przez redakcja | sobota 8 października 2011 | opinie
Ruch Occupy Wall Street (Przejmijmy Wall Street) to amerykańska część fali protestów, która ogarnęła wiele krajów świata w 2011 roku.
Wszystko zaczęło się, gdy kanadyjska organizacja Adbusters, zainspirowana egipską rewolucją i hiszpańskim ruchem indignados, rzuciła ideę rozpoczęcia podobnych masowych protestów w USA. Miały one stanowić wyraz sprzeciwu wobec ingerencji korporacji w politykę, hegemonii lobbystów, wirtualnej gospodarki zdominowanej przez sektor finansowy oraz bezkarności nieodpowiedzialnych bankierów i finansistów, którzy doprowadzili do kryzysu w 2008 r. i nie ponieśli z tego tytułu żadnych konsekwencji. 17 września protestujący mieli pojawić się w Nowym Jorku u samego źródła kryzysu – na Wall Street – i rozpocząć bezterminową pokojową okupację, rozstawiając namioty pod hasłem Yes, we camp (Tak, możemy obozować), stanowiącym parafrazę wyborczego sloganu Obamy Yes, we can. Inicjatywa została szybko podchwycona przez grupę US Day of Rage i coraz bardziej znaną ze spektakularnych akcji w Internecie nieformalną zbiorowość Anonymous.
17 września pojawiło się na Dolnym Manhattanie ok. 2000 osób, które ruszyły w kierunku Wall Street, wznosząc hasła wymierzone w wielką finansjerę i „the 1%” – ten jeden procent populacji USA, który posiada ponad jedną trzecią bogactwa kraju. Demonstranci wyposażeni w megafony, bębny i transparenty zastali ulicę zamkniętą i zabarykadowaną przez policję. Udali się zatem do położonego nieopodal Zuccotti Park, gdzie rozbili namioty i rozstawili centrum medialne, kuchnię i bibliotekę. W swoich komunikatach przywrócili parkowi dawną nazwę, czyli Liberty Plaza (Plac Wolności) i ogłosili powstanie Zgromadzenia Powszechnego Nowego Jorku.
Podobnie jak w Egipcie, Hiszpanii, Grecji i innych krajach, podstawową zasadą ruchu jest leaderless: nie ma przywódców ani rzeczników, ruch jest niemal całkowicie zdecentralizowany, nie pojawiają się nazwy żadnych organizacji. Wymiana informacji przebiega poziomo – przede wszystkim poprzez serwisy społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter; w ciągu pierwszych dni protestu nazywany był on #occupywallstreet od tagu na tym drugim serwisie.
Każdy, kto spróbowałby ustawić się w roli przywódcy, byłby narażony na ostracyzm. Okupacja Wall Street jest bowiem ważnym przejawem demokracji bezpośredniej w działaniu. Na Liberty Square codziennie odbywa się tzw. zgromadzenie powszechne (General Assembly), gdzie każdy ma prawo do krótkiej wypowiedzi, a decyzje wymagają konsensusu lub przeważającej większości podniesionych rąk. Każdy – nawet odwiedzające obozowisko popularne osoby, jak np. Michael Moore, Susan Sarandon czy zaangażowany politycznie raper Immortal Technique – musi czekać na swoją kolejkę.
Mogłoby się wydawać, że taki eksperyment w sferze radykalnej demokracji okaże się niezdolny do podejmowania decyzji, ale protestujący okazują się skuteczni i doskonale zorganizowani, co więcej, decentralizacja jest ich siłą. Przepływ informacji jest błyskawiczny, przemarsze przebiegają bez ekscesów, nie doszło do żadnego aktu przemocy czy wandalizmu. Nazwiska osób aresztowanych są błyskawicznie ustalane i podawane do wiadomości opinii publicznej, a praktycznie niemal przez 24 godziny na dobę można oglądać transmisję na żywo z przebiegu akcji – http://globalrevolution.tv/
Ponieważ policja nie wydała zezwolenia na rozstawienie systemu nagłośnienia, demonstranci przyjęli system „the people’s PA”: podczas zebrań każdy wypowiada się na głos, a zgromadzeni powtarzają, zdanie po zdaniu, jego wypowiedź. Kilkakrotnie można było zobaczyć, jak to rozwiązanie pozwala na uniknięcie kompromitacji czy prowokacji – gdy pojawiali się przemawiający, którzy próbowali opowiadać się za użyciem przemocy lub głosili egzotyczne teorie spiskowe o Iluminatach, powtarzanie wypowiedzi przez tłum stopniowo cichło aż do zupełnego milczenia, co było jasnym sygnałem mówiącym: „Nie reprezentujesz nas”.
Demokracja na Occupy Wall Street jest tak gruntowna, że organizatorzy nie wysunęli żadnych konkretnych żądań, stwierdzając, że lepiej będzie, jeśli uczestnicy sformułują i przegłosują je sami. I choć na początku przeciwnicy wypominali protestującym brak postulatów, ci odpowiadali hasłem „nasze postulaty to proces”.
Rzeczywiście, po dwóch tygodniach pojawiła się robocza wersja żądań, do której poprawki może zgłaszać każdy: albo zostaną przyjęte przez całą grupę, albo nie. Ten model, pozbawiony przywódców, jakichkolwiek władz centralnych i odgórnie przyjętych linii programowych, zainspirował ludzi w całych Stanach – w kolejnych wielkich miastach, począwszy od Chicago, Bostonu, Denver i Los Angeles, podjęto zlokalizowane zwykle w pobliżu lokalnych centrów finansowych solidarnościowe okupacje, które – często począwszy od garstki inicjatorów – z dnia na dzień rozrastają się w masowe ruchy. Po dwóch tygodniach organizatorzy szacują, że protesty już trwają (a w niektórych przypadkach mają się lada dzień rozpocząć) w kilkudziesięciu miastach pod hasłem Occupy Together. Uzyskali też poparcie niemal wszystkich związków zawodowych w USA, które postanowiły wspierać protestujących w miarę możliwości i zachęcają swoich członków do przyłączania się do ruchu.
