Bieg o puchar rotmistrza Witolda Pileckiego

Po 23 latach od porozumienia przy okrągłym stole wróciliśmy do podziału na „my i oni”. Podchodzą do nas ludzie: „Martwimy się, że Polska traci suwerenność, naród tożsamość, a oni nic sobie z tego nie robią”. „Oni” to ludzie władzy i „wyżeracze przy systemie”, my to wszelkiej maści mohery i inne dinozaury. Podział na mohery i lemingi okazał się bardzo praktyczny w opisie społeczeństwa.

Niepokój i oczekiwanie na zmiany są powszechne i dotyczą obu stron. Zestresowanym moherom proponuję prostą sztuczkę. Wyobraźcie sobie, że jesteście po stronie władzy. Ulicami miast i miasteczek maszerują ludzie z różnymi transparentami. Co będzie, jeśli nie znudzą się, nie zniechęcą i nie przestraszą? Jeśli ich racje przebiją się do opinii publicznej? Kryzys i barbarzyńcy ante portas! Tego już za wiele dla autorytetów moralnych, geniuszów polityki, biznesu, kultury, podziwianych i nagradzanych. Ulica jest jedynym realnym zagrożeniem dla wszystkich niedemokratycznych rządów i wszystkich wyzyskiwaczy. Na ulicę nie ma sposobu, dopóki nie ma społecznej zgody na pałowanie i strzelanie.

Protektorzy zewnętrzni – Merkel, Putin i wielkie korporacje – mają swoje kłopoty i nie będą angażować się w ratowanie rządzących Polską. Co gorsza, blask władzy i mamony mocno przygasł. Nieomylni ekonomiści okazali się dyletantami. Mimo to, racjonalnie oceniając sytuację, są to „strachy na Lachy”, ponieważ Polacy nie są skłonni do rewolucji. Tak może rozumować przeciętny człowiek. Ale ludzie niedemokratycznej władzy są wyjątkowo tchórzliwi i wrażliwi na obrazę majestatu.

Obywatele pozbawieni są wpływu na władzę. Listy, protesty, petycje z wieloma podpisami, nawet obywatelskie projekty ustaw wpadają w czarną dziurę. Kiedy publiczność buczy, oddzielona metalowymi barierami i kordonami mundurowych od oficjalnych gości, kierunkowe mikrofony tego nie wyłapują, media nie rejestrują. W telewizji widzimy sielankowe obrazki spotkań ojca narodu ze społeczeństwem. Konsultacje społeczne są markowane – kolejny raz powtarzane wyrazy troski i obietnice nic nie znaczą. Styl sprawowania władzy coraz bardziej przypomina ustawki z czasów PRL.

Ale buczenie dociera, w kadrze obiektywów pojawiają się nieprawomyślne napisy na transparentach, w Internecie dyżurni apologeci systemu nie nadążają z dezinformacją. Już to jest powodem do frustracji. Połączenie niezłomnej odporności na krytykę i fizyczny strach, obserwowane u kacyków, są zdumiewające. Im bardziej okrutny i bezwzględny jest dyktator, tym większym jest tchórzem i tym bardziej boi się o swoją cielesną powłokę.

Najważniejszą zaletą autentycznego przywódcy jest odwaga. W sytuacji zagrożenia przywódca musi być na czele. Mało budującym przykładem jest reakcja prezydenta Busha na atak terrorystyczny 11 września. Zostawił na posterunku wiceprezydenta i latał Air Force One, aż zagrożenie minęło. Natomiast godna podziwu jest odwaga króla Hiszpanii Juana Carlosa, który w 1981 r. udaremnił zbrojny zamach na demokrację. W nocy przybył do Madrytu, osobistym przykładem oswobodził parlament i o 1.15 wygłosił orędzie do narodu.

Spośród prezydentów wolnej Polski – Jaruzelskiego, Wałęsy, Kwaśniewskiego i Komorowskiego – jedynie śp. Kaczyński zasługuje na miano przywódcy. Pozostali bali się swojej przeszłości. Co robili poprzednicy Lecha Kaczyńskiego, aby ukryć przeszłość, powszechnie wiadomo. Natomiast nie wszyscy wiedzą, że impet, z jakim marszałek sejmu ruszył przejmować instytucje państwowe, niestosowny z ludzkiego punktu widzenia i niezgodny z procedurami, podyktowany był chęcią dobrania się do aneksu raportu z likwidacji WSI. Czego obawiał się Komorowski, może kiedyś się dowiemy. Odwaga nie jest mocną stroną obecnego prezydenta. Lekceważących, pogardliwych wypowiedzi na temat Lecha Kaczyńskiego, który odważył się przeszkodzić Rosji w aneksji Gruzji, nie da się wytłumaczyć brakiem klasy i kindersztuby.

Na konferencji w Gdańsku poświęconej Kaczyńskiemu uczestnicy panelu podkreślali, jakim wrażliwym, ciepłym, skromnym człowiekiem był Lech Kaczyński. Ale z tego nie wynika, że miękki inteligent nie pasował do twardych związkowców, jak sugerował Krzysztof Wyszkowski. Andrzej Gwiazda przypomniał odwagę śp. Lecha Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński zdementował, jakoby wpływ „twardego” brata na „miękkiego” pozwolił Lechowi działać w prześladowanej opozycji.

Ostatecznym wnioskiem z konferencji jest propozycja „Budujmy mit Lecha Kaczyńskiego”, ogłoszona w „Gazecie Polskiej Codziennie” 17 września. Nie podoba mi się ten pomysł, a uzasadnienie „dziś legenda Wałęsy jest nieporównanie silniejsza niż Lecha Kaczyńskiego”, uważam za obraźliwe. Może tak jest, że naród kierujący się emocjami zamiast prawdy, zasad i rozumu potrzebuje mitu. Zastąpimy zły mit dobrym i wszystko się odmieni. Obawiam się, że pod polewą z lukru zniknie pierwszy prezydent III RP, który odważył się bronić interesu Polski i zapłacił za to najwyższą cenę.

Gdyby kilku zacnych i wpływowych panów umówiło się, że będą przypominać zasługi i zalety Lecha Kaczyńskiego, aby stek kłamstw, obelg i drwin nie utrwalił się w świadomości społeczeństwa, byłby to dobry pomysł. Ogłoszenie tego publicznie może przynieść więcej szkody niż pożytku, gdyż każda próba przedstawienia osoby Lecha Kaczyńskiego w korzystnym świetle może być potraktowana jako propaganda. Poza tym, Lech Kaczyński był aktywnym politykiem od dawna, zginął w trakcie wypełniania obowiązków prezydenta Polski. Nie można zakazać oceny jego wyborów politycznych, również krytycznych, pod zarzutem, że nie budują one mitu.

Na koniec podam przykład skutecznego budowania legendy rotmistrza Pileckiego. Bieg jego imienia, wręczanie nagród przez jego córkę Zofię, to wspaniałe przeżycie, tak dla uczestników, jak i kibiców. Też mieliśmy zaszczyt wręczania medali, dyplomów i pucharów. Historia, piknik i sportowa rywalizacja dobrze się komponują. Ten bieg jest coraz bardziej popularny, w tym roku pierwszy raz pojawiła się w Warszawie telewizja Trwam. Przywieźliśmy z Warszawy koszulki i nadzieję na przyszłość.

                        Joanna Duda-Gwiazda

Lewica bez mitu

Niemal każdego dnia lewicowe portale internetowe donoszą o pikiecie, która odbyła się gdzieś w Polsce. Zazwyczaj w tego typu akcjach uczestniczy „prawie” lub „około” 20-50 osób, wywodzących się z bardzo wielu organizacji – i tu następuje litania nazw partii i sformalizowanych bądź niesformalizowanych stowarzyszeń o profilu proanimalistycznym, ekologicznym, lokatorskim, związkowym, anarchofeministycznym, demokratyczno-socjalistycznym, pro-choice’owym, mniejszości seksualnych itd. Lista „ruchów jednej sprawy”, złożonych zazwyczaj z kilku tych samych osób, wydaje się nie mieć końca. Odruchowa krytyka nadmiernego rozdrobnienia ideowej lewicy i nawoływanie do zjednoczenia w jednym bycie politycznym nie wyczerpuje jednak sedna problemu. Zdaje się on tkwić bowiem głębiej, u samego sedna – przyswojonych przez gros działaczy lewicowych – „nowatorskich” teorii z Zachodu.

