przez Michael Hauser | wtorek 10 kwietnia 2012 | opinie
Przejawy nietolerancji, ksenofobii, rasizmu i fundamentalizmu, które wbrew wszystkim głosicielom postmodernizmu występują coraz częściej, stanowią wyzwanie dla filozofii, by ze swych koncepcji wyciągnęła konkretne wnioski i powiedziała o tych zjawiskach coś istotnego.
Wszystkie współczesne prądy filozoficzne spotykają się tu ze swego rodzaju probierzem, odsłaniającym, co właściwego, a co niewłaściwego znajduje się w tym czy owym sposobie myślenia. Każdemu konkretnemu prądowi filozoficznemu możemy rzucić wyzwanie: hic Rhodus, hic salta (tu Rodos, tu skacz – pokaż, na co cię stać i co potrafisz). To wyzwanie dotyczy oczywiście najbardziej kierunku filozoficznego, którego dewizą jest dążenie do zrozumienia kulturowej inności, a także przemyślenie podstaw wzajemnej komunikacji, współpracy i współistnienia różnorakich kultur. Tym kierunkiem jest liberalny multikulturalizm.
Jego podstawowa idea – tolerancja wobec Innego – nie jest wcale nowa. O pokojowej i owocnej koegzystencji różnych kultur, religii i przekonań mówili już myśliciele renesansu i oświecenia, tacy jak Erazm z Rotterdamu i Wolter, nie zapominając też o Janie Amosie Komeńskim. Ideę tolerancji znajdujemy także w niektórych religiach świata, np. w islamie, który obecnie w świecie Zachodu zyskał opinię religii fanatycznej. Jak wiadomo, w średniowieczu kraje muzułmańskie cieszyły się większą wolnością religijną i filozoficzną, niż chrześcijańskie. W czasach, gdy dla chrześcijan epoki średniowiecza filozofia była zaledwie służebnicą teologii, myśliciele arabscy mogli na ogół w sposób wolny rozwijać filozofię starożytną, a także własną.
Możemy z grubsza rozróżnić trzy rodzaje tolerancji. Po pierwsze, tolerancję, która jest częścią jakiegoś projektu religijnego. Jej zakres określa płaszczyzna, na którą rzutuje się pewną konkretną religię. Obecnie o rozwijanie tego tolerancyjnego aspektu różnych religii zabiega niemiecki teolog Hans Küng w swym projekcie „światowego etosu”.
Drugi rodzaj tolerancji należy do klasycznego oświecenia. Bazuje na rozpoznaniu, że religia i rozum nie harmonizują ze sobą, a mimo to człowiek potrzebuje nie tylko rozumu, lecz również religii, a także sztuki oraz poczucia przynależności. Klasyczny człowiek oświecenia za pomocą rozumu i doświadczenia rozpoznaje konieczność tolerancji, a zarazem uświadamia sobie, że jednostki ludzkiej nie można zredukować wyłącznie do racjonalności. Dlatego stara się tchnąć w religię filozoficznego ducha (Wolter), by zharmonizować ją z rozumem i wymogami tolerancji. Nazwijmy takie ujęcie tolerancją treści: tolerancja pomiędzy różnymi religiami i kulturami możliwa jest wyłącznie gdy powstaje nowa, żywa forma kulturowej tożsamości, która potrafi objąć wszystkie aspekty i wymiary człowieka. Taka tolerancja treści może też polegać na oświeconej religii, jaką jest na przykład religia człowieczeństwa Tomáša Garrigue Masaryka.
Trzeci rodzaj tolerancji postuluje współczesny multikulturalizm; możemy nazwać go tolerancją formy. Liberalny multikulturalizm dąży do zajęcia neutralnego stanowiska, pozbawionego wszelkich kulturowych partykularyzmów. Takie stanowisko – a mają go zająć instytucje państwowe i europejskie – jest dla multikulturalisty warunkiem sprawiedliwego i prawnie zagwarantowanego dostępu do wszystkich kultur. Zgodnie z nim, każda poszczególna kultura powinna stłumić swe mroczne, irracjonalne znamiona i rozpocząć realizację partykularnych interesów za pomocą instytucji multikulturalnych.
Multikulturalizm nie jest jednym z wielu kierunków myślowych. Obecnie jest raczej wytyczną, która w świecie Zachodu towarzyszy reformie zastanych instytucji i budowaniu nowych. Chodzi o orientację teoretyczną, która wpływa na myślenie i zachowanie polityków, a także stanowi ideową podbudowę dla instytucji posiadających realną władzę. Multikulturalizm w pewnej mierze określa nasze środowisko życiowe i kulturowe, a także wizerunek współczesnej Europy. Dlatego właśnie naszym zadaniem jest nieustanne poddawanie krytycznej refleksji tej „filozofii na tronie” i otwarte mówienie o jej słabościach, sprzecznościach i ograniczeniach. Naszym zadaniem jest także rozwijanie innego pojęcia tolerancji, a mianowicie tolerancji treści lub tolerancji religijnej jako alternatyw dla jej multikulturalistycznego wariantu. Już dziś bowiem istnieje niemało oznak tego, że liberalny multikulturalizm nie potrafi właściwie nazwać współczesnych problemów, a tym bardziej przyczynić się do ich rzeczywistego rozwiązania.
Istnieją w sumie trzy podstawowe braki i ograniczenia multikulturalizmu.
Pierwszym brakiem jest to, że multikulturalizm nie dość zastanawia się nad swym stosunkiem do globalizacji (tzn. do realnego procesu socjoekonomicznego i kulturowego) oraz do kultury europejskiej. Mówiąc inaczej, prezentuje się jako coś ahistorycznego i ponadkulturowego, jako coś stojącego ponad dziejami ludzkości i wszystkimi kulturami.
Ów brak chyba najlepiej uchwycił Slavoj Žižek w swych krytycznych analizach multikulturalizmu. Zdaniem Žižka, można rozróżnić trzy etapy kapitalizmu. W pierwszym etapie kapitalizm łączy się z państwami narodowymi, które handlują między sobą na zasadzie suwerenności. W drugim etapie jedne kraje kolonizują i eksploatują drugie. W trzeciej fazie tego procesu, w epoce globalizacji, powstaje paradoks kolonizacji, kiedy nie istnieją już kolonie i kolonizatorzy, lecz gdy kolonizującym mocarstwem staje się globalna firma, która stara się kolonizować także kraj swego pochodzenia i dochodzi do tzw. samo-kolonizacji.
Wielonarodowe przedsiębiorstwo handlowe nie jest bezpośrednio związane z żadnym krajem. Stosunek pomiędzy tradycyjnym imperialistycznym kolonializmem a globalnym kapitalizmem samo-kolonizacji odpowiada stosunkowi pomiędzy zachodnim imperializmem kulturowym a multikulturalizmem. Globalny kapitalizm znalazł swą idealną formę ideologiczną w multikulturalizmie – w postawie reprezentującej uprzywilejowaną pustą uniwersalność, z której ocenia się i uznaje roszczenia wszystkich poszczególnych kultur. Jak powiada Žižek, prawda multikulturalizmu nie polega na tym, że maskuje eurocentryczną treść, lecz odwrotnie: odcień partykularnych korzeni zasłania fakt, że podmiot jest całkowicie wykorzeniony, że jego rzeczywistym usytuowaniem jest pusta uniwersalność, która odpowiada podejściu globalnego kapitału do poszczególnych krajów. Problem multikulturalizmu (hybrydowego współistnienia różnych kulturowych światów i sposobów życia) tkwi w tym, że stanowi formę przejawiania się swego przeciwieństwa, tzn. faktu, że globalny kapitalizm dokonuje homogenizacji współczesnego świata.
Žižek odkrywa więc błędne koło i nieuczciwość liberalnego multikulturalizmu, który twierdzi o sobie, że zajmuje całkowicie uniwersalną i obiektywną pozycję, pozbawioną wszelkiej partykularności. Multikulturalizm jawi się jako mało tolerancyjny wobec niektórych kwestii, inne traktuje natomiast aż nazbyt tolerancyjnie: toleruje Inność w tej mierze, w jakiej nie jest realną Innością, lecz jedynie aseptyczną Innością przednowoczesnej mądrości ekologicznej, fascynujących rytuałów itp. Kiedy spotyka się z realną Innością – z obrzezaniem kobiet, ze zmuszaniem ich do noszenia czarczafów, z zabijaniem nieprzyjaciół – tolerancja szybko się kończy. Ten sam multikulturalista, który sprzeciwia się eurocentryzmowi, odrzuca zazwyczaj także karę śmierci, w przekonaniu, że chodzi o relikt prymitywnych barbarzyńskich obyczajów. Tu właśnie ujawnia się ukryty europocentryzm: multikulturalista odwołuje się do liberalnego pojęcia człowieka i ewolucyjnej koncepcji kultury, wedle której rozwój przebiega od prymitywnych społeczności do społeczeństw nowoczesnych i tolerancyjnych.