Akcja spotyka się wyjątkowo brutalną reakcją policji, jakiej w USA nie widziano od dawna. W próby spacyfikowania protestu zaangażowano duże ilości policjantów i tajniaków. Wielokrotnie miały miejsce akty brutalnej przemocy fizycznej, włącznie z bezzasadnym używaniem pałek. Konfiskowano sprzęt filmowy, megafony i transparenty, dokonywano zatrzymań i aresztowań, niekiedy wręcz z groteskowych powodów, jak np. posiadanie maski Guya Fawkesa, która za sprawą popularnego filmu „V jak Vendetta” stała się na całym świecie symbolem ruchu oporu przeciwko tyranii oligarchicznych elit. Ósmego dnia protestu, 24 września, coraz liczniejsi demonstranci podjęli przemarsz ulicami Manhattanu. W pewnym momencie policjanci wyciągnęli długie siatki i zaczęli zamykać grupy demonstrantów w swego rodzaju „kotłach”. Dokonano ponad 80. aresztowań pod zarzutem „naruszenia porządku publicznego”, ale szczególne oburzenie wywołał incydent, który można obejrzeć na YouTube http://www.youtube.com/watch?v=moD2JnGTToA, gdzie dwójka młodych kobiet, nie stawiających oporu, została bez powodu spryskana gazem pieprzowym. Co więcej, dokonał tego policjant w „białej koszuli”, czyli na kierowniczym stanowisku, który został zidentyfikowany z imienia i nazwiska. Kolejny przemarsz, 1 października, w którym uczestniczyło około 5000 osób, przyniósł już aresztowania na bardzo dużą skalę – liczna grupa demonstrantów została przepuszczona przez policję na Brooklyn Bridge, po czym ponownie użyto siatek do ich schwytania. Tym razem NYPD aresztował ok. 700 osób. Jednak represje odnoszą jak dotąd skutek przeciwny do zamierzonego: dzięki wsparciu związków zawodowych, w środę 5 października na Foley Square zebrał się jeszcze większy tłum, według szacunków „The Guardian” – co najmniej 15 000 osób. Choć policja znów próbowała rozpędzać demonstrantów przy użyciu pałek i gazu pieprzowego, każdy akt brutalności jest nagrywany, nagłaśniany i jedynie zwiększa determinację protestujących.
Choć przeciwnicy chętnie odmalowują Occupy Together jako protest radykalnej lewicy albo znudzonej młodzieży z grona nowojorskich hipsterów, mamy tu do czynienia z bardzo reprezentatywnym przekrojem społeczeństwa – przeważają ludzie w wieku od 20 do 30 lat, ale jest też wiele osób starszych, a wśród nich dawni uczestnicy ruchu kontestacyjnego z lat 60. Nie ma mowy o podziałach ze względu na kolor skóry czy przynależność etniczną. Są przedstawiciele różnych wyznań i niewierzący. Obawiający się o swoją przyszłość reprezentanci klasy średniej protestują ramię w ramię z długotrwale bezrobotnymi, wykluczonymi społecznie mieszkańcami etnicznych gett, a także świeżo upieczonymi absolwentami college’ów wegetującymi w śmieciowej McPracy oraz opuszczonymi przez własne państwo wojskowymi weteranami i inwalidami. Również przekrój polityczny jest wyjątkowo szeroki. Na Liberty Plaza są liberałowie zawiedzeni brakiem wyrazistości Partii Demokratycznej, bardziej lewicowy ruch Progressives, zadeklarowani socjaliści, grupy anarchistyczne, a także sytuujący się przecież po zupełnie innej stronie politycznego spektrum libertarianie, którzy również sprzeciwiają się sfinansjeryzowanej gospodarce, spekulacyjnym fortunom, ekonomicznej dyktaturze całkowicie niedemokratycznej Rezerwy Federalnej oraz jawnej korupcji politycznej w postaci lobbyingu i systemu „obrotowych drzwi”.
Uczestnicy protestu i ludzie dołączający do tworzącego się ruchu zdają sobie sprawę z jednego – mogą się nawet bardzo różnić, ale czas na dyskusje o socjalnej czy wolnorynkowej gospodarce, roli religii w życiu społeczeństwa czy sprawach obyczajowych przyjdzie dopiero, gdy obalony zostanie dyktat elit Jednego Procenta i przywrócona zostanie prawdziwa demokracja – taka, jaką sami spontanicznie wprowadzają w życie.
A oto proponowana lista żądań do przedłożenia Kongresowi – ma ona jeszcze charakter otwarty i mogą się pojawić kolejne postulaty, a już istniejące mogą zostać dokładniej sprecyzowane.
1. Należy jak najszybciej przyjąć ustawę HR 1489, czyli „Ustawę o powrocie do rozsądnej bankowości” http://www.govtrack.us/congress/bill.xpd?bill=h112-1489. Przywraca ona wiele zasad Glass-Steagall Act z roku 1933, czyli ustawy zakazującej łączenia działalności komercyjnej banków z bankowością inwestycyjną. Ustawa ta została anulowana w roku 1999 przez Gramm-Leach-Bliley Act. Pozwoliło to bankom inwestycyjnym tworzyć i wprowadzać do obrotu derywaty oraz inne toksyczne aktywa i objąć tymi niebezpiecznymi praktykami bankowość komercyjną, przyjmującą i zabezpieczającą depozyty konsumentów. Większość ekonomistów uważa, że przyczyniło się to bezpośrednio do intensywności kryzysu finansowego, ponieważ pozwoliło bankom inwestycyjnym z Wall Street grać pieniędzmi swoich depozytariuszy, trzymanych w bankach komercyjnych będących w posiadaniu firm inwestycyjnych lub wręcz przez nie założonych.
2. Trzeba użyć całej władzy ustawodawczej Kongresu, by zobowiązać odpowiednie instytucje federalne do ścigania przestępców i oszustów z Wall Street, którzy swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem bezpośrednio przyczynili się do kryzysu finansowego roku 2008.
3. Należy przegłosować odpowiedni akt ustawodawczy, który uchyli decyzję Sądu Najwyższego w sprawie Citizens United, która de facto pozwoliła korporacjom wydawać tyle, ile chcą na kampanie polityków, co właściwie umożliwia im kupowanie wyborów. Należy również przywrócić media publiczne, które zapewniałyby kandydatom w wyborach równą, gwarantowaną ilość czasu podczas kampanii wyborczej, by mogli przedstawić swoje poglądy i racje.
4. Wprowadzić „podatek Buffetta”, by najbogatsi i korporacje uczciwie płacili podatki. Wyeliminować luki prawne, pozwalające korporacjom na unikanie podatków oraz zakazać ukrywania przychodów w rajach podatkowych. Należy położyć kres sytuacji, w której firmy takie jak General Electric nie płacą ani centa podatków za cały rok rozrachunkowy lub wręcz otrzymują zwrot.
5. Całkowicie zmienić zasady funkcjonowania Securities and Exchange Commission (SEC – Komisja Nadzoru Giełdy i Obrotu Papierami Wartościowymi), by rzeczywiście strzegła stabilności rynku, chroniąc interesy konsumentów i inwestorów. Komisja ta potrzebuje dobrych kadr i wysokiego budżetu, a obecnie jest katastrofalnie niedofinansowana i prowadzona przez ludzi z wewnętrznego kręgu Wall Street, którzy często ją opuszczają, by objąć lukratywne posady w korporacjach, których działalność mieli nadzorować.
6. Wprowadzić prawo ograniczające wpływ lobbystów i eliminujące praktykę, w której to lobbyści piszą ustawy i są one następnie w nadanej przez nich formie głosowane w Kongresie.
7. Wprowadzić prawo dotyczące tzw. obrotowych drzwi, czyli zjawiska przechodzenia byłych urzędników administracji rządowej do pracy w firmach prowadzących działalność w branżach i sektorach rynku, których zasady działania urzędnicy ci poprzednio regulowali.
