Flotylla Uproszczeń

Izraelscy żołnierze to roboty strzelające do wszystkiego, co się rusza. W Gazie nie ma szkół, bo są same więzienia. Wszyscy aktywiści Flotylli Wolności są święci. Oto konflikt izraelsko-palestyński oczami Romana Kurkiewicza.

Kilka dni temu Roman Kurkiewicz zaskoczył wywiadem, jaki ukazał się w „Krytyce Politycznej”. Znany dziennikarz dzieli się w nim przemyśleniami na temat sytuacji Palestyńczyków, polityki Izraela, a także własnymi przeżyciami z tegorocznej Flotylli Wolności.

Gaza?
Rozpoczyna stwierdzeniem, że do Strefy Gazy „nie można dostarczyć podstawowych artykułów gospodarczych”. A przecież Izrael lata temu wypracował skuteczne mechanizmy umożliwiające każdemu przekazanie Palestyńczykom pomocy humanitarnej i towarów konsumpcyjnych. Jeśli nie chcemy tego robić poprzez wsparcie jednego z ponad 120 zatwierdzonych projektów społeczności międzynarodowej, możemy zgłosić się do organizacji pozarządowych (PAH, Oxfam, ANERA, Viva Palestine itd.), które transportują towary do Strefy. Ponadto przez otwarte niedawno przejście graniczne Kerem Shalom, do Gazy codziennie wjeżdżają z Izraela setki ciężarówek z towarami.

Zdaniem Kurkiewicza, mieszkańcy Strefy Gazy żyją w więzieniu. Skoro w więzieniu, to wiadomo – są „pozbawieni jakichkolwiek szans edukacyjnych”. Nieważne, że na zamieszkałym przez 1,5 mln osób terytorium działa ponad 640 szkół i kilka uniwersytetów.

Skąd dramat Gazy? Zdaniem dziennikarza, „stało się tak w wyniku politycznych decyzji rządu Izraela”. I kropka. W czarno-białej narracji brak informacji na temat przejęcia władzy w Strefie przez Hamas. Organizacja ta, uznawana przez Unię Europejską i USA za terrorystyczną, dąży co prawda do wymazania państwa żydowskiego z map, ale widać jest to czynnik zbyt mało istotny, żeby znalazł się w analizach Kurkiewicza.

Idylla Flotylla
W wywiadzie nie brakuje także obserwacji na temat dramatu, jaki rozegrał się w czasie zeszłorocznej akcji Flotylli Wolności. Niestety i one są powierzchowne. Dowiadujemy się m.in., że „sytuacja, w której Izrael uzurpuje sobie prawo do operacji wojskowej na wodach międzynarodowych, jest absolutnym skandalem”. „Absolutny skandal” wyjątkowo nietrafnie charakteryzuje podstawy prawne izraelskiej interwencji. W świetle ONZ-owskiej konwencji Law of the Sea, wody międzynarodowe nie należą do żadnego państwa. Można na nich dokonać kontroli ładunku statku w sytuacji, gdy służby podejrzewają, że na jego pokładzie są terroryści albo broń. Państwo żydowskie od lat korzysta z tego prawa i kontroluje jednostki pływające nieopodal wód Izraela.

– „Tego typu akcja ma kilka celów. Oczywiście głównym jest dowiezienie pomocy humanitarnej” – Kurkiewicz nie ma wątpliwości co do tegorocznych zamiarów organizatorów Flotylli Wolności. Jednak już zeszły rok dobitnie pokazał, że nie o to bynajmniej chodzi. Towary wiezione do Gazy są elementem mającym nagłośnić cel walki politycznej aktywistów. W 2010 r. ponad 2/3 lekarstw transportowanych dla Palestyńczyków było… przeterminowanych już w chwili ładowania ich na pokłady.

I w tym, i w zeszłym roku aktywiści nie chcą słyszeć tureckich i izraelskich propozycji przetransportowania ładunków przez egipski port El-Arisz lub izraelskie przejścia graniczne. Nie chcą, bo gdyby do Gazy płynęli bez ładunków, w warstwie symbolicznej nikogo nie ratowaliby z „humanitarnej opresji”.

Auschwitz na pokładzie
Aby nie było żadnych wątpliwości, Kurkiewicz podkreśla, że wśród pasażerów pierwszej Flotylli „były osoby ocalone z Holokaustu”. Nie rozumiem, co to ma do meritum. Jak to uzasadnia całą akcję? To bardzo osobista i drażliwa dla wielu kwestia, ale moim zdaniem w tym przypadku dziennikarz instrumentalnie wykorzystuje ów fakt.

Holokaust to symbol, który ma nas do sprawy Flotylli konkretnie nastawić. Ma ją chyba uwiarygodnić. Doprawdy nie wiem, czemu. Czy ci, którzy przeżyli Shoah, są nieomylni? Czy reprezentują jakieś zwarte stanowisko, formację polityczną, światopoglądową?

A przecież na pokładzie „statków wolności” był także Erdin Tekir, który odsiedział 3,5 roku w rosyjskim więzieniu za współudział w porwaniu w 1996 r. promu z ponad 200 pasażerami. Tylko co z tego? Czy udział w akcji Flotylli byłego bojownika Szamila Basajewa obala szlachetne pobudki reszty aktywistów? I czy wreszcie sam Tekir nie ma prawa zmienić swych poglądów?

Dlaczego słuszna troska o los Palestyńczyków uprawnia do szkodliwych skrótów myślowych i jednostronnie upraszczanej narracji? Jak spłycanie problematyki konfliktu dwóch związanych węzłem gordyjskim narodów ma przysłużyć się do jego rozwiązania?

Europejska lewica od lat jest najodważniejszym i najbardziej postępowym adwokatem spraw ludzi spychanych na margines. Broni praw mniejszości seksualnych, mniejszości narodowych, ruchów robotniczych i drastycznie rosnącego prekariatu. Walczy o sprawiedliwy świat, wolny od rasizmu i uprzedzeń. Niestety jej spojrzenie na sprawę palestyńską od lat jest bardzo jednostronne. Ze szkodą tak dla Palestyńczyków, jak i Izraelczyków.

Prawo silniejszego

Miała babuleńka Koziołka Matołka, co kazał dziewczyny powsadzać do dołka. Koziołek Matołek – pod rogami pustka, dziewczyny wesołe, on blady jak chusta.

