Niewdzięczny poseł Godson

Niewdzięczny poseł Godson

Rzeka paskudnych słów wylała się przy okazji sejmowego głosowania w sprawie związków partnerskich. A że paskudne ciągnie do paskudnego, z obu czy może raczej ze wszystkich stron sporu długo jeszcze bić będą krynice ohydy. Okazuje się, że jednym z najgłośniej besztanych posłów głosujących za odrzuceniem projektów ustawy jest John Godson. Dlaczego akurat on, skoro ani najbardziej nie angażował się w antyzwiązkową czy antymniejszościową propagandę, ani – w porównaniu z wieloma swoimi stronnikami w tej akurat sprawie – szczególnie nienawistnych mów nie wygłaszał. Ani on sam, ani jego ugrupowanie nie próbowało uczynić z niego twarzy antymniejszościowej krucjaty. Taką twarz uczynili z niego zwolennicy emancypacji mniejszości. Dlaczego? Bo poseł Godson jest Murzynem.

Wpływowy portal gazeta.pl opublikował list otwarty do parlamentarzysty, zatytułowany „Gdzie się podziała pańska empatia, pośle Godson”, od oburzonej czytelniczki, która na Godsona głosowała „z przekonaniem, a wręcz z radością”, a teraz srodze się na nim zawiodła. „Cieszyłam się – pisze czytelniczka – na myśl, że dzięki Pana obecności w polskim parlamencie zrobi się bardziej różnorodnie, że zyskamy nową i świeżą perspektywę. Czytając wywiady z Panem, byłam poruszona przypadkami nienawiści i pogardy, które w naszym kraju dotykały Pana i Pańską rodzinę. Sądziłam, że to doświadczenie bycia dyskryminowaną mniejszością musiało wywrzeć na Pana wpływ, że nauczyło Pana empatii”.

Czytelniczka przed wyborami nie zadała sobie jednak trudu, aby kandydata zapytać o jego poglądy w istotnej dla niej sprawie. Poglądy, których pastor Godson nigdy zresztą nie ukrywał. Dla wyborczyni było po prostu jasne, że Murzyn (osoba czarnoskóra, Afrykańczyk, Afropolak – nie wiem, jakich określeń autorka listu na swój użytek używa, bo zręcznie ich unika), jako członek uciskanej mniejszości, ma wobec innych uciskanych jakiś dług wdzięczności. Ma tudzież dług wdzięczności wobec pani wyborczyni, kierującej się w swoich wyborach intencjami tak szlachetnymi, że w głowie się jej nie mieści, iż ktokolwiek przyzwoity może mieć inne. Głosowanie na Murzyna prześladowanego za swój kolor skóry (innych powodów, dla których głosowała akurat na Godsona, czytelniczka nie podaje) to przecież akt wielkiej szlachetności, dowód liberalnych poglądów, braku uprzedzeń i w ogóle dobrego charakteru, ludzkich uczuć i empatii.

Cóż, autorce listu nie przyszło na myśl, że poseł Godson jest istotą nieco bardziej skomplikowaną i złożoną także z innych elementów niż czarna skóra i różne związane z nią wyobrażenia. Że jest dorosłym człowiekiem, który dokonuje samodzielnych wyborów życiowych i światopoglądowych. Wyborów, które mogą się czytelniczce wydać wstrętne, głupie, naiwne czy prostackie i dlatego warto je poznać, zanim odda się na tegoż człowieka swój głos. Popieranie kogoś wyłącznie ze względu na jego przynależność do mniejszości jest objawem protekcjonalności i lekceważenia – podobnie jak niegłosowanie na kogoś ze względu na jego przynależność do mniejszości.

Nie chcę już przywoływać popularnego w internecie obrazka, również niby apelującego do empatii posła Godsona, a tak jawnie rasistowskiego i prostackiego, że niewartego analiz. Jednak z takich tekstów i dołączonych do nich dziesiątków komentarzy wynika, że nasze wyobrażenia o emancypacji i asymilacji mniejszości bardzo często zakładają jakąś warunkowość. Dopuszczamy Murzyna do życia publicznego, ba, nawet afirmujemy go, oddając na niego głos niejako na kredyt, ale w zamian spodziewamy się, że afirmowany na każdym kroku będzie okazywał swoją wdzięczność i oczekiwaną postawę. Ale jeśli Murzyn zacznie głosić homofobiczne poglądy, to sądzony i karcony będzie nie z paragrafu „homofob”, lecz z paragrafu „Murzyn”.

Sprawa ma, jak sądzę, szerszy zasięg i bardzo często dotyczy wszelkich osób i grup aspirujących do emancypacji tudzież do dopuszczenia do tzw. głównego nurtu. Duża część naszych postępowych elit – i utożsamiającej się z nimi publiczności – z jednej strony jakoś czuje, że jej elitarność jest społecznie niesprawiedliwa i że działanie na rzecz emancypacji tak czy inaczej wykluczonych jest etycznym obowiązkiem. Z drugiej strony jednak ma poczucie, że dopuszczając emancypowanych do swojego kręgu, postępuje szczególnie przyzwoicie, więc czyni im dużą uprzejmość, za którą należy się od nich wdzięczność wyrażana oczekiwanymi zachowaniami. W naszym kraju szczególnie mocno zakorzenione jest przekonanie, że emancypacja polega na dźwiganiu przez szlachetne elity nieszlachetnego ludu na własny poziom. Że emancypuje się nie ktoś, ale kogoś. I poczucie bycia elitą, która tych nędzniejszych dźwiga na wyższy poziom, bycia oświecicielem nieoświeconych, jest bardzo istotną częścią tożsamości naszych wyższych sfer oraz mas, którzy choćby drobnego poczucia elitarności potrzebują. Postępowe elity bardzo kochają lud. Tak bardzo, że nie mogą się bez niego obejść. Z jednej strony więc dla ludu zrobią wszystko, z drugiej zaś przypilnują, żeby lud pozostał ludem.

I tak jak wierzący chrześcijanie chętnie będą widzieć wśród siebie nierządnice i złodziei, pod warunkiem, że ci w całości i bez powrotu przyjmą nową wiarę wraz z jej moralnymi i politycznymi implikacjami, a apostołom wdzięczni będą za skierowanie ich na dobrą drogę, tak postępowe elity dopuszczą do siebie, a nawet będą szczególnie hołubić aspirantów, pod warunkiem, że ci także przyjmą w całości ich wiarę i system wartości. No i z zastrzeżeniem, iż będą pamiętali, że są jednak ludem, który winien jest swoim dobrodziejom wdzięczność. Bo dobrodzieje lubią się czuć dobrodziejami i nie po to tyle łask ludowi świadczą, żeby ich tej drobnej satysfakcji pozbawiać.

Kto winien wczorajszych klęsk, kto budował lepsze jutro?

Kto winien wczorajszych klęsk, kto budował lepsze jutro?

150 lat temu wybuchło Powstanie Styczniowe, kolejna nieudana polska próba obalenia rządów zaborcy i zbudowania swojego państwa na nowo. Walki trwały rok i już wkrótce potem ostatecznie zniesiono pańszczyznę. Cały świat patrzył w tamtym czasie na zupełnie inną walkę, której skutkiem było formalne uznanie podmiotowości ludzkiego istnienia. Była to walka Stanów Zjednoczonych o nowoczesny model gospodarczy, w tym o celną taryfę protekcyjną, pod której sztandarami prezydent Lincoln wygrał wyborczą konkurencję ze zbuntowanymi latyfundystami z południa. Ci ostatni nie chcieli zrozumieć istoty rozwoju społeczno-gospodarczego, kurczowo trzymając się metody nieludzkiego wyzysku, jako źródła swego bogactwa, i zbrojnie sprzeciwiając północnym koncepcjom.

Tymczasem polskie powstanie już po roku wygasało. Powstańcy, od początku będąc bez szans, nie zdołali opanować na dłużej żadnego ważniejszego miasta. Bilans militarny był jedynie zapowiedzią katastrofy politycznej. Reduty polskości w strukturze instytucjonalnej kraju zostały utracone, Polska została skazana na rusycyzację i niebyt. W roku 1864 kwestia istnienia polskiej organizacji państwowej, wyrażającej w zbiorowym wysiłku impuls rozwojowy narodu, leżała już ostatecznie poza naszą kontrolą. Wielki trend twórczy końca XIX wieku nie przesłoni faktu, iż także pod względem gospodarczym nawet dość szybko rozwijające się ziemie polskie były peryferiami, co widoczne jest chociażby przy badaniu wpływu zagranicznego kapitału (niemieckiego, belgijskiego, angielskiego) na rozwój przemysłu i handlu w tamtym okresie.

Odzyskanie niepodległości w roku 1918 było więc swego rodzaju „cudem”. Co prawda geopolityczne przesilenia, które stworzyły to wykorzystane przez naszych przodków „okienko możliwości”, nie były przypadkowe, jednak to nie my o nich współdecydowaliśmy i znajdowały się one poza naszą kontrolą.

Dzieje upadku

Rozważania na temat „kto winien” klęsk Powstania Styczniowego lub Powstania Warszawskiego są niestety rozważaniami o czasach wyjątkowo niekorzystnego klimatu geopolitycznego, gdy pole manewru politycznego było jednocześnie polem minowym. Warto jednak zadać to pytanie w odniesieniu do czasów I Rzeczypospolitej (1572-1795), której przywódcy mieli w ręku niepodległe i w miarę przyzwoicie prosperujące państwo, lecz je stracili. Ten straszny, wstydliwy fakt jest nieco łagodzony przez wspomnienia ostatniej części tego okresu, kiedy to za niedolę dzielonego kraju można było winić trzy państwa rozbiorowe: Rosję, Prusy i Austrię. Spojrzenie jednak na ostatnie dwa, trzy wieki przed ostatecznym rozbiorem prowadzi do znacznie smutniejszych konkluzji. Państwo polskie padło przede wszystkim ofiarą rażącej krótkowzroczności swojej elity. W czasie gdy wiele krajów tworzyło przemysł, modernizowało się, zarzucało nieetyczne i przestarzałe praktyki feudalizmu, czyniące gospodarkę nieefektywną, a większość ludzi ubogimi – w Polsce panowało późne średniowiecze. W swoich „Przestrogach dla Polski” Stanisław Staszic napisał: „Polska dopiero w wieku XV, cała Europa wiek XVIII kończy”.

