Wielki szort

Polecam książkę Michaela Lewisa „WIELKI SZORT, mechanizm maszyny zagłady”. Tytuł pochodzi od „krótkiej sprzedaży”, czyli spekulacji za pożyczone pieniądze. Może trochę przekroczę limit 5400 znaków, który sobie sama narzuciłam, aby na końcu przynajmniej pobieżnie książkę omówić. Pisanie dłuższych tekstów do publikacji w Internecie nie ma sensu, ponieważ z własnego doświadczenia wiem, że ich przeczytanie odkłada się do najbliższej grypy, kiedy jest więcej wolnego czasu.

Różnie ludzie przygotowują się do walki z kryzysem. Zależnie od światopoglądu jedni podlizują się Platformie, drudzy organizują Krucjatę Różańcową. Są też maniacy tak przywiązani do swojej idee fixe, że niezależnie od kursu walut i wartości WIG 20 walczą z faszyzmem i krzyżem w miejscach publicznych. Nie grozi im degradacja ekonomiczna i społeczna, ponieważ ich działania są na rękę władzy. Skutecznie odwracają uwagę od realnych problemów i ułatwiają manipulowanie opinią publiczną. Cele globalistów i neobolszewików są zbieżne: likwidacja demokracji, suwerenności państw narodowych i kultury zakorzenionej w tradycji.

Gdy coś ważnego dzieje się w Polsce lub na świecie, w elektronice zaczynają działać chochliki. E-maile nie dochodzą, SMS-y są kasowane lub cenzurowane, ginie sygnał doprowadzony do komputera i telefonu stacjonarnego. Najgorsze jest to, że nigdy nie wiadomo, czy mamy do czynienia ze złośliwością rzeczy martwych, czy wywiadów. Teraz w walce z protestami i opozycją antysystemową decydenci wybiórczo ingerują w komunikację za pośrednictwem Internetu i telefonów komórkowych, ale może nastąpić pełna blokada. Dlatego wszystkim dobrze radzę: Kupcie zeszyt i zapiszcie w nim numery telefonów i adresy znajomych. Może się zdarzyć, że ani na manifę Wolne Konopie, ani na Marsz Pamięci o ofiarach Smoleńska nie będzie można się skrzyknąć.

Polacy traktują kryzys jak przejściowe zdarzenie zewnętrzne, niezasłużoną karę, bo przecież byliśmy pilnym uczniem, wszyscy nas chwalili za reformowanie kraju i dostosowanie do standardów światowych. Likwidując komunistyczny przemysł, zrobiliśmy wielki skok w epokę postindustrialną, gdzie źródłem dochodów są operacje finansowe i turystyka. Tylko wciąż za dużo mamy biednych, rolników i emerytów. Młodych też mamy za dużo, bo nie ma dla nich pracy. Natomiast dzieci mamy za mało. Nie wiem, jak rząd rozwiąże taką kwadraturę koła. Zielona wyspa dryfuje, ale wciąż jest zielona, a rząd jest dobrej myśli. Pojawiają się plotki o tratwach ratunkowych.

O tym, że jest to kryzys światowego systemu, nie ma z kim rozmawiać. Jako przyczyny kryzysu wymienia się nadmierną konsumpcję starszego pokolenia i rozbuchane państwo opiekuńcze. Nikt nie mówi o tym, że w epoce Reagana i Thatcher skończył się kapitalizm oparty na indywidualnej własności prywatnej, wolnym rynku i związkach zawodowych, które stabilizowały system.

Przypomnę tylko, że system korporacyjny polega na anonimowej, rozproszonej własności. Indywidualna własność prywatna, wymagająca odpowiedzialności za decyzje, przegrywa z potęgą polityczną i ekonomiczną wielkich korporacji, co jest przyczyną likwidacji klasy średniej. Obecnie klasę średnią stanowią głównie pracownicy najemni wielkich korporacji. W zarządach korporacji trwa karuzela stanowisk. Powstała nowa nomenklatura, analogiczna do komunistycznej.

W systemie finansowym, opartym na spekulacji i hazardzie, mantra o wolnym rynku doprowadziła do takich patologii, że wolny rynek wydaje się teraz przyczyną chaosu. Powstała nowa teoria wolnego rynku –chaotyka (to nie jest żart!).

Źródłem patologii jest wyłączenie banków i innych instytucji finansowych spod praw wolnego rynku. Za złe zarządzanie i błędne decyzje kredytowe bank nie ponosi odpowiedzialności. Kiedy bankrutuje stocznia, kopalnia, huta czy piekarnia, władzy politycznej nie wolno ingerować. Kiedy bankrutuje bank, można, a nawet musi się dofinansować go z budżetu. Wystarczy, że banki poniosły straty na złych kredytach, zewsząd słychać apele o solidarną zrzutkę.

System neoliberalny nie jest wynikiem naturalnej ewolucji systemu kapitalistycznego. Punkt po punkcie można prześledzić zmiany w prawie, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Jest na ten temat bogata literatura również w języku polskim. Niestety, antyglobaliści w Polsce mają złą prasę i te publikacje czytane są w wąskich kręgach. Z wyjątkiem redaktorów „Obywatela”, nikt nie interesował się diagnozami antyglobalistów. Już prezydent Kwaśniewski mówił, że antyglobaliści są globalistami, ponieważ posługują się Internetem. Teraz komentatorzy też opowiadają różne głupstwa, bo nie wiedzą, o czym mówią i wszyscy czekają niecierpliwie, kiedy wreszcie władza zrobi porządek z protestami w Europie i ruchem „Okupuj Wall Street”. Opozycja antysystemowa wywołuje wrogość sytemu, jego klientów i lęk milczącej większości. Nie inaczej było po powstaniu Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. PiS trochę na wyrost nazwano partią antysystemową i jak sądzę, jest to istotna przyczyna zabobonnego lęku przed tą formacją.

Teraz zainteresowanie finansami, ekonomią, gospodarką jest większe, ale obawiam się, że świat powierzy naprawę systemu tym, którzy do kryzysu doprowadzili, czyli profesjonalistom.

