przez Krzysztof Wołodźko | środa 12 grudnia 2012 | opinie
Mamy za sobą 11-listopadowy marsz Polska Socjalna i 120. rocznicę powstania Polskiej Partii Socjalistycznej. Inicjatywa towarzyszek i towarzyszy z różnych środowisk okazała się przynajmniej medialnym, bo raczej nie frekwencyjnym sukcesem. Co całości inicjatywy nie odbiera ani ducha, ani celowości, ani wartości. Niczego też nie ujmuje zaangażowaniu wielu osób. A okrągła rocznica PPS? Chyba można stwierdzić, z ogromnym smutkiem i żalem, że ten sztandar nader skutecznie wyprowadzono, a wciąż straszy i widmowo powiewa inny, kojarzony z „płatnymi zdrajcami i pachołkami Rosji”, by zacytować klasyka.
Mamy zatem dwa wydarzenia, które zagościły choć na chwilę w świadomości przynajmniej niektórych czytelników „Nowego Obywatela”. O inicjatywie Polska Socjalna pisano w mediach „Marsz socjalistów” albo „marsz PPS-owców”. Marsz socjalistów: nie lewicy, „lewaków” czy antyfaszystów – socjalistów właśnie. To takie „archaiczne” i mało popularne słowo, zohydzane przez dziesięciolecia wspólnymi siłami wielu. I nagle zabrzmiała w nim jakaś ciepła, dobra nuta. Zaistniało jako symbol zacnych społecznych wartości, jako część dumnej i pięknej polskiej tradycji politycznej, rewolucyjnej, niepodległościowej. Wiele rzeczy godnych i zaszczytnych dało się słyszeć w określeniu „marsz PPS-owców”, formalnie nietrafnym, bo towarzysze i towarzyszki nie szli pod auspicjami dzisiejszej PPS. Natomiast że szli w zgodzie z jej historycznym duchem – jestem pewien.
Ale na bok wzruszenia. Kwestia najbardziej istotna brzmi: na co dziś komu socjaliści? Pomijając odpowiedzi dobrze znane, które możemy zwerbalizować na podstawie znajomości poglądów wyrażanych w sferze publicznej czy prywatnie, warto rzecz postawić jako problem osobisty. Nazwijmy to perspektywą zaangażowanego outsidera: każdy z nas, patrząc w lustro, może zadać sobie pytanie, ile procent socjalisty widzi w tym socjaliście, który gapi się na niego ze zwierciadełka. I na cholerę komukolwiek, w tym przede wszystkim społeczeństwu, jest z tym swoim socjalizmem potrzebny. Bardziej lirycznie nastawieni mogą zapytać za obywatelem poetą: „oglądaj co dzień w lustrze swoją błazeńską twarz. Powtarzaj: zostałem powołany, czyż nie było lepszych?”. Bardziej muzykalni mogą zadać pytanie za Różami Europy: „co nam powie zwierciadełko / Kiedy staniemy przed nim z rana / My studenci uniwersytetu / My robotnicy huty »Warszawa«”… Z tym zastrzeżeniem, że łatwiej dziś o socjalistów wśród studentów niż w gronie robotników.
A zatem: na co komu socjaliści? Zacznijmy od kwestii społecznej. Socjalizm to dziś przede wszystkim ruch kontestacji i próba przepracowania i przypomnienia tych tradycji lewicy, których celem było stworzenie bardziej sprawiedliwego, bezpieczniejszego i egalitarnego świata. Stary socjalizm był, owszem, nurtem politycznym, ustrojowym, ale silny jego komponent stanowiła także samoorganizacja i samopomoc społeczna: nie do przecenienia jest tu rola czy to związków zawodowych, czy spółdzielczości albo ruchu emancypacji kobiet. Niebagatelna jest różnorodna działalność przeciw wykluczeniu, biedzie i niesprawiedliwości, przeciw hegemonii kapitału, nacjonalizmu, militaryzmu. To wszystko odnajdziemy w tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej.
Ale warto mieć również świadomość, że nurt socjaldemokratyczny, choć także znaczna część prawicy rozsądniejszej niż dzisiejsza, budowały wespół nowy porządek społeczno-polityczny w Europie po II wojnie światowej w tej jej części, którą nie zawładnęła Rosja Radziecka. Czy możliwy był nieco lepszy świat? Oczywiście, choć – jak się okazało – nie był on dany raz na zawsze. A lektura choćby „Źle ma się kraj” Tony’ego Judta pokazuje, w jakim stopniu wygenerował on nowe problemy społeczne i kulturowe, które skazały go na silny wewnętrzny kryzys. Gdy robotnik stał się mieszczaninem, gdy pokolenie dobrobytu znalazło dzięki poprawie warunków życia przestrzeń dla rozrywki, będącej dla ówczesnego społeczeństwa rewolucją, oraz dla rewolucji właśnie, która zaś okazała się rozrywką – stara socjaldemokracja odeszła w cień, a nowe żywioły szybko utorowały sobie drogę do ludzkich serc: miejsce bezpiecznego i statecznego dobrostanu szybko zajęła gorączkowa, radykalna chciwość hiperkonsumpcji.
Rzecz jasna polska perspektywa jest odmienna. Pomimo pewnych podobieństw do Zachodu, takich jak choćby stopniowe pojawianie się „społeczeństwa dobrobytu/konsumpcji” w PRL-owskich dekoracjach, nigdy nie wyszliśmy poza obręb rzeczywistości postkolonialnej, poza ramy społeczeństwa poddanego kontroli za pomocą licznych instrumentów: od milicyjnej pałki po wysokie bezrobocie, konsekwentne ograniczanie praw pracowniczych i kredyty do spłacenia. Społeczna, gospodarcza, a także aksjologiczna cena za małego fiata, M-2 ze ślepą kuchnią, wczasy w Bułgarii, darmowe przedszkola i „pełne zatrudnienie” była w Polsce Ludowej zdecydowanie za wysoka. A w III RP? Tutaj już nawet nie-socjaliści coraz częściej nie mają złudzeń: przejście z orbity radzieckiej do realiów neoliberalnego kapitalizmu, owszem, przyniosło wiele korzyści, z których pierwsza była taka, że „szlag trafił komunę”. Jednak okazało się szybko, że za dobrobyt też trzeba płacić – tyle że inaczej rozkładają się koszta w przypadku poszczególnych grup społecznych. Owszem, świat stał się bardziej kolorowy, choć z palety barw nie ubyło tych najciemniejszych – za dobrobyt po polsku płaci się coraz większą atrofią praw i możliwości uboższej, a nawet średnio zamożnej części społeczeństwa. A w obrębie infrastruktury społecznej zaznacza się coraz wyraźniej rozziew, który nie przeszkadza już tylko ślepym demagogom neoliberalizmu i wąskiej grupie beneficjentów systemu.
Dwie Polski? Naturalnie. Jedna podróżuje coraz bardziej zatłoczonymi kolejami, wyczekuje w coraz dłuższych „ogonkach” w szpitalach, za pieniądze ze śmieciowych umów kupuje coraz bardziej śmieciowe jedzenie i płaci (dobrowolnie!) za coraz bardziej śmieciową, komercyjną rozrywkę, ta druga ma do dyspozycji luksusowe samochody i prywatne kliniki albo znajomości w szpitalach publicznych czy ośrodkach rządowych (bo przecież koszta nie każdej operacji jest sens pokrywać z własnej kieszeni – bogaci wiedzą najlepiej, kiedy korzystać z usług państwa). Ma także wędliny o odpowiedniej zawartości mięsa w mięsie, filharmonie, teatry, albo własne „stajnie” celebrytów, jeśli nie gustuje w takich inteligenckich bzdurach jak opera, balet czy siedemnastowieczna angielska poezja metafizyczna. W końcu furda wiersze, ile kredytu miał John Donne? – to jest dopiero pytanie! – spodziewam się, że wciąż nieobce tutejszym nuworyszom.
To są te dwie Polski, o których zawsze powinni myśleć socjaliści: o pierwszej z troską, o drugiej bez taryfy ulgowej. Tu ważna uwaga: trzeba z całą pokorą przyznać, że dziś socjaliści powinni faktycznie dużo czasu poświęcić na myślenie, także o tym, jakie warunki trzeba spełnić, by myśl społeczno-gospodarcza, którą proponują, zaczęła się cieszyć poważniejszym odzewem. Niezależnie od tego, jak się objawi recepcja tej myśli, jaką formę przyjmie, kto ostatecznie okaże się jej reprezentantem na gruncie społecznym czy politycznym – to już w niewielkim stopniu zależy od nas. Historyczna sytuacja już się nie powtórzy. Możemy sycić się melodią i słowami „Czerwonego sztandaru”, ale w dawny nurt tej melodii i słów już nie wrócimy. I niewykluczone, że ci, co przyjdą po nas, za chwilę albo za lat wiele, znajdą własne słowa i pieśni, w których z trudem się rozpoznamy. Ale znów: oprócz słów jest jeszcze duch. I po nim da się rozpoznać, kto swój, a kto nie.
Poza kwestią społeczną jest jeszcze jeden czynnik, którego czasem się nie docenia. Nazwę go tutaj, z braku lepszego określenia, egzystencjalnym. Racja, socjaliści powinni myśleć przede wszystkim systemowo i strukturalnie, nie tracić z oczu wieloaspektowości realiów społecznych, ekonomicznych, a także historycznych. Socjalizm to nie czytanka z panieńskiego pokoju – nadmiar sentymentalizmu czyni z niego doktrynę niegroźną i mało brzemienną w treści. Powiedzmy jednak, że socjalizm bez etyki i bez odniesienia do człowieka, bez uznania faktu, że ma on prawo nie tylko do ładu społecznego, sprawnie funkcjonującej gospodarki itp., ale także do sumienia, do dobra i zła, do własnej intymności – łatwo może zamienić się jedynie w narzędzie manipulacji, indoktrynacji i wyjałowienia kultur, które przenika.
Mówiąc pewnym skrótem: owszem, człowiek ma prawo do ośmiu godzin pracy, ośmiu godzin odpoczynku i ośmiu godzin snu, należą mu się godziwa płaca, korzystanie z praw pracowniczych, dobrej służby zdrowia, sprawnej sieci komunikacji publicznej i kilku innych cudów, które pod tą szerokością geograficzną dziś są często niedostępne.Ale człowiek to także istota, która nawet mimo wszelkich ułatwień społecznych będzie pragnęła miłości, lękała się cierpienia, mierzyła się z własną i innych śmiertelnością.Człowiek milczy, krzyczy, płacze, śmieje się, nienawidzi, popełnia błędy, naprawia je, chce być wolny (albo poddaje się zniewoleniu), chce albo nie chce szukać Boga, chce ranić innych albo leczyć ich rany, chce pisać wiersze, być samotny, budować, niszczyć, patrzeć na księżyc albo tylko na stan konta, całować deszcz, kwiaty, drugiego człowieka, chce pytać: „cóż jest piękno?”. I wobec tego wszystkiego socjalizm także musi się odnaleźć, bez tej pychy i poczucia znajomości odpowiedzi na wszystkie pytania i kwestie – taką pychą socjalizm już zgrzeszył, z bardzo tragicznymi dla siebie i ludzi skutkami.