8. Zlikwidować zasadę traktowania korporacji jako „osoby”. 14 Poprawka do Konstytucji, wprowadzona w roku 1868, miała z założenia gwarantować prawa Afroamerykanom, czyli byłym czarnym niewolnikom, uznając, że „żaden stan nie może pozbawić kogoś życia, wolności lub mienia bez prawidłowego wymiaru sprawiedliwości ani odmówić komukolwiek na swoim obszarze równej ochrony prawa”. Prawnicy działający w imieniu korporacji chcieli zapewnić swoim mocodawcom więcej władzy. Właśnie dlatego arbitralnie przyznano korporacjom identyczny status. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że między 1890 a 1910 rokiem przed sądami znalazło się 307 spraw dotyczących 14 Poprawki. 288 z nich zostało wysuniętych przez korporacje, a zaledwie 19 przez Afroamerykanów. Należy pamiętać, że 600 tysięcy osób zginęło, by przyjąć i zagwarantować te prawa, a następnie odebrano je ludziom i przekazano kapitałowi. Czas to naprawić.
Całość opracował i listę żądań protestujących przetłumaczył Krzysztof J. Adamski





przez Konrad Malec | poniedziałek 3 października 2011 | opinie
Polskie media nie potrafią samodzielnie zauważyć trudnych problemów, więc stosują kalki ze swoich zachodnich odpowiedników. Ostatnio roni się w nich krokodyle łzy nad młodzieżą pracującą na tzw. umowach śmieciowych.
No, może nie wszyscy rozczulają się nad młodymi na umowach o dzieło, na czas określony czy wymuszonym samozatrudnieniu. Niektórzy dostrzegają plusy tego rodzaju „elastyczności”, przekonując, że pozwala zdobyć doświadczenie zawodowe i że jest lepsza niż praca na czarno. Oczywiście skrzętnie pomijają takie kwestie jak brak możliwości zaciągnięcia kredytu na mieszkanie. A jeśli zwraca się im uwagę na ciemne strony aktualnej sytuacji na rynku pracy, to szybko kwitują je stwierdzeniem, że świat się zmienia, że tak jest rzekomo w całej Europie itp.
Choć żaden z medialnych mędrków nie ma podobnego problemu, to znają oni najlepszą metodę na jego rozwiązanie: jest nią pomoc rodzinna uzupełniona tradycyjnym polskim kombinatorstwem. O dziwo, muszę im przyznać rację. Od 10 lat nie mam szczęścia do umów na czas nieokreślony, a moja żona nigdy takiej nie miała. Mieszkanie udało nam się zdobyć tak, jak zalecali „specjaliści”, czyli dzięki znajomościom i rodzinie. Byśmy mogli normalnie pracować, niezbędna była pomoc babci w opiece nad dzieckiem. O żłobkach w moim mieście można tylko pomarzyć, a przedszkole jest otwarte tylko 10 godzin, co przy szczęściu, jakie spotkało moją małżonkę – pracuje 8 godzin dziennie – jest i tak zbyt krótkim czasem, gdyż dojazd z drugiego końca miasta zajmuje ponad dwie.
Jestem jeszcze młody i mam możliwość korzystania z pomocy bliskich. Pokolenie moich dzieci może nie mieć tyle szczęścia. Nim rozwinę tę myśl, pozwolę sobie odwołać się do guru polskich speców od gospodarki i stosunków społecznych. Niedawno miałem okazję wysłuchać samego Leszka Balcerowicza, który w jednej ze stacji radiowych w prosty sposób wyjaśnił genezę protestów hiszpańskiej młodzieży. Nie ma ona pracy, bo starzy związkowcy zatrudnieni są na umowach, które uniemożliwiają ich zwolnienie. O Polsce nie wspomniał, za to wielu jego apologetów wskazuje na ten sam problem w naszych firmach „państwowych” (tj. należących do Skarbu Państwa bądź samorządów).
Kilka lat temu pracowałem w zakładzie komunalnym. Odziedziczył on po poprzednim systemie wiele patologii, jak przerost kadry „umysłowej” (w firmie, której głównymi zadaniami były sprzątanie, brukowanie i rozbiórki, pracownicy fizyczni stanowili zaledwie połowę zatrudnionych) czy kumoterstwo. Kapitalizm dodał do tego znaczący rozdźwięk między płacami „góry” i „dołu”. Już wówczas niemal wszyscy robotnicy pracowali na umowach na czas określony, a kiedy zgodnie z prawem przychodziła pora na stałą umowę, odsyłano nas do urzędu pracy. W każdej chwili można było nas zwolnić, z dwutygodniowym wypowiedzeniem, o czym kierownicy do znudzenia nam przypominali: „w tej brygadzie pracy może być pewna tylko jedna osoba”.
Niedawno spotkałem się z kolegami i dowiedziałem się, że nowe standardy obowiązują także w moim dawnym zakładzie. Pracownikom, którym kończą się umowy, proponuje się nowe – w formie zlecenia. Tym, którym w czasach niedawnego boomu na pracowników fizycznych zaproponowano umowy kilkuletnie, obecnie się je wypowiada i również zmusza do przejścia na zlecenia. „Smarkaczy” świeżo po szkołach, do których według medialnej kalki ogranicza się cały problem, jest niewielu. Za to odsetek osób po 50. roku życia jest znaczący.
Protesty młodych ludzi, o których donoszą media, dotyczą krajów znacznie bogatszych niż Polska. Nawet w nich przyznaje się, że na horyzoncie widnieją poważne problemy, m.in. demograficzne. Nasz kraj jest ciągle „zieloną wyspą”, jednak grupa szczęśliwych posiadaczy emerytur wypracowanych w minionym ustroju topnieje, zaś przyszli staruszkowie będą mieli głodowe świadczenia, jeśli w ogóle je uzyskają, pomoc rodzinna zatem nie będzie możliwa. Zapewne wówczas rząd, w imię utrzymania zieleni na wyspie, wezwie sędziwych obywateli do patriotycznego czynu polegającego na szybkim zgonie.
przez Tadeusz Markiewicz | sobota 24 września 2011 | opinie
PO rzuciło na rynek kiełbasę wyborczą i przedstawiło program poprawy sytuacji młodego pokolenia. Kiełbasa, jak to kiełbasa: składa się głównie z wody i wypełniaczy.
Na miesiąc przed wyborami zespół kierowany przez Michała Boniego przedstawił raport „Młodzi 2011”. Dokument ma być odpowiedzią na trudną sytuację młodego pokolenia Polaków. W zależności od naszych sympatii politycznych, publikacja Boniego może być różnie odbierana. Niechętni PO będą wytykali, że opracowanie ujrzało światło dzienne w przeddzień wyborów i jest elementem kampanii wyborczej. Sympatycy słusznie będą argumentować, że warto docenić inicjatywę rządu, który zajął się tak ważkim tematem.
