznych. Wydawałoby się, że nie trzeba wsadzać ręki do ogniska, aby wiedzieć, iż można się sparzyć. Wydawałoby się chociaż, że gdy raz się sparzy, to drugi raz się ręki w ogień nie włoży. Nic z tych rzeczy.
Nie interesuje mnie przy tym rytualny i jałowy spór między zwolennikami PiS a PO, w którym chodzi już wyłącznie o stadne identyfikacje – krytykujący Buzka „pisowcy” wychwalaliby go, gdyby europosłem i szefem PE został jako człowiek tej partii, nie zaś z ramienia konkurencji. Dla mnie to bez znaczenia – Buzek mógłby mieć poparcie Polskiej Partii Wszystkiego Najlepszego, a i tak byłby kimś, kogo popularność sprawia, że mam mdłości i wstydzę się za swój kraj.
Nie ukrywam, mam do tej postaci stosunek emocjonalny. Bo mam dobrą pamięć. I pamiętam ten wielki, ideologiczny przekręt w wykonaniu ekipy nowego szefa PE. Tych cynicznych łotrów, którzy wycierali sobie gęby solidarnością i antykomunizmem, a całą treść ich rządów stanowiły egoizm i rozbijanie wszelkich podstaw solidarności, przy których to wyczynach człowiek zaczynał tęsknić za postkomunistami, choć nigdy wcześniej ich nie popierał. Nie mogę wprost pojąć, że ktoś taki jak Buzek uchodzi za polityka, któremu można zaufać. Bo za dobrze pamiętam, kiedy w Polsce dokonano trzecioświatowej (o przepraszam, wzorowanej na cywilizowanym kraju o nazwie Chile) reformy emerytalnej. Tej samej, o której niedawno pisano, że okazała się – i jeszcze bardziej okaże – fiaskiem. I wszyscy się oburzali zaledwie 2-3 miesiące temu, że „oszukano nas” – oszukano, owszem, a nawet ktoś konkretny oszukał. Jerzy Buzek i jego rząd.
Kojarzy mi się ów „mąż stanu” również z czymś, co jest bardziej namacalne i mniej ulotne niż wyimaginowane zyski z II filara i OFE. Mianowicie z tym, co miałem okazję obserwować na własne oczy. Z zamykaniem śląskich i zagłębiowskich kopalń. Część z nich była rentowna lub na granicy zyskowności, do kilku innych wkrótce, gdy węgiel okazał się nie taki znowu „stratny”, zaczęto za ciężkie pieniądze przebijać chodniki z tych zakładów, które ocalały przed „reformatorską” pasją awuesowskich „fachowców”. Oczywiście, wiem, że „budżet” i „podatnik” na tym oszczędzili w skali kilku lat – mnie jednak bardziej interesuje, ile budżet długofalowo dołoży (albo i nie, bo budżet nie ma sumienia i serca) do śląskich dzielnic nędzy, do takich miast jak choćby Bytom; interesuje mnie nie abstrakcyjny podatnik, lecz żywi ludzie.
Budżet i podatnik to zresztą twory cokolwiek kapryśne i obrotowe. Pamiętam bowiem, że rządowy kumpel Buzka, niejaki Wąsacz, raczył był wówczas sprzedać nierentowne polskie huty – pół roku później, gdy wróciła koniunktura na stal, były już rentowne i przyniosłyby budżetowi zysk, ale tego wszak awuesowscy „fachowcy” nie przewidzieli. Och, tak, wiem, państwo nie jest od tego, żeby produkować stal. Polskie państwo jest wyłącznie od tego, żeby obywateli – tych samych, co to są podatnikami – zmuszać do transferowania pieniędzy do kieszeni OFE. Oczywiście rentownych – kosztem naszych emerytur.