Wszystko to jednak piszę na wyrost, bo przecież socjalistów jest garstka, a myśl, którą piastujemy – zapomniana. Proszę zatem traktować ten felieton jak list do przyjaciół, towarzyszek i towarzyszy. List, który jest tylko drobnym przypisem i napomknieniem, ale także znakiem pewnej wspólnoty i toczonych w jej obrębie sporów. A reszta? „Co złe, to w gruzy się rozleci, co dobre, wiecznie będzie żyć!”…
Krzysztof Wołodźko
przez Krzysztof Mroczkowski | wtorek 4 grudnia 2012 | opinie
Wszystkie znaki na polskim i europejskim niebie wskazują, iż początek przyszłego roku będzie niestety okresem dalszego spowolnienia gospodarczego. Ze wszystkimi tego konsekwencjami społecznymi w postaci wzrostu bezrobocia i spadku siły nabywczej przeciętnego portfela. Rząd roztacza przed nami obraz nadchodzącej tuż-tuż wichury, przy sile której moc sprawcza naszych wysiłków jest niewielka. Mimo to, niczym kolarz czujący za plecami groźne podmuchy trąby powietrznej, decydenci obiecują wytężyć wszystkie siły, aby polska gospodarka uniknęła wpadnięcia w ciemny wir.
Zacznijmy od dobrych wieści: w miejsce kończących się środków z europejskiej perspektywy finansowej uruchomione zostaną nowe mechanizmy stymulacji inwestycyjnej. Ich głównym elementem ma być spółka „Inwestycje Polskie”. Podczas prezentacji tego pomysłu minister Budzanowski stwierdził, iż „jedna złotówka będzie mieć siłę kilku złotych”, zaś wydatki państwa nie zwiększą się.Z grzeszną przyjemnością obserwowałem zdumienie komentatorów – przyzwyczajonych do dogmatu wyrzeczeń budżetowych i „braku pieniędzy” – na wieść o możliwości dokonania wielkich wydatków inwestycyjnych bez konieczności powiększania deficytu, dzięki magii dźwigni finansowej z użyciem państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego.
Konfuzja komentatorów wynika najpewniej stąd, iż pieniądz jest mylnie rozumiany jako swego rodzaju „dobro”, ograniczony towar, co przyczynia się do (nie tylko polskiej) hiperwrażliwości na poziom długu publicznego. W istocie pieniądz i inne środki płatnicze, takie jak obligacje, są tylko instrumentem i jako instrument mogą być wykorzystywane do celów uznanych za ważne. Paradoksem jest, że ta sama zadłużeniowa psychoza zmusza rządy państw do wykorzystywania ich jako narzędzia do osiągania dość mylnie zdefiniowanych celów – czyli zmniejszenia zadłużenia. Przykładem może być niedawne przekazanie przez Bank Anglii 35 mld funtów do Skarbu Wielkiej Brytanii na rzecz zmniejszenia deficytu. Podobny celmiał w tym roku transfer 8 mld zł zysku NBP do polskiego budżetu.
Sama propozycja rządu nie jest idealna, zaś dokonanie początkowego wkładu na „rozmnożenie” poprzez prywatyzację, mimo zapewnień o sprzedaży tylko niewielkich pakietów akcji w spółkach niestrategicznych, budzi zastrzeżenia. Takie rozwiązanie zapewnia co prawda neutralny stosunek do pomysłu ze strony apostołów wycofywania państwa z gospodarki, technicznie jednak byłoby do uniknięcia. Nie tylko poprzez niesprzedawanie akcji, lecz użycie ich pod zastaw dźwigni finansowej, ale także poprzez wykup emisji papierów inwestycyjnych przez bank centralny, co do niedawna było uważane przez kapłanów ekonomicznej ortodoksji za herezję. Mimo tych niedoskonałości użycie BGK i spółki celowej zmniejszy zależność finansowania rozwoju od prywatnych instytucji finansowych i odciąży budżet.
Przełamanie tabu jest niezwykle ważne, gdyż to właśnie od zastosowania takich mechanizmów będzie zależało wyjście z ogólnoeuropejskiego kryzysu. Potrzebny jest mechanizm kredytowy, pozwalający zmienić – strukturalnie i jakościowo – zacofane gospodarki o złym bilansie handlowym. Jak to zrobić?
Zdrowy, prorozwojowy system kredytowy powinien zależeć nie od np. poziomu oszczędności, lecz od potrzeb pożyczkowych, określanych przez przewidywany długookresowy, dynamiczny potencjał rozwojowy kraju. Priorytetem jest zatem zapewnienie właśnie takiego finansowania. Oznacza to skupowanie przez odpowiednie organy – np. Europejski Bank Inwestycyjny, zasilony arbitralną emisją pieniądza przez Europejski Bank Centralny – za najniższy możliwy procent kilkudziesięcioletnich obligacji emitowanych przez przedsiębiorstwa państwowe i samorządowe, dedykowanych wykonaniu projektów transformujących gospodarkę (pisałem o tym więcej w „Nowym Obywatelu).
Powołanie państwowej spółki wspierającej inwestycje przy wykorzystaniu Banku Gospodarstwa Krajowego i udzielanie kredytów „bez zysku”, co zapowiadają ministrowie, było rekomendacją marcowego raportu Polskiego Lobby Przemysłowego (można go pobrać tutaj), podobnie jak odpisy inwestycyjne i kredyty obrotowe. Dobrze się stało, że coraz mniej zostaje z dogmatu nieingerencji w procesy gospodarcze przez państwo. Stymulacja inwestycyjna powinna już w połowie roku spowodować ożywienie gospodarcze.
Niestety, póki co szansa może zostać wykorzystana tylko w małej części. Uciekając przed wichurą, rząd jedzie na monocyklu, zapominając o drugim kole, w średniej i długiej perspektywie równie ważnym jak impuls inwestycyjny. Konsolidacja fiskalna i „zwijanie państwa” na prowincji będą skutkowały wzmacnianiem tendencji kryzysowych. W krótkim okresie mniejsze wydatki z budżetu zmniejszą popyt krajowy. Przede wszystkim jednak cięcia są wyrazem niedocenienia fundamentu dobrobytu gospodarczego, jakim jest kondycja ogólnospołeczna.
Przykładem pierwszym z brzegu są zagrożenia demograficzne. Brak perspektyw rozwoju młodego pokolenia, szczególnie dotkliwy w mniejszych miejscowościach, oznacza odkładanie decyzji o założeniu rodziny, co jeszcze wzmacnia tendencję spadku liczby ludności. Nie jest to jednak, wbrew częstym sposobom prezentacji tematu, wyłącznie matematyczny problem spod znaku obaw „kto będzie pracował na nasze emerytury?”.
Kluczowa rola ludzkiej kreatywności w procesie rozwoju gospodarczego sprawia, że spadek ludności oznacza nieproporcjonalnie większy spadek bogactwa i potencjału twórczego. Jak wykazał harwardzki ekonomista prof. Michael Kremer na podstawie badań relacji wzrostu populacji i zmian technologicznych w okresie od 1 miliona lat p.n.e. do roku 1990, duża liczba ludności wzmaga proces rozwoju. Co więcej, zauważa Kremer, „badania empiryczne wskazują, iż historycznie między społecznościami bez żadnej możliwości technologicznego kontaktu te o większej początkowej liczbie ludności mają szybszą zmianę technologiczną i wzrost populacji”. Innymi słowy to człowiek jest prawdziwym gospodarczym bogactwem – tym większym, im większej społeczności stanowi część. Dlatego też wydatki na człowieka powinny być priorytetem nie tylko społecznym, ale i ekonomicznym.
Niezwykle ważne w tym kontekście są wydatki na oświatę i kulturę, wciąż mylnie uważane za niezyskowne. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz stwierdził w ostatnim czasie, iż „nie jest tajemnicą silna korelacja między kulturą a innowacyjnością”. Wydaje się jednak, że do niedawna było wprost przeciwnie – włodarze państwa i wielu miast nie rozumieli tej zależności. Chyba możemy zatem mówić o procesie dorastania polskich elit.
Środowisko dawnych „gdańskich liberałów” zaczyna rozumieć potrzebę – przynajmniej szczątkowej – aktywnej polityki państwa, zaś jeden z nich, szef wolnorynkowego think-tanku, w zdumiewająco trafny sposób pisze o społecznych zagrożeniach wynikających z kultury egoizmu, o potrzebie gospodarczej podmiotowości i nawołuje do „wielkiego przewartościowania” w oparciu o kulturę. Nie mamy już w tej perspektywie apologii dzikiej, zielonej wyspy, na której zaradni Robinsonowie podporządkowują się siłom natury. Rynek i konkurencyjność nie są już doktryną, lecz lekko zarysowanym jednym z instrumentów społeczeństwa.
A zatem coś się powoli kończy. Jeżeli nie prymat oligarchicznego, antycywilizacyjnego prądu zmian społeczno-gospodarczych, to na pewno dominacja ideologicznego fundamentu, na którym tenże prymat rozkwitnął. Chociaż wytarte slogany leseferyzmu tracą swój urok, to wciąż siłą inercji i egoizmu mają wielki wpływ na wektor zmian w naszym kraju. Nie wolno tego dłużej akceptować. Skoro diagnoza była błędna, pora odstawić leki.
przez Joanna Duda-Gwiazda | niedziela 25 listopada 2012 | opinie
W podręczniku dla drugiej klasy podano zgodny z konstytucją opis godła narodowego. Podręczniki są obecnie pisane na zasadzie „groch z kapustą”. Dla dzieci ciekawych, jak wygląda orzeł, informację podano dalej. Jest tam opis oraz rysunki orła przedniego i bielika. Czytamy: „Bielik orłem nie jest”. Nie jest, ponieważ jest jastrzębiem. Dlaczego znalazł się przy opisie godła? Od dłuższego czasu pojawia się w różnych miejscach informacja, że bielik lepiej pasuje do wizerunku na godle narodowym. Wprawdzie nikt jeszcze ptaka latającego z koroną na głowie nie widział, ale wszystko wyprostuje się w swoim czasie. Korona nie jest dobrze widziana w Unii Europejskiej. Przeniesienie korony króla Stefana do parlamentu węgierskiego zostało potraktowane jako zamach na demokrację. Ciekawa jestem, co zrobią inne państwa ze swoimi godłami. Orły czarne, a tym bardziej dwugłowe, do żadnego gatunku podobne nie są. Może najbardziej do kondora, sępa padlinożercy.