Książka „Wielki short” analizuje przyczyny kryzysu wywołanego złymi kredytami hipotecznymi i opisuje jego przebieg. Dobrze udokumentowana jest teza, że zawodowcom ze świata finansów brakuje nie tylko zasad moralnych, ale po prostu kompetencji zawodowych. To, co było oczywiste dla każdego Amerykanina, że ceny domów nie mogą rosnąć w nieskończoność, a kredyty zaciągane przez ubogich emigrantów nigdy nie zostaną spłacone, nie budziło niepokoju profesjonalistów dopóki można było dobrze zarabiać i różnymi machinacjami utrzymać pozory bezpiecznego biznesu. Pierwotnych przyczyn kryzysu należy szukać w epoce Reagana, gdy korporacjom i różnym instytucjom finansowym przyznano prawo emitowania obligacji, czyli papierów dłużnych. Obfite i łatwo dostępne źródło finansowania wywołało euforię i burzliwy rozwój. Rynek przyzwyczajony do gwarantowanych obligacji państwowych kupował śmieciowe obligacje hipoteczne. Agencje ratingowe nadawały im najwyższe noty, ponieważ były to obligacje „zdywersyfikowane”, czyli wszystkie dokładnie wymieszane. Rynek obligacji nie był nadzorowany tak, jak rynek akcji. Kiedy system zaczął się sypać, nikt nie wiedział, co się dzieje i kto jeszcze utonie.

Ciekawostką jest, że pierwszą książkę, pt. „Poker kłamców”, autor napisał ku przestrodze studentów. Miał nadzieję zniechęcić ambitną młodzież do niszczącej kultury pieniądza. Utonął w stertach listów i e-maili: „Już wiemy jak robić karierę na Wall Street. Prosimy o więcej wskazówek”.

                    Joanna Duda-Gwiazda

Prawo czy pięść?

Po każdym większym zgromadzeniu publicznym zwykle pojawiają się kontrowersje co do działań policji. Pojawiły się one również po zorganizowanych 11 listopada w Warszawie wydarzeniach z okazji Święta Niepodległości.

W Internecie krążą nagrania pokazujące policjanta w cywilu, który zatrzymuje człowieka uderzając go pięścią w głowę, następnie spryskując gazem, kilkakrotnie kopiąc w twarz, a potem kopie w głowę (http://www.youtube.com/watch?v=iEJn3SvnQlY). Inne nagranie przedstawia grupę umundurowanych policjantów w kaskach, z pałkami i tarczami, którzy wielokrotnie pałują człowieka z biało-czerwoną flagą – nie stawiającego oporu, lecz w obliczu działań policjantów próbującego się zatrzymać i stanąć pod ścianą budynku (http://www.youtube.com/watch?v=GtmT-QNL164).

Mimo iż działania policjantów zwykle wywołują kontrowersje, a ich czyny coraz lepiej dokumentowane są przez oddolnie działających obywateli-dziennikarzy, upowszechniających swoje materiały w serwisach internetowych, trudno się doczekać choćby krytycznej oceny ich działań przez przełożonych z komend wojewódzkich, komendy głównej czy rządu nadzorującego policję. Wręcz przeciwnie – zwykle nawet w obliczu poważnych kontrowersji słyszymy pochwały, że stróże prawa zachowali się profesjonalnie. A jednocześnie oglądamy amatorskie nagrania zaświadczające o bezprawnym działaniu policji. Bezprawnym, bo prawo w żadnej sytuacji nie zezwala policji na korzystanie ze środka przymusu bezpośredniego w postaci kopania w głowę.

Problem bezprawnych działań policji, a następnie ich zamiatania pod dywan, wynika między innymi z tego, że w czasie operacji licznych oddziałów policji w konfrontacji z tłumem, policjanci faktycznie są całkowicie anonimowi. Ich twarze ukryte są pod kaskami, a jedyny identyfikator na mundurze, to napis „policja”. Druga sprawa to obecność podczas zabezpieczania manifestacji policjantów w cywilu (ewentualnie tylko w odblaskowych kamizelkach), wyposażonych w pałki i gaz. Taka sytuacja powoduje, że podczas chaosu walk ulicznych nikt nie może być pewien, czy właśnie został pobity przez policjanta, czy przez uczestnika kontrmanifestacji. Trudno – ewentualnie poza problemami policji w wyposażeniu – wskazać konkretny powód, dla którego policjanci kierowani do stosowania środków przymusu bezpośredniego podczas manifestacji powinni działać w cywilu.

Po ostatnich działaniach policji w Warszawie trudno nawet dojść, z której komendy wojewódzkiej byli konkretni policjanci – wydarzenia zabezpieczane były przez garnizony policyjne z różnych części Polski. Policjanci ukryci w pełni maskujących mundurach, działający w dużych grupach, czują się całkowicie anonimowo. To może – szczególnie w chwilach nagłego przypływu stresu – skłaniać ich do działań bezprawnych. Aby zapobiec problemowi całkowitej anonimowości policjantów w czasie chaosu ulicznych manifestacji, warto skorzystać z wzorców stosowanych przez policję czeską.

W Republice Czeskiej policjanci ze specjalnych jednostek porządkowych (Speciální pořádková jednotka), wykorzystywanych podczas ulicznych manifestacji, noszą na umundurowaniu – oprócz wyraźnych napisów „Policie” – duże naszywki z numerami służbowymi. Dzięki temu przy ewentualnych naruszeniach prawa przez policjantów można dojść – np. na podstawie nagrań z kamer monitoringu lub materiałów filmowych autorstwa przechodniów czy uczestników – który konkretnie policjant dopuścił się bezprawnych działań. Trudno bowiem tworzyć poważny materiał dowodowy przeciwko konkretnemu policjantowi na podstawie nagrań przedstawiających czarną sylwetkę z białym kaskiem na głowie, wyposażonym w przyciemnioną zasłonę z plexi. Tymczasem widoczny numer służbowy od razu wskazywałby konkretnego człowieka.

Zamiast wprowadzania zmian ograniczających wolność zgromadzeń publicznych, niezbędne są nowe przepisy odnośnie do umundurowania i identyfikacji konkretnych policjantów. Także po to, by czarne owce w czarnych mundurach nie niszczyły wizerunku policjantów, którzy swoją niewdzięczną i niebezpieczną służbę podczas ulicznych walk wykonują zgodnie z prawem.

Karol Trammer

Cisza przed burzą oburzonych

Na zabetonowanie polskiej sceny politycznej narzeka wielu. Zazwyczaj jednak w tych utyskiwaniach nie sięga się do społecznych korzeni zjawiska, lecz zatrzymuje na parlamentarnej powierzchni.