Taką piosenkę, nie przesadnie wyrafinowaną artystycznie i intelektualnie, śpiewałyśmy w obozie internowanych. Na szczęście junta wojskowa była mniej obrażalska od obecnych władz i nie próbowała nas za to zamknąć. Wprawdzie trudno zamknąć kogoś, kto już siedzi, ale WRON-a to potrafiła. Andrzeja aresztowała w obozie internowanych i oskarżyła o obalanie ustroju siłą, za co groziła kara śmierci. Siły do obalania czegokolwiek nie mieliśmy ani wtedy, ani teraz. Wszystkie Koziołki Matołki, historyczne i współczesne, mogą spać spokojnie. Nobliwa pani Sybiraczka powiedziała mi: Zostawcie w spokoju generała, to stary schorowany człowiek. Nie taki schorowany, skoro uczestniczy w pracach BBN. Ale postęp jest. Teraz mamy standardy europejskie i przynajmniej za słowa kara śmierci już nie grozi.

Nauczycielka w szkole podstawowej kazała trzem klasom napisać opowiadanie w odcinkach pod tytułem Diabelski Anioł. Dzieci uruchomiły chorą wyobraźnię, karmioną bajeczkami, grami komputerowymi i filmami akcji. W kolejnych odcinkach pojawiały się coraz bardziej sadystyczne i obrzydliwe sceny. Zacytuję kilka fragmentów:

„Zobaczyła ciało swojego chłopaka bez rąk i z jedną nogą”. „Kolejna ofiara był przywiązana łańcuchami do drzewa. Po całym ciele spływała krew. Głowa człowieka była odrzucona kilka metrów dalej. Wnętrzności były wyjedzone”. Motyw urwanej głowy tak się dzieciom spodobał, że pojawia się w następnym odcinku. „Przywiązali Łukasza sznurkiem i puścili go jako przynętę. Nagle zobaczyli szarpnięcie sznurka, szybko go chwycili i podciągnęli. Zobaczyli sznurek z głową Łukasza i z kłakami potwora”. Łukasz jest kolegą z grupy autorów. Dalej, oprócz krwi i flaków, z ciał wylewają się robaki, które są zjadane. Kto zje robaka, zamienia się w potwora. Potwór wyjada nie tylko wnętrzności, również mózgi. Zabawę przerwała dyrektorka.

Rodzice próbują ograniczać dzieciom dostęp do Internetu, blokują strony z pornografią, ale jest to nieskuteczne, ponieważ dzieci mają telefony komórkowe. Synek znajomych otrzymuje SMS-y: „Czy ty dalej wierzysz w tą głupią Maryśkę?”. Chodzi oczywiście o Marię, matkę Chrystusa.

Wielu jest chętnych do cenzurowania Internetu, ale nie słyszałam, aby ktokolwiek domagał się ograniczenia sadystycznych, okrutnych i obrzydliwych treści w publicznym przekazie, ponieważ wszystkim jest to na rękę. Panuje przekonanie, że im mocniejsze ostrzeżenie, tym lepszy skutek. Obrońcy zwierząt pokazują ich cierpienia, pacyfiści okrucieństwa wojny, kościół wystawia plansze ociekające krwią nienarodzonych, drogówka ofiary wypadku. Trzeba przebić się przez kulturę masową, która jest coraz bardziej brutalna i prymitywna.

Nakręca się spirala coraz mocniejszych środków wyrazu. Natomiast reklamy i większość seriali wypełniają lukrowane obrazki z życia ludzi, którzy nie mają większych kłopotów, albo świetnie sobie z nimi radzą. Wszystko jest umowne: entuzjazm widzów, spontaniczność celebrytów, krew z urwanej nogi. Do mediów przebijają się jeszcze tylko tragiczne historie ludzi okrutnie skrzywdzonych przez los lub władzę.

Trudno sobie wyobrazić dalszą eskalację straszenia i pogróżek w celach wychowawczych. Przypadkowo znalazłam przykład innego podejścia do wychowania dzieci. W wydanym przez IPN albumie „Rotmistrz Witold Pilecki 1901-1948” zamieszczono fotokopię wierszowanego listu do syna (str. 123). Oto dwa fragmenty:

„Niby świat kocha i wsze stworzenia
W gołębim sercu – gołąbki zmieszcza
To raptem znowu zmienia się w drania
Motylom życie odbiera – więc gania”.

Jeśli Cię ręka swędzi i oko
Równego sobie szukaj – silnego
Z nim stań do walki. Uda się – a więc głęboko
Miecz wraź swój w niego!
Lecz słabe niszczyć stworzonka – nieduże
Tak robić potrafią przede wszystkim tchórze
Lecz nigdy nie robią tego rycerze”.

Nie trzeba wymyślać niczego nadzwyczajnego. Wystarczy wrócić do starych zasad i metod wychowania, aby świat wrócił do normy. Oczywiście nie jest to takie proste. Kto przyzwyczaił się do stosowania prawa siły, bezkarnego gnębienia słabszych, nie nawróci się na etos rycerski – stawanie do walki z silniejszym, otaczanie opieką wdów, sierot i motylków.

Rządzący chełpią się siłą, ponieważ jest to skuteczna polityka. Nie trzeba silić się na argumenty i wszyscy wiedzą, kto tu rządzi. Wiele razy słyszałam z ust Borusewicza i Tuska: „Trzeba było wygrać wybory”. Na szczęście nie wszyscy obywatele są klientami władzy. W sprawach tak ważnych, jak wyjaśnienie przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem, pokrzykiwanie i wyszydzanie nie uciszy oponentów. Również pacyfikowanie kibiców nie daje pożądanego skutku. Władza kompromituje się, zaczyna się bać, ludzie się śmieją.

Nie wiem jak potoczą się losy Europy i świata. Społeczeństwa się buntują, ale chciwości i zadłużania się nikt powstrzymać nie potrafi. Szczytem bezczelności jest oskarżanie narodów Europy, że żyły na kredyt i narobiły długów. Nie przypominam sobie, aby Balcerowicz pytał nas, czy chcemy zadłużania państwa. Chcieliśmy żyć nie na kredyt, lecz z wynagrodzenia za własną pracę.