A sprawa jest paląca. Polska jest w niechlubnej unijnej czołówce, jeżeli chodzi o odsetek młodych (18-34 lata) zatrudnionych na umowy śmieciowe. Przegania nas obecnie już tylko Portugalia i Hiszpania. Co więcej, ci, którzy mają pracę, powinni czuć się wygranymi. Obecnie bowiem już co drugi bezrobotny Polak należy do tej grupy wiekowej. Na to wszystko nakładają się obcięte przez PO programy stypendialne, brak funkcjonalnego systemu kredytów studenckich czy kulejący program wspieranych przez państwo kredytów mieszkaniowych Rodzina na Swoim.
Numerki, cyferki
Raport zespołu doradców rady ministrów rodził więc duże nadzieje. Miał spełnić pożyteczną rolę w trwającej debacie o sytuacji absolwentów uczelni. I co najważniejsze, zaprezentować konkretne rozwiązania, mające poprawić stan rzeczy. O ile pierwszy cel autorów najpewniej się powiedzie, o tyle co do drugiego można mieć wątpliwości.
Dokument stworzony przez „intelektualne zaplecze Platformy” rozczarowuje. I to mimo iż posiada właściwie bezcenną wartość informacyjną. Zawiera kompleksowe dane dotyczące młodego pokolenia. Są tu statystyki niemal na każdy temat: od preferencji mieszkaniowych po badania dotyczące wrażliwości obywatelskiej. Całość zajmuje aż 426 strony formatu A-4.
Niestety raport pełen jest także analiz porażających trafnością. Najlepiej można je prześledzić w specjalnej prezentacji zespołu doradców (patrz tutaj). Eksperci na przykład na postawione w prezentacji na stronie 25 pytanie „W czym tkwi siła i rozwojowy potencjał młodych?”, na stronie 26 odpowiadają, że „w ich młodości i energii życiowej”. Doradcom Michała Boniego zdarza się też cytowanie Michała Boniego. Dzięki dokumentowi możemy się np. dowiedzieć, że minister uważa, iż „nie można mówić o młodych bez mówienia o przyszłości i nie można mówić o przyszłości bez mówienia o młodych”.
Mamy więc mądrości rodem z amerykańskich poradników psychologicznych, za to w opracowaniu brakuje niestety konkretów. Zgromadzone dane statystyczne wyglądają raczej jak zaplecze przyszłego raportu ekspertów, a nie jak sam raport. W tekście próżno szukać skonkretyzowanych propozycji reform.
Mowa trawa
Są za to rekomendacje. Większość mglista i nieprecyzyjna. Na szczęście jednego możemy być pewni. Przeprowadzone przez zespół analizy nie poszły w las i na ich podstawie zalecono przeprowadzenie kolejnych analiz. Moja ulubiona: „Dokonać analizy możliwości większego skupienia wsparcia na rzecz wzrostu dzietności poprzez ulgi podatkowe w większej skali na dzieci – od trzeciego w rodzinie”.
Wątpliwości budzą również rekomendacje najczęściej komentowane przez media. Chodzi m.in. o propozycję tymczasowego zatrudnienia studentów i absolwentów w samorządach. Miałoby to służyć zdobyciu praktyki zawodowej. Zamiast więc zaproponować rozwiązania długofalowo zmniejszające bezrobocie, wymyślono, że administracja może pełnić funkcję agencji pracy tymczasowej. Zatrudni wszystkich studentów na chwilę, co by się nie nudzili i zdobyli doświadczenie. Tym samym terminujący (w powiatowym urzędzie pracy?) malarze, poloniści i historycy w mig znajdą etaty.
Nie od dziś przecież wiemy, że pracodawcy stawiają młodym duże wymagania dotyczące doświadczenia zawodowego nie dlatego, że w kraju jest wysokie bezrobocie i na każde stanowisko aplikuje wiele osób. Jak zapewniają przedstawiciele takich instytucji jak Business Centre Club czy Lewiatan, rynek jest głodny i byłby w stanie wchłonąć każdą ilość „wykwalifikowanych specjalistów”. Tych dotąd po prostu brakowało. Jednak od czego są samorządy?! Zaraz wezmą naszych nieopierzonych absolwentów w obroty i zrobią z nich rozchwytywanych bankierów.
Cud miód
Jak by tego było mało, zespół planuje rozwiązać także polski problem mieszkaniowy. Przyszłość jest jasna – dzięki analizom powstaną opracowania, w wyniku których wprowadzi się plany, by rząd, niczym bracia Golcowie, z developerskiego kretowiska zrobił San Francisco.
Jak? To proste. Po pierwsze, dzięki „nowemu programowi” pojawi się „lepsza oferta mieszkań na wynajem”. Po drugie, rząd rozwiąże wreszcie jakże wstydliwy dla Polski problem niewykorzystywanych mieszkań socjalnych i wprowadzi studenckie „programy” „uzyskiwania mieszkań z puli budownictwa socjalnego”. C’est genial!
Najnowszy dokument zespołu doradców premiera rozczarowuje. Tym bardziej, że na jego potrzeby wykonano tytaniczną pracę badawczą. Szkoda, że za nią nie poszły odważne wnioski. No chyba, że za takie uznamy np. drugą rekomendację raportu: „W rozwiązywaniu różnych problemów i podejmowaniu wyzwań powinniśmy stawiać na młodych”.
przez dr Rafał Bakalarczyk | piątek 16 września 2011 | opinie
Polityka nastawiona na redystrybucję służy nie tylko ubogim, ale w dłuższej perspektywie – przywołując hasło PO sprzed lat – sprawia, że żyje się lepiej wszystkim. Niestety z perspektywy czasu wiele wskazuje, że dla Platformy słowa te były sloganem w ówczesnej kampanii wyborczej, nie zaś hasłem otwierającym długookresowe poszukiwania sposobów budowania bardziej sprawiedliwego ładu społecznego.
Końcówka kadencji parlamentu skłania do podsumowań. Jedno z pytań brzmi: jak system polityczny wpływa na strukturę społeczną? Jak państwo swymi działaniami kształtuje relacje dochodowe między poszczególnymi warstwami?
Częściowej odpowiedzi udziela raport przygotowany przez Centrum Analiz Ekonomicznych. Pełna wersja dokumentu ukazała się 13 września. „Gazeta Wyborcza” dotarła wcześniej do zasadniczych obliczeń i wniosków. Jak czytamy w podtytule artykułu na ten temat: Państwo zamiast wspomagać najuboższych, wspiera ulgami podatkowymi najbogatszych (M. Bojanowski, „Ulgi nie pomogą najbiedniejszym”, „Gazeta Wyborcza”, 24 sierpnia 2011). Co składa się na tę ponurą diagnozę?
Z jednej strony, w 2007 r. (jeszcze pod koniec rządów PiS) podwyższono niemal 10-krotnie ulgę podatkową na dziecko. Nie przyniosło to żadnych korzyści rodzinom najmniej zamożnym. Tymi, którzy skorzystali z ulgi najwięcej, okazały się rodziny najbogatsze. Z drugiej strony, nastąpiło zmniejszenie liczby adresatów świadczeń rodzinnych, których wielkość nieznacznie wzrosła w ostatnich latach, ale próg pozostał na starym poziomie, więc wiele rodzin nie może już z nich korzystać.
