Podróże kształcą

Logicznie myślący wiedzą, że upadek komunizmu zawdzięczamy Lechowi Wałęsie. To on przekonał Jaruzelskiego, polskiego szlachcica z kresów, w głębi serca patriotę, że Polska powinna być niepodległa, demokratyczna i kapitalistyczna. Polacy jednoczą się ponad podziałami, aby pokazać Europie, że komunizm obalili ludzie honoru, obradujący przy Okrągłym Stole, a nie Niemcy, rozwalając mur berliński. Niemcy nie mówią całej prawdy. Największy w historii kawałek muru odłupał mój mąż z Kazikiem Michalczykiem przy pomocy zakrzywionej rury. Pewnie dostaną zaproszenie na rocznicę do Berlina. Z Niemców nikt śmiać się nie będzie, ale boję się, że wkrótce Polacy będą pośmiewiskiem Europy, ponieważ wiedza o pierestrojce wydaje się na świecie dość powszechna. Nie wpadłabym na to, gdybyśmy nie wybrali się w Góry Fogaraskie w Rumunii.

We francuskim przewodniku turystycznym przeczytałam: „Odkryto, że rewolucja [w 1989 roku] stanowiła manipulację zmontowaną z błogosławieństwem Moskwy”. „Oglądaliśmy komedię nagrań w »procesie« małżonków Ceausescu, Targu Mures i dyskryminację mniejszości węgierskiej”. Moim zdaniem, Ceausescu został zamordowany, ponieważ w oparciu o Chiny uniezależnił się od Moskwy i spłacił zagraniczne długi. Autorzy przewodnika sugerują, że kluczową rolę w tych wydarzeniach odegrał Iliescu „wysoko stojący w hierarchii komunista, wyszkolony w Moskwie przez KGB, panujący nad siecią byłej Securitate, tajnej policji”. „Szczyt barbarzyństwa został osiągnięty, kiedy »czarne twarze« wystąpiły przeciwko tak zwanym »chuliganom« (w istocie przedstawicielom sił demokratycznych, które nie zaakceptowały oszukańczej »rewolucji«), manifestującym na uniwersyteckim placu”.

Dalej już poszło gładko jak w Polsce. W pierwszych demokratycznych wyborach w maju 1990 roku wygrał Iliescu i wprowadził Rumunię do świata zachodniego. Rumunia weszła do Rady Europy w październiku 1993, z akceptacją NATO przystąpiła do programu Partnerstwo dla Pokoju na początku 1994, uzyskała status partnera stowarzyszonego z UZE (Unią Zachodnioeuropejską, wstępny krok do UE). Skończyło się też jak w Polsce. W 1996 r. Iliescu przegrał wybory, ale kraj był już dogłębnie skorumpowany. Nieliczna warstwa nowobogackich i obszary nędzy, zniszczone fabryki, ugory.

Zadziwiły mnie rewelacje francuskich oszołomów, wyznawców spiskowej teorii. Kogo chcemy oszukać świętując w kolejnych odsłonach zwycięstwo Lecha Wałęsy nad komunizmem? UZE odkryliśmy studiując traktat z Maastricht przed referendum i nikt nam nie wierzył. We Francji nie jest to tajemna wiedza. Oszołomy wszystkich krajów łączcie się!

Pożytki z wędrówek po górach są zaskakujące. Najpierw cieszę się, że na miesiąc uciekam z miasta. Kiedy wracam, winda na dziesiąte piętro jest ósmym cudem świata, a gorący prysznic zamiast mycia końca nosa w lodowatej wodzie wprawia mnie w stan zachwytu. Niestety, po kilku dniach pławienia się w luksusach nieuchronnie następuje twarde lądowanie. Dzwoni telefon, kupuję gazety, z telewizora wyłania się wiecznie żywy Stefan Niesiołowski. Dziura w budżecie, „Rosomak” rozleciał się na minie-pułapce, katarski inwestor okazał się kiełbasą wyborczą. Na Westerplatte wszyscy podkreślają, że Lech Wałęsa reprezentuje wartości, na których budujemy wspólny europejski dom. Nigdy więcej wojny pod warunkiem, że potrafimy rozchmurzyć Putina. Jak to zrobić, najlepiej wie Wałęsa. Niemcy mają swojego bohatera Schroedera, biznesmena budującego z Rosjanami podmorski rurociąg. Putin zaleca Polakom model niemiecki.

Wymyśliłam sposób łagodzenia skutków zderzenia z cywilizacją. Najpierw miękkie lądowanie, czyli kilka dni w Beskidach. Też góry i problemów nie brakuje. Jesienne maliny tak obrodziły, że właścicielka zachęca, aby sobie zebrać za darmo, bo już nie może więcej usmażyć. Krowa jest cielna i sąsiadka martwi się, że nie będzie twarożku. Dwa koguty pobiły się o kilka kur. Jajko tych kur kosztuje 50 groszy. W Gdańsku za jajko kury z wolnego wybiegu płacę prawie złotówkę.

Są też inne problemy. Wysypisko nie może przyjąć śmieci przywiezionych przyczepką. Śmieci wolno odbierać tylko od przedsiębiorców z licencją. Policja nie wie, gdzie wyrzucić śmieci, aby nie zapłacić mandatu. Wszyscy wiedzą, a policja nie wie. Jak się dowie i zacznie sypać mandatami, na śmieciach wyrośnie mafia, jak w Neapolu. Problemem zainteresowała się lokalna telewizja, ale propozycja, aby odbierać śmieci od wszystkich i jeszcze płacić parę groszy za kilogram, nie zyskała uznania. Przed wysypiskiem ustawiłaby się kolejka ludzi z reklamówkami, workami i przyczepami pełnymi śmieci i kraj byłby czysty.

Z kolei w Komańczy zwiedziliśmy zakład produkujący brykiety z siana i trocin. Trociny są w tartakach kłopotliwym odpadem, a bele siana zalegają latyfundia prominentów z Warszawy, którzy muszą kosić łąki, aby dostać unijne dotacje. Surowca jest obfitość, ale biznes rozkręca się powoli, chociaż właściciel jest pomysłowym projektantem. Brykiety z trocin obciążone są 22-procentowym VAT-em, brykiety z siana, jako produkt rolniczy, VAT-em minimalnym. Korzystnie byłoby do siana dodawać trociny, ale to zmienia kwalifikację produktu. Kwadratura koła, bo albo cena za wysoka, albo wartość kaloryczna za mała. Na obniżkę VAT-u nie ma co liczyć, bo premier łata dziurę budżetową. I tak w Komańczy skończyły się wakacje od polityki.

Pochwała parytetów

Niedawno w obiegu publicznym pojawił się ponownie postulat tzw. parytetów na listach wyborczych do Sejmu i Senatu. Odgórne ustalenie proporcji kandydatów do parlamentu wedle kryterium płci zostało podniesione przez Kongres Kobiet, który zgromadził przedstawicielki wielu środowisk ponad podziałami partyjnymi i ideologicznymi. Postulat ten pozytywnie skomentował prezydent Lech Kaczyński, co na prawicowych forach internetowych zostało przyjęte z dezaprobatą, jako ideologiczna zdrada, bo to wszak postulat „lewacki”.

Fałszywy jest argument, jakoby ewentualne wprowadzenie parytetów na listach wyborczych było zmuszaniem wyborców do czegokolwiek. Parytet nie oznacza przecież obowiązku głosowania na kobiety. Wyborcy spośród zaproponowanych kandydatów mogą wybrać samych mężczyzn, czyniąc tak z jakiegokolwiek powodu (bo bardziej im ufają, bo uważają, że polityka to „męska sprawa”, bo nie wierzą w kompetencje kobiet itd.). Wyborca nadal swobodnie będzie dawał upust swoim wyobrażeniom na temat tego, kto i dlaczego powinien go reprezentować. Kobiety dzięki parytetowi nie otrzymają nawet najmniejszej gwarancji sukcesu w wyborach – dostaną natomiast szansę. I to jest właśnie sedno sprawy.