Zastanawia mnie, czego tak panicznie boją się autorytety, że ostrzegają przed faszyzmem. Co mają na sumieniu tchórze, którzy ze strachu rozum tracą? Czy miłość do zysków korporacji uzasadnia taki poziom emocji, jaki objawia np. Stefan Bratkowski, podobno dziennikarz, nie prezes banku?

Należy się płaca – nie zasiłek

Rodzice dzieci niepełnosprawnych 15 czerwca wyszli na ulicę. Protestowali pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów, domagając się podwyższenia świadczenia pielęgnacyjnego do wysokości minimalnej płacy. Może się wydawać, że to protest dotyczący problemu wprawdzie ważnego, ale obejmującego dość wąski krąg osób. Jednak w tych protestach można dopatrzyć się zaczynu czegoś bardziej uniwersalnego – walki o uznanie opieki za pełnoprawną pracę, która wymaga wynagrodzenia.

Co do świadczenia pielęgnacyjnego, w ostatnich latach nastąpiły pozytywne zmiany. Do końca 2009 r. było to świadczenie selektywne, zależne od progu dochodowego, określonego w ustawie o świadczeniach rodzinnych. Wsparcie obejmowało więc tylko najuboższych. Od 2010 r. próg jest zniesiony, dzięki czemu dana osoba niezależnie od dochodu w rodzinie (jeśli zrezygnuje z podjęcia pracy, by oddać się opiece nad niesamodzielnym członkiem rodziny), otrzyma zasiłek w wysokości 520 zł. Choć to pozytywna zmiana, to jednak dla wielu osób niemożliwa jest rezygnacja z pracy i dochodów z niej na rzecz tak skromnego świadczenia.

Zgodnie z duchem polskiego prawa, jest to wciąż zasiłek, a nie wynagrodzenie. Nie uwzględnia się zatem, że opieka stanowi formę zasługi wiążącej się z wysiłkiem analogicznym, a niekiedy przecież znacznie większym, niż w przypadku pracy zawodowej.

Obawy tych, którzy przewidują gigantyczne koszty podniesienia świadczenia pielęgnacyjnego można ostudzić zapewnieniem, że nie wszyscy – nawet gdyby wzrosło ono radykalnie – byliby zainteresowani skorzystaniem z niego. Moja znajoma, opiekująca się dzieckiem (metrykalnie dorosłym mężczyzną) z porażeniem mózgowym, mając środki zapewnia dziecku opiekunkę w godzinach pracy, a sama zajmuje się nim w wolnym czasie. Powiedziała mi, że będzie chciała pracować jak najdłużej, bo całodobowej opieki nie wytrzymałaby psychicznie.

Przed podobnym dylematem stoi wiele osób. Warto, aby społeczeństwo i państwo wyciągnęli praktyczne wnioski z faktu, że opieka w domu nie jest okresem dezaktywizacji. Jeśli członkowie rodziny mają się opiekować niesamodzielnymi krewnymi, państwo musi ich wspierać na różne sposoby. W przeciwnym razie opiekunowie po jakimś czasie będą – wskutek zrozumiałego wypalenia – nie tylko niezdolni do opieki, którą będą musiały przejąć publiczne służby. Gorzej – sami będą jej potrzebowali.

Długofalowe koszty są więc wielokrotnie większe, niż wypłata świadczenia w wysokości płacy minimalnej. Potrzeba jednak trochę wyobraźni. I zrozumienia potrzeb. Wsparcie to nie powinno bowiem mieć charakteru pieniężnego, jak to ma miejsce w kontekście świadczenia pielęgnacyjnego, lecz obejmować także instrumenty rzeczowe i usługowe. Szczególnie ważne w obliczu powyższych problemów byłoby prawne zagwarantowanie opieki zastępczej na czas urlopów wytchnieniowych, gdy stali opiekunowie mogliby na pewien czas wyjechać i odpocząć. Takie rozwiązanie, zdaje się, ma zostać zawarte w przygotowywanej przez posłów PO ustawie pielęgnacyjnej. Oby niebawem ujrzała ona światło dzienne.

Sugerowałbym także modyfikację innego świadczenia na rzecz rodzin z niepełnosprawnymi. Chodzi o dodatek za kształcenie i rehabilitację dziecka niepełnosprawnego – obecnie wynosi on 50-70 zł miesięcznie, zależnie od wieku dziecka. Nie kwota jest tu jednak kluczowa, lecz to, że świadczenie przysługuje jako dodatek do świadczenia rodzinnego, a więc mogą z niego korzystać tylko osoby znajdujące się pod niskim progiem dochodowym. Rodziny, których dochód przekroczy próg choć minimalnie, nie otrzymają wsparcia. Patrzy się zatem na zagadnienie w kategoriach typowo socjalnych, a nie motywacyjnych. Tymczasem instrument ten – gdyby uniezależnić go od kryterium dochodowego – mógłby funkcjonować jako zachęta dla społecznie korzystnych działań i rekompensata indywidualnych kosztów, które im towarzyszą.

Ułatwienie dzieciom niepełnosprawnym edukacji to inwestycja w ich integrację ze społeczeństwem oraz podnoszenie kapitału ludzkiego. To również częściowe odciążenie czasowe opiekujących się nimi rodziców, a tym samym szansa na integrację ze społeczeństwem także dla nich. Polityka społeczna powinna odchodzić wyłącznie od zaspokojenia indywidualnych potrzeb w kierunku działań integracyjnych, a więc rzutujących na strukturę społeczną.

Wracając do postulatów protestujących rodziców, jedna rzecz budzi konfuzję. Otóż świadczenie pielęgnacyjne nie dotyczy tylko sytuacji, gdy rodzice opiekują się niesamodzielnymi dziećmi. Bywa odwrotnie, czasem to dorosłe dzieci muszą sprawować opiekę nad niesamodzielnymi rodzicami. Czy zatem świadczenie pielęgnacyjne miałoby być podniesione dla wszystkich opiekunów? Takie rozwiązanie byłoby bez wątpienia najsprawiedliwsze, ale rodzi ono – w obliczu starzenia się społeczeństwa i wzrostu udziału osób niesamodzielnych ze względu na podeszły wiek – ryzyko bardzo wysokich wydatków budżetowych. Czy nie jest to jednak koszt uzasadniony względami sprawiedliwości? Nie tylko sprawiedliwości redystrybucyjnej, ale i wymiennej, odnoszącej się do konieczności zapłaty za wykonaną pracę.