Obawiam się, że jastrząb, też ptak drapieżny, jest tylko formą przejściową w procesie reformowania polskiego godła. Z kręgów rządowych docierają plotki („Uważam Rze”), iż najstosowniejszym godłem dla Polski jest bocian, też ptak drapieżny, ale pożyteczny. Zżerając żaby, likwiduje źródło konfliktu, przyczynia się do pojednania narodu podzielonego na obrońców żabek (Gwiazdowie i ekolodzy) oraz Europejczyków – obrońców autostrad i innych postępowych inwestycji. Bocian wkłada dzieci do kapusty, owinięte w becik. To duża oszczędność w budżecie na politykę prorodzinną.
Tyle emocjonujących rewelacji zapewnia nam ostatnio klasa polityczna z rządem na czele, że powinnam codziennie pisać komentarze. Na szczęście nie muszę, ponieważ opinia publiczna jest czujna, wyłapuje kłamstwa i afery. Ludzie się martwią, denerwują i… obojętnieją. Ile można bezsilnie się wściekać? Nasza znajoma znalazła prosty sposób na oszczędzanie nerwów i czasu. „Wolne moce przerobowe” poświęca na wyłapywanie zmian, które uderzają nas po kieszeni lub ograniczają prawa i demokrację, a kiedy problem rozpozna, obmyśla metody przeciwdziałania. Cały szum informacyjny odrzuca. Na pytanie „Co pani sądzi o szansach Sławomira Nowaka na ministerialną tekę”, odpowiedziała: „Sławomir Nowak? Nie znam”. Gdyby na rewelację, że Palikot proponuje zbieranie psich kupek w święto niepodległości, ludzie odpowiadali: „Palikot, a kto to jest? Nie znam” – możliwości manipulacji byłyby mniejsze.
Niestety Zbigniewa Brzezińskiego znam, a nawet znalazłam fragmenty jego wykładu dla naukowców polskich w Montrealu. „Pojęcie państwa narodowego w pełni suwerennego w ogóle się zdezaktualizowało – należy ono do epoki historycznej, która już nie istnieje. Sytuacja Polski jednak nie jest oczywiście współzależnością, ale zależnością. Charakteryzuje ją zależność od zewnętrznej potęgi…”. Za szczyt naszych aspiracji Brzeziński uważał większe otwarcie na Zachód. Zachowaliśmy ten tekst, ponieważ pochodzi z maja 1975 roku, gdy ZSRR i USA już planowały pierestrojkę.
Zasłuchanym w retorykę narodowców przypominam, że w polskiej tradycji historycznej, podobnie jak w amerykańskiej, naród polski są to polscy obywatele. Potwierdza to preambuła konstytucji.
Brzeziński nie jest pierwszym z brzegu Amerykaninem „born in Poland’ (urodzonym w Polsce). W Waszyngtonie pełni on rolę dyżurnego Polaka, który kiedy trzeba, poucza nas, co jest właściwe, a co nie. Tym razem chamstwo bluzgów przekroczyło wszelkie granice. Nazwałabym go Niesiołowskim prezydenta Obamy. Wyciągam z tego wnioski optymistyczne. Widocznie mamy szanse pokonać „republikę okrągłego stołu” i ustanowić Rzeczpospolitą Polską. Tak sformułowany cel polityczny narodowców w pełni popieram. Mam nadzieję, że zrezygnują z absurdalnego i niemoralnego postulatu czystości etnicznej Polaków. Jeśliby do tego dodać kryterium wyznaniowe i skrupulatność w praktykach kościoła rzymskokatolickiego, a takie postulaty wciąż się pojawiają, to i puchary Adama Małysza należałoby oddać.
Niepokoi mnie renesans endecji. Marksizm, friedmanizm, Rosja, Niemcy, eksponowanie Małych Ojczyzn, tropienie ksenofobii, antysemityzmu, oskarżenia o brak tolerancji, demokracji, o homofobię, o zbrodnie wobec Żydów i Niemców w czasie II wojny światowej, wszystko to realnie zagraża polskiemu państwu. W tej sytuacji tylko tradycje romantyczne, rycerskie, insurekcyjne mogą nas uratować. Dobrze rozumiał to prezydent Lech Kaczyński.
Oglądałam ostatnio film w telewizji Planete pod tytułem „Klub pancernych” o organizowaniu młodzieży zafascynowanej serialem „Czterej pancerni i pies”. Dowiedziałam się o świetnej współpracy z milicją, telewizją, strażą pożarną. W ramach akcji „walka z ogniem” dzieci przeprowadzały tajne rewizje w piwnicach i na strychach, usuwały łatwopalne rupiecie i znajdowały poukrywane papiery. Tego nawet Pawka Morozow by nie wymyślił… Z klubami współpracowały ówczesne autorytety. Częstym gościem bywał Bronisław Geremek. On najlepiej potrafił przekazać młodzieży zasady etosu rycerskiego. Trudno się dziwić, że na bohatera walki z systemami totalitarnymi XX wieku Unia Europejska mianowała czołowego rycerza PRL. Rotmistrz Pilecki nie miał żadnych szans.
Skutecznym sposobem obrzydzania Polski jest utożsamianie państwa z rządem. Premier bije na alarm, podnosi się wrzawa wszystkich autorytetów – PiS atakuje państwo, ponieważ chce zmienić rząd. Król francuski Ludwik XIV powiedział do parlamentu „Państwo to ja”, a także „Naród mieści się w całości w osobie króla”. Ja w osobie Tuska się nie mieszczę, ponieważ uważam, że polskość to normalność.
Państwo stanowią wolni obywatele. W Art. 4 Konstytucji czytamy: Władza zwierzchnia w Rzeczpospolitej Polskiej należy do Narodu. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. I tego się trzymajmy.
Joann Duda-Gwiazda
przez Cezary Miżejewski | sobota 17 listopada 2012 | opinie
Są rzeczy, które pomimo zmiany pokoleń, ustrojów, systemów nadal są aktualne. Historia podobno jest nauczycielką życia. Historia PPS jest właśnie takim przykładem. I ona właśnie pokazuje nam, że dzięki tradycjom i wartościom niesionym przez pokolenia słowo „socjalizm” może ponownie odzyskać swój blask. Nie jesteśmy znikąd, nasza tradycja i nasza historia pokazują, że socjaliści jako jedyni umieli połączyć marzenie o wolności, o własnym państwie z dążeniem do sprawiedliwości i równości.
Program wciąż aktualny
Gdy w listopadzie 1892 roku na przedmieściach Paryża w Montrouge spotkało się osiemnastu polskich emigrantów nikt jeszcze nie przypuszczał, że rodzi się jedna z najbardziej istotnych partii politycznych, która odegra znaczącą rolę w historii Polski. Pomimo iż wywodzili się z grup i organizacji socjalistycznych, w tym Polskiej Socjalno-Rewolucyjnej Partii „Proletariat”, czy Polskiej Gminy Narodowo-Socjalistycznej, w istocie nie byli delegatami, lecz grupą ludzi uważających, że potrzebna jest nowa jakość programowa i organizacyjna dla polskich robotników przede wszystkim pod zaborem rosyjskim. Przyjęty wówczas „Szkic programu Polskiej Partii Socjalistycznej”łączył w sobie wszystko to, co stało się nośnikiem idei PPS przez następne sto lat. Zadeklarowano bowiem, że PPS „walczyć będzie o niepodległą Rzeczpospolitą demokratyczną”, która będzie zarazem musi spełniać warunki:
- praw człowieka (zupełna wolność słowa, druku zebrań i stowarzyszeń; całkowite równouprawnienie narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej, równość wszystkich obywateli w kraju bez różnicy płci, rasy, narodowości i wyznania),
- praw obywatela (bezpośrednie, powszechne i tajne głosowanie, samorząd gminny i prowincjonalny z wybieralnością urzędników administracyjnych, bezpłatna procedura sądowa, wybieralność sędziów i sądowa odpowiedzialność urzędników),
- praw pracownika (8-godzinny dzień roboczy; stała 36-godzinna przerwa co tydzień; ustalenie minimalnej płacy roboczej; równa płaca dla kobiet i mężczyzn przy równej pracy),
- praw społecznych (bezpłatne, przymusowe, powszechne, całkowite nauczanie; dostarczanie uczącym się środków utrzymania przez państwo; zabezpieczenie państwowe w razie wypadków, braku pracy, choroby i starości, postępowy podatek do dochodu i od majątku, i taki podatek od spadków; zniesienie podatków od artykułów spożywczych oraz pierwszej potrzeby).
Gdybyśmy przytaczali następne programy PPS w jej 120-letniej historii, to i tak w istocie powracamy do źródeł przyjętych w 1892 roku. Warto pamiętać, jacy ludzie znaleźli się wśród autorów najbardziej polskiego i socjalistycznego programu. Byli to m.in. Aleksander Dębski, z ziemiańskiej rodziny, bojownik robotniczej partii Proletariat (kierował nią po aresztowaniu L. Waryńskiego), który próbował zorganizować zamach na cara, pod koniec życia senator. Edward Abramowski, prekursor spółdzielczości i jak się dziś wspomina, ideowy patron programu „Samorządnej Rzeczpospolitej” z 1981 roku, Stanisław Wojciechowski, późniejszy Prezydent RP, niestrudzony spółdzielca ze „Społem”. Feliks Perl, ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, którego ojciec uczestniczył w powstaniu 1863, legendarny redaktor „Robotnika”. Aleksander Sulkiewicz, a właściwie Iskander Mirza Duzman Beg Sulkiewicz, polski Tatar, który był organizatorem przerzutów bibuły, poległ jako sierżant Legionów. I wreszcie Bolesław Limanowski, zesłaniec z 1861 roku, któremu nie udało się uciec z Syberii na powstanie, również senator do 1935. Warto pamiętać, że działacze rodzącego się ruchu narodowego również uważali się za niepodległościowych socjalistów. Jednym z działaczy Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich był m.in. Zygmunt Balicki z Ligi Narodowej.
Idea PPS przeniosła się do kraju. Emisariusze idei i bibuły utworzyli pierwsze kółka partii. Doszło wówczas do podziału. Jedni uważali, że walka o niepodległość krępuje wyzwolenie społeczne, ale w istocie działali na rzecz utrzymania status quo – to oni utworzyli Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy. Drudzy to ci, którzy na wiecu w Częstochowie mówili „pamiętamy, że najpierw urodziliśmy się Polakami, a następnie z rozmysłem staliśmy się socjalistami”. Pierwszy zjazd podziemnej PPS odbył się w czerwcu 1893 r. w lesie pod Wilnem. Uczestniczyło w nim pięć osób: emisariusze Wojciechowski i Sulkiewicz, młody adwokat Ludwik Zajkowski, polski tatar Stefan Bielak i młody zesłaniec z Zułowa – Józef Piłsudski, który nieprzerwanie działał w PPS do 1914 roku.