Zacofana struktura gospodarcza wynikała, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, z oligarchicznej struktury społeczno-politycznej. Zgodnie z oligarchicznym impulsem (choć już niekoniecznie interesem) kraj powoli ogarniała stagnacja mobilności społecznej; coraz mniejsza liczba ludzi cieszyła się współwładztwem nad coraz nędzniej wyglądającym „postawem sukna”.

Te procesy trwały wieki przed ostateczną utratą niepodległości, a zaczęły się jeszcze przed tym, gdy powstanie na przełomie XVI i XVII wieku słabiutkiego państwa Brandenburgia-Prusy zasiało ziarno śmiertelnego konfliktu geopolitycznego. Nie da się ich wyjaśnić, stawiając na pierwszym planie kwestie narodowościowe, jak to jest czasami infantylnie czynione w celu tłumaczenia intencji niektórych krajowych postaci historii nowoczesnej i najnowszej. Mimo że intencje sąsiadów Polski, co oczywiste, nie zawsze nam sprzyjały, a korupcja i sabotaż również miały miejsce. Niestety, najkrócej rzecz ujmując, w ostatnich trzech wiekach istnienia państwa polskiego zawiodły setki osób odpowiadających za jego kształt.

Rzeczpospolita upadła ze względu na śmiertelny, degenerujący się układ stosunków społeczno-gospodarczych w kraju. Było oczywiście wielu ludzi o szerokich horyzontach, niektórzy (jak A. Frycz Modrzewski) uzyskiwali nawet niewielki wpływ na myślenie klasy politycznej, to wszystko jednak nie wystarczyło. Upadek kraju postępował nieuchronnie aż do czasu rozbiorów, zaś do odzyskania niepodległości potrzebny był (w pewnym sensie) „cud”.

Nauka na własnych błędach

Ten „cud” sprawił, że mimo fatalnych geostrategicznych pozycji Polski dwudziestego wieku od blisko stulecia nieprzerwanie istnieje idea własnego państwa, wyrażającego rozwojowe ambicje naszej kultury językowej. Lata zależności od ZSRR również nie przekreśliły tej naturalnej potrzeby doskonalenia spraw społecznych, nauki, kultury, sfery dóbr publicznych. Gdy w 1990 r. rozpoczęła się na dobre transformacja gospodarcza, była ona okazją do w miarę samodzielnego kształtowania nowego porządku w oparciu o sprawdzone wzorce, takie jak niemiecka społeczna gospodarka rynkowa.

Swoboda manewru nie była jednak aż tak duża, zważywszy na panujący neoliberalny Konsensus Waszyngtoński i zależność od kredytodawców z okresu PRL. Szybko dały się we znaki presja inflacyjna, niski poziom kapitału Polaków podczas prywatyzacji, patologie związane z „pierwotną akumulacją kapitału” („Pierwszy milion trzeba ukraść”) i mało konkurencyjną (w porównaniu do np. Czech) strukturą gospodarki, powodującą szybki wzrost bezrobocia. Wspomniane ograniczenia w połączeniu z doktrynerską wiarą w możliwość „szokowej” zmiany gospodarki i społeczeństwa pociągnęły za sobą niepożądane konsekwencje społeczne (bezrobocie, rozwarstwienie) i gospodarcze (utrata niektórych gałęzi przemysłu, np. elektroniki).

Czynnikiem najbardziej istotnym dla dobrobytu Polaków jest struktura gospodarcza kraju. Niestety wydatki „na gospodarkę” były znacznie niższe niż we wspomnianych Czechach. Szczególnie jednak dotkliwy jest rozziew, gdy chodzi o wydatki na naukę, badania i rozwój. Szokująco niski poziom tych wydatków jest główną blokadą w przezwyciężaniu strukturalnego zapóźnienia naszego kraju.

Warto także pamiętać o niezwykle ważnej roli polityki pieniężnej, a zatem wpływającej na cenę kredytowania gospodarki. Czas transmisji decyzji Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych to ok. 4-6 kwartałów. Fatalne decyzje Rady w 2000 roku przerodziły się w latach 2001-2002 w stagnację gospodarczą.

Co zrobić?

Dziś, w obliczu ryzyka kolejnego zastoju w gospodarce, potrzebne są działania z zakresu polityki pieniężnej, fiskalnej i strukturalnej, skutkujące trwałą poprawą warunków rozwojowych.

Pierwszym elementem powinny być prowzrostowe działania w zakresie polityki pieniężnej. W obliczu niskiej inflacji i zaufania inwestorów (których nie trzeba kusić nadmiernie wysokim procentem) potrzebne są większe cięcia stóp procentowych. Powolna i zbyt ostrożna polityka Rady w zeszłym roku sprawiła, iż koszt pieniądza i kurs polskiej złotówki nie działają pobudzająco na gospodarkę. Stopniowe cięcia w kierunku stopy referencyjnej na poziomie 3% procent wysłałyby pozytywny sygnał do mających nagromadzone niemałe środki pieniężne polskich przedsiębiorców, iż nadchodzi czas na podejmowanie nowych inwestycji, oraz zapewniłoby wzrost w roku 2014. Jednocześnie lekkie poluzowanie rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego dla banków pozwoliłoby na śmielszą akcję kredytową po niższym koszcie pożyczania pieniądza.

Kolejnym filarem powinna być polityka wzrostu wydatków budżetowych, niezbędna przy gasnącym popycie krajowym. Deficyt państwa znacząco zmalał od roku 2009, zbliżając się do restrykcyjnych kryteriów z Maastricht (3%). Jednocześnie niestety narzucona sobie przez rząd reguła wydatkowa nie pozwala przekraczać poziomu 55% długu publicznego do PKB, co zmusza ministra finansów do księgowej ekwilibrystyki. Reguła wydatkowa powinna zostać zniesiona, szczególnie że w porównaniu z wieloma krajami Unii polski poziom jest co najwyżej średni, w żadnym razie nie zagrażający stabilności, czego dowodzi rosnące zaufanie inwestorów do polskich obligacji.

Klimat do odważnej akcji wydatkowej i akcentowania wagi wzrostu gospodarczego jest znacznie lepszy niż w 2011 roku. Dziś agencje ratingowe, budzące dawniej strach, nie są już traktowane poważnie, zaś polityka cięć budżetowych spotyka się z coraz śmielszą krytyką.

Przyznanie się przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy do błędu w sprawie greckich cięć budżetowych jest niezwykle ważne z dwóch powodów. Po pierwsze oznacza ono uznanie, że – szczególnie w czasach kryzysu – wydatki państwa przynoszą znacznie więcej pożytku niż szkody; tzw. mnożnik jest większy niż jeden, co oznacza, iż każda złotówka wydana z budżetu przydaje w PKB kraju więcej niż jeden złoty. Po drugie do błędu przyznaje się organizacja, której działania zostawiły po sobie łzy na wszystkich kontynentach, ostatnio także w Europie. MFW była wspornikiem neoliberalnego Konsensusu Waszyngtońskiego. Chociaż ostatnia publikacja może być częściowo tłumaczona jako chęć wstrząśnięcia opinią publiczną i decydentami przez głównego ekonomistę MFW Oliviera Blancharda, nie zaś jako zmiana kursu samego Funduszu, to i tak efekt jest dość poważny i jeszcze wzmacnia trend wyraźniejszego akcentowania wagi wzrostu gospodarczego.

Tym samym osłabienie pędu do cięcia wydatków jest mniej ryzykowne oraz bardziej potrzebne także w polskim przypadku. Nawet prezes NBP przyznał w tym temacie w grudniu: „Skoro nie musimy się ścigać [w cięciach], to się nie ścigajmy. A nie musimy”. Niezwykle istotne będzie w tym kontekście również zachowanie odpowiedniego poziomu wydatków samorządów.

Ostatnim elementem planu naprawy jest użycie inwestycyjnego defibrylatora nakierowanego na strukturalne zmiany gospodarki. Jeden z jego elementów stanowi spółka Polskie Inwestycje Rozwojowe, która pierwszych inwestycji zamierza dokonywać w drugiej połowie roku, co może znacząco pomóc koniunkturze. Konieczny jest sprawny wybór projektów inwestycyjnych, spełniających warunki pracochłonności podczas procesu inwestycyjnego (dla odciążenia wysokiego bezrobocia) oraz przede wszystkim dających wysokie stopy zwrotu, choćby pośrednio (np. inwestycje w sieci przesyłowe i bloki energetyczne). Ważne będzie również wsparcie przedsiębiorstw tanim kredytem wytwórczym przez BGK.

Poprawa innowacyjności polskiej gospodarki powinna się odbywać nie tylko przez planowany fundusz Innowacje Polskie, lecz również za pomocą wykorzystania szansy na wielomiliardowy „motor inwestycyjny” dzięki starannej pracy przy przetargach dotyczących budowy tzw. tarczy jagiellońskiej (obrona powietrzna przeciwlotnicza i przeciwrakietowa). Polska myśl techniczna jest w stanie podołać dużej części tego wyzwania, co oznaczałoby wielki wzrost wysoko zaawansowanego przemysłu technicznego i precyzyjnego, a także rozwój ośrodków naukowo-badawczych, również na rzecz produkcji cywilnej.