Wyobraźmy sobie, że tych usług opiekuńczych nie wykonywaliby członkowie rodziny. Wówczas albo osoby najbardziej bezbronne pozostałyby bez opieki, albo musiałoby zająć się tym państwo (i charytatywne organizacje) – a więc instytucje wspólnotowe. Powinniśmy zatem jako wspólnota być wdzięczni opiekunom rodzinnym, że wykonują tę eksploatującą pracę. A wdzięczność powinna znaleźć odzwierciedlenie w systemowym wsparciu dla nich.

Tymczasem przyjęliśmy za oczywisty i naturalny fakt, że świadczenie tych usług leży niemal wyłącznie w obowiązku osób bliskich lub zatrudnionych przez nich (w praktyce najczęściej na czarno) opiekunów pozarodzinnych. Taki system – utrudniający zresztą wprowadzenie i wyegzekwowanie jakichkolwiek standardów opieki – wydaje się kłócić z ideą nowoczesnego dobrobytu, w którym obciążenie ryzykiem socjalnym nie spoczywa wyłącznie na jednostce i jej rodzinie. Przeciwnie, jest częściowo rozłożone także na wspólnotę polityczną. Sytuacja niesamodzielności – na co zwracają polscy badacze zagadnienia, jak dr Barbara Więckowska – powinna być przyporządkowana do takiego katalogu ryzyk socjalnych.

Przemyślenie idei wynagrodzenia za opiekę nad osobami niesamodzielnymi nie jest nieuzasadnionym „roszczeniem”. Przeciwnie. Parafrazując słynną wypowiedź Nelsona Mandeli: Overcoming poverty is not an act of charity. It is an act of justice, chciałoby się rzec, iż wprowadzenie choćby minimalnego wynagrodzenia za opiekę nad osobami niesamodzielnymi to nie akt dobroczynności, lecz wymóg sprawiedliwości.

Chcesz umierać na suchoty? Jedź gdzie indziej na roboty

Czy niewielka skala emigracji zarobkowej za Odrę to pokłosie pokutującego w polskiej mentalności dowcipu z lat okupacji: „Chcesz umierać na suchoty – jedź do Niemiec na roboty”? Stabilna gospodarka nieliberalna oferuje mało posad dla niewykwalifikowanych pariasów.

Polskie media w ostatnich tygodniach co i rusz wydają westchnienie ni to zdziwienia, ni to ulgi. Okazało się bowiem, że masowym exodusem za Odrę nie poskutkowało niedawne zniesienie w Niemczech barier formalnych dla pracowników-migrantów z Polski. Ponieważ znakomita większość krajowych mediów ma liberalny profil w kwestiach gospodarczych, w ślad za ulgą i zdziwieniem idzie zwyczajowa propagandowa mantra. Przekonują one, że skoro nie ruszyliśmy masowo na podbój niemieckiego rynku pracy, to widocznie nieźle jest na polskim rynku pracy. Mówiąc inaczej: jeśli ktoś naprawdę chce pracować, to w Polsce pracę znajdzie i wyjeżdżać nie musi. Gdyby bowiem pracy nie było, na „bliski Zachód” ruszyłaby fala emigracyjna.

Takie rozumowanie można łatwo podważyć. Po pierwsze, na Wyspy Brytyjskie wielka fala migracji też nie dokonała się w ciągu miesiąca. „Gazeta Wyborcza” właśnie doniosła, że wśród polskich pracodawców czołową pozycję wśród obaw związanych z brakiem wykwalifikowanych pracowników zajmuje wizja ich wyjazdu do Niemiec. Po drugie, skoro mnóstwo ludzi już wyjechało do innych krajów, to siłą rzeczy teraz do Niemiec wyjedzie ich znacznie mniej, bo Polaków w wieku produkcyjnym nie przybyło nagle wielu. W ramach poprzednich fal emigracji zarobkowej wyjechali już ci, którzy zarazem musieli, jak i mogli, nie mając w Polsce ani dobrej lub jakiejkolwiek pracy i perspektyw, ani też takich zobowiązań czy ograniczeń, które trzymałyby ich na miejscu. Po trzecie, swoje robi kwestia językowa. Szczególnie młodsze pokolenie zna przynajmniej podstawy angielskiego, jest z tym językiem – czy za sprawą szkoły, czy popkultury – choć trochę osłuchane, więc kraje anglojęzyczne jawią się jako bardziej „przyjazne” niż te, gdzie trzeba „szprechać”.

Jednak kluczowy jest powód nie tyle logiczny, co faktograficzny. Otóż Niemcy w obliczu niechybnego otwarcia rynku pracy dla Polaków wręcz zachęcali nas do przyjeżdżania za chlebem. Ale zachęcali bardzo konkretne osoby. W marcu jedna ze śląskich agencji pośrednictwa pracy dostała zgłoszenie zapotrzebowania z Akwizgranu (Aachen) od tamtejszej Izby Rzemieślniczej, działającej w porozumieniu z lokalnymi władzami. Na ok. 800 ofert pracy dla Polaków, poszukiwano 120 elektryków i elektromonterów, 117 budowlańców (głównie specjalistow), 92 ślusarzy, 70 mechaników, 20 optyków, 29 cukierników i piekarzy, 22 fryzjerów, 13 mechatroników oraz po kilku specjalistów w około 20 różnych wąskich specjalizacjach. Były to etaty, na które nie znaleziono chętnych w Niemczech i we Francji.

Jak podkreślają analitycy rynku pracy, tego rodzaju zapotrzebowanie nie jest lokalnym przypadkiem. Odzwierciedla ono ogólnoniemieckie tendencje związane z tym, co można określić jako „praca dla Polaków”. Przed kilkoma dniami rozmawiałem z pracownicą prywatnej agencji pośrednictwa zawodowego. Twierdzi ona, że ofert z Niemiec jest dość sporo, ale głównie dla specjalistów, robotników wykwalifikowanych oraz osób znających dobrze j. niemiecki – i że trudno znaleźć chętnych, bo takie osoby mają zwykle niezłą pracę w Polsce i nie są skore do wyjazdów. Niemieckie wyższe pensje nie zrekompensują im wzrostu kosztów życia (np. wynajem mieszkania) i rozłąki z rodziną czy środowiskiem towarzyskim. Ale już np. poszukiwane w Niemczech pielęgniarki, które w Polsce zarabiają mało, przodują w grupie specjalistów, którzy udali się za zachodnią granicę.