Więc pamiętam „cztery reformy”. Pamiętam, jak w apogeum owego „reformowania” górnictwa organizowaliśmy pikiety na katowickim rynku przeciwko wyczynom „solidarnego” rządu, a „Solidarność”, której śląsko-dąbrowska centrala mieściła się sto metrów stamtąd, po raz drugi w swej historii roztaczała parasol ochronny nad neoliberalnymi działaniami „swoich”. Owa „Solidarność” zapewniła wtedy dostęp do koryta swemu szefowi, niedawnemu kandydatowi z listy ultraliberalnej PO – pokażcie mi drugi taki związek zawodowy na świecie… I pomniejszym jego klonom, jak choćby Marek Kempski – chyba jedyny na świecie „związkowiec”, który bazując na poparciu regionalnej górniczej „bazy” wychwalał „reformy” Thatcher i likwidację brytyjskiego górnictwa w jej wykonaniu. Pamiętam też, jak się skończyło to pasmo fachowych sukcesów rządu AWS – skokiem bezrobocia, a na Śląsku zapaścią całych miasteczek i dzielnic, wzrostem patologii, plagą kradzieży węgla z pociągów itp. Modelowy solidaryzm i konserwatyzm…
Choć dla kogoś o prospołecznych poglądach zabrzmi to jak herezja, wolę już nawet Balcerowicza niż Buzka. Balcerowicz to technokrata maniakalny, ale szczery, jeśli roztaczający jakieś miraże, to raczej z powodu fanatycznej wiary w ich realność, nie zaś z wyrachowania. Natomiast ekipa Buzka zrobiła coś gorszego, o czym już wspomniałem – dokonała wielkiego ideologicznego przekrętu. To miało być solidarne państwo. To miała być polityczna reprezentacja ludzi pracy. Takich, jakimi ludzie pracy w większości w Polsce są – raczej konserwatywni obyczajowo, patriotyczni, bardziej zainteresowani pielgrzymkami czy rodziną niż feministycznymi czy proaborcyjnymi spędami. I właśnie dlatego zostali tak sprawnie – nazwijmy to po imieniu – wydymani przez cynicznych graczy.
Droga AWS-u do władzy i jej sprawowanie to była istna orgia ideologicznej „ściemy”. Intronizacja Chrystusa-Króla na przemian ze związkowymi manifestacjami, odrzucenie „bezbożnej” Konstytucji wymieszane ze sloganami o „rodzinie na swoim”, spoty z patriotyczną symboliką i obrazkami robotników. A gdy już Buzek, Krzaklewski, Wąsacz i reszta dostali władzę, gdy już ta władza okrzepła, wówczas narodowo-katolickie frazesy zostały, ale towarzyszyły im zamykane kopalnie, pałowane pielęgniarki i traktowani gumowymi kulami robotnicy radomskiego „Łucznika”. Był to wręcz „typ idealny” tego samego zabiegu, jakim z powodzeniem posługiwali się przez lata amerykańscy neokonserwatyści. Mobilizowali niższe warstwy społeczne jako ich rzekomi obrońcy przed „zgnilizną moralną”, „wynaturzeniami”, „zagrożeniami tradycyjnych wartości”, by po wygranych wyborach prowadzić politykę szkodliwą właśnie dla plebejuszy – robotników, emerytów, rolników, drobnych firemek – a korzystną dla wielkiego biznesu. W Polsce Chrystus-Król stał się wspólnikiem – ciekawe, co On na to – szefów OFE, a w cieniu walki z „bezbożną Konstytucją” zamykano kopalnie i wyrzucano z nich ponadprzeciętnie zazwyczaj pobożnych górników.
Wydawałoby się, że to jednorazowy numer. Pamiętam, w jakiej niesławie odchodził Buzek i spółka. Tymczasem zaledwie trzy lata później ten sam Buzek został posłem europarlamentu, osiągając najlepszy wynik w całej Polsce – ponad 170 tys. głosów. Myśmy wszystko zapomnieli… – jak pisał poeta. Gdy dziś ten sam Buzek urasta wręcz do rangi bohatera narodowego, to trudno o jakiekolwiek optymistyczne refleksje. Nasuwa się natomiast refleksja bardzo gorzka. Taka mianowicie, że Polacy całkowicie zatracili instynkt klasowy. Bo można oczywiście zrozumieć, że dla obywateli-wyborców ważne są również wartości etyczne i religijne, nie tylko kwestie materialne. Że Polacy są zbiorowością raczej konserwatywną. Że lewica kojarzy im się tylko z komuną i postkomuną, z Jaskiernią i Sekułą. Ale jeśli nie pamiętają po zaledwie kilku latach, jak pod płaszczykiem obrony wartości zostali cynicznie wykorzystani w sferze materialnej przez facetów, których religijność i „solidaryzm” były czystą pokazówką, to oznacza to jedynie tyle, że nie potrafią elementarnie zadbać o własne interesy. Można zrozumieć, że w polskich realiach „plebejusze” popierają prawicę – problem w tym, że nie jest to prawica solidarystyczna i prospołeczna, lecz neoliberalna.
To, że Buzek jest prominentnym kandydatem partii będącej wyrazicielem interesów wielkiego biznesu i finansowych oligarchów, posiada wielki sens w kontekście jego dotychczasowych „dokonań”. To, że otrzymuje on tak wielkie poparcie ze strony wyborców i obywateli, którzy na jego wyczynach sporo stracili, to brak jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego, to nieumiejętność analizy własnych interesów nawet na poziomie przedszkolaka.
