przez Jarosław Ogrodowski | sobota 22 czerwca 2013 | opinie
108 lat temu, 22 czerwca 1905 roku, wybuchło coś, co nazwano później powstaniem łódzkim, a co stało się częścią wydarzeń w całej Polsce w ramach rewolucji 1905 r. W ciągu kilku dni stanęły niemal wszystkie łódzkie fabryki, a na ulicach pojawiły się barykady. Przyglądając się pożółkłym fotografiom i wycinkom z gazet z epoki, nie zastanawiamy się zbyt często, o co ci ludzie walczyli. Jest to dla nas kolejne wydarzenie z zamierzchłej historii, nieaktualne i pozbawione znaczenia. Nic bardziej mylnego.
Wśród żądań ówczesnych robotników znajdziemy takie jak ośmiogodzinny dzień pracy, równe płace dla kobiet i mężczyzn, ubezpieczenia zdrowotne i bezpłatną opiekę nad dziećmi. Wszystko, o co walczyli wtedy, brzmi niezwykle aktualnie także teraz, w dobie prekariatu i umów śmieciowych. Ilu z nas pracuje w nienormowanym czasie pracy, będąc pod telefonem/e-mailem praktycznie cały dzień? Ilu z nas posiada pełne ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne? Ilu z nas, jeśli już zdecydowaliśmy się na posiadanie dzieci, miało szczęście umieszczenia ich w miejskim przedszkolu, a nie musiało polegać na darmowej pracy babci?
Świadomość tego, że posiadamy prawa, jest niezwykle ważna. Prawo do pracy, prawo do godnej zapłaty za nią, prawo do ubezpieczeń społecznych, prawo do bezpłatnego leczenia i bezpłatnej nauki, prawo do posiadania dachu nad głową – to wszystko składa się na katalog najbardziej podstawowych praw, które nam przysługują, a o których coraz mniej z nas pamięta. Bezwiednie, godząc się na coraz gorsze warunki, zapominaliśmy o tych prawach. Aż wreszcie znaleźliśmy się niemal w tym samym miejscu co bojownicy roku 1905.
Ostatnie ćwierćwiecze to pole nieustającego rugowania tej świadomości z umysłów społeczeństwa. Każdy, kto upominał się o podstawowe prawa, lądował w szufladce z napisem „roszczeniowy”. Nowoczesnemu Polakowi roszczeniowość nie przystawała – nowoczesny Polak zajmował się pomnażaniem swojego kapitału i już za chwilę miał stać się nowym Carringtonem. Jasne było, że aby to osiągnąć, należy zaciskać zęby i przeć do przodu, kosztem swoim i innych, a wszelkie kłopoty i niedogodności napotykane na tej drodze miały być przejściowe.
W ten sposób zgodziliśmy się jako społeczeństwo na ciągłe wyrzeczenia i niedogodności. Wyszkoleni, że od tej pory wszystko znajduje się w rękach jednostki, oduczyliśmy się działań zbiorowych. Rozbici i zatomizowani staliśmy się łatwym celem, bo nikt już za nami nie stał. Co gorsza, przyjęliśmy panującą nowomowę – prawa stały się przywilejami, a upominanie się o nie postawą roszczeniową. Każdy, kto podnosił głos w swojej obronie, narażał się na ukamienowanie, jako ktoś, kto przeszkadza w biegu ku świetlanej przyszłości, a prawa, których bronił, należało mu w ogólnej opinii natychmiast odebrać, jako nienależne przywileje. W ten sposób napuszczano jedne grupy społeczne na inne, a podręcznikowym wręcz tego przykładem jest opublikowany niedawno w „Gazecie Wyborczej” list pracownika call center. Jego autor atakuje nauczyciela broniącego swoich praw, zamiast walczyć o takie same prawa dla siebie.
Niepostrzeżenie wyrosło całe nowe pokolenie – nie znające już innego języka i nie potrafiące działać wspólnie. Nawet postawieni pod ścianą prywatyzujemy nasze nieszczęścia i obwiniamy za nie głównie siebie, nie dostrzegając systemu stojącego za nimi. Nie wychodzimy na ulice, zamykając się z problemami w czterech ścianach. Nie mamy świadomości grupowej ani świadomości klasowej, odrzuconej jako niemodna i przestarzała.
Tymczasem poza naszymi granicami wrze. Protesty uliczne rozlały się jak Europa długa i szeroka – wszędzie tam, gdzie usiłowano zaaplikować ludziom drakońskie reformy, zmuszające do płacenia za nie swoje błędy. Grecja, Hiszpania, Szwecja, a ostatnio Turcja – zewsząd dochodzą głosy o kolejnych manifestacjach i starciach z policją. My pozostajemy na nie głusi, bo kto by sympatyzował z roszczeniowymi warchołami, którym się nie chce pracować?
Plac od wieków był najważniejszą przestrzenią w mieście. Agora, miejsce spotkań, na które każdy mógł przyjść i spotkać się z innymi. W obronie tego w Stambule polała się krew. Ludzie zaprotestowali przeciwko zniszczeniu i prywatyzacji przestrzeni wspólnej, upominając się również o pozostałe podstawowe prawa, których im odmawiano. Rewolucja na naszych oczach rozlała się na dziesiątki innych tureckich miast, napotykając brutalną reakcję rządu. Echa tych wydarzeń dotarły nawet do Polski, każąc postawić sobie pytanie, jak zachowalibyśmy się jako społeczeństwo w podobnej sytuacji?
Każda władza doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak groźna jest duża publiczna przestrzeń położona w sercu miasta. Takie miejsce szybko może się stać ogniskiem protestu, jak np. kijowski Chreszczatyk w 2004 czy plac Tahrir w Kairze. Dlatego władze chętnie odbierają społeczeństwu te obszary, oddając je w zarząd prywatnym inwestorom czy kierując na nie ruch samochodowy. W moim rodzinnym mieście jeszcze w latach 70. zeszłego wieku w ten sposób zniszczono główną arenę robotniczych wieców, jaką był Wodny Rynek. Ten największy plac Łodzi był od końca XIX stulecia widownią wieców, masówek oraz bitew z wojskiem i policją. To tam spotykali się wszyscy, którzy pragnęli zmiany, i to tam szli, aby to pragnienie zamanifestować. Dziś w jego miejscu biegnie wielopasmowa arteria, a smutne resztki placu zajmuje martwy parking. Nie lepszy los spotkał inne dawne rynki mojego miasta – Bałucki, Zielony czy Górny zostały oddane we władanie kupcom, którzy zabudowali je halami.
My jednak nie broniliśmy przestrzeni wspólnych. Nauczeni, że wspólne oznacza tyle co niczyje, nie przejęliśmy się, gdy wspólne nagle stało się czyjeś. Nie odczuliśmy straty, a ci nieliczni, którzy odczuli, spotykali się z pełnymi politowania puknięciami w głowę. W obronie Bałuckiego Rynku nie padł żaden kamień, a drzew w Ogrodzie Krasińskich bronili nieliczni. Żadne z tych miejsc nie stało się zarzewiem protestu, iskrą, która wyzwoliłaby powszechny ludzki gniew.
Mimo to klimat się zmienia. Coraz więcej osób zauważa, że razem można więcej. Coraz więcej osób gotowych jest wykonywać codzienną pracę u podstaw i odzyskiwać przestrzeń dla całej społeczności, a nie tylko dla siebie. Na razie są to małe, kilkudziesięcioosobowe grupki, słabe i izolowane, ale z każdym dniem jest ich więcej. Uczą się identyfikować swoje problemy i odnajdywać ich przyczyny. Uczą się też spoglądać za płot i zauważać, że problemy różnych grup bardzo często mają takie samo podłoże. Na ulicach dużych polskich miast pojawiają się demonstracje solidarności z protestującymi w innych częściach świata. Walczący o dach nad głową lokatorzy prywatnych kamienic otrzymują wsparcie od środowisk anarchistycznych. Mniejszości seksualne wpisały na sztandary Parady Równości żądania godnej pracy i płacy. Ludzie ze, zdawałoby się, zupełnie sobie obcych grup społecznych zaczynają współpracować i walczyć ramię w ramię.
Być może nie doczekamy się swojego placu Taksim i być może w obronie kolejnej zawłaszczanej wspólnej przestrzeni nie padnie żaden strzał. Jednak mam przeświadczenie, że do przesilenia zostało już niewiele czasu. Bądźmy gotowi, bo walka, która się wtedy rozegra, będzie walką o nasze prawa.
przez Krzysztof Wołodźko | poniedziałek 10 czerwca 2013 | opinie
Sceny z dzieciństwa, pewnie na siebie nałożone. Dworzec PKP w Poznaniu, charakterystyczne drewniane, długie ławki w poczekalni, późna godzina, czarno-biały telewizor wysoko na stojaku. Byle jakie żółtawe światło niezbyt ostro maluje scenerię. Druga połowa lat osiemdziesiątych. Zmęczeni ludzie, robotnicy, inteligencja, „niebieskie ptaki” Polski Ludowej, niektóre twarze prawie jak z „Korkociągu” Marka Piwowskiego. Czekam z Rodzicami na pociąg. Telewizor migocze jedynie słusznym śnieżeniem, partia czuwa i troszczy się, ludzie siedzą, przygaszeni, cisi. Mężczyzna oddaje mocz w rogu sali. – Nie patrz, synku – słyszę. Ale patrzę, patrzę, bo już kształtują się nawyki i matryca postrzegania rzeczywistości, kształtuje się zmysł wychwytujący turpizm, zaczyna obserwacja ojczystych cieni. Dobrze rozumiem frazę: „Czy byłeś kiedyś w Kutnie na dworcu w nocy: / Jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy”. I to był w dużej mierze PRL, nieprzefiltrowany przez bareizmy, socjal-resentymenty, propagandę postkomunizmu – niemartyrologiczny, cwaniacko-oślizgło-beznadziejny, zepchnięty do ogólnonarodowej podświadomości jako historyczna trauma i wstyd.