Sądzę, że takie, wyraźnie sprofilowane zapotrzebowanie z niemieckiego rynku pracy, nie jest przypadkowe. To raczej pochodna niemieckiego modelu gospodarki – modelu, który nie ma nic wspólnego z tak wychwalanym w Polsce liberalizmem gospodarczym. Z tym samym liberalizmem, który w wielu krajach, z USA i Anglią na czele, destabilizuje posady trwałe i nieźle płatne, za to „tworzy miejsca pracy” dla poniewierających się z miejsca na miejsce wyrobników lokalnych i przyjezdnych, nie mających alternatywy wobec zasuwania „na zmywaku” na niepewnych, krótkich kontraktach, bez gwarancji socjalnych itp. Niemcy są jednym z tych istotnych nie tyle wyjątków, co przykładów, które stanowią ciężki orzech do zgryzienia dla liberałów.

Oczywiście nie ma potrzeby opowiadać bajek, że Niemcy są rajem. Również tam istnieją kiepskie posady dla miejscowych, a jeszcze więcej jest ich dla imigrantów – poczynając od tureckich, osiadłych od kilku dekad gastarbeiterów, a kończąc na Polakach pracujących do niedawna na czarno na budowach jako pomagierzy od najbardziej niewdzięcznej roboty. Dziś nie ma wśród nowoczesnych państw takich enklaw, do których w ogóle nie dotarłby wirus neoliberalizmu i związane z nim pomysły na destabilizowanie ładu społeczno-gospodarczego. Nie ma też potrzeby demonizować liberalnych gospodarek, do których tu Niemcy porównujemy. Wszak nawet Anglia „pothatcherowska” okazała się dla wielu Polaków z byle jakich emigracyjnych posad istnym rajem w porównaniu z pracą w markecie, jako opiekunka do dziecka czy roznosiciel ulotek w Przasnyszu, Wałbrzychu, Krośnie lub Białymstoku. Bo Anglia może być krajem liberalnym, ale jest zarazem krajem zamożnym i cywilizowanym, posiadającym nowoczesne instytucje i debatę publiczną, która nie jest monologiem. My natomiast wśród pożal się boże „elity” i rozmaitych „liderów opinii” mamy głównie nieuków powtarzających bzdury za Balcerowiczem czy wręcz Korwin-Mikkem i do rangi cnoty podnoszących zachłanny egoizm, podlany sosem bądź to etosowo-michnikowego, bądź kruchtowo-bigoteryjnego moralizowania.

Niemcy są natomiast jaskrawym zaprzeczeniem neoliberalnego doktrynerstwa. W kraju tym niemal nigdy nie było liberalizmu gospodarczego, a gdy był – nie kończyło się to najlepiej. Od wielu dekad popularne jest tam myślenie wspólnotowe i przedkładanie dobra zbiorowego ponad indywidualne interesy. Pierwsze znaczące rozwiązania socjalne sięgają czasów Bismarcka i wprowadzonych przezeń zrębów nowoczesnego systemu ubezpieczeń społecznych. Daleki od lewicy, rozumiał on tę prostą prawdę, że w dynamiczny kapitalizmie i społeczeństwie masowym bzdurne są oczekiwania, iż każdy od młodości do śmierci ma być kowalem własnego losu, a jeśli znajdywać jakieś oparcie, to we „wspólnotach naturalnych” i „tradycyjnych więziach społecznych”. W ówczesnych i dzisiejszych realiach wspólnoty te są zbyt słabe, by uporać się z takim zadaniem, a więzi zostały porwane na strzępy. Nieokiełznany kapitalizm rozbija w proch i pył dawne struktury, lojalności, zależności i powiązania, bo stają one na przeszkodzie jego rozwoju.

To, co Bismarck przeczuwał intuicyjnie, doczekało się pogłębionych analiz w niemieckiej myśli socjaldemokratycznej i chadeckiej. W efekcie, Niemcy są jednym z najlepszych przykładów na poparcie tezy, że dobrze pojęta ingerencja państwa w gospodarkę gwarantuje nie tylko zabezpieczenie dobrostanu jednostek i grup, nie tylko ład społeczny i stabilizację, ale także rozwój ekonomiczny. Gdyby natomiast zostawić rynek samemu sobie, nie byłby on żadnym „naturalnym ładem”, jak chcą naiwni konserwatyści, lecz wojną wszystkich ze wszystkimi, a raczej pobojowiskiem po owej wojnie. Bezładne działanie sił rynkowych zaowocowałoby chaosem, który okiełznać mogłaby tyko nieludzka tyrania. Niemcy wiedzą to doskonale, bo to właśnie u nich Wielki Kryzys, spowodowany „swobodną grą sił rynkowych”, zaowocował nędzą i bezrobociem milionów. Nie mając nic do stracenia, za to rozpaczliwie czepiając się każdego pozoru nadziei, poparły one zbrodniczego demagoga i stoczyły się w otchłań hitleryzmu. Czyli systemu, w którym nie było za grosz tak miłej liberałom wolności. Było natomiast stado zastraszonych baranów, prowadzonych na rzeź przez brutalnych i cynicznych rzeźników.

Niemcy wyciągnęli z tego koszmaru wnioski. Powojenna odbudowa kraju dokonywała się nie wedle liberalnych recept, lecz całkowicie wbrew nim. Nie „niewidzialna ręka rynku”, lecz państwowy interwencjonizm na wielką skalę. Nie sielankowe gawędy o „naturalnych wspólnotach”, lecz państwowe wsparcie zarówno owych wspólnot (rodzin czy społeczności lokalnych), jak również bezpośrednia pomoc tym, którzy od owych wspólnot nie mogą lub nie chcą otrzymać żadnej podpory w życiowych zawieruchach. Czy byli to niemieccy ordoliberałowie (a więc tacy specyficzni liberałowie, dla których ład i stabilizacja są ważniejsze niż wolny rynek i zysk), czy niemieccy socjaldemokraci, przy wszystkich różnicach między nimi podzielali wspólne przekonanie, że konieczna jest perspektywa wspólnotowa i wysiłki państwa na rzecz owej wspólnoty. I że wolny rynek oraz mechaniczne zsumowanie jednostkowych wysiłków, to zdecydowanie za mało, aby ich ojczyzna mogła gwarantować obywatelom godne życie.