Wspomniany raport zawiera dokładniejsze wyliczenia, kto i ile zyskał na zmianach. Ogólnie jednak można powiedzieć, że system podatkowo-zasiłkowy w tym względzie zaczął działać zgodnie z tak zwanym w naukach społecznych prawem św. Mateusza: „Albowiem temu, kto ma, będzie dane i obfitować będzie; a temu, kto nie ma, i to, co ma, będzie odjęte”.
Warto przy tym zauważyć mniej oczywiste aspekty problemu. Otóż sytuacja biednych pogarsza się podwójnie, a nawet potrójnie. Nie tylko dlatego, że państwo przeznacza na ich rzecz mniej pieniędzy, ale także z tego powodu, że rośnie dystans między nimi a bogatszymi, a więc subiektywny wymiar ubóstwa może się pogłębić. W badaniach prowadzonych w krajach rozwiniętych, do pomiaru ubóstwa i wykluczenia stosuje się nie tylko wskaźniki absolutne, ale także względne – określające pozycję materialną jednostki względem standardów danego społeczeństwa.
Pogorszenie sytuacji najsłabszych w wyniku omawianej polityki odbywa się w jeszcze jeden sposób. Wraz ze wzrostem dystansów osłabia się spójność społeczna, a ta jest ważnym czynnikiem ułatwiającym rozwiązywanie problemów, na których występowanie i skutki narażone są w większym stopniu osoby gorzej sytuowane.
Rozwój na nierównej drodze?
Widzimy więc, że władze przez ostatnie lata nie wykorzystały systemu podatkowo-zasiłkowego do łagodzenia nierówności społecznych, choć jest to jeden z głównych instrumentów do tego celu. Niestety, można odnieść wrażenie, iż obecna ekipa rządząca w ogóle sobie takiego celu nie stawia. W sztandarowym dokumencie strategicznym rządu „Polska 2030” proponuje się wizję rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego. Nie wnikając w szczegóły, można powiedzieć, że odrzuca on równość – o czym świadczy już sam pierwszy człon tej dość enigmatycznej nazwy – zarówno jako cel, jak i tym bardziej jako warunek rozwoju. Na kartach raportu kwestia wysokiego rozwarstwienia nie jest traktowana jako zasadnicze wyzwanie nawet w rozdziale „Spójność społeczna”, mimo że ogromne kontrasty społeczne jeśli nie uniemożliwiają, to z pewnością utrudniają osiągnięcie tej spójności.
Tymczasem nierówności są bardzo niepokojące i bez mechanizmów je ograniczających mogą do 2030 r. wzrosnąć. Dokonują się one już na poziomie pierwotnego podziału dochodu narodowego. Obserwujemy w ciągu kilkunastu lat rosnące rozwarstwienie płacowe. Jak podają, posiłkując się danymi GUS, autorzy raportu „Polska Praca 2010”: W 1993 roku różnica pomiędzy najwyższymi a najniższymi wynagrodzeniami sięgała 493%. Natomiast w 2008 roku była już półtora razy wyższa i osiągnęła 794,1% (Komisja Krajowa NSZZ Solidarność, „Polska praca 2010”, s. 27). Diagram ilustrujący trendy wskazuje, iż zróżnicowanie to sukcesywnie rosło przez całe półtora dekady objętej porównaniem. A to tylko różnice w zarobkach. Rozwarstwienie majątkowe jest znacznie głębsze.
Do pewnego stopnia różnice te można łagodzić już na poziomie płacowym, ale pole manewru władzy państwowej jest tu stosunkowo niewielkie. Znacznie łatwiej można różnice w zamożności zmniejszać poprzez politykę fiskalną i socjalną. A tego władza nie czyni lub robi to nieskutecznie. Chodzi przy tym nie tylko o niwelowanie rozwarstwienia, ale i o problem redystrybucji środków, które są nierówno rozdzielone.
Każdy podręcznik polityki gospodarczej wskazuje na redystrybucję jako jedną z zasadniczych funkcji polityki fiskalnej. Tymczasem w Polsce system podatkowy słabo realizuje to zadanie. Nie chodzi tylko o wspomnianą ulgę na dzieci, ale np. o proporcje przychodów, jakie budżet czerpie z poszczególnych rodzajów podatków. Kolejne rządy obniżają podatki czy to dla firm, czy dla najbogatszych obywateli, rekompensując to podniesieniem stawek VAT, który dotyka wszystkich, ale – w relacji do posiadanych zasobów – osoby niezamożne szczególnie dotkliwie. Dziwi to tym bardziej, że jeszcze przed podjęciem tej decyzji obecny rząd miał szanse zapoznać się z raportem Eurostatu, z którego wynikało, że w Polsce udział podatków pośrednich w całości opodatkowania jest jednym z najwyższych, podczas gdy udział bezpośrednich jednym z niższych w UE (patrz tutaj). Decyzja jest więc kuriozalna, tym bardziej, że podwyżka VAT ogranicza w przypadku osób uboższych konsumpcję, a ta mogłaby napędzić produkcję. Zwłaszcza w dobie zagrożenia recesją powinniśmy o tym pamiętać.
Działania władzy uderzają nie tylko w uboższych, ale pośrednio w całą zbiorowość. Albo powiedzmy inaczej: poprzez uderzenie w najsłabszych, uderzają w ogół społeczeństwa. Ta ostatnia konstrukcja wydaje się precyzyjniejsza i jednocześnie naprowadza na ogólniejszą zależność, którą warto wziąć sobie do serca. Chodzi o zależność między ogólnym dobrobytem (rozpatrywanym nie tylko ekonomicznie) a dobrobytem najsłabszych członków społeczeństwa. Najpoważniejszym argumentem „rozwojowym” przeciwko oszczędzaniu na systemowym wsparciu dla najuboższych jest to, że prowadzi zazwyczaj do nieodwracalnego ubytku w kapitale ludzkim, będącym jednym z motorów nowoczesnej gospodarki. Rodzi to koszty zdrowotne i koszty utraconych możliwości, jakich osoby pogrążone w biedzie nie są w stanie (z pożytkiem dla społeczeństwa) wykorzystać. Koszty generuje zresztą nie tylko bieda w wymiarze absolutnym, ale także względnym, o której tu mówimy. Wielkie przepaście prowadzą do społecznych konfliktów i zagrażają bezpieczeństwu.
I wędka, i ryba
Oczywiście pojawia się jeszcze kwestia tego, czy transfery socjalne – takie jak zasiłek rodzinny – to najlepszy sposób na wydobywanie rodzin z ubóstwa. Część osób skłonna jest argumentować, że ważniejsze są działania aktywizujące. Nie ryba, lecz wędka – przekonują. Sprawa jednak nie jest tak prosta. Świadczenia rodzinne to coś innego niż świadczenia przysługujące na mocy ustawy o pomocy społecznej. Te pierwsze mają zwiększyć dochody wśród rodzin mniej zamożnych, te drugie – wspomóc ludzi w trudnych sytuacjach. Nie zawsze rodzina, której powinien przysługiwać zasiłek rodzinny, jest dotknięta jakąś dysfunkcją. Nieraz po prostu nie ma dość pieniędzy, by finansować różne potrzeby umożliwiające jej pełne uczestnictwo w życiu społecznym.