2013 rok, wiosna, dworzec PKP w Poznaniu, a właściwie dwa dworce: stary i nowy. Już po 22.00. Na zewnątrz nagła burza. Nie ma gdzie usiąść – na starym dworcu Straż Ochrony Kolei przegania ludzi z niewielkiej poczekalni, chyba cudem ocalałej obok małej kawiarenki. Zielony kolor ścian, niewygodne krzesła, kilka stolików. Poczekalnie, takie z prawdziwego zdarzenia, zlikwidowano na starym dworcu, a na nowym nie ma ich wcale. Są sieciowe kawiarnie, automaty z koncernowymi słodyczami i napojami. Zatem podróżni stoją, siedzą na walizkach w dworcowym hallu, jak intruzi, jak ludzie niepotrzebni. Bo nie ma przestrzeni publicznej na dworcach urządzonych wedle logiki realnego liberalizmu. Bo prawie nie ma przestrzeni publicznej w kraju realnego liberalizmu.
Myślę czasem, skąd to, ta dzisiejsza niechęć i niezrozumienie rzeczy wspólnych. I jedna myśl świta mi w głowie, gdy tak nakładam na siebie te obrazy – dziecięce i współczesne. Że to wszystko z choroby, z choroby wstydu i nieumiejętności, choroby ucieczki i niezadowolenia, z choroby bezradności i zobojętnienia – uciekliśmy od przestrzeni publicznej, wspólnej, jednoczącej. Zbiegliśmy w te wszystkie wsobności i odosobnienia, w strategie indywidualnego przetrwania, popychani kolanem, kuksańcami, marchewką, złudzeniem, sukcesem, gniewem, nadzieją – żeby już nie siedzieć w żółtomglistym świetle PRL-owskiej poczekalni. Wyrwaliśmy się ku światłu neonów i reklam, sycącym wzrok barwom opakowań batoników, proszków do prania, wyrwaliśmy się z piekiełka zapuszczonej przestrzeni publicznej do lepszego świata. Zatrzasnęliśmy drzwi za brudem, od którego pękały oczy, i za ciepłem przaśnych, ale wspólnych miejsc. Nie pytaliśmy – pytać nie było kogo – co właściwie urządzimy sobie w zamian.
Mamy zatem swój kraj. Wypasione bryki stoją na światłach, pada gwałtowny deszcz, drogi są dziurawe, nawet te wielkomiejskie. Wypasione bryki niemal jak amfibie, w tych dziurach zalanych zbełtaną deszczówką, która spływa niemrawo pod ziemię, rynsztokami. Mamy wypasione bryki i dziurawe drogi, mamy rosnący dobrobyt i rosnące ubóstwo oraz niedofinansowanie infrastruktury publicznej. Nasi dziadkowie i rodzice już dawno zostawili na złomie maluchy, sprowadzili sobie zachodnie auta z niemieckich złomowisk. Albo kupili coś na kredyt, albo za gotówkę – bo przecież dobrodziejstwo transformacji, przejście ze świata Gorzej-Być-Nie-Może do świata realnego liberalizmu, wielu jednak się opłacało.
Ale gdy trzeba było ciągnąć ku sobie, gryźć, drapać, ustawiać się, rozpychać – to w kurzu bitewnym Wielkiej Wojny Przepoczwarzenia Ustrojowego nie widać było za dobrze, jak znika przestrzeń publiczna. I – prawdę mówiąc – kto się dorobił, nie widział potrzeby, by za nią płakać. Bo na co dworzec kolejowy szczęśliwemu posiadaczowi sprawnego samochodu, sprowadzonego z Niemiec? Wreszcie można było się odseparować, wyłączyć z ogółu, który kojarzył się bardziej z kolejką niż z przygaszoną „Solidarnością”, wyjść z tej śmierdzącej poczekalni. Nareszcie można było zjeść batonika, popić słodkim napojem z plastiku, zmienić szarawy proszek „Ixi” na taki pachnący, z granulkami, wyremontować kuchnię, łazienkę, zacząć żyć, konsumować, być i tyć. O, błogosławiona wsobności życia w III Rzeczpospolitej! O, święta obojętności wobec śmierdzącej ojczyzny! Zróbmy sobie inną! No to zrobiliśmy…
Wiem, brzydko piszę. Wypadałoby trochę socjalistycznej litości dla Polski Ludowej i nieco prawicowego, mało zobowiązującego wzruszenia nad umęczoną ojczyzną. Kłopot w tym, że tak się nie da. Bo z ziemi peerelowskiej do trzeciopospolitej przeszliśmy jednak dość obrzydliwie, choć może trudno było inaczej. A skąd ta obrzydliwość? Bo tę Polskę nisko wyceniliśmy i szybko rozparcelowaliśmy, nie daliśmy sobie i jej większych szans, żeby coś wspólnego dla wszystkich z niej ocalić – fizycznie, nie nadrealnie. Przetransferowaliśmy tę Polskę do własnych kieszeni i ona tam teraz cicho pobrzękuje judaszowym groszem. I gdy się dobrze wsłuchać, słychać ją zarówno z kieszeni starych esbeków, jak i prawdziwych Polaków. I z kieszeni małomiasteczkowego urzędnika, i z portfela zasłużonych dla budowania społeczeństwa obywatelskiego. A o czym ta Polska brzęczy, o czym kwili? Kto wie, może o tym, że jej tam wygodniej i lepiej niż w peerelowskiej poczekalni. Bo przecież, powiedzmy to jasno, ona w ciągu stuleci chyba do tego przywykła, że trafia z kieszeni do kieszeni, a zakładam, że źle się jednak czuła w żółtym poblasku peerelowskiej poczekalni, pełnej ludzi, którzy przestali już wierzyć megafonom. A może i tam było jej nie najgorzej? Gdy parowała ciepłą strużką uryny na dworcowej poczekalni, gdy wzlatywała pod niebo robociarskimi modlitwami pod stoczniową bramą, gdy siedziała w szkolnej stołówce, przełykając szpinak i kożuch od mleka oraz drobiła fluoryzowanymi zębami cienko krojoną kiełbasę. Nie wiem, Polska jest małomówna, zamknięta w sobie jak latami poniewierana kobieta.
Oczywiście, teraz jest ładniej i niekiedy całkiem sensownie. To duży plus. Do tego mamy demokrację, czyli hegemonię zapętleń polityczno-biznesowo-medialnych. Mamy pluralizm środków masowego przekazu, czyli dużo propagandy plus nisze dla kontestatorów. Mamy wreszcie uznanie dla prywatnej własności, czyli społeczeństwo szybko organizujące się w systemie rosnącego rozwarstwienia ekonomiczno-kulturowego. Mamy ciepłą wodę w kranach, marsze niepodległości, marsze szmat i grupy rekonstrukcyjne. Mamy IPN, wycieczki do Egiptu, ołtarze na Boże Ciało tuż przy „Biedronce”, mamy też awangardę postępu, wielką księgę cipek, Janusza Palikota, giełdę i Jeremiego Mordasewicza. Mamy Dzień Żołnierzy Wyklętych, zwęglone szczątki Jolanty Brzeskiej, „Pocztówkę z wakacji”, tanie kondomy „Conamore”, spór o in vitro, Amber Gold, rotmistrza Pileckiego, rok Tuwima, ogólnopolskie nieustające zawody całowania w dupę w ramach ścieżki (jakiejkolwiek) kariery zawodowej. Do tego mamy prasę codzienną i niecodzienne wydarzenia muzyczne, jak koncertowo spieprzone Ursynalia 2013. Jest kolorowo, jest dużo tematów na newsa, z których większość nie dotyczy tego, co powinna.
Dawno temu w miasteczku Śrem (a może był to Czempiń?) istniała knajpa „Kosmos”. Tam odlatywano naprawdę daleko, dalej niż Gagarin i Hermaszewski, fruwano na smugach smrodu znad szynkwasu, w oparach piwnej piany ściekającej po brzegach kufli z grubego szkła. Tam przeciętni obywatele Polski Ludowej śnili swój sen kolorowy, sen malowany. Czy byłeś kiedyś w knajpie „Kosmos”, w miasteczku, nocą? Brzydko było, pękały oczy, marynarki, szczęki, serca kobiet i mężczyzn, kurewek i taksówkarzy, badylarzy i inteligentów. Aż zamknęli „Kosmos”. I zajaśniała jutrzenka swobody. I wyszli, i zatrzasnęli drzwi. Zobaczyli, że zaraz będzie lepiej.
I jest lepiej, bracia rodacy. Naprawdę jest lepiej, siostry. Wygraliśmy, dla nas wygrali oni. Mamy urocze knajpki, estetyczne kubeczki z aromatyczną kawą, kolorowe drinki, młodzież hipsterską i tolerancyjną, chillouty – bo wyciszenia nam czasem trzeba, gdy już brak sił w zawodach w całowaniu w dupę. Tamci, te niedobitki z „Kosmosu”, z poczekalni, ze śnieżącego telewizora, to już nazwiska na nagrobkach, renciści i emeryci, zasłużeni politycy, zasobni biznesmeni, autorytety (a)moralne. I czy to ich wina, że nic więcej nie wiedzieli, że mogli tylko wyjść z „Kosmosu”, z poczekalni, z gmachu KC PZPR, zleźć ze styropianu, że mogli się sfrajerzyć lub wycwanić, trzecie nie było na ogół dane? Co oni winni, że mogli tylko uwierzyć, że będzie jak na Zachodzie, gdy się bary piwne zastąpi fast foodami, gdy się wyprzeda Polskę Ludową w ramach wielkiej, posezonowej, historycznej i geopolitycznej obniżki cen?