Z drugiej strony, multikulturalista niekiedy toleruje nawet najbardziej brutalne deptanie praw człowieka albo waha się z jego potępieniem, by nie zostać oskarżonym o forsowanie wartości cywilizacji zachodniej. W ten sam sposób nierzadko argumentują rzecznicy prasowi wielonarodowych korporacji w celu usprawiedliwienia tego, że ich pracodawca w danym kraju nie dba o przestrzeganie praw człowieka.
Pierwszą, nietolerancyjną tendencję multikulturalizmu przypisuje Žižek faktowi, że multikulturalista nie potrafi dostrzec specyficznej, uwarunkowanej kulturowo rozkoszy (jouissance), którą może odczuwać nawet i „ofiara” obcej kultury (kobiece „ofiary” obrzezania nierzadko odbierają ten proceder jako ponowne nabycie kobiecej godności). Owa nadmierna życzliwość multikulturalizmu ma swe źródło w tym, iż multikulturalista nie rozumie możliwego wewnętrznego rozdarcia obcej kultury – nie każdy z jej członków się z nią utożsamia, a wielu nabiera do niej dystansu i może zacząć się buntować. Zachodnie prawa człowieka mogą w takiej wspólnocie oddziaływać niczym katalizator, który wywoła autentyczny protest przeciw określonym aspektom tej kultury.
Drugi brak liberalnego multikulturalizmu tkwi w sposobie, w jaki rozumie on tożsamość kulturową i człowieka w ogóle. W oczach multikulturalisty człowiek posiada jeden, a najwyżej kilka nielicznych wymiarów: jednostkę ludzką określa jej tożsamość kulturowa. Zapomina się jednak o tym, że człowiek posiada wymiary powiązane z naturalnym aspektem jego istoty, które wytwarzają jego nietożsamość. Jak podkreślał Theodor W. Adorno, człowieka należy określić jako jedność tożsamości i nietożsamości. Człowiek jest czymś więcej niż tylko tą czy ową kulturową tożsamością. Naturalny wymiar człowieka jest czymś, co formuje często nieuświadomione tło wszystkich tożsamości kulturowych; czymś, co jest zapośredniczone przez tożsamość, lecz nie jest z nią tożsame. Żadna tożsamość nie jest czysta w tym sensie, iż byłaby oddzielona od takiej nietożsamości. Każda tożsamość jest przeniknięta i nasycona tym, co w człowieku nietożsame, a co ostatecznie pozostaje głównym powodem tego, że jednostka świadomie (tzn. nie tylko na zasadzie uspołecznienia) identyfikuje się z pewną tożsamością. Multikulturalizm zakłada, że za pomocą racjonalnych argumentów wystarczy przekonać odmienne kultury oraz ich przedstawicieli, że „lepiej” przyjąć reguły, które sam niejako z góry wprowadza. Dla multikulturalisty pozostaje zagadką, dlaczego jedna i ta sama tożsamość kulturowa raz jawi się jako najbardziej tolerancyjna, a kiedy indziej całkowicie nietolerancyjna, jak ma to miejsce w przypadku wspomnianego islamu. Mówiąc inaczej, wydaje się, że multikulturalizm potrafi o doniosłości tolerancji przekonać jedynie te kultury, które są już tolerancyjne oraz jedynie te jednostki, które utożsamiają się z ideą tolerancji. Natomiast pozostałe jednostki łatwiej przekona któryś z fundamentalistycznych prądów albo polityk skrajnej prawicy, starający się pozyskać nowych zwolenników poprzez mówienie tego, „co ludzie naprawdę myślą”.
Trzecim brakiem multikulturalizmu, związanym z poprzednim, jest to, że jego podejście do innych kultur ogranicza, zamiast rozwijać. Jest to bowiem podejście, które od razu uczy odmienne kultury własnych reguł gry, tzn. stara się skłonić je do tego, by porozumiewały się na zasadach zdefiniowanych przez multikulturalizm. Brak tu wyczucia dla rzeczywistej wyjątkowości danej kultury. Multikulturalizm z góry zakłada znajomość danej kultury: warunkiem akceptacji pewnej kultury jest jej zdolność do przyjęcia multikulturowych reguł komunikacji. Jeśli dana kultura nie przyjmuje takich apriorycznych reguł, nie zostaje zaakceptowana. Tu należy przyznać rację postmodernistycznej krytyce multikulturalizmu. Multikulturalista nie potrafi podejść do obcej kultury w taki sposób, by zrozumieć ją od wewnątrz oraz rozpoznać jej wewnętrzną dynamikę i antynomie. A właśnie taki otwarty i uważny stosunek do obcych kultur wydaje się być podstawą sensownej i rozsądnej tolerancji. Jednak takie podejście jest prawdopodobnie zgoła niemożliwe, jeśli najpierw nie wykształcimy w sobie głębokiego i twórczego stosunku do jednej jedynej kultury. Dopiero dzięki temu będziemy zdolni do ukształtowania poczucia wartości kultury jako takiej i nauczenia się rozumienia obcych kultur oraz ludzi w nich żyjących. Wówczas znaczenia nabierze to, co pośród wszelkiej różnorodności stanowi wspólny element wszystkich kultur i ludzi.
Czy wobec tego nie jest możliwe rozwijanie idei tolerancji na podstawie innej niż liberalny multikulturalizm?
Michael Hauser
Przekład z j. czeskiego: Krzysztof Kołek
Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej stowarzyszenia SOK – Socialistický kruh, które zajmuje się popularyzacją współczesnej myśli lewicowej w Czechach. Przedruk za zgodą autora.
przez Joanna Duda-Gwiazda | wtorek 3 kwietnia 2012 | opinie
Byłoby śmiesznie, gdybyśmy mogli oglądać ten cyrk z wygodnej loży na widowni. Niestety, siedzimy w samym środku areny, więc jest i śmiesznie, i strasznie.
Światowy system zbankrutował moralnie i materialnie, ale dysponuje jeszcze środkami przymusu ekonomicznego i politycznego. Kurczowe trzymanie się władzy i fałszywych doktryn robi wrażenie chaosu i wygląda groteskowo. Jak generał Jaruzelski, który najpierw bronił socjalizmu jak niepodległości, czyli czołgami, a potem został pierwszym prezydentem kapitalistycznej Polski. Postępowanie Jaruzelskiego zaczyna jednak wyglądać sensownie, gdy uświadomimy sobie, że celem wojny z narodem było zniszczenie pierwszej „Solidarności” – związku zawodowego, który stanowił przeszkodę w podporządkowaniu Polski nowemu systemowi. Prezydent G. Bush nie bez powodu zachęcał Jaruzelskiego do objęcia stanowiska prezydenta, a nowe władze okazują Jaruzelskiemu szacunek.
Rozterki władzy PO sparodiował kabaret. Premier przychodzi na posiedzenie rządu w masce Anonymousa, a w sprawie emerytur rząd postanawia zabezpieczyć swoje oszczędności w bankach szwajcarskich na wypadek szybkiej ewakuacji. Strach przed przyszłością, przede wszystkim przed gniewem ulicy, jest coraz bardziej widoczny.
Jakby nic się nie stało, propaganda nadal osłania władzę hasłami wolnego rynku, demokracji, tolerancji i praw człowieka, chociaż coraz bardziej jest widoczne, że to tylko zasłona dymna. Na „wolnym rynku” uprzywilejowane są potężne ponadnarodowe korporacje. W demokratycznych państwach instytucje finansowe wyznaczają premierów. Pod hasłem „nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji” prześladowani są ludzie przywiązani do religii, jej zasad i tradycyjnego stylu życia. Coraz więcej wiadomo, jak przestrzegane są prawa człowieka w krajach okupowanych – Iraku i Afganistanie. Odkryciem dla polskiej opinii publicznej są informacje o ograniczaniu praw człowieka w demokratycznych Stanach Zjednoczonych (Patriotic Act, ACTA).
Trudno jest określić jednym słowem ten nowy system w taki sposób, aby ująć wszystkie jego istotne cechy, nie przesadzić, a także nie obrazić ludzi w dobrej wierze przywiązanych do swoich idei. Fundamentem nowego porządku świata jest monetaryzm. Ale monetaryzm to tylko teoria makroekonomiczna, podkreślająca rolę podaży pieniądza. Teoria, która w praktyce oznacza podporządkowanie gospodarki bankom, ogranicza pole manewru reprezentacji państw wyłanianej w demokratycznych wyborach i wpływ związków zawodowych. Do lamusa teorii przegranych odłożono możliwość ingerencji państwa w sprawy gospodarcze, równowagę kapitału i pracy, a nawet równowagę popytu z podażą. Każde odstępstwo od monetarnej ortodoksji potępiane jest jako „keynesizm”. Opór społeczny przeciw systemowi zaczął się, gdy ludzie zauważyli, że zakaz interwencji państwa nie obejmuje dokapitalizowania banków i wielkich korporacji z pieniędzy publicznych.