W istocie głównym problemem jest nie to, że scena partyjna pozostaje zamknięta na nowe formacje czy nawet na nowe osobowości w formacjach już istniejących. Znacznie gorsze jest to, iż układ polityczny zdaje się być zamknięty na nowe wyzwania i narastające problemy, które wykluwają się obecnie i ukażą w całej okazałości już niebawem. Wzrastające rozwarstwienie dochodowe, rosnąca i coraz bardziej samoświadoma warstwa prekariatu, szybki przyrost liczby osób wymagających opieki ze względu na podeszły wiek – to tylko kilka zjawisk, które mogą rozsadzić społeczny ład. Niestety ani polityczny kartel czterech partii, ani „anty-establishmentowy” Ruch Poparcia Palikota nie stawiają tych zagadnień w centrum uwagi.

Podmiotowo wobec wyzwań

Dla przykładu, rząd Tuska dopiero wtedy pochylił się nad mizernym wsparciem dla osób zajmujących się niepełnosprawnymi krewnymi, gdy protestowali oni przed Kancelarią Premiera. A i tak nie wiadomo, jakie konkretne zmiany to przyniesie. Tymczasem nieunikniony wzrost popytu na usługi opiekuńcze – przy niewielkim zaangażowaniu w to władz publicznych – wykluczy z możliwości efektywnego uczestnictwa w rynku pracy mnóstwo osób (które przejmą opiekę nad bliskimi). A co więcej – w sposób trwały zmniejszy ich kapitał społeczny i zdrowotny oraz kompetencje zawodowe. Podobnie jest w przypadku pozostałych zasygnalizowanych problemów.

Czy państwo polskie powinno tylko reagować na już ewidentnie zaistniałe i wyartykułowane problemy, czy samo – oczywiście po konsultacjach z partnerami społecznymi – identyfikować je zanim narosną oraz proponować rozwiązania systemowe i przekonywać do tych rozwiązań kolejne grupy? W pewnych kręgach sporo mówi się o podmiotowości polskiego państwa. Być może z ową podmiotowością mielibyśmy do czynienia właśnie wówczas, gdyby walczące o władzę i jej utrzymanie partie prezentowały wizje rozwoju i w sposób refleksyjny oraz elastyczny próbowały je realizować. Ruchy „uliczne” czy inne formy społecznego nacisku bywają pożyteczne, ale trzeba mieć świadomość, że nie wszystkie grupy będące w trudnej sytuacji, potrafią się zorganizować odpowiednio sprawnie i w porę. Jeśli władza publiczna nie okaże się podmiotowa i nie upomni się o nie, czeka je degradacja, co odbije się na całej strukturze społecznej.

Widać to na przykładzie problemu prekariatu. Rosnąca liczba osób pozostających na marginesie rynku pracy, bez żadnej stabilności, skazana na życie z dnia na dzień, przyniesie w przyszłości gigantyczny kryzys systemu zabezpieczenia społecznego. Zdewastuje też strukturę demograficzną – obecna sytuacja hamująco działa  na świadome decyzje prokreacyjne. Polskie życie polityczne przez długi czas ignorowało to zjawisko. O prekariacie (choć już niekoniecznie o jego dalekosiężnych konsekwencjach) politycy zaczęli mówić dopiero, gdy sprawa „wyszła na ulice”. Nie tylko polskie, ale i zagraniczne. Na krótko przed wyborami opublikowano rządowy raport „Młodzi 2011”, w którym dostrzeżono problem „umów śmieciowych”, a wówczas  media głównego nurtu zatrąbiły: „Boni mówi prekariat!”.

Cóż, lepiej późno niż wcale, ale pokazuje to, jak bardzo myślenie władzy nie nadąża za przemianami społecznymi. W raporcie „Polska 2030”, gdy mowa o zasadniczych wyzwaniach rozwojowych w pespektywie dwóch najbliższych dekad, ten motyw jest pomijany, zaś o uelastycznieniu rynku pracy mówi się wyłącznie w superlatywach i postuluje przyspieszenie tego procesu. Być może i w raporcie o młodych pominięto by ten problem, gdyby rządowi doradcy nie uświadomili sobie, że jego omówieniem można kupić sobie poparcie młodego pokolenia. To właśnie ono skutków prekaryzacji doświadcza najmocniej już dzisiaj, a jeszcze mocniej odczuje je w obliczu choroby czy starości, pozostając wówczas bez zabezpieczenia.

Nierówny grunt pod kryzys

Politycy w końcu wspominający o prekariacie nie odkrywają żadnej Ameryki. Tymczasem najwyższy czas, by odkryli i przemyśleli prawdziwą Amerykę, a zwłaszcza tę jej część, która  –  pod nazwą Ruchu 99% – prostuje przeciwko drastycznej polaryzacji społeczeństwa. Póki co rząd jednak kwestie nierówności bagatelizuje, choć – według raportu OECD z 2011 r. – Polska osiągnęła najwyższy wśród krajów rozwiniętych współczynnik Giniego, jeśli chodzi o dochody przed opodatkowaniem i transferami. Jesteśmy też na czwartym miejscu od końca (za nami tylko Chile, Meksyk i Turcja) pod względem nierówności w dochodzie do dyspozycji. [1]

Jest to o tyle ważne, że poniekąd to nierówności leżą u podstaw obecnego kryzysu finansowego i gospodarczego na świecie. Jakiś czas temu podczas dyskusji z cyklu „Kapitalizm – Armagedon na co dzień?” ekonomiści Piotr Kuczyński i prof. Jerzy Osiatyński zgodzili się, że praprzyczyną kryzysu były właśnie rosnące nierówności i deprywacja najuboższych. Spowodowały one bowiem, że część osób w coraz bardziej spolaryzowanych ekonomicznie społeczeństwach konsumpcyjnych nie była w stanie zaspokajać swych potrzeb na godziwym poziomie,  wobec czego – aby uniknąć konfliktu społecznego – politycy deregulowali system finansowy.

Pozwalało to na krótką metę zaspokoić potrzeby dzięki mechanizmowi kredytowemu, który jednak musiał się w końcu zawalić. Pacyfikowało to społeczne niezadowolenie, choć w dłuższej perspektywie jedynie zwiększyło nierówności, nie mówiąc o perturbacjach ekonomicznych. Konsumpcję można było oczywiście próbować wzmacniać w inny sposób, np. inwestując w tworzenie miejsc pracy na wzór keynesowski, ale ta doktryna popadła w ostatnich dekadach w niełaskę ekonomicznych gremiów i mainstreamowych mediów. Kryzys, który nadszedł, dopiero pokazał, że niesłusznie.