Chciałbym okłamać czytelnika, że czasem śni mi się ta peerelowska poczekalnia dworcowa, żółto-śmierdząca, że śni mi się katalog twarzy stamtąd. A we śnie gra nowoczesny telewizor i szarzy ludzie oglądają „Must be the music”. I mówią do mnie ze smutną miłością: „o taką Polskę dla Ciebie walczymy!”. Ale wcale mi się to nie śni. Może widzę we snach co innego: dwoje kochanków, szepczą do siebie – zróbmy sobie Polskę… Ale budzę się i czytam, że jednak demograficzny niż. I chce mi się śmiać, i wzruszyć ramionami, i krzyczeć. I zostać, i wyjechać.
przez Jarosław Górski | poniedziałek 3 czerwca 2013 | opinie
Minęły już 24 lata od pamiętnego czwartego czerwca, od dnia, którego, jak powiedziała w słynnej telewizyjnej migawce Joanna Szczepkowska, „skończył się w Polsce komunizm”. Czy uproszczenie świetnej aktorki było dopuszczalne, czy zbyt daleko idące, można dyskutować; można, powinno i dyskutuje się także o tym, czy pierwsze częściowo wolne wybory były rzeczywiście zwycięstwem demokratycznej opozycji. Faktem jest jednak, że 4 czerwca 1989 roku stał się pewną cezurą dzielącą w naszych głowach czasy Peerelu i niepodległej Polski. Obalenie niesprawiedliwego i siłą narzuconego ustroju, odzyskanie przez naród własnego państwa, a przez społeczeństwo możliwości samostanowienia z pewnością warto czcić państwowym świętem. A że proces przemiany był długi i skomplikowany, żadna Bastylia nie padła, żaden charyzmatyczny wódz nie przyjechał z wygnania, to elity proponują nam świętowanie dnia wyborów, co prawda demokratycznych tylko w 1/3, ale jednak będących znakiem nowego. I w tym roku święto ma być radosne, a w dodatku ma się wówczas odbyć zwieńczenie akcji społecznej mającej na celu przełamanie wizerunku Polaka-zrzędy, o wiecznie skwaszonej minie, niedostrzegającego wokół siebie pozytywów i wciąż mającego do kogoś pretensje. W całej Polsce zapowiadają się radosne festyny i pochody.
A ja, zamiast kiwać sobie wesołym balonikiem, w przeddzień czerwcowego święta czytam świadectwo Ryszarda Kapuścińskiego z czasów sierpniowych strajków z 1980 roku. Strajków, które zapoczątkowały ciąg zdarzeń prowadzących do 4 czerwca 1989 roku:
„Do lokalu Komitetu Strajkowego stoczni gdyńskiej przyszło pięć kobiet z miejscowej spółdzielni rzemieślniczej. Byłem świadkiem tej sceny. Przyszły, aby przyłączyć się do strajku. Nie chciały podwyżek, nie domagały się nowego przedszkola. One zdecydowały się strajkować przeciw swojemu prezesowi, który był chamem. Wszelkie próby nauczenia go grzeczności i szacunku do nich – kobiet i matek – kończyły się fatalnie, kończyły się szykanami i prześladowaniami. Wszelkie odwołania do wyższych czynników nie przyniosły nic – prezes był dobry, ponieważ zapewniał wykonanie planu. A one dłużej nie mogą tego znieść. One przecież mają swoją godność. Wobec doniosłości postulatów stoczniowych, motyw strajku tych pięciu kobiet zdawał się być drugorzędnym. Ileż u nas rozjuszonego chamstwa! Ale młodzi stoczniowcy, którzy wysłuchiwali tej skargi, odnieśli się do niej z największą powagą. Oni też walczyli przeciw rozpanoszeniu biurokracji, przeciw pogardzie, przeciw »róbcie a nie gadajcie«, przeciw nieruchomej i obojętnej twarzy w okienku, która mówi »nie!«. Kto stara się sprowadzić ruch Wybrzeża do spraw płacowo-bytowych, ten niczego nie zrozumiał. Bowiem naczelnym motywem tych wystąpień była godność człowieka, było dążenie stworzenia nowych stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszystkich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obowiązująca każdego bez wyjątku, zasada według której podwładny jest jednocześnie partnerem” („Lapidarium”, Warszawa 1990, s. 31, podkreślenie moje – J.G.).
Kapuściński trafił w sedno. Podłość tamtego ustroju polegała na tym właśnie, że nie dawał ludziom szans na zachowanie godności. Pracownice pozbawiane godności przez prezesa-chama musiały to akceptować, aby nie wystawić się na represje, nie stracić pracy, nie skazać na nędzę swoich dzieci. Robotnicy stoczni doskonale rozumieli, jak poniżające są nie same wyzwiska czy chamskie odzywki, ale to, że dla jakiegoś przyziemnego dobra należy znosić je w milczeniu, może nawet udawać, że bierze się je za dobry żart, a szefa ma nie za prostaka, lecz za równego chłopa, który umie postępować z ludźmi. „Róbcie a nie gadajcie!”, „to ja jestem od myślenia!”, „nie podoba się, to won!” – to była istota stosunków między przełożonymi a podwładnymi.
Człowiek spędzający w pracy bardzo istotną część czasu traktował ją przez to jako boży dopust, jako daninę, którą z własnego życia, z przyrodzonej godności musi złożyć, aby utrzymać się na powierzchni.
Tego przekonania, że jest się nikim, nabywało się przecież nie tylko w pracy: już od małego, w szkole, w której należało uczyć się odtąd-dotąd, bez zbędnych pytań i bez własnych wniosków; u lekarza specjalisty, do którego odczekać trzeba było czasami w wielomiesięcznej kolejce, a który badając człowieka, zwracał się do niego tak, jakby wydawał polecenia; w urzędzie, gdzie człowiek był zasypywany dziesiątkami bezsensownych formularzy, ankiet, załączników i opłat skarbowych, odsyłany od okienka do okienka, zanim udało mu się załatwić jakąś sprawę; w rozmowie z milicjantem, który – zwłaszcza młodego człowieka, za którym nie stał nikt ważny – mógł zwymyślać, znieważyć, pobić, zamknąć w areszcie, oskarżyć fałszywie; w ciągłej krzątaninie i pogoni za pieniędzmi, których mimo starań, mimo wykańczającej pracy i bolesnego zaciskania zębów przy kolejnych chamskich odzywkach prezesa wciąż było za mało, wciąż najwyżej na styk. Zostawały marzenia, że kiedyś będzie więcej, że można będzie sprawić sobie takie marne pocieszacze, aby tylko zapomnieć o upodleniu: „telewizor, meble, mały fiat…”.
A na wszelkie swoje skargi słyszał taką oto odpowiedź, że przecież odczuć subiektywnych nie można traktować tak poważnie jak obiektywnych kryteriów ujętych w statystykach: rosnącego tonażu wydobycia miedzi i spustu surówki, wykonanych prefabrykatów betonowych do budowy nowych stadionów i dróg, zwodowanych rudowęglowców. Że narzekanie to piasek w tryby, woda na młyn, a w ogóle to nasza paskudna narodowa cecha, której powinniśmy się wstydzić. I że w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę, że obiektywnych procesów historii nie da się w żaden sposób zatrzymać ani ominąć, a kto tego nie chce zrozumieć, jest wrogiem albo żałosnym frustratem. I to wszystko przekładało się w końcu na nieznośną samoświadomość człowieka, przekonanego, że skoro zewsząd dostaje sygnały świadczące o tym, że jest nikim, że jest nieważny, że nic od niego nie zależy, to może rzeczywiście jest on nikim. A praktyka dnia codziennego pokazywała, że jeśli chce się zostać chociaż trochę bardziej kimś, to trzeba w swoim działaniu zacząć brać pod uwagę prawa dziejowej konieczności: czasem szepnąć szefowi, o czym rozmawiają koledzy na papierosie, zapisać się do odpowiedniej organizacji, wyszarpać dla siebie stanowisko, na którym będzie można innym dawać do zrozumienia, jak mało są ważni…
I chyba warto dziś, przy okazji czerwcowego święta, przypomnieć tę lawinę, która ruszyła w sierpniu 1980 roku. Przypomnieć ludziom, którzy zewsząd słyszą, że są nieważni, bezwartościowi, że ich zdanie się nie liczy, a wpływ na ich życie ma kto inny. Już od małego, w szkole, w której należy uczyć się odtąd-dotąd, bez zbędnych pytań i bez własnych wniosków; u lekarza specjalisty, do którego odczekać trzeba czasami w wielomiesięcznej kolejce, a który badając człowieka, zwraca się do niego tak, jakby wydawał polecenia; w urzędzie, gdy człowiek jest zasypywany dziesiątkami bezsensownych formularzy, ankiet, załączników i opłat skarbowych, odsyłany od okienka do okienka, zanim uda mu się załatwić jakąś sprawę; w rozmowie z policjantem, który – zwłaszcza młodego człowieka, za którym nie stoi nikt ważny – może zwymyślać, znieważyć, pobić, zamknąć w areszcie, oskarżyć fałszywie; w ciągłej krzątaninie i pogoni za pieniędzmi, których mimo starań, mimo wykańczającej pracy i bolesnego zaciskania zębów przy kolejnych chamskich odzywkach prezesa, wciąż jest za mało, wciąż najwyżej na styk. Zostają marzenia, że kiedyś będzie więcej, że można będzie sprawić sobie takie marne pocieszacze, aby tylko zapomnieć o upodleniu… O! jeśli chodzi o marzenia, to postęp jest niewiarygodny: willa z basenem, sportowy samochód – taki, że mózg staje, i w ogóle, i w ogóle…
A na wszelkie swoje skargi słyszy odpowiedź, że przecież odczuć subiektywnych nie można traktować tak poważnie jak obiektywnych kryteriów ujętych w statystykach: rosnącego PKB, kilometrów autostrad, wspaniałych stadionów, szybujących pod niebo wieżowców i średniej płacy. Że narzekanie to relikt poprzedniego ustroju, objaw roszczeniowej postawy, a w ogóle to nasza paskudna narodowa cecha, której powinniśmy się wstydzić. I że w ogóle powinniśmy wziąć pod uwagę, że obiektywnych praw rynku nie da się w żaden sposób zatrzymać ani ominąć, a kto tego nie chce zrozumieć, jest wrogiem albo żałosnym frustratem. I to wszystko przekłada się w końcu na nieznośną samoświadomość człowieka, przekonanego, że skoro zewsząd dostaje sygnały świadczące o tym, że jest nikim, że jest nieważny, że nic od niego nie zależy, to może rzeczywiście jest on nikim. A praktyka dnia codziennego pokazuje, że jeśli chce się stać chociaż trochę bardziej kimś, to musi w swoim działaniu zacząć brać pod uwagę prawo rynku: czasem szepnąć szefowi, o czym rozmawiają koledzy na papierosie,przestać być wyzyskiwanym, a zacząć samemu wyzyskiwać, wyszarpać dla siebie takie życiowe miejsce, z którego będzie można innym dawać do zrozumienia, jak mało są ważni…
Niech więc czerwcowe święto będzie czasem radości z podjęcia przez Polaków udanej próby obalenia podłego ustroju i okazją do przypomnienia, że„naczelnym motywem wystąpień [które do tego doprowadziły – J.G.] była godność człowieka, było dążenie stworzenia nowych stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszystkich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obowiązująca każdego bez wyjątku, zasada według której podwładny jest jednocześnie partnerem”.