Globalizacja jest naturalnym procesem, który umożliwia systemowi opanowanie całego świata, ale nie stanowi jego istoty. Określenie „neoliberalizm” wywołuje protesty przywiązanych do idei wolności. Jeszcze gorszym pomysłem jest „neokonserwatyzm”, ponieważ obrażają się konserwatyści, którzy widzą zagrożenie dla tradycyjnych wartości. Proponowana nazwa turbokapitalizm jest niezrozumiała dla ludzi nie znających mechanizmu dźwigni finansowych i zmian w prawie, które przekształciły tradycyjny demokratyczny kapitalizm w kapitalizm korporacyjny. Nazwy macdonaldyzacja lub lansowana przez Stefana Adamskiego cocacolonizacja, odnoszą się tylko do sfery kultury.
Andrzej Gwiazda proponuje nazwę friedmanizm – od nazwiska Miltona Friedmana, ideologa i praktyka nowego systemu. Uważam, że to dobry pomysł. Ciekawym polem rozważań są analogie do marksizmu. System w PRL nie był ani komunizmem, ani socjalizmem, ani nawet nie były to rządy jednej partii (w kapitalistycznych Chinach do dzisiaj rządzi partia komunistyczna), ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że fundamentem systemu jest marksizm. Ostatecznie przyjęła się nazwa „realny socjalizm”, z której bardzo szybko wyparował przymiotnik „realny”. Ta niefortunna nazwa, kojarzona z całym złem systemu i bolszewicką okupacją, spowodowała trwałe ograniczenie intelektualne i polityczne. Odwoływanie się do tradycji niepodległościowej Polskiej Partii Socjalistycznej jest bezskuteczne, ponieważ większość w ogóle nie jest zainteresowana historią Polski, a tym bardziej historią socjalistów zwalczanych przez komunizm. Wysiłki redakcji „Obywatela”, aby polskie tradycje lewicowe przypomnieć, nie przynoszą rezultatu.
Próbowałam namówić znajomych do przeczytania fascynującej książki Naomi Klein „Doktryna szoku”. Większość odmówiła – Klein to lewaczka. Nie znalazłam żadnej definicji lewicy i lewactwa. Mogę tylko opierać się na danych empirycznych. Lewica to Miller, Kalisz, Kwaśniewski, liderzy partii wywodzącej się z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. PZPR nie była partią marksistowską, była partią władzy. Marksizm był jedynie przykrywką, dawał legitymację do zwalczania opozycji antysystemowej. Tak zdefiniowana lewica nie miała żadnego problemu z zaakceptowaniem friedmanizmu. Jedyną tradycją głęboko zakorzenioną w PZPR i przeniesioną do SLD jest internacjonalizm, wiodąca idea friedmanizmu.
Zarówno marksiści, jak i antymarksiści zapominają, że dyktatura proletariatu miała być tylko środkiem do centralnego zarządzania gospodarką światową. Friedmaniści próbują ten cel osiągnąć skrajnie prawicowymi metodami, stawiają na egoizm i chciwość. Skutki są podobne jak w komunizmie – niszczenie więzi rodzinnych, sąsiedzkich, wspólnot religijnych, narodowych. Postępuje atomizacja społeczeństwa. Nawet podobnie to wygląda. Samotne jednostki odnajdują namiastkę wspólnoty na masowych imprezach.
Lewakami w Polsce nazywa się opozycję antyfriedmanowską. Ugrupowaniom i instytucjom, które prowadzą walkę z narodową tradycją, kościołem i patriotyzmem, czyli zabezpieczają friedmanizm na polu kultury i tożsamości obywateli, przysługuje zaszczytne miano Nowej Lewicy. Godny odnotowania jest fakt, że marszałkini sejmu, wywodząca się z ruchu Palikota, awansowała z lewaczki na lewicowego polityka.
Napisałam tekst długi i zawiły. Nie moja to wina. Bankructwo friedmanizmu jako ideologii pogłębiło chaos w pojęciach i ideach, który celowo wprowadzono, aby utrwalić dezorientację wynikającą z szokowej transformacji ustroju.
Na koniec chciałam zwrócić uwagę na trudną do pojęcia sytuację PO. Państwo się rozpada, instytucje przestają działać, a władza się umacnia, jest coraz bardziej arogancka. Nie bacząc na koszty społeczne, ale także na materialne wymierne straty, likwidowana jest infrastruktura na prowincji – poczty, szkoły, komunikacja, szpitale, przedszkola, pogotowie ratunkowe i pogotowie energetyczne, sądy, nawet placówki IPN. Skutki są bardzo różne, zawsze niekorzystne dla obywateli. Na przykład ograniczenie punktów, w których można uzyskać prawo jazdy, spowodowało, że centra miast uprzywilejowanych zostały dosłownie zakorkowane samochodami z tablicą „L”. Państwo odwraca się od obywatela i coraz częściej jest postrzegane jako instytucja represyjna. Straszenie państwem opiekuńczym to już bajki o żelaznym wilku.
Zbankrutowała główna idea friedmanizmu, polegająca na likwidacji państw. Sprywatyzowano wszystkie funkcje państwa, nawet prowadzenie wojny, czego drastycznym przykładem są wojny w Iraku i Afganistanie. Modny outsourcing sprowadził rolę państwa do egzekwowania podatków i przekazywania zgromadzonych środków firmom komercyjnym. Bardzo to wygodne dla władzy, która w tym systemie nie ponosi za nic odpowiedzialności. Państwo zostało wydrążone, pozostała atrapa, pusta skorupa. Ta filozofia poniosła spektakularną klęskę w Iraku. Kontraktorzy uciekali z Iraku w popłochu, w kamizelkach kuloodpornych, chociaż z walizkami pełnymi dolarów. Nie można zlikwidować państwa i równocześnie na nim żerować. Te miliardy dolarów nigdy już nie wrócą do budżetu Stanów Zjednoczonych, ponieważ okazało się, że instytucje hojną ręką rozdające korporacjom publiczne pieniądze nie reprezentowały rządu.
To nie utrata instynktu samozachowawczego jest powodem dziwacznego postępowania rządu PO. Rząd znalazł się w pułapce ideologii. Nie może wzmacniać państwa, które ma zlikwidować. Likwidując państwo, władza realizuje swoje główne zadanie, ale traci kontrolę nad sytuacją. Możliwości przerzucania kosztów kontynuowania friedmanizmu na społeczeństwa niebezpiecznie się skurczyły.
Joanna Duda-Gwiazda
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 27 marca 2012 | opinie
Wsiadam do busa w Krakowie, wysiadam na prowincji, w miasteczku czy na wsi. Wewnątrz, jeśli jest tłoczono, nie pachnie zbyt zachęcająco, co zrozumiałe, bo ludzie są zmęczeni dniem, sfatygowani Polską, dźwigają torby i reklamówki, są po pracy, albo po dniu szukania pracy, lub po wielu godzinach załatwiania czegoś w urzędach, po wizytach w szpitalach, po kolejkach u doktora, albo wracają z uczelni, z imprezy, z łażenia po galeriach handlowych, z szukania okazji na lepsze życie. Jest w nich strach o przyszłość, wiara, nadzieja i miłość, troski rodzinne, zarzewia chorób, albo spustoszenia chorobą, do tego emocje nasze powszednie i jakiś urywek programu telewizyjnego, tlący się z tyłu głowy, czyjeś słowa i gesty, dotyki, obojętność, tkliwość. Gdy się na tak niewielkim obszarze, gdy bus jest przegrzany, wilgotny, lepki od człowieczeństwa, zgromadzi tyle osób, trudno, żeby pachniało fiołkami. I tak jest w porządku.
W busie gra zwykle Zetka, albo RMF, lub słychać kierowców klnących na siebie przez CB radio. Nie zawsze mogę zdzierżyć te odgłosy, wtedy zakładam słuchawki. A czasem słucham rozmów, czytam, patrzę przez okno na tę naszą III RP na żywo, nie zapośredniczoną przez media, nie poddaną obróbce, nie podawaną mi do wierzenia przez hochsztaplerów i speców od cudzych myśli.