Czy Polak okazał się mądry po szkodzie? Skądże. Rząd nie ruszył fundamentalnego problemu nierówności społecznych. Gorzej – jak wynika z raportu Centrum Analiz Ekonomicznych, partie rządzące w ostatniej dekadzie (nie tylko ostatnia z nich) poprzez swoją politykę podatkowo-transferową przyczyniły się do dalszego wzrostu nierówności. Obniżanie CIT, zniesienie górnej stawki podatkowej, zmniejszenie składki rentowej, zniesienie podatku spadkowego, utrzymanie ulgi rodzinnej (faworyzującej najbogatszych, a  wykluczającej z dostępu najuboższych) oraz brak waloryzowania przez lata kwot dochodów uprawniających do korzystania ze świadczeń rodzinnych i pomocy społecznej – to tylko niektóre z działań, które podejmowały partie będące u władzy: od SLD, przez PIS, po PO.

Toteż jeśli partie i komentatorzy mówią o konieczności wychodzenia z kryzysu (nawet kosztem cięć w wydatkach publicznych), to powinno sięgnąć się do instrumentów kształtujących strukturę społeczną. Obecny kryzys nie jest przejściową chorobą, której świat nabawił się przypadkiem i w krótkim czasie może z niej wyleczyć, oddziałując tylko na skutki. To raczej objaw przewlekłej choroby, która trapi świat od dłuższego czasu, a rosnące nierówności są niewątpliwie jednym z głównym czynników ryzyka mogących ją pogłębić.

W przypadku młodych oburzonych, głównym problemem nie jest nawet popadanie w kredytową pułapkę, lecz to, że w swojej sytuacji życiowej i zawodowej nie mają szans nawet na kredyt. Co więc mają? Chciałoby się rzec – nic (do stracenia) prócz kajdan, które zmuszają ich do wykonywania zajęć coraz mniej stabilnych i gorzej płatnych oraz dalekich od posiadanych kwalifikacji i aspiracji. Rodzi się ogromny potencjał buntu, który może wybuchnąć, gdy ludzie ci przedwcześnie ulegną wypaleniu i nie będą już w stanie wykonywać nawet „śmieciowej” pracy.

Palikot, czyli backlash dla prekariatu

Procesy te bardzo wyraźnie rysują się na horyzoncie nieodległej przyszłości i wydawałoby się, że już teraz powinny być wyartykułowane w sferze politycznej. Jeśli nie przez dominujące partie, to przez ruch z zewnątrz, który powinien cieszyć się wysokim poparciem. Tymczasem, jak się okazało, jedynym ruchem antyestablishmentowym, którego poparcie poszybowało niedawno w górę, okazał się  Ruch Poparcia Palikota. Formacja wyrazista w sferze obyczajowej, ale nie bardzo w sferze gospodarczej.

W okresie przedwyborczym Centrum Analiz Ekonomicznych próbowało oszacować skutki zapowiadanych programów poszczególnych partii. Wynikało z tego, że mglisty program RPP jest w porównaniu z innymi najkorzystniejszy dla najbogatszych warstw, a najmniej korzystny dla uboższych. [2] Ostatnio wprawdzie środowisko Palikota puszcza oko do socjaldemokratycznego wyborcy, ale  widać w tym brak całościowej, wcześniej przygotowanej wizji. Co więcej, wśród parlamentarzystów, którzy dostali się do parlamentu z tejże listy, przeważają drobni przedsiębiorcy. Niekoniecznie zatem muszą być w pierwszym szeregu tych, którzy chcieliby rozwiązywać wspomniane problemy społeczne.

Jeśli Palikot przeora debatę publiczną, to tylko na osi kulturowej. Choć i tu można się zastanawiać, czy będzie to efekt głęboko przemyślanej wizji, czy jedynie wczytanie się w już istniejące trendy społeczne. Tak czy inaczej, w najbliższych latach, jeśli nie wybuchnie oddolny ruch kontestacji, możemy się spodziewać, że debata polityczna będzie w ogromnej mierze koncentrowała się na tematach obyczajowych – jak zresztą przez minione 20 lat, przy czym teraz w jeszcze brutalniejszej postaci. Im więcej będzie tu emocji, tym mniej miejsca prawdopodobnie pozostanie na sprawy społeczno-ekonomiczne.

Co ciekawe, dotychczas ruchy wyraziste w sferze kulturowej przekraczały próg parlamentarny raczej gdy wywodziły się z prawej strony. Nieraz swe poparcie zawdzięczały umiejętnemu przełożeniu frustracji ekonomiczno-społecznych na gniew kulturowy oraz anty-establishmentowy (Amerykanie określają to zjawisko mianem backlash). Teraz podobny fenomen powstał nie tyle z lewej, co z liberalnej, antyklerykalnej strony. Może mieć to głębsze ekonomiczne źródła, które powinny być sygnałem alarmowym. Okazuje się bowiem, że obecnie frustracja społeczna i ekonomiczna poszerza swój zakres także o klasy średnie, przynajmniej w sensie kulturowym. W gniewie są nie tylko biedni, niewykształceni, ze środowisk peryferyjnych, którzy znaleźli się za burtą rozwoju społeczno-ekonomicznego.

Dołączyli do nich także młodzi z dużych miast, którzy inwestowali w swoje wykształcenie, ale nie mają jak go zdyskontować na rynku pracy, nie posiadają też szans na godziwe życie, obiecywane im w Polsce doby transformacji. Jak czytamy w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, co dziesiąty bezrobotny ma wykształcenie wyższe. Co więcej, w tej grupie dynamika wzrostu bezrobocia jest szczególnie wysoka. W ostatnim roku liczba bezrobotnych z dyplomem wyższych uczelni wzrosła o 11,6% – szybciej niż to miało miejsce wśród osób z niższym wykształceniem. [3] Dla części z nich Palikot, choć nie proponuje realnej alternatywy, jest światopoglądowo bliski, a to, że proponuje proste, wyraziste hasła jako odpowiedź na złożone problemy, jedynie przysparza mu popularności. Nie odpowiada im narodowo-katolicki populizm, więc wybierają populizm liberalny.