Rzeczone nowatorstwo nad wyraz często okazuje się chimerą. Wiele z tez propagowanych na lewej stronie sceny politycznej w ciągu ostatnich dwóch dekad mogło odkrywczymi wydać się jedynie temu, kto nie zapoznał się z dorobkiem i tradycjami polskiej lewicy. Z drugiej strony spora część tego, czym zachłystują się rozmaici „kawiorowi” rewolucjoniści, jest stopniowo odkładana do lamusa w wielu częściach świata. Kategorie kulturowe, które – ku uciesze liberałów – od kontrkulturowego boomu lat 70. XX w. dominowały w narracji wielu lewicowych myślicieli, w obliczu powrotu ostrych tarć ekonomicznych do państw „Pierwszego Świata” ustępują stopniowo miejsca zachwytowi nad radykalnymi koncepcjami ekonomicznymi.

Jednak widmo postmodernizmu wciąż straszy. Rodzimi lewicowcy nadal wydają się być utwierdzeni w zeszłowiecznych teoriach o zaniku wielkich narracji z powodu ich nieprzystawalności do coraz szybciej różnicującego się świata. To właśnie najpewniej mniej lub bardziej świadome przywiązanie do tej tezy powoduje tak silne ideowe rozdrobnienie lewicowych formacji. Najwyraźniej wbrew twierdzeniu, iż niedaleko pada jabłko od jabłoni, współcześni lewicowcy poszybowali bardzo daleko od tez ojców „naukowego socjalizmu”. Marks i Engels wszak wszystkie zjawiska i problemy lokowali w ekonomicznym, klasowym kontekście.

Nie chodzi bynajmniej o mechaniczne powielanie wniosków popularnego duetu czy powtarzanie poczynionych przez nich uproszczeń i schematyzacji. Karkołomne wysiłki radzieckich naukowców, próbujących odnaleźć feudalne fazy rozwoju w społecznościach pozaeuropejskich, albo próby wyjaśnienia zjawiska Holokaustu przy pomijaniu jego kulturowego podłoża, skazały dostatecznie wiele nazwisk na śmieszność i zapomnienie. Przeciwnie więc – wszelkie zjawiska należy postrzegać w ich swoistości i złożoności, lecz i totalne ich oderwanie z szerszego kontekstu przynieść musi częściowe zamglenie obrazu. Przekładając te uwagi o charakterze raczej metodologicznym na grunt polityczny wypada uznać, że wygenerowanym przez lewicę narracjom zdecydowanie potrzeba spoiwa. Funkcjonowanie grup „jednej sprawy” natomiast niebezpiecznie alienuje dane problemy, nawet przy dogłębnym ich rozumieniu.

Znamienny jest przykład ruchu walczącego o tolerancję dla homoseksualistów. Bez wątpienia lewicowa narracja w tej kwestii częstokroć okazuje się bogatsza i pełniejsza od – nierzadko spłycających zjawisko – konserwatywnej czy liberalnej. O ile bowiem konsekwentny konserwatysta na wieść o operującej w danym mieście grupie, która utrudnia życie lesbijce, zażąda zdecydowanej postawy policji i procesu sądowego dla szykanujących, o ile liberał będzie się domagał aktywniejszej roli systemu edukacji w promowaniu tolerancji, o tyle wreszcie lewicowiec winien przede wszystkim zwrócić uwagę na fakt, że to nie preferencje seksualne są przyczyną codziennych problemów.

Mityczna „cywilizacja śmierci”, przed którą tak często przestrzega kościół, to wszak efemeryda. Przy bliższym zetknięciu z np. holenderską rzeczywistością skonstatować należy, że nawet pozostałości po welfare state mają dużo bardziej wymierny wpływ na ochronę życia, niż wszelkie obostrzenia w sferze obyczajowej. Aktywny tryb życia (np. dojazd rowerem do pracy), stosunkowo długie urlopy (zarówno coroczne, jak i macierzyńskie), szereg zabezpieczeń społecznych oraz wysoki poziom ochrony środowiska – wszystko to ma większe przełożenie na wyższe standardy etyczne i znacznie mniejsze obszary patologii, niż wszelkiego typu „zakazy pedałowania”. Lekcji tej jednak nie odrobili zarówno bojownicy o tolerancję, jak i ich zacietrzewieni przeciwnicy.

Nie dziwi zatem, że w obliczu tak silnego rozdrobnienia lewicowych ruchów społecznych pod względem poruszanej tematyki, polityczny przekaz lewicy w ogólności jest słabo czytelny. Trudno znaleźć choćby jedno większe przedsięwzięcie w ostatnich latach, które spotkałoby się z aprobatą wszystkich ugrupowań reprezentujących tę stronę sceny politycznej. Choćby przed zeszłorocznym Świętem Niepodległości, obok działań Porozumienia 11 listopada, które chciało „blokować faszystów”, pojawiło się kilka odmiennych punktów widzenia. Lewica patriotyczna wskazała na obecność wykluczonych w szeregach uczestników Marszu Niepodległości, Ryszard Bugaj nawoływał do odwiedzenia cmentarza i złożenia hołdu poległym w imię Niepodległości, natomiast część ruchu anarchistycznego zbojkotowała „Kolorową Niepodległą”, nie chcąc brylować u boku Jacka Żakowskiego czy Ryszarda Kalisza.

Tego typu przykładów rozbicia jest dużo więcej – na Paradach Równości pojawia się niespecjalnie wielu związkowców czy przedstawicieli środowisk lokatorskich, a Młodych Socjalistów straszy się policją za przypominanie, że akcja promująca egalitaryzm nie może stanowić tła dla nachalnej promocji znanych osobistości. Niewiele bardziej jednolity był przekaz tegorocznej warszawskiej Manify. Antyklerykalne ostrze demonstracji nie budziło wśród jej uczestników większych kontrowersji; ale już ulotka nawołująca do sprzeciwu wobec planów podniesienia wieku emerytalnego wywołała konfuzję wśród części liberalnych feministek.

W znacznie mniejszym stopniu – w sensie przekazu, a nie podziałów organizacyjnych – nakreślony problem występuje na prawicy. Reprezentujące ją środowiska zasadniczo bez oporów jednoczą się wokół hasła „wielkiej Polski” – zazwyczaj już bezprzymiotnikowej, choć rzecz jasna rozmaicie pojmowanej. Owo spoiwo polityczne kryje za sobą nie tylko sprzeciw wobec liberalizacji sfery obyczajowej, który jednoczy wszystkie chyba prawicowe formacje w Polsce, ale i zręczne operowanie hasłami patriotycznymi. Mit „wielkiej Polski” pracuje więc przede wszystkim na polu jednoczenia poszczególnych środowisk wokół wspólnych wrogów, których najprostszym ucieleśnieniami są Platforma Obywatelska i „Gazeta Wyborcza”. To właśnie jednolity program negatywny sprawił, że obok siebie mogą maszerować senatorowie z Prawa i Sprawiedliwości, prawicowi libertarianie, narodowi radykałowie, neopoganie, a nawet grupki pogrobowców Adolfa Hitlera.

„Wielka Polska” jest więc użytecznym konstruktem politycznym, gdyż – choć bliżej niedookreślona – budzi emocje. Tymczasem hasła o tolerancji nie porwą do walki lokatorów z ulicy Stolarskiej w Poznaniu, których największym zmartwieniem jest obrona zajmowanego mieszkania przed „czyścicielem” kamienic. Jednak powiew najostrzejszego nawet ekonomicznego huraganu nie zawsze musi powodować konwersję lokatorów na lewą stronę. Zapadające w pamięć były słowa wypowiedziane przez lokatorkę w podeszłym wieku podczas poznańskiej demonstracji Chleba Zamiast Igrzysk, która – nawiązując do zmagań z kamienicznikami – przywołała fragment „Roty”. Słowa, iż „Twierdzą nam będzie każdy próg” wprawiły w zakłopotanie niejednego anarchistę.

Ruch społecznego sprzeciwu wobec niedemokratycznej dystrybucji ogromnych środków pieniężnych na Euro 2012 miał wszakże pozytywne cechy, które wyróżniały go na tle innych lewicowych inicjatyw. Nie była to akcja skupiona na jednej tylko sprawie, co nadawało jej formułę na tyle szeroką, że skłaniającą do poparcia zarówno „prawicowego” Andrzeja Gwiazdę, jak i „lewackiego” Romana Kurkiewicza. Mimo to partycypujący w koalicji Chleba Zamiast Igrzysk nie wytworzyli większych politycznych emocji wśród jej adherentów, w związku z czym nie mieli specjalnych szans w starciu z wszechobecnym poruszeniem piłkarskim. I choć próby wygenerowania „mitu” wokół tej inicjatywy wybrzmiewały gdzieś w czeluściach Internetu (jak np. rzucające się w oczy porównanie poznańskiego czerwca 2012 do poznańskiego czerwca ‘56), to zupełnie nie znalazły one przełożenia wśród haseł głoszonych w czasie demonstracji.