W busie jest dobrze, apolitycznie. Przynajmniej z pozoru, ale to mi wystarcza. Jeśli są tu jacyś katoliccy neoliberałowie, feministki liberalne czy socjały nudne i ponure, ukryta opcja niemiecka, „żydokomuna”, „prawdziwki”, aktywny elektorat PO, PiS, RP czy SLD, to nic o tym nie wiem. Nie ma też znajomych z facebooka, udzielających się w mediach, wykładających na uczelniach, opiniotwórczych, znanych i cytowanych. Ot, widać jakichś ludzi: mają twarze, nie mają nazwisk, a przecież często jest odwrotnie: ludzie mają nazwiska, ale są bez twarzy. Ważne zresztą, że w busie ludzi widać. Jeden pan śpi ciężko rozwalony na siedzeniu, kawał chłopa, z sumiastym ryżym wąsem, z wielkimi, czerwonymi dłońmi, chropowatymi i napuchniętymi. Kobieta w brązowej kurtce i w niebieskich, spłowiałych dżinsach, w rozmywającym się makijażu i z przetłuszczonymi włosami, trzyma na rękach dziecko, różowe, pulchne, w różnokolorowej czapeczce i ze smarkiem u nosa. Młodzi udają, że ich tu nie ma, pilnie stukając w klawiaturę smartfonów, a kolor smartfonów jest czerwony, bo na nich azjatycka krew. Młodzieniec z lekko przygłupią twarzą opowiada coś komuś przez telefon polszczyzną tak połamaną, jakby sto lat i więcej żył pod wszystkimi zaborami na raz i żadna go Siłaczka, żaden doktor Piotr nie spotkał, nie pochylił się nad nim, ani żaden mu wielki pan czy dobra pani nie dali skrzypiec, stypendium i stancji.
Za szybą domy polskie, a to szpetne, a to całkiem ładne, a na bardzo wielu nieodzowny talerz cyfrowego Polsatu lub innego szanownego nadawcy, karmiącego masy podobną sieczką informacyjną i rozrywkową. Bo polska prowincja, którą naiwniacy albo cynicy podejrzewają o jakieś niezwykłe pokłady głęboko skrywanej, nieskażonej polskości, wcale się od miast wiele nie różni swoją popkulturą.
Jadę busem, wstaje pani, narzekająca wcześniej towarzyszce podróży, że musi nieczystości wylewać na drogę. Wysiada, kusa kurtka odsłania zielony, plastikowy pasek u spodni, buty lekko przybrudzone. Co zrobić, że zbrudzone? Marzec polski chlapie z dziur w asfalcie, z chodników nierównych, chlapie błotem i uderza nagle rozjechanym przez samochody odłamkiem chodnika, a chodzić trzeba, wychodzić trzeba za swoim, nie każdy Polak przecież zmieści się do inteligentnego biurowca, do full wypas bryki, którą podjeżdża wprost pod ganek wyczyszczony przez służbę. Nie wszędzie może być tak czysto, jak na ruchomych schodach w „Galerii Krakowskiej”, na których młode dziewczyny pokazują, że jeszcze są zwycięskie i świat przed nimi, choć w zębach już ubytki, bo jednak łatwiej o ciuch z wyprzedaży, niż o regularne wizyty u dentysty… Ale nie o tym, nie o tym była mowa.
Jadę busem do wieczoru na wsi, do księżyca w nocy. Jadę z Krakowa, z ponad dziesięciu lat życia, na wieś, czyli robię wycieczkę w głąb siebie, do kilkunastu lat dzieciństwa i dorastania. To inna wieś, wieczór inny i księżyc inny, inny też ja. I tu najważniejsze. Bo jeśli bliska jest mi wieś, to nie dlatego, że jest ostoją jakichś niezwykłych cnót, szlachetności, pobożności, nieskazitelnej chłopskiej mądrości, polskości a la PiS, jak to sobie wyobraża, albo podaje do wierzenia pewien publicysta, ale dlatego, że stamtąd jestem, że stamtąd są moje pierwsze sny, złudzenia i marzenia, prawdy o ludziach i świecie; bo jeśli bliska jest mi prowincja, to dlatego, że jest częścią prawdy o Polsce, jeszcze jedną jej blizną, historiami złymi i dobrymi. A że bywa szmatława, że ludzie potrafią być chciwi, okrutni, głupi, że znam jak zły szeląg ich przywary, to cóż – to życie, nie ma co go ani zbytnio przeklinać, ani malować sentymentalną pozłotką. Ale póki co jadę busem, niebo gwiaździste nade mną, a dziury w asfalcie i koleiny pode mną, a jedna pani drugiej pani opowiada, że TIR wypadł z drogi, a człowiek się spalił w domu w wiosce obok. Dom był stary, człowiek był stary i samotny, zwęglone życie, zwęglone miejsca. Na szczęście w busie gra Zetka i chwila zasłuchania w plastikową melodię odpędza myśli o zwęglonym skrawku świata i staruszku, który może zadusił się czadem, a może wcześniej ogień objął jego ciało i mężczyzna po raz ostatni w życiu nie był w nocy samotny. A jedna pani drugiej pani opowiada jeszcze, że ksiądz mówił, żeby młodzi chodzili na kursy przedślubne, bo później i tak pewnie wyjadą za granicę i będzie z tym kłopot.
Bus staje. Widać kiosk. W kiosku ta sama kolorowa prasa, co w mieście, tygodniki w większości te same, jedynie słuszne, liberalne lub konserwatywno-liberalne, papierosy, kosmetyki, słodycze, prezerwatywy, napoje te same, a w busie informacje w Zetce te same, co i w mieście. Gdyby pójść do okolicznego spożywczaka, to byłaby w nim ta sama wędlina, co w mieście, a czasem nawet gorsza, najtańsza. I chleb ze spulchniaczami, też taki jak w mieście. A jak sklep i kiosk, to cywilizacja, a jak cywilizacja, to śmieci walające się obok pełnego kosza, stojącego przy wiacie autobusowej. Bo wieś to też śmieci, takie same jak w mieście, tyle że czasem nawet bardziej rzucają się w oczy, gdy wiatr rozwiewa je po polu, rowie melioracyjnym, poboczach. Polska ziemia nie takie rzeczy przyjmowała. Nie wiem, jak patriotyczni publicyści łączą swoją okołoprowincjonalną mitomanię z tym syfem powszednim.
Bus rusza. Jeśli jadę popołudniu, w środku jest więcej młodzieży, ludzi w średnim wieku. A późnym wieczorem bus, który zatrzymuje się na Placu Centralnym, skręca jeszcze pod Hutę im. Sendzimira, gdzie wsiadają, mówiąc umownie, proletariusze, złączeni pod wiatą przystanku autobusowego, zmęczeni, senni, lekko apatyczni. Jest po 22.00, za pół godziny, godzinę będą w domu, a tam już kolacja, albo kolacja plus wszystkie nasze dzienne sprawy, albo kolacja plus wszystkie nasze dzienne sprawy plus telewizor, albo jeszcze co innego, smutki i radości, które są ich tajemnicą.
Późnym wieczorem w busie rządzą sen i księżyc, jeśli nie ma chmur. A jeśli są ciężkie obłoki, właściwie rządzi ciemność, polska prowincjonalna droga to przecież nie Stadion Narodowy, ba, polska prowincjonalna droga to także nie „Polska w budowie”, to po prostu skrawek lepiej lub gorzej połatanego asfaltu, na którego solidny remont nie ma pieniędzy. Zresztą, niektóre gminy dla oszczędności wyłączają po północy latarnie, a wtedy cywilizacja chowa się w ciemności przed naturą, co sprzyja romantyczności i patrzeniu na miesiączek nasz śliczny, wzniosłe konstelacje gwiezdne, a ze względu na walory estetyczne, skłaniające do głębokich refleksji etycznych, a może i doznań metafizycznych – zdecydowanie wzmaga uroki wiejskiego życia.
Jeśli ktoś jednak nie potrafi się skupić na tych urokach, jeśli nie ma dopłat z Unii, jeśli od księżyca woli dobry telewizor czy po prostu pewną pracę i dobrą płacę, dobrobyt w domu, albo sąsiedzką zazdrość, to wyjeżdża zagranicę z tej wsi polskiej urokliwej, gdzie roboty często nie ma, albo jest kiepsko płatna, bez umowy i za pocałowaniem w rękę, i wysiada z busa na przystanku „praca zagranicą” i tyle go widzieli: ojczyzna, miesiączek, a czasem też rodzina.
Bus staje. Na rynku w małej miejscowości otwarty sklep spożywczy, sieciówka taka jak w mieście. Rynek jest ładny, okolica górzysta, oddycham rześkim powietrzem, patrzę na plecy przygarbionej kobiety, drepczącej kilka kroków przede mną i mamroczącej do siebie najświętsze słowa swojego życia i naprawdę nie jest mi wszystko jedno. Obok przystanku tli się niedogaszony pet, ogieniek świeci nawet jaśniej niż lekko przyblakły księżyc, oswojony z wędrówką, którą znam jeszcze z dzieciństwa i może oglądał ją będę na starość.