Podstawowym orężem było wówczas słowo. W 1894 r. powstał legendarny „Robotnik”, kierowany początkowo przez Jana Stróżeckiego, a po jego aresztowaniu od siódmego numeru redaktorem był Piłsudski. Wydawano i przemycano coraz więcej. Powstawały kolejne okręgowe komitety robotnicze: w Warszawie, Radomiu, Zagłębiu. W tym też czasie powstała PPS zaboru pruskiego działająca we współpracy z SPD, zaś w Galicji Polska Partia Socjalno-Demokratyczna Galicji i Śląska Cieszyńskiego.
Działalność PPS w zaborze rosyjskim budziła coraz większą wściekłość rosyjskiej policji i tajnej Ochrany. W końcu udało im się w lutym 1900 r. zlikwidować w Łodzi przy ulicy Wschodniej 19 drukarnię „Robotnika” i aresztować Piłsudskiego, który jednak zbiegł z więzienia rok później.
Zaczęło się na Placu Grzybowskim
Nie przeszkodziło to dalszemu rozwojowi partii. Gdy w 1904 r. wybuchła wojna Rosji z Japonią, pojawiła się nadzieja na odmianę losów Polski. PPS angażuje się w działania przeciwko poborowi. Akcje rozbijane są brutalnie przez wojsko i policję. Na konferencji warszawskiej PPS pod kierunkiem Józefa Kwiatka, postanowiono więc dać im opór z bronią w ręku.
Zdarzyło się to na Placu Grzybowskim 13 listopada 1904 roku. W trakcie blisko stutysięcznej manifestacji, po wyjściu tłumu z kościoła Wszystkich Świętych chorąży Stefan Okrzeja wyciągnął w górę sztandar z napisem „PPS. Precz z wojną i caratem! Niech żyje Wolny Polski Lud!”. Gdy do sztandaru ruszyła policja, Okrzeja wraz z innymi otworzył ogień, co rozpoczęło strzelaninę. W 1929 odsłonięto tam kamień pamiątkowy, który został zniszczony w latach stalinowskich. Ponownie odsłonięto go w 1992 r. i dziś przypomina o tych wydarzeniach, choć dwa lata temu, ktoś zamalował go napisem „lepszy martwy niż czerwony”, co nie świadczy dobrze o nauczycielach historii autora.
Informacje o wydarzeniach na Placu Grzybowskim obudziły wyobraźnię Polaków. Było to pierwsze starcie zbrojne z zaborcą od 1863 roku. Po niej przyszły kolejne manifestacje: w Radomiu, gdzie w obronie sztandaru poległ Wiktor Cymerys-Kwiatkowski, i w Łodzi, gdzie poległ Tomasz Księżczyk. Wszyscy oni zostali odznaczeni po latach pośmiertnie przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego Krzyżem Niepodległości z Mieczami.
Był to również początek słynnej Organizacji Bojowej PPS, kierowanej przez Piłsudskiego, Walerego Sławka, Tomasza Arciszewskiego, Bolesława Bergera (jego bratanek kilkadziesiąt lat później organizował pułk Armii Krajowej „Baszta”), Władysława Dehnela (jego syn, Władysław Dehnel „Agrafka”, kapitan AK, walczył w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, później był działaczem PPS na emigracji). W trakcie walk z zaborcą wykonano ponad 2500 akcji zbrojnych, w trakcie których poległy setki bojowców, niemal 300 skazano na karę śmierci, zaś blisko 300 aresztowano. Na stokach Cytadeli warszawskiej polegli Stefan Okrzeja, Józef Montwiłł-Mirecki, Henryk Baron, w trakcie walki zginęli m.in. Baruch Szulman i Tadeusz Dzierzbicki.
W tym czasie, w trakcie walk rewolucyjnych nastąpił podział na „młodych”, którzy utworzyli PPS-Lewicę, oraz „starych”, którzy powołali PPS Frakcję Rewolucyjną. Według Adama Ciołkosza: „»Młodzi« dostosować chcieli cele walki proletariatu polskiego do potrzeb rosyjskiego ruchu rewolucyjnego. Uważając osiągnięcie niepodległości w ówczesnych warunkach za niemożliwe odsuwali je w daleką przyszłość i poprzestawali na postulacie usamodzielnienia Królestwa Polskiego w ramach republikańskiego i demokratycznego państwa rosyjskiego. Natomiast »starzy« w dalszym ciągu jako cel walki klasy robotniczej stawiali niepodległą polską republikę demokratyczną, w taktyce zaś rewolucyjnej zachowywali samodzielność polskiego ruchu socjalistycznego, chociaż bynajmniej nie wykluczali koordynacji sił w walce ze wspólnym wrogiem – caratem”.
Podział ten zahamował w znacznym stopniu rozwój PPS, ale co ważniejsze dokonał trwałego podziału – na lewicę niepodległościową i późniejszą partię komunistyczną, która powstała z połączenia PPS-Lewicy i SDKPiL.
Upadek walk rewolucyjnych w Królestwie Polskim, terror i aresztowania spowodowały zanik działalności socjalistów. Byli oni również lżeni przez ówczesne środowiska prawicy jako bandyci. Wielkość czynu widzieli tylko ludzie – byli wśród nich Stefan Żeromski czy Gustaw Daniłowski – którzy w tej, nadaremnej zdawałoby się, walce dostrzegali tworzenie nowego społeczeństwa, świadomego narodowo i społecznie, i którzy w wyzwoleniu kulturowym ludu widzieli przyszłość Polski.
Niepodległa Rzeczypospolita
Działalność PPS przeniosła się do Galicji. Tam to właśnie Józef Piłsudski, wykorzystując istniejące możliwości, stworzył najpierw Związek Walki Czynnej, a następnie Związek Strzelecki we Lwowie oraz Towarzystwo „Strzelec” w Krakowie. Z nich powstały oddziały strzeleckie, które w sierpniu 1914 r. ruszyły ponownie walczyć o Polskę: I Brygada Legionów i dywersyjny Oddział Lotny Wojska Polskiego.
Ale socjaliści odbudowywali również swoje struktury, powstało Pogotowie Bojowe PPS, które wspólnie z Polską Organizacją Wojskową przygotowywało się do ostatecznej walki o niepodległość, tocząc jednocześnie walki z niemiecką policją.
7 listopada 1918 roku, nie czekając na rozwój wypadków czy postanowienia Rady Regencyjnej działającej z ramienia Niemiec, PPS i galicyjska PPSD razem z działaczami PSL „Wyzwolenie” powołali w Lublinie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, z Ignacym Daszyńskim jako premierem. Po powrocie Piłsudskiego z więzienia w Magdeburgu, Daszyński otrzymał ponownie misję formowania rządu, rezygnując z niej jednak na rzecz innego socjalisty, Jędrzeja Moraczewskiego. Rząd ludowy Moraczewskiego wprowadził dekret o czasie pracy, sankcjonujący normę 8-godzinnego dnia i 46-godzinnego tygodnia pracy. Wprowadził również dekrety o inspekcji pracy, o związkach zawodowych, oraz dekret o obowiązkowym ubezpieczeniu robotników na wypadek choroby. Zadekretowano również moratorium mieszkaniowe dla bezrobotnych, zakaz podwyżki komornego dla mieszkań 1-2-pokojowych ponad poziom z czerwca 1914 r. oraz ograniczenie prawa do eksmisji. Przygotowano także prawo wyborcze przyznające prawa wyborcze kobietom, co nie było normą w ówczesnej Europie. Tak, tak – to działo się w 1918 roku.
Gdy nastał czas obrony ojczyzny w 1920 roku, a bolszewicy znaleźli się pod Warszawą, znów socjaliści stanęli w pierwszym szeregu. Daszyński został wicepremierem w rządzie Obrony Narodowej Wincentego Witosa. Powstały Robotniczy Komitet Obrony Warszawy oraz Robotniczy Pułk Obrony Warszawy. W walkach zginęło wielu działaczy, m.in. poseł PPS Aleksander Napiórkowski z Łodzi.
W II Rzeczypospolitej PPS angażowała się w obronę praw pracowniczych, ale także w obronę demokracji. Działano na forum parlamentu. W 1928 r. na PPS głosowało niemal 1,5 mln wyborców. Aktywne było również związane z PPS-em Zrzeszenie Związków Zawodowych (zrzeszające prawie pół miliona członków), organizacje młodzieżowe, spółdzielcze, Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego i inne.
Rozdźwięk z obozem Piłsudskiego po zamachu majowym w 1926 roku, spowodował zaangażowanie się PPS w walkę o demokracje parlamentarną, brutalnie ograniczaną przez obóz władzy. Przystąpienie do szerokiej koalicji partii demokratycznych Centrolewu, mogących zagrozić ówczesnemu układowi spowodowało represje, aresztowania posłów, fałszowanie wyborów i wreszcie proces brzeski, w którym skazano na więzienie m.in. Adama Ciołkosza, Stanisława Dubois, Adama Pragiera, Mieczysława Mastka, Hermana Liebermana i Norberta Barlickiego. Spowodowało to bojkot następnych wyborów w latach 1935 i 1938 oraz szukanie innych form działań politycznych.
Jednak gdy przyszło zagrożenie wojenne, PPS znów pojawił się w pierwszym szeregu.
Wojna i konspiracja
We wrześniu 1939 r. do legendy przeszły udział Robotniczej Brygady Obrony Warszawy oraz Czerwonych Kosynierów Gdyńskich w walkach obronnych. Zaraz po rozpoczęciu okupacji podjęto działalność konspiracyjną. Przybrano dla organizacji nazwę Wolność, Równość, Niepodległość (WRN).
WRN stanowił jeden z fundamentów Polskiego Państwa Podziemnego oraz rządu polskiego w Londynie. Na czele podziemnego parlamentu Rady Jedności Narodowej stanął Kazimierz Pużak, wieloletni sekretarz generalny PPS, więziony niegdyś przez Rosjan w twierdzy w Szlisselburgu. Członkami zostali Zygmunt Zaremba i Tomasz Arciszewski. Antoni Pajdak wszedł natomiast w skład Krajowej Rady Ministrów jako zastępca Delegata Rządu na Kraj.
W rządzie gen. Sikorskiego członkami byli Lieberman jako minister sprawiedliwości, Jan Stańczyk jako minister opieki społecznej oraz Jan Kwapiński jako minister przemysłu i handlu, zaś w rządzie Stanisława Mikołajczyka – Kwapiński jako wicepremier i minister przemysłu, handlu i żeglugi, Stańczyk jako minister pracy i opieki społecznej oraz Ludwik Grosfeld jako minister skarbu.