Lewica, niemalże chełpiąc się swą merytorycznością i „chłodnością” zdroworozsądkowego przekazu, zapomniała najwyraźniej o tym, na co przed wielu laty starał się zwrócić uwagę Georges Sorel. Ten francuski teoretyk, wyklęty przez dużą część środowisk lewicowych za niejednoznaczne i poplątane wybory polityczne, trafnie wskazywał, że proletariatowi do efektywnej walki potrzeba przede wszystkim mitu, który wyzwalałby emocje i generował postawy. Lewica polska „od zawsze” operowała takimi mitami. Na początku swej drogi, kiedy to – wbrew lojalistycznej prawicy – stała na czele walk narodowowyzwoleńczych, przyciągała wizjami wolnej, republikańskiej Polski. W wiek XX weszła ona co prawda podzielona na tych, którzy marzyli o „rewolucji światowej” i tych, którym śniła się „Polska ludowa”, jednak mimo owego pęknięcia (niesymetrycznego – przewagę zachowali ci drudzy) oba mity były stosunkowo czytelne. Obecnie są one rzecz jasna do szpiku skompromitowane i politycznie dysfunkcyjne, acz zdecydowanie niewyeksploatowanym (oraz niezrealizowanym) jest program pierwszej „Solidarności”, dążącej do powołania „samorządnej Rzeczpospolitej”. Ukuty z tej skały mit oddawałby zarówno sprzeciw demokratycznej lewicy wobec komunistycznych imperiów, jak i szedł w sukurs – nomen omen – „mitycznej” niechęci Polaka do władzy, która trzyma go za twarz. W dobie dyktatu ekonomii nad polityką taki demokratyczny, dostosowany do miejscowych realiów zwrot mógłby przynieść obfite żniwo.

Piotr Kuligowski

Budowanie wspólnoty dzięki darom

Jest wiele powodów, dla których potrzebujemy siebie nawzajem.

Gdziekolwiek pytam ludzi, czego brakuje w ich życiu, najczęściej, o ile nie są biedni lub poważnie chorzy, odpowiadają, że wspólnoty. Co stało się ze wspólnotą, dlaczego już jej nie tworzymy? Powodów jest wiele – rozmieszczenie przedmieść, zanik przestrzeni publicznej, samochód i telewizja, duża mobilność ludzi i łatwość zmiany pracy. Jeśli prześledzimy całą listę owych powodów, zdamy sobie sprawę, że wszystkie mają związek z systemem ekonomicznym.

Mówiąc dokładniej, wspólnota jest praktycznie niemożliwa w społeczeństwie tak „utowarowionym” jak nasze, gdyż powstaje ona na bazie darów. To dlatego ludzie biedni często tworzą silniejsze wspólnoty niż ludzie bogaci. Jeżeli dana osoba jest niezależna finansowo, wtedy nie jest zależna od swoich sąsiadów, lub w jakikolwiek inny sposób od kogokolwiek innego. Może po prostu zapłacić, aby ktoś wykonał daną pracę.

Dawniej wszystkie życiowe potrzeby i przyjemności ludzi zależne były od osób, które znali osobiście. Jeśli zerwaliby stosunki z miejscowym kowalem, piwowarem lub lekarzem, nie mieliby ich kim zastąpić, więc standard ich życia byłby znacznie niższy. Jeśli nie utrzymywaliby relacji ze swoimi sąsiadami, mogliby nie otrzymać pomocy w przypadku skręcenia nogi w czasie żniw lub podczas pożaru stodoły. Wspólnota nie była dodatkiem do życia, był to sposób na życie. Obecnie możemy powiedzieć, i nie będzie to wielka przesada, że nie potrzebujemy nikogo. Nie potrzebuję rolnika, dzięki któremu mam jedzenie, bo mogę zapłacić za nie komuś innemu. Nie potrzebuję mechanika, który naprawia mój samochód. Nie potrzebuję kierowcy, który przywozi buty do sklepu. Nie potrzebuję żadnej z osób, które produkują to, co jest mi niezbędne. Potrzebuję kogoś, kto mógłby wykonać ich pracę, lecz nie konkretnych osób. Są one zastępowalne, a tym samym i ja.

Jest to jeden z powodów, dla których większość spotkań towarzyskich jest powszechnie uznawanych za powierzchowne. Ile może być w nich autentyczności, jeśli podświadomie wiemy, że nikt nie jest nam potrzebny? Kiedy spotykamy się, aby zjeść, wypić lub się pobawić, czy tak naprawdę obecność drugiej osoby jest dla nas darem? Konsumować może każdy, ale intymność bierze się ze współtworzenia, a nie wspólnej konsumpcji, i różni się od lubienia lub nielubienia kogoś – potwierdzi to każdy, kto jest częścią jakiejś grupy. W utowarowionym społeczeństwie natomiast, ludzie przejawiają kreatywność tylko w ściśle określonych dziedzinach, dla pieniędzy.

Zatem aby stworzyć wspólnotę musimy zrobić coś więcej, niż tylko zebrać ludzi razem. Chociaż jest to niezbędny początek, wkrótce sama rozmowa przestanie nam wystarczać i będziemy chcieli coś wspólnie zdziałać. Niewiele jednak da się wykrzesać ze wspólnoty, w której jedyną spełnianą potrzebą jest wygłaszanie opinii oraz poczucie, że mamy rację, że rozumiemy pewne sprawy, podczas gdy inni… Hej, jest pomysł! Wymieńmy się adresami e-mailowymi i stwórzmy listę dyskusyjną!

Wspólnota powstaje na bazie darów. Kultura darów jest przeciwieństwem współczesnego systemu rynkowego, który wymusza rywalizację w myśl zasady „więcej dla ciebie to mniej dla mnie”. W kulturze darów ludzie przekazują swoje nadwyżki zamiast je gromadzić: twoje szczęście jest moim szczęściem, więcej dla ciebie to więcej dla mnie. Bogactwo krąży, grawituje w kierunku większych potrzeb. W kulturze darów ludzie wiedzą, że ich dary w końcu wrócą do nich, choć często w innej formie. Taką wspólnotę możemy nazwać „kręgiem daru”.

Na szczęście utowarowienie życia osiągnęło swój szczyt i obecnie zaczyna długi i trwały zanik (którego przejawem jest tzw. recesja gospodarcza). Znajdujemy się w krytycznym momencie, w którym nadarza się okazja odzyskania kultury darów, a tym samym zbudowania prawdziwej wspólnoty; jest to równie pożądane, co konieczne. Odzyskanie kultury darów jest częścią większej zmiany ludzkiej świadomości, ponownego połączenia się z naturą, ziemią, z innymi i zagubioną częścią nas samych. Odwrócenie się od kultury darów jest nienaturalne, a nasza niezależność jest tylko iluzją. W rzeczywistości nie jesteśmy niezależni ani „zabezpieczeni finansowo”. Jesteśmy tak samo zależni jak wcześniej, tylko tym razem od osób, których nie znamy, oraz bezosobowych instytucji, które – jak prawdopodobnie niedługo się przekonamy – są dość kruche.

Biorąc pod uwagę fakt, że dar zatacza krąg, zawsze do nas powracając, byłem podekscytowany, gdy dowiedziałem się, że jeden z najbardziej obiecujących wynalazków społecznych wykorzystywanych do tworzenia wspólnoty, na który natrafiłem, nazwany został Kręgiem Daru. Opracował go Alpha Lo, współautor „The Open Collaboration Encyclopedia” [książkowy przegląd inicjatyw wspólnotowych i modeli działania opartych na współpracy – przyp. red. NO], oraz jego przyjaciele z hrabstwa Marin w stanie Kalifornia. Ilustruje on dynamikę systemu darów i naświetla szerokie następstwa, jakie kultura darów zwiastuje naszej gospodarce, psychologii oraz cywilizacji.

Idealna liczba uczestników kręgu daru to 10 do 20 osób. Siedzą oni w kółku i po kolei podają jeden lub dwa przykłady swoich potrzeb. Na ostatnim takim spotkaniu, które moderowałem, wśród wymienionych potrzeb znalazły się m.in. podwiezienie na lotnisko w następnym tygodniu, pomoc w usunięciu ogrodzenia, drewno do budowy ogrodu, drabina potrzebna do wyczyszczenia rynny oraz meble biurowe do ośrodka kultury. Podczas gdy dana osoba dzieli się swoimi potrzebami, reszta uczestników kręgu może się wtrącać i oferować ich zaspokojenie – lub podpowiedź, jak to zrobić.

Gdy każdy wymieni już swoje potrzeby, kolejka zaczyna się od nowa, ale tym razem uczestnicy wyliczają, co chcieliby ofiarować. Niektóre przykłady z zeszłego tygodnia to umiejętności w zakresie projektowania graficznego, możliwość skorzystania z narzędzi elektrycznych, rower oraz kontakty w miejscowym urzędzie, które mogą ułatwić załatwianie spraw. Zaoferować można wszystko: czas, umiejętności, rzeczy; dar może mieć charakter podarunku lub użyczenia. I znów, każdy może zabrać głos i powiedzieć, że chciałby daną rzecz lub zna kogoś, komu jest ona potrzebna.