Przeciwnicy parytetów często używają argumentu, że dlaczego akurat kobiety, a nie na przykład łysi, rudowłosi czy okularnicy. A czy z faktu posiadania łysiny wynikają jakieś konsekwencje ogólnospołeczne? Bo z faktu, iż to kobiety np. rodzą dzieci, takie konsekwencje jak najbardziej wynikają. Inna jest choćby sytuacja kobiet na rynku pracy, w inny sposób niż mężczyźni korzystają one ze służby zdrowia, co innego jest dla nich – z uwagi na dzieci – ważne w funkcjonowaniu instytucji, w przestrzeni publicznej itp. Można zatem uznać, że zwiększenie szans na bardziej liczną reprezentację kobiet w organach władzy sprawi, iż lepiej zostaną wyartykułowane i zaakcentowane problemy typowe dla tej grupy – a jest to grupa, która stanowi ponad połowę społeczeństwa, nie zaś nieliczna, marginalna garstka.

Nie wiem, czy większa reprezentacja kobiet w parlamencie polepszy funkcjonowanie władzy państwowej, czy przyczyni się do poszerzenia spektrum problemów społecznych, które Sejm i Senat raczą dostrzec, czy zmieni kulturę polityczną itd. Nie wiem nawet, czy sprawi, że problemy dotykające głównie kobiet byłyby silniej akcentowane w sferze publicznej. Nie istnieje wszak żadna gwarancja, że „dodatkowe” posłanki i senatorki reprezentowałyby interesy kobiet, nie zaś swoich partii, sponsorów kampanii wyborczych, rozmaitych lobby i grup społecznych, które stanowią ich zaplecze polityczne. Jednak samo prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu we wspomnianej kwestii sprawia, że gra jest warta świeczki. Ale przede wszystkim sama idea parytetów, nie tylko w kwestii płci, wydaje się warta rozważenia jako pomysł na stworzenie podobnej pozycji startowej dla różnych grup.

Przeciwnicy parytetów często argumentują, że jest to sztuczna ingerencja, w dodatku szkodliwa, gdyż dyskryminuje lepszych a wspiera gorszych. Przekonują, że gdyby wprowadzić parytety, to z list wyborczych wypadnie iluś tam świetnych kandydatów, których jedyną winą będzie to, że są mężczyznami, zaś ich miejsce zajmą osoby, które są mierne, a ich jedyną zaletą będzie płeć żeńska. Zapewne w jakiejś części przypadków tak się stanie, choć patrząc na realia list wyborczych – nierzadko nie wyczerpujących możliwości wystawienia maksymalnej ilości kandydatów albo bazujących na swoistej łapance – mam wrażenie, że to raczej wydumany problem. Jednak sam ten argument jest zarazem naiwny, jak i wymowny. Przypomina on do złudzenia skrajnie liberalne gawędy o tym, że jeśli państwo nie ingeruje w wolny rynek, wówczas wygrywają na nim najlepsi przedsiębiorcy, na czym korzystają wszyscy klienci.

Jest to oczywista bzdura, bo nie uwzględnia nierównej pozycji startowej. Wielki koncern wcale nie musi oferować produktów lepszych i tańszych niż jego niewielki konkurent. Wystarczy, że ma nieporównanie większe środki na reklamę lub na tzw. wrogie przejęcia, by ten drugi nie mógł dotrzeć do klientów, zaś oni nie będą mieli możliwości dowiedzieć się o tym, że gdzieś czekają na nich dobre i niedrogie wyroby.

Podobnie jest na płaszczyźnie jednostkowej – nawet przeciętnie rozgarnięty potomek zamożnej rodziny ma o wiele większe szanse rozwoju, siłę przebicia i widoki na tzw. karierę niż znacznie zdolniejsze i pracowitsze dziecko, którego ojciec jest bezrobotnym, a matka ekspedientką w spożywczym. Gdyby zostawić ów problem w sytuacji „naturalnej” i nie wyrównywać szans obu tych dzieci, to oczywiście jeden z dziesięciu ubogich, lecz zdolnych uczniów złapie Pana Boga za nogi, czyli zyska prywatne stypendium filantropa lub zostanie dostrzeżony przez fundację prowadzoną przez zamożne przedsiębiorstwo. Ale pozostałych dziewięciu zostanie „straconych”. Zamiast rozwijać swoje pasje, z czego skorzysta też – choćby mimochodem – całe społeczeństwo, jako odbiorcy ich dzieł materialnych lub symbolicznych, będą oni robili coś zupełnie innego, nie mając szans wyrwać się ze swego tzw. naturalnego otoczenia.

Ano właśnie, natura. Przeciwnicy parytetów, tj. ci z nich, którzy wyznają poglądy liberalno-prawicowe, lubią się powoływać na naturę i na to, że odgórne ingerowanie w skład personalno-płciowy list wyborczych jest z ową naturą sprzeczne. To temat na osobne rozważania, ale poglądy tego rodzaju są dość kuriozalne. Sama bowiem natura jest trudna do zdefiniowania, bo nie dość, że człowiek jest istotą cokolwiek „plastyczną” i potrafi się dostosować do wielu warunków (stąd zresztą nasz ewolucyjny sukces), to w dodatku w dziejach ludzkości funkcjonowały z powodzeniem rozmaite style życia i postawy. Oczywiście istnieje pewien zestaw zachowań, które są bardziej perspektywiczne niż inne, ale ich wachlarz jest na tyle szeroki, że nie ma tu jednego i jedynego wzorca. Sukces odnoszą zarówno indywidualistyczno-hedonistyczni Amerykanie, jak i kolektywistyczno-skromni Japończycy, całkiem nieźle mają się katoliccy monogamiści oraz islamscy Arabowie z czterema żonami.

Zresztą, gdyby człowiek chciał być „naturalny”, to cała nasza cywilizacja wyglądałaby zgoła inaczej. Historia ludzkości to raczej historia przezwyciężania natury i jej „wytycznych”. Nie przezwyciężymy ich całkowicie nigdy, nie byłoby to też zapewne wskazane (wszak biologiczny aspekt człowieczeństwa nie wziął się z przypadku i jest równie ważny, jak kultura), ale ludzie mówiący o bazowaniu na naturalnych wzorcach są bardzo krótkowzroczni. Prawicowa część zwolenników owej natury lubi na przykład podkreślać, że sprzeczny z nią jest homoseksualizm, bo nie występuje wcale – lub jedynie rzadko – w przyrodzie, a z racji swej „bezpłodności”, jest skazany na porażkę jako strategia gatunkowa. Jednocześnie te same środowiska nie chcą dostrzec faktu, że gdybyśmy mieli bazować na naturalnych rozwiązaniach, wówczas musielibyśmy zalegalizować eutanazję, bo natura nie zna czegoś takiego, jak sztuczne podtrzymywanie życia. Ba, nie zna nawet specjalnej troski o osobniki stare i nie potrafiące się samodzielnie utrzymać. Podobnie jest z aborcją – niemal nie istnieje u zwierząt mechaniczne przerwanie ciąży (choć zdaje się, zdarza się wśród wilków), ale już czymś całkiem nomen omen naturalnym jest porzucanie czy zabijanie części potomstwa, gdy nie istnieją możliwości porządnego wykarmienia wszystkich młodych. Natura preferuje silnych i sprawnych, reszta się nie liczy. Trudno zatem dosłownie wzorować się na naturze, a ja osobiście jestem wręcz szczęśliwy, że nie muszę żyć w świecie, w którym bez pardonu zabija się „zbyt liczne” potomstwo, starców czy osoby niepełnosprawne.