przez dr Rafał Bakalarczyk | poniedziałek 27 maja 2013 | kultura zaangażowana, opinie
Gdy przeszłe relacje polsko-żydowskie pojawiły się niedawno w debacie w związku z rocznicą powstania w getcie, przypomniał mi się opublikowany w „Krytyce Politycznej” artykuł Elizy Szybowicz. Autorka, inspirowana książką Jana Sowy, zachęca do nowego spojrzenia na polską literaturę i stwierdza, że „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego to utwór antysemicki. „Antysemityzm »Przedwiośnia« stał się niewybaczalny. Zapewne już niedługo tak samo niewybaczalna stanie się jego mizoginia. Czy w zamian przestanie razić wykorzystywany w powieści język sprawiedliwości społecznej?” – pyta Szybowicz w leadzie swego tekstu. Hmm…
Warto rozmawiać. O Żeromskim
Jako osoba uważająca antysemityzm za – niejednokrotnie niebezpieczny, a zawsze bezpodstawny – idiotyzm, a jednocześnie entuzjasta prozy Żeromskiego, w tym zwłaszcza ostatniej z jego powieści, uznałem, że warto się odnieść do owych zarzutów.
Po pierwsze dlatego, że podjęcie dyskusji daje mi pretekst, by przywrócić Żeromskiego na mapę polskich sporów ideowych i tożsamościowych. Autor ten, niemal nieobecny we współczesnych debatach ideowych, budzi o wiele mniejsze zainteresowanie zarówno po prawej, jak i lewej stronie niż np. Stanisław Brzozowski. Zadziwiające, że „żeromszczyzna” to dzisiaj synonim poczciwej literatury w starym stylu, którą można odstawić na półki lub we fragmentach dać do analizy maturzystom, a nie coś, co rozpala ideowe dyskusje i towarzyszy światopoglądowym wyborom współczesnych. Autor książek formacyjnych dla wielu pokoleń polskiej inteligencji okazuje się być martwy jako źródło inspiracji. Jest coś paradoksalnego w tym, że właśnie w państwie, w którym po 1989 r. zaistniała konieczność budowania wielu instytucji od nowa i mierzenia się z poważnymi problemami społecznymi, książka surowo bilansująca początki niepodległości i towarzyszące temu dylematy rozwojowe nie budzi dziś emocji. Wobec tego stanu rzeczy każdy pretekst, by zainicjować o tym rozmowę, jest dobry.
Po drugie, i może ważniejsze, sposób, w jaki zarzuty o antysemityzm sformułowano wobec „Przedwiośnia”, jest dość znamienny dla funkcjonowania tego pojęcia w dyskursie części środowisk i w takiej postaci wydaje się bardziej szkodzić, niż pomagać w mierzeniu się ze zjawiskiem rzeczywistego antysemityzmu. A przy okazji przyczynia się do nierzadko niesprawiedliwej delegitymizacji wielu poglądów, środowisk i postaci. Także tych nieżyjących, które same nie są w stanie się obronić. Źle by się stało, gdyby Żeromski wszedł w ich poczet.
Mało o mniejszościach
Podczas lektury wspomnianego felietonu zachodziłem w głowę, o co chodzi. „Przedwiośnie” czytałem dość dawno, ale wielokrotnie, w różnych fazach swego ideowego dojrzewania, poczynając od czasów gimnazjalnych – i ani razu rzekomy wątek antysemicki nie przykuł mojej uwagi. Czyżbym zatracił wrażliwość na te sprawy? A może zarzut o antysemityzm jest nieco naciągany? Przyjrzyjmy się, czego on dotyczy. Chodzi o fragment ostatniej części („Wiatr ze wschodu”), w którym to Cezary Baryka wchodzi do dzielnicy żydowskiej, przygląda się jej i rozmyśla nad tym, co widzi.
Sięgnąłem do książki. Ów fragment liczy raptem 4 strony. Jest to zaledwie statyczny opis, nie pojawia się tu żadna akcja, nie wyłaniają się bohaterowie. Przypięcie etykiety antysemickiego utworu całej powieści na podstawie w sumie marginalnego fragmentu wydaje się grubą przesadą. Wyraźnych wątków antysemickich – jak i kwestii żydowskiej w ogóle – próżno szukać na pozostałych kartach utworu.
Można zastanawiać się nad źródłami owej nikłej obecności zagadnienia, które było historycznie ważne i dodatkowo komplikowało podziały klasowe oraz rozwój narodowej tożsamości. Ale zauważmy, że Żeromski mało uwagi poświęca w swej ostatniej powieści nie tylko Żydom, ale także Ukraińcom, Białorusinom i innym mniejszościom, z których również utkana była struktura wieloetnicznego społeczeństwa w międzywojennej Polsce. Pod tym względem widać znaczny kontrast między tym, jak opisuje Żeromski ojczyznę, a drobiazgowym i sugestywnym przedstawieniem konfliktów etnicznych w przedrewolucyjnym Baku w pierwszej części książki. Gdy tylko młody Baryka przekracza granicę, problemy narodowościowe niejako zanikają, a na pierwszy plan wychodzą podziały społeczno-ekonomiczne i ideowe. Czy to przypadek, czy też skutek przeświadczenia autora, że kluczowa dla wyjścia odradzającej się Polski z „przedwiośnia” jest właśnie zmiana stosunków społecznych, w których grupami poszkodowanymi są mieszkańcy ziem polskich, wywodzący się z różnych nacji, a nie tylko rdzenni Polacy? Fragment, który stał się punktem wyjścia do oskarżeń o antysemityzm, może właśnie skłaniać do powyższej interpretacji.
Problemy bez (ostatecznego) rozwiązania
Co innego jednak zdaje się widzieć pani Szybowicz. I okazuje się, że nie jest w tym odosobniona. W jej artykule czytamy mocne słowa: „Najbardziej skandaliczną niekonsekwencją »Przedwiośnia«, przenikliwej powieści społecznej, jest sposób przedstawiania Żydów. Pisały już o tym Bożena Umińska i Maria Janion. Żydowska nędza nie została przez Żeromskiego zanalizowana, a przedstawiona jako fenomen zagadkowy i odrażający. Żydzi roją się i wiodą pasożytniczy żywot jak robactwo, są karykaturami ludzkich postaci. Zarazem najmizerniejsi i wszechpotężni w razie rewolucji mogą przejąć władzę. Dla Żydów nie ma miejsca w Polsce Baryki, Gajowca, Żeromskiego. Nie pomoże żadna reforma, żaden przeskok do szklanych domów. Kwestia żydowska domaga się rozwiązania i nie znajduje go. Trudno nie spytać za Umińską, czy krok dalej autor przychyliłby się do rozwiązania ostatecznego. Czytelnik Sowy dodatkowo zaduma się nad ironią faktu, że podczas gdy Żeromski każe Baryce na przedwiośniu państwowości obawiać się żydowskiego zamachu stanu, w rzeczywistości odzyskanie niepodległości uczczono w Polsce pogromami”.
Pomińmy trącące przesadą spekulacje o gotowości Żeromskiego do poparcia „ostatecznego rozwiązania”, co jest, znając życiorys pisarza, zarzutem tak głęboko niesprawiedliwym, że aż bolesnym, niezależnie od tego, czy uznamy, że prywatnie i jako pisarz żywił on, podobnie do wielu mu współczesnych, antysemickie uprzedzenia. Z pewnością widział on problematyczność kwestii żydowskiej – także w jej wymiarze socjalnym – oraz potencjalne konsekwencje tego stanu rzeczy, ale nie ma podstaw, by posądzać go o pokrewieństwo z najciemniejszymi koncepcjami, jakie wówczas istniały w owej sprawie. Przypięcie łatki antysemity, i to w tak ostrej postaci, raczej zamyka dyskusję z autorem i jego dziełem, zamiast otwierać ją na rozważania, skąd mogły się wziąć zilustrowane na kartach powieści niepokoje w tejże drażliwej kwestii.
Trzeba zastrzec, iż to, co prezentował Żeromski, było jednak czymś zgoła odmiennym od tego, co robili niektórzy inni ludzie pióra, niekiedy również zajmujący zasłużone miejsce w literackim panteonie. Wrzucenie wszystkich do jednego worka z napisem „antysemityzm” nie służy właściwemu, pogłębionemu rozpoznaniu stosunku polskiej inteligencji, także literackiej, do kwestii żydowskiej.
Baryka – nie Żeromski
W zacytowanych wyżej słowach Szybowicz uderza jeszcze jedna rzecz, która wydaje się ciążyć na odczytaniu całego dzieła Żeromskiego – tego i innych. Mianowicie zachodzi tu nieuprawnione utożsamianie odczuć, myśli i postaw bohatera z poglądami samego autora. Istotnie, na kartach powieści są fragmenty, w których Barykę napawa lękiem wizja potencjalnego przejęcia władzy przez żydowską część społeczeństwa, która jawi mu się jako tożsamościowo i społecznie wykorzeniona, a co za tym idzie – mająca predylekcje raczej do destrukcji aniżeli do budowania lepszej Polski. Warto jednak zauważyć, że ów lęk Baryka odnosił do wszelkich zmarginalizowanych grup społecznych. Dla przykładu podczas swego wystąpienia w trakcie komunistycznego wiecu bohater mówi: „Jeżeli tutejsza klasa robotnicza przeżarta jest nędzą i chorobami, jeśli ta klasa jest pozbawiona kultury, to jakimże sposobem i prawem ta właśnie klasa może rwać się do roli odrodzicielki tutejszego społeczeństwa? Takich argumentów nie należy używać. Należy raczej schować te fakty na dno, na sam spód dowodzeń, gdyż jest to właściwie argument przeciwko racjonalności uroszczeń komunizmu. Klasa przeżarta nędzą i chorobami może być tylko obiektem czyjejś akcji dobroczynnej, lecz w żadnym razie nie czynnikiem odradzającym. Chory dotknięty klęską braku kultury nie może przecie ani sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć. Tego chorego musi leczyć ktoś świadomy – lekarz”.