W trakcie okupacji PPS wydawała ponad pięćdziesiąt podziemnych tytułów prasowych. Od 1940 r. ukazywało się pismo „WRN”, od 1943 „Robotnik w Walce, zaś w czerwcu 1944 wznowiono „Robotnika”. Tworzono własne oddziały bojowe: Gwardię Ludową WRN (jej nazwę podkradła komunistyczna PPR), które weszły w skład Armii Krajowej jako Organizacja Wojskowa Pogotowia Powstańczego Socjalistów (OW PPS), a także Milicję Robotniczą.
Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, oddziały PPS należały do najbitniejszych oddziałów. Na Żoliborzu IV batalion OW PPS im. Jarosława Dąbrowskiego starł się z Niemcami już o godz. 14.30 w trakcie zbiórki przy ul. Suzina. Stoi tam do dzisiaj pamiątkowa tablica upamiętniająca wówczas poległych. Batalion walczył do ostatnich dni „republiki żoliborskiej”, stanowiąc trzon Zgrupowania „Żyrafa”. III Batalion im. Stefana Okrzei bronił na Woli barykady przy ul. Młynarskiej. Zginął tam dowódca kpt. Karol Kryński „Waga”, odznaczony pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari. Żołnierze PPS weszli w skład i walczyli w Zgrupowaniu „Leśnik” na Starym Mieście i Śródmieściu. Bataliony z Ochoty i Mokotowa zostały kompletnie rozbite 1 sierpnia, zaś część żołnierzy walczyła w szeregach batalionu „Miłosz”. Żołnierze PPS walczyli również w szeregach kompanii 102 Batalionu „Bończa” i VI Batalionu Milicji PPS na Starym Mieście. Pełnili tam również funkcje powstańczej policji. Członkowie PPS pełnili również funkcje administracyjne, m.in. Stefan Zbrożyna był wiceprezydentem powstańczej Warszawy.
W tym czasie wkraczające oddziały Armii Czerwonej zadbały, aby znaleźć swoje „własne” władze polskie, które będą sprzyjały nowemu porządkowi przychodzącemu ze wschodu. Obok komunistycznej PPR utworzono atrapy Stronnictwa Ludowego i Polskiej Partii Socjalistycznej, wywodzącej się z rozłamowej grupy Edwarda Osóbki-Morawskiego z Robotniczej Partii Socjalistów Polskich.
Lubelska – jak ją nazywano – PPS była dla wielu atrakcyjna. Ludzie potrzebowali normalności po przeżyciach wojennych, zaś niektóre reformy społeczne były żywcem wzięte z Deklaracji podziemnej Rady Jedności Narodowej. Nic też dziwnego że przyłączało się do niej wielu. Po nieudanej próbie odbudowy podziemnej PPS poprzez powołanie własnej partii, część działaczy z Zygmuntem Żuławskim – przewodniczącym przedwojennej Rady Naczelnej PPS, przystąpiła do struktur partii lubelskiej.
Jednak wiara w normalność i niezależność okazała się płonna. PPS była potrzebna narodowi polskiemu, jak mówił Józef Cyrankiewicz, ale nie była potrzebna komunistycznej PPR. Przed włączeniem jej do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyrzucono z oficjalnej PPS tysiące działaczy jako „niezdolnych do zjednoczenia”. Najbardziej pryncypialnych, którzy do „lubelskiej” nigdy nie wstąpili lub szybko z niej wystąpili, jak Kazimierz Pużak, Ludwik Cohn, Józef Dzięgielewski, Antoni Zdanowski czy Stefan Zbrożyna, po prostu aresztowano i skazano na więzienie. Pużak i Zdanowski już go nie przeżyli. Niektórzy dawni działacze włączyli się do PZPR, co i tak nie przeszkodziło w ich powolnej eliminacji lub zostali trwale zmarginalizowani.
W Londynie 29 listopada 1944 r., po dymisji rządu Stanisława Mikołajczyka, premierem rządu RP został mianowany wybitny działacz PPS, Tomasz Arciszewski (był również ministrem pracy i opieki społecznej). Rząd Arciszewskiego protestował przeciwko decyzjom jałtańskim, wydał m.in. „Oświadczenie”, w którym stwierdził, że „decyzje Konferencji Trzech zostały przygotowane i powzięte nie tylko bez udziału i upoważnienia rządu polskiego, ale i bez jego wiedzy”. Był to ostatni rząd emigracyjny mający pełne międzynarodowe uznanie.
Zacząć od nowa
Na placu boju pozostali emigranci, tworząc struktury Centralnego Komitetu Zagranicznego PPS. Adam i Lidia Ciołkoszowie, Zygmunt Zaremba, Tomasz Arciszewski czy Jan Kwapiński próbowali zachować ideały PPS, organizując działania, które miałyby zainteresować Europę problemami polskich pracowników. Utworzono z emigracyjnych partii socjalistycznych Unię Socjalistyczną Europy Środkowo-Wschodniej (SUCEE).
Nadzieje związane z końcem stalinizmu nie ziściły się. Kraje Zachodu zajęte wydarzeniami w Egipcie, zamknęły oczy na rozstrzelanie Węgier. Próby odbudowania krajowej PPS przez Osóbkę-Morawskiego zostały zduszone w zarodku, zanim tak naprawdę się rozpoczęły.
Socjaliści szukali innych form działania. Był to m.in. Klub Krzywego Koła, a od 1976 r. Komitet Samoobrony Społecznej KOR, w którym działali m.in. Antoni Pajdak, Ludwik Cohn czy Edward Lipiński.
Przełom nastąpił po 1980 roku. Pojawiło się nowe pokolenie, które w PPS szukało odnowienia ideowego. Od połowy lat 80. wokół podziemnego pisma członków Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarności „Robotnik” skupili się młodzi socjaliści zapatrzeni w historię i ideały PPS, m.in. Piotr Ikonowicz, Grzegorz Ilka, Tomasz Truskawa, Krzysztof Markuszewski, Iwona Różewicz i piszący te słowa. W listopadzie 1987 r. odbudowali oni w kraju PPS. Z działaczy opozycji przyłączyli się do nich Jan Józef Lipski oraz działacz „Solidarności” Józef Pinior. Niestety ocena rzeczywistości i sposób postępowania wobec władzy doprowadził do podziałów na kilka odłamów, w tym najbardziej radykalną PPS-Rewolucja Demokratyczna, znaną z demonstracji i strajków.
W 1990 r. doszło do połączenia wszystkich krajowych odłamów PPS (również nieformalnego środowiska skupionego wokół Jana Mulaka) z emigracyjną PPS. Odbył się XXV Kongresu PPS, w trakcie którego Jan Józef Lipski został wybrany przewodniczącym Rady Naczelnej PPS, zaś Lidia Ciołkoszowa dożywotnią honorową przewodniczącą.
Trudne losy niekoncesjonowanej lewicy
Niestety partia socjalistyczna nie wywodząca się z obozu komunistycznego nie miała wówczas wielkich szans. Szukano nowych możliwości i prób przełamania historycznych podziałów. Początkowo w wyborach 1991 r. PPS startowała w ramach Solidarności Pracy Ryszarda Bugaja, nie uzyskując żadnego mandatu. Po śmierci Jana Józefa Lipskiego w 1991 r. przewodnictwo objął Stanisław Wąsik z emigracyjnych struktur PPS, a następnie Piotr Ikonowicz.
Start PPS w ramach Solidarności Pracy – był to pierwszy błąd. Drugi popełniono w 1993 r., startując w ramach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, co doprowadziło do utraty zaplecza w środowiskach pracowniczych oraz do poważnego rozłamu. W ramach trzyosobowego Koła Parlamentarnego PPS (1993-97) zgłaszano inicjatywy ustawodawcze o najmie lokali mieszkalnych (zakazujące eksmisji „na bruk”), pomocy społecznej, przeciwdziałania bezrobociu, zakazie stosowania azbestu, głównym inspektoracie celnym, w sprawie zmian w Kodeksie pracy itp. PPS traktowany był jednak jako ciało obce zarówno przez „sojusznicze” SLD, jak i przez opozycyjną Unię Pracy.
Dalsze trwanie w ramach SLD po wyborach 1997 zostało przerwane po decyzji Sojuszu o przekształceniu się z koalicji wyborczej w jednolitą partię. Koło Parlamentarne PPS i Ruchu Ludzi Pracy powstałe w 1999 r. nie miało już dawnej dynamiki koła solidarnościowych socjalistów. Zaś nieprzemyślana do końca decyzja o samodzielnych startach w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2000 i 2001 wywołała odejście wielu działaczy.
Obecnie PPS w istocie istnieje w formie Komisji Historycznej, kierowana przez prof. Krzysztofa Dunin-Wąsowicza i Krystynę Kulpińską-Całą, która próbuje zainteresować chlubną przeszłością.
Bo i trzeba to przypominać, kultywować, rozdmuchiwać. Etos PPS obecny jeszcze w działaniach opozycji w czasach PRL, dziś już kompletnie zanikł. PPS-owcy, gdy przychodził czas, stawali do walki z zaborcami i okupantami, oddając daninę krwi i życia – i ci bohaterowie pozostali w pamięci. Ale PPS-owcy to również – jak pisał Jan Józef Lipski – „społecznicy”, którzy „największą rolę odegrali w rozlicznych instytucjach samorządu terytorialnego, spółdzielczości, społecznych instytucjach oświatowych itp. Dorobek materialny i społeczny ich pracy – a często dorobek ideowy oraz intelektualny – do dziś jest zauważalny w naszym życiu, co więcej, stanowi nieraz układ odniesienia dla myśli o projektów o reformie i terapii życia społecznego”.
Dzisiaj, gdy polska lewica poszukuje natchnienia w różnych miejscach i koncepcjach, warto oprzeć się na trwałym fundamencie naszych własnych korzeni. Pamiętajmy, że nie wolno sprzeniewierzyć tego dziedzictwa. Nie ramotki historycznej, nie barwnych obrazków, ale tego twardego kręgosłupa moralnego, który wielokrotnie budził nadzieje, a którego efekty przetrwały jako legenda. Ona żyje nadal wśród nas, tak w 1987 r., jak i dzisiaj. I być może nie chce nam się do niej schylić. A może jednak warto?
Cezary Miżejewski
Tekst publikujemy w 120. rocznicę rozpoczęcia zjazdu, na którym powołano Polską Partię Socjalistyczną.
przez Jarosław Górski | wtorek 6 listopada 2012 | opinie
Krakusi lubili zadawać szyku. Co z tego, że biedni, upodleni pańszczyzną, że zależni od niezrozumiałych koniunktur na zboże i drewno, którymi administratorzy tłumaczyli kolejne obciążenia, a hurtownicy skupujący jajka i mleko kolejne obniżki cen. Krakusi wiedzieli, że szacunek i godność przynależą się temu, który nosi się dostojnie i ozdobnie. Przynależą się szlachcicowi, którego można zobaczyć w kościele, a czasami nawet przechadzającego się po gościńcu albo na jarmarku w mieście.