Podczas obu kolejek bardzo przydatna jest osoba, która wszystko zapisuje, a następnego dnia przesyła notatki do uczestników drogą e-mailową lub zamieszcza je na stronie internetowej, blogu itp. W przeciwnym razie bardzo łatwo jest zapomnieć, kto czego potrzebuje i kto co oferuje. Polecam także zapisywanie, „od ręki”, imienia i numeru telefonu osoby, która chce coś otrzymać lub czymś się z nami podzielić. Konieczny jest „ciąg dalszy” podjętych zobowiązań, inaczej krąg daru będzie pożywką dla cynizmu, a nie budowania wspólnoty.

Wreszcie, w trzeciej kolejce uczestnicy wyrażają wdzięczność za rzeczy, które otrzymali od czasu ostatniego spotkania. Jest ona bardzo ważna, ponieważ we wspólnocie hojność inspiruje jej świadków do podobnych zachowań. Ta część spotkania jest dowodem na to, że członkowie grupy ofiarowują sobie wzajemnie pomoc, a dary zostają przyjęte; że mój dar również będzie przyjęty, doceniony i odwzajemniony.

Wszystko to jest bardzo proste: potrzeba, dar i wdzięczność, efekty mogą być jednak spektakularne.

Po pierwsze, krąg daru (i w gruncie rzeczy każdy system wymiany oparty na darach) może zmniejszyć naszą zależność od tradycyjnego rynku. Jeśli ludzie będą ofiarowywać nam rzeczy, których potrzebujemy, nie będziemy musieli ich kupować. Nie będę zmuszony jutro zamawiać taksówki na lotnisko, a Rachel nie będzie musiała kupować drewna do ogrodu. Im mniej pieniędzy wydajemy, tym mniej czasu spędzamy na ich zarabianie, a jednocześnie więcej musimy go wnieść do kręgu darów, żeby następnie czerpać z niego korzyści. Tak powstaje efekt narastających korzyści.

Po drugie, krąg daru zmniejsza produkcję odpadów. Niedorzeczne jest wydobywanie ropy i rud metalu, produkowanie stołu i wysyłanie go za ocean, podczas gdy połowa ludzi ma w swoich piwnicach stare stoły. Absurdalne jest także posiadanie kosiarki przez każdego na mojej ulicy, skoro używana jest ona przez dwie godziny w miesiącu; dmuchawy do liści, z której korzysta się dwa razy do roku; narzędzi elektrycznych, którymi posługujemy się w sporadycznych przypadkach, i tak dalej. Jeżeli będziemy się tymi rzeczami dzielić, jakość naszego życia nie ulegnie pogorszeniu. Jego materialny poziom pozostanie taki sam, przy mniejszych kosztach i ilości wyprodukowanych odpadów.

W kategoriach ekonomicznych krąg daru zmniejsza produkt krajowy brutto (PKB), zdefiniowany jako suma wszystkich towarów i usług wymienionych na pieniądze. Kiedy zamiast płacić za taksówkę jestem podwożony za darmo, zmniejszam PKB o 20 dolarów. Kiedy moja koleżanka podrzuca syna do mnie do domu zamiast płacić za opiekę, PKB spada o kolejne 30 dolarów. Tak samo dzieje się, gdy zamiast kupić nowy rower pożycza się go od kogoś, kto aktualnie go nie używa. Oczywiście PKB nie spadnie, jeśli zaoszczędzone pieniądze zostaną następnie wydane na coś innego. Według standardowej ekonomii, zakładającej nieskończoność ludzkich potrzeb, dzieje się tak prawie zawsze. Krytyka tego głęboko błędnego założenia leży poza zakresem niniejszego tekstu.

Z punktu widzenia standardowych poglądów ekonomicznych, spadek PKB stanowi duży problem. Gdy brak wzrostu gospodarczego, inwestycje i zatrudnienie maleją, w wyniku czego spada popyt wewnętrzny, co powoduje dalszy spadek inwestycji i zatrudnienia. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat przeciwdziałano takim kryzysom poprzez: 1) obniżkę stóp procentowych dla pobudzenia ruchu kredytów, tak aby firmy miały fundusze na inwestycje, a konsumenci na wydawanie i kreowanie popytu; 2) zwiększanie wydatków rządowych, mających zastąpić będący w impasie wzrost popytu konsumpcyjnego. W obu przypadkach głównym celem jest stymulacja gospodarki do ponownego wzrostu. Polityka rządu w obecnym kryzysie gospodarczym jest taka sama. Socjaldemokraci (liberals) i konserwatyści mogą nie zgadzać się co do ilości i rodzaju niezbędnych bodźców, jednak rzadko kto – włączając Baracka Obamę, a nawet najbardziej lewicujących członków Kongresu – kwestionuje potrzebę wzrostu gospodarki. Dzieje się tak ponieważ w obecnym, opartym na zadłużeniu systemie ekonomicznym, brak wzrostu prowadzi do gwałtownej koncentracji bogactwa oraz kryzysu gospodarczego.

Obecnie na obrzeżach ruchów politycznych i ekologicznych rośnie jednak świadomość, że zarówno społeczeństwo, jak i nasza planeta nie są w stanie udźwignąć dalszego wzrostu. Wzrost – który w kategoriach PKB oznacza ekspansję w domenie towarów i płatnych usług – ostatecznie bierze się z przekształcania przyrody w towary, a stosunków społecznych w profesjonalne usługi. Weźmy ponownie pod uwagę spotkania towarzyskie, o których była mowa powyżej. Dlaczego nie potrzebujemy siebie nawzajem? Jest tak ponieważ wszystkie relacje międzyludzkie oparte na darach, od których kiedyś byliśmy zależni, są obecnie płatnymi usługami. Co jeszcze zostało nam do przekształcenia w pieniądz? Czy to paliwa kopalne, warstwa próchnicza, warstwy wodonośne, zdolność atmosfery do absorbowania zanieczyszczeń, czy żywność, odzież, dach nad głową, leki, muzyka lub nasz wspólny dorobek kulturowy w postaci opowieści i pomysłów – prawie wszystko to stało się towarem. Dni wzrostu gospodarczego są policzone, chyba że znajdziemy nowe bogactwa natury i nowe wymiary ludzkiej aktywności, które będziemy mogli przekształcić w towary. Wzrost, np. w ramach obecnego, anemicznego ożywienia gospodarczego, odbywa się wyłącznie na koszt przyrody i społeczeństwa, i koszt ten stale rośnie.

Z takiego punktu widzenia oczywistym staje się trzeci efekt kręgu daru i innych form kultury darów. Cyrkulacja dóbr oparta na darach nie tylko zmniejsza PKB, ale także przyśpiesza upadek obecnego systemu. Każdy skrawek przyrody czy relacji międzyludzkich ocalony lub odzyskany ze świata towarów, to jedna rzecz mniej na sprzedaż lub do wykorzystania jako podstawa dla nowych kredytów. Istniejące zadłużenie nie może zostać spłacone bez ciągłego tworzenia nowego długu. Kredytowanie występuje w kontekście wzrostu gospodarczego, w którym krańcowa stopa zwrotu z inwestycji kapitałowej przewyższa stopę oprocentowania. Prościej mówiąc: brak wzrostu oznacza mniej udzielanych kredytów, mniej kredytów oznacza większy transfer aktywów do kredytodawców, większy transfer aktywów to większa koncentracja bogactwa, w przypadku której konsumenci wydają mniej, co przekłada się na mniejszy wzrost… Jest to błędne koło opisywane przez ekonomistów, począwszy od Karola Marksa. Załamanie było odraczane przez dwa stulecia dzięki nieustannemu pojawianiu się na rynku nowych zasobów przyrody i relacji międzyludzkich, zdobywanych za pomocą technologii i kolonizacji. Obecnie nie dość, że sfery te są prawie wyczerpane, to jeszcze zmiana świadomości motywuje rosnące wysiłki w celu odzyskania owych sfer dla dobra wspólnego i dla daru. Współcześnie wkładamy wiele trudu w ochronę lasów, gdy tymczasem najtęższe umysły dwa pokolenia wstecz poświęciły się ich bardziej efektywnemu wycinaniu. Podobnie dzisiaj wielu z nas dąży do redukcji zanieczyszczeń, a nie do wzrostu produkcji, do ochrony ekosystemów wodnych, a nie do wzrostu połowów ryb, do ochrony obszarów podmokłych, a nie budowy większych osiedli mieszkaniowych. Wysiłki te, mimo że nie zawsze skuteczne, hamują wzrost gospodarczy ponad naturalne ograniczenia środowiska. Z perspektywy daru to, co teraz robimy, oznacza, iż nie tylko wykorzystujemy naszą planetę, ale dajemy jej także coś w zamian. Odpowiada to osiągnięciu pełnoletniości przez ludzkość, przejściu od relacji matka-dziecko do współtworzenia partnerstwa, w którym dawanie i branie pozostają w równowadze.