Zjawiska te zatem  można odczytywać jako rozlewanie się frustracji na kolejne warstwy społeczne, zaś  popularność Ruchu Poparcia Palikota jako znak trendów nie tylko kulturowych, ale także społeczno-ekonomicznych. Wątpliwe jednak, by mógł on się przyczynić do owych trendów odwrócenia. Jest to więc doraźna „przykrywka” realnych problemów, które – nierozwiązane – będą narastać pod powierzchnią systemu politycznego.

Jeśli chcemy uniknąć dryfu rozwojowego, a także buntu społecznego czy politycznego, potrzebny jest program całościowego zmierzenia się z cywilizacyjnymi wyzwaniami, jak wspomniane nierówności, demografia i prekariat. Tymczasem im dalej jesteśmy od ostatniej kampanii, tym mniej w debacie politycznej miejsca na problemy społeczne. Warto mieć jednak świadomość, że może to okazać się cisza przed burzą. Przed burzą oburzonych.

Rafał Bakalarczyk

Przypisy:
1. http://www.oecd.org/dataoecd/32/20/47723414.pdf, s.11
2. http://lewica.pl/?id=25269
3. J. K. Kowalski, Wysoko kształceni bezrobotni, DGP, 7 listopada 2011.

Karpie spieszące się na Wigilię

Kolejne wybory wygrane przez obecną ekipę rządzącą sprowokowały wielu ekonomistów i komentatorów życia publicznego do ponaglenia ludzi ze szczytów władzy do wdrożenia „koniecznych reform”. Owe konieczne reformy, argumentują publicyści, pozwolą uchronić Polskę przed losem krajów dotkniętych przez kryzys, takich jak Grecja czy Portugalia. Czy rzeczywiście?

„Modernizacyjne” i „reformatorskie” ruchy oczekiwane przez komentatorów zamykają się w enigmatycznej frazie „reforma finansów publicznych”. Pod ładnie brzmiącym sloganem skrywa się nic innego jak zamiar równoważenia przychodów i wydatków publicznych (zbilansowania) w celu zlikwidowania lub choćby znaczącego ograniczenia deficytu. Wzrost przychodów nie przykuwa przy tym szczególnej uwagi analityków, zawiedliby się więc np. obywatele oczekujący na zmianę uprzywilejowanej pozycji podatkowej zachodnich koncernów w naszym kraju. Ewentualnymi równoważącymi przychody powinni być natomiast, według nawołujących do reform, rolnicy z KRUS-u, co dałoby jedynie symboliczny wzrost wpływów do budżetu.

Tym samym śmielsze zmiany musiałyby być wprowadzone w sferze wydatków. Drastyczne cięcia miałyby rzekomo „uzdrowić” polską gospodarkę, uwalniając ją od niepotrzebnego balastu. Niestety, zwolennicy liberalnych zmian nie zauważają, iż ta teoria idzie wbrew doświadczeniom obecnego kryzysu. Drastyczne cięcia budżetowe w Grecji (dla lepszego równoważenia budżetu wspierane wyprzedażą majątku państwa) miały zmniejszyć deficyt, lecz przyniosły odwrotny efekt. Deficyt budżetowy w tym roku wzrasta1 wskutek malejących przychodów, będących efektem zmniejszenia wydatków, podobnie jak w roku ubiegłym2. Jednocześnie PKB brutto Grecji spadło w ciągu roku o ponad 7 procent3. Recepty neoliberalnych monetarystów na „grecką chorobę” jedynie pogarszają stan pacjenta.

Czy nawołujący do reform przedsiębiorcy z PKPP „Lewiatan” okażą się karpiami domagającymi się przyspieszenia Wigilii, podobnie jak wcześniej brytyjskie lobby przedsiębiorców CBI, twardo domagające się reform przed zeszłorocznymi wyborami4, dziś zaś głośno lamentujące z powodu opłakanych dla sektora prywatnego skutków zmniejszenia wydatków publicznych?5 Niekoniecznie. Do wystarczająco radykalnych reform, wbrew życzeniom karpi, może nie dojść. Zeszłoroczne wystąpienie sejmowe premiera, lekceważące neoliberalnych dogmatyków jako „doktrynerów, eksperymentatorów, wariatów”, może być zwiastunem wyuczonego doświadczeniem pragmatyzmu rządzących eks(?)-liberałów.

Efekt „zielonej wyspy”, rozumiany poprawnie jako uniknięcie znaczącego pogorszenia warunków życia dla większości Polaków, spowodowany był przede wszystkim utrzymaniem wysokiego poziomu inwestycji i wydatków, a dzięki temu stabilnej koniunktury wewnętrznej. Oczywiście, konserwatywna struktura kredytowa pozwoliła uniknąć szoków bankowych, które z tej przyczyny dotknęły kraje bałtyckie, zaś słaby złoty znacząco wsparł eksporterów. Jednak lekcją numer jeden z poprzednich lat jest uznanie prymatu wzrostu gospodarczego nad poziomem deficytu budżetowego. Najwyższy już czas, by tę lekcję odrobili „doktrynerzy, eksperymentatorzy, wariaci”. Karą za fetyszyzowanie licznika długu publicznego, ot, paradoks, może być los Grecji.

Mimo wszystko fakt, iż – jak zauważają niektórzy ekonomiści – „myśl neoliberalna nie wytrzymała konfrontacji z rzeczywistością”6, nie robi większego wrażenia na rodzimych promotorach „trudnych, lecz koniecznych” reform. Ich czas zatrzymał się na erze neoliberalnego konsensusu waszyngtońskiego, gdy nie do pomyślenia byłoby zatwierdzenie przez Narodowy Bank Szwajcarii sztywnego maksymalnego kursu franka do euro. Dlatego gdy rząd Niemiec wprowadza tymczasowy zakaz obrotu7 spekulacyjnymi papierami CDS, które nawet George Soros nazywa zbyt toksycznymi i działającymi na zasadzie kupna „polisy na czyjeś życie połączonej z licencją na zabijanie”8, polscy analitycy potulnie raportują, iż zgodnie z życzeniem grających CDS-ami patologicznych spekulantów „Polska idzie na dno”9, gdyż rynki pokazały jej „żółtą kartkę”. Podczas gdy włoski prokurator urządza kipisz w skompromitowanych kryminalnymi działaniami agencjach ratingowych10, a śledztwa w ich sprawie wszczynają nawet Amerykanie, w Polsce ze strachem mówi się o „groźbach” agencji Moody’s, chcącej wymusić „zdecydowane reformy”.11