Pośmiać się z chama
Zobaczyć oczywiście z pewnej odległości, choć na tyle blisko, aby zauważyć kolorowy kontusz ściśnięty w pasie, z wylotami fantastycznie majtającymi się przy każdym ruchu, rogatą czapkę z piórkiem dla ozdoby, bufiaste spodnie wpuszczone w cholewy żółtych butów. Sylwetkę dzięki temu zawsze dumnie wyprostowaną i majestatyczną. Kiedy więc krakusi kosztem niedojadania zaoszczędzili nieco grosza, kazali sobie szyć kierezyje na wzór pańskich kontuszów. Co z tego, że nie ze wschodniego sukna, ale z brunatnego samodziału, że bez wylotów podbitych jedwabiem, że bez długiego kosztownego pasa? Kolorów można było dodać haftem jeszcze bardziej barwnym, wyloty zastąpić suką z pomponami jeszcze bardziej podnoszącą ramiona, pas zastąpić wcięciem w talii i rozszerzeniem u dołu jeszcze bardziej majtającym się na wietrze. A siwe czaple piórko u czapki? Co tam czaple piórko, niech tam od razu będzie pawie, i to nie jedno, niech będzie cały pęk. Co prawda nie ma jak osadzić go w klejnocie ze srebra i kamieni, ale przecież bukiet kwiatów z bibułki jeszcze bardziej będzie pyszny i ozdobny.
Suki przy chłopskich kierezyjach coraz były barwniejsze, coraz większe miały pompony, a krakowiackie czapki coraz cięższe były od pawich piór i papierowych kwiatków. Szlachta tymczasem już noszenie kontuszów porzuciła, przebrała się w surduty, przeniosła do miast na stosowne czynownicze posady albo założyła gazety i przyjęła umiarkowanie postępowe poglądy, nazwała się równie szlachetnym mianem inteligencji. I w umiarkowanie postępowych gazetach pojawiać się zaczęły pełne rozsądku głosy o tym, jaki to krakus nie dość że zacofany i ciemny, to jeszcze i rozrzutny, żyjący na pokaz. Że w komorze pusto, na modernizację gospodarstwa grosza brak, nie ma też na lekarza dla żony czy szkołę dla dziecka, ale przy święcie chodzi obwieszony jak choinka brzękadełkami, wstążeczkami, piórkami, kwiateczkami, obhaftowany od góry do dołu. A poza tym śmieszny, anachroniczny i groteskowy w nowoczesnym świecie. Długo nie trzeba było czekać na odpowiedź wykształconych obrońców krakusów, oburzonych na szkalowanie ludzi może prostych, ale jednak kochających piękno bardziej niż bogactwo, pielęgnujących odwiecznego słowiańskiego ducha, który przez lata niewoli przechował się w aplikowanych na brunatnym samodziale ornamentach i w dzwonieniu mosiężnych brzękadeł u pasów. Jak można widzieć groteskę i zły smak w tym, co stanowi istotę naszej narodowej estetyki?
Trauma profesorów
Wiele dziś można w naszym kraju przeczytać głosów profesorów oburzonych i przerażonych jakością wykształcenia studentów i ich postawą wobec wiedzy. Studenci są roszczeniowi, prezentują postawę „płacę i wymagam”, zależy im wyłącznie na dyplomie, a nie na uczeniu się czegokolwiek, bywają chamscy, nie pamiętają nic ze szkoły, nie uczestniczą w kulturze, nie mają zainteresowań. Oczywiście, znajdą się wśród nich tacy, którzy chcą pracować i widzą sens nauki, ale to naprawdę wyjątki. Jak mówił w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” pedagog i pedeutolog profesor Aleksander Nalaskowski: „Na każdym roku, na którym wykładam, zawsze znajdzie się jakaś para żywo zainteresowanych oczu, która ustawia mnie emocjonalnie: wydaje mi się, że wszyscy są tacy fajni i słuchający. Potem na egzaminie okazuje się, że spośród reszty wielu nie rozumie najprostszych rzeczy. To jest trochę taki problem niespasowania: my jako profesorowie jesteśmy jeszcze mocno XIX-wieczni, reprezentujemy pewną kindersztubę, tradycję szacunku dla uczelni, autorytetu profesora itd., za to studenci oczekują chyba innej generacji wykładowców. My się z trudem przebijemy ze swoimi kamizelkami, zegarkami na łańcuszku czy punktualnością i poprawną polszczyzną. /…/ Studentów dziwi dziś nawet to, dlaczego zabraniam żuć gumę na zajęciach. Muszę tłumaczyć, że to nieeleganckie, ale dla młodych ludzi to archaiczne pojęcie. Właśnie dlatego powszechnie uważa się, że studenci są coraz gorsi, bo te różnice między nami są coraz większe. Wartości takie jak okazywanie szacunku innym, ustępowanie miejsca starszym, kultura wyrażania się (zwłaszcza w miejscach publicznych) to już relikty przeszłości. Do tego młodzi ludzie nie mają elementarnej wiedzy o literaturze pięknej czy nawet o klasycznym kinie, dlatego też bardziej współczesne dzieła zupełnie inaczej interpretują niż my. Tak samo jest z wartościami estetycznymi – studenci mają problemy z dostrzeganiem tego, co my nazywamy pięknem, bo ukształtowani są na zupełnie innej estetyce” („Rzeczpospolita”, 30 września 2012 r.) Profesor Nalaskowski taki z tego wyciąga wniosek, że „Masowa edukacja degeneruje”, a redakcja gazety z tego wniosku robi tytuł wywiadu.
Albo biedny profesor Jan Hartman, filozof, w blogowym tekście subtelnie zatytułowanym „Gaudeamus idiotes” tak oto biada nad swoim losem akademickiego wykładowcy: „Niechby Zeus Gromowładny przywalił kiedyś w ten cały gimnazjon! Tylko me oczy, wciąż jeszcze bystre, szukają instynktownie, na końcu sali, gdzie chowają się skuleni, w poszukiwaniu resztek prywatności, nieliczni studenci, tej jednej twarzy, na której odmaluje się ślad zainteresowania lub choćby zrozumienia. Jeśli zda się nam, że coś pełga na obliczu efeba, ogarnia nas katharsis. Wokół tej uszczęśliwiającej wizji Inteligentnej Twarzy osnuwamy wielki mit Dobrej Grupy i Sensu Naszej Pracy Mimo Wszystko. Do czasu, aż nadejdzie dzień egzaminu. U kresu bolesnego semestru złudzenia rzucają swe sztandary przed naszym biurkiem. Czwórka za każdy z nich, piątka – za jedno sensowne słowo. Dotkliwie oszukani i zawiedzeni po raz trzydziesty trzeci, szukać będziemy pocieszenia w krótkich wakacjach i w tym cudownym narastaniu wiosny, leczącym traumę drugiego semestru”.
Dziś już także z rządowych sfer docierają głosy, że powszechne kształcenie na poziomie studiów wyższych to mrzonka, że lepiej być dobrym spawaczem niż politologiem bez umiejętności i bez pracy, że młodzi ludzie przesiadując pięć lat na uczelniach, odwlekają tylko trudne wejście w dorosłość.
Uczyć dla uniwersytetu
Tymczasem z tych samych uniwersyteckich kręgów, z których słyszymy o konieczności elitarności wyższego kształcenia, słychać głosy, że szkoła nie przygotowuje do studiów. Cały system edukacji powszechnej –od podstawówki do liceum – zorganizowany jest według akademickiego podziału na dziedziny wiedzy, jest też, a według profesorów powinien być jeszcze bardziej, nastawiony na kształcenie dla potrzeb szkolnictwa wyższego. Oczywiście także z powodu masowości edukacji cały ten system nie działa tak jak powinien, ale czy ktokolwiek zastanowił się, czy on w ogóle ma prawo działać i co by było, gdyby wreszcie zadziałał?
Uczymy wszystkie dzieci i całą młodzież dla uniwersytetu, wpajając im nie tyle konkretną wiedzę czy pożądane umiejętności (bo to jest naprawdę trudne), co miraż społecznego awansu pod warunkiem pokonania kolejnych szczebli edukacji, zdobycia kolejnych stopni edukacji i dyplomów. To, że absolwenci polskich szkół nie umieją niczego, że jakoś po drodze wyparowuje większość tej gigantycznej masy wiedzy, którą w ciągu dwunastu lat obowiązkowej edukacji próbuje im się wciskać, jest dla dumnych nosicieli zegarków z dewizką i straumatyzowanych wrażliwców powodem do refleksji, że świat schodzi na psy, że jest coraz gorzej, że biednym członkom elit źle jest po prostu, kiedy muszą obcować z tępą masą. Ale dlaczego nie spotykamy się z taką refleksją, że jeśli przytłaczająca większość absolwentów naszego systemu edukacji niczego kompletnie nie umie, to znaczy, że coś złego dzieje się nie z tymi absolwentami, ale z systemem? Że to nieprawda, że młodzi ludzie nie chcą się uczyć?
Przecież oni się uczą, przynajmniej na początku swojej szkolnej przygody ruszają z kopyta, chcą być w porządku, wierzą, że skoro nauczyciele każą im jakąś wiedzę przyswajać i ćwiczyć, to musi być w tym jakiś sens, to tak trzeba. Później, kiedy już mija im dziecinne przekonanie, że trzeba być w porządku, chociażby z nudów przeglądają podręczniki i robią notatki. Zaliczają kolejne kartkówki i klasówki, zdają egzaminy semestralne, roczne, podstawówkowe, gimnazjalne i maturalne, często zarywając noce i rezygnując z naprawdę miłych rzeczy, które mogliby robić w tym czasie. Oni uczą się tak, jak umieją.
Nauka na skróty
A na czym ta nauka polega? Dostają oto materiał do opanowania. Z matematyki, fizyki, chemii, historii, języka własnego i obcych, z filozofii nawet. Materiał ten zawiera wiedzę, do jakiej doszli jacyś mądrzy profesorowie, pokolenia mądrych profesorów, przesiadujących latami w laboratoriach, bibliotekach i archiwach. Inni mądrzy profesorowie tę wiedzę zebrali, opisali możliwie prostym językiem, zaopatrzyli w poglądowe ilustracje i materiały multimedialne i umieścili w kolorowych podręcznikach. Jeszcze inni opracowali metodykę jeszcze prostszego opowiadania tego, co ci poprzedni już uprościli, aby przyswoić to mógł nawet niezbyt zdolny uczeń. Już bez przesiadywania w laboratoriach, bez tych wszystkich doświadczeń, nieudanych i udanych eksperymentów, bez miesięcy i lat spędzonych w bibliotece. I bez tego, z czego tak dumni bywają ci staroświeccy panowie profesorowie, nie znoszący studentów żujących gumę, a co nazywa się intelektualną tradycją, inteligenckim pochodzeniem, kapitałem kulturowym. Bez rozległego salonu ze ścianami zastawionymi regałami pełnymi książek, bez regularnych wizyt w filharmonii albo w teatrze, bez pradziadka przedwojennego absolwenta podchorążówki i bez babci czytającej Prousta w oryginale.