Gdyby pochylić się nad owym cytatem z równą surowością (i skłonnością do stawianiu równości między słowami Baryki a poglądami autora), co robią niektórzy wobec fragmentów dotyczących Żydów, można by uznać, że Żeromski to w istocie reakcjonista, przeciwny emancypacji robotników, a może wręcz pogardzający nimi i widzący dla nich ratunek jedynie w charytatywie lub leczeniu ich społecznych bolączek przez światłe elity. Tymczasem wiadomo przecież, że stosunek pisarza do tych spraw był o wiele mniej jednoznaczny, a jego serce było wyraźnie po stronie oddolnego, samorządnego organizowania się ludu (przy dostrzeżeniu jednoczesnej potrzeby budowania sprawnych instytucji państwowych).
Również w nastawieniu Baryki podczas przechadzki po żydowskiej dzielnicy widać znamiona odrazy wobec tego, co tam ujrzał, ale nie oznacza to automatycznie, że ten sam stosunek do przedstawionego obrazu miał Żeromski. Główny bohater powieści znajduje się w fazie światopoglądowego dojrzewania, jego przemyślenia pełne są punktów zwrotnych i emocjonalnych uniesień pod wpływem tego, co widzi dookoła. Nawet w tak zasadniczej dla powieści kwestii jak ta, czy iść z ludem na barykady, czy mrówczą pracą budować instytucje wzorem Gajowca, Baryka nie ma do końca wyrobionego zdania. Już choćby to świadczy, że trudno widzieć w nim wzorzec osobowy, przy pomocy którego autor chciał przekonywać czytelników do własnego spojrzenia na rzeczywistość. Wręcz przeciwnie, Żeromski zdaje się traktować ze sporą rezerwą swych głównych bohaterów, nie ukazując ich jako krystalicznie czystych. Podobnie jest w przypadku Doktora Judyma z „Ludzi bezdomnych”, postaci znacznie mniej labilnej duchowo. On również podejmuje działania naznaczone tyleż poczuciem misji pomocy pokrzywdzonym, co dystansem do nich. I w tym przypadku trudno uznać, że autor utożsamia się z bohaterem, a tym bardziej stawia go za wzór. A przypomnijmy, że na łamach „Ludzi bezdomnych” aż roi się od fragmentów, w których główny bohater spogląda z pogardą na ulice nędzy. Czy idąc tokiem rozumowania niektórych współczesnych „recenzentów”, uznalibyśmy tamtą książkę za emblemat rasizmu społecznego wobec grup defaworyzowanych?
Opisać realistycznie i nie stygmatyzować
Łatwo w taki sposób dojść do absurdu. Ale problem jest o tyle poważny, że odnosi się do dylematu obecnego nie tylko w literaturze pięknej, ale także w publicystyce, świecie nauki czy w debacie publicznej: jak wiernie opisywać warunki życia grup słabszych i wykluczonych, jednocześnie nie konserwując poprzez język ich statusu jako odpychających, budzących złe skojarzenia wśród reszty. Fakt, że opisujemy, niekiedy sięgając po wręcz naturalistyczne środki wyrazu, społeczności głęboko zdegradowane, nie pomijając patologii, które owo wykluczenie rodzi, nie oznacza jednocześnie ani tego, że obwiniamy osoby dotknięte tymi problemami, ani że okazujemy im wzgardę. W tym sensie obrazy ulicy Ciepłej z „Ludzi bezdomnych” czy żydowskiej dzielnicy w „Przedwiośniu” nie muszą same przez się oznaczać negatywnego stosunku ich autora do opisanych grup, a mogą – i tak najpewniej było – wynikać z jego głębokiego poruszenia i poczucia bezsilności wobec upodlenia i degradacji, jakich te zbiorowości doświadczały. Jednocześnie – jeśli przekaz ma formować pewną wrażliwość na określone kwestie – warto problematyzować opisywane zagadnienia i dbać o to, by przedstawienie społecznego upodlenia i wykluczenia szło wyraźnie, choć niekoniecznie na łopatologiczną modłę, z opowiedzeniem się w obronie godności osób, których ono dotyczy. Żeromski wielokrotnie dawał temu wyraz. Być może we fragmencie dotyczącym dzielnicy żydowskiej nieco tego zabrakło.
Na przekór antysemitom
Ze wspomnianego fragmentu można jednak wyłowić znaczenia, które nie tylko pokazują narrację Żeromskiego w łagodniejszym świetle, ale pozwalają na krytyczny wgląd w rzeczywistość dwudziestolecia międzywojennego oraz mogą być wymowne również dziś.
Przedwojenny antysemityzm, zwłaszcza przed nastaniem „ciemnych” pod tym względem lat 30., nie był zasadniczo rodzajem rasizmu socjalnego, wymierzonego w grupy społecznie upośledzone, wykluczone (takiego, jaki dziś pojawia się w pewnych, wcale nie wąskich, kręgach wobec np. bezdomnych czy ludności romskiej). W większym stopniu odnosił się do tych posiadających: zasoby, wpływy, umiejętności, pozycję społeczną i kulturową. Nieraz ów resentyment odnosił się do warstw autentycznie „posiadających”, nieraz zaś towarzyszył konfliktowi wśród warstw niższych w społecznej hierarchii, rywalizujących ze sobą. Niektórzy dzisiejsi mainstreamowi zwolennicy reaktywacji tradycji endeckiej, jak Rafał Ziemkiewicz, dość karkołomnie próbują wybielać ją, powołując się na „poważny problem” natury ekonomicznej: zablokowanie dostępu do niektórych zawodów. Pomijając fakt, że mówienie o tym problemie bywa gołosłowne, a nawet jeśli by on istniał to nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia dla getta ławkowego i tym podobnych pomysłów, warto zauważyć, że to, co opisuje na łamach „Przedwiośnia” Żeromski nie idzie w żadnej mierze w sukurs owej narracji, w której Żydzi to grupa zakulisowo trzymająca władzę i kontrolująca zasoby, w tym ekonomiczne. Wręcz przeciwnie – to, o czym czytamy w powieści, pokazuje zgoła odmienny obraz. Wbrew podsycanym przez antysemickie kręgi wyobrażeniom przedstawieni tam ludzie to nie wypasieni burżuje-fabrykanci ciemiężący polskiego robotnika. Ani chciwe liczykrupy na urzędniczych synekurach. Ani drobni rzemieślnicy wygryzający polską ludność na dorobku. Nie są to także robotnicy rywalizujący z polskimi o miejsca pracy w którymś z zakładów.
Czego dowiadujemy się z tego fragmentu „Przedwiośnia”? Ano tego, że w początkach niepodległości było wielu przedstawicieli mniejszości żydowskiej cierpiących potworną nędzę, degradującą ich w wymiarze ekonomicznym, społecznym i zwyczajnie ludzkim. Że żyli oni bez realnych możliwości poprawy swego losu, z pokolenia na pokolenie w warunkach urągających ludzkiej godności, w społecznym bagnie, z którego trudno było się wydostać. Że w przedwojennej Warszawie tworzyły się swoiste enklawy biedy i wykluczenia, a przynależność do mniejszości etnicznej w połączeniu z lichą kondycją ekonomiczną rodziła niebezpieczeństwo gettoizacji. Brak życiowych perspektyw zaś często prowadził do rezygnacji i tworzenia się kultury ubóstwa i bezradności. Wiele podobnych obrazów nędzy można zobaczyć współcześnie. Gdy czytałem Żeromskiego, przypominały mi się warszawskie Szmulki, gdzie przed dwoma laty niejednokrotnie bywałem. Można tam było spotkać choćby przetrawionych alkoholem i innymi społecznymi chorobami ludzi spędzających bezczynnie czas na wystawionych na obskurnym podwórzu krzesłach i pogrążających się w beznadziei. Lepiej udokumentowane i przeanalizowane obserwacje tego typu zjawisk płyną choćby z badań łódzkich socjologów ubóstwa, przeprowadzonych w tamtejszych enklawach biedy. Albo też z zakorzenionych w autobiograficznym doświadczeniu badaniach reprodukcji kultury wykluczenia na obszarach popegeerowskich, zebranych w książce „Błędne koło” Arkadiusza Karwackiego. To tyko pojedyncze przykłady czegoś znacznie szerszego i nie tracącego na aktualności. A może wręcz – patrząc na wzmagający się znów trend skrajnego ubóstwa – ulegającego pogłębieniu.
Żeromski nam współczesny
To, co dostrzegał Żeromski 90 lat temu, w ogólnej wymowie nie odbiega od tego, co można dostrzec w Polsce AD 2013. Choć często wypierane ze świadomości i zamykane w enklawach biedy lub na obszarach peryferyjnych, jednak dotkliwie wyziera z tych dziur w hurraoptymistycznym przekazie o polskiej modernizacji. Po części zostało to już opisane zarówno w formie reportażowej, jak i w ramach badań rodzimych antropologów i socjologów, z których establishment nie wyciąga systemowych wniosków.