Dlatego też niemiecki model gospodarczy jest kapitalizmem z ludzką twarzą. Nie chodzi wszak tylko o rozbudowany „socjal” i hojnie finansowaną sferę publiczną. Niemieckie czołowe banki są wciąż poddane rozmaitym formom kontroli ze strony państwa i prowadzą politykę, którą oprócz chęci zysku znamionuje dbałość o interes wspólnoty narodowej. W przedsiębiorstwach istnieją mechanizmy i instytucje gwarantujące pracownikom wpływ na decyzje strategiczne (w ramach całościowej, spójnej koncepcji współzarządzania, Mitbestimmung) – rady zakładowe, rady pracowników, udział w radach nadzorczych przedstawicieli załogi firmy itd. Silne związki zawodowe są powszechnie akceptowaną normą, nie anomalią. Mimo stosunkowej decentralizacji kraju, funkcjonuje wiele mechanizmów, które pozwalają dbać o całość oraz wyrównywać dysproporcje rozwojowe (dość wspomnieć gigantyczny transfer środków do byłej NRD). Nic zatem dziwnego, że choć globalizacja neoliberalna odcisnęła piętno także na naszych zachodnich sąsiadach, to Niemcy znajdują się w czołówce światowych eksporterów oraz producentów znakomitych wyrobów, w dużej części nadal wytwarzanych na miejscu.

Gospodarka niemiecka jest nowoczesna i dynamiczna, dowodząc, że dobrze pomyślane prospołeczne ingerencje państwa nie muszą prowadzić do niewydolności i nieefektywności. Nie jest to oczywiście żadna nowość ani nic zaskakującego. Pisał o tym obszernie przed laty Michel Albert w znakomitej książce „Kapitalizm kontra kapitalizm”, wykazującej na mnóstwie przykładów, iż wyższości społecznej modelu nadreńskiego nie towarzyszą wcale, jak to się często uważa, podwyższone koszty, niekorzystnie oddziałujące na konkurencyjność gospodarki. Z pewnością sprawiedliwość społeczna ma swoją cenę i trzeba ją finansować ze środków państwowych. Ale mylą się ci, którzy sądzą, że wydatki te muszą przynosić gospodarce szkodę. Przeciwnie – […] konkurencyjność i solidarność mogą stanowić bardzo dobraną parę.

Jak wspomniałem, nie ma potrzeby udawać, że Niemcy to raj. Jednak na tle niezwykle burzliwej epoki, w której wiele dotychczasowych pewników postawiono na głowie, są krajem bardzo stabilnym pod względem społecznym i gospodarczym. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać, gdy konserwatywno-liberalni doktrynerzy jednym tchem potępiają niemiecki „socjal” i wieszczą związany z nim nieodległy upadek Niemiec, a zarazem straszą podstępnymi knowaniami pogrobowców Hakaty. „Socjal” czy „etatyzm” nie tylko nie doprowadziły Niemców do ruiny, ale sprawiły, że naszym sąsiadem jest zbiorowość silna, spójna, zamożna, pewna siebie, a nierzadko ekspansywna. To ostatnie może budzić w Polsce zaniepokojenie, jednak nie Niemcy są winni.

To my jesteśmy winni, że kolejne polskie rządy nie robiły niemal nic dla wsparcia rozwoju polskich firm i eksportu ich produktów. Że zaniedbano zaplecze badawcze i rozwojowe przemysłu. Że naiwnie wyobrażano sobie, iż przyzwolenie na wyzysk pracowników zaowocuje akumulacją kapitału, spożytkowanego następnie na nowe inwestycje, nie zaś na luksusową konsumpcję prymitywnych dorobkiewiczów. Że zamiast unowocześniać przedsiębiorstwa i czynić je konkurencyjnymi, po prostu sprzedawano je każdemu, kto się nawinął. Że wśród konsumentów nie rozbudzano etosu nabywania polskich produktów, a wśród biznesmenów – uczciwego płacenia podatków w Polsce. Dziś prawicowe lamenty, że przyjdzie Deutsche Bahn i wykupi rozsypujące się PKP, co oznaczać będzie 148 rozbiór Polski, brzmią żenująco i groteskowo w ustach ludzi, którzy przez lata zajadle warczeli na wszystko, co publiczne i co w mądrych krajach jest hojnie wspierane z państwowej kasy.

Nie jest winą Niemców, że my sami nie potrafimy myśleć długofalowo i w perspektywie wspólnotowej. Nie jest też żadnym usprawiedliwieniem to, że Niemcy są państwem od dawien dawna bogatszym i że w przeszłości uczynili nam takie czy inne krzywdy. Żadne historyczne żale nie przesłonią faktu, że Polska w roku 2011 ma niewiele wspólnego z dynamiką rozwojową Niemiec w roku 1967, czyli po 22 latach, które nas dzielą od pokojowego wyjścia z komunizmu, a ich dzieliły wówczas od sromotnie przegranej, niszczycielskiej wojny. Bo też zamiast po 1989 r. nadrabiać dystans, na własne życzenie zwiększaliśmy przepaść między nimi a nami. Czyniliśmy tak, gdy w imię ideologii prywatyzacyjnej sprzedawaliśmy za grosze kolejne zakłady Polleny Henklowi czy Beierdorsfowi, wraz ze sporymi udziałami w rynku. Gdy w imię „wolnego handlu” pozwalaliśmy – gwarantując duże ulgi podatkowe „inwestorom zagranicznym” – lokować Lidle w centrach miast tuż obok „komunistycznego reliktu” Społem. Gdy polskie władze, wierne zasadzie „braku ingerencji w mechanizmy rynkowe”, nawet nie próbowały lobbować za rodzimymi firmami tak, jak władze niemieckie przez lata lobbowały za BASF-em, Bayerem, Oplem, Boschem, MAN-em, Südzuckrem czy Merckiem. Itd.