W sferze życia społecznego także zachodzi przejście do kultury darów. Wielu z nas nie dąży już do stanu, w którym mamy tyle pieniędzy, że nie jesteśmy już od nikogo w niczym zależni. Dzisiaj coraz częściej pragniemy wspólnoty. Nie chcemy żyć w świecie towarów, gdzie wszystko co istnieje, istnieje dla zysku. Chcemy rzeczy stworzonych dla miłości i piękna, rzeczy, które silniej łączą z otaczającymi nas ludźmi. Pragniemy współzależności, nie niezależności. Krąg daru, jak i wiele nowych form kultury darów, które pojawiają się w Internecie, jest sposobem odzyskiwania relacji międzyludzkich ze sfery wymiany rynkowej.

Odzyskanie wspólnego bogactwa opartego na darze, czy to przyrodniczego czy społecznego, nie tylko przyśpiesza upadek systemu ekonomicznego opartego na wzroście, ale także łagodzi negatywne skutki jego istnienia. Obecnie rynek stoi w obliczu kryzysu, jednego z wielu kryzysów (ekologicznych, społecznych), które nad nami ciążą. W burzliwych czasach, które nas czekają, przetrwanie ludzkości i jej zdolność do zbudowania nowego rodzaju cywilizacji, charakteryzującej się nowym stosunkiem do planety i nową, silniej wspólnotową tożsamością człowieka, zależy od tych skrawków wspólnego dobra, które jesteśmy w stanie zachować lub odzyskać. Mimo że dopuściliśmy się daleko idącej degradacji naszej planety, ogromna część bogactw naturalnych pozostaje nienaruszona. Gleba, wody, uprawy i biomy nadal kryją w sobie skarby. Im dłużej trwamy przy status quo, tym mniej ich pozostanie, i tym bardziej katastrofalny będzie proces zmiany.

Na poziomie mniej namacalnym każdy dar, który ofiarowujemy, przyczynia się do innego rodzaju wspólnego dobra – źródła wdzięczności, dzięki któremu przetrwamy czasy chaosu, kiedy rozpadną się konwencje i narracje, które scalają społeczeństwo. Dar wzbudza wdzięczność, a hojność jest zaraźliwa. Coraz częściej czytam i słyszę historie, które zapierają mi dech w piersi: świadectwa szczodrości, bezinteresowności, a nawet wielkoduszności. Kiedy jestem świadkiem szczodrości, też chcę być szczodry. W nadchodzących czasach będziemy potrzebowali szczodrości, bezinteresowności i wielkoduszności. Jeśli każdy będzie myślał tylko o własnym przetrwaniu, wtedy nie ma nadziei na nowy rodzaj cywilizacji. Potrzebujemy darów od siebie nawzajem, jak i wzajemnego zapraszania się do kultury darów. Wkrótce stanie się całkowicie jasne, że potrzebujemy siebie nawzajem – w przeciwieństwie do epoki, w której rządzi pieniądz, gdzie możemy zapłacić za wszystko i nie potrzebujemy darów.

Charles Eisenstein
tłum. Zyta Howicka

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „YES Magazine”.

Dobro wspólne i walka klas

Jeśli wszyscy wokół zaczynają nagle mówić o „dobru wspólnym”, można to traktować jako symptom wzrostu znaczenia i rozumienia tego pojęcia. Albo – niestety – czas zacząć się martwić, czy ten szlachetny termin nie staje się aby liczmanem.

„Dobro wspólne” od jakichś dwóch lat robi zawrotną karierę. Słychać o nim z okolic okołorządowych i od ludzi związanych z opiniotwórczymi środowiskami konserwatywnych liberałów. O „dobro wspólne” troszczy się dziś choćby Rafał Ziemkiewicz, interpretując je nieco z endecka. Nawiązuje do tego terminu także publicystyka związanego z Fundacją Republikańską pisma „Rzeczy Wspólne”. Fundacja ma siedzibę w dawnej kwaterze głównej Unii Polityki Realnej, a genius loci miejsca z wielu przyczyn odpowiada neofitom „dobra wspólnego”. Nie od rzeczy będzie dodać, że jednak jako pierwszy to „Nowy Obywatel” wziął na swoje sztandary hasło „dla dobra wspólnego”. Trzeba tu zatem przyjąć poprawkę, że jeśli wielu mówi to samo, nie musi to oznaczać tego samego.

Dla jednych dobrem wspólnym mogą być wolnorynkowe hasła społeczno-gospodarcze. Dla innych – uznanie poważnie traktowanych praw pracowniczych za niezbywalny element konsensusu ustrojowego oraz znak szacunku dla ludzkiej godności. Dla jednych dobrem wspólnym będzie sprawiedliwość społeczna, w oczach innych oznaczająca jedynie slogan rodem z PRL-u.

Co jest dobrem wspólnym? Wolność jednostek czy szeroko rozumiane bezpieczeństwo przestrzeni publicznej? Czy jeśli sąsiad rozbija się quadem tuż pod moim oknem, to większym i wspólnym dobrem dla nas dwóch jest wolność, która mu na to zezwala, czy może moje pragnienie, by nie wysłuchiwać ryków silnika, wyjącego dla czyjejś rozrywki i zachcianki? „Granice wolności jednych powstają tam, gdzie zaczyna się wolność drugich”. Czy krępuje moją wolność hałas, od którego nie odgradzają okna? Czy moja wolność nie jest ograniczona, skoro aby zapewnić sobie ciszę, muszę wkładać stopery do uszu, gdy właśnie chciałbym posłuchać muzyki? Gdzie tu dobro wspólne? Co jest tu dobrem wspólnym? Wolność czy komfort, jaki daje cisza? Jedno i drugie? Jak wymierzyć ich wzajemną wartość i hierarchię? Sąsiad nie zajeżdża tuż pod mój dom, ale hałas i tak do mnie dociera.

Biznesmen, który unika płacenia w Polsce podatków niewiele ma ze mną wspólnego, nigdy go nie widziałem i nigdy się u niego nie zatrudniałem. Może nawet nie kupuję jego produktów i nie korzystam z jego usług. Nie zalega mi z pensją. Jednak, jeśli państwo i redystrybucja dóbr są dobrem wspólnym, skutki jego decyzji uderzają również we mnie. A przecież każdy wolnorynkowiec powie, że raje podatkowe na to wymyślono, by ludzie ciężko pracujący i życiowo zaradni mogli bronić się przed złodziejskim państwem.

Uzna ktoś, że to rozważania dobre dla filozofów społecznych. Czasy jednak takie, że wszyscy możemy parać się rozważaniami natury ogólnej czy globalnej, biorąc za punkt wyjścia przeróżne aspekty rzeczywistości. I włączając do niej każdy koncept, doktrynę czy przekonanie, jakie docierają do nas np. za sprawą środków masowego przekazu, choćby portali społecznościowych. Wszyscy filozofujemy, choć jak zauważył na kartach „Nędzników” Wiktor Hugo: „wiele jest głów, które mówią, a bardzo mało takich, co myślą”.

Niemniej rada, jaką z kolei święty Paweł dawał Tesaloniczanom, nic nie straciła ze swej prostej mądrości, która może zachwycić także agnostyka: „Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie”. Rzec można, że także ona należy do arsenału dóbr wspólnych. Tak czy inaczej, bardzo mnie obchodzi, czy wzmiankowana już neoliberalna wolność menedżerów i ideologów okołokorwinizmu jest bardziej czy mniej dobrem wspólnym niż koncepcje sprawiedliwości społecznej i duch równości, tak pięknie opisany przez Richarda Wilkinsona i Kate Pickett, których książkę recenzuję w bieżącym numerze „Nowego Obywatela”. Tym bardziej, że tam, gdzie panuje równość, nawet bogatszym żyje się lepiej, by jeszcze raz nawiązać do (tytułu) książki tych dwojga autorów.