Przypomnijmy, iż spektakl z atakowaniem długów suwerennych państw jest odwracaniem uwagi od prawdziwego sprawcy kryzysu, zorganizowanego kartelu12 wielkich instytucji finansowych. To one są prawdziwym epicentrum kryzysu, i to stworzona przez nie bańka pochodnych instrumentów finansowych jest powodem, dla którego system bankowy jest chory i zamiast wspomagać produktywne inwestycje realnej gospodarki domaga się od niej wyrzeczeń dla zaspokojenia długu wykreowanego przez toksyczne kontrakty. Nieprzypadkowo wielki Franklin Delano Roosevelt po dojściu do władzy w czasie Wielkiego Kryzysu odizolował za pomocą Glass-Steagall Act z 1933 r. zdrową bankowość tradycyjną od mnożącej zobowiązania bankowości inwestycyjnej. W 1936 r. prezydent poszedł jeszcze dalej i w Commodity Exchange Act drastycznymi regulacjami wyeliminował spekulację pochodnymi. Przed powrotem tych dwóch regulacji, oraz trzecią, czyli podatkiem od transakcji finansowych, drżą oligarchowie finansowi całego świata i w desperackim ruchu zrzucają winę za kryzys na „nierozsądnych pożyczających”, czyli zwykłych obywateli, mimo iż żadne państwo nie ma w swym skarbcu tyle toksycznego długu, co J.P. Morgan lub Bank of America.

Dlatego wszyscy aspirujący do roli ekspertów doradzających rządom muszą zadać sobie pytanie: co jest „zbyt wielkie, by upaść”? Spekulacyjne banki – czy edukacja? Hedge-fundy – czy służba zdrowia? Kontrakty futures – czy policja? Przyszłość milionów ludzi nie powinna i nie może zostać złożona w ofierze bożkowi zrównoważonego budżetu przez kastę niekompetentnych kapłanów-neoliberałów. Społeczeństwo jest zbyt wielkie, by upaść.

Vox populi, vox Dei

Tytuł  jest nieco przewrotny. Można go wyrazić inaczej – gdy Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera. Może nie rozum, bo w potocznym znaczeniu głosowanie na silniejszego jest rozumne i bezpieczne. Innym darem Ducha Świętego jest cnota męstwa.

Wybory do Senatu w miejskim okręgu Gdańsk-Sopot wykazały realną siłę polityczną  Platformy. Bogdan Borusewicz zebrał 32 tysiące podpisów poparcia i dostał 147 tys. głosów. Andrzej Gwiazda odpowiednio – 8,5 tys. i 62,6 tys., kilka procent więcej niż PiS na tym obszarze. To imponujące zwycięstwo Borusewicz osiągnął nie kiwając palcem w bucie. Społeczny komitet wspierający Gwiazdę ciężko harował kilka tygodni. Kampania była merytoryczna, nie emocjonalna, prowadzona na ulicach i w klubach osiedlowych, z elementami happeningu. Gdyby spontanicznie nie zgłosili się niezwykli ludzie, Gwiazda nie zdołałby poinformować mieszkańców, że kandyduje. Struktury PiS-u na Pomorzu zostały kilka miesięcy temu rozwiązane. Media papierowe i elektroniczne, prawicowe, lewicowe i nijakie, lokalne i ogólnopolskie, zachowały szlachetną apolityczność, nie podając absolutnie żadnych informacji. 

Jedynie tygodnik „Uważam Rze” opublikował wyważony artykuł o obu kandydatach. U Gwiazdy najbardziej denerwujące jest podobno, że zawsze ma rację. Autor obu kandydatom przypisał szlachetność, czy może szlacheckość, już nie pamiętam. Czego to ludzie nie wymyślą, żeby zachować obiektywizm! Ale dzięki i za to. Może ktoś przeczytał i dowiedział się, że Gwiazda jeszcze żyje.

Apolityczność jest teraz najwyższą cnotą obywatelską. Naród nie zajmuje się polityką, buduje stadiony. Dlaczego stadiony są apolityczne, a przychodnie lekarskie polityczne? Muszę się nad tym zastanowić. Bez wątpienia wybory są polityczne, więc nie mogliśmy wynajmować na spotkania lokali w szkołach, na uczelniach, w placówkach podległych Urzędowi Miasta i komercyjnych. Łatwiej było w klubach spółdzielni mieszkaniowych, choć nie zawsze. Platforma organizowała lekcje demokracji. Niestety, wszyscy wiedzą, że Gwiazda jest politykiem i przebieranie się w owczą skórę nie pomaga. 

Agora bardzo się skurczyła, o czym już pisałam w „Obywatelu”. Wiec uliczny trzeba zgłosić trzy dni wcześniej i modlić się o pogodę. Wiec zaatakowały bojówki Palikota i agenci Matrixu. Naszą tajną bronią byli szczudlarze na sprężynujących szczudłach. Pijani wysłannicy Belzebuba zobaczyli w nich wojsko szefa i pierzchali w popłochu. Wielokrotnie wzywana policja nie przyjeżdżała. Człowiek spotkany na spacerze w lesie mówił, że głosował na Palikota, ponieważ jest ateistą i boi się Kościoła. Może coś w tym jest, ale jak wszyscy wszystkiego będą się bali, to nie da się żyć. Udusimy się w dusznej atmosferze.

O głosujących na Platformę nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Nienawidzą  PiS-u i boją się, że Putin spuści na Polskę bombę (autentyczne), a obrażona Angela Merkel wyrzuci nas z Unii. Elity włożyły pokutny wór i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Są też tacy, którzy popierają Platformę ze strachu przed zemstą. – „Podpisałabym panu Andrzejowi, ale po PESEL-u do mnie trafią”.

W czasie kampanii wyborczej telewizja była jeszcze bardziej niż poprzednio nudna, tendencyjna i agresywna. Teraz oglądam tylko „To był dzień  na świecie” w Polsat News i od czasu do czasu CNN, ponieważ na świecie dzieją się ciekawe rzeczy. Z CNN można się  dowiedzieć, że pętla długów na greckiej szyi zacisnęła się  po inwestycjach z okazji Olimpiady. To temat niewygodny dla Platformy, więc nikt o tym w polskich mediach nie wspomniał. Ciekawe, jakie będzie poparcie dla Platformy po Euro 2012, kiedy skończą się pieniądze, firmy zaczną bankrutować, a długi trzeba będzie spłacać.