Bieda często widziana jest przez pryzmat stereotypów, w których wódka leje się hektolitrami, a od kilku pokoleń nikt w rodzinie nie podejmował pracy. Tymczasem w post-transformacyjnej Polsce mamy równolegle do czynienia z nową biedą, np. niskopłatnych pracowników, ludzi na czasowych umowach, którzy nie mogą wziąć kredytu mieszkaniowego, za to mają na utrzymaniu dzieci, co generuje dodatkowe wydatki. Takim osobom bardziej niż wędka jest potrzebna ryba, dzięki której zmniejszy się luka między codziennymi potrzebami a możliwościami finansowymi. Co więcej, to właśnie niemożność dopięcia domowego budżetu może doprowadzić do sytuacji patologicznych. To, jak codzienne trudności materialne stają się zaczynem poważnych konfliktów międzyludzkich i głębokich patologii, nieraz prowadzących wręcz do tragedii, zilustrował w przejmujący sposób film „Plac Zbawiciela”.
Poza tym nawet tam, gdzie zjawiska patologiczne są głęboko utrwalone i potrzebna jest reintegracja społeczna i życiowa, nie należy rezygnować z instrumentów osłonowych w postaci transferów pieniężnych. Dlatego, że przezwyciężenie nieporadności życiowej, rodzinnej i zawodowej ma szanse się powieść dopiero tam, gdzie ludzie zaczynają dysponować własnymi środkami, których jest na tyle dużo, iż mogą przy ich pomocy zaspokoić choćby podstawowe potrzeby. Bez ryby mało komu starczy siły i wytrwałości, by uczyć się skutecznego korzystania z wędki. Potrzebne jest więc jedno i drugie. Aby starczyło na obydwa typy instrumentów, trzeba przeznaczać na to spore środki publiczne. To się jednak – patrząc wielowymiarowo i długookresowo – po prostu opłaca.
By żyło się lepiej. Wszystkim
Wiele społeczeństw, zwłaszcza skandynawskich, dawno już to zrozumiało i woli poprzez mechanizmy hojnej i silnie progresywnej polityki fiskalnej wydać więcej, ale dzięki temu cieszyć się życiem w bezpieczniejszym i zdrowszym społeczeństwie, przy okazji nie tracąc później publicznych i prywatnych środków na walkę z problemami wyrosłymi z biedy i nierówności.
Reasumując: polityka nastawiona na redystrybucję służy nie tylko ubogim, ale w dłuższej perspektywie – przywołując hasło PO sprzed lat – sprawia, że żyje się lepiej wszystkim. Niestety z perspektywy czasu wiele wskazuje, że dla Platformy słowa te były tylko sloganem ówczesnej kampanii wyborczej, nie zaś hasłem otwierającym długookresowe poszukiwania sposobów budowania bardziej sprawiedliwego ładu społecznego.
przez Agata Młodawska | sobota 10 września 2011 | opinie
Dworzec kolejowy w Tangerze, godzina 19.30. W porze pierwszego ramadanowego posiłku zawieszono kursowanie jednego z pociągów. Koty z opustoszałego dworca są miłe, ale rozmowa z nimi bywa trudna, więc w poczuciu okcydentalnej więzi zbliżamy się do siebie, ja i dwoje Amerykanów. Rozmawiamy o walorach turystycznych południowej Hiszpanii.
– Byliśmy na Costa del Sol. Tam jest tylu Anglików, to niesamowite! Kelnerki, które nas obsługiwały, w ogóle nie znały hiszpańskiego! – opowiadali rozczarowani mdłym smakiem prawdziwej hiszpańskiej Andaluzji. Tak, przypomniałam sobie bary z rybą i frytkami, angielskie nazwy agencji nieruchomości i pola golfowe. I fałszywe westchnienia „tak, wiem, że powinnam znać chociaż trochę hiszpański, mieszkam tutaj już siedem lat”. Brak integracji obudził moje żywe zainteresowanie, więc rozpoczynam opowieść.
Gdybyśmy grali w filmie animowanym, ja niechybnie znalazłabym się na środku hali dworcowej, na moją sylwetkę skierowany zostałby strumień reflektora, a na wiszący nieopodal ekran padłby strumień projektora. W dzisiejszym odcinku mamy zaszczyt państwu przedstawić marginalizowaną grupę imigrantów, których z braku lepszego określenia nazwę ekspatriantami, pomimo że to pojęcie-parasol nie brzmi najlepiej. Do odjazdu pociągu do Fezu zostało pół godziny, więc nie będę wdawała się w historyczne szczegóły. Wspomnę jedynie, że pojęcie to było często używane w odniesieniu do mieszkańców metropolii pracujących w byłych koloniach. Obecnie określani są w ten sposób również wysoko wykwalifikowani imigranci, zatrudniani przez międzynarodowe korporacje.
Co się państwu kojarzy z grupami obcokrajowców mieszkających na stałe za granicą? MULTIKULTURALIZM! Prawie dobrze, ale o dziwo, ludzie Zachodu mieszkający w byłych koloniach nie byli nigdy opisywani jako skomplikowany układ równań wielokulturowych, a integracja stanowiła problem nie tyle dla przybyszy, ile dla społeczeństwa przyjmującego. Tutaj padnie słowo „kosmopolityzm”, które w kontekście ekspansji kolonialnej było używane już w XIX w. Jak napisał Edward Said, brytyjscy politycy argumentujący za utrzymaniem kolonii wyjaśniali, że społeczeństwa podbite muszą się wyzbyć próżnego zaściankowego nacjonalizmu na rzecz kosmopolitycznej solidarności i z podziwu dla osiągnięć ludzkości wypracowanych przez Brytyjczyków uznać jedyne słuszne zwierzchnictwo.
Sto lat później, zdaniem części naukowców, kosmopolityzm jest postawą świadczącą o moralnej wyższości. Ulf Hannerz pisze, że prawdziwy kosmopolita to nowy typ podróżnika, otwartego na inne kultury, gromadzącego nowe doświadczenia. Skrajnie różny od masowego turysty, zainteresowanego wyłącznie ofertami typu „all inclusive” i od niemobilnego, staromodnie przywiązanego do własnej kultury lokalsa, „pozostawionego z tyłu procesów globalizacji”. Nowi, poszukujący autentyczności podróżnicy mieli być ideałami ludzi, skrojonymi na nowe, elastyczne czasy. Z takich właśnie elastycznych, otwartych i mobilnych jednostek, elegancko konsumujących inne kultury, miały się składać społeczności eskpatów. Tak przynajmniej wyglądały z perspektywy antropologicznego biurka w gabinecie prestiżowego amerykańskiego uniwersytetu. Badacze terenowi dochodzili do zgoła odmiennych wniosków. Pogarda i strach – charakteryzowali pokrótce postawę zagranicznych przybyszów wobec miejscowej ludności. Umiłowanie różnorodności ograniczało się głównie do konsumpcji dóbr materialnych; znajomości z autochtonami raczej unikano.