Jednocześnie konieczne jest planowanie strategiczne, na wzór dawnego Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, zdolne przewidywać zagrożenia, szanse i uboczne konsekwencje podejmowania różnych działań. Takie programowanie wizyjne jest konieczne w coraz bardziej skomplikowanym świecie, szczególnie w dobie gospodarki opartej na wiedzy. Planowanie strategiczne pozwoliłoby na bardziej harmonijny i dalekosiężny proces inwestycyjny i premiowanie rozwiązań dających najlepsze efekty w długim okresie.

Spoglądajmy zatem po nauki w przeszłość, ale pamiętajmy o dziś i o jutrze, aby w przyszłości nikt nie myślał o nas tego, co my mamy prawo myśleć o elitach I Rzeczypospolitej.

Izrael – Żyd wśród narodów świata

Izrael – Żyd wśród narodów świata

„Gdyby na Ziemię przylecieli dzisiaj Marsjanie, obejrzeli programy informacyjne, przeczytali nasze gazety czy przyjrzeli się pracy ONZ, bez wątpienia byliby przekonani, że największym problemem ludzkości jest kraj wielkości stanu New Jersey” – dziwi się Dennis Prager, wykładowca uniwersytetu Stanforda oraz znany amerykański komentator polityczny.

O jaki kraj mu chodzi, wszyscy wiemy. Prager ma na myśli oczywiście Izrael. Gdzie leży maleńkie żydowskie państewko – wie prawie każdy europejski student. Izrael jest stałym „gościem” niemal wszystkich mediów na świecie. Regularnie pojawia się w raportach organizacji pozarządowych. Jest popularnym tematem protestów i akcji bojkotu. W takich krajach jak Francja sama nazwa Izrael jest w lewicowych środowiskach przyjmowana z irytacją.

Wszechobecny Izrael

Jednak gdybyśmy mogli oderwać się od codziennego szumu informacyjnego, zostawić nasze zasklepione, zunifikowane poglądy polityczne i choć na chwilę z dystansem spojrzeli na geopolityczną mapę globu, to okazałoby się, że zalew informacji na temat Izraela nie licuje z wagą problemu, jaki przedstawia on w skali światowej.

Weźmy na przykład kwestie praw człowieka. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy na temat izraelsko-palestyńskiego łamańca, zgodzić się należy, że kierujące się racjonalnym myśleniem media winny w pierwszej kolejności zajmować się regionami, w których prawa człowieka łamane są na największą skalę.

Podkreślmy: nie oznacza to, że redakcje nie powinny kłopotać się Izraelem. Wręcz przeciwnie. Jednak skoro opisując np. światowy kryzys, w pierwszej kolejności omawiają wydarzenia na giełdach najistotniejszych z perspektywy tegoż (Nowy Jork, Tokio czy Londyn), to czemu, zajmując się prawami człowieka, miałoby być inaczej? Najświętszą regułą doboru informacji jest przecież jej ważkość, a nie ideologiczny kontekst czy prywatne odczucia dziennikarzy.

Jednak gdy spojrzymy na ramówki serwisów informacyjnych, zobaczymy, że o ile w przypadku ekonomii jako tako obowiązują reguły dziennikarskiej grawitacji, o tyle zanikają one w materii praw człowieka i stosunków międzynarodowych. Tutaj jednym z medialnych beniaminków jest państwo żydowskie.

„Żaden naród w historii świata, włączając reżimy autorytarne czy totalitarne, nigdy nie był tak nieustępliwie, niesprawiedliwie i nieobiektywnie krytykowany i potępiany przez społeczność międzynarodową jak Izrael” – uważa znany amerykański jurysta oraz profesor uniwersytetu Harvarda, Alan Dershowitz.

Medialna rzeczywistość

Arytmetyka, fakty czy obiektywizm w ogóle w sprawie Izraela w mediach mają się nie najlepiej.

Mimo że w ciągu ostatniej dekady w konflikcie izraelsko-palestyńskim zginęło nie więcej niż pięć tysięcy osób (przytaczam tutaj nieweryfikowane statystyki strony palestyńskiej), jego medialna obecność przewyższa choćby konflikt w Darfurze, który pochłonął ponad 300 tys. ludzkich istnień. Na stronie Causes.com, będącej jednym z najpopularniejszych serwisów zrzeszających aktywistów z całego świata, znajdziemy ponad 5 tys. akcji związanych z konfliktem izraelsko-palestyńskim oraz 500 dotyczących Kurdów, czyli największego (25 mln osób) narodu bezpaństwowego.

„Ta obsesja na punkcie jedynej na Bliskim Wschodzie maleńkiej demokracji jest absolutnie irracjonalna” – kwituje Prager.

Winny jest jeden

Jeszcze gorzej sprawa ma się na arenie międzynarodowej. Nawet pobieżna analiza prac ONZ dobitnie pokazuje podwójne standardy, jakimi kieruje się ta organizacja. Rekordzistką jest Komisja Praw Człowieka (KPC) ONZ, która przez niektórych dyplomatów nazywana jest maszynką do oskarżania Izraela.

Od czasu założenia jej w 1946 roku KPC spędziła więcej czasu debatując w sprawie państwa żydowskiego niż na temat jakiegokolwiek innego kraju.

Podczas gdy w okresie od 2006 do 2010 roku delegaci KPC uchwalili 20 rezolucji potępiających państwo żydowskie, Koreę Północną skarcili raz. W 2012 r. ONZ było wyjątkowo zapracowane – Izrael zdołało ukarać 19 razy. Niestety na zbrodniczy reżim syryjski – którego to działalność w tym czasie pochłonęła życie co najmniej 40 tys. osób – najwyraźniej nie starczyło czasu, gdyż pod jego adresem dyplomaci wystosowali tylko jedną rezolucję.

W 2002 roku Lawrence Summers, ówczesny prezydent uniwersytetu Harvarda, wygłosił znane przemówienie dotyczące zjawiska narastającego antysemityzmu w środowiskach akademickich. Działalność ONZ ocenił wtedy jako „zjadliwą”.

„Sponsorowana przez Organizację Narodów Zjednoczonych Światowa Konferencja Przeciwko Rasizmowi[z 2001 roku]– podczas gdy zupełnie pominęła kwestie łamania praw człowieka w Chinach, Rwandzie lub jakimkolwiek kraju arabskim – wydarzenia w Izraelu kwitowała terminami »czystka etniczna« czy »zbrodnia przeciwko ludzkości«” – tłumaczył.

Dziwny bojkot

W ciągu ostatnich kilkunastu lat obserwuje się drastyczny wzrost inicjatyw nawołujących do bojkotu Izraela. I tym razem podwójne standardy organizatorów tego typu projektów/idei widać jak na dłoni.

W tej sprawie wielokrotnie wypowiadał się m.in. Summers. Kilka lat temu na spotkaniu w Memorial Church na uniwersytecie Harvarda podkreślał, że podczas gdy „setki europejskich pracowników akademickich apelują o zaprzestanie wspierania izraelskich naukowców, uniwersytetów i placówek badawczych, nie obserwujemy tego typu ruchów pod adresem jakiegokolwiek innego kraju”.

Ta sytuacja – gdy ponownie postaramy się o obiektywizm – razi. Przypomnijmy jedynie, że Izrael od lat zajmuje miejsca w ścisłej czołówce rankingów oceniających poziom demokracji czy edukacji akademickiej. W tegorocznym prestiżowym Democracy Ranking nie tylko zdeklasował wszystkie państwa arabskie, ale – zajmując 21. pozycję – wyprzedził również takie kraje jak Polska (nr 30) czy Włochy (nr 29).

Izraelski Sąd Najwyższy od lat jest uznawany za jeden z kilku najlepszych tego typu organów nadzorczych świata. Raji Sourani, założyciel oraz dyrektor Palestinian Center for Human Rights in Gaza, znany ze swoich niezwykle ostrych opinii na temat państwa żydowskiego, podkreśla, że jest „ciągle zaskakiwany wysokimi standardami izraelskiego systemu sprawiedliwości”.

Nie zmienia to jednak faktu, że dla wielu środowisk akademickich to Izrael – a nie Arabia Saudyjska (kobiety oficjalnie obywatelem drugiej kategorii), Kolumbia (masowe zabójstwa obrońców praw człowieka) czy Erytrea (ostatnie miejsce na Ziemi w rankingu wolności prasy organizacji Reporterzy Bez Granic) – jest jedynym celem zmasowanych akcji nawołujących do bojkotu.

LGBT zniesmaczone Tel Awiwem

Kolejną grupą, która w sposób zastanawiający koncentruje się na krytyce Izraela, zdaje się być część środowisk mniejszości seksualnych (LGBT). Kiedy w 2011 r. Tel Awiw otrzymał przyznawany przez organizacje turystyczne tytuł „Gejowskiej stolicy świata”, w kręgach LGBT pojawiły się jednak głosy oburzenia. Kraj przedstawiano jako nagminnego łamacza praw osób o odmiennej orientacji seksualnej, całkowicie pomijając przy tym rzeczywistość.

Podkreślmy, że państwo żydowskie jest i było jednym z prekursorów równouprawnienia środowisk LGBT. Już w 1963 r. izraelska prokuratura krajowa ogłosiła, że nie będzie prowadziła żadnych spraw wymierzonych w prawa homoseksualistów. W 1994 r. zalegalizowano konkubinaty tej samej płci. W 2008 r. Sąd Najwyższy umożliwił małżeństwom homoseksualnym adopcję dzieci. Ponadto Izrael ma najwyższy na świecie poziom poparcia dla małżeństw jednopłciowych.

– „Izrael jest dzisiaj jednym z nielicznych krajów na świecie, który gwarantuje gejom i lesbijkom równe prawa w niemal wszystkich dziedzinach życia” – konstatują autorzy „Completely Queer: The Gay and Lesbian Encyclopedia”.

Te fakty zdają się nie mieć jednak żadnego wpływu na działaczy LGBT. Podczas niemal każdej większej europejskiej manifestacji możemy zobaczyć grupy aktywistów maszerujących pod hasłami „Queers for Palestine”. To hasło winno wprawiać w konsternację osoby o jakiejkolwiek wiedzy na temat sytuacji osób LGBT na Bliskim Wschodzie.