Notabene, religijni prawicowcy nie chcą dostrzec, że całe chrześcijaństwo jest pierwszym tak radykalnym w dziejach zakwestionowaniem natury i dowartościowaniem kultury, jest pochwałą ideałów przeciwko nagiej biologicznej sile i wynikającym z niej rzekomym „koniecznościom życiowym”. Prawicowcy zresztą miotają się w tej kwestii między sprzecznościami. Z jednej strony, mają skłonność do traktowania człowieka w kategoriach idealistycznych, tak jakby ludzie byli eterycznymi duchami, pozbawionymi biologicznych potrzeb i instynktów. Stąd choćby prawicowe lekceważenie ekologii, pod pretekstem, że chroni ona „jakieś żabki i kwiatki” – tak jakby człowiek nie potrzebował do życia tego samego ekosystemu, dzięki któremu istnieje środowisko naturalne „żabek i kwiatków”. Z drugiej zaś strony ta sama prawica wzywa do przestrzegania „praw naturalnych” i przekonuje, że ingerencje w biologię ludzką są „wbrew naturze” itd. A przecież nieporównanie więcej ludzi umiera wskutek chorób cywilizacyjnych, będących m.in. efektem lekceważenia zasad ochrony środowiska, niż wskutek eutanazji, nawet tam, gdzie jest ona legalna.

Wróćmy jednak do parytetów. Jak wspomniałem, nie jestem pewien, czy parytet na listach wyborczych cokolwiek zmieni na lepsze z punktu widzenia społeczeństwa i samych kobiet. Wiem natomiast, że różne „nierównościowe” formy wsparcia poszczególnych grup rzeczywiście są „wbrew naturze”, ale jednocześnie metodą prób i błędów czynią życie ludzi bardziej znośnym i godnym. Dzięki „parytetowi”, jakim są dotacje z PFRON-u – nie dostają ich wszak ani „normalni” pracownicy, ani łysi, rudowłosi i okularnicy – osoby niepełnosprawne mają szanse na samorealizację, pracę i poczucie akceptacji, zamiast w zapomnieniu, goryczy i frustracji nie opuszczać czterech ścian własnego mieszkania przez kilkadziesiąt lat (chcielibyście tak żyć, zdrowi i sprawni mądrale?). Dzięki „parytetowi” w postaci stypendiów socjalnych, ubożsi studenci mogą w normalnych warunkach zdobyć wykształcenie i wzmocnić szanse rozwojowe całego społeczeństwa. Dzięki „parytetowi” w postaci dodatkowych norm i przepisów, kobiety w ciąży nie dźwigają w pracy dużych ciężarów, co chroni je przed poronieniem. I tak dalej. Tak naprawdę, jesteśmy otoczeni przez setki i tysiące przeróżnych parytetów, czyli form odgórnego wyrównania szans wielu grup społecznych – a wszystko to „wbrew naturze”.

Tam, gdzie nie sięga się po argumenty „naturalne”, często mowa natomiast o „porządku kulturowym”. Skoro kobiety nigdy nie pchały się tłumnie do władzy, skoro w tak wielu kulturach i epokach rządzili mężczyźni, to widocznie „tak powinno być”. Jest w tym argumencie nieco racji. Jednak, po pierwsze, nie bierze on pod uwagę wspomnianych skutków parytetu, który może, lecz nie musi zwiększyć udział kobiet we władzy, a nawet gdy to uczyni, to na określony czas, po jakim decyzja wyborców może być zgoła odmienna. Po drugie zaś, lekceważy kwestię pewnego wzorca publicznego – może kobiety „nie pchały się do władzy” nie dlatego, że nie chciały lub nie potrafiły jej sprawować, lecz z takiego samego względu, z jakiego w społeczności kultywującej od lat i powszechnie kanibalizm trudno o licznych adeptów wegetarianizmu.

Mam sporo sympatii dla takiego konserwatyzmu, który wyraża się nie w ideologicznych formułkach, lecz w tzw. zdrowym rozsądku, w ostrożności wobec pochopnych i nazbyt głębokich zmian. Zwłaszcza po doświadczeniach XX-wiecznych totalitaryzmów i ich inżynierii społecznej, a także w obliczu współczesnych wyzwań (jak manipulacje genetyczne, klonowanie, sprzężenie technologii z biologią człowieka itp.) powinniśmy nieufnie odnosić się do silnych ingerencji w istniejący porządek. Ale zarazem nie należy zapominać, że dzisiejszy świat pozostawia sporo do życzenia. Idea tego konkretnego parytetu – zwiększenia udziału kobiet na listach wyborczych – nie wydaje mi się żadnym istotnym zagrożeniem, bo trudno tu wskazać potencjalne wielkie szkody, które mogłyby wyniknąć z faktu, że liczba posłanek i senatorek wzrośnie np. z 15 do 30% ogółu reprezentantów społeczeństwa.

Nie zawsze parytety są dobrze pomyślane i sensownie wprowadzone w życie, nie zawsze należy forsować „nowinki” na siłę i w błyskawicznym tempie (tworzenie kultury wbrew naturze to proces rozłożony na lata i dekady). Ale warto bronić samej idei wsparcia różnych grup i wyrównania ich szans, wbrew sloganom o „właściwym porządku”, „sprawdzonych zasadach”, „naturze” itp. Nawet jeśli powątpiewamy w społeczne korzyści takich rozwiązań, to warto je docenić z czysto indywidualnego punktu widzenia. Choć wielu z czytających te słowa nie stanie się nigdy kobietami, to żaden z nich nie ma pewności, iż kiedyś nie będzie ubogi, niepełnosprawny, schorowany, stary itp. Oczywiście, jak mówi znane porzekadło, lepiej być pięknym, młodym i bogatym, ale aż tyle szczęścia ma bardzo niewiele osób, a i te – do czasu. W interesie większości leży zatem, żeby idei parytetów nie wyrzucać na śmietnik. Istnieje bowiem ryzyko, że wówczas na jak najbardziej realnym śmietniku znajdziemy się kiedyś my sami.

Nic nie jest wieczne

Kiedy myślę o stabilności (europejskich) demokracji, przypominają mi się złudzenia sprzed II wojny światowej, gdy za cenę kolejnych ustępstw na rzecz Adolfa Hitlera „ratowano pokój”. I przypomina mi się ta niefrasobliwa, czasem wręcz fanatyczna miłość zachodnich intelektualistów do Związku Radzieckiego, ojczyzny światowego proletariatu, którego prawdziwym obliczem były już wówczas wielki głód na Ukrainie i rozsiane po Sowietach wyspy gułagów. Dalszy ciąg tej historii znamy nieźle, lekcję odebraliśmy na własnej skórze…

Przedwojenne sprawy nie sprowadzają się jedynie do polityki. Można zaryzykować publicystyczną tezę, że cywilizacja zachodnia (de facto państwa, które nadają jej ton) cierpi na pewien rodzaj ospałości, a może nawet pogrążona jest w drzemce, ukołysana własnym dobrobytem i jego złudzeniami, przekonaniem o własnej wspaniałości i szlachetności. Jaka jest ta szlachetność, Polacy mogli się przekonać już w czasach Wielkiej Emigracji, gdy na życzenie carskich ambasadorów inwigilowano ich, odmawiano bytności na terytorium państw zachodnich, czy tworzono swoiste „kordony sanitarne” jak najdalej od Paryża, pozwalano, by polscy emigranci wegetowali w nędzy. Byli niechcianymi gośćmi, intruzami. Zapatrzony we własne sprawy i interesy Zachód uważał ich za kłopotliwy balast, zarzewie rewolucji, potencjalne źródło niepokojów. I na dobrą sprawę niewiele się z upływem czasu zmieniło: od „dziwnej wojny” po Jałtę okazywaliśmy się sojusznikiem niechcianym i traktowanym po macoszemu. Bo Zachód miał swoje sprawy.