W latach 90. dostrzeżono również, że kosmopolityzm łatwo daje się przeliczyć na pieniądze. Różni w pracy, to się opłaca – obliczyli autorzy podręczników do marketingu. Rząd Singapuru zastosował to hasło w praktyce i, jak napisała Brenda Yeoh, wpisał oficjalnie kosmopolityzm do rządowych aktów i ustaw. Ta gościnność miała jednak swoje granice – z otwartością na południowoazjatyckich robotników niewykwalifikowanych nie należało przesadzać. Różnorodność i otwartość są wartościami wtedy i tylko wtedy, gdy łatwo można je przeliczyć na pieniądze, inne ich rodzaje nie są istotne. Pożądany typ różnorodności doprecyzował Richard Florida, który przedstawił prostą zależność: miasta z większą liczbą kreatywnych jednostek rozwijają się szybciej. Z kolei otwartość zdefiniował polski socjolog Paweł Kubicki, utożsamiając ją z bywaniem w modnych kawiarniach.
Co to ma wspólnego z Hiszpanią? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu południowa część kraju należała do obszarów najuboższych i najbardziej ekonomicznie zacofanych, zamieszkanych głównie przez rybaków. W końcu lat 60. odkryto jednak jej potencjał – dzikie plaże i łagodny klimat. Turystyka miała być głównym motorem rozwoju dla ubogiej prowincji, nie znającej rewolucji przemysłowej. Jedynym mankamentem tej genialnej w swej prostocie koncepcji była zima: kilkanaście stopni powyżej zera i ulewne zimowe deszcze były mało atrakcyjne z punktu widzenia brytyjskich turystów. Lokalne władze zdecydowały się zatem na sprzedaż nieruchomości po obniżonej cenie: posiadanie letnich rezydencji miało zatrzymać Brytyjczyków na dłużej.
Oferta była kusząca. Jak to już kiedyś napisałam: Pakiet podstawowy obejmuje palmy, morze i skały. Dla bardziej wybrednych klientów mamy również energicznych lokalsów, którzy w nocy wychodzą na ulicę, a w dzień roznoszą jedzenie. Oferta ważna na Wyspach Brytyjskich i w Niemczech, których obywatele mają cudowne właściwości gospodarczego ożywiania podupadłych rejonów.
Niewątpliwie udało się przyciągnąć Brytyjczyków na dłużej. Antonio Aledo, profesor socjologii z uniwersytetu w Alicante, na początku każdego semestru polecał swoim studentom narysowanie imigranta. Źle – mawiał po otrzymaniu kilkunastu wizerunków mieszkańca Afryki Północnej – w naszym regionie najwięcej imigrantów pochodzi z Wysp Brytyjskich. Część z nich jest emerytami, inni są prywatnymi przedsiębiorcami, jeszcze inni pracują nielegalnie, wykonując najrozmaitsze prace: sprzątają, budują, pielęgnują. Zgrupowani w stowarzyszenia tworzą obieg usług i towarów niedostępny dla niezaradnych, niezorganizowanych i nieucywilizowanych Hiszpanów, którzy potrafią kulturalnych Brytyjczyków nieźle zirytować. Ale z drugiej strony są tacy uroczy i prorodzinni, to ludzie żyjący bliżej natury, z dala od restrykcyjnej brytyjskiej cywilizacji – mawiają wybierający Pakiet Rozszerzony Natura 2000 w wydaniu hiszpańskim. Oni nam zasoby naturalne, a my im trochę kultury i część pieniędzy spłynie… ta część, która wyjdzie poza Brytyjski Autarkiczny Okręg Gospodarczy ze zrównoważoną podażą i popytem.
W lokalnym obiegu jednakowoż transfery pieniężne uległy zwiększeniu głównie przez wzrost cen. Wysokie bezrobocie i korupcja pozostały bez zmian. Aledo ponadto sugerował, że brytyjscy obywatele nie byli również zbyt zagorzałymi przeciwnikami korupcji, pod warunkiem, iż praktykowano ją w Hiszpanii i w sektorze nieruchomości. Co więcej, goście z bardziej rozwiniętych krajów europejskich niekiedy w tych praktykach brali dość czynny udział, jak dowodzi historia największego w historii Hiszpanii skandalu korupcyjnego w popularnej wśród ekspatów Marbelli.
– To bardzo ciekawa historia. Musimy chyba już iść na pociąg – usłyszałam od rozmówców.
– O której będziecie w Fezie?
– O drugiej w nocy. Wiesz, na szczęście ktoś z hotelu nas odbierze z dworca. Nie wiem, jak dalibyśmy sobie radę, gdybyśmy musieli jechać taksówką. Chyba jedziemy tym samym pociągiem, dokąd idziesz?
– Yyyy… to chyba pierwsza klasa.
– My mamy bilet na pierwszą klasę. Powiedzieli nam, że tylko tak jest bezpiecznie.
Rozumiałam. Zanim udaliśmy się do swoich wagonów, poleciłam wycieczkę do położonego nad Atlantykiem Asilah, gdzie można konsumować lokalną kulturę wspólnie z hiszpańskimi ekspatami z Madrytu, którzy wykupują budynki w centrum miasteczka. Słynące z murali Asilah przyciąga klasę kreatywną, która, jak napisał Florida, stanowi główną siłę napędową rozwoju i może kiedyś wciągnie lokalsów w swoje projekty, dlatego też należy ją zatrzymać, nawet jeśli miejscowymi niekiedy pogardza, wzorem cytowanej przez Juana Goytisolo hiszpańskiej damy, miłośniczki „Maroka i Arabów”:
Tak, to zacofany kraj, ale mi się podoba. Chociaż wielu mówi, że Maurowie różnią się bardzo od nas i że nie możesz im ufać, jeżeli ich trochę wychować (…). Proszę sobie wyobrazić, że w domu mam Mauryjkę z północy, która mówi po hiszpańsku. Biedna, nie wiedziała nic o naszej kuchni, ani o naszych zwyczajach i musiałam pokazać jej wszystko, jak gotować, prać w pralce, podawać do stołu…
Wyznanie to wywołało w hiszpańskim pisarzu mieszkającym w Maroku wspomnienia nie tak odległych czasów, gdy emigranci hiszpańscy na szwajcarskiej granicy przechodzili obowiązkową dezynfekcję. Poradniki poprawnych relacji z hiszpańską służbą pouczały wówczas, że: Hiszpan ogólnie nie narzeka i akceptuje swoje położenie z rezygnacją dziedziczoną po kulturze arabskiej. Nie próbuje również dyskutować i uzasadniać używając francuskiej logiki dedukcyjnej. W większości przypadków Hiszpan jej nie zrozumie, ale jest raczej intuicyjny. Szczęśliwie „Hiszpanowi” udało się nabyć nieco logiki dedukcyjnej, dzięki czemu może krzewić ją w Maroku, tak jak to czynią Anglicy na południu Hiszpanii.
przez Michael Hauser | piątek 2 września 2011 | opinie
Niedouczenie stanowi pułapkę, z której trudno się wydostać. Przejawia się głównie niezdolnością połączenia poszczególnych wiadomości w żywą, dynamiczną całość, a zatem fragmentarycznością wiedzy. Jednocześnie staje na przeszkodzie uświadomieniu sobie własnych luk w wykształceniu.