Krzysztof Wołodźko
przez Piotr Kuligowski | wtorek 20 marca 2012 | opinie
W ostatnim czasie istotnym elementem debaty publicznej stało się zagadnienie patriotyzmu. Rozprawia o nim wielu – prawicowe serwisy internetowe pełne są deklaracji o „kochaniu Polski”, natomiast strony lewicowe uderzają czytelników artykułami o „patridiotyzmie”. Patriotyzm stopił się nawet z niedawnymi protestami przeciwko porozumieniu ACTA, które wstrząsnęły wieloma polskimi miastami.
I choć ów ruch protestu przekraczał granice widniejące na mapach politycznych, tutejsza jego część różniła się zasadniczo od podobnych wydarzeń w innych częściach Starego Kontynentu. Specyfiki nadawało oczywiście prekursorstwo Polski, która stała się zaczynem ponadnarodowego sprzeciwu. Jednakże mimo owej – niewątpliwie chwalebnej – przytomności obywateli, popadanie w samozachwyt byłoby raczej nieuprawnione. Wszak walki społeczne na podobną, a nawet i większą skalę mają w wielu krajach świata miejsce zawsze, gdy władza szykuje zamach na swobody obywatelskie, prawa pracownicze czy osłony socjalne.
Polacy natomiast, z wielu powodów, biernie przyglądali się dewastowaniu gospodarki przez neoliberałów. Na ulice wyprowadziło ich dopiero widmo ograniczenia przestrzeni rozrywkowej, która jest jedną z ostatnich oaz wolności po niepewnej i stresującej pracy. Zadziałał tu zatem mechanizm podobny do tego, który czyni Marsze Wyzwolenia Konopi wielotysięcznymi pochodami. W porozumieniu ACTA chodzi oczywiście nie tylko o możliwość ściągania plików MP3, ale również np. o „niemarkowe” części zamienne do samochodów. Jednak dla wielu uczestników demonstracji zagadnienia te zdają się być drugorzędnymi. Stąd częste eksploatowanie przy tej okazji analogii do wojennego „Poland – first to fight” czy przeróbek symbolu „Polski walczącej” pozostaje traktować jako nieuprawnione nawiązywanie do tradycji bohaterskiej walki z niemieckim nazizmem.
Polskie protesty przeciwko podpisaniu ACTA miały jednak coś, co łączyło je z państwem podziemnym czasów II wojny światowej. Był to mianowicie kult symboliki narodowej. W oczy wyraźnie rzucał się widok wielu biało-czerwonych flag, a w niektórych miastach (np. Katowicach czy Łodzi) tłum śpiewał „Mazurka Dąbrowskiego”. Potraktowanie symboli państwowych jako elementu antykorporacyjnego i antyrządowego sprzeciwu było polską osobliwością. Trudno bowiem na filmach i fotografiach z podobnych wydarzeń w Amsterdamie, Sztokholmie czy Tallinie, dopatrzyć się choć jednej państwowej flagi.
Ów renesans postaw związanych z przywiązaniem do wspólnoty narodowej, zachodzi przy szokującym pomieszaniu pojęć, dotyczących przede wszystkim postaw lewicowych. Stąd też na dyskusje o patriotyzmie zaprasza się, z jednej strony, przedstawicieli Ruchu Palikota czy „Krytyki Politycznej”, z drugiej zaś – przedstawicieli ONR-u czy Młodzieży Wszechpolskiej. Trudno wyzbyć się wrażenia, że w owym rezerwuarze zdecydowanie brakuje głosu tych, którzy dystansują się zarówno od Marszu Niepodległości, jak i Kolorowej Niepodległej, a jednocześnie stoją w konsekwentnej opozycji do neoliberalnego kapitalizmu.
W Polsce można wyróżnić trzy główne podejścia do kwestii patriotyzmu. Pierwsze, którego erupcji doświadczyliśmy w ostatnim czasie, można określić roboczo jako patriotyzm husarski. Polega on na kulcie przedsięwzięć wielkich i widowiskowych. Luminarze „husarskiego” patriotyzmu lubują się więc w zwycięskich szarżach, bitwach i zawodach sportowych, odczuwają uniesienie przy otwieraniu wielkich obiektów (obojętnie, czy to bazylika, stadion, czy elektrownia atomowa), uwielbiają patetycznie epatować swym deklaratywnym przywiązaniem do historii i tradycji w rocznicę wielkich wydarzeń historycznych, zalewając ulice morzem ludzi i flag.
Grupę drugą można określić – z czym pewnie zgodziliby się sami jej przedstawiciele – jako kosmopolitów. Historycznie stoją oni w jednym szeregu z tą częścią polskiej szlachty i magnaterii, która ponad troskę o wspólne dobro stawiała własne interesy, a w celu realizacji tychże „kleiła się” do dworu monarszego z gorliwością podobną tej, którą wykazują rozmaitej maści „antysystemowi” grantobiorcy, kontestujący mainstream na obszarze wyznaczonym przez tenże mainstream. Kosmopolici zarówno niegdyś, jak i dziś, gardzą ludem – czy to chłopstwem, czy „kibolami” i „moherami”.
I wreszcie grupa trzecia – patrioci „tęczowi”. „Tęczowcy” pozornie stoją w rozkroku między „husarzami” i kosmopolitami, faktycznie jednak zdecydowanie balansują na jednym polu z tymi ostatnimi. Najbardziej bodaj w ostatnim czasie spektakularną emanacją patriotyzmu „tęczowego” był wiec „Kolorowa Niepodległa”, zorganizowany przez „Krytykę Polityczną”. „(Bez)Krytycy” z tego środowiska poszukują historiozoficznego uzasadnienia swego stanowiska w zakresie patriotyzmu w tradycjach Polski jagiellońskiej, a zatem pluralistycznej pod względem narodowościowym i wyznaniowym. Dodając współczesne kryteria, wyliczankę tę trzeba by pewnie uzupełnić także o mniejszości seksualne, kontestatorskie subkultury, transseksualistów itd. Mit Polski jagiellońskiej – jak każdy jemu podobny – pozostaje jednak tylko mitem. Jest to twór szkodliwy i kuszący zarazem. Kuszący do tego stopnia, że pod koniec życia uległ mu nawet Edward Abramowski. Ów przenikliwy myśliciel w swych wizjach niepodległej Polski w zaskakujący sposób abstrahował od pobudek ekonomicznych XIV-wiecznych elit, które stały się faktycznym motorem ekspansji piastowskiego królestwa na wschód.
Wszystkie trzy ujęcia są zatem bardzo wybiórcze i destruktywne dla pamięci historycznej Polaków. Zarówno bowiem patrioci „husarscy”, jak i „tęczowi”, a tym bardziej kosmopolici, zdają się nie zauważać miejscowej specyfiki. Mniej lub bardziej świadomie spychają na margines zapomnienia walki społeczne, toczące się w celu wielowymiarowego wyzwolenia ziem polskich – wyzwolenia spod dyktatu zarówno obcych urzędników, jak i rodzimych kapitalistów.
Paradoksalnie zatem owa walka – roboczo nazywana „narodowowyzwoleńczą, a de facto przepełniona także problematyką ekonomiczną – przyciągała nawet anarchistów. Choćby wspomniany Abramowski nawoływał do bojkotu zaborczych instytucji, tworząc teoretyczne i praktyczne modele oddolnej organizacji społecznej. Odrodzona Polska w jego wizji miała być państwem minimalnym, choć – w przeciwieństwie do koncepcji snutych przez skrajnych liberałów – pozbawionym rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa, stojącego na straży „świętego prawa własności prywatnej”. Przeciwnie – pionier polskiego kooperatyzmu był przekonany, że żadna odgórna instytucja nie stanie na straży bezpieczeństwa, moralności i sprawiedliwości tak efektywnie, jak sami obywatele.
Jeszcze więcej dokonań na polu niepodległościowym ma ruch socjalistyczny, będący w prostej linii spadkobiercą, a później współtwórcą tradycji kościuszkowskiej, bojów listopadowych, emigracyjnych demokratów, niepokojów Wiosny Ludów, styczniowego radykalizmu, strajków z roku 1905, Legionów i wreszcie – pierwszego rządu II RP. To właśnie wyzwoleni z pańskich pęt kosynierzy stanęli do walki o wolność w czasie, gdy szlacheccy konserwatyści zorganizowali Targowicę. To lud Warszawy w 1831 r. manifestował żarliwy patriotyzm, gdy elity powstańcze liczyły na korzystne układy z carem. To emigracyjni socjaliści starali się inspirować czyn zbrojny, gdy obóz monarchistów, z Czartoryskim na czele, spokojnie wyczekiwał na rozwój sytuacji międzynarodowej, by zaistniałą koniunkturę wykorzystać dla własnych celów. To frakcja czerwonych poprowadziła w bój w 1863 r. podległe sobie oddziały, podczas gdy konserwatywny margrabia Aleksander Wielopolski starał się rozbić organizacyjne podziemie. To bojowcy socjalistyczni wysadzali posterunki carskiej policji, gdy lojalistyczni posłowie endecji wchodzili do Dumy. Tego rodzaju przykłady można mnożyć.