Dziś uważamy się za pełnoprawną część tzw. Europy. Na ile to racja, a na ile wciąż jesteśmy krajem peryferyjnym, to temat na osobną dyskusję. Wydaje się jednak, że swoisty „europocentryzm”, cywilizacyjny egoizm ma się dziś wcale dobrze. Jest w tym pewna dwuznaczność: z jednej strony Zachód opiera się na hasłach tolerancji, multikulturalizmu, swobód obywatelskich, demokracji, czyli wpływu ogółu na formę i treść sprawowanych rządów, z drugiej zaś strony sprawia wrażenie niemal kompletnie wyjałowionego etycznie, tak w sferze biznesu, jak i polityki. Przynosi to konkretne, nader wymierne skutki, nie tylko dla Trzeciego Świata: od rabunkowej gospodarki zasobami, sprowadzenia znacznej części ludzkości do taniej, wręcz niewolniczej siły roboczej, przez polityczne i ekonomiczne manipulacje, po tak „banalne” przykłady jak seks-turystyka, gdy poczciwy europejski mieszczuch zrzuca maskę kulturalnego człowieka i okazuje się zwykłym zboczeńcem, wykorzystującym swoją pozycję i możliwości finansowe do najgorszych bezeceństw. Bo też logika dobrobytu, konsumpcji jako sensu życia nie tyle jednostek, co społeczeństw, ma obok radosnej, a przecież i pożytecznej strony – swój straszny cień. Tę ohydną, nade wszystko właśnie etyczną senność na którą nie ma dziś bodaj skutecznego antidotum.

Oczywiście, obraz ten jest o wiele bardziej złożony: kwestie ekonomiczne, cywilizacyjne przenikają się z geopolityką. Obawa przed islamizacją Europy czy radykalnym islamem, który – czy do końca słusznie? – jawi się jako świat bezwzględnie przestrzeganych wartości wobec „zgniłego Zachodu”, to jedna ze znanych publicystycznych i literackich klisz. Ale tu, w Polsce, sensowniej jest myśleć o innych zarzewiach potencjalnych kłopotów. Niemiecki rewizjonizm historyczny, dotyczący II wojny światowej, przenikający powoli do kultury masowej („Walkiria” z Tomem Cruisem), silne tendencje szowinistyczne na Ukrainie, bynajmniej niewygasłe ambicje imperialne Rosji, które stanowią jeden z jej czynników państwowotwórczych: wszystko to może kiedyś doprowadzić do nowej katastrofy.

Jednym z europejskich złudzeń, zaznaczmy raz jeszcze, jest to dziwaczne, choć poniekąd zrozumiałe przekonanie, że każdy okres historyczny, przynoszący względne uspokojenie, przyniesie wreszcie „pokój wieczysty”. Zresztą, jest to po części złudzenie stare jak ludzkość. Ulubionym zajęciem fałszywych proroków było utrzymywanie Izraela w przekonaniu, że nie grozi mu żadne poważne zło: wewnętrzne, ni zewnętrzne. Dlatego prorok Jeremiasz wołał: „mówią Pokój, Pokój!, lecz nie ma pokoju!”.

Dziś woła się powszechnie: dobrobyt i postęp, lecz czyj dobrobyt i za jaką cenę, o tym mówi się rzadziej. Utrzymuje się iluzje zjednoczonej Europy i euroatlantyckich „wojen o demokrację”, po tym, jak rozgrywano interesy zainteresowanych państw kosztem tragedii bałkańskiej, a szczytne idee amerykańskich krucjat czuć z daleka pieniędzmi, ropą i/lub polityczną hegemonią mocarstwa. Nie dotyczy to bynajmniej jedynie aktualnych spraw. Wiele lat temu arcybiskup Romero – później zamordowany – pisał do prezydenta Cartera: „Jestem bardzo zaniepokojony wiadomością, że rząd Stanów Zjednoczonych rozpatruje sposoby udzielenia pomocy wojskowej Salwadorowi, uwzględniając wysyłanie sprzętu wojskowego i doradców… Jeśli wiadomość ta jest prawdziwa, to Pański rząd nie przyczynia się do wprowadzenia większej sprawiedliwości i pokoju, lecz, przeciwnie, popiera niesprawiedliwość i represje wobec zorganizowanego ludu, który bardzo często walczy o respektowanie najbardziej elementarnych praw człowieka”.

Bo też na końcu iluzji tego pięknego świata, który jeśli walczy, to walczy o pokój i dobrobyt, zawsze jest człowiek, często najsłabszy i najuboższy, bezsilny wobec możnych tego świata, ekonomicznych i cywilizacyjnych struktur. Zarówno ten, co jest najsłabszy w łonie kobiety, jak ten, co stoi z kijem lub kamieniem wobec uzbrojonych po zęby „stróżów ładu” lub rewolucjonistów, ten, co psychicznie nie wytrzymał wyścigu szczurów i ta kobieta, która w „latających fabrykach” korporacji przez kilkanaście godzin dziennie za grosze przyszywa sympatyczne loga korporacji, które później nosimy na sobie jako obywatele „lepszego świata”. Obywatele syci na ogół, choć wciąż pragnący więcej i więcej, bez pytania o faktyczne koszta życia w złotej klatce.

To wszystko jest nasz świat, nasza cywilizacja: samolubna, egoistyczna, krótkowzroczna. I jakże zawsze zdziwiona, gdy w końcu bomby zaczynają wybuchać pod jej niebem.

Biała flaga z napisem na literę es. Oraz Kosmici

Nie rozumiałam, o co mu chodzi, ale w końcu mi się przypomniało. Przecież raz do roku przylatują do nas ci łysi z wielkimi oczami z Kosmosu, żeby w imieniu Wszechświatowego Porządku zrobić u nas kontrol. Nasz premier też ostatnio robił kontrol. Sprawdzał w ZUS-ie, czy Polacy nagle tacy chorzy, czy tylko im lekarze wystawiają lipne zwolnienia z dobrego serca. Bo każdy ma swój plan kontroli. I oni tam w Kosmosie też mają, no i co – raz muszą przylecieć, żeby nas sprawdzić. Kontrolowanie wszystkiego, co się rusza oraz całkowity brak zaufania nie jest w końcu polskim wynalazkiem – taki świat, można powiedzieć. A nawet – taki Wszechświat.

No więc wykorzystali ten maszt Bono i przyjechali. Ja już tych z Kosmosu mam serdecznie dosyć i już nie mam siły im tłumaczyć, że u nas wszystko jest OK i tylko wygląda, że jest dziwne i jakby na odwrót. Jak byli rok temu – jakoś zawsze w sierpniu przylatują (zobacz tutaj) – to jeszcze jakoś wytrzymywałam. Ale teraz?

No bo oni się zachwycili, że jak tylko Bono machnął flagą „Solidarności”, to zaraz siedemdziesiąt tysięcy gardeł na stadionie jęknęło z zachwytem: Tak, tak! To my! Wspaniali Polacy!

No, a potem ci z Kosmosu czytają gazety i tam jest o jednej pani z Poznania, co pięć lat mieszka sama, samiuteńka bez prądu i wody, w kamienicy, co ją już dawno sprzedali i właściciel podniósł czynsz, więc wszyscy się wynieśli, a pani nie ma dokąd, to została. Chodzi pani o kulach na swoje piętro, zawał miała, ale samorząd jakoś jej nie chce pomóc, bo mówi, że ma dobrze.

Potem ci z Kosmosu wzięli inną gazetę i przeczytali, że po wakacjach dzieci nie dostaną w szkołach obiadów, bo rząd ma kryzys i tnie koszty gdzie najłatwiej.

No, albo o Helu przeczytali, który się zaraz zapadnie w morze od nadmiaru samochodów na centymetr kwadratowy półwyspu. Czytają, czytają i nie mogą załapać, że to już tak od dwudziestu lat i nikt nic nie może zrobić, chociaż to park krajobrazowy, bo przecież dbamy o środowisko i mamy przepisy. Ja im tłumaczę, że przepisy u nas nie są po to, żeby ktoś egzekwował ich przestrzeganie, tylko po to, żeby były, jak się Unia zapyta, czy są. Policja czy miejskie straże mają przecież ważniejsze rzeczy na głowie. Muszą się liczyć z obywatelem i to im zajmuje bardzo dużo czasu. No i kupili im nowe mundury, w których się odparzają, więc naprawdę mają co robić. Smarują się maściami po tych odparzeniach. To dużo czasu zajmuje w końcu.