Nie wdając się w drastyczne opisy tego, jak na terenach Autonomii Palestyńskiej władze, a często sąsiedzi, obchodzą się z osobami LGBT, powiedzmy jedynie, że w Izraelu obecnie ukrywają się tysiące tego typu palestyńskich uciekinierów. Uciekając przed szykanami, torturami czy chcąc bronić dobrego imienia rodziny, znajdują schronienie właśnie na terenie państwa żydowskiego.

W prawie każdej większej aglomeracji zlewają się oni z lokalnym bujnym środowiskiem LGBT i tworzą własny emigracyjny mikrokosmos. Jedną z takich półoficjalnych komun widziałem niedawno w Hajfie, trzecim co do wielkości mieście Izraela. Na Rehov Galgal, jednej z tamtejszych uliczek przyportowych, jak grzyby po deszczu wyrastają kawiarnie, bary i restauracje „LGBT Friendly”.

Histeryczna historia

Kolejnym zastanawiającym podwójnym standardem, zarezerwowanym jedynie dla konfliktu żydowsko-palestyńskiego, jest rola historii w narracji mediów czy naukowców. Dominujący dyskurs jest po prostu ahistoryczny.

Podczas gdy Izrael prezentowany jest jako regionalny agresor, konkwistador, który przybył do brzegów Palestyny nagle i z jasnym planem podporządkowania sobie tamtejszej ludności „tubylczej”, Palestyńczycy są przedstawiani wyłącznie jako niewinny, pragnący pokoju naród.

W tym scenariuszu sporo jest jednak nieścisłości. Po pierwsze stawiając znak równości między przybywającymi do Palestyny syjonistami (ten zwrot, nawiasem mówiąc, wśród warszawskiej lewicy zaczyna być używany jako dyskredytujący epitet) a konkwistadorami Cortesa, wyrządzamy tym pierwszym ogromną niesprawiedliwość.

Hiszpańscy wojacy obracając w ruinę azteckie imperium oraz eksterminując tamtejszą ludność, byli zwyczajnymi najeźdźcami. Reprezentowali europejskie imperium, którego jedynym interesem w Ameryce Południowej było znalezienie wszystkiego, co przedstawia większą wartość. Następnie upakowanie tego na statki i przewiezienie do ojczyzny.

Wstrętni syjoniści

Ruch syjonistyczny nie miał na celu działań łupieżczych. Był atrakcyjny głównie dla prześladowanej w Europie od setek lat żydowskiej biedoty, która w Palestynie upatrywała szansy na lepszą przyszłość. Nadzieją na powrót do historycznej ojczyzny narodu wybranego.

Ta „historyczność” jest tutaj kluczowa. Gdy konkwistadorzy czy koloniści podbijali terytoria im obce, Żydzi przyjeżdżali do Palestyny, krainy, z którą kulturowo związani byli od tysiącleci. Co więcej, na miejscu spotykali nie tylko palestyńskich Arabów, ale także Żydów.

Na terenach dzisiejszego Izraela, w takich miastach jak Hebron czy choćby Jerozolima, przez wieki uchowały się przecież społeczności żydowskie. Jedyny okres, w którym dyskryminowani i regularnie przepędzani jerozolimscy Żydzi opuścili całkowicie swe „święte miasto”, to momenty na krótko po zburzeniu Drugiej Świątyni przez Rzymian oraz w trakcie krucjat.

Kierunek Palestyna

Izraelscy Żydzi w lewicowej narracji pojawili się w Palestynie właściwie w jednym momencie. Przybyli do brzegów nagle, doskonale znając sytuację tamtejszej ludności arabskiej. Następnie przemocą odbili „żyzne” terytoria od rdzennych mieszkańców i ustanowili państwo żydowskie.

Ta wersja ignoruje fakt, że okresowa żydowska imigracja do Izraela trwała od zawsze. Ruch syjonistyczny zapoczątkował sukcesywnie rosnące fale emigracyjne już w XIX wieku. Żydzi jadąc do Palestyny, wyruszali do jednego z najbiedniejszych i najmniej rozwiniętych zakątków Bliskiego Wschodu. Populacja na tym terenie od wieków była niewielka oraz bardzo chwiejna. Starozakonni nie jechali do „złotonośnego raju”, jak Hiszpanie, czy do żyznych prerii, jak osadnicy przybyli do Ameryki Północnej.

Jechali do kamienistych wzgórz Galilei i pustynnych terenów Negewu. Nie wybrali tego miejsca ot tak sobie, bo im było wygodnie.

Palestyna – wybór czy konieczność?

Traktująca o powstaniu Izraela lewicowa narracja wyprana jest także z tego, co nazywam ludzką perspektywą. Pozbawiona jest przyczynowo-skutkowej logiki historycznej. Pamiętać należy, że Żydzi – w odróżnieniu od europejskich najeźdźców – najczęściej opuszczali swoje domostwa nie dla czegoś, ale przed czymś. Uciekali przed biedą, dyskryminacją, pogromami. Jechali do Palestyny, bo musieli. Jechali, bo nie chciała ich Europa, bo nie wpuszczały ich Stany Zjednoczone, bo nie mieli się gdzie podziać.

Europa jednak nie chce o tym pamiętać. Nigdy nie przyjęła do wiadomości swojej odpowiedzialności za powstanie Izraela. A przecież ostatecznym impulsem konstytuującym projekt państwa żydowskiego były dogasające piece krematoryjne Auschwitz czy Mauthausen. To – do dziś nurtująca antropologów, socjologów i historyków – wroga postawa wielu Europejczyków wobec żydowskich sąsiadów dobitnie pokazała prawdziwe oblicze antysemityzmu. Antysemityzmu, pod którego podwaliny przez setki lat z wytrwałością godną lepszej sprawy kładli katoliccy, protestanccy i prawosławni duchowni.

Dziś czy wczoraj?

Mówiąc o żydowskich osadnikach, ocenia się ich z perspektywy ahistorycznej także dlatego, że wielokrotnie decyzje o przybyciu do Palestyny analizujemy z dzisiejszego punktu widzenia. Intelektualne elity patrzą na syjonistów nie z perspektywy powojennych obozów dla europejskich uchodźców, lecz zza przedzielonej murem bezpieczeństwa Wschodniej Jerozolimy AD 2012.

Ta postawa, często wyrastająca ze słusznych przesłanek, ma niestety niewiele wspólnego z faktami historycznymi. Jest szkodliwym i nieuprawnionym skrótem myślowym, w którym brakuje najprostszych faktów.

Choćby tego, że przedwojenni i powojenni imigranci, jadąc do Palestyny, nigdy nie słyszeli o Palestyńczykach. Historycznym faktem jest przecież, że to jeden z kilku najmłodszych narodów świata.

Warto nadmienić, że do 1967 r. liderzy palestyńscy nie domagali się własnego państwa, ale chcieli być zaanektowani przez sąsiednie kraje arabskie. To wraz z rosnącą liczbą Żydów wprost proporcjonalnie rosła palestyńska świadomość narodowa.

Te fakty oczywiście nie muszą zmienić naszych obecnych poglądów na wydarzenia w regionie. Niemniej bez nich ocena ruchu syjonistycznego jest tyleż błędna, co kłamliwa. Brak tego typu argumentów historycznych w medialnych debatach na temat syjonizmu pokazuje jedynie uprzedzenie, z jakim traktuje się Izrael.

Krótka pamięć

Lewicowa ahistoryczność najskrajniej przejawia się jednak w kwestii samego konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Tutaj też na pozór wszystko wydaje się proste. Żydzi w 1948 r. pozbawili Palestyńczyków kraju. Wygrali szereg wojen ze wspierającymi naród palestyński państwami ościennymi, po czym rozłożyli leżaki na telawiwskiej plaży.

Zapomina się całkowicie o tym, że od proklamowania Izraela jego obywatele stoczyli serię wojen z sąsiadami, których stawką było przetrwanie. Dla Żydów wojna o niepodległość z 1948 roku, wojna sześciodniowa z 1967 roku czy wojna Jom Kippur z 1973 roku – wszystkie były walką o utrzymanie państwa żydowskiego. Ze strony arabskiej były nieudaną próbą ludobójczą oraz zwykłą agresją terytorialną.

Zaznaczmy, że podczas gdy we wszystkich tych starciach armia Izraela swoje działania toczyła przeciwko wojskom nieprzyjaciela, to armie arabskie przeprowadzały akcje wymierzone także przeciw ludności cywilnej. Kiedy jawnym hasłem wojsk Egiptu, Libanu, Syrii, Iraku czy Jordanu było „wyrzucenie” wszystkich Żydów z regionu Lewantu, celem Izraelczyków była obrona kraju.

Wybiórcza retoryka

Nie chcąc dostrzec tych wszystkich faktów, lewica obarcza Izrael całą winą za obecną sytuację Palestyńczyków.

Zapomina przy tym, że historia palestyńskiej walki o niepodległość to przede wszystkim historia zmarnowanych szans na niepodległość. Jak mawiał wybitny izraelski dyplomata Abba Eban: „Palestyńczycy nigdy nie zmarnowali okazji, by zmarnować okazję”.

Trudno temu przeczyć. Palestyńczycy od 1937 roku (komisja Peela) do dziś regularnie odrzucają wszelkie propozycje, które umożliwiłyby im uzyskanie własnej ojczyzny. Ostatnio zrobili tak w 2008 r., gdy otrzymali najhojniejszą od początku istnienia Izraela ofertę pokojową. Wedle jej autora, premiera Ehuda Olmerta, przejęliby kontrolę nad niemal całością terytorium Zachodniego Brzegu, całą Strefą Gazy oraz nad Wschodnią Jerozolimą.