Młody człowiek, bez wątpliwości i pytań, ma się rzetelnie i systematycznie wszystkiego wyuczyć, po to, żeby później mógł podjąć naukę na uniwersytecie i żeby panu profesorowi noszącemu zegarek z dewizką było łatwo i miło z nim pracować i do wiedzy już nabytej dodawać kolejną. Ci, którzy z jakichś powodów na uniwersytet się nie dostaną, niech idą do diabła. Przecież tak ma być: wszystkich szkolić na studentów profesora Hartmana, ale odsiać tylko wybitnych, resztę pogonić, żeby wrażliwiec nie musiał się traumatyzować ich oglądaniem. Pozostali niech zapomną o przyzwoitej pracy i jako takim poziomie życia, a przede wszystkim niech zapomną o dobrym samopoczuciu i szacunku innych, do końca życia pozostaną nieukami i nierobami, wykonującymi hańbiące prace, którymi nauczyciele straszą leniwych uczniów.
Nasi uczniowie uczą się więc, nabywają wiedzę i kolekcjonują kolejne certyfikaty, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę tylko naśladują uczenie się i nabywanie wiedzy. Że ta bardzo mądra wiedza, z której oczywiście nic nie rozumieją, przefiltrowana przez ich umysły nabiera cech groteskowych. Że to, co robią, to podglądanie z daleka pięknego szlachcica w kontuszu przez chłopa-troglodytę, który nie wyobraża sobie innego sposobu na okazanie innym odrobiny własnej godności niż upodobnienie się do tego, któremu trzeba czapkować. Że szyją sobie z samodziału kierezyje, która im bardziej ma być szlachecka, tym bardziej jest chamska, im bardziej obhaftowana od góry do dołu kolorowym kordonkiem, tym właśnie mniej będzie kontuszem z jedwabnym podbiciem i tym bardziej będzie wzbudzała pogardliwe uśmieszki, a może i wzdychania, że świat schodzi na psy.
Kto stworzył ten system?
Od czasu do czasu w prasie pojawiają się odkrywcze stwierdzenia, że „dziś studiują nawet dresiarze”. Oczywiście że studiują, dlaczego nie mieliby studiować, skoro przez cały czas obowiązkowej edukacji celem i punktem odniesienia dla ich wysiłków było dostanie się na studia, a potem ukończenie studiów wyższych i związany z tym awans do społecznej elity. A że dresiarz-krakus w kierezyji marki adidas nie rozumie, że ani społeczeństwo, ani gospodarka nie potrzebują takiej elity? Że elity już istniejące nigdy nie uznają go za swojego, a jego wiedzę – zdobywaną często kosztem ogromnych wyrzeczeń własnych i całej rodziny – odrzucą i wyśmieją? Że tyle wart jego dyplom, co pawie piórka u rogatej czapki? A dlaczego ma to rozumieć, skoro wciąż mu do tej pory powtarzano, że temu właśnie służy jego szkolny wysiłek: studiowaniu, a w konsekwencji przejściu z klasy podrzędnej do wyższej. W szkole na pewno taki dresiarz nie słyszał nigdy, że awansu można dostąpić w jakikolwiek inny sposób. Nie rozumie, że dyplom akademicki zdobywa się pracą i wysiłkiem umysłowym, a nie po prostu odsiadując godziny i kując tępo notatki przepisane od kolegów. A tym bardziej nie wymuszając na wykładowcach zaliczenie przedmiotu. A dlaczego ma to rozumieć, skoro przez wszystkie lata szkolnej nauki uczył się na skróty, gotowej wiedzy, której ani genezy, ani celu nigdy nikt mu nie próbował tłumaczyć?
O tym wszystkim powinni wiedzieć raczej ci, którzy teraz się z groteskowych piórek u czapki podśmiewają, a jednocześnie narzekają, że muszą mieć do czynienia z taką masą w śmiesznych kapotach i powypychanych słomą butach na odwyrtkę. Koryfeusze naszej nauki powinni chyba wiedzieć, że takiego elitarnego systemu kształcenia, z jakim mamy do czynienia, nie da się umasowić, bo nie może istnieć masowa elita. Że jeśli chcemy (a powinniśmy) podnosić poziom edukacji mas, to nie możemy edukacji podporządkowywać uniwersytetowi. Że energia, jaką masy poświęcają na edukację, marnuje się, wyparowuje, że anihiluje. Gigantyczna energia milionów młodych ludzi zgonionych do szkół i ich rodziców wypruwających sobie żyły, aby ich dzieci swoją szkolną naukę mogły zakończyć w jedyny sensowny (jak to się im od małego wciska) sposób. O tym powinni wiedzieć ci, którzy są najlepiej wykształceni, których zawodem i społeczną misją jest przewidywanie i planowanie takich sytuacji. Którzy – co więcej – sami uważają, że to nikt inny, ale oni powinni tworzyć system edukacji, a własny wizerunek stawiać za punkt dojścia wszelkich edukacyjnych wysiłków.
A jak do tej pory wykorzystano dążenie mas do edukacji, te aspiracje krakusów do zadawania szyku szlacheckim kontuszem? Otóż szlachta te aspiracje, owszem, zauważyła i rozpoznała doskonale. I sama zaczęła sprzedawać chamom kierezyje, śmiech budzące, jaskrawe i pokraczne podróbki kontuszów, świetnie na nich zresztą zarabiając. Czy szlachta nie naraziła się tym pospolitym handlem na infamię? Ależ skąd, w końcu to nie żaden poniżający handel, żaden interes, który wymagałby przemyślności i twórczości, inwestycji, ponoszenia ryzyka i wytwarzania czegokolwiek. To odwieczny szlachecki sposób bogacenia się, taki jak kiedyś na żyznych polach Ukrainy czy w nieprzebytych puszczach Litwy: przejęcie bogactwa i jego rabunkowa eksploatacja aż do wyczerpania zasobów albo zapadnięcia się koniunktury. Tym razem zasobem do złupienia okazały się masy Polaków aspirujących do lepszego życia, którym bardzo poważni profesorowie obiecywali, że wyrastające jak grzyby po deszczu pod auspicjami tychże profesorów Wyższe Szkoły Różnych Różności dadzą edukację na najwyższym poziomie i – w domyśle – drogę do awansu, do lepszego życia. To właśnie chciwość, nieodpowiedzialność i pogarda dla aspirującej masy pozwalała na otwieranie kolejnych kierunków marketingu, kulturoznawstwa, socjologii czy pedagogiki, których dyplomami legitymują się dziś młodzi bezrobotni aplikujący o jakiekolwiek stanowisko niewykwalifikowanego pracownika. A chodziło przecież nie o jakiekolwiek kształcenie, lecz o transfer środków od aspirującej masy do uczonych sprzedawców marzeń. Teraz złoża tej kopalni pieniędzy są na wyczerpaniu, więc narzeka się na ich jakość.
Godność bez wstążeczek
Niestety, polscy akademicy zupełnie nie mają pomysłu na edukację. Nie rozumieją po prostu, że uczenie to komunikacja i że aby komunikacji stało się zadość, musi istnieć kod wspólny dla nadawcy i odbiorcy. Casus profesora Hartmana, który na wykładach po prostu mówi swoje i po swojemu, a potem narzeka, że słuchacze go nie rozumieją, jest tutaj bardzo dobrą ilustracją ogólnej tendencji. Tendencji, w której komunikacja jest jednokierunkowa, a przemawiającego nie interesuje, jakim językiem mówią słuchacze, w jakim procesie ten język nabyli, dlaczego próby wpajania im tego języka, który przemawiający uważa za najlepiej nadający się do opisu ważnych problemów, skończyły się fiaskiem. A to właśnie od akademików społeczeństwo mogłoby oczekiwać opracowania takich sposobów komunikacji, które okażą się skuteczne nie tyle w replikacji kolejnych akademików, co w dostarczaniu zwyczajnym członkom tego społeczeństwa wiedzy i umiejętności przydatnych w ich codziennych zmaganiach z rzeczywistością. Stworzenia takiej masowej edukacji, która nie degeneruje, lecz rozszerza horyzonty, nawet takie, które na początku były bardzo wąskie. Od akademików mogłoby także społeczeństwo oczekiwać tworzenia i propagowania idei społecznego awansu i poczucia dumy z własnej społecznej roli dostępnych także dla tych, którzy do profesorskiego zegarka z dewizką nie aspirują. Niech państwo z miasta dostrzegą i głośno przyznają doniosłość codziennego wysiłku krakusa, niech ten wysiłek przyzwoicie wynagrodzą, żeby biedak nie musiał obwieszać się wstążeczkami, kiedy chce się poczuć jak człowiek. Państwo profesorowie, macie jakiś pomysł?
przez Piotr Kuligowski | poniedziałek 29 października 2012 | opinie
„Z powodu medialnych kłamstw i oszczerstw przegrywamy wybory” – co i rusz huczą zwolennicy największej parlamentarnej partii opozycyjnej. Nacjonaliści stawiają sprawę dosadniej: „Jesteśmy tylko potulnymi patriotami, to »Wyborcza« robi z nas faszystów!”. Nieco zawilej rzecz rysuje się wśród części środowisk lewicowych. Tutaj antymedialne utyskiwania dotyczą raczej odwracania uwagi Kowalskiego od spraw rzeczywiście istotnych. „Mamy kryzys gospodarczy, biedę i rozwarstwienie społeczne, a media wciąż trąbią o Janie Pawle II i katastrofie smoleńskiej” – częstokroć lamentują publicyści i komentatorzy z lewej flanki. Wygląda więc na to, że jedynie obóz rządzący nie ma medialnego orzecha do zgryzienia.
Nie dziwota – liberalny pragmatyzm, owa „ideowość braku idei”, ściśle koreluje, a wręcz zawdzięcza swe istnienie wszelkim „dobrodziejstwom” społeczeństwa spektaklu. W momencie, gdy Demotywatory mają ponad 2 mln fanów na Facebooku, redaktorzy portali spoza głównego nurtu skaczą z radości, gdy liczba ta sięgnie 10 tys. (wartościowe sieciowe czasopisma rzadko jednak przekraczają barierę czterocyfrowej liczby kliknięć „Lubię to”). Jasne, że trudno wymagać od wspomnianego Kowalskiego, aby po wielu godzinach pracy miał ochotę na coś więcej niż rozrywka najniższego sortu. Póki więc w sklepie na rogu puszka Harnasia kosztuje 2,40 zł, a na Wrzucie czy Smogu można za darmo obejrzeć piersi Igi Wyrwał czy Doroty Rabczewskiej, póty Donald Tusk może spać spokojnie.