Więc mówię tym z Kosmosu, że u nas tak już po prostu jest, że na pokaz to jesteśmy cacy, a na co dzień jest do kitu, tak że tylko uciekać stąd.

To oni mówią, że my tu mamy jako naród schizofrenię i że trzeba nas leczyć.

To ja na to, że żadna schizofrenia, tylko elity zwariowały i wmówiły narodowi, że teraz ma być ostry kapitalizm z państwowym sterowaniem, sprzedaje się ile można, miedź czy srebra, co tam kto zauważy, byle wyżywić coraz więcej dziewczynek z pieczątkami i chłopców z placu skarbowego oraz pracowników dawnych służb, bo przecież ktoś ich musi wykarmić, a jak nie my – to kto?

To oni mówią, że przecież jak jest źle, to można do sądu.

A ja ostatnio byłam w jednym sądzie i sama widziałam te sterty pism dowodowych i procesowych, co ich normalnym językiem nie opiszesz, i parę kobitek, co w tych stertach buszowały jak w zbożu, próbując znaleźć cokolwiek. Na płacz mi się zebrało. Jedna jedyna toga walała się samotna pod biurkiem z nieczynną drukarką.

Nasza ciotka Temida jest szalona – mówię tym z Kosmosu. No i strasznie niedoinwestowana. Dlatego tylko dzieci zabiera mamom, jak uzna, że mamy się nie nadają, a tata za stary. Jedna Róża, co się właśnie urodziła – tak miała. A teraz jeszcze jeden pan pracodawca, co mówi o sobie „Lewiatan”, chce żeby nie tylko sąd zabrał mamom dzieci, ale i rząd wdowom renty, gdyby mąż jakiś umarł. I jak posłowie klepną, to sąd zabierze. I też będzie git. Potem pan Tymochowicz w „Dzienniku” znowu nada do wierzenia narodowi, że nie powinniśmy zazdrościć celebrytom wielkich pieniędzy, co je dostają za nic, a my się tylko możemy oblizać, bo oni się umieli sprzedać, a my nie. I że my mamy popracować nad tym, jak się sprzedać.

To wtedy ci z Kosmosu nastawiają te swoje wielkie niebieskie oczy i jak to oni… Że rekomendują nam zmianę ordynacji wyborczej. Że jak obywatel będzie wybierał konkretną osobę w jednomandatowym okręgu, to będzie lepiej. I że powinna być przez rząd zainicjowana, tfu tfu, debata, żeby nową umowę społeczną zawrzeć, bo stara nie działa i nie wiadomo co by ludzie chcieli finansować za swoje podatki, żeby chociaż nie szkolenia z mówienia miłym głosem dla pracowników ZUS-u i że nie można tak wszystkiego sprzedawać i tylko wciąż narodowi dokładać formularzy i zabierać świadczeń, bo się naród na śmierć zamęczy i wtedy nawet cztery ZUS-y nie nadąża z drukowaniem pieniędzy na renty, a minister Boni chyba się zapłacze, że mu tu nikt nie pasuje do wizji nowoczesnej Polski.

Teraz siedzą mi jeszcze koło biurka i w kółko mówią, że nie powinnam być taka sprzeczna wewnętrznie, że raz mi się podoba, a raz nie i że trzeba u nas wreszcie wprowadzić jakiś porządek.

No to jak ja im mam wytłumaczyć, że tu już nikt nie ma na nic siły, a najbardziej ja. Kompletny brak porozumienia międzygalaktycznego.

Przeczytali jeszcze w gazecie jedną znaną dość panią socjolog, co powiedziała, że: „Jeżeli politycy będą wykonywać ruchy pozorne, to ludzie zdeterminowani – tak jak ja – rzucą się do walki, by pokazać, że rządzący nami są pacanami. I powinni zrobić miejsce dla kogoś innego”.

– Matko jedyna! Jak już światli ludzie nauki chcą się brać do walki z pacanami, to my wracamy do siebie – powiedzieli. I odlecieli.

Wcale nie wiem, czy jak przyjadą za rok, też się zgodzę im Polskę tłumaczyć. Co najwyżej machnę im flagą z napisem na „S”, jak Bono w Chorzowie. A co!

Miraże słodkiego życia na kominie

Dlaczego bronicie żabek a nie ludzi? Chodzi oczywiście o Dolinę Rospudy, gdzie zjawiliśmy się dość efektownie, bo z namiotem w tęgie mrozy. Wszyscy to zauważyli i PiS musiał się tłumaczyć, dlaczego rekomenduje Andrzeja Gwiazdę do Kolegium IPN.

Obrońcom agentów źle kojarzyła się obrona żabek, ale to mogę zrozumieć. Natomiast nie rozumiem, dlaczego to pytanie zadają polscy patrioci na każdym publicznym spotkaniu. Dlaczego interesy ponadnarodowych korporacji, żądających wygodnego transgranicznego transportu, uznano za polską rację stanu? Może chodzi tylko o to, że skoro sąsiedzi żądają – to zastaw się, a postaw się, więc pokażemy im, że nie jesteśmy zapyziałą prowincją Europy.

Wyremontowanie drogi między wsią Marcinkowice a przysiółkiem Łęg, na której moja siostra demoluje swój samochód, do polskiej racji stanu się nie zalicza. Ta droga z gigantycznymi dziurami stanowi wyzwanie, terenowy tor przeszkód dla quadów, które są ostatnio najmodniejszym prezentem na pierwszą komunię. Przyjęcia na pierwszą komunię organizuje się teraz na 100 osób w eleganckich lokalach. Część społeczeństwa jest zamożna, biedniejsi biorą pożyczkę w banku. Z łezką w oku wspominam wiosenny czas pierwszych komunii w zgrzebnych czasach PRL. Z otwartych okien w bloku dochodziły chóralne śpiewy dorosłych, którzy raczyli się czymś mocniejszym. Przed blokiem chłopcy ścigali się wożąc na taczkach z budowy koleżanki-aniołki w białych szatkach. Przynajmniej wszyscy bawili się dobrze i tanio. Teraz aniołki już po cywilu rozjeżdżają quadami polne drogi, łąki i zagajniki.

We Francji ochrona krajobrazu i obrona środowiska naturalnego jest oczkiem w głowie samorządów lokalnych. W Polsce też tak będzie – pociesza mnie koleżanka z Francji. Może doczekam. Po spotkaniu w Bielsku-Białej nocowaliśmy we wsi Brenna niedaleko Skoczowa. Za oknem szumiał górski potok, wokół lasy, samochodów niewiele. Wójt nie jest entuzjastą dobrej szosy przez przełęcz do sąsiedniej doliny – turyści nie przyjadą, przejadą przez Brenną. Ma rację. Schroniska na alpejskich przełęczach straciły klientów, kiedy pobudowano przelotowe szosy.

Ten nietypowy wójt wydaje pisemko pod ciekawym tytułem „Antidotum”. Z tej gazetki dowiedzieliśmy się, że „Głos Ziemi Cieszyńskiej” opublikował artykuł pod tytułem „Kontrowersyjny ks. Popiełuszko”. „Kontrowersyjny”, słówko-wytrych, nigdy nie jest używane w stosunku do osób, które mieszczą się w głównym nurcie polityki. Na przykład biskup Gocłowski nie jest kontrowersyjny, chociaż mieszkańcy gdańskiej diecezji byli zgorszeni jego udziałem w pogrzebie gangstera „Nikosia” i brakiem nadzoru nad finansami firmy Stella Maris.

Dlatego nie martwię się, że Andrzej Gwiazda jest „kontrowersyjny”. Na promocji naszej książki w Warszawie pewien patriota powiedział: „Nie dajcie się zmarginalizować do roli obrońców żabek”. Funkcjonowanie na marginesie życia publicznego to nasza specjalność. I tak wróciliśmy do biednych żabek, które dobrzy ludzie zbierają do koszy w czasie wiosennej wędrówki żab do zbiorników wodnych i przenoszą na drugą stronę drogi.