Tak, jak jałowe jest wypominanie Niemcom zadanych nam krzywd, tak też niczym nie przysłuży się Polsce nawet najbardziej „narodowa” i „suwerennościowa” retoryka, gdy towarzyszą jej zupełnie „nieczułe” postawy wobec własnych obywateli, wypychanych setkami tysięcy na emigrację zarobkową, obojętnie gdzie. W tym samym czasie Niemcy używają retoryki „europejskiej” i „multikulturowej”, ale priorytetem wysiłków państwa jest kondycja wspólnoty narodowej, zaś dopiero później dbałość o „Europę”. Efektem zaś są takie rozwiązania socjalne i ekonomiczne, które sprawiają, że z tamtego kraju mało kto chce i musi wyjeżdżać. Chyba że na państwowej emeryturze wylegiwać się na hiszpańskiej plaży – Polacy będą mieli za to „złotą jesień” z prywatnych OFE, kursując ze starannie wyliczonymi drobniakami między apteką a Biedronką.

Gdy dzisiaj obawiamy się fali emigracji zarobkowej do Niemiec lub gdy z ulgą i zdziwieniem stwierdzamy, że ona nie nastąpiła, a później dowiadujemy się, iż oczekują tam z Polski głównie fachowców, nie zaś przypadkowych wyrobników, to pomyślmy o tym, dlaczego akurat my, nie zaś Niemcy, mamy w ogóle dylematy związane z emigracją zarobkową między tymi krajami. Niemcy mają taki dowcip: „Jedźmy do Polski, nasze samochody już tam są”. Polacy mogliby mieć inny: „Jedźmy do Niemiec, nasze dawne miejsca pracy już tam są”. Bo sami je przecież „wyeksportowaliśmy” za garść świecidełek lub po lekturze zbiorku wolnorynkowych aforyzmów.

Deglomeracja, czyli władza zrównoważona

Deglomeracja, czyli władza zrównoważona

Warszawa „odrywa się” od reszty kraju. Wszystko przez to, że w stolicy niemal całkowicie skupia się życie publiczne. Tu swoje siedziby ma przytłaczająca większość urzędów administracji publicznej. Tu zapadają wszystkie ważne decyzje. Stąd media opisują rzeczywistość. Tu Polacy widzą szanse na rozwój swojej kariery.

Choć całkowite skupienie władzy państwowej w jednym mieście może wydawać się nam zupełnie naturalne, to w Europie wcale nie jest to zjawiskiem powszechnym. W kilku krajach zasadą stało się, że władza sądownicza ma siedzibę w innym mieście niż wykonawcza i ustawodawcza. W Czechach trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy oraz prokuratura generalna mieszczą się w Brnie. Podobnie jest na Słowacji, gdzie trybunał konstytucyjny ma siedzibę poza stolicą kraju, w Koszycach. Również w Niemczech najważniejsze instytucje wymiaru sprawiedliwości – trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy oraz prokuratura federalna – zlokalizowane są w 300-tysięcznym Karlsruhe, położonym na zachodzie kraju.

Niemcy są europejskim liderem polityki deglomeracji administracji publicznej, czyli rozproszenia jej ośrodków. Nawet rząd nie jest tam skupiony w jednym mieście: część ministerstw mieści się w Berlinie, a pozostałe w dawnej stolicy, Bonn. Co więcej, urzędy administracji centralnej i inne ważne instytucje rozsiane są po całych Niemczech. Przykładowo, prezydium policji federalnej mieści się w Poczdamie, naczelny sąd administracyjny w Lipsku, federalny sąd pracy w Erfurcie, dyrekcja archiwów państwowych w Koblencji, kontrwywiad w Kolonii, główny urząd statystyczny w Wiesbaden, urząd ochrony konsumentów w Brunszwiku, urząd patentowy w Monachium, a federalny urząd pracy – w Norymberdze. Również państwowe media zlokalizowane są poza stolicą: telewizyjny program pierwszy (ARD) ma główną siedzibę w Monachium, a program drugi (ZDF) w Moguncji. W Polsce odpowiedniki wszystkich tych instytucji mieszczą się w Warszawie.

W Niemczech – dzięki rozproszeniu ośrodków władzy – życie administracyjne i polityczne nie skupia się wyłącznie w stolicy. W kraju tym osiągnięto ideał organizacji przestrzennej, polegający na tym, że trudno wskazać, które z największych miast jest najważniejszym i dominującym ośrodkiem – nie tylko w zakresie administracji publicznej. Przykładowo, redakcje największych niemieckich tygodników, „Der Spiegel” oraz „Stern”, mieszczą się w Hamburgu, niemiecką stolicą bankowości jest Frankfurt nad Menem (tu siedzibę ma niemiecki i europejski bank centralny), a matecznikami nauki są niewielkie miasta uniwersyteckie, jak Heidelberg czy Tybinga.

Deglomeracja uznana jest nie tylko w Niemczech. Holandia ma dwie stolice, Amsterdam i Hagę, a część niderlandzkich instytucji centralnych mieści się w jeszcze innych miastach (np. główna siedziba kolei znajduje się w Utrechcie). Stolicą Szwajcarii jest Berno, piąte co do liczby mieszkańców miasto w tym kraju – wielkością zbliżone do Płocka. W Estonii ministerstwo edukacji i badań ulokowano w Tartu, a nie w stołecznym Tallinie.

Dzięki takim zabiegom z dziedziny organizacji przestrzennej, władza wraz z klasą polityczną nie okopują się w jednym mieście i nie zaczynają żyć w oderwaniu od realiów i problemów całego kraju. Rozproszenie ośrodków władzy centralnej zapewnia również bardziej równomierny rozwój. Strategiczne decyzje przestają zapadać odgórnie w jednym mieście, lecz stają się kompromisem między instytucjami rozrzuconymi po różnych regionach. Dzięki deglomeracji niweluje się problem przestrzennej, politycznej oraz ekonomicznej izolacji stolicy od pozostałych obszarów. Jej wymiernym efektem jest rozwój infrastruktury wspomagającej administrację publiczną (hotele, restauracje, poligrafia, zaopatrzenie, doradztwo, informatyka itp.) także poza aglomeracją stołeczną. Wreszcie, za sprawą deglomeracji kładziony jest większy nacisk na sprawne połączenia komunikacyjne między różnymi częściami państwa.