I tym razem strona palestyńska odrzuciła propozycję. Wadą planu w oczach arabskiej ulicy oraz elit politycznych był fakt, że uprawomocniał on nie tylko Palestynę, ale i państwo żydowskie. Czyli „syjonistyczny czyrak”, który do dziś na dobre nie zadomowił się w arabskich rachunkach geopolitycznych.

Jednak na przekór faktom historycznym media w swoich analizach dotyczących konfliktu bliskowschodniego są zaskakująco jednostronne. Solidaryzując się ze słabszą stroną sporu, zupełnie nie dostrzegają, że Palestyńczycy od pół wieku tkwią w politycznej matni na własne życzenie.

Regularnie powtarzane sondaże od lat pokazują, że Arabowie nie chcą mieć Izraela za sąsiada. Dlatego właśnie nie prowadzili i nie prowadzą z nim prawdziwych negocjacji pokojowych. Grudniowy sondaż Arab World Research and Development z siedzibą w Ramallah po raz kolejny ujawnił radykalną wizję polityczną Palestyńczyków: spośród 1200 respondentów mieszkających w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu 87,7% poparło walkę zbrojną z Izraelem.

Intelektualne lumbago

Na szczęście ta sytuacja ma również swoje jasne strony. Lewica – coraz śmielsza w jednostronnych analizach, powierzchownych ocenach i płytkich obserwacjach – po prostu bawi. Gargantuiczne brednie gonią tutaj kłamstwa ścigane przez nieścisłości, którym po piętach depczą lapsusy i niedopatrzenia.

Jeden z moich znajomych był niedawno na spotkaniu z Ewą Jasiewicz, znaną polsko-brytyjską działaczką propalestyńską. Opowiadał, że sala z rosnącym zainteresowaniem słuchała rewelacji na temat trwającej na Zachodnim Brzegu „czystki etnicznej”, prowadzonej przez izraelskich „żołdaków”. Ochoczo przyklaskiwała porównaniom izraelskiego muru bezpieczeństwa, wymierzonego w palestyńskich terrorystów, do muru oddzielającego Żydów stłoczonych w getcie warszawskim.

W pewnym momencie atmosfera na sali jednak jakby oklapła. Stało się tak po tym, gdy Jasiewicz przekonywała, że 5 milionów Palestyńczyków mieszkających w sąsiadujących z Izraelem krajach arabskich ma prawo powrotu na tereny państwa żydowskiego. „Każdy człowiek powinien móc wrócić do miejsca, w którym mieszkali jego przodkowie” – podkreślała zaaferowana aktywistka.

Zanim zorientowała się, że tego typu propozycja wygłoszona w… Szczecinie, w którym miało miejsce spotkanie, nie jest najlepszym pomysłem, sprawa palestyńska utraciła kilku bezkrytycznie nastawionych zwolenników.

Lobbing zamiast debaty

Lobbing zamiast debaty

W lipcu 2003 r., zamiast grillować w ogródkach lub spędzać urlop w słonecznej Hiszpanii, ponad tysiąc Brytyjczyków wzięło udział w sześciu debatach o charakterze okrągłego stołu, poświęconych tematyce GMO (genetycznie modyfikowanych organizmów). Jednocześnie w ciągu jednego tygodnia zorganizowanych zostało sześćset lokalnych i regionalnych spotkań, które miały pozwolić mieszkańcom Wielkiej Brytanii wyrobić sobie opinię na temat dopuszczalności żywności GMO w ich kraju. Debaty i spotkania odbyły się w ramach kampanii GM Nation?, przeprowadzonej na zlecenie rządu brytyjskiego w latach 2002-2004 przez komisję ds. środowiska i biotechnologii rolniczej.

W czasie, gdy Brytyjczycy prowadzili publiczną, ogólnokrajową debatę na temat dopuszczalności importu i upraw GMO – inna sprawa, że rząd brytyjski wbrew jej wynikom opowiedział się „za” GMO – w Polsce dopiero rozpoczynała się dyskusja na ten temat. Związane to było z przegraną Unii Europejskiej przed trybunałem Światowej Organizacji Handlu w 2003 r., który nakazał jej znieść zakaz importu nasion GMO, oraz ze zbliżającym się wejściem Polski do Wspólnoty, co oznaczało objęcie nas europejskimi regulacjami dotyczącymi biotechnologii rolniczej.

Rozpoczęta przed dziesięcioma laty dyskusja szybko przybrała charakter wzajemnego okładania się argumentami przez przeciwników upraw genetycznie modyfikowanych, wywodzących się głównie z ruchów ekologicznych, oraz ich zwolenników, reprezentujących najczęściej przemysł biotechnologiczny. Tzw. zwykli ludzie szybko poczuli się zagubieni w tej dyskusji, pełnej przeczących sobie wzajemnie treści, których prawdziwości nie są w stanie rozstrzygnąć; tym bardziej, że spór o GMO szybko skoncentrował się wokół kwestii potencjalnej szkodliwości uprawy i konsumpcji produktów inżynierii genetycznej dla środowiska naturalnego oraz zdrowia ludzi.

W tych dysputach w naturalny sposób najwięcej do powiedzenia mają naukowcy, szafujący wynikami badań i argumentami, których prawdziwości i rzetelności przeciętny Kowalski nie jest w stanie ocenić. Sytuację pogarsza fakt, że utytułowani naukowcy i eksperci z jednostek naukowych występują w tej debacie zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. Nie można zdać się więc na „autorytet uczonych”, jak chciałoby wielu dziennikarzy, przedstawiających spór o GMO jako walkę organizacji ekologicznych z naukowcami.

O ile można zrozumieć, że w czasie, gdy rządy krajów „starej Unii” organizowały ogólnokrajowe debaty, mające na celu wypracowanie stanowiska względem GMO, u nas dyskusja dopiero się zaczynała i miała dość żywiołowy charakter, to zastanawia fakt, że po dziesięciu latach wciąż mamy do czynienia z tą samą sytuacją. W międzyczasie kilkakrotnie zmieniane było prawo dotyczące organizmów genetycznie modyfikowanych, a w Polsce wciąż brakuje rzetelnej, wyczerpującej debaty. Nic nie wskazuje na to, by ostatnie zmiany w polskim prawie, zwieńczone rozporządzeniami zakazującymi uprawy genetycznie modyfikowanej kukurydzy i ziemniaka, miały zakończyć spór (o czym świadczyć mogą chociażby różnice zdań w ocenie tych regulacji w środowisku przeciwników GMO). Przeprowadzenie wspomnianej debaty pozwoliłoby nie tylko na obniżenie temperatury sporu, dopuszczenie do głosu innych zainteresowanych niż tylko ekolodzy i biotechnolodzy, ale przede wszystkim na poddanie pod dyskusję kwestii do tej pory w dysputach nieobecnych.

Wspomniana wcześniej koncentracja na kwestii szkodliwości GMO dla zdrowia i środowiska skutkuje pomijaniem społecznych i ekonomicznych skutków wprowadzenia biotechnologii rolniczej do Polski. A wydaje się, że jest to jedna z podstawowych kwestii, które powinny być przedmiotem debaty, gdyż związana jest bezpośrednio z przyszłym modelem i kierunkami rozwoju polskiego rolnictwa oraz kształtem struktury agrarnej wsi.

Najbardziej prawdopodobną hipotezą tłumaczącą brak takiej debaty wydaje mi się być ta, która wskazuje na użyteczność takiej sytuacji dla lobby biotechnologicznego. Zgodnie ze starą zasadą, iż „w mętnej wodzie łatwiej ryby łowić”, sprowadzenie całego sporu w oczach opinii publicznej do kłótni ekologów z biotechnologami skutkuje postulatami, by decyzje w tej sferze pozostawić ekspertom. A więc: naukowcom, czyli… samym biotechnologom. Zakłada się przy tym naiwnie, że „niezależni i obiektywni” eksperci powiedzą nam, „jak jest naprawdę”. Nie dostrzega się, że wielu z tych ekspertów jest uwikłanych w sytuację konfliktu interesów; nie tylko z racji tego, że w naturalny sposób zależy im na rozwoju własnej dyscypliny, ale również ze względu na powiązania z korporacjami biotechnologicznymi.

Biotechnologia należy do najbardziej sprywatyzowanych dziedzin nauki. Badania z zakresu inżynierii genetycznej są bardzo drogie w realizacji i bez wsparcia ze strony firm i dużych koncernów w praktyce nie mogą być realizowane. Już w 1984 r. finansowanie rozwoju biotechnologii stanowiło 42% wszystkich wydatków amerykańskiego przemysłu na rozwój nauki. Badacze nauki, tacy jak Lily E. Kay, szacują, że przynajmniej 80% biologów molekularnych w Stanach Zjednoczonych posiada udziały w firmach biotechnologicznych. W efekcie trudno znaleźć naukowców, którzy nie mieliby powiązań z tym sektorem. To oczywiście nie przeszkadza im występować jako bezstronne autorytety w mediach i komisjach sejmowych lub rządowych, lobbując jednocześnie za GMO.

Wystarczy spojrzeć na przykład prof. Tomasza Twardowskiego, uznawanego przez media za jeden z największych autorytetów w dziedzinie organizmów modyfikowanych genetycznie. Ten zasłużony profesor z Instytutu Chemii Bioorganicznej Polskiej Akademii Nauk jest jednocześnie założycielem i wieloletnim prezesem Polskiej Federacji Biotechnologii, zrzeszającej m.in. polskie przedstawicielstwa największych światowych koncernów biotechnologicznych. Powstaje pytanie, czyje interesy reprezentował on przewodnicząc w latach 2006-2008 Komisji ds. GMO przy Ministerstwie Środowiska? Na marginesie warto zaznaczyć, że na całym świecie wiele uniwersytetów oraz czasopism naukowych (głównie medycznych) wprowadziło wymóg składania oświadczeń o konfliktach interesów, które pozwalają na ocenienie stopnia bezstronności danego profesora. U nas niestety wciąż jest to temat tabu, a w komisjach i podkomisjach działa wielu utytułowanych ekspertów, wykonujących de facto działalność lobbingową.