Zastanawiam się, jak patrioci chcą wychować patriotyczną młodzież, tępiąc odruchy współczucia, troskę o ojczystą przyrodę, szersze zainteresowanie przyszłością świata.

W gazetce „Antidotum” znalazłam też przedruk z „Rzeczpospolitej” artykułu Marka Nowakowskiego. Podtytuł – „Chamostan rośnie w siłę, jego kodeks postępowania staje się niepisaną normą” – zapowiadał ciekawy tekst. Znany pisarz bije na alarm: „Miałkość, małość zyskały pierwszeństwo”, piętnuje „zamęt światopoglądowy”, a także „małpią, powierzchowną europeizację”. Zgadzałam się z autorem, który jako antidotum proponuje powrót do historii, tradycji, woli wspólnego działania. Gdy Nowakowski wyjaśnił dokładniej, co zagraża polskiej młodzieży, przestałam rozumieć, o co mu w ogóle chodzi:

W Parlamencie Europejskim prym wiodą ludzie o rodowodzie lewackim, apostołowie marksizmu, maoizmu, trockizmu, wielbiciele Che Guevary i Czerwonych Brygad. Działają na frontach globalizacji, ekologii, katastrofy klimatycznej, pomocy dla głodujących w „trzecim świecie”, obrony Palestyńczyków. Bezbronna polska młodzież bawi się w parady feministyczne czy gejowskie, protesty w Dolinie Rospudy, wdrapywanie na wysokie kominy. Te zabawy są wyrazem pogoni za sukcesem materialnym, kariery za wszelką cenę, mirażem słodkiego życia.

Miraże słodkiego życia po wdrapaniu się na wysoki komin? Pomoc dla dzieci w Afryce umierających z głodu, którą organizują również polscy misjonarze, to spuścizna po lewactwie Czerwonych Brygad? Jaki jest związek między paradą gejów a Doliną Rospudy?

Marek Nowakowski piętnując „zamęt światopoglądowy” powinien pierwszy uderzyć się we własną pierś. Być może takie propozycje „porządkowania światopoglądu” wynikają ze zwykłej niewiedzy. Nawet wybitni humaniści nie wiedzą, że między anarchistami i trockistami jest większa przepaść niż między Karolem Marksem a Miltonem Friedmanem i nie znają polskiej tradycji w ochronie przyrody. Gdyby polski król nie chronił Puszczy Białowieskiej, hrabia Zamojski nie wykupił Tatr, gdyby Polacy nie lubili bocianów, bożych krówek i jaskółek, nie byłoby w Polsce żadnych problemów z żabkami i bocianami. Młodzież studiowałaby historię zamiast przywiązywać się do drzew.

Na szczęście hasło „bij Żyda” wypadło z kanonu tradycyjnych cnót polskiej prawicy, bo byłoby to w obronie Palestyńczyków…

Polska niesolidarna

Ostatnio w mediach coraz częściej zaczyna się pojawiać temat tzw. kapitału społecznego. Głównie za sprawą tego, że wyraźny staje się problem jego braku. Dotychczas wydawało się – przynajmniej umysłom prostym – że wystarczy, aby Polacy masowo nabywali wyższe wykształcenie (mniejsza o to, w jakiej jakości uczelniach i w jakim celu), „bogacili się” (choćby na kredyt i poprzez nabywanie bzdurnych gadżetów) i ślepo naśladowali zachodnie wzorce (w wersji prawicowej oczywiście z zastrzeżeniem, że bez aborcji, feminizmu i praw gejów), byśmy „dogonili Zachód”. Tymczasem okazuje się, że nie wystarczą dyplomy, forsa, coraz większe telewizory i bardziej „wybajerowane” komórki ani przeszczepione wzorce techniczne i instytucjonalne, abyśmy ów Zachód dogonili naprawdę. Bo na „dobre życie” składa się mnóstwo elementów, w tym sporo takich, które są niematerialne lub przynajmniej niemierzalne, a w dodatku tworzą się przez wiele lat.

Co więcej, te pozornie nieistotne sprawy, które pospołu tworzą klimat kulturowy, niejednokrotnie okazują się niezwykle ważne także dla kwestii jak najbardziej wymiernych. Bo dziś już truizmem na gruncie nauk społecznych jest stwierdzenie, że długofalowy rozwój ekonomiczny zależy w niemałej mierze nie tylko od zasobów finansowych, od substancji przemysłowej czy od innowacji technologicznych, ale także od tego, czy ludzie sobie ufają, czy chętnie współpracują, jak postępują wobec siebie nawzajem, jakie wartości dominują w danej zbiorowości itd.

Problem kapitału społecznego to twardy orzech do zgryzienia dla adeptów myślenia materialistycznego – czy to w liberalno-darwinistycznej, czy też w postmarksowskiej wersji. Bo oto okazuje się, że nie wszystko da się wyliczyć, zapisać w rubrykach ksiąg handlowych i statystyk, że nie wszystko można racjonalnie zaplanować, że nie istnieją takie „obiektywne” mechanizmy, które działają zawsze i wszędzie. Innymi słowy – „mędrca szkiełko i oko” nie załatwia sprawy.

Ale jest to problem również dla sztampowej prawicy konserwatywnej, która przekonuje, że wystarczy podlać wolny rynek sosem tzw. wartości, które społeczeństwu przekażą publicyści „Rzeczpospolitej” lub goście „Warto rozmawiać”, a wyegzekwuje szeryf w typie Rudolpha Giulianiego (oczywiście w jego „wersji” z czasów, gdy prawacy jeszcze nie kojarzyli, że „Rudy” popiera aborcję i prawa gejów). Dlaczego bowiem w „postępowej” Szwecji, o której ze zgrozą mówią polscy konserwatyści jako o współczesnej Sodomie i Gomorze, jest znacznie niższa przestępczość niż w rynkowo-konserwatywnych Stanach Zjednoczonych? Dlaczego w Berlinie, zamieszkanym – znów przywołajmy wizję z prawicowych horrorów – przez rozwydrzonych „socjalem” Niemców i rzesze imigrantów, jest nieporównanie mniej strzeżonych osiedli niż w naszej „białej” Warszawie, zlokalizowanej w ponoć konserwatywnej i katolickiej Polsce? No i wreszcie, co wykazały klasyczne już badania Roberta Putnama nad kapitałem społecznym we Włoszech, dlaczego w tymże kraju ludzie bardziej sobie ufają i chętniej współpracują w północnych, nowoczesnych i zurbanizowanych regionach, za to na prowincjonalnym i „niepostępowym” Południu istnieje deficyt takowych postaw, zaś efektem „tradycyjnego stylu życia” są tam wszechobecne i niemożliwe od lat do wykorzenienia struktury mafijne?

O tym, że w Polsce z kapitałem społecznym jest kiepsko, wiadomo już dość dobrze. Takie wnioski płyną z badań np. w ramach „Diagnozy Społecznej”, której kolejne edycje pokazują, że raczej nędznie wygląda u nas kwestia wzajemnego zaufania i że Polacy niechętnie angażują się w życie wspólnotowe (co gorsza, bardzo niska jest tego rodzaju aktywność ludzi młodych, więc przyszłość rysuje się w niezbyt różowych barwach). Jeśli bywa z tym nieco lepiej, to jedynie na rudymentarnych płaszczyznach, jak niewielkie grupy: rodzina, sąsiedztwa, najbliżsi współpracownicy zawodowi itp. Będziemy o tym szerzej pisali w najbliższym „Obywatelu”, a już dziś pozwolę sobie zacytować krótki fragment tekstu Rafała Bakalarczyka, który omawiając badania porównawcze państw Europy, stwierdza, iż „Polska w 2004 r. plasowała się na ostatnim miejscu pośród krajów, które zostały uwzględnione w badaniu, zarówno pod względem sondaży zaufania, jak i udziału w tym, co określamy mianem społeczeństwa obywatelskiego”.