Typowa dla Polski koncentracja administracji państwowej w stolicy wywołuje „wymywanie” aktywności gospodarczej i społecznej z pozostałych regionów kraju. Ambitni i wykształceni uznają, że tylko w Warszawie można znaleźć pracę odpowiednią do ciężko zdobytych kwalifikacji. Prywatne firmy chcą być bliżej miejsc, w których zapadają decyzje gospodarcze, a media jak najbliżej polityków. Do Warszawy centralę przeniósł m.in. koncern komputerowy Optimus z Nowego Sącza. Swoje siedziby ma tam aż siedem z dziesięciu pierwszych firm na liście „Rzeczpospolitej” 500 największych polskich przedsiębiorstw. Kilka lat temu z Poznania do Warszawy przeniósł redakcję tygodnik „Wprost”. W Warszawie mieszczą się redakcje właściwie wszystkich ogólnopolskich dzienników, tygodników oraz stacji telewizyjnych. Nie dziwmy się więc, że media opisują rzeczywistość z punktu widzenia stolicy, a nie pozostałych 378 polskich powiatów.

Karol Trammer

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Mglista nadzieja Demokratów

Na początku kwietnia Biały Dom ogłosił: Barack Obama będzie w 2012 r. starać się o reelekcję. To fajnie, tylko czemu piszę to z takim niesmakiem?

Przeprowadzony niedawno przez „Washington Post” sondaż pokazuje, że pierwszy czarnoskóry prezydent wygraną ma niemal w kieszeni: pokonuje każdego z poważniejszych kandydatów Republikanów. Jeszcze rok temu byłby to dla mnie powód do nieskrywanej radości. Dziś mam mieszane uczucia.

Yes we can’t

W czasie wyborów prezydenckich 2008 r. Barack Obama złożył ponad 500 obietnic wyborczych. Choć to w znacznej mierze kwestia interpretacji, można uznać, że dotrzymał ponad 170 z nich. Trzeba przyznać, że gdyby porównać wynik z polskimi realiami, to bardzo, bardzo dużo. Administracji prezydenta udało się m.in. zrealizować kilkadziesiąt wielomiliardowych programów wspierania najsłabszych obywateli i mniejszości, innowacyjnych przedsiębiorstw czy edukacji. Wzmocniono prawa gejów, Biały Dom otworzył się na świat arabski (choćby poprzez program swoistych amerykańskich domów kultury w metropoliach na Bliskim Wschodzie), rozpoczęto realizację ambitnych programów wspierających rozwój tzw. zielonych technologii.

Niestety, ponad 300 obietnic do tej pory nie zostało zrealizowanych. USA nie wychodzą z kryzysu, Obama nie zdołał przekonać senatorów do zamknięcia więzienia w Guantanamo, w zeszłym roku pod naciskiem Republikanów przedłużył obowiązywanie ulg podatkowych dla najbogatszych, wprowadzonych przez Busha juniora.

Powyższy rachunek pokazuje, że jak dotąd pierwsza kadencja Obamy wniosła wiele pozytywnych regulacji, jednak była przede wszystkim prezydenturą walenia głową w mur. Prezydenturą nie przeforsowanych ustaw oraz tych zrealizowanych tylko połowicznie. Wreszcie, prezydenturą niespełnionych marzeń wszystkich tych Amerykanów, którzy z roku na rok coraz dotkliwiej odczuwali skutki deregulacji rynków finansowych, outsourcingu, offshoringu czy drożejącej żywności.

Czyj prezydent?

Najdobitniej problem bezsilności Obamy można było zaobserwować w czasie ciągnącego się jak brazylijska telenowela procesu przepychania ustawy o powszechnym dostępie do opieki zdrowotnej. Przegłosowana wersja pakietu Demokratów jest oczywiście wielkim dokonaniem solidarnej Ameryki. Zapewnia ona prawo do leczenia tym, których do tej pory nie było na nie stać i kładzie kres dyskryminacyjnym chwytom korporacji ubezpieczeniowych. Mimo to nie ma ona wiele wspólnego z pierwotnym programem Obamy.

Wszystko za sprawą wykreślonego przez republikańskich senatorów (czytaj: lobby ubezpieczeniowe) zapisu o utworzeniu tzw. public option, czyli państwowego ubezpieczyciela, który mógłby konkurować z prywatnymi konglomeratami i obniżać ceny usług medycznych.

USA mają rekordowo wysokie składki ubezpieczeniowe, a w efekcie – jedne z najwyższych na świecie kosztów leczenia. Mimo że do tej pory kraj nie gwarantował żadnych powszechnych usług medycznych, na jednego obywatela przeznaczał ok. dwa razy więcej środków niż np. oferująca państwowy system Kanada. Tę patologię miał pomóc zwalczyć nowy, państwowy gracz. Niestety, tak się nie stanie. Demokraci przegłosowali ze wszech miar słuszne rozwiązanie, które jednak dla podatników będzie nadal niezwykle kosztowne i które de facto gwarantuje korporacjom zachowanie monopolu na rynku zdrowia. Ba, dodatkowo wzbogacą się na zastrzyku gotówki z pakietu Obamy.

Flagowy projekt prezydenta w wersji pozbawionej public option nie obniży kosztów całego systemu lecznictwa. Tym samym nie udowodni Amerykanom, że niektóre „komunistyczne” pomysły Obamy są ekonomicznie racjonalne. Będzie ciężarem dla amerykańskiego budżetu i wielkim sukcesem neoliberalnych doktrynerów, którzy „udowodnią”, że wszelkie państwowe rozwiązania są nieefektywne.

Ustawa zdrowotna w długiej perspektywie okaże się pułapką zastawioną na Biały Dom. Jest także smutnym przykładem tego, co od wielu lat trapi USA. Mam na myśli utratę kontroli obywateli nad własnym państwem oraz bezsilności polityków chcących reformować skorumpowany system. Jest też niestety dowodem słabości samego Baracka Obamy, prezydenta, który zdołał dokonać zaskakująco mało. Pytanie tylko, czy w obecnej sytuacji mógł dokonać więcej?