Co to ma wspólnego z debatą publiczną? Otóż jej organizacja ma nie tylko charakter edukacyjny, jak chcieliby niektórzy dziennikarze, nawołujący do tego, by w formie kampanii informacyjnej eksperci „wytłumaczyli” Polakom, czym są GMO i „przekonali” ich do nieszkodliwości tej technologii. Debata oparta na modelu partycypacyjnym powinna umożliwiać realizację trzech celów. Pierwszym z nich jest włączenie innych zainteresowanych podmiotów w proces podejmowania decyzji, co w tym konkretnym przypadku umożliwiłoby uwzględnienie pomijanych do tej pory aspektów i konsekwencji uprawy GMO w Polsce, związanych z interesami, potrzebami i wartościami uczestników debaty. Po drugie, będące konsekwencją pierwszego, takie podejście powinno umożliwić wypracowanie lepszej jakościowo decyzji w porównaniu z sytuacją, gdy zapada ona bądź to w zaciszu gabinetów, bądź w atmosferze walki i przeciągania liny. Po trzecie wreszcie, jedno z podstawowych zadań partycypacji publicznej stanowi sprawowanie społecznej kontroli nad procesami decyzyjnymi: monitorowanie działalności grup interesów i prób wpływania przez nie na proces legislacyjny. Krótko mówiąc, debata publiczna oznacza dopuszczenie nowych podmiotów do procesu decyzyjnego, a w efekcie jego „rozszczelnienie”, wystawienie na światło dzienne i poddanie kontroli publicznej.

Czy można się zatem dziwić, że przez dziesięć lat nie doczekaliśmy się otwartej, publicznej debaty na temat GMO?

 

Starość w „chłodku”

Starość w „chłodku”

Pamiętacie scenę z „Przedwiośnia”, kiedy terminujący u okolicznego ekonoma Cezary Baryka, po pobycie w leniwym i pełnym intryg dworku w Nawłoci, napotyka w Chłodku grupę starych, zabiedzonych ludzi, wegetujących i marznących w nieogrzanej szopie? To doświadczenie było – podobnie jak wcześniej konfrontacja ojcowskiej wizji „szklanych domów” z obrazem biednej, przygranicznej wioski – kolejnym bolesnym przesileniem w dojrzewaniu społecznym głównego bohatera. Owe przedwiosenne „przesilenia” to szczególnie ważne momenty formacyjnej powieści. Niestety literacki obraz Chłodka wydaje się nie odbiegać od rzeczywistych obrazów również współczesnej Polski.

Podczas gdy jedni bawią się na warszawskich salonach czy w nobliwych kawiarniach, na marginesie polskich przemian żyje, a często wręcz wegetuje, wielu starszych, pozostawionych samych sobie ludzi. Znaleźli się oni poza sceną wielkich przemian, a ich problemy spychane są poza sferę tego, co widziane publicznie. Zimą części z nich – m.in. wskutek niewłaściwej bazy materialnej – grozi, dosłownie, wychłodzenie organizmu, nie mówiąc o niedoborze duchowego ciepła ze strony zewnętrznego otoczenia.

Samotne wyspy zimna

Zagrożenie zamarznięciem wśród ludzi starszych nie jest tylko polskim problemem. Jak szacuje brytyjska AGE UK, nawet 25 tysięcy seniorów w Wielkiej Brytanii może umrzeć tej zimy z powodu chłodu, co oznacza ryzyko 200 zgonów dziennie. Zgonów, którym przecież można zapobiec… Ponad 35% osób starszych w wielkiej Brytanii jest zaniepokojonych brakiem możliwości utrzymania odpowiedniej temperatury w swoich domach. Ponad połowa z nich za głównego towarzysza uważa telewizor, zwłaszcza zimą, gdy spora część seniorów nie jest w stanie samodzielnie wyjść z mieszkania. Taki siedzący tryb życia prowadzi do eskalacji różnych dolegliwości zdrowotnych – od zawału i udaru mózgu po depresję.

To dane i szacunki robione na Wyspach Brytyjskich, ale czyż w Polsce nie ma podobnych, a może nawet powszechniejszych zagrożeń? Problemy te występują również u nas, tyle że często się ich nie dostrzega, a gdy nawet otrzymujemy wiarygodne informacje na ten temat, bagatelizujemy wynikające z nich symptomy zagrożeń. Tegoroczny raport GUS „Jak się żyje osobom starszym w Polsce?” doczekał się krótkiej wzmianki w prasie. Miało to miejsce w tekście o tytule „Polski emeryt jest zadowolony z życia, żyje w dostatku” – mimo że z opracowania wynikało, że aż 27% emerytów jest zagrożonych którąś z postaci ubóstwa, miażdżąca większość nie uczestniczy niemal wcale w życiu społeczno-kulturalnym ani nie prowadzi zdrowej aktywności na zewnątrz, zaś dużą część czasu spędza przed telewizorem.

Raport poświęca niewiele uwagi sytuacji mieszkaniowej ludzi starszych, a ta – wbrew obiegowym opiniom i powierzchownie odczytywanym danym – nie jest wesoła. Rzeczywistość wielu osób starszych zamyka się w czterech ścianach własnych mieszkań – często zresztą niedostosowanych do potrzeb i możliwości tej grupy wiekowej. Zazwyczaj problem mieszkaniowy kojarzymy (częściowo zresztą słusznie) z trudną sytuacją ludzi młodych, nie mających odpowiednich kwot ani zdolności kredytowych. Jednak również w przypadku osób starszych sytuacja mieszkaniowa pozostawia wiele do życzenia – przy czym tu problemy są natury bardziej jakościowej niż ilościowej, związane z warunkami i kosztami życia niż z samym dostępem do mieszkań. Wiele osób starszych żyje bowiem samotnie, w mieszkaniach zbyt dużych względem własnych potrzeb i możliwości – zarówno finansowych (związanych z utrzymaniem i opłaceniem czynszu i rachunków), jak i fizycznych (związanych z prowadzeniem takiego gospodarstwa domowego). Ponoszone przez nich koszty stałe są bardzo duże i trudno im cokolwiek oszczędzić. Choć w gospodarstwach emeryckich relatywnie niewielki udział – w porównaniu z przeciętnymi gospodarstwami pracowniczymi – stanowi wyposażenie i użytkowanie mieszkań, to trzeba pamiętać, że osoby starsze po prostu często korzystają ze sprzętów, które są już bardzo przestarzałe i nienajlepszej jakości.

Ponadto mieszkania te są w większości przypadków niedostosowane do potrzeb osób o ograniczonej samodzielności (brakuje np. uchwytów, zlikwidowanych progów, przystosowanych urządzeń higienicznych etc.). Dla porównania np. w Szwecji w wielu gminach wprowadzono dostępne dla wszystkich osób w danym wieku (niezależnie od sytuacji rodzinnej, materialnej i zdrowotnej) usługi polegające na wkręcaniu żarówek, myciu okien czy zawieszaniu firanek, co pozwala starszym ludziom utrzymać jakość życia bez ryzyka upadku i kontuzji podczas tych czynności. Wszyscy też, nie tylko najubożsi, mogą wnioskować o dostosowanie mieszkań do potrzeb osób starszych. W Skandynawii projektowanie uniwersalne, a więc dostosowane do potrzeb wszystkich, realizuje się od dawna, jeszcze zanim koncepcja design for all została spopularyzowana w innych krajach europejskich. W Polsce istnieją możliwości dofinansowania przystosowania mieszkań, ale w praktyce okres oczekiwania bywa bardzo długi. A ludzie starsi często nie mają już tyle czasu…

Zasadniczym problemem seniorów w Polsce są jednak nie tyle mieszkania, co ich społeczne i infrastrukturalne otoczenie. Ludzie starsi często do późnych lat zostają we własnych lokalach, ale już niezupełnie we własnym środowisku. Część z nich rzadko wychodzi, bo nie ma jak (ze względu na niesamodzielność, brak asysty i strach przed upadkiem) lub nie ma gdzie (brak miejsc w pobliżu, gdzie nie czuliby się jak persona non grata). Zimą jest jeszcze ciężej, bowiem trudniej spędzać wolny czas choćby na ławeczce, poza tym śliska powierzchnia ulic przy zaburzeniach równowagi może skutkować upadkiem, który na stałe wyłączy ich z jakiegokolwiek życia. W domu często – ze względu na to, że żyją samotnie – nie ma się kto nimi zaopiekować. A nawet tam, gdzie dzielą mieszkanie z kimś innym, nie zawsze są otoczeni troską adekwatną do oczekiwań. Zdarza się, że także żyjąc z rodziną, osoba starsza cierpi na osamotnienie. Wobec tego szczególnie uzasadnione jest rozwijanie różnych kanałów integracji i partycypacji, z których osoby starsze mogłyby korzystać. Samotność staje się bardzo widocznym rysem polskiej starości.

Wsi spokojna, wsi wesoła?

Problem osamotnienia ludzi starszych kojarzymy głównie z miastem, ale czy słusznie? Okazuje się, że wbrew wygodnemu przeświadczeniu, według którego seniorzy mieszkający na wsi są otoczeni rodzinnym i sąsiedzkim ciepłem, właściwym bardziej tradycyjnym społecznościom wiejskim niż miejskim, realna sytuacja nie przedstawia się aż tak różowo. W raporcie „Z godnością w jesień życia” mit ów częściowo obala tekst Janiny Petelczyc, w którym autorka przywołuje odpowiednie statystyki. Okazuje się, że wiele osób starszych również na wsi żyje w gospodarstwach jednoosobowych. Zagrożenie samotnością jest związane z migracjami zarobkowymi młodego pokolenia. Wieś wyludnia się i starzeje. Ze względu na prowadzoną od lat i niestety wciąż kontynuowaną politykę likwidacji połączeń komunikacji zbiorowej między centrami rozwoju a peryferiami decyzje o szukaniu pracy poza miejscem zamieszkania, zazwyczaj w ośrodku miejskim, często wiążą się z przenosinami na stałe do tego miasta. Zamieszkujące wieś osoby sędziwe zostają wówczas bez szans na opiekę ze strony najbliższych. A oddalenie rodziny nie jest kompensowane dostępnością do różnych instytucji i usług zewnętrznych.