Żeromski, także gdy pisze o warszawskich Żydach i nawet gdy w swym opisie nie jest całkiem wolny od uprzedzeń wobec tej zbiorowości, pokazuje nam fragment społecznej historii. Fragment ten nie tylko burzy manichejski obraz rzeczywistości, jaki malowali współcześni mu antysemici, ale także podstawia lustro, w którym możemy dostrzec grzechy naszej III Rzeczpospolitej, mającej jeszcze do odrobienia wiele zadań wobec różnych zmarginalizowanych grup – jeśli chodzi o ich społeczną integrację i włączenie, a także przywrócenie elementarnej godności.
przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 20 maja 2013 | opinie
„Emigruję z Polski do Anglii. Od 12 maja będę zmywała gary i podłogi w Londynie. Opuszczam nasz kraj z poczuciem częściowej klęski i wszystkomijedności” – napisała w przetaczającym się w mediach liście Sandra, choć podobne uczucia ma wielu młodych „niskozatrudnionych”. Niewiele jest rzeczy tak osłabiających ducha jak poczucie bezsilności. Nie jest to wyłącznie polski fenomen. Wiele krajów zmaga się z niszczącymi efektami polityki cięć oszczędnościowych. Polityki, która właśnie została ostatecznie ośmieszona.
Przez ostatnie kilka lat politycy i liderzy opinii w Europie i USA powoływali się na pracę „Growth in a Time of Debt”, opublikowaną przez dwójkę profesorów Harvardu: Kennetha Rogoffa i Carmen Reinhart. Nie sposób wymienić wszystkich oficjeli, od brytyjskiego kanclerza skarbu George’a Osborne’a po kandydata na wiceprezydenta USA Paula Ryana, dla których „Growth in a Time of Debt” stanowiło uzasadnienie dla drakońskich cięć oszczędnościowych, zabijających wzrost i zatrudnienie. Praca Reinhart i Rogoffa miała pokazywać korelację między poziomem długu publicznego a tempem wzrostu gospodarczego. Pomijając dość oczywiste spostrzeżenie, iż to nie wysoki dług powodował niski wzrost, lecz niskie tempo wzrostu powodowało narastanie długu, korelacja ta (wykres poniżej) stała się argumentem mającym poprzez autorytet naukowy znanych profesorów Harvardu wspierać dotkliwe cięcia.
Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Reinhart, Rogoff, 2009)

Thomas Herndon, student ekonomii na Uniwersytecie Massachusetts w Amherst, postanowił wziąć to studium na tapetę w ramach przedmiotu, który nakazywał przetworzenie i replikację wyników już dostępnych dowolnych badań. Początkowo profesorowie nie chcieli pozwolić Herndonowi na wybranie tego badania. Nie z powodów politycznych – UMass Amherst to tradycyjnie niepoprawna politycznie („heterodoksyjna”) uczelnia – lecz dlatego, iż praca duetu Reinhart & Rogoff uznana została za banalnie prostą, nie używającą żadnych skomplikowanych metod obliczeniowych. W końcu jednak Herndonowi pozwolono na łatwe zaliczenie, polegające głównie na dodawaniu i dzieleniu sum z arkusza kalkulacyjnego Reinhart i Rogoffa. Gdyby nie odporność liberalnej ekonomii na rzeczywistość, można by wręcz stwierdzić, iż lenistwo studenta na zawsze zmieniło oblicze ekonomii. Bez wątpienia to, co zobaczył Herndon, było przełomem.
Po przeliczaniu danych Reinhart i Rogoffa wyniki otrzymywane przez Herndona, szczególnie dla przedziału powyżej 90 procent długu do PKB, znacząco się różniły. Po jakimś czasie okazało się, iż obliczenia „gwiazd” ekonomii są pełne pomyłek. Pomijając nawet wpisywanie przez nich błędnej formuły w Excelu, okazało się, że dla grupy powyżej 90% profesorski duet pominął 1/4 badanych w innych przedziałach krajów. Również przypisywane im „wagi” były zadziwiające. Jeden rok bardzo wysokiego długu i spadku PKB Nowej Zelandii wpływał na rezultaty tak samo mocno jak kilkanaście lat bardzo wysokiego długu i dobrego wzrostu Wielkiej Brytanii. Po skorygowaniu „pomyłek” Reinhart i Rogoffa wyniki okazały się następujące:
Tempo wzrostu w różnych przedziałach długu do PKB. (za: Herndon na podstawie Reinhart, Rogoff, 2009)

Te szokujące dane pokazują, jak fałszywa była narracja wzywająca do zaciśnięcia zębów społeczeństwa Europy, połączona z ksenofobiczną narracją o „leniach” żyjących na kredyt, dzielącą nie tylko kontynent, ale również poszczególne narody. Dziś już nikt nie pamięta, że zarówno południe Włoch, jak i południe Belgii były znacznie bogatszymi i wydajniejszymi regionami od swych północnych odpowiedników do czasu utraty przemysłu, odpowiednio 120 i 40 lat temu. Byłoby piękną ironią, gdyby gwoździem do trumny tej narracji stał się leniwy Herndon!
Póki co jednak nabierający siły społeczny sprzeciw wobec ekonomicznych eksperymentów na ludziach nie potrafi złamać mocy potężnych rentierów finansowych. Nawet bez ideologicznej podpory ich wpływ na procesy polityczne, choć wyraźnie słabnący w ostatnich miesiącach, wciąż decyduje o kierunkach działań gospodarczych państw. Tradycyjne procesy polityczne nie przynoszą zmian oczekiwanych przez społeczeństwa. Obywatele Europy od lat protestują, lecz często z poczuciem bezsilności popadają w rezygnację. Wyznaczana przez oczekiwania rynków finansowych polityka rządów oraz brak wiary w ugrupowania opozycyjne powodują „wewnętrzną” lub zewnętrzną emigrację niezadowolonych.
Nie wolno jednak zapominać, że istnieje narzędzie nacisku społecznego, które jest w stanie istotnie wpłynąć na rzeczywistość. Jest to oczywiście strajk generalny. Ma on wiele potencjalnych zalet: decyzja jednej tylko „Solidarności” o nieograniczonym czasowo ogólnopolskim strajku może sprawić, iż cały kraj zauważy liczącą się siłę społeczną, reprezentującą niezgodę na stagnację, a wyrażającą opinie nie tylko związkowców, lecz także zatrudnionych na umowach śmieciowych, bezrobotnych i dużej części młodego pokolenia.
Taki ruch ze strony „Solidarności” wiąże się jednak również z negatywnymi konsekwencjami. W obliczu kłopotów Unii Europejskiej duża część społeczeństwa (szczególnie elektoratu partii rządzącej, a jest to kilkadziesiąt procent wyborców) ceni tę względną stabilność, którą cieszy się nasz kraj. Strajk generalny spowodowałby dla wielu obywateli olbrzymie utrudnienia, co w połączeniu z odpowiednim przekazem medialnym spowodowałoby alienację znacznej części społeczeństwa.
Strajk generalny, przynajmniej w takiej formule, jakiej można się spodziewać w obecnych realiach, byłby co najwyżej doświadczeniem tożsamościowym, pozwalającym na „policzenie się” stron, ale jednocześnie wytworzyłby podziały niekoniecznie wedle kryteriów interesów ekonomicznych. Istnieje możliwość zachowująca cień szansy na jakikolwiek trwalszy pozytywny wpływ niż tylko osłabienie rządu, co nie przełożyłoby się na żadną zmianę do października 2015 (jeżeli w ogóle). Jest nim propozycja pragmatycznego paktu społecznego, której wystosowanie, nawet przy odrzuceniu przez rząd, zachowałoby swoje skutki wykraczające poza jesień tego roku.
Jakie powinny być założenia paktu społecznego? Po pierwsze powolny odwrót od polityki cięć. Rządowe cięcia zdołały obniżyć poziomy deficytu do 3,9% oraz długu do ok. 52% PKB w zeszłym roku. Wszystko to oczywiście kosztem potrzebnego popytu, przy nieustających pohukiwaniach ekspertów i – o zgrozo! – aspirującej do władzy partii opozycyjnej o „zadłużaniu Polski”. Wykres Herndona daje pojęcie o potencjalnych „strasznych” skutkach wzrostu długu publicznego o kilka procent, a więc – żarty na bok.
Ograniczanie wydatków jest jedną z przyczyn zgaszonego zapłonu polskiej gospodarki po piłkarskich mistrzostwach Euro 2012. Cięcia deficytu w zeszłym roku oznaczają konieczność zwiększenia deficytu w roku bieżącym, przy niesprzyjającej koniunkturze światowej. Warto przypomnieć, że większe pole manewru w stymulowaniu gospodarki dałyby ministrowi finansów zmiany w restrykcyjnej ustawie o finansach publicznych, narzucające gorset „reguły wydatkowej” oraz ostrożnościowy próg zadłużenia w wysokości 55 procent.
Przy prawdopodobnym braku chęci rządu do bardziej znaczącego zwiększenia zadłużenia jedną z możliwości staje się wprowadzenie trzeciego progu podatkowego, opodatkowującego o pięć procent wyżej każdą kolejną złotówkę z rocznego dochodu osobistego powyżej 300 000 złotych. Warto zaznaczyć oczywiście, że przekonanie o dobroczynnym wpływie wysokich podatków jest równie błędne co ahistoryczne przekonanie, iż wysokie podatki oznaczają niski wzrost i standard życia. Jedynym ważnym wskaźnikiem jest siła nabywcza obywatela po opodatkowaniu, a ta może się zwiększyć przy wprowadzeniu powyższego rozwiązania pod bezwzględnym warunkiem, że każdy dodatkowy miliard będzie przeznaczony nie na zmniejszenie deficytu, lecz na krajowe inwestycje mnożnikowe, pobudzające efektywny popyt i żywotność gospodarki.
Te działania powinny być jedynie wstępem do „mapy drogowej” paktu społecznego, wyznaczającego daty korzystnych rozwiązań kwestii umów śmieciowych na korzyść pracownika – przesuniętych o np. dwa lata, lecz wdrażanych już w nieco innej rzeczywistości ekonomicznej. W zamian za czasowe odroczenie słusznych postulatów rząd zobowiązywałby się do sprawnego przeprowadzenia kilku koniecznych działań, m.in. Programu Rozwoju Przedsiębiorstw Ministerstwa Gospodarki (z którym implicite zgadzał się w swoim expose prof. Gliński) oraz zmian w rozdzielaniu funduszy, np. programu operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, co wsparłoby i przyspieszyło pozytywne zmiany strukturalne polskiej gospodarki. Powinno być to skorelowane z intensywnym rozwojem programu „Inwestycje Polskie” w synergii z nowymi środkami europejskimi od stycznia 2014, a także z niezwykle obiecującym programem modernizacji polskiej armii, będącym szansą dla polskiego przemysłu. Jednocześnie absolutnie kluczowe dla dobrobytu w długim okresie będzie przystosowanie strategiczne, postulowane w ostatnim raporcie Polskiego Lobby Przemysłowego, z takimi narzędziami jak centrum studiów strategicznych, mapa zasobów, wiedzy i technologii oraz długoletnie obligacje inwestycyjne.