Theodor W. Adorno zwraca uwagę na paradoks związany z tzw. demokratyzacją uniwersytetów. Demokratyzacja jest pseudodemokratyzacją, priorytetem jest bowiem to, by jak największa liczba osób uzyskała umiejętności i nawyki potrzebne współczesnej gospodarce. Ich całkowite wykształcenie nie jest istotne. Lecz właśnie wykształcenie, jako zdolność rozumienia świata w szerszych kontekstach oraz myślenia własną głową („Sapere aude”, jak powiada Kant, „Miej odwagę posługiwać się własnym rozumem”), zapewnia jednostce autonomię. Ideał demokracji zakłada, że obywatele będą przejawiać się jako osoby autonomiczne i aktywne politycznie, jako osoby pytające o własną sytuację oraz sytuację społeczeństwa. Jeżeli uniwersytety nie prowadzą ku autonomii i myśleniu krytycznemu, produkując apolityczne i konformistyczne jednostki, to podkopują samą demokrację. Adorno konkluduje, że tego rodzaju demokratyzacja uniwersytetów wywołuje własne przeciwieństwo, rozkład ideałów demokratycznych.
Diagnoza Adorna pochodzi z końca lat 50. minionego wieku, można jednak powiedzieć, że ujmuje tendencję, która od tamtej pory nasilała się, a w końcu przekształciła się we własną karykaturę. Dziś mamy bowiem do czynienia z sytuacją, gdy większość ludzi uważa się za osoby autonomiczne i wolne. Autonomię i wolność pojmuje jednak w sposób, który sprowadza się do przyjęcia znaków odrębności wyprodukowanych przez współczesną gospodarkę. Powstaje więc swego rodzaju konformistyczna autonomia. Możemy kupić pobyt w klasztorze indyjskim albo jakieś ekstremalne przeżycie w pakiecie. Element odmienności wpisany jest w sam towar: większość produktów ma sprawiać wrażenie, że w pewien sposób wykracza poza ustalone reguły, poza normę, ma prezentować się ekstrawagancko i oryginalnie. „Kup mnie, a będziesz sobą” – jest podstawą wielu sloganów reklamowych. Oryginalność, niepowtarzalność i autonomia produkowane są masowo.
Na tym polega główna zmiana od czasów, gdy pisał Adorno. Wówczas można było mówić o umasowieniu i konformizmie, ponieważ taką formę przybrała ówczesna produkcja gospodarcza. Dzisiejsza produkcja stwarza natomiast pozory wyjątkowości i autonomii. Dlatego też większość ludzi nie odczuwa, że demokracja traci oparcie, którym jest autonomia jednostki. Mamy więc do czynienia z dwoma rodzajami autonomii. Pierwsza, produkowana przemysłowo, to autonomia konformistyczna. Druga polega na myśleniu krytycznym. Pierwsza przesłania jednak tę drugą, odnosimy więc wrażenie, że możemy się bez niej obejść. Jesteśmy przecież autonomiczni, skoro mamy poczucie autonomii.
W ten sposób cała kwestia autonomii ulega rozmyciu. Po co starać się o autonomię, kiedy już nią dysponujemy? Poczucie autonomii zagradza drogę do osiągnięcia autonomii realnej znacznie mocniej niż bezpośredni konformizm. Albowiem bezpośredni konformizm może jeszcze wzbudzić uczucie wstydu i reakcję krytyczną.
Główną przeszkodę na drodze do autonomii Adorno widzi w niedouczeniu. Jest ono czymś różnym od braku wykształcenia. W niewykształconym społeczeństwie ludzie nie wstydzą się braku wykształcenia, co więcej, nawet się tym chwalą. Nadal jednak spotykamy osoby, które pragną zdobyć wykształcenie. Czyha na nie pułapka: niedouczenie.
W tekście „Teoria niedouczenia” Adorno wspomina o wielu czynnikach, które pchają nas w stronę niedouczenia. Dwa podstawowe to brak czasu wolnego oraz ugrzęźnięcie w mechanicznym trybie pracy, który prowadzi do myślowego skostnienia. Nie chodzi nawet o pracę fizyczną, ale raczej o pracę, która wymaga powtarzania określonych schematów myślowych lub komunikacyjnych. Dzisiaj jest to np. praca konsultanta telefonicznego, dziennikarza lub polityka.
Czym charakteryzuje się niedouczenie? Przede wszystkim niezdolnością połączenia poszczególnych wiadomości w żywą, dynamiczną całość, a zatem fragmentarycznością wiedzy. Ta przeradza się w targowisko informacji. Choćbyśmy nawet przeczytali wszystkie dzieła Nietzschego, zdobyte wiadomości nie łączą się w spójną całość, my zaś nadal znamy jedynie kilka odrębnych, wzajemnie odseparowanych wątków. Nie potrafimy po prostu powiedzieć, do czego Nietzsche dążył, a jeśli nawet, to tylko w sposób schematyczny i jednostronny.
Kolejną cechą niedouczenia jest krótkotrwałość. Jeśli poszczególne wiadomości nie łączą się w większą całość, to stają się ulotne i jako takie niebawem wyparowują, nie zostawiając żadnych śladów. Jedne informacje znikają, a w ich miejsce wchodzi nowa treść. Nasza obecna wiedza szybko się rozpływa, pozostawiając najwyżej jakieś nieokreślone, ogólnikowe wrażenia.
Cechą niedouczenia jest wreszcie to, iż stoi na przeszkodzie uświadomieniu sobie luk w wykształceniu. Niedouczony człowiek nie ma świadomości własnych niedostatków, która mogłaby prowadzić go naprzód. Niedouczenie przejawia się jako narcystyczne zadowolenie. Ja wiem najlepiej i nikt nie będzie mnie pouczał.
Niedouczenie stanowi pułapkę, z której trudno się wydostać. Adorno zaznacza, że niedouczenie nie jest przedsionkiem wykształcenia, lecz jego śmiertelnym wrogiem. Nie pozostaje nam nic innego, jak tę pułapkę zauważyć i w nią nie wpaść. Niedouczenie nie jest gruntem dla autonomii, lecz właśnie – jedynie pułapką. Dla odbudowy demokracji, czy nawet podjęcia próby wprowadzenia demokratycznego socjalizmu, potrzeba autonomii realnej, a więc wykształcenia.
Michael Hauser
Przekład z języka czeskiego: Krzysztof Kołek
Tekst pierwotnie ukazał się w „Dzienniku Referendum” (http://denikreferendum.cz). Przedruk za zgodą autora.