Remigiusz Okraska
przez Krzysztof Wołodźko | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Krzysztof Wołodźko
Z tamtych czasów pamiętam wiszące w Poznaniu plakaty z Tadeuszem Mazowieckim. I zmęczenie Rodziców ogólnym brakiem wszystkiego, oprócz nadziei na zmianę. Jako dwunastolatek odbywałem wtedy przyspieszony kurs zainteresowania polityką. Ukazujący się wówczas „Świat Młodych” zaczynałem nie od lektury komiksów na ostatniej stronie, lecz od opisów „okrągłego stołu”, na poły propagandowych agitek opisujących jak ładnie i z kulturą oraz w poczuciu odpowiedzialności za kraj dogaduje się władza z opozycją. Także dla mnie, młodego Polaka, w imię lepszej przyszłości. Nie miałem zielonego pojęcia o „zdradzie w Magdalence”, „koncesjonowanej opozycji”, nie miałem pojęcia, że wszystkie te wydarzenia poddane zostaną krytycznemu osądowi. Nie wiem, czy spotkałem się wtedy z hasłem „Gwiazda miałeś rację”. Mój Ojciec radosny szczebiot Joanny Szczepkowskiej, że w Polsce właśnie skończył się komunizm skwitował z sarkazmem, że komunizm w Polsce skończył się w 1956 roku i że właściwie na szczęście nigdy go tu nie było.
Wszystko zmieniało się szybko. W mojej rodzinnej szkole nauczyciele masowo przepisywali się z ZNP do nauczycielskiej „Solidarności”. Znarowiła się tylko moja Matka, zresztą bezpartyjna i jak niemal każdy pro-solidarnościowa, stwierdzając gorzko w domu, że dla lepszych paczek nie będzie się wygłupiać. W rocznicę odzyskania niepodległości na szkolnej gazetce ściennej, oczywiście za zgodą dyrektora, partyjnego aktywisty, który następnie z PZPR przepisał się do PSL, zawiesiła tekst „Pierwszej Brygady”. Zresztą później dyrektor został wójtem, a szkołę, którą wcześniej kierował, zamknął, tłumacząc to koniecznością dopięcia budżetu gminnego. Wielka zmiana na prowincji dokonywała się po cichu, bez fajerwerków.
Polityczne emocje były na dalszym planie, skoro większość czasu i tak trzeba było poświęcać na zmaganiach z realiami gospodarczymi. Owszem, żyło się radośniej i weselej, bo najpierw węższym, później szerszym strumyczkiem napływały dobrodziejstwa zachodniego dolce vita. Dochodziło do takich absurdów, że w GS-ie bez problemu można było kupić Hubę-Bubę, gumę w kształcie papierosów, napój coca-colo podobny w puszkach, ale chleb wciąż był na zapisy, a masło podejrzanie śmierdziało farbą malarską. W 1991 roku dostałem pierwszy paszport z pieczątką „na wsje strany mira”.
Skąd ten mało interesujący dla osób postronnych opis? Zastanawia, na ile Polacy w owym czasie przeżywali wielką zmianę w podobny, nieco dziecinny, a z pewnością prozaiczny sposób. Dla wielu Polaków zmiana nie była wydarzeniem heroicznym, pełnym patosu, ale czymś nader przyziemnym, z konieczną dawką konformizmu, egzystencjalnego banału, z postaciami nie do końca kryształowymi i nie do końca ześwinionymi. W tamtym czasie nie było takie oczywiste, kto gdzie stoi, podział na my/oni w realiach „zwykłej Polski” nie był wcale taki przejrzysty i oczywisty. Rzeczywistość przypominała raczej kopnięte butem mrowisko, w którym każdy, zdezorientowany, targa w swoją stronę słomkę żywota, a co z tego będzie: kto mógł wiedzieć? Nie każdy SB-ek został milionerem, nie każdy solidarnościowiec gołodupcem, choć faktem jest, że ci, co wiedzieli więcej, mogli też więcej. W tym sensie beneficjentami transformacji potencjalnie musieli zostać lepiej poinformowani, ci z lepszymi koneksjami, którzy lepiej się wkomponowali w polityczno-ekonomiczno-towarzyski misz-masz owych czasów. Dlatego Wałęsa ma dziś swój Instytut a Anna Walentynowicz żyje skromnie i zupełnie na uboczu. Dlatego Jerzy Urban jest dziś pełną gębą burżua, a wielu budowniczych Nowej Huty, sentymentalnie i biograficznie związanych z PRL, bynajmniej nie opływa w dostatki. Ba, zdecydowanie lepiej od wielu z nich mają się dziś Mieczysław Gil czy Stanisław Handzlik z pierwszej „Solidarności” ówczesnej Huty im. Lenina, co rzecz jasna można traktować jako objawienie się tzw. sprawiedliwości dziejowej, które to pojęcie, jak wiemy, zaczerpnięto z arsenału terminologicznego marksistów.