Z drugiej jednak strony pastwienie się nad Kowalskim i zarzucanie mu lenistwa intelektualnego byłoby czymś niewłaściwym – i to nawet nie dlatego, że społecznikowi/utopiście zwyczajnie nie wypada obrażać się na lud. Tenże lud – by poszerzyć pole widzenia z jednostki na ogół – po prostu wybiera to, co bardziej atrakcyjne, bliższe obiecanemu, kapitalistycznemu rajowi. Status pracownika fizycznego skłania dzisiaj raczej do kreowania się na „klasę średnią”, a nie do epatowania mityczną robotniczą dumą. Proletariusze nie łączą się, lecz za wszelką cenę próbują wejść o szczebel wyżej w drabinie społecznej, paląc jednocześnie za sobą mosty. Każdy, kto na przystanku autobusowym słyszał utyskiwania pasażerów na „nierobów żyjących z zasiłków”, wie, o czym mowa.
Tym samym zagadnienia społeczne, które w praktyce są dużej części owych pasażerów najbliższe, zepchnięte zostały do wąskiej niszy lewicowych intelektualistów. Pół biedy, jeśli są to postaci pokroju Małgorzaty Maciejewskiej. Ta doktorantka, niczym rosyjscy narodnicy, postanowiła „pójść w lud” – zatrudniła się w specjalnej strefie ekonomicznej pod Wrocławiem, a następnie pomogła pracownikom firmy Chung Hong w powołaniu związku zawodowego, walnie przyczyniając się do strajku tamtejszego prekariatu. Za to działanie zresztą dziennikarz „Gazety Wyborczej” określił ją mianem „kreta”.
Takich pozytywnych przykładów jest jednak niewiele. Zazwyczaj prospołeczny przekaz lewicy ginie w natłoku problematyki kulturowej, która oczywiście jest istotna, ale poprzez odwrócenie prymatu bazy ekonomicznej nad jej kulturowo-seksualno-płciowymi pochodnymi te ostatnie stają się w istocie tematem bądź to zastępczym, bądź wręcz odstręczającym. Lewicowe media, owszem, wielokrotnie częściej od tych wysokonakładowych donoszą o strajkach, walkach pracowniczych, blokadach eksmisji, nadużyciach służb mundurowych i szeregu innych istotnych kwestii. Jednocześnie jednak z lewostronnych portali wyciekają – często będące w przewadze – treści dotyczące dekonstrukcji roli kobiet w amerykańskich serialach, poliamorii, problemów transseksualistów czy wreszcie coraz bardziej jałowy i nudny antyklerykalizm.
Warto w tym miejscu unieść publicystyczną gardę: krytyka antyklerykalizmu nie jest bynajmniej pochwałą katolickiej bigoterii czy obskurantyzmu, lecz jedynie spostrzeżeniem, że antyreligijna furia w wykonaniu np. Ruchu Palikota niesie ze sobą przynajmniej dwa zagrożenia. Po pierwsze w miejscu rozbitej wspólnoty (nb. słowo to jest tytułem wielu gazetek parafialnych) religijnej często powstaje typowo liberalna pustynia, a nie – jak chcieliby tego lewicowi marzyciele – socjalistyczna wrażliwość. Oznacza to ni mniej ni więcej, że naiwna promocja ateizmu może w niektórych przypadkach oznaczać pójście w sukurs indywidualistycznemu, liberalnemu egoizmowi. Po drugie – i chyba jeszcze bardziej niebezpieczne – całokształt problematyki związanej z zagadnieniami czysto światopoglądowymi może zostać z powodzeniem przechwycony przez środowiska nastawione wobec wolnego rynku bynajmniej nie krytycznie. Znamienne, że jeden z koryfeuszy współczesnego libertarianizmu, Murray Rothbard, był zwolennikiem prawa do aborcji, a jeden z kandydatów na prezydenta USA – Gary Johnson – łączy w swym programie skrajny liberalizm w kwestiach podatkowych z aprobatą dla wszelkich swobód obyczajowych.
Obok tematyki poruszanej przez gros lewicowych mediów zastrzeżenia musi budzić także sposób prezentowania informacji. Trudno oczywiście wymagać nienaganności warsztatowej od prowadzonych zazwyczaj społecznie czasopism czy portali, skoro wpadki zdarzają się nawet medialnym gigantom i profesjonalistom. Jednak ciągłe opowiadanie o tym, że w Polsce setki tysięcy dzieci głodują, a kilkadziesiąt procent mieszkańców obszaru między Odrą i Bugiem żyje poniżej minimum socjalnego, może przekonać naprawdę nielicznych. Rzecz jasna III RP obfituje w haniebnie duże obszary biedy, ale taki sposób jej prezentacji czy krytyki niewiele wnosi do sprawy.
Nie należy jednak wyciągać stąd wniosku, że – jak stwierdziła czołowa salonowa antyfaszystka i feministka Kazimiera Szczuka – bieda jest passé. Z całą natomiast pewnością jest to temat trudny, wymagający i nierzadko odpychający. Chwalenie się zamożnością to wszak dowód życiowej operatywności, pracowitości i cnót wszelakich, a obśmiewanie nowobogackich – którego przykładem był choćby zabawny serial „Tygrysy Europy” – wciąż jest nieproporcjonalnie rzadkie w stosunku do lżenia ubogich, wykluczonych czy mniej zaradnych.
Taka – by pozostać przy zastosowanym przymiotniku – niezaradność lewicowych mediów w mówieniu o biedzie, rozwarstwieniu i wykluczeniu społecznym jest tym bardziej zaskakująca, że środowiska prospołeczne posiadają – wypracowane przez dziesiątki lat – język, terminologię i narzędzia analityczne do ukazywania tego wszystkiego, co ukryte za zasłoną kapitalistycznej rzeczywistości. Tymczasem już sama prezentacja badań społecznych często budzi zastrzeżenia i wystawia je na krytykę ze strony sympatyków opcji wolnorynkowej. Choć socjologia jest wśród prawicowców nierzadko uznawana za naukę z gruntu lewicową, to ta właśnie lewica niejednokrotnie ją dyskredytuje.
Przykładowo przy prezentacji szacunków niedożywienia wśród dzieci w Polsce wypadałoby przynajmniej zdefiniować, czym to niedożywienie jest – czy polega ono na tym, że siedmiolatek przyjmuje jedynie 50% zalecanej dla jego wieku porcji kalorii, czy też na tym, że z powodu tanich i niepełnowartościowych posiłków otrzymuje on o 10% za mało wapnia i żelaza, niezbędnych do prawidłowego rozwoju? Nieco podobnie rzecz ma się z krytyką stopy bezrobocia w Polsce: definicja samego zjawiska jest prezentowana zbyt rzadko, przez co często ustawia lewicowego publicystę na z gruntu spalonej pozycji. Łatwo bowiem – nie wiedząc, że bezrobocie to stan aktywnego poszukiwania pracy przy jednoczesnej niemożności jej znalezienia z powodu niewydolności systemu – uznać, że te setki tysięcy to albo nieroby, którym się zwyczajnie nie chce, albo też cwaniaki, pobierające zasiłki i pracujące w szarej strefie. Przykładów podobnych niedociągnięć czy niestaranności w przedstawianiu danych statystycznych jest dużo, dużo więcej.
Wypada także wspomnieć, że problemy społeczne są pożywką dla ekstremy. Trudno o wiarygodność i atrakcyjność lewicowej krytyki kapitalizmu, która – nawet jeśli nienaganna merytorycznie – jest jednocześnie narzędziem grup niedemokratycznych. Jeśli piętnowanie wysokiej stopy bezrobocia i zdjęcie osoby szukającej żywności czy puszek w śmietniku wylądują na stronie internetowej, która na swej winiecie ma fotografię Lenina czy innego czerwonego dyktatora, to w kraju tak silnie obciążonym komunistyczną przeszłością przynieść musi opłakane skutki dla budowania społecznej świadomości w temacie problemów natury ekonomicznej.
I choć wiele lewicowych mediów swą nieudolnością potęguje jedynie dominujący przekaz liberalny, nie brak przecież i pozytywnych przykładów w tej sferze. Niejeden niszowy serwis, zamiast standardowego utyskiwania na niski poziom debaty publicznej w Polsce, zainicjował ciekawą dyskusję na swych łamach, przyciągając do niej publicystów spoza salonu. Poza kreacją intymnego przekazu tekstowego w dobie „zmierzchu ery Gutenberga” docenić należy także wszelkie próby ujmowania zagadnień społecznych w ramy przekazu audiowizualnego. Szereg popularnych portali, których użytkownicy wymieniają się grafikami skłaniającymi do śmiechu lub namysłu, otwiera przecież olbrzymie pole działalności propagandowej dla opcji prospołecznej. Należy stwierdzić z satysfakcją, że w Internecie krąży już sporo ciekawych rysunków i zdjęć krytycznych wobec rynkowej rzeczywistości.
Przede wszystkim jednak godnymi dostrzeżenia i poparcia są wszelkie happeningi i akcje bezpośrednie. Lewicy co prawda rzadko udaje się zmobilizować duży tłum do manifestowania, ale jej przedstawicielom nie brak przecież ciekawych pomysłów, możliwych do zrealizowania stosunkowo niewielkim nakładem sił i środków. Poznański Marsz Żebraków, wymierzony w elitarystyczną politykę prezydenta Ryszarda Grobelnego, czy happeningowe omdlenie kilkunastu osób w warszawskiej strefie kibica podczas Euro 2012 przemawiają do wyobraźni dużo lepiej niż najbardziej rozbudowana i profesjonalna analiza.
Stara łacińska maksyma głosi, że kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym spadaniem. Dokładnie tak rzecz ma się z budzeniem świadomości społecznej. Własne media i własny język są oczywiście niezmiernie istotne, ale najistotniejsze jest pozostanie częścią zbiorowości. Piękny przykład dają tu poznańskie środowiska lokatorskie i anarchistyczne, które od kilku miesięcy aktywnie działa w obronie lokatorów kamienicy przy ul. Stolarskiej. Ludzie ci, prześladowani przez ekipę kamienicznika, przy wsparciu uczestników Federacji Anarchistycznej zdołali stworzyć przestrzeń inicjatyw społecznych, których uczestnicy pełnią zarazem straż obywatelską, patrząc na ręce właścicielom kamienic i policji oraz przechodząc automatycznie szkołę demokracji bezpośredniej. A że stawianie oporu wobec niesprawiedliwości to stara polska tradycja, to i powiewające tam biało-czerwone flagi w żaden sposób nie kolidują z hasłami środowiska anarchistycznego.
Piotr Kuligowski