W dyskusjach o patriotyzmie brakuje więc tego ujęcia, które ilustrowałby kosynier. Kosynier, wczoraj jeszcze będący chłopem, który przez akt nastawienia kosy na sztorc zrywa z poddańczą przeszłością, domagając się podmiotowości ekonomicznej i politycznej oraz partycypacji w procesie decyzyjnym. Tenże kosynier jest symbolem Polski walczącej – od insurekcji kościuszkowskiej aż po kampanię wrześniową, podczas której czerwoni kosynierzy uczestniczyli w walkach ulicznych w obronie Gdyni. I choć tradycja kosynierska jawi się jako mit młodzieńczych, żarliwych straceńców, to warto mieć na uwadze, że bitewna rzeczywistość była bardziej złożona. Kosynierzy bowiem przemieszczali się dużo szybciej, niż żołnierze wyposażeni w ciężki ekwipunek, a w starciu bezpośrednim zwyczajnie kroili na kawałki wrogów wyposażonych w krótkie bagnety.
Duch kosynierów w 1794 r. krążył nad Warszawą, lecz jego emanacją była nie tyle widowiskowa walka zbrojna, ile raczej aktywność polityczna mieszczan, którzy w kilkudziesięcioosobowych grupach zbierali się pod ratuszem, dyskutując o własnych projektach ustaw i domagając się wpływu na dalsze losy kraju. Wyrażana w ten sposób patriotyczna troska o dobro wspólne nie miała nic wspólnego z ciasnym szowinizmem. Przeciwnie – na stronę insurekcji przechodzili także zamieszkujący stolicę obcokrajowcy, w tym m.in. ponad stu Niemców. Podobnie rzecz miała się z powstaniem listopadowym, podczas którego w bojach powstańczych po jednej stronie występowali Polacy, Żydzi, a nawet Tatarzy.
Patriotyzm kosynierów to oddolny poryw ku lepszemu bytowi, ku powszechnej emancypacji. Patriotyzm ów realizuje się nie poprzez wielkie przedsięwzięcia, ale drobne działania na co dzień. Jego adherentami są zatem osoby blokujące eksmisje czy pikietujące pod siedzibami firm, które łamią prawa pracownicze. Kosynierami były także te dziesiątki tysięcy osób, które skrzyknęły się za pośrednictwem Internetu, by sprzeciwić się porozumieniu ACTA. Szkoda jednak, że w swym wojowniczym uniesieniu część z nich wyeksponowała patriotyzm husarski. W zmaganiach z turbokapitalizmem nie ma bowiem póki co szans na widowiskowe zwycięstwa. Tym bardziej więc wypada docenić bohaterów dnia codziennego. Docenić – i pamiętać, że połowę polskiej flagi zajmuje czerwień.
Piotr Kuligowski
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 13 marca 2012 | opinie
Likwidacji szkół towarzyszy pominięcie roli tej instytucji jako miejsca publicznego. Szkoły traktuje się jako miejsca wyrwane z lokalnego kontekstu. Miejsca, gdzie po prostu są świadczone usługi dydaktyczne, które bez większych szkód mogą być oferowane gdzie indziej.
Oczywiście nie należy szkół (ani jakichkolwiek publicznych instytucji) traktować jako worka bez dna, lekceważąc realia ekonomiczne. Jednak ów rachunek ekonomiczny powinien być dokonywany – jak to się czyni w kontekście usług społecznych – biorąc pod uwagę nie tylko krótkookresowy efekt, ale także długofalowe oddziaływanie danej decyzji.
Lokal dla lokalnej integracji
Patrzenie na placówki szkolne bez uwzględnienia znaczenia sieci tych placówek dla społeczności lokalnej, oznacza pominięcie jakże ważnej integracyjnej funkcji szkoły. W społeczeństwie polskim, obolałym po latach realnego socjalizmu i terapii szokowej doby transformacji, kapitał społeczny jest na niskim poziomie. Wobec tego w środowisku lokalnym każda instytucja, która ma potencjał budowy tegoż kapitału, jest na wagę złota. W niektórych społecznościach szkoła to jedyna taka instytucja, szczególnie w środowiskach wiejskich, gdzie panuje deficyt innych instytucji kulturalno-integracyjnych, jak domy kultury i biblioteki. Fala likwidacji bibliotek publicznych szczególnie dotknęła właśnie polską wieś. W latach 1989-2009 liczba publicznych bibliotek na terenie całego kraju zmniejszyła się o 1921 placówek, z czego o 1467 na terenach wiejskich.
Funkcje bibliotek i innych placówek publicznych mogłyby przejąć szkoły. Jednak to właśnie również na obszarach wiejskich rozpoczął się proces likwidacji szkół, który dziś obejmuje także większe ośrodki i metropolie. Choć w środowiskach miejskich, zwłaszcza metropolitalnych, publiczna infrastruktura kulturalno-społeczna jest zazwyczaj bardziej kompleksowa, a szkoła stanowi tylko jeden z jej elementów, to i tutaj placówki oświatowe mogą odegrać istotną rolę. Choćby dlatego, że w dużych miastach anomia społeczna jest zazwyczaj znacznie większa niż na wsi. Nie ma już niemal społecznego kapitału rodzinno-sąsiedzkiego, a jednocześnie słabo wykształcił się kapitał stowarzyszeniowo-obywatelski. Ludzie więc w małym stopniu – także z uwagi na przeciążenie pracą i innymi obowiązkami, w których władza ich nie wspiera – uczestniczą w niewielkich środowiskach. A jeśli już to robią, są to zazwyczaj zrzeszenia skupiające osoby o podobnych cechach społeczno-demograficznych. Tworzy się więc tzw. wiążący kapitał społeczny, a niekoniecznie kapitał pomostowy.
Aby osiągnąć ten drugi cel, nieraz przydatne okazują się publiczne instytucje, wśród których prym może wieść właśnie szkoła. Po pierwsze, jest to instytucja powszechna, w której udział jest obligatoryjny. Rodzice, chcąc czy nie chcąc, posyłają tam swoje dzieci. Po drugie, w systemie oświaty uczestniczą dzieci i rodzice z różnych warstw, które na tej płaszczyźnie mogą się poznawać i integrować – choć niestety rozwój szkolnictwa prywatnego, a także procesy segregacyjne w ramach publicznego, nieco ograniczają budowanie kapitału pomostowego między ludźmi. Uczestnicząc z ramienia Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego w Porozumieniu Oświatowym, skierowanym także do rodziców likwidowanych lub zagrożonych likwidacją szkół i przedszkoli, miałem okazję obserwować w praktyce współdziałanie rodziców i ich dyskusje, w których wszyscy funkcjonują na równych prawach, bez względu na status społeczny, a wspólnym mianownikiem ich zaangażowania jest bycie rodzicami oraz to, że placówki, do których uczęszczają ich pociechy, mogą ulec likwidacji.
Spójnie i nowocześnie
Owszem, wiemy z historii, także rodzimej, że łatwiej jest integrować wokół wspólnego wroga lub wspólnego problemu, który zagraża żywotnym interesom jednocześnie wielu grup. Ale czy codzienne funkcjonowanie szkoły – i społeczeństwa w ogóle – nie oznacza wyzwań, z którymi można się mierzyć tylko wspólnymi siłami? Ważne jest, aby sobie to uświadomić i wyartykułować, co niestety nie zawsze się dzieje. Tworzenie sieci społecznych – przy udziale publicznych instytucji, w tym edukacyjnych – bywa drogą do sukcesu w epoce informacyjnej, czego dowodzi przypadek Finlandii.
Gdy w Polsce mowa o potrzebie modernizacji, patrzy się na nią zazwyczaj jednowymiarowo, akcentując technologiczny, a pomijając społeczny aspekt rozwoju. Podobnie też spogląda się na fenomen fiński. Tymczasem sukces tego kraju to tyleż efekt inwestycji w badania i rozwój, co i skutecznego dążenia do spójności społecznej, która pozwala na większe wykorzystanie potencjału ludzi i lepszą cyrkulację zasobów (także intelektualnych) między nimi. Polska opinia publiczna zdają się nie dostrzegać tych zależności, co rzutuje także na sposób patrzenia na edukację – jej cele oraz miejsce w rozwoju społecznym. Słuchając liderów opinii publicznej, można mieć wrażenie, że zasadniczo wszystko jedno, czy będziemy wzorować się na Finlandii, czy na Singapurze, wszak i tu, i tam uczniowie osiągają wysokie wyniki, jeśli chodzi o umiejętności analizowane w badaniach PISA. I tu, i tam następuje też rozwój technologiczny i gospodarczy. I jeśli częściej wspominamy o Finlandii, to głównie dlatego, że jest ona geograficznie i kulturowo bliższa, a w mniejszym stopniu dlatego, że tak bardzo cenimy prospołeczny wymiar i publiczny charakter tamtejszego systemu edukacyjnego.