Stąd też, obserwując dziś spory o wydarzenia około-czerwcowe i ich konsekwencje ma się wrażenie, że w znacznej mierze debatują spóźnieni prorocy, prorocy po fakcie. Wynika z tego pewnego rodzaju iluzoryczność wszystkich tych fet i potępieńczych swarów, ich zmistyfikowanie na potrzeby (anty)mitu założycielskiego. Zresztą na tym polega dwuznaczna potęga (anty)mitów, że to, co jest tylko perspektywą, przedstawiają jako żelazne fakty. 4 czerwca dla większości Polaków był tylko preludium zmian, albo jednym z wielu wydarzeń w ciągu zachodzących przemian, gdy w rzeczywistości faktycznym (anty)świętem powinien być np. dzień, w którym zadekretowano lub zaczęto wcielać w życie reformy Balcerowicza, bo to one w większym stopniu niż wydarzenia stricte polityczne przesądziły o późniejszych losach obywateli naszego państwa, nierzadko o ich „być albo nie być”. I o tym, jak być, czyli, bardzo często, ile mieć. Ile mieć dla siebie z tamtych dni i lat. A komu i jak wychodzi bilans, to już chyba temat na osobną historię…
przez Anna Mieszczanek | czwartek 18 czerwca 2009 | Felietony - Anna Mieszczanek
Nieustające. Czyśmy 20 lat po 1989 roku bardziej wolni, czy bardziej zniewoleni. Jedni się cieszą i świętują. Inni – ja też – marudzą i się zastanawiają jak to się stało, że mi wypili moje kakao. Jeśli ktoś nie jest ciekawy albo już mu nosem to solidarnościowe kakao wychodzi – niech użyje swojej realnej wolności i kliknie sobie del.
***
Przeczytałam w salonie24 tytuł „Wyłącz system” – tak pisał do mnie Dom Spotkań z Historią, który na Krakowskim Przedmieściu namawiał ludzi, żeby wspominali ‘89 rok. Nie bardzo rozumiałam, w jaki sposób wspominanie ma wyłączyć jakiś system. Przecież tamten, peerelowski, mimo wszystko, został już dawno wyłączony. A ja bym chętnie wyłączyła system, któryśmy sobie sami, na gruzach poprzedniego, zbudowali. System, który z listy wartości wymazał słowo „solidarność” i zastąpił je słowem „zysk”. System marginalizujący kolejne grupy społeczne. System, w którym zwykły, pojedynczy człowiek jest tylko piątym kołem u wozu rozpanoszonej biurokracji. Prawdę mówiąc, tak już jestem znudzona tymi nieustającymi kontrowersjami wokół naszych narodowych świąt, że przyszedł mi do głowy pomysł niemal niegodziwy. Żeby zrobić sobie rok bez świętowania naszej polskości. OK: Boże Narodzenie, Wielkanoc. Może jeszcze Boże Ciało. I więcej nic. Koniec. Pracujemy i nie defilujemy. Oraz nie wręczamy sobie – i nie oddajemy co rychlej – medali. Żyjemy zwyczajnie. Co najwyżej w co drugą niedzielę piszemy na kartkach po 50 razy zapomniane słowo na „S”. Tak jakby nam to pani w szkole zadała za karę. Ale my wiemy, że to nie kara. Przyglądamy się temu słowu w niedzielnym – dla jednych kościołowym dla drugich po prostu wolnym od pracy – skupieniu. Zastanawiamy się: przeżytek to już, czy jeszcze cos żywego? Mury runęły czy dalej rosną? Łańcuch kołysze się u nóg czy nie?
***
Moja pointa oficjalnych obchodów 4 czerwca miała smak gorzkiej czekolady. W Polsacie oglądałam transmisję koncertu z Placu Teatralnego, bo zapowiedział się nie tylko Janerka Lech, ale wręcz Klauss Mitffoch. Po pół godzinie – teleobywatele dostali przerwę na reklamy, choć koncert trwał nadal. Po kwadransie – następne reklamy – koncert szedł swoją ścieżką. Minęła 22.00 i transmisja się urwała. Ot tak, bez zakończenia. Marek Niedźwiecki, który całość prowadził, coś tam chyba jeszcze mówił ,ale już leciały napisy i nie było dźwięku. I zaraz kolejne reklamy.