Czy jest to propozycja do odrzucenia? Być może, lecz na pewno warto ją wysunąć w postaci konkretnego programu, zamiast liczyć na narastające oburzenie społeczne i niepewną zmianę polityki gospodarczej za 3 lata. Strajk generalny przeprowadzony pod ogólnikowymi postulatami mógłby zostać wykorzystany przez liberałów szermujących hasłami przeciwko rządowi „zadłużającemu Polaków”, skąd już tylko krok do żądania „koniecznych reform”. Przed takim przewrotnym wykorzystaniem frustracji obywateli nie zabezpieczą dobre chęci, tak jak potrzeba zmian nie zawsze idzie w parze z kompetencją programową opozycji. Byłoby wielką szkodą, gdyby „Solidarność”, świadoma swej siły, nie wykorzystała jej na rzecz realistycznej zmiany społecznej, rozmywając się w projektach tożsamościowych. Spokój za zobowiązanie do przyszłych prospołecznych zmian w prawie pracy i odważne wspieranie gospodarki przez państwo – czy można osiągnąć więcej?
przez dr hab. Jarosław Tomasiewicz | poniedziałek 13 maja 2013 | opinie
Tytułem wstępu: poniższy tekst nie rości sobie pretensji do bycia naukowym. Nie opieram się na badaniach, lecz wykorzystuję tu metodę mikroobserwacji socjologicznych, którą wypracowałem dzięki mojej Mamie. Zwróciła Ona moją uwagę, że jeśli jakieś zjawisko występuje w mikroskali – tzn. w naszym bezpośrednim otoczeniu – to prawdopodobnie jest powszechne. Dlatego (oczywiście po odsianiu przypadków jednostkowych i skonfrontowaniu autopsji z innymi dostępnymi źródłami) można pokusić się o uogólnienie na podstawie własnych obserwacji.
Punktem wyjścia niech będzie polski charakter narodowy. Odwołując się do tego pojęcia, demaskuję siebie jako „nacjonalistę”, bo nie dość, że postrzegam Polaków jako realną (a nie umowną) zbiorowość, to jeszcze przypisuję im pewne „esencjonalne” właściwości. Muszę jednak zastrzec, że mój esencjonalizm jest ograniczony: nie twierdzę ani że charakter narodowy jest niezmienny, ani też, że bez reszty determinuje każdą jednostkę przynależącą do danej zbiorowości. To po prostu średnia statystyczna zachowań, wynikająca ze zinternalizowanych poglądów i konwencjonalnych obyczajów.
Opisowi i – rzadziej – analizie charakteru narodowego Polaków poświęcono już wiele uwagi. Akcentowano (np. Edmund Lewandowski) takie cechy jak duma granicząca z pychą („albośmy to jacy tacy”), romantyczny idealizm („siły na zamiary!”), nietrwałość („słomiany ogień”), bałaganiarstwo („polnische Wirtschaft”), indywidualizm („musi to na Rusi”), egalitaryzm („szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”), wreszcie beztroskę w sprawach materialnych („zastaw się, a postaw się”). Ze swej strony zwrócę uwagę na paradoksalny związek polskiego indywidualizmu z konformizmem. Otóż wymóg poszanowania zdania każdej jednostki skutkował koniecznością jednomyślności, co z kolei oznaczało dążenie do konsensusu, a od praktyki „ucierania” zgody do nawyku „niewychylania się” jest już tylko krok. Szlachecką mentalność I Rzeczypospolitej ukształtował też snobizm, będący pochodną rozwarstwienia braci szlacheckiej: dla przeciętnego „pana brata” magnat był niedościgłym (choć czasem traktowanym z zawiścią) wzorem do naśladowania.
Taka wizja polskiego charakteru narodowego wymaga jednak rewizji z „marksistowskiego” punktu widzenia, gdyż ignoruje podziały klasowe. Gdy dokładniej wczytać się w opisy zachowań i obyczajów Polaków sprzed II wojny światowej, dostrzeżemy, że występowały wówczas co najmniej dwie polskie kultury i co za tym idzie – dwa typy psychiki: szlachecki oraz mniej widoczny chłopski. Chłopska mentalność stanowiła w pewnym sensie przeciwieństwo szlacheckiej. Romantycznemu idealizmowi przeciwstawiała przyziemny pragmatyzm („lepszy wróbel w garści”), niestałości – upór i zawziętość („chłop żywemu nie przepuści”), bohaterszczyźnie – spryt (jak ten Mazur, co śmierć oszukał), sobiepaństwu – „ducha gromadzkiego”. Kultury te nie pozostawały jednak hermetycznie odizolowane, gdyż od czasu uwłaszczenia szlacheckie wzory były przejmowane – zrazu nieśmiało i ukradkowo – przez wieś. Chłopi snobowali się na panów.
Na marginesie zwróćmy uwagę, że konformizm połączony ze snobizmem czyni z Polaków typ, który określić można jako wiecznie spóźnionych snobów. To znaczy są to ludzie, którzy nieustannie marzą, aby być światowi, nowocześni, up-to-date, ale za zmiennymi trendami nie nadążają. Rzekomy konserwatyzm Polaków to mit – to tylko postawa ludzi, którzy nie zauważyli, że moda się zmieniła. Przyczynę tej specyficznej ociężałości widzę w postszlacheckim zadufaniu, przekonaniu o własnej nieomylności. Gdy jednak taki osobnik dostrzeże, że prawdziwy Wzór-Do-Naśladowania jest gdzie indziej, na wyprzódki zmienia swe preferencje, dokonuje konwersji. Słowackiego „paw i papuga” doskonale oddaje tę cechę naszego charakteru.
Polskie społeczeństwo dogłębnie przeorała II wojna światowa, a potem odgórna rewolucja społeczna PRL. W nadwiślańskim „melting pot” ścierały się pierwiastki szlachecki i chłopski. Z jednej strony spod socjalistycznego pokostu przezierała wciąż żywa tradycja szlachetczyzny, na co zwracał uwagę w swej „Rzeczpospolitej Polaków” Edmund Osmańczyk. Z drugiej jednak strony już w latach 70. zaobserwowano zjawisko tzw. kurasiowszczyzny: otóż idolem widzów wojennego serialu „Polskie drogi” okazał się być nie szlachetny i romantyczny porucznik Niwiński, ale zapobiegliwy cwaniak sierżant Kuraś. Rewolucja „Solidarności” była jeszcze recydywą ducha szlacheckiego w jego najlepszych – idealistycznych, egalitarnych i wolnościowych – aspektach, jednak kapitalistyczna transformacja ustrojowa lat 90. odmiennie sformatowała nasz charakter narodowy.
Przemiana ta nie dokonała się szybko ani bezboleśnie. Początkowo miały miejsce chaotyczne zmagania, w szranki stanęły trzy typy Polaków: sieroty po PRL, liberalni „Europolacy” i neosarmaci, pielęgnujący tradycyjną polskość (opisywałem to przed kilkunastu laty w tekście „»Dusza polska« w procesie transformacji”). Typ pierwszy rychło został jednak zdradzony przez własnych przywódców, którzy dążyli do porozumienia za wszelką cenę z establishmentem skupionym wokół Agory; w rezultacie lata 90. zdominował konflikt między modernizatorskim i proeuropejskim liberalizmem o Janusowym obliczu Balcerowicza i Kwaśniewskiego a nacjonalpopulizmem wyrażanym przez „Solidarność” i Samoobronę. Obie formacje wyczerpały się u progu XXI stulecia. Z jednej strony stopniowa poprawa sytuacji życiowej szerokich mas rozładowuje populistyczną rebelię, z drugiej sojusz Agory i Belwederu rozbiła afera Rywina. Zwycięstwo PiS w 2005 roku było jeszcze triumfem Polski „starej”, która paradoksalnie łączyła zakorzenione w PRL grupy społeczne z narodowo-chrześcijańską ideologią antykomunistycznego oporu lat 80. Był to już jednak łabędzi śpiew etosu konserwatywno-wspólnotowego. Stymulowany przez wielkokapitałowe media protest przeciw Kaczyńskim (postrzeganym jako anachroniczni i autorytarni) był katalizatorem, który zaktywizował okrzepłą już klasę średnią i zapewnił hegemonię intelektualną Platformie Obywatelskiej. Ukształtował się nowy, liberalno-konserwatywny konsens ideowy, który selektywnie czerpiąc z obu antagonistycznych obozów (liberalizm ekonomiczny jednego oraz konserwatyzm obyczajowy drugiego), zdominował polskie życie intelektualne i polityczne. Ale i ten konsens okazał się tylko prowizorycznym stanem chwiejnej równowagi, który pęka na naszych oczach (pisałem o tym w tekstach „Erozja” oraz „Palikot, czyli populizm po polsku”).
Konwulsje te odzwierciedlają dużo głębszą przemianę mentalności i obyczajowości Polaków. Istotą owej przemiany jest synteza pewnych elementów mentalności chłopskiej i szlacheckiej. Z jednej strony „szlachecki” idealizm tudzież gnuśność ustąpiły „chłopskiej” zaradności i pragmatyzmowi, z drugiej – cechujący dawną wieś duch gromadzki uległ postszlacheckiemu indywidualizmowi. W kapitalizmie lepiej radzą sobie pazerni egoiści. W rezultacie indywidualizm – wcześniej moderowany skłonnością do poświęceń dla Dobra Wspólnego – zwyrodniał w socjaldarwinowski egoizm, a pragmatyzm – w zwyczajny cynizm. „Za darmo umarło” – rozbrzmiewa dziś od Bałtyku do Tatr. „Ważne, coby moja miseczka była pełna”. „Ręka zgina się ku sobie”. „Śmierć frajerom!”. Przeciętny Polak stał się stadnym egoistą przekonanym o swojej wyjątkowości. Trochę przypomina to sytuację z „Żywota Briana” Monty Pythona: Brian woła do tłumu: „Musicie być sobą! Każdy z was jest wyjątkowy!” – a tłum powtarza tępo: „Musimy być sobą. Każdy z nas jest wyjątkowy”.