W radosnym gaworzeniu o dobru wspólnym kryje się jeszcze jeden kłopot, który nie powinien umknąć ani poczciwie socjaldemokratycznej, ani tym bardziej radykalnie rewolucyjnej lewicowej czujności. Dobro wspólne – istna sielanka, rękojmia ładu społecznego, probierz czystych intencji. Kto chce dobra wspólnego, ten człowiek konsensusu, kompromisu, szerokich horyzontów i dobrych manier. Cham, prostak i nieudacznik kto wrzaśnie głośno lub poskarży się cicho, że go właśnie w realnym liberalizmie wyzyskują i okradają miłośnicy doktryn wywodzonych od Adama Smitha czy Benjamina Constanta, a wzmocnionych bezwzględnością ekonomiczną i brakiem wyobraźni społecznej chłopców z Chicago czy ich nadwiślańskich poputczików. Cham, prostak, roszczeniowiec, lewak i nierób kto spostrzeże, że „wspólne dobro” neoliberalizmu przypomina kształtem piramidę oznaczającą trzy stany, a on akurat stoi na dole i dźwiga piętra wznoszące się nad nim. I gdy dla dobra wspólnego (porządku społecznego, ładu zbudowanego w imię interesów silniejszych) on musi się obyć bez dobrej, publicznej edukacji, służby zdrowia, regularnie wypłacanej godziwej pensji itp. zachcianek „rozwydrzonych” społeczeństw, a wyżej stojący konsumują, kształcą, leczą się, pracują i odpoczywają wedle zupełnie innych standardów. Oczywiście także dla dobra wspólnego, bo i biedniejszemu nieco go skapnie, wedle pewnej uczonej teorii ekonomicznej.

A jeśli nie skapnie? Każdy neoliberał, z zacięciem czy to do chrześcijańskiej teodycei, czy to do społecznego darwinizmu wyjaśni rzecz bez trudu. Albo z grzechu pierworodnego zrodzoną niedoskonałością świata (że nic, tylko siąść i płakać), albo prawem doboru naturalnego, utożsamionego z funkcjonowaniem wolnego rynku (że nic, tylko się wzajem pożerać).

Tu już wypada zrobić efektowny zwrot i zapytać, czy walka klas jest dobrem wspólnym? Walkę klas należy tu oczywiście rozumieć nieco bardziej subtelnie niż pojmował ją pierwszy nagan Kraju Rad, Feliks Dzierżyński i jego liczna sowiecka progenitura. Bądź co bądź, jak dowodzili i praktykowali przedwojenni polscy socjaliści, zainteresowani istnieniem państwa polskiego, walka klas toczy się również w ramach demokracji parlamentarnej. Widzimy ją także wokół siebie, bardziej w praktyce niż w teorii ustroju państwa dość bliskiego trzeciemu światu. Widzimy ją w modnych tezach ekonomicznych, obecnych nawet w kazaniach, w praktyce społeczno-gospodarczej polskiej transformacji, widzimy jej utajone residua w licznych odmianach telewizji śniadaniowych, w reklamie, w stosunkach sąsiedzkich, w pracy, przed kościołem w niedzielę, gdy marki samochodów na parkingu przypominają, że choć przed Bogiem jesteśmy równi, zdolności kredytowe mamy czasem mocno rozbieżne. Walka klas żyje i ma się dobrze, a pogłoski o jej śmierci są zdecydowanie przesadzone – tak rzecz należy lapidarnie ująć.

Czy zatem walka klas jest dobrem wspólnym? Z pewnością jest wspólnym, choć nie wspólnie przeżywanym dziś doświadczeniem. Prekariat wciąż jest, przynajmniej w Polsce, klasą w sobie. Może nawet bogaci i najbogatsi mają większą świadomość i lepiej rozumieją wagę konsekwencji walki klas niż polska lumpen-middle-class (proszę wybaczyć karkołomny termin), grzebiąca wakacyjnie motyką w działkowej ziemi, pozująca na Helu do zdjęć, które zaraz trafią na „Naszą Klasę”, albo lecząca nerwy po pechowym odwrocie spod egipskich piramid. Bo kogo pocieszy myśl, że Sfinks widział straszliwsze rzeczy, niż bankructwa polskich, prywatnych biur podróży i wcale liczne powroty lumpen-średnich-klasowczyków na koszt podatnika? W każdym razie temat „dobro wspólne a walka klas” wydaje się interesujący. Pewnie będę więc do niego wracał, skoro na czas jakiś w podróży do społeczeństwa bardziej sprawiedliwego społecznie i egalitarnego wstrzymałem cugle Rosynanta i nie mierzę już z kopii w młyny nowej lewicy, które zresztą i tak niedawno zmieniły adres.

A co do Victora Hugo. Wielu zna jego zdanie: „Cała anarchia mieści się w uliczniku”. Poprzedza je inne: „Cała monarchia mieści się w gapiu”. A realny liberalizm AD 2012 gdzie się Państwa zdaniem mieści? Nie, nie bądźmy wulgarni… Może cały się mieści w tym prekariuszu, co jako dziecko przywykł do pełnej lodówki, własnego pokoiku i ładnych zabawek, jakich za młodu nie mieli babcia i dziadzio, ale na starość nie doczeka tego, co dziś jeszcze mają jego sterani życiem dziadkowie – emerytury ledwie wystarczającej do pierwszego.

Głośne i stanowcze „nie”

Będzie ciężko! We wszystkich kanałach TV ekspert za ekspertem przyznają: do Polski nadchodzi kryzys. Chociaż rzesze Polaków przeglądających oferty pracy już dawno przyswoiły sobie tę wiedzę, złowieszcze zapowiedzi mają nieco inną wymowę. Lepsze czasy (czyli rzekomo mające miejsce teraz) już wkrótce mają być ledwie wspomnieniem. W mądrze zarządzaną polską gospodarkę uderzyć ma europejski huragan, ten sam, który sieje zniszczenie na Zachodzie. Polska musi być przygotowana, aby przetrwać ten trudny czas.

Tłumacząc z poezji na prozę: idą cięcia.

Brutalne, głębokie cięcia oszczędnościowe musiałyby objąć podstawowe funkcje społeczne państwa i samorządu, obejmując likwidację wielu szkół, szpitali, placówek opieki, nie mówiąc już o ośrodkach kultury. Tym działaniom, które wraz z impetem kryzysu będą nabierały rozmachu w przyszłym roku, należy się stanowczo przeciwstawić. Stawka jest jednak o wiele wyższa niż komfort i dobrobyt tej czy innej lokalnej społeczności.

Wiemy już, nie tylko z krajowego podwórka, że przywódcy polityczni potrafią być zaskakująco „pryncypialni”, podejmując tzw. trudne decyzje i trwając przy nich nieugięcie przeciwko „krótkowzrocznym” interesom rozmaitych grup społecznych. Dlatego nie licząc z tej strony na odruch społecznej empatii należy bez ogródek pozbawić fałszywą, szamańską mitologię cięć oszczędnościowych jakichkolwiek naukowych pretensji. Król jest nagi.

Po pierwsze: cięcia wydatków nie zmniejszają deficytu budżetowego.

W zasadzie argument ten nie powinien być częścią poważnej debaty o polityce gospodarczej. Wiele jednak musi się zmienić, zanim animatorzy rzeźnickiej pseudo-ekonomii zrozumieją, iż deficyt czasami jest wręcz strukturalnie potrzebny, gdyż absorbuje nadwyżkę oszczędności, wypuszczając ją do gospodarki. A jeszcze więcej minie, zanim rozwój nie będzie rozumiany pieniężnie, lecz tak jak powinien być: jako wzrost wiedzy i towarzyszący mu przyrost produkcji.

Właśnie dlatego w 2000 r. prof. James K. Galbraith narzekał na posiadaną ówcześnie przez USA nadwyżkę budżetową. Pieniądz tworzony jest arbitralnie przez państwo i nie stanowi wartości, lecz jedno z narzędzi jej tworzenia. Kwestia emisji pieniądza czyni bezsensownym porównania budżetu państwa i rozsądnie oszczędzającego gospodarstwa domowego. W tym pierwszym, aby mieć co zaoszczędzić, najpierw trzeba wydać – emitować pieniądz. Finansowane deficytem wydatki krajowe nie zubażają kraju, jeżeli tylko przyczyniają się do wykorzystania i rozwoju jego potencjału gospodarczego.

Ponieważ jednak żyjemy w czasach ubóstwiającego pieniądz hiper-neoliberalizmu (gdy banki centralne nie mogą skupować papierów dłużnych państw), niepodzielnie rządzący kartelowy „rynek finansowy” używa argumentu wysokiego deficytu budżetowego jako wymówki dla zgarniania nadmiernie wysokich prowizji za kupno tychże długów. Paradoksalnie, jak zobaczymy w punkcie drugim, dzięki wdrożeniu cięć (czy – jak mówią ludzie z poczuciem humoru – „reform”) obligacje tych państw rzeczywiście stają się bardziej ryzykowne, uzasadniając post factum wysoką „premię za ryzyko”. Ryzyko, oczywiście na skutek cięć kurczących gospodarkę, staje się w pewnym momencie pewną stratą. Jak to ujęła prezydent Argentyny: „Jakim cudem nieboszczyk spłaci długi?”.

Chociaż mniej uczeni ze zwolenników operacji na żywym organizmie społecznym twierdzą, że po odrąbaniu kończyny pacjent będzie szybciej biegał (wszak będzie lżejszy), inni wcale nie kryją, iż kondycja gospodarki nie ma dla podjęcia tak ważnej decyzji żadnego znaczenia. Do licha z produkcją, aktywnością gospodarczą, zatrudnieniem! – ważne są cyferki! Co prawda, twierdzą szczerze, będzie się gorzej żyło, ale za to deficyt będzie mniejszy.