Polacy, nie tylko elity władzy, są zdezorientowani i zaniepokojeni antysystemowym protestem. Stracili język przydatny do opisu świata. Przez wiele lat lewicą nazywali lobby rosyjskie, obrońców agentury i mniejszości seksualnych. Teraz mówią „lewacy” o antyglobalistach, obrońcach środowiska i związkach zawodowych. Inteligentna i wykształcona kobieta nie uwierzyła nam, że w kapitalizmie związki zawodowe działają też w przedsiębiorstwach prywatnych, nie tylko państwowych. Wszyscy obawiają się, że ten ruch zdominują anarchiści. Mój czarny scenariusz wynika z obaw przed opcją przeciwną – trockistami. To jedyna grupa, która stosując entryzm ma wszędzie wpływy, jest dobrze zorganizowana i wie, czego chce. Ich celem jest totalitaryzm, likwidacja demokracji, państw narodowych, religii, tradycji. W tak ukształtowanym globalnym społeczeństwie, centralne zarządzanie gospodarką światową będzie możliwe, co zawsze było celem marksistów. Ich cele są niebezpiecznie zgodne z celami elit władzy i biznesu. Wiele lat temu ostrzegaliśmy przed trockistami, nazywaliśmy ich lewą nogą globalizacji. 

Spotykam wielu ludzi udręczonych przez nonsensowne procedury i biurokrację wynikające z dyrektyw Unii. Są nawet tacy delikatni, którzy cierpią  słuchając zakłamanej drętwej unijnej nowomowy. Ja się dostosowałam. Nie mogę zapalić zapalniczki childrenproof, więc kupuję zapałki. Gorzej mają nauczyciele w małej szkole. Wymogi sanitarne obowiązujące przy wydawaniu gotowych posiłków pozbawiły ich pokoju nauczycielskiego.

Światełko w tunelu to Kabaret Dwójki. Tam rząd się boi, chowa pod stołem przed ostrzałem Macierewicza i Ziobry, emigruje do Peru. W razie prześladowań za obrazę majestatu państwa, rozbijam namiot, choć jeszcze nie wiem gdzie.

„Jak mówić, żeby eksperci nas słuchali”

W końcu lipca przemierzyłam Półwysep Iberyjski, aby w byłej królewskiej posiadłości dyskutować o kryzysie strefy euro.

Lasy piniowe w połączeniu z cynobrowymi plażami Zatoki Biskajskiej łagodziły żołądki podrażnione cateringiem i koiły nerwy zszargane kryzysem. Urwiste skaliste wybrzeża dostarczały znudzonej wykładami wyobraźni smakowitej, acz nieco makabrycznej pożywki. Słowem – wymarzona sceneria dla dyskusji o bezrobociu i tej, jak jej tam, zagrożonej europejskiej tożsamości, której coraz mniej posiada Europa Południowa. Bez dobrze prosperującej gospodarki nie ma co marzyć o przynależności do europejskiego kręgu kulturowego – orzekli dyskutanci zajadając czekoladki.

Południowoeuropejski parias, który pogrążał sferę euro i kilka tygodni wcześniej usiłował otruć ogórkami północnoeuropejskich podatników, był częstym tematem rozmów. Organizatorzy ubolewali nad niskim poziomem szkolnictwa: – Czy zgodzi się pan ze mną panie profesorze? – Tak, cierpimy z powodu kryzysu demograficznego, należy sprowadzić do Europy więcej imigrantów – odpowiadał pan profesor, rzuciwszy uprzednio kilka żarcików. Młodzi są bez pracy, więc rynek trzeba uelastycznić. Z perspektywy kawy i ciasteczek, wysoki procent osób zatrudnionych na kontrakty tymczasowe w Hiszpanii był najwyraźniej nieistotnym detalem.

W Hiszpanii społeczeństwo obywatelskie jeszcze się nie rozwinęło – przekonywał inny prelegent. Ręka podniesiona do góry: czy nie sądzi pan, że hiszpańskie protesty mogą być jednak dowodem na nieprawdziwość wspomnianej tezy? Przypominam: w połowie maja 2011 r. na placach hiszpańskich miast zgromadziły się tłumy domagające się przywrócenia prawdziwej demokracji. Część protestujących zamieszkała na placach na stałe, organizując darmowe posiłki, kącik dla dzieci oraz biblioteki. Ci młodzi ludzie zajmujący place miast, którzy zbudowali małe miasteczka z kartonów, doskonale zaopatrzone w żywność i rozrywki kulturalne, są niedojrzali? Czym jest społeczeństwo obywatelskie w takim razie? Nie do końca mnie satysfakcjonuje odpowiedź: „społeczeństwo obywatelskie, to takie coś, czego nie ma w zacofanych krajach”. W potocznym rozumieniu, pojęcie to ma coś wspólnego z aktywizmem i zainteresowaniem dobrem wspólnym, a te zjawiska czasami występują poza Europą i Stanami Zjednoczonymi. Pozwolę sobie podać kilka przykładów:

Chile 2011 – studenci popierani przez większość społeczeństwa protestują przez kilka miesięcy przeciwko opłatom za edukację wyższą. Rząd niestrudzenie odpowiadał za pomocą policyjnych pałek, na początku października przez chwilę negocjował z liderami protestu. Pomimo brutalności policji, studenci wychodzą na ulicę, podobnie jak kilka lat wcześniej podczas „rewolucji pingwinów”.

Argentyna, 1976-1983. Władzę przejmuje junta wojskowa, która w brutalny sposób rozprawia się z przeciwnikami. Część działaczy lewicowych znika bez śladu. Marcelo Figueras w powieści „Kamczatka” opisał zatrzymanie adwokata broniącego praw człowieka: Singaglia padł pierwszy. Zabrano go samochodem bez tablic rejestracyjnych. Wyobrażam sobie, jak cierpiał z powodu szarpania go za świetnie wyprasowany garnitur i niemal słyszę, jak skarży się przede mną, pibe, co to za barbarzyństwo, po co tak, to niepotrzebne.