Owe zmiany mentalnościowe i obyczajowe odzwierciedlają z kolei trzęsienie ziemi, jakie dotknęło strukturę społeczeństwa polskiego. Degradacji jednych towarzyszył awans społeczny drugich, obowiązująca była wszakże strategia przetrwania indywidualnego, w myśl hasła „ratuj się kto może!”. Nastąpił rozkład tradycyjnych grup społecznych, charakterystycznych dla społeczeństwa industrialnego – nie tylko w skali makro (wielkoprzemysłowa klasa robotnicza), ale też mikro (grupa sąsiedzka, a nawet rodzina nuklearna, będąca co najmniej od zaborów ostoją polskiego społeczeństwa). Erozji uległ związany z dotychczasowymi strukturami system wartości i oparta na katolicyzmie, a niedostosowana do nowych czasów obyczajowość. Miliony ludzi odnajdując się w nowych rolach społecznych – takich jak przedsiębiorca, migrant czy rozwodnik – spostrzegło, że nic ich nie wiąże z dotychczasowym środowiskiem, a czasem też z całą tradycyjną polskością.
W ten sposób docieramy do jeszcze jednej – bodaj najbardziej rewolucyjnej – przemiany psychospołecznej. Polskie społeczeństwo, jeszcze w latach 80. mobilizujące się pod sztandarem „jednakowych żołądków”, obecnie odchodzi od egalitaryzmu. Badania opinii publicznej rejestrują rosnące przyzwolenie dla nierówności społecznych. Sytuacja, w której „duży może więcej”, traktowana jest jako coś tak samo naturalnego jak prawo ciążenia. Jest to novum, gdyż od XVI wieku w umysłach Polaków królowała zasada równości. Rozpowszechniony kompleks niższości (chłopa wobec szlachcica, szaraka wobec magnata, Polaka wobec cudzoziemca) wytworzył oparty na zawiści mechanizm społecznej samokontroli, nazywany „polskim piekłem” (w myśl anegdoty, że tylko polski kocioł w piekle nie jest strzeżony, gdyż sami rodacy pilnują, by nikomu nie udało się zeń wydobyć). O ile jednak dotąd zawiść wyrażała się w dążeniu, by nikt nie był lepszy ode mnie – teraz każdy Polak chce być lepszy od drugiego. Rezultatem jest chaos i walka wszystkich ze wszystkimi.
Obnoszeniu się z poczuciem wyższości sprzyja fakt, że – bez względu na wszelkie zastrzeżenia krytyków transformacji – większość społeczeństwa odnotowała awans materialny i społeczny. Grupy zdegradowane zostały spacyfikowane i zdezintegrowane, a jako apatyczne i peryferyjne (jak emeryci, bezrobotni, pracownicy PGR) nie stanowią zagrożenia dla systemu ani nawet – będąc niewidocznymi – wyzwania dla panującej ideologii. Kompleks niższości jest jednak nierozłącznie sprzęgnięty ze swym rewersem w postaci kompleksu wyższości. Rozdęte ego nuworyszy musi znaleźć sobie Gorszego, by paść się poczuciem swej przewagi. Z tego rodzi się opisywana przez Jerzego Drewnowskiego mizoptochia. Chęć wywyższania się zdaje się być główną motywacją ideologicznego zaangażowania zarówno polskich lewicowców, jak i prawicowców. Oni nie czują się – i nie chcą się czuć! – solidarnymi ze swoim środowiskiem, swoją zbiorowością – ludem czy narodem. Oni chcą się czuć lepsi od swego otoczenia postrzeganego jako „roszczeniowy motłoch” bądź „moherowy ciemnogród”.
Bodaj najliczniejszą grupą subiektywnych (obiektywnie nie jest to tak jednoznaczne) beneficjentów Transformacji są „Młodzi Wykształceni z Wielkich Miast”, potocznie zwani „lemingami”. Jest to grupa specyficzna, którą w większym stopniu niźli status społeczny determinuje pewien kod kulturowy, błyskotliwie opisany przez Roberta Mazurka w „Alfabecie leminga”. To roczniki wyżu demograficznego, które objęła rewolucja edukacyjna (nigdy wcześniej tak duży odsetek młodzieży nie kończył studiów wyższych, nawet jeśli była to przysłowiowa Wyższa Szkoła Kroju i Szydełkowania) i których start życiowy przypadł na okres poakcesyjnej prosperity. Dyplom wyższej uczelni, praca w wielkim mieście albo w innym kraju – oznaczały dla nich awans społeczny, który traktowali jako potwierdzenie słuszności ideologii liberalnej. Podział kulturowy nałożył się na konflikt pokoleń. „Młodzi” wraz z wyższym standardem życia (a czasem tylko oczekując owego wyższego standardu!) przejmowali liberalne i kosmopolityczne wartości klasy średniej. W ten sposób udaje im się połączyć oba wymiary wyższości: socjalno-ekonomiczny i kulturowo-obyczajowy. Nawet jeśli faktycznie są niepewnymi jutra nisko opłacanymi prekariuszami – to pielęgnują w sobie wyniosłość wobec „roboli”; nawet jeśli jakość ich taśmowo produkowanych dyplomów pozostawia wiele do życzenia – to obnoszą się z wielkoświatową pogardą dla „zacofania i ciemnoty”. Faktyczne zróżnicowanie tej grupy zaowocowało wytworzeniem się wewnętrznej hierarchii: „lemingi” o rzeczywiście wysokim statusie społecznym odcinają się od aspirujących dopiero do tego statusu „słoików”. Wszyscy jednak kurczowo trzymają się drabiny społecznej, obawiając się, że z niej spadną – stąd bezwarunkowa lojalność wobec wyzyskującej ich korporacji. Wroga postrzegają tylko wśród gorszych od siebie, nigdy na wyższych szczeblach hierarchii, na które sami wszak mają nadzieję się wspiąć.
W szczególności dotyczy to coraz liczniejszego segmentu warstw średnich, złożonego z przedsiębiorców, w tym też z samozatrudniajacych się mikroprzedsiębiorców, których od prekariatu różni tylko stan świadomości. W praktyce samozatrudniający są wyzyskiwani na równi z pracownikami etatowymi. Rzecz jednak w tym, że sami drobni przedsiębiorcy za takowych się nie uważają. Hasło „Mam firmę!” w ich mniemaniu jest zaklęciem otwierającym drzwi do lepszego świata. Dla nich wrogiem nie jest wielki kapitał, z którym przegrywają na każdym kroku, nie są wrogiem oszukujące ich banki – wrogiem są pracownicy, bezrobotni, emeryci. Każdy, kto nie ma firmy, jest ich zdaniem nierobem i pasożytem. Nienawiść do zmitologizowanego „państwa” przyjmuje formy wręcz paranoiczne. Z furią odrzucając jakiekolwiek koncesje na rzecz Dobra Wspólnego (a nawet samo jego pojęcie!) radzi by oprzeć całe społeczeństwo na relacjach rynkowych.
Pozycja leminga, którą można porównać do pozycji szlachciury-hołysza uczepionego magnackiej klamki, sprawia, że lumpeninteligencja i lumpenburżuazja są ostoją panującego ładu społecznego. To polski paradoks, bo w Europie Zachodniej młoda miejska klasa średnia stanowi zaplecze ruchów lewicowo-libertarnych pokroju partii Zielonych. W Polsce jednak te warstwy nie poprą żadnej rewolucji czy bodaj rewolty, bo uważają siebie za beneficjentów systemu, a „moherową” biedotę za zagrożenie dla swej pozycji i stylu życia. Zwolennicy modernizacji są zarazem obrońcami status quo.
Rodzi to permanentną frustrację wśród młodej inteligenckiej lewicy, która wegetuje niezrozumiana na marginesie własnego środowiska. Przeciętny leming postrzega lewaka jako sympatycznego może, ale jednak dziwaka – takiego, co to przydaje się w walce z moherami, ale przesadza z egzotyką i nieżyciowością. Przeszczep nowolewicowych idei z zachodnich uniwersytetów nie przyjął się w polskiej młodej klasie średniej. Owszem, leming może na złość moherom obnosić się z tolerancją wobec gejów czy „Afroamerykanów”, ale zarazem nie cierpi muzułmanów (ba, islamofobię traktuje jako legitymację swej europejskości i laicyzmu!), nie trawi ekologów i nie rozumie feministek. Komiczną wręcz ilustrację ostatniego zjawiska stanowią internetowe komentarze pod newsami o feministycznych protestach przeciw seksizmowi – co drugi komentator uważa te inicjatywy za sprawkę pruderyjnych „katoli”. To samo tyczy się ostatniego odkrycia i najnowszej nadziei naszej hipster-lewicy – tzw. ruchów miejskich. Pomijając już, że jest to retrospektywna utopia, przypominająca ruralistów głoszących „Back to the Land” w I połowie XX wieku, abstrahując od faktu, że rosnąca mobilność utrudnia wytwarzanie się „lokalnego patriotyzmu” – w Polsce ruchy miejskie nie mają racji bytu. Tubylczy bywalcy IKEI i centrów ogrodniczych akceptują wielkie miasto takie, jakim jest – to ich Ziemia Obiecana.
…Powyższa diagnoza może budzić sprzeciw, jako obraz nazbyt pesymistyczny. Czy naprawdę winniśmy porzucić wszelką nadzieję? Oczywiście nie – nadzieja trwa dopóki żyjemy. Gdyby osiemdziesiąt lat temu ktoś napisał, że Polacy staną się zbiorowością przyziemnych groszorobów, uznane by to zostało za absurdalną fantazję. Proces przekształcania psychiki zbiorowej trwa permanentnie, więc wszystko jest możliwe. Panta rhei.