Zaczyna się również mówić wprost, że taki stan rzeczy może powodować poważne problemy, a dokładniej: stanowić znaczącą barierę w rozwoju Polski. Taką tezę postawił prof. Janusz Czapiński, jeden z „szefów” wspomnianej „Diagnozy Społecznej”, w kwietniowym wywiadzie dla „Polityki”, który odbił się tu i ówdzie pewnym echem. Oczywiście znajdą się tacy – i ja sytuuję się wśród nich – którzy nie do końca ufają „suchym” analizom. O tym jednak, że z kapitałem społecznym jest w Polsce krucho, przekonuje mnie już dość długie, bo kilkunastoletnie zaangażowanie w rozmaite inicjatywy społeczne, organizacje pozarządowe itp. oraz obserwacje z codziennego życia. Trzeba naprawdę wyjątkowej sytuacji, a najczęściej wyjątkowego nieszczęścia, aby nasi rodacy poczuli się wspólnotą i zrobili coś razem, solidarnie.

Ale nawet i to przestaje wystarczać. Niedawno przypadkiem znalazłem wymownego internetowego „njusa”, gdy przez Kotlinę Kłodzką przetaczała się fala powodziowa. Portal Onet.pl donosił: „Mieszkańcy Kłodzka opowiadali, że starają się bez paniki przygotować do kolejnych podtopień. Zabezpieczali workami z piaskiem przerwany wał, swoje domy i sklepy. Z jednej strony twierdzili, że fala, która przeszła przez miasto ma się nijak do tej z 1997 r., kiedy to woda w centrum miasta sięgała 12 metrów. Z drugiej – przyznawali, że wtedy choć było strasznie trudno, ludzie byli ze sobą solidarni, bardzo sobie pomagali. – Teraz moja rodzina napełnia worki z piaskiem i układamy wał, żeby chronić nasz dobytek. Inni patrzą. Nikt nie pomoże. A są i tacy, którzy zachowują się jak turyści. Chodzą i robią zdjęcia – powiedziała rozgoryczona młoda mieszkanka Kłodzka”.

Jeśli mamy problem, to warto zastanowić się, gdzie tkwią jego przyczyny. Standardowe odpowiedzi są dwie. Pierwsza mówi, że to skutek „komuny”. Częściowo się zgodzę. PRL-owski „socjalizm”, który bazował na tłamszeniu autentycznego zaangażowania społecznego za pomocą przejęcia go przez państwo i wpuszczenia w kanały dogodne dla autorytarnej władzy, na pewno zrobił swoje w tej kwestii. Warto porównać bardzo wysoki poziom kapitału społecznego w krajach skandynawskich, gdzie rozwiązaniom socjalnym w gospodarce towarzyszy silny etos demokratyczny z mizernym poziomem tegoż kapitału w postkomunistycznej Polsce.

Ale „komuna” nie tłumaczy wszystkiego, bo wystarczy wspomnieć, że po kilku jej dekadach wydarzyło się to, co Andrzej Gwiazda trafnie nazwał „społeczeństwem nadobywatelskim”, mając na myśli hiperaktywność społeczną w czasach Pierwszej „Solidarności” z lat 1980-81. Inna rzecz, iż „Solidarność” była wyłomem nie tyle w braku kapitału społecznego, ile stanowiła przezwyciężenie jego „brudnej” postaci – bo PRL-owski „etos” kombinatorstwa, „załatwiania” i „znajomości” jest raczej łagodniejszym wydaniem klimatu kulturowego rodem z południa Włoch niż wyrazem pozytywnych więzi społecznych, jakie znamy z północy tamtego kraju i z wielu innych państw europejskich.

Wspomniany wysoki poziom kapitału społecznego w krajach skandynawskich wiąże się bezpośrednio z drugą ze zwyczajowo przywoływanych przyczyn deficytu zaufania i aktywności obywatelskiej w Polsce. Otóż rozmaici doktrynerzy liberalnej prawicy mają zawsze tę samą odpowiedź: winny jest „socjalizm”, czyli rzekomo nadmierna ingerencja państwa w życie społeczne. Po co obywatele mają się starać, skoro urzędnik-biurokrata coś za nich zrobi? Jest to oczywiście bajka, bo każdy z krajów bardziej „socjalistycznych” – Niemcy, Francję, kraje skandynawskie – cechuje znacznie wyższy kapitał społeczny i o wiele lepsze wskaźniki zaangażowania w życie zbiorowe. Tamtejszy „socjalizm” nie tylko nie niszczy aktywności społecznej, lecz wręcz ją wzmacnia, bo w Skandynawii ruch stowarzyszeniowy – owszem, dość silny już wcześniej, głównie dzięki inicjatywom o lewicowym charakterze – nie stracił siły, lecz rozkwitał wraz z rozwojem państwa dobrobytu. Jeśli ludzie mają zapewnioną stabilizację materialną, a w „obiegu” intelektualnym i kulturowym powszechne są wzorce dowartościowujące współpracę i dobro ogólne, to zaangażowanie społeczne jest czymś oczywistym.

Skąd się zatem wzięła polska nieufność oraz obojętność względem działań na rzecz dobra wspólnego, pomijając wspomniane już przyczyny związane ze spuścizną PRL-u? Wydaje mi się, że spory wkład w to zjawisko miała propaganda liberalna, w tym także ta konserwatywno-liberalna, której po roku 1989 nastąpiła prawdziwa erupcja. Paradoksalnie, choć po części była to reakcja – w pewnej mierze uprawniona i zrozumiała – na kilka dekad przymusowego i sztucznego komunistycznego kolektywizmu, to wzmocniła tendencje pozostałe po PRL-u. Wzmogła nieufność i niechęć wobec instytucji publicznych, wpoiła dystans wobec dobra wspólnego, na piedestale postawiła wąsko pojmowany indywidualizm.

Można tu wskazać dwa nurty. Pierwszy to, nazwijmy go tak, UPR-owski. O ile ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego jest na płaszczyźnie stricte politycznej błazenadą i całkowitą porażką, o tyle „korwinizm” odniósł całkiem spory triumf w sferze idei. Zbiegło się to oczywiście ze światową ofensywą liberalnego neokonserwatyzmu, ale on sam, bez „upeerowskiego” wsparcia, nie przeorałby tak mocno myślenia polskiej prawicy. Ten „konserwatyzm” miał w Polsce łatwiej nie tylko z uwagi na zniechęcenie wobec komuny, ale także z tego powodu, że krajowa prawica prezentowała mizerny poziom wiedzy o własnych tradycjach. Dlatego można było jej wmówić, że Thatcher czy Reagan są swoistym prawicowym metrem z Sévres, a niemal każda państwowa ingerencja w gospodarkę czy życie publiczne – to wredny socjalizm.

UPR-owscy pyskacze trafili na podatny grunt w kraju, w którym mało kto z prawicowców posiada świadomość na przykład tego, że zanim w Wielkiej Brytanii na scenę wkroczył thatcheryzm, przez wiele dekad dominował tam o wiele bardziej „socjalny” konserwatyzm. Nie był on w dodatku efektem żadnej zdrady czy rozmiękczania tej doktryny wskutek dominacji wzorców lewicowych, lecz wyrastał z samego rdzenia brytyjskiej doktryny konserwatywnej, której jednym z ojców był Benjamin Disraeli – twórca doktryny One Nation Conservatism, która m.in. promowała interwencjonizm gospodarczy państwa oraz „socjal” w celu łagodzenia napięć i konfliktów klasowych.

Co ciekawe, „korwinizm” wymieszany z neokonserwatyzmem to historia, która sięga korzeniami jeszcze PRL-u. Znakomitej analizy liberalnego „skrętu” opozycji antykomunistycznej pod wpływem właśnie „korwinistów”, dokonał wrocławski działacz opozycji Jan Koziar, w swym niestety mało znanym, bo niskonakładowym opracowaniu „Zerwany sojusz. Świat pracy na bocznych torach”, wydanym już w roku 1992. Autor ten bardzo obrazowo opisuje ideową infiltrację kręgów opozycyjnych przez „korwinistów”. Formułuje przy tym tezę, że w „dziele” zdrady środowisk pracowniczych stali się oni partnerem tzw. lewicy laickiej.