Dalszych losów fikcyjnego Singaglii i realnych porwanych przez policję można się domyślić czytając raporty argentyńskiej Komisji do Spraw Zaginionych, na które powołuje się Artur Domosławski w „Gorączce Latynoamerykańskiej”: …rażenie prądem najbardziej wrażliwych części ciała – genitaliów, ust, dziąseł, piersi; wprowadzanie do odbytu lub pochwy szerokiej rury, wpuszczanie do niej szczura i zamknięcie odwrotu, tak aby szczur szarpał wnętrzności; torturowanie dzieci w obecności rodziców (i na odwrót); wypalanie na skórze; polewanie skatowanego ciała osoloną wodą; gwałty; fikcyjne egzekucje.

Tymczasem na Placu Majowym gromadziły się matki, które szukały informacji o dzieciach uprowadzonych przez reżim. Ich przygotowanie teoretyczne było w większości przypadków znikome. – Byłam kobietą jedną z wielu, jeszcze jedną gospodynią domową. Kwestie ekonomiczne, sytuacja polityczna, były mi zupełnie obce – powie po latach kontrowersyjna Hebe de Bonafini, jedna z liderek ruchu. Nie miały transparentów, jedynym znakiem rozpoznawczym były białe chusty na głowach. Jak przyjdzie policja i powie „proszę się rozejść”, to weź mnie pod rękę i udawaj, że spacerujemy – mawiały. Kilka protestujących już wkrótce miało się dowiedzieć, jaki los spotkał ich dzieci – Azucena Villaflor została uprowadzona i zrzucona z samolotu do delty rzeki La Plata. My tu mamy mundial zorganizować i wojnę o Falklandy wygrać, a te histeryczki wszystko psują – powiedzieli generałowie dowodzeni przez Jorge Videlę, wysyłając na plac coraz to nowsze odziały policyjne. Po transformacji ustrojowej, stowarzyszenie Matek z Placu Majowego przekształciło się w prężnie działającą organizację z uniwersytetem ludowym i własną radiostacją, zarządzającą budową tanich osiedli.

Kostaryka 1982-2011. Na początku lat 80.: gdy kryzys ekonomiczny ograniczył możliwości zarobkowania, osiem kobiet założyło spółdzielnię, nieopodal parku narodowego, z dala od grantów i subwencji. Lokalni machos początkowo nieufnie odnosili się do inicjatywy, jednak z czasem przekonały ich zwiększone wpływy do budżetów części gospodarstw. Spółdzielnia dobrze prosperowała, oferując wyroby przede wszystkim turystom; członkinie własnoręcznie zbudowały gliniany dom, obok którego z czasem wyrosły sklep i kawiarnia. Od czasu do czasu spółdzielnię finansowo wspomagają byłe wolontariuszki. – Ja się nad nimi nie lituję, ja je podziwiam – powie mi później jedna z nich. – Wiele się nauczyłam w ciągu tych kilku tygodni. Radości ze wspólnej pracy. U nas się robi tylko projekt za projektem, piętnaście projektów.

Na zakończenie wróćmy do Hiszpanii 2011 – spektakularne obozowiska zostały zwinięte, jednak w wielu miastach nadal funkcjonują zgromadzenia ludowe, a przedstawiciele ruchu oburzonych protestują m.in. przeciwko nielegalnym eksmisjom, zamykaniu centrów kultury oraz bronią zwolnionych z pracy.

Podsumowując: jeżeli to nie jest aktywizm i troska o dobro wspólne, to co to jest? Jeżeli wszędzie poza wąsko rozumianą Europą ludzie są bierni, to kto protestuje przeciwko reżimom? Profesor odpowiada: nie wiem, z pewnością jednak nie można tego nazwać społeczeństwem obywatelskim. Pani chyba żartuje, rękodzieło miałoby stanowić element działań obywatelskich? To prawie jakby powiedzieć, że w Polsce koła gospodyń wiejskich tworzą część ruchu kobiecego. Sama pani widzi, że nie możemy podobnych sugestii traktować poważnie. Ruchy studenckie są fenomenem chwilowym i na pewno niedługo im się znudzi, ileż można wytrzymać bez grantów i dotacji? A poza tym w Hiszpanii mamy dobre organizacje pozarządowe, które przykładnie współpracują z samorządami i potem nauczają w Maroku dobrych hiszpańskich praktyk, otrzymując w zamian za to dobre hiszpańskie wynagrodzenia; ci, jak im tam, oburzeni, są zbyt radykalni, żeby władze lokalne mogły z nimi rozmawiać. Bez dobrych grantów nie może istnieć prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, radość i duma krajów rozwiniętych i ich jedyny atrybut.

Odpowiadam: Matki z Placu Majowego miały dotacje od prezydenta Kirchenera? Profesor: Ależ one są tylko „dziarskimi staruszkami”, które mają własne radio i radykalne poglądy, to jeszcze gorsze niż uwikłanie współpracowników Hebe de Bonafini w skandal korupcyjny i zarzut defraudacji pieniędzy przeznaczonych na mieszkania socjalne. Takie bohaterskie ruchy to dobre na symbol, na emblemat na ekologiczną torbę, na – wzorem polskiej „Solidarności” – nazwę dla fabryki wyrobów cukierniczych, a nie do polityki. „Diagnozy Społecznej 2011” pani nie czytała? Nie wie pani, że polscy naukowcy stwierdzili, że aby być społeczeństwem obywatelskim, trzeba mieć liberalny światopogląd, akceptować różnice społeczne, chodzić często na wybory i głosować na partię rządzącą? Dobre organizacje winny być efektywne i konkurencyjne w walce o fundusze rządowe i sprawnie zarządzać grantami i projektami, z dala od polityki i z dala od heroizmu. Bez państwa przyjaznego dotacjom nie ma mowy o społeczeństwie obywatelskim. Poza dobrymi NGO’sami rozciąga się brudny świat terrorystów, płatnych agentów i niebezpiecznego populizmu, proszę mi wierzyć.

Podsumowując, społeczeństwo obywatelskie to wspierane przez państwo zrzeszenia, a masowe protesty mogą być w najlepszym razie nadrukami na koszulki. Ruch oburzonych odegra rolę w rozwoju Europy wtedy i tylko wtedy, jeśli trafi na rynek wyrobów cukierniczych. Dyskusja się przeciąga, zapraszam na kawę i ciasteczka marki „Indignados”, żarcik.