Jesteśmy wreszcie we własnym domu – jak się mawiało w ‘89 – pomyślałam. Jesteśmy w nim bardzo potrzebni. Przecież ktoś musi oglądać reklamy, prawda? To bardzo ważna, obywatelska, rola. Więc o co ci chodzi?
***
Wciąż podtrzymuję pomysł niedzielnego wpatrywania się w magiczne słowo na „S”. Można to nawet rozszerzyć o czytanie Programu Samorządnej Rzeczpospolitej, przyjętego przez pierwszy zjazd „Solidarności”. Nie ma go w Internecie? A to szkoda. Bo to był wyraz marzenia delegatów na zjazd o kształcie wolnej Polski.
***
Komunizm jest dziś szybko zapominany, a wiedzy o nim nie przekazuje się młodemu pokoleniu (chyba że w formie burleski à la „Miś” Barei). Jednym z powodów jest zbiorowe nieczyste sumienie tych, którzy przez doświadczenie komunizmu przeszli.
Ale zapominany jest także moment – chwilowego – oczyszczenia. Czyli piękne święto „Solidarności”, z buntem w imię godności i konfliktem między władzą a społeczeństwem (jakże celnie!) wyrażonym przede wszystkim w kategoriach moralnych, a nie tylko politycznych czy materialnych. Ta gwałtowna, podjęta w Sierpniu 1980 roku i mobilizująca miliony próba odzyskania godności rozpoczęła się, jak setki wcześniejszych strajków, od żądań ekonomicznych. Ale potem, w drugiej fazie, gdy ryzykowano już w imię wartości (czyli solidarności z załogami zakładów, gdzie wcześniejsze porozumienia zostały zerwane) dokonał się przełom. Doświadczenie moralne (ryzyko w imię wartości) stało się równocześnie doświadczeniem poznawczym. A kategorie etyczne – „dobro – zło”, „prawda – kłamstwo”, zostały uaktywnione jako język publiczny.
To w tym języku określono oś konfliktu, odpowiadając na własne wykluczenie z rządzenia wykluczeniem komunistycznego aparatu z domeny racji moralnej… właśnie to odwołanie się do mitu „dobra” walczącego ze „złem” decydowało o „rewolucyjnym” charakterze „Solidarności”… To w tym języku wyrażono też w 1980 roku wizję „gospodarki etycznej” i solidarnościową antypolityczną utopię (z państwem i społeczeństwem obywającymi się bez pośrednictwa polityki, bo operującymi według tego samego systemu wartości)…
To święto „Solidarności” zakończył stan wojenny. Przyjęty wtedy przez komunistów model represji miał przede wszystkim na celu niszczenie w ludziach „Solidarności” … przekonania o własnej racji moralnej. A tym samym niszczenie fundamentu solidarnościowego „mówienia wartościami”.
…Gdy zniknął mit racji moralnej, zniknął również język, w którym ludzie przeżywali doświadczenie „Solidarności”. Najpierw stało się tak na skutek łamania w stanie wojennym, a potem – za sprawą pierwszych lat transformacji rozmijających się radykalnie z solidarnościową utopią i pokazujących, że uwłaszczony aparat komunistyczny de facto wygrał, zaś wielkoprzemysłowa klasa robotnicza jest głównym przegranym. Wróciło – znane z lat poprzednich – milczenie i trudność wyrażenia zbiorowego doświadczenia.
…Być może, gdyby w Polsce zastosowano amerykański model demokracji, z silnym ładunkiem wspólnotowości (ale też indywidualizmu), naciskiem na samorządność „politycznego społeczeństwa” i aspekt moralny, los „Solidarności” byłby inny. Jednak model „obywatelstwa” w formule liberalnej, a nie republikańskiej, odwołujący się do abstrakcyjnych praw, a nie do wspólnoty, rozmijał się z solidarnościową utopią. Późniejsze republikańskie próby okazały się już karykaturą”
(Jadwiga Staniszkis na konferencji „Solidarność i upadek komunizmu”, 3 czerwca br., http://www.dziennik.pl/dziennik/europa/article398021/Solidarnosc_mit_i_amnezja.html)
***
Jest jeszcze śledź w śmietanie – metafizyczne danie – jak słusznie zauważył Wojciech Młynarski. Polacy to jednak dziwny naród. Nawet śledzia umetafizycznią.
Ja w tym widzę naszą szansę. Na to, żeby pamięć rzeczywiście wyłączyła system.