Co więcej, nawet tam, gdzie występuje potencjalna skłonność do zaopiekowania się sędziwym krewnym, państwo polskie nie okazuje się dość pomocne. Zgodnie z niedawno (7 grudnia) przyjętą przez Sejm nowelizacją ustawy o świadczeniach rodzinnych przedstawiciele gospodarstw rolniczych nie są uprawnieni do specjalnego zasiłku opiekuńczego (520 złotych), adresowanego w założeniach do osób, które nie podejmują zatrudnienia z tytułu oddania się opiece. Ograniczenia w możliwości zarobkowania, a także podwyższone koszty związane z opieką nie są wobec tego solidarnie rekompensowane gospodarstwom rolniczym ze środków publicznych.

Fatalnie wygląda też sytuacja mieszkaniowa, która znacznie ustępuje tej w mieście. Aż 25% gospodarstw wiejskich nie posiada samodzielnej łazienki i toalety (co dla osób starszych jest szczególnie krępujące), o łazienkach specjalnie dostosowanych do niepełnosprawnych nie wspominając. W mieście udział takich mieszkań wynosi „tylko” 5%. W dużej części mieszkań wiejskich seniorów brakuje instalacji wodociągowych i centralnego ogrzewania czy też gazu w sieci. Mieszkańcy owych domostw są zmuszeni do samodzielnego palenia w piecu lub przynoszenia wody ze studni, co dla osób w podeszłym wieku jest wielką uciążliwością, często ponad ich siły.

***

Wszystko to są wyzwania dla polityki zarówno lokalnej, jak i centralnej, wymagające synergii między działaniami podmiotów różnych szczebli. Jednak podniesienie dobrostanu najstarszych tylko częściowo może zostać dokonane przy pomocy twardej polityki. Stanowią one raczej pewne ramy, które trzeba wypełnić żywą treścią. A ta zależy od społeczności lokalnych, oddolnych inicjatyw i działań pojedynczych osób. Punktem wyjścia wydaje się zauważenie obecności (a także nieobecności) osób starszych w różnych kontekstach i – wspólnie z nimi – zaadresowanie ich potrzeb oraz wykorzystanie społecznego potencjału, który często się marnuje. Nie muszą to być wielkie sprawy. Wystarczy podejść do starszych, żyjących samotnie sąsiadów i zapytać, jak się czują, czy czegoś nie potrzebują, zaoferować pomoc w zakupach itp. W okresie zimowym takie – nie zawsze ujawnione i artykułowane – potrzeby ze strony seniorów mogą być szczególnie częste.

Takie pojedyncze gesty solidarności zawsze skracają dystans między ludźmi i oprócz tego, że są miłe same w sobie, mogą sprawić, iż w sytuacji kryzysowej osoba starsza będzie się mniej krygować przed samodzielnym zgłoszeniem się po pomoc.

Onegdaj zasłyszałem stwierdzenie, że miarą postępu społeczeństwa jest to, jak traktuje się osoby starsze. A można to rozszerzyć na wszystkie grupy nie mieszczące się w awangardzie przemian ani w enklawach dobrobytu i rozwoju, z pozoru nie pasujące do ich sformatowanego medialnie obrazu. Odmalowany w „Przedwiośniu” obraz Chłodka stanowi swoiste memento.

Niewdzięczny poseł Godson

Pupcia cioci

Gdyby ktoś organizował ranking najmniej prospołecznych kampanii społecznych, to zgłaszam – choć konkurencja mordercza – kandydaturę akcji już dobrze zadomowionej w przestrzeni publicznej: „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”.

Jej organizatorom pomysł wydaje się prosty i oczywisty. Ponieważ Polacy czytają zatrważająco mało (co potwierdzają kolejne badania czytelnictwa, a także wyniki sprzedaży naszego rynku wydawniczego), a przy tym istnieje negatywny stereotyp osoby czytającej jako nieatrakcyjnego nudziarza, należy działać na rzecz czytelnictwa poprzez przełamanie tego stereotypu. „Kochamy książki – czytamy na stronie internetowej akcji – miłością prawie że fizyczną. Chcemy zachęcać do odkrywania czytania na nowo – tym razem w kontekście nieco erotycznym. Aby ludzie widzieli się w intymnym towarzystwie książek. Żeby stawały się one elementem ich wizerunku. Nie ma nic bardziej sexy niż fajna osoba w fajnym łóżku z odpowiednią lekturą. Dlatego też chcemy pokazać książkę w nowej odsłonie – jako atrybut seksualny, decydujący o naszej atrakcyjności”.

Perfumy i naftalina

Ha! Czytanie jako atrybut seksualny! Czyli coś analogicznego do wydatnego biustu lub szerokiej szczęki, wiotkiej lub mocnej sylwetki, aksamitnego głosu, powłóczystego spojrzenia, a może kompletu złotych kart kredytowych, sportowego samochodu czy wysokiego stanowiska? Pomysł wydaje się nowatorski, a także – trzymając się jego własnej terminologii – bardzo sexy. Jednak gdy przyjrzymy mu się trochę bliżej, a może kiedy nieco uważniej go powąchamy, zauważymy, że spod zapachu zmysłowych perfum wyraźnie zalatuje naftaliną.

Bo przecież z takim wyobrażeniem, że czytanie jest przede wszystkim (tak jak jest to akcentowane w akcji) elementem zewnętrznego wizerunku osoby i że w konsekwencji przyczynia się do jej reprodukcyjnego czy też erotycznego sukcesu, mieliśmy do czynienia już z dawien dawna. Również, dużo silniejszy niż zachęcający, negatywny przekaz kampanii, czyli zawstydzanie nieczytających, sugerowanie im, że niechęć do książek wyklucza ich społecznie i towarzysko, a co za tym idzie, czyni nieatrakcyjnymi seksualnie, ma tylko pozory świeżości.

Ileż to starsi czytelnicy (lub nie-czytelnicy), którym dorastać przyszło w czasach pozbawionych dzisiejszej frywolności, nasłuchali się za młodu od szlachetnych nauczycieli, wychowawców rodzinnych i instytucjonalnych, autorytetów telewizyjnych i papierowych, a przede wszystkim od niepoliczonych zastępów przeróżnych cioć, że czytanie jest bardzo ważne. Że człowiek kulturalny tym się od niekulturalnego odróżnia, iż czyta książki. Że to wstyd nie znać takiej czy innej lektury, którą wszyscy cywilizowani ludzie przeczytali – to wstyd nie móc w towarzystwie porozmawiać o Joyce’ie, Marquezie, Herbercie, nie umieć dorzucić do konwersacji skrzydlatego słowa, cytaciku, ulubionego powiedzonka powieściowego bohatera. Człowiek nieczytający to prostak, zwyczajny cham, z którego prostactwo wyjdzie prędzej czy później – ostrzegała niejedna ciocia, zatroskana o Józia, który wstyd rodzinie przynosił, wyraźnie przedkładając prymitywne ganianie z kolegami nad rozkosze lektury. Dla większej zachęty groziła ciocia (albo pan nauczyciel) palcem, że przecież takiego i takiej, co książek nie czytają, żadna porządna dziewczyna lub żaden porządny chłopak nie zechcą.

Dzisiejsza ciocia zauważyła już, że grożenie palcem nie posiada mocy sprawczej. A ponieważ zauważyła także, iż w dzisiejszych czasach w wielu kwestiach moc sprawczą miewa machanie pupcią, sama postanowiła swoją pupcią zamachać. Niestety nie wzięła pod uwagę takiej okoliczności, że pupcia ta, pośród być może pewnych zalet, posiada ten zasadniczy mankament, iż jest ewidentnie pupcią cioci. Że trzęsie się ta pupcia wśród niezliczonych innych pupć, które pupciami cioci ewidentnie nie są, i że na tle tych pupć wygląda jak wygląda.

Wizerunek i śmieszne koty

Zachęcanie do czytania przez zawstydzanie nieczytania ma w naszym kraju klasowy charakter i jest zakorzenione mocno od czasów, w których inteligencji bardzo zależało na tym, aby się odróżniać od nieinteligenckich mas dążących do awansu społecznego. Żywe jest do dziś, zwłaszcza wśród – mówię, bom smutny i sam pełen winy – nauczycieli polonistów, bezradnych wobec niechęci podopiecznych do książek. Nauczyciele owi z jednej strony poczuwają się do obowiązku krzewienia czytelnictwa, z drugiej pozostawieni zostali z tym zadaniem samym sobie. Jest to jednak, jak się boleśnie poloniści przekonują, sposób nie tylko nieskuteczny, ale wręcz przeciwskuteczny. A to dlatego, że zawstydzanie jest orężem, którego ciosy zadziwiająco łatwo można sparować i odwrócić przeciwko zadającemu. Józio zawstydzany przez ciocię za brak kultury łatwo odpowie wyobrażeniem wszelkiej ciociowatości jako zawstydzającej, a własnego dobrego samopoczucia szukać będzie wśród kolegów nieczytających, ale ganiających i – o zgrozo! – mówiących brzydkie słowa. Nieczytający, zachęcany do czytania erotycznym szantażem, przez chwilę taksującym wzrokiem spojrzy na szantażystów, na książkowych celebrytów w zmysłowych pozach promujących akcję, a potem stwierdzi, że erotyczne walory czytania są stanowczo przereklamowane.