Ta redukcja w myśleniu o modernizacji, a także o funkcjach szkoły, daje znać o sobie na każdym kroku, zarówno w bieżących utarczkach, jak i w przyszłościowych prognozach. Na przykład w raporcie „Jak będzie zmieniać się edukacja?”, wydanym przez Instytut Obywatelski (think tank Platformy Obywatelskiej), zarysowany obraz edukacji, choć momentami interesujący, pomija wiele zagadnień i problemów, jak nierówność dostępu, segregacja, rozwój osobowości, przygotowanie do życia w społeczeństwie czy materialno-środowiskowe bariery kształcenia. Z opracowania wyłania się obraz szkoły przyszłości jako przestrzeni (nawet niekoniecznie fizycznej), w której uczniowie podłączeni do sieci, będą nabywać i reprodukować kolejne umiejętności potrzebne do życia w cywilizacji cyfrowej. Autorzy nie kryją entuzjazmu wobec tego zjawiska, mnie ona trochę przeraża. Ale najważniejsze, że nie odpowiada ona dającym się przewidzieć realiom, w których dotychczasowe społeczne funkcje szkoły i problemy ich realizacji nie znikną. Wobec tego w antycypowaniu i projektowaniu zmian nie należy ich pomijać.
Grzech jednowymiarowego patrzenia na modernizację szkół udziela się także innym formacjom. Również lewicowym, które mając trudności ze stworzeniem wizji wspólnoty alternatywnej wobec prawicowej, uciekają albo w obronę okraszonego postmodernistyczną retoryką indywidualizmu, albo w technologiczny technokratyzm. Tymczasem prawdziwym wyzwaniem dla środowisk, którym zależy na promodernizacyjnej zmianie społecznej, jest przywrócenie szerokiego definiowania rozwoju – w tym edukacji, z uwzględnieniem wielości funkcji, jakie może i powinna ona pełnić.
Szkoła trój-wymiarowego rozwoju
W debacie publicznej funkcje systemu szkolnego często sprowadza w praktyce do dydaktyki. To rozkład wyników w tym zakresie traktujemy jako miernik, czy zmiany idą ku dobremu. Z pola widzenia znikają dwa inne ważne wymiary edukacji. Pierwszy z nich to socjalizacja i wychowanie. To, jak jest definiowana i praktykowana ta funkcja, w pewnej mierze określa strukturę społeczeństwa, w którym żyjemy. Trzecim, jeszcze bardziej zapomnianym wymiarem publicznej oświaty, jest jej działalność opiekuńczo-pomocowa, na co składają się instrumenty wparcia uczniów. W obu tych obszarach wiele możemy nauczyć się właśnie od Finlandii.
W tym kraju, jeśli chodzi o funkcję wychowawczą, dzieci już na wczesnych etapach praktykują kooperację (w ramach pracy w grupach) oraz wychowywane są w duchu równości i szacunku dla różnorodności. Oprócz tego, owa demokratyczna kultura nie tworzy się – jak ktoś mógłby się obawiać – przez odrzucenie autorytetu. Wręcz przeciwnie – prestiż zawodu nauczyciela, podobnie jak jego przygotowanie do wykonywania tej profesji, poprzedzone selekcją i gruntownym wykształceniem (stale podnoszonym w trakcie pracy), są wysokie i stanowią jeden z filarów sukcesu tamtejszego systemu edukacyjnego.
Przykład fiński jest wart uwagi również w wymiarze pomocowym. Uczniowie szkół rozszerzonych (łączących szkołę podstawową i gimnazjalną) otrzymują w szkole bezpłatny posiłek, a także przybory i podręczniki. Istnieje też możliwość uzyskania dodatkowego wsparcia dla potrzebujących. Ów zgodny z duchem nordyckiego welfare state system uniwersalnego dostępu do posiłków w szkole, w społeczeństwie, gdzie problem niedożywienia nawet bez tego byłby mniejszy niż u nas (choćby ze względu na niższy poziom wykluczenia dochodowego rodzin), pełni funkcje integracyjne i socjalizacyjne. Sprzyja zdrowym nawykom żywieniowym oraz przypomina o tym, że wszystkie dzieci tworzą wspólnotę pod dachem państwa, niezależnie od pochodzenia społecznego i sytuacji rodzinnej. Z kolei równomierny dostęp do przyborów szkolnych i pomocy naukowych wspomaga proces dydaktyczny. Widać zatem, że w fińskim systemie oświaty wymiary dydaktyczny, wychowawczy i opiekuńczy są nie tylko współobecne, ale i tworzą zintegrowaną całość. To właśnie jest najciekawsze w owym modelu i godne naśladowania.
Przykład piękny, ale jak on się ma do polskich bolączek, zwłaszcza w sytuacji, gdy coraz to nowe szkoły mają pójść pod nóż? I nie jest to fiński nóż, którym precyzyjnie można by zreorganizować sieć szkolną, przy minimalizacji społecznych kosztów i według starannie realizowanego planu. Wręcz przeciwnie – likwidacja placówek często zachodzi w sposób nieskoordynowany, niezależnie od sprzeciwu społeczności szkolnych i lokalnych, z pogwałceniem interesów dzieci, zwłaszcza tych najsłabszych, którym najtrudniej będzie zapewnić dojazd, a które i tak mają już wiele problemów z efektywnym uczestnictwem w systemie oświatowym. Dostrzeżenie na przykładzie fińskim owej wielowymiarowości instytucji szkoły może być kluczem zarówno do poszerzenia i wzmocnienia oporu wobec likwidacji placówek, jak i mocniejszego zakwestionowania racji, które mogłyby przemawiać za pochopnymi decyzjami polityków o likwidacji szkół. A może nawet byłby to impuls do zmian w myśleniu o edukacji i zarządzaniu nią na poziomie systemowym, bo to właśnie tu zaczynają się problemy, które następnie spadają na samorządy, a potem na same szkoły. Im bardziej zredukujemy instytucję szkoły do wymiaru czysto dydaktycznego, tym łatwiej będzie daną placówkę „wyrwać” ze społeczności. Im więcej potrzeb publicznych będzie ona zaspokajała, tym większa będzie jej ranga w oczach decydentów, samych adresatów tych potrzeb i opinii publicznej.
To właśnie w kontekście niemocy realizacji tych wszystkich potrzeb perspektywa szeroko zakrojonej likwidacji szkół dopiero napawa grozą. Choćby wtedy, gdy uzmysłowimy sobie, że młodzież z likwidowanych szkół będzie uczyła się z dala od środowiska zamieszkania, co utrudni proces wychowawczo-dydaktyczny, do którego według współczesnej pedagogiki przydatna jest współpraca z pozaszkolnym otoczeniem dziecka i uwzględnienie środowiskowych uwarunkowań indywidualnego rozwoju. Zwłaszcza ma to znaczenie w przypadku dzieci defaworyzowanych, których pochodzenie społeczne i warunki bytowania wymagają kompensacji. Również w ramach programu dożywiania trudniej będzie zapewnić wsparcie dzieciom potrzebującym, skoro rozluźni się komunikacja między daleko położoną od domu szkołą a instytucjami socjalnymi, z których korzysta ich rodzina. Nieotrzymanie wsparcia z kolei skutkuje utrzymywaniem niedożywienia, a to prowadzi do problemów z koncentracją, agresją i ogólnym obniżeniem potencjału rozwojowego, także jeśli chodzi o przyswajanie wiedzy. Po raz kolejny widzimy, jak silnie przenikają się te trzy wymiary edukacji.
Ratować lasy i pielęgnować róże
Dlatego też w oświadczeniu programowym Porozumienia Oświatowego próbowaliśmy obok kluczowej kwestii likwidacji szkół zasygnalizować problemy i postulaty związane np. z wadliwie działającymi programami dożywiania i coraz wyraźniejszą tendencją likwidacji szkolnych stołówek. Podczas spotkań z rodzicami miałem wrażenie, że ten aspekt schodził jednak na dalszy plan. Po części dlatego, że zapewne nie wszystkie dzieci współpracujących z nami rodziców z owego dożywiania korzystały. Ponadto, jak głosi ludowa mądrość, nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.