Nieprawda. Pięć lat cięć oszczędnościowych w Grecji dawało rok po roku coraz to wyższy deficyt budżetowy. Po zaaplikowaniu greckiej kuracji kolejnym krajom, szczególnie z południa Europy, kryzys się rozprzestrzenia. Dlatego możemy przewidzieć, jak będą wyglądały kolejne kwartały. Banki zaangażowane w ryzykowny rynek pochodnych będą na gwałt szukać sposobów upiększenia swych wyników „na papierze”. Za pomocą agencji ratingowych zażyczą sobie większej premii za pożyczanie krajowi uznanemu za „ryzykowny” ze względu na rzekomo duży deficyt.  Krajowi takiemu aplikowane są reformy. Europejski Bank Centralny, nie mogąc kupować obligacji państw, daje długoterminowy kredyt 1-procentowy bankom, aby mogły one pożyczyć temu krajowi. Sytuacja kraju się pogarsza, banki żądają jeszcze większej premii, instytucje finansowe wymuszają na kraju kolejne „reformy”.

Wytwarzane często przez niektórych komentatorów wrażenie, jakoby istniał konsensus naukowy co do konieczności „zaciskania pasa”, jest zupełnie błędne. Każdy ekonomista ma swój oryginalny pogląd (a czasami nawet dwa) na każdą sprawę, więc trudno w ogóle mówić o konsensusie. Można jednak z łatwością przybliżyć, iż w tej sprawie większość środowiska ekonomistów nie zgadza się z receptami „rzeźników”. Od dłuższego czasu, m.in. na łamach „New York Times”, z mitem cięć rozprawia się noblista Paul Krugman.

Po drugie: cięcia wydatków szkodzą gospodarce.

Można by od razu dodać: oraz społeczeństwu. I przytoczyć tragiczne dane dotyczące szybko rosnącej liczby samobójstw czy zgonów spowodowanych cięciami w opiece medycznej w krajach południowej Europy. Rosnące poczucie beznadziei i przytłoczenia rzeczywistością w warunkach instytucjonalnie zadekretowanego braku perspektyw wydaje swoje straszne owoce. Skoro lepiej już było, to może być tylko gorzej. Właśnie tak można streścić efekty polityki cięć.

Polityka ta nie jest bowiem, jak się to czasem próbuje przedstawiać, krótkotrwałym, choć szalonym, lekarstwem na kryzys. Jest ona, jak zauważył w swej świetnej publikacji na ten temat prof. Alain Parguez, coraz bardziej obecna od dwóch, a nawet czterech dekad. W tym nowym paradygmacie zawsze dąży się do zmniejszenia wydatków państwa. Parguez wykazuje, iż skutkiem tej dekadenckiej polityki musi być wpadnięcie w maltuzjańską „pułapkę”. Malthus twierdził, że w pewnym momencie nie będzie można utrzymać stanu liczbowego ludzkiej populacji.

Po pierwsze, spadające wydatki oznaczają częściowe nierozwinięcie „dynamicznego całkowitego dobrobytu”, który powinien znajdować się na poziomie równym określonemu potencjałowi, wytworzonemu dzięki przeszłym inwestycjom. Czynnik ten jest kluczowy dla rozwoju, jako nadający dynamikę pracy i kapitałowi – Parguez za wzór stawia program kosmiczny i inne inwestycje „w nieznane”. Nierozwinięcie dobrobytu (np. edukacji) i ograniczanie go powoduje nie tylko jego spadek, ale także w długim okresie spadek poziomu potencjału rozwojowego. Innymi słowy, coraz trudniejsze jest powstrzymanie trendu kurczenia się dobrobytu, poziomu życia, zasobów materialnych i wiedzy.

To oznacza bezprecedensowe odwrócenie wektora postępu w stronę upadku, przejawiającego się coraz niższym poziomem płac i słabnącą produkcją. Rozwój nie jest bowiem procesem automatycznym i tak jak ludzkie działanie go napędza, tak też dewastujące połączenie chciwości i głupoty powoduje, iż ludzkość zacznie się zwijać. Wszystko za sprawą praktyków jaskiniowej ekonomii.

Zarówno do rozwoju, jak choćby i do utrzymania obecnego poziomu potrzebne są inwestycje wytwórcze i wydatki ogólnospołeczne. Te pierwsze w krótkim okresie dyskontują obecny stan wiedzy i techniki. Te drugie poprawiają warunki życia ludzi, aby stworzyć warunki, w których ludzki potencjał może wejść dzięki innowacjom na kolejny poziom potencjału rozwojowego. Paradygmat cięć to wyklucza.

Stawką w walce przeciw cięciom nie będzie zatem jedynie powiatowy szpital czy szkoła blisko od domu. Ta stawka jest ogromna. Demaskowanie mitów powinno być zaczątkiem poważnej dyskusji o tym, jakiej polityki gospodarczej potrzebuje państwo, co zrobić, aby wzrastała siła nabywcza jego obywateli, aby wiedza i dobra produkowane w tym kraju jak najbardziej ubogacały jego mieszkańców. Na początku jednak trzeba powiedzieć NIE cięciom.

Krzysztof Mroczkowski

Rewolucja w pożyczkach

Prasę ostatnimi czasy obiegła reklama pożyczek wyróżniająca się na tle wielu innych, znanych z mediów czy przydrożnych słupów. Rzeczony kredytodawca zapowiedział „rewolucję w pożyczkach”, posługując się stylistyką rodem z czasopisma radykalnej lewicy. Grafika przedstawia tłum machający flagami i transparentami oraz utrzymana jest w ostrej, czarno-czerwonej kolorystyce. Może to nasunąć paradoksalny, choć wcale nie absurdalny domysł – czyżby pracownikiem agencji reklamowej, który tworzył projekt dla tegoż pożyczkodawcy, był ktoś związany ze środowiskiem ideowej lewicy?

Przecząca odpowiedź na to pytanie winna wynikać raczej z faktu, że środowisko takie jest stosunkowo niewielkie, a więc i szansa na przypadkowe spotkanie z dziełem któregoś z jego przedstawicieli wydaje się znikoma. Odpada tym samym najłatwiej wlatująca do głowy odpowiedź, że osoba kontestująca zastany system z pewnością się nim brzydzi, więc nie poszłaby nigdy na kolaborację z podmiotem mającym tak silny udział w reprodukowaniu wolnego rynku – z biznesem reklamowym. Fakty w tym zakresie okazują się paradoksalne: buntownicy i twórcy reklam są często tymi samymi ludźmi, co – jak wskazał w jednym z wywiadów Benjamin Barber – świetnie ilustrują dalsze losy pionierów buntu przeciwko Dwightowi Eisenhowerowi.

Do interesującego wniosku prowadzi również odwrócenie tego rozumowania – czyżby retoryka i stylistyka środowisk kontestujących kapitalizm z lewej strony sceny politycznej, była dla samego kapitalizmu tak mało groźna, że będzie on ją reprodukował? Obserwacje skłaniają ku odpowiedzi twierdzącej. Minęło bowiem już ponad 150 lat od czasu, gdy Adam Mickiewicz wskazywał, że słowo „rewolucjonista” jest dla europejskiej reakcji straszliwe i brzmi jak barbaryzm. Dobrze ów wniosek ilustruje również fakt, że partie liberalne bez większych tożsamościowych perturbacji zaadaptowały lewicowe hasła o emancypacji i tolerancji.

Bardziej obszerne od – niewątpliwie ciekawej – formy graficznej pole do refleksji skrywa jednak samo hasło „rewolucja w pożyczkach”. Choć dla jego autora zapewne nie miało wartości większej od otrzymanej premii, zawrzeć w nim można de facto całą historię funkcjonowania ostatniego wcielenia gospodarki wolnorynkowej. Wcielenia, opartego już nie na sferze produkcyjnej (jak w wieku XIX), nie na stabilności (jak w pokoleniu powojennym), lecz na ciągłym przyspieszaniu i generowaniu gargantuicznych zysków poprzez obrót papierami wartościowymi.

Cała ta maszyneria turbokapitalizmu upodobniła się do supernowoczesnego samochodu, za kierownicą którego usiadł pirat drogowy. Jegomość ów – wiedziony bezkresnym, acz naiwnym optymizmem – przed ruszeniem wymontował z pojazdu hamulce, poduszki powietrzne, pasy i resztę instrumentarium mającego zapewnić bezpieczeństwo w czasie kraksy. Po tych operacjach zasiadł na fotelu kierowcy w przekonaniu, że wystarczy coraz mocniej cisnąć na gaz, a wówczas – nawet bez trzymania kierownicy – auto będzie bezpiecznie jechać, nieustannie zwiększając prędkość. Rajdowiec zapomniał jednak, że na liczniku prędkości trzycyfrowa liczba z dwójką z przodu zapewnia bardzo szybkie dotarcie na miejsce, lecz przy takim tempie jazdy wystarczy uderzenie niewielkiego kamyczka w oponę, by zaliczyć wywrotkę i dachowanie.