Zachęcanie do czytania przez odwoływanie się do wizerunku również jest nieskuteczne czy wręcz przeciwskuteczne, a przede wszystkim oznacza stawianie sprawy na głowie. Być może rzeczywiście istnieją osoby, które czytają książki, aby dzięki temu poprawić swój publiczny wizerunek, ale jeśli tak jest, to nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy wspierać ich w tym kampaniami społecznymi. I nie chodzi tylko o to, że taka motywacja jest nieszczera. Żyjemy w czasach, w których z jednej strony ludzie mają obsesję zewnętrznego wizerunku – tego, jak postrzegani są oni sami i ich społeczny status. Z drugiej strony jednak potrzeba kreowania takiego wizerunku wytworzyła całe mnóstwo mechanizmów, które (momentami dość iluzorycznie) pozwalają zbudować tenże wizerunek niejako na skróty. Mamy więc nie tylko wyspecjalizowane agencje i strategie marketingowe służące budowaniu prezencji osób publicznych, ale także mnóstwo czasami rozpaczliwych działań zwyczajnych ludzi, nękanych lękiem o to, jak są postrzegani.

Kampania społeczna „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!” odwołuje się do tego lęku i podsyca go, przez co – w maleńkim stopniu, wobec wielości podobnych bodźców – przyczynia się do budowania wśród obywateli atmosfery niesprzyjającej spokojnej lekturze i wyciąga z lamusa społeczny antagonizm między deklarującymi się jako miłośnicy czytania a tymi, którzy twierdzą, że nie jest im ono potrzebne. Ale przede wszystkim prowokuje do poszukiwania skrótowych remediów na ów lęk. Widocznym skutkiem kampanii jest rozmnożenie się zachwalających rozkosze czytelnictwa internetowych memów, łańcuszków, obrazków, filmików, złotych myśli, cytatów i statusów umieszczanych na profilach serwisów społecznościowych, rozsyłanych pocztą elektroniczną, wykorzystywanych jako awatary, osobiste motta, sygnały najpełniej komunikujące światu skomplikowaną i bogatą osobowość, a także społeczny status osób, które chcą być postrzegane jako czytające. Również facebookowy profil kampanii jest wymowny. Pełno tu takich memów, surrealistycznych obrazków z motywem książki, fotografii ciągnących się w nieskończoność bibliotecznych regałów, śmiesznych kotów zachęcających do czytania i kociaków prężących się na widok książki. Tylko że cały ten kicz będzie raczej zastępował czytanie, niż do niego zachęcał.

Ludzie dziś częściej komunikują się na portalach społecznościowych, niż spotykają, żeby pogadać, więc ze względów wizerunkowych bardziej opłaca się „polubić” fan club Franza Kafki lub Jonathana Littella tudzież pospamować ściany znajomych klimatyczną fotografią gigantycznego salonu pełnego książek, z dopiskiem „Ach, moje marzenie!”, niż tracić czas na lekturę, a tym bardziej wydawać pieniądze na książki. Jeśli czytanie to kwestia wizerunku, to o wiele prościej załatwić ten problem przy pomocy narzędzi wizerunkowych.

Dlaczego nie czytamy?

W żaden sposób nie chcę tu negować dobrych intencji organizatorów kampanii. Wiem jednak, że dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło, a akcja promująca czytelnictwo nie może się udać, jeśli dzisiejszy katastrofalny jego stan nie zostanie poprawnie rozpoznany. Kluczowe jest tutaj pytanie: „dlaczego Polacy nie czytają?”. Twórcy kampanii odpowiadają na to: „Polacy nie czytają, bo zły jest społeczny wizerunek czytającego jako aseksualnego nudziarza, który lekturą rekompensuje sobie brak sukcesów w realnym życiu. Jeśli zmienimy ten wizerunek, pokażemy, że czytelnik to ktoś atrakcyjny, a zawstydzimy jako aseksualnych i nudnych tych, którzy nie czytają, Polacy zaczną czytać”. Nic bardziej błędnego. Jest dokładnie na odwrót. Wizerunek czytającego jest u nas fatalny, bo Polacy nie czytają. Nie czytają i muszą sobie to jakoś uzasadnić. Jeśli Polacy zaczną czytać, wizerunek czytającego się poprawi.

Oczywiście odpowiedź na pytanie „dlaczego Polacy nie czytają?” jest złożona i niełatwa. Ale duże znaczenie ma tutaj wyuczona bezradność czytelnicza. Polacy od maleńkości uczą się w szkole, że czytanie literatury to czynność żmudna, trudna i bezcelowa, skoro niedająca ani satysfakcji, ani zauważalnych korzyści. Przyczynia się do tego prezentowana przez decydentów oświatowych właśnie taka tradycyjna, klasowa wizja czytania jako wyznacznika społecznego statusu, do którego każdy powinien aspirować. Dziecko od samego początku edukacji dostaje więc zadania czytelnicze niby wdrażające je w polski inteligencki kod kulturalny, ale zupełnie przekraczające jego możliwości. I w dodatku niemal od samego początku edukacji literackie lektury, pisane często językiem, którego mały czytelnik nie jest w stanie zrozumieć, są zadawane do domu, co oznacza, że dziecko w zmaganiach z nimi jest zdane albo samo na siebie, albo handicapuje się takie dzieci, które mogą liczyć na kompetentną pomoc inteligenckich rodziców lub profesjonalną obsługę korepetytorów. Czy możemy sobie wyobrazić ośmiolatka, który samodzielnie i z przyjemnością przeczyta poniższy fragmencik?

Widziało, jak Zosia
Z kluczykami chodzi,
Jak liźnie śmietany,
Choć się to nie godzi…

Widziało, jak Kuba
Pługiem w polu orze,
Jak wołki pogania,
Żeby było zboże…

Widziało pod lasem,
Jak się pasą krowy,
Jak tam pokrzykuje
Nasz ciołeczek płowy…

To fragment wiersza „Co słonko widziało?” Marii Konopnickiej, lektury w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Dziecko, które utknie na pługu, na ciołeczku płowym, które nie zauważy związku między poganianiem wołków (o ile będzie wiedziało, co to są wołki – czy ktoś z Państwa widział kiedyś na własne oczy wołka?) a tym, że jest zboże, w końcu całość przeczyta, ale odbierze ją jako bełkot. Później będzie już tylko trudniej, tym trudniej, że każdej kolejnej lekturze towarzyszyć będzie wspomnienie coraz większej liczby poprzednich, którym nie dało się rady. A nauczyciel, choćby najbardziej uczniom oddany, nie może nad tekstem się zatrzymać, wyjaśnić wszystkich miejsc niezrozumiałych, pokazać mieszczuchom na obrazku, jak wygląda pług, bo musi zrealizować program, odpowiednie tematy wpisać w kratki dziennika – rozliczany jest przecież ze sprawozdawczości, a nie z tego, że pomógł coś komuś zrozumieć.

A później dochodzi szajba egzaminacyjna i wpajanie uczniom przekonania, że zrozumienie literatury polega na ujęciu jej w gotowe formułki, zgrabne streszczenia, nie budzące wątpliwości problematyzacje oraz interpretacje zgodne z kluczem. Tymczasem wartość młodzieńczej lektury na tym właśnie polega, że jest chaotyczna, żywiołowa, pozostawia w głowie mętlik, a czasem pustkę, mnóstwo kłębiących się pytań, których nie da się uchwycić, a tym bardziej znaleźć dla nich odpowiedzi. Więc w gimnazjum, w liceum kolejny komunikat: trzeba się trzymać jak najdalej od książki, bo tego nikt nie zrozumie, a jeśli zrozumie, to źle. Bardzo wielu uczniów kończy więc szkołę z idiosynkrazją czytelniczą, której w dorosłym życiu nie ma ani chęci, ani potrzeby przełamywać. Ci ludzie nie będą czytać. Z całą pewnością nie dla przyjemności, nie z potrzeby serca. Jeśli tylko będą mogli, będą próbowali uniknąć czytania większych tekstów fachowych.

A przecież można…

A przecież możemy sobie wyobrazić szkołę, w której czytanie jest nie tyle przykrym obowiązkiem, lecz świetnym sposobem spędzania czasu. Również dla tych dzieci, które nie mogą liczyć na pomoc rodziców, a cały wolny czas spędzają przed komputerem lub telewizorem nastawionym na idiotyczne programy. Szkołę, w której do czytania książek wdraża się ludzi bez gwałtu i rzucania na zbyt głęboką wodę. W której czyta się książki wspólnie i dużo rozmawia o tym, co się przeczytało. Rozmawia się, dopóki są chęci i potrzeba, a nie dopóki nie skończy się przeznaczona na to godzina. W której uczniowie mogą od czasu do czasu sami zaproponować lekturę. Szkołę, która u wybitnych pisarzy zamawia utwory pisane językiem dostępnym dla swoich wychowanków i opowiadające o sprawach, które mogą ich zainteresować (tak! bywało tak i w Polsce przedwojennej, i w powojennej!). Szkołę prowadzoną przez państwo, które na tyle ufa w patriotyzm i potrzebę pogłębiania narodowej tożsamości swoich obywateli, że uwierzy, iż prędzej czy później sami sięgną po naszą najwybitniejszą literaturę, nawet jeśli się ich do tego administracyjnie nie przymusi. Możemy wyobrazić sobie państwo, które nie boi się wykształcić czytelników, których duch dąży kędy chce, a nie ścieżką wystandaryzowaną i wytyczoną przez egzamin. Możemy wyobrazić sobie państwo, które wspiera także czytelnicze aspiracje ludzi dorosłych, w których nagle, choć dotąd tłamszone, wybujały duchowe potrzeby.

Przecież, w końcu, możemy wyobrazić sobie społeczeństwo, w którym z równą radością czyta każdy to, co lubi, każdy w swoim tempie i po swojemu rozumiejąc – uniwersytecka profesorka i kierowca autobusu, lekarz i kasjerka z hipermarketu. Czyta, bo lubi, a nie dlatego, że chce kogoś wypędzić z łóżka czy z towarzystwa.