Ale czy na pewno? Nieraz łatwiej ugasić pożar lasu – jakim jest masowa likwidacja szkół – gdy róże są pielęgnowane. Tam, gdzie szkoła stanowi ważny ośrodek życia publicznego lokalnej społeczności oraz zaspokajania potrzeb jej członków, znacznie łatwiej o zbiorową mobilizację, by gasić pożar lasu, zamiast biernego obserwowania, jak zostanie z niego popiół. Skuteczne programy wsparcia mogą okazać się więc – w warunkach wspólnego zagrożenia – korzystne dla całej społeczności szkolnej, nawet tej jej części, która z nich nie korzysta bezpośrednio. Dochodzimy tym samym do dobrze rozumianej w krajach nordyckich konstatacji, że właściwie zorganizowana, systemowa i solidarna pomoc słabszym, opłaca się per saldo wszystkim.
Fińska lekcja z edukacji jest jeszcze do odrobienia. Skandynawowie zrozumieli, że tożsamość lokalną i narodową, a także sam rozwój, można tworzyć przy pomocy instytucji publicznych, otwartych dla wszystkich. U nas, po części ze względów historycznych, wspólnotowość zwykło się budować głównie poza instytucjami, a te ostatnie postrzegano wręcz jako hamulec rozwoju. Może warto to zmienić i na nowo odkryć potencjał publicznych instytucji? Szkoła powinna być jedną z pierwszych pośród nich.
Rafał Bakalarczyk
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 6 marca 2012 | opinie
Dyskusja tocząca się na temat rządowej decyzji o podwyższeniu wieku emerytalnego znakomicie ilustruje ślepą uliczkę, w jaką zapędzają społeczeństwa zwodnicze teorie gospodarcze. Z matematycznego punktu widzenia, to, co twierdzą zwolennicy reformy, wydaje się dość przekonujące. Rzeczywiście, obecne trendy demograficzne pozwalają przewidywać, iż za kilkadziesiąt lat, przy pozostawieniu obecnego wieku emerytalnego, świadczenia byłyby naprawdę nędzne, zaś dodatkowe kilka lat pracy (i kilka lat mniej wypłacania świadczeń) pozwoliłoby całkiem znacząco podnieść ich wysokość. Jednak przyjęcie przez państwo optyki matematycznej w myśleniu o procesach gospodarczych jest więcej niż błędem – jest samobójstwem.
Ekonomia to nie matematyka. Nie jest też, w swej istocie, nauką o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami, lecz o poprawianiu warunków życia ludzi. W przeciwieństwie do królującej w dyskursie publicznym pseudo-ekonomii, jest optymistyczna i ma do tego pełne prawo. Specyficzny wyróżnik człowieka rozumnego – zdolność do intencjonalnego tworzenia i zmiany zastanych warunków i otoczenia – dał nam wszystko to, co mamy dzisiaj, a czego nie mieli nasi przodkowie jaskiniowcy. Pogodzenie się z utratą przywilejów socjalnych jest czymś zdumiewającym nie samo w sobie, ale jako odzwierciedlenie cywilizacyjnej porażki, której powinno towarzyszyć poczucie ogromnego wstydu. Oto mówimy przeszłym pokoleniom: „Wybaczcie, nie daliśmy rady”. Jakbyśmy zgubili recepturę, zapomnieli, jakie składniki pozwalają rosnąć i pęcznieć dobrobytowi.
Receptura jest jednak dobrze znana. Ostatnie 10 lat dziejów Argentyny to przykład na to, z jak wielkich kłopotów może wybawić całe narody odpowiednia polityka gospodarcza. Po intensywnym spustoszeniu kraju przez (wyznającą jaskiniową ekonomię) finansową oligarchię, stery państwa objęli postępowcy. Postawili oni na rozwój rodzimej produkcji o wysokiej wartości dodanej, wielkie inwestycje w sektorze energetycznym i inne przedsięwzięcia o wysokiej stopie zwrotu. W rezultacie, w latach 2002-2011 PKB kraju wzrosło ze 100 mld dolarów do 450 mld dolarów. Jak twierdzi prezydent kraju, Cristina Kirchner, strategia rozwoju Argentyny jest wzorowana na metodach Franklina D. Roosevelta – prezydenta USA zwalczającego Wielki Kryzys.
Niestety, w Unii Europejskiej przeważa mentalność jaskiniowa, czego dowodzi przykład grecki. Zmuszana do kolejnych dawek kuracji odchudzającej, grecka gospodarka kurczy się z roku na rok coraz bardziej i jest coraz bardziej zadłużona. Pomimo tego, nadal można spotkać się z ocenami, iż takie traktowanie wyjdzie jej na dobre. Przy okazji słyszymy nieuzasadnione porównania funkcji budżetu państwa i budżetów domowych, co nie powinno mieć miejsca. W przeciwieństwie do długów prywatnych, „dług publiczny może być błogosławieństwem” jak napisał Alexander Hamilton – musi być on jednak wykorzystany na cele prorozwojowe. Póki co, kolejne transze „pomocy” dla Grecji są przeznaczane na spłatę długu prywatnym bankom, zaś recesja się pogłębia. Czy to ma sens? Tak… z punktu widzenia instytucji finansowych.
Europejskie instytucje finansowe wykupywane są z kłopotów, podczas gdy handel, produkcja i rolnictwo znajdują się w stagnacji. Tej stagnacji nie widać z pełną ostrością w rocznikach statystycznych, pompowanych wirtualną „wartością” instrumentów finansowych, lecz jest ona niestety mocno odczuwalna na rynkach pracy. Europejski Bank Centralny wyraźnie określił preferencje, oferując 1 000 000 000 000 euro trzyletniej pożyczki oprocentowanej na 1% i przeznaczonej tylko dla banków. Na taki kredyt nie mogłyby liczyć przedsiębiorstwa produkcyjne, zaś banki dostają gratis pięć procent różnicy między absurdalnie wysokim oprocentowaniem obligacji włoskich i jednym procentem EBC. Czym zasłużyła się finansjera, by uzyskać tak dobre traktowanie?
Działalność instytucji finansowych w sprawie Grecji należy traktować jako sabotaż. Te same instytucje, które przyczyniły się do nabierania długoterminowego długu, grały na upadek greckiej gospodarki. Kontrola środowiska politycznego pozwoliła na przypieczętowanie niewoli finansowej państwa przy zachowaniu pozoru legalności. Ten scenariusz nie powiódł się w maleńkiej Islandii, gdzie społeczeństwo wymusiło na przywódcach odrzucenie dyktatu. Mówiąc brutalnie, politycy nie mieliby gdzie się schować przed gniewem ludu.
Przed rokiem, zatwierdzając Strategiczny Narodowy Plan Industrializacji 2020, prezydent Argentyny Cristina Kirchner stwierdziła: „Wiemy, że wolny rynek nie istnieje”. Jej słowa potwierdza w całości decyzja międzynarodowego zrzeszenia ISDA, zajmującego się kontrolą rynku instrumentów finansowych. W praktyce „wolny rynek” to arbitralna decyzja 15 banków – członków ISDA, decydujących, czy dane spekulacyjne kontrakty są, czy nie są ważne. Innymi słowy: wielkie banki są sędziami we własnej sprawie, decydując, czy muszą respektować własne zobowiązania wobec mniejszych graczy. ISDA, pozapaństwowa struktura władzy, pokazuje, jakie prawo rządzi w świecie spekulantów: prawo silniejszego.
Grecja i cała Europa muszą zedrzeć maskę legalności i „wolnego rynku”, na której spekulanci opierają swe działania. Kwestia wyjścia bądź niewyjścia Grecji ze strefy euro jest mimo wszystko drugorzędna – w obu przypadkach Europa będzie mogła odetchnąć tylko po zastosowaniu regulacji uniemożliwiających spekulacje walutowe na taką skalę, jak dotychczas. Po pierwsze, politycznie, należy ustalić prymat dobrobytu społecznego nad długiem rzeczywistym i rzekomym – to udało się w Islandii i może zostać powtórzone. Po drugie, regulacyjnie, należy zreformować bankowość, oddzielając ją od bańki instrumentów finansowych, a premiować przedsięwzięcia dające w dłuższym okresie poprawę produktywności pracy. Po trzecie, gospodarczo, potrzebne są wielkiej skali inwestycje, również transnarodowe, obejmujące nie tylko infrastrukturę, ale także i przemysł, aby przezwyciężyć strukturalne wady niektórych gospodarek, np. właśnie greckiej, utrwalone po wejściu do strefy euro.
Gdy matematyczne projekcje mówią nam, jak przy dzisiejszych trendach będą za kilka dekad wyglądać gospodarka, czas pracy i emerytury – nie przywiązujmy się do nich zbyt mocno. Trendy są po to, żeby je odwracać, jak pokazał przykład Argentyny.
Krzysztof Mroczkowski