Rozpędzanie się pojazdu nie rozpoczęło się bynajmniej w momencie, gdy szwedzcy socjaldemokraci po raz pierwszy od niemal półwiecza przegrali wybory, a Friedrich von Hayek został nagrodzony Noblem w dziedzinie ekonomii. Mało kto analizuje niestety powstanie doktryn lewicowych w korelacji z narastającym sprzeciwem przeciwko „przyspieszeniu”. A przecież wiele wspomnień czy pamiętników z połowy XIX w. zawiera fragmenty świadczące wprost o zdumieniu autorów, spowodowanym szybkością jazdy parowych lokomotyw, przekazywaniem informacji drogą telegraficzną czy coraz szybszym reagowaniem prasy na istotne wydarzenia. I choć zbyt prostym byłoby stwierdzenie, że owa plejada wynalazków została zrodzona z blasku kapitalistycznej doskonałości, to jednak nietrudno dostrzec, że postęp technologiczny szybko został skolonizowany i służył potrzebom rynkowej machiny. Perwersyjny ciąg dalszy sytuacji, w której genialność myśli ludzkiej zostaje sprowadzona do roli instrumentu maksymalizującego zyski objawia się w pełnej krasie także dziś. Przejawem tego zjawiska była choćby niedawna batalia wokół porozumienia ACTA, wynikająca z hipertrofii prawa własności intelektualnej.

Kapitalizm w swej neoliberalnej formule przechwycił jednak jeszcze jedną, istotniejszą sferę – czego dobitnym przejawem była wspomniana reklama pożyczek. Obecnie oto – co umyka uwadze tradycjonalistycznych zwolenników gospodarki rynkowej w wersji hard – kultywowane przez wiele lat oszczędzanie stało się postawą niewygodną dla globalnej gospodarki. Wyliczenia ekonomistów pozbawiają złudzeń w tym zakresie. O ile na początku ostatniej dekady XX w. amerykańska rodzina średnio 8% dochodów przeznaczała na poczet oszczędności, o tyle w roku 2000 odsetek ten był bliski zeru. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że za zjawisko zaniku oszczędzania odpowiedzialne było przede wszystkim 20% gospodarstw domowych o najwyższych dochodach. A jako że – jak powiadał Marks – ideologia klasy panującej jest ideologią panującą w społeczeństwie, moda na przeznaczanie całości środków na beztroską konsumpcję stała się wkrótce powszechna.

Rynek rychło znalazł jednak sposób, by przekroczyć nawet granicę 100% konsumowanego dochodu. Tak mniej więcej rysuje się geneza mody na branie pożyczek, zapoczątkowanej przez zręczne posunięcie Systemu Rezerwy Federalnej USA (FED), który obniżył stopy procentowe, sprawiając, że kredyty stały się niemal powszechnie dostępne. W wielu analizach tego zjawiska słusznie wskazuje się, że jego efektem było napompowanie olbrzymiej bańki spekulacyjnej w sektorze nieruchomości. Niewielu autorów zwraca jednak uwagę, że punkt ciężkości w sferze gospodarczej przesunął się tym samym z „tu i teraz” na „tam i wtedy”.

Z ekonomicznym kultem przeszłości (vide: ziemia z dziada pradziada) rynek rozprawił się już wiele lat temu, czyniąc z tradycjonalistycznej warstwy chłopskiej miejski proletariat, który musiał się troszczyć o „teraz”; ujmowany obrazowo jako obawa „Czy jutro będzie co włożyć do garnka?”. Na użytek tej konstrukcji wygenerowano mit „od pucybuta do milionera”, który znaczył mniej więcej tyle: pracuj ciężko dzisiaj, by jutro móc posiadać więcej. Rewolucyjny ładunek, zawierający się w tanich i powszechnie dostępnych kredytach doprowadził do przejścia także tego etapu. Po cóż bowiem czekać, aż skrupulatnie okładane pieniądze osiągną kwotę, która umożliwi oszczędnemu posiadaczowi „szał zakupów” (znaczący w XIX w. tyle, co zakup pary butów…)? Odległą przyszłość może znacznie przybliżyć wizyta agenta pożyczkowego w domu klienta, który to jegomość dodatkowo – uszczęśliwiając gospodarstwo domowe kredytem hipotecznym – będzie miał szansę na premię od sprzedaży tychże kredytów. Kapitał okazał się więc mieć charakter już nie tylko ponadnarodowy, ale także swoiście ponadczasowy.

„Rewolucja w pożyczkach” nie ma jednak znaczenia wyłącznie ekonomicznego. Co prawda, w przeciwieństwie do niegdysiejszej kolonizacji, „kolonizacja przyszłości” nie niesie ze sobą nędzy i śmierci milionów ludzi. Jednak i ona – za zasłoną uśmiechniętych bonzów – generuje negatywne tendencje na wielu płaszczyznach. W odróżnieniu od swej poprzedniczki, która koncentrowała się na przerzucaniu bogactwa z terytoriów peryferyjnych do ówczesnego światowego centrum, pożyczkowa rewolucja wytwarza takie tendencje nie tylko w „trzecim”, ale także w „pierwszym” świecie.

Wiele można by napisać – i wiele już napisano – o degradacji olbrzymich przestrzeni planety oraz łamaniu praw człowieka w azjatyckich fabrykach, byle tylko uczynić zadość rozbuchanym apetytom konsumpcyjnym krajów Zachodu. Bardziej interesujące wydaje się jednak dostrzeżenie nowych pól konfliktu, które tworzą się w Europie. „Rewolucja w pożyczkach”, jak każda chyba rewolucja, wymaga wszak ofiar – a tymi często padają osoby zwyczajnie mamione wizją np. „lepszych świąt”, które można urządzić pożyczając zaledwie kilkaset złotych. O tym, że taka pożyczka – z powodu specyficznie skonstruowanej umowy – często może się skończyć wielotysięcznymi długami, albo nawet wizytą komornika, donoszą regularnie nawet „urzędowo-optymistyczne” media. Każdy odcinek popularnej „Sprawy dla reportera” dostarcza w tym zakresie materiału do wielomiesięcznej, wytężonej pracy dla organizacji społecznych.

Krzyk samotnych staruszek, które zostały wplątane w spiralę długów i wylądowały w socjalnym mieszkaniu z pleśnią na ścianach, jest jednak zazwyczaj słabo słyszalny. W dobie uwiądu oddolnej samoorganizacji wcale nie lepiej przedstawia się również zakres artykulacji bardziej długofalowych postulatów przez osoby, które ukończywszy studia zmuszone są mieszkać z rodzicami, bo praca na umowę zlecenie nie daje zdolności kredytowej, co wyklucza możliwość zakupu mieszkania. W tej sferze rzeczywistość negatywnie weryfikuje libertariański sen o „dobrowolności” zadłużania się, wulgarnie wyrażany przez Janusza Korwina-Mikke poprzez zachęty do „mieszkania w psiej budzie do momentu zebrania 200 tys. zł na zakup domu”. Pożyczki oparte są bowiem na formie przymusu symbolicznego, który polega na umiejętnym wykorzystaniu naturalnego odruchu obronnego przed biedą – także biedą relatywną. Stąd każdy nadprodukowany inteligent, który nie może się przed tym zjawiskiem obronić, nosi w sobie potencjał sprzeciwu.

Sprzeciw ten już dziś w krajach takich, jak Grecja czy Hiszpania okazuje się niemożliwym do zgryzienia orzechem dla kapitalizmu po „pożyczkowej rewolucji”. Błąd tkwił wszakże w samych jej założeniach, czyli w zorientowaniu teraźniejszości w oparciu o przewidywanie wyłącznie optymistycznej wizji przyszłości. Wycena każdego kredytobiorcy, eufemistyczne nazywana „określeniem zdolności kredytowej”, polega przecież na założeniu, że aktualna sytuacja zarobkowa nie tylko nie ulegnie pogorszeniu z powodu np. straty pracy, ale że będzie ona wręcz coraz to lepsza. Za 30 lat – rozumują bankierzy – Jan Kowalski nie będzie już li tylko supervisorem w Cinema City, lecz zdąży przejść przez szczebel kierownika obiektu aż do koordynatora regionalnego, a może nawet jeszcze wyżej. Z powodu tak naiwnych kalkulacji „rewolucja w pożyczkach” dziś, na oczach całego świata, pożera własny ogon.

Piotr Kuligowski