Ano właśnie. Drugim ze środowisk, które odpowiada za dewastację etosu dobra publicznego, a w efekcie za osłabienie kapitału społecznego, jest grupa, którą można by określić mianem środowiska dawnej Unii Wolności i „Gazety Wyborczej”, z ich wszystkimi przybudówkami i odnogami. Są to ludzie, o których wspomniany Andrzej Gwiazda powiedział kiedyś, że na przełomie lat 70. i 80. wydawali pismo „Robotnik”, by dekadę później robotników traktować wyłącznie jako roszczeniową hołotę, przeszkadzającą w robieniu interesów. Bo też o ile „korwiniści” są raczej liberalnymi ideowcami, o tyle „michnikowcy” są liberałami dlatego, iż doktryna ta znakomicie pasowała jako uzasadnienie interesów, które na „transformacji ustrojowej” zrobili oni i ich wspólnicy. Trudno zresztą o wyznawanie spójnego zestawu poglądów podejrzewać środowisko, w którym funkcjonują zarazem konserwatywny liberał Piotr Wierzbicki i ex-działacz Polskiej Partii Socjalistycznej, Wojciech Orliński. Spoiwem tego środowiska nie jest idea, lecz forsa, wspólnota interesów klasowych. Nawiasem mówiąc, przesądza to o bezpłodności – wbrew rojeniom różnych „strategów” – wszelkich wysiłków na rzecz skierowania „Gazety Wyborczej” w lewo. Oczywiście, gdy wymaga tego interes grupowy czy nastroje społeczne, jest ona w stanie „lewicować” i zatroskać się „nierównościami społecznymi”, ale wszak nie podetnie gałęzi, na której siedzą twórcy i wydawcy, czyli finansowa oligarchia i jej nieźle płatni chłopcy na posyłki.

W każdym razie tam, gdzie konserwatywni liberałowie atakowali dobro wspólne z pobudek ideowych, tam liberałowie indyferentni lub „postępowi” obyczajowo czynili to w imię partykularnego interesu własnej grupy. Obie grupy odniosły w swym dziele sukcesy. „Gazeta Wyborcza” zainfekowała egoistyczno-liberalną propagandą szerokie kręgi społeczne, w tym elity państwowe pierwszych kilkunastu lat III RP. Natomiast „korwiniści” podobny triumf mają na koncie w odniesieniu do prawicy. W efekcie, gdy dominująca pozycja szeroko pojętego środowiska lewicy laickiej została nadszarpnięta wskutek uwikłania w aferę Rywina, kawałek tortu rządu realnego i rządu dusz zyskała liberalna prawica.

Oczywiście korwiniści-ortodoksi, ale też liberalne buldogi z „Gazety Wyborczej”, jak Witold Gadomski, potrafią pomstować na „socjalistów” z PiS lub na „zbyt ostrożnych” liberałów z PO, ale nie zmienia to faktu, że po roku 1989 w zasadzie żadna ekipa rządząca i żadne środowisko – poza może pewnymi działaniami rządu Olszewskiego oraz w okresie „pierwszego Kołodki” – nie prowadziła polityki prospołecznej i mającej na celu dobro wspólne. Nawet gdy czasami posługiwano się hasłami solidaryzmu, jak w czasach „Polski Solidarnej” PiS-u czy w okresie AWS-u, to w praktyce przybierało to postać ministerialnej nominacji dla Zyty Gilowskiej, obniżenia podatków najbogatszym lub, co trafnie przypomniał niedawno Cezary Michalski, liberalnej apoteozy „rodziny na swoim”.

Cała debata publiczna została po roku 1989 zdominowana przez hasła liberalne, przybierające postać nie tylko krytyki interwencjonizmu państwa w gospodarkę czy regulacji podatkowych, ale także zohydzania wszystkiego, co wspólne i publiczne. Ten zapał tyleż neofitów, co i wyrachowanych cwaniaków przybierał postaci tak skrajne i groteskowe, jak np. krytyka pomysłów prywatyzacji za pomocą akcjonariatu pracowniczego. Tego rodzaju uwłaszczenie robotników krytykowano jako rozwiązanie socjalistyczne – a krytykę taką na polskim gruncie prowadzili wyznawcy wspomnianego Reagana, który był… zwolennikiem akcjonariatu pracowniczego.

Wszystko, co nie-prywatne, było wedle takich teorii szkodliwe, ale także moralnie złe i podejrzane. Wszelkie odwołania do idei dobra wspólnego utożsamiano z komunizmem. Artykułowanie interesów dużych grup społecznych – jak pracownicy najemni – przedstawiano jako roszczeniowość i złodziejstwo. Kto sobie nie radził, wrzucony na głęboką rynkową wodę – był nieudacznikiem, leniem i półgłówkiem. Kto sobie radził dobrze – choćby za pomocą metod quasi-bandyckich czy moralnie nagannych – był wzorcem do naśladowania. Nie było słusznych protestów społecznych: gdy strajkowali nauczyciele, media biły na alarm, że okradają lekarzy; gdy strajkowali lekarze, wmawiano nam, że okradają emerytów; gdy emeryci upominali się o wyższe świadczenia, słyszeliśmy, że próbują żerować na młodzieży i pracujących. I tak w kółko.

Ważne było tylko to, co nie wykraczało poza czubek własnego nosa (w wersji prawicowej: poza czubki nosów członków „rodziny na swoim”), wszelkie działania publiczne, które wychodziły poza nieszkodliwe pięknoduchostwo i „charytatywę” (pozwalającą maskować skutki demontażu systemu zabezpieczeń socjalnych), były frajerstwem i naiwniactwem. Jeśli ludzi chwalono za to, że się zrzeszają, to tylko wtedy, gdy mogli razem coś wyrwać. Dlatego na sympatię mediów mogli liczyć lokatorzy walczący z realnymi lub urojonymi patologiami spółdzielczości mieszkaniowej, ale już nie protestujący i oddolnie zrzeszeni lokatorzy dawnych mieszkań zakładowych, które sprzedano za grosze – wraz z ubezwłasnowolnionym „żywym towarem” – prywatnym „biznesmenom”.

Nic dziwnego, że po 20 latach takiego prania mózgów, mamy ogromny deficyt kapitału społecznego. Polska jest krajem mizernego zaangażowania obywatelskiego – jest ono zresztą jeszcze mniejsze niż obrazują to statystyki, bo znaczna część tzw. organizacji pozarządowych to de facto prywatne biznesy i firmy rodzinne. Polska jest krajem powszechnej nieufności wobec siebie wzajem („na pewno chcą mnie wyrolować”) na niemal każdym poziomie życia społecznego i zawodowego. Polska jest krajem, gdzie animowanie jakichkolwiek wysiłków wspólnotowych – choćby na poziomie mieszkańców jednej klatki schodowej – jest o wiele trudniejsze i bardziej czasochłonne niż w większości krajów europejskich, łącznie z tymi, gdzie – jak biadolą nasi konserwatyści – w zaniku są więzi społeczne.

Dziś okazuje się, że to wszystko znacznie ogranicza nasze szanse rozwojowe również na jak najbardziej przyziemnej, ekonomicznej płaszczyźnie. W Republice Egoistów każdy zyska mniej niż zyskałby wtedy, gdyby była to Republika Współpracy. A to, co w ogóle zyska, będzie funkcjonowało w nieprzyjaznym otoczeniu – wśród nieżyczliwych i zawistnych ludzi, w zdewastowanej przestrzeni publicznej, na strzeżonych osiedlach i za zamkniętymi na siedem zamków drzwiami mieszkań „rodzin na swoim”. Cena głupoty i krótkowzroczności jest wysoka. Ale na pewno jest to w tym przypadku cena uczciwie regulowana przez wolny rynek, któremu z taką ochotą postanowiono